<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<itemContainer xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items?output=omeka-xml&amp;page=9&amp;sort_field=Dublin+Core%2CCreator" accessDate="2026-09-27T20:39:02+00:00">
  <miscellaneousContainer>
    <pagination>
      <pageNumber>9</pageNumber>
      <perPage>50</perPage>
      <totalResults>4499</totalResults>
    </pagination>
  </miscellaneousContainer>
  <item itemId="9555" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9533">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/6e64d8dbaa6cb4dd913933bbd64e6f42.pdf</src>
        <authentication>c9489662097ce5e02d0338072f2bece5</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113802">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2976</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113803">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113804">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2780</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113805">
                <text>Wenecja jest kobietą / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113806">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.3-4, s.146-152</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113807">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113808">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113809">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113810">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113811">
                <text>Wenecja
jest kobietą.
Rzecz o wyobraźni
Dariusz Czaja
Agnieszce

V. Carpaccio, // Leone di S. Marco (fragm.)
I . Powiada się. może nie bez racji, że miasta, zwłaszcza te,
których obraz nosimy w swoim prywatnym archiwum pamięci,
ale także i te, których wizerunek jest - niezależnie od naszych
osobistych upodobań - częścią wyobraźni zbiorowej, mają swój
szczególny ..klimat" i niepowtarzalna . . a u r ę " . Czepiając się
podręcznego repertuaru metafor, próbujemy tym sposobem
nazwać to, czego nazwać się wprost nie da, to coś. czego nic
można zobaczyć, a co przecież całkiem realnie w nas/.) cli
odczuciach istnieje. Usiłujemy jakoś opisać tę nieco bezkształ­
tna materie, przestrzeń w której, jak chce przyzwyczajenie
językowe. ..pogrążamy s i ę " . ..zatapiamy", „ r o z p ł y w a m y " .
Obok tych atmosferycznych i akwatycznych skojarzeń wyko­
rzystywanych w charakterystyce miast i ich cech istotnych,
pojawiają się również inne: mówimy więc. że miasta obdarzone
sa własna osobowością, odznaczają się niepowtarzalną in­
dywidualnością, a nawet - co musi szczególnie dziwić umysły
sceptyczne - mają dusze. Jeśli tak jest w istocie, jeśli w swoich
opisach nie potrafimy uciec od samonarzucających się per­
sonifikacji, to nie sposób równocześnie nie powziąć takiego oto
podejrzenia, żc miasto, będąc w jakiś nie całkiem zrozumiał)
sposób bytem człekokształtnym, powinno posiadać płeć. A l ­
bowiem, zauważmy bystrze, nie znamy gatunku ludzkiego
\\ postaci bezpłciowej, ale wyłącznie w jego płciowym /róż­
nicowaniu. Jeśli zatem miasta naszej wyobraźni są osobami . to
najczęściej jedno z dwojga: albo muszą być obdarzone cechami
kobiecymi albo męskimi (nic można przy tym zapominać
o urbanistycznej androgynii, zjawisku rzadkim acz fascynują­
cym przez to, że łamie rygor taksonomicznej czystości).
Dla ilustracji powyższej tezy przywołajmy pewien inslruktywn) przykład. W systemie kultury rosyjskiej mającej, jeśli
wierzyć badaczom tartuskim, szczególnie semiotyczny charak­
ter, wiele kulturowych zjawisk sprowadzanych było do szeroko
pojętej problematyki znakowej. Charakterystyczne dla lej kul­
tury myślenie opozycjami znalazło swój wyraz między innymi
w semiotycznym nacechowaniu dwóch rosyjskich stolic: Mosk­
wy i Petersburga. Rozkład znaczeń odbywał się według opozy­
cyjne] pary: męskic-żeńskie. Podstawa znakowej kwalifikacji
nic były jedynie, jak można by sądzić, kategorie gramatyczne.
Chodziło o rzecz / п а с / n i c bardziej podstawową. W klasyfikacji

tej uwidocznił się bowiem ukryty podział rosyjskiej kultury.
Obydwa elementy tej opozycji należą do dwóch przeciwstaw­
nych tendencji w kulturze rosyjskiej. Moskwa jest niska,
miękka, rozłożysta, okrągła, po kobiecemu biodrzasta. Peters­
burg jest granitowo twardy, wysoki, wysmukły z wyraźnie
falloidalnym znamieniem. Tego rodzaju intuicje były częstym
motywem literackim. Wiktor Szkłowski: „Moskwa jest cała
okrągła. Moskwa była jak ciasto zabełtane wielką war/ąchwią".
Władimir Majakowski: ..Mnie / Moskwa dusiła w objęciach
/ swych nieskończonych Sadowych o b r ę c z ą " . Petersburg nato­
miast dumnie pręży swą męskość. Andriej Biełyj: „dręczące
niemiłosiernie błyszcząc, wbiła się w wysokie niebo prze­
szywająca pietropawłowska iglica". Szkłowski: „wznosi się
wysoka, jak centrum wiersza lirycznego, iglica twierdzy Pietr o p a w ł o w s k i e j " . Komentuje semiotyk: „ T o symboliczne mał­
żeństwo stolic było skłócone. Petersburg został stworzony
z niczego, wolą cara Piotra 1. Pierwiastek żeński. Moskwa,
istniał wcześniej. Odwrotnie niż w Genezis. W Rosji pierwias­
tek męski został utworzony z cząstki pierwiastka żeńskiego.
Z Moskwy została wyjęta jej stoliczność. W Petersburgu byl car,
dwór, był środek państwa. Jaki dziwny, bo przecież na granicy
Rosji, w błotach, gdzie świat się kończył. Przesunięcie centrum
z geograficznego środka na granicę zachwiało strukturę całości.
Żeńska Moskwa była w opozycji. Nie tylko symbolicznie, ale
realnie. Odsunięci od tronu bojarzy skupiali się w Moskwie. (...)
Cała stara arystokracja, cala stara kobiecość Rosji patrzyła stąd
nieufnie na północ, patrzyła z realnego środka na nowy środek
semiotyczny, który wydawał się czymś nierealnym, niesamowi­
tym, nienormalnym." Trudno się dziwić. Przeniesienie stolicy
na północ oznaczało nie tylko bolesną zmianę środka i utratę
przez Moskwę politycznego prymatu, było również wyrazem
ogromnej zmiany cywilizacyjnej: na miejsce ksenofobicznej,
kobiecej Rosji wchodził z impetem Petersburg - otwarty na
inność, ciekawy świata, Europejczyk. Tę europejskość odnaleźć
będzie można jeszcze dwieście lat później, nie tylko w architek­
turze, ale również w nazwie jakiej w odniesieniu do swojego
miasta używali mieszkańcy zsowielyzowanego Leningradu
1

2

- .,Piter".Przypomina ono imię Piotra I , imperatora i projektu;
dawcy Sankt Petersburga, i co ważne - jak odnotowuje Brodski
- „brzmi z lekka obcojęzycznie, co odpowiada czemuś bez
wątpienia cudzoziemskiemu, obcemu w atmosferze tego mias;
ta: budynkom o europejskim wyglądzie, a może i samej
lokalizacji w delcie północnej rzeki, wpływającej w otwaruwrogie morze" . Czy miasto o takim imieniu może być kobietą
Nie. Piter to jest zdecydowanie mężczyzna.
A inne miasta o osobliwej „ a t m o s f e r z e " i niepowtarzalnej
„osobowości"'.'Weźmy Pragę. W liście do przyjaciela,
^
się z lekka przerażony Kafka: ..Praga nie wypuszcza. t \
wypuści żadnego z nas. To mateczka z pazurami" - ^
Prochazka dopowiadał w tym samym tonie, eksponując hardzi
1

z

4

• T e k s t jest r o z d z i a ł e m p r z y g o t o w y w a n e j

rażona.
146

książki

Wenecja wyob­

W

,

e

Ф

�jeszc/.e demoniczną naturę miasta: „Nigdy nie przestaje mamić
swoimi czarami - ta stara diablica Praga" . W komentarzu do
tych stwierdzeń Angelo Ripellino stawia kropkę nad „ i " : „Gdy
cię usidli, otoczy swoją mgłą, swoim urokiem, swoim trującym
miodem, to j u ż nie popuści, nie wybaczy"''. Mamy więc Pragę
magiczną, złudną, fantomatyczną , ale nade wszystko kobiecokuszącą. Praga anektuje, wsysa, wciąga w siebie, nie wypuszcza
ze swych objęć. Czarownica z kompleksem modliszki. Bez
wątpienia - kobieta.
Nieco podobnie prezentuje się Paryż Andre Bretona.
W Nadji, Paryż widziany okiem surrealisty staje się miejscem
cudowności, przypadku, jasnowidzenia. Ale jest to również,
miasto-kobieta. Kontakt z miastem, wejście w przestrzeń
paryskich ulic jest dla Bretona rodzajem intymnego spotkania,
miejscem spełnienia, doznaniem parareligijnej natury. Płeć
Paryża nie jest jednak aż tak, jak to miało miejsce w przypadku
Pragi, jednoznaczna. Z racji obecności w nim Wieży Eiffla
- tego najbardziej znanego emblematu i skrótowego obrazu
miasta - w której bez trudu odnajdziemy semantyczny od­
powiednik petersburskiej iglicy, przyjmuje czasem Paryż bar­
dziej męski charakter." Byłby więc wyobraźniowy Paryż zawie­
szony między kobiecą, uległą „ n a t u r ą " (może jej architek­
toniczny ekwiwalent dałoby się dostrzec w niepokojącym
prześwicie Łuku Triumfalnego?) a mocno w nim zaakcen­
towanym pierwiastkiem męskim.
Porzućmy jednak freudowskie asocjacje, bo nie w nich sedno
rzeczy. Tych kilka, wybranych bez troski o chronologię i syste­
matykę, przykładów, przekonuje chyba dowodnie, żc miasta
naznaczone historią, miasta naszych olśnień i fascynacji mają
płeć. że wyobraźnia przydając im osobowość, tożsamość i duszę
nie zapomina o tym. by wyposażyć je w atrybuty kobiecej bądź,
męskiej „natury".Kwalifikacje le mają wymiar nie tylko czysto
formalny. Niosą ze sobą całe bogactwo znaczeń i sensów. Toteż
niezmiernie zajmującym zadaniem byłoby bliższe przyjrzenie
się pod tym względem obrazom miast utrwalonym w literaturze.
Jak nacechowany jest Petersburg Dostojewskiego? Rzym Mandelsztama? Dublin Joyce'a? Berlin Dóblina? Aleksandria Kawafisa? Wiedeń Musila? Nowy Jork Dos Passosa? A - czemu
nie! - Warszawa Tyrmanda. Konwickiego. Kisielewskiego.
Biuloszewskiego i, całkiem świeże świadectwo, Tulli? Czy są to
organizmy męskie, żeńskie, czy obojnacze? I chociaż możliwo­
ści odpowiedzi jest niewiele (włączając androgynię - ledwie
trzy), to tego rodzaju studium z anatomii wyobraźni z całą
pewnością byłoby grzechu (poznawczego) warte.' Bo wyob­
rażone, nie znaczy - nierzeczywiste. Wyobraźnia jest ogromną
sferą sensotwórczą. Dostarczane przez nią obrazy i fantazmaty
mają swój ciężar a nierzadko moc silniejszą niż „ o b i e k t y w n e "
sądy i stwierdzenia. Te pierwsze, zdarza się, stanowią istotną
i nieusuwalną część doświadczenia egzystencjalnego, te drugie,
mieszczą się zaledwie w porządku dyskursywnego rozumu.
5

7

1

2. W przypadku Wenecji nie można mieć najmniejszych
wątpliwości: we wszystkich nieomal wyobrażeniowych od­
słonach, w każdym bez mala literackim przejawie Wenecja
była. jest, i wszystko na to wskazuje, że j u ż dozgonnie
pozostanie, kobietą. Ta kobieta niejedno ma imię , w rozlicz­
nych maskach o wyniosłym, radosnym bądź potwornym ob­
liczu, w szykownych kostiumach, ale i skromnych przebraniach.
Pojawia się w dziejach europejskiej wyobraźni. La donna
\Venezia) e mobile. Od początków swojej świetności, od czasów
Politycznej, militarnej i gospodarczej dominacji przywdziała.
na długo w nich pozostała, szaty monarsze. To bodaj
najbardziej znane i najbardziej zbanalizowane wyobrażenie
miasta: Wenecja jako królowa. Oto, z nie skrywanym zadowolenteni i dumą, odnotowuje historyk: „Pierwsza wielkość WencV, namacalna i zarazem kłopotliwa, to ta wynikająca z jej
[tyumfów materialnych i politycznych. Była królową Adriaty­
ku, władczynią Morza Śródziemnego. Od chwili pokonania
1381 roku Genui samotnie góruje przez ponad wiek nad
'nnymi miastami i państwami europejskimi"'". Byron ubrał
europejską monarchinię w skrzące przepychem orientalne szaty
'nadal jej twarzy rysy wschodniej bogini:
1

w

Majestatycznie ta Cybela morza,
Strojna w tyjarę pysznych wież u skroni.
W dal powietrznego spogląda przestworza.
Królowa fali, pani morskiej toni,
A taką była! - łup narodów trwoni
Na wiano cór swych; płomienne klejnoty
Wschód dla niej sypał z nieprzebranej dłoni:
Lśniła purpurą; królów stół jej złoty
Ściągał, dumnych, że uczt jej dzielili ochoty."
W malarstwie Veronesa, Wenecja jest królową o dwóch
obliczach: raz jest zwalistą, pozbawioną wdzięku imperatrycą
upojoną potęgą swej władzy, innym razem pojawia się pod
postacią młodej kobiety o zamyślonym i skupionym wyrazie
twarzy. Pierwszą odnaleźć można w Triumfie Wenecji w Pałacu
Dożów, drugą w obrazie Wenecja, Herkules i Ceres w Akade­
mii. „Te dwie kobiety stale pojawiają się w malarstwie
Veronesa, w Wenecji, w Veneto, we wszystkich wielkich
zbiorach świata, czasem jako Wenus, jako Europa, czasem jako
święta Katarzyna, to znów jako postacie alegoryczne: Praco­
witość, Obfitość. Harmonia. Ale bez względu na oficjalne
tytuły, te dwie współmonarchinie - otłuszczona imperatorowa
i piękna zadumana królewna - wciąż uosabiają Wenecję w jej
dwoistym aspekcie."'" Obydwie one wyrażają, każda na swój
sposób, majestat, potęgę i trwałość Wenecji. Ale i jej świetność
nie miała trwać wiecznie. Wielkość i upadek Wenecji w orygi­
nalnym skrócie zreferował Chateaubriand. Stojąc naPiazzetcie.
okiem historyka raczej niż turysty, odczytywał w okolicznych
budowlach kamienną kronikę miasta spisaną przez czas i sztukę.
Jednym rzutem ogarnął dzieje Wenecji od wieku X I (campanila)
po wiek X I X (kawiarnia w ogrodzie pałacu królewskiego). Jego
konstatacja była dość kwaśna: „Wenecja zaczyna się u stóp
dzwonnicy, a kończy przy kawiarni: poprzez kolejne stulecia
i arcydzieła zmierza od bazyliki Świętego Marka do szynku."'•'
Ale agonia Wenecji rozpoczęła się nieco wcześniej, w roku
1797. z chwilą kiedy miasto abdykowało na rzecz Napoleona.
By zobrazować dobitnie ten fakt, Chateaubriand przywołuje
znany j u ż obraz Wenecji-królowej, tyle że nie jest to monarehini
w pełni imperialnego blasku, ale przedwcześnie zgasła , upoko­
rzona i zniewolona kobieta ze śladami niegdysiejszej piękności:
„Odtąd zgrzybiała Wenecja ze swoją fryzurą z dzwonnic,
marmurowym czołem i złotymi zmarszczkami była przed­
miotem sprzedaży i targów niczym jakaś paka z jej dawnym
towarem: wreszcie stała się własnością Austrii, ostatniego
licytanta ofiarującego najwyższą stawkę. Teraz wzdycha przy­
kuta do stóp A l p frijulijskicfi jak niegdyś królowa Palmiry u stóp
gór sabińskieh." ' Tak ginęła, wedle Chateaubrianda, wład­
czyni udzielna i niezwyciężona, Serenissima, Najjaśniejsza, Jej
Wysokość Wenecja.
Nie całkiem przecież miasto poległo, odradzać się miało
jeszcze wielokrotnie w wyobraźni poetów i pisarzy pod różnymi
imionami, acz wciąż w jednej postaci. Jakiej? Cherchez la
femntel
Wenecja, jak do znudzenia czytamy we wszystkich nieomal
relacjach o niej i utworach jej poświęconych, jest miastem
okolonym wodą, położonym na wodzie, wyrastającym wręcz
z wodnego żywiołu. Wśród powodzi (to chyba stosowne słowo)
akwatycznego banału zdarzają się czasem odkrycia. To miasto,
jak w niezwykłej frazie Rilkego, „wciąż jak gdyby ze związku
wód przypływu z nieba błyskiem poczyna się, a nigdy być nic
m o ż e . " „ W e n e c k i m " esejem Brodskiego rządzi , wciąż na
nowo komentowana i rozwijana, formuła: woda alias czas."'
W pewnym miejscu, opuszczając czas teraźniejszy, zanurza się
on w głębinową przeszłość, w czas początku, czyli czas
poczęcia. Próbuje „ z r e k o n s t r u o w a ć " cud narodzin miasta:
„Przy całym szacunku należnym stosunkowo najlepszej z do­
stępnych doktryn, muszę zauważyć, że moim zdaniem to
miejsce nie mogło się rozwinąć drogą ewolucji triumfalnej czy
też nie wyłącznie naszego sławetnego strunowca. Podejrzewam
i kładę pod rozwagę, że rozwinęło się przede wszystkim
z samego żywiołu, który owemu strunowcowi dał życie i schro­
nienie, a który, dla mnie przynajmniej jest synonimem czasu.
1 4

15

147

�Żywioł ten pojawia się w wielu postaciach i odcieniach oraz
głównego bohatera hymnu na cześć Wenecji-kobiety (przyjdzie
obdarzony bywa wieloma jeszcze różnymi właściwościami
za chwilę powrócić do tego fragmentu) pojawia się znane nam
poza tymi, które cechują Afrodytę i Zbawiciela: występuje jako
j u ż porównanie: Wenecja „potężna jak Wenus, jak Wenus
cisza morska, sztorm, grzebień fali, sama fala, piana, zmarszcz­
narodziła się z piany morskiej, przyświadczając ponownie i raz
ka na powierzchni itp., nie wspominając o żyjących w wodzie
na zawsze, że każdy symbol ma swój cielesny odpowiednik, i że
stworzeniach. W moim wyobrażeniu, to miasto jest odwzorowa­
każde marzenie ma swoją r e a l n o ś ć " . Wynurzająca się w pra­
niem wszystkich dających się wykryć modeli istnienia żywiołu
czasie z wód pierwotnych Wenecja jest, nieporównywalną
i tego, co się w nim znajduje. W swoich bryzgach, blaskach,
z niczym, materializacją idei piękna, jest darem, który otrzyma­
błyskach, migotach żywioł od tak dawna usiłował poderwać się
liśmy (od kogo?) za darmo i bez żadnej zasługi. Jest także
wzwyż, że nie może zaskakiwać fakt. iż niektóre z tych
dowodem, danym „raz na zawsze", że marzenia czasem się
przejawów po jakimś czasie nabrały masy, ciała, stałości.
spełniają. Po to właśnie, ex aquae, narodziła się Wenecja.
Czemu to nastąpiło akurat tutaj, nie mam pojęcia. Przypuszczal­
Pozostańmy jeszcze chwilę w kręgu odniesień mitologicz­
nie dlatego, że żywioł nasłuchał się tu sporo włoskiej m o w y . "
nych i biblijnych. Jak widzieliśmy, była j u ż Wenecja i frygijską
Illud tempus ma więc u Brodskiego postać wodnego chaosu, boginią Kybele, i grecką Afrodytą, i rzymską Wenus. Czyje
z którego niespodziewanie, bez wyraźnej przyczyny poczyna
imię może jeszcze przybrać? Na przykład bohaterki Odysei.
się miasto. Wyłania się z wody dokładnie tak, jak niegdyś
Fernand Braudel zauważył mimochodem jak wielkim szczęś­
Afrodyta narodziła się naga z morskiej piany. I tak jak ona,
ciem dla Wenecji były prawie niezmienne, w porównaniu
będzie Wenecja kusić, zniewalać swoim wdziękiem, budzić
z innymi wyspami weneckiego archipelagu (smutny casus
największe namiętności. Nade wszystko zaś świadczyć będzie
Torcello) warunki klimatyczne: „Jednak woda nie zdradziła
nieustannie, że piękno nie jest chwilowym przywidzeniem,
Wenecji; ludzie robili co mogli, i robią nadal, by j ą ratować za
iluzją ludzkiego gatunku, ale że jest wielkością stałą, niepodatną
każdym razem, kiedy znajdzie się w zagrożeniu. Wenecja jest
na upływ czasu.
Penelopą tkającą całun. Ża tę cenę rozrosła się i rozwinęła,
a ponieważ miejsca starczyło tylko na jeden sukces budowlany,
W Cantos Ezry Pounda, jeszcze jednego z tych, których
inne wyspy radziły sobie jak mogły, żyjąc w cieniu Wenecji."
Wenecja uwiodła „na śmierć i ż y c i e " (został pochowany
Brodski, z wielkim dysgustem, odnotowuje zakusy polityków
w weneckiej nekropolii na San Michele), miasto również
i wielkich firm wobec przyszłości tego miasta, w których to
przyjmuje kształty bogini. T y m razem jest to rzymska edycja
działaniach pod pozorami filantropii odnaleźć można jedynie
Afrodyty-Wenus. Pośród niezliczonej ilości bogiń z różnych
troskę o rozgłos i własną kieszeń. Szczęśliwie: „Tym, co ratuje
mitologii, które występują w tym cyklu, Wenus pełni rolę
Wenecję, jak Pcnelopę. przed zalotnikami, jest ich rywaliza­
szczególną. Można nawet powiedzieć, że wszystkie one to
cja." Żadnego Odyseusza w pobliżu nie widać i miastuwłaściwie różne wcielenia jednej bogini, tyle że oglądanej
-Penelopie „tkającej swoje desenie w dzień i prującej je
w coraz to odmiennym świetle. To Venus genetrix. Wenus
w n o c y " pozostaje j u ż tylko towarzystwo morza.
pojawiająca się w epopei Pounda (poeta wzorował się na
21

17

22

21

24

Dantem i Homerze) częstokroć przywołuje, nie zawsze jedno­
znacznie i bezpośrednio, inne imię: Venice. Tony Tanner,
znakomity egzegeta Cantos, zwłaszcza zaszyfrowanych w nich
aluzji i odniesień do Wenecji, ukuł nawet aforyzm zalecający się
zgrabną aliteracją: where Venus, there Venice.'* Tak jak
Botticelli namalował swoją wizję-narodzin Wenus (motyw len
pojawia się wprost w Canto I ) . tak Pound zostawił nam obraz
narodzin Wenecji. Oto fragment „ w e n e c k i e g o " Canto X V I I :
Przede mną płaska tafla wody
i drzewa w wodzie rosnące.
Marmurowe pnie wynurzają się z ciszy,
A dalej za palazzi,
w ciszy.
Teraz światło, nie światło słońca.
Chryzopraz,
I wody zielone i czyste, niebieskie i czyste;
Dalej, do urwisk z bursztynu.
Pomiędzy nimi;
Grota Nerei
i ona. jak wielka wygięta muszla.
I łódź bezgłośnie płynąca
Bez smrodu smoły i nadgniłych lin.
Bez krzyku ptaka, bez dźwięku fali ruchliwej,
W grocie Nerea,
jak wygięta muszla
W łagodnej słodyczy skały
Tak właśnie, w dojmującej ciszy, „bez krzyku ptaka, bez
dźwięku fali ruchliwej" wynurzyła się powoli z wód pierwo­
tnych Wenecja. Od razu cała w marmurze, bursztynie i złocie,
świecąca wewnętrznym światłem, a nie tym, pożyczonym od
słońca. Być może akuszerką była Nerea, córka Nereusa - boga
morza, którą widzimy jako wielką wygiętą muszlę. W niej to
przyszła na świat - równie tajemniczo, nierealnie i nieoczekiwa­
nie jak Wenecja - bogini Wenus i ten wyjątkowy moment
utrwalił w swym obrazie Botticelli. Również Goethemu wyob­
raźnia podsuwa obraz Wenecji, która pojawia się nagle, jak
kaprys bogów, powiada on, że „ten ogrom bytu (...) wyskoczył
z morza jak Pallada z głowy Jowisza":" W Miłosnym wtajem­
niczeniu Oskara Miłosza, w zakończeniu wygłaszanego przez

148

Brodski jest autorem jeszcze jednego porównania, które,
oprócz swych walorów poetyckich, trafia w istotę współczes­
nego, zmasowanego ataku turystów na Wenecję. Oto kolejna
kobieta. W księdze Daniela (13. 1-64 ) mamy opowieść
o pięknej a cnotliwej Zuzannie zaskoczonej w kąpieli przez
lubieżnych starców. Już w Strofach weneckich (2) z 1982 roku
wykorzystuje poeta ów motyw.
Świt się przedłuża. Nagi, chłodny marmur bioder
współczesnej nam Zuzanny towarzyszy w głębi
kamerom nowych starców, wpuszczanym pod w o d ę

25

W Znaku wodnym (1989) wraca Brodski do tego obrazu.
Wspomina o perwersyjnej przyjemności, której mógłby zaży­
wać z którymś z przedstawicieli miejscowego plemienia:
„Tonęlibyśmy w głębokich fotelach, wymieniając jadowite
uwagi o nowych kohortach Niemców albo o wszechobecnych
Japończykach podglądających przez swoje kamery to Zuzannopodobne miasto, zanurzające blade, nagie, marmurowe uda
w zimnych, zabarwionych zachodem słońca, pluskających
o brzegi wodach." " Raz jeszcze Wenecja pojawia się jako
piękno wcielone, niedostrzegalne jednak i niedostępne dla oka
nazbyt chciwego i nawykłego do pospolitych widoków.
Feminizacja obrazu miasta nie ogranicza się tylko i wyłącznie
do wynajdywania coraz to kunsztowniejszych porównań z imio­
nami słynących z piękna, cnót i potęgi postaci kobiecych.
W Wenecji, jeśli dobrze się przyjrzeć, nawet zwykłe obiekty
nabierają cech kobiecych. Pasternak, w ten właśnie sposób,
zobaczył najbardziej stereotypowy wenecki rekwizyt-gondole„Bezgłośnie wypłynęła na kanał z bocznego zaułka i ległszy
w poprzek zaczęła dobijać do najbliższego pałacowego portalu
Jak gdyby podano ją z podwórza przed główne wejście na obłym
wybrzuszeniu powoli wytaczającej się fali. (...) Była po kobij
cemu ogromna, jak ogromne jest wszystko co doskona
w kształcie i niewspółmierne z miejscem, zajmowanym V
ciało w przestrzeni." Do wskazywanych wcześniej р ) ' °
tów kobiecości, Pasternak dorzuca, w jakże zaskakujący
kontekście, doskonałość. Jeszcze bardziej intrygujące P °
,
żenię odnaleźć można w dziennikach Jana Cybisa. W jediy '
z fragmentów, zastanawiając się nad wybitnie „ m p.
charakterem malarstwa Caravaggia, kontrastuje malarstwo
2

atl

27

г г

s

т ,

s l r z

e s

�rencji, z której wywodził się artysta i malarstwo weneckie.
Spójrzmy na wynik: „ W y b ó r tematów w sztuce nie jest tak
dowolny, jakby ktoś mógł sądzić. Skąd biorą się te szeregi
młodziutkich św. Janów, Dawidów, a zwłaszcza jego Bakchus
o spojrzeniu prowokującym? Tematyka Caravaggia jest typowo
florencka, to znaczy męska, a we Florencji każdy artysta
uprawia miłość grecką. Wenecja jest żeńska. Nowatorska
gwałtowność Caravaggia zwrócona jest głównie przeciwko
Wenecji." * Żal, że Cybis nie rozwinął tej notatki. Pewnego
rodzaju dopełnieniem tej lakonicznej uwagi jest fragment
z Obrazów Włoch Muratowa poświęcony jednemu z dzieł
Giovanni Belliniego, malarza do trzewi i weneckiego. Mowa jest
tam o pewnym obrazie alegorycznym, którego treść przez długi
czas budziła spory. Muratów przychyla się do którejś z inter­
pretacji, by w chwilę później oświadczyć, żc w dalszym ciągu
pozostaje w obrazie wiele niejasności domagających się wy­
tłumaczenia. I sam, nie bardzo widać przejmując się ist­
niejącymi wyjaśnieniami, daje swoją wykładnię, w której nacisk
pada na „ w e n e c k o ś ć " obrazu Belliniego. W wodzie, w której
odbijają się obłoki dostrzega wody letejskie, te same, o których
pisał parę stron wcześniej chcąc oddać naturę wody płynącej
w weneckich kanałach. Ale w zasadzie cały obraz, niemal
wszystkie elementy świata przedstawionego przywodzą na myśl
Wenecję, a jej najgłębszą istotę niesie w sobie jak wieczno­
trwały depozyt - jakżeby inaczej! - kobieta. „Na tym obrazie
bowiem zewsząd wyziera Wenecja: z różnobarwnych płyt
tarasu, z marmuru ogrodzenia i tronu, z uśmiechu spokojnych
wód, z przejrzystego nieba, ze spojrzenia, które wybiega ku linii
gór i z czarnej chustki na ramionach młodej, smukłej kobiety.
A czy owa kobieta, która jest świadkiem tajemnicy dusz
zeszłych z tego świata i przygląda się temu światu, roz­
taczającemu na pożegnanie wszystkie swoje uroki, nie stanowi
przypadkiem uosobienia Wenecji? Czy to nie jej właśnie dusza,
pełna spokoju i matowego blasku, ożyła na owym obrazie,
stworzonym przez najbardziej marzycielskiego i abstrakcyj­
nego z jej malarzy?" ' Retoryczne pytania.
2

2 1

W kilku innych jeszcze utworach kobieta stanie się per­
sonifikacją Wenecji. W sztuce Simone Weil, Venise sauvee,
osnutej wokół udokumentowanego historycznie spisku Habs­
burgów (1618), w wyniku którego obalona miała zostać
Republika Wenecka, miasto uosabia młoda dziewczyna o imie­
niu Violette. W tej historii o konflikcie nagiej siły i bezbronnego
piękna. Violette jest nieświadomym niczego przedmiotem
w spiskowej grze. Jak nietrudno się domyślić, jest krucha
i niewinna jak sama Wenecja."' Jednorazowym, bo dyktowa­
nym przez doraźne okoliczności, wcieleniem miasta stała się
kobieta, której twarz Roland Barthes z wielką intuicją umieścił
swego czasu w platońskim niebie idei. Oto bowiem, chcąc
wytłumaczyć swoim niezbyt rozgarniętym rozmówcom, jak
wygląda Wenecja w zimie i dlaczego w tym właśnie czasie
wyprawia się do tego miasta, Brodski , dostrzegłszy po chwili
beznadziejność swoich wysiłków, rezygnuje z subtelnych wyja­
śnień i sięga po ciężki kaliber porównań - przywołuje na pomoc
jlieśmiertelny boski ideał: „Jak w y g l ą d a - p o w t ó r z y ł e m pytanie.
JakGreta Garbo w basenie p ł y w a c k i m ' . " Złośliwiej chyba się
już nic da.
1

W chronologicznie najwcześniejszym z trzech weneckich
Wierszy Błoka pojawia się dość tajemnicza, bliżej nieokreślona
kobieta. Cały utwór przenika zamierzona, można domniemy­
wać, dwuznaczność. Posłuchajmy początkowego fragmentu:
Z nią wyruszałem w morze,
Z nią opuszczałem brzeg
Z nią bywałem daleko
Z nią zapomniałem o bliskich...
O, czerwony żaglu
W zielonej dali!
Czarny cekinie
Na ciemnym szalu!'
2

" f n i ą " - czyli z kim? O kim mowa w wierszu? Czy
^zidentyfikowana nieznajoma to po prostu realna kobieta
tradycyjnym weneckim stroju (ciemny szal), czy leż jest to

może owa wenecjanka z obrazu Belliniego. w której Muratów
dojrzał doskonale wcielenie Wenecji? Czy kończące wiersz:
„żegnaj, ż e g n a j " , t o pożegnanie poety (zapomnijmy na chwilę
0 podmiocie lirycznym) z konkretną kobietą czy z uosobioną
Wenecją? A może z j e d n ą i z drugą? Jakkolwiek by było,
a szczęśliwie nie ma metody, aby rozwikłać ostatecznie prob­
lem, pozostaje faktem, że i w tym sentymentalnym wyznaniu
niedaleko pada wenecjanka od Wenecji - miasto wciąż ujawnia
swą kobiecą „ n a t u r ę " .
To. co u Błoka pozostaje w zagadkowym niedomówieniu,
bohater powieści Oskara Miłosza rozwija z całą oczywistością:
„Rzeczy dokoła wzbudzały we mnie przemożne zaciekawienie;
moja czułość dla Wenecji dorównała miłości do Annaleny.
W moim umyśle Kobieta i Miasto stopiły się w jedno istnienie.
Czy są zresztą dwie rzeczy na świecie bardziej stworzone do
wzajemnego zrozumienia się i połączenia niż boska miłość
1 archanielska Wenecja? (...) Zbyt szlachetna na kurtyzanę, zbyt
powabna żeby zostać matroną, czarodziejska Wenecja jest
kochanką tylko i wyłącznie kochanką; zachwycającą do łez, zna
ona ponadto siłę starych pogańskich uroków i rządzi naszymi
sercami równie chętnie używając tajemnicy, jak siły wdzię­
k u . " Tu j u ż nie może być żadnych wątpliwości: miasto staje
się obiektem miłości, pragnienia i pożądania dokładnie tak samo
i w tym samym stopniu jak kocha się, pragnie i pożąda kobiety,
a jest tak dlatego, gdyż w swej najgłębszej wyobrażeniowej na­
turze Wenecja j e s t kobietą! To pełna, istotowa tożsamość.
We właściwym momencie pojawia się ten egzaltowany
wybuch uczuć. Wprowadza bowiem do naszej galerii kobietWcnccji nową postać. Bo j u ż mogłoby się wydawać, że
Wenecja to jedynie czyste piękno, bezgraniczna cnotliwość,
olimpijska wyniosłość i doskonałość bez skazy. A tu nie­
spodziewanie - kochanka! Tę ciemną tonację kobiecej Wenecji
i weneckiej kobiecości odnajdziemy i w innych świadectwach.
Już w opowiadaniu Manna mówi się o Wenecji jako o „przymil­
nej i podejrzanej p i ę k n o ś c i " " sugerując aluzyjnie profesję tej
niewiasty. Maurice Barres trwa w drażniącym rozdwojeniu nie
mogąc ustalić prawdziwej - mimo że wie doskonale, iż ma
przed sobą kobietę - „ n a t u r y " Wenecji. Wciąż dostrzega jej
niigotliwość i esencjalną dwuznaczność. Pyta, czy jest ona
bardziej Eurypidesową Ifigenią czy biblijną Jezabel. a w bar­
dziej precyzyjnych określeniach: czy jest to „dziewica ofiarna"
czy „rozwiązła starucha"?" Podobnie Ruskin, który bieglej
nawet niż Chateaubriand czytał w znakach utrwalonych w ka­
mieniach weneckich, odnalazł obok pięknego, także upiorne
oblicze miasta. Dostrzegł je w głowie wyrzeźbionej w pod­
stawie wieży jednego z kościołów Wenecji. W pomnikowym
dziele The Stones of Venice mamy zapis tego odkrycia: „Głowa
- ogromna, nieludzka, potworna - spoglądająca ze zwierzęcym
zwyrodnieniem, zbyt wstrętna, by j ą namalować czy opisać,
albo by j ą oglądać dłużej niż przez chwilę. Można ją znieść tylko
przez moment, jako że w tę głowę wcielił się rodzaj złego ducha,
któremu Wenecja została oddana w czwartym okresie swojego
upadku; i to dobrze, że w tym miejscu powinniśmy widzieć
i odczuwać pełny strach na jej widok oraz wiedzieć jaka zaraza
przyszła i spadła na jej piękno, zanim zniknęła jak biała chmura
nad starożytną przestrzenią Santa Maria Formosa." Nie trzeba
wielkiej przenikliwości, zresztą Ruskin kilkadziesiąt stron dalej
mówi o tym wprost, aby pojąć, że spojrzał on, z widocznym
obrzydzeniem - zrozumiałe dlaczego ledwie przez krótką
chwilę - w potworną twarz Meduzy. Wenecji - Meduzy. I takie
kształty może przybrać sfeminizowany wenecki fantazmat.
V1

16

Również u Rilkego odsłania Wenecja, nie tak już może
przejmującą, ale nieznaną nam wcześniej, negatywną stronę
swej „ n a t u r y " : świadoma swego piękna, przeciąga się leniwie
o poranku, zakochana we własnym odbiciu, egoistyczna i próż­
na.
Naprzód opalem, który ku ozdobie
był miastu w przeddzień, muszą ranka zorze
błysnąć stolicy z kanałów zwierciadła
sznur odbić dobywając, żeby sobie
chciała przypomnieć, ulegle opadła
jak nimfa, Zeusa wypełniona grzechem.

149

�Ucho jej brząknąć zausznicą skore;
podnosi więc San Giorgio Maggiore
gnuśnym witając piękną rzecz u ś m i e c h e m "

wojny prezentuje się ona „z niezrównaną elegancją, godnością
i tajemną wyniosłością istoty nietykalnej, miasta tak dumnego,
że nie ma śmiałka zdolnego podnieść na nie r ę k ę . " Tak
rozpoczęło się jego miłosne wtajemniczenie w Wenecję. Uczu­
cie do miasta szybko nabierało intensywności. „Zakochiwałem
się z każdym dniem mocniej w mieście, o którym poeta mówi,
że jest zbudowane z widzeń sennych, a które ja podziwiałem za
szczególny związek, chciałoby się powiedzieć: za zaślubiny,
snu z j a w ą . Ten krótki moment przebudzenia, gdy ulatujący sen
jeszcze trwa i już rozwiewa się w świetle dziennym. Taki był,
dla mnie, budulec Wenecji. (...) To właśnie w niej z goryczą
i równocześnie zachwytem się kochałem, przemierzając ją od
świtu do nocy wszystkimi dostępnymi szlakami. Lecz prawdą,
której nie wolno mi zamilczeć, było i to, że od pierwszej chwili
Wenecją mojej miłości była również kobieta, u której zamiesz­
k a ł e m . " W istocie, contessa, u której przez parę tygodni
przemieszkiwał narrator, określona niezbyt ciepło przez brytyj­
skiego żołnierza jako a bitch and a witch, okazała się nie tylko
wybornym znawcą malarstwa weneckiego i nadzwyczaj biegłą
w rzemiośle kopistką, ale, może przede wszystkim, kobietą,
w której istota Wenecji znalazła kongenialne spełnienie. Przyj­
rzyjmy się temu, rysowanemu prostymi pociągnięciami pióra,
portretowi: „Wydobywała się z niej także czarownica, gdy w jej
czarnych płonących oczach, kontrastujących z długimi i bardzo
jasnymi włosami, pojawiała się furia. Wyglądała wtedy groźnie,
nic tracąc nic ze swej urody, ba - rzadkiej piękności. W chwilę
później jej twarz powlekała się ciemnym, łagodnym aksamitem,
czarne oczy nie tyle gasły, co uciekały gdzieś daleko, w rejony
nieosiągalne poza nią samą. Wysoka, szczupła, zgrabna, nie
wyglądająca nawet na swoje przypuszczalnie czterdzieści lat,
miała dar błyskawicznych transformacji, jakby zależało jej na
tym, by ciągłe mutacje w zamieszanie wprawiały patrzącego.
Zdawała sobie sprawę ze swej piękności, ale bez cienia
próżności. Jeśli pominąć dochodzące w niej czasem do głosu
gniewne wybuchy, była po anielsku łagodna, rozmarzona
i skupiona, adorując dwie rzeczy: syna i malarstwo (syn był
zaw.sze tematem tabu, malarstwo weneckie tematem zawsze
otwartym do rozmów). Nie zadawała pytań i najostrożniejsze
próby indagacji zbywała zmarszczeniem brwi i zaciśnięciem
ust. Zdawała się świadomie, celowo strzec swojej zagadkowości. (...) Rychło powstała mi w głowie szalona myśl: była po
jakiemuś uosobioną Wenecją, nie, nie w tym sensie, że była (jak
to się mówi) nieodrodną córką miasta na lagunie, odtwarzającą
niektóre jego cechy, ale w tym sensie, że była sama Wenecją,
przedmiotem podziwu włączonym integralnie do cudownego
miasta, jak świat uwięziony na zawsze w zwierciadle kanałów.
Była dzieckiem plebejskim, w którym nabyta arystokratyczna
patyna stworzyła czysty, dźwięczny stop z niskim pochodze­
niem."
41

Przeglądającą się we własnym odbiciu, narcystyczną Wene­
cję Rilkego, jak i grozę, którą objawiła ona Ruskinowi,
odnajdziemy, w jakże zaskakującym przetworzeniu, w wenec­
kim arcydziele Osipa Mandelsztama. W utworze, który od
pierwszej do ostatniej zwrotki przenika egzystencjalne napięcie,
spotykamy wyobrażenie Wenecji jako Vanitas.
0 Wenecjo, tak jałowa i posępna.
Twe znaczenie jasne mi się stało.
Oto się wpatrujesz zimno uśmiechnięta
W szkła niebieskość oszroniała.

42

Lekkie tchnienie skóry. Żyłkowanie sine.
Biały śnieg. Brokaty szmaragdowe.
Sennych, ciepłych się rozbiera z peleryny.
Kładzie się na nosze cyprysowe.
1 jaśnieją w koszach świece, płoną,
Jakby gołąb wpadł do arki niespodzianie.
Na spektaklu czy na balu w noc szaloną
Serce nagle bić przestanie.
Bo nie ujdziesz przed miłością i przed strachem.
Cięższy od platyny krąg Saturna.
Czarnym aksamitem zasłonięty szafot
1 przepiękna twarz, i urna.
Jakże ciężkie masz. Wenecjo, stroje:
Wszędzie lustra w cyprysowych ramach.
Szron niebieski szkła w sypialni twojej.
Aura twoja szlifowana.
Tylko róża albo fiolka w ręce Żegnaj, Adriatyku zielony.
C z e m u ż nie chcesz, wenecjanko, mówić więcej?
Jak uniknąć, mów, kwietnego skonu?
W lustrze się odbija czarny blask Wespera.
Wszystko mija. Ciemna prawda mami.
Człowiek rodzi się. Perła umiera.
A Zuzanna musi zostać ze starcami. *
5

W tej elegii na odejście piękna, którego nie jest w stanie
zatrzymać nic. nawet lustrzane odbicia, Wenecja przypomina
i świadczy o wliczonych w cenę życia: rozpadzie i przemijaniu.
Czas zwycięża nad wszystkimi formami widzialnymi, również
i tymi („cięższy od platyny krąg Saturna"),które zdają się jemu
niepodległe. Poznanie prawdy rzeczy to iluzoryczna pogoń za
uciekającym horyzontem. Odwrotną stroną miłości, tej najwyż­
szej formy potwierdzenia ciężaru istnienia jest strach przed
świata i naszym unicestwieniem. Wszystko to odsłania się
w nieco ironicznym, wszechwiedzącym, jakby z „drugiego
brzegu" wychodzącym spojrzeniu Wenecji. Być może jest to
Wenecja w masce śmierci. Nie sposób nie zapytać przy okazji:
czy obecne u Mandelsztama lustra i elegijna gra zwierciad­
lanych odbić nie tkwiły gdzieś w pamięci Brodskiego przy
pisaniu Znaku wodnego i czy jego „Zuzannopodobne miasto"
nie jest w jakimś stopniu dalekim refleksem ostatniej linijki
wiersza autora Zeszytów woroneskich. Wiadomo skądinąd, że
literacki kanon „rosyjskiej Wenecji" zna takie przypadki,
chociaż, inaczej niż u Brodskiego, funkcjonują one z reguły
w formie prostych zapożyczeń bądź poetyckich cliches. )
W jednym z najnowszych i . dodajmy, najznakomitszych
z napisanych dotąd „ w e n e c k i c h " tekstów, Portrecie
weneckim
Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (1993), raz jeszcze miasto
pojawia się pod postacią kobiety, jak gdyby tym utożsamieniem
rządził ponadczasowy i ponadjednostkowy, kategoryczny nie­
omal imperatyw wyobraźni.
Narratorowi (przypomina on aż. nazbyt ostentacyjnie samego
autora "), który przybywa do Wenecji w rok po zakończeniu
9

4

150

41

W niej to właśnie, w tej osobliwej kobiecie będącej żywym
obrazem jedności przeciwieństw, odnaleźć można większość
kobiet-Wenecji, o których mowa była wcześniej. W bohaterce
Portretu weneckiego zmieszały się bowiem i niepokojąco Я
sobą współistniały: piękno z grozą, plebejska dzikość z arysto­
kratyczną wyniosłością, zachwyt życiem, jego zmysłową po­
włoką z ciemnym stygmatem śmierci. Jednak najgłębsza uwaga
narratora (samego Herlinga?) zamyka się w takiej oto rewelacji
tak jak niepodobna dotrzeć do wciąż zmiennej, wieloznacznej,
niepochwytnej istoty contessy Terzan. tak też nie jest możliwe
przebicie się do wnętrza Wenecji: „ B o go nie ma. Nie ma jądra
czy serca Wenecji, zbyt płynnej i ulotnej, uchwytnej i umykają­
c e j . " Bowiem niewypowiedzianym imieniem Wenecji i boha­
terki opowiadania jest tajemnica. I w tym ich obydwu lustrzane
podobieństwo, w tym niepodzielna jedność ich symetryczny^
odbić.
44

1

Jak zatem widzieliśmy, Wenecja wyobraźni to kobiet
różnoimienna. W coraz to innej postaci odsłania w historii swoja,
kobiecą „ n a t u r ę " . Bywała królową ze wszystkimi atrybutami
monarszej władzy, wynurzającą się z piany morskiej wiecznw
młodą boginią, Penelopą bez godnych jej zalotników,
z nieodłącznym całunem, cnotliwą Zuzanną podglądaną P .
starców, dziewicą wydaną na ofiarę, bezbronną Violette. bo17

�Gretą, ale również kobiecym wcieleniem Vanitas, potworem
0 twarzy Meduzy, pięknością z kompleksem Narcyza, znającą
silę swoich wdzięków hipnotyczną kochanką, zepsutą staruchą,
a nawet - excuse:, le mot - kurwą. To nieomal cale, dające się
pomyśleć, spektrum typów kobiet i ról przez nie pełnionych.
3. Pora na proste, czyli najtrudniejsze, pytania. Dlaczego
Wenecja jest kobietą.' Dla jakich racji, tak często to miasto
przyjmuje w wyobrażeniu kształty kobiece? Dlaczego, jak
wskazują na to nasze teksty. Wenecja m u s i być kobietą? I co
to bliżej znaczy? Pytania trudne z metodologicznych względów,
ale także ryzykowne, jako że nieuchronnie zahaczają o wywoła­
ną przez ruch feministyczny (czasem przytomną i potrzebną,
a czasem zatracającą granice zdrowego rozsądku) ideologiczną
debatę o kobiecości i różnych jej aspektach.
Powiedzmy od razu: nie ma dobrych, to znaczy jedynie
słusznych, niedyskusyjnych i „ostatecznych" odpowiedzi na
postawione pytania. Rzecz jasna, odpowiedzi tego rodzaju są
możliwe, ale tylko za cenę popadnięcia w ideologiczny dogmatyzm. Można by więc, próbując rozjaśnić wspomniane
kwestie, przykładowo, reanimować na okoliczność „tematu
kobiecego" freudowską machinę interpretacyjną pogrążoną
w falloidalno-vaginalnych obsesjach, zstępować w ciemne
głębie jungowskiej pary anima - animus, albo, wybierając inną
jeszcze drogę, zagrać w „męskie/żeńskie" - ulubioną grę
towarzyską bractwa strukturalistów. Te rozwiązania już znamy
1 wiemy dokąd prowadzą. Stąd też w miejsce „wszystko
wyjaśniających" podejść zaproponujmy nieco metodologicznej
ostrożności i powściągliwości. Jeśli uchylić - bo nie odrzucić
zupełnie - wyjaśnienia typu biologicznego i psychologicznego,
apozostać na poziomie rozumienia kultury przez kulturę, to dwa
tropy interpretacyjne rysują się dość wyraźnie.
Pierwszy, narzucający się od razu, jest natury j ę z у к o w e j .
(la) Venezia, (la) Venise. (das) Venedig, (she) Venice, (eta)
Wicniecija. (ta) Wenecja - w kilku, jeśli nie w większości,
języków europejskich nazwa miasta jest rodzaju żeńskiego. I ta
gramatyczna okoliczność w „ n a t u r a l n y " sposób przyczynia się
do tego, że o Wenecji mówi się jak o „ n i e j " , o kobiecie. Język
wymusza niejako na wyobraźni pewien zespół skojarzeń,
podsuwa gotowe formy obrazowania. Ten gramatyczny przy­
mus nie jest. bo być nie może. ani jedynym ani najważniejszym
„wyjaśnieniem" kobiecości Wenecji. Bez wątpienia jednak
wyznacza ogólne ramy. daje formę, która oczekuje na wypeł­
nienie konkretnymi treściami.
I tu dotykamy wymiaru m i t y c z n e g o naszych „wenec­
kich" fantazmatów. Jeśli Wenecja jest kobietą, to na mocy
definicji, musi posiadać te same, co kobieta cechy? Ale jaka
kobieta? K i m „naprawdę' 'jest kobieta? Jakie cechy są „naprawdę"kobiece? Kultura europejska dysponuje szerokim zestawem
gotowych, dobrze zafiksowanych w zbiorowej pamięci od­
powiedzi. Jak widzieliśmy, w zgromadzonych tekstach ożywio­
ne zostały obydwa bieguny zmitologizowanej i utrwalonej
w językowym, literackim i społecznym stereotypie kobiecości.
W zależności od potrzeb jest więc kobieca Wenecja „ p i ę k n a " ,
..krucha", „ u l e g ł a " , „ b e z b r o n n a " , „ c n o t l i w a " , „ w i e r n a " , ale
równocześnie „ l e n i w a " , „ p r ó ż n a " , „ r o z p u s t n a " , „ p o t w o r n a " ,
..dzika", „ g r o ź n a " . Ponad tymi biegunowymi znaczeniowo
określeniami, umieścić można inne jeszcze, j u ż nie tak jedno­
znaczne charakterystyki: „ d o s k o n a ł a " , „czarodziejska", „nie­
dostępna", „ n i e u c h w y t n a " , „ b o s k a " , „tajemnicza". Te przy­
miotniki kryptonimują niepodzielną jedność sprzecznych wo­
bec niej odczuć: zauroczenie i strach, podziw i drżenie. Odsłania
'e w nich Wenecja tremeiuium et fascinans. Niezwykle przy
tym ciekawy (a dla feministek chyba budujący) jest fakt, że
* wyobrażeniach kobiecej Wenecji w tak niewielkim, relatyw­
ne rzecz biorąc, stopniu obecny jest wyłącznie „ n e g a t y w n y "
gun stereotypu kobiety, który dominował przecież w euro^Jskiej mentalności - by nic sięgać do przeszłości starszej
' j * era chrześcijańska - od jawnie mizoginicznych pism
°jców Kościoła, przez, diaboliczny obraz kobiety w Malleus
""ilcficurum, niezliczone femmes fatales. modliszki, wamj?y. bestie literatury modernistycznej, po antykobiecą histerię
•ona Wciningera.' Z pewnością, wpływem Zeitgeistu
s

0le

r

przełomu wieków i nadzwyczajnym podówczas urodzajem na
kobiety upadające lub zgoła upadłe, trzeba tłumaczyć wyjąt­
kowe raczej wśród naszych świadectw „ n e g a t y w n e " obrazy
Wenecji-kobiety u Barresa i Manna, które, nawiasem mówiąc,
znakomicie harmonizują z eksponowanym w ich utworach
całkiem realnie rozpadającym się, umierającym miastem. Naj­
częściej wizerunek kobiecej Wenecji jest „ p o z y t y w n y " albo,
jak u Herlinga-Grudzińskiego. opalizuje jednością przeci­
wieństw.
Odpowiadając na podobne do naszego pytanie - dlaczego
rewolucja jest kobietą? - Maria Janion, obok przytoczonych za
Maurice Agulhonem argumentów gramatycznych, estetycz­
nych i społeczno-kulturalnych sięga po eksplikacje mitycznosymbolicznc. Szczególnie eksponuje ambiwalencję znaczeń,
nieustannie przeplatających się w wyobrażeniach rewolucji jako
kobiety. W relacjach pamiętnikarskich z rewolucji 1848 roku
pojawia się znaczący obrazek: oto podczas frenetycznego i ,
z istoty swej. transgresyjnego święta rewolucyjnego prostytut­
ka, z piką w dłoni i czerwonym czepku na głowie, na oczach
ludzi nieruchomieje w pozycji „ p o m n i k o w e j " , przeistaczając
się na jakiś czas w żywą alegorię „czystej i niewinnej"
Wolności. Tego rodzaju znacząca inwersja w pełni mieściła się
w logice rewolucyjnej zmiany. „Przekroczenie staje się naru­
szeniem granicy społecznej i moralnej, ambiwalencja ' d z i w k i '
i 'dziewicy' odpowiada dwuznaczności rewolucji, niszczącej
i budującej, niemoralnej'i 'moralnej'.świętej i przeklętej, oraz
łączy się ze stale obecnym w erotycznej kulturze Europy
przeciwstawieniem 'kurwy' i 'Madonny'.
Ta dwuznaczność
ma zakorzenienie w głębszej jeszcze, poświadczonej w wielu
tradycjach mitologicznych, antynomicznej arche kobiecości:
kobieta, dając życie, daje równocześnie śmierć, podobnie
i w rewolucji obydwa bieguny - kreacji i destrukcji - współist­
nieją nierozdzielnie. To prawda, że obraz kobiety jako Rewolu­
cji i kobiety jako Wolności szybko zastygał w wygładzonych
i konwencjonalnych alegoriach, ale nawet one, w sprzyjających
okolicznościach emanować mogą wieloznaczną, żywą i poru­
szającą m o w ą symbolu.
46

Podobnie, niezwykle bogaty obraz Wenecji-kobiety ma
tendencję do przechodzenia w gładkie i pełniące ledwie funkcje
dekoracyjne wizerunki alegoryczne (królowa mórz. Afrodyta,
Wenus itd.). Od czasu do czasu jednak, spod retorycznych
gładzizn i wytartych stereotypowych formuł przebija ciemna,
paradoksalna materia symboliczna. To w niej właśnie stapiają
się w jedno: piękne i odrażające, cielesne i duchowe. Eros
i Thanatos, w niej odsłania się (nigdy nie do końca) tajemnicza
„ n a t u r a " kobiecej Wenecji. Ale dlaczego to kobieta, za każdym
razem, staje się uosobieniem tej niezgłębialnej, trudnej do ujęcia
w słowie, dwuznaczności Wenecji? Z konieczności, odpowiedź
może być tylko próbną hipotezą, nieśmiałym przybliżeniem.
Posłuchajmy intuicji artysty: „Jeżeli malarza interesuje problem
cielesności, jakiś sposób łączenia spraw duchowych ze światem
bytów fizycznych, to zupełnie naturalne jest, że zaczyna się
interesować wyglądem kobiety. To sprawa zasadnicza i długo
można by o niej mówić. Zresztą na ten temat prawie wszystko
zostało powiedziane i napisane. Nie j a to wymyśliłem, to jest
powszechna intuicja całej sztuki światowej w przekroju zarów­
no geograficznym, jak i historycznym. Przecież główną fas­
cynacją wszelkiej figuracji, jeśli chodzi o postać ludzką, jest
właśnie postać kobieca. Nie bez p o w o d ó w . Widocznie jest to
wynikiem bardzo głęboko umiejscowionego przeświadczenia,
że pełna realizacja, pełna synteza spraw duchowych z rzeczywi­
stością empiryczną dokonuje się właśnie w postaci kobiety."
Może w tej wypowiedzi kryje się, przynajmniej część wyjaś­
nienia kwestii: dlaczego Wenecja wyobraźni nie tylko jest, ale
m u s i być kobietą. Ale czy tak odpowiadając nie popadamy
w kolejną iluzję? Czy przesłaniających rzeczywistość kulturo­
wych masek nie bierzemy za rzeczywistość samą? Bo może, jak
chcą niektórzy, niczego oprócz i poza owymi maskami nie ma,
a wówczas każda próba dotknięcia „ i s t o t y " rzeczy skazana jest
na śmieszność? Te wątpliwości można wysłowić i tak jeszcze:
czy ostatecznie rozum „ w y j a ś n i a " mit, czy też on sam w akcie
uczestnictwa „ w y j a ś n i a " się w micie? That's the question.
JK

15

151

�P R Z Y P I S Y
I

Przytaczam za niezwykle inspirującą metodologicznie i ..dująca, do
m y ś l e n i a " książką W ł a d y s ł a w a Panasa. W kręgu metody semiotycznej, Lublin
1991, s. 102
Tamże.
' J. Brodski, Przewodnik po przemianowanym mieście, tl. A.Mietkowski. w:
tenże, Śpiew waluidhi, Paryż 19X9. s. 49
Cyt. za: A. Ripellino. Prago magiczna, tł. J . U s z y ń s k i . ,,Zeszyty Literac­
kie" nr 52:1995. s. I I
' Tamże.
" Tamże.
Por. M. Baranowska. Sio radna wyobraźnia
i poezja. Warszawa 19X4, s.
140
* O funkcjonującym w potocznych wyobrażeniach skojarzeniu w i e ż y Eiffla
i fallusa. żob. L . Stomma, Uroda ludzkiej pomyłki.
„Polska Sztuka Ludowa
- Konteksty" nr 1:1991, s. 12-13
' Inspiracje metodologiczne można by czerpać z klasycznych studiów na
temat wyobraźni poetyckiej i pisarskiej: G . Bachelarda. G . Pouleta. J .
Starobinskiego. J.P. Richarda.
"' F . Braudel i in.. Morze Śródziemne.
Przestrzeń
i historia.
Ludzie
i dziedzictwo. Warszawa 1994. s. 232
" G . G . Byron. Wędrówki
Chajld Harolda, Pieśń I V , 10—18. tł. J . Kasp­
rowicz, w: tenże. Wybór dziel. 1. I. Warszawa 1986
M. McCarthy, Col Tempo, przeł M. Wolanin, „Zeszyty Literackie" nr
39:1992 (fragment rozdziału V I I z Venice observed,^.
Heineman Ltd., 1961).
" F . R . de Chateaubriand, Księga o Wenecji, tł. P. Hertz, „Zeszyty Literac­
kie" nr 39:1992, s. X5
Tamże.
R M . Rilke. Ranek Wenecji, tł. A. Pomorski, w: R M . Rilke. Sonety do
Orfeusza i inne wiersze. Kraków 1994, s. 283
" J . Brodski, Znak wodny. U . S . Barańczak, „ Z e s z y ł y Literackie"ш 39:1992
T a m ż e . s. 43
T . Tanner. Venice Desired, Blackwell . Oxford 1992
" E . Pound. Pieśń XVII. przeł L . Engelking, „Literatura na ś w i e c i e " nr
1-2:1995, s. 75
:

4

7

14

15

II

'" J.W. Goethe. Potlróż whska. It. H . Krzeezkowski. Warszawa 19X0.s. I I X
O. Miłosz. Miłosne
wtajemniczenie, tłum. i wstęp A. Międzyrzecki.
Kraków 1978. s. 61
Braudel, op.cit., s. 224
' Brodski, op.cit., s. 45
T a m ż e , s. 47
.1. Brodski. Strofy weneckie 121, tł. K . Krzyżewska, w: J. Brodski. Lustro
weneckie, Kraków 199.3. s. 91
' Brodski, Znak..., s. 29
B. Pasternak, Drogi napowietrzne i inne utwory, tłum. i wstęp S. Pollak,
Warszawa 1973, s.467-468

'" Por. E . Kuryluk, Wenecja uratowana, w: tenże. Podróż, do granic sztuki
Kraków 1982. s. 6 0 - 7 6

" Brodski. Znak..., s. 41
A. Błok. Wieniecija, tłum. filologiczne D C (nie znalazłem tego utworu
wśród polskich tłumaczeń Błoka). przekład za wersja rosyjska z a m i e s z c z o n ą w:
L . \ogt\. Aleksandr Blok. The Journey to Italy. Cornell University Press. Ithaca
1973, s. 224
" Miłosz, op.cit.. s. 59 i 61
T . Mann, Śmierć w Wenecji, tł. L . Staff, w: tenże. Wybór nowel i esejów
opr. N. Honsza. W r o c ł a w 1975, s. 252
Cyt. za: P. Jourda, IM Venice de Maurice Barns,
w: Venezia nelle
letleruture modernę, ed. C . Pellegrini, Venezia-Roma, b.d.
" Cyt. za: Tanner, op. cit., s. 119.
" Rilke, op. cii.
™ O. Mandelszlam. O. Wenecjo.... tł. M. Leśniewska, w: tenże. Poezje
W r o c ł a w - K r a k ó w 1983, s. 177
" Wnikliwy przegląd różnych obrazów Wenecji w literaturze rosyjskiej -od
Puszkina po w s p ó ł c z e s n o ś ć - w kontekście ..weneckiego" eseju Brodskiego,
daje Lev Loseff w ś w i e t n y m artykule Wieniecija Josifa Brodskogo (maszyno­
pis). Jest to tekst referatu w y g ł o s z o n e g o na sesji panelowej poświęconej
Brodskiemu na U W w lipcu 1995 i . Dziękuję Autorowi za udostępnienie
niediukowanego jeszcze tekstu: o ukrytych i bezpośrednich odwołaniach do
Wenecji Błoka w twórczości B i e ł e g o zob. Vogel, op. cit., s. 59
14

M

4,1

Jednym z atutów opowiadania i r ó w n o c z e ś n i e wyzwaniem dla czytelnika
jest napięcie i gra p o m i ę d z y postacią narratora a samym autorem. Herling
wpisuje w biografię narratora wiele łatwo sprawdzalnych i udokumentowanych
faklów z w ł a s n e g o życia. W pewnym miejscu (s.36) rozpoznać można cytowane
nieomal in extenso fragmenty jego uwag o Wenecji rozrzuconych po różnych
stronach Dziennika pisanego nocą. Wszystko to, prawie mimowolnie, wywołu­
je kilka kwestii z gutunku „ n a i w n y c h " : gdzie k o ń c z y się Wahrheit własnej,
intymnej biografii, a zaczyna Dichtung literackiej fikcji? jak pierwsza prze­
chodzi w druga? jak rozdzielić w tekście obydwie te jakości'' Nie ma chyba na te
pytania w pełni rozstrzygających i jednoznacznych odpowiedzi. I bardzo
dobrze! Jakiekolwiek by były. to i lak, dla nas, czytelników, wątpliwości
pozostaną. I tez. dobrze.
41

21

:

25

ll

; 7

:

" J. Cybis, Notatki malarskie. Dzienniki 1954-1966,

Warszawa 19X0, s. 91

G.

Hcrling-Grudziński.

Portret

wenecki.

4 2

'' P. Muralow, Obrazy
s. 17

Wioch,

przeł. P.

Hertz, Warszawa

V . C a r p a c c i o , / / miracolo

752

delia

1972,

rcliquia

1.1.

dc

nr

1-2:1994,

T a m ż e , s. 37
T a m ż e . s. 39^40
T a m ż e . s. 37
' Por. np. J . Delumeau, Strach w kulturze Zachodu. XIV- XVIII wiek, przeł.
A. Szymanowski. Warszawa 1986, s. 287-324; M. Podraza-Kwiatkowsla,
Symbolizm i symbolika w poezji Młodej Polski. Teoria i praktyka, Kraków 1975,
s' .363-383; Ó. Weininger. Pleć i charakter. Ił. O. Orlwin. Warszawa 1995
" M. Janion. Dlaczego rewolucja jest kobietą'.', w: Historia i wyobraźnia.
Studia ofiarowane B r o n i s ł a w o w i Baczce. Warszawa 1992, s. 114
T a m ż e . s. I 13
* Z. Podgórzec. Wokół ikony. Rozmowy z Jerzym Nowosielskim. Warszawa
1985, s. 182
4 1

4 4

4

4

4 1

4

:

„Kultura"

s. 36

/ Santa

Crocc,

W e n e c j a . F r a g m e n t y obrazu

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9564" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9542">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/324760ec2c4ab2f95193601ea735440f.pdf</src>
        <authentication>86dc2f88cdeb9a0bc723261131891492</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="10">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="136967">
                  <text>Barbarzyńca </text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="37">
              <name>Contributor</name>
              <description>An entity responsible for making contributions to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138652">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138653">
                  <text>umowa licencyjna z Wydawcą</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138654">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138655">
                  <text>czasopismo nieregularne</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113891">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5603</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113892">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113893">
                <text>2009</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113894">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:5209</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113895">
                <text>Życie śmieje się z rozumu/ Barbarzyńca 2009 nr 1 (14)</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="113896">
                <text>O kłopotach z duszą, języku potocznym, Emilu Cioranie i pograniczności antropologii.Z Dariuszem Czają rozmawia Szymon Uliasz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113897">
                <text>Barbarzyńca - pismo antropologiczne,2009 nr 1 (14), s.3-18</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113898">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="113899">
                <text>Uliasz, Szymon</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113900">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113901">
                <text>Stowarzyszenie Antropologiczne „Archipelagi Kultury”</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113902">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113903">
                <text>Zycie śmieje się
z rozumu.
O kłopotach z duszą, języku potocznym,
Emilu Goranie i pograniczności antropologii
z Dariuszem
rozmawia
Szymon Uliasz: Chciałbym zacząć od tytułu Ana­
tomia duszy. Pierwszym moim skojarzeniem jest
dzieło Roberta Burtona Anatomia melancholii
z 1621 rol^u, w \tórym mełanchołia przedstawia­
na jest m.in.jako choroba duszy. Książka ta jest
w gruncie rzeczy anatomią człowieka, natomiast
zjawisko mełanchołu jest w niej punktem wyjścia
i perspektywą, w której autor próbuje opisać cały
znany podówczas świat. Pańska Anatomia duszy
niema ambicji bycia współczesnym opus magnum
na temat duszy, co jest chyba oczywiste, ałe skąd
ta^ tytuł?
Dariusz Czaja: Cieszę się, że j u ż na począt­
ku przywołuje pan bardzo mi bliską książkę
Burtona. Bliską, choć bardziej m o ż e z powodu
melancholii n i ż anatomii. Z pewnością jednak
wymyślając tytuł swojej książki nie myślałem
o Anatomii mełanchołii. Nawiasem m ó w i ą c ,
przypominam sobie przeczytaną gdzieś u E m i -

1

Szymon

Czają
Uliasz

la Ciorana uwagę, że jest to najpiękniejszy tytuł
świata... A odpowiedź na pańskie pytanie jest
prosta. Wystarczy sięgnąć do drugiego motta,
które zaczerpnąłem ze świetnego studium Ortegi y Gasseta o topografii naszej przestrzeni we­
wnętrznej [„Jak wygląda, jaka jest anatomia tego,
co zazwyczaj dość mgliście nazywamy duszą? przyp. red.]. To
określenie tak

Jest t o nasze wnętrze ukryte

bardzo mi się

głęboko, d o którego nie możemy

spodobało, ż e

się dostać ,
1

zostało tytułem
całej książki. Z tym wiąże się zabawna anegdota.
Jak pan dobrze wie, prawdziwi naukowcy nie
lubią poetyckich określeń i bardzo się brzydzą
tego typu metaforyką. Jeden z tych prawdziwych
uczonych (czy też m o ż e przeuczonych?) zasia­
dających w radzie instytutu, w którym broniłem
tej pracy {Anatomia duszy była moją rozprawą
habilitacyjną), zdziwił się niepomiernie: jakże

Cytaty pochodzą z książki Dariusza C-L^I Anatomia duszy. Figury wyobraźni

igry językowe,

Wydawnictwo Uniwesytetu

Jagiellońskiego, Kraków 2005. Ich autorami są studenci - respondenci badań przeprowadzonych przez Czaję w ramach
Laboratorium badań empirycznych. Wywiady prowadzili studenci etnologii UJ.

1 ( 1 4 ) nn

BARBARZYŃCA

�Wywiad

4

Jest t o p r z e d e wszystkim sumienie,

m

o

z

n

a

m

° w i c

o anatomii du-

myśl, może pamięć.

.

. .

szy, skoro, ]ak
wszystkie dzie­

tyczna była więc w zamyśle nie tyle historycznoerudycyjnym wtrętem, ile czysto funkcjonalnym,
pragmatycznym preludium do dalszych kon­
kretnych analiz. Szło mi o to, by w y r y s o w a ć
m a p ę funkcjonujących w kulturze europejskiej

ci wiedzą, dusza jest bezcielesna! Nie wiem, czy
obawiał się, że będę ją ciął na kawałki, czy co?

języków rozmowy o duszy, po to żeby ewentu­

(śmiech) W każdym razie najwyraźniej nie pojął,
że chodzi o metaforyczne słowa. Sapientisat.

alnie odnaleźć je we współczesności. A m o ż e
dokładniej: aby dowiedzieć się, co współczesna

Pomysł przedstawienia językowego

mentalność powtarza (najczęściej bezwiednie)
z zastanego dziedzictwa, co przetrwało

obrazu duszy,

czy językpwo-kułturowej
wiedzy o duszy, daje
wgląd w obecność i miejsce tego pojęcia w świa­
domości potocznej współczesnego człowieka. Co
wynika z konfrontacji i zestawienia ze sobą wiedzy
filozoficznej i teologicznej z wyobrażeniami
na
temat duszy obecnymi w języku

potocznym?

Zasada zestawienia jest bardzo prosta. Punkt
wyjścia był taki: chciałem się zorientować, w jaki
sposób i jakim j ę z y k i e m ludzie współcześni
rozmawiają o duszy. Interesowało mnie to, jak
o tym mówią - to, z jakich pojęciowych kloc­
ków zbudowane są ich wyobrażenia duszy. Żeby
się w tym przepastnym materiale nie pogubić,

mięci kulturowej w dzisiejszym języku, a co jest
novum, co jest ultranowoczesnym impaktem.
Innymi słowy - o jakie elementy wzbogaciliśmy
stary słownik, retorykę, metaforykę w naszym
dzisiejszym myśleniu i opowieściach o duszy
Sądziłem ze lepiej będzie m o ż n a pokazać po
n o w o c z e s n o ś ć rozmowy o duszy wtedy edy
umieści się ją na kontrastowym tle To fasćynuiace słuchać iak ludzie którzy niedv nie mieli
w reku Platona mówią iecoiezvkiem albo naele
ni stad ni zowąd odzvwaia sie Karteziuszem
Mówia'róznymiMężykami sam, o tym nie wielYiuwiij i

U Z J I I J

l i i i jivaiiii^

oaiiii w L y i l l iiiv., vv lv

dząc Szczególnie właśnie zależało mi na tym
tw
nokazać
oy p
orażać
pomieszanie j ę z y K o w - to
to, jiak
aK

a m o ż e nawet nie utopić, wydawało mi się roz­
sądne s p o r z ą d z e n i e czegoś w rodzaju mapy
retorycznej - rekapitulacji kilku podstawowych
w kulturze europejskiej d y s k u r s ó w o duszy:
greckiego, hebrajskiego, chrześcijańskiego i -

mazie z a c z y n a j ą „ m o w i e j ę z y K a m i .
cieKa¬
we,
u w a g a dotyczy me t y i K o r o ż n i e pomiędzy
p o s z c z e g ó l n y m i w y p o w i e d z i a m i , Do to w miarę
oczywiste, ale czasem to p o m i e s z a n i e miało
miejsce w e w n ą t r z j e d n e j w y p o w i e d z i . A m D a r a -

z obszaru nowożytności - kartezjańskiego. To
są w moim przekonaniu cztery zasadnicze tra­

sujące, prawdar

dycje rozinowy o duszy w naszej części świata
Referując je skrótowo śledzę limę rozwój o
wa" konkretnych obrazów metafor porównań
odnoszących się do duszy Nasze myślenie nie
iest nrzeciez zawieszone w nrózni kulturowei
korzysta z anaratu noieciowero i leksykalne^
dostarczonego nrzez tradycie Dusza n,e snadła
n a m z m e b a a i e ś l i i u z to z nieba idei z orze
pastnych głębi starych słowników Część teore­

Nazywa to pan „syndromem

2

C. Ginzburg, Ser i robaki, Wizja świata pewnego młynarza

Menocchia"...

To jest przezwisko pewnego nad wyraz roz­
garniętego m ł y n a r z a żyjącego w X V I wieku
we włoskiej prowincji Friuli, bohatera świet­
nej książki Carla Ginzburga . O n to właśnie,
konstruując na podobieństwo bricoleura swoją
synkretyczną wizję światopoglądową z dostęp­
nych sobie elementów, mówił o świecie różnymi
2

z XVI w., tłum. R. Kłos, Warszawa 1989.

BARBARZYŃCA

1 (14) P009

�Z Dariuszem Czają r o z m a w i a S z y m o n Uliasz

5

językami, nie bardzo wiedząc, skąd to wszystko
pozbierał. I teraz - jeśli odnieść to do rzeczywi­
stości, o której rozmawiamy, do współczesnych
wyobrażeń duszy - widać jak na dłoni to nieusta­
jące materii pomieszanie, ten m e l a n ż słowników,
języków pochodzących z całkiem różnych para­
fii: trochę retoryki filozoficznej, trochę katechi­
zmu, duża porcja nowomowy psychologicznej,
metaforyka techniczna etc. Obok archaicznych
wyobrażeń duszy jako dymu, powietrza, czegoś
niewidzialnego iiićiiiiy więc nowoczesne kon­
cepty, w których dusza p o r ó w n y w a n a jest do
silnika programu komputerowego czy dyskietki
Wszystko to się rdzeni uciera w ponowoczesnym
tyglu.

antropologii na przedramieniu, powiedzmy od
drugiego roku (śmiech), tak żeby wiedzieli, w co
grają, i żeby nigdy nie zapominali, po co wyru­
szają w teren. Nie po to przecież, by utwierdzać
się w tym, co j u ż wiedzą, ale - również - by dać
się zaskoczyć, by stwierdzić, ż e w krainie wy­
obrażeń coś takiego jak wzorzec metra z Sèvres
nie istnieje. O d tego dopiero m o ż n a zacząć
sensowną analizę i interpretację rzeczywistości.
Pytając o duszę, nie szukaliśmy więc tego, jak
odpowiedzi mają się w stosunku do jakiegoś
wyimaginowa­
nego wzorca
Jest o n a częścią Boga i czymś, c o
(bo nic takieżyje w i e c z n i e . Dusza jest cząstką

Czy chodziło wyłącznie o różnorodność przedsta­
wianych opisów, czy w tym zestawieniu obecna
była jakaś inna miara? Wypowiedzi informatorów
są bowiem rozmaite, od całkiem
infantyłnych
i pretensjonałnych
po najbardziej
zaskakujące,
poetyckie wyobrażenia.
Jasne, że przede wszystkim chodziło o deskrypcję, o przedstawienie maksymalnie szero­
kiego spektrum współczesnych wyobrażeń du­
szy. W tym obszernym worku znalazły się więc
wypowiedzi o różnej wartości intelektualnej,
również i z naszej wielce oświeconej perspekty­
wy infantylne czy zgoła śmieszne. Ale, przepra­
szam, co to ma do rzeczy? Psim obowiązkiem
antropologa jest najpierw i przede wszystkim
rejestracja świata, jaki naprawdę jest, a nie jaki
chcielibyśmy, żeby był! Zapewne marzy nam się,
żeby każdy z naszych r o z m ó w c ó w miał dosko­
nale przemyślany i językowo spójny obraz duszy
a w dodatku potrafił go z precyzją logiczną i we­
w n ę t r z n a koherencia przedstawić. Mało teeo:
najlepiej jeszcze żeby zgadzał się on z naszymi
podefrzeriiami intuiciami N i c na to nie pora
dzc ze tak nie jest. Życie śmieie sie z rozumu".
Tb Gombrowicz. I V dewizę m o ż n a bv w ra­
mach zajęć laboratoryjnych tatuować studentom

1 ( 1 4 ) nn

BARBARZYŃCA

go nie istnieje)

miłości, czymś, c o jest w e m n i e

ale staraliśmy

najlepsze. N i e potrafię powiedzieć,

się z a n o t o w a ć

jak istnieje dusza, ponieważ jest t o

wszystkie

pytanie o to, jak istnieje Bóg, a ja

-

nawet te najbardziej kurio-

t e g o nie w i e m . I ta w i e d z a nie jest
mi potrzebna,

zalne z naszej
perspektywy - pomysły. A poza tym, wie pan,
wszystko ładnie, wszystko śmiesznie, dokąd po­
zostajemy na poziomie lektury. Ale proszę pyta­
nie o duszę odwrócić do siebie, to zobaczy pan,
że j u ż tak wesoło nie jest. Ma pan do wyboru
albo zastane języki, albo wariacje na ich temat,
albo twórczość własną. Generalnie, łatwo nie
jest - zapewniam.
Jaki był początek y
&gt;
by zająć się wyobrażeniami
l

ch

badań

s

k$
°8
duszy?
d

w

óle

pomysł,

To rzeczywiście ciekawe. U początków tych
badań tkwi pewien zabawny paradoks. O t ó ż
w ramach „Laboratorium badań empirycznych"
prowadziliśmy badania zatytułowane „Kontek­
sty ciała i cielesności". Jak wiadomo, to studenci
są autorami kwestionariusza badawczego. Czy­
tając ich kolejne wersje, zauważyłem, że czegoś
tam brak, i trochę na zasadzie żartu, przekory,
zaproponowałem: skoro zajmujemy się ciałem,
to m o ż e dodajmy też coś o duszy. Zapytajmy

�Wywiad

6

więc: co stało się z duszą? Jeśli jest, to gdzie? Jak
się ma dusza do ciała? Itp. Z czasem okazało się
- ku zaskoczeniu wszystkich, ze m n ą na czele że była to najbardziej fascynująca część wywia­
du. W związku
Dusza jest najbardziej niepojętą

z

tym

w

ko-

rzeczą.

lejnych edy­
cjach kwestio­
nariusza rozbudowaliśmy tę część, nazwijmy
ją „duszną". Była to samodzielna część funk­
cjonująca w ramach szerszego kontekstu ciała
i cielesności.

To zresztą bardzo ciekawe, bo w tego rodzaju
proteście jest kawał fantastycznej, realnej wiedzy
Jest w książce szereg wypowiedzi osób, które nie
definiują siebie jako ludzi religijnych, natomiast
próbują jakoś o duszy mówić, nazywać ją, znaj­
dować słowa na jej opisanie. Jak z tego widać,
respondenci mieli pełną możliwość odpowiedzi,
również negowania samych pytań. Żadnej tresu¬
ry czy ankietowego zamordyzmu. Nominalnie
to były wywiady, choć ja bardzo nie lubię tego
słowa, bo kojarzy się trochę z przesłuchaniem...
Rozmowy?

Jak przebiegały same badania?
Powiem od razu: nadzwyczajnie. Nikt z nas
nie spodziewał się takiego odzewu, nikt nie
przypuszczał, że ludzie będą chcieli tak otwarcie
rozmawiać, no i nikt nie sądził, że dusza jednak
z naszego ciała nie wyleciała, jak m o ż n a by są­
dzić na podstawie rutynowych analiz tego, co
się nazywa - nomen omen - duchem współcze­
sności. Pamiętajmy: to nie był zamknięty i ano­
nimowy tryb ankietowy, lecz klasyczny wywiad
etnograficzny, czyli rozmowa między dwojgiem
ludzi, pełna swoboda rozwijania własnej in­
wencji i odpowiedzi. Pytanie często było tylko
zaczynem do rozmowy: „Czy jest coś takiego
jak dusza?". Jeśli człowiek mówił, rechocząc:
O
CO wv mnie tu pytacie?" to jasne jest że nie
było o czym rozmawiać natomiast jeśli ktoś od
powiadał twierdząco to zadawano m u kolejne
juz bardziei szczegółowe Dvtania Staraliśmy się
to robić bardzo delikatnie niektórzy oczywiście
Drotestowali ale ten protest też przecież o czymś
mówił Brak odnowiedzi tez ,est odnowiedzia
Niechęć czv nracmienie nrzeformułowania nv
tania tez i L odnowiedzi Ktoś na nrzvkład
ó w i ł - r L . e a n wv
n i e n, J u l c i e W w
r, '
mow "
f Wy m m
?GPymCie ra

, f
macnswiatopogiąaucnrzescijansKiego.
m

m

U

a

C

Z

e

m

:
. L^OJUZ

wyraźnie inlormuje, ze dla mego pojęcie duszy
w sposób oczywisty należy do słownika religijne¬
go, a takiej sugestii w ogolę w pytaniu nie było!

Tak, chyba słowo „rozmowa" jest tutaj naj­
lepsze. Chciałbym ujawnić w a ż n ą okoliczność
tych r o z m ó w To bardzo zapadło mi w pamięć po
rozmowach ze studentami. Po każdym wyjściu
w teren spotykaliśmy się w instytucie i rozma­
wialiśmy o tym, co się zdarzyło w trakcie badań.
I co mnie szczególnie zdziwiło - ba, niezmiernie
ucieszyło! - to fakt, że przez wiele tych komen­
tarzy przewijał się ciągle jeden wątek. Otóż tych
ludzi, którzy nie chcieli rozmawiać, był promil,
większość chciała, a część z nich
w praktyce zastosowała się do pewnej średnio­
wiecznej łacińskiej zasady mówiącej o tym iż
dar wymaga odwzajemnienia: do ut des daję,
byś i ty dał. Bardzo duza część ludzi mówiła tak:
Słuchai i a ci coś nowiem o tei duszy ale tv mi
tez Dowiesz Ale nie to co sie obiektywnie sadzi
i myśli o duszy tylko t y m i powiesz akto u cie
bie,est z dusza" Rozumie nan? Co'ś za coś&gt; Nie'
iest tak zeieden
od tuie
drugiego ale obydwie
osohv dzie a sie ze soha swoim, nrzenwśleniami
sa nartnerarni w rozmowie Wvnowiedzi rzestó
• i wier nieywvkle intvmnv tryewrw we
w n e L v r h ™ t r i Rvłn to
ł.twiei
i,
w n ę t r z n y cnarakter. cyio o tym arwiejsze, ze
jak wiadomo, studenci nie tylko byli pytającymi,
ale tez wystąpili w roli „tradycyjnego przedmio­
tu badan W wielu przypadkach widać było, ze
pytający nie traktowali swojej pracy wyłącznie
jako zadanie „na zaliczenie , sami tez w wielu
a

BARBARZYŃCA

1 (14) P 0 0 9

�Z Dariuszem Czają r o z m a w i a S z y m o n Uliasz

wypadkach musieli zdjąć z siebie ubranko neu­
tralnego, obiektywnego „badacza". Rutynowe
ćwiczenia terenowe przenosili na poziom w a ż ­
nej dla obu stron rozmowy. Odczułem to w pew­
nym momencie w sposób naprawdę przejmujący.
Nikomu o tym wcześniej nie mówiłem...

???
Otóż, żeby m ó c pracować na tych materia­
łach, musiałem je uprzednio wpisać do kom­
putera (wywiady były w rękopisach), co ozna­
czało, że ręcznie, „na piechotę", ponad pięćset
w y w i a d ó w trzeba było w p r o w a d z i ć do maszyny,
a później posegregować tematycznie. Pamiętam,
siedziałem przez cały tydzień w pałacu w Nie­
borowie (to nie mój pałac, niestety, tam są pokoje
gościnne), zajmując się tym i tylko tym. Pisałem
niemal non stop, po kilkanaście godzin dziennie.
I wie pan, po pewnym czasie miałem wrażenie,
jakbym przebywał wśród żywych ludzi. Te słow a z kartki zamieniły się w żywe, wyposażone
w jakąś quasi-fizyczność głosy I krążyły one
cały czas wokół mnie. Tak teraz m y ś l ę - m o ż e
dlatego że za m a r t w a litera pisma próbowałem
domyślać sie obrazów konkretnych ludzi Pro
szc s o b i e wyobrazić: pusty pokój wypełniony
radaiacymi s o w a m i ' 7aoewniam z e nie cier
pie na schizofrenie (Lterh)
M o z ę tez dlatego
i i a nie potrafię 'traktować tych tekstów wyłącz
nie ,ako materiałów terenowych" ale mam do
nich emorionalnv stosunek rhor - rzecz iasna
wiekJnśri.
nie l l t n k ™ i a m Rvłn r ™
z w i c K s z o s c i ą się me utożsamiam, cyio tam
wiele wypowiedzi w s p a n i a ł y c h , s z u K a j ą c y c n ,
mepewnycn. l a dziewczyna K t ó r a mowila, ze
nie wie czy dusza j e s t ale bardzo by chciała
zeby była. len c h l o p a K , K t ó r y m o w i l ze j e s t
niewierzący, ale ma pewność, ze dusza t y l K o o d
boga m o ż e pochodzie. l a K i e rzeczy się pamięta.
Oczywiście, bywały tam i glosy ironiczne, złośli­
we, prześmiewcze, ale to margines. Natomiast
mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością,
bo wszystko to przeczytałem u w a ż n i e : z du­
7

1 ( 1 4 ) P009

1

BARBARZYŃCA

7

żej części tych
głosów bije ja­
kaś w e w n ę t r z Nawet^pTze^z
zapisany tekst
p r z e b i j a ł o się
coś
żywego.
W niektórych
wypowie­
dziach, choć to

N i e w i e m , jak dusza tączy się
z ciatem ani gdzie p r z e b y w a .
W y o b r a ż a m t o sobie na rożne
s p o s o b y na przyktad: c z t o w i e k
wciągają razem z o d d e c h e m ,
albo z e w n i k a przez ciato, przez
catą powierzchnię skóry. Myślę,
j n
niersiowei
ze
p irvzpebuvyw
waa w klatce
Kiaice pierbiowej,
P

chociaż można czuć ją w catym

cisls zwlciszczći w ^towis
i oczach,

pewnie drobna
cząstka, dzięki
naszym wywiadowcom zostało uchwycone my­
ślenie in statu nascenai. bardzo często ludzie
mowih. „A wiesz, to ciekawe, bo ja o tym me
myślałem . 1 zaczynali głośno myslec. 1 ytamem
uruchamiano ich w y o b r a ź n i ę i słychać czasem,
ze w momencie, w którym oni formułują zda­
nie, z a c z y n a j ą myslec. N i e mają gotowców,
lecz usiłują w ogromnym trudzie pojęciowym,
retorycznym nadać temu n a z w ę , muszą znaleźć
słowo. Słychać prawie, jak to słowo z trudem się
z nich wydobywa. D l a mnie najbardziej fascy­
nujący, w ó w c z a s gdy spisywałem i zastanawia­
łem się nad tymi tekstami, był właśnie ten mo­
ment szukania przez nich po omacku, szukania
w chaosie. Żyjemy niby w świecie bez duszy, ale
samo słowo istnieje. I teraz rozmawiamy o tym
słowie, mamy duszę, me mamy duszy - obojęt­
nie, ale jak grzebnąć dalej, popytać, co to jest, to
nagle pojawia się trudność, w i d z ę ciemność...
I w tej ciemności trzeba sobie poradzić. I co
wtedy robimy? Albo łapiemy się istniejących
protez i m ó w i m y o duszy jako wiaterku, odde­
chu, promyczku itd, albo łapiemy się tego, co
pod ręką - silników, dyskietek - całej, tak nam
bliskiej, retoryki technicznej, albo próbujemy
własnymi słowami zbudować przestrzeń zna­
czenia. D l a mnie najbardziej fascynujące są te
wywiady, w których ludzie w y r a ź n i e me potra­
fią, ale mimo wszystko próbują zwerbalizować
to, czego w istocie zwerbalizować się nie da.

�Wywiad

8

Joanna To\ars\a-Bafpr w recenzji pańskiej książki

od Homera po de Sadea, to jednak robota odtwór­

chwali „systematyczny przegląd zagadnienia opi­

cza, a poza tym - j ak wspomniałem - była to led­

sywanego zarówno w porządku historii problemu,

wie część wstępna całej pracy, taka rozbiegówka.

jak i historii pojęć" , natomiast dość jednoznacz­

Historyk myśli mógłby powiedzieć, że dokonałem

nie odbiera jakąkolwiek

tu nazbyt dużego skrótu, zresztą tłumaczę się

1

wartość zamieszczonym
wydaje się

z tego we wstępie do części teoretycznej. Z kolei

w dość sporym mate­

nie bardzo wiem, za co mi się dostało. Z a to, że

w książce wynikom badań. Dziwne
to, że jako antropolożka,

riale języka potocznego widzi jedynie
nię, ubóstwo

i pustosłowie".

„monoto­

informatorzy mówią to, co m ó w i ą ? ! Przykro mi,

ludową

ja ich nie programowałem - mówili, co chcie­

Być może

usłyszeć można już jedynie u starych

li. Ja jedynie zarejestrowałem ich wypowiedzi

ludzi na wsiach, ale antropologa kultury chyba

i, nadając temu materiałowi pewien porządek,

powinny interesować przemiany językowe.

Mnie

opracowałem, zanalizowałem, wyprowadziłem

zastanawiająca

wydaje się chociażby owa metafo­

wnioski. M o ż n a dyskutować z założeniami pracy,

ryka związana

z komputerem, systemami zarzą­

z konkretnymi rozwiązaniami, z konkluzjami -

dzania etc. Nie chodzi mi o to, że w jakiś sposób

to rozumiem. Ale dyskutować z respondentami ?!

mądrość

przybliża
przemianę

mi problem duszy, ale ilustruje pewną
mentalną

i idące za nią

przeobrażenia

językowe...

Że mówią to, co mówią? Powiem szczerze: nie do
pojęcia jest dla mnie to, co pan właśnie zacytował,
że cały ten materiał to jedynie nędza intelektualna
i pustosłowie. Skądinąd nigdy nie twierdziłem, że

Hm... (głębokie westchnienie) Najchętniej spu­

zawarte są tam same intelektualne głębie. Nie po

ściłbym na tę recenzję firankę miłosierdzia, ale

to - na litość boską - te badania były robione, by

skoro pan pyta... Zabawne: mam wrażenie, że

jakąś osobliwą duszną „sapiencję" uzyskać - po

Joanna Tokarska chwali mnie za wątpliwe zasługi

tę niech się Tokarska uda do filozofów czy teolo­

i gani za równie wątpliwe przewiny. Zasługi wąt­

gów (do psychologów j u ż nie, bo ci w większości

pliwe, bo przedstawienie panoramiczne europej­

- jakby nie bacząc na źródłosłów własnej dyscy­

skich wyobrażeń na temat duszy, choć owszem,

pliny — j u ż dawno pozbyli się duszy ze swojego

wymagało przedarcia się przez kawałek literatury,

słownika)

JESZCZE. Swoje nadzieje wiążę z językiem w i d o c z n y m i p r z e s t r z e n n y m .
Który zacznie określać na n o w o , i przesądzi nieco inaczej, nasze myślenie. O c h , nie az d o Indian H o p i , którzy
- j a k t w i e r d z i W h o r f - „nie potrafią umiejscowić myśli inaczej jak t y l k o w przestrzeni, ani t e z nie potrafią
oddzielić przestrzeni o d w y n i k ó w myślenia". A z t a k nie, taka w i e l k a n o w a tuna nam się chyba nie zdarzy.
N o ale zawsze, zawsze. Różnica będzie w c a l e wyraźna i m y p r a w d o p o d o b n i e nie umielibyśmy porozumieć
się w petni z o b y w a t e l a m i w i e k u X X I I . Zwtaszcza w kwestii „duszy i „konkretu", „duszy" i „ciała" - stosunku
pomyślanego d o cielesnego. „Dokąd idziesz, Bartoszu?" „ M a m gąsiora w koszu". „Jak się mają w a s z e dzieci?".
„Zawiązany, nie w y l e c i " - I czyżbym ja już nie zakosztował takiej r o z m o w y ?

3

Recenzja zamieszczona w „Tygodniku Powszechnym",

dostępna pod adresem internetowym: http://czytelnia.

4

4

- A n d r z e j Falkiewicz

Andrzej Falkiewicz, Takim ściegiem:,

Wydawnictwo

Dolnośląskie, Wrocław 1991, s.l 10.

onet.pl/0,1341367,l,artykuly.html.

BARBARZVHCA

1 (14) P009

�Z Dariuszem Czają r o z m a w i a S z y m o n Uliasz

Albo najlepiej do pisarzy i poetów.

9

zny, są tam - jak pan wspomniał -

infantylne

wypowiedzi. Ale jest też wiele wypowiedzi co
O, jeszcze lepiej. N a m szło jedynie o to, by

najmniej ciekawych, interesujących. Wystarczy

ustalić, jak to dzisiaj z duszą jest w przestrzeni

przekartkować solidniej dział empiryczny, aby

myślenia potocznego. I zapytać, co znaczy i jak

zobaczyć ogromną różnorodność. Ileż tam zniu-

znaczy to, co ludzie o duszy mówią. A ż tyle

ansowanych wariantów związków między duszą

albo tylko tyle. Poza tym, tak j u ż logicznie rzecz

i ciałem! Ileż hipotez na temat statusu duszy po

biorąc, żeby dokonywać tak twardych, jak wyżej

śmierci ciała! Jak fascynujące poznawczo materii

cytowane, wartościowań, trzeba wiedzieć, jak

pomieszanie! Są tam bezwiedne cytaty z litera­

to n a p r a w d ę

z duszą jest. Z całym szacun­

tury pięknej, z traktatów teologicznych, z kate­

kiem, ale mam wątpliwości, czy doktor habili­

chizmu, z podręczników do psychologii... Trzeba

towana Tokarska to wie. Groteskowe jest też -

naprawdę dużo złej woli, żeby powiedzieć, że to

istotne w jej tekście - przeciwstawienie myślenia

tylko głuptactwa i nieodpowiedzialne bredzenie.

potocznego (głupiego, bezmyślnego, pustego)

Łatwo wydobyć jakąś jedną kuriozalną

m y ś l e n i u ludowemu (oczywiście: m ą d r e m u ,

w i e d ź z ich gąszczu, np. uwagę, że dusza mieści

przemyślanemu, pełnemu). Oczy przecieram ze

się pośrodku czoła, i na tej podstawie budować

zdumienia, bo przecież widać to jak na dłoni, że

później uogólnienia. Nawiasem mówiąc, logika

Tokarska o żadnej realnej kulturze ludowej nie

mityczna tego wyobrażenia jest łatwa do ekspli-

m ó w i , ale o jej intelektualnym (ideologicznym?)

kacji. Albo uznać, że dusza jako dyskietka to z u ­

konstrukcie! Ludowość ma różne imiona i wy­

żyta metafora. Przeciwnie: zdaje mi się ona bar­

miary. I mądry i, bywa, że całkiem głuptacki.

dzo świeża i intrygująca - choć pewnie zużyje

I stereotypowy oczywiście. O czymże w końcu

się za chwilę. Nie mogę pojąć, że całe to duszne

są świetne studia Jerzego Bartmińskiego i jego

dossier prowadzić m o ż e - j ak chce Tokarska - do

uczniów, jak nie o ludowych stereotypach języ­

wniosku o wszechoearniaiacei głupocie a nie

kowych? I to o ich poznawczym charakterze! To
zresztą charakterystyczne: kiedy jeden z naszych
informatorów dzieli się intuicją że dusza m o ż e
przebywać w oczach to dla Tokarskiej jest to
brednia ale iak to samo m ó w i przywoływany
przez Moszyńskiego

ludowy" informator

to

jest to juz wielka mądrość Ambarasujące do
prawdy. Niepojęte jest dla mnie to że tak m ó w i
pani etnograf ponieważ oboietni'e iakie sa te
wypowiedzi one po prostu sa Prawda wvobra
zeń iest ich istnienie Koniec kropka Poza tym
u w a ż a m za skrajną nieuczciwość powiedzenie,
że to sa tylko banały pustosłowia ltd Tak oo pro'
stu nie iest loanna chyba nie czytała tei książki
albo - iak podeirzewam - czytała ia wybiórczo'
bo iest rzeczą niemożliwa
różnorodnych
powiedzieć

1 ( 1 4 ) nn

by maiac kilkaset

wypowiedzi pod reka tak

Owszem są tam banały i mieli

BARBARZYŃCA

B

)t

) B

f

&gt;

na przykład - jak mnie - do wniosku o trudzie
nazywania o walce ze słowami i pośród słów
o wypowiedzenie tego czym dusza jest gdzie
jest jak łączy się z ciałem itp Siła tych wypowie
d z i l e z y w t y m iż próbują.wyrąbaćswój chodnik
w kompletnie nieiasnei w dodatku pogmatwa
nei myślowo i iezykowo przestrzeni Zeby za
kończyć koncvliacvinie powiem że naibardziei
spodobało mi sie w tekście loanny iedno zdanieZ książka ta powinni zapoznać sie w pierw'
s'zym rzędzie ci którzy i tak iei me crzeczytaia
- duszpasterze i katecheci". Prorocze!
Mnie

najbardziej poruszały

wypowiedzi,

pełne były niejasności, zastanowień,

\tóre

niedopowie­

dzeń. Jest w \siąice taki zapis: „]a\ dusza łączy
się z ciałem? Informator zastanawia się długo...
Nie

mówi nic".

�Wywiad

10
No właśnie, daleko nie trzeba szukać. Świet­

la lettre. To rozkręcenie na śrubki i pokazanie

ne! O czym nie m o ż n a mówić, o tym trzeba mil­

nędzy umysłowej i mentalnej Złotej gałęzi Fra-

czeć. Proszę zauważyć, tu rzeczywiście mamy

zera, tam gdzie m ó w i on o przestrzeni duchowej

milczenie, pustkę, i to literalnie. I kto jest tak

świata pierwotnego. Mało kto tak znakomicie

mądry, by powiedzieć, że jest ona pozbawiona

potrafił obnażyć jej irytującą ideologiczność, ba­

treści?

zującą na etnocentrycznej fiksacji. Wittgenstein
dowodzi, że Frazer konstruował zrozumienie

Ludwig

Wittgenstein, {tory wydaje mi się kimś

w rodzaju patrona pańskiego

studium,

tych swoich savages zza biurka, a jego horyzont

pisze

mentalny był co najwyżej horyzontem anglikań­

najtrudniej­

skiego pastora. Pokazuje całą jego ograniczoność

sze okazuje się to, żeby zechciało się ze samym

i prostactwo. Powiada, że j u ż sam fakt, iż Frazer

sobą mówić otwarcie. Trzeba przyzwyczaić

się do

dysponuje w swoim słowniku takimi słowami jak

tego, by mówić to, na co ma się akurat ochotę, bez

ghost czy shade, powinien był go zastanowić, bo ta

względu na to,ja\ bardzo wydawałoby

się to głu­

okoliczność umożliwia mu w ogóle komunikację

pie. Do czegoś sensownego dojść można bowiem

z tym jakoby całkowicie egzotycznym światem

gdzieś: „Kiedy chce się filozofować,

jedynie przez niezmierne pokłady głupoty". Koń­

dzikich. Innymi słowy: jest dowodem na to, że

czy on swój traktat zdaniem: „O czym nie można

przepaść między nami i dzikimi nie jest tak wiel­

mówić, o tym trzeba miłczeć". Cezary Wodziński

ka, jak on sądził. Okazuje się, że nie jest tak, że

na swoich wykładach

z ontołogii negatywnej pa­

my cywilizowani biali, jesteśmy wykonani Z ZU¬

rafrazuje to zdanie, mówiąc: „O czym nie można

pełnie innej gliny. Język nas zdradza, bardziej

mówić, o tym mówić trzeba"... Wydaje misie, że

n i ż nam się to wydaje. Wittgenstein wskazuje,

podobnie jest z duszą. Niewiele, albo zgoła nic,

że wystarczy spojrzeć bliżej na język, którego

możemy powiedzieć

natomiast

rzeczywiście używamy, który służy nam do CO—

i chociażby tego,

dziennego porozumiewania się, by zobaczyć na

z całą pewnością,

bogactwo świata jej wyobrażeń
co nazywa pan „syndromem
o inspirację filozofią

tym poziomie n cisze elementarne pokrewieństwo

Menocchia",

daje się wciąż żywe i istotne. Chciałem

zapytać

Wittgensteina i jego

w powstaniu książki. Przywołuje

rolę

pan w pierw-

z tak pogardzanymi przez brytyjskiego antropo­
loga dzikimi" C z y Wittgenstein był inspiracją?
M o z ę aż tak to nie pewnie jedną z kilku ale
cieszę się że zwrócił pan na. to UWH^c bo jego

rozdziale zdanie: „Cala mitologia złożona
jest tdj TI ciszy'tn języku", zatem pańska książka jest obecność w książce jest wvrazna To skądinąd
bardzo bliski mi filozof fascynujący człowiek
próbą fragmentarycznego ukazania współczesnej
mitologii obecnej w języku potocznym — czy moż­

zakonnik myślenia Zyl'tylko myśleniem i dla

na

myślenia Odziedziczył

takpowiedzieć?

zdaje się igigantyczna

kasę, wszystko to rozdał, żył mało wystawnie
Jak najbardziej. Nie przypadkiem w rozdziale

No i ta iego namiętność w myśleniu

żadnych

wstępnym przypominam i analizuję fenomenal­

nołowicznych rozwiązań I e J n d v kraża o i L o

ny, w moim przekonaniu, tekst Wittgensteina ,

wykładach te kilkuminutowe zawieszenia I ł o

rzadko chyba przywoływany w studiach antropo­

J a laiuo
h o te
kierowane do
siehie w nrzvtomnosri
su
ie Kierowane
uo sieuie,
przytomności

logicznych. To prawdziwa dekonstrukcja avant

słuchaczy uwagi

5

5

L . Wittgenstein, Uwagi o „Złotejgałęzi"

-

jestem głupi jestem głupi"

Frazera, tłum. i oprać. A. Orzechowski, Instytut Kultury, Warszawa 1998.

BARBARZVHCA

1 (14) P009

�Z Dariuszem Czają r o z m a w i a S z y m o n Uliasz

11

Gdzie są dzisiaj tacy wykładowcy, kogo dzisiaj

wielce skomplikowany - nie mamy wiele czasu,

stać na taką szczerość? Dzisiaj wszyscy uczeni

więc odpowiem krótko. W różny sposób filozofia

wszystko wiedzą, a jeśli czegoś nie wiedzą, to

próbuje się dzisiaj uporać z problemem duszy.

i tak się nie przyznają. Wittgenstein jest w a ż n y

Najczęściej, jak pokazuję na licznych przykła­

dla mnie nie tylko jako destruktor ideologiczne­

dach, usuwa ją ze swojego słownika, pokazując,

go języka, ale także jako namiętny poszukiwacz

że jest to językowa złuda, której brak realnego

duszy. Jest niepojęte, że w tym religijnym - choć

desygnatu. Duszy nikt nie widział, no to jej

jasne, że nie w żaden ortodoksyjny sposób - czło­

nie ma. Jak ironizował Ronald Laing: rozcięto

wieku, być m o ż e mistyku, m o ż n a zobaczyć, jak

mózg, pogrzebano w nim solidnie i na nic ta­

Dennett, umysłowość ateistyczną - myśliciela,

kiego nie natrafiono, w z w i ą z k u z czym od stro­

który zmierza do radykalnego usunięcia trady­

ny poznawczej

cyjnego (platońsko-chrześcijańskiego) dyskursu

kwestia prze¬

o duszy. Otóż nie do jego wycięcia namawiał

stała, istnieć bo

Dusz3.j6stzwi^z3.n3.zci3.łsrn [...],

Wittgenstein, ale do przeformułowania języka,

trudno zajmo-

ale w jaki sposób, t o nie w i e m .
D z i w n e , z e człowiek tyle rzeczy

do zmiany jego tektoniki. To jednak p o w a ż n a

wać się czymś,

różnica. Z licznych jego wypowiedzi o duszy

czego nie ma.

przypomnę jedną: pisał w Uwagach o religii, że

Pytania jednak

człowiek jest „najlepszym obrazem ludzkiej du­

pozostają. N a

szy". W i d a ć zatem, że to chyba słaby kandydat na

przykład takie,

bez-dusznego badacza. Czasem mam wrażenie,

fundamentalne: czy dusza w ogóle jest „czymś" ?

że z Wittgensteina filozofa wychyla się antro­

Jest taka w a ż n a książka Gilberta Rylea , który

polog. Nie tylko wtedy, gdy pisze on o mitologii

w sposób bardzo uczciwy i z temperamentem

językowej

ale w ogóle T a jego koncepcja gier

dłubacza, filozofa analitycznego, pokazał coś, co

ezykowych to jak istniejemy w sieci języka jego

zwykło się nazywać błędem kategorialnym. Otóż

rozprawka ó kolorach rozważania o problema¬

w i e , ale nic na t e m a t t e g o , jak
duszatączysięzciatem.

6

dowodzi on, że rozważania o relacji pomiędzy

tyce religijnej - to wszystko godne jest większej

duszą i ciałem (tzw mind-body problem) pro­

uwagi Miałem kiedyś taki pomysł by napisać coś

wadzone w tradycyjnym języku nie mają sensu,

większego o Wittgensteinie jako amropologu, ale

ponieważ dusza - o ile jest - nie jest „czymś",

na razie leży to z tyłu głowy.

nie jest obiektem, przedmiotem. M ó w i e n i e za­
tem o relacji duszy i ciała jest klasycznym przy­

Skoro juz przy filozofii jesteśmy, to jaką rolę pełni

kładem pomieszania poziomów. W podobnym

ona w pańskiej książce?

duchu pisał Wittgenstein: jeśli powiem, że mam

Wiadomo, ze dusza jest
części filozofii współ­

duszę, to jest po zabawie. Powiedziałem j u ż

czesnej (o nauce nie mówiąc) jest ułudą, a w naj-

wszystko, wszedłem w grę językową, z której

łepszym razie trasowany

później j u ż trudno się wyplątać. C o to znaczy,

bytem, który dla pokaźnej

jest z

protekcjonalną

że ją „mam"? C z y tak samo jak „mam" rower

pobłażliwością.

książkę, psa? Chyba nie bardzo.
To złożona kwestia, dochodzi ona do głosu
zwłaszcza w ostatnim rozdziale. Problem jest

6

G. Ryle, Czym jest umysł?,

1 ( 1 4 ) nn

Itojęzyk

nami mówi, a nie odwrotnie.

tłum. W Marciszewski, P W N , Warszawa 1970.

BARBARZYŃCA

�Wywiad

12
Właśnie. W i d a ć , j ak silny przymus wywieraj ą

słem, psychiką itp.? Odpowiedzi na te pytania

na nas językowe konwencje i jak wtłaczają nasze

- powiem to bardzo delikatnie - nie są wcale

myślenie w ślepą poznawczo uliczkę. Ale nawet

oczywiste. Zresztą, nie dajmy się zwariować. Nie

jeśli tak postawić sprawę, to pytanie o duszę nie

jest wcale tak, ż e współczesna filozofia czy na­

znika. Wbrew rewolucyjnej retoryce Dennetta,

uka m ó w i jednym głosem w kwestii duszy. Karl

Pinkera czy Dawkinsa, odsądzających pojęcie

Popper przyznawał się, że bliski jest mu pewien

duszy od czci i wiary, pytanie o jej istnienie (o jej

rodzaj dualizmu, choć niesubstancjalnego. John

takie czy inne rozumienie) nie zniknęło z nasze¬

Eccles, wybitny neurofizjolog, podobnie, choć co

go pola widzenia. Zbyt w a ż n e jest, byśmy ulegli

prawda jego koncepcja psychonów m o ż e nie jest

tej - nawiasem mówiąc, dość redukcyjnej

najszczęśliwsza. Richard Swinburne w niezwy­

toryce. To prawda, pojęcie substancjalnej duszy

kle precyzyjnie prowadzonym wywodzie także

jest nie do utrzymania. Podobnie jak infantylna

przekonuje, że mówienie o duszy wcale nie musi

jest wizja małego człowieczka w naszym wnę—

być nieodpowiedzialną grą słowną. Podaję kilka

trzu, który zawiaduje

p r z y p a d k ó w wybitnych badaczy, by pokazać,
naszym
zachowaniem.

Teatr kartezjański

powiada Daniel Dennett

się zużył. Z całą pewnością. Ale co w zamian?

że nie jest tak, że myśl współczesna „z natury
rzeczy" przyjmuje stanowisko materialistyczne. Toteż we wspomnianym ostatnim rozdzia­

le książki dyskutuję m o ż e nie tyle z nauką, ile
Poważni krytycy dzieła Dennetta — biorę go tu ze scjentyzmem, z ideologicznymi postaciami
na celownik bo' jest wyjątkowo brutalnym i nie
nauki, pokazując ich słabości, jednostronność,
przeiednanym destruktorem naszych dusznych

w y o b r a ż e ń - p o k a z u i a ze nowe metafory które
wprowadza Dennett bv opisać naturę umysłu
sa w niewiele lepszej sytuacji m z cały ten ana'
gaz przez nie­
Myślę, z e o d c z u w a n i e bólu
chroniczny bago odrzucony.
t o j e d n o , jak się skaleczysz na
przyktad. A odczucie duszy t o

Czy jego fnul-

a czasem dogmatyzm. Nawiasem mówiąc, j u ż
po napisaniu pracy zetknąłem się z intrygującą
r o zpr awą Stanisława Judyckiego, który za pomo­
cą racjonalnej argumentacji - z w r a c a j ą c uwagę
między innymi na fenomen pamięci - próbuje
bronić pewnej postaci dualizmu Nie jest więc
7

tak ż e dualizm antropologiczny to domena
tiplc cl&gt;TciJ~ts albo
ciemnych głupków a wysoka myśl opowiada
hojnie stoso­
przekazywane jest przez
sie wyłącznie za twardym monizmem Duzo to
ciato, jest t o j e d y n y sposób jej
wana metafora
bardziej skomplikowane. Pytanie ogólne czy
uzewnętrznienia. Jak cię boli
maszyny von
i w i aki sposób iesteśmy w stanie porzucić na
dusza, t o ptaczesz. To jest jak
Neumanna,
turalna" myśl o odczuwanym w nas rozdwoie
z k o m p o n o w a n i e m muzyki, stan
u ż y w a n e do
mu? Wbrew-rzekomo ostatecznym - dekretom
ducha przelany na papier.
opisania natu­
nauki wciąż będziemy pytać o to rozpołowienie.
ry u m y s ł u , są
pytać o to bo tak iesteśmy skonstru
w lepszej sytua­
owani
A
noża
nie ma pan
nan wrażenia
owam. ł\ poza tvm
tym - me
wrażenia, ze
cji n i ż odrzucony bagaż starych przeświadczeń?
nauka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa
I w ogóle: czy metafora komputerowa (zwróćmy
t ••?
u w a g ę : metafora!) poprawnie opisuje naturę
w tej matem. /\ m o ż e pierwszego s owa jesz¬
tego czegoś, co kiedyś zwano duszą, a teraz umy­
drugie, tylko odczucie duszy

-

cze nie powiedziała r Nie mam wątpliwości, ze

7

S. Judycki, Świadomość

i pamięć.

Uzasadnienie dualizmu antropologicznego, T N K U L , Lublin 2004.

BARBARESCA

l (14)

P009

�Z Dariuszem Czają r o z m a w i a S z y m o n Uliasz

13

czekają nas jeszcze wielkie niespodzianki, gdy

że ci poddani scjentystycznej tresurze, zainfe­

chodzi o badanie zawartości naszej czaszki.

kowani myślą naukową (jak zwykło się mówić:

Nie wiem, czy tego doczekam, pan jest w trochę

empiryczną, trzeźwą, racjonalną) ludzie, będą

lepszej sytuacji. Gdyby stało się coś ważnego,

w ogromnej masie odżegnywać się od stwierdzeń

poproszę o telefon „tam" (śmiech).

o istnieniu duszy. Okazało się, że nie. Dlaczego?
W e ź m y taki przykład: co się dzieje w głowach

Wróćmy jeszcze do anatomii potocznej wizji rze­

studentów psychologii, którzy dostają mocny

czywistości. Język potoczny ja\o wykładnia

świa­

zastrzyk psychofizjologii? Nakazuje on myśleć

z Gadamera. Czy mógłby pan to skomen­

0 tym, co zamknięte w puszce zwanej psychiką,

ta"-to
tować?

w kategoriach funkcji czysto fizjologicznych.
Tam j u ż na żadną duszę - takie dziwo i cudo -

Chcemy czy nie, żyjemy w tym języku. Jeste­

miejsca nie ma. Ale oni muszą żyć na co dzień

śmy czytelnikami rozmaitych tekstów. Czytali­

1 nie robią tego, mając w głowie psychofizjologię,

śmy niejedną książkę psychologiczną, filozoficz­

boby zwariowali! Nie w y o b r a ż a m sobie kogoś,

ną, teologiczną. Mamy w sobie zinterioryzowane

kto porządkowałby swój świat konsekwentnie

rozmaite słowniki i języki. Natomiast w sensie

na podobieństwo psychofizjologii. Zakochałby

elementarnym, egzystencjalnym, emocjonalnym

się i mówił, Że

żyjemy w kategoriach potocznych. Język po­

są to tylko po-

N i e w i e m , w którym m o m e n c i e

toczny buduje nam rzeczywistość taką, w jakiej

budzenia płatu

powstaje dusza. M o z ę jest faza

istniejemy na co dzień. Gadamer przywołuje

czołowego czy

preegzystencji. Niekoniecznie

świetny przykład wyrażenia o Słońcu, które za­

jakiegoś inne-

indywidualnej. Jednostkowość

chodzi. Nie jesteśmy (generalnie) cymbałami

go ustrojstwa?

t o ztudzenie kultury zachodniej.

- chodziliśmy do szkoły, liznęliśmy trochę geo­

Powiedział-

grafii i astronomii. Wiemy coś o obiegu Ziemi

bym

wokół Słońca, ale dla nas Słońce zawsze będzie

że

zachodzić. Ciekawe, prawda? Gadamer, komen­

którą

tując ten przykład, m ó w i o „rzeczywistym pozo­

skądinąd, w życiowym sensie nie jest nam do

rze" - to doskonałe określenie. Zauważmy, ż e

niczego potrzebna. Nie chodzi o to, że jest nie­

w planie życiowym i egzystencjalnym to wiedza

prawdziwa! W większości przypadków wiedzy

nawet,

ta wiedza

M

o

z

e

l s t n i e ć

J

a k a ś

substancjalnana

z b i o r o w a dusza. Boski k o n g l o m e r a t

zjawisk nieuchwytnych,

mamy

potoczna zawiaduje naszym postępowaniem.

empirycznej, jak na przykład w świetnie się roz­

O n a nam porządkuje rzeczywistość. Nieade-

wijających badaniach neurofizjologicznych, za­

kwatność krytyki języka potocznego z punktu

kładam, że wiedza ta jest absolutnie prawdziwa.

widzenia twardej nauki - pomijam, że ten język

Jednak w planie życiowym jest nam niepotrzeb­

jest równie wątpliwy jak wypowiedzi naszych

na. Cytuję gdzieś w książce ten świetny fragment

informatorów, choć naukowcy nigdy się do tego

z Byrona: „The tree of knowłedge

nie przyznają — polega na tym że ci ludzie wciąż

life". Tak, drzewo poznania nie jest, i dodajmy,

w tym języku żyją Jest on najzupełniej r e a 1 n a^

nigdy się nie stanie, drzewem życia. Myśl potocz­

is not that of

opowieścią o świecie Realna w innv snosób n i ż

na nie za bardzo wgryza się w plan epistemolo-

twierdzenia emnirycznei nauki — t&gt;omaea sie

giczny, tak w a ż n y - ba, jedyny! - dla nauki. O n a

uporać z rzeczywistością na co dzień Bardzo

nie chce poznawać, ona chce żyć! Dlatego bywa

ciekawy jest ten rodzai dysiunkcii w głowach

tak, że akceptuje bez trudu rozwiązania nauko­

naszych informatorów. W y d a w a ć by się mogło

we, ale w planie realnym stosuje inną, potoczną

1 (14) P009

BARBARZYŃCA

�Wywiad

14
„logikę". Odkrycia naukowe dotąd nie będą dla

Jeśli j u ż o paradoksach mówimy, w tej ma­

myśli potocznej atrakcyjne, dokąd nie opuszczą

terii znacznie bliższy jest mi Cioran. W jego

przestrzeni czystej epistemologii i nie przej­

książkach są ich całe fury, zwłaszcza w odnie­

dą w sferę egzystencjalną. Myślenie potoczne
bo-

wiem nie tyle

jaki Bóg? - to jakaś pojęciowa kukła. Natomiast

pragnienie

wszystkie jego książki obracają się wokół tego

przenika
D u s z a t o „ja", bo „ja" nie jestem
ciatem - kiedy umrę, t o ciatojest,

ale mnie t a m nie ma.

sieniu do Boga. Wydaje się on sceptykiem to­
talnym. M ó w i tak: dajcie spokój z tym Bogiem,

ile

problemu. I m bardziej się od Niego oddala,

obsesja sensu.

tym częściej do Niego wraca, mimo że w N i e ­

C ó ż nam bowiem z poznania całego świata, je­

go nie wierzy! Ale przecież - powiedzmy sobie

poznania,

śli duszę utracimy? - że sparafrazuję tu, chyba

szczerze - z niego taki ateista jak z koziej dupy

stosownie, słowa z Ewangelii Markowej. O to

g w ó ź d ź . Traktuję jego rozprawy jako destruk­

właśnie idzie - myśl potoczna jest interesow­

cje pojęciowego języka rozmowy o Bogu czy

na, kupuje tylko taki towar, który będzie się

w y o b r a ż e n i a Boga jako siwego starca z brodą,

nadawał do praktycznego użycia. Nie ma dla

polatującego, gdzieś tam, w przestrzeniach ko­

niej większego znaczenia, że „definicja" duszy,

smicznych. Ale ta głęboka intuicja, w e w n ę t r z n a

którą się zadowala, jest ze względów logicznych

sprężyna jego pisarstwa jest - w moim prze­

wadliwa.

konaniu - religijna, choć jest to religijność na
opak, religijność zrozpaczona A Heidegger,

„Bóg jest z definicji niedefimowalny" - to Ko­

jeśli j u ż pan o niego znienacka zaczepił, w tym

łakowskiego

sławnym wywiadzie dla „Spiegla", który miał

definicja Boga. Bra\ definicji nie

uniemożliwiajedna\podj cia
?

rozmowy, a czasem

wręcz przeciwnie...

zostać ogłoszony dopiero po jego śmierci, po­
wiedział coś bardzo zastanawiającego: „Tylko
Bóg mógłby nas uratować". Trzeba się zmierzyć

Dość podobne rzeczy mówią o duszy Szestow

z tym zdaniem w X X I wieku.

i Merleau-Ponty. Nie bardzo wiemy, czym ta du­
sza jest, ale wiemy, że jest. Albo inaczej : wszystko

Bardzo

emocjonalny,

niemal histeryczny, ton

wiemy o duszy, dopóki nikt nas o to nie zapyta.

w pismach Ciorana ma dla mnie wymiar terapeu­

Jest więc dokładnie tak, jak z czasem u św. Augu­

tyczny. Gdy czytamy o samym Ciorame, dowiadu­

styna. Dokąd mnie nikt nie pyta - wiem. Kiedy

jemy się, ie byl bardzo dobrym rozmówcę,

mnie pytają - zaczynają się schody. Chodząc po

biał jeździć na rowerze. Jakby w nim samym nie

ulicy, nie ma pan chyba poczucia, że jest tylko

było tej całej zgnilizny, robactwa i negacji, o której

kawałkiem ścierwa albo białkowym substratem

pisze w „Dziennikach"

- jak w znanej frazie Fryderyka Engelsa, który

radoksalnie - w pesymizmie zaskakujących

mówi, że życie jest formą istnienia białka. Myśli

afekty wnych sformułowań

pan chyba w kategoriach jakoś pojętego roz­

moc

Gombrowicz,

uwiel­

jakby-pa­
oraz

tkwiła jakaś osobliwa

oczyszczająca...

dwojenia? Mimo że - być m o ż e - tej intuicji nie
umiałby pan porządnie spojęciować. Ale sama
intuicja nie jest złudzeniem.

Gombrowicz mocno przesadzał z tą alergią
na Ciorana. M o ż e za bardzo dostrzegał pewne
podobieństwa do swojego myślenia? Zabawne,

U Heideggera znalazłem paradoks: „Bóg jest, ale

t u ż przed pana przyjściem, dosłownie przed

me istnieje".

chwilą, r o z m a w i a ł e m z panem Ireneuszem

BARBARZYŃCA

l (14)

P009

�Z Dariuszem Czają r o z m a w i a S z y m o n Uliasz

15

K a n i ą , tłumaczem Ciorana, znawcą jego pism.
Rozmawialiśmy też trochę o jego sławnych nicościach. Opowiadał mi, między innymi, o swojej
paroletniej korespondencji z jego żoną, Simone
Boue. Pisała na przykład, że przychodziło do
Ciorana wiele listów mówiących właśnie o te­
rapeutycznej wartości jego książek. To zaska­
kujące, p o n i e w a ż wydawałoby się, że takiego
ciemnego szlamu nicości, nihilizmu i scepty¬
cyzmu nie da się wytrzymać. M o ż n a sobie j u ż
tylko pętlę na szyi zawiesić i znaleźć stosowne
drzewo...

leczyć, natomiast gdy podamy jej za dużo, może
już jedynie niweczyć.

Jak z koszmarem, który przyśni nam się w nocy,
natomiast nad ranem budzimy się jakby lżejsi...

1 wyobrażeniowych w opisie tak zwanej „rze­
czywistości duchowej". Ostrzega, by nie brać
pozoru za prawdę, by nie mylić świata, jaki jest,
z pragnieniami, jakim chcielibyśmy go widzieć.
I nade wszystko nie ulegać optymistycznym
złudzeniom na temat natury ludzkiej. Nigdy
nie miałem go za jakiegoś bezmyślnego destruk­
tora. Toż to czystej wody realista! O wątkach
nihilistycznych u Ciorana m o ż e m y powiedzieć,
używając paradoksu, że to jest „pozytywne nic"
- jak pustka w buddyzmie. Nie jest to zero ma."
tematyczne ale pustka która znaczy Ciemny
punkt, od k t ó r e g o m o z ń a się odbić.

8

Albo wręcz przeciwnie (śmiech). Pamiętajmy,
to jednak jest wszystko n a p i s a n e. To nie jest
świat taki, jaki jest, lecz świat przepuszczony
przez pojęciowe, literackie sito. Pewna jego in­
terpretacja. To nie jest też program na życie, tyl­
ko są to pewne intuicje filozoficzne. Ale jest coś
trzeźwego w tym, co napisał Kania w świetnym
wstępie do Na szczytach rozpaczy, iż Ciorana nie
należy czytać przed trzydziestką, bowiem wów¬
CZaS bardzo łatwo się przyswaja tylko czystą ne­
gację, za którą j u ż nic nie idzie. Natomiast C i o mądrze czytany jest trucizną, ale taką, która
leczy. Zresztą przypomnieć warto przy tej "okazji
o znaczacei dwuznaczności w grece Pharmakon
- t o równocześnie i trucizna i 1 ekarstwo.
-

Jak u Agaty BielĄ-Robson,
hfóra odnosi to do
ironii. Zastosowana w odpowiedniej dawce będzie

8

Jeden z najwybitniejszych polskich tłumaczy, eseista.

Jest tu też pewna analogia z Wittgensteinem,
0 którym mówiliśmy wcześniej. Pokazuje on,
że nie warto się pozbywać duszy, lecz trzeba
przearanżować język rozmowy o niej. Podobnie
Cioran nie mówi: kupmy sobie parę kilometrów
sznurka i się wszyscy powieśmy, bo świat jest do
niczego, a Boga nie ma - bo jak ma być, skoro
jest nawet nie do wyobrażenia. O n raczej - tak
go odczytuję - zachęca do nieustannej pracy
nad językiem, do destrukcji idoli: pojęciowych

Na koniec chciałem zapytać o pański stosunek
różnych dyskursów. Była o tym mowa na ostat­
nim spotkaniu z Andrzejem Stasiukiem i Agatę
Bielik-Robson . Antropologiczne bycie na granicy
różnych, wyspecjalizowanych dyskursów - antro­
pologia filmu (pominięcie aparatu filmoznawczego), antropologia literatury (literaturoznawczego)
d

9

(Muttavali). W przygotowaniu jest jego przekład wybitnej

Przekłada! z wielu języków (angielskiego, niemieckiego,

książki Maryli Falk// mito psicológico

greki, łaciny, hebrajskiego, sanskrytu, palijskiego,

(Universitas)

tybetańskiego, rosyjskiego, francuskiego, włoskiego,

o

9

nell'India antica

Spotkanie odbyło się 5 lutego 2009 w krakowskim

hiszpańskiego, portugalskiego, rumuńskiego). Autor

Lokatorze z okazji prezentacji książki Jerzego Borowczyka

przekładów znaczących dziel, m.in.: Eliadego, Ciorana,

i Michała Larka Rozmowa była możliwa.

Rozanowa, Safranskiego, Kerenyiego, Benjamina,

z pisarzami, Stowarzyszenie Czas Kultury, Poznań 2008.

Calasso, biografii Milarepy, wyboru z kanonu palijskiego

1 ( 1 4 ) nn

BARBARZYŃCA

Wywiady

�Wywiad

16
czy etnolingwisty\a i jej odmiany, o której mowa
w „Anatomii
duszy"... Jeszcze ze studiów pa­
miętam narzekania Tadeusza Sławka na herme­
tyczność poszczególnych instytutów i marny stan
komparatystyki oraz znikomą ilość prac interdy­
scyplinarnych -pańskiepisanie
i zainteresowania
zdają się być czymś temu przeciwnym...
Przypadkiem byłem na tym spotkaniu, to
zresztą dość zabawna konfrontacja była... Mniej­
sza o to. Pograniczność to temat dość bliski.
Zdawało mi
i

+

+

•

/• i

,

Iinterpretacja m a s w o j kres t a m ,
gdzie z a t r z y m u j e

się język.

D o p e t n i a się w Ciszy. A j e d n a k
t e n kres jest t a m t y l k o za sprawą
języks.^. Keirl Jcispsrs

się,żegdycho-

f

Z
logię,
\ ° sztywna
P°granica m i ę ­
dzy literackim
i naukowym,
między nauką
a n t r o

a sztuką, j u ż padła. Ale to nieprawda, upiór
scjentyzmu wciąż straszy. Rzeczywiście, od dłuż­
szego czasu świadomie stąpam po granicach. D l a
mnie antropologia od zawsze była dziedziną
fascynującą właśnie przez swoją pograniczność.
Nie definiowała się przez przedmiot, ale przez
sposób ujęcia, szczególne spojrzenie. Jest taka
świetna quasi-definicja, aforystyczne określenie
naszej dyscypliny, autorstwa Zbigniewa Benedyktowicza. Została ona zgłoszona prawie trzy­
dzieści lat temu. Przypomnę ją, bo jest chyba
zupełnie nieznana - pamięć młodzieży nie sięga
chyba tak głębokiego paleolitu. Otóż wedle Benedyktowicza antropologia to „marginesowa na­
uka bez granic". Zdaje mi się, że mimo różnych
moich w y b o r ó w metodologicznych nigdy tej
mantry nie porzuciłem Nigdy za antropologie
nie uważałem studiów tylko nad dzikimi ludami
czy nad kultura ludowa choć - co podkreślam także tvm ta nauka sie zaimuie. Natomiast mnie

10

interesuje świat, który mam za oknem. Intere­
suje mnie to miejsce, gdzie siedzimy. To, co jest
obok mnie. Zawsze powtarzam: po co jechać na
Trobriandy? Po co, skoro one są obok nas, albo
wręcz są w nas. Badajmy egzotykę nie gdzieś
za wodą, ale egzotykę nas samych. Popatrzmy
więc na tego białego człowieka końca X X wie­
ku i zapytajmy go: a jak to kumie u was z duszą
jest? T u się zaczyna antropologia... Pytanie:
jak to robić i jak to badać? Ja staram się upra­
womocniać różne języki, różne typy dyskursu.
Oprócz antropologii studiowałem też filozofię
i teologie wiec dla mnie sa to jeżyki nie tylko
bliskie ale i funkcjonalne Podobnie cały dyskurs
literacki czyli to co wynika z tekstu nominalnie
literackiego jest dla mnie jeżykiem otwierającym
pewna rzeczywistość Nie iest to tylko tekst do
interpretacji' tak iak to n a c z ę ś c i e robi nauka
o literaturze. D l a mnie literatura (jasne, że nie
każda) ma wymiar poznawczy Nie iest tylko
do komentowania ona sama otwiera newne
nrzestrzenie r z e c z y w i s t e g o do któreao
iezvk nankoweao dvsknrsn nie L d o s t e n n Ba
woaóleirhnieL,™
i . k ie
„ „ !
'
w ogoie icn me zauważa, jaK je zauważa,
ma języKa, zeby
tym opowiedzieć, I N I C mnie
bardziej me denerwuje jaK gadanie,
to tylKo stera estetyczna, a życie to życie, ze mię­
dzy nimi nie ma żadnego przejścia, ^ w a ż n i e .
;
l . ^ z i e l i b y ś m y o rzeczach bez Łleguduinejskicn,o czasie bez Czarodziejskiej gory,
o doświadczeniu zła bez Zbrodnii kary czy Jądra
ciemności o spotkaniu z tormą bez fani Ualloway, o relacji ludzie - zwierzęta bez Żywotów
zwierząt, o szmerach codzienności bez 1 ereca
Wymieniać dalej? To są przecież czystej wody
antropologiczne rozpoznania! Dzięki nim wi¬
dzimy ostrzej, myślimy głębiej, wiemy więcej.
a

m

m

7

a

t

n

n

e

W tym kontekście proza Stasiuka...

Cyt. za: L . Kołakowski,/^/ Boga nie ma. O Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach ta\ zwanej filozofii religii,

Znak, Kraków 1988, s. 150.

BARBARZYŃCA

1 (14) P009

�Z Dariuszem Czają r o z m a w i a S z y m o n Uliasz

17

N o właśnie, proza Stasiuka w niektórych
swoich odsłonach zdaje mi się robotą antro­
pologiczną właśnie. Mniej oczywiście jest tego
w powieściach, bardziej w takich tekstach o trud­
nym do ustalenia gatunku: takich zamyśleniach,
gdzieś w pół drogi m i ę d z y r e p o r t a ż o w ą ob­
serwacją, medytacją a esejem. Jak pewne frag­
menty z Babadag, z Dukli czy z Zimy. Albo jak
w niektórych tekstach z tomu esejów Tekturowy
samolot. Zresztą jeden z nich - ten o estetyce
zdjęć pornograficznych - napisał Andrzej na
zamówienie do zredagowanej przeze mnie wie­
le lat temu antologii Mitologie popularne. Dla­
czego m ó w i ę o antropologiczności tego pisar­
stwa? Przede wszystkim dlatego, że sensualny,
finezyjny bogaty i niezwykle inteligentny język
Stasiuka potrafi wydobyć pewna rzeczywistość
z niebytu Potrafi pokazać ze ona jest nazwać
ia nomóc zrozumieć C z y n i e te^ooczekuiemy
właśnie od dobrego tekstu antropologicznego?
Dla mnie antronoloma iest onowieścia o rozma'-

tego nie zrobił, ten fragment świata dla większo­
ści z nas nie istniał. A teraz j u ż tak. Stasiuk nie
tylko odrysował kawałek realnego świata w sło­
wie, ale także wpisał go w język mityczny. Jest
to fantastyczna kontynuacja mitotwórstwa, mitografii Schulza. Jest to więc język, który m o ż n a
umieszczać na poziomie wtórnej mitologii. Ale
także jest to język o ambicjach rewelatorskich,
odsłaniających. Dzięki temu widzimy tę rzeczy­
wistość inaczej, jakby p o raz pierwszy. Myślę, że
są tylko dwa powody napisania antropologicztekstu: opisuje pan znaną rzecz z takiego
punktu widzenia, że nagle zaczynamy ją widzieć
w zupełnie inny sposób albo wydobywa pan na
światło dzienne fragment rzeczywistości o któ­
rym nikt nie pomyślał ze w ogóle jest Stasiuk
jest dobrym przykładem rozumienia antropolo
rii w obu tych zakresach D l a mnie sa to naimek
nieisze przykłady myślenia antropologicznego
choć wiele wody ieszcze unłynie w naszych
rzekach zanim doidzie do instytucjonalne™
zafiksowama iz taki rodzaj literackiego zapisu
będzie mógł zostać nazwany studium antropolo

itych światach l a k m ó w i ł e m - niekoniecznie
uycn swiaiacn. jaK iiiowiiein
o tvrh ecrzotvrznvrh i odlecrłvrh Stasiuk niszar
o Ln\*Ł\ Dukli w v d n b v ł l n i e b L N ^ w . ł
s w o j s K i e j uuKii, wyaopyi j ą niepytu.
azwai,
| '
/ ?
P
)°nainej K a r t o g r a r n . uasiomi jej przepraszam
słowo — duchową architekturę. Nikt wcześniej
7

P

P

x

Dr

r o w i n c

a L n v m T k n n l ^ r n od r J „ - nie id.ie mi n n
gicznym. u s p o K a j a m
razu nie ozie mi o to,
py wyciąć K i a s y K o w , a zamiast M a n n o w s K i e g o ,
j y a n s - i ntcnaraa.czy_Levi-atraussa.wprowadzić
do kanonu Stasiuka, lak daleko m o j e szaleństwo

h a b . D a r i u s z C z a j a - a n t r o p o l o g kultury, p r a c o w n i k n a u k o w y w Instytucie Et­

n o l o g i i i A n t r o p o l o g i i K u l t u r o w e j UJ, c z t o n e k redakcji k w a r t a l n i k a „Konteksty" ( I n s t y t u t
Sztuki P A N ) , w s p ó ł p r a c o w n i k „Tygodnika P o w s z e c h n e g o " . R e d a k t o r t o m ó w z b i o r o w y c h :

Mitologie popularne. Szkice z antropologii współczesności
ciała. Świadectwa i interpretacje ( C o n t a g o ,
racje antropologiczne
i gry językowe

1999), a u t o r pracy

Metamorfozy

Sygnatura i fragment. Nar­

( W y d a w n i c t w o UJ, 2 0 0 4 ) . Książka Anatomia

duszy. Figury wyobraźni

j e s t j e g o pracą habilitacyjną. W d r u k u jest j e g o książka eseistyczna:

ciemności

I (14) P009

(Universitas, 1994),

BARBARZYŃCA

( w y d a w n i c t w o Czarne 2009).

Lekcje

�Wywiad

18
nie sięga. Dopominam się jedynie o uznanie tego
typu języków jako wiarygodnego i skutecznego
narzędzia rozumienia świata. Znalazłoby się
jeszcze parę innych przykładów takiej literackiej
antropologii. Zabieram się właśnie za książkę
pod roboczym tytułem Antropologia pisarzy.
Jej bohaterami będą: John M . Coetzee, W G .
Sebald, Jose Saramago. O dwóch pierwszych
coś tam wcześniej pisałem, chciałbym nieco
uporządkować sobie wiedzę na ich temat, trze­
ci - nadzwyczajny - doszlusuje do tej dwójki.
Spróbuję pokazać ich nie jako świetnych pisarzy,

Szymon
U Iiasz I

u

n

w

1 9

8

2

n

ale nade wszystko jako przenikliwych myślicieli.
Jako mądrych antropologów, a więc tych, któ­
rzy w sposób istotny potrafią wzbogacić naszą
wiedzę o człowieku. Jeśli skupiamy się tylko na
twardych językach scjencji, to wydaje mi się, że
ogromnie wiele przed nami umyka. A właśnie
literatura (i tylko literatura) potrafi wydobyć
rzeczy, których umysł naukowy nie widzi, a jeśli
dostrzega, to nie ma narzędzi, żeby nam o tym
opowiedzieć.
Dziękuję bardzo.

&gt; absolwent kulturoznawstwa US. Współautor tekstów i klipów grupy

„noc optymistów". Interesuje się filmem, filozofią i literaturą. Mieszka w Krakowie.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9582" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9560">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/a4901325591b7049a78b7b549cb814ff.pdf</src>
        <authentication>02fe320a2635e75c690ffc7d05f34d10</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114078">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2616</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114079">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114080">
                <text>1997</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114081">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2431</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114082">
                <text>Obraz i realizm. Notatki przy Baconie / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114083">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.3-4, s.42-49</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114084">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114085">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114086">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114087">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114088">
                <text>I

Obraz i realizm.
Notatki
przy Baconie
Dariusz Czaja

О/ ДДЛД,

№'e ma ^zorana

Francis Bacon, Paryż 1987

7. Łe guffa effe yardw?

2. foza (y/M me prd&amp;u/g mdiwc, рго&amp;ы/{ ma/owoć

Na początku jest tak, jak powinno być na początku. Lawa
wyciekająca z pękniętego Nic stopniowo przybiera formy
widzialne. Niebo i ziemia już uczynione. Światło oddzielone
od ciemności. Ciała niebieskie zawieszone na sklepieniu
nieba. Ryba morska nurkuje w wodnej toni, ptactwo skrzyd­
late przecina powietrze, zwierzątko naziemne sprawdza stabi­
lność podłoża. Nazwy rozdane, taksonomiczny porządek
wprowadzony. Trawa dająca nasiona i drzewo rodzące owoce
formują skąpy zaczątek ziemskiej scenografii. „A Bóg wi­
dział, że wszystko co uczynił było bardzo dobre" (Rdz 1,31).
Obraz i Podobieństwo, zrazu niepewnie, z czasem coraz
śmielej, przechadza się po ogrodzie Eden. A w nim „drzewa
miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące", a także rzeka
nawadniająca uprawną ziemię. Czy podoba się wam ten
ogród? Bardzo, bardzo nam się podoba. Czy należy do was?
Tak, jak najbardziej. Uważajcie, żeby wasze dzieci go nie
zniszczyły!
Na początku jest tak, jak powinno być na początku. Drzewa
są miłe z wyglądu i wszystko jest bardzo dobre. Ziarna
wątpliwości nie zasiane. Pytanie nie trwoży się o odpowiedź,
sprzeczności nie wiedzą jeszcze, że mają być sprzecznoś­
ciami. Doświadczenie zaokrągla się w jedyny, dający się
pomyśleć kształt: kulę. W soczystą doskonałość jabłka.
W pełnię bez kantów. Ale już niedługo, w tym kolorowym
obrazku, w układance, w której wszystkie elementy z jakąś
przedustawną koniecznością do siebie pasują, pojawi się rysa.
Pomiędzy byt i powinność wślizgnie się cień. Katastrofa
rozpocznie się jak zawsze: pogodnym prologiem.
Bo wąż nie spał...

Malarze, jak i bodaj wszyscy ci, dla których etykietę
„artyści" rutynowo rezerwujemy, rzadko bywają wylewni
w próbach opisania twórczości własnej. Wyjąwszy, rzecz
jasna, egzemplarze patologiczne, w których nieukojona po­
trzeba ekshibicji spotyka się z równie mocną żądzą autokreacji. Ci pierwsi więc, przymuszeni i nagabywani, z trudem,
o ile w ogóle, odpowiadają na proste, czyli nieproste, pytania
krytyków: co? po co? dlaczego? Czy to z lęku przed
nieuchronnymi uproszczeniami, czy z deprymującej wiedzy,
że opór materii jest zbyt wielki, czy z poczucia nieusuwalnej
nieprzejrzystości każdej świadomości, czy z przekonania, że
słowo, choćby nie wiadomo jak giętkie i tak nie trafi w istotę
rzeczy, czy z błogosławionej awersji do grzebania się we
własnych bebechach, czy z przewrotnej lub lenistwem pod­
szytej chęci przerzucenia na oglądających ciężaru inter­
pretacji, czy z kilkunastu innych, dających się jasno (bądź nie)
wyartykułować powodów, najczęściej, gdy dochodzi do pytań
najbardziej zasadniczych, natrafiamy na zwyczajowe: nie
wiem... nie bardzo to rozumiem... trudno mi powiedzieć... nie
potrafię tego oddać w pojęciach... nie sposób o tym mówić...
nie umiem tego nazwać... Lingwistyczna ściana niemocy.
Czasem na ratunek przychodzi żart i autoironia: „W ogromnej
pracowni Tadzia na Floriańskiej było nieco mniej schludnie,
czerwona skarpetka przybita do ściany stanowiła nawet
akcent buntowniczy. (...) Natchnione się w tej pracowni
odbywały posiedzenia. (....) Tadzio, zaaferowany, nalewał,
a potem, przymuszony, objaśniał własne obrazy:' Tu ci takie
jedzie do góry, rozumisz, cieniutkie, pi pi pi, a tu pazur wyłazi

42

�z boku, to wcale nie pazur, tylko rondclek wisi na gwoździu,
ale właściwie pazur...'.'" Dreptanie naokoło, przebijanie się
przez skorupy języka, wciąż ponawiane próby zbliżenia się do
„rzeczy", by w chwili kiedy już spodziewamy się objawienia
prawdy, całej prawdy i tylko prawdy, usłyszeć niespodziewa­
nie: pi pi pi... Piszący o obrazach nie są w lepszej sytuacji.
„Gdybym ja mógł weneckie kurtyzany/Opisać..." Kurtyzany
Carpaccia, owszem, jakoś opisać można, o czym Miłosz
dobrze wie, a wiersz jest tego widomym świadectwem. To nie
jest problem największy. Kłopot istotny w tym, że ów opis
daje ledwie przybliżony obraz rzeczy. To prawda: słowo
w niczym nie przypomina farby. Struktura języka rozmija się
z materią malarską. Konwencja jest sitem przepuszczającym
jedynie okruchy rzeczywistego. Adekwatny przekład jest
wykluczony, możliwość ekwiwalencji zawieszona do od­
wołania. Ale i coś jeszcze: gdyby nawet udało się sporządzić
pewien modelowy, laboratoryjnie perfekcyjny (cóż by to
miało znaczyć?) opis obrazu, to i tak nie można by powie­
dzieć, że udało się nam go w pełni i do końca „wytłumaczyć".
To, co w sztuce najistotniejsze, skutecznie opiera się ra­
cjonalizacji. „Rozmowa o obrazach jest zawsze beznadziejna
- to tylko rozmowa wokół obrazu - ponieważ gdyby można
było wytłumaczyć swój obraz, można byłoby wytłumaczyć
swój instynkt"/ Te ostatnie słowa są autorstwa Francisa
Bacona. Niezależnie od tego, jak uwagę o instynkcie bliżej
rozumieć (wprost: somatycznie, biologizująco czy przenoś­
nie: jako wyciągnięty przypadkowo z podręcznego słownika
aluzyjny kryptonim czegoś bardziej eterycznego), Bacon ma
rację: rozmowy o obrazach często, o ile nie najczęściej, od
obrazów właśnie odchodzą. Drogi ucieczki są zawczasu
przygotowane. W zależności więc od predylekcji mówiącego,
malarstwo skrapla się w historię, w psychologię, w socjologię,
w biografistykę. We wszystko, co obrazem nie jest, a co chce
jego miejsce zająć i w jego zastępstwie o nim świadczyć.
Zapytany o sposoby odczytywaniajego malarstwa, o swobodę
interpretacyjną, jaką przyznaje oglądającemu, Bacon od­
powiedział: „Ludzie mogą mówić, co im się podoba, nawet ja
sam nie interpretuję swoich prac. Mówiąc to, nie twierdzę, ze
nic mnie nie inspiruje. Pracuję, patrzę, ale nie usiłuję niczego
tłumaczyć. Poza tym nie próbuję mówić, próbuję malować."
(DS, 196)
W przerwach pomiędzy malowaniem coś jednak, mimo
wszystko, udało mu się powiedzieć. I to wcale nie tak mało,
jak mogłaby sugerować ujawniona przed chwilą minimalistyczna deklaracja. Niemoc niemocą, beznadziejność bez­
nadziejnością, ale uzbierało się tego całe 200 stron wydania
polskiego (z uwzględnieniem, co prawda, 146 ilustarcji).
David Sylvester, w trakcie wielu rozmów z malarzem,
z których wykroił i skomponował dziewięć oddzielnych
całości składających się na książkę, wydarł z malarza chyba
tyle, ile wydrzeć się dało. Zapewne, powie ktoś, można było
wydobyć więcej. Pewnie też nie wszystko, co nagrane,
weszło do ostatecznej wersji książkowej i to nie tylko ze
względów kompozycyjnych. Po pierwsze: są jednak granice
szczerości, po drugie: pomysł, że w rozmowie osiągnąć
można szczerość całkowitą, jest nieprzytomnym urojeniem.
Ale i to, co zawiera książka, jeśli porzucić zachłanność,
zupełnie wystarczy. Zarówno to, co zostało wypowiedziane

wyraźnie, jak i to, co nie zostało dopowiedziane do końca,
a co najwyżej zasugerowane.
Zgodnie z przytoczonym wcześniej oświadczeniem, w du­
żej części są to rozmowy toczące się „wokół obrazu",
w bliższym lub dalszym oddaleniu od malarstwa. Choć,
naturalnie, wszystko, o czym jest mowa, grawituje w jego
Stronę, próbuje oświetlić, bo przecież nie wyjaśnić
różne strony tej twórczości. Opowiada więc Bacon nieco
o sobie: o kadrach pamięci przywołujących młodość w Irlan­
dii („w naszym domu były worki z piaskiem w oknach. Kiedy
wychodziłem z domu, wiedziałem, że za każdym rogiem mógł
kryć się snajper"), o edukacji i zaletach szkoły („Ciągle
uciekałem, więc mnie w końcu z niej zabrali"), o roli spożycia
w twórczości („Nie stworzyłem zbyt wiele po pijanemu...
Namalowałem i/trzyzowawe w 1962 roku, piłem wtedy całą
noc"), o przywiązaniu do luksusu („Żyję, można powiedzieć,
w nędzy"), o swojej pracowni („Mam tu bałagan, bo chaos
podpowiada mi nowe pomysły"), o namiętności do hazardu
(tradycyjna ruletka - tak; rosyjska, w manierze de Staela
- zdecydowanie nie), o sensie życia („Patrzyłem na psie
gówno na ulicy i nagle zdałem sobie sprawę, że takie jest
właśnie życie"), o smaku i żądzy życia („Życie jest takie
krótkie i kiedy się poruszam, patrzę i czuję, chciałbym żeby
trwało"). Materiały do wypracowania na nieśmiertelny lemat:
Malarz - życie i twórczość/
Sporo jest też informacji o różnorodnych fascynacjach
Bacona. O inspiracjach i obsesjach czysto malarskiej natury:

Fotografie swojej twarzy wykonane w automacie
przez F . Bacona

fotograficznym

43

�3. Jesfe/м /м%е&amp;олдл;у, że гедйг/л рожинел zorW od&amp;ryfy
лд nowo

Zdjęcie radiograficzne czaszki

0 fotografiach Muybridge'a („Źródłem moich serii mogą być
te książki Muybridge'a, w których ruch ludzki pokazany jest
na oddzielnych fotografiach"), o fotografiach gazetowych
(„Ciągle oglądam w gazetach zdjęcia piłkarzy, bokserów
1 tym podobne, zwłaszcza bokserów"), o ważnych dla niego
książkach: fozyc/e w radiogra/ú' („wywarła na mnie ogrom­
ny wpływ"); rzecz zawierająca ilustracje kolorowych filtrów
i rozmaitych rodzajów cieczy („Ilustracje te zainspirowały
różne sposoby ujmowania przeze mnie ciała ludzkiego");
Czrery Warfefy, Sweeney Agom'jfgJ („Zawsze czułem, że
znajduję się pod wpływem Eliota"), o fascynacji kinem,
przede wszystkim о Рдлсегл:Ы РогюЫа'ш'е („Wywarł na
mnie głębokie wrażenie. Mam na myśli cały film, sekwencję
ze schodami odeskimi i tę jedną klatkę" - chodzi o kadr
przedstawiający krzyczącą kobietę [DC]), o fapiezw /ллоселгут X Velasqueza („Zawsze uważałem, że to jeden z naj­
większych obrazów na świecie. Był moją obsesją"). Po­
trafimy zatem już nieco odpowiedzieć na pytanie s k ą d ? ,
znacznie trudniej dać odpowiedź na pytanie j a k i d l a ­
czego?
Większość tych danych, jak i wiele innych, pominiętych
w tej przykładowej wyliczance, a pochodzących z rozmów
z Sylvestrem, została już wielokrotnie i na różne sposoby
wykorzystana przez krytyków w analizach twórczości Bacona
(Sylvester, Berger, Deleuze, Leiris, Russel, Ades). Wypowie­
dzi malarza objaśniały, komentowały jego obrazy, podpierały
i uzasadniały różnorodne pomysły interpretacyjne. Wśród
jego uwag pojawiają się również i takie, które chociaż
formułowane wobec i odnoszące się do własnego dzieła,
wyraźnie poza nie wykraczają, mają wymiar znacznie ogól­
niejszy. Dotyczą tematu powracającego w wypowiedziach
Bacona regularnie, z różnym nasileniem, w coraz to nowych
sformułowaniach i doprecyzowaniach. Chodzi o jego pojmo­
wanie malarstwa. Kluczem do niego jest pojęcie realizmu.

44

Nic bodaj nie budzi u Bacona takiej abominacji jak
malarstwo ilustracyjne. „Ilustracyjność" to nie jest w jego
słowniku letnie, opisowe określenie. To inwektywa. Ilu­
stracyjność funkcjonuje jako negatywny element opozycji:
jest zaprzeczeniem tego, co realne. Różnica pomiędzy ilust­
racyjnym a nieilustracyjnym sposobem przedstawiania jest
taka: „ilustracja przemawia bezpośrednio do rozumu i wiesz
od razu, czego dotyczy. Forma nieilustracyjna najpierw
oddziałuje na uczucia, a następnie powoli przenika z po­
wrotem do rzeczywistości. Nie wiem, jak to się dzieje. Może
to wynikać z wieloznaczności wszystkich rzeczy, z niejasno­
ści wizerunków. W związku z tym ten sposób zapisu bliższy
jest rzeczywistości dzięki swojej niejednoznaczności".(DS,
56) Ilustracja jest wyłącznie dyskursy wna, przejrzysta, jedno­
znaczna. Forma nieilustracyjna jest złożona, najpierw i przede
wszystkim intuicyjna, nieprzejrzysta, wielowarstwowa. Pier­
wsza wyczerpuje się w sobie, w drugiej jest jakiś trudny do
zdefiniowania nadmiar. W obrazach ilustracyjnych mamy
formę potwierdzenia tego, o czym i tak już wcześniej
wiedzieliśmy, utrwalają one jedynie obiegowe sposoby wi­
dzenia, są niczym miękki fotel: wygodne i bezpieczne.
Przedstawienia nieilustracyjne przypominają raczej, by przy­
wołać inny mebel, łoże z gwoździami. Wyrywają nas z co­
dziennej drzemki, niszczą rutynowe przyzwyczajenia, wpro­
wadzają niepokój biorący się ze spotkania z nieznanym,
wystawiają oglądającego na ryzyko i niepewność. Tylko one
utrzymują pewien niejasny związek z rzeczywistością. Są
realistyczne.
Co to jednak znaczy: „realistyczne"? Jakiego rodzaju
miałby to być realizm? Interesujący w tym kontekście jest
stosunek Bacona do fotografii. Nie chodzi tu o to, jaką wagę
przywiązywał do niej w swojej pracy, jaki robił z niej użytek
artystyczny, ale o to, jak widział miejsce tego wynalazku
w sytuacji sztuki współczesnej. Nie tak znowu odległe, bo
sprzed stulecia pochodzące lęki malarzy przed fotografią,
obawy, że wyruguje ona i w końcu zastąpi obraz, z dzisiejszej
perspektywy mają już tylko wymiar anegdotyczny. Przy
czym, niechęć ta podszyta była nierzadko hipokryzją (część
malarzy korzystała, nie przyznając się do tego, z zapisu
fotograficznego), co nadawało całej sytuacji nieco farsowy
wymiar. Gorzej, że w tej bojaźni ujawniło się charakterystycz­
ne dla tamtego czasu materii pomieszanie: owiane scjentyficznym duchem pretensje - jak się miało okazać: tylko pretensje
-fotografii do oddawania „prawdziwej" rzeczywistości skon­
frontowano z archaicznymi jakoby możliwościami (płótno,
pędzel, farba) malarstwa. Wynik wydawał się przesądzony...
Najwyraźniej nie przemyślano wówczas poważnie sensu
i istoty obydwu mediów ani relacji między nimi.
Bacon nie obawia się fotografii, ale ma do niej stosunek
ambiwalentny. Z jednej strony jest jej perwersyjnym apologe­
tą: „Fotografie są według mnie w dziewięćdziesięciu dziewię­
ciu procentach bardziej interesujące od malarstwa abstrakcyj­
nego czy figuratywnego. Fotografie zawsze mnie prześlado­
wały". (DS, 30) Perwersyjnym dlatego, że obiektem jego
admiracji nie jest z pewnością przypisywana powszechnie
fotografii zdolność obiektywnego - „takiego, jakim jest
naprawdę" - rejestrowania świata. Fascynacja bierze się stąd,

�że dostrzega on w obrazie fotograficznym niewielkie od­
chylenie, nieznaczne odejście od rzeczywistości, co sprawia,
że zapisana na materiale światłoczułym rzeczywistość staje
się jeszcze intensywniejsza: „Obraz fotograficzny sprawia, że
zastanawiam się nad rzeczywistością głębiej, niż gdybym na
nią patrzył". (DS, 30) Fotografia ciekawi go właśnie dlatego,
że wbrew potocznemu zwrotowi o „fotograficznej wierności",
nie jest ona w istocie wierną kopią rzeczywistości. Jest
interesująca nie przez to, co chce intencjonalnie pokazać, ale
przez to, co o p r ó с z tego, niechcący, mimowolnie pokazu­
je. Ale jest też inna strona fotografii i , generalnie, technik
reprodukujących rzeczywistość. I fotografia, i film są według
Bacona zamachem na tradycyjnie pojęty sens wizerunku.
Postrzegamy świat, chcąc nie chcąc, poprzez mnożące się
w postępie geometrycznym coraz doskonalsze technicznie
obrazki. W wymiarze masowym odbierają one zdolność
bezpośredniego widzenia rzeczy. Ale dla malarza ta sytuacja
nie tylko nie jest zagrożeniem, ale przeciwnie: może stać się
wyzwoleniem. Wymusza bowiem kreatywność, skłania do
poszukiwania nowych środków wyrazu: „W miarę rozwoju
kina i innych technik malarz musi wykazywać coraz więcej
inwencji. Musi na nowo odkryć realizm. Musi wlać realizm do
systemu nerwowego przez swoją inwencję, bo nie ma już
dzisiaj czegoś takiego jak naturalny realizm". (DS, 176)
Postulat poszukiwania nowego realizmu bierze się też z prze­
konania o anachroniczności i nieadekwatności uznanych
i oswojonych estetycznie sposobów przedstawiania: „wszel-

kie próby powrotu do figuracji w najbardziej akceptowanym
sensie były zupełnie nieudane i bezsensowne... Nie można
dziś powtórzyć renesansu czy sztuki dwudziestego wieku.
Potrzeba czegoś nowego. Nie może to być ilustracyjny
realizm, ale realizm wypływający z prawdziwej inwencji,
z nowego arbitralnego ujęcia rzeczywistości". (DS, 178-179)
Realizmy się starzeją. Rzeczywistość nie chce się już zmieścić
w foremki, których używano kiedyś.
Bacon określa swój projekt na razie negatywnie. W każdym
razie jedno już wiemy na pewno, ó w realizm nie jest tu pojęty
naiwnie: naśladowczo i ilustracyjnie. Różni się więc w punk­
cie wyjścia od, dobrze zadomowionej w nowożytnym malarst­
wie zachodnim, platońskiej koncepcji пителл. Opisany
w X księdze Pańffwa malarz był jedynie twórcą widziadeł,
wyglądów rzeczy. W schizmatycznej ontologii Platona od­
dzielającej ostro świat idei od świata rzeczy wizerunki tych
ostatnich znajdowały się dopiero „na trzecim miejscu w sto­
sunku do rzeczywistości" (10, 599 A). W hierarchii bytów,
przykładowo, idea łóżka stoi wyżej od łóżka wykonanego
przez rzemieślnika, a to z kolei stoi wyżej od łóżka namalowa­
nego. Postępująca degradacja. Jeśli rzecz jest cieniem idei, to
obraz rzeczy jest ledwie cieniem cienia. O ile wytwory
rzemieślnika znaleźć mogą pragmatyczne przynajmniej uza­
sadnienie, o tyle dzieło malarza takich, jak i żadnych innych
racji nie znajduje. Sztuka, zrównana tu z lustrzanym od­
biciem, z biernym naśladownictwem, z prostym odwzorowa­
niem kreuje świat pozoru i złudy. Wprowadza w obszar
nierzeczywistości. Malarz, tym samym, staje się zwodzicielem, iluzjonistą, sztukmistrzem.
Oczywiście, Bacon w swoim sprzeciwie wobec realizmu,
który znajdował swoje uzasadnienie w mimetyzmie typu
rejestrującego, kopiującego, ilustracyjnego, nie odkrywa ziemi
nieznanej. Realizm tak rozumiany, roztrzaskany został (Cezan­
ne, abstrakcja, kubizm) wiele lat wcześniej. Ciekawe jest, że
mimo to operuje on, wydawałoby się całkowicie zgranym
i zupełnie nieprzydatnym do założonego projektu, hasłem
„realizm". Czy jest to tylko przywiązanie do słowa, czy kryje
się za tym coś więcej: „Według mnie tajemnicą współczesnego
malarstwa jest sposób oddawania podobieństwa, wyglądu.
Wiem, że można je zilustrować, sfotografować. Jednakże jak
można uchwycić tajemnicę podobieństwa i tajemnicę jego
tworzenia? Jest to nielogiczne podejście do czegoś, co, mamy
nadzieję, da logiczny rezultat. Chodzi o to, że malarz myśli, iż
uda mu się nagle stworzyć coś w całkowicie nielogiczny sposób
i że to będzie absolutnie realne, a w przypadku portretu
rozpoznawalne jako osoba". (DS, 104) Oddawanie podobieńst­
wa? naśladowanie wyglądu? rozpoznawalność zakładająca
porównanie obrazu z rzeczywistością? O co tu naprawdę
chodzi? Czyżby Bacon, wbrew wcześniejszym deklaracjom,
był zwolennikiem mimetyzmu na modlę platońską? Czyżby
cierpiał na syndrom iluzjonisty Zeuxisa, który, wedle legendy
odnotowanej przez Platona, tak wiernie odmalował winogrona,
że ptaki myliły wizerunek z rzeczywistością? Do czego więc
odnosi się przymiotnik „realny"?

Sergiusz Eisenstein, kadr z filmu „Pancernik Potiomkin" (1925)

W uwagach na temat malowania portretu, obok znanych już
stwierdzeń, pojawiają się nowe wskazówki: „Zawsze pragnę
zniekształcać wygląd ludzi, nie mogę malować ich dosłownie.
Na przykład myślę, że spośród dwóch portretów Michela
Le irisa ten, który jest mniej dosłowny, jest w istocie bardziej
poruszający. Najdziwniejsze jest to, że choć twarz Michela

45

�formie, czy konieczne jest tu czynienie porównań między
obrazem a rzeczywistością: „Dzieło sztuki ma swoją we­
wnętrzną siłę i w ten sposób do nas przemawia". Bacon
potwierdza: „Oczywiście. Dzieło sztuki ma swoją własną
moc, ponieważ odkrywa na nowo swój realizm". (DS, 172)
4 Mime^ü niejedno ma imię

jest raczej okrągła, to jego cechy lepiej podkreślają kształty
wąskie i podłużne. Nie wiadomo więc. co decyduje o tym, że
coś wygląda bardziej realnie. Naprawdę chciałem, by portrety
oddawały jego podobieństwo. Malowanie portretu nie ma
sensu, jeśli nie chce się osiągnąć podobieństwa. Wąska
i podłużna twarz z portretu nie ma nic wspólnego z praw­
dziwym Michelem, a jednak przypomina go bardzo mocno.
Tak przynajmniej uważam. To jedna z tych rzeczy, których
nie da się w malarstwie wytłumaczyć. Chciałbym, by moje
obrazy były coraz bardziej sztuczne, coraz bardziej, jak się to
mówi, rozbite". (DS,146) No więc dobrze: w „nowym"
realizmie nie chodzi z pewnością o iluzyjną dosłowność. Ale
w dalszym ciągu Bacon porównuje, dalej stara się o uchwyce­
nie podobieństwa. Chociaż twarz Michela jest okrągła, to
realniejszy jest Michel podłużny. Jak to się dzieje? Prawdziwa
zagadka. Ale czy Michela żywego z Michelem namalowanym
w istocie coś łączy? Fajka namalowana to jednak nie jest
fajka, demonstrował niegdyś Magritte. Prosta referencja
obrazu zostaje zawieszona. Do czego więc odsyła, jeśli
odsyła, obraz z twarzą Michela Leiris? W innej wypowiedzi
rzuca Bacon nieco światła na naturę związku pomiędzy
„materią" wyjściową, tematem a tym, co zostaje później na
płótnie. Realność tego, co namalowane, nie łączy się wprost
z tym, od czego zaczyna się pracę: „Nie musi być z tym
związana, ponieważ stworzyłeś realny ekwiwalent tematu,
który jest tym, co pozostaje. Musisz od czegoś zacząć
i rozpoczynasz od tematu, który stopniowo, jeśli wszystko
idzie dobrze, staje się coraz mniej istotny. Wtedy otrzymuje­
my pozostałość, którą nazywamy realnością i która być może
ma coś wspólnego z tym, od czego zaczynaliśmy. Zazwyczaj
jednak jest to bardzo słaby związek". (DS,180) Być może ma
coś wspólnego. Ale co? W którymś momencie rozmówca
Bacona zgłasza zasadniczą wątpliwość dotyczącą tego, czy
realizm dzieła nie tkwi inherentnie w nim samym, w jego

46

Czyżby więc brak konsekwencji? Bacon jak gdyby nie
mógł się zdecydować, o jaki realizm mu chodzi: z jednej
strony chce porównywać namalowane z rzeczywistym, z dru­
giej obstaje przy względnej autonomii dzieła samego. Mimetyzm rozumiany jako bliżej niedookreślone, ale jednak na­
śladowanie ściera się tu z pojmowaniem sztuki, której
mimetyzm w sobie, w swoich granicach znajduje racje
i uzasadnienie. Tak jakby platonik walczył tu z arystotelikiem.
To w Poefyce właśnie, dziele poświęconym zasadniczo sztuce
słowa, znajdujemy fragment odnoszący się do sztuk przed­
stawiających, który można uznać za częściowo polemiczny
wobec platońskiego ujęcia /мимеи,?: „Cieszy nas oglądanie
obrazów, że patrząc na nie jesteśmy w stanie rozpoznać
i domyślić się, co każdy z nich przedstawia, że np. ten
przedstawia to a to. A jeśli się zdarzy, że nie widzieliśmy
wcześniej przedstawionego przedmiotu, przyjemność sprawia
nam nie sam jego wizerunek, lecz raczej staranne wykonanie
dzieła, jego koloryt lub inne tego rodzaju rzeczy" \ Nie ma już
potrzeby ani konieczności porównywania przedstawienia
z rzeczywistością. Wewnętrzna organizacja dzieła ma byt
samowystarczalny. Arystotelesowska mimefú nie jest bo­
wiem naśladowaniem lustrzanym rzeczy. Wedle Arystotelesa
poeta przedstawiać powinien - a postulat ten rozciągnąć
można na inne rodzaje twórczości - raczej zdarzenia niemoż­
liwe, lecz prawdopodobne niż możliwe, ale nieprawdopodob­
ne. Prawdopodobieństwo zaś odnosi się do świata przed­
stawionego dzieła, mieści się w nim samym, podczas gdy
możliwość odsyła do rzeczywistości, do tego jak rzeczy
istnieją. U Platona koncepcja mimejü była funkcją założeń
ontologicznych. W ujęciu Arystotelesa, najogólniej, mimejú
uwolniona od koncesji ontologicznych traktowana jest jako
pojęcie czysto operacyjne.^ Odnosi się do wewnętrznej or­
ganizacji dzieła samego.
Czy zatem w pojęciu realizmu u Bacona rysuje się
wewnętrzne pęknięcie? Jest spór czy nie ma sporu? Wydaje
się, że jednak nie. Naśladownictwo u Bacona nie ma przecież,
przy wszystkich powierzchownych zbieżnościach, nic z pla­
tońskiej bierności kopiowania, jest zdecydowanie, po arystotelesowsku, dynamiczne. Porównanie, o jakim mówi Bacon,
ów sprawdzian siły i intensywności dzieła, o ile w ogóle ma
miejsce, wyraźnie nie zachodzi pomiędzy wizerunkiem atzw.
obiektywną rzeczywistością, a więc taką, jaka dana jest w po­
tocznym oglądzie bądź w produkcie mechanicznej rejestracji,
ale pomiędzy dziełem a uchwyconą okiem malarza w i z j ą
rzeczywistości. Jeśli więc mowa jest o jakiejś ekwiwalencji, to
dotyczy ona wyłącznie tych dwóch ostatnich elementów. Poza
tym Bacon cały czas mocno akcentuje sztuczność przedsta­
wienia. „Muszę sprawić, by [obraz] był wystarczająco odległy
od innych obrazów, chcę pokazać falę i plażę niemal jako
oderwany fragment, tak aby ten obraz wyglądał sztucznie
i jednocześnie bardziej realnie, niż gdyby przedstawiał morze
przelewające się przez piaszczystą plażę". (DS, 148) Sztuka

�musi być sztuczna. Ten tautologiczny banał prowadzi do
niebanalnej tezy, której paradoksalność trafia w istotę rzeczy:
im większa sztuczność, tym większa szansa na uzyskanie
prawdy przedstawienia. Prawdy, a więc osiągnięcia w obrazie
intensywności i takiego zestrojenia budujących go elementów,
by nabrały cech wewnętrznej konieczności. Krótko: realizmu.
„Niszczyć", „deformować", „zniekształcać" - to najczęś­
ciej pojawiające się w wypowiedziach Bacona słowa od­
noszące się już nie do teorii obrazu, ale wprost do samej roboty
malarskiej. Jego obrazy z pewnością nie przypominają luster­
ka wiernie odzwierciedlającego powierzchnię rzeczywistości.
Jeśli już, to raczej gabinet krzywych luster: „Moim celem jest
zniekształcić obiekt tak, by był daleki od swego wyglądu, ale
zniekształcenie to musi być zapisem ewokującym wygląd".
(DS, 40) Bacon nieustannie psuje sobie grę. Sobie i innym.
Niszczy zarówno „naturalne", bezpośrednie odniesienia do
rzeczywistości, jak i elementy wprowadzające narracyjność
przedstawienia. Przekreśla tym samym niepisany pakt o nie­
agresji pomiędzy obrazem a oglądającym, na mocy którego
przedstawienie winno spełniać przyzwyczajenia i nawyki
percepcyjne widza. Dzięki tym destrukcyjnym zabiegom stara
się unicestwić wszelkie ślady realizmu ilustracyjnego. Defor­
mując, odkształcając przedmiot przedstawienia, Bacon poka­
zuje go w zupełnie nowym świetle. Wyrwany z sieci codzien­
nego, potocznego, rutynowego spojrzenia, skłania, zmusza,
by zobaczyć go na nowo, jakby po raz pierwszy. Praktyka ta
przypomina nieco brechtowski efekt obcości. W Baconowskim realizmie, odwrotnie niż w jego „klasycznym" XIX-wiecznym rozumieniu, nie chodzi o rozpoznanie znanego
w nieznanym, ale o coś całkiem przeciwnego: o dostrzeżenie
nieznanego w znajomym. O zerwanie z przedmiotu plastra
zwyczajności. „Zawsze starałem się oddawać rzeczywistość
tak bezpośrednio i surowo, jak tylko mogłem, ale ludzie
uważają, że to przerażające". (DS, 48) Chodzi o typ realizmu,
który jest również zaprzeczeniem zdroworozsądkowego, tak
zwanego „realistycznego podejścia do rzeczywistości". To
drugie, wbrew nazwie, byłoby raczej jakimś łże-realizmem,
realizmem skłamanym, realizmem koncentrującym się ledwie
na powierzchni rzeczy. Na różnice między tymi realizmami
wskazuje trafnie Nicola Chiaromonte:
„Przedmioty, sytuacje, 'fakty','sprawy', w swoim wymia­
rze codziennym, w swoim znaczeniu potocznym, jakie zgod­
nie i powszechnie im się nadaje, nie mają w sobie nic
tajemniczego, a nawet są wręcz przeciwieństwem tajemnicy:
tworzą świat bezpieczny, chroniący przed wszelkimi nie­
spodziankami i wszelką niejasnością.
W taki właśnie sposób pojmuje rzeczywistość 'realista'
(zarówno realista w dziedzinie estetyki, jak i polityki). Istnieje
jednak inny sens rzeczywistości, ten mianowicie, który kryje się
za sensem powszechnie przyjmowanym i nieokreślonym, za
wieloraką wartością wszystkich spraw, rzeczy i sytuacji. Rzeczy­
wistość widziana z punktu widzenia tego innego sensu staje się
święta, to znaczy przerażająca. Nie można oprzeć się sile
wzroku, jak spojrzeniu Gorgony (jak miłości, zabójstwu, zazdro­
ści, ambicji, szaleństwu). Gdyż patrząc na nią, widzi się, jak
dalece wszystko w poczynaniach ludzi jest niesprawiedliwe,
a mimo to jednocześnie usprawiedliwione, gdyż wtedy wbija się
wzrok pod powierzchnię niedorzeczności i widzi, że to, co
niedorzeczne, tyle samo znaczy w zbrodni i szaleństwie, ile to, co
wzniosłe. A też widzi się wyraźnie, jak bardzo cienka i przejrzys-

Velasquez, Portret papieża Innocentego X, 1650 (poprzednia strona),
i studium tego obrazu F. Bacona (1953)

ta jest - o ile jest - ta przegroda oddzielająca nieodwracalne od
zwyczajnego, katastrofę od pogodnego życia.
A przecież ten właśnie sens powinien uwzględniać realista,
jeżeli podchodzi do życia z powagą. Ponieważ ograniczanie się do
potocznej wartości spraw i rzeczy nie jest niczym uzasadnione:
sprawy i rzeczy mają swoją osobliwość, swoje piękno, swoją
brzydotę, swoją rozważnośc i bezsensowność, swój porządek
i nieład - istnieją wszystkie razem i jednocześnie każda oddzielnie.
Kiedy w końcu dotrze się jakoś do tej wielości sensu
i bezsensu w tych samych rzeczach, staje się wobec ich
świętości. Ściślej mówiąc wobec tego, czemu Grecy przypisy­
wali w ostatecznym rachunku cechy i wygląd bóstwa lub
demona. Wobec nieznanego. Wszystkie ludzkie poczynania
mają taką właściwość"/
Z takiego właśnie, tak pojmowanego, realistycznego spoj­
rzenia wychodząc, poprzez uporczywe zdzieranie masek,
w drodze konsekwentnie stosowanej strategii deziluzji, budu­
je Bacon swój realizm obrazu. Deformacje przedmiotowe,
obok ostrego zazwyczaj, „odrealnionego", płasko kładzione­
go koloru tła oraz przezroczystych „klatek", to tylko jej jeden,
może najbardziej rzucający się w oczy, element. Widać więc
wyraźnie, że nie o destrukcję dla samej destrukcji tu chodzi, że
odwrotną stroną tych „negatywnych", niszczycielskich prak­
tyk jest wymierny „pozytywny" rezultat: obraz zyskuje na
realności. To zaś oznacza wyrafinowaną, co należy tu tłuma­
czyć jako: maksymalnie oczyszczoną z przypadkowych ele­
mentów, prostotę („w typie egipskiej rzeźby") i intensyw­
ność przedstawienia. Założona antymimetyczność była więc

47

�I

tylko rodzajem walca mającego oczyścić przedpole. Destyla­
cja, redukcja, eliminacja. Ale co, jako konsekwencja tego typu
zabiegów, na tym przedpolu się pojawia? Wydaje się, że
jednak... лн/пел». Ale nie jest to już mimería naiwna, oparta na
prostym powielaniu, kopiowaniu, naśladowaniu rzeczywisto­
ści, na odniesieniu do jej zewnętrznych, powierzchniowych
aspektów, ale тнмелл zmierzająca do odsłonięcia ukrytego
porządku rzeczy, dotarcia do takich wymiarów rzeczywisto­
ści, które dla oka tkwiącego w świecie „naturalnego na­
stawienia" są - z nawyku, z wygody, z przywiązania do
bezpieczeństwa-zatajane, pomijane, w najlepszym wypadku
spychane na margines. Tak rozumiana kategoria mimefü
przypominałaby szestowowską apoteozę nieoczywistości.
Nie byłaby już narzędziem zakłamującym rzeczywistość, ale
instrumentem głęboko poznawczym: połączeniem wykrywa­
cza kłamstw z sondą głębinową. Ten zaś, w efekcie, budował­
by rzeczywistość obrazu rozumianą jako widzialny ekstrakt
niewidzialnego, jako ujawnienie wewnętrznej struktury rzeczy.
Postawa i poglądy Bacona w tej kwestii wydają się o tyle
ważne i warte uwagi, że wyraźnie idą pod prąd dominującego
w zachodnim myśleniu o sztuce, literaturze, humanistyce
nurtu antymimetycznego. Załamanie porządku mimetycznego zrodziło się z poczucia nieprzystawalności dzieła (teks­
tu, obrazu) do rzeczywistości przezeń przedstawianej. Na
wiele sposobów dowodzono i ujawniano fakt, że świat dzieła
jest światem skonstruowanym, ostentacyjnie „zrobionym", że
przedstawienie ma się nijak do rzeczywistości, że jest raczej
przegrodą między nami a rzeczą niż oknem na tę rzecz
otwierającym, że realizm to tylko nazwa konwencji, w skład
której wchodzi zużyty zestaw chwytów pozorujących rzeczy­
wistość i pretendujących co najwyżej do jej przedstawienia
czy opisania. Metafora lustra, tak mocno obecna w zachodniej
retoryce estetycznej i epistemologicznej, zaczęła mieć jak
najgorsze konotacje. М/шелл opisywano w kategoriach przy­
pominających relacje pana i niewolnika: to arbitralny, sztucz­
ny, autorytarny i represywny porządek mistyfikujący rzeczy­
wistość, więziący jego użytkowników w szklanej klatce form,
które skutecznie uniemożliwiają zetknięcie z „nagą" rzeczy­
wistością. Ta ostatnia zresztą sama jest iluzją. Czy jednak
w tej zrodzonej ze szczerego odruchu poznawczego i bez­
sprzecznie pogłębiającej samoświadomość artystyczną pasji
antymimetycznej nie wylano przypadkiem dziecka z kąpielą?
Czy nie stało się tak, że efektem zarzucenia uroszczeń
mimetycznych (w jakiejkolwiek postaci) jest rosnący nar­
cyzm sztuki współczesnej? Nędza i jalowość ogromnych jej
obszarów, z przyzwyczajenia już tylko sztuką zwanych,
obfitujących w dzieła zajmujące się kontemplacją własnego
ogona, sugerowałaby odpowiedź potwierdzającą.
W projekcie realizmu Bacona obecne są, jak widzieliśmy,
bardzo intensywne zabiegi antymimetyczne. Eksponuje on, na
ile się da, sztuczność sztuki. Trudno więc posądzić go
o prostoduszną naiwność ilustratora-kopisty. Ale wyraźnie to
tylko
¿gffrwgMf całego przedsięwzięcia. Cel właściwy
umieszczony jest gdzie indziej. Bacon solidnie przygotowuje
grunt, bo m i m o w s z y s t k o chce odnosić swoją sztukę
do rzeczywistości. Chce ją malarsko nazywać i o niej mówić.
Chce ją nie naśladując naśladować. Realizm spojrzenia
transformuje się tu w realizm obrazu. Ale nie jest to zależność
prosta. Przykładowo: obecność lęku i przemocy, tak często
podkreślana w jego płótnach, nie jest w żadnym razie, jak się

Cimabue, Ukrzyżowanie (odwrócone) z 1272-1274

czasem naiwnie sugeruje, zwykłą funkcją życiowych okolicz­
ności. „Można powiedzieć, że zawsze żyłem pośród różnych
form przemocy, która wywarła na mnie pewien wpływ.
Jednak ta przemoc mojego życia, przemoc, wśród której
żyłem, różni się od przemocy w malarstwie. Przemoc farby
nie ma nic wspólnego z wojną. Ona usiłuje przemienić
przemoc rzeczywistości". (DS, 81) Zależność genetyczna
więc odpada. Podobnie: „brutalność faktu", określenie tak dla
Bacona ważne, że pod pewnymi względami można by uznać
je za synonim „nowego realizmu", nie odnosi się do mniej lub
bardziej uchwytnych drastyczności obrazu, ale zwraca uwagę
na jakości czysto malarskie, powtórzmy raz jeszcze: na
intensywność i siłę przedstawienia. „Żywa", obserwowalna,
doświadczana rzeczywistość zastyga w formie dzieła. To do
niej, a nie do rozpoznawalnego tematu, odnosi się najpierw
i przede wszystkim nazwa „realizm".
Nie ma w myśleniu Bacona śladu sporu o istnienie świata.
Przeciwnie: za jego rozumieniem malarstwa stoi mocne
przekonanie, że świat, ze swoimi stronami przyjemnymi jak
i całą swoją potwornością (zwłaszcza z tą ostatnią) naprawdę
j e s t . I dalej: że sztuka jest szczególnego rodzaju aktywnoś­
cią poznawczą penetrującą „świat realny" aż do granic jego
poznawalności. Samo zaś malowanie ożywia beznadziejna
nadzieja, że są rzadkie chwile, w których jego ukryty, do
duchowego porządku należący, wymiar udaje się odsłonić.
„Narzędzia, jakimi posługujemy się, są istotnie prymitywne
- kij z przytwierdzoną na końcu kępką szczeciny, prostokątna
deska, pigmenty, oleje", jak pisał - ręką Herberta - w swym
liście do Leeuvenhoeka Johannes Vermeer/ Środki, w istocie,
nie są wyszukane. Ale to niczego, gdy chodzi o to, co
w materii sztuki najważniejsze, nie zmienia.

Czy podoba się wam nasz ogród? Owszem, ale nie za
bardzo:
„Po zdjęciu czarnych okularów
ten świat przerażający jest tym bardziej
Prawdziwy jest. Właściwe barwy

�Studium Ukrzyżowania, część tryptyku F . Bacona (1962)

wpełzają na właściwe miejsca
Wąż ślizga s i ę po wszystkim, co napotka. Właśnie
nas dotknął"/
Czy podoba się wam nasz ogród? No, nie całkiem. Nie
zupełnie nam się podoba. Kolorowy obrazek radosnego
Początku zaczernił się wyraźnie. To, co z niego pozostało,
tworzy już tylko zetlały dagerotyp utraconej niewinności.
Ogród malowany przez Bacona w niczym nie przypomina
ogrodu Eden. To, w najlepszym wypadku, ogród zoologiczny,
o ile nie, w niektórych płótnach, ogród koncentracyjny.
Zadziwiająco zgodne w podkreślaniu takiego właśnie „treś­
ciowego" wymiaru realizmu obrazów Bacona są wypowiedzi
oglądających.

Karpiński: „Oko wyolbrzymione, usta przesunięte, defor­
macja nie picassowska, bez porównania b a r d z i e j r e ­
a l i s t y c z n a i o k r u t n a , [podkr. DC] Wychodzi skryta
zmaza każdego człowieka, coś, co budzi strach: tak być może,
tak jest. Twarze zniekształcone, pogruchotane kości. Ukrzy­
żowanie bez odkupiąjącej mocy. Stałym motywem obrazów
Bacona jest może nie tyle grzech pierworodny, co pierwotna
skaza, obecna na twarzy i w osobowości współczesnego
człowieka."*
Herling-Grudziński: „Nie znam we współczesnym malarst­
wie równie potężnej i równie /%ус%л€/ wizji samotności
człowieka rzuconego w świat, rozpiętego na samym swoim
istnieniu, umęczonego nim., zagubionego w pustce rzeczywis­
tości.""
Nowosielski: „Zło w sztuce Bacona jest tak nieskończenie
groźne właśnie dlatego, że zdaje się posiadać byt substancjonalny. Obrazy UJbzyżow%m Bacona wydobywają z aktu
ukrzyżowania aspekt infcmalny nie mający żadnego zakorze­
nienia w metafizycznym przezwyciężeniu zła. Ukazują coś,
co można nazwać złem absolutnym.""
Czyżby obrazy Bacona były malarską prefiguracją piekła?
Bądźmy ostrożni. Chociaż... Ów infernalny motyw zbyt
uporczywie obecny jest w opiniach o malarstwie Bacona, by
go lekceważyć. Przywołajmy jeszcze jeden, tym razem,
kulturowy „tekst".
ВдАмддд Tima Burtona odesłano już, nie wchodźmy w to,
czy słusznie i wedle jakich kryteriów, do narożnika z napisem
„kultura masowa". Bez względu jednak na wartościujące
zaszeregowanie może być on czytany również jako metatekstowa antologia wątków i tematów współczesnej kultury
popularnej i w tym, dla nas, jego wartość poznawcza. Oto
w jednej ze scen demoniczny Joker, zajęty permanentną walką
z siłami Dobra, odwiedza wraz ze swoją świtą muzeum
w Gotham City. Ściany obwieszone arcydziełami malarstwa.
Świątynia piękna. Zanosi się niechybnie na bluźnierczą fiestę.
I rzeczywiście: wesoła ekipa zaczyna chlastać kubłami farby
po wszystkim, co znajdzie na ścianach. Rembrandt, Degas,
Renoir, Vermeer... Nic nie zostaje oszczędzone. Prawie nic.
W pewnym momencie Joker staje przed obrazem Bacona.
Zwraca się do pomocnika: „Zaczekaj. Ten mi się podoba. Nie
niszcz go". Swój, do swego, po swoje? Groteskowy żart to
tylko czy wyraz kulturowej samowiedzy? Najkrótsza i naj­
głębsza definicja realizmu Bacona?
Te pytania trochę niepokoją. A nawet

bardzo.

PRZYPIS Y
' J. Woźniakowski, Ov
dzff/f ze J Z / w b * , Warszawa 1974, s. 155-156;
Tadzio = Tadeusz Brzozowski.
' D. Sylvester, /fozmwwy z f/wre-wem gwcwiem. ДгыЫлол; yütfu, przel.
M.Wasilewski, Poznań 1997, s. 99; dalej w tekście używam skrótu DS i podaję
numer strony.
' Próby nowego przemyślenia „niepoprawnej metodologicznie" relacji
miedzy biografía i dziełem przynosi zbiór: Źycff wrryjfy. ? m № m y
ürfy.\V)rz/%f/, pod red. M . Poprzęckiej, Warszawa 1995
^ Arystoteles, fof/уЫ, przeł. H. Podhielski, Ossolineum 1983,1448b, 15-20
Por. P. Ricoeur, /'míe dm7 Л/агшгае, (tum. К. McLaughlin. D. Pellauer,
Chicago 1984-1988, t.l

* N. Chiaromonte, Co pozwffa/e?, przeł. S. Kasprzysiak, „Tygodnik Po­
wszechny" nr 37:1995, s. 8
^ Z. Herbert, Afarfwa /wfura z wfdzfdbm, Wroclaw 1993, s. 168
* M. Świetlicki, ¿f дылд еде j'on/m?, w: M. Świetlicki, W. Wilczyk, 20
nifzapwnníwiycA przefw^w f /0 tu/fwwycA /f//^rw/», Kraków 1996 b.n.s.
^ W. Karpiński, Дтггу*оллЫе cif/uf, Wroclaw 1997, s. 180
G. Herling-Grudziński, Z)zúwü* рйоду
V97J-/979, Warszawa
1990, s. 204
" Z. Podgórzec, Mó/ Oinafu.Y. Лс/z^wy z Jerzym AfowüjffüJWm, Białystok
1993, s. 11

49

I

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9586" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9564">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/94dcdd1b42557e2df4ce086c482fe60b.pdf</src>
        <authentication>95b4bfb85729eff289f4d647b139a44c</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114119">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3674</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114120">
                <text>1997</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114121">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3451</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114122">
                <text>Czy historia się powtarza / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114123">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2, s.37-43</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114124">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114125">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114126">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114127">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="114128">
                <text>Czy historia się powtarza?
Dariusz Czaja

- Nie, nie powtarza się, Jakże mogłoby powtórzyć się w tej
samej formie, w tym samym zewnętrznym bądź znaczenio­
wym kształcie jakiekolwiek zdarzenie z przeszłości - zdarze­
nie, które z natury rzeczy jest jedyne, wyjątkowe, niepo­
wtarzalne. Jak można, nie popełniając gwałtu na zdrowym
rozsądku, poważnie utrzymywać, że coś, co raz w historii
zaistniało, co nosi niezmywalny stempel swojego czasu
mogłoby jeszcze raz do życia powrócić. Jak można, nic
narażając się na śmieszność, uważać, żc na linii czasu istnieją
punkty tak osobliwe, że to w nich właśnie jego bieg zostanie
nagle powstrzymany i doświadczymy na sobie nieoczekiwa­
nej powtórki z przeszłości. Owszem, bywa, że pewne wyda­
rzenia dziejowe, zwłaszcza krwawe jatki, zdają się na pierw­
szy rzut oka podobne, ale jest to podobieństwo złudne, bowiem
jak trafnie zauważył Josif Brodski, analogie nie unieważniają
faktu nadrzędnego: w każdym przypadku to kto inny zostaje
zamordowany.' Od momentu gdy pierwsze ziarenko piasku
znalazło się na dnie klepsydry bogini Klio, odtąd strzałka
czasu ruszyła do przodu wprowadzając w naszą świadomość
przeświadczenie nieuchronności przemijania i jednorazowości dziejowych zdarzeń. Wspierani tedy autorytetem zdrowe­
go rozsądku jak i heraklitejskiego aforyzmu, iż „słońce nowe
każdego dnia", utrzymywać możemy z sensem, że historia
w żaden sposób nie powtarza się.
- Tak, powtarza się. Czas, jak lubimy mówić, a raczej jak
mówią za nas zleksykalizowane metafory: „biegnie", „pły­
nie", „ucieka", i - jak zazwyczaj dodajemy - jest to proces
„nieubłagany". Wciąż jednak znajdują się myśliciele, którzy
na przekór potocznemu mniemaniu dowodzą, że historia
mimo swej znikliwej natury powtarza się, że pod zmiennymi
historycznymi przebraniami odnaleźć można niezmienny pa­
radygmat. Może nic we wszystkich dziedzinach życia (po­
chodnia czy łuczywo to nie to samo, co żarówka), jednak da się
odnaleźć pewne stale regularności w rozwoju cywilizacji czy
historii politycznej, wskazać na zaskakujące powtórzenia
w historii myśli czy historii zachowań. Różnice między
epokami historycznymi, r/co/ jasna, istnieją i zaprzeczyć im
nie sposób, tyle że należą one do sfery powierzchniowych
akcydensów, pod którymi ukrywają się rozmaicie definiowane
niezmienniki. Być może nie jest tak, by historia, na podobień­
stwo kserokopiarki, dokładnie i całkowicie wiernie powielała
formy minione ( na co, w odniesieniu do zdarzeń politycznych,
zwrócił uwagę, skądinąd dość dwuznacznie, Karol Marks
podkreślając najpierw tragiczną, później forsowną stronę tego
rodzaju powtórek ), ale nic nie stoi na przeszkodzie, by
dostrzec we wciąż zmieniającej się materii historycznej
wariantowe realizacje ponadhistorycznego wzoru. Trzeba
jedynie wyjść poza oczywistości zdrowego rozsądku, który
komentując się tym, co zmienne zapoznaje możliwość histo­
rycznego powtórzenia i szerzej: perspektywę trwania. Wspie­
rani tedy autorytetem filozofów (od pitagorejczyków i Platona
po Nietzschego) jak i , niespodziewanie, refrenem Eklezjasty ,
2

3

iż „nic nowego pod słońcem", utrzymywać możemy, nie bez
pewnych racji, że historia jednak się powtarza.
Te konkurujące ze sobą historiozoficzne koncepcje „dwóch
słońc" opisywane bywały najczęściej przy pomocy form
geometrycznych: metafory linii i koła, dając w efekcie
różnorodne postacie, odpowiednio, linearnej i cyklicznej
interpretacji dziejów. Prowokacyjna teza Borgcsa (nota bene:
autora Doktryny czasu cyklicznego), że historia świata to być
może ledwie parę elementarnych metafor i wariacji na ich
temat, znajduje w tym kontekście swoje potwierdzenie.
Dostarczaniem argumentów na rzecz prawomocności oby­
dwu stanowisk zajmowali się jak dotąd głównie filozofowie,
teologowie i filozofowie historii. Spróbujmy się zastanowić
czy również etnolog, korzystając ze specyfiki swojej dyscyp­
liny i właściwego jej instrumentarium pojęciowego, nic
mógłhy dorzucić swojego komentarza do toczącej się od
wieków debaty.
1.
Zanim podejmiemy tytułową kwestię, zapytajmy na razie:
co się powtarza, o ile się powtarza, co powtórzyć się może. Na
początek dwie krótkie opowieści, dwie zajmujące historie
opowiedziane przez autorów, w twórczości których zaryso­
wany dylemat wraca w różnych konfiguracjach fabularnych
i modulacjach znaczeniowych.
Niepokojące opowiadanie Jose Luisa Borgesa Temat zdraj­
cy i bohatera (ledwie cztery strony druku), rozpoczyna motto
z Yeatsa, które „ustawia" niejako od razu sprawę, wskazuje
bowiem na zaplecze filozoficzne historii opowiadanej w tekś­
cie.
„I tak Platoński Rok
Powraca w stary krąg
Wirując w nowym - słusznym czy też nic;
Ludzie są tancerzami i stosują krok
Do dźwięku, jaki daje barbarzyński gong."'

1

Pitagorejsko-stoicka koncepcja Wielkiego Roku przejęta
i zreformowana w kilku punktach przez Platona przedstawia,
w uproszczeniu, dzieje jako cykl kosmiczny zakończony
każdorazowo katastrofą. Na kole czasu koniec tożsamy jest
z początkiem, toteż moment destrukcji jest tu zarazem
momentem odrodzenia i powtórzenia się cyklu. Borgcs
przypomina tę koncepcję nie bez powodu. Owładnięty obse­
sją „wiecznego powrotu" aplikuje ją w swoim opowiadaniu
po swojemu, już bez. astralno-kosmologicznych konotacji.
Opowiadanie jest rodzajem testu na istnienie czasu kolistego,
ściślej: jest hipotezą sprawdzającą taką możliwość. Jego
konstrukcja jest niezwykle przemyślna. Narrator wyobraża
sobie tytułowy temat, o którym być może kiedyś napisze. Na
razie ma tylko jego niejasny zamysł, pewne miejsca tej historii
pozostają niedopowiedziane. Akcja ma przebiegać „w jakimś
uciśnionym, lecz nieposkromionym kraju: w Polsce, Irlandii,
5

37

�Republice Weneckiej, w którymś z państw bałkańskich czy
Ameryki Południowej..." Taki jest niezdecydowany począ­
tek, ale już po chwili pojawia się konkret: „Powiedzmy (dla
wygody narracji), Irlandia. Powiedzmy, rok 1824". Powiedz­
my, że te lokalizacje mają jakiekolwiek dla Borgesa (i dla nas)
znaczenie; powiedzmy, że dostrzegamy w tym coś więcej niż
tylko chwyt narracyjny. Chodzi przecież nie o wierność
(domniemanym) faktom, a o przetestowanie pewnej hipotezy.
Narratorem tej opowieści w opowieści jest Ryan. Jest on
prawnukiem zamordowanego skrytobójczo irlandzkiego bo­
hatera, przywódcy spiskowców, Fergusa Kilpatricka. Sporzą­
dzając biografię krewnego, dostrzega w okolicznościach jego
śmierci (zginął on niespodziewanie w przeddzień przygoto­
wywanego przez siebie powstania narodowego) cały szereg
zagadkowych faktów. Intrygujące, że przypominają one, aż
nadto wymownie, pewne znaczące wydarzenia z przeszłości.
„Wiadomo na przykład, że konstable, którzy oglądali zwłoki
bohatera, znaleźli przy nim zapieczętowany list, ostrzegający
Kilkpatricka przed niebezpieczeństwem, jakie miało mu
grozić owego wieczoru w teatrze; również Juliusz Cezar,
kiedy udawał się do miejsca, gdzie oczekiwały go sztylety
przyjaciół, otrzymał list, którego nie zdołał przeczytać,
a w którym odkrywano przed nim zdradę oraz imiona
zdrajców. Żona Cezara, Calpumia, ujrzała we śnie, jak
burzono wieżę, którą Senat przyznał jej mężowi; fałszywe
i anonimowe głosy w przeddzień śmierci Kilkpatricka zapo­
wiedziały całemu krajowi pożar okrągłej wieży w Kilgarvan,
co mogło wydawać się przepowiednią, jako że urodził się on
w Kilgarvan".
6

7

8

Ryan ma naturę detektywa, jest bardzo bystry i dociekliwy,
tryska niezwyczajną erudycją a jego myśli o cyklicznych
nawrotach historii z bliżej nieznanych przyczyn przypominają
poglądy pewnego argentyńskiego pisarza: „Te paralelizmy
(oraz inne) pomiędzy historią Cezara i jednego z irlandzkich
spiskowców doprowadzają Ryana do przyjęcia jakiejś tajem­
niczej formy czasu, jakiegoś rysunku, którego linie powtarzają
się. Myśli o historii dziesięcioepokowej, jaką stworzył Condorect; o morfologiach, jakie proponowali Hegel, Spengler
i Vico; o ludziach u Hezjoda, którzy degenerują się od złota do
żelaza. Myśli o wędrówce dusz, doktrynie, która napełnia
przerażeniem literaturę celtycką, a którą sam Cezar przypisy­
wał druidom z Brytanii; myśli, że Fergus Kilpatrick, zanim
został Fergusem Kilpatrickiem, był Juliuszem Cezarem.
Z tych kolistych labiryntów wybawia go interesujące od­
krycie, które następnie wtrąca go w inne labirynty, jeszcze
bardziej różnorodne i powikłane: pewne słowa, które jakiś
żebrak zamienił z Fergusem Kilpatrickiem w dniu śmierci tego
ostatniego, zostały zapowiedziane przez Szekspira w tragedii
Makbet. Że historia naśladuje historię, było już dostatecznie
zdumiewające; żeby historia naśladowała literaturę, było
niepojęte...".'' Ale to nie koniec kryminalnej opowieści,
poszukiwania Ryana doprowadzają wreszcie do rozwiązania
ponurej zagadki: Kilpatrick nie był bohaterem, ale zdrajcą
wykrytym na szczęście zawczasu przez sprzysiężonych. Wy­
rok śmierci został wydany, pozostawał tylko kłopot jak
zręcznie, nie narażając losów powstania, pozbyć się „bohate­
ra". James Nolan, najstarszy przyjaciel Kilpatricka i , co nie
bez znaczenia, tłumacz dramatów Szekspira na gaelicki,
wywiązał się ze swego zadania znakomicie. Ponieważ na
obmyślenie szczegółów działającej na wyobraźnię mas eg­

38

zekucji pozostawało niewiele czasu, Nolan skorzystał ze
sprawdzonych wzorów: dramaturgii Szekspira. Powtórzył
więc pewne sceny z Makbeta i Juliusza Cezara. Kilpatrick
przyjechał do Dublina i płomiennymi mowami zagrzewał
naród do czynu. „Tak rozwijał się w czasie obszerny dramat,
aż w końcu, 6 sierpnia 1824 r., w loży o ponurych zasłonach,
która zapowiadała już lożę Lincolna, upragniona kula przebiła
pierś zdrajcy i bohatera, który zaledwie zdążył wypowiedzieć,
między dwoma krwotokami, kilka przewidzianych słów"."
Historia, w opowiadaniu Borgesa, pojmowana jest jako
zbiór znaczących precedensów. Coś ważnego przydarza się
w historii jakby wyłącznie po to, by antycypować przyszłe
wydarzenia. Wszystko, co ma się dopiero wydarzyć już się,
w pewnym sensie, wydarzyło. Historia kopiuje samą siebie.
W śmierci Juliusza Cezara tkwi już w utajeniu śmierć
Kilpatricka, w śmierci Kilpatricka dostrzec można niejasne
kontury śmierci Lincolna. Borges czyta historię w sposób
przypominający patrystyczną lekturę Biblii: tak jak typo­
logiczna lektura Ojców Kościoła ujawniała antycypujący sens
wydarzeń starotestamentowych wobec tego, co zawiera No­
wy Testament, tak dla niego przeszłość wyposażona jest
w znaki, które prefigurują kształt przyszłości. „Nic dwa razy
się nie zdarza". Czy na pewno?
1

Ponieważ opowiadanie Borgesa ktoś mógłby uznać jedynie
za efektowną zabawę literacką, za finezyjnie wykonaną
intelektualną prowokację, sięgnijmy po jeszcze jedną, „powa­
żną" tym razem opowieść. Niepokojące opowiadanie Gus­
tawa Herlinga-Grudzińskiego Pierścień (ledwie sześć i pół
strony) nie rozpoczyna żadne motto, brak więc, inaczej niż
u Borgesa, bezpośrednich wskazówek mogących świadczyć
o tym, iż autorowi bliska jest, w jakiejkolwiek wersji, myśl
o powtórzeniu jako właściwości historii. Szukajmy gdzie
indziej. W opowiadaniu Pieta deli' hola znajdujemy zna­
mienny zapis: „Zawodne są analogie ludzkich losów. A prze­
cież nie podobna oprzeć się wrażeniu, że Sebastiano wszedł
zrządzeniem nieznanej siły w koleinę przed wieloma setkami
lat wyżłobioną dziejami nieszczęsnego twórcy Certosy (...)
Czy życie powtarza jak pozbawiona pomysłowości hafciarka
zbliżone do siebie ciągle wzory, jest rzeczą rozslrząsaną od
niepamiętnych czasów przez filozofów i po dziś dzień nie
rozstrzygniętą. Czy niezbadane wyroki Boskie pisane są przez
kalkę w tysiącach egzemplarzy i zmieniane tylko w drobnych
wariantach, czy przeciwnie - każdy z nas odbija się w ogrom­
nym Oku Opatrzności i z nieomylnej Ręki Sędziego otrzymu­
je inny i na własną wyłącznie miarę skrojony los, jest sprawą
zaprzątających wiernych i teologów". Same wątpliwości,
żadnych odpowiedzi, Herling sygnalizuje problem, ale nic
opowiada się jednoznacznie za żadną z ewentualności.
11

W Pierścieniu spotykamy, nieco podobnie do tekstu
Borgesa, konstrukcję opowieści w opowieści. Narrator, jak
w kilku innych opowiadaniach Herlinga niedwuznacznie
stylizowany na samego autora, zasłyszał w wyzwolonym już
przez aliantów Neapolu historię z pierścieniem, która miała
wydarzyć się w mieście niedługo przed wyzwoleniem. Jej
autentyczność była dość wątpliwa. Po czterdziestu lalach, tej
samej opowieści, z niewielkimi zmianami, wysłuchał z ust
znajomego neapolitańskiego introligatora. Potwierdzało to jej
żywotność, w niczym jednak nie przydawało jej prawdziwo­
ści. Za jej fikcyjnością przemawiać miały by też wyjątkowe
zbieżności z nowelą Bocaccia Andreuccio z Perugii. Narrator

�nie odmawia sobie przyjemności jej streszczenia. Jest lo prosta
historia z morałem. Handlarz końmi, Andreuccio, okradziony
jeszcze przed spodziewaną transakcją, próbuje powetować
sobie straty kradnąc wraz z parą złodziei drogocenny pierścień
z sarkofagu ncapolitańskiego arcybiskupa. „Odsunąwszy cięż­
ką pokrywą, bojaźliwi złodzieje zmuszają Andreuccia by to on
wlazł do sarkofagu. Pomny na własną niedolę obrabowanego
z tak dużej sumy pieniędzy, Andreuccio postanawia najpierw
0 sobie pomyśleć. Ściąga z trupiego palca drogocenny
pierścień i na swój palec go nakłada; po czym, z sarkofagu nie
wychodząc, oznajmia wspólnikom że pierścienia nie znalazł
1 podaje im tylko pastorał, infułę i szaty biskupa". Dzięki
sprytowi oszukuje wspólników i wraca do domu z pierś­
cieniem, którego wartość jest o wiele większa niż stracona
suma.
Pokrewieństwo noweli z opowieścią zasłyszaną przez nar­
ratora jest uderzające. Zmieniły się, oczywiście, okoliczności
zewnętrzne i drugorzędne detale, ale jej fabularna osnowa
pozostała bez zmian. W sierpniu roku 1943, podczas nalotu
aliantów jedna z bomb spadła na dziedziniec kościoła San
Egidio, w którego krypcie pochowano na początku ubiegłego
stulecia arcybiskupa Neapolu. W nocy, poprzez wyrwę na
dziedzińcu kościoła, do podziemi dostał się wieloletni opiekun
świątyni, kościelny Malleo. Posłuchajmy „rekonstrukcji" wy­
darzeń: „Jak zaczadzony zabrał się do podnoszenia pokrywy
sarkofagu. Miał zamiar odsunąć ją jedynie u wezgłowia, ale
zbyt gwałtownie widać pchnięta ześliznęła się i krawędzią
ugodziła go w nogę. Poczuł straszny ból. Starał się nie zwracać
nań uwagi, rozgorączkowany podważył żelaznym klinem
wieko trumny. Niewiele pozostało ze zwłok arcybiskupa:
czaszka, kawałki szkieletu pomieszane ze zgniłymi, zetlałymi
strzępami szmat, poczerniały pastorał. Pozostało na szczęście
nietknięte przez, czas to, czego szukał: pierścień na kostce
palca prawej dłoni. Ogromny, splatana złota obrączka z bry­
lantowym, połyskującym krzyżykiem na ciemnej, grubej,
owalnej płytce. (...) Wystarczyło mu jeszcze sił, żeby z pierś­
cieniem na palcu wyczołgać się z krypty, chociaż krew ciekła
obficie z jego zranionej nogi."
12

1:5

Następnego dnia znaleziono nieprzytomnego kościelnego
z pierścieniem na palcu. Dziwnym jednak trafem pierścień
znikł, choć wielu było takich, którzy go widzieli. „Liczniejsi
wciąż się stawali ci, 'co widzieli tych, którzy widzieli'.
I piękniejszy wciąż, drogocenni ej szy stawał się sam Pierścień,
jakkolwiek wieści o nim towarzyszyła również niekiedy
pogłoska, że byl cudowną imitacją, którą ozdobiono palec
arcybiskupa zaraz po jego śmierci, oryginał złożywszy w skar­
bcu katedralnym. Komu jednak chciałoby się w to wierzyć?"
14

Wydarzenia (realne czy też „tylko" wyobrażone), które
miały miejsce owej sierpniowej nocy roku 1943 w Neapolu,
przeglądają się, przy wszystkich różnicach, jak w lustrze
w noweli Bocaccia. Narrator niczego nie sugeruje wprost, nie
eksponuje genetycznej zależności obydwu historii, choć bie­
rze pod uwagę możliwość, że historia Andrcuccia mogła stać
się punktem wyjścia wojennej fantazji. Zbieżności są jednak
zastanawiające. Idąc tropem Borgesowskich antecedensowych historii, uzupełnijmy opowiadanie Herlinga, jeszcze
jedną opowieścią z platońskiego Państwa, jakby skądś znajo­
mą. Jej bohaterem jest niejaki Gyges. „On był pasterzem
i służył u ówczesnego króla Lidii. Kiedy spadł wielki deszcz
i przyszło trzęsienie ziemi, pękła ziemia w pewnym miejscu

i utworzyła się rozpadlina w tej okolicy, gdzie on pasał owce.
On to zobaczył, zdziwi! się, zszedł w jej głąb i ujrzał dziwne
rzeczy, o których bajki opowiadają, a między innymi i konia
z brązu, pustego wewnątrz, który miał drzwiczki. Gyges
nachylił się przez nic do środka i zobaczył wewnątrz trupa,
który się wydawał nadludzkiego wzrostu. Nic miał na sobie
nic, tylko złoty pierścień na ręku. On ściągnął mu ten
pierścień i wylazł stamtąd na górę".
Pierścień Andrcuccia miał wymierną w pieniądzach war­
tość, pierścień Mattea, zdaje się, że był tym bardziej im
bardziej go nie było, pierścień Gygcsa miał magiczną moc:
czynił właściciela niewidzialnym. Trzy różne pierścienic, trzy
odmienne, ale jakoś podobne opowieści. W opowiadaniu
Herlinga, opowieść z czasów wojny, nieważne czy dotyczyła
prawdziwych lub zmyślonych wydarzeń, naśladuje (bezwied­
nie?) opowieść z przeszłości, która, dodajmy, naśladuje
(bezwiednie?) opowieść z jeszcze odleglejszej przeszłości.
„Że historia naśladuje historię, było już dostatecznie zdumie­
wające; żeby naśladowała literaturę, było niepojęte..." Brak
u Borgesa jeszcze jednego członu tej nieskomplikowanej
permutacji. Trzecia możliwość jest oczywista: literatura,
która naśladuje literaturę. Opowieść, która naśladuje opo­
wieść. Historia, która naśladuje historię,
15

2.
„Opowiem ci swoją historię...", „Oto historia mojego
życia...", „To historia nie do uwierzenia..." Słowo „historia",
tak w znaczeniu użytym na końcu poprzedniego akapitu, jak
i w znaczeniu jakie nadaje mu język potoczny, jest synoni­
mem opowieści, opowiadania, narracji. W tej semantyce
zawiera się ciekawa, choć przecież nie nowa, intuicja: życie
jest opowieścią. Może to być szekspirowska „a tale toki by an
idiot, fuli of sound and fury", albo jej hollywoodzkie
przeciwieństwo: story z happy endem jako obowiązkową
figurą finałową. W obydwu przypadkach, w ciemnej czy
wjasncj tonacji, życie przypomina opowieść. Przypomina, ale
jednak nie jest opowieścią. Tej ekwiwalencji nie można
pojmować naiwnie i nazbyt dosłownie. Ponownym przemyś­
leniem podobieństw i różnic łączących obydwie kategorie
zajmuje się w odkrywczym studium Paul Ricocur."' Punktem
wyjścia, wymagającym znaczących korektur, jest dla niego
uwaga jednego z komentatorów, która ustanawia radykalny
rozziew między opowieścią i życiem: „historie są opowiada­
ne, a nie przeżywane, życie zaś jest przeżywane, a nic
opowiadane". Z niezwykle gęstego tekstu, w którym,
posiłkując się koncepcją mimesis Arystotelesa, uwagami św.
Augustyna o doświadczaniu czasu, strukturalistycznymi ana­
lizami opowiadania, rozważa Ricoeur drobiazgowo i wnik­
liwie problemy takie jak: proces zawiązywania fabuły, właś­
ciwe jej schematyzacje, relacje do czasu, rola czytelnika
w konstruowaniu fabuły, wynotujmy to, co dla nas najistot­
niejsze, a więc przede wszystkim pokrewieństwa i związki
łączące wspomniane kategorie, które pozostają jakoby w sta­
nie nieuleczalnego konfliktu.
17

W jaki więc sposób dojść może, już na poziomie wyższym
niż potoczne rozumienie, do pojednania życia i opowieści?
Opowieść prowadzi nas z powrotem do życia z tej choćby
racji, że proces jej komponowania nic jest dopełniony
w tekście, ale dopełnia się dopiero po stronic czytelnika. Sens

39

�opowieści pojawia się na przecięciu świata tekstu i świata
czytelnika. Tekst nigdy nie jest zamkniętym Universum.
W trakcie lektury horyzont znaczeń \istanawiany i oferowany
przez tekst nieustannie splata się z horyzontem doświadczenia
czytelnika.
„Czytanie jest samo w sobie pewnym sposobem życia
w świecie fikcji otwartym przez dzieło. Wolno nam zatem
powiedzieć, że historie są powtórnie opowiadane, ale też
przeżywane
na m o d ł ę ż y w e j
wyobraź­
ni.'" Wbrew strukturalistycznej dogmatyce, tekst nie jest
wyłącznie szklaną kulą znaków, bez referencji do tego, co
znajduje się poza nim. Zycie i opowieść łączą jednak jakieś
nici porozumienia.
Jeśli samo pojęcie życia poddać redefinicji, to i w tym
przypadku dostrzec można ograniczoność stwierdzenia, że
„życie jest przeżywane", tylko przeżywane. Życie, oprócz
tego, że przeżywane, jest też opowiadane. Dokąd nie zostanie
opowiedziane, dotąd pozostaje jedynie faktem z dziedziny
biologii. Życie najwyraźniej chce być opowiedziane, domaga
się interpretacji, dopiero wówczas zdarzenia, uporządkowane
w pewien schemat, w pewną strukturę stają się zrozumiale, ich
sens zaczyna się objawiać. Podobnie ujmował to Mircea
Eliade, dostrzegając specyfikę ludzkiego bytowania w tworze­
niu i słuchaniu opowieści: „Myślę, że zainteresowanie narra­
cją, opowieścią, jest elementem naszej ludzkiej kondycji,
naszego bycia w świecie. Chcemy wiedzieć, co się działo, co
robili ludzie i do czego są zdolni: ryzyko, przygody, wszel­
kiego rodzaju próby. Nasze istnienie nie jest istnieniem
nieruchomych kamieni, kwiatów czy owadów, których życie
toczy się ściśle wyznaczonym torem. Nasze istnienie jest
przygodą. Człowiek nigdy nie przestanie słuchać opowie­
ści". '''

chodzi do ujawnienia głębszego ich sensu. Tym samym
opowieść staje się instrumentem samorozumienia. Zycie na
nowo opowiedziane konstytuuje naszą tożsamość jako toż­
samość narracyjną.
3.

Związek życia i opowieści objawia się leż i z tej racji, że
działania ludzkie mogą znajdować się w polu symbolicznych
odniesień. Ta właśnie cecha decyduje o tym, które z działań
poddaje się twórczemu przekształceniu. „Jeśli rzeczywiście
działanie może zostać opowiedziane, to dlatego, że od razu
bywa wyrażone w znakach, regułach i normach. Jest zatem
zawsze zapośredniczone przez symbole. Ten rys działania
został wydobyty na światło dzienne przez antropologię kul­
turową." Nie jest więc tak, że to my wprojektowujemy
w działanie sensy i znaczenia. Przeciwnie: ono samo objawia
się nam jako swego rodzaju tekst wyrażony przy pomocy
własnego kodu i języka. Tekst, który chce być odczytany.

Powróćmy do naszych dwóch opowiadań. Teraz już łatwiej
odpowiedzieć na postawione wcześniej pytanie: co się po­
wtarza, o ile się powtarza? Powtarzają się historie, powtarzają
się opowieści, rozumiane w znaczeniu wyłożonym powyżej.
Nie są to byle jakie, nic nie znaczące opowieści. Przeciwnie:
mówią o ważnych wydarzeniach z przeszłości, takich które
mają rangę wyjaśniającego i tłumaczącego (ale nie w nauko­
wym sensie) precedensu i które zgęszczają w sobie pewien
egzystencjalny sens. Wydarzenia te tworzą swego rodzaju
paradygmat, wzorzec, model, który zostaje następnie w przy­
szłości powtarzany. Tego typu opowieści posiadają, jak łatwo
zauważyć, konstytutywne cechy przypisywane w studiach
religioznawczych i antropologicznych narracjom mitycznym.
Odłóżmy na chwilę na bok klasyczną literaturę przedmiotu
i oddajmy głos subtelnemu znawcy mitu, symbolu i poezji,
włoskiemu pisarzowi i eseiście, Cesare Pavese, eksponujące­
mu w swych uwagach le cechy opowieści mitycznej, które
- co dla nas istotne - odnoszą się w równym stopniu do
archaicznych jak i współczesnych postaci mitu: „Trzeba
upierać się mocno przy tym olśnieniu jedynością, spoza
którego prześwituje mit. Tkwi tu bez wątpienia rdzeń religij­
ny. Życie zapełnia się i wzbogaca wydarzeniami, których nie
mogą zastąpić żadne inne, a które właśnie dzięki temu, że
nastąpiły raz i obowiązują na zawsze, wyrastają ponad prawa
świata ziemskiego, mają znaczenie wzorca przewyższającego
rzeczywistość, warte są tyle, co ich treść, znacząca i istotna,
a wszystkie wydarzenia codzienne na tyle tylko nabierają
sensu i wartości, na ile są powtórzeniem lub odbiciem tamtych
wydarzeń. Mit jest zawsze symboliczny, dlatego nigdy nic ma
znaczenia jednego, alegorycznego, ale żyje życiem zamknię­
tym, a ono zależnie od miejsca i od nastroju, jakie znajduje,
może wyrwać się z zamknięcia i zakwitać najróżniej i najob­
ficiej. M i l jcsl wydarzeniem jedynym, absolutnym , jest
zgęszczeniem siły życiowej, należącej do sfer innych niż sfera
naszego życia codziennego, a jako taki wnosi powiew cudu
w to wszystko, co na niego naprowadza i co jest do niego
podobne."

Innym jeszcze elementem zbliżającym do siebie opowieść
i życie jest to, co nazywa Ricoeur prenarracyjną jakością
ludzkiego doświadczenia. Nie chodzi tu o to, że różnego
rodzaju działania czytane są poprzez opowieści, które już
znamy, a więc, że każde ludzkie doświadczenie zapośred­
niczone jest przez istniejące systemy symboliczne. Chodzi
raczej o to, co zawiera się w przywołanych wcześniej zwrotach
potocznych intuicyjnie zrównujących zdarzenia życiowe
z narracją. Wnikając w sferę doświadczenia codziennego
nietrudno zauważyć, że pewne serie epizodów z naszego życia
postrzegamy jako historie potencjalne, jako historie jeszcze
nie opowiedziane. Samo więc życie ludzkie, utkane ze
znaczących epizodów, ma naturę opowieści, jest wirtualną
historią czekającą na opowiedzenie. To w opowieści i dzięki
opowieści, poprzez wprowadzenie w chaotyczny, bezkształt­
ny, przypadkowy bieg zdarzeń logiki, ładu i struktury do­

Doprecyzujmy poprzednie ustalenie: tym więc, co się
ustawicznie powtarza, co powtarzać się może jest szczególny
typ opowieści - mit wraz z jego symboliczną zawartością. Nie
jest to teza przesadnie odkrywcza gdy mamy na myśli kultury
archaiczne, tradycyjne, ludowe; w odniesieniu do współczes­
ności budzi nieufność a przynajmniej zdziwienie. Dość
powszechne jest bowiem wciąż mniemanie, że kultura współ­
czesna pozbawiona jest „prawdziwego" mitycznego zaplecza,
pozbawiona jest mitów. Powiada się, że mit „już" był, J u ż "
zdarzył się, jest sposobem postrzegania i interpretacji rzeczy­
wistości właściwym minionym formacjom kulturowym (wy­
raźny pogłos ewolucjonistyczno-stadialnego myślenia o his­
torii), obecnie zaś mamy do czynienia co najwyżej z mitami
zdegradowanymi, „wytartymi", zdegenerowanymi, z. karyka­
turami wielkich opowieści mitycznych. Mit najwyraźniej
wszedł w konflikt z myśleniem dyskursywnym. Wielokrotnie

11

1

20

40

-

21

�formułowano i na różne sposoby uzasadniano oświcceniowopozytywistycznc z ducha programy dcmitologizacji dotych­
czasowego dziedzictwa religijno-milycznego. Dogmatycz­
nie i wąsko pojęty racjonalizm próbował uporać się z mitem.
„Mit nie teoretyzuje i (...) stanowi wyzwanie wszelkim
kategoriom racjonalnego myślenia. Jego 'logika' w żaden
sposób nie przystaje do naszych wyobrażeń o naukowej
prawdzie. Ale to racjonalna filozofia nigdy nic chciała uznać
podobnego rozdwojenia i zawsze głosiła, że utwory mitycz.nopoetyckie muszą mieć jakiś rozumowy sens. M i l ukrywa go za
wszelkiego rodzaju fantastycznymi obrazami i symbolami,
natomiast zadaniem filozofa jest zrywanie owych masek.
Właśnie wtedy słowo de-mityfikacja utożsamiono z demistyfikacją."" Mimo zmasowanego ataku różnych nauko­
wych szkół i teorii wyjaśniania, mit dość skutecznie opiera się
próbom racjonalizacji. Żadne, jak dotąd, próby pozbycia się
mitu z myślenia współczesnego nic powiodły się, można by
nawet za Odo Marquardem paradoksalnie stwierdzić, że sama
historia procesu demitologizacji jest mitem, co w pewnym
sensie dowodzi względnej nieśmiertelności mitu.
22

24

Zbytnie przywiązanie do dogmatów współczesności, zawę­
żenie perspektywy jedynie do krótkiego wycinka czasowego,
w którym żyjemy wywołuje amnezję. Zapominamy, czytając,
opowiadając i słuchając dzisiaj rozmaitych historii „że są to
fragmenty dawnych i wiecznych historyj, że budujemy, jak
barbarzyńcy, nasze domy z ułamków rzeźb i posągów bogów.
Najtrzeźwiejsze nasze pojęcia i określenia są dalekimi po­
chodnymi mitów i dawnych historyj. Nie ma ani okruszyny
wśród naszych idei, która by nie pochodziła z mitologii - nie
była przeobrażoną, okaleczoną, przeistoczoną mitologią. Naj­
pierwotniejszą funkcją ducha jest bajanie, tworzenie 'historyj'.
Siłą motoryczną wiedzy ludzkiej jest przeświadczenie, że
znajdzie ona na końcu swych badań ostateczny sens świata.
Szuka go ona na szczycie swych sztucznych spiętrzeń i rusz­
towań. Ale elementy, których używa do budowy, już były raz
użyte, już pochodzą z zapomnianych i rozbitych 'historyj'.""
I kiedy w dalszej części cytowanego tekstu powiada Schulz, że
duch ludzki nie ustaje w „glosowaniu życia przy pomocy
mitów", w nie kończącym się dziele nadawania sensu przeży­
wanej rzeczywistości, to nie sposób nie dostrzec w tych
słowach wyprzedzających znacznie swój czas, zbieżności
i podobieństw z niektórymi, opublikowanymi blisko 60 lat
później, uwagami Ricoeura na temat sensotwórczej roli
narracji.
4.
Historia się nie powtarza. Powtarzają się historie. Mityczne
historie. Oczywiście, nigdy nie dokładnie, z zachowaniem
tego samego sztafażu, tych samych perypetii, tych samych
imion własnych. Najczęściej w przebraniu i w przetworzeniu.
Zastanawiające jednak, że nawet najdalej idące przekształ­
cenia i zmiany nie zacierają śladu pierwowzoru. W tym sensie
mit byłby dialektyczną syntezą zmienności i trwania. Nie
z umiłowania paradoksu, ale z pragnienia, by odpowiednie
rzeczy dać słowo, trzeba by zatem powiedzieć tak: mit
powtarzając się nie powtarza się i nie powtarzając się powtarza
się. Dopiero ta formuła odstania w pełni ów dziwny i niejedno­
znaczny status mitu w historii. W prologu błyskotliwego
studium o metamorfozach Fausta pisał Jan Patoćka: „Mity nie
umierają, jak sądzą przekonani racjonaliści i całe ich plemię.

lecz jedynie ulegają przemianom. Istnieje bowiem nie tylko
przypadkowa zawartość świata i mówiąca o niej nauka, lecz
także coś, co można by nazwać sercem świata, co jest ponad
przypadkiem i koniecznością w potocznym tych słów znacze­
niu i o czym możemy nie tylko filozoficznie wiedzieć, lecz do
czego ustosunkowujemy sic catą naszą istotą; o tym sobie też
opowiadamy, wprowadzamy do naszego języka jak do jakie­
goś innego, szerszego świata, który sam jest elementem
jednego wielkiego świala, i lo właśnie jest mit we właściwym
tego słowa znaczeniu. Toteż mity nie zostają zastąpione przez
filozofię i naukę, lecz sami filozofowie i uczeni bardzo często
dalej je rozwijają."
26

Ta cenna wypowiedź filozofa kieruje uwagę na sprawę dla
mitu podstawową, na wartość, której nie sposób przecenić:
mil wyprzedza rozum dyskursywny, wychodzi z przestrzeni,
która poprzedza logos. Stąd też mil, jak sygnalizowaliśmy już
wcześniej, jest „przed" i „ponad" nauką jakkolwiek obrazoburczo by to brzmiało dla entuzjastów wiedzy dostarczanej
przy pomocy naukowej Metody. Mit bowiem nie chce
wiedzieć, on już wie! Kłopot w interpretacji mitów polega
właśnie na owej niewspółmierności między mądrością mitu
i niewiedzą rozumu, na co wskazywał Gadamer: „Jak tłuma­
czy się mity, gdy chce się je tłumaczyć naukowo? Jaki to
oczywisty i owocny przesąd trzeba przy tym uznać? Sens
mitów, sens baśni jest sensem najgłębszym. Jaką miarą
oceniać ich tłumaczenie? Czy w rzeczywistości nie czujemy,
że nie ma metody tłumaczenia mitów i baśni? I czy nie
oznacza lo ostatecznie i w istocie, że nie możemy objaśniać
mitów, bowiem to raczej mity nas objaśniają?"
27

Jest coś jeszcze ważniejszego w wypowiedzi czeskiego
filozofa niż ów wątek nienaukowości czy wręcz antynaukowości mitu. Konstatując, że mit wychodzi poza przypadkową
zawartość świata, żc wykracza poza przypadek i konieczność
w zwykłym tych słów rozumieniu i celuje od razu wprost
w „serce świata", daje jednoznacznie i wyraźnie do zro­
zumienia, żc opowieść mityczna nie jest jedynie formą
narracyjną zamykającą się w słowach i regułach, które ją
tworzą, ale przeciwnie: że jak najmocniej związanajestonazc
światem, że otwiera się na świat, że jakoś „dotyka" rzeczywis­
tości. Podkreślałem tę cechę gdy mowa była o opowieści
w ogóle, a teraz podkreślam ją mocno raz jeszcze mówiąc
o opowieści mitycznej, po to by uniezależnić się od tych
stanowisk, które akcentują, by nie powiedzieć demonizują,
samoistną, niereferencjalną jakość wszelkich narracji („nie
ma nic poza tekstem"). W formule „powtarzają się historie"
można by bowiem doszukać się refleksu tego rodzaju po­
glądów, a jest to jak najdalsze od zawartych w niej intencji.
Formuła ta wyraża nade wszystko przekonanie, że w wa­
riantowych realizacjach mitycznych opowieści dochodzi do
„przebicia" w zmiennej materii dziejów. Słowem, że oprócz
dostrzegalnej „gołym okiem" przcmijalności i zmienności
wszelkich form, istnieje w świecie coś trwałego, coś, co tej
zmienności się wymyka i co jej radykalnie zaprzecza.
Rozumiem, że w dobie rozplenienia się w myśli współczesnej
różnego typu historyzmów ' , w sytuacji gdy przekonanie
o historyczności jako niezbywalnej własności ludzkiego
istnienia stało się niemal obiegowym poglądem, wspomniana
formuła musi brzmieć wyjątkowo niestrawnie, by nie rzec
absurdalnie. Problem w tym, że tego rodzaju poglądy nie są na
mocy definicji samooczywiste, co najwyżej do niej preten2 1

41

�dują. Niezwykle celnie zwraca na to uwagę Hans Jonas,
w krótkiej acz instruktywnej rozprawce pod znamiennym
tytułem: Zmiana i trwanie. 0 podstawach rozumienia prze­
szłości?^ Jonas poddaje pod dyskusję dwa klasyczne stanowis­
ka odnoszące się do rozumienia tego, co minione. Pierwsze
wspiera się na przekonaniu o istnieniu stałej, ponadhistoryczncj natury ludzkiej, co sprawia, że rozumienie przeszłości jest
możliwe, bowiem „podobne" poznaje tu „podobne". Pogląd
przeciwny opiera się na założeniu o nieustannej zmienności
człowieka w dziejach, w związku z czym poznanie przeszłości
nie jest w ogóle możliwe, ponieważ „inne" usiłuje poznać
„inne" a jest to zajęcie poznawczo jałowe. W drodze złożonej
i bardzo wyważonej argumentacji Jonas opowiada się za
pierwszym poglądem. W konkluzji wbija gwóźdź do trumny
radykalnego historyzmu: „Nasze przekonanie o istotnej historyczności człowieka 'w ogóle' samo jest produktem historycz­
nym. To sprawia, że się ono nie samo przez się uzasadnia, lecz
samo przez się ogranicza. Z chwilą, gdy zabieramy się do
niszczenia wszelkiej ziemskiej pozostałości tego, co niehistoryczne, jego nosicieli wpędzając w historię, nie bez korzyści
będzie przypomnieć sobie, że historia nie jest ostatnim słowem
ludzkości. Nur wer sich wandelt, bleibt mit mir verwandt.
(Tylko kto się zmienia, pozostaje spokrewniony ze mną) to
wyznanie faustowskic, nie teza ontologiczna. To my mamy
w obiegu przesąd, że bezruch to cofanie się, że trwanie to
upadek." I nieco dalej: „Może nasza nienasycona żądza
historii jest tylko wyrafinowaną grą. Może nieprawdą jest,
jakobyśmy dla zrozumienia samych siebie musieli znać całą
naszą prehistorię, a do tego jeszcze historię całej reszty
ludzkości. A jeśli to jest prawdą, to może nie jest prawdą, że
musimy w tym sensie rozumieć siebie, żeby być prawdziwymi
ludźmi. Dla tego celu ważniejsza może okaże się wiedza

w ciągu wieków. Nie musi jednak wynikać z tego, że
historyczność ludzkiej egzystencji zmusza nas do przyjęcia
relatywizmu, tak jak temporalizacja prawdy nie wyklucza jej
bezwzględnej wartości.' Tak więc zmienność nie usuwa
całkowicie trwałości. I choć podkreśla autorka, że dowód na
istnienie tego, że coś jest wieczne, jest na płaszczyźnie
dyskursy wnej niemożliwy (uprawomocniony może być jedy­
nie aktem wiary), to przynajmniej w mocy pozostaje teza
negatywna: że nie wszystko jest absolutnie zmienne. Może
więc rację miał Michaił Bachtin, notując na krótko przed
śmiercią, choć jest to twierdzenie z gatunku „słabych", iż „Nie
istnieje nic, co byłoby absolutnie martwe: każdy sens przeżyje
święto swojego odrodzenia."

0 wiecznym niż rozumienie doczesnego, może istotniejsze
okaże się widzenie siebie w świetle tej pierwszej niż objaś­
nianie siebie przez to drugie."Do podobnych wniosków dochodzi Barbara Skarga
w swych rozważaniach nad historią intelektualną, historią idei
1 poglądów filozoficznych. Polemizując z. koncepcją nieciąg­
łości Foucaulta, z tezą, że historia myśli to jedynie historia
nieustannych zerwań i pęknięć, zapytuje retorycznie czy ów
konsekwentny historyzm sam siebie nie unieważnia. Czy,
przykładowo, przyjęcie tylko i wyłącznie perspektywy heraklitejskiej płynności nie sprawia, że zajmowanie się dziejami
K i n . które ustawicznie zmieniają się i / których mc mc
wynika, staje się zajęciem jałowym, czy rozumienie prze­
szłych myśli jest w ogóle możliwe skoro skutecznie oddziela
nas od nich nieprzenikalna jakoby ściana epistemy? Analizu­
jąc z punktu widzenia historyka myśli filozoficznej kwestię
zmienności i trwania, pytając o możliwość istnienia inwariantów w historii konkluduje ostrożnie: „trudno jest przypuścić,
aby dzieje kultury intelektualnej mogły się wyłamać spod
panowania czasu. Są one jak dzieje ludzkie i świata historycznością samą. To zaś znaczy, że nie ma w nich nic, co by było
w wieczności, a w każdym razie nic o tym stwierdzić nie
jesteśmy w stanie. Ale to nie znaczy, że nie ma względnej
stałości, wszakże to człowiek powraca do tego, co wydawało
mu się istotne, ważne, to on stale nachyla się nad przeszłością
i przez ten akt coś zachowuje się i powtarza, choć w nieco innej
formie." ' Jasną jest rzeczą, że czas nie zna tożsamości, żadne
pojęcia i twierdzenia filozoficzne nie pozostają takie same

We frapującej, ponad wszelką wątpliwość, frazie kelnera
- gdy chodzi o pytania pierwsze, spontaniczne, „naiwne",
figury każdego z nas - jak i w wersach poety dochodzi do
głosu (jako tęsknota?, pragnienie?, konsolacja?) antyheraklitejska z gruntu myśl o pokonaniu czasu, o odnalezieniu
w nim momentu nierelatywnego, o wejście w wymiar trwania.
Czy w zarysowanej wcześniej hipotezie sugerującej moż­
liwość znaczących powtórzeń historii w historii, mamy do
czynienia jedynie z działaniem terapeutycznym czy też
zawiera się w niej trafne odsłonięcie i rozpoznanie pewnej
niezbywalnej jakości naszej egzystencji? Trudno zapewne
o odpowiedź, która mogłaby zadowolić wszystkich. Ta może
być jedynie funkcją przyjętych uprzednio przesądzeń filozofi­
cznej natury. A jak wiadomo zgoda powszechna w tych
kwestiach należy już raczej do pobożnych życzeń niż ziszczalnych marzeń.

10

3

42

2

33

5.
W malarskich zapiskach Jana Cybisa pojawia się nie­
spodziewanie porywająca myślowo i filozoficznie głęboka
anegdota: „Z wieży kościoła Mariackiego słychać było hejnał.
Kelner od Noworolskiegopod Sukiennicami, Miecio, spojrzał
w okno i powiedział: Gdyby tak zatrzymać czas?
'Bycza historia' zawołał Józef Jarema. Wkrótce Miecio
grał w teatrze Cricot, wygłaszając w jednej ze sztuk Jaremy
swoje frapujące zdanie."
W wierszu Rainera Marii Rilkego, przecież nie kelnera,
znajdujemy, poetycko przetworzone, bliskie echo tamtych
słów z krakowskiego rynku:
34

„Dziwaczne słowo: przepędzić czas!
Zatrzymać go, to byłoby zadanie.
Bo kogóż to nie trwoży: gdzie jest trwanie,
gdzie w końcu byt w tym wszystkim wszystkich nas"

35

Powróćmy jeszcze raz na koniec do Hcraklita, patrona
wszystkich czcicieli zmienności i melancholików przemija­
nia. Herakliteska metafora „rzeki czasu" miała zrobić w myśli
filozoficznej jak i w myśleniu potocznym ogromną karierę.
W wierszu Jose Luisa Borgesa Heraklit, motyw rzeki pojawić
się więc musiał. Ale pojawia się w kontekście dosyć za­
stanawiającym. Borges każe filozofowi z Efezu tak rozmyś­
lać:
„Co to za rzeka,
której źródło jest niepojęte?
Co to za rzeka,
która wlecze z sobą mitologie i miecze?""
36

�W zakończeniu swojego eseju Czym jest mitologia, zapom­
niany już nieco Karl Kerenyi, badacz mitologii greckiej
i wieloletni konsultant Tomasza Manna, pisał: „mitologia
żywa rozwija się w nieskończonej, a przecież co do formy
określonej rozmaitości, podobnie jak świat roślinny w porów­
naniu z pra-rośliną Goethego. Miejmy zawsze wzrok skiero­
wany na jedno i na drugie: na historyczną mnogość i na to co
jednoczy, a co jest najbliższe pra-źródła." Słowa znamieni­
tego mitografa brzmią jak zalecenie, jak metodologiczna
,s

dyrektywa: dostrzegać zmienność, nie tracąc z oczu tego, co
stałe. Wnosząc koncyliacyjny spokój uczonego, zdają się
godzić sprzeczności. Przynajmniej na chwilę. A przecież
w dalszym ciągu nie wiemy do końca i na pewno: co to za
rzeka, której źródło jest niepojęte? Z miejsca naszego
czasowego pobytu, z tego permanentnego sanatorium pod
klepsydrą, w którym mieszkamy i skąd pytanie to zadajemy,
próżno byłoby oczekiwać, że kwestia ta ulegnie kiedyś
przedawnieniu.

PRZYPISY
1

J. Brodski, Profil Klio, w: Pochwala nudy, przeł. A. Kołys/.ko, M ,
Klobukowski, Kraków 1996, s. 99
Brodski sugeruje, by uzupełnić tę marksowską metaforykę teatralną
o np. wodewil, musical, teatr absurd, operę mydlaną itd., tamże.
' Słowa Eklezjasty są bodaj wyjątkiem w zasadniczo linearnej hebrajs­
kiej teologii dziejów, por. M . Wichrowski, Spór o naturę
procesu
historycznego (od Hebrajczyków do śmierci Fryderyka Nietzschego),
Warszawa 1995, s. 30—32
" W H Ycais. Nineieen HundredandNineteen
przel L, Mariańska, cyt
zaJ.L. Borges, Temat zdrajcy i bohatera, przel. A, Sobol-Jurczykowski, w:
Fikcje, Warszawa 1972, s 106
Szerzej na ten temat zob. Wichrowski, op cit., s 17—29
* Borges, op. cii., s. 106
Tamże.
" Borges. op cit.. s. 107
' Borges, op. cit., s. 108
'" Borges, op. cit., s. 109
G. Herling-Grudziński, Pieta deli' Isola, w: Opowiadania zebrane,
Poznań 1991, s. 50
G. Herling-Grudziński, Pierścień, w: op, cit,, s. 244
Herling-Grudziński, op. cit., s, 247
Herling-Grudziński, op. cii., s. 248
" Platon, Państwo, przel. W. Witwicki, Warszawa 1994, s. 72
" P. Ricoeur, Życie w poszukiwaniu opowieści, przel. E. Wolicka.
„Logos i Ethos", nr 2:1993, s. 225—236
Ricoeur, op. cit., s. 225
Ricoeur, op. cit.. s. 231
" M . Eliade. Próba labiryntu. Rozmowy z Claude-Henri Rotauet, przeł.
K. Środa, Warszawa 1992,'s. 180
" Ricoeur, op. cit., s. 232
C. Pavese,Dialogi zLeukoteą, przel. S. Kasprzysiak, Warszawa 1975,
s. 150
Porażkę bultmanowskicgo programu dcmiiologizacji omawia L. Koła­
kowski, Iluzje demitologizacji, w: Cywilizacja na lawie oskarzomch,
Warszawa 1990, s. 215—236
!

5

I

II

i 2

T1

H

17

11

!

31

23

* R Sabało, Pisarz i jego zmory, przeł. R. Kalicki, Kraków 1987, s.
201—202
O. Marąuard, Rozstanie z filozofią pierwszych zasad, przeł, K.
Krzemieniowa, Warszawa 1994, s. 95
B . Schulz, Mityzacja rzeczywistości, w: Opowiadania. Wybór esejów
i listów, opr. J. Jarzębski, Wrocław I989, s. 366
" J. Patoćka, Trzy fazy legendy Fausta (Refleksje czytelniku nad
Doktorem Fauslusem Tomasza Manna), przeł. I . Krońska. „Twórczość" nr
8:1973, s. 91
H.G. Gadamer, Problem dziejów w nowszej filozofii niemieckiej,
przeł. K Michalski, „Znak" nr 257—258:1975, s. 1424
* Różne postacie historyzmu wyróżnia i omawia J Szacki, Historyzm
a współczesne nauki społeczne, w: Dylematy historiografii idei oraz inne
szkice i studia, Warszawa 1991, s. 318—341
H. Jonas, Zmiana i trawłośc O podstawach rozumienia przeszłości.
przet. P. Domański, Warszawa 1993
"'Tamże. s. 30—31; na historyczne usytuowanie zjawiska sekularyzacji
religii i sztuki a tym samym sprowadzenie ich wyłącznie do aspektu
wymiennego, czasowego zwraca uwagę Wiesław Juszczak, Fragmenty
Szkice z teorii i filozofii sztuki. Warszawa 1995, s. 42—42
" B. Skarga. Granice bistoryczności. Warszawa 1989, s. 227
Tamże, s. 224
" M . Bachtin, Estetyka twórczości słownej, przeł. D. Ulicka, opr. i wstęp
E. Czaplejewicz, Warszawa 1986, s. 525
" J. Cybis, Notatki malarskie. Dzienniki ¡954—¡966, wybór i wstęp D.
Horodyński, Warszawa 1980, s, 33
" R.M. Rilke, Przepędzie czas, w: Poezje, przeł. M Jastrun, Kraków
1987, s. 355
Por. K. Michalski, Logika i czas. Próba analizy Husserlowskiej teorii
sensu. Warszawa 1988, s. 169—204
" J.L. Borges, Heraklit, przel. A Sobol-Jurczykowski, w: Twórca.
Pochwala cienia. Warszawa h.d.
K. Kerenyi, Czym jest mitologia, przeł. 1. Krońska, „Twórczość" nr
2:1973, s. 101
11

1 1

7

i 7

311

, :

M

Jost Amman, Saturn

43

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9802" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9780">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/23592bd48c0fac2e5872cd68f26444b5.pdf</src>
        <authentication>585ae083cd8b38359b86f6ab1bc02dca</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116624">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2384</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116625">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116626">
                <text>1992</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116627">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2212</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116628">
                <text>Moment Wieczny. O "Uczcie Babette" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116629">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4, s.76-80</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116630">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116631">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116632">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116633">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116634">
                <text>Moment wieczny
O „Uczcie Babette"
Dariusz Czaja

Wszystko w dziele Gabriela Axela wydaje się z pozoru
proste, jednoznaczne, nie w y m a g a j ą c e d o p o w i e d z e ń , komen­
tarzy, a j u ż t y m bardziej analitycznych z a b i e g ó w . Ł u d z ą c
s w ą p r o s t o t ą , ta o p o w i e ś ć o życiu protestanckiej sekty
religijnej, rozpoczyna się czytelnym dla k a ż d e g o m o t y w e m
bajkowym: „ Ż y ł y sobie kiedyś w t y m o d l u d n y m miejscu dwie
siostry, k t ó r e p i e r w s z ą m ł o d o ś ć m i a ł y j u ż za s o b ą . N a imię
m i a ł y M a r t i n a i F i l i p a . " H i s t o r i a opowiedziana w filmie da
się d o ś ć ł a t w o i precyzyjnie streścić. I w t y m momencie
z a c z y n a j ą się schody: okazuje się bowiem, że to co istotne, co
być m o ż e jest najistotniejszą jego treścią kryje się „ p o d "
z e w n ę t r z n y m k s z t a ł t e m , „ p o d " f a b u l a r n ą akcją. Czujemy, że
spod warstwy anegdotycznej przeziera j a k i ś naddatek sensu,
c o ś co nie poddaje się u j e d n o z n a c z n i a j ą c y m f o r m u ł o m .
Z d a r z a j ą się jednak wypowiedzi z a s k a k u j ą c o infantylne, j a k
owa konstatacja pewnego brytyjskiego k r y t y k a , k t ó r y z roz­
brajającą szczerością ogłosił, iż jest to film o k u c h n i francus­
k i e j . I c h o ć z a p r z e c z y ć nie s p o s ó b , że t y t u ł o w a uczta jest
f a b u l a r n ą d o m i n a n t ą filmu, potraktowanie j e j , wyłącznie
j a k o wizualnego aneksu do Fizjologii smaku albo Medytacji
o gastronomii doskonalej A n t h e l m a Brillat-Savarina jest
c z y m ś więcej niż z w y k ł y m nieporozumieniem. T a k i s p o s ó b
lektury bazuje na czysto z e w n ę t r z n y m , p o w i e r z c h o w n y m
widzeniu rzeczy, co w efekcie powoduje c a ł k o w i t e sprzenie­
wierzenie się intencji tekstu
filmowego.
W s p o m i n a m scenę uczty, bowiem na niej właśnie chciał­
b y m przede wszystkim s k u p i ć dalej swoją u w a g ę . Z k i l k u
w ą t k ó w , k t ó r e z a s ł u g i w a ł y b y na osobne o m ó w i e n i e (spot­
kanie odmiennych k u l t u r , m e n t a l n o ś c i , ekspresji religijnej;
temat łaski i przeznaczenia; p o w o ł a n i e i rola artysty, sens
sztuki) wybieram d ł u g ą , r o z ł o ż o n ą w czasie sekwencję uczty,
g d y ż na jej p r z y k ł a d z i e , m o ż e najbardziej w y r a ź n i e , będzie
m o ż n a p o k a z a ć a n o n s o w a n ą w i e l o w a r s t w o w o ś ć , niejedno­
z n a c z n o ś ć , s e m a n t y c z n ą nieprzejrzystość filmu, będzie m o ż ­
na w y d o b y ć jego w y m i a r symboliczny. D o s e n s ó w zawartych
w scenie uczty c h c ę p r z y b l i ż a ć się poprzez p r z y w o ł y w a n i e
innych, bliskich jej semantycznie, c h o ć niekoniecznie t y l k o
filmowych t e k s t ó w i o b r a z ó w , aby t y m sposobem u n i k n ą ć
wspomnianych interpretacyjnych symplifikacji i redukcji.
Oświetlenie obrazu filmowego przez inne, j e m u podobne,
daje i ten zysk poznawczy, że nie n a r u s z a j ą c jego a u t o n o m i i
pozwala dostrzec związki, p o k r e w i e ń s t w a i korespondencje
z a c h o d z ą c e p o m i ę d z y r ó ż n o r o d n y m i , szeroko p o j ę t y m i „ t e ­
k s t a m i " k u l t u r y . Przy i n n y m nastawieniu uchwycenie tego
rodzaju p o d o b i e ń s t w i analogii b y ł o b y utrudnione, jeśli nie
w r ę c z n i e m o ż l i w e . D o d a ć m o ż e trzeba jeszcze i to, że
wydzielane t u dla analitycznej j a s n o ś c i warstwy znaczenio­
we, t w o r z ą w istocie j e d n ą n i e p o d z i e l n ą całość w strukturze
dzieła.
1

2

3

*

*

*

Z a n i m o k a ż e się, że Babette w y g r a ł a na loterii los opiewa­
j ą c y na 10 tysięcy f r a n k ó w , zanim przeznaczy wszystkie te
p i e n i ą d z e na przygotowanie francuskiej kolacji, k t ó r a uświe­
t n i spotkanie z okazji setnej rocznicy u r o d z i n pastora,
założyciela sekty, ó w d z i e ń m i a ł b y ć p o c z ą t k o w o przede

76

wszystkim s k r o m n ą , par excellence religijną u r o c z y s t o ś c i ą ,
odnowieniem konfesji. Rozpocznijmy zatem i n t e p r e t a c j ę o d
tego najbardziej n a r z u c a j ą c e g o się kontekstu. Po śmierci
pastora, jego uczniowie p o d organizacyjnym i d u c h o w y m
p r z y w ó d z t w e m d w ó c h c ó r e k spotykali się co r o k u „ b y c z y t a ć
i k o m e n t o w a ć S ł o w o Boże oraz by czcić ducha swojego
mistrza, k t ó r y — j a k to wciąż odczuwali — był p o ś r ó d n i c h " .
Z r o k u na r o k z a ł o ż o n a przez niego w s p ó l n o t a zmniejszała
się coraz bardziej, n a r a s t a ł y k ł ó t n i e i spory p o m i ę d z y jej
c z ł o n k a m i . W dzień setnej rocznicy u r o d z i n pastora, do stołu
z a s i a d ł o d w u n a s t u najwierniejszych jego u c z n i ó w . Przy­
pominano słowa pastora często p r z e z e ń powtarzane: „ M o j e
dzieci kochajcie s i ę " , „ Ł a s k a i prawda s p o t k a j ą się, sprawie­
dliwość i p o k ó j złożą sobie p o c a ł u n e k " , przypominano
cudowne wydarzenia z jego życia: „ P a m i ę t a m j a k pastor
o b i e c a ł wygłosić kazanie we wsi p o drugiej stronie fiordu. T o
był cud. O d d w ó c h tygodni u t r z y m y w a ł a się fatalna pogoda
i ż a d e n r y b a k nie ośmielał się p r z e p ł y n ą ć fiordu. M i e s z k a ń c y
wioski j u ż prawie stracili nadzieję, ale pastor obiecał, że jeśli
zabraknie łodzi przyjdzie do nich nawet po falach. Trzy d n i
przed B o ż y m Narodzeniem szturm u s t a ł a m r ó z był tak silny,
że cały fiord p o k r y ł się lodem. Taka rzecz nie z d a r z y ł a się
nigdy przedtem." (Por. M t 14,22—33; M k 6,45—52;
J 6,16—21). Ta część uczty, w y p e ł n i o n a p a m i ę c i ą u c z n i ó w
0 s w o i m nauczycielu tworzy c o ś na k s z t a ł t o b r z ę d u k o m memoratywnego. P a m i ę ć przydaje b y t u , m a m o c uobec­
niania nieobecnego. Sprawia, że ten, k t ó r y z zawieszonego
na ścianie p o r t r e t u s p o g l ą d a na swoich u c z n i ó w , jest tego
wieczoru n a p r a w d ę m i ę d z y n i m i . Przez cały ten fragment
„ p r z e b i j a " znajomy, j a k ż e podobny obraz: stół, w s p ó l n i e
s p o ż y w a n y posiłek, dwunastu, M i s t r z i Nauczyciel p o ś r ó d
nich. Ostatnia Wieczerza jest p r a w d z i w ą prefiguracją tej
sceny. C z y ż trzeba d o p o w i a d a ć jeszcze i rozwijać j a w n i e
n a r z u c a j ą c e się typologiczne r ó w n a n i e :
Chrystus i pastor, M i s t r z i mistrz. Ten, k t ó r y n a k a z a ł swej
w s p ó l n o c i e s p o t y k a ć się i rozpamiętywać
ewangeliczne prze­
słanie i Ten, k t ó r y p o w i e d z i a ł : „ T o czyńcie na m o j ą pamiąt­
kę". ( Ł k 22,19) Uczta Babette jest j e d n y m z niewielu filmów
( m o ż e j e d y n y m ) , w k t ó r y m tak d o k ł a d n i e , werystycznie
nieomal dokonuje się imitacja, w g ł ę b o k i m , etymologicznym
sensie tego s ł o w a (łac. imitare — n a ś l a d o w a ć , o d t w a r z a ć )
Ostatniej Wieczerzy. Jest to d o k ł a d n e o d w r ó c e n i e p a m i ę t n e j
sceny z Viridiany Bunuela, gdzie t y t u ł o w a bohaterka, pozos­
tając wierna ewangelicznemu zaleceniu — „ L e c z kiedy
u r z ą d z a s z przyjęcie, z a p r o ś ubogich, u ł o m n y c h , c h r o m y c h
1 n i e w i d o m y c h . " ( Ł k 14,13) — zaprasza do siebie b i e d a k ó w
z okolicy, k t ó r z y w liczbie dwunastu z a s i a d a j ą za s t o ł e m
zastawionym jedzeniem i w i n e m (pierwowzorem ikonografi­
cznym tej sceny jest Ostatnia Wieczerza Leonarda). Przyjęcie
k o ń c z y się o g ó l n y m p i j a ń s t w e m i b i j a t y k ą — parodystyczn y m , b l u ź m e r c z y m odwzorowaniem uczty ewangelicznej. T o
Ostatnia Wieczerza a rebours.
S u g e r u j ą c s y m b o l i c z n ą ekwiwalencję p o m i ę d z y O s t a t n i ą
W i e c z e r z ą a u r o c z y s t ą k o l a c j ą w s p ó l n o t y religijnej, nie
w s p o m n i a ł e m o s ł o w a c h w i e ń c z ą c y c h wielkoczwartkowe
spotkanie u c z n i ó w i M i s t r z a — „Bierzcie to jest C i a ł o m o j e "
oraz „ T o jest moja K r e w Przymierza, k t ó r a za wielu będzie

�w y l a n a " ( M k 14,22, 14,24) — s ł o w a c h u s t a n a w i a j ą c y c h
sakrament Eucharystii, a n t y c y p u j ą c y c h ofiarę K r z y ż a .
Gdzie w filmie m a m y jakiekolwiek n a w i ą z a n i e do ofiary
z ciała i krwi? J a k ą k o l w i e k sugestię p r z y w o ł u j ą c ą m o t y w
p o ś w i ę c e n i a życia dla innych, ofiary z życia? Aluzja d o tego
tematu pojawia się w scenie zdającej się mieć jedynie
anegdotyczne znaczenie. P r z y p o m n i j m y moment, kiedy Ba­
bette, zgromadziwszy potrzebne do przygotowania kolacji
ingrediencje, zabiera się do gotowania. Odwiedza j ą w k u ­
chni jedna z sióstr, k t ó r a po chwili wycofuje się z p r z e r a ż e ­
niem. W nocy ma sen, w k t ó r y m pojawia się g ł o w a w o ł u
w ogniu, żółw w oparach czerwonego d y m u , Babette p o d a j ą ­
ca jej z u ś m i e c h e m kubek z w i n e m (krwią?), k t ó r e g o
z a w a r t o ś ć rozlewa się c z e r w o n ą p l a m ą na b i a ł y m obrusie
i wreszcie sztych p r z e d s t a w i a j ą c y c z a r o w n i c ę - ś m i e r ć z k o s ą
na spienionym k o n i u . Ta cała sekwencja utrzymana w tona­
cji raczej buffo (oniryczny obraz wzmacnia t y l k o grotesk o w o ś ć sytuacji) wydaje się bez większego znaczenia. Jest
jednak c o ś , co k a ż e z a t r z y m a ć się przy niej dłużej: śmierć
i krew. Ściślej rzecz b i o r ą c : śmierć i krew tego, co żywe, tego,
co jest z ciała, z m i ę s a , tego, co zostanie zabite i zjedzone.
W j a k i m sensie m o ż n a t u m ó w i ć o ofierze? Czy nie
n a d u ż y w a m y tego pojęcia o d n o s z ą c je do zjawiska tak
oczywistego, zwyczajnego, trywialnego wręcz j a k s p o ż y w a ­
nie mięsa? W tekście, do k t ó r e g o chcę się o d w o ł a ć ó w
problem, o w o pytanie staje, by tak rzec, na ostrzu n o ż a .
Jolanta Brach-Czaina w n i e z w y k ł y m , p r z e j m u j ą c y m , egzys­
tencjalnym eseju podejmuje pytanie o znaczenie a k t u zjada­
nia przez nas tego co żywe, odnajduje r ó w n i e ż zupełnie n o w ą
p e r s p e k t y w ę spojrzenia na elementarny (i przez to zapoz­
nawany) fakt naszej m i ę s n o ś c i . Oddajmy głos autorce:
„ C h a r a k t e r naszej w s p ó l n o t y determinuje fakt m i ę s n o ś c i . Bo
p o k a r m e m m o ż e b y ć prawie wszystko, ale m i ę s o to jest ciało
i krew. P e ł n e ofiarowanie. W t y m sensie n a l e ż y m y do
w s p ó l n o t y k r w i , że w zjednoczeniu zachowane zostaje życie,
gdy j a k i e ś życie uchodzi. Istnienie — z d a j ą c się b y ć w a r t o ś c i ą
n a d r z ę d n ą — t r w a dzięki ofierze ostatecznej, k t ó r a jest raczej
pobierana niż dobrowolnie s k ł a d a n a przez o f i a r o w u j ą c e g o
się. T a k r w a w a k o m u n i a rozbija z ł u d ę w y r ó ż n i k ó w j a k o
cech, na k t ó r y c h m o ż n a by się o p r z e ć w r o z w a ż a n i a c h
o kondycji naszej czy losie. Los jest w s p ó l n y i w płaszczyźnie
egzystencjalnej sprawiedliwie w y r ó w n a n y . Ofiara zostaje
z ł o ż o n a bez w z g l ę d u na t o , czy t o , co u w a ż a n e jest za niższe,
zostaje p o ś w i ę c o n e temu co wyższe, czy też odwrotnie, t o , co
u w a ż a się za wyższe, zostaje z ł o ż o n e w ofierze temu, czym
pogardza. C z ł o w i e k r o b a k o w i . N i e m o ż e m y istnieć bez
siebie, nie m o ż e m y nie niszczyć siebie, nie m o ż e m y nie
o f i a r o w y w a ć się sobie wzajemnie.(...) G d y nadchodzi śmierć,
p o w i n n i ś m y z w d z i ę c z n o ś c i ą p o m y ś l e ć o tych wszystkich
stworzeniach, k t ó r e w ciągu życia zjedliśmy, bo były ofiarą
s ł u ż ą c ą naszemu istnieniu. I p o w i n n i ś m y się m o d l i ć do tych
s t w o r z e ń . A n a s t ę p n y m p o w i e d z i e ć : jedzcie! T o jest moje
ciało i moja k r e w . "
4

5

T a k zostaje usprawiedliwione, nieustanne, wciąż powta­
rzające się, zwielokrotnione zjawisko zjadania przez nas
istoty cielesnej, i n n y c h istnień. Zostaje ustanowiona teodycea m i ę s a . W kolejnym akapicie, r ó w n i e z d u m i e w a j ą c y m i o d ­
k r y w c z y m j a k fragmenty j u ż przytoczone, dochodzi do głosu
w ą t e k przewijający się w c a ł y m tekście: metafizyczny w y m i a r
naszej m i ę s n o ś c i : „ M e t a f i z y k a m i ę s a zmusza nas do zmiany
tradycyjnego stosunku do w a r t o ś c i tego, co wieczne, i tego,
co chwilowe. Z w y k l i ś m y bowiem u z n a w a ć wieczne trwanie
za szczególnie u p r a g n i o n ą , szczególnie w y s o k ą w a r t o ś ć .
Zazwyczaj b y ł o ono atrybutem przypisywanym A b s o l u t o w i ,
a więc temu, co najcenniejsze. Tymczasem obserwacja m i ę s ­
ności przekonuje nas, że najpowszechniej dane i najcodzienniej banalne jest n i e k o ń c z ą c e się trwanie istnienia. N i e
m o ż n a się go p o z b y ć . Wieczne trwanie jest przyklejone do
istnienia chytrze i przewrotnie w postaci zmiany. Pod­

trzymywane przez w s z e c h p o t ę ż n ą moc ambiwalencji, i nie
o to t u chodzi, czy istnienie istnienia m o ż e się kiedyś u r w a ć ,
s k o ń c z y ć , czy nie m o ż e . Tego nie wiemy. Chodzi t y l k o o t o ,
co m ó w i nam sama m i ę s n o ś ć istnienia. N i c się nie k o ń c z y .
W i ę c b y ć m o ż e , cokolwiek r o b i m y t r w a w j a k i ś s p o s ó b . I b y ć
m o ż e , to nic nie szkodzi, że t r w a . T y m , co jest niezbywalnie
dane wraz z m i ę s n o ś c i ą , jest trwanie n i e s k o ń c z o n e . Zatem
nie o nie należy walczyć, s t a r a ć się, z a b i e g a ć , bo z perspek­
t y w y m i ę s n o ś c i jest to jej cecha nizaprzeczalna.
Zabiegać
warto o każdy bezcenny moment, o niezwykłą chwilę, o ostate­
czną wartość każdego mijającego naszego kształtu istnienia.
Z perspektywy mięsności najwyższą, a b s o l u t n ą w a r t o ś ć
p r z y p i s a ć należy chwilowej indywidualnej formie, przez
k t ó r ą w ł a ś n i e przeistacza się m i ę s n o ś ć , a na w i e c z n o ś ć nie
w a r t o się nawet o g l ą d a ć , ona w mięsności jest. Przyjrzyjmy
się chwili, k t ó r e j k s z t a ł t nadaje czyjaś o b e c n o ś ć z nami.
(Dlaczego tak rzadko to robimy?) Jest bezcenna. I c h w i l i ,
k t ó r e j k s z t a ł t wyznacza czyjeś nieistnienie. I ona jest bezcen­
n y m momentem b ó l u . W i ę c m i ę s n o ś ć kieruje n a s z ą u w a g ę k u
absolutowi u k r y t e m u w p o s z c z e g ó l n y c h momentach, w nie­
powtarzalnie oryginalnych k s z t a ł t a c h , przez k t ó r e ona prze­
suwa się i przeistacza. Nasze zadanie —jak można stąd wnosić
— polegałoby
zatem na umiejętności
przeżycia
wartości
ostatecznej każdej chwili, a z drugiej strony, na nadawaniu jej
wartości absolutnej, przez nas samych ustalonej. Obiektem
naszej szczególnej troski i największych
tęsknot nie powinna
więc być wieczność, lecz zaprzeczająca jej chwila. " (Wszyst­
kie p o d k r e ś l e n i a moje - D C . )
Przytaczam długie fragmenty tego eseju i zestawiam je
z Ucztą Babette z d w ó c h p o w o d ó w . Po pierwsze ze w z g l ę d u
na obecny w n i m m o t y w o f i a r y , przejawiający się w filmie
w r ó ż n y c h o d s ł o n a c h i opalizujący r ó ż n y m i znaczeniami. Po
drugie, ze w z g l ę d u na p o r u s z o n ą tam, w tak z a s k a k u j ą c y m
świetledialektykę c h w i l i i w i e c z n o ś c i , m o t y w , k t ó r y
przyjdzie r o z w i n ą ć w odniesieniu do filmu w i n n y m jeszcze
planie. S ą d z ę , że te właśnie d w a „ t e m a t y " p r z e n i k a j ą całość
filmowej
opowieści, o r g a n i z u j ą m a t e r i ę z d a r z e ń , są ich
„ u k r y t y m " sensem.
P o w r ó ć m y zatem, ale t y l k o na moment, do filmu. D o tych,
j a k ż e z m y s ł o w y c h , j a k ż e smakowitych k a d r ó w , w k t ó r y c h
p o j a w i a j ą się: patera z owocami obok butelki wina, surowe,
d r g a j ą c e plastry świeżego mięsa, zastawiony stół, biały
obrus, a na n i m skrzące światłem srebra. Niejasne poczucie
deja v u , k t ó r e towarzyszy o g l ą d a n i u , czy też precyzyjniej
m ó w i ą c , smakowaniu tych niemalże autonomicznych obraz­
k ó w , zmienia się za moment w p e w n o ś ć wobec tego co
podano n a m przed oczy: p r z y w o d z ą one na m y ś l obrazy
m a r t w y c h natur. Przywołuję je w t y m miejscu nie t y l k o
z p o w o d u odruchowej, s a m o n a r z u c a j ą c e j się asocjacji. Przy
ich pomocy (na w y b r a n y m p r z y k ł a d z i e ) c h c i a ł b y m j u ż teraz,
zanim przejdziemy ponownie do interpretacji sceny uczty,
p o k a z a ć j a k rozumiem z a s u g e r o w a n ą na wstępie jej symboliczność. Co m i a ł b y t u z n a c z y ć symboliczny charakter
uczty? Co znaczy t u symbol? O jakiego rodzaju symbolu
mówimy?
O d razu w a r t o z a z n a c z y ć , że m ó w i ą c o martwej naturze,
nie m a m na myśli tych jej realizacji, k t ó r y c h symboliczne
znaczenie o d c z y t y w a ł z i k o n o l o g i c z n ą r a f i n a d ą Ingvar Bergs t r ó m , jeden z najwybitniejszych z n a w c ó w t e m a t u . C h c ą c
z r o z u m i e ć j a k ujmuję t u s y m b o l i c z n o ś ć martwej natury
(ściślej pewnego jej rodzaju) i s y m b o l i c z n o ś ć w o g ó l e , trzeba
będzie na m o m e n t zawiesić — co nie znaczy p o r z u c i ć
— najczęstsze przyzwyczajenie etnologa i historyka sztuki,
zgodnie z k t ó r y m symbolem jest to, co odnosi do jakiejś
rzeczy, osoby, pojęcia, idei na mocy utrwalonej społecznie
konwencji. D o b r y m p r z y k ł a d e m tak pojętej symboliki s ą
martwe natury typu „ v a n i t a s " : p o w t a r z a j ą c e się w nich
czaszki, klepsydry, mydlane b a ń k i , zgaszone świece, motyle,
muchy, r o b a k i były czytelnymi w chwili powstania (obecnie
6

7

77

�nie zawsze rozumiemy i c h symboliczny sens — potrzeba
pomocy i k o n o l o g a ) symbolami nieuchronnego przemijania,
m a r n o ś c i , ś m i e r c i . Podobnie rzecz dzieje się w deszyf­
rowanych przez B e r g s t r ó m a p r z y k ł a d a c h ukrytej s y m b o l i k i
( „ d i s g u i s e d symbolism") w martwej naturze, zjawiska tak
precyzyjnie analizowanego przez Panofskiego w odniesieniu
d o XV-wiecznego malarstwa niderlandzkiego. W interp­
retacji jednego z o b r a z ó w Jacoba van Es, p r z e k o n u j ą c o
u d o w a d n i a Bergstrom, że przedstawione w n i m elementy
naturalnego ś w i a t a — g a ł ą z k a w i n o r o ś l i , j a b ł k o , dwa goź­
d z i k i — s ą w istocie m a l a r s k ą o p o w i e ś c i ą , ikonograficznym
s k r ó t e m biblijnej historii zbawienia. O b r a z u j ą one przejście
o d grzechu pierworodnego (jabłko), przez Wcielenie Chrys­
tusa (goździk — w swej w i e l o z n a c z n o ś c i o z n a c z a ć m ó g ł
Wcielenie i/lub m ę k ę Chrystusa; winne grono — o d n o s i ł o się
d o samej osoby Chrystusa b ą d ź do Eucharystii) d o o d ­
kupienia c z ł o w i e k a przez ofiarę K r z y ż a . Przedstawiony
poniżej opis obrazu d o ś ć daleko o d w o d z i nas o d tak pojętej
s y m b o l i c z n o ś c i , z w r a c a j ą c u w a g ę na m o ż l i w o ś ć innego jej
rozumienia. Chodzi o jeden z o b r a z ó w Juana Sanchez
Cotana (1561—1627), h i s z p a ń s k i e g o malarza k o n t y n u u j ą c e ­
go l o k a l n ą , rdzennie h i s z p a ń s k ą tradycję tak zwanych „ b o degones" (hiszp. bodega — gospoda l u b s p i ż a r n i a ) . Nazywa­
no t y m o k r e ś l e n i e m obrazy p r z e d s t a w i a j ą c e rzeczy jadalne:
zbiory o w o c ó w i warzyw u ł o ż o n e w szczególny s p o s ó b ,
p o d ł u g uprzednio o b m y ś l a n e j koncepcji. Opis dotyczy jed­
nego z arcydzieł martwej natury hiszpańskiej ( i martwej
natury w ogóle), obrazu z a t y t u ł o w a n e g o Pigwa, kapusta,
arbuz i ogórek (w zbiorach San Diego M u s e u m o f A r t ,
K a l i f o r n i a ) : „ T e n n i e d u ż y obraz cały otwarty jest na prosto­
k ą t n ą niszę w g r u b y m murze, k t ó r a m o g ł a b y b y ć o t w o r e m
bez framug i szyb, ale w t a k i m razie b y ł o b y to o k n o
w y c h o d z ą c e na c i e m n o ś ć . Ś w i a t ł o mocne, badawcze, pada
t r o c h ę z g ó r y , z lewej strony. W jego blasku t r w a j ą rozmiesz­
czone w wyliczonym rytmie po hiperbolicznej krzywej: owoc
pigwy z d w o m a r o z ł o ż o n y m i listkami, g ł o w a kapusty, szero­
ko d o pestek n a d k r o j o n y melon, streficzna jego c z ą s t k a
i o g ó r e k swoim cienistym k o ń c e m wystający przed k r a w ę d ź
parapetu. (...) Jest w t y m obrazie harmonia u m y s ł e m upo­
r z ą d k o w a n y c h rzeczy, o p ł y n i ę t a t a j e m n i c ą i n o c ą . 1 w y ­
czuwalna jest wiara, że tajemnicza noc, noc tamtej strony
okna nie przeciwstawia się h a r m o n i i rzeczy, ale z siebie j ą
w ł a ś n i e w y ł a n i a . " W p o d o b n y m duchu w y p o w i a d a się
o obrazie Cotana w y b i t n y znawca dziejów martwej natury
Charles Sterling: „ W s z y s t k o tutaj oddycha s z t u k ą bardzo
i n t e l e k t u a l n ą oraz zapachem m i s t y c z n y m . " W obrazie
h i s z p a ń s k i e g o malarza, p o r u s z a j ą c e nas w e w n ę t r z n e n a p i ę ­
cie w n i m obecne zbudowane jest na zderzeniu w jednej
przestrzeni iluzjonistycznie oddanej, d o j m u j ą c o realnej,
z m y s ł o w e j p o w ł o k i przedstawionych warzyw i o w o c ó w oraz
nierzeczywistej, j a k b y „ n i e z tego ś w i a t a " aury znierucho­
mienia i bezczasowości. Uczestniczymy w zatrzymanej c h w i ­
l i . W milczącej, a j a k ż e pełnej treści mowie o b r a z u .
Obserwowane jest to, co z m y s ł o w e , widoczne, widzialne,
czasowe. Przeczuwane, domniemywane t o , co duchowe,
niewidoczne, niewidzialne, wieczne. Obydwie przytoczone t u
wypowiedzi o obrazie Cotana, zdają s p r a w ę z istnienia w t y m
dziele pewnej n a d w y ż k i , owego „ c z e g o ś " , co j a k odczuwamy
realnie istnieje, ale czego nie udaje się dyskursywnie wyrazić.
O d s ł a n i a ono j a k ą ś rzeczywistość, k t ó r a zostaje poprzez nie
p r z y w o ł a n a , zasugerowana a j e d n o c z e ś n i e samo jest prze­
g r o d ą na drodze do jej p e ł n e g o uobecnienia. W p o d o b n y
s p o s ó b , a k c e n t u j ą c te same właściwości, k t ó r e w y d o b y w a l i ś ­
m y w obrazie Cotana, w y p o w i a d a j ą się o symbolu, o dziele
symbolicznym n i e k t ó r z y badacze sztuki i myśli symbolicz­
nej: „ D z i e ł o uznane za symboliczne (...) dzięki swojemu
bogactwu o d n i e s i e ń w o ł a do nas: C h c ę p o w i e d z i e ć więcej, niż
faktycznie m ó w i ę , w s k a z u j ę na c o ś więcej niż na siebie! T u
m o ż e m y u c h w y c i ć sam symbol, nawet jeśli nie udaje się go
8

9

1 0

1 1

12

13

78

z a d o w a l a j ą c o wyjaśnić. Symbol jest nieustannym wyrzutem
naszego myślenia i odczuwania. S t ą d też bierze się fakt, że
dzieło symboliczne bardziej nas porusza, bardziej — j e ś l i tak
m o ż n a p o w i e d z i e ć — d r ą ż y , i dlatego rzadko t y l k o pozwala
n a m o s i ą g n ą ć rozkosz czysto e s t e t y c z n ą . "
„Powszechne
rozumienie symbolu j a k o czegoś samoistnego, częściowo
względnie prawdziwego, jest w istocie fałszywe, nie wystar­
cza nam, symbol b o w i e m albo jest c z y m ś więcej albo c z y m ś
mniej. Jeśli symbol j a k o c o ś celowego o s i ą g a swój cel, to jest
n a p r a w d ę n i e o d ł ą c z n y o d owego celu — od wyższej rzeczy­
wistości, k t ó r ą ukazuje. Jeśli takiej rzeczywistości nie ukazu­
je, to znaczy nie o s i ą g a celu, a więc w o g ó l e nie m o ż n a
d o p a t r y w a ć się w n i m ż a d n e j celowej organizacji, formy,
a j a k o pozbawiony t a k o w y c h nie jest symbolem, nie jest
n a r z ę d z i e m ducha, lecz t y l k o m a t e r i a ł e m z m y s ł o w o uchwyt­
nym."
M o ż l i w a jest więc sztuka symboliczna bez symboli z przy­
p o r z ą d k o w a n y m i i m znaczeniami, k t ó r e m o ż n a rozszyf­
r o w a ć . C ó ż z n a c z ą w obrazie Cotana kapusta czy melon? D o
j a k i c h z n a c z e ń o d n o s z ą ? C o o b r a z u j ą , p r z e d s t a w i a j ą , sym­
bolizują, j a k z w y k l i ś m y w t a k i m p r z y p a d k u p y t a ć . Z pew­
n o ś c i ą nie o z n a c z a j ą one, nie symbolizują w ten s p o s ó b j a k
j a b ł k o czy w i n o g r o n a na obrazie Jacoba van E s . N i e da się
ich p o j ę c i o w o z a n a l i z o w a ć , wyjaśnić. Tego rodzaju symboli
nie znajdziemy w s ł o w n i k a c h symbolicznych. O ile w przed­
stawionej wcześniej koncepcji symbolu a k c e n t o w a l i ś m y rolę
kulturowej konwencji, o tyle w proponowanej t u perspek­
tywie ujmowania symbolu, nacisk n a l e ż a ł o b y p o ł o ż y ć na
jego z d o l n o ś ć d o sugerowania treści z m y s ł o w o nieuchwyt­
nych, niepojęciowych, na r e a l n o ś ć sfery duchowej, do k t ó r e j
o d s y ł a , na fakt, że zawiera o n w sobie r ó w n i e ż aspekt
niesemantyczny. Ostatecznie więc, p o w i e d z i e ć m o ż n a , że
symbol w znaczeniu, o k t ó r y m chcemy dalej m ó w i ć , jest
w swych najgłębszych podstawach rzeczywistością natury
mistycznej.
Podano j u ż do stołu, p o w r ó ć m y zatem na u c z t ę . N a stole
zjawiają się: delikatna zupa ż ó ł w i o w a , bliny Demidoff,
amontillado, szampan oraz arcywina — „ V e u v e C l i c q u o t "
(rocznik 1845) i „ C i o s Veugeot" (rocznik 1845), a na deser
w y p e ł n i o n e światłem, soczyste winne grona, j a k b y zdjęte na
tę okazję z płócien m i s t r z ó w m a r t w y c h natur holenderskich.
I p o ś r ó d tej zachwycającej w z r o k i smak w y s t a w n o ś c i , j a k o
clou całego przyjęcia specjał szczególny, rezultat twórczej
inwencji Babette, jej znak rozpoznawczy, jej sygnatura,
olśniewające dzieło sztuki kulinarnej — „Cailles en sarcophage". ( Z a u w a ż m y w t y m momencie, n a w i ą z u j ą c do uwag
0 mięsie i ofierze, że w nazwie tej p o t r a w y ponownie śmierć
daje z n a ć o sobie, c h o ć t y m razem dyskretnie, j a k b y o s ł a b i o ­
na przez metaforyczny c u d z y s ł ó w . Por. sarks - m i ę s o ,
sarcophdgos - m i ę s o ż e r n y ) . J u ż raz w historii kina mieliśmy
p o d o b n ą w y s t a w n o ś ć stołu, podobnie wyszukane menu:
cynaderki po burgundzku, kaczka ze s ł o n i n ą i kasztanami,
w o ł o w i n a ze ś m i e t a n ą i grzybami, ostrygi, langusta a la
M o z a r t z r y ż e m w sosie „ J u t r z e n k a " i t d . T o t y l k o drobna
część zestawu d a ń z Wielkiego żarcia Ferreriego. N a t y m tle
Uczta Babette p r z e d s t a w i a ł a b y się j a k o c o ś w rodzaju
„ a n t y - ż a r c i a " . G d y t a m — p o c h ł a n i a n i e p o k a r m ó w z gar­
gantuicznym apetytem, z a k o ń c z o n e śmiercią b o h a t e r ó w , t u
— smakowanie, delektacja w skupieniu potraw i t r u n k ó w .
U Ferreriego w y k w i n t n e dania są czystą z e w n ę t r z n o ś c i ą ,
„ z n a c z ą " t y l k o siebie. M i ę s o jest m i ę s e m , w i n o winem, są, by
tak powiedzieć, p o z b a w i o n ą wszelkich o d n i e s i e ń gastro­
n o m i c z n ą t a u t o l o g i ą . W Uczcie Babette p o t r a w y , j a k i sam
akt jedzenia, o d n o s z ą poza siebie, poza czysto smakowe
1 zapachowe doznania. N i e s p o s ó b w y o b r a z i ć sobie c o ś
bardziej z m y s ł o w e g o , bardziej zmysły p o b u d z a j ą c e g o nad
chrupkie, dobrze przyprawione m i ę s o , aromatyczne w i n o ,
m u s u j ą c y szampan i ociekające sokiem owoce. A jednak
podczas przyjęcia dochodzi do przeduchowienia z m y s ł o w o 1 4

1 5

1 6

17

1 8

�ści. N a naszych oczach odbywa się jej transmutacja, toczy się
gra z m y s ł o w e g o i duchowego, widzialnego i niewidzialnego.
G e n e r a ł , największy smakosz w c a ł y m towarzystwie, przyta­
cza s ł o w a swojego przyjaciela, k t ó r y o Babette, dawnej
szefowej kuchni w paryskiej Cafe Anglais, p o w i e d z i a ł , że ta
„ k o b i e t a zdolna jest z a m i e n i ć posiłek w rodzaj romansu,
w pełen n a m i ę t n o ś c i stan, w k t ó r y m cielesnej i duchowej
ż ą d z y nie s p o s ó b oddzielić o d siebie."
Babette wydaje na przygotowanie kolacji wszystkie w y ­
grane na loterii p i e n i ą d z e . Jej czyn nie znajduje w y t ł u m a c z e ­
nia w p o r z ą d k u przyczynowym, logicznym, racjonalnym. T o
gest najzupełniej bezinteresowny, r o d z ą c y się z bezgranicz­
nego oddania, nie oczekujący niczego w zamian. T o jest jej
dar. T o jej ofiara. „ W y d a j e się jednak, że 'dar', m a j ą c y
s p o c z y w a ć u p o d ł o ż a ofiary, r o z u m i e l i ś m y zbyt po europejs­
k u i n o w o c z e ś n i e . D a l i ś m y się zwieść Owidiuszowi i zapom­
nieliśmy, co właściwie znaczy ' d a w a ć ' . (...) 'Więcej szczęścia
jest w dawaniu aniżeli b r a n i u ' ( D z 20,35). Teoria do-ut-des
nie pozostawia miejsca na to s f o r m u ł o w a n i e . Z a k ł a d a ono
b o w i e m zupełnie inne rozumienie dawania, a raczej zupełnie
inne znaczenie do-ut-des. N i e ulega z a ś w ą t p l i w o ś c i , że ta
argumentacja nader często stanowi p o d s t a w ę ofiary. Dare
nie znaczy jednak o d d a w a ć d o w o l n y przedmiot w j a k i m ś
n i e o k r e ś l o n y m zamiarze. Dare znaczy n a w i ą z y w a ć stosunek,
a więc ' b r a ć u d z i a ł ' w innej osobie za p o m o c ą j a k i e g o ś
przedmiotu, k t ó r y nie jest właściwie 'przedmiotem', lecz
częścią w ł a s n e g o 'ja' człowieka. ' D a w a ć ' to p r z e n o s i ć c z ą s t k ę
samego siebie w cudze istnienie, tak że powstaje t r w a ł a
w i ę ź . " Babette oddaje, o f i a r o w u j e i n n y m najlepszą
c z ą s t k ę samej siebie — swój geniusz kulinarny, swój artyzm,
swoją s z t u k ę . Wszystko co posiada. C z y m jest owa ofiara,
j a k j ą r o z u m i e ć ? P o s ł u c h a j m y fragmentu literackiego, dziw­
nie p r z y s t a j ą c e g o do opisywanej t u sytuacji: „ D l a c z e g o r o b i ę
moje przyjęcia — p o w i e d z i a ł a na głos z w r a c a j ą c się do życia.
(...) Są ofiarą; s k ł a d a m je j a k o ofiarę — co oczywiście brzmi
strasznie m ę t n i e . (...) c z y m ż e jest dla niej ta rzecz zwana
życiem? Och, to bardzo osobliwe. K t o ś taki a taki mieszka
w South Kensington, k t o ś inny w Bayswater, jeszcze k t o ś
inny, powiedzmy, w M a y f a i r . A ona bezustannie jest ś w i a d o ­
ma ich istnienia; i m ó w i sobie: co za marnotrawstwo, j a k a
niepowetowana strata. I m ó w i sobie: żeby tak m o ż n a ich
z e b r a ć wszystkich! N o i zbiera ich u siebie. I właśnie to jest jej
ofiara — tworzenie, o b m y ś l a n i e ; ale k o m u s k ł a d a tę ofiarę?
1 9

Ofiara w imię samej ofiary — m o ż e . T a k czy inaczej, jest to
jej dar. N i e posiada przecież ż a d n y c h innych w a r t o ś c i . "
C y t o w a n y fragment pochodzi z książki V i r g i n i i W o o l f Pani
Dalloway. Obraz kolacji przedstawiony w niej, j a k i wielu
miejscach, podobna do niego scena przyjęcia z Do latarni
morskiej tej pisarki, w y d a j ą się kongenialnym komentarzem
literackim do filmowego obrazu u c z t y . Przy ich pomocy
m o ż e uda się o d s ł o n i ć inne jeszcze p o k ł a d y z n a c z e ń zawar­
tych w filmie Axela. Obraz przyjęcia w Pani Dalloway jest nie
t y l k o f a b u l a r n y m z w i e ń c z e n i e m akcji, t y m p u n k t e m , do
k t ó r e g o „ z m i e r z a j ą " zdarzenia, ale jest k u l m i n a c j ą sensu
wyższego r z ę d u . Podobnie cały siedemnasty r o z d z i a ł Do
latarni morskiej obejmujący scenę kolacji, emanuje znacze­
niami, bliskimi w swej w y m o w i e o d p o w i a d a j ą c e m u m u
fragmentowi z Pani Dalloway.
P o w r ó ć m y do sensu ofiary złożonej przez Babette. C z y m
jest ten gest, czy podobnie j a k w p r z y p a d k u p a n i D a l l o w a y
„ o f i a r ą dla samej ofiary"? Co to bliżej znaczy? W i e s ł a w
Juszczak, w i d z ą c y Panią Dalloway, w j e d n y m z jej p l a n ó w
znaczeniowych, j a k o o p o w i e ś ć , p a r a b o l ę o artyście, a scenę
przyjęcia j a k o opis a k t u t w ó r c z e g o , j a k o opis przeżycia
formy tak puentuje w y w ó d p o ś w i ę c o n y ofierze Klarysy
Dalloway: „ S ł o w o 'ofiara' nabiera m o ż e właściwej wagi

2 0

21

dopiero wtedy, gdy przyjęcie potraktujemy j a k o c a ł o p a l e n i e ,
gdy zobaczymy w n i m ofiarę samospalania — d o k ł a d n i e j .
T o , co Klarysa w k ł a d a w ten gest, k t ó r y k t o ś w e ź m i e za
objaw snobizmu, a k t o ś inny za n i e r o z s ą d n y wysiłek, z b ę d n y
p o w ó d podniecenia, niepotrzebny (...), to jest wszystko, co
posiada i co d a ć m o ż e , co razem z s o b ą rzuca na s t o s . "
Ofiarny gest Babette m a moc, k t ó r a zdolna jest o d m i e n i ć na
moment rzeczywistość, d o k o n a ć tego, co nie m o g ł o d o k o n a ć
się za s p r a w ą religii, „ p r z y p o m o c y " religijnych s p o t k a ń
kongregacji. A r t y z m Babette sprawił, że ci, k t ó r z y byli sobie
niechętni, stali się sobie bliscy, złączyli się w j e d n ą w s p ó l n o t ę .
T r w a j ą c a uczta staje się z m i n u t y na m i n u t ę d o ś w i a d ­
czeniem n i e z w y k ł y m , co z w o l n a zaczynają u ś w i a d a m i a ć
sobie jej uczestnicy. Nabiera mocy o b r z ę d u . Czas, zwykły
d o t ą d czas jedzenia, s p o ż y w a n i a , uległ zagęszczeniu, zmienił
się w czas o d ś w i ę t n y . Przestrzeń ubogiego d o m u sióstr staje
się nagle „ c a ł k i e m i n n ą " p r z e s t r z e n i ą p o z o s t a j ą c t ą s a m ą , nie
b y ł a j u ż t a k ą s a m ą . Realny, prawdziwie istniejący, „ m o c n y "
staje się obszar z a m k n i ę t y ś c i a n a m i j a d a l n i . O ile p o c z ą t e k
uczty u p ł y w a ł w ś r ó d k ł ó t n i , o s k a r ż e ń i wzajemnych podej­
r z e ń , o tyle z czasem n a p i ę t a sytuacja łagodnieje, u s t ę p u j ą c
na k o ń c u misterium przebaczenia i pojednania. Ponownie
ustanowiona zostaje w s p ó l n o t a .
W Do latarni morskiej pani Ramsay zaprasza na kolację
swoich znajomych i przyjaciół. Podobnie j a k jej bliźniacze
odbicie pani D a l l o w a y cały czas żyje ona o b a w ą czy przyjęcie
się uda: „ R o z e j r z a ł a się — p o k ó j jadalny w y g l ą d a ł przy­
g n ę b i a j ą c o (...) k a ż d y siedział zajęty jedynie s o b ą . " I kiedy
j u ż w y d a w a ł o się, że tych monadycznych istnień nie s p o s ó b
ze s o b ą p o ł ą c z y ć , z w i ą z a ć w całość, nagle dochodzi do
radykalnej odmiany sytuacji: „ T e r a z , kiedy zapalone były
wszystkie świece i twarze po o b u stronach stołu zbliżyły się
przez to światło świec, i w s p ó ł t w o r z y ł y — czego nie b y ł o
o zmierzchu — j e d n ą g r u p ę w o k ó ł s t o ł u , bo teraz noc z o s t a ł a
o d c i ę t a przez szyby, k t ó r e , bynajmniej nie dając wiernego
w i d o k u z e w n ę t r z n e g o świata, marszczyły go tak dziwnie, że
tu, we w n ę t r z u p o k o j u , z d a w a ł się b y ć ł a d i suchy l ą d , a tam,
na z e w n ą t r z , j a k i e ś odbicie, w k t ó r y m rzeczy r o z c h w i e w a ł y
się i niknęły, w o d n i ś c i e . Wszyscy oni ulegli jakiejś przemianie,
która się jakby naprawdę dokonała, i wszyscy byli świadomi, iż
tworzą razem jedną grupę w jakimś miejscu pustym, na jakiejś
wyspie, i wspólnie przeciwstawiają
się owej płynności tam, na
zewnątrz." *(Podkr.
moje - D C ) .
K u l m i n a c y j n y m p u n k t e m uczty jest p r z e m ó w i e n i e genera­
ła. Ten, k t ó r y j a k o m ł o d y człowiek uczestniczył kiedyś
w spotkaniach w s p ó l n o t y opuścił j ą przed wieloma laty.
Z a c h o w a ł jednak w p a m i ę c i n a u k i pastora. Jego s ł o w a m i
rozpoczyna swoją p r z e m o w ę : „ Ł a s k a i prawda s p o t k a j ą się.
S p r a w i e d l i w o ś ć i p o k ó j złożą sobie p o c a ł u n e k . C z ł o w i e k
w swej słabości i k r ó t k o w z r o c z n o ś c i wierzy, że musi w y b i e r a ć
tu w życiu i obawia się ryzyka, k t ó r e podejmuje. D r ż y m y . A l e
nie m a o co, nasz w y b ó r jest bez znaczenia. Nadejdzie czas,
kiedy oczy n a m się o t w o r z ą i wtedy zobaczymy, że ł a s k a jest
n i e s k o ń c z o n a . B ę d z i e m y c z e k a ć na n i ą z ufnością i o d b i e r a ć
z wdzięcznością. Ł a s k a nie stawia w a r u n k ó w . I zobaczymy,
że wszystko to, co w y b r a l i ś m y jest n a m darowane. Wszystko,
co o d r z u c i l i ś m y jest dozwolone. O t r z y m a m y r ó w n i e ż wszyst­
k o to, co o d r z u c i l i ś m y . " W y b ó r , k t ó r e g o przed kilkudzisięcioma laty d o k o n a ł g e n e r a ł (wtedy w stopniu porucznika)
d e c y d u j ą c się na k a r i e r ę w o j s k o w ą jest o d w r ó c e n i e m decyzji
F i l i p y , k t ó r a rezygnuje z kariery wielkiej śpiewaczki i o d ­
rzuca r ę k ę A c h i l l a Papin. Gest wyrzeczenia F i l i p y , po­
święcenia się służbie dla w s p ó l n o t y jest o f i a r ą ze szczęścia
s k o ń c z o n e g o w imię w a r t o ś c i n i e s k o ń c z o n e j . K a r i e r a genera­
ła, b ę d ą c a s p e ł n i e n i e m w znaczeniu doczesnym, w y w o ł u j e
w n i m u kresu życia refleksję o z n i k o m o ś c i swych s u k c e s ó w .
22

2 3

2

79

�Po s k o ń c z o n e j uczcie, g e n e r a ł , w y c h o d z ą c j u ż zwraca się do
M a r t i n y , swojej miłości: „ B y ł e m z p a n i ą przez k a ż d y d z i e ń
mojego życia. P r o s z ę p o w i e d z i e ć , że wiedziała pani o t y m .
— Tak. - A zatem wie pani, że b ę d ę z p a n i ą k a ż d e g o dnia,
k t ó r y zostanie m i jeszcze podarowany. K a ż d e g o wieczoru
b ę d ę z a s i a d a ł do stołu z p a n i ą , nie ciałem, ono jest bez
znaczenia, ale d u s z ą , p o n i e w a ż n a u c z y ł e m się tego wieczoru,
że w naszym p i ę k n y m świecie wszystko jest m o ż l i w e . " Ten
tekst jest rewersem słów, k t ó r e w y p o w i e d z i a ł o n kiedy, przed
wieloma laty, o p u s z c z a ł d o m pastora: „ O d c h o d z ę na zawsze
i nigdy j u ż pani nie z o b a c z ę . P o n i e w a ż n a u c z y ł e m się tutaj, że
życie jest twarde i bezlitosne oraz że istnieją rzeczy n i e m o ż ­
liwe."
D z i w n y i niezwykły t o wieczór, czas p e ł e n p a r a d o k s ó w .
K i e d y ci co nie rozumieli zaczynają r o z u m i e ć . K i e d y to, co
n i e m o ż l i w e staje się m o ż l i w e . K i e d y ci, k t ó r z y m o d l ą się
s ł o w a m i „ n i e dbajmy o s t r a w ę i odzienie", w kontemplacyj­
nej zadumie delektują się p r z y j e m n o ś c i a m i stołu. K i e d y ze
s k ł ó c o n e j sekty, z wyosobnionych istnień rodzi się w s p ó l n o ­
ta. C z y m jest ta rzeczywistość b ę d ą c a zaskoczeniem d l a
wszystkich b i e s i a d n i k ó w ? Poczekajmy jeszcze z odpowie­
dzią, sięgając ponownie do fragmentu z V i r g i n i i W o o l f , do tej
c h w i l i olśnienia, k t ó r a nawiedziła p a n i ą Ramsay: „ W s z y s t k o
w y d a w a ł o się m o ż l i w e . Wszystko w y d a w a ł o się właściwe.
W ł a ś n i e teraz (...), właśnie teraz o s i ą g n ę ł a poczucie bez­
p i e c z e ń s t w a (...) N i c nie trzeba m ó w i ć ; nic nie m o ż n a
p o w i e d z i e ć . T o b y ł o tutaj, w o k ó ł nich. U c z e s t n i c z y ł o to, j a k

czuła, u w a ż n i e n a k ł a d a j ą c panu Bankes szczególnie m i ę k k i
k a w a ł e k , w wieczności, tak j a k czuła to j u ż przedtem,
w z w i ą z k u z c z y m ś i n n y m , przed t y m p o p o ł u d n i e m ; jest
w rzeczach j a k a ś ł ą c z n o ś ć , j a k a ś t r w a ł o ś ć ; c o ś , j a k to
r o z u m i a ł a , co jest niepodatne na z m i a n ę i r o z p o ś c i e r a blask
(...) j a k r u b i n przeciw temu, co p ł y n n e , p r z e m i a j ą c e , znikliwe."
D o ś w i a d c z e n i e pani Ramsay, ale i to, k t ó r e s t a ł o się
u d z i a ł e m u c z e s t n i k ó w uczty wydanej przez Babette, najlepiej
oddaje p i ę k n y o k s y m o r o n z a p o ż y c z o n y o d C z e s ł a w a M i ł o ­
sza: „ m o m e n t w i e c z n y " . A l e wciąż nie wiemy o czym t u
bliżej m o w a . Przypomnijmy zatem m o t y w y uprzednio j u ż
akcentowane: odczucie spokoju, ł a d u , h a r m o n i i , poczucie
j e d n o ś c i i pełni, p o ł ą c z e n i e przeciwieństw, wreszcie obfitość
j a d ł a i n a p o j ó w . Wszystko to pozwala nam na stwierdzenie,
że przed uczestnikami tego wieczoru c u d ó w , uchyliły się na
moment bramy Raju.
Biesiadnicy w y c h o d z ą przed d o m . B i o r ą się za ręce i t a ń c z ą
p o d r o z g w i e ż d ż o n y m niebem w o k ó ł studni ( ź r ó d ł a życia?),
nie c a ł k i e m ś w i a d o m i tego, że tyle razy odmawiana przez
nich m o d l i t w a — „ P a n i e , niech Twoje k r ó l e s t w o z s t ą p i na
ziemie" — w ł a ś n i e się ziściła. I m o ż e t y l k o s ł o w a m ł o d e g o
K a n t a z Traktatu o niebie są na m i a r ę tej chwili szczęścia,
pełni i ukojenia: „ W ciszy, w powszechnej ciszy nocy oraz
w spokoju z m y s ł ó w duch nieśmiertelny m ó w i nienazwanym
j ę z y k i e m o pojęciach, k t ó r e m o ż n a wprawdzie z r o z u m i e ć ,
lecz nie opisać... tak rozumiem n i e p o j ę t e . "
2 5

26

2 7

PRZY PISY:
powiedzenia, lecz raczej na tym, że chce się powiedzieć na raz za dużo
Wszystkie, cytowane dalej fragmenty z Uczty Babette są
i nie znajduje słów wobec napierającej pehii tego, co jest do
tłumaczeniem z angielskiej wersji językowej.
powiedzenia. Tak też, gdy mówimy, że ktoś zamilkł, nie mamy na
Informację tę uzyskałem od Pana Zbigniewa Basary. Że nie są to
myśli tylko tego, że przestał mówić. W zamilknięciu to, co jest do
wyjątki, świadczyć może rażący powierzchownością i naiwnością
powiedzenia, zwraca się ku nam jako coś dla czego poszukujemy
fragment poświęcony Uczcie Babette z artykułu Philippe Niel'a,
Obrazy ucztowania na ekranach. Ze światowego repertuaru roku słowa." H-G. Gadamer, O zamilknięciu obrazu, (w:) Estetyka
w świecie, wybór tekstów pod red. M. Gołaszewskiej, Kraków 1986,
1988, „Kino" nr 11, 1989, s. 40—41
t.2, s. 55
Por. A. Brillat-Savarin, Fizjologia smaku albo Medytacja
C G . Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane. Warszawa
o gastronomii doskonalej, Warszawa 1977
1981, s. 391
J.Brach-Czaina, Metafizyka mięsa, „Twórczość" nr 10,1986,s.
P. Florenski, Ikonostas i inne szkice, Warszawa 1981, s. 82
81—91
Tamże, s. 86, 85
O podejmowanych na siłę, próbach interpretacji w duchu
symboliki konwencjonalnej jednego z obrazów Cotana wspomina
Tamże, s. 88
I. Bergstróm, Dutch Still-Life. Painting in the Seventeenth M. Rzepińska, op.cit., s. 296
Por. P. Ricoeur, Język, tekst, interpretacja. Wybór pism.
Century, London, b.d.
M. Rzepińska, Siedem wieków malarstwa europejskiego, Wroc­ Warszawa 1989, s. 139—147
ław 1979, s. 257; N. Schneider, The Art of the Still Life. Still Life
Zob. R. Marszałek, Kamień w wodę, Warszawa 1980, s. 124
Painting in the Early Modern Period, Koln 1990, s. 76—87
G. van der Leeuw, Fenomenologia religii, Warszawa 1978, s.
E . Panofsky, Rzeczywistość i symbol w malarstwie niderlandz­ 399—400
kim XV wieku. ,,Spiritualia sub metaphoris corporalium", (w:) tegoż,
V. Woolf, Pani Dalloway, przekł. K . Tarnowska, Warszawa
Studia z historii sztuki, Warszawa 1971, s. 122—150
1961, s. 143
I. Bergstróm, Disguised Symbolism in „Madonna" Pictures and
Twórczość Virginii Woolf odkryłem dla siebie dzięki znakomi­
Still Life, „The Burlington Magazine", vol. X C V I I , 1955, nr 631
tej książce Wiesława Juszczaka, Zasłona w rajskie ptaki albo
(cz.I), s. 307
o granicach „okresu powieści", Warszawa 1981
J. Pollakówna, Rozważania o trzech obrazach, „Więź" nr 23,
Tamże, s. 71—72
1984, s.71
V. Woolf, Do latarni morskiej, Warszawa 1962, przeł. K .
Ch. Sterling, Le nature mor te de I'antiquite a nos jours, Paris
Klinger, s. 124—125
1952, s. 62. O malarstwie Cotana zob. M. Rzepińska, op.cit., s.
Ze względu na istotne odstępstwa od oryginału, cytuję w tym
295—296; Schneider, op.cit., s. 122—124; J. Wiercińska, Hiszpańscy
miejscufilologicznyprzekład Ewy Gieysztor zamieszczony w pracy
malarze martwych natur I polowy XVII wieku. Wystawa w Kimbell
W. Juszczaka, op.cit., s. 44
Art Museum w Forth Worth, „Biuletyn Historii Sztuki", R . L I , nr
Tamże.
3—4, 1989, s. 308—310
„Godzisz się co jest / Niszczyć i z ruchu podjąć moment
„Zamilknąć nie znaczy nie mieć nic do powiedzenia. Przeciw­
wieczny" Cz. Miłosz, Notatnik: Bon nad Lemanem, (w:) Wiersze,
nie: zamilknięcie jest pewnym sposobem mówienia. W języku
Kraków 1984, t.l, s. 292
niemieckim słowo 'milczący', 'stumm', wiąże się ze słowem 'stamCytuję za B. Hrabal, Zbyt głośna samotność. Warszawa
meln', które oznacza 'zająknąć się'. Przejmująca konieczność zająk­
1989, s. 36
nięcia polega w rzeczywistości nie na tym, że nie ma się nic do
1

2

3

1 4

4

1 5

5

1 6

6

7

1 7

8

1 8

1 9

9

2 0

1 0

2 1

1 1

2 2

2 3

1 2

2 4

2 5

1 3

2 6

2 7

80

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9817" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9795">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/a67beccf985179a3052aa8f3a4242827.pdf</src>
        <authentication>90d6fd4b3c60865686257dd46f6745e4</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116800">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3166</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116801">
                <text>1988</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116802">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2965</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116803">
                <text>Mit, sztuka, interpretacja / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1988 t.42 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116804">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1988 t.42 z.3, s.183-184</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116805">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116806">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116807">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116808">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116809">
                <text>Dariusz Czaja

MIT, SZTUKA, INTERPRETACJA

Niejednokrotnie zwracano
współczesnej, p o d e j m o w a n o

u w a g ę n a obecność m i t u w
próby

rozpoznania

jej

j a k o ś c i . C z y m j e s t ó w m i t i j a k się w s z t u c e p r z e j a w i a ?
jącej

odpowiedzi

symbolicznej
psychologii
twórczą.

w

Sergiej

Awierincew,

w

J u n g a i j e j zastosowań

kultur

wszystkie

z jakim mamy

archaicznych,

dziedziny

zrelatywizowane

swej

krytycznej

d o badań

o n o d porządkującego

wotnego m i t u totalnego",
padku

Interesu­

tej kwestii udziela radziecki badacz

Wychodzi

1

sztuce

mitycznych

do

mitu

analizie

n a d wyobraźnią

rozróżnienia

„pier­

do czynienia w

plemiennych,

ludzkiej

myśli

aktywności,

ludowych,

również

podstawowego

i w

a

wyodrębnienia
nawet

w
te

wieku.

Brancusi

jego

w

twórczość,

powtarzało

kontekście

odzwierciedlają

fakty

l u d z k i m myśleniu,

nauk

przyrodniczych.

dominującą

tendencję

swym

pragnieniu

odkrycia

archaicznych

p o z i o m ó w " s z t u k i z w r ó c i ł się k u l u d o w y m k o r z e n i o m .

gdzie

artystycznej",

przedstawicieli

duchową k o n k r e t n e g o czasu historycznego — początku obecnego

niesieniem

są

s t a d i u m prelogicznego w

badaniach

Wszystkie

przy­

sztuka,

jego

d a j ą się r o z u m i e ć o r a z „ z r ó ż n i c o w a n e j t w ó r c z o ś c i

do

cjalne,

co

akcentuje

ludowych
się w

które

wzorców,

niej,

było

Eliade,

nie była

Jednakże

prostym

za,sadę

i warunkiem.

rozumienia,

przez

prze­

Jeśli

i c h repliką.

t o u n i w e r s a l n o doświadczenie

jej podstawą

fenomenologiczną

nie była

coś

egzysten­

Wy korzystując
r

symbol,

odsłania

Eliade mitologiczne uniwersalia tematów opracowywanych

przez

rozważa p o c z ą t k o w o

t e r m i n u o d n o s z ą c e g o się d o s y t u a c j i k u l t u r o w e j , w k t ó r e j s z t u k a

Brancusiego.

stalą się j e d n y m z o b s z a r ó w k u l t u r y , o r g a n i z m u z r ó ż n i c o w a n e g o ,

tle m o t y w u „ k o l u m n y n i e b i o s " obecnego w m i t o l o g i i rumuńskiej,

powstałego z d e s t r u k c j i niepodzielnego

b y przejść d o s z e r s z y c h

o g ó l n o ś w i a t o w y c h odniesień

nych,

rzeźbie

Emancypacja

sztuki

dokonała

się

świata m i t u

w

rezultacie

pierwotnego.
śmierci

W historii s z t u k i europejskiej zauważa A w i e r i n c e w

dwie

mitu.

postawy

Niekończącą

dostrzegając

motywu

axis

się

w
z

mundi

kolumnę

jego

przetworzenie

na

mitologicz­

archetypicznego

wielowartościowymi

konotacjami

w o b e c m a t e r i i m i t y c z n e j : klasyczną i r o m a n t y c z n ą ; nie u ż y w a

s y m b o l i c z n y m i . U j m u j e dzieło B r a n c u s i e g o w powiązaniu z s y m ­

t y c h terminów zgodnie z i c h h i s t o r y c z n o - l i t e r a c k i m r o z u m i e n i e m ,

boliką

lotu,

ale w i d z i w n i c h d w a najogólniejsze w z o r y r e a k c j i w o d n i e s i e n i u

dobnie

w

do

widzi

dziedzictwa

mitycznego.

Wzór

kla,sycystyezny

odznacza

formalistycznym traktowaniem symbolicznych topoi,

się

estetyzacja

wstępowania,

transeendowania

opracowywanym

E l i a d e rozwinięcie p o p u l a r n e g o

skiego.

Równocześnie

doczesności.

Po­

wielokrotnie przezeń temacie

pokazuje,

m o t y w u folkloru

jak

samo

rumuń­

doświadczenie

w a r t o ś c i m i t y c z n y c h b i e r z e się z p o s ł u g i w a n i a się n i m i w s p o s ó b

absolutnej

i n s t r u m e n t a l n y . Odniesienie do m i t u m a t u charakter świadomy,

c z e n i a k o n d y c j i l u d z k i e j , k t ó r e stało u ź r ó d e ł c a ł e g o c y k l u , r e a l i z o ­

racjonalny.

zaangażo­

wane

modelowej

skrzydeł,

Koncepcyjność

eliminuje

emocjonalne

w a n i e . W z ó r r o m a n t y c z n y u k s z t a ł t o w a ł się w w e r s j i
w

wieku

w

sztuce

X I X ,

chociaż

wcześniej

europejskiej

w

jej

ustawicznie

nieoficjalnym,

przejawia!

się

niekanonicznym

wolności, o d r z u c e n i a

to

Ptaki

było

przez
lotu,

wyobraźnię

ptaków.

z i e m s k i c h ograniczeń,
mityczną

Uwydatnia

obyd­

pracy

Trzeba

zaznaczyć, że zauważone

egzystencjalnych
czają

poza

obejmuje

jej

danej e p o k i , które —
horyzont

zarówno

j a k w i e r z y się —
Z

historyczny.

świadomy

złożonych

tej racji

w

zwrot

stronę

treści
wykra­

postawa

ta

mitologii, jak

icznej

dochodzi

mitologii i

genetycznego,

do

odczytanie, które p r o p o n u j e

romantycznego.
czesnej

jest

W

za

rezultacie zadaniem

ujawnianie

roli

mitu,

kontynuację

badacza

który

wzorca

kultury

definiuje

współ­

autor

„ p i e r w o t n e s c h e m a t y przedstawień". O n e t o organizują
wowe struktury
Mircea
badali
w

Eliade

wiele

dzieła,ch

razy

sztuki

tacyjną,

zainteresowaniu dla

archetypicznych,

współczesnej,

stopniu plastyki i filmu.

Brancusiego

pokrewnego

dawał w y r a z

na odkrywanie

pokładów

mniejszym

podsta­

kreacji artystycznych.

zorientowanych

logicznych

jako

jest

tyleż

głównie

Tekst

2

o

osobistym

mito­

literatury,

rzeźbiarskich
wspomnieniem

m u d u c h e m a r t y s t y , co p e w n ą p r o p o z y c j ą i n t e r p r e ­

sposobem

czytania

„tekstu"

dzieła

artystycznego,

Sięgnijmy
lecz

linoskoczka,

Analizowany
Baiwillo'a,

Awierincew.

podejścia,

s w o j e g o k r a j u , j e g o dzieła, z a k o r z e n i o n e
mitologicznej

—

to

zestaw

są w r o d z i m e j

obiegowych

T

banałów

tradycji

związanych

swoim

przykład,

nie t a k c z y t e l n y

uwrażliwioną
eseju

arlekina

gęstego,
w

Jaeoba,,

pod­

na symboliczne

Portret

artysty

do
jakie

rzęcym
jak
w

jako

lino­

też

w; i s t o c i e
w

filmu.

3

Rilkego,
Picassa,

malarstwa

tekstu,

demoniczną

i legendy

rokrouj ioego
:

odwołującego

ludowej,

„folkfool"

niej
z

i

wizualnie i znaczeniowo

i podziemiami, bajki
do

oraz

t r a d y c j i pogańskiej
zajmował

artystycznej.

Baudelaire'a,

4

N i e s p o s ó b streścić t e g o n i e z w y k l e

średniowiecznych

bohaterze

twórczości

z poezji

Apollinaire'a

antropologicznego

analizie

w

material pochodzi

utrzyrnująeogo

rysy.

i n n y , już

Rouaulta, Tolouse-Lantrcca.

folkloru

mówił

takiego

na

ż o n e k o m p l e k s y s y m b o l i c z n e w j a k i e u w i k ł a n e są p o s t a c i b ł a z n a ,
klowna,

B r a n c u s i był rumuńskim chłopem, czerpał o b f i c i e z

jego

którym

przy­

podatnym

Eliade.

podobną,
W

szczególnie

h i s t o r y k l i t e r a t u r y J e a n S t a r o b i n s k i śledzi b o g a t e i z ł o ­

miejscom

o

n a d strategią

po

względu

skoczka

misteriów

tropem,

zatem

zo

w y d a ć się

interpretację.

Warto

się

Brancusiego

teksty

główne

zatrzymać

laboratoryjnym,

zawierający

opisać

podążającego

Dzieło

archa­

świata

nie m a c h a r a k t e r u

ze s z t u k ą l u d o w ą , m o ż e

sztukę

Awierincew

nieomal

zna,czeń u n i w e r s a l n y c h .

pokrewieństwo

artystycznej

ale s t r u k t u r a l n y .

na wyraźne koneksje
kładem

w i e k u uważa

wyrażenia

wyobraźni

i n i e ś w i a d o m e d z i a n i e się m i t u w w y o b r a ź n i t w ó r c z e j . Co w a ż n e :
X X

twórczej
długo­

trwałej

do wyrażenia

obrazów

w u o m a w i a n y c h p r z y p a d k a - c h t r a n s f o r m u j e go i w d r o d z e

wanie

symbolicznej

użyciu

wyobraźni

B r a n c u s i e g o , k t ó r y sięgając p o f o l k l o r y s t y c z n y k o n k r e t , w

n u r c i o . Cechuje go ż y w y , e m o c j o n a l n y s t o s u n e k d o m i t u , a p l i k o ­
jego m o w y

przy

rolę

przekro­

ze

się

szczególnym
wiejski),

(głupek
postacią,

Arlekina,

w i ę ź ze ś w i a t e m

zwie­

ludow-ej, dziel Szekspira,

archaiczno

komedii Chaplina i braciach

znaczenia

Marx.

błazna

Przywołajmy

z t w ó r c z o ś c i ą rzeźbiarza,. E l i a d e m e d y s k r e d y t u j e i c h i n i e o d ­

j e d y n i e w t y m m i e j s c u dla, u k a z a n i a p o s t ę p o w a n i a a u t o r a p o r t r e t y

rzuca,

klownów

ale

traktuje

jako

punkt

wyjścia

swojej

hermeneutyki,

({eorges'a

lekceważy
że

t y m zwrócić

Eliade

poszukiwania

historycznego
Brancusiego,

miało swój o d p o w i e d n i k
cych

nieświadome

elementów

uwagę

na

dwutorowość

kontekstu
owo

dzieła.

„zstępowanie

w badaniach psychologów

warstwy

tej

trwałych, n i e z m i e n n y c h , nie

p s y c h i k i , etnologów

Podkreśla,
do

głębi",

odkrywają­

zmierzających

wozu

mieszkalnego,

starego,

t y m tematem

liście

s p o t k a n i a . Został p o r u s z o n y któregoś d n i a w i d o k i e m w ę d r o w n e g o

przy

Szukając

fascynacja

artysta w

ujęcia.

Warto

jego

J a k oświadcza

do

interpretacji.

przyjaciela,,

Rouaulta.

zmierzając k r o k p o k r o k u d o p r z e k r o c z e n i a tego s t e r e o t y p o w e g o

wychudzonego

była, r e z u l t a t o m
konia

skubiącego

trawę i dopełniającego t e n obraz, starego k l o w n a naprawiającego
swój

różnobarwny

metaforę

swojego

strój.

Rouault

Losu, p ó ź n i e j

pojął

jako

postać

figurę

klowna

jako

k o n d y c j i ludzkiej,

w i z e r u n e k k a ż d e g o z n a s . O b j a w i ł a m u się z całą m o n ą s p r z e c z -

283

�nośó p o m i ę d z y b o g a t y m , b ł y s z c z ą c y m s t r o j e m a n ę d z ą i s t n i e n i a ,
które s k r y w a . Nawiązuje

w t y m rozpoznaniu

do słynnego poe­

tyckiego obrazu „Starego linoskoczka"

Baudelaire'a,

cego

jej

całą

wzlotem

dwuznaczność

i

upadkiem,

życiodajną

sławą

i

tej

postaci:

zręcznością
nieustanną

i

kondycją

artysty

i kondycją

zawieszeniu

oporem

jaki

bliskością,

autoportretach o d k r y w a Rouault istotne

odsłaniają­
między

stawia

śmierci.

W

swych

podobieństwo

błazna. N a k r y c i e

ciało,
między

głowy

malarza

i c z a p k a b ł a z e ń s k a t r a k t o w a n e są p r z e z e ń w y m i e n n i e . T a b i e g u ­
nowość

znaczeń

pierwiastkiem
wadzi

zawarta

Starobinskiego

głęboką

grę

„Zmaganie

w postaci

duchowym
do

odkrywczej

symbolicznych

się

duszy

z

clowna,

i koniecznością

jej

pomiędzy

wcielenia,

ujawniającej

Pierrola

Rouaulta:

wcielenia

znajduje w twarzy Chrystusa. Tragiczny —

Podobnie

jak w

ustalonego

odpowiednikiem

autoportrecie,

typu

klowna,

t a k też

pojęcia

można

podłoga

cja

elementarny ch

się

on

dopatrywać

wpływom

togo

Chrystus
w

zaś o t r z y m u j e

paradoks

doczna

w

można

blacie

policzki klowna. Nic

stwierdzić, że religijność

jego obrazach

świętości,

o tematyce

popadając

Rouaulta

cyrkowej

jak w

do k t ó r y c h n a t c h n i e n i e m była h i s t o r i a święta. W a r t o ś c i
się w y m i e n n e :

Pasja wedle R o u a u l t a rozgrywa

p r z o d m i e ś c i a , za,ś a r e n ą s c e n c y r k o w y c h
Golgoty.

A-wtedy,

zdają

Ponieważ

instruktywnym

nas

od

jesteśmy może z a t e m

„archetyp"

dla. b a d a c z a
mają

kultury

charakter

wciąż

w

swoich

przozoń

topo­

przywoły­
Mędrca,

obrazu

wywołuje

w

naturalnego

od

początku

t y m otoczeniu
nie

tekście

i

Ecce
reakcje

Porębskiego:

wrodzony,

doświadczeń w s z y s t k i c h

i kulturowego

przyswajane

osobników

—

są

czy

raczej

otoczenia

i

przez

to sprawa

pochodzą
za

każdym

pojawiających
dalsza,

rozstrzygać
archetypy

okazują

odniesień polaryzującego nasze w y o b r a ż e n i a i czyniącego z n i c h

wyznacznikiem

7

Nad

pomaga

pewnego

n a m rozpoznać

stosunok."

sztuką

czy

się

o której t u

jest w i ­

najważ­

Wrodzono

czy

dzioląoych

scenach,

wyżyny

musimy.

M.

dziedziczny

g a t i n : u pokoleń,

prapoczątków

naszego

swój d o niego

Rouaulta

reaktualizuje

o rozwijanej

chrześcijańskiego

stanowią „ o s a d " o b r a z o w y c h

całość, k t ó r a

z n a c z e ń p o j ę c i a k l o w n a i s z a l e ń c a ? (...)

termin

archetypy

„Czy

sio b y ć

niejszych

świadkami

arehotypieznego

się n a t l o n ę d z y

do jednego z

jest

historycznych

w fazie f i n a l n e j r e k o n s t r u k ­

alergiczne, p r z y p o m n i j m y jeszcze uwagę zawartą w t y m o g r o m n i e

g d y t r a g i c z n y k l o w n p r z y j m u j e rolę złożonej

dla o d k u p i e n i a o f i a r y , czyż nie w r a c a m y

Mowa

6

systemu

w a n y c h na wpół świadomie postaci Błędnego Rycerza,

razem

aureolę

determinant

które

7

Michałowski.

określe­

jako

grafii Drogi i D o m u , motywów W a l k i i Dziedzictwa,

podtekstów

uzyskuje

odczytaniu

schematów ,

7

obrazach

precyzyjnemu

p o t r a k t o w a n i u go

w świadomości twórczej, t o w a r z y s z y

z

klown

zbiorowej,

pozw'ala

cechę t e g o s e m i o t y c z n e g o p o ­

perspektywy:

„romantyzmu",

wyobraźni

Homo.

Chrystusa,.

najistotniejszą

dejścia z a n t r o p o l o g i c z n e j
niu

m o d e l u , j a k i m j e s t ś w i ę t e o b l i c z e . W y t w a r z a się z a m k n i ę t y o b i e g
znaczeniowych:

wydobyć

klown

znieważanego

artysty

jedynie

i niewinny —

staje

modelowo

Porębskiego

analiza m a l a r s t w a P i o t r a Michałowskiego. B r a k miejsca

odnawianiu

odpowiednik

i odkrywcza

d o t w ó r c z o ś c i z d a w a ć b y się m o g ł o

realistycznej, przekonuje podjęta przez Mieczysława

wyraz

P a s j i . K l o w n j e s t t y m , k t ó r e g o policzkują, i w t e n sposób
symbolicznym

zastosowaniu

najgłębszy

złożony w ofierze s t a n o w i nieznacznie p a r o d y s t y c z n y
się

pro­

refleksji

podtekstów

nędzą

rozziew

jego

Ż o t e g o r o d z a j u i n t e r p r e t a c j a możo b y ć z a s a d n a
w

ciąży

nabyte,

pozostaną

najogólniejszego
się

w

świecie

układu
i

określić

7

przekleństwo

interpretacji.

Z r a c j i n a d m i a r u sensów , k t ó r e p r z y n o s i , e s e n c j a l n e j

nieuchronnie

niedookreślo-

7

W

twórczości

ności z n a c z e n i o w e j ,

procesu

odżywania

tania. Być może droga

poddawana

jest r o z m a i t y m próbom

interpretacji symbolicznej,

odczy­

którą o b r a l i

i chrystianizacji e l e m e n t u o f i a r y i zbawienia obecnego początko­

w s p o m n i a n i t u przykładowo h i s t o r y k religii, h i s t o r y k literatury,

wo

historyk

i

w

postaci

niejako

taraz

oto

jednak

błazna.

Ta

pogańska

niewinnie

trwająca

jedno

swoich

ze

blaskiem

chrystianizmu'' .

namiętnego

w

pozostałość,

ludowej

pierwotnych
i

nieświadomie

tradycj',
znaczeń,

zafascynowanego

odzyskuje
oświetlone
cierpieniom

5

zrozumieć

sztuki,
i

najbliższa

opisać.

artystycznego,

jest

Szanując

przedmiotowi,
każdorazowo

który

wpisując j e w h o r y z o n t m e n t a l n y e p o k i ,
7

wprow adzają,c
7

wychwytuje

Starobinski

istotną

wyobraźni, o której wspominał również E l i a d e :
trwałe

opracowywanie,

obrazów ,

szukanie

7

wyrazu,

prow adzi

odsłonięcia
i

7

do

matrycy

wzbogacającego

przetwarzanie

dla nich

coraz

ujawnienia

to

sens p r z e d s t a w i e n i a

f a k t , że długo­

pewnych

motywów ,
7

adekwatniejszych

w a,rtośei

mitologicznej,

właściwość

form

arehetypicznych,

7

praobrazu

ożywiającego

w nieoczekiwane

konteksty, interpretacja t a nie
ukazuje

i c h w i o l o w a r t o ś c i o w o ś ć i g ł ę b i ę . U j a w n i a się t y m s a m y m
bieństwo s y m b o l u i k r e a c j i twórczej: o b e c n y
wiastków

koncepcyjnego

i

emocjonalnego,

świadomego, realnego i nierealnego,
rycznego.

Istotę

symbolicznego

świadomego

historycznego

spojrzenia

podo­

w nich splot pier­

na

i

nie­

i transhistodzieło

sztuki

t r a f n i e o d d a j e piękna s e n t e n c j a B a c h t i n a : „ K a ż d y sens przeżyje
święto swojego

plastycznego.

dzieła
dostrze­

gając p r z y t y m jego oporność n a d y s k u r s y w n y przekład, wreszcie
t y l k o n i e d o k o n u j e r e d u k c j i treści d z i e ł a a l e p r z e c i w m i e

Błyskotliwie

próbuję

swoistość

odrodzenia."

8

1' R Z Y P i S Y :

Anałiticzeskaj"
psirhologija
K.-O.
Jungu
i
zakonomiernosti
tworczeskoj
fantuzii.
Streszczeniem
tego artykułu jest
tekst
L . K o l a n k i e w i c z a , Rozumienie
i dialog
(Psychologia
analityczna
w oczach badacza
radzieckiego),
. . L i t e r a t u r a , na, ś w i e c i e " n r 3 ( 8 3 ) :
1 9 7 8 , ss. 2 2 1 — 2 3 3
1

- J . S t a r o b i n s k i , Portret
artysty jako linoskoczka,
„Literatura
Ś w i e c i e " n r 9 ( 6 5 ) : 1976, ss. 3 0 8 — 3 2 3
* Psychologizującą interpretację m o t y w u k l o w n a , l i n o s k o c z k a
w t w ó r c z o ś c i P i c a s s a d a j e J u n g . Z o b . C. G . J u n g , Picasso,
[w:]
Archetypy
i symbole,
W a r s z a w a 1 9 7 6 , ss. 4 8 9 — 4 9 6
S t a r o b i n s k i , Portret
artysty...,
s. 3 1 2 — 3 1 3
M . P o r ę b s k i , Romantyzm
i archetypy,
[w:]
Interregnum.
Studia
z historii
sztuki
polskiej
XIX
i XX
w., W a r s z a w a 1 9 7 5 ,
ss. 6 7 — 1 2 8
T a m ż e , ss. 1 2 6 — 1 2 7
M . B a c h t i n , Estetyka
twórczości
słownej,
W a r s z a w a 1986,
s. 5 2 5
1

na

5

P o r . l i c z n e na, t e n t e m a t u w a g i r o z s i a n e w Ordeal
by
Laby­
rinth.
Conversations
with
Claude-Henri
Pecquet,
j a k również
d r o b n i e j s z e p r a c e : Sur la permanence
du saere
dans
l'art
contemporuin,
„ X X
s i e c l o " , 1 9 6 4 , 2 6 , ss. 3 — 1 0 ; The Sacred
and
the Modem
Artist,
„ C r i t e r i o n " , 1 9 6 5 , 4 , ss. 2 2 — 2 4 ; Art
and
the Divine,
[ w : ] Encyclopaedia
of World
Art, v o l . 4, ss. 3 8 2 — 3 8 7
2

7

е

6

7

8

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9889" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9867">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/034046f20ecd879c741edccc79afe536.pdf</src>
        <authentication>4ffaa2b1fc7489ba3110e2c1d18945af</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117683">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2891</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117684">
                <text>2002</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117685">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2695</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117686">
                <text>Życie czyli nieprzejrzystość. Poza antropologię - kultury / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117687">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4, s.6-22</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117688">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117689">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117690">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117691">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117692">
                <text>DARIUSZ

wowanych zjawisk, to co w istocie pozostanie obiek­
tem naszego namysłu? O czym tak naprawdę mówimy
i mówić będziemy? Bez zabawek, jak wiadomo, zabawy
nie ma.
Wedle pociesznego sloganu lat ostatnich, antropo­
log to ktoś, kto nade wszystko się dziwi. Wartość heu­
rystyczna tego określenia, sądząc po powstałych w tym
czasie publikacjach, jest niemal żadna (gdzie ta lawina
prac odkrywających rzeczywistą, a nie urojoną, nieoczywistość naszych oczywistości?!), wszelako dobrze
nadaje się ono jako środek poprawiający samopoczu­
cie. Dziwiący się antropolog, nie ukrywajmy - to brzmi
dumnie. Owo zdziwienie, poprzez szacowne greckie
thaumadzein, miało nas sprawnie i bez bólu przybliżyć
do głębi filozoficznego namysłu. Tyle że owo antropo­
logiczne zdziwienie rzadko, o ile w ogóle, nawiązywało
do greckiej tradycji mądrościowej, źródłowo z tym sło­
wem związanej, najczęściej był to po prostu epistemologiczny czek bez pokrycia.

CZAJA

Życie czyli
nieprzejrzystość
Poza antropologię
-

kultury

Nie mam rozwiązania zagadki życia.
Wilhelm Dilthey, Gesammelte Schriften (VIII, 220)

1

C'est la vie.

Poddajmy zatem zdziwieniu fakt, któremu mało
kto zazwyczaj się dziwi. Otóż, pojęcie kultury nie jest,
jak zdaje się sądzić większość z nas, filozoficznie nie­
winne. Nie jest tak, że windując tę kategorię na czoło
naszej listy pojęciowych narzędzi, nie prokurujemy
tym samym wyraźnej ontologii badanych przez nas fe­
nomenów. A ontologia ta, choć niemal powszechnie
akceptowana, nie ma w sobie nic z przymusu dziejowej
konieczności. A jeśli tak, to wolno przynajmniej
zorientować się na czym polega jej dyskusyjny status.

francuskie

„Kultura" jako źródło cierpień

G

dyby komuś o naturze pedanta, mającemu
równocześnie nadmiar wolnego czasu, chciało
się sporządzić listę frekwencyjną pojęć kluczo­
wych pojawiających się w artykułach i pracach etno­
grafów/etnologów/antropologów (niepotrzebne skre­
ślić), bez wątpienia okazałoby się, że na czele takiego
rankingu, na jednym z pierwszych miejsc, znalazłoby
się pojęcie kultury. „Kultura", to coś między fetyszem
a oczywistością. Kategoria kultury używana jest już
niemal bezrefleksyjnie, na zasadzie pojęciowego liczmanu. Na co dzień zajmujemy się przecież kulturo­
wym wymiarem stroju, jedzenia, ozdabiania ciała itp.
Badamy „kulturowy aspekt zagadnienia", nalegamy na
to, by „tłumaczyć kulturę przez kulturę", bo ten sposób
podejścia do przedmiotu naszych badań ma wyróżniać
nas spośród tych, którzy podejmują podobne tematy,
to ma być nasz znak firmowy, nasza antropologiczna
differentia specifica. Dziesiątki, zazwyczaj bezużytecz­
nych poznawczo, jej definicji wtłaczamy w głowy zdez­
orientowanych studentów. Dzielimy włos na czworo,
odróżniając „kulturę ludową" i „kulturę masową",
„kulturę materialną" i „kulturę duchową", „kulturę
instrumentalną" i „kulturę symboliczną", a w przypły­
wie fantazji wymyślamy nawet upiorne cielę o dwóch
głowach - „kulturę społeczną". Niekończące się i bez­
nadziejnie nużące dyskusje na temat ich zakresu zna­
czeniowego to pokaźna część antropologicznej reflek­
sji teoretycznej. Wydaje się, że gdyby pozbawić antro­
pologię jej ulubionej kategorii, ta rozsypałaby się niez­
włocznie jak domek z kart. No bo skoro nie ma poję­
cia, które wiązałoby w całość różnorodny świat obser­

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nie ma jednej,
obowiązującej w antropologii czy - właśnie! - w „na­
ukach o kulturze", niekłopotliwej definicji tego termi­
nu. Wydaje się jednak, że tak jak bywa ono najczęściej
używane, gromadzi w sobie przynajmniej dwie dające
się bez trudu wyodrębnić cechy.
W pojęciu kultury mieści się tedy, po pierwsze,
roszczenie do powszechności, wymiaru ponadjednostkowego, anonimowego, uniformizującego, typizującego. Pojedynczy człowiek wpleciony w kulturę - obojęt­
nie, czy za pomocą „wzoru", „normy", „koniunktury",
„wtórnego systemu znaczącego" czy „epistemy" - jest
zawsze elementem czegoś większego, rozleglejszego,
jest zaledwie cząstką ogarniającego go organizmu. Jest
jej elementem zestandaryzowanym i powtarzalnym,
realizującym „program" narzucony przez kulturową
konwencję. Pojęcie systemu, tak ważne dla dzisiej­
szych ujęć kultury, fakt ten dobitnie potwierdza. Po
drugie, kultura to obszar tego, co utrwalone czy też,
jak powiadamy, zobiektywizowane, tego, co można zo­
baczyć i opisać. Jeśli tak, to katalog pytań, które moż­
na tak pojmowanym zjawiskom kultury zadać, jest
z punktu ograniczony. Mówiąc na razie skrótowo:
ograniczony jest do powierzchniowego, widocznego,
zewnętrznego wymiaru zjawisk, do ich, co najwyżej,
semantyki, ale już nie do, na przykład, ich aspektu eg­
zystencjalnego czy — Boże broń! - metafizycznego. Za­
kłada się tu milcząco, że „treści kultury" cała ta złożo-

6

�Daiusz Czaja • ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

na i różnorodna siatka znaczeń jest zasadniczo pozna­
walna i lepiej lub gorzej, ale daje się opisać w którymś
z wybranych języków teoretycznych. Rozumieć zjawi­
sko kultury, to zrekonstruować reguły (bądź też odkryć
osławione „mechanizmy kultury", w których po­
brzmiewa nie zawsze uświadamiany pogłos utechnicznienia języka humanistyki) nadawania sensu rzeczywi­
stości. Z jednej strony: aż tyle, ale z drugiej: tylko tyle.

nym wzoru postępowania, jak twórcza jednostka pod­
daje swej woli zastany układ.
W polemice z pracami historyków spod znaku Nouvelk Histoire dobitnie podkreśla Łotman, że metodolo­
giczny przechył od jednostronnie pojmowanej historii
politycznej do historii anonimowych quasi-deterministycznych struktur domaga się korekty. Łotman w żad­
nym stopniu nie dezawuuje osiągnięć badaczy spod
znaku Annales, wskazuje wszakże na istotne ogranicze­
nia ich podejścia. Trudność polega na określeniu rela­
cji pomiędzy czynnikiem świadomym i nieświadomym
procesu historycznego. Późny Łotman ujmuje rzecz
dialektycznie: „Historia nie jest tylko świadomym pro­
cesem, ale nie jest też tylko nieświadomym procesem.
Stanowi ona wzajemne napięcie obu czynników. Jeżeli
«historia polityczna* lekceważyła jedną stronę tego
dwoistego procesu historycznego, to nowa historia czy­
ni to w stosunku do drugiej. Wszelki dynamiczny pro­
ces dokonujący się z udziałem człowieka waha się mię­
dzy biegunem ciągłych powolnych zmian (na nieświa­
domość i wola człowieka nie okazuje wpływu, są one
często w ogóle niezauważalne dla współczesnych, po­
nieważ ich okresowość jest dłuższa niż życie pokolenia)
a biegunem świadomej działalności ludzkiej, przepro­
wadzonej w rezultacie wolicjonalnych i osobistych wy­
siłków. Oderwać jednej strony od drugiej nie można,
tak samo jak nie można oderwać północy od południa.
Ich przeciwstawienie jest warunkiem ich istnienia".

Uwagi poniższe wyrastają z dziecinnego, być może
zdziwienia, że niejedyna to droga zajmowania się świa­
tem ludzkich znaczeń, że antropologię da się pomyśleć
równie sensownie opierając się na innych, skądinąd
dobrze znanych i funkcjonujących od dawna w huma­
nistyce pojęciach. Wyrastają przede wszystkim z po­
czucia pewnego braku. A nawet więcej: z poczucia, że
rozpowszechnione i dominujące współcześnie w an­
tropologii obiektywizujące i systemowe rozumienie
kultury jest sitem, które przepuszcza tylko pewne tre­
ści, „całą resztę" zaś - w moim przekonaniu dalece
ważniejszą - pozostawiając poza granicami refleksji; że
zatem antropologia, która z pojęcia kultury uczyniła
swój sztandar, jest antropologią naznaczoną u źródeł
niezmywalnym grzechem pierworodnym redukcji.

Gra przypadku i konieczności
Na czym bliżej rzecz polega? Rozważmy zatem przy­
kładowo przypadek semiotyki kultury, podejścia,
w którego owocność poznawczą - sądząc po imponu­
jącej liczbie pozycji z tej dziedziny - trudno wątpić. Se­
miotyka kultury, jak może mało która ze szkół metodo­
logicznych, ufundowana jest na dobrze zdefiniowanym
pojęciu kultury. Jego rozumienie zmieniało się wszak­
że w czasie. Przypadek Jurija Łotmana, a zwłaszcza je­
go, ewoluującego z latami, rozumienia semiotyki kul­
tury, jest, w świetle poruszanych tu kwestii, bardzo po­
uczający. Jeden z twórców tartuskiej wersji semiotyki,
jej patron intelektualny i duchowy, dochodzi po latach
do pewnych konkluzji, które stawiają częściowo pod
znakiem zapytania wcześniejsze (teksty z lat 60. i 70.),
formułowane z ogromnym rozmachem i na podstawie
potężnego materiału empirycznego , rozstrzygnięcia
w kwestii statusu ontologicznego kultury, jak i możli­
wości jej badania. Najogólniej rzecz ujmując, chodzi
tu o relacje pomiędzy jednostką i kulturą. Pomiędzy
żywym, myślącym, działającym człowiekiem a bezoso­
bowymi nadrzędnymi strukturami o charakterze nie­
omal deterministycznym: językiem naturalnym i ufor­
mowanymi wedle jego wzoru strukturalnego wtórnymi
systemami modelującymi. Nie przypadkiem zajął się
Łotman badaniami natury procesu historycznego. Sta­
rał się odpowiedzieć na pytanie o „warunki możliwo­
ści" zmiany historycznej, rekonstruował jego elementy
stabilizujące i jego dynamikę. Przede wszystkim jednak
próbował opisać, jaką rolę w procesie historycznym
odgrywa jednostka, w jaki sposób dochodzi do przeła­
mania dominującego w danym momencie historycz­

3

Jak widać, gra idzie o niebagatelną stawkę: jest nią
pytanie o stopień i zakres ludzkiej wolności. W jakim
stopniu nasze działania są jedynie prostą funkcją ponadjednostkowych struktur, a w jakim od nich odbie­
gają? W jakim są domeną konieczności, a w jakim
świadomości i woli? Łotman podejmuje w tym miejscu
i rozwija pewne spostrzeżenia Marca Blocha, szczegól­
nie jego metaforę przebiegu historycznego jako serii
klatek taśmy filmowej, którą historyk winien umieć
zrekonstruować. O ile jednak klasyk francuskiej histo­
riografii rozpatruje - nieco na modłę heglowską - ciąg
owych zdarzeń nie tylko jako prawdopodobnych, ale
jedynie możliwych, to Łotman wskazuje, że zdarzenie
historyczne jest zawsze w y b o r e m spośród szeregu
istniejących możliwości, że jest rezultatem realizacji
jednej z nich. Oznacza to konieczność zmiany podej­
ścia do materiału historycznego. Coś zdarzyło się nie
dlatego, że zdarzyć się musiało, ale dlatego, że - z pew­
nych powodów - wybrana została ta, a nie inna moż­
liwość: „Wyobraźmy sobie film, przedstawiający życie
człowieka od narodzin do śmierci. Oglądając go retro­
spektywnie, powiemy: człowiek ten miał jedynie jedną
możliwość i on z żelazną konsekwencją zakończył na
tym, na czym powinien był zakończyć. Błędność takie­
go poglądu stanie się oczywista podczas perspekty­
wicznego przeglądu kadrów: wówczas film stanie się
opowieścią o zmarnowanych możliwościach i dla głęb­
szego odsłonięcia istoty życia będzie wymagał paralelnych alternatywnych zdjęć. I możliwe, że w jednym

2

7

�Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

wariancie bohater zginie w wieku 16 lat na barykadzie,
a w drugim - w wieku 60 lat będzie pisał donosy na są­
siadów do służb bezpieczeństwa".
Niezwykle interesująco wplata Łotman w swoje
wywody ustalenia biochemika Ilji Prigożyna, twórcy
teorii bifurkacji. Prigożyn, badacz procesów dynamicz­
nych w przyrodzie, zauważył, że w pewnej fazie dyna­
miki procesów chemicznych, biologicznych i fizycz­
nych, które przebiegają według zdeterminowanej krzy­
wej, dochodzi do takiego momentu krytycznego, że
nie ma możliwości przewidzenia dalszego stanu dane­
go układu. Od tego momentu zwanego punktem bi­
furkacji (od łac. bifurcus - dwuzębny, rozdwojony),
rzeczywistość przestaje być przewidywalna. Nie można
stwierdzić, co dalej nastąpi, jako że przed układem po­
jawia się szereg możliwości, a ich wybór jest w znacz­
nej mierze dziełem przypadku. Przyszłość przestaje być
obszarem konieczności, a staje się przestrzenią możli­
wości. Łotman aplikując ów model przyrodoznawczy
do własnych celów, podkreśla rolę elementów nieprze­
widywalnych w procesie historycznym. Akcentuje
obecność twórczego przypadku w zdeterminowanym
świecie systemu semiotycznego. „Przy rozpatrywaniu
procesu historycznego w kierunku strzały czasu punk­
ty bifurkacji okazują się tymi momentami historyczny­
mi, kiedy napięcie sprzecznych strukturalnych biegu­
nów osiąga najwyższy stopień i cały system traci rów­
nowagę. W tych momentach zachowanie tak poje­
dynczych ludzi, jak i mas przestaje być automatycznie
przewidywalnym, determinacja schodzi na dalszy plan.
Ruch historyczny należy w tych momentach przedsta­
wiać sobie nie jak trajektorię, lecz jak continuum, któ­
re potencjalnie jest w stanie zakończyć się szeregiem
wariantów". W punktach bifurkacji, akcentuje Łot­
man, zaczyna działać nie tylko przypadek, ale przeja­
wia się świadomy wybór jednej z rysujących się możli­
wości. Znika więc przymus systemu, historia okazuje
się areną wypadków nieprzewidywalnych. Nie jest, co
prawda, tak, by przypadek pojawiał się na scenie h i ­
storii jak deus ex machina, niemniej jednak jest jako­
ścią, której zaistnienia nie da się przewidzieć, nie da
się logicznie wyprowadzić z analizy warunków począt­
kowych. Późny Łotman jak gdyby chciał połączyć
w całość historię wydarzeniową i historię „długich
trwań", jak gdyby chciał związać w jedno przypadek
i konieczność, pokazując, że mamy tu do czynienia nie
z dwoma rozłącznymi aspektami, ale z dwiema strona­
mi jednego medalu. Proces historyczny byłby wówczas
dialektycznym spięciem jednego i drugiego.

koniec życia ku ujęciom antropologii, które zrywałyby
z ortodoksyjną realizacją semiologicznego wzorca, nie
przekroczył jednak kredowego koła języka opisu wy­
kształconego u początku jego pisarstwa. W dalszym
ciągu wolno mieć wątpliwości co do tego, czy na ołta­
rzu znakowych idei nie poświęcono tu wielowarstwo­
wej, skomplikowanej, niejednoznacznej, ale także:
alogicznej, irracjonalnej rzeczywistości ludzkiej? Czy
na gruncie tego języka da się pomyśleć prawdziwy pod­
miot, który nie będzie tylko definiowany przez jego
zdolności znakotwórcze i komunikacyjne, ale który
będzie przypominał bardziej żywego człowieka z krwi
i kości, człowieka z jego nieprzejrzystą, wciąż dziejącą
się, wciąż będącą in statu nascendi tajemniczą egzysten­
cją? Czy koncepcja człowieka wpisanego w kulturę

4

7

0 znakowych parametrach nie jest, mimo wszystko, re­
dukcyjnym modelem osoby? Czy obiektywizujący ję­
zyk semiotyki, tak sprawny w opisywaniu większych
całości kultury, tak precyzyjny, gdy chodzi o modelowy
opis pewnych sfer kultury, nie gubi czegoś istotnego,
gdy chodzi o pojedynczą, niepowtarzalną osobę? Czy
nieprzewidywalność procesu historycznego, a zatem
otwarcie furtki w szczelnym dotąd synchronicznym
systemie znakowym, to jej słowo ostatnie?

Sztuka i kultura
Niejedyne to wątpliwości, jakie można formułować
wobec opisu rzeczywistości przez pryzmat „kultury".
Kulturę można kontestować także i z innej, dość nie­
spodziewanej, strony: z punktu widzenia sztuki. Tak
właśnie czyni Wiesław Juszczak - nominalnie historyk
sztuki, ale i równocześnie badacz zajmujący się filozo­
ficzną refleksją nad sztuką - w książce Fragmenty, zbio­
rze artykułów, które wbrew skromnemu i mylącemu
tytułowi jest wyjątkowo spójną i domyślaną wizją sztu­
ki, a przede wszystkim jej miejsca we współczesności.
Do przedstawionej tu listy pytań wobec „kultury", do­
pisuje swoje, bodaj jeszcze ważniejsze, dopowiadając

5

1 radykalizując tym samym jeszcze znaki zapytania po­
mnożone powyżej. Rzadki to głos we współczesnej hu­
manistyce, rzadki, gdy chodzi o formułowanie tez idą­
cych jawnie pod prąd dominujących w niej przyzwy­
czajeń poznawczych. Choćby i z tego powodu warto
przyjrzeć się im bliżej.
Na czym polega zarysowane tak ostro i drastycznie
przez Juszczaka napięcie między sztuką i kulturą? Bie­
rze się ono przede wszystkim, z jasno wyłożonej przezeń
koncepcji dzieła sztuki. W swojej refleksji nad istotą
sztuki, nad jej ontologicznym wymiarem, podąża on
wiernie za rozstrzygnięciami Heideggera z jego funda­
mentalnej rozprawy O źródle dzieła sztuki i uwagami
Gadamera z Prawdy i metody. Sztuka to taki obszar
ludzkiego działania, w którym nie wartości estetyczne
- jak pouczał Kant - stoją najwyżej. Sztuka jest instru­
mentem poznania, to przestrzeń ujawniania się prawdy.
Dzieło sztuki „jest miejscem stanowienia się prawdy.

Wolno wszakże zapytać, czy nawet takie postawie­
nie sprawy, dowartościowujące przestrzeń ludzkiej
wolności, pokazujące, że system semiotyczny nie jest
szczelnie domknięty i w pewnych sytuacjach dopusz­
cza jego rozerwanie, eksplozję, jak powiada Łotman,
w swojej ostatniej książce, czy takie przesunięcie
oznacza istotny zwrot w semiotycznej ontologii. Wy­
daje mi się, że Łotman, choć wyraźnie sterował pod
6

8

�Dmusj Czaja • ZYCIE C Z Y L I NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

Jest przy tym zawsze również rzeczą. Ale jest takim jej
osobliwym rodzajem, którego pierwszą i podstawową
funkcję odkrywa się w tym, że rzecz ta wskazuje wprost
na swą istotę, i inaczej niż przez swą istotę nie może się
nam objawić, nie może zostać poznana. Odsłania się
najpierw i właściwie tylko w tym, co stanowi o praw­
dzie jej bycia. A wszystkie rzeczy inne niż dzieło są
w tak pojętej swej prawdzie właśnie ukryte. Wśród rze­
czy więc jedynie dzieło może naprowadzić nas na isto­
tę, ukazać także prawdę rzeczy innych niż ono".
8

Nie piękno tedy, ale prawda staje się tu kategorią
nadrzędną. Piękno, powtarza za Heideggerem Jusz­
czak, jest miejscem zjawiania się prawdy, jest co najwy­
żej znakiem, śladem tego, że prawda pojawia się w dzie­
le. Sztuka nie jest - i nie może być - pojmowana jako
najgłębiej prywatna, subiektywna wypowiedź artysty.
Sztuka nie jest bowiem, jak się wciąż niemal powszech­
nie sądzi, ekspresją „wnętrza" artysty, ale instrumentem
poznania rzeczywistości. Rzeczywistości, jak dodaje za
Claudelem, w sensie najbardziej totalnym, obejmują­
cym „rzeczy widzialne i niewidzialne". Wychodząca od
przestrzeni zmysłowej, „materialnej", sztuka zawsze ce­
luje w to, co „niematerialne". Autentyczne dzieło sztu­
ki odsłania lub przynajmniej stara się odsłonić ową ta­
jemniczą granicę zmysłowego i duchowego. Ma moc
odsłaniania, skrytego za woalem codzienności, niezwy­
kłego wymiaru rzeczy. Sztuka pozbawiona wymiaru du­
chowego to w perspektywie przyjętej przez Juszczaka
jawny przykład kwadratury koła. Tak pomyślaną sztukę
można by nazwać religijną, gdyby nie mylące (konfesyj­
ne najczęściej), rutynowe skojarzenia związane z tym
przymiotnikiem. Religijną, bo tak jak religia obejmuje
sens całości doświadczenia i stara się nieustannie po­
dążać za niezgłębialnym, penetrować wciąż umykający
horyzont tajemnicy.
To właśnie w tym punkcie sztuka jawnie bierze roz­
brat z kulturą. Kultura, utrzymuje Juszczak, jest obsza­
rem tego, co nazwane, znane, jest domeną tego, co po­
znawczo oswojone. „Zdawało mi się kiedyś, że nazwy:
«kultura», i «cywilizacja» oznaczają dwie różne dziedzi­
ny. Teraz coraz mniej jestem tego pewien. A na pewno
jestem przekonany, ze sztuka odleglejsza jest od kultu­
ry niż kultura od cywilizacji, nawet jeśli między dwiema
ostatnimi da się wskazać jakieś różnice. W pewnym
momencie, nie tak dawno, dało o sobie znać «semantyczne drżenie» u samych podstaw terminu «kultura».
Zewnętrznym tego sygnałem okazała się konieczność
dopowiedzenia, doprecyzowania tego słowa. Zaczęło
się dość powszechnie (a nawet w trybie naukowo-administracyjnym) mówić o «kulturze duchowej» i «kulturze materialnej®. Spróbujmy dokonać takiej samej
operacji na słowie «sztuka», 3 przekonamy się o istot­
nej między nimi różnicy. (...) Upór, z jakim powtarzam,
że należy oddzielić sztukę od kułtury, spowodowany
jest także względami zupełnie doraźnymi. Współczesna
historia sztuki, a jeszcze bardziej krytyka artystyczna,
zdaje się bowiem zapominać o tym, co istotnie stanowi

jej «przedmiot». Coraz bardziej zacierają się i są zacie­
rane różnice między tym, co artystyczne i paraartystyczne. Pojęcie «ikonosfery» nie tyle przyczyniło się do
tego zamieszania, co stało się widocznym znakiem jego
istnienia - i zgody na nie. Sztukę włączono w obszar
«widzialnych artefaktów®, w którym, jeśli się nawet
chciało uwzględnić jakiś hierarchiczny porządek, nie
sposób go było na dłuższą metę utrzymać".
Juszczak kontestuje „kulturowe" podejście do rze­
czywistości sztuki, nie tylko po to, aby utrzymać jakieś
elementarne dystynkcje między tym, co jest sztuką,
a tym, co zaledwie sztukę pozoruje, by wprowadzić ja­
kiś ład pojęciowy w świecie rozchwianych kryteriów
i doraźnych, czynionych na podstawie drugorzędnych
cech, nobilitacji „przedmiotów" sztuki. Zwraca uwagę
na często co prawda podkreślany fakt dyktatu myśle­
nia naukowo-technicznego we współczesności, ale
i wyprowadza z tego faktu wnioski dla „kultury"
i „sztuki", dla bliższego określenia relacji między nimi.
Akcentuje, że to, co nazywać zwykliśmy „duchowym"
aspektem kultury, zbudowane jest „na podstawach na­
uk i ogarnia sobą wszelkie dziedziny wiedzy oraz bar­
dziej stechnicyzowane metody poznania. (...) To, co
nazwałem degradacją sensu, polega na uzależnieniu
takich zjawisk i wytworów [zjawisk przypominających
zewnętrznie sztukę - DC] od bezpośredniego dyktatu
techniki, użytkowości, konsumpcji; tych funkcjonal­
nych celów, które dominują w sferze „środków maso­
wego przekazu". Degradacja ta polega, dalej, na re­
dukcji rzeczywistości do sfery ludzkich wytworów
i pragmatycznych celów. Polega wreszcie na redukcji
tejże rzeczywistości do tego, co może być naukowo lub
przy użyciu analogicznych do naukowych metod po­
znane i wykorzystane".
9

10

Uwagi Juszczaka, warto może to podkreślić, nie są
jakimś histerycznym (i w dodatku mocno spóźnionym)
atakiem na stechnicyzowaną współczesność, nie są
podszyte wizją retrospektywnej utopii w duchu rousseańskim. W rozgraniczeniu „kultury" i „sztuki" chodzi
mu, jak rozumiem, przede wszystkim o utrzymanie
w mocy wspomnianej autonomicznej jakości sztuki, ja­
kości niesprowadzalnej do żadnej innej dziedziny ludz­
kiej twórczości. W kulturze bowiem nie ma miejsca na
tajemnicę, z kolei w sztuce tajemnica jest celem twór­
czego działania. Kultura oferuje nam produkty godzące
nas z rzeczywistością, tworzące tak pożądany kokon
komfortu i bezpieczeństwa, sztuka zaś to taki rodzaj po­
znania, który stawia nas za każdym razem wobec nie­
poznawalnego. Tymczasem świat współczesny, zorgani­
zowany na podstawie modelu naukowego, dostarczając
owych analgetyków w nadmiarze, z punktu uchyla ja­
kiekolwiek pytania o tajemnicę, o to, co niepoznawal­
ne, co wymyka się dyskursywnemu nazwaniu.
Propozycja Juszczaka, zdaję sobie sprawę, wyda się
wielu zbyt radykalna i nie do przyjęcia. Jest tu zapew­
ne z czym dyskutować. W tym miejscu jednak wątpli­
wości traktuję na korzyść oskarżonego. Nie wchodzę

�Daiun Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

w meritum ewentualnego sporu. Jego koncept przywo­
łuję tu przede wszystkim z jednego powodu: pokazuje
on, mianowicie, że można myśleć o ważnym polu ludz­
kiej aktywności - sztuce - nie w obrębie „kultury", ale
dokładnie poza jej obszarem. Ze do myślenia o sztuce,
o tym, co w niej najgłębsze, „kultura" nie jest koniecz­
nie potrzebna. Jest tak dlatego, ponieważ rozpo­
wszechnione ujęcia „kultury", o słabo - jak zaznacza
Juszczak — uświadamianej pozytywistycznej prowe­
niencji (tu świetnym przykładem może być „kultura
symboliczna" Cassirera), nie uwzględniają szczególnej
ontologii dzieła sztuki. Nie uwzględniają również, co
z metodologicznego punktu widzenia jeszcze ważniej­
sze, że uprzedmiotawiający, obiektywizujący język opi­
su, który tak dobrze przystaje do analizy fenomenów
kulturowych, załamuje się w zetknięciu z dziełem sztu­
ki, odsłania swoją nieadekwatność i w gruncie rzeczy
bezradność.

A obraz zszedł z obrazu i usiadł przy stole,
A listonosz nie przyszedł i r e n t y nie przyniósł.
N a s t ę p n e g o d n i a także listonosz nie przyszedł.
H e n r y k K w i a t e k co chwilę d o swych d r z w i podchodził.
M i n ą ł tydzień czekania - listonosz nie przyszedł.
H e n r y k K w i a t e k d o gościa z obrazu powiedział:
- Ja dotychczas nie c h c i a ł e m niczego o d ciebie.
W i e m doskonale, że ty możesz w i e l e .
Ja d o tej pory niczego o d ciebie nie c h c i a ł e m ,
więc teraz o pożyczkę c h c i a ł b y m cię poprosić.
Henryk Kwiatek...
Święty gość długo milczał i patrzył świętymi
O c z a m i na H e n r y k a - H e n r y k K w i a t e k z n o w u
Poprosił o pożyczkę. A gość palec uniósł,
popatrzył na H e n r y k a i powiedział:
- MIŁOŚĆ...

Sytuacja przypomina tę opisaną powyżej. Tak jak
semiotyczna koncepcja kultury zamyka z definicji pe­
wien obszar rzeczywistości, uniemożliwia postawienie
pytań o egzystencjalny i metafizyczny sens rzeczywisto­
ści, bo wszystko zaczyna się i kończy na „tekstach kul­
tury", tak i tutaj „kultura" okazuje się domeną jedynie
ludzkich wytworów, a przez tę właśnie zasłonę kulturo­
wych konstruktów sztuka (podobnie jak i religia) pra­
gnie się przebić. I w jednym, i w drugim przypadku ka­
tegoria „kultury" pełni rolę filtra, który - by przywołać
poręczną metaforę z akustyki - skutecznie obcina pew­
ne istotne pasma doświadczanej i przeżywanej rzeczy­
wistości. Eliminuje z refleksji antropologicznej i unie­
ważnia tajemnicę jako tajemnicę właśnie.

Teraz k a m e r a opuszcza mieszkanie
I widać b l o k o w i s k o przeraźliwie czarne
I widać czarne niebo - i na niebie c z a r n y m
WIELKIE I B L A D E PRZERAŹLIWIE SERCE""

Spróbujmy na moment założyć - rzecz z punktu wi­
dzenia reguł literaturoznawczej intrepretacji skandalicz­
na - realność fikcji, p r a w d z i w o ś ć opisanej tu hi­
storii życiowej. Potraktujmy ów precyzyjnie zrobiony
wiersz, operujący świadomie sprozaizowanym językiem
reporterskiej (także i filmowej) narracji, jak opowieść
„z życia wziętą". Dla podparcia tego jawnie antymetodologicznego procederu, dodać tu można, że historia ta ma
swoje wcale liczne odpowiedniki w niezwykłym filmie
Marcela Łozińskiego „Wszystko może się przytrafić".
W tym arcydziele polskiego dokumentu, sześcioletni syn
reżysera, jeżdżąc na hulajnodze po warszawskich Łazien­
kach „przepytuje z życia" takich właśnie jak u Świetlic kiego bohaterów. A może raczej: antybohaterów, ludzi
bez wielkich dokonań, bez biografii obfitujących
w chwalebne czyny, najczęściej samotnych i wyrzuco­
nych na margines życia, ludzi z bocznego toru wielkiej
historii, ludzi - chciałoby się powiedzieć - bez właściwo­
ści, gdyby za tym słowem nie stała jednoznacznie nega­
tywna kwalifikacja. Wszyscy oni mają (mieli?, większość
z nich to ludzie w podeszłym wieku) nie jakieś, ale naj­
głębiej własne i niepodobne do innych życie. I wszyscy
dzielą się z chłopcem i z nami, widzami tej opowieści,
szczegółami swojej zwyczajnej egzystencji. Pobudzeni py­
taniami dziecka, jakby na podobieństwo uwag Łotmana,
odwijają przed nami film swojego życia, wywołują jego
znaczące kadry. Łozińskiemu udała się rzecz rzadka.
W zderzeniu życia wchodzącego w świat i życia schodzą­
cego z „tego świata", w postawieniu bohaterów wobec
perspektywy ostatecznej, okazało się, że zwykłe, zwyczaj­
ne, banalne skrawki życia nabierają nieledwie epiranicznej gęstości. Zwykłość egzystencji okazała się jedynie
maską dla ukrytej niepojętości i niezgłębialności życia.

Kartka z żywotów nieświętych
Prowokacji nigdy za mało. Przyjrzyjmy się teraz
fragmentowi pewnego współczesnego zwyczajnego ży­
wota. Spójrzmy nieuprzedzonym okiem na ten poetyc­
ki zapis codzienności.
„Henryk Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
To był j e d y n y facet, z którym mógł t o robić.
W r a c a ł d o d o m u - zaparzał h e r b a t ę ,
A w t e d y święty obraz doń z obrazu schodził.
I r o z m a w i a l i . H e n r y k K w i a t e k mówił
o wszystkim, co m u się zdarzyło tego d n i a a święty
milczał i świętymi oczami na H e n r y k a patrzył.
H e n r y k Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
B o z k i m się miał przyjaźnić? N o przecież nie z księdzem,
C o raz do r o k u po kolędzie chodził.
Bo z k i m się miał przyjaźnić? Przecież nie z listonoszem,
co raz na miesiąc m u r e n t ę przynosił.
Henryk Kwiatek...
H e n r y k Kwiatek przyjaźni! się z gościem ze świętego obrazu.
Któregoś d n i a wrócił z miasta - zaparzył h e r b a t ę .

10

�Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

Co antropolog k u l t u r y ma do powiedzenia
o przytoczonym przed chwilą jednym ledwie fragmen­
cie zwyczajnej egzystencji? Co potrafi powiedzieć o tej,
zamkniętej w trzech obrazach, historii przeraźliwej sa­
motności i głodu rozmowy z niewidzialnym, historii
nadziei i rozpaczy, historii zamkniętej na głucho świę­
tości (bo chyba nie jest to wiersz o kłopotach poczty
z doręczaniem renty) ? Co antropolog kultury, ze swo­
imi kodami, systemami znaczącymi, kanałami infor­
macji itp. ma o tej historii do powiedzenia? Co może
zrobić z tą tragiczną i (zakładamy dalej) prawdziwą h i ­
storią pojedynczego życia? W końcu, było nie było,
„antropologia" ma w swym rdzeniu anthropos, człowie­
ka, a kto powiedział, że ma to być człowiek uogólnio­
ny, przedstawiciel jakiejś grupy społecznej, reprezen­
tant jakiejś zbiorowości, a nie człowiek z własną histo­
rią, własną biografią, własnym, osobnym i niepowta­
rzalnym jak linie papilarne, wzorem egzystencji. Chcę
być dobrze rozumiany: nie idzie mi tu o żadną solidar­
ność w cierpieniu, o jakiekolwiek etyczne powinności
antropologa (choć tych pewnie nigdy za dużo), o ża­
den sentymentalizm uczuciowy. Kwestię stawiam wy­
łącznie na poziomie metodologicznym: chodzi mi o to,
co może on - jako badacz zajmujący się rozumieniem
spraw ludzkich i mający w zanadrzu dobrze sprawdzo­
ne narzędzia opisu - zrobić z t у m właśnie życiem? Na
ile kategorie, z którymi dziarsko wyrusza w świat, są tu
w ogóle przydatne? Biegli w sztuce dzielenia znaków
na naturalne i arbitralne, w odróżnianiu znaczącego
od znaczonego, w dodawaniu do „kultury" różnicują­
cych ją przymiotników, co możemy powiedzieć
o t у m życiu, tak prostym i tak nagim w swojej prze­
zroczystej, zdawałoby się, zwyczajności, a tak umykają­
cym przed schwytaniem go w jednoznaczne formuły
logiczne i semantyczne?
Widać przecież wyraźnie, że potraktowanie nasze­
go modelowego Henryka Kwiatka po prostu jako sta­
tystycznego przypadku zwyczajnie zabija, excusez le
mot, przedmiot naszego badania. Widać nie mniej wy­
raźnie, że zastosowanie wobec tego „przypadku" trady­
cyjnej, z „kulturą" związanej aparatury pojęciowej mi­
ja się z celem. Czujemy jak odległe i toporne są narzę­
dzia analityczne wobec tej zwyczajnie nie-zwyczajnej
egzystencji. Rozumiemy, że opowiedziane tu fragmen­
tarycznie życie, to, co w nim najciekawsze i najbardziej
tajemnicze, nie odsłoni się w ten sposób przed nami.
Prowadzi to do konstatacji bolesnej, ale prawdziwej,
że, krótko mówiąc, antropolog к u 1 t u г у na temat
powyższej historii i jej podobnych ma do powiedzenia
niewiele bądź zgoła nic. Albo inaczej: że wszystko to,
co ewentualnie miałby do powiedzenia, będzie zawsze
p o n i ż e j historii tu przedstawionej, że życie skutecz­
nie opiera się przed zakusami próbujących roztajemniczyć go kulturowo badaczy.
Trzeba przy tym powiedzieć wyraźnie: w zarysowa­
nym tu lapidarnie i grubą kreską sprzeciwie wobec
„kultury" nie chodzi o żadne dramatyczne ruchy, o ja­

kąkolwiek nazewniczą rewolucję. Byłaby to w istocie
operacja samobójcza (spróbujmy wyobrazić sobie tekst
antropologiczny całkowicie obywający się bez pojęcia
kultury). Nie idzie o to, by niczemu niewinne dziecko
wylać razem z kąpielą. Zależało mi na czym innym: na
pokazaniu, jak ograniczona jest to wizja świata ludz­
kiego i jak mocno funkcjonuje w naszym myśleniu; jak
ciągnie za sobą ogon nieprzezwyciężonych do dzisiaj
- wbrew głośnym deklaracjom - przesądzeń i dyrektyw
poznawczych paradygmatu pozytywistycznego; jak
w dalszym ciągu daje prymat metodzie przed prawdą,
jak dystansuje się od dialogicznej formuły rozumienia,
jak dalece lęka się wszystkiego, co wymyka się dyskur­
sy wnemu poznaniu.
12

Z ciemności w ciemność
Dobrze więc: jeśli nie „kultura", to co? Wprowadź­
my zatem do zatęchłego antropologicznego słownika
(akulturacja, obyczaj, zmiana kulturowa...) nieco przy­
kurzone, co nie znaczy: martwe, pojęcie „życia". „Ży­
cia" w całej jego prostocie i . . . skomplikowaniu. Trzeba
będzie powrócić tym samym do elementarnej charak­
terystyki tego terminu, tak jak pojawia się ona w pi­
smach filozoficznych Wilhelma Diltheya, najważniej­
szego z przedstawicieli tzw. filozofii życia przełomu XIX
i XX stulecia. Z Diltheyem jest ciekawa sprawa. Wspo­
mina się zawsze jego nazwisko, ilekroć mowa o odle­
głym sporze o odrębny status poznawczy humanistyki
czy dyskusjach o naturze interpretacji, ale w zasadzie
traktuje się jego pomysły niemal wyłącznie jako etap
(przezwyciężony) w historii filozofii. Docenia się jego
wpływ na późniejsze wielkości (Husserl, Heidegger),
ale jego filozofia życia traktowana jest jako szacowny,
ale jednak zabytek w dziejach pojęć filozoficznych.
W pracach antropologicznych, nieufnych wobec kon­
ceptów filozoficznych, jako żywa inspiracja metodolo­
giczna pojawia się rzadko. ' Tymczasem wydaje się, że
pojęcie „życia", ma w dalszym ciągu intrygującą moc
oddziaływania. Obejmując treści bardziej podstawo­
we i daleko szersze niż pojęcie „kultury", rejestruje bo­
wiem i uwzględnia nie tylko poznawalne, ale także
niedyskursywne i semantycznie ciemne, niedookreślo­
ne sfery rzeczywistości, może być dla niego interesują­
cą przeciwwagą.
1

14

Przypomnijmy: dla Diltheya polemizującego z róż­
nymi odmianami filozofii świadomości to właśnie „ży­
cie" stanowiło fundamentalną i nieredukowalną pod­
stawę namysłu nad człowiekiem. Pojęcie „życia" skie­
rowane było przeciwko wszelkim uroszczeniom rozu­
mu abstrakcyjnego, przeciwko wszelkim konstrukcjom
teoretycznym, niemającym umocowania w empirii.
W miejsce świadomości pojawia się u niego życie jako
pierwsza, podstawowa struktura znacząca, jako sposób
bycia człowieka. Nie przypadkiem Heidegger będzie
podkreślał swój dług wobec Diltheya (czy heiedegge-

�Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC

rawskie Dasein jest powtórzeniem, czy rozwinięciem
diltheyowskiego „życia" w innym języku pojęciowym,
to osobny problem). Dilthey wielokrotnie utrzymywał,
że wszystkie pojęcia, którymi próbujemy opisywać i i n ­
terpretować zachowania człowieka, właśnie z życia się
wywodzą, że innymi słowy: „życie poznaje życie" (czyż­
by prasformułowanie tezy o poznawaniu „kultury przez
kulturę"/). I jest to sytuacja trwała. Poza życie, jako
pierwotne datum, nie można wyjść, z niego pochodzą
kategorie, które stać się mogą narzędziami jego opisu.
Pojęcie życia wprowadza Dilthey z całą towarzyszącą
mu dwuznacznością. Jest bowiem życie przedmiotem,
ale i podmiotem poznania. Kategorie życia nie są jedy­
nie formami pozwalającymi okiełznać chaos doświad­
czenia, ale równocześnie sposobami, w jakich życie się
uzewnętrznia.

w stanie go transcendować, przeciwnie: zawsze jest je­
go ekspresją. Dilthey pokazywał będzie i przekonująco
dowodził, jak wątłe i kruche są nasze narzędzia po­
znawcze, jak niezdarnie próbują wyjść poza „przyro­
dzone" im ograniczenia. Żyjemy otoczeni ścianami,
powtarzał, i poza nie nie sposób wyjść. Toteż lektura
życia, czytanie w jego znakach nie ma, bo mieć nie
może, ostatecznego końca. Zycie musi być wciąż na
nowo wypowiadane. Jakże dalekie to od późniejszego
optymizmu poznawczego w humanistyce, która w i ­
działa swoją szansę wyjścia z kryzysu epistemologicznego w przyjęciu modelu dostarczonego przez przyro­
doznawstwo.
Zasługą Diltheya jest wydobycie na jaw całego dy­
namizmu, pulsowania, zmienności kategorii życia, jego
dziejowości. Wnikliwa komentatorka diltheyowskiej
filozofii, zauważa, że utożsamienie życia z dziejowością
jako przestrzenią pojawiania się znaczeń pozwala mó­
wić o logosie życia, o trwałej jego dyspozycji do wydo­
bywania z siebie struktur, na podstawie których może
być rozumiane. „ L o g o s ż y c i a jest więc dziejowym
procesem, w trakcie którego dochodzi do głosu zna­
czenie życia i kształtują się jego struktury; dopiero ja­
ko dziejowe, czyli podlegające dynamice ekspresji, ży­
cie jest poznawalne. Proces ten nie czyni go jednak
całkowicie przejrzystym i nie jest w stanie usunąć irra­
cjonalnej reszty; jako niosące nowość, otwarte ku
przyszłości - życie pozostaje niezgłębialne". Ów logos
życia jest więc kategorią paradoksalną. Wskazuje, że
życie może być rozumiane, poznawalne, ale tylko do
pewnego stopnia. Pojawianie się znaczeń, nadawanie
kształtu przepływającemu, dynamicznemu strumienio­
wi życia to jeden aspekt zjawiska. Drugim jest nieod­
łączne od jego „jasnej" części, ciemne tło, jak i otwar­
tość biorąca się z jego „wychylenia" w przyszłość.
W jednym z bardziej przejmujących fragmentów swo­
jego dzieła odnotowuje Dilthey: „W obu kierunkach
życie niknie w ciemności. W ciemności tonie jego po­
czątek, ciemność spowija jego koniec. Ciemność ta ro­
dzi w nas obawy, nadzieje, najrozmaitsze afekty. Pod
ich wpływem powstaje wiara, poezja i metafizyka... To
z ciemności wybiegające i w ciemność biegnące życie
chciałby człowiek wpisać w jakiś układ, w którym ży­
cie stałoby się dlań pojmowalnym". Nawet w auto­
biografii, którą uznawał on za najbardziej instruktywną formę, jaką przybiera rozumienie życia, dostrzega
momenty niepoddające się analitycznemu rozbiorowi:
„Autobiografia jest objaśnieniem życia w jego tajemni­
czym splocie przypadku, losu i charakteru. Gdziekol­
wiek spojrzymy, tam nasza świadomość próbuje uporać
się z życiem. Nasze losy, jak również nasza istota, na­
pełniają nas cierpieniem i zmuszają, byśmy się z nimi
rozumiejąco pogodzili. Przeszłość tajemniczo nęci, by­
śmy poznali nici znaczenia jej momentów. Jej eksplika­
cja pozostaje jednak niezadowalająca. Nigdy nie upo­
ramy się z tym, co nazywamy przypadkiem: zdarzenia,
które jako wspaniałe czy jako straszliwe stały się zna-

Czym jest dokładniej owo „życie", jak je rozumieć?
Niewątpliwie jest czymś innym niż fenomen czysto
biologiczny, i to bodaj jedyna rzecz, o której można
powiedzieć bez żadnych dwuznaczności. Dilthey dookreślał je wielokrotnie, oddawał jego znaczenie
w wielu terminach i określeniach metaforycznych.
Bez wątpienia jego eksplikacja tego pojęcia daleka
jest od tak miłej sercu uczonego jednoznaczności.
Chciałoby się powiedzieć, że jest równie bogata i wie­
loznaczna (co dla wielu znaczy po prostu: mętna i po­
krętna) jak... samo życie. W jednej z jego opisowych
charakterystyk, zwraca Dilthey uwagę przede wszyst­
kim właśnie na to, jak wymyka się ono jednoznacz­
nym określeniom, jak oscyluje na granicy między
oczywistością i esencjalną niepojętością: „Słowo życie
oznacza coś każdemu z nas najlepiej znanego, rzeczy­
wistość najintymniejszą, ale równocześnie i najciem­
niejszą, ba, zupełnie niemożliwą do zbadania. Czym
jest życie - zagadka to nie do rozwiązania. Wszelki na­
mysł, wszelkie myślenie i badanie wyrasta z tak nie­
zbadanej rzeczywistości. Korzenie wszelkiego pozna­
wania tkwią w tym niepoznawalnym w swej pełni ży­
ciu. Można opisywać życie. Można uwydatniać jego
poszczególne cechy charakterystyczne. Można śledzić
w tej wzburzonej melodii jej jak gdyby rytm i akcent.
Ale nie można rozebrać życia na czynniki. Zycie jest
nieanalizowalne. Żadna formuła, żadne wyjaśnienie
nie jest w stanie wyrazić, czym jest życie. Pojawiając
się w życiu i istniejąc w układzie życia, myślenie bo­
wiem nie może nawrócić poza życie. Zycie pozostaje
dla myślenia niedocieczonym jako dana, do której
ono samo należy, poza którą zatem nie może ono na­
wrócić. Myślenie nie może nawrócić poza życie, po­
nieważ jest jego wyrazem. Najważniejsze pojęcia,
z pomocą których pojmujemy świat, są kategoriami
życia. Jakimże sposobem moglibyśmy z pomocą pojęć,
wyodrębnionych i poprzez abstrakcję oczyszczonych
z życia, wyjść poza życie".
15

17

18

16

Nie można adekwatnie wypowiedzieć życia, bo my­
ślenie analityczne, które próbuje ten cel osiągnąć, nie
może oderwać się od obiektu swojego opisu, nie jest
12

�Daiusz. Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSĆ

czącymi dla naszego życia, zawsze zdają się wkraczać
przez bramy przypadku".
To ciekawe, u Łotmana przypadek jest jedynie sy­
gnałem otwartości systemu znakowego, czymś nie­
przewidywalnym, ale dającym się w dużym stopniu ex
post zrekonstruować i wytłumaczyć; u Diltheya przy­
padek jest emanacją niewytłumaczalnego, jest każdo­
razowo zwiastunem tajemnicy.
Poznanie żywego, pulsującego życia, życia z jego
niedającą się precyzyjnie wykreślić trajektorią przy­
padków, zawsze będzie naznaczone skazą nieadekwatości. Analiza życia skazana jest tedy na niedopowie­
dzenie, a w ostateczności niewy-powiedzenie. Inter­
pretacje życia zawsze zawierać będą w sobie ową, nie­
usuwalną „ślepą plamkę" poznania. Ale nie jest to
okoliczność epistemologicznie frustrująca. Nie jest to
świadectwo bezradności poznawczej, ale konsekwen­
cja źródłowej, pierwotnej, nieprzekraczalnej ontologii
życia. To po prostu uznanie twardej konieczności, któ­
ra wynika z przekonania, że każde „pozytywne" rozwią­
zanie zagadki życia staje się kolejnym pytaniem, na
które trzeba dać odpowiedź. Przyjmuje ono naturę ho­
ryzontu, który - mimo naszych prób schwytania go wciąż będzie rysował się przed nami. Doskonalenie
i wysubtelnianie naszych narzędzi poznawczych nicze­
go w tej sytuacji nie zmieni. Zycie pozostanie nieod­
gadniona i nieodgadywalną z natury rzeczy zagadką.
Jeszcze raz Dilthey: „życie zawsze pozostaje dla nas za­
gadką, przeto i uniwersum musi pozostać dla nas za­
gadkowym. Gdybyśmy mogli analizować życie, wyja­
śniłaby się nam tajemnica świata". Warto podkreślić
wagę tego równania: życie = świat. Pytanie o życie,
o to, jak się jawi, nie jest zatem jakimś pytaniem, jed­
nym z wielu, pytaniem, które dotyczyłoby pewnego
wydzielonego obszaru doświadczenia. Dilthey wyraź­
nie mówi, że w pytaniu o życie wybłyska niejasno ta­
jemniczy sens Całości.
19

20

Zycie i opowieść
Nieżywiąc nadziei na złamanie szyfru świata, chce­
my jednak jakoś zrozumieć życie. Jak je myślowo
okiełznać, jak - mimo dojmującej świadomości ułom­
ności naszych narzędzi poznawczych - schwytać je
w porządkujące schematy poznawcze? Jedną z ciekaw­
szych propozycji w tym względzie wydaje się koncepcja
tożsamości narracyjnej Paula Ricoeura. Również i tu,
podobnie jak w analityce egzystencjalnej Dasein Hei­
deggera, słychać pogłos biograficznej i autobiograficz­
nej lekcji Diltheya.
Ricoeur wychodzi w swoim rozumowaniu od za­
kwestionowania zdroworozsądkowego przekonania
o fundamentalnej i nieprzekraczalnej odmienności ży­
cia i opowieści. W potocznym rozumieniu życie jest
przeżywane, historie zaś opowiadane. Zycie naznaczo­
ne jest stemplem prawdy, „czymś, co zdarzyło się na­
prawdę"; opowieści, z definicji, są produktem wyobraź­
13

ni, są nie-realne, mają status fikcji. Zdaje się jak gdyby
życie od fikcji oddzielała przepaść nie do pokonania.
Konstruując narracyjną koncepcję podmiotu, Ricoeur
stara się przerzucić nad nimi pomost, wskazać możliwe
łączniki, które mogłyby te dwie jakości ze sobą związać,
tak jednak, by nie zatraciły one swojej odmienności.
Opowieść fikcyjna prowadzi do życia z prostego po­
wodu. Otóż, proces budowania, komponowania opo­
wieści nigdy nie jest dopełniony w tekście, ale każdo­
razowo dopełnia się po stronie czytelnika. Za sprawą
opowieści dochodzi do refiguracji życia. Inaczej mó­
wiąc: sens opowieści pojawia się na przecięciu świata
tekstu i świata czytelnika. A k t lektury jest nie tylko
twórczy, ale staje się momentem krytycznym w proce­
sie przekształcania doświadczenia czytelnika przez
opowieść. Ricoeur podkreśla tu szczególnie potencjal­
ną otwartość tekstu fikcjonalnego: „Mówiąc o świecie
tekstu, akcentujemy charakterystyczną dla każdego
dzieła literackiego zdolność otwierania horyzontu
możliwego doświadczenia - jakby rzutowania przed
siebie świata, w którym dałoby się żyć. Tekst nie jest
czymś w sobie zamkniętym. Jest projekcją nowego universum, różnego od tego, w którym przywykliśmy żyć.
Przyswoić sobie tekst w trakcie lektury to wejść w ob­
ręb horyzontu świata otwartego przez tekst - świata,
w którym mieszczą się działania, charaktery i wydarze­
nia opowiadanej historii. W rezultacie czytelnik od­
krywa, że przynależy jednocześnie do dwóch światów:
tego, w którym rozwija rzeczywistą działalność, oraz
tego, którego doświadcza mocą wyobraźni".
21

Z hermeneutycznego punktu widzenia tekst jest
czymś więcej niż autoreferencyjnym układem znaków,
tak jak chcieli to widzieć strukturaliści. Dzieło literac­
kie obejmuje trzy wymiary: referencyjność, komunikowalność i samorozumienie. Pierwszy wymiar odnosi się
do pośrednictwa między człowiekiem i światem, drugi
pośredniczy między człowiekiem i drugim człowie­
kiem, trzeci - odnosi się do pośrednictwa między człowiekim i nim samym. W tym ostatnim przypadku akt
lektury staje się twórczym narzędziem samorefleksji.
Czytanie, powiada Ricoeur, jest samo w sobie pewnym
sposobem życia w świecie fikcji, który dla czytającego
zostaje otwarty przez dzieło. A zatem historie są nie
tylko powtórnie opowiadane, ale także przeżywane i tu
otwiera się już możliwość ich wzajemnej interferencji.
Szczególną rolę przyznaje Ricoeur właściwości
ludzkiej egzystencji, którą nazywa prenarracyjną zdol­
nością przypisaną samemu życiu. Mówiąc najprościej,
chodzi tu o to, że życia nie da się zinterpretować sen­
sownie dotąd, dokąd będzie się je pojmować wyłącznie
w kategoriach biologicznych. Jest w samym życiu coś,
co domaga się interpretacji. Zycie chce być opowie­
dziane, chce być schwytane w narracyjny schemat.
Doświadczenie życia zawiera w sobie wymóg rozjaśnia­
jącej je opowieści. Prenarracyjną jakość ludzkiego do­
świadczenia pozwala mówić o życiu „jako pewnej hi­
storii w stadium narodzin, lub jako d z i a ł a n i u

�Daiusz Czaja * ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

i d o z n a w a n i u d o m a g a j ą c y m się o p o w i e d z e n a .
Zrozumienie działania nie sprowadza się do znajomo­
ści siatki pojęciowej, w którą bywa ujmowane. Na mo­
cy swego symbolicznego zapośredniczenia, zrozumie­
nie to sięga aż do rozpoznania czasowych właściwości
działania, które przywołuje opowieść. To nie przypad­
kiem, ani nie przez pomyłkę potocznie mówimy, że
przydarzyła się nam jakaś historia lub że jakaś historia
schwyciła nas w pułapkę, lub po prostu mówimy o hi­
storii życia."

że fikcja, w szczególności opowieść fikcyjna, jest nieredukowalnym obszarem s a m o r o z u m i e n i a . Jeśli jest
prawdą, że fikcja wypełnia się sensem tylko w życiu,
a życie może być rozumiane tylko przez historie, które
o nim opowiadają, to życie p r z e m y ś l a n e - w zna­
czeniu, jakie zapożyczyliśmy od Sokratesa - jest ży­
ciem p o n o w n i e o p o w i e d z i a n y m . "
Niezależnie od wątpliwości, jakie można żywić wo­
bec narracyjnej koncepcji tożsamości, która w opo­
wieści widzi narzędzie samorozumienia, niezależnie od
tego, jak postrzegać będziemy rolę owych zdolności fabulacyjnych, cztery wnioski, jakie wyciągnąć można
z analiz Ricoeura, wydają się niepodważalne. Pierwszy:
ukazuje on tożsamość w jej aspekcie dynamicznym,
pokazuje - choć po analizach filozofii egzystencji rzecz
to nienowa - życie jako strukturę otwartą, niedo­
mkniętą, wciąż stającą się w drodze kolejnych opowie­
ści. Drugi: życie naprawdę ma strukturę narracjopodobną, nie jest to wynik rzutowania weń znanych nam
fabuł. Zycie oglądane z perspektywy narracyjnej two­
rzy gęsty, splątany wzór historii potencjalnych, histo­
rii, które oczekują na swojego narratora. Trzeci, kom­
plementarny: opowieści fikcyjne są szczególną maszy­
ną do unieruchamiania czasu. Pozwalają na wprowa­
dzenie do chaosu danych wyjściowych, do tej nieja­
snej epizodycznej magmy życiowego doświadczenia,
narracyjnego wzoru nadającego im ład i strukturę.
Prościej: wprowadzają sens w przemijający i przypad­
kowy zbiór faktów naszego życia. I czwarty: tak ścisłe
powiązanie życia i opowieści, opowieści i życia, tworzy
przekonujące i dobrze uzasadnione podstawy antropo­
logii narratywnej.
2 4

22

W tym miejscu może pojawić się wątpliwość, czy
nie jest tak, że wspomniane zapośredniczenie życia
przez opowieść nie prowadzi do błędnego kola. Skoro
bowiem rzutujemy na własne życie historie już usłysza­
ne, mogłoby się wydawać, że nie mamy dostępu do
„nagiego", żywego doświadczenia naszego życia, życia
z wpisaną weń wirtualną opowieścią, ale od razu po­
strzegamy je przez pryzmat opowieści już istniejących.
W odpowiedzi Ricoeur przywołuje sferę doświadcze­
nia codziennego, pytając retorycznie: „czyż nie jeste­
śmy skłonni postrzegać pewien łańcuch epizodów na­
szego życia jako coś w rodzaju ciągu h i s t o r i i jesz­
cze n i e o p o w i e d z i a n y c h , historii, które domagają
się opowiedzenia i które oferują punkty zaczepienia
dla możliwej narracji? Co więcej, czyż opowieści nie
są, na mocy definicji, historiami na nowo opowiedzia­
nymi? Wydaje się to oczywiste, kiedy mamy na myśli
opowiadanie o faktycznych historiach, które się zda­
rzyły. Ale czyżby pojęcie historii możliwej było nie do
przyjęcia?"

25

23

Dwa „z życia wzięte" pospolite przykłady uprawo­
mocniają taką supozycję: seans psychoanalityczny
i przewód sądowy. I w jednym, i w drugim przypadku,
splątanej serii rozmaitych epizodów trzeba nadać
(w miarę) spójną postać. W pierwszym przypadku psy­
choanalityk jest tym, który umożliwia pacjentowi wy­
ciągnięcie z rozlicznych faktów jego życia spójnej nar­
racji, nadaje im postać koherentnej opowieści, która
byłaby dla niego zrozumiała i do przyjęcia. Zakłada się
tym samym, że historia życia tkwiła już immanentnie
w głowie pacjenta, że wyrasta z historii jeszcze nie opo­
wiedzianej, stłumionej na rzecz tych opowieści, które
dostępne były jedynie na poziomie świadomym.
W przypadku drugim sędzia stara się poskładać w spój­
ną całość splątane wątki historii, w którą uwikłany
jest pozwany. Tu również praca interpretacyjna polega
na wyświetleniu i zebraniu w pewną całość życiowych
przypadków pozwanego, które tworzą z początku męt­
ny i niejednoznaczny obraz historii jeszcze nieopowiedzianej. Łączenie wszelkich znaczących poszlak jest
urzeczywistnieniem tej istniejącej dotąd in potentia
wirtualnej historii. Z chwilą tej rekonstrukcji z masy
poplątanych, często sprzecznych wątków, wyłania się
ich podmiot. Sędzia-narrator, przekształca więc to, co
się wydarzyło w przeszłości, jakąś niejasną prehistorię
pozwanego, w sensowną i logiczną opowieść. „Z tej
podwójnej analizy — podsumowuje Ricoeur — wynika,

14

Uwagi Ricoeura są dobrym preludium do ostatniej
już odsłony tych rozważań o życiu. O życiu, które chce
być opowiadane, a które nigdy do końca opowiedzia­
ne być nie może. O „życiu", które jest większe i bogat­
sze od „kultury", które przerasta kulturę. O życiu, któ­
re samo siebie transcenduje, które wciąż wymyka się
nazwaniu i wypowiedzeniu.

Zycie codzienne
przy Simon-Crubellier
Na początku był rysunek. W roku 1949 Saul Stein­
berg opublikował obrazek zatytułowany po prostu:
The Art of Living. Rysunek przedstawia kamienicę
z częściowo odsłoniętą fasadą. „Zerwanie" przedniej
ściany odsłania życie toczące się w kilku mieszkaniach,
prezentuje w obrazkach ową tytułową sztukę życia.
Zwyczajne, codzienne życie, rozpisane na kilka miesz­
kań i utrwalone w swojej jednoczesności. Niepowta­
rzalna kreska Steinberga szkicuje więc parter, a tu pa­
ni z panem przy stole, obok ktoś bierze prysznic, jesz­
cze obok pani z panem śpią, ale w osobnych łóżkach,
piętro wyżej pani robi na drutach, jeszcze jedno piętro
- a tam rodzina w salonie z dziećmi, pani z panem czy-

�Daimz Сща

• ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

�Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

Moretlet
SMAUTF SUTTON ORŁOWSKA

НОПОГС

Simpson

Jirdme

NETO
CRESPI

dziesiątki zrekonstruowanych retrospektywnie biogra­
fii, historii życia jej mieszkańców pomnożonych o dzie­
siątki innych, które „przy okazji" ich referowania się
pojawiają. Podobieństwo i - chciałoby się powiedzieć
- wręcz niewolnicze naśladownictwo obrazkowego
pierwowzoru polega i na tym, że obraz Pereca również
jest do bólu statyczny: „akcja" powieści została jak
gdyby unieruchomiona przez wskazówki zegara, umiej­
scowiona jest dokładnie 23 czerwca 1975 roku około
godziny ósmej wieczorem. Siedzimy więc zatrzymane
w kadrze zwielokrotnione życie mieszkańców jednego
domu. Brak tu jednej, rozwijającej się linearnie fabuły,
mamy za to dziesiątki różnorodnych, pozornie niezwiązanych ze sobą opowieści. Fragment goni frag­
ment. Okno z jednego pomieszczenia wyprowadza nas
do drugiego. Wędrujemy do piwnic, do kotłowni, do
służbówki i na strych. Wchodzimy do windy. Przemie­
rzamy halle i schody. Narracja, ruchem konika szacho­
wego (skomplikowany szachowy algorytm leży u pod­
staw konstrukcji powieści) przebiega z mieszkania do
mieszkania, pozwalając nam - na wzór zasłony zdartej
przez Steinberga - przyjrzeć się bliżej mieszkańcom tej
osobliwej kamienicy. Wedle autokomentarza Pereca
całość książki została pomyślana na podobieństwo do­
mu, którego mieszkania, łącząc się ze sobą, przypomi­
nają pojedyncze elementy, które tworzą skomplikowa­
ny wzór jakiejś układanki.

Troquet

PLASSAERT

HUTTING

GRATtOLET

Troyan

ALBIN

Fresnel

&amp; ROGERS

BRHDEL

Brodin-

VAlfcNE

Jerome

•Gratiolct
CI NOC

WINCKLER

Doktor M N T E V I L L E
Graliotet

Hourcade
REOL

Hiben
POULEROT

RORSCHASCH

Speiss

Echard

BERGER

Grifalconi

MARQUISEAUX

Danglars

Colomb

BARTLEBOOTH
FOUREAU

SCHODY
Appenzzelł
ALTAMONT

DE BEAUMONT

MOREAU
LOUVET
Claveau

Wejście
MARCIA

stróżówka

- antykwarial

NOCHERE

dla
służby

KOTŁOW­
PIW ( I C E

NIA

Massy
H A L L WEJŚCIOWY

MASZYNERIA
PIW U C E

WINDY

MARCIA

P

I

V

I'

I

С

E

K a m i e n i c a przy rue S i m o n C r u b e l l i e r 11. P l a n b u d y n k u
(kursywą zaznaczone są nazwiska d a w n y c h mieszkańców)

tają, dzieci krzątają się po podłodze... 1 tak dalej przez
cztery kondygnacje. Steinberg robi w istocie przekrój
poprzeczny przez budynek, dając w efekcie nieco­
dzienny portret wielorodzinny we wnętrzu.
Ten właśnie rysunek stał się inspiracją dla Georges'a
Pereca, autora jednej z najbardziej niezwykłych powie­
ści ubiegłego stulecia: Zycie. Instrukcja obsługi. Powie­
ści pisanej przez Pereca powoli, metodycznie, przez
prawie dziesięć lat. Powieści, o której Italo Calvino
powiedział (przepisuję ze skrzydełka polskiego wyda­
nia): „Myślę, że ta książka, wydana w Paryżu w roku
1978, jest ostatnim prawdziwym wydarzeniem w histo­
rii powieści". W rzeczy samej wielkie to dzieło. Naj­
pierw całkiem dosłownie: książka Pereca liczy około
700 stron, podzielona jest na 99 rozdziałów. Obejmu­
je przy tym kilkadziesiąt detalicznie opowiedzianych
historii, wprowadza na literacką scenę setki postaci
o różnej randze i znaczeniu, zawiera niezliczoną ilość
nazw własnych i tyleż samo przedmiotów różnego au­
toramentu. Całość poprzedza wstęp i kończy epilog.
Ale to nie wszystko: zamieszczony jest w niej również
plan budynku, indeks, kalendarium, „przypomnienie
niektórych opowieści zawartych w niniejszym dziele",
a także postscriptum. Projekt najwyraźniej pomyślany
jako swoista, literacka summa. Pomysł tej wielopiętro­
wej konstrukcji literackiej był tak genialny w swej pro­
stocie, jak rysunek Steinberga. Mianowicie, Perec
przedstawia i obrysowuje ze wszelkimi szczegółami
świat jednej kamienicy mieszczącej się przy me Simon-Crubellier nr 11 w Paryżu, świat obejmujący

Zanim zajrzymy wraz z Perekiem do wnętrza ka­
mienicy, odnotujmy, że pewne przesłanki koncepcji
powieści, jej głównych wątków i tematów, ba, sensu
uprawiania literatury, układania słów w sensowne
struktury, można wyśledzić bez trudu we wcześniejszej
twórczości Pereca. Ale także w jego biografii. Perec
trawiony był obsesją zapomnienia, zanikania pewnych
fragmentów rzeczywistości, toteż starał się zapisywać
wszystko, co związane z jego życiem. Jeśli „wszystko"
wydaje się słowem na wyrost, to warto wspomnieć
w tym miejscu kilka utworów, które nie pozwalają
wątpić w całościowy charakter jego zamysłu. W roku
1976 opublikowany został tekst zatytułowany: Próba
skatalogowania wszystkich płynnych i stałych pokarmów,
jakie pochłonąłem w ciągu roku 1974, i istotnie tytuł nie
kłamie, autor odnotowuje sumiennie, co w tym czasie
wypił i zjadł. Podobny, ewidencyjny charakter ma
tekst Notatki dotyczące przedmiotów, które znajdują się
na moim biurku. W książce Je me souviens z roku 1978,
zawierającej kiłkaset zdań opartych na jednym sche­
macie - „pamiętam, że..." — rzeczywiście stara się Pe­
rec zgodnie z tytułową zapowiedzią zdać sprawę z tego,
co zapamiętał z lat 1946-61, co ważne przy tym, pa­
mięć jego odnotowuje nie wielkie wydarzenia z pierw­
szych stron gazet, ale rzeczy, fakty, postacie, które oka­
zują się całkowicie zwykłe, banalne, należące bez resz­
ty do żywiołu nieefektownej codzienności. Jak sam
mówił, interesowało go odnotowywanie tych okru­
chów codzienności, którymi ludzie naprawdę żyli,
a które z rozmaitych powodów uległy zapomnieniu.

16

�Daiusz. Czaja • ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

W kilkustronicowym Approches de ąuoi? daje Perec
„teoretyczną" podbudowę takiego podejścia do rozu­
mienia życia. Twierdzi, że tym, co zwykle zostaje zapi­
sane, zapamiętane, jest to, co wystaje ponad przecięt­
ność, ponad banał codzienności: „A to, co naprawdę
zdarza się, to, czym żyjemy, reszta, cała ta reszta, gdzie
to jest? To, co przydarza się każdego dnia i każdego
dnia powraca, to, co banalne, codzienne, oczywiste,
powszednie, zwyczajne, podzwyczajne (1'infraordinaire),
cały ten niezauważalny zgiełk codzienności - jak zdać
sobie z tego sprawę, jak o to zapytać, jak to wszystko
opisać. (...) Być może trzeba w końcu zająć się odkry­
ciem naszej własnej antropologii: takiej, która opowie
o nas, która będzie szukać w nas tego, co od tak daw­
na łupimy u innych. Już nie egzotyka, ale to, co najgłę­
biej własne (I'endotique)".

samej «gry ze światem», która pozwala nadać mu sens.
Wymyślić świat to go zinterpretować, obdzierając z nie­
wiadomego. Użyczyć przedmiotom języka, odpamiętać
to, co zapomniane, ocalić przez zapis to, co pod-zwyczajne - to zakorzenić się w świecie zadomowionym
przez język. We wszystkich tych przypadkach pisaniem
Pereca rządzi lęk przed pustką, ten sam lęk, który kazał
mu drżeć przed pustą kartką papieru i zapisywać miej­
sca, w których spał".
Dziwnie to wszystko się splata: Dilthey mówiący
0 autobiografii jako najbardziej filozoficznej literaturze
1 o nie dającej się rozwiązać zagadce życia, Ricoeur kła­
dący nacisk na porządkującą, wyświetlającą znaczenie
życia rolę fikcji, ale i na jej tymczasowy, „stający się",
dynamiczny, charakter, Perec maniakalnie zapisujący
umykające życie, zagadujący pustkę świata sporządza­
niem dziwacznych rejestrów i pisaniem autobiografii...
27

7

26

Zapomnieniu ulega to, co naprawdę tworzy materię
naszego życia, jego, jak sądzimy, mało efektowny
miąższ. Cały wysiłek Pereca, te niekończące się wyli­
czanki niemal wszystkiego, co oko ludzkie jest w stanie
wziąć pod uwagę, brał się właśnie z pragnienia zapisa­
nia, utrwalenia tego ogromnego obszaru naszego praw­
dziwego życia. To była jego wersja antropologii codzien­
ności. Jeśli przypomnimy sobie kilka prac antropolo­
gicznych dotyczących podobnego obszaru - Ervinga
Goffmana Człowiek w teatrze życia codziennego, Michę la de Certau The Practice of Everyday Life czy Rocha
Sulimy Antropologie codzienności - widać wyraźnie ra­
dykalizm jego wizji codzienności, zwyczajnego życia.
Aktywność Pereca ograniczała się do opisu tego, co
niezauważane, pomijane milczeniem, co rutyna i przy­
zwyczajenie wyłącza z naszego pola widzenia. Powtórz­
my: opisu. Detaliczny, indeksowy, ewidencyjny, katalo­
gujący opis bez imperatywu systematyzującej analizy.
Próba maksymalnego przybliżenia się do żywej tkanki
życia. Pragnienie zapisu surowego życia, życia as itself.
Próba zbudowania jakiejś radykalnej postaci realizmu
obywającego się bez uprzednich założeń. Ale czy jest to
w ogóle możliwe, zważywszy że rzeczy i obiekty nie ska­
talogują się raczej same? Za daną „kolekcją" zawsze
ktoś (tu: Perec) stoi, ktoś, kto porządkuje rzeczywistość
według własnych preferencji, pragnień i obsesji.

Paradoks puzzla
Powróćmy zatem do Życia. Instrukcji obsługi. Do po­
wieści, która obok swej rangi literackiej jest dla mnie
jednym z najznakomitszych dzieł z antropologii życia.
Życia - nie kultury. To tu właśnie z rzadką wnikliwością
i konsekwencją sproblematyzowany zostaje tytułowy
rzeczownik „życie". To tu oglądamy je jak gdyby pod
zwielokrotniającym jego intensywność szkłem powięk­
szającym. Wiele mówi się ostatnio o związkach i wza­
jemnym przenikaniu literatury i antropologii. Nie mam
wątpliwości, że Perec napisał wielki - w każdym zna­
czeniu tego słowa - traktat antropologiczny. W tym
traktacie brak co prawda pojęciowych analiz, są nato­
miast liczne opowieści, zestawienia, rekonstrukcje
i przybliżenia, które ostatecznie składają się na solidną
antropologię z „życiem" jako spoiwem całości.
Nie ma oczywiście żadnej możliwości - ani chyba
sensu - by streścić tę książkę o ogromnej kubaturze, by
próbować zebrać w jakąś sensowną całość splątane ni­
ci pomieszczonych w niej biografii, historii, pobocz­
nych opowieści. Można wszakże wydestylować z niej
jeden z wątków, jak wolno sądzić, wątków głównych,
wskazać bohaterów, wokół których oplata się to, co
u Peteca najważniejsze. Tak się przy tym składa, że ów
wątek dobrze - kongenialnie wręcz - współbrzmi z po­
czynionymi tu wcześniej „życiowymi" uwagami.

Bez względu jednak na to, jak określać ów realizm,
jak oceniać jego rezultaty w stosunku do zamierzeń,
jedno wydaje się nie podlegać wątpliwości. Ten typ re­
alizmu jest próbą okiełznania chaosu świata i podobnie
jak fikcyjne opowieści Ricoeura zmierzają w gruncie
rzeczy w tym samym kierunku. Niezwykle trafnie wska­
zuje na tę cechę realizmu Pereca Michał P. Markowski,
uwydatniając przy tym niejasny na pierwszy rzut oka
związek prostego inwentarza z fikcją: „Realizm Pereca
nie jest jedynie rejestrowaniem faktów wyblakłym pi­
smem neutralnego obserwatora. Obejmuje on nie tyl­
ko surowe zapisy, lecz także - przede wszystkim - auto­
biografię i fikcję, gdyż w obydwu tych przypadkach pi­
sanie pozwala zapanować nad światem. Fikcja i neu­
tralny opis łączą się dlatego, że stanowią dwie strony tej

Spośród ogromnej liczby postaci przewijających się
przez strony Życia trzy zdają się mieć znaczenie naj­
istotniejsze: Percival Bartlebooth, angielski miliarder,
osobliwa postać, o jeszcze bardziej osobliwych zainte­
resowaniach, Gaspard Winckler, rzemieślnik parający
się stolarką, ale i innymi wyrafinowanymi zajęciami rę­
kodzielniczymi i Serge Valene, malarz, postać nieeksponowana w książce, ale odgrywająca w niej niepo­
ślednią rolę. Cała trójka to mieszkańcy kamienicy przy
Simon-Crubellier 11. Te trzy postaci połączone są przy
tym subtelną siecią powiązań i zależności. Przyjrzyjmy
się bliżej tym związkom.
17

�I
Daiusz Czaja * ŻYCIE C Z Y L I NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

dzić pięć albo sześć dni na miejscu. W ciągu dwóch
pierwszych dni spacerował brzegiem morza, obserwował
statki, gawędził z rybakami (o ile oczywiście byli w stanie
porozumieć się w jednym z pięciu znanych mu języków,
to znaczy po francusku, angielsku, hiszpańsku, arabsku
albo portugalsku), a niekiedy nawet wyruszał z nimi
w morze. Trzeciego dnia wybierał odpowiednie miejsce
i rysował kilka szkiców, po czym natychmiast darł je na
kawałki. W wigilię odjazdu malował marinę - zazwyczaj
późnym przedpołudniem, chyba że uwiecznić chciał ja­
kiś specjalny efekt: wschód albo zachód słońca, nadcho­
dzący sztorm, huragan, mżawkę, przypływ lub też odpływ
oceanu, przelot ptaków, wyjście kutrów w morze, przyby­
cie okrętu, kobiety piorące na brzegu bieliznę albo i in­
ne podobne tematy. Pracował niesłychanie szybko i ni­
gdy nie rozpoczynał od nowa. Ledwie podeschniętą
akwarelę odrywał z bloku marki Whatman i wręczał
Smautfowi. (...) Smautf otulał marinę delikatną bibułką,
wsuwał w półsztywną kopertę i zawijał w solidny papier
pakowy, a następnie obwiązywał ją sznurkiem i pieczęto­
wał lakiem. Jeszcze tego samego
wieczora, a najpóźniej - jeśli nie by­
ło na miejscu poczty - na drugi
dzień rano, Smautf ekspediował pa­
pier do: «Monsieur Gaspard Winckler, 11 me Simon-Crubellier, Paris
17France»".

Bartlebooth wraz ze swoim służącym Smautfem
przez dwadzieścia lat podróżował po świecie, oddając
się dość ekscentrycznemu, a z pragmatycznego punk­
tu widzenia całkowicie bezużytecznemu, o ile nie
wręcz absurdalnemu zajęciu. Oddajmy głos Perecowi:
„Bartlebooth zamierzał namalować pięćset mor­
skich pejzaży w pięciuset rozmaitych portach. Porty te
wytypował osobiście, zdając się w większym czy mniej­
szym stopniu na przypadek - przeglądał atlasy, dzieła
geograficzne, opisy podróży i turystyczne foldery, za­
znaczając przy tym miejsca, jakie wpadły mu w oko.
Następnie Smautf studiował sposoby dotarcia do celu
i badał możliwości zakwaterowania.

Pierwszym portem, w którym się zatrzymali w pierwszej połowie stycznia roku tysiąc dziewięćset
trzydziestego piątego - było Gijon w Zatoce Gaskońskiej, niedaleko miejsca, gdzie nieszczęsny Beaumont
poszukiwał z uporem wielce problematycznej stolicy
Arabów w Hiszpanii. Ostatnim - w drugiej połowie
grudnia roku pięćdziesiątego czwartego - Brouwershaven u ujścia Skaldy w Zelandii. Po
drodze był mały irlandzki port Muckanaghederauhaulia opodal Costello
w zatoce Camus i jeszcze mniejszy
port U na Karolinach; były porty bał­
tyckie, łotewskie, chińskie; porty malgaskie, chilijskie, teksańskie; były ma­
leńkie porty na dwie rybackie łodzie,
Tutaj, w paryskiej kamienicy,
obok których suszyły się sieci, oraz
towar odbierał Win-ckler i przy­
porty olbrzymie, z pirsami ciągnącymi
stępował do pracy w swoim warsz­
się na kilometry z mnóstwem nabrze­
tacie. Namalowany obrazek był
ży, basenów i doków, z tysiącami żura­
bowiem dopiero etapem pośred­
wi i setkami suwnic; były porty zato­
nim do właściwego celu. Tym ce­
pione we mgle, porty zalane żarem,
lem było stworzenie z dostarczo­
Georges Perec
porty skute lodem; porty opuszczone,
nej akwareli układanki, barwnego
porty zapiaszczone; były porty jachto­
puzzla. Proces jego powstawania
we, gdzie na sztucznych plażach, pośród bieli fasad pa­
rozłożony był na kilkanaście dni. Perec raz jeszcze:
łaców i kasyn, pyszniły się sztucznie hodowane palmy,
„Pierwszego dnia Winckler ustawiał akwarelę na
i stoczniowe inferna, wypluwające tysiącami liberty
sztaludze obok okna i wpatrywał się w nią, nawet jej
shops; były porty obrócone w perzynę przez bombardo­
nie dotykając. Nazajutrz naklejał ją na odrobinę od
wania i porty zaciszne, w których nagie dziewczynki
niej większy podkład z topolowej sklejki. Używał do
opryskiwały się wodą tuż obok sampanów; były porty
tego sporządzonego przez siebie kleju w ślicznym nie­
z pirogami i porty z gondolami; były porty wojenne, do­ bieskim kolorze, a pomiędzy sklejką i arkuszem Whatki, darsy, redy, mola i kanały; i piramidy lin, baryłek,
mana umieszczał cieniutką kartkę białego papieru,
gąbek; stosy egzotycznego drewna, góry makuchów,
która ułatwić miała w przyszłości oddzielenie odtwo­
fosfatów i rudy; były kosze rojące się od homarów i kra­
rzonej akwareli od podkładu, a poza tym wyznaczała
bów; i kramy pełne nagładów, cierników, głowaczy,
brzegi puzzla. W końcu pokrywał całą powierzchnię
merlanów, makreli, płaszczek, tuńczyków, mątw, minoochronnym werniksem, posługując się przy tym szero­
gów, dorad; i były porty cuchnące mydlinami i chlo­
kim, płaskim pędzlem zwanym ogonem dorsza. A po­
rem, porty spustoszone sztormem i wyludnione porty
tem znów przez trzy albo i cztery dni studiował akwa­
zduszone upałem; były krążowniki o poszarpanych bur­
relę posługując się lupą, lub też stawiał ją ponownie na
tach, spawane w ciemnościach nocy tysiącami palni­
sztalugach i zasiadał przed nią na wiele godzin, od cza­
ków i radosne transatlantyki pośród statków-cysterm,
su do czasu podnosząc się, by sprawdzić z bliska jakiś
z których tryskały wspaniałe fontanny w ogłuszającym
szczegół, a niekiedy krążył wokół niej jak pantera
zgiełku syren oraz biciu dzwonów.
uwięziona w klatce.
28

Pierwszy tydzień upływał w całości na drobiazgo­
wej, niespokojnej obserwacji. Potem wszystko zaczyna-

Bartlebooth na każdy port przeznaczał dwa tygodnie,
wliczając w to podróż, co pozwalało mu zazwyczaj spę18

�Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC

ło dziać się bardzo szybko: Winckler przykrywał akwa­
relę nadzwyczaj cienką kalką i, praktycznie nie odrywa­
jąc ołówka, rysował przyszłe cięcia puzzla. Reszta pole­
gała już tylko na technice - technice delikatnej i cza­
sochłonnej, wymagającej sumienności i zręczności, nie
wymagającej jednakże jakiejkolwiek inwencji; korzy­
stając z kalki, sporządzał formę (...) która pozwalała mu
pewnie prowadzić osadzone w pałąkowatej ramie
ostrze wyrzynarki. Oszlifowanie papierem ściernym
wszystkich kawałków puzzla i przetarcie ich irchą oraz
kilka końcowych zabiegów zajmowało mu ostatnie dni
z owych dwóch tygodni. Puzzel wędrował do jednego
z przewiązanych szarą wstążką czarnych pudełek pani
Hourcade; Winckler naklejał pod pokrywką etykietkę
z datą i miejscem powstania akwareli

ukę malowania poprzedziły rutynowe lekcje rysunku,
węglem, grafitem i sangwiną, po paru latach dopiero
przyszły pierwsze próby w plenerze. Odpowiedzią na
kiepskie wprawki ucznia była niezmiennie totalna
i bezlitosna krytyka malarza. W samej decyzji Anglika,
by podjąć, naukę, było coś zagadkowego, niedającego
się zdroworozsądkowo wytłumaczyć. Valene nie mógł
pojąć jak to możliwe, by człowiek tak pozbawiony ta­
lentu jak Bartlebooth, zdecydował się na długie,
żmudne i odpłatne studia malarskie. „Poza ową zwię­
złą edukacją prawie z sobą nie rozmawiali. (...) Kilka
razy jednak zdarzyło mu się w czasie powrotnej jazdy
zadać Bartleboothowi pytanie, dlaczego właściwie tak
uparcie pragnie nauczyć się malować akwarelą.
«A czemuż by nie?», odpowiadał zazwyczaj Bartlebo­
oth. «Ponieważ - zareplikował pewnego dnia Valene na pańskim miejscu większość moich uczniów dawno
by się zniechęciła*. «Jestem więc aż tak beznadziejny?*

*Fort Dauphin (Madagaskar) 12 czerwca 1940*
albo *Port Said (Egipt) 31 grudnia 1953*, a następnie
pudełko, opatrzone uprzednio numerem i zalakowane,
dołączało do gotowych już puzzli w bankowym sejfie
Societe Generale; nazajutrz zaś, a czasami kilka dni
później, listonosz przynosił nową akwarelę".
I tak osobliwa spółka Bartlebooth-Winckler funk­
cjonowała nieprzerwanie przez dwadzieścia lat od
1935 do 1955 roku. W tym czasie Winckler wywiązał
się bez zarzutu z powierzonej mu pracy, wykonując
wszystkie 500 układanek na podstawie nadesłanych
mu akwarel.
Cytuję bezwstydnie i bez skrupułów te długie frag­
menty z Pereca, nie tylko dlatego, że jakiekolwiek
streszczenie zmienia te finezyjne mikroeseje o pejza­
żach portowych, o procesie ich malowania, o pracy
nad wycinaniem wzoru puzzla w blady i nieuchronnie
kaleki, pomniejszony model oryginału. Przede wszyst­
kim jednak dlatego, by unaocznić, jak językiem Pere­
ca rządzi zasada maksymalnej wierności wobec opisu
widzialnego świata, jak słowo ciasno przylega tu do
rzeczy, a także, by zademonstrować, jak twórczo obec­
ny jest w nim wspomniany wcześniej żywioł enumeracji. Ten chwyt nigdy nie jest prostą, pozbawioną więk­
szego sensu wyliczanką, zawsze służy nazwaniu, skata­
logowaniu, objęciu maksymalnej liczby elementów da­
nej klasy obiektów. Zawsze jest ambitną, choć z góry
skazaną na porażkę, próbą utrwalenia w języku istnie­
jącej różnorodności form widzialnych. Jest pragnie­
niem ich unieśmiertelnienia, zapisania śladów ich
obecności. Imperatyw Pereca - choć jedyny w swoim
rodzaju - przypomina wysiłki innych pisarzy, znajdują­
cych sens pisania po stronie jej funkcji ocalającej:
choćby Schulza („co nienazwane nie istnieje"), czy
Miłosza („co niewyrażone zmierza do nieistnienia").

- spytał Bartlebooth. «Cóż - odrzekł Valene - przez
dziesięć lat można się wszystkiego nauczyć; panu rów­
nież się to uda. Ale dlaczego chce pan gruntownie po­
znać sztukę, która emocjonalnie jest panu całkowicie
obca?*. «Nie interesuje mnie akwarela, tylko to, do cze­
go ma mi posłużyć*. «A do czego ma panu posłużyć?*
«Ależ do puzzli, drogi panie, do puzzli, rzecz jasna*
- odparł bez najmniejszego wahania Bartlebooth".
Dopiero bliższy kontakt ze Smautfem i Wincklerem dal Valene'owi pogląd o ciężarze i skali przedsię­
wzięcia Bartlebootha. Pozwolił zrozumieć, że w wytwa­
rzaniu puzzli najmniej chodziło o manualną rozrywkę:
„Wyobraźmy sobie człowieka, którego bogactwu do­
równuje jedynie jego obojętność wobec wszystkiego,
na co zwykle pozwala wielka fortuna, i który, poniesio­
ny ambicją i dumą, zapragnął objąć, opisać, wykorzy­
stać do cna — nie, nie całość świata, to bowiem z zało­
żenia skazane byłoby na żałosną klęskę - ale jego frag­
ment: stawiając czoło jego zagmatwanej niespójności,
doprowadzić do końca zamierzenie niewątpliwie ogra­
niczone, ale tworzące zamkniętą całość, nieskazitelne,
definitywne".

29

30

31

Pomysł Bartlebootha był równie prosty, jak konse­
kwentny. Obejmował trzy
etapy. Przez pierwsze dzie­
sięć lat, od roku 1925,
opanuje on biegle sztukę
akwareli. Przez kolejne
dwadzieścia, sporządzi 500
marin identycznego for­
matu, gotowa akwarela
powędruje do rzemieślnika
specjalisty, który naklei ją
na deseczkę, a następnie
potnie ją na puzzel złożony
z 750 kawałków. Przez na­
stępnych dwadzieścia lat
zrekonstruuje on w po­
rządku powstania wszyst-

Pora wprowadzić trzecią postać z kamienicy Pereca,
malarza Valene'a. Związek Valene'a z Bartleboothem
ma dwojaki aspekt. Najpierw o pierwszym, bezpośred­
nim. To u niego właśnie Bartlebooth pobierał pierwsze
lekcje sztuki malowania farbami akwarelowymi. Ten
nie miał żadnego pojęcia o sztuce akwareli, toteż na­
19

�Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

kie pięćset puzzli, przy czym każda akwarela zostanie
po ułożeniu oddzielona od podłoża, zawieziona na
miejsce swoich narodzin i tam poddana unicestwieniu
przy pomocy rozpuszczalnika. Tym samym po całej
operacji nie pozostanie żaden ślad. Cały proces zato­
czy koło i powróci do punktu wyjścia. Będzie to więc
droga od pierwotnego Nic do końcowego Nic, jak gdy­
by kulawe, ograniczone, bo na ludzką skalę, powtórze­
nie dzieła rozpiętego między stworzeniem i apokalipsą.
Projekt Bartlebootha wspierał się na trzech podsta­
wowych zasadach. Wedle pierwszej, moralnej, nie cho­
dzi w tym przedsięwzięciu o żaden czyn heroiczny, byłby
to projekt zwyczajny, niedostrzegalny, trudny, ale z pew­
nością dający się wykonać. Według drugiej, logicznej,
wyklucza się tu działanie przypadku wpisując w prze­
strzeń i czas wydarzenia o identycznej naturze. Według
trzeciej, estetycznej, projekt spełniałby się nie tylko
w swojej bezużyteczności, ale przede wszystkim bezinte­
resowności i kulminował ostatecznie w samozniszczeniu.
Niestety, nadzwyczaj ambitny i pozbawiony pra­
gnień o jakiejkolwiek korzyści, projekt angielskiego mi­
liardera nie zostanie doprowadzony do końca. Przed ułoże­
niem pięćsetnej mariny umiera. Perceval Bartlebooth
ostatecznie nie dociera do swojego Graala.
Drugi, subtelniejszy związek Valene'a z Bartleboothem
polega na tym, że malarz również żyje obsesyjnie pew­
nym projektem. Pragnie namalować obraz kamienicy,
w której od 55 lat mieszka, obraz, „którego znierucho­
miałe, oderwane wycinki stały się przekleństwem każ­
dej z jego c h w i l " . Valene, nieco podobnie jak Bartle­
booth, chce namalować, utrwalić również jeden zna­
czący fragment świata, jedną kamienicę z całą jej po­
gmatwaną historią, prześladuje go obraz „rozpłatanego
budynku, który obnaża bezwstydnie skazy swej prze­
szłości i teraźniejszy rozkład, całe to pozbawione dal­
szego ciągu spiętrzenie historyjek wzniosłych lub far­
sowych, frywolnych lub żałosnych". O n sam także
znalazłby się na obrazie, gdzieś na jego obrzeżu i malo­
wałby obraz, na którym stoi on sam malujący obraz
itd., jakby malarska wariacja na temat grafik Eschera.
Tego obrazu nigdy nie skończy, dodajmy: ledwie go za­
cznie. Śmiercią Valene'a i opisem niedokończonego
płótna - „jedynie kilka starannie narysowanych wę­
glem linii dzieliło je na równe kwadraciki - szkic prze­
kroju domu, w którym już nikt nie zamieszka" - koń­
czy się powieść. Obydwa więc zamierzenia, mistrza
i ucznia, kończą się ostatecznie porażką.
32

33

Czymże w związku z tym jest układanie puzzla,
czynność, którą zdaje się odesłaliśmy już nieodwołalnie
do dziecięcego pokoju: „Na pierwszy rzut oka układa­
nie puzzli wydaje się prostą, niewymyślną sztuką,
mieszczącą się bez reszty w ubogich naukach Gestataktheorie; rozpatrywany przedmiot - obojętne, czy jest
nim akt postrzegania, proces uczenia się, system filozo­
ficzny, czy też, jak w interesującym nas przypadku, wy­
konana z drewna układanka - nie jest sumą poszcze­
gólnych elementów, które należy najpierw wyodrębnić
i z osobna przeanalizować: stanowi on całość, to znaczy
pewną formę, pewną strukturę; element nie istnieje
przed zaistnieniem całości, nie jest od niej ani później­
szy, ani wcześniejszy; to nie elementy warunkują całość
- to całość określa elementy; nie sposób odgadnąć po­
staci całości ani rządzących nią praw, nie sposób po­
znać zbioru ani jego struktury, jeżeli zna się jedynie
z osobna składające się nań fragmenty, a co za tym
idzie, można wpatrywać się w cząstkę układanki przez
trzy doby bez przerwy i - pewnym będąc, że zgłębiło się
bez reszty wszelkie tajniki jej kształtu i kolorów - nie
posunąć naprzód o najcieńszy włos, liczy się bowiem
wyłącznie możliwość zespolenia jej z innym fragmen­
tem; i w tym sensie sztuka układania puzzli ma coś
wspólnego ze sztuką gry w go: dopiero połączone ele­
menty stają się czytelne, nabierają znaczenia - rozpa­
trywana z osobna cząstka układanki nie znaczy nic, jest
tylko jakimś mglistym wyzwaniem, pytaniem, na które
nie sposób znaleźć odpowiedzi; ale gdy tylko się uda po niekończących się chwilach prób i błędów albo
w przebłysku olśnienia - połączyć ją z jedną z jej sąsia­
dek, wtedy po prostu znika, przestaje istnieć jako cząst­
ka, a zawiłe problemy poprzedzające owo zespolenie,
problemy, których naturę tak dobrze oddaje angielskie
słowo puzzle - zagadka - nie tylko tracą rację bytu, lecz
wobec oczywistości rozwiązania wydaje się wręcz, że ni­
gdy ich nie było: obie w cudowny sposób połączone
cząstki przeistaczają się w jedną, i z kolei ona staje się
źródłem pomyłek, wahań, przypływów, nadziei".
35

O czym mówi Perec w tym fragmencie/
Oczywiście, w planie najprostszym, najbardziej po­
wierzchniowym, pozostającym zresztą w zgodzie z dzia­
łaniami jednego z głównych bohaterów, jest to czytel­
na rekonstrukcja sposobu układania puzzla. Dokład­
niej może: rekonstrukcja sposobu niemożliwości,
a każdym razie trudności uktadania puzzla. ]ak można
ułożyć cały obrazek, skoro nie wiemy, co w gruncie
rzeczy układamy (narrator ma na myśli „prawdziwego"
puzzla, a nie produkt masowy sprzedawany w skle­
pach, o czym za chwilę), a z poszczególnych elemen­
tów owej całości, z definicji, wydedukować się nie da.
Możemy tworzyć drobne związki sensownych połą­
czeń, ale i one stają się raczej kolejną zagadką niż roz­
wiązaniem. Pierwszy zespól znaczeń odnosiłby się więc
do zagadnień związanych przede wszystkim z grą.

34

O d epilogu powróćmy - na koniec - do wprowa­
dzenia. Tam bowiem znajduje się niby tylko technicz­
ny, ale zawierający pewien filozoficzny naddatek, opis
układania i tworzenia puzzla. Ze jest to fragment o du­
żym, fundamentalnym wręcz znaczeniu dla całej po­
wieści, domyślać się możemy również i po tym, iż zo­
stał on in extenso powtórzony w rozdziale XLIV, gdzie
mowa jest o pracy rzemieślnika Wincklera nad przygo­
towaniem układanki.

Drugi plan, chyba też nie jest przesadną, nomen
omen, zagadką. Umieszczając rozważania na temat puz20

�Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

zli we wprowadzeniu do swojej książki, daje Perec
przejrzysty wykład sposobu jej czytania, właśnie: in­
strukcję obsługi dzieła, które mamy przed oczami. Perec
skonstruował swoją książkę na podobieństwo puzzla,
sam obsadzając się w roli jego twórcy, nas, czytelników,
w rolach jego rekonstruktorów, układaczy. Przepowie­
dział jednocześnie, jakie trudności możemy napotkać
w trakcie lektury. Składanie tych 99 rozdziałów w spój­
ną całość w istocie przypomina męki układacza puzzla.
Co ważne, akt lektury nie jest w tym układzie biernym
poddaniem się tekstowi, ale twórczą, rekonstrukcyjną
pracą nad jej sensem głębokim. Do czytelnika należy
połączenie tych różnorodnych epizodów, tak by pod ni­
mi odsłonił się czytelny wzór całości.
W trzecim, najbardziej nas interesującym planie
owo składanie puzzla najbardziej przypomina inter­
pretację życia, rekonstrukcję jego znaczeń w spójne
całości. Wydaje się nie ulegać wątpliwości, że dla Pe­
reca puzzel jest figurą życia. Zycie jest pewną postacią
puzzla, powiada Perec. Tak jak rozsypana układanka,
i życie składa się z setek, tysięcy drobnych detali, któ­
rych sens nie rysuje się przed nami z naturalną oczy­
wistością. Chcąc je zrozumieć, dodajemy mozolnie je­
den fragment do drugiego, przymierzamy, czy do sie­
bie pasują i z tych drobin sensu staramy się konstru­
ować jakieś większe całości. Co i raz wydaje się nam,
że uchwyciliśmy właśnie sens całości, ale ten nie­
ustannie wymyka się. Zycie, przypomnijmy raz jeszcze
Diltheya, jest tym, co nas przerasta, co wychodząc na
jaw, raz po raz znika w ciemności. Interpretator życia,
ten, który chce nadać mu jakieś znaczenie, usiłuje
ogarnąć je w pewne sekwencje, związki, struktury, n i ­
czym w istocie nie różni się od tego, który pochylony
nad setkami rozsypanych elementów stara się zbudo­
wać z nich obrazek, w którym wszystkie elementy bę­
dą do siebie pasowały. I jeden, i drugi, jak sugeruje
przypadek Bartlebootha, ostatecznie nie są w stanie
sprostać zadaniu.

pozacierał ślady - posłuży się fortelem, iluzją, zastawi
pułapki; z premedytacją sprawi, że wszystkie widoczne
w obrazie przedmioty - fotel pokryty złocistym broka­
tem, trójgraniasty czarny kapelusz zdobny czarnym, wy­
strzępionym piórem, żonkilowa liberia z mnóstwem
srebrnych galonów - od samego początku kierować bę­
dą na fałszywe tropy; mało tego, że obraz - zorganizo­
wana, spójna, ustrukturowana, pełna znaczeń prze­
strzeń - pocięty zostaje na rozproszone, bezkształtne,
ubogie w treść cząstki: od tej chwili ich zdaniem staje
się dezinformacja; pasujące do siebie jak ulał dwa frag­
menty gzymsu stosowne miejsca znajdują na przeciwle­
głych krańcach sufitu, klamra mundurowego pasa oka­
zuje się metalowym zwornikiem kandelabru, a kilka
identycznych prawie na pierwszy rzut oka kawałków na­
leży po części do stojącego na kominku karłowatego po­
marańczowego drzewka, po części zaś do jego odrobinę
tylko ciemniejszego odbicia w zwierciadle - oto klasycz­
ne pułapki, z jakimi ma do czynienia prawdziwy amator
układanek.
Z powyższego wysnuć można pewien wniosek
- otóż ostateczna prawda, jaką kryje w sobie puzzel,
polega na tym, że nie jest to, wbrew pozorom, samot­
na rozrywka: każdy gest układającego jest tylko po­
wtórzeniem gestu, jaki twórca puzzla wykonał już
przed nim; każdy element, który bierze do ręki, który
bada i pieści, odkłada, znów po niego sięga, każda
kombinacja, której bezskutecznie poszukuje, każdy
przebłysk intuicji i nadziei, każdy odruch zniechęcenia
- jest wynikiem jego poprzednika, ów bowiem wszyst­
ko to dawno już obmyślił, zbadał i wyliczył".
Układanie puzzla jest tedy sztuką nieuchronnie dwu­
znaczną. Jest przestrzenią wolności, spontaniczności,
kreacji, a z drugiej strony ograniczane jest wciąż przez za­
mysł jego twórcy, co sprawia, że ręka układającego, sama
0 tym nie wiedząc, poddana jest jakiemuś przedustawnemu imperatywowi konieczności. Czy „gra w życie" pod­
lega temu samemu, paradoksalnemu prawu. Nie jest
przecież jasne, czy z powyższego wynika, że tkanina życia
również ma swego Autora? Czy jest ktoś, kto „wycina"
puzzla poszczególnego życia? Czy rozumienie życia - „nie
jest to samotna rozrywka" - polegałoby zatem w istocie
jedynie na powtórzeniu gestu pierwotnego kreatora, od­
czytaniu przygotowanego uptzednio wzoru? I jeszcze: czy
jest ktoś (kto?), kto przygotował puzzla życia, którego
elementami wszyscy jesteśmy? Tego, niestety, nie wiemy.
36

7

I w tym miejscu pojawia się zaskakująco czwarty plan,
metafizyczny, wokół którego od początku tych rozważań
nieśmiało krążymy. Pojawia się jako zwieńczenie rozwa­
żań o różnych typach puzzli. Otóż, narrator wyraźnie
podkreśla, że mechanicznie tworzone, najczęściej spoty­
kane puzzle są produktem o małej wartości. Nie tylko
wykonane są z kartonu, a nie z drewna, nie tylko zaopa­
trzone są na pudełku w obrazek, który trzeba ułożyć, ale
nade wszystko są cięte mechanicznie, co w gruncie rzeczy
niweczy samą istotę puzzla. Dzieje się tak dlatego, że
przypadkowe cięcia dają w efekcie dość przypadkowe
trudności w ułożeniu, generalnie jednak po ułożeniu naj­
bardziej wyeksponowanych przedmiotów, stopień trud­
ności, jaki przedstawiają dla układającego, jest niewielki.

1 zdaje się, wiedzieć nie będziemy.
Zycie jest opowieścią o nieczytelnym wzorze, mówi
Ricoeur.
Zycie jest puzzlem, powiada Perec. Puzzlem, czyli
zagadką.
Nie mam rozwiązania zagadki życia, dopowiada
Dilthey.
Ale wysiłki, by odnaleźć przynajmniej zarysy wyj­
ściowego obrazka, nie ustają.
C'est la vie. Bo Francuzi zawsze wszystko wiedzą
najlepiej.

„Prawdziwa sztuka pojawia się dopiero wraz z drew­
nianym, ręcznie wykonanym puzzlem; pojawia się
w owej chwili, w której jego twórca rozważać zaczyna
wszelkie zagadnienia, z jakimi przyjdzie borykać się
układającemu; gdy - zamiast pozwolić, by przypadek
21

�Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC

Przypisy
1

2

fragmentu przeszłości. (...) Jeśli interesujemy się przeszłością,

W. Dilthey, Rozumienie i życie, w: Wokół rozumienia. Studia i szki­

powinniśmy interesować się tym, co oznacza ona dla nas tu i te­

ce z hermeneutyki, wybór i przekład G. Sowiński, Kraków 1993,

raz. Do tego potrzebne jest romantyczne podejście do tekstu hi­

s. 91

storycznego, a nie naukowe podejście współczesnego history­

Por. choćby artykuły z dwóch dobrze znanych zbiorów wyda­

ka", Pochwala narratywizmu.

nych po polsku, prezentujących dokonania badaczy z Tartu: Se­

smitem, „Konteksty" nr 1-2: 1997, s. 90

miotyka kultury oraz Semiotyka dziejów Rosji.
3

4

1 1

Rozmowa z Franklinem R. Anker-

Nawiasem mówiąc, gdy chodzi o skalę i wnikliwość polskiej re­

J. Łotman, Wola boska czy gra hazardowa (Prawidłowość i przypa­

cepcji Diltheya, bez wątpienia ma rację Grzegorz Sowiński, tłu­

dek w procesie historycznym), „Konteksty" nr 1-2: 1997, s. .33

macz arcyciekawych fragmentów z obszernego dzieła niemiec­

Tamże, s. 33-34; por. też fascynującą książkę Alexandra De­

kiego filozofa, że jest ona minimalna, a w niektórych przypad­

mand ta na temat historii alternatywnej, w której rozważa on na

kach wręcz skandaliczna, por. G. Sowiński, Ku myśli myśliciela.

podstawie o wielkie wydarzenia w historii inne możliwe scena­

Zapiski hermeneutyczne na marginesie dzieła Wilhelma Diltheya, w:
Wokół rozumienia..., s. 120

riusze tego, co się rzeczywiście wydarzyło, A . Demandt, Historia
niebyła. Co by było, gdyby...!, przel. M. Skalska, Warszawa 1999

14

Z badaczy zwyczajowo łączonych z filozofią życia na odkrycie

5

Tamże, s. 34

przez antropologię oczekuje bez wątpienia jeszcze Georg Sim-

6

J. Łotman, Kultura i eksplozja, tl. i wstęp B. Zylko, Warszawa

mel, autor błyskotliwych antropologicznych rozpraw i esejów,

1999, s. 172

który w wyniku administracyjnego przyporządkowania został

7

zesłany do obozu socjologii i prawem bezwładu tam już pozostał.

O kłopotach semiotyki z podmiotem zob. klasyczny artykuł R
Ricoeura, Wyzwanie semiologiczne: probłem podmiotu, w: tegoż,

15

Egzystencja i hermeneutyka, opr. S. Cichowicz, Warszawa 1985,

innych przedstawicieli ówczesnej filozofii życia.

s. 245-275 czy świetny artykuł W. Panasa, Z zagadnień semiotyki

16

podmiotu, w: tegoż, W kręgu metody semiotycznej, Lublin 1991, s.

17

123-1.35
8

W. Dilthey, Rozumienie i życie, w: Wokół rozumienia..., s. 87
E. Paczkowska-Łagowska, Logos życia. Fiłozofia życia w kręgu
Wilhelma Diltheya, Gdańsk 2000, s. 92
W. Dilthey, Rozumienie i życie..., w: Wokół hermeneutyki...., s. 94

W. Juszczak, Treść pierwszych rzeczy, w: Fragmenty. Szkice z teo­

18

rii i filozofii sztuki, Warszawa 1995; Kiedyś Stanisław Lem sfor­

14

Dilthey, Rozumienie i życie, s. 83

mułował trzy prawa rządzące polską rzeczywistością czytelniczą:

2 0

W. Dilthey, Wokół rozumienia... s. 87

1. Nikt nic nie czyta. 2. Jeśli czyta, to nie rozumie. 3. Jeśli rozu­

21

mie, to zapomina. Bardzo skromna, niemal żadna, jeśli nie li­

9

Co wyraźnie odróżniało Diltheya od Nietzschego czy Bergsona,

R Ricoeur, Zycie w poszukiwaniu opowieści,

tłum. E . Wolicka,

„Logos i Ethos" nr 2: 1993, s. 230

czyć kilku drobnych recenzji, recepcja wybitnej książka Wiesła­

2 2

Tamże, s. 233

wa Juszczaka refleksję Lema boleśnie potwierdza.

2 5

Tamże, s. 233

W. Juszczak, Występny ornament, czyli o napięciach między sztuką

2 4

Tamże, s. 234

a kulturą, w: Fragmenty..., s. 15.3-154

2 5

Elżbieta Wolicka zarzuca Ricoeurowi, że ten miesza perspekty­

1 0

Tamże, s. 155

wę rozumiejącej opowieści i rzeczywistego życia, nieuwzględnia-

"

M. Swietlicki, Henry/c Kwiatek, w: Wiersze wybrane, Legnica

jąc, że zasadnicze dylematy ludzkiego życia rozgrywają się na in­

2002, s. 10-11

nej płaszczyźnie niż histotyczne fikcje czy fikcyjne historie: „Nie

12

Wątpliwości tu zaprezentowane nie ograniczają się jedynie do

wystarczą tylko erudycyjne poszukiwania «formy nałożonej na

obszaru antropologii. Oto glos historyka sztuki, w którym po­

mgliste treści*, ponieważ nie w nałożeniu takiej czy innej formy

brzmiewają bardzo podobne tony: „Tak charakterystyczne dla

kryje się sedno dramatu ludzkiej dziejowości, dokonywanych

współczesnej nauki pozbycie się gatunków i metod poznania na­

wyborów i decyzji. Rozgrywa się on na płaszczyźnie rzeczywi­

zywanych poznaniem artystycznym, doprowadziło do sytuacji

stości, wobec której człowiek wypowiada elementarne tak lub

kiedy dialogiczna, utożsamiająca refleksja o sztuce stała się nie­

nie, a dopiero potem — jeśli i na ile zdoła — ubiera tę źródłową

możliwa. (...) Nie możemy pozwolić na to, aby język mówił na­

afirmację (...), lub negację w kształt opowieści", E. Wolicka,

mi, a nie my językiem, nie możemy pozwolić, by wszelkie łączo­

Homo narrator, „Logos i Ethos", nr 2: 1993, s. 245

ne z procesem twórczym dychotomie, takie jak na przykład bie­

1 Ь

guny przypadku i konieczności, spontaniczności i kontroli, bez­

tuję za stroną internetową: Georges Perec/ Interroger Yhabitueł

pośredniości i pośredniości, improwizacji i kalkulacji, stwarza­

2 7

M. P. Markowski, Georges Perec: zapisywanie pustki, „Tygodnik

2 8

G. Perec, Zycie. Instrukcja obsługi, przeł. W. Brzozowski, Warsza­

nia i odkrywania, uczuciowości i zmysłowości, łączono jedynie

M. Perec, Approches de ąuoil, w: In/ra-ordinaire, Paris 1989, cy­

Powszechny" nr 28: 2002, s. 16-17

ze sztuką", W. Okoń, Nie Van Dycki, czyłi o utożsamianiu, „Kon­
teksty" nr 1-2: 1997, s. 53; wtóruje mu historyk opowiadający

wa 2002, s. 75-77

się za „nowym romantyzmem" w metodologii historii: „To jest

N

Tamże, s. 247-248

teoria historyczna, która mi odpowiada. Historia nie jest tu

3 0

Tamże, s. 152

traktowana jako nauka. C i romantyczni historycy, choćby Mi-

ч

Tamże, s. 152-153

chelet, Tocqueville, byli bardzo osobiście zaangażowani.

32

Tamże, s. 164

(...)

Chcieli powiedzieć coś bardzo osobistego, o czym powinni wie­

!3

Tamże

dzieć inni. I to jest to, co utraciliśmy, ponieważ historia stała się

14

Tamże, s. 596

nauką. Historia jest pisana przez całkowicie odczłowieczone

35

Tamże, s. 11-12

jednostki, które po prostu orzekają o prawdziwości jakiegoś

16

Tamże, s. 14

22

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10193" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10171">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/77309ec60785424b12b35876bd52f9ad.pdf</src>
        <authentication>4371bdde3e7555eb95ad145f52f4affc</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121240">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2920</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121241">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121242">
                <text>2002</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121243">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2724</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121244">
                <text>Koniec świata, choroba i sąd ostateczny / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121245">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4, s.249-262</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121246">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121247">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121248">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121249">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121250">
                <text>S

łobodzianek: Obywatel Paradoksiewicz, jeśli
wolno się tak wyrazić. Jego dziedziną jest dwu­
znaczność i sprzeczność. Wymyka się interpreta­
cjom, które z natury rzeczy dążą do przyszpilenia,
zmienia się jak Proteusz. Potrzebny byłby ktoś w ro­
dzaju Heisenberga, kto na użytek teatru Slobodzianka
sformułowałby zasadę nieoznaczoności". Tymi słowa­
mi Janusz Majcherek zdyskredytował trud, jakiego
chciałbym się podjąć w niniejszej pracy. A mianowicie
próbę rozjaśnienia sensów zadanych w obrębie struk­
tury symbolicznej, tworzonej przez teksty dramatów
Tadeusza Slobodzianka. Chociaż nie sądzę, bym miał
się stać Heisenbergiem humanistyki, spróbuję jednak
oświetlić pewne aspekty dramaturgicznego dzieła bia­
łostockiego twórcy, które wydają mi się istotne dla je­
go zrozumienia. Głos mój nie pretenduje do całkowi­
tego wyjaśnienia problemu, skonstruowania jedno­
znacznej, logicznej formuły, „równania na Slobodzian­
ka". Moje ambicje są znacznie skromniejsze: włączenie
się w dialog tekstów, odniesienie do dalszych symbo­
licznych połączeń, które przybliżają sens do bardziej
racjonalnej jasności, ale nie osiągają jakości czystych
pojęć.
1

M A R I U S Z

CZAJA

Koniec świata, choroba
i sąd ostateczny

2

3

Punktem wyjścia dla mojej interpretacji będą teksty
sześciu dramatów Slobodzianka, wydrukowanych
w „Dialogu", uzupełnione w przypadku dwóch sztuk,
tj. Obywatela Pekosiewicza i Proroka Ilji, o ich wersje
sceniczne, w znaczny sposób odbiegające od opubliko­
wanych. Sądzę, że zarówno w jednym, jak i w drugim
wypadku zmiany na poziomie sensów generowanych
przez te teksty są na tyle istotne, że pominięcie ich
w analizie poważnie zubożyłoby interpretację.

Apokaliptyczne historie
Tadeusza Slobodzianka

pretacji, dla dotarcia do zadanego przez nie sensu.
Tym też tropem chciałbym podążać w swoich rozważa­
niach. Nawiążę w nich do pewnych idei, rozwijanych
na gruncie hermeneutyki, posługując się w interpre­
tacji symbolami, jako swego rodzaju detektorami sen­
su. Wykorzystam przy tym symbole oferowane przez
same teksty dramatów Slobodzianka.
9

Był kiedyś Wiek Złoty,
czyli dawne dobre czasy

4

6

5

Słobodzianek w podtytułach swoich dramatów sta­
le umieszcza słowo „historia". Car Mikołaj to „historia
tragikomiczna". Obywatel Pekosiewicz i Obywatel Pekoś
- „smutna i pouczająca historia". Turlajgroszek — „hi­
storia naiwna dla teatru lalek". Prorok llja, który
w wersji z „Dialogu" pozbawiony był podtytułu, zyskał
(w tekście z Archiwum krakowskiej PWST) miano
„nieprawdopodobnej historii w X I V scenach". Merlin
został nazwany „inną historią", a Kowal Malambo „argentyńską historią". Rozważając znaczenie słowa
„historia" S. Czarnowski stwierdza, iż „mogą składać
się na nią same wymysły i brednie, jedynie ważne jest,
że przedstawia fakty minione w ich kolejnym następ­
stwie, dochodząc do teraźniejszości czy też do jakiegoś
momentu przeszłości, rozumianego jako punkt końco­
wy łańcucha, że przeto czas, który upłynął między po­
czątkiem i końcem, przedstawiony jest jako „dzieje" jest wypełniony następującymi po sobie imionami, po­
staciami, czynami i zdarzeniami". Wiąże się więc „hi­
storia" z pewną sekwencją zdarzeń, będącą przedmio­
tem badania, relacjonowania, przekazu. Ta sekwencja
tworzy czas. „Historia opowiada o tym, co wypełnia
płynący czas". Sądzę, iż próba określenia rodzaju cza­
su, konstytuowanego przez zdarzenia w dramatach
Slobodzianka, może mieć duże znaczenie dla ich inter7

8

249

Przywołując symbol Złotego Wieku nie mam na
myśli jedynie greckiego mitu o pięciu rasach ludzkości,
zapisanego przez Hezjoda. Chodzi mi raczej o kom­
pleks wyobrażeń na temat czasu, który występował
i nadal występuje powszechnie w wielu kulturach.
Obecny jest w mitologiach, ale także w filozofii, ideolo­
giach politycznych i literaturze. Jego rysem charakte­
rystycznym jest napięcie pomiędzy teraźniejszością
i przeszłością, które przybiera formę opozycji zoriento­
wanej aksjologicznie. Segmentuje on „kontinuum cza­
sowe wedle porządku wartości, pożądane skupiając
w przeszłości, odrzucane zaś przypisując dniom dzisiej­
szym". W Wieku Złotym, u początku czasów, wystę­
powało w obfitości to wszystko, czego obecnie brak.
„Upływ czasu oznacza stopniowe oddalanie się „po­
czątków", a zatem utratę pierwotnej doskonałości.
Wszystko, co trwa, kruszy się, ulega degeneracji po to
tylko, by w końcu ulec zagładzie".
10

11

12

Bohaterowie Cara Mikołaja znają doskonale ten
sposób odczuwania czasu. Dla nich prawdziwe życie
istniało „za cara". Wtedy:
żyli oni wszyscy jak u Pana Boga za piecem. Polacy nosa
nie zadzierali. Bolszewicy krwi nie psuli. Młodzi do cerkwi
chodzili. Krowy więcej mleka dawały. Zyto lepiej rosło.
Kartofle. Wszystko było lepiej. Wszystko. (CM, s. 12).
Przytoczona przeze mnie wypowiedź wyszła z ust
karczmarza Gajsta, który dokonuje czegoś w rodzaju
antropologicznego opisu stanu świadomości białoru-

�Mariusz Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

skich chłopów. O n i sami wiedzą po prostu, że „Skoń­
czyli sia te czasy!" (CM, s. 7). To, co widzą teraz wo­
kół siebie
N i e świat t o już, ale sracz! I nie ludzie już żyjo, a gównojady, co każde gówno zjedzo i jeszcze powiedzo: o jaka
słodka gruszka! ( C M , s. 14)

Po prostu „cały świat zdumiał" (CM, s. 21) i „pędzi
ku zatracie" (CM, s. 34). Jest coraz gorzej i gorzej: „lu­
dzie w nędzy umierają", „popy tylko piją i dupczą",
„baby malują się", „młodzi starych nie szanują", „Pola­
ki cerkwie w kościoły zamieniają" (PI, s. 11).
Duża część negatywnych zjawisk dostrzeganych
przez chłopów to po prostu zmiany. Już nie jest tak,
jak dawniej bywało i dlatego jest źle. Ich postawę moż­
na określić jako tradycjonalistyczną: przywiązani są do
wszystkiego, cokolwiek nosi na sobie sakrę przeszłości,
idealizują to, co przeminęło i przemija. Taka postawa
charakterystyczna jest dla sytuacji, gdy uświęcone
przez pokolenia wzory kulturowe nagle ulegają zała­
maniu. Wtedy właśnie stają się one znakami utraconego Raju. W Proroku llji Krzyżownicy śpiewają:
13

N a d rajskim ogrodem
S ł o n e c z k o zachodzi,
A przed rajem A d a m
S t o i , gorzko płacze

oka nieco zaskakująca, wszak w myśli chrześcijańskiej
Jezus Chrystus jest tym, który ludzkości miał przywró­
cić Raj. Ale perspektywa Kowala jest w bardzo małym
stopniu chrześcijańska. Poza dziesięć przykazań jego
wiara nie wykracza. W soteriologiczną moc Chrystusa
zdaje się wątpić. Rzeczywistość, w której żyje, jest dla
niego Piekłem.
Podobny obraz występuje w Merlinie:
I rozgniewał się Pan,
I z R a j u i c h wygnał,
I do Piekła posiał,
A z n i m i ludzkość c a ł ą . ( M s. 8-9)
C o p r a w d a , p o t e m Syn Boży Jednorodzony
zstąpił d o Piekła,
I zabrał stamtąd A d a m a ,
Ewę, i ludzkość całą. ( M , s. 9)
A l e ludzkość okazała m u czarną niewdzięczność
I z n o w u pycha, gniew, zawiść, l e n i s t w o ,
C h c i w o ś ć , lubieżność i nienasycenie
Królować na t y m świecie jęły. ( M , s. 10)

Konsekwencją ujmowania czasu za pomocą obrazu
Złotego Wieku jest negacja teraźniejszości posunięta
do tego, by widzieć w niej dziedzinę naznaczoną dzia­
łaniem szatańskim. Stąd już tylko krok od stwierdze­
nia, że Stwórca
O świecie

O R a j u m ó j , Raju

Zapomniał

Przecudny Edenie

Człowiek

Jakże byłem szczęśliwy
Przebywając z n i m . . . ( P I . N H , s. 2 0 )

Sobie sam
1 4

Radzić m u s i . (T, s. 44)

Raj oznacza warunki życia i stan egzystencji pierw­
szych ludzi przed upadkiem. Stan doskonałości, wol­
nej od cierpień. Kowal Malambo również wspomina
czasy, gdy „Ta ziemia była rajem" ( K M , s. 48). Czasy,
w których tacy jak on
15

16

N i e wiedzieli
C o t o pycha,
C o t o gniew,
C o t o zawiść,
C o to chciwość,
C o t o lenistwo,

Albo nie do końca jest dobrym Bogiem. Może to po
prostu złośliwy Demiurg?
Bohaterowie Slobodzianka nie tylko w tej sprawie
zdradzają gnostyckie skłonności. Warto zaznaczyć, iż
ów „gnostycyzm" nie jest bynajmniej konsekwentny.
Wizje rajskiej szczęśliwości, jakie prezentują, dalekie
są od duchowych uniesień i spekulacji metafizycz­
nych. Na wskroś przenika je sensualizm i konkretność.
W Proroku llji, na przykład, pojawia się obraz Raju,
w którym wybrańcy
biały chleb z masłem j e ś ć będą i ruską wódką jego zapijać.

C o t o nienasycenie,

( P I , s. 12)

C o t o dzikie żądze. ( K M , s. 48)

Był to bezgrzeszny wiek, okres pierwotnej jedności,
całkowitej harmonii i błogości.
Pomiędzy tą waloryzowaną dodatnio przeszłością
a teraźniejszością zaistniało wydarzenie, które odmie­
niło postać świata. Ustaliło wyraźną cezurę, odzielającą czas szczęśliwości od obecnego, upadłego trwania.
Dla chłopskich bohaterów Cara i Proroka takim wyda­
rzeniem było zamordowanie cara Mikołaja przez bol­
szewików. Dla Kowala - co paradoksalne - przybycie
Jezusa. Z nim bowiem pojawiły się diabły, a Raj zamie­
nił się w Piekło. Ta idea wydaje się na pierwszy rzut
250

Kowal od Raju w wydaniu kostycznego Sw. Piotra
woli grę w truko, tinto i Lolę. Tym, do czego wzdycha
Kowal, jest młodość, pełnia życia, strumień energii:
Pamiętasz mój stary
Jak było się młodym
K u l o się k o n i e t a k :
P a c h - t r a c h p a c h - t r a c h (...)
Piło się t i n t o t a k :
Ciach-pach ciach-pach
G r a ł o się w t r u k o tak:
E n - v i - d o flor (...)

(...)

�Mariusz Czaja * KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

Szło w t e d y m a l a m b o t a k :
Szak-czak szak-czak (...)
Szło w t e d y z L o l ą t a k . ( K M , s. 9-10)

Tym, co najbardziej doskwiera Kowalowi, jest upływ
czasu, przemijanie, śmiertelność. Nie chodzi tu jedynie
o jednorazowy upadek, który wyrwał ludzkość z „raju
archetypów". Ale także o to, że świat ciągle się starze­
je, a więc zgodnie z logiką myślenia w kategoriach Zło­
tego Wieku, pogrąża się coraz bardziej w niedoskonało­
ści i chaosie. Kuźnia Kowala rozpada się, usycha drze­
wo orzechowe, coraz więcej diabłów czyha na duszę pa­
na Biedy. W barze wszystko drożeje, obyczaje się psują,
psuje się muzyka i tinto, nawet kobiety zaczynają się
farbować. Czas jest naznaczony złem, zepsuciem. To,
co argentyński kowal zarzuca chrześcijaństwu, to
w gruncie rzeczy „wrzucenie" go w historię. Skarży się
on w imieniu wszystkich „ludzi archaicznych", że
chrześcijaństwo zabrało im bytujące poza historią ko­
smiczne bóstwa. Mimo oficjalnie wyznawanego chrze­
ścijaństwa, nie przyjęli oni nigdy konsekwencji Wciele­
nia, które uświęciło historię. Ich chrześcijaństwo to
chrześcijaństwo kosmiczne. Jego cechą charaktery­
styczną jest „tęsknota za Rajem, pragnienie odnalezie­
nia Natury poprawionej i niezniszczalnej, wolnej od
wstrząsów związanych z wojnami, kataklizmami, pod­
bojami". Jezus w tej wizji to zapoznany dobroczyńca,
wędrujący w towarzystwie „Pieterpawła", nagradzający
tych, którzy pomimo swego ubóstwa użyczyli gościny
Świętym Osobom. Jednak i on bezradny jest wobec
czasu, wzdycha do swoich „młodych lat",
17

skich niż boskich, znajduje wielu zwolenników wśród
chrześcijan także i dziś. Można w tym dostrzec swego
rodzaju rewoltę mitycznych struktur pogańskich i gnostyckich w obrębie religii, która czas przyjmuje jako wy­
zwolenie, w której „przeszłość jawi się (...) zawsze jako
możliwość przyszłości, to zaś, co zachodzi, zawsze ocze­
kuje swego potem". Religii par excellence historycznej.
20

W charakterystycznym dla tych struktur czasie cy­
klicznym „wydarzenia biegną zawsze po obwodzie ro­
tacyjnym, gdzie nie ma absolutnego «wcześniej» ani
absolutnego «później»", przeszłość jest tylko prefiguracją przyszłości. „Żadne wydarzenie nie jest nieod­
wracalne, żadna przemiana nie jest ostateczna. (...)
W świecie nie dzieje się nic nowego, gdyż wszystko jest
tylko powtarzaniem tych samych pierwotnych arche­
typów". Skoro wszystko powtarza się w nieskończo­
ność, to możliwy jest powrót Złotego Wieku.
Grzybowscy chłopi nie wierzyli w nieodwracalność
historii, w śmierć cara. Uważali, że Bóg w ten sposób
tylko wystawił ich na próbę, a car wróci, by zaprowa­
dzić Nowe Carstwo, w którym oni, jako najwierniejsi,
będą sprawować najwyższe funkcje (KM, s. 8, 16). M i ­
kołaj Regis doskonale wpisuje się w ten mityczny sce­
nariusz. Oświadcza, iż przyszedł,
21

22

żeb zacząć wszystko o d początku i żeb z p o w r o t e m zapa­
nował na świecie ład ( C M , s. 33)

Chce przywrócić Wiek Złoty, poprowadzić „malucz­
kich" do wojny o Nowe Carstwo, w którym nie będzie

18

„generałów, popów i żandarmów. I nie beńdzie panów
i niewolników. Wszystkie b e n d o równe ( C M , s. 34)

K i e d y „nie" było „nie",
K i e d y „tak" było „tak"... ( K M , s. 8)

W tradycyjnych wyobrażeniach chłopskich czas
wędrówek boskich istot po świecie był też swego ro­
dzaju Złotym Wiekiem. Ale nie był to czysty czas po­
czątków, illud tempus, ale quasi-historyczny okres usta­
nawiania norm moralnych. Być może do tego okresu
wzdycha jasełkowy Jezus z Kowala Malambo. Normy
zostały ustanowione, ale lud boży nie garnie się wcale,
by ich przestrzegać:
19

0 forsie t y l k o myśli.
1 żeby pić t i n t o ,
I grać w t r u k o ,
I z różnymi L o l a m i
Tańczyć m a l a m b o . ( K M , s. 8)

Co więcej, obecnie nikt Jezusa nie szanuje, nikt go
nie słucha i nikt go nie kocha (KM, s. 7-8). „Kiedyś"
świat był piękny i młody, teraz jest stary i brzydki. Nie
do końca zgadza się to z duchem ewangelii, ale za to
odpowiada pewnym wyobrażeniom, ukształtowanym
w łonie chrześcijaństwa pod wpływem myśli greckiej.
Model teologiczny, w którym czas początków to stan
pełnej doskonałości, utraconej w wyniku grzechu,
a ludzka historia znajduje się w rękach raczej szatań­
251

Powróci pierwotne niezróżnicowanie, jedność i pełnia.
W powrót do pierwotnej szczęśliwości wierzy także
Kowal. Szczęśliwości symbolizowanej przez młodość:
jego własną i świata. W zamian za powrót do Złotego
Wieku gotów jest nawet zawrzeć pakt z diabłem.
Wejść w szatańskie koło wiecznego powrotu.
„Wieczny powrót" wszystkiego, negacja wyjątkowo­
ści i jednorazowego charakteru zdarzeń sprawia, że
można docierać do nieskażonego „czasu początków"
poprzez powtórzenie działań Nadludzkich Istot. Ta ar­
chaiczna idea leży u podstaw wszelkich rytuałów, któ­
re polegają na uobecnianiu owego pierwotnego, archetypicznego czasu. W myśli chrześcijańskiej uległa
ona rewaloryzacji. Co prawda poprzez uczestnictwo
w liturgii stajemy się współcześni wydarzeniom ewan­
gelicznym, ale ich jednorazowość i niepowtarzalność
historyczna nie powinna (przynajmniej teoretycznie)
podlegać dyskusji. „Bo raz tylko umarł Chrystus za
grzechy nasze, a powstawszy z martwych, więcej nie
umiera i śmierć już nad nim nie panuje (Rz 6, 9) "
twierdzi św. Augustyn.
2 3

Bohaterowie dramatów Słobodzianka nie czytali ra­
czej pism mędrca z Hippony. W ich świadomości wyda­
rzenia ewangeliczne funkcjonują jako opowieść mi­
tyczna. Można i nawet trzeba je powtórzyć, by oczyścić

�Mariusz Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

świat ze zła, unicestwić działanie czasu. Jak w archaicz­
nych rytuałach Nowego Roku, chociażby w babiloń­
skim flkitu, poprzez odegranie prazdarzenia, chcą oni
przywrócić światu jego pierwotną doskonałość. Drugie
Przyjście Chrystusa nie jest dla nich całkowicie nowym
zdarzeniem, mającym swoje miejsce w historycznym
porządku zbawienia. Jako zamknięcie cyklu, swego ro­
dzaju Wielkiego Roku, musi być ono dokładnym po­
wtórzeniem tego, co już się zdarzyło in illo tempore.
Trzeba raz jeszcze ukrzyżować Zbawiciela, żeby mógł
zbawić świat. Wszystkie gesty i działania muszą być ści­
słym powtórzeniem scenariusza zawartego w świętej
opowieści. Ważny jest każdy najmniejszy szczegół, każ­
de słowo, każdy rekwizyt w niej wymieniony:
24

eksperymentator, traktujący ludzi jak szczury w labo­
ratorium (OPś, s. 18). I on odwołuje się do wydarzeń
ewangelicznych w sposób charakterystyczny dla men­
talności archaicznej, mitologicznej. Szuka ucieczki
przed Historią w świecie archetypów. Powtarza gesty
sprzed dwóch tysięcy lat, aby odczynić zło świata.
Przesłuchanie przez Pułkownika „Franka" utożsamia
z ewangeliczną sceną u Piłata (OPś, s. 55). Spotkanie
z kolegami z domu dziecka staje się dla niego Ostatnią
Wieczerzą (OPś, s. 64). Odgrywa w pojedynkę Miste­
rium Śmierci i Zmartwychwstania, starając się o odpo­
wiedni dobór rekwizytów (por. jego poszukiwanie dru­
tu kolczastego na koronę cierniową, OPś, s. 65). To,
co dzieje się z Pekosiem, przypomina opętanie przez
archetyp opisywane przez L. Kolankiewicza.
31

Bez trzydziestu groszy wszystko nieważne (PI, s. 20)
Należy więc najpierw przeprowadzić próbę, by nie
nastąpiła pomyłka, przeoczenie mogące przynieść fa­
talne skutki dla świata.
Czas, który upłynął od Pierwszego Przyjścia, nie ma
żadnego znaczenia. Był jedynie pustym, jałowym trwa­
niem, pozbawionym treści. Trzeba go znieść, odrzucić
jak zużyty przedmiot. Uwolnić się od niego i oczyścić.
Drogą do tego, podobnie jak w archaicznych, pogań­
skich świętach i w karnawale, jest powrót do pier­
wotnego chaosu poprzez rytualną orgię. Wedle Eliadego „reaktualizuje ona najpierwotniejszy moment
Stworzenia, bądź też błogostan początków, gdy nie ist­
niały jeszcze żadne tabu seksualne ani prawidła moral­
ne i społeczne". Krzyżownicy nie zamierzają bynaj­
mniej profanizować swojego przedsięwzięcia przez
wprowadzenie weń pierwiastka seksualnego. Przeciw­
nie, chcą zapewnić sobie współudział magiczno-religijnych mocy, poprzez „wyzwolenie i wzrost ukrytych
mocy seksualnych". Z chrześcijaństwem niewiele ma
to wspólnego, ale też i samo przedsięwzięcie jest
z gruntu pogańskie. Złożyć ofiarę z człowieka, by oca­
lić świat przed zagładą - toż to pomysł, którego nie po­
wstydziliby się Aztekowie.
25

26

27

28

Ilję-Chrystusa traktują krzyżownicy jak kozła ofiar­
nego, odpowiedzialnego za całe zło świata. Za istnienie
bolszewików, za upadek obyczajów, za to, że słońce nie
świeci i deszcz nie pada, za biedę i głód, choroby
i śmierć (PI, s. 22-23). Stracha na wróble, występują­
cego w roli Chrystusa, biczują z pasją, w której ujaw­
nia się głęboko manichejska nienawiść do świata. Nic,
dokładnie nic, nie jest na nim takie, jakie powinno
być. Nie może on być dziełem transcendentnego do­
brego Boga. Dlatego mówią oni „nie" temu, co ich
otacza. Zdają się podzielać wiarę gnostyków, iż żydow­
ski Jahwe to zly Demiurg (warto dodać, że biczowa­
nemu strachowi-Chrystusowi zarzucają, że jest on
„Królem Żydowskim", PI, s. 22). Skoro to on jest Pa­
nem Historii i objawia się w niej, to Historię trzeba od­
rzucić, uciec od niej.
29

30

Pekosiewiczowi vel Pekosiowi również nie podoba
się świat, w którym żyje. Bóg jawi mu się jako okrutny
252

Pekoś popadł w obłęd. Przygoda Kowala z powrotem
do młodości zakończyła się strzelaniną i śmiercią bar­
mana. Wiara chłopów w powrót cara miała tragiczny fi­
nał dla Kośmy. Niewiele brakowało, aby podobnie stało
się w przypadku Rotszylda i Proroka llji. Powrót jest nie­
możliwy, bramy Raju zostały zamknięte raz na zawsze.
Jeśli zechce się je otworzyć, może się okazać, że znajdu­
je się za nimi Piekło i „Wszyscy Diabli" (KM, s. 53).
Znajdując więc w Merlinie następującą zapowiedź:
Będzie to słynna historia.
O ludziach odważnych i dzielnych,
O tym, jak konno cudownie jeździli,
0 tym, jak tarcze przepięknie dzierżyli
1 jak bukowe kopie pochylali,
A kiedy kopie w drzazgi szły,
Dobrych mieczów dobywali!
Na wrogów tylko okrutnych i złych! (M, s. 7)
domyślać się możemy, iż ta opowieść o „ludziach
honoru i wiary", o idealnym świecie Złotego Wieku,
skończy się znowu jakimś paroksyzmem.
32

Poszukiwacze Świętego Graala
Opowieści o Świętym Graalu zawierają w sobie ele­
menty pochodzące z wielu tradycji religijnych. Można
w nich odnaleźć motywy indyjskie, irańskie, greckie,
arabskie, celtyckie i wreszcie chrześcijańskie. Jed­
nak, pomimo synkretycznego pochodzenia, zawarta
w nich konstelacja symboliczna uważana jest za specy­
ficzną dla jednej, konkretnej kultury: kultury Zacho­
d u . Słobodzianek zasugerował w jednej z rozmów, że
w Merlinie chciał „pokazać mentalność ludzi Zachodu,
mentalność, która jest wykwitem określonej kultury
i cywilizacji".
33

34

35

Zasadniczy rdzeń legend związanych z Graalem jest
pochodzenia celtyckiego. Pierwowzorem Graala był
mitologiczny Kocioł Życia, niewyczerpane źródło obfi­
tości i magicznej wiedzy, symbol wiecznego odradzania
się Natury. W toku różnorodnych przekształceń
i wzajemnych oddziaływań wyobrażeń chrześcijań36

�Mariusz Czaja • K O N I E C Ś W I A T ., C H O R O B A I S Ą D O S T A T E C Z N Y

skich i wątków mitologicznych zosta! on utożsamiony
z kielichem eucharystycznym, w który Józef z Arymatei zebrał krew Jezusa wiszącego na krzyżu. W tym
względzie relacja Senectusa (M, s. 7-8) niewiele od­
biega od wersji średniowiecznych.
Sama ta opowieść jest istotna o tyle, o ile motywu­
je moc, jaką miał posiadać ten niezwykły przedmiot.
Moc o charakterze magicznym. Jej istota tkwi w prze­
mianie. Przemianie „ziemi jałowej" w żyzną krainę, ale
też przemianie osobowości śmiałka, który odnalazł
Świętego Graala. Na skutek działania tajemniczej mo­
cy, w wersji schrystianizowanej zwanej Łaską, rzeczy­
wistość może cudownie, jak za dotknięciem czaro­
dziejskiej różdżki, osiągnąć stadium doskonałości. Ten
aspekt symboliki Graala kryje się w Merlinie za poję­
ciem „królestwa doskonałego", które „syn szatański
jednorodzony" chce stworzyć w Brytanii. Projekt Merlina zasadza się na wierze w cudowną moc Graala.
Ona ma sprawić, że
37

królestwo bez króla
Ziemia rozdarta ciągłymi wojnami. (M, s. 12)

mędrca w towarzystwie autorów haseł rewolucji fran­
cuskiej. Ale to tekst Merlina prowokuje do takich sko­
jarzeń. Czytamy w nim, że treścią historii, którą chcą
opowiedzieć Senectus i jego kompania, będzie m.in. to
Ze piękny może być świat i sprawiedliwy,
I dobro może na nim panować i rozum,
I takie dawno zapomniane rzeczy
Jak wolność, równość, braterstwo. (M. s. 7)
Skąd w świecie średniowiecznego eposu idee jakby
żywcem przeniesione z Oświecenia? Na ciekawy trop in­
terpretacyjny naprowadza fakt, iż głównymi emblemata­
mi osiemnastowiecznych stowarzyszeń tajemnych, mi­
stycznych bractw i lóż masońskich były: Świątynia Salo­
mona, Zakon Templariuszy i Graal. Wiadomo, że dzia­
łalność tego typu stowarzyszeń odgrywała znaczną rolę
w osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych ruchach rewo­
lucyjnych. Wyznawały one wiarę w Rewolucję, mającą
w sposób cudowny przemienić złe społeczeństwo w do­
skonałe, na mocy jednego aktu, nieomal z dnia na dzień. Można tu dostrzec interesującą analogię z metamor­
fozą, której źródłem miałby być Święty Graal. W grun­
cie rzeczy mit Rewolucji to kolejna odmiana wiary
w Graala, czyli nagłą przemianę upadłej rzeczywistości
w „królestwo doskonałe", idealny świat utopii. Rewolu­
cjoniści są kontynuatorami dzieła Rycerzy, którzy przy­
sięgali strzec Świętej Sprawy Okrągłego Stołu. Towa­
rzysz Wowa i Merlin, wbrew pozorom, mają ze sobą wie­
le wspólnego. Wystarczy przypatrzyć się opowieści tego
pierwszego, skierowanej do partyjnych towarzyszy:
40

41

przemieni się w idealne, wzorcowe państwo. Bo prze­
cież, jak twierdzi Senectus:
zawsze państwo, w którym Graal przebywał,
Kwitło szczęśliwe od morza do morza
I było wzorem dla innych narodów. (M, s. 8)
Można by powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia
z kolejnym wariantem tęsknoty za doskonałym Złotym
Wiekiem. Ale symbolika Graala wykracza poza mitycz­
ny horyzont Wiecznego Powrotu. W narracjach, które
konstytuują ją jako część kultury chrześcijańskiego Za­
chodu, tkwi inne jakościowo podejście do czasu.
„Istotną różnicę między Graalem chrześcijańskim a je­
go celtyckim pierwowzorem stanowiło to, że w pier­
wotnej wersji był on tylko punktem przechodnim
w wiecznie powtarzającym się cyklu życiowym,
a w wersji chrześcijańskiej stał się punktem docelo­
wym, gdyż życie zmienia się liniowo". Merlin nie pra­
gnie powrotu do Raju, nie odwołuje się do przeszłości,
do jakichś mitycznych „dawnych, dobrych czasów". Je­
go postawa wobec czasu to radykalne zaprzeczenie tra­
dycjonalizmu chłopskich bohaterów Cara Mikołaja.
Dziedzictwo przeszłości (chociażby w postaci wymaga­
nia, aby władca pochodził z „dobrego rodu", zob. M , s.
12), jest dla niego przeszkodą, jaką trzeba przezwycię­
żyć, aby zrealizować projekt, który się zrodził w jego mędrca - umyśle. Zdaje się on podzielać wiarę wszel­
kich utopistów w to, że „ustanowione zostaną nowe
prawa i oto nastanie wolność, równość i braterstwo,
wszystko będzie lepsze i piękniejsze, znikną podziały
między ludźmi i złe cechy ich charakterów, choroby
i nieszczęścia, smutek i głupota, brzydota i niedostatek.
Kwiaty będą piękniej pachniały i cały świat stanie się
przyjazny człowiekowi". Na pierwszy rzut oka ryzy­
kowne może się wydać umieszczanie średniowiecznego
38

39

253

I poszedł Iwan do miasta prawdy szukać. Szedł, szedł, aż
zaszedł do fabrykanta. (...) I zaczął Iwan u fabrykanta
pracować. (...) Wiele lat pracował. Garbu się dorabiał.
Prawdy nie widział. Aż raz usłyszał rozmowę cichą: „Je­
den tylko człowiek na świecie, co prawdę zna. Nazywa
się Lenin, a mieszka w Pitrze." Poszedł Iwan szukać te­
go człowieka. Szedł, szedł, aż przyszedł do Pitra. Patrzy:
robotnik idzie. Pyta go po cichutku: „Gdzie tu Lenina
znaleźć można?" A ten mu jeszcze ciszej: „Chodź ze
mną, ja cię zaprowadzę." No i przyszli do pokoju. (...)
Wyszedł do nich człowiek (...) i głosem życzliwym mó­
wi: „Witajcie, towarzysze, cóż powiecie dobrego?" Opo­
wiedział mu Iwan, jak to prawdy po świecie szukał.
„Dobrześ zrobił - rzekł na to Lenin - żeś do fabryki po­
szedł prawdy szukać. Prawda jest w robotniczych rę­
kach." I opowiedział Lenin Iwanowi, jak walczyć trzeba
0 prawdę, żeby nie trzeba było służyć ani kułakom, ani
jaśnie panom, ani popom, ani kupcom, ani fabrykan­
tom, i jak ich z carem przepędzić. (...) A w październi­
ku roku siedemnastego objawiła się ta prawda, grom­
kim głosem przemówiła, zabrzmiała jak ziemia długa
1 szeroka. (...) I zwyciężyła leninowska prawda. I odtąd
nie pracują już więcej robotnicy i chłopi na panów i fa­
brykantów, garbów się nie dorabiają, ziemi łzami nie po­
lewają - sami są gospodarzami swoich fabryk, swojej
ziemi i swojego życia. Koniec." (CM, s. 8-9)

�Mariusz Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

Struktura tej quasi-bajkowej narracji zdradza wy­
raźną analogię do struktury mitu Graala. Prawda speł­
nia tu taką rolę, jak cudowny kielich w średniowiecz­
nych romansach: przemienia rzeczywistość. Tak jak
Święty Graal jest najpierw ukryta i tylko dzięki szcze­
gólnemu wtajemniczeniu można ją poznać. Trzeba wy­
trwałości, by do niej dotrzeć. Jak twierdzi Towarzysz
Wowa:
p r a w d z i w y k o m u n i s t a m u s i cierpieć u m i e ć . A czemu? Bo
m a w i e l k i cel przed sobo. ( C M , s. 19)

Cierpienia są konieczne, ponieważ rzeczywistość,
w której Poszukiwacze odbywają swoja wędrówkę, jest
naznaczona złem. Panują w niej:
Rozpacz, nieszczęścia i bieda
Plącz dzieci, k r z y k k o b i e t
I przekleństwa starców. ( M , s. 12)

To z takiego postrzegania tego, co ich otacza, z nie­
zgody na świat zastany, rodzi się w nich pragnienie ra­
dykalnej jego przemiany. A przy tym „niezgoda utopi­
sty na świat istniejący jest (...) niezgodą totalną. Nie
widzi on złych i dobrych stron; widzi jedynie dobro
i zło. Jego wizja świata jest nieuchronnie dualistycz­
na". Wokół siebie postrzega on wszędzie twarze Siedmiogłowej Bestii, z którą trzeba walczyć wszelkimi do­
stępnymi środkami: mieczem, kopią, sztyletem, snaj­
perskim karabinem czy semteksem.
42

W tym totalnym odrzuceniu aktualnej postaci
świata przypominają Poszukiwacze Świętego Graala
poczciwych ludzi archaicznych wrzuconych znienacka
w Historię. Ale Poszukiwacze inaczej postrzegają czas.
Nie jest on dla nich kołem, lecz prostą linią, na końcu
której tkwi wymarzony cel. Powrót do „początków"
jest dla nich bezsensowny, bo, jak to dosadnie wyraził
Kosma:
świat idzie głowo do przodu, a nie d u p o ! ( C M , s. 7)

Oni, w przeciwieństwie do wyznawców Złotego
Wieku, nie odrzucają Historii jako takiej. Pod tym
względem są dziedzicami myśli judeochrześcijańskiej.
Co więcej, w Historii widzą swojego sojusznika. Ona
daje im prawo (OP, s. 23), przyznaje im rację i wyko­
nuje wyroki na przeciwnikach (OP, s. 29). Zmiana,
przemijanie, upływ czasu postrzegane są przez nich po­
zytywnie, wszak przybliżają ich do momentu całkowi­
tej metamorfozy świata. Ich postawa wobec czasu da­
leka jest jednak od biblijnej. W Biblii czas jest własno­
ścią Stwórcy. Każde boskie działanie ma swój własny
kairos. Natomiast w symbolice poszukiwania Graala
zdaje się tkwić chęć zawładnięcia czasem, przyspiesze­
nia jego biegu. Za pozytywną waloryzacją przemijania
kryje się w gruncie rzeczy zdyskredytowanie czasu H i ­
storii, jako przeszkody oddzielającej Poszukiwacza od
wymarzonego ideału. Zdradza on wyraźny brak cierpli­
wości. Nie bierze przykładu z Jezusa, który nigdy nie
uprzedza woli Ojca. Czyni to, na czym według nie­
Ąi

44

254

których Ojców Kościoła polegał grzech pierworodny:
chce przeskoczyć czas i zawarte w nim zrządzenia Bo­
że. „Ponieważ Bóg zamyślił dać człowiekowi wszelkie
dobro, ale człowiek ma je otrzymać dopiero wtedy,
kiedy Bóg mu je da, przeto każde nieposłuszeństwo,
każdy grzech jest w swojej istocie przeskoczeniem cza­
su". Jest więc Poszukiwacz grzesznikiem par excellen­
ce. A spomiędzy szczytnych idei i Świętych Spraw wy­
dobywa się ten sam syk, który skłonił Pierwszych Ro­
dziców do sięgnięcia po owoc z Drzewa Poznania Do­
bra i Zła, do uzurpowania sobie boskości (Rdz, 3, 1-7).
Nic w tym dziwnego, skoro twórca idei poszukiwania
Świętego Graala jest „synem szatańskim jednorodzonym" ( M , s. 10), diabelską parodią Chrystusa. Jego za­
miar - rodem z dualistycznych mitów - aby pomóc
Chrystusowi w dziele zbawienia, jest zakwestionowa­
niem soteriologicznej mocy Krzyża i Zmartwychwsta­
nia. Ten „szatański" motyw pojawia się także w Oby­
watelu Pekosiewiczu. Sekretarz Jemiołka mówi o sobie:
45

j a m częścią siły tej, co wiecznie zła pragnąc wiecznie czy­
n i d o b r o . . . (OP, s. 29)

Uważa się więc za kogoś w rodzaju Mefistofelesa
z dramatu Goethego. Ale Fausta w Obywatelu Pekosiu
raczej trudno byłoby znaleźć. Faustem, i to ludowym,
jest, zdaniem W. Majcherka, Kowal Malambo. Czy
ten prostaczek wzdychający do Złotego Wieku może
mieć coś wspólnego z Poszukiwaczami św. Graala? Aby
odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się sym­
bolice, którą niesie ze sobą postać kowala. Nie jest to
wszak przypadek, że bohater dramatu Slobodzianka
wykonuje taką właśnie profesję.
46

Oprócz panowania nad ogniem ważnym kompo­
nentem kompleksu symbolicznego związanego z kowa­
lem jest władanie materią. Umiejętność jej przekształ­
cania, dopełniania dzieła Stwórcy. Kowal to homofaber, ten, który „tworzy" przedmioty. W jego postaci
skupia się symbolicznie program przekształcania Natu­
ry przez ludzką pracę. Bohater sztuki Slobodzianka
mówi o sobie:
47

c a ł e moje życie
W mojej starej kuźni
Ciężko pracowałem. ( K M , s. 49)

Jak twierdzi Eliade, „tu właśnie tkwią początki wiel­
kiego odkrycia, że człowiek może wziąć na siebie pra­
cę Czasu". Homo faber nie chce już bez końca powta­
rzać wzorcowych gestów Nadludzkich Istot. O n sam
czuje się Demiurgiem, który ma przed sobą wielki cel:
przemianę świata. U podstaw tej idei tkwi założenie, że
ów świat nie jest taki, jaki być powinien. Ukoronowa­
niem tego programu była idea alchemicznej transmutacji. Transmutacji człowieka i Kosmosu przez Kamień
Filozoficzny. „Na mineralnym poziomie egzystencji
Kamień urzeczywistniał cud: znosił odstęp czasu dzie­
lący stan aktualny, «niedoskonały» jakiegoś metalu
(«surowego») od jego stanu docelowego (kiedy stanie
48

�Mariusz Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

się złotem). Dzięki Kamieniowi Filozoficznemu transmutacja była prawie natychmiastowa: zastępował
Czas". Alchemik marzył o przyspieszeniu biegu Cza­
su, ale też się go bał. „Nie uważał siebie za byt w swej
istocie czasowy, lecz wzdychał do rajskiego szczęścia
i śnił o wieczności, poszukiwał nieśmiertelności, Elixir
Vitae".
Rozpatrywana w tym kontekście symbolicznym po­
stać Kowala Malambo rysuje się jako antenat Poszuki­
waczy Graala. Doświadcza on niemożności powrotu
do Złotego Wieku, z powodu nieuchronnego nacisku
Historii. Jego „już" - w dwu pierwszych odsłonach wę­
drówki przez dzieje - wyraża nostalgię spowodowaną
przemijaniem i niestałością „rzeczy tego świata" (zob.
K M , s. 22, 32). W trzeciej zaś i ostatniej jest wyrazem
zniecierpliwienia ( K M , s. 42). Zniecierpliwienia mo­
gącego zrodzić ideę poszukiwania Graala, czegoś, co
radykalnie przemieni Kosmos i człowieka. Kowal czu­
je się odrzucony przez Niebo i przez Piekło:
49

50

Nigdzie nas nie c h c ą
C o robić? Jak żyć? ( K M , s. 53)

Teraz wystarczy, by zjawił się Merlin, czy inny Le­
nin, który zaofiaruje Kowalowi Ideę. Bo, jak mówi To­
warzysz Koperski:

historii, jako procesu przechodzenia od stanu zła
i cierpienia do przyszłego stanu pełnej doskonało­
ści". To radykalne przeobrażenie miało mieć miejsce
nie w jakimś mitycznym czasie powrotu, lecz w samej
historii.
Jednym słowem mesjaniści byli (i nadal są) Poszuki­
waczami św. Graala, tyle że zamiast na aktywność sta­
wiają na bierne znoszenie cierpień. Mesjanizm polski
żywił przekonanie, iż dzięki męczeństwu, jakie jest
udziałem narodu polskiego, nastanie wkrótce w dzie­
jach ludzkości era wolności. Cały ten kompleks wy­
obrażeń odnajdujemy w Obywatelu Pekosiu. Cierpiącą
Polskę, na którą czyhają „międzynarodowi faryzeusze",
chcąc ją „znowu ukrzyżować i do grobu złożyć, i raz na
zawsze z mapy świata wymazać" (OPś, s. 55). I wizję
totalnego renovatio, kiedy to Królowa Polski i Kościo­
ła Świętego „białym mercedesem przyjedzie" (OPś, s.
71). Tyle że jest to mesjanizm w wydaniu grotesko­
wym, obraz opłakanych skutków, jakie przynoszą Po­
szukiwania św. Graala. Zresztą cała rzeczywistość Oby­
watela to „krajobraz po bitwie", po wcieleniu w życie
Merlinowskiej idei „królestwa doskonałego". Poszuki­
waczom udało się
52

53

54

W y m o r d o w a ć m i l i o n y w lagrach. A p r a w o do szczęścia
i d o b r o b y t u zapewnić sobie. Mieszkać w w i l l a c h albo jeszcze

nie o t o chodzi, j a k się Idea nazywa. K o m u n i z m , socjalizm
czy normalność. C h o d z i o t o , że Idea jest potrzebna l u ­
dziom, bo daje i m nadzieję, że świat nie zdąża k u nicości

lepiej. Odpoczywać w l u k s u s o w y c h ośrodkach. Jeździć n a j ­
lepszymi s a m o c h o d a m i i t a k dalej... (OP, s. 23)
W i e l k a idea p r z e b u d o w y świata w d u c h u sprawiedliwości

i samozagładzie, t y l k o k u jakiemuś ładowi... (OP, s. 24)

społecznej (OPś, s. 40) została u t a p l a n a w gównie i umazana we k r w i . (ibid.)

Tą ideą może być też Naród. W Merlinie bez trudu
odnaleźć można aluzje do kompleksu wyobrażeń zwią­
zanych z różnymi postaciami ideologii narodowej. Kie­
dy do Brytanii trafił Graal, to

Jak pisze Jerzy Szacki, utopista „przekonany o zale­
tach swego projektu, gotów jest płacić każdą cenę za
jego realizację. Z miłości do człowieka będzie budował
gilotyny i w imię wiecznego pokoju prowadził krwawe
wojny". Nie zawaha się poświecić własnych towarzy­
szy, bo przecież

wyspę oświeciła

55

N a g l e Łaska Boża
1 już k w i t n i e wyspa

Każda w i e l k a sprawa j a k nasza r e w o l u c j a w y m a g a b o h a ­

O d morza d o morza. ( M , s. 8)

terów ( C M , s. 36)

Od Morza Bałtyckiego do Czarnego rozciągała się
we wszystkich wielkomocarstwowych rojeniach Rzecz­
pospolita. I było oczywiście państwo polskie zawsze

Bestia, z którą chce walczyć, tkwi w nim samym.
Dlatego nie może odnaleźć św. Graala. Próba realiza­
cji idei „królestwa doskonałego" musi skończyć się ka­
tastrofą. Kiedy Poszukiwacze dochodzą do wniosku, że

w z o r e m dla i n n y c h narodów. ( M , s. 8)

Pojawia się też w dramacie odwołanie do hasła:
„Bóg, honor, Ojczyzna" oraz do najnowszych mitów
patriotycznych, związanych z nazwą pewnego związku
zawodowego (M, s. 7). Jeśli jest Merlin Mesjaszem, jak
tego chce J. Majcherek," to Mesjaszem rodem z historiozofii romantycznej, a nie z Biblii. Ta historiozofia
nawiązywała do nurtów heterodoksalnych, przede
wszystkim do millenaryzmu. Millenaryści wierzyli, iż
przyszłość przyniesie kres katastrofalnego stanu aktu­
alnego i zbiorowe zbawienie w życiu doczesnym. We­
dług nich historia zmierza do nowej epoki, epoki do­
skonałości, nazywanej też „epoką Ducha Świętego".
Z millenaryzmu romantyczny mesjanizm przejął „wizję
255

N i e ma Graala świętego!
Święty G r a a l t o wymysł M e d i n a !
Święty G r a a l nie istnieje! ( M , s. 31)

zaczynają się nawzajem oskarżać i walczyć o stołki. Do
wszystkich sfrustrowanych Poszukiwaczy można skie­
rować słowa Biskupa z Obywatela Pekosia:
Boicie się sami siebie. Pożeracie się nawzajem, j a k dzikie
bestie. (OP, s. 28)

Król Artur przeklina dzień, kiedy wydobył Eskalibor
z kamienia, co dało mu władzę w „doskonałym" króle­
stwie Brytanii (M, s. 49). Komunistyczni aparatczycy,

�Mariusz Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

już od dawna pozbawieni wiary w głoszone przez siebie
ideały, walczą zażarcie o władzę i wpływy. Najgorsze, że
przy okazji cierpią ci, którzy jak Pekoś, czy Ginewra
nieopatrznie zaplątali się we frakcyjne walki. To oni
płacą najwyższą cenę za sny o Brytanii doskonałej.
Obłęd, rozpacz, śmierć - to niechlubne skutki pragnie­
nia przeskoczenia czasu. Wiary w cudowną transmutację Kosmosu.
Poszukiwacze św. Graala pozornie afirmując Czas
i Historię, w istocie je odrzucają. Kroją czas w po­
przek, wydzielając z niego czas dobry i czas zły. Prze­
szłość i przyszłość są pozbawione dla nich komunikacji
z teraźniejszością. Oczekują, podobnie jak biblijni
prorocy, na wielką metamorfozę, „zdarzenie, które
przepołowi czas", ale chcą ją przyspieszyć. Odrzuca­
ją nowotestamentową perspektywę, według której ery
Mesjasza nie sposób już umieszczać w przyszłości,
a punkt środkowy, od którego zależy znaczenie czasu,
leży w samym wnętrzu teraźniejszości. Nie krążą już,
co prawda, po szatańskim kole wiecznego powrotu, ale
dali się skusić szatańskiemu podszeptowi, aby, tak jak
Bóg, panować nad Czasem. Coś z Poszukiwaczy św.
Graala mają w sobie współcześni ludzie Zachodu, bio­
rący na siebie rolę czasu. Zużywają się oni, pracując
zamiast niego. Dla nich mniej ważna jest wizja przy­
szłości. Podejmują podróż w nieznane, śniąc demiurgiczny sen o ostatecznym zawładnięciu Naturą. Ich
mentalność zdominowana jest przez chęć jak najszyb­
szego wyzwolenia człowieka z jego naturalnych ograni­
czeń. Wynalazek goni wynalazek. Wciąż trzeba zwięk­
szać tempo wzrostu gospodarczego. Natutę należy po­
spieszać za pomocą nawozów, hormonów, genetyki.
Skutki tego odczuwamy wszyscy w postaci grożącej ca­
łej planecie katastrofy ekologicznej.
56

57

58

59

60

61

Nad merlinowskimi snami od początku wisi, niczym
fatum, widmo totalnej zagłady.

katastrofie następuje odrodzenie. Oznacza to, że prze­
świadczenie o nieuchronnej zagładzie obecnego świa­
ta może współistnieć z wiarą w powrót do Złotego
Wieku. Do idei doskonałości początków dołączone zo­
staje po prostu wyobrażenie o tym, iż aby coś napraw­
dę nowego mogło się zacząć, należy całkowicie unice­
stwić wszelkie pozostałości starego cyklu. Nastąpić
musi Koniec Świata. Wieczny powrót wszystkiego
może oznaczać także bezustanne powtarzanie Apoka­
lipsy.
65

Dla dramatów Slobodzianka podstawowym źró­
dłem symboli związanych z kresem czasów jest apokaliptyka judeochrześcijańska. Jej specyfika polega na
odejściu od czasu cyklicznego na rzecz historycznego
finalizmu, związanego z czasem nieodwracalnym.
Według niej Koniec Świata będzie tylko jeden, tak jak
tylko jedna była kosmogonia.
Krzyżownicy z Proroka llji wydają się nie zdawać so­
bie sprawy z wspomnianej wyżej odmienności eschato­
logii judeochrześcijańskiej. W ich umysłach symbolika
apokaliptyczna przejęta z Biblii współistnieje z ideą
Wielkiego Powrotu. Czas ostateczny jest dla nich reaktualizacją illo tempore. Wobec zbliżającego się Końca
Świata uważają za swój obowiązek powtórzenie wyda­
rzeń, które miały miejsce dziewiętnaście wieków wcze­
śniej w Palestynie, traktując Credo jak mityczną opo­
wieść o czasie początków. Równie obce duchowi biblij­
nemu jest ich traktowanie „czasu nadchodzącego"
(aion mellon ) jako restituti in integrum i powrotu do
pierwotnych rajskich warunków stworzenia (zob. PI,
s. 12, 17, 18, PI. N H , s. 20).
66

67

6s

69

Z wyobrażeń chrześcijańskich pochodzi natomiast
pojmowanie przez bohaterów Proroka llji czasu ostatecz­
nego jako okresu wzmożonego działania sił szatańskich:
w Piśmie Świętym p o w i e d z i a n o , n a k o ń c u świata L u c y p e r
n a pokuszenie wodzić będzie (...) I wypełniło się! I L u c y ­

N o c , czarna n o c

per po świecie na m o t o r z e jeździ. I w baby wstępuje. I we

N a d Brytanią w s c h o d z i . ( M , s. 15)

snach śni się. ( P I . N H , s. 16)

Viviana przeczuwa, iż nadchodzi Dzień Gniewu.
Także Król Artur uświadamia sobie, że
B r y t a n i i nadszedł sądny dzień! ( M . , s. 40)

Jedynie Merlin - demiurg i kapłan U t o p i i
zdaje sobie z tego sprawy.

62

- nie

Jednym słowem:
ancychryst po świecie się panoszy. ( P I , s. 17)

Nawiązują oni tutaj do opowieści o Antychryście Fałszywym Proroku, który u kresu czasów zwodzić bę­
dzie mieszkańców ziemi. Jako przykład tego rodzaju re­
lacji przywołać można list Adsona z Montier-en-Der do
królowej Gerbergi. Antychn/st jest tam synem diabła.
Pobiera nauki u magów, czarowników i innych złych lu­
dzi. Zwabia ku sobie królów i książąt, a jego przepowia­
danie roznosi się „od morza do morza". Czyni różne zna­
ki i cuda, mające zwieść chrześcijan i przekonać ich do
oddawania mu czci. Tych zaś, których nie udaje mu się
przeciągnąć na swoją stronę, okrutnie zabija.
70

Koniec świata
U podstaw, występujących w tradycjach mezoamerykańskich, hinduskich, irańskich, germańskich i judeochrześcijańskich, mitów o Końcu Świata tkwi
przekonanie, że siły Chaosu, pokonane i uwięzione
w trakcie kosmogonii, mogą żywiołowo uwolnić się lub
zostać uwolnione i naruszyć dotychczasową strukturę
Kosmosu. W rezultacie może dojść do jego całkowi­
tego unicestwienia. Zazwyczaj jednak po kosmicznej
63

64

256

Pewne elementy tej charakterystyki odnieść by
można do tytułowego bohatera Medina. Jest on „sy­
nem szatańskim jednorodzonym" ( M , s. 10), zrodzo­
nym z „dziewicy niepokalanej" (ibid.). Zostaje mędr-

�Mariusz Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

cem, dokonuje „wielu rzeczy cudownych" (ibid.) i zy­
skuje wielką chwalę u ludzi. Zwabia „najlepszych ryce­
rzy" (ibid.) i czyni ich „Rycerzami Okrągłego Stołu",
czyli wyznawcami wykreowanej przez siebie idei króle­
stwa doskonałego, mającego rozciągać się „od morza
do morza". Owa idea to parodia Królestwa Bożego, za­
powiadanego w ewangelicznej Dobrej Nowinie. Każdy
z nich składa przysięgę, że będzie wierny „Świętej
Sprawie Okrągłego Stołu". Karą za zdradę ma być wy­
mazanie ich imion z Księgi Świata. Ta księga to naj­
prawdopodobniej księga życia, w której, według Apo­
kalipsy św. Jana, od założenia świata zapisane są imio­
na Wybranych. Za sprawą Merlina i jego utopijnych
wizji szafują więc Rycerze własnym zbawieniem. Ma­
mieni mirażem odnalezienia św. Graala wyruszają, by
pokonać Siedmiogłową Bestię. Tę sama Bestię, o jakiej
czyta w Apokalipsie św. Jana Ilja:
Bestyja, którąś widział, była, a nie jest, a ma wystąpić
z przepaści, a iść na zginienie; i zadziwią się mieszkający na
ziemi,/ których i m i o n a nie są napisane w księgach żywota
od założenia świata/ (...) widząc bestyję, która była, a nie
jest, a przecie jest. (PI, s. 9)

Siedmiogłową Bestia jest rodzajem zbiorowego A n ­
tychrysta. Jej przymioty stanowią parodię przymiotów
Bożych i zmartwychwstania Chrystusa. Nic więc dziw­
nego, że pomiędzy Merlinem a stworami, z którymi
potykają się rycerze, istnieje pewna więź. Sygnalizuje
ją to, że Senectus, kreujący postać Merlina, odgrywa
także rolę poszczególnych potworów - głów Siedmiogłowej Bestii. Stanowią one uosobienie grzechów
głównych, a jednocześnie największych słabości każ­
dego z rycerzy. Walcząc z nimi, poszukiwacze Świętego
Graala walczą z własną grzesznością i , mimo pozorów
zwycięstwa, przegrywają, bo
Siedmiogłową Bestia nauczyła
C o t o jest p y c h a , gniew, zawiść, l e n i s t w o
C h c i w o ś ć , lubieżność i nienasycenie. ( M , s. 29)

Zwodnicze idee, zaszczepione przez Merlina ryce­
rzom, sprawiły, że obudziło się Zło, które w nich drze­
mało. Stali się synami Bestii:
Siedmiogłową Bestia żyje...
W s i e d m i u synkach żyje! ( M , s. 33)

Ich ofiarą pada królowa Ginewra, która, pod wpły­
wem doznanych nieszczęść, zaczyna bluźnić przeciw
Bogu i Matce Zbawiciela:
Jeżeli t a m w niebie
O k r u t n a M a t k o jesteś
I ty, bezlitosny

Poprzez Ginewrę Bestia „otworzyła swe usta dla
bluźnierstwa przeciwko Bogu, by bluźnić Jego imieniu
i Jego przybytkowi, i mieszkańcom nieba" (Ap, 13, 6).
Nie okazała królowa „wytrwałości i wiary świętych"
(Ap, 13, 10). Zdaje się ona symbolizować tę część
ludzkości, której imiona nie są „zapisane w księdze ży­
cia/ od założenia świata" (Ap, 17, 8). Ale jej usytu­
owanie w symbolicznej strukturze Merlina do pewne­
go stopnia jest analogiczne do miejsca, jakie zajmuje
w Apokalipsie św. Jana Wielka Nierządnica. Tak, jak
apokaliptyczna Nierządnica, Ginewra uśmiercona zo­
staje za sprawą Bestii i spalona ogniem (por. A p 17,
16). Byłaby więc królowa Brytanii symbolem „Wielkie­
go Babilonu", o który toczą między sobą walki „królo­
wie ziemi" (por. A p 17, 2).
Z Wielką Nierządnicą utożsamia Tatiana w Proro­
ku llji Olgę, wyzywając ją:
gadzino p i e k i e l n a ! Czorcie ty przeklęty! Bestio babiloń­
ska! K u r w o ! ( P I , s. 25)

Tę interpretację postaci Olgi zdaje się potwierdzać
fakt, iż przed jej kolejnym pojawieniem się u llji pro­
rok usiłuje zgłębić sens następującego fragmentu Apo­
kalipsy:
1 widziałem niewiastę o n ę pijaną krwią świętych i krwią
m ę c z e n n i k ó w Jezusowych; a widząc j ą dziwowałem się
w i e l k i m p o d z i w i e n i e m . (PI, s. 15)

Poza tym Olga rzeczywiście nie najlepiej się prowa­
dzi. Bluźni. Modli się do Lucyfera - Antychrysta. Ale
rację ma chyba Ilja, twierdząc, że
T o nie czort (...), a b i e d n a k o b i e t a . Jej p o m ó c trzeba.
C h l e b a dać. N a w r ó c i ć . ( P I , s. 16)

Jeśliby szukać dla Olgi odpowiednika w Biblii, to by­
łaby ona raczej Marią Magdaleną, nawróconą jawno­
grzesznicą. Albo też, uwzględniając apokaliptyczny
kontekst i związek, jaki połączył ją z Ilją - Małżonką
Baranka (por. A p 19, 7-8). Gdyby przyjąć tę ostatnią
interpretację, Olga symbolizowałaby grzeszny Kościół
Chrystusowy, który pomimo zdrad i niewierności wo­
bec Oblubieńca, zostaje w końcu odkupiony silą miło­
ści Zbawiciela.
To nie Olga ani nie Rotszyld są tak naprawdę
przedstawicielami sił szatańskich w Proroku. Szatański
podszept rozpoznać można raczej w przedsięwzięciu
krzyżowników. W nich tkwi Lucyper. O n i są „pogana­
mi", „psami niewiernymi" i „durniami" (PI, s. 29). Ilu­
strują tezę Chóru z Turlajgroszka, że gdy
C h o d z i po świecie A n c y c h r y s t

Boże Pychy!

K u s i człowieka biednego

Gniewu!

N a m a w i a jego do złego

Chciwości!
I zawiści,

D u r n i j e m u ulegają

P r z e k l i n a m Was! ( M . , s . 51)

Krzyż Twój Święty pohańbiają. (T, s. 46)

257

�Mariusz Czaja * KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

W przypadku tego ostatniego dramatu sprawa jest
prosta: rolę Antychrysta odgrywa Czort. Neguje on
obecność Chrystusa w historii. Twierdzi, iż:
Pan Jezus
O świecie
Zapomniał. (T, s. 44)
Tak jak Siedmiogłową Bestia z Merlina, Czort roz­
budza grzeszne skłonności. Jak Charyton z Proroka llji
namawia do „pohańbienia krzyża" (por. PI. N H , s. 21):
CZORT:
TURLAJGROSZEK:
CZORT:

Siłę masz?
Mam.
Zwal krzyża. (T, s. 46)

W Obywatelu Pekosiewiczu (i Obywatelu Pekosiu) ty­
mi, którzy chcą „zwalić krzyża", nieprzyjaciółmi Ko­
ścioła, są komuniści. Byliby więc oni swego rodzaju
„zbiorowym Antychrystem", zwodzącym chrześcijan
i odciągającym ich od wiary. Jednak rozciąganie „cza­
su ostatecznego" na akcję tego dramatu Slobodzianka
może się wydać nieuprawnione. Brak w niej, na pierw­
szy rzut oka, nawiązań do symboliki eschatologicznej.
Ale wystarczy zwrócić uwagę na motta, jakimi obda­
rzył autor obie wersje tej sztuki, by dostrzec, że to
pierwsze wrażenie nie do końca jest słuszne. W Oby­
watelu Pekosiewiczu jako motto funkcjonuje ewange­
liczna przypowieść o kąkolu i pszenicy (Mt 13, 24-30).
Zapowiada ona Sąd, jakiego Bóg dokona nad stworzo­
nym przez siebie światem. Umieszczenie jej w drama­
cie w takiej, a nie innej funkcji każe całą sztukę odczy­
tywać w perspektywie eschatologicznej.

siedem grzechów z tego i nie z tego świata. (OPś, s. 22)
I wreszcie nagonka na Żydów, przedstawicieli naro­
du wybranego. Pułkownik „Franek" odgrywa rolę ku­
siciela i Fałszywego Proroka, sącząc w umysł „durnia"
wizję żydowskiego spisku i posługując się przy tym ob­
razowaniem przejętym z Ewangelii:
Pekosiewicz, nie widzicie, co Polska dzisiaj przeżywa, co?
Jaki spisek powstał wokół Polski na świecie? Jak różni fa­
ryzeusze, międzynarodowi i nasi, chcą Polskę znowu
ukrzyżować i do grobu złożyć, i raz na zawsze z mapy świa­
ta wymazać? (OPś, s. 55)
Całość tego obrazu ilustruje tezę o tym, że „Koniec
świata zwiastowany jest (...) w porządku doczesnym
przez wojny i zniszczenia, przez najazdy barbarzyńców
i upadek obyczajów, słowem, przez postępujący rozpad
więzi społecznych".
Bohaterowie Cara Mikołaja również mają za sobą
doświadczenie wojny. Na „bieżaństwie"
71

72

widzieli rewolucje i dobrze zapamientali. (CM, s, 25)
Przeżyli najazd bolszewików podczas wojny polsko-radzieckiej. Widzą postępujący rozkład ich własnej,
tradycyjnej kultury. Młodzi nie chodzą do cerkwi.
Dziewczyny się malują
jak jakie kurwy z Białystoku. (CM, s. 15)
Nic więc dziwnego, iż
wierzą, że ten świat się kończy i że trzeba o duszy pomy­
śleć, a nie o gospodarstwie. (CM, s. 12)
Wszak „myśli o końcu świata nawiedzają z reguły
ludzi, którzy są świadkami upadku ich własnej kultury
będącej dla nich do niedawna absolutem". W ich
ptzekonaniu świat ginie i pędzi ku zatracie.

Jeszcze wyraźniejsze staje się owo eschatologiczne
nacechowanie w Obywatelu Pekosiu, na początku któ­
rego znajduje się fragment z Apokalipsy św. Jana:

73

Ani pokutowali z mężobójstw swoich,
Ani z czarów swoich,
Ani z wszeteczeństw swoich,
Ani z złodziejstw swoich. (OPś, s. 1)
W Apokalipsie słowa te dotyczą ludzi nie zabitych
przez plagi, które u kresu czasów dotkną świat. Ostat­
nie trzy z nich to ogień, dym i siarka, wydobywające się
z pysków koni Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Umiej­
scowiona w tej perspektywie symbolicznej akcja dra­
matu rozgrywałaby się już po uwolnieniu sił Chaosu.
Bohaterowie Obywatela byliby tymi, którzy pomimo
doświadczonych klęsk nie nawrócili się, „nie odwrócili
się od dzieł swoich rąk,/ tak by nie wielbić demonów/
ani bożków złotych, srebrnych, spiżowych, kamien­
nych, drewnianych" (Ap, 9, 20). Dowodów na postę­
pujący rozpad Kosmosu odnaleźć można w sztuce aż
nadto: wojna, z obozami koncentracyjnymi, wysiedle­
niami, nieludzkimi doświadczeniami na dzieciach;
upadek obyczajów, alkoholizm i rozpad rodziny; zdrada
ze strony przyjaciół; bezpardonowa walka o władzę,
w której wszystkie chwyty są dozwolone; mordowanie
księży wytykających komunistycznej Bestii

258

W Niemczech Hitler i socjaliści. Robią wielką broń. A świat
się tylko przygląda. A na co Niemcom broń? Na sikorki?
A dalej. We Włoszech - socjaliści. We Francji socjaliści.
W Hiszpanii - socjaliści. A w Ameryce i wszędzie Żydzi tylko
czekają i zacierają ręce, kiedy wojna wybuchnie. (CM, s. 34)
Wojna, i to domowa, wybucha w Merlinie. Gdy się
rozpoczyna, Viviana śpiewa:
Dies irae, dies ilia... (M, s. 37)
I odtąd hymn ten towatzyszy wzajemnej tzezi, jaką
zafundowali sobie Rycerze Okrągłego Stołu. Jest ona
więc obtazem kosmicznej katastrofy, która nastąpić
ma, gdy „W gniewu dzień, w tę klęski chwile/ Świat
w śmiertelnym legnie pyle" (przekl. wg przypisu w: M ,
s. 10). Czterej rycerze:
„Jednorożec, i Lew,
I Niedźwiedź, i Smok"
spotykający się
Na pustej ziemi
Jak popiół Jałowej

�Mariusz Czaja • K O N I E C Ś W I A T A , C H O R O B A I S Ą D O S T A T E C Z N Y

przypominają czterech jeźdźców, którzy, uwolnieni
u kresu czasów, pozabijać mają „trzecią część ludzi"
(Ap, 9, 15). Dodać należy, że odbywa się to w ciemno­
ściach, bo panuje
N o c , czarna N o c
N a d Brytanią!

jest nazwany w Apokalipsie Sw. Jana Chrystus (Ap 5, 5) .
Według wyobrażeń średniowiecznych, generowanych
przez słynne dzieło Physiologus, Lew to symbol Zmar­
twychwstania Chrystusa. Zgodnie z nimi Bóg Ojciec
obudził Jezusa Chrystusa po ukrzyżowaniu, tak jak ojciec-lew budzi trzeciego dnia po urodzeniu małe, któ­
re lwica rodzi martwe. Obraz ryczącego lwa odnoszo­
ny był też do zmartwychwstania ciał w Dzień Sądu.
Orzeł, głosiciel końca świata (Ap 8, 13), jest także
symbolem zmartwychwstania i odrodzenia. Z kolei
delfin-ratownik (Delfinus Salvator), który przeniósł
mitologicznego Ariona z świata gwałtu i przemocy
w świat chwały i zbawienia, postrzegany był w wyobra­
żeniach wczesnochrześcijańskich jako siła sprawcza
prefiguracji śmierci i zmartwychwstania Chrystusa,
a z czasem jako jego wyobrażenie. Zarysowany w wy­
żej cytowanym fragmencie Merhna obraz zdaje się więc
w całości odsyłać do kompleksu symbolicznego zwią­
zanego z Paruzją, drugim przyjściem Jezusa Chrystusa.

76

77

Spełnia się więc przepowiednia Podgłupiatego z Ca­
ra Mikołaja:

78

79

A j a k ziemia dojrzeje,
Czarne słońce zapieje... ( C M , s. 21)

Jest to nawiązanie do jednego z elementów wizji św.
Jana. Autor Apokalipsy pisze, że ujrzał, iż „Słońce sta­
ło się czarne jak włosienny wór" (Ap, 6, 12). W Biblii
noc symbolizuje nieszczęście i śmierć, jest czasem nie­
wiedzy i grzechu. W perspektywie chrześcijańskiej noc
to czas nieobecności Chrystusa, ale także oczekiwania
na niego. Łączy się to z nakazem czuwania (por. M t
25, 1-13). Merlin w dramacie Słobodzianka ewi­
dentnie narusza to przykazanie. Traci świadomość te­
go, co się wokół niego dzieje. Kiedy chaos, do którego
rozpętania się przyczynił swoimi ideami, opanowuje
państwo króla Artura, on wciąż wierzy, że
74

szczęśliwa jest B r y t a n i a ,
Ze w niej król A r t u r rządzi
I z n i m Rycerze O k r ą g ł e g o S t o ł u ( M , s. 40)

Nie dostrzega zatem znaków zbliżającego się końca
czasów. Zasypia tak, jak „nierozsądne panny" z przypo­
wieści ewangelicznej. Zapada w sen, i to w sen wiecz­
ny, „by się już nie przebudzić" (Jr 51, 39).
Wojna to ostateczne spotęgowanie zła, będące jed­
nocześnie jego przesileniem. Powtarza ona dramat
stworzenia świata, pogrążając go w chaosie, po to jed­
nak, by możliwe stało się odrodzenie. Po śmierci
wszystkich Rycerzy, po osiągnięciu dna rozpaczy
w skargach Ginewry, wreszcie
75

N o c , czarna N o c
N a d Brytanią zachodzi
I Orzeł, i D e l f i n
S a l a m a n d r ę przegnały
I z popiołu, i z p r o c h u
Zmartwychwstaje Lew
I jasny, l e t n i dzień
N a d Brytanią wschodzi ( M , s. 54) •

W kontekście obrazów i symboli eschatologicznych
ów „dzień" nasuwa skojarzenia z biblijnym dniem Pań­
skim (por. Tes 5,2), dniem, w którym Chrystus, świa­
tłość świata (J 8, 12), ptzyjdzie,
aby w obliczu k o ń c a świata sądzić żywych i umarłych
(PI, s. 8)

Motyw zachodzącej Nocy może zaś odnosić się do
Nowego Jeruzalem, gdzie nie będzie już nocy (por. A p
21, 24; 22, 5). „Lwem zwycięskim z pokolenia Judy"
259

80

W świadomości Bronka Pekosiewicza i krzyżowników z Proroka llji owo drugie przyjście funkcjonuje ja­
ko dokładne powtórzenie pierwszego, opisanego
w Ewangeliach. Zbawcze dzieło Chrystusa dokonuje się
dla nich poza historią, co pozostaje w oczywistej
sprzeczności z duchem Biblii, której treścią jest prze­
cież historia święta. Żyją oni w pogańskim świecie ar­
chetypów, gdzie podstawowym nakazem jest powta­
rzanie gestów i formuł z istniejącego poza historią cza­
su mitycznego. Paruzja w ich wydaniu to groteskowe
przedstawienie, niemające nic wspólnego z eschatolo­
gicznym wymiarem Dobrej Nowiny. Chłopi z Proroka
uważają, że
j a k O n naprawdę Pan Nasz i Z b a w i c i e l Jezus Chrystus
i

naprawdę n i c z y m Groźny A n i o ł P r o r o k IIja

zstąpił

z N i e b i o s po raz d r u g i , t o żeby naprawdę p r a w d a była,
ukrzyżować jego trzeba, zmartwychwstać m u s i i wtenczas
n i e c h sądzi żywych i umarłych. (PI, s. 12)

Dla każdego chrześcijanina jest to oczywisty non­
sens. Prorok Ilja zresztą sam wcale nie uważa się za
Chrystusa, przynajmniej w dramacie, którego jest ty­
tułowym bohaterem.
W Carze Mikołaju rzeczywiście przyjmuje na siebie
rolę wyznaczoną mu przez jego wyznawców, wierzą­
cych, że jest on „Zbawicielem i Synem Bożym" (por.
C M , s. 32), „Carem Niebios, Twórcą Odwiecznego
Carstwa Bożego od wieków obiecanego dla ich Praoj­
ców" (CM, s. 39). Twierdzi, iż jest Jezusem Chrystu­
sem i
przyszedł po raz wtóry, żeb na ziemi nie było wiencej ciemienżycielów i żeb zapanowało prawdziwe C a r s t w o Boże
( C M , s. 3 4 ) .

Stolicą owego Carstwa będzie zapewne Nowe Jeru­
zalem, które Ilja chce zbudować w Grzybowszczyźnie
(por. C M , s. 34). Tak, stolicą, choć mówienie o No­
wym Jeruzalem w tych kategoriach może się wydać ab-

�Mariusz Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

surdalne, zważywszy na to, że Jeruzalem to Oblubieni­
ca i Małżonka Baranka - czyli, według chrześcijańskiej
Tradycji, symbol Kościoła w fazie ostatecznej. Jednak,
w wyobrażeniach llji i jego wyznawców, zarówno Car­
stwo Boże, jak i Nowe Jetuzalem nie kryją w sobie żad­
nych symbolicznych treści. Odnoszą do jak najbardziej
ziemskich i konkretnych obiektów. O Carstwo trzeba
walczyć rewolwerem (CM, s. 34). Jeruzalem zaś moż­
na zbudować za pomocą młotka i gwoździ. Dla zbawie­
nia duszy wierni ofiarują domniemanemu Synowi Bo­
żemu pieniądze, i to tyle, że nie jest on w stanie ich po­
liczyć (por. C M , s. 12). Ilja w Carze Mikołaju jest po
prostu zręcznym przywódcą, obdarzonym pewną cha­
ryzmą, dzięki której może manipulować łatwowierny­
mi chłopami. Taki z niego Syn Boży, jak z Regisa car
Mikołaj. Jest fałszywym mesjaszem, z gatunku tych,
przed jakimi przesttzegał sam Chrystus: „Powstaną bo­
wiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać bę­
dą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to
możliwe, także wybtanych" (Mt 24, 24).
81

Słowa te odnoszą się chyba także do Merlina i do
Pekosia. Ten ostatni jest pijacko-głupawą wetsją me­
sjasza. Z chlebem i butelką wódki w koszyczku wielka­
nocnym, kompletnie zalany, pokrwawiony drutem
kolczastym, który założył sobie na głowę, a do tego
półnagi, odgrywa zmartwychwstanie i eucharystię za
jednym zamachem:

Boga, że uzdrawia, doradza, straszy Piekłem i Sądem
Ostatecznym. Ale jego posłannictwo ma podobny
charakter, co posłannictwo Jana Chrzciciela: przygo­
towania drogi Panu, prostowania jego ścieżek (por. M t
3, 3). Jemu
Bóg we śnie pokazał, że koniec świata idzie i stary d o m
spalił się, i n o w e g o nie budują a n i j e d n i , a n i drudzy, a n i
trzeci, a trzeba na k o l a n a c h z rzeki wodę w ustach nosić
i popiół podlewać, i zgliszcza, aż nie wyrośnie n o w y las...
(PI. N H , s. 76)

Nie ma powodu, by zaprzeczyć tezie, iż jest on rze­
czywiście prorokiem Eliaszem, zwłaszcza, że mottem
dramatu jest taki oto fragment Księgi' Malachiasza:
O t o Ja poślę w a m p r o r o k a Eliasza
przed nadejściem d n i a Pańskiego
d n i a w i e l k i e g o i strasznego. ( P I . N H , s. 1)

Ilja przeżywa rozterki, boi się, wątpi, lecz pozostaje
wierny temu, który go wybrał. Do niego się modli:
Boże Ojcze Wszechwładny
Ojcze N i e b a i Z i e m i
I wszystkich stworzeń
Widzialnych i Niewidzialnych
Który na t r o n i e chwały zasiadasz
I przenikasz o t c h ł a n i e
Zrób, żeby odszedł strach
I lęk, i rozpacz czarna

Pekoś podchodzi do Milicjantów

I zwątpienie... (PI, s. 18)

P E K O S : Chrystus zmartwychwstał, towarzyszu Piłat (...)
Zaprawdę, k u r d e m o l , błogosławieni cisi, którzy m n i e p o ­
znali
i uwierzyli, a l b o w i e m i c h jest królestwo niebieskie.
Bierzcie, towarzysze, częstujcie się, jedzcie i pijcie,
A l b o w i e m t o jest ciało moje
1 k r e w m o j a , która za was ciecze.

(częstuje ich chlebem i wódką) (OPS, s. 71)
Jego słowa i działania to profanacja największych
tajemnic chrześcijaństwa. Są bluźniercze i świętoktadcze. Uwietzyć w to, iż w osobie Pekosia nastąpiło Dru­
gie Przyjście, mogliby chyba jedynie krzyżownicy z Pro­
roka llji, i to po „Ostatniej Wieczerzy", podczas której
główne dania stanowiły ogórki i wódka (zob. PI. N H ,
s. 57-62).
Jak już wspomniałem, w odróżnieniu od swojego
imiennika z Cara Mikołaja, Ilja z Proroka zaprzecza su­
pozycjom swoich wyznawców, jakoby był Chrystusem.
Wielokrotnie powtarza:
Ja nie Jezus (...), ja I l j a , który d r u g i e przyjście Jezusa, zna­
czy Prawdy, przepowiada. ( P I . N H , s. 37)

Zofia, Wiera i Nadzieja widzą w nim zbawiciela (PI.
N H , s. 36), nazywają Stwórcą niepojętym oraz Alfą
i Omegą (PI. N H , s. 19). O n sam nie ma jednak ta­
kich ambicji. To prawda, że czuje się wybrany przez
260

Bóg, w jakiego wierzy, to Miłosierny Ojciec. Przyja­
ciel ludzi. Pocieszyciel tych, któtzy płaczą, któtzy stra­
cili wiarę, którzy żyją w ciemnościach, któtzy błądzą,
którzy są głodni i biedni, a nawet tych, którzy Go prze­
klinają (PI, s. 23-24). Jednym słowem: Bóg, którego
objawił Jezus Chrystus. Prorok Ilja nie jest wielkim
mędrcem ani charyzmatycznym wodzem. Nie jest też
święty. Ale ma w sobie wiatę i nadzieję, i miłość. Przez
niego aion mellon, który nastąpić ma po Paruzji, urze­
czywistnia się już częściowo w aion hutos. Sąd, spra­
wowany przez niego nad krzyżownikami (w PI. N H ) ,
jest sądem owego „nadchodzącego czasu" nad wszyst­
kimi Metlinami, Pekosiami, Kowalami, Poszukiwacza­
mi Świętego Graala i wyznawcami Złotego Wieku.
Nad tymi, którzy starają się uciec przez Historią lub
nad nią zapanować.
31

W sędziowaniu llji odnaleźć można dwa wątki, wy­
stępujące w nowotestamentowym ujmowaniu możli­
wości zbawienia. Najpierw za „wiarę-niewiarę", „za
ciemnotę i durnotę" (PI. N H , s. 71) wysyła prorok
wszystkich do piekła. Ale potem, dzięki wstawiennic­
twu Olgi i wzajemnej solidarności sądzonych, wszyscy,
nawet Rotszyld-Lucyper, zaproszeni zostają na tajski
rosół, chciałoby się powiedzieć: „na ucztę Godów Ba­
ranka" (Ap 19, 9). W tej końcowej decyzji znajduje
swój wyraz „przeświadczenie o możliwości pojednania,
powszechnego odnowienia i przywrócenia wszystkich
83

�Mariusz Czaja ł KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

stworzeń do stanu jedności z Bogiem oraz o ostatecz­
nym zwycięstwie dobra w całym wszechświecie",
zwane apokatastazą (gr. apokatdstasis). Idea apokatastazy żywa jest przede wszystkim w świadomości chrze­
ścijaństwa wschodniego, nie dziwi więc jej pojawie­
nie się w Proroku llji, którego realia odnoszą się do te­
go właśnie kręgu kulturowego.
Rotszyld nie przyjmuje zaproszenia na rosół. Tłu­
maczy, że „dla wszystkich nie starczy". Kryje się chyba
w tej odmowie pewien sceptycyzm wobec powszech­
ności zbawienia pozostającej w sprzeczności z duchem
hebrajskim. Apokatastazą to coś w rodzaju kosmiczne­
go odnowienia, pociągającego za sobą odnowę całości
gatunku ludzkiego. Perspektywa, którą wyznacza bi­
blijna Historia Święta, jest zaś odmienna. Koniec
Świata jest bowiem jej tryumfem. Odsłoni on religijne
znaczenie czynów ludzkich. „Chodzi o Sąd, o wybór:
tylko wybrani żyć będą w wiecznej szczęśliwości. Wy­
brani zostaną ocaleni, bo byli wierni Historii Świętej mimo pułapek i pokus, których pełny jest ten świat,
pozostali oni wierni Królestwu Niebieskiemu".

i Sądu nad światem, albo, jak motto Kowala Malarnbo są
wypowiedziami Chrystusa, w którym, według Nowego Te­
stamentu, zapoczątkowany został na zawsze „czas nowego
świata". Nie-Boska komedia, będąca źródłem motta Ca­
ra Mikołaja, również rozgrywa się w czasie ostatecznym,
w finale dramatu mamy przecież do czynienia z Paruzją.

W Kowalu ЫактиЬо to nie Pan Jezus sprawuje sąd
nad grzeszną ludzkością, ale owa ludzkość w osobie Ko­
wala zarzuca mu, iż jest przyczyną wszystkich jej nie­
szczęść. To Jezus prosi na kolanach o przebaczenie. Tyle
że Pana Jezusa, rodem z jasełkowych przedstawień, ra­
czej trudno uznać za Mesjasza, który przyszedł po raz
drugi, by zamknąć ostatecznie aion hutos. O n sam zdra­
dza tęsknoty charakterystyczne dla „ludzi archaicznych",
nie do końca akceptuje Historię. Rację chyba należało­
by przyznać Kowalowi, w momencie, gdy ten podejrze­
wa, iż goście, jacy nawiedzili jego kuźnię, nie są tymi, za
których się podają (KM, s. 14). Pan Jezus to sentymen­
talny magik, postać wykreowana przez ludową, mitycz­
ną wyobraźnię. Czyni cuda mające charakter magicz­
nych sztuczek i wymienia dusze na nowe. Równie dobrze
mógłby być szamanem, dobrym czarownikiem albo supermenem. Kowal Malambo, któremu Historia jawi się
jako kreacja szatańska, uznany zostaje przez niego za
najlepszego człowieka, „jakiego na tej ziemi spotkał"
(KM, s. 52). W konsekwencji Kowal uznaje, tak jak
gnostyccy pneumatycy, że jest doskonały, i nie pozostaje
mu nic innego, jak przemieścić się z tego materialnego
świata, pełnego zła, do pozaczasowego Raju. Niestety,
ani w Raju, ani w Piekle go nie chcą. W szaleńczym Ma­
lambo, od którego „drży Niebo", doszukać się można wi­
zji Końca Świata, jaki zafundować sobie może ludzkość,
odwracająca się od Historii. Od Historii będącej prze­
cież, według myśli judeochrześcijańskiej, teofania. Od­
wrócenie się od niej to odwrócenie się od tego, „Który
był i Który jest, i Który przychodzi" (Ap, 4, 8). Tylko cze­
kać, jak nastąpi „Wielki Dzień Jego Gniewu" (Ap 6, 17).

Ontycznym czasem dramatów Slobodzianka rzeczy­
wiście wydaje się czas eschatologiczny, rodem z Biblii.
Ale do jego twórczości odnieść można to, co Andre
Neher pisze o myśli żydowskiej. Wie ona, „że istnieje
klucz do historii, który nadaje sens całości, ale gdy tyl­
ko chodzi o to, co istotne, natychmiast przypomina so­
bie, że niekiedy, a być może zawsze, ów klucz jest utra­
cony, a raczej nieustannie przechodzi z rąk jednego do
rąk drugiego partnera Przymierza, od Boga do człowie­
ka. To zaś powoduje, że całą historię przenika krańco­
wa niepewność. Czas nie jest majestatycznym strumie­
niem, płynącym od początku ku końcowi; jest nie koń­
czącym się ciągiem przeskoków. Historia nie jest cią­
głym postępem; jest wieczną improwizacją".

84

85

86

Symbolika związana z czasem ostatecznym obecna jest
we wszystkich dramatach Slobodzianka. I to chyba wła­
śnie w jej perspektywie należy je odczytywać. Wskazują
na to chociażby cytaty w mottach poszczególnych dra­
matów. Albo odnoszą się one wprost do Dnia Pańskiego
261

87

Zaryzykować można by nawet tezę, że czas ostatecz­
ny jest czasem ontycznym historii, opowiadanych przez
Slobodzianka. Pozostałe obecne w nich odmiany czasu
byłyby przedmiotem osądu ze strony tego właśnie cza­
su. Tak naprawdę opowiadałby Słobodzianek, ku prze­
strodze (por. M , s. 54), o Apokalipsie, która już się
spełnia, by wezwać ludzkość do opamiętania i pokuty.
Napominałby wyznawców Złotego Wieku i Poszukiwa­
czy Świętego Graala, których poczynania sprowadziły
na wiek XX tyle nieszczęść, żeby zaprzestali grzesznych
manipulacji czasem, bo zbliża się Dzień Sądu. Odpo­
wiedzą wtedy za wiarę w różne Raje na Ziemi, Wierszaliny, „dawne, dobre czasy", królestwa doskonałe i ide­
alne ustroje. Za negację Historii Świętej. Za kreowanie
szatańskich uchronii i próby wcielania ich w życie.
88

89

Apokaliptyczne historie Slobodzianka nie są proroc­
twami ani moralizującymi kazaniami. Ich „apokaliptyczność" nie oznacza, iż przekazują one jakieś objawienia do­
tyczące przyszłych losów ludzkości. Nie oferują gotowych
rozstrzygnięć i prawd do wierzenia. Raczej, przywołując
apokaliptyczne symbole, prowokują do określenia się wo­
bec nich, zadają pytanie o nasz własny stosunek do czasu.
Mówiąc obrazowo, autor tych dramatów jest nie tyle Pro­
rokiem Ilją, ile Handlarzem Rotszyldem, w tym sensie, iż
odbiorcom swoich sztuk nie usiłuje narzucić żadnej, kon­
kretnej idei. Nie agituje. Bo przecież, jak mówi Gajst
świat jest w i e l k i i na ziemi jest tyle miejsca. A w niebie,
czy m a ł o jest miejsca? Jest tyle miejsca, że każdy może so­
bie wierzyć w t o czego pragnie. ( C M , s. 20)

Ale ta tolerancja ma swoje granice, a są nimi zbrod­
nia i szaleństwo:
Jak w y wierzycie, że p r o r o k z Grzybowszczyzny po śmierci
z m a r t w y c h w s t a n i e , wasza sprawa. A l e j a k w y jego ukrzy­
żujecie i o n nie z m a r t w y c h w s t a n i e , w y ludzie w p o l s k i m
k r y m i n a l e zgnijecie. ( P I , s. 26)

�Mariusz Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

Ucieczka przed czasem, czy też chęć zawładnięcia
nim, kończą się nader często Apokalipsą dla milionów
ludzkich istnień, całych narodów, kultur i cywilizacji.
Jest to, niestety, rezultat wolności człowieka, która
sprawia, że może on zwrócić się przeciw swemu Stwór­
cy i obrócić świat w nicość, a tym samym narazić na
fiasko plan stworzenia jako caJości.

1 6

W akitu „rytualna aktualizacja «chaosu» w ttakcie ostatnich
dni toku dokonywała się przez orgiastyczne ekscesy" (M. Elia­
de, op. cit., s. 54).

2 7

M. Eliade, Okultyzm, czary, mody kulturalne. Eseje, Oficyna Li­

2 8

ibid., s. 102

teracka, Kraków 1992, s. 103
M

90

por. M. Eliade, Historia wierzeń i idei religijnych, t. II, Instytut
Wydawniczy Pax, Watszawa 1994, s. 253

3 0

ibid., s. 244

31

L. Kolankiewicz, Notatki po spektaklu: O candombie' de Bahia,

3 2

Fabuła Merlina ma swoje źródło w średniowiecznych eposach

„Dialog" 1994, nr 12; 1995, ni 1-3, 5-6
Przypisy
1

J. Majcherek, Notatki przy Slobodzianku, „Teatr" 1994, nr 1, s. 13

rycerskich. Język tego dramatu również stylizowany jest na język

2

Odwołuje się w tym miejscu do terminologii S. Awietnicewa.

heroicznego eposu. E. Mieletinski twietdzi, że „czas epicki (...)

Zob. S. Awietnicew, Symbol, „Polska Sztuka Ludowa" 1988, nr 3,

skonstruowany jest według wzotca mitycznego jako czas począt­

3

4

s. 149-150

kowy oraz czas aktywnych czynów ptzodków, któte zdetermino­

por. ibidem, s. 150

wały późniejszy porządek" (op. cit., s. 340). Natomiast herosów

Car Mikołaj, 1987, nr 5, Obywatel Pekosiewicz, 1989, nt 5, TUT-

z eposów „można porównać z niegdyś działającymi «praprzodka-

lajgroszek, 1990, nr 11, Prorok Ilja, 1992, nr 11, Merlin, 1993,

пи» z archaicznych mitów (...), a czas ich życia i sławnych wy­

nr 3 i Kowal Malambo, 1993, nr 7. W dalszej części tekstu, ptzy

praw - z autentycznym czasem mitycznym typu „epoki Snu""
(ibid., s. 335). Pot. M. Eliade, Aspekty mitu, op. cit., s. 195

cytatach z dramatów, posługiwał się będę sktótami utworzony­
mi z pierwszych liter wyrazów, wchodzących w skład tytułów:

, 3

zob. S. Botheroyd, P. F. Bothetoyd, Słownik mitologii celtyckiej,

3 4

J. Campbell, Potęga mitu. Rozmowy z B. Moyersem. Opracowała

35

W powietrzu wisi bunt, rozm. A. Wanat, J. Majcherek, W. Maj­

wyd. Książnica, Katowice 1988, s. 163

C M , O P T, PI, M, K M .
5

Prapremiera Obywatela Pekosia. Smutnej i pouczającej

historii

Betty Sue, Flowers Signum, Kraków 1994, s. 237-238

miała miejsce 12 kwietnia 1997 roku w Teatrze im. ]. Słowac­
kiego w Krakowie, w reż. M. Grabowskiego. Tekst dramatu

cherek, „Teatr" 1994, nr 1, s. 11

znajduje się w Atchiwum tegoż teattu. Ptzy cytatach z niego po­
sługiwał się będę oznaczeniem OPs.
6

3 6

Chodzi o tekst znajdujący się w Atchiwum P W S T w Krakowie,

37

3 8

S. Botheroyd, op. cit., s. 164-165

oznaczenie PI. N H .

3 9

J. Szacki, Spotkania z utopią, Iskry, W-wa 1980, s. 139-140

S. Czarnowski, Powstanie i społeczne funkcje historii, [w:] Dzieła,

8

ibid., s. 101

9

por. P. Ricoeur, Symbol daje do myślenia, [w.] Egzystencja i herme­

4 0

M. Eliade, Okultyzm..., op. cit., s. 60

4 1

J. Szacki, op. cit., s. 140

4 2

ibidem, s. 29

4 3

„Kairos to czas wyznaczony przez zdarzenia, stanowiące ptzed-

neutyka, ptzeł. E. Bieńkowska, „Pax", Warszawa 1985, s. 67; S.

miot decyzji i wybotu Boga ze względu na ścisłe określony cel."

Awierincew, Symbol, op. cit., s. 150

G. Pattaro, op. cit., s. 305
4 4

por. H . U . von Balthasar, Teologia dziejów. Wyd. Znak, Kraków

por. definicje H . Levina: „Złoty wiek jest wszystkim tym, czym

4 5

ibidem, s. 41

nie jest wiek współczesny." [w:] H. Levin, Mit wieku złotego -

4 6

W. Majcherek, Pieski los kowala, „Dialog" 1993, nr 7, s. 127

prehistoria, „Pamiętnik Literacki" 1982, z. 3-4, s. 323-324

4 7

M. Eliade, Kowale i alchemicy. Fundacja Aletheia, Warszawa

4 8

ibid., s. 72
ibid., s. 73

D. Śnieżko, Mit Wieku Złotego w literaturze polskiego renesansu,

1996, s. 41

Wyd. Naukowe Semper, Warszawa 1996, s. 107
11

1993, s. 168

12

M. Eliade, Aspekty mitu, Wyd. K R , Watszawa 1998, s. 56

13

por. ]. Szacki, Tradycja. Przegląd problematyki, PWN, W-wa 1971

14

Ta sama pieśń, tylko w krótszej wersji zob. PI, s. 18

4 9

15

por. K. Rafiner, H . Vorgrimer, Mały słownik teologiczny, Instytut

5 0

Wyd. Pax, W-wa 1996, s. 455

5 1

J. Majcherek, O „Merlinie" Sbbodzianka. Cz- l, „Teatr" 1993,

52

Z. Kuderowicz, Filozofia dziejów, Wiedza Powszechna, Warszawa

53

M. Janion, M. Żmigrodzka, Romantyzm i historia, PIW, Warsza­

1 6

1983, s. 101

17

M. Eliade, Aspekty mitu, op. cit., s. 171-172

18

S. Czarnowski, Kultura religijna ludu wiejskiego, [w:] tegoż, Kul­

wa 1978, s. 105

tura, Spółdzielnia wydawnicza „Książka", 1945, s. 134-136
19

zob. R. Tomicki, Kultura - dziedzictwo - tradycja, [w:] Etnogra­
fia Polski. Przemiany kultury ludowej, t. 2, Ossolineum, Wroclaw
1981, s. 366

2 0

G . Pattato Pojmowanie czasu w chrześcijaństwie,

[w:] Czas w kul­

turze, PIW, W-wa 1988, s. 296

5 4

ibid., s. 31

5 5

J. Szacki, op. cit., s. 142

5 6

por. ibid., s. 80

5 7

por. ibid., s. 52

5 8

por. S. Filipowicz, Mit i spektakl władzy, PWN, Warszawa 1988,
s. 95

21

C S . Bartnik, Historia i myśl, Lublin 1995, s. 57

2 2

M. Eliade, Mit wiecznego powrotu, wyd. KR, Warszawa 1998, s. 103

2 3

Sw. Augustyn, O państwie bożym, XII, 14, cyt. za S. Awiernicew,
Na skrzyżowaniu tradycji, PIW, W-wa 1988, s. 267

2 4

por. M. Eliade, Historia wierzeń i idei religijnych, 1.1, Instytut Wy­

5 9

por. G. Pattato, op. cit., s. 311

«

ibid., s. 305

6 1

pot. M. Eliade, Kowale..., op. cit., s. 180

6 2

określenia tego użył J. Sieradzki w: Heretycki „Merlin" Słobodzianka. Inna historia, „Polityka" 1993, nt 40, s. 10

dawniczy Pax, Warszawa 1988, s. 53-54
2 3

ibid., s. 178
nr 10, s. 27

por. Słownik wiedzy biblijnej, red. В. M. Metzgter, M. D. Coogan,
Oficyna Wyd. „Vocatio", W-wa 1996

por. E . Mieletinski, Poetyka mitu, PIW, W-wa 1981, s. 177

6 3

262

1

chrześcijańskie­

Grabowskiego (premiera: listopad 1998). Cytując go zastosuję

t. V, PWN, W-wa 1950, s. 100

1 0

Zob. R. S. Loomis, Graal. Od celtyckiego mitu do
go symbolu, Znak, Kraków 1998

tamże zrealizowany na Scenie im. S. Wyspiańskiego w reż. M.

7

zob. S. Botheroyd, op. cit., s. 163

E . Mieletinski, op. cit., s. 278

�Marcus? Czaja • KONIEC ŚWIATA, CHOROBA I SĄD OSTATECZNY

&lt;*

ibid., s. 278

6 5

M. Eliade, Aspekty mitu, s. 57

6 6

por. E. Mieletinski, op. cit., s. 278

8 0

D. Fotstnet O S B , op. cit., s. 256-257; W. Kopaliński, op. cit.,

8 1

Formuły tej używa Regis, gdy Ilja każe mu ptzysięgać, że jest na-

s. 65-66.

6 7

M. Eliade, op. cit., s. 69

6 8

pot. G. Pattato, op. cit., s. 300-301

ptawdę catem Mikołajem II: „Ptzysięgam, że tak jak ty jesteś

6 9

pot. ]. Moltman, Bóg w stworzeniu, wyd. Znak, Kraków 1995,

Syn Boży, tak ja jestem car" (CM, s. 33)
8 2

s. 355
7 0

Czas nowego świata wkracza w czas tego świata, czyniąc go cza­

Treść tego utworu relacjonuję wg: B. Kiirbis, O inspiracji okulty­
stycznej w średniowiecznej

wizji dziejów, [w:] Świadomość

sem świata, który przemija." J. Moltman, op. cit., s. 223

histo­

ryczna Polaków. Problemy i metody badawcze, red. ]. Topolski,
71

72

„z Chrystusem i we wspólnocie jego wiernych ta jakościowo no­
wa przyszłość już się rozpoczęła, w samym środku obecnej ery.

8 3

„W Nowym Testamencie istnieje wyraźne i aiczym nie złagodzo­

Wyd. Łódzkie, Lódz 1981, s. 136

ne napięcie między wypowiedziami, które wskazują na wszech­

K. Pomian, Przeszłość jako przedmiot wiary, PWN, Warszawa

ogarniające zbawienie (jego podstawą jest pojednanie świata

1968, s. 132

z Bogiem ptzez krzyż Chrystusa), i tymi, któte podejmują staro­
mieszkańcy

testamentalne groźby sądu i potępienia, wzmacniając jeszcze

wschodniej Białostocczyzny wydarzenia z okresu I wojny świa­

poczucie odpowiedzialności człowieka za swój ostateczny los."

towej, kiedy to zostali deportowani w gfąb Rosji ptzez ustępują­

W. Hryniewicz, Pascha Chrystusa w dziejach człowieka i świata,

Mianem

„bieżanstwa" określali

prawosławni

teologii paschalnej, tom 3, Tow. Naukowe

cą armię carską. Zob. W. Pawluczuk, Wierszalin. Reportaż o koń­

Zarys chrześcijańskiej

cu świata, Wyd. Literackie, Kraków 1974, s. 14-15

K U L , Lublin 1991, s. 377

7 3

ibid., s. 11

8 4

74

zob. M. Lurker, słownik obrazów i symboli biblijnych, Pallotinum,

8 3

ibid., s. 377-378
ibid., s. 383

Poznań 1989, s. 136-137

8 6

M. Eliade, op. cit., s. 69

7 5

por. S. Filipowicz, op. cit., s. 241-242

8 7

J. Moltman, op. cit., s. 223

7,1

Podobne do lwa jest też jedno z Czterech Zwierząt, występują­

8 8

Terminu tego używam, za M. Levinem na oznaczenie leżących

cych w wizji Św. Jana (Ap 4,7)
7 7

zob. D. Forstnet O S B , Świat symboliki chrześcijańskiej,

w ptzyszłości lub przeszłości nigdy nie istniejących wspaniałych
czasów. Zob. M. Levin, op. cit., s. 321

Instytut

Wydawniczy Pax, Warszawa 1990, s. 277-280; M. Lurker, s. 112
7 8

zob. W. Kopaliński, Słownik symbołi, Wiedza Powszechna, War­

7 9

zob. D. Forstnet O S B , op. cit., s. 241-243; W. Kopaliński,

8 9

A . Neher, Wizja czasu i histońi w kulturze żydowskiej [w:], Czas
w kulturze, op. cit., s. 271

szawa 1991, s. 196

9 0

por. ibidem, s. 273

op. cit., s. 285-286

• ••

P

oniższy artykuł, w którym narzędzia i spojrzenie
teoretyczne spotykają się z naszym doświadcze­
niem życia społecznego - jest próbą refleksji nad
nowymi zjawiskami we współczesnej kulturze polskiej.
Sięgając po kategorię karnawału w analizie Drag Qu­
een Show pragnę jednakże podkreślić istotność roz­
dzielenia zjawiska skarnawalizowanego, jakim są wy­
stępy, od samego karnawału.

1. Wprowadzenie

ROBERT

KULPA

Karnawał?
Kamp i gender
w Drag Queen Show

P. Song: Dlaczego w operze pekińskiej role kobiet grane są
tradycyjnie przez mężczyzn!
Tow. Cheng: Nie wiem. Tradycja prawdopodobnie pochodzi
z reakcyjnej i patńarchalnej struktury społeczeństwa.
P. Song: Nie - bo tylko mężczyzna wie, jak kobieta ma się pliwie świadomość tę miał także David Cronenberg,
okrzyknięty jednym z najbardziej kontrowersyjnych
zachowywać.
twórców filmowych. „M. Butterfly" to film godny uwa­
„M. Butterfly" (1993),
reż. David Cronenberg
gi z wielu powodów, jednakże my ograniczmy się do
przyjrzenia się temu, co ukrywa się za tymi kilkoma
frazami.
Kilka zaledwie zdań, które jednak kryją w sobie
Co wyraża druga sentencja, wypowiedziana przez p.
prawdę (i to jak dużą!) o kulturze i wcale nie jakimś
Song? Co to znaczy, że tylko mężczyzna wie, jaka na­
orientalnym, dalekoazjatyckim społeczeństwie. Cho­
prawdę jest kobieta? Skoro on wie, jaka powinna być
ciaż odnoszą się do tradycji chińskiej, cytat ten wiele
ona, to bycie kobietą (ale czy też analogicznie bycie
mówi o naszej kulturze - kulturze Zachodu. Niewątmężczyzną?) musi stanowić kategorię, którą łatwo da

263

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10280" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10258">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/9b799c3ed6d4541c507ceb54926cdcb7.pdf</src>
        <authentication>5d020388bec60b8426abd708dd7a29aa</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122239">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6410</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122240">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122241">
                <text>2007</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122242">
                <text>Bacon, Francis (1909-1992)</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122243">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:5983</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122244">
                <text>Francis Bacon: ślady katastrofy/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122245">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.3-4 ; s.153-162</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122246">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122247">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122248">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122249">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122250">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122251">
                <text>DARIUSZ CZAJA

„W życiu prywatnym, swoje zamiłowanie do ruin karmi
regularnymi wyprawami do kasyna w Monte Carlo. Odpo­
wiednio dozowane katastrofy są w jego przypadku, jak wi­
dać, zarówno skrzywieniem zawodowym, jak i prywatnym
upodobaniem”.

Francis Bacon:
ślady katastrofy

(Sam Hunter, Francis Bacon: anatomia grozy1)

1.
Nie jest wcale pewne, czy to my, świadomie i in­
tencjonalnie, wybieramy obrazy, które idą później
z nami przez życie, czy to raczej obrazy wybierają nas.
Kiedyś obstawiałem pierwszą opcję, teraz bliższa praw­
dy wydaje mi się druga. Zwykle dzieje się to z zaskocze­
nia. I to zazwyczaj wtedy, kiedy jest się najmniej przy­
gotowanym. To jest doznanie fizycznej natury. Nagle
czujesz, że ktoś ciągnie cię za rękaw. I każe patrzyć.
Może więcej: wlepiać wzrok w to, co namalowane.
Tak wpada się w obraz. Tak zostaje się przez obraz
schwytanym.
To było kilkanaście lat temu, w weneckiej kolekcji
Peggy Guggenheim, tym osobliwym magazynie este­
tycznej martwoty, który - z nielicznymi wyjątkami
(Brancusi!) - staje się na naszych oczach smutną ru­
pieciarnią XX-wiecznych „-izmów”. Pośród tych zale­
gających gęsto ściany epitafiów niegdysiejszych awan­
gard, nagle - olśnienie. To szympans wychylał się
z płaskiego, tępo malowanego, nieznośnie malinowego
tła. Siedział na spadającej ukośnie w dół skrzyni i pa­
trzył w przestrzeń. A ja patrzyłem na niego. Tego ro­
dzaju doświadczenie da się opisać jedynie za pomocą
kulawych porównań: zawłaszczenie, poczucie bycia
wciąganym w przestrzeń płótna, jakieś hipnotyczne
odrętwienie. I dziwny, racjonalnie słabo wytłumaczalny, niepokój podszyty grozą. Okazało się, że to obraz
Francisa Bacona Study of Chimpanzee (1957). To był
mój pierwszy, by tak rzec, żywy Bacon. Nie, z całą
pewnością nie to, że mi się podobał. Ale była w nim ja­
kaś wewnętrzna wibracja. Był poruszający. Wrzynał
się w mózg. I w tym zawłaszczeniu - bo słowa takie jak
„podobanie się” czy „zachwyt” miałyby w tym przypad­
ku posmak jawnej perwersji - trwam do dziś. A nie
wiedziałem jeszcze wtedy, co mnie czeka.
Później były albumy, liczne reprodukcje. A wiele
lat po wspomnianym zdarzeniu, w Zachęcie, trzy wiel­
kie płótna Second Version of Triptych 1944 (1988)
z Tate Gallery - Bacona powrót do początków, do
wstrząsającego tryptyku z roku 1944, od którego jego
dzieło nabrało rozpędu, zyskując wyraźną autorską sy­
gnaturę. Złote ramy, przegrody ze szkła, czasem odbi­
jające postać widza, wpisujące go tym samym w obraz.
Coś niby widzę, rozpoznaję kształty, wzrok ślizga się po
zwierzoczłekoupiornych figurach, ale nic nie rozu­
miem. Odrętwienie. Po wyjściu zapamiętam tylko in­
tensywnie nasycone burgundowe tła, nie-ludzkiego
stwora o długiej szyi i to poczucie ciemnej, nienazwa­
nej siły, która wyziera z tych trzech obrazów. Coś, co

boli, obezwładnia. To poczucie jest tak przemożne, że
nie da się go niczym znieczulić, ani literackimi asocja­
cjami, ani komentarzem ikonograficznym, ani innymi
analgetykami...
Jeśli wierzyć wypowiedziom spektatorów, jeśli
wczytać się w pozostawione przez nich zapisy, to ze­
tknięcie z malarstwem Bacona rzadko bywa letnią
przygodą. Pośród malarzy XX wieku chyba tylko po
spotkaniu z jego obrazami tak często pojawiają się
w wypowiedziach oglądających określenia w rodzaju:
siła, moc, energia, napięcie. Istotnie: to eskalacja róż­
nego rodzaju napięć, ale zawsze o potężnej sile rażenia.
Emocje w stanie najwyższego wrzenia. Ale i coś jesz­
cze: wyraźnie ciemna tonacja w beznadziejnych pró­
bach odpowiedzi na pytanie: „o czym to jest?”. Niepo-

153

Francis Bacon, trzecie skrzydło Drugiej Wersji Tryptychu,
1944, Tate Gallery. Londyn. Za: Francis Bacon, Centre
Georges Pompidou, Paris 1996.

�Dariusz Czaja • FRANCIS BACON: ŚLADY KATASTROFY

kój i niepewność. Te dwa określenia chyba najbardziej
adekwatnie oddają aurę pierwszego spotkania z malar­
stwem Bacona.

2.
Bacon i zło. Temat, wbrew pozorom, wcale nie
prosty. Nie dlatego, że o malarstwie Bacona nic nie
napisano. Przeciwnie: dlatego, że napisano tak wiele.
By wspomnieć tylko, z ważniejszych publikacji, mono­
grafie Johna Russela,2 Wielanda Schmieda,3 Gilles’a
Deleuze’a,4 czy jedną z ostatnich dużych rozpraw mu
poświęconych, ważną książkę Ernsta van Alphena.5
Wszędzie tam, w kontekście omawiania płócien mala­
rza, tak czy inaczej widziany problem Baconowskich
ciemności się pojawia. Warto przy tym zauważyć: kie­
dy pytamy o malarskie realizacje zła w sztuce
XX-wiecznej Bacon niejako z urzędu zostaje obsadzo­
ny w roli tego, który w tym temacie nie ma sobie rów­
nych. Ale co to bliżej znaczy: zło w malarstwie Baco­
na? Jakie zło? Jak rozumiane? Jak pokazane? Jaka jest
tu rola artysty jako twórcy owych przedstawień? Jak
realnie owe wizerunki działają?
Po lekturze licznych studiów nad Baconem można
bez trudu zauważyć, że z latami ustalił się - co konsta­
tuję bez emocji, czysto opisowo - pewien w miarę wy­
raźny kanon interpretacyjny obrazów Bacona zawiera­
jący obowiązkowy zestaw wyrażeń próbujących opisać
jego malarskie przestrzenie. Bardzo łatwo go zrekon­
struować. Słownik krytyczny obfitował w zasadzie we
wszelkiego rodzaju określenia odnoszące się do do­
świadczeń negatywnie nacechowanych. Mówiono więc
o obecnych w malarstwie Bacona: samotności, braku
porozumienia, pustce, rozpaczy, utracie ja, cierpieniu,
bólu, okrucieństwie, przemocy,6 itp., itd... Tę listę
można niemal dowolnie wydłużać, pamiętając, by uży­
wać określeń z minusowego końca skali wartości.
Poza tym sam Bacon relatywnie dużo i chętnie mó­
wił o swojej twórczości. Świadczą o tym opublikowane
rozmowy z Michelem Archimbaudem, Michaelem
Peppiattem, i zwłaszcza z Davidem Sylvestrem. Oczy­
wiście, autorefleksyjne uwagi Bacona to teksty szcze­
gólnej natury. Pozostające w ogromnej mierze w orbi­
cie pojęć i wyrażeń technicznej natury. Dobrze znana
jest jego niechęć do komentowania, „wyjaśniania”
znaczenia własnych obrazów. Obraz ma działać sam,
bez retorycznych protez, zresztą gdyby dało się precy­
zyjnie oddać słowami znaczenie obrazu, on sam byłby
już niepotrzebny. Poza tym, Bacon zawsze mówi tylko
tyle, ile uważa za stosowne, zważając przy tym, do ko­
go mówi. Znany jest fakt, że w rozmowach z krytyka­
mi angielskimi malarz poruszał przede wszystkim kwe­
stie technicznej natury, wobec krytyków francuskich
odgrywał rolę intelektualisty wpadającego nierzadko
w ton filozoficznych rozważań. Przypominając te glos­
sy Bacona do jego twórczości, chcę zwrócić uwagę na
fakt, jak bardzo interpretacje malarza - rola książki

Brutality of Fact,7 zapisu rozmów malarza z Sylyestrem,
jest tu nie do przecenienia - zaciążyły na omówieniach
krytyków. Bacon, podobny w tym do Gombrowicza,
przez lata pierwszego gombrowiczologa, przez długi
czas był pierwszym i najbardziej autorytatywnym baconologiem. Zdania malarza opisujące własne obrazy
(znana fraza z tekstów krytycznych: „jak Bacon powie­
dział w rozmowach z Sylyestrem”) często funkcjono­
wały jako ostateczne, najbardziej kompetentne egzegezy i w zasadzie kończyły dyskusję.
Te wszystkie okoliczności sprawiają, że temat zda­
je się w dużej mierze wyeksploatowany. Zarówno przez
interpretacje krytyczne, jak i odautorskie wypowiedzi
malarza. Wiedza o jego dziele porusza się od lat utar­
tymi koleinami. Jeśli tak, to może trzeba - choćby ze
względów higienicznych - odwrócić analityczny ce­
lownik w nieco inną stronę. Innymi słowy: proponuję
zmianę języka opisu obrazów Bacona. Zdaje mi się, że
aby zstąpić do głębi jego przedstawień, trzeba odejść
zarówno od rozważań w kategoriach czysto historyczno-es te tycznych (geneza, nurty, wpływy, zapożycze­
nia, prekursorstwo, elementy biograficzne itp.), które
dominują w analizach historyków sztuki, jak i porzucić
czysto techniczny język opisu, którego tak świetnym
i fachowym eksponentem był sam malarz. Od razu
uspokajam, nie chodzi w żadnym wypadku o skreśle­
nie wielu wzbogacających i interesujących komentarzy
jego twórczości (z autokomentarzami Bacona włącz­
nie), ale o chwilowe wzięcie ich w nawias. Idzie mi też
o to, by odejść na moment od zobiektywizowanego
dyskursu, od trybu analitycznego na rzecz uwag o luź­
niejszym nieco rygorze metodologicznym, stwierdzeń
niemających za sobą długiej ścieżki dowodowej ani
naukowego stempla. Niewykluczone, że iw tych intu­
icyjnych błyskach kryje się coś interesującego i po­
znawczo pożywnego.

3

.

Trudno ukrywać, że wypowiedzi, które przytaczam
dalej w solidnych fragmentach, były dla mnie - po lek­
turach uczonych analiz obrazów Bacona - doświadcze­
niem odświeżającym. Głównie dlatego, że w całkiem
inny sposób i innym językiem mówią o tym malarstwie.
Wszystkie są, niemal ostentacyjnie, subiektywnością
podszyte. Tu zawsze mówi się o obrazach, zdając spra­
wę z tego, co stało się między „moim” spojrzeniem
a konkretnym płótnem. Wszystkie też, przy wszystkich
widocznych różnicach, mają jedną cechę wspólną:
mocno koncentrują się na próbie wypowiedzenia tego,
czym jest, na czym polega, jak nazwać ów zło-wieszczy
aspekt sztuki Bacona. Co też charakterystyczne: wcho­
dzą od razu w meritum sprawy, atakując problem bez
dłuższych najazdów i faz przygotowawczych. I co cieka­
we są to głosy, może z jednym wyjątkiem, które najwy­
raźniej nic o sobie nie wiedzą. Tak się przy tym, cał­
kiem zresztą niezamierzenie składa, że są to bez

154

�Dariusz Czaja • FRANCIS BACON: ŚLADY KATASTROFY

wyjątku głosy polskich komentatorów. Czy tworzą one
zasadniczy zrąb polskiego dyskursu o Baconie, trudno
mi orzekać. Przejdźmy zatem do prezentacji.
W Dzienniku pisanym nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego znaleźć można ciekawy zapis pod datą
9 marca 1977 roku. Autor, wspominając wielką retro­
spektywę Bacona w Grand Palais z roku 1971, którą
miał okazję widzieć, pisze na gorąco kilka zdań po
obejrzeniu wystawy nowych jego płócien w galerii Ber­
narda. Zastanawiając się nad kluczem do twórczości
Bacona, wspomina nazwisko Michela Leirisa8 (francu­
skiego etnologa i przyjaciela Bacona), autora przed­
mowy do katalogu. Punktując i podkreślając co cel­
niejsze jego stwierdzenia odnoszące się do poetyki
malarstwa Bacona, finalnie jednak odnotowuje:
„A jednak, jak bywa czasem u wnikliwych i subtel­
nych krytyków, wywód przechodzi obok Bacona, nie
dociera do jego malarskiego „jądra ciemności”. Co
przykuwa z taką niezwykłą, magnetyczną prawie siłą
w tym wizerunku mężczyzny skręcającego się nad
muszlą umywalni, nad stołem, na schodach, w tym
mięsistym nagromadzeniu studiów portretowych i au­
toportretów o poharatanych twarzach i rozpłatanych
rękach i nogach? Nie znam we współczesnym malar­
stwie równie potężnej i równie fizycznej wizji samotno­
ści człowieka rzuconego w świat, rozpiętego na samym
swoim istnieniu, umęczonego nim, zgubionego w pu­
stce rzeczywistości. Leiris każe pamiętać o baconowskim temacie Ukrzyżowania, w tym przelotnym nieste­
ty punkcie jego przedmowa powinna zacząć się na
dobre. Nie jest bynajmniej dziwne to, że patrząc na
obrazy Bacona, myślałem o czarnej perle pinakoteki
neapolitańskiej: o Ukrzyżowaniu Masaccia, w którym
głowa Chrystusa wyrasta z torsu, jakby przetrącono
mu kręgosłup”.9
Początkowy fragment powiela w jakimś stopniu ka­
non interpretacyjny malarstwa Bacona, ale już tam,
gdzie mowa o „rzuceniu w świat” (pojęcie jakże bliskie
Heideggerowskiemu Geworfenheit „wrzuceniu w świat”),
mamy coś wyraźnie nowego. To osamotnienie wsparte
na umęczonym fizycznie jestestwie ma wyraźny rys gnostyczny. A te wszystkie cierpiące, umęczone postaci
z obrazów Bacona tajemniczo łączą się z Ukrzyżowa­
niem. Tym samym Herling, co warto podkreślić, unie­
ważnia eksplikacje samego Bacona, który wspominał
o temacie Ukrzyżowania niemal wyłącznie w aspekcie
formalnym. A w każdym razie przesuwa je nieco na
boczny tor rozważań.
Spójrzmy do kolejnego tekstu, świadectwa spotka­
nia z Baconem. Oto krótka notka z dziennika Wojcie­
cha Karpińskiego z jego podróży po Ameryce. To lapi­
darny, ale niezwykle cenny dla nas zapis. Autor
odnotowuje niemal na gorąco swoje wrażenia z wizyty
w Yale Center for British Art:
„Na Trzech studiach do portretu Luciena Freuda
twarz ulega wynaturzeniu. Oko wyolbrzymione, usta

przesunięte, deformacja nie picassowska, bez porów­
nania bardziej realistyczna i okrutna. Wychodzi skry­
ta zmaza każdego człowieka, coś co budzi strach: tak
być może, tak jest. Twarze zniekształcone, pogrucho­
tane kości. Ukrzyżowanie bez odkupiającej mocy. Sta­
łym motywem obrazów Bacona jest może nie tyle
grzech pierworodny, co pierworodna skaza, obecna na
twarzy i w osobowości współczesnego człowieka. To są
portrety dwudziestego wieku. Ludzie zatrzaśnięci
w szklanych klatkach, schwytani w grę luster. A do te­
go wirtuozeria plastyczna taka, jak dzisiaj jest potrzeb­
na, po szoku fotografii i abstrakcji, gdy plama barwna
musi nie tylko odtwarzać, ale i stwarzać świat” .10
Karpiński, choć w nieco innych sformułowaniach,
powtarza zasadnicze intuicje Herlinga. Tu również mo­
wa o jakiejś bliżej niedookreślonej obcej przestrzeni,
miejscu wydziedziczenia. Karpiński wspomina też
o Ukrzyżowaniu, ale podkreśla, że - inaczej niż
w chrześcijańskim pierwowzorze - w jego „świeckiej”
wersji brak siły odkupicielskiej. Ta ofiara jakby była po
nic. Jest absurdalna. Również, idąc pod prąd wypowie­
dzi Bacona, który deformacje twarzy i ciał na swoich
płótnach usprawiedliwiał wyłącznie względami formal­
nymi („rozbicie” twarzy było próbą nieilustracyjnego
oddania podobieństwa), Karpiński włącza je w porzą­
dek lektury egzystencjalnej. I co najważniejsze: zaryso­
wuje tu jakieś prolegomena do antropologii Bacona.
Antropologii esencjalnej ułomności. A w samych uży­
tych w tekście pojęciach „skazy” czy „zmazy” można by
widzieć (przypominając analizy Paula Ricoeura tych
pojęć z Symboliki zła) sugestię jakiegoś fundamentalne­
go „genetycznego” skażenia ciążącego na człowieku.
„Tak być może jest, tak jest”.
Jednym z najbardziej wnikliwie piszących u nas
0 Baconie i, co paradoksalne, bodaj najmniej znanym,
jest pisarz i scenarzysta Witold Zalewski. W eseju D a­
lej niż inni zostawił niezwykle wnikliwe, świetne języ­
kowo świadectwo inicjacji w malarstwo Bacona. Tu
również powraca wspomniany na wstępie wątek in­
tensywności doznania w pierwszym kontakcie z jego
obrazami. Ale dla nas istotniejszy jest przenikliwy opis
tego, co na obrazie:
„Istotnie, nie ma piękna w tym malarstwie. A prze­
cież stoję przed Crucifixion i przed portretami papieży
do głębi przejęty. Co to jest?
Pierwszego swojego Bacona zobaczyłem w Museum
of Modern Art w Nowym Jorku. Martwa natura
w rzeźni: rozpięta na rusztowaniu tusza odartego ze
skóry wołu, rembrandtowski motyw, odcienie czerni
1mroczna czerwień, odblask padający z zewnątrz. Wbi­
ło mnie w ziemię. Patrzyłem w przedsionek piekła,
emanowało stamtąd obce, widmowe światło. Nie była
to literatura. Przeżycie, którego wtedy doznałem, sięga­
ło znacznie głębiej niż poruszenie, nawet ów radosny
chichot w duszy na widok najpiękniejszego Cezanne’a czy Vermeera. Czułem, że jest tu tajemnica, do-

155

�Francis Bacon, Trzy studia postaci na podstawie Ukrzyżowania, 1944, Tate Gallery, Londyn.
Za: Francis Bacon, Centre Georges Pompidou, Paris 1996.

�Dariusz Czaja • FRANCIS BACON: ŚLADY KATASTROFY

okoła znajdowało się tyle arcydzieł, wystarczyło obrócić
wzrok i chłonąć skarby nagromadzonych zbiorów. Ale
tu stałem oko w oko z istotnością. Ten jeden obraz zo­
stał namalowany dla mnie. Tak to odczuwałem”.11
To co było ledwie zasugerowane u Herlinga i Kar­
pińskiego, tu jest nazwane wprost i po imieniu. Nie ma
żadnych niedomówień i wątpliwości. Zalewski opisuje
płótno Bacona jako przestrzeń infernalną. Jako miej­
sce dziania się jakiejś niejasnej akcji, ale o wyraźnie
demonicznym charakterze. Jako zejście do piekieł. Po
raz kolejny podkreślam zaskakująco użytą w opisie
chrześcijańską topikę, w odniesieniu do malarza w ża­
den sposób nieidentyfikującego się z tradycją chrześci­
jańską, by nie powiedzieć: wręcz przeciwnie. Ta rze­
czywistość przeraża. Ta „brzydota” - cudzysłów jest
absolutnie konieczny - ma dziwną moc przyciągania.12
Te potworności poddane są wysublimowanej malar­
sko formie. I to jest prawdziwy paradoks. Właśnie ten
podwójny, antynomiczny aspekt obrazów Bacona zda­
je się być jego znakiem firmowym. Ta okoliczność nie
uszła oczywiście uwadze Emila Ciorana, który w swo­
ich Zeszytach odnotowywał z zabójczą aforystyczną
celnością: „Wystawa Francisa Bacona. Ponure jak
diabli i przepyszne”.13 I, co szczególnie dla nas istotne,
wywody Zalewskiego, zarówno w cytowanym wcze­
śniej fragmencie, jak i w innych, tu pominiętych, wy­
raźnie prowadzą do konstatacji, że to malarstwo prze­
kracza w jakiś niejasny sposób poziom estetyczny.
Sugeruje, jakby w tym malarstwie zdeponowana była
jakaś istotna, choć niedyskursywnie wyłożona, „wie­
dza” o naszej kondycji. Antropologia językiem malar­
skim uczyniona.

4.
Jednym z najważniejszych głosów w rekonstruowa­
nym tu polilogu na temat malarstwa Bacona, jest głos
malarza i teologa - Jerzego Nowosielskiego. Powiem
bez zwyczajowej asekuracji: ze znanych mi wypowiedzi
o obrazach Bacona to głos najbardziej przenikliwy. I,
w moim przekonaniu, najistotniejszy. Toteż powyższe
wypowiedzi, choć bez wątpienia mają swoją wartość
jako osobne obserwacje, można również potraktować
jako wstęp do prezentacji paru dłuższych wypowiedzi
malarza. Tym bardziej że wspólna im wydaje się funda­
mentalna perspektywa widzenia malarstwa Bacona.
Już sam fakt głębokiego zainteresowania przez N o­
wosielskiego Baconem może wydać się co najmniej
dziwny. Zdawałoby się, że na tak zwany zdrowy rozum
wszystko powinno ich dzielić. Z jednej strony - malarz
ikon, świętych (do użytku liturgicznego) i „świeckich”.
Z drugiej: malarz mocno nieświętych obrazów. Z jed­
nej strony wierzący artysta, nieukrywający przynależ­
ności do świata chrześcijańskiego, jego prawosławne­
go skrzydła, z drugiej, malarz ostentacyjnie obnoszący
się ze swoim ateizmem. Fiercely atheist, zaciekły ate­
ista, jak napisano o nim w jednej z monografii. A jed­

nak. Nowosielski kilka razy z niezwykłą estymą wyra­
żał się o tym malarstwie. Podobny w tym zresztą do
Balthusa, którego podziw dla Bacona jest znany (do
samego malarstwa podchodził z rezerwą), mimo że
trudno o większy kontrast między znieruchomiałą ci­
szą obrazów samotnika z Rossiniere i zwielokrotnio­
nym krzykiem obrazów Bacona.14 Wielkość przyciąga
wielkość.
W trzech przynajmniej wywiadach wypowiadał się
Nowosielski o malarstwie Bacona, dając skondenso­
waną egzegezę jego sztuki. To wypowiedzi utrzymane
w podobnym tonie i z podobną argumentacją. Widać,
że miał to doskonale przemyślane i domyślane. Tu nie
może być mowy o przypadku.
N a pytanie Zbigniewa Podgórca o pozytywną arty­
stycznie manifestację zła w sztuce Nowosielski mówi:
„Zacznę od Goi, w którego późnych malowidłach
forma malarska istotnie uczestniczy, choć raczej oka­
zyjnie, w naocznym pokazywaniu samego zła. Jednakże
nie jest ona jeszcze pozbawiona elementów duchowo
pozytywnych. Goya dopiero zbliża się do tego, co ob­
serwujemy u Bacona. Poza tym wydaje mi się, wszędzie
tam, gdzie Goya w swoich przedstawieniach ciąży
w stronę minusowej rzeczywistości, by znów zastoso­
wać wartościowanie duchowe, jego forma malarska za­
czyna się jakby rozwadniać, traci swoja siłę. Podejrze­
wam, że gdyby jego realizacje poszły dalej w tym
kierunku, to przestałyby być prawdziwą sztuką, a tego
nie można powiedzieć o Baconie. To jest absolutnie
doskonałe unaocznienie zła. To niejako potwierdzenie
w sztuce intuicji manichejskich. Zło, które w taki spo­
sób manifestuje się za pośrednictwem formy artystycz­
nej, zdaje się posiadać substancjalne, osobowe istnie­
nie. Albowiem jedynie posiadając substancjalny byt,
zło zdolne jest nasycić formę artystyczną. Taka niepo­
kojąca rzeczywistość artystyczna zaistniała dopiero
w naszych czasach, sztuce dawnej obce były tego rodza­
ju doświadczenia. Zło ucieleśniło się w sztuce dopiero
w realizacjach Bacona. Wydaje mi się, że fakt, iż zaist­
niała taka możliwość, stanowi znamię czasów ostatecz­
nych. Zło w sztuce Bacona jest tak nieskończenie groź­
ne właśnie dlatego, że zdaje się posiadać byt
substancjalny. Obrazy Ukrzyżowań Bacona wydobywa­
ją z aktu ukrzyżowania aspekt infernalny niemający
żadnego zakorzenienia w metafizycznym przezwycięże­
niu zła. Ukazują to, co można nazwać złem absolut­
nym. I to jest mistrzowsko zrealizowane. I dlatego jest
takie groźne. To jest coś, co może napawać już tylko lę­
kiem. Ale musimy się bać, stoimy przecież w obliczu
Sądu Ostatecznego. Całkiem poważnie uważam, ze sy­
tuacja, w której zaistniała możliwość osobowego poja­
wienia się zła w sztuce, po prostu nosi znamiona nadej­
ścia czasów Antychrysta. (...) Nie twierdzę, ze Bacon
ma coś wspólnego z Antychrystem, chodzi mi jedynie
o to, że w jego sztuce zło przejawia się osobowo. (...) To
znaczy, że widzimy jego oblicze”.15

157

�Dariusz Czaja • FRANCIS BACON: ŚLADY KATASTROFY

Te uwagi palą, przepalają na wylot. Działają nie­
mal dokładnie tak, jak obrazy Bacona. Nie sposób od
nich uciec, trzeba się z nimi zmierzyć. Każde nieomal
zdanie z tej egzegezy malarstwa Bacona jest ważne.
Wrócimy do nich za chwilę.
W innym z kolei wywiadzie Nowosielski precyzuje:
„Bacon jest klasycznym przykładem tego, że sztuka
może być wyrazicielem obecności upadłego bytu w na­
szej świadomości. Jego malarstwo jest rzeczywiście sa­
tanistyczne, chociaż sam Bacon był bardzo dobrym
człowiekiem i to nie jego wina, że tak mu wyszło. To
był jego los - przypadło mu w udziale świadczenie o re­
alności zła w rzeczywistości empirycznej. (...) Bacon to
wspaniały malarz, świadek rzeczywistości infernalnej.
A XX wiek, było nie było, był najbardziej infernalny
w całej historii gatunku”.16
Nowosielski upiera się, że w obrazach Bacona nie
tyle obecny jest tragizm ludzkiej egzystencji - jak su­
geruje jego rozmówca - ile właśnie poziom infernalny
empirycznej rzeczywistości. Sztuka Bacona nie pozo­
stawia bowiem żadnej możliwości interpretacji w kie­
runku jakiejś nadziei, jakiejś pozytywnej wartości. To
jest studnia bez dna. Czerń absolutna. Pokazuje to
jeszcze dobitniej, zestawiając idące w podobnym zdawać by się mogło - kierunku malarskie realizacje
Ukrzyżowania Matthiasa Grünewalda i Bacona. Po­
wierzchownie rzecz ujmując, te wizje są sobie bliskie,
potrącają tę samą strunę tragicznego opuszczenia
i ciała ludzkiego w jego skrwawionej mięsności. U te­
go pierwszego jednak, mimo potężnego ładunku tragi­
zmu, przeziera jednak jakaś nadzieja, istnieje ten, jak
powiada malarz, „drugi pokład tajemniczego piękna”.
Niczego takiego nie odsłaniają Ukrzyżowania Bacona.
Tu są tylko krwawe strzępy z rzeźnickiego haka. Obra­
zy te są więc w najgłębszym tego słowa znaczeniu bez-nadziejne, nie pozostawiające żadnej nadziei. To jest
wizja ciemnego tunelu, albo lepiej: ciemnego, wsysają­
cego leja.
Nawiasem mówiąc, sądzę, że taka infernalna inter­
pretacja rzeczywistości obecna jest nie tylko w trypty­
kach odwołujących się literalnie do Ukrzyżowania, ale
także w niektórych portretach czy obrazach z cyklu
Heads. A nawet, tak to odbieram, w obrazach przed­
stawiających rzeczywistość fizyczną. N a przykład, ob­
raz Dune of Sand (1983, Collection Beyeler, Bâle) jest
jakąś wizją materii umęczonej. Ta wydma piaskowa
tworzyć by mogła część wielce ironicznego, ale z wy­
raźnie negatywnym nacechowaniem Piece of Waste
Land (1982, kolekcja prywatna), kawałka ziemi jało­
wej (oczywiste odniesienie do Eliota), jak zatytułowa­
ny jest inny z jego obrazów. Tak, bez wątpienia, to jest
świat po jakiejś katastrofie kosmicznej. Świat esencjalnej i nienaprawialnej ułomności. To jest perfekcyjnie,
a nade wszystko przekonująco zrealizowana ilustracja
chrześcijańskiej skądinąd intuicji: „świat cały w złym
leży” (1J 5,19).

Inaczej mówiąc: sugeruje Nowosielski, że ni mniej,
ni więcej, Bacon bezwiednie namalował oblicze dia­
bła. Ze pokazał, unaocznił, uobecnił w swoim dziele
zło substancjalne, osobowe. Zademonstrował, że nie
jest ono pustym znakiem, teologicznym anachroni­
zmem. A także i to, że sama postać jest czymś daleko
realniejszym i potężniejszym niż potoczna wizja oparta
na wizerunku z jasełek. A nie trzeba być chyba dzisiaj
fiercly atheist, żeby taka konstatacja wywołała odruch
zdziwienia, niepewności, a może nawet zażenowania.
Tak poważnie, kto z nas jeszcze wierzy w diabła? Kto
wierzy w jego osobową aktywność, skoro sami księża
mają z nim poważny kłopot. Jeśli się nie mylę, to we
współczesnej świadomości diabeł istnieje na granicy
nieistnienia. Ulotnił się w oparach racjonalizmów, tak
scjentystycznej, jak i teologicznej proweniencji. Ale to
chyba nie takie proste. Bliska jest mi w tej materii bły­
skotliwa uwaga Charles’a Baudelaire’a, że to właśnie:
przekonanie nas o swoim niebycie, jest największym
sukcesem diabła. Z kolei, któryś z kardynałów trzeźwo
zauważył, że pojmuje doskonale, że w wieku XX moż­
na nie wierzyć w Boga, ale żeby nie wierzyć dziś w dia­
bła, to już czysta herezja. W obrazach Bacona znalazł­
by całkiem wiarygodny materiał źródłowy.
N a czym polega osobliwość komentarza Nowosiel­
skiego w odniesieniu do malarstwa Bacona. Wydaje
się, że sprowadza się ona do kilku punktów.
Po pierwsze: zauważmy na początek, że proponuje
on radykalną zmianę słownika. Tam, gdzie inni mówią
o problemach związanych z figuracją, o dekompozycji
ciała, tradycji sztuki zachodniej itp., on z punktu od­
chodzi od problemów nie tylko technicznej natury, ale
rezygnuje także z prób umieszczenia malarstwa Baco­
na na jakiejś mapie sztuki współczesnej. Nowosielski
chce powiedzieć, że szczególnie Crucifixions Bacona
wypadają poza wszystko to, co w malarstwie XX-wiecznym zrobiono. Jest cząstką osobliwą, która nie jest
mierzalna za pomocą dostępnej nam aparatury pomia­
rowej. Więcej: że najczęściej używane instrumenta­
rium pojęciowe raczej zakrywa głęboki sens jego dzie­
ła, niż je wyświetla. Większość, najbardziej znanych,
interpretacji historyczno-sztucznych zatrzymuje się na
poziomie - trudno znaleźć dobre słowo - powiedzmy:
jakości estetycznych. A jeśli już próbuje jakichś egzegez w stronę znaczenia, zwykle mocno trzyma się zie­
mi. Tymczasem inność, ba, szaleństwo - oczywiście
w najlepszym z możliwych sensie słowa - Nowosiel­
skiego jako egzegety Bacona polega na tym, że stosuje
w opisie jego dzieła, tak dzisiaj demode „wartościowa­
nie duchowe”, wedle jego własnych słów.
Po drugie: Nowosielski, wbrew obowiązującemu do­
gmatowi o kryzysie reprezentacji, powiada wyraźnie, że
te obrazy są o czymś. Do czegoś się odnoszą, coś przed­
stawiają, coś obrazują. Coś, wreszcie, u o b e c n i a j ą.
Nie są tylko zasłoną, przegrodą, nie tylko oddalają nas
od „rzeczy”, ale przedstawiają je ad oculos, acz nie na

158

�Dariusz Czaja • FRANCIS BACON: ŚLADY KATASTROFY

sposób naiwnie mimetyczny. Jeszcze inaczej: powiada,
że przedstawienie nie zamyka się w sobie, ale kieruje
wzrok w stronę jakiejś, bliżej co prawda nieokreślonej,
ale mocno istniejącej rzeczywistości. W dodatku, rze­
czywistości o naturze duchowej. Żeby tak myśleć, trze­
ba mieć odpowiednią ontologię obrazu. Dla Nowosiel­
skiego obraz nie jest cieniem, platońskim widziadłem,
ale narzędziem prawdziwej, etymologicznie rozumianej
rewelacji. Nie skrywa, ale właśnie odsłania. Jest - pew­
nie nie dla wszystkich - instrumentem widzenia. Doty­
ka czegoś, co jest rzeczywiste.
Nowosielski stara się nas przekonać, że w malarstwie
Bacona ma miejsce jakiś rodzaj zgęszczenia, ześrodkowania mocno istniejącej rzeczywistości o minusowej cha­
rakterystyce. Że wchodząc w tę przestrzeń, wciągnięci
zostajemy w pewien ciemny wir. I przy ewentualnych
wątpliwościach wobec jego uwag nie sposób mu zarzu­
cić, że nie respektuje jakości czysto malarskich, że pomi­
ja „formę” obrazu, przechodząc gładko do „treści” przez
obraz sugerowanych. Przecież wielokrotnie podkreśla
Nowosielski - a zdanie kolegi po fachu ma swoją wymo­
wę - że mamy tu do czynienia z dziełem artystycznie wy­
bitnym, z realizacjami malarskimi najwyższej próby. Nie­
mniej, wyraźnie mówi on też o „zawartości” obrazów,
o ich funkcji u-obecniania, o dziwnej, paradoksalnej
emanacji rzeczywistej obecności z nich promieniującej.
Nawiasem mówiąc, jakże nędznie i tanio w tym kon­
tekście brzmią liczne ostatnio zapewnienia o inflacji ob­
razów. Że przytłaczają nas i raczej zaciemniają widzenie,
niż pomagają widzieć. Że już tylko podstawiają swoje ist­
nienie w miejsce rzeczywistości. Zetknięcie z najbardziej
przejmującymi obrazami Bacona mówi coś przeciwnego.
Potwierdza fizycznie nieomal tę moc płynącą z obrazów,
ową „potęgę wizerunków”, by przypomnieć tytuł świet­
nej książki Davida Freedberga.17 Obraz, dobry obraz,
wciąż ma w sobie ogromną siłę oddziaływania. I mówi,
na swój sposób, o czymś, co jest rzeczywiste.
Po trzecie: zło, które ma na myśli Nowosielski,
oglądając Bacona, ma wyraźne parametry metafizycz­
ne. Jest, jak widzieliśmy, żywą, realną, działającą siłą.
Przy czym, co niezwykle ważne, jest to zło niedające
się zrelatywizować historycznie, politycznie czy ideolo­
gicznie. To nie jest zło uwarunkowane. Przeciwnie: to
jest zło wpisane trwale w kondycję ludzką. To jest ta
skaza obecna stale, choć z różną intensywnością obec­
na w świecie empirycznym, o której powie w innym
miejscu Nowosielski, że jest konsekwencją dwóch
pierwotnych katastrof: upadku aniołów i grzechu pier­
worodnego. Mocno przy tym podkreśla substancjalizację i autonomizację zła. A to wyraźnie oddziela go od
koncepcji prywacyjnych, obecnych w chrześcijaństwie
od co najmniej św. Augustyna, wedle których zło jest
niczym innym jak prwatio boni, brakiem dobra.18 A za­
tem nie ma swojej, by tak rzec bytowej konsystencji,
egzystuje na granicy niebytu. Zrozumiałe, że takie po­
stawienie sprawy prowadzi go, rzecz jasna, na przedpo­

la manichejskiego myślenia. W czym, od razu powiem,
nie widzę niczego gorszącego. Przymiotnik manichejski rozumiany jest tu opisowo, nie jest ani inwektywą,
ani napomnieniem apostazji. Odnosi się do myślenia,
które akcentuje realną obecność zła w świecie.19
Po czwarte: jak widzieliśmy, Nowosielski całkiem
poważne utrzymuje, że obrazy Bacona to świadectwa
czasów ostatnich. Trzeba to dobrze rozumieć. N atu­
ralnie, nie jest Nowosielski nawiedzonym millenarystą
i nie sugeruje tym samym, że koniec świata nastąpi
w przyszłym tygodniu w piątek w porze lunchu, nie wy­
znacza dokładnej daty przepowiadanego końca. Mówi
jedynie o „czasach ostatnich”, a te w realnym wymia­
rze czasowym mogą trwać bardzo długo. Interesujące
jest samo uzasadnienie. Nowosielski, kierując się
chrześcijańską intuicją, mówi mniej więcej tyle: sama
m o ż l i w o ś ć zaistnienia tego typu wizerunków jak
Ukrzyżowania Bacona jest widomym znakiem eschato­
logicznym. To jest ten impuls w naszej świadomości
świadczący o realnej penetracji zła osobowego w na­
szym empirycznym świecie.
Nie wiemy, rzecz jasna, w zwyczajowo przyjętym
znaczeniu słowa „wiedzieć”, czy Nowosielski (podob­
nie jak i wcześniej cytowani autorzy) ma rację, czy do­
tyka sedna sprawy. Nie tylko dlatego, że jego enuncja­
cje to - przy twardych miarach logicznych - zaledwie
intuicje, domniemania, domysły czy hipotezy. Ale i ni­
gdy też nie dowiemy się na pewno, nie ma bowiem
miary, którą dałoby się zmierzyć stopień odległości je­
go wypowiedzi od domniemanej prawdy. Tu nie ma
i nie będzie dowodu, w normalnie przyjętym sensie
słowa. Poruszamy się zatem cały czas w przestrzeni try­
bu warunkowego, wewnątrz pewnego „a jeśli”. Nie ma
innej rady: trzeba zaufać swojemu oku, szkiełka nie
porzucając zupełnie.
A zatem, jeśli Nowosielski ma rację, jeśli Bacon na­
malował w istocie to, o czym on mówi, że namalował,
to dość powszechne sugestie o tak czy inaczej rozumia­
nej „negatywności” płócien Bacona nabierają nie tylko
głębi, ale zostają precyzyjnie nazwane i - co ciekawe nie mniej prowokacyjnie od samego prowokacyjnego
gestu malarza osadzone w chrześcijańskim słowniku,
a tym samym chrześcijańskiej duchowości. Trzeba
przyznać, ambarasująca to dosyć okoliczność.
Efektem zgody na taką operację interpretacyjną
jest możliwość rzucenia nowego światła na dobrze zna­
ne wypowiedzi Bacona w związku z genezą jego twór­
czości. Spójrzmy na jeden instruktywny przykład. Jak­
że nowego sensu - przy zastosowaniu spirytualnej
perspektywy czytania Bacona - nabiera poczyniona
przezeń w pewnym wywiadzie z Michaelem Peppiatem
uwaga dotycząca jego lektur. Czytana bez wspomnia­
nego kontekstu, brzmi co najwyżej jak erudycyjny
wtręt, jak informacja mogąca mieć co najwyżej zna­
czenie dla pociesznych wpływologów badających in­
spiracje literackie twórcy.

159

�Dariusz Czaja • FRANCIS BACON: ŚLADY KATASTROFY

Porównując ekspresje przemocy w życiu i w sztuce,
Bacon przywołuje w pewnym momencie rozmowy ten
sławny dwuwiersz: „I cóż za bestia której czas wreszcie
powraca,/ Pełznie w stronę Betlejem, by tam się naro­
dzić?” (W oryginale brzmi to znacznie lepiej: And what
rough beast its hour come round at last/ Slouches toward
Bethlehem to be born?).20 I tłumaczy rozmówcy, że ten
obraz jest silniejszy od przeciętnego obrazu wojennego
horroru. To, rzecz jasna, ostatnie dwie linijki z wiersza
innego Irlandczyka, Williama Butlera Yeatsa, poety na­
leżącego wraz z Ajschylosem, Szekspirem i Eliotem do
kręgu tych, którzy Baconowi byli całe życie najbliżsi.
Wiersz nosi tytuł Second Coming. Drugie przyjście. Kon­
tekst eschatologiczny tego profetycznego tekstu napisa­
nego w roku 1920 jest aż nazbyt jasny. Profetycznego
w podwójnym sensie: i w tym najbardziej narzucającym
się, najłatwiej może uchwytnym: cywilizacyjnym, ale też
i artystycznym. Czytając Drugie przyjście, mam miano­
wicie nieodparte wrażenie, że Yeats napisał Bacona. Ze
słowo opowiada tu o tym, co za czas jakiś zostanie
utrwalone farbą. Rozumiem przez to, rzecz jasna, pokre­
wieństwo wizji, a nie genetyczne zależności. Warto przy
tej okazji przytoczyć ten wiersz w całości, nie znam bo­
wiem innego tekstu, który byłby tak kongenialnym ko­
mentarzem do tego, co Bacon namalował:
„Kołując coraz szerszą spiralą,
Sokół przestaje słyszeć sokolnika;
Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;
Czysta anarchia szaleje nad światem,
Wzdyma się fala mętna od krwi, wszędzie wokół
Zatapiając obrzędy dawnej niewinności;
Najlepsi tracą wszelką wiarę, a w najgorszych
Kipi żarliwa i porywcza moc.
Tak, objawienie jakieś się przybliża;
Tak, Drugie Przyjście chyba się przybliża.
Drugie Przyjście! Zaledwie wyrzekłem te słowa,
Ogromny obraz rodem ze Spiritus Mundi
Wzrok mój poraża: gdzieś w piaskach pustyni
Kształt o lwim cielsku i człowieczej głowie,
Z okiem jak słońce pustym, bezlitosnym,
Dźwiga powolne łapy, a wokoło krążą
Pustynnych ptaków rozdrażnione cienie.
Znów mrok zapada; lecz teraz już wiem,
Ze dwadzieścia stuleci kamiennego snu
Rozkołysała w koszmar dziecinna kolebka I cóż za bestia, której czas wreszcie powraca,
Pełznie w stronę Betlejem, by tam się narodzić?”21

Oczywiście, jest to utwór o semantyce tak pojemnej,
tak, można by rzec, rozgałęzionej, że jego znaczenie da
się konstruować na szereg sposobów. Zwłaszcza symbo­
liczne figury pojawiające się w drugiej części dają duże
pole do interpretacji (np. kim jest ta „bestia, której czas
powraca”?). Nie wchodząc w detale, sądzę, że w miarę

uchwytny jest kierunek myślenia Yeatsa, generalny sens
rysowanych tu z wizjonerską siłą obrazów. „Drugie przyj­
ście” odczytuję tedy przede wszystkim jako przenikliwą,
jasnowidzącą nieomal, diagnozę stanu świata zachod­
niego (resp. chrześcijańskiego) w jego XX-wiecznej edy­
cji. Świata pozbawionego miary, jakiejś fundamentalnej
zasady organizującej, z zagubionym centrum, świata roz­
bitego na kawałki i nieuchronnie spadającego w dół.
I utopionego w przemocy i krwi. Te konstatacje, nieste­
ty, brzmią nieznośnie płasko, a przecież siła wiersza Yeatsa tkwi w jego poetyckiej sile kondensacji, tak dalekiej
od jednoznacznego języka publicystki.
W tej poetyckiej wizji, tak znakomicie przylegającej
do płócien Bacona, dałoby się - gdyby poddać ją gruntowniejszej analizie - odnaleźć nawet szereg konkret­
nych motywów obecnych intensywnie w jego malar­
stwie. Ale nie w tym rzecz. Tu idzie mi przede wszystkim
o zdumiewające pokrewieństwo tego posępnego, escha­
tologicznego tonu, tak mocno dźwięczącego u obydwu
wielkich artystów. Wspólny zdaje się im też ów niedający się w żaden sposób przesłonić przejmujący obraz be­
stii, pod znakiem której żyjemy. Jakby koniec sprzymie­
rzał się tu z początkiem ery chrześcijańskiej (Betlejem!),
by domknąć ostatecznie koło czasu.
Wracając jeszcze do Nowosielskiego. Zgadzając się
generalnie z jego intuicjami odnośnie charakterystyki
płócien Bacona, mam jedną przy tym wątpliwość.
W jednym ze wspomnianych wywiadów malarz zosta­
je zapytany wprost, czy obrazy Bacona mogą prowa­
dzić do zła. Odpowiedź jego jest znamienna: „Oczywi­
ście, że do dobra. Poznać oblicze diabła, to dotknąć
samego dna absurdu metafizycznego, a z dna absurdu
można się odbić już tylko w kierunku dobra”.22 To nie
jest takie oczywiste. Zło bywa zaraźliwe. Zło nie tylko
przeraża, ale i fascynuje. Przykładów chyba aż nadto.
Ale tu idzie o coś jeszcze. Czy fakt wyświetlenia owej
genetycznej skazy natury ludzkiej i kolportowania jej
sam z siebie przyczynia dobra? To też wątpliwe. Od
„dna absurdu metafizycznego” można się odbić w kie­
runkach całkowicie przeciwnych.
Tak czy inaczej, bezwzględnie rację ma Ewa Bień­
kowska, jeszcze jedna z grupy komentatorów Bacona,
która w zakończeniu swojego studium o poetyce jego
obrazów pisze: „Przemawia do nas fenomenalna arty­
styczna jakość tych obrazów. Ale właśnie estetyczne
delektowanie się nimi, estetyczne smakowanie, jak
gdyby nic więcej się w tym malarstwie nie działo, było­
by umyślnym ograniczaniem spojrzenia. To malarstwo
zapisało coś nowego w historii formy i w historii euro­
pejskiego humanizmu. (...) To malarstwo ma przera­
żać. Po to było malowane”.23

5

.

Jest rzeczą jasną, że tego wszystkiego, o czym tu by­
ła mowa, można u Bacona nie widzieć. Można dostrze­
gać w nim, bliższego lub dalszego naszej wrażliwości

160

�Dariusz Czaja • FRANCIS BACON: ŚLADY KATASTROFY

Francis Bacon, Trzy studia postaci na podstawie Ukrzyżowania, 1944, Tate Gallery, Londyn 2 i 3.
Za: Francis Bacon, Centre Georges Pompidou, Paris 1996.

malarza. Można wpisać go w taki czy inny „-izm” (bo­
daj najczęściej w jego przypadku mowa jest o ekspresjonizmie), zidentyfikować z takim czy innym nurtem
estetycznym. Można rozpatrywać jego dzieło wyłącz­
nie w skali osiągnięć malarskich. I tym samym unie­
szkodliwić rozpoznania wcześniej przytoczone.
Gombrowicz, jak wiadomo, rozbrajał malarstwo
(którego nota bene nie rozumiał) przy pomocy papierosa.
My możemy być kulturalniejsi. Zawsze możemy przywo­
łać na pomoc Maurice’a Denisa, z jego elegancką man­
trą, że obraz to przede wszystkim płaska powierzchnia
pokryta kolorami w pewnym porządku. Po czym spojrzeć
na niebo gwiaździste nad sobą i prawo moralne w sobie
i dać sobie z tymi wszystkimi diabłami po prostu spokój.
Wszystko jednak wskazuje, że to dziecinna wersja egzorcyzmów. I wymiernych skutków raczej nie przyniesie.
Tak, to najprawdziwsza prawda, sztuka Bacona pogrążo­
na jest w ciemnościach. Bo też, jak każda wielka sztuka,
o ciemnościach w nas i wokół nas mówi. Teza, że
w ciemnościach niczego nie widać, jest zapewne praw­
dą, ale tylko w dziedzinie optyki. Sztuka Bacona upew­
nia o czymś całkowicie przeciwnym. „Dlaczego ciem­
ność? Dlaczego wciąż ta sama całkowita ciemność
w moich książkach?” - pyta znakomity pisarz austriacki
Thomas Bernhard, jeden z tych, których sztukę można
rozumieć jako przenikliwy detektor wielokształtnego zła
skrywającego się pod codziennymi maskami. I sobie od­
powiada: „W ciemności wszystko staje się wyraźne”.24
I to jest wyjątkowo jasna odpowiedź.

Przypisy
S. Hunter, Francis Bacon: anatomia grozy, „Kwartalnik
Artystyczny” nr 4: 2005, s. 73
2 J. Russel, Francis Bacon, London 1997 (edycja przejrza­
na i uaktualniona, pierwsze wydanie w 1971).
3 W. Schmied, Francis Bacon. Commitment and Conflict,
Munich-New York 1996 (oryginał niemiecki, 1985).
4 G. Deleuze, Logique de la sensation, Paris 1981
5 E. van Alphen, Francis Bacon and the Loss of Self, Lon­
don 1992
6 Por. np. L. Ficacci, Bacon 1909-1992, Koln 2003, s. 10
7 Por. D. Sylvester, Brutalność faktu. Rozmowy z Francisem
Baconem, przeł. M. Wasilewski, Warszawa 1997
8 Leiris jest autorem ważnego tekstu analitycznego: Fran­
cis Bacon, Full Face and in Profile, New York-London
1987, s. 11-47; tekst ten (korzystam z wersji angielskiej)
jest wprowadzeniem do jednego z lepszych albumów pre­
zentujących malarstwo Bacona.
9 G. Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą 1973-1979,
Warszawa 1990, s. 204
10 W. Karpiński, Amerykańskie cienie, Wrocław 1997, s. 180
11 W. Zalewski, Dalej niż inni, w: tegoż, Zwiadowcy światła,
Warszawa 1999, s. 15; w innym eseju z tego tomu (Bój­
ka na kije) pojawia się krótkie, acz bardzo interesujące
zestawienie malarstwa Goi i Bacona.
12 Nie zawsze, rzecz jasna. Bardzo pouczająca w tym wzglę­
dzie jest wypowiedź wybitnego religioznawcy Mircei Eliadego. W wywiadzie rzece z Claude-Henri Rocquetem tak
mówi on o obrazach Bacona: „Bardzo dobrze rozumiem,
dlaczego poszukiwał brzydoty jako przedmiotu twórczości.
Ale jednocześnie nie potrafię się na nią zgodzić właśnie
dlatego, że tak wiele widać jej wokół nas”, M. Eliade, Pró­
ba labiryntu. Rozmowy z Claude-Henri Rocquet, Warszawa

161

1

�Dariusz Czaja • FRANCIS BACON: ŚLADY KATASTROFY

1992, s. 181-182. Jest to wypowiedź kuriozalna, Eliade bo­
wiem nie rozróżnia najwyraźniej brzydoty jako elementu
rzeczywistości i „brzydoty” jako pewnej świadomie przyję­
tej estetyki. Z całą pewnością, to nie są te same poziomy.
A zważywszy na całkowicie nieimitacyjne ambicje sztuki
Bacona, ta uwaga wydaje się jeszcze bardziej chybiona.
13 W. Cioran, Zeszyty 1957-1972, przeł. I. Kania, Warsza­
wa 2004, s. 884
14 N a pytanie o stosunek do malarstwa Bacona, Balthus
odpowiedział: „Nie mogę szczerze powiedzieć, że je lu­
bię, ale interesuje mnie ono tak samo, jak interesuje
mnie Bacon. On kochał malarstwo, był prawdziwym ma­
larzem. Tak niewielu jest dzisiaj prawdziwych malarzy!”,
por. Balthus, Pod prąd. Rozmowy z Costanzem Costantinim, przeł. J. M. Kłoczowski, Warszawa 2004, s. 126
15 Z. Podgórzec, Mój Chrystus. Rozmowy z Jerzym Nowosiel­
skim, Białystok 1993, s. 11
16 Czy Bóg się wycofał? Rozmowa z J. Nowosielskim, w: Ob­
licza śmierci, red. J. Trzupek, Katowice 2001, s. 147
17 W tym kontekście nie od rzeczy będzie zacytować jeden
z wniosków tej książki: „Zamiast więc widzieć rozdziele­
nie na świat wizerunków i świat rzeczywisty, przyszedł
czas, by spojrzeć na obraz i rzeźbę bardziej jako na prze­
dłużenie tego, co nazywamy rzeczywistością - i na nowo
włączyć figurację i imitację do realnego świata, czy też
raczej w obszar naszego doświadczania rzeczywistości”,
D. Freedberg, Potęga wizerunków. Studia z historii i teorii
oddziaływania, przeł. E. Klekot, Kraków 2005, s. 444
18 N a negatywne duchowo konsekwencje takiego typu my­
ślenia zwracano uwagę wielokrotnie. Przypomnę tylko
dwie krótkie, ale za to niezwykle instruktywne, wypowie­
dzi w tej materii. We wspomnieniu biograficznym o swo­
im pierwszym spotkaniu ze złem pisze Ireneusz Kania:
„Opisywanie zła jako ‘braku dobra' było, moim zdaniem,
jedną z największych niedorzeczności kiedykolwiek wy­
myślonych przez człowieka i na długie stulecia wyprowa­
dziło filozoficzną refleksję o złu na manowce. Utożsamie­
nie dobro=byt zaindukować musiało symetryczną parę
zło=niebyt, nicość. A przecie gołym okiem widać, że zło
ma poniekąd w sobie więcej ‘realności' niż dobro; widać
choćby stąd, iż dobro można podrabiać, udawać, zła zaś nie: udając, że kogoś krzywdzę, krzywdzę go
n a p r a w d ę”, I. Kania, Moje pierwsze unde malum?, w:
tegoż, Ścieżka nocy, Kraków 2001, 329-330; z kolei, w za­
kończeniu swoich uwag o podejrzanej ezoteryce Georgija

19

20
21

22
23
24

Gurdżijewa Jerzy Prokopiuk celnie zauważa: „ze złem nie
należy walczyć. Zło trzeba przemieniać. Aby je przemie­
niać, trzeba najpierw uznać racje i sens jego istnienia. Po­
tem je poznać. (To kościelna mentalność średniowieczna
zachowała po dziś dzień animalną reakcję na zło - fight or
flight - zwalcza je lub przed nim ucieka.) Zło to nie tylko
malum, lecz także coś koniecznego - necessarium. (Bóg je
zaplanował - bo przecież nie wymknęło się spod Jego
kontroli? - i ma ono swe miejsce w ekonomii naszego ko­
smosu”, J. Prokopiuk, Co zrobić z Gurdżijewem?, „Kon­
teksty” nr 2: 2006, s. 164. Przypis ten w całości dedykuję
księdzu profesorowi Knapińskiemu na okoliczność jego
konferencyjnej wypowiedzi o Baconie.
Znamienne, że i twórczość cytowanego wcześniej Gusta­
wa Herlinga-Grudzińskiego, który w swoim pisaniu wie­
lokrotnie dawał wyraz przekonaniu o rosnącej, potężnie­
jącej sile zła w XX wieku, określano jako „manichejską”.
Jako pierwszy tego określenia użył Krzysztof Pomian we
wstępie do francuskiej edycji Dziennika pisanego nocą.
W rozmowie z Włodzimierzem Boleckim pisarz tak ko­
mentował specyfikę swoich późnych opowiadań: „Mia­
łeś rację mówiąc wcześniej, że temat zła pojawia się
w moich opowiadaniach już od dawna. Jednak ten cykl
opowiadań, o których teraz mówimy, pokazuje zło inne­
go typu, zło, które jest według mnie najmocniejszym do­
wodem na istnienie w świecie zła immanentnego. Immanentnego - to znaczy nie tego, o którym myślał św.
Augustyn mówiąc, że zło jest brakiem dobra. Lecz tego
zła, które po prostu istnieje per se”, por. G. Herlin-Grudziński, W. Bolecki, Rozmowy w Neapolu, Warszawa
2000, s. 117
Francis Bacon w rozmowach z Michaelom Peppiatem,
„Kwartalnik Artystyczny” 4: 2005, s. 39
W. B. Yeats, Drugie przyjście, tłum. S. Barańczak, w:
W. B. Yeats, Poezje wybrane, wybrał J. Żuławski, opraco­
wała E. Życieńska, wstęp W. Krajewska, Warszawa 1987,
s. 99
Czy Bóg się wycofał, s. 147
E. Bieńkowska, Ocalić niszcząc, zniszczyć ocalając,
„Znak” nr 12 (535): 1999, s. 107-108
Przepisuję te słowa z okładki książki T. Bernharda, Au­
tobiografie, przeł. S. Lisiecka, Kraków 1998; niestety, nie
udało mi się odnaleźć tego cytatu w książce, niewyklu­
czone, że pochodzi z innego źródła.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10595" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10573">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/6d7cde74fead88151042105a4d42c31e.pdf</src>
        <authentication>813b7a89d64dbf995dba34b216dce11e</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126229">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5299</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126230">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126231">
                <text>2003</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126232">
                <text>podróże - opisy i relacje</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126233">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4921</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126234">
                <text>W drodze do Wenecji / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126235">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.1-2; s.161-173</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126236">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126237">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126238">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126239">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="126240">
                <text>�DARIUSZ CZAJA

„Wenecja” : nazwa i mit

W

enecja zjawia się przy nas najpierw jako imię.
Imię własne. W imieniu własnym zgęszcza
się zagadka pojedynczej tożsamości. Imię
znaczy i naznacza. Wywołuje do istnienia, wywołuje
właśnie: „po imieniu”. Imię własne jest skrótowym em­
blematem osobności. Wyrywa obiekt nazywany z conti­
nuum elementów podobnych czy bliskoznacznych, wpi­
sując go tym samym do katalogu bytów szczególnych.
Należy więc przede wszystkim do tajemniczej idiomatyki istnienia. Jak przekonująco pokazał Roland Barthes,
rozważając Proustowską semiotykę imion w W poszuki­
waniu straconego czasu, nazwa własna jest czymś daleko
głębszym niż semiotycznie pojmowany wskaźnik. Ten
bowiem po prostu odsyła do swego przedmiotu, sam nic
nie znacząc. Tymczasem nazwa własna jest znakiem, i to
znakiem szczególnym: „jest to znak wielowymiarowy,
gęsty, brzemienny w sens, znak, którego żadne użycie
nie ograniczy, nie spłaszczy, w przeciwieństwie do nazwy
pospolitej, której sens zawsze określany jest przez zdanie”.1 Nazwa własna u Prousta ma swoją autonomię,
buduje wokół siebie niepowtarzalną aurę, opalizuje wła­
snym światłem znaczeń. Imię własne zawiera w sobie
trzy właściwości: zdolność esencjalizacji - bo odwołuje
się tylko do „tego” jednego obiektu, zdolność przywoły­
wania - bo daje nieograniczoną możliwość „napotyka­
nia” go, wreszcie zdolność zgłębiania - bo nazwa taka
może być przedmiotem dalszej pracy interpretacyjnej.
Narrator Prousta nie mogąc doczekać się upragnionego
wyjazdu nad Lagunę, wzywa - jak pamiętamy - imię
Wenecji po wielekroć i ta święta Nazwa ma dla niego
prawdziwą moc stwórczą: urzeczywistnia - choćby ulot­
nie - miasto jego najgłębszych pragnień. Dźwięk „We­
necja” przyzywa Wenecję prawdziwą, rozbudza pragnie­
nie, ale go nie zaspokaja.
Nazwa „Wenecja”, jak zobaczymy, nie tylko dla bo­
hatera Prousta odznacza się taką semiotyczną gęstością.
Również w wielu innych przypadkach tworzy jednora­
zową wiązkę sygnałów o dużym natężeniu: wywołuje
obrazy, podsuwa słowne skojarzenia, stwarza mikroko­
smos oddziałujący na wszystkie zmysły. W imieniu „We­
necja” zdeponowane jest wyobrażenie o niej, a może ra­
czej: wyobrażenia, bo nie ma wszakże jednej Wenecji,
takiej samej dla wszystkich. Ale są przecież dobrze zna­
ne uniwersalia. „Wenecję”, głównie dzięki opowiadaniu
M anna (choć nie tylko) spowija śmiertelny całun2,
i choćbyśmy się przed tym wizerunkiem bardzo bronili,
„Wenecja” zawsze już będzie, mniej czy bardziej, śmier­
cią podszyta. W „Wenecji”, nie tylko dzięki rodzajowi
gramatycznemu, immanentnie obecna jest też kobie­
cość wraz z całym bagażem symbolicznych odnie­
sień.3 W nazwie „Wenecja” jest również obietnica inne­
go świata niż ten, który znamy; to imię tak jedyne, tak
niepodobne do innych, daje przedsmak czegoś dotąd
niespotykanego i z trudem podlegającego sztywnym
miarom obiektywizujących definicji. „Wenecja” ma swój
161

W drodze do Wenecji
Podróże imaginacyjne
Więc podróż —dobrze. Nie bardzo daleko, nie
gdzieś aż do tygrysów. (...) Do Wenecji!

Tomasz Mann, Śm ierć w Wenecji

kolor, czasem ewokuje nawet smak i zapach. W auto­
biograficznym wspomnieniu Borysa Pasternaka czyta­
my: „Istnieje szczególny choinkowy Wschód, Wschód
prerafaelitów. Istnieje wyobrażenie gwiezdnej nocy we­
dług legendy o hołdzie Trzech Króli. Istnieje odwieczna
bożonarodzeniowa płaskorzeźba: obryzgana niebieską
parafiną powierzchnia wyzłoconego włoskiego orzecha.
Istnieją słowa: chałwa i Chaldeja, magowie i magnezja,
Indie i indygo. Do nich należy zaliczyć koloryt nocnej
Wenecji i jej wodnych odzwierciedleń”.4 W prywatnym
słowniku mitycznym Pasternaka Wenecja trwale i nie­
odwołalnie kojarzyć się będzie z rzeczywistością orien­
talną, zakpi sobie z mapy i usytuuje się zdecydowanie
bliżej Wschodu z bajecznych wyobrażeń niż realnych
W łoch czy kontynentu europejskiego. Nie dziwi w tym
kontekście stwierdzenie Borisa Uspienskiego i Jurija
Łotmana, którzy najogólniej pojęte znaczenie nazwy
własnej ostatecznie umieszczają po stronie mitu. Bo­
wiem w imieniu własnym dochodzi do utożsamienia
słowa i denotatu, dokładnie tak, jak to ma miejsce w ję­
zyku mitologii.5 Zbiór imion własnych odrywa się od ję­
zyka naturalnego i tworzy - także i współcześnie! - jego
szczególną warstwę mitologiczną. Słowem: gdzie nazwa
własna - tam szukajcie mitu.
W Wenecji, rzecz jasna, byliśmy wszyscy, i to zanim
ktokolwiek z nas znalazł się tam naprawdę. Znamy We­
necję tak dobrze, że niektórym z tych, którzy nie znają
jej z autopsji, wydaje się, że już tam byli. Oswajamy i za­
właszczamy zawczasu Wenecję słowem, obrazem: foto­
graficznym i filmowym, rzadziej malarskim; przybliżamy
się do niej poprzez kolejne konstrukcje wyobrażeniowe,
nie ruszając przy tym z miejsca. Przypadek Josifa Brod­
skiego, jednego z największych admiratorów Wenecji,
autora Znaku wodnego, porywającego portretu literac­
kiego Wenecji, jest w tej kwestii wielce instruktywny:
„Pewnego dnia roku 1966 - miałem wtedy dwa­
dzieścia sześć lat - przyjaciel pożyczył mi trzy krótkie
powieści francuskiego pisarza Henri de Regniera,
przełożone na rosyjski przez wspaniałego poetę M icha­
ła Kuzmina. (...) Książki stanowiły skrzyżowanie po­

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

wieści łotrzykowskiej z kryminalną i akcja, co najmniej
jednej z nich (...) osadzona była w zimowej Wenecji.
Jej atmosfera pełna była zmierzchu i niebezpieczeń­
stwa, topografię rozjątrzały lustra; główne wydarzenia
toczyły się po drugiej stronie amalgam atu, w murach
jakiegoś opuszczonego palazzo” .6 Tak utrwalił się
w wyobraźni Brodskiego pierwszy obrazek Wenecji i jej
osobliwości: miasto wodnych odzwierciedleń pogrążo­
ne w zimowej scenerii. Obraz ten, co nie dziwi, powró­
ci pod piórem Brodskiego nie raz. Raczej też nie przy­
padkiem, przez kolejnych dwadzieścia lat odwiedza on
Wenecję tylko w sezonie zimowym.
„Jakiś czas potem inny przyjaciel (...) przyniósł mi
pewnego dnia sfatygowany egzemplarz pisma «Life»,
który zawierał oszałamiające zdjęcie katedry św. Marka
pod śniegiem. Jeszcze później dziewczyna, do której się
wówczas zalecałem, podarowała mi na urodziny harmo­
nijkę sepiowych pocztówek, przywiezionych przez jej
babkę z przedrewolucyjnej podróży poślubnej po Wene­
cji, i ślęczałem nad każdym obrazkiem ze szkłem po­
większającym w ręku. Potem z kolei moja matka wydo­
była Bóg wie skąd kwadracik taniego gobelinu, szmatkę
właściwie, na której widniała podobizna Palazzo D uca­
le; tkanina została użyta do obicia zagłówka mojej tu­
reckiej sofy, tak więc miałem pod potylicą skondenso­
waną historię republiki. A dorzućmy jeszcze do tego
maleńką gondolę, którą ojciec przywiózł z podróży służ­
bowej po Chinach i którą rodzice trzymali na toalecie
jako pojemnik na oderwane guziki, igły, znaczki poczto­
we oraz - w narastających ilościach tabletki i ampułki.
Następnie przyjaciel, który pożyczył mi powieści Regniera, wziął mnie ze sobą na półoficjalny pokaz przeszmuglowanej - i co za tym idzie - czarno-białej kopii
Śmierci w Wenecji Viscontiego, z Dirkiem Bogarde’em”.7
Brodski zapuszcza analityczną sondę w głąb nawar­
stwiających się pokładów wyobraźni. Niezwykle precy­
zyjnie opisuje proces powstawania obrazu Wenecji
w umyśle kogoś, kto nigdy wcześniej tam nie był.
Przedstawia niemal krok po kroku proces ukonkretniania obrazu miasta, przechodzenia od fantomatycznego
widziadła do niemal namacalnej wizji: „Potem przyszły
veneziana. Zaczynało mi się wydawać, że to miasto nie­
jako włamuje się w centralne pole mojego widzenia,
wyostrza się tak, że staje już prawie na krawędzi trójwy­
miarowości. Było czarno-białe, jak przystało czemuś,
co wyłania się z literatury albo z zimy; arystokratyczne,
mrocznawe, chłodne, o przyćmionych światłach, z pobrzdękiwaniami Vivaldiego i Cherubiniego w tle,
z udrapowanymi w stylu Belliniego/Tiepola/Tycjana
kobiecymi ciałami zamiast obłoków”.8
To niezmiernie charakterystyczne: m aterią wy­
obraźni jest dla Brodskiego rzeczywistość podrzędna,
płaska, banalna. Bo cóż się na nią składa? To zaledwie
przyzwoite powieści de Regniera, kiepskiej zapewne
jakości zdjęcie z gazety, czy wyprana z kolorów filmo­
wa Śmierć w Wenecji, nie mówiąc o sepiowych pocz­
tówkach, tanim gobelinie czy gondolce w charakterze
162

szuflado-apteczki. A le dla zakochanej w swoim przed­
miocie wyobraźni nie m a rzeczy niemożliwych, te nie­
zbyt może pociągające dla kogoś obiekty, w niczym tu
nie przeszkadzają. Okazuje się, że jeśli rzeczywistość,
nawet ta podrabiana czy nieszczególnie atrakcyjna,
trafia na podatny grunt, wówczas możliwość jest tylko
jedna: staje się ona zarzewiem fascynacji. W retorcie
wyobraźni tombak zamienia się wówczas w złoto. O d­
tąd pamięć zaczyna wypełniać się znaczącymi sekwen­
cjami obrazów i asocjacji. Zaczyna budować pierwszy
stabilny punkt odniesienia wobec „prawdziwej” rze­
czywistości. Więcej: staje się miarą jej oceny.
A nawiasem mówiąc, jak to właściwie jest z fascy­
nacją pewnymi miastami czy krajobrazami? Czy to my
wybieramy miejsca naszych olśnień, czy też raczej to
m iejsca wybierają nas?
Tak czy inaczej niezbyt ryzykowna wydaje się hipo­
teza, że przypomniane tu jednostkowe doświadczenie
poety uniwersalizuje się, że zwykła kolej rzeczy jest
w takich wypadkach najczęściej podobna. Przecież dla
większości z nas porządkujących swoje pierwsze, ele­
mentarne więzi ze światem W enecja to zapewne naj­
pierw słowo z innej, odległej fonosfery; to następnie
miraż pocztówki; to przekłamane zdjęcia w albumie czy
gazecie; to migawki w telewizji bądź wenecki gadżet suwenir przywieziony z odległego „stam tąd” przez ko­
goś ze znajomych. To są nasze pierwsze „wenecje”.
A raczej mikroślady jej rzeczywistej obecności. Reszta
to czysta gra wyobraźni. To ponawiane próby znalezie­
nia się w Wenecji bez paszportu i konieczności podró­
żowania. To obrazy oglądane per speculum in aenigmate,
by kiedyś może stanąć wobec niej „twarzą w twarz”.
Spójrzmy wobec tego teraz na trzy całkowicie od­
mienne przykłady konstruowania obrazu Wenecji. To
teksty, których bohaterowie wyprawiają się co prawda
do Wenecji, ale ani w jednym przypadku jej „fizycznie”
nie osiągają. Przyjrzyjmy się zatem, jak działa retorycz­
ny mechanizm ukonkretniania wizji zrodzonych z wy­
obraźni. Spróbujmy, krok po kroku, zrekonstruować
architekturę oka przenikniętego fascynacją.

„Jutro jedziemy do Wenecji”
Wydany w roku 2000 zbiór opowiadań Włodzimie­
rza Odojewskiego Jedźmy, wracajmy jest wznowieniem
wydanego siedem lat wcześniej tomu, tym razem uzu­
pełnionego przez nowych pięć opowiadań. Jednym
z nich jest, otwierający zresztą nowe wydanie, tekst
pod frapującym dla nas tytułem Sezon w Wenecji. Jego
niezwykłość nie polega raczej na wciągającej narracji
czy pogłębionej psychologii postaci, nie dotyczy też te­
m atu - traumatycznej inicjacji w dorosłość, która ma
za tło okrucieństwa wojny - znanego i z innych opo­
wiadań Odojewskiego. Osobliwość tego opowiadania
leży w czym innym: otóż nie ma, twierdzę, w polskiej
literaturze bardziej zaskakującego portretu Wenecji,

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

nie m a drugiej tak przejmująco „prawdziwej” wizji te­
go m iasta, mimo że rzecz ani przez chwilę nie dotyczy
jego realnego desygnatu, nie m a tekstu, w którym tak
wiele dowiedzielibyśmy się o Wenecji bez Wenecji.
Przy czym kwestia nie polega w tym wypadku, po­
wiedzmy to od razu, po prostu na sprawności posługi­
wania się przez pisarza wyrazistymi środkami opisu,
rzecz jest znacznie bardziej zagadkowa i nieoczekiwa­
na. N ie uprzedzajmy jednak faktów.
Jest lato roku 1939, młody, dziesięcioletni bohater
opowiadania o „weneckim” imieniu M arek sposobi się
do wyjazdu do Wenecji wraz z matką, wyjazdu dawno
obiecanego i wyczekiwanego. W enecja „od zawsze”
była w rodzinie en mode, tam rokrocznie jej członkowie
spędzali część lata, i to od czasów przed pierwszą woj­
ną. Toteż W enecja była w jego domu rzeczywistością
żywo obecną, omawianą, dyskutowaną, wspominaną.
„Zastanawia się, kiedy o Wenecji usłyszał po raz pierw­
szy. I nad tym, że nigdy nie potrafił ustalić - kiedy. Tak
teraz, jak być może nawet wtedy, kiedy dowiedział się,
że do Wenecji nie pojedzie, a miał dopiero niespełna
dziesięć lat. Zdaje mu się jednak, że wiedza o tamtym
mieście wyłaniała się z najgłębszych pokładów mroku
jego dzieciństwa, może nawet z czasu, kiedy liczył nie­
wiele nad dwa lata albo dwa i pół. (...) Myśli teraz, że
to być może w tamtym czasie albo niewiele później
w jego wyobraźni powstał obraz złożony z kamiennych
koronek i jakby opleciony kunsztownie w arabeski
srebrno-czerwonych nitek ozdób n a tynkach, jawiący
mu się n a podobieństwo kolorowych miniatur z porce­
lanowych puzderek, jakie za kryształową szybą prze­
chowywała babka, pełen kanałów z pływającymi po
nich gondolami i wspinającymi się nad nimi w powie­
163

trze łukami mostów, z których nocą sfruwały n a plac
Świętego M arka skrzydlate lwy i cwałowały tam ol­
brzymie konie z brązu albo w dzień po prostu spacero­
wały gołębie, mniej od tamtych zaczarowane, ale chy­
ba też. A że obrazu tego nie mógł naszkicować w jego
wyobraźni ktoś inny niż niania (...), świadczyłoby i to
jeszcze, że Wenecję wciąż nazywał ‘pływającym m ia­
stem’, tak właśnie jak ona, ‘po wodzie’, nawet wtedy,
kiedy już od dawna wiedział, że m iasto n a wodzie nie
pływa i że ‘po wodzie’ się nie mówi”.9
Grunt był więc dobrze przygotowany. Obraz Wene­
cji budował się w nim wystarczająco długo, by osiągnąć
niemal trójwymiarowe kontury, dojrzewał już do speł­
nienia, do ostatecznej konfrontacji wizji z rzeczywisto­
ścią. Przed samym wyjazdem M arek pogłębia jeszcze
swoją wiedzę, aktywizuje źródła wyobraźni. Czyta książ­
ki o Wenecji, z tygodników ilustrowanych wycina zdję­
cia ciekawszych weneckich budowli, studiuje uważnie
plan miasta, uczy się na pamięć nazw weneckich wysp,
kościołów, mostów i placów. Nie m a wątpliwości: We­
necja jest już w nim, czeka na prawdziwe odsłonięcie.
Nikt przecież nie obiecywał, że marzenia zawsze m u­
szą się spełniać. 1 września okaże się dla bohatera Sezo­
nu w Wenecji datą graniczną, datą, która oznacza nie­
odwołalny koniec złudzeń. M arek nigdzie nie wyjedzie,
zostanie wysłany na prowincję do rodziny, by przecze­
kać. Wraz z innymi dziećmi doświadcza początków wo­
jennej grozy w rodzinnej willi. Ucieka spod ostrzału ar­
tyleryjskiego, widzi krew, pierwsze trupy. I oto któregoś
dnia jedna z ciotek składa im zadziwiającą, z lekka sza­
loną propozycję: „Jutro jedziemy do Wenecji”. Wobec
pytających spojrzeń tłumaczy spokojnie: „Przecież pod
willą mamy wodę. Zanim urządzi się tu leczniczy zakład,

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

czy co to ma być, zamienimy tamte pomieszczenia na
kanały, z rupieci, których tam pełno, zbudujemy domy
i pałace, a obok schodów będzie port. Zresztą potem ca­
ły pensjonat też można nazwać W enecją”.10
Pomysł jest tak niedorzeczny, jak niedorzeczna jest
rzeczywistość za oknem. Pełna symetria. N ie straszna
- raczej obłąkana symetria. I nagle wszyscy domowni­
cy, jakby wiedzeni tajemnym imperatywem, poddani
niedającem u się sensownie usprawiedliwić impulsowi,
biorą się do urzeczywistnienia tego absurdu. D o zala­
nej wodą piwnicy zniesiono rozmaite stoły: „Z wszyst­
kiego tego razem powstała spora powierzchnia nad
wodą jak wyspa, od wyspy, przez mniejsze stoły i uło­
żone na nich deski do prasowania i deski wyjęte z dol­
nych części zalanych półek, można było suchą nogą
dotrzeć do okien i wyjść wprost do ogrodu. (...) Drzwi
od wszystkich pomieszczeń pootwierano na oścież, tak
że utworzyła się obszerna powierzchnia korytarzy, ka­
nałów, portu przy schodach, w którego pobliżu
z dwóch starych singerowskich maszyn do szycia z uło­
żonymi na nich deskami powstał plac świętego Marka,
dalej perspektywa zatok, placyków i uliczek w po­
m ieszczeniach bocznych, mniejszych i większych,
gdzie szafy i półki stojące pod ścianami udawały domy
i pałace; woda falowała, pluskała, światło wpadające
przez okna od ogrodu rozświetlało wnętrza zielonka­
wym złotem, załamywało się na powierzchni, lśniło,
błyskało, na ścianach też pełno było ognistego i chłod­
nego migotania i wszystko wydało się zupełnie jak
w prawdziwym mieście ‘na wodzie’, w W enecji”.11
Tak wygląda u Odojewskiego W enecja na nowo
stworzona. Tak prezentuje się miasto zrodzone z pra­
gnienia, z tęsknoty do rzeczywistości niepodległej pra­
wu wiecznego przemijania. Ta W enecja powstała od
początku z bezinteresownego kaprysu wyobraźni. Jest
skrojona na miarę dziecięcej fantazji. Przypomina te­
atralną scenografię, w której stoły udają wyspy, a drew­
niane balie - weneckie gondole. Jest teatrem w stanie
czystym, choć nieco innego rodzaju niż teatr działań
wojennych, których odgłosy dochodzą zza okna.
Świat wymyślonej, „zrobionej” Wenecji staje się
w opowiadaniu kom pensacją wojennego koszmaru.
W enecja z wyobraźni przynosi, niechby chwilowe, ale
ocalenie. Pozwala zapomnieć, pozwala śnić na jawie.
A więc wenecki r a j przeciw p i e k ł u wojny - by
nawiązać do tytułu znakomitego eseju Zbigniewa
Bieńkowskiego o pisarstwie Odojewskiego Ten raj jest
piekłem, który w celnej formule wskazuje na dwa prze­
ciwległe bieguny stale obecne w tej twórczości. O ka­
zuje się, że słaba i krucha z natury Dichtung, w całej
dwuznaczności obejmującej i zmyślenie, i poezję, a n a­
wet szerzej: cały świat uformowany mocą twórczej wy­
obraźni, może mieć i ma m oc większą niż brutalna
Wahrheit wojennej jatki.
W enecja w piwnicy prowincjonalnej willi?!
Powie ktoś: całe to przedsięwzięcie to zwykła dzie­
cinada. A le czy nie jest tak, jak pisał Fernand Braudel,

że w samej Wenecji, w jej zadziwiającym, trudno dają­
cym się przełożyć na racjonalne powody istnieniu, jest
coś z dziecięcych marzeń o samotnej wyspie, o świecie
osobnym, odgraniczonym od reszty świata wodą, jest
coś z niedojrzałych rojeń o wyspie wolności i spełnienia.12 A skądinąd, czy cała rzeczywistość wenecka nie
jest bajkową dekoracją, czy nie ma - jak u Pasternaka
- smaku chałwy i powabu wschodnich baśni?
Powie ktoś: ten pomysł, to nierealne, utopijne m a­
rzenie o przeniesieniu się w inny punkt przestrzeni, bez
ruszania z miejsca. Ale czy właśnie W enecja nie jest
miastem zrodzonym z nierealnego marzenia, czy nie
jest cudem, utopią zrealizowaną?13 Ale taką utopią,
która nie budzi złowrogich konotacji. Czy W enecja,
mimo że jest dającym się łatwo zlokalizować punktem
na mapie, nie istnieje w nieco innej przestrzeni m en­
talnej niż inne miasta? Czy to dziwne, niedające się
z niczym porównać miasto, nie jest właśnie jakimś ou-topos, nie-miejscem, miejscem, którego nie ma? Czy
nie jest taką przestrzenią, która wypada poza euklide­
sowy rygor i topograficzne przyporządkowanie?
Powie ktoś: a cóż to za zmyślenie! I to podwójne:
zmyślenie, udawanie wewnątrz świata przedstawionego,
cała ta „zabawa w Wenecję”, ale i coś poważniejszego:
zmyślenie, owoc pisarskiej wyobraźni, kreacja literacka.
A le przecież gra prawdy i złudzenia, realności i niereal­
ności, jawy i snu, to sama istota jej mitycznego obrazu.14
Ileż to razy ci, którzy z Wenecji powracali, podkreślali
jej zjawiskowość, nierealność, sztuczność, teatralność;
wskazywali na jej osobliwą ontologię, na pograniczu by­
tu i niebytu... To podwójne zmyślenie, podwójna kre­
acja z całą jej migotliwością i fikcyjnością (jako nie­
prawdy rzeczy i jako fikcji literackiej), należy jak najbar­
dziej do istoty weneckiego mitu, pozostaje w pełnej wo­
bec niego symetrii. Można by nawet dopowiedzieć, że ta
ambiwalencja właśnie stanowi o jego sile i trwałości.
Odojewski wykreował w swoim Sezonie w Wenecji
niezwykle plastyczny, jak to u niego, obraz świata
przedstawionego. Powołał przy tym do istnienia sensualny, namacalny nieomal obraz zmyślonej - w podwój­
nym znaczeniu słowa - Wenecji. A le co ważniejsze: dal
również kongenialny z mitycznym wzorcem obraz m ia­
sta. Jak mało kto przed nim, w sposób całkowicie ory­
ginalny, odsłonił kilka z najbardziej dwuznacznych we­
neckich masek. Wiele pisano o niejednoznacznej funk­
cji pamięci w prozie Odojewskiego.15 We wspomnia­
nym opowiadaniu pamięć nie jest dla bohaterów prze­
szkodą, nie wywołuje upiorów przeszłości. Tutaj pamięć
wespół z wyobraźnią jest władzą twórczą, stwarzającą,
staje się dla bohaterów może nie ostatnią, ale dającą
chwilowe ocalenie deską ratunku. Pamięć, funkcjonu­
je tu na podobieństwo fotograficznego wywoływacza,
odpomina rzeczywistość prawdziwą, mocno istniejącą,
tworzy iluzję, ale o zadziwiająco mocnej konsystencji.
Ostatnie, podsumowujące zdania narratora o mło­
dym niegdyś bohaterze wojennej przygody w piwnicz­
nej Wenecji są - tak jak stworzona wtedy na chwilę

164

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

wenecka rzeczywistość - równie dwuznaczne: „Tyle lat
minęło. Zjeździł pół świata. Tyle krajów, tyle miast, ty­
le przeróżnych widoków. Ale nigdy nie był naprawdę
w Wenecji, choć wielokrotnie w pobliżu. Nie żeby go
nie ciągnęła, albo nie budziła ciekawości. Może tylko
gdzieś w głębi duszy bał się trochę. Nie, nie bardzo
wiedział czego. Wiedział natom iast, że czeka go tam
gondola wcale niepodobna do ich olbrzymich balii
z piwnicy ciotki Weroniki. W ięc nie chciał” .16
N o właśnie: co tu jest realne, co jest nierealne?
Która W enecja jest prawdą, a która zmyśleniem? D la­
czego M arek omija prawdziwą Wenecję? Nie chce jej
odwiedzić, bo po prostu obawia się powrotu do bole­
snej przeszłości dzieciństwa czy też lęka się konfronta­
cji mało wyszukanych, nieporadnych prób wykreowa­
nia Wenecji z siłą naocznego doświadczenia miasta?
A może raczej omija ją, bo obawia się, że tym sposobem
ją straci, że ta realnie istniejąca W enecja nie będzie
miała takiej hipnotyzującej i czarodziejskiej mocy od­
działywania, jaką miała W enecja wymyślona, ta zadzi­
wiająca piwniczna Wenecja, stworzona ex nihilo jeden,
jedyny raz w dalekiej przeszłości. Ze innymi słowy:
współczesna prawdziwa W enecja i niegdysiejsza Wene­
cja wyobrażona zamienią się rolami. Ze rzeczywiste sta­
nie się synonimem nierzeczywistego. I odwrotnie.
„Nigdy nie był naprawdę w Wenecji” - tak brzmi
kategoryczny komentarz narratora.
Jak to naprawdę jest z tym „naprawdę”? Nigdy?
N ie był?

„Sądzimy, że dzieło Roussela jest wyjątkowym aktem
wspominania innych, niewidzialnych podróży, tych,
które znalazły miejsce w ‘sekretnym systemie topolo­
gicznym’, gdzie Roussel opłakiwał utratę jedynej swej
miłości: Ascania. Miejscem tej topografii jest Wenecja.
N ie tylko do Wenecji Roussel więcej nie powrócił,
choć tylko o niej zabronił sobie mówić. Całkowita nie­
obecność w jego dziele miasta, w którym jak trafnie
stwierdził Pasolo - ‘wyobraźnia i historia są tak ściśle
ze sobą powiązane’, sam a w sobie jest zdumiewająca
i dlatego przyciągała uwagę wielu badaczy.
M iejska architektura W enecji jest czystym te­
atrem, swego rodzaju trompe-l’oeil, którego tło jest złu­
dzeniem, i dlatego może być traktowana całkiem do­
słownie: pozbawiona wszelkich odniesień poza samą
sobą, rzeczywistość - która jest także rzeczywistością
Roussela - staje się wyłącznie sam ą sobą. (...)
Roussel odkrył Wenecję na kilka miesięcy przed
objawieniem swojej genialnej mocy. Odkrył w niej, je­
dyny raz w swoim życiu, miejsce wcielające jego wła­
sne poczucie rzeczywistości: złudzenie teatru wyciosa­
nego w kamieniu”.17
Mathews i Perec starają się odsłonić, jak mocno
w biografii i w dziele Roussela zaistniała Wenecja.
Zwracają uwagę, że pośród licznych jego podróży ta
była podróżą wyjątkową, stanowiła paradygmat i arche
wszystkich innych eskapad, że w gruncie rzeczy tylko
ona zasługuje na miano prawdziwej podróży, a więc ta­
kiej, która łączy w sobie przemieszczanie fizyczne

„W” jak Wenecja i Wojaż
Bohaterem erudycyjnego eseju Harry Mathewsa
i Georges’a Pereca zatytułowanego Roussel i Wenecja.
Zarys geografii melancholicznej jest francuski pisarz,
piękny oryginał i niestrudzony podróżnik - Raymond
Roussel, autor sławnego Locus Solus. Obydwaj pisarze,
filary literackiej grupy OuLiPo, z detektywistyczną pa­
sją tropią historię powstania pięciu luźnych kartek na­
pisanych ręką Roussela, a znajdujących się w jego ar­
chiwum na jednym z uniwersytetów. Jak sugeruje jeden
z badaczy zajmujących się jego twórczością, tworzą one
zarys sztuki, o dość skomplikowanej intrydze, sztuki,
która dzieje się w Wenecji. Mathews z Perecem pole­
mizują z nim na tem at znaczeń owej sztuki wierszem
pisanej, próbują też zrekonstruować historię zagadko­
wego związku owych kartek z pewnymi starodrukami.
Piszą przy tym dokładnie o krótkim, ale intensyw­
nym pobycie Roussela w Wenecji i szkicują historię je­
go miłosnego związku z pewnym weneckim chłopcem,
największą namiętnością jego życia. Ale, co najważniej­
sze, starają się udowodnić, że Wenecja była dla Rousse­
la rzeczywistością pierwszą i najważniejszą, miejscem
szczególnym jego „sekretnej topologii”, jego locus solus.
Rekonstruując naturę doświadczenia weneckiego, któ­
re stało się udziałem Roussela, starają się również po­
przez nie odczytać porządkujący schemat jego dzieła.
166

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

z dojrzewaniem duchowym: „podróż Roussela do We­
necji była jego jedyną podróżą (Wenecja stanie się
Wojażem, Wojaż stanie się W enecją, W jednocześnie
oznaczać będzie Wenecję i Wojaż). I jak w przypadku
każdej prawdziwej podróży, nie był to odjazd, lecz po­
wrót: jedzie on do siebie, odnajduje swe miejsce, nie
czuje się wygnany, lecz powraca do źródeł”.18 W enecja
jest zatem dla Roussela spełnieniem, jest stacją doce­
lową, ziemią obiecaną wszystkich jego podróży. Pobyt
w Wenecji, poznanie Wenecji prowadzi w istocie do
rozpoznania samego siebie.
Trudno się więc dziwić, że wraz ze śmiercią Ascania W enecja przestaje praktycznie dla Roussela ist­
nieć. Zmienia się, jak podkreślają egzegeci, w miejsce
niewyrażalne. Niewyrażalność nie jest tu warunkowa­
na przedmiotowo. Niewyrażalność oznacza odmowę
mówienia o miejscu największego egzystencjalnego
wtajemniczenia. Ów dystans wobec Wenecji tłumaczą
oni mechanizmem inkorporacji, która, w przywoływa­
nej przez nich koncepcji psychoanalitycznej, rezerwo­
wana jest dla postawy, związanej z utratą przedmiotu
miłości. Inkorporacja jest tedy odmową żałoby, jest
heroiczną próbą utrzymania status quo: ten fantazmat
prędzej dopuści do przekształcenia świata niż do zmia­
167

ny w samym podmiocie. Tak naprawdę bowiem „Roussel nie przestał nigdy spacerować pod ramię z Ascaniem ulicami Wenecji, która została wygnana z pospo­
litego świata jego współczesnych i znalazła schronienie
w sekretnym królestwie, gdzie nadal panowała czysta
i nieśmiertelna rzeczywistość iluzji”.19
Można by w tym momencie zapytać, co łączy tę,
detalicznie opisaną i zinterpretowaną przez duet M a­
thews - Perec, podróż Roussela do Wenecji z opisaną
poprzednio. Co spokrewnia tę podróż do Wenecji,
która jest dla jej uczestników jawnym wymysłem, za­
bawą w teatr, z traumatyczną, głęboko przeżytą wizytą
Roussela w tym mieście? Mowa przecież była na po­
czątku o tym, że bohaterowie naszych opowieści uda­
ją się do Wenecji, ale ostatecznie tam nie docierają.
Jak dotąd można by mieć wątpliwości, gdyby nie pe­
wien drobiazg. Otóż, mówiąc krótko: Mathews z Pere­
cem wymyślili całą tę historię, zełgali wszystko! N a ­
prawdę wszystko, od początku do końca. Całkiem
zwyczajnie: wymyślili pobyt Roussela w Wenecji jak
i historię jego weneckiej miłości. Zmyślili nazwy ko­
ściołów, nazwiska malarzy, powołali do życia badacza
jego twórczości i psychoanalityka, dokonującego wi­
wisekcji jego życiopisania.
Tak opowiada o genealogii powstania tekstu o We­
necji Roussela jeden ze sprawców oszustwa (może le­
piej: zmyślenia), Harry Mathews: „Nie wiem, czy będę
mógł być całkowicie wiarygodny i szczery, ale spróbu­
ję opowiedzieć tę historię. W łaśnie dobiegł końca mój
dwuletni pobyt w Wenecji, kiedy Pereca poproszono,
żeby napisał - do francuskiego pism a «L A rc» - coś
0 Rousselu. I Perec powiedział mi wtedy, że Roussel
a n i r a z u (podkr. D C ) nie był w Wenecji, co jest bar­
dzo dziwne, bo przecież on bezustannie podróżował.
1 Georges miał taką myśl... w punkcie wyjścia pojawił
się pomysł, że Roussel jednak kiedyś w Wenecji był.
Nie był, ale przyjmijmy, że był - i teraz trzeba razem
napisać tekst, który poszedłby tropem tego, co Roussel
sam o swoim pisaniu mówił, mianowicie, że jest ono
w całości wytworem wyobraźni i w żadnym wypadku
nie wiąże się z faktami. John Ashbery jako pierwszy
wykazał, że to nie jest prawda, ale z grubsza biorąc,
faktycznie: Raymond Roussel nie pisał o swoich do­
świadczeniach. W ogóle nie miałem pojęcia, co z tym
fantem zrobić. I już niemal rok później przeglądałem
katalog starych książek, w którym była taka bardzo
piękna książka z początku szesnastego wieku, z wcię­
ciem w oprawie na różne papiery. I wtedy natychm ia­
stowa myśl: Proszę, proszę. N otatki Roussela, których
nie zna nikt, notatki do nieukończonej rzeczy o poby­
cie w W enecji”.20 Pomysł następnie przejął Perec
i tekst cały, po francusku, napisał. Wystylizował go na
artykuł naukowy: zaopatrzył w liczne przypisy, zawarł
polemiczne uwagi wobec poprzednika zajmującego się
tematem, umieścił pom agający w lekturze schemat
graficzny... Wszystko to sprawiło, że Mathews przez la­
ta otrzymywał liczne listy od zdezorientowanych dok­

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

torantów, którym niczego z niczym nie udawało się po­
nam jako zagadkę. Roussel jakby zdawał się mówić:
łączyć: nazwy i nazwiska nie miały realnych desygnasłowa odnoszą do słów, ale czy do czegoś innego, do ja­
kiegoś świata poza nimi? Co jest zatem bardziej realne:
tów,21 odsyłacze okazywały się bałamutne, tytuły prac
słowo czy rzecz? Co jest pozorem, a co prawdą? Czy po­
w nich podane w ogóle nie istniały itd...
A zatem: jeśli wierzyć znawcom biografii Roussela,
przez Dichtung prześwieca jakaś Wahrheit?
O czymś podobnym mówi pointa „uczonej” rozpra­
pewne jest, że nigdy nie był on w Wenecji. Czy można
powiedzieć, że niejako „za niego”, w zastępstwie, byli
wy M athewsa i Pereca: „Wszelkie wyjaśnienie dzieła
Roussela potyka się ostatecznie o aporię niezgłębionej
tam Mathews z Perecem? Ze, innymi słowy, Roussel
był tym samym w Wenecji? I może ważniejsze jeszcze
metody. Oznacza to, że hipotetyczna sztuka, której
od tych pytanie: czy ta literacka maskarada - jakże
przypuszczalną genezę staraliśmy się zrekonstruować
weneckie słowo! - jest czymś więcej niż wyrafinowa­
i którą traktujemy jako ostateczną i pośmiertną metonym literackim żartem znakomitych pisarzy bądź też
nimię pobytu w Wenecji i zrodzonego tam fantazma­
kpiną z obwieszonej przypisami uczoności? N ie sposób
tu pisania (podkr. D C ), nie świadczy bynajmniej
o złudzeniu dyskursu, któremu powierzylibyśmy misję
przecież wykluczyć, że jedno i drugie jest prawdą.
zdefiniowania Roussela, lecz odsyła w ostatecznym
A jednak wątpliwości pozostają. Wydaje się, że nie
rozrachunku do niezrównanej atmosfery Rousseliańjest dziełem przypadku, że Mathews - Perec każą je­
chać Rousselowi właśnie do Wenecji. Czymże bowiem
skiej, w którą wkracza podróżny, gdy przybywając do
w ich interpretacji jest przestrzeń wenecka: „Wenecja
stóp Apostołów, odkrywa po raz pierwszy miasto, któ­
jest m iastem oddanym wędrówce, miastem, w którym
rego Roussel był mentalnym architektem”.24
A więc literatura jako W enecja! M ateria literacka
nikt nie jest całkowicie pewien punktów kardynal­
jako analogia weneckiej przestrzeni! N ikt tego jeszcze
nych, gdzie nikt nie jest pewien odległości dzielącej je ­
w taki sposób nie sformułował. Jeśli Mathews i Perec
den od drugiego, gdzie linia łącząca dwa najbliższe
w swoim opisie idiomu weneckiego nie mylą się, to nie
punkty jest sprawą ciągłości i / lub nieciągłości po­
wierzchni, przestrzenią, która, nie baczy na kierunek
będzie zapewne przejawem chwilowej ekstrawagancji
i miarę. Każdy, kto przeżył choćby kilka godzin w We­
pytanie, które wobec powyższego możemy sobie zadać:
necji, doświadczył nieprzewidywalnych i bezmiernych
Czy Raymond Roussel, pisarz i podróżnik, nigdy nie
przemieszczeń: ulica, która, zdawało się, powinna do­
penetrował weneckich ulic? Czy nie pogrążał się ca­
łym sobą w owej fantazmatycznej rzeczywistości? Czy
prowadzić nas tam, dokąd chcemy dojść, prowadzi nas
z powrotem na campo, skąd właśnie wyszliśmy, a obie­
więc naprawdę nigdy nie odwiedził Wenecji?
cująca droga kończy się nagle u brzegu kanału. Te za­
wrotne marszruty, połączone z przemiennością wody
i kamieni, ciemności i światła, czynią z Wenecji, prze­
Wenecja, czyli mappamondo
strzeń oniryczną, z której Roussel mógł uczynić mappamondo swego dzieła, miejsca i osie, wokół których
Zora, Anastazja, Maurilia, Dorotea, Fedora.... Nie,
to nie są - jakże pobudzające wyobraźnię - imiona ta­
wirowały jego książki, gdzie zakątki i podróże są do­
kładną projekcją naziemnych i nawodnych spacerów
jemniczych kobiet. Te brzmiące jak muzyka imiona to
jakie odbywał z A scaniem ”.22
nazwy miast, o których wenecjanin Marko Polo opo­
O
czym w istocie mówi tu para egzegetów? Wydaje wiada tatarskiemu władcy chińskiego imperium Kubłajsię, że przestrzeń wenecka z plątaniną ulic prowadzą­
-chanowi. Niewidzialne miasta Italo Calvino to wielce
intrygujący zbiór fantazyjnych opisów owych miast
cych często donikąd, z jej labiryntową strukturą, ze
o imionach, które zapowiadają tak wiele. Tę nadzwy­
zwierciadlaną grą wodnych odbić, a więc ze wszystkim
tym, co skutecznie manipuluje naszym poczuciem rze­
czajną książkę można by potraktować jako współczesny
czywistości, to dla nich niezwykle poręczna metafora
remake albo osobliwą wariację na temat sławnego Opi­
literatury według Roussela. Tak jak wenecka architek­
sania świata Marko Polo, średniowiecznej relacji z jego
tura jest czystym teatrem, tak tekst literacki był dla
podróży i pobytu w Chinach, a także w innych krajach
Roussela teatrem zrobionym ze słów, iluzją rzeczywisto­
pod dominacją mongolską. Narracja Calvino, rzecz
ści wyczerpującą się w sobie, wymysłem, demonstracyj­
0 niezwykle misternej konstrukcji, składa się z dwóch
nie sztucznym światem.23 I jeden, i drugi teatr tworzy
kategorii tekstów: detalicznych opisów różnych miast
finalnie pozbawioną „wszelkich odniesień poza samą
1 imaginacyjnych rozmów Kubłaj-chana i Marko Polo.
Zaspokajając nienasyconą ciekawość władcy, wielki
sobą rzeczywistość”, rzeczywistość samowystarczalną,
podróżnik zabawia go barwnymi opowieściami na temat
odnoszącą się wyłącznie do siebie. Inaczej mówiąc: we­
necka przestrzeń byłaby jedynym do zaakceptowania
miast wchodzących w skład jego cesarstwa. W swoich
przez Roussela modelem twórczości literackiej. W tej
opowieściach maluje - to właściwe słowo - przed cesa­
radykalnie antymimetycznej koncepcji nasze rutynowe
rzem pejzaże miast, które w swoich wędrówkach miał
zakorzenienie w rzeczywistości zostaje podane w w ąt­
okazję podziwiać. Jego ciągnąca się przez wiele nocy
pliwość, ciągi słów, podobnie jak skręcające w najmniej
opowieść nie jest - powiedzmy to od razu - dyskursem
spodziewanym momencie weneckie calli, podaje się
urbanistycznym. To niemal detektywistyczne próby czy168

�tania pejzażu miast i miejskiego życia, niezwykle orygi­
nalne próby deszyfracji topografii miejskiej, traktowanej
przezeń jak zagadkowy znak. Przy czym relacje Marko
Polo mają coś z baśni i coś z poezji. Jego język wykracza
mocno poza neutralność zwyczajnego sprawozdawcy.
Nie opisuje po prostu świata, który widział, ale opowia­
dając stwarza go na nowo. Wprowadza swojego słucha­
cza w stan ekscytacji, uwodzi słowem... Kubłaj-chan bez
trudu daje się wciągnąć w tę niekończącą się rozmowę.
Szczególny z początku był to dialog:
„... Nowo przybyły i całkiem nie obeznany z językami
Wschodu, Marko Polo mógł wypowiadać się jedynie za po­
średnictwem wyciąganych z tobołów przedmiotów: bębnów,
solonych ryb, naszyjników z kłów dzikiej świni, wskazując na
nie gestami, skokami, okrzykami zachwytu lub zgrozy albo
naśladując szczekanie szakala i pohukiwanie płomykówki.
Nie zawsze związki między jednym a drugim elementem
opowiadania były jasne dla cesarza; przedmioty mogły mieć
różne znaczenie: kołczan pełen strzał wskazywał to zbliża­
nie się wojny, to obfitość zwierzyny, to warsztat łucznika;
klepsydra mogła oznaczać czas, który upływa lub upłynął,
albo piasek, lub miejsce, gdzie wyrabia się klejnoty.
Lecz tym, co czyniło cennym dla Kubłaja każdy fakt
czy wiadomość przekazywaną przez niezdolnego wysłowić
się informatora, była pozostająca wokół nich przestrzeń,
pustka nie zapełniona słowami. Opisy miast, które zwie­
dził Marko Polo, odznaczały się wspólną zaletą: można

było krążyć po nich myślą, gubić się, przystawać dla ochło­
dy lub pędem z nich uciec".25
Ta bezsłowna pantomima wymagała aktywności ze
strony cesarza. N ic tu nie było dane przejrzyście i jed­
noznacznie. Odczytanie sensu znaków, wieloznacznych
sygnałów, tak brawurowo wysyłanych przez Marko Po­
lo, wymagało poważnej pracy hermeneutycznej, a i tak
rezultat końcowy daleki był od semantycznej oczywi­
stości. Wielki Chan starał się rozszyfrowywać znaki,
jednakże związek między nimi a miejscami odwiedza­
nymi przez wenecjanina pozostawał dla niego niepew­
ny: „Ale wszystko, co pokazywał Marko, czy oczywiste,
czy niezrozumiałe, miało moc symboli, które, raz ujrzane,
nie mogą ulec zapomnieniu czy przemieszaniu. W umyśle
Chana imperium odbijało się w pustyni danych nikłych
i wymiennych jak ziarna piasku, z której dla każdego mia­
sta i prowincji wyłaniały się figury, wyczarowane przez logogryfy Wenecjanina’’.26 Ciekawe, że ta niejednoznaczna
symboliczna rzeczywistość była dla niego stałym punk­
tem odniesienia nawet w stosunku do narracji słownej,
słowa zawsze przywodziły w jego pamięci ów pierwszy
gest czy przedmiot, którym posłużył się Marko.
Z czasem Marko poznaje dobrze język swojego słu­
chacza. Wprawia się w opisach poznawanych miast,
ale co i rusz natrafia na kolejne przeszkody - nie cho­
dzi już tylko o język. M iasto okazuje się skomplikowa­
nym organizmem, wielopoziomowym związkiem zna-

169

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

170

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

ków: „N a próżno, wielkoduszny Chanie, próbowałbym
ci opisać miasto Zairę o wysokich basztach. Mógłbym
powiedzieć, ile stopni liczą strome ulice układane
w schody, jak są sklepione łuki podcieni i jakie blachy
cynkowe pokrywają dachy; ale wiem, że byłoby to tak,
jakbym ci nic nie powiedział. Nie z tego składa się m ia­
sto, lecz ze stosunków między wymiarami jego prze­
strzeni a wydarzeniami jego przeszłości (...)”.27 Zbyt
wiele jest istotnych parametrów miasta, by opowieść,
nawet najbardziej gęsta i detaliczna, mogła je w pełni
oddać. Nie tylko słowa zawodzą, ale natura samej rze­
czywistości skutecznie broni przed możliwością wierne­
go jej opisu. W którymś miejscu, tłumacząc Wielkiemu
Chanowi nieprosty związek między miastem a słowami,
które go opisują, Marko odwraca poznawcze przyzwy­
czajenia: „Słowa nie kłamią, kłamią rzeczy” .28
Dochodzi do tego jeszcze jedna trudność, która
opiera się na swoistej dialektyce opowiadania o ob­
cych światach. Ważny jest bowiem nie tylko ten,
k t o opowiada, ale i ten, k t o słucha. Istotne jest nie
tylko to, j a k się opowiada, ale i j a k się słucha. N a
przecięciu tych dwóch instancji rodzi się dopiero zna­
czenie. N a wątpliwość wyrażoną przez cesarza, czy po
powrocie do domu będzie opowiadał swoim rodakom
to samo, co jemu, Marko stwierdza w pewnym m o­
mencie, że nie istnieje jedna, obiektywna prawda
o opowiadanym mieście: inaczej rzeczywistość przezeń
opisywaną zanotuje umysł cesarza, inaczej odciśnie się
ona w umyśle gondoliera. „Opowiadaniem rządzą nie
usta, lecz ucho” .29 Ostatecznie bowiem sens opowieści
jest zawsze funkcją czyichś oczekiwań.
M arko ma już za sobą wiele wieczorów, podczas
których snuł swoje porywające baśnie o napotkanych
miastach. Opowiedział już cesarzowi o Zobeidzie,
o Chloe, o Sofronii, o Oktawii... Zwracał przy tym za
każdym razem uwagę na jakąś właściwość, która wy­
jątkowo trafnie oddaje specyfikę każdego z miast. N o
dobrze, ale co te wszystkie opisy mają wspólnego z We­
necją? Kto tu podróżuje bądź przynajmniej ma zamiar
podróżować do Wenecji? Jeszcze chwilę cierpliwości.
Któregoś dnia Kubłaj-chan zagaił jak zwykle, choć
charakterystyka miasta, o które zapytał podróżnika,
nie zapowiadała rutynowej rozmowy. Zdawało się jak­
by to teraz cesarz posługiwał się językiem zagadki, jak
gdyby to on mówił kryptonimami:
„—Czy zdarzyło ci się widzieć podobne miasto? —pytał
Kubłaj M arka Polo, wysuwając zdobną pierścieniami dłoń
spod jedwabnego baldachimu cesarskiej galery, by wskazać
mosty, wyginające się nad kanałami, pałace książęce o za­
nurzonych w wodzie marmurowych posągach, krzątaninę
lekkich stateczków, które krążą zygzakiem, popychane dłu­
gimi wiosłami, krypy, z których wyładowuje się kosze jarzyn
na placach targowych, balkony, altany, kopuły, dzwonnice,
ogrody na wyspach, zieleniejące szarości laguny.
Cesarz, w towarzystwie swego cudzoziemskiego do­
stojnika, zwiedzał Kinsaj, dawną stolicę obalonych dyna­
stii, ostatnią perłę osadzoną w koronie Wielkiego Chana.
171

—Nie, najjaśniejszy panie —odrzekł Marko —nigdy nie
wyobrażałem sobie, że może istnieć podobne miasto.
Cesarz próbował zajrzeć mu w oczy. Cudzoziemiec
spuścił wzrok. Kubłaj nie odezwał się już do końca dnia”.30
Tego samego dnia, wieczorem, cesarz oczekiwał jak
zawsze na kolejną porcję opowieści, inaczej jednak niż
zwykle, nie wydawało się, by mógł szybko ulec zmęcze­
niu. Tym razem ustalony porządek uległ nieoczekiwa­
nej odmianie:
„—Opowiedz mi jeszcze o jakimś mieście —nalegał.
—... Opuściwszy ten kraj, jedzie się przez trzy dni na po­
łudniowy wschód... podejmował opowieść Marko i dalej
wymieniał nazwy i obyczaje, i towary rozlicznych ziem.
Można powiedzieć, że jego repertuar był niewyczerpany,
ale tym razem przyszło mu się poddać. Świtało, kiedy rzekł:
—Panie, mówiłem ci już o wszystkich znanych mi mia­
stach.
—Pozostało jedno, o którym nigdy nie mówisz.
Marko Polo pochylił głowę.
—Wenecja —powiedział Chan.
Marko uśmiechnął się:
—A jak sądzisz, o czym ci dotąd mówiłem?
Cesarzowi nie drgnęła powieka:
—A przecież jej imienia nigdy z twoich ust nie słyszałem.
A na to Polo:
—Za każdym razem, kiedy opisuję jakieś miasto, mó­
wię coś o Wenecji”.31
A le tego właśnie imperator pojąć nie może, w jego
słowach pojawia się wyraźne zniecierpliwienie. Marko
Polo metodycznie stara się objaśnić mu swój tryb rozu­
mowania, chce pokazać, według jakiego klucza inter­
pretacyjnego porządkuje dane swojego doświadczenia:
—Kiedy pytam cię o inne miasta, chcę, żebyś mówił mi
o nich. A o Wenecji, kiedy pytam cię o Wenecję.
— Zeby odróżnić przymioty innych miast, muszę wy­
chodzić od pierwszego, które pozostaje w domyśle. Dla
mnie jest nim Wenecja.
—A zatem powinieneś zaczynać każdą relację z two­
ich podróży od punktu wyjścia, opisując Wenecję taką, ja ­
ka jest, ze wszystkim, bez pomijania niczego, co z niej pa­
miętasz. (...)
— Obrazy pamięci zacierają się, skoro tylko zastygną
w słowa —powiedział Polo. —Może boję się, że stracę od
razu całą Wenecję, jeśli będę o niej mówił. A może, mó­
wiąc o innych miastach, już ją stopniowo straciłem”.32
To jedyne tak prywatne wyznanie znakomitego po­
dróżnika w całym tym finezyjnym apokryfie skonstru­
owanym przez Calvino. Przyparty do muru, zdradza
Marko Polo swój najintymniejszy sekret: objawia
wprost i bez niedomówień imię swojej największej mi­
łości. I przy okazji tłumaczy precyzyjnie racje jego za­
tajenia: nazywać to tracić, mówić to oddalać od siebie
obiekt swojego zachwytu.
Ale Wenecji nie da się też opowiedzieć i z innych
powodów. Nie można wiele powiedzieć o jej istocie,
zwyczajnie dlatego, że w W enecji zawarty jest
c a ł y świat. Opisanie Wenecji oznaczałoby tedy opisa­

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

nie całego świata, a jakże opowiedzieć prawdziwie
o w s z y s t k i m , j ak dać przenikliwy i przekonujący ob­
raz świata całego. W opowieściach Marko Polo Wene­
cja j e s t przecież światem całym, choć jest to świat
w miniaturze, jego pomniejszony model. Wenecja,
mógłby powtórzyć za sugestią Mathewsa i Pereca we­
necki podróżnik, to jest jego prawdziwa mappamondo.
Wenecja jest punktem wyjścia do opisu innych miast,
ale i w każdym mieście jest coś z weneckiej rzeczywisto­
ści. Nie da się opisać całości, można zaledwie dawać jej
sugestie, komponować mozolnie pełny obraz na podsta­
wie jej fragmentów. Te bajeczne opowiastki o imaginacyjnych miastach, to w istocie rozpisany na krótkie pa­
ragrafy traktat o naturze poznania. O tym, jak dotknąć
„prawdziwej” rzeczywistości i o trudnościach realizacji
tego zadania, o paradoksalnej naturze słowa i jego m o­
cy poznawczej. W enecja jest tu tyleż miastem dającym
się precyzyjnie zlokalizować na mapie, co czytelnym
kryptonimem rzeczywistości z natury niepoznawalnej.
A le straciliśmy na chwilę z oczu Kubłaj-chana, a to
on, jako słuchacz, jest w tej zabawie w stwarzanie świa­
tów najważniejszy. To dla niego przecież przeznaczone
są wszystkie fabulacje wenecjanina. Jak widzieliśmy,
imperator otrzymuje od niego wielostronną, panora­
miczną, wykonaną nieomal według Geertzowskich re­
guł gęstego opisu wizję Wenecji, mimo że jej nazwa nie
pojawia się wcale. To prawda, Kubłaj-chan nigdy nie
był w Wenecji. Ale jeśli jest też prawdą, że opowiada­
niem rządzi raczej ucho niż usta, jeśli prawdą jest, że
ostateczny sens opowieści jest funkcją oczekiwania, da­
lej, jeśli prawdą jest, że siła fascynacji uzupełnia miej­
sca „puste” narracyjnego żywiołu, to możemy zapytać
tak, jak w przywołanych wcześniej przypadkach: czy
Kubłaj-chan naprawdę nie był w Wenecji? I tak jak po­
przednio, pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi.

Zagadka karczocha
W trzech przypomnianych tu opowieściach o We­
necji ustanowiona została subtelna sieć związków mię­
dzy pamięcią, przedstawieniem i opowieścią. Pamięć
zdaje się tu władzą szczególną: w im mniejszym stop­
niu przyjmuje kształt słowny, tym jej siła oddziaływa­
nia jest większa, tym ma większą zdolność sensotwórczą. I odwrotnie, obrazy pam ięci przełożone na słowa
tracą swoją „konsystencję” , język odbiera im ciężar,
spłaszcza je i marginalizuje. Słowo ujednoznacznia bo­
gaty, wieloznaczny film pamięci. Zauważmy, na końcu
swojej eksplikacji Marko Polo mówi niemal dokładnie
to, co Rousselowi kazali myśleć Mathews i Perec. Dla
jednego i drugiego W enecja jest niewyrażalna, a jest
niewyrażalna nie dlatego, że zupełnie nic się nie da
o niej powiedzieć, ale z tego powodu, że mówić o niej
to tracić ją bezpowrotnie. Również i Marek, bohater
opowiadania Odojewskiego, boi się zobaczyć realną
Wenecję, bo ta, zatrzymana w kadrze jego pam ięci ist­
nieje mocno i prawdziwie.
172

Bohaterowie naszych opowieści nigdy nie byli
w Wenecji, nigdy jej nie widzieli. A przecież, jak pod­
pow iada nam siła poznawczego przyzwyczajenia:
w i e d z i e ć to w i d z i e ć . N ie przypadkiem mówimy
0 naocznym świadku, o tym, który widział „na własne
oczy” , a zatem tym, który widział naprawdę. Widział,
więc wie. W świetle przedstawionych tu świadectw
nad tym ostatnim równaniem pojawia się solidny znak
zapytania. M arek nie chce widzieć Wenecji, bo jak się
wydaje, już ją zna, Roussel nie widział Wenecji, ale je­
go literatura jest W enecją samą, Kubłaj-chan pokazu­
jąc wenecjaninowi miasto Kinsaj daje dowód, że wie
więcej, niż jest w stanie powiedzieć.
To prowokuje do postawienia ostatniego już pyta­
nia. Jaka jest wartość opisów Wenecji w wykonaniu
tych, którzy tam byli, jaka jest wartość poznawcza tek­
stów skonstruowanych przez naocznych świadków?
Okazuje się, że sprawa nie jest tak prosta, jak można by
sądzić. Jest tak dlatego, że ich opowieści również zrobio­
ne są ze słów. A te z trudem przebijają się ku prawdzie
rzeczywistości. W weneckich ekfrazach ta kwestia staje
na ostrzu noża. Można ją wysłowić tak: czy czytając
1 słuchając opowieści o Wenecji, doświadczamy jej sa­
mej, czy też raczej uczestniczymy zaledwie (?!) w procesie
docierania do prawdy o niej, a zatem poznajemy co naj­
wyżej sam proces poznawania? Inaczej jeszcze: czy do­
wiadujemy się więcej o okularach, przez które wenecki
świat został - dla nas - zobaczony, czy też o nim samym?
Bohaterowie naszych opowieści wierzą w siłę wy­
obraźni, w jej moc sprawczą. N ie można wykluczyć, że
się łudzą, ale czy owi „naoczni świadkowie” są w lep­
szej sytuacji? Ci pierwsi zatem świeciliby światłem od­
bitym, ci drudzy byliby samym źródłem światła? A m o­
że raczej jest tak, że i jedni, i drudzy ulegają tej samej
iluzji, wierzą mianowicie, że są takie środki, które po­
zwolą nam dotrzeć do owej „ostatecznej prawdy rze­
czy”. Tymczasem natura widzialnej rzeczywistości i jej
związek ze słowem wydają się jednak bardziej zagadko­
we. W pewnym tekście tak mówi o tym Italo Calvino:
„Rzeczywistość świata przedstawia się naszym oczom
(... ) jak gęsto nałożone na siebie warstwy. Jak kar­
czoch. Tym, co znaczące dla nas w dziele literackim,
jest fakt, że mamy nieustającą możliwość obierania go
jak niekończącego się karczocha, odkrywając w czyta­
niu coraz to nowe wymiary”.33 A więc rzeczywistość
i tekst jako karczochy niedające się obrać do ostatniej
warstwy. M ało to może wyrafinowana wizja, daleko
mniej od metafory uciekającego horyzontu, wskazuje
jednak - moim zdaniem trafnie - na prawdziwą pracę,
przed jaką stoi poznanie. Tak jak nie m a ostatniej war­
stwy owego wirtualnego karczocha, tak nie ma ostat­
niej warstwy rzeczywistości, jak i ostatniego słowa na
jego temat. Co nie oznacza, że sam a praca nad oddzie­
laniem kolejnych warstw pozbawiona jest sensu.
Gdzie jest więc ta prawdziwa W enecja? Kto na­
prawdę do niej dotarł? Kto ją naprawdę opisał? Nie
dajmy się zwieść, przed tymi pytaniami stoją nie tylko

�Dariusz Czaja ♦ W DRODZE D O W ENECJI. PODRÓŻE IM AGINACYJNE

bohaterowie naszych opowieści. Ich adresatem jeste­
śmy wszyscy. I autor powyższego, i Ty, czytelniku, któ­
ry właśnie skończyłeś czytać ten tekst.

24

Tamże, 224

25

I. Calvino, Niewidzialne miasta, przeł. A . Kreisberg, Warszawa
1975, 30-31 (tak w tym, jak i w następnych fragm entach zacho­
wuję kursywę oryginału)

26

Tamże, s. 19

27

Tamże, s. 9

Przypisy

28

Tamże, s. 48

1

R. Barthes, Proust: nazwy i nazwiska, w: tegoż, Lektury, przeł.

29

Tamże, s. 104

K. Kłosiński, M. P M arkowski, E. Wieleżyńska, wybór M. P

30

Tamże, s. 65

Markowski, W arszawa 2001, s. 47; o czytaniu znaków i wytwa­

31

Tamże, s. 66

rzaniu znaków w dziele Prousta zob. instruktywną interpretację

32

Tamże, 67

G illes’a Deleuze’a, Proust i znaki, przeł. M. P. Markowski,

33

I. Calvino, The world is artichoke, cyt. za: www.javari.com/stone/course.calvino.htm

G dańsk 2000
2

Por. D. Czaja, Wenecja i śmierć. Konteksty symboliczne, „K ontek­

3

Ten uporczywy i przejawiający się w różnorodnych form ach fan ­

sty” nr 3/4: 1992, s. 58-65
tazm at W enecji kobiecej om awiam w tekście Wenecja jest kobie­

A u to rką wszystkich fotografii użytych w artykule je st K inga Łozińska

tą. Rzecz o wyobraźni, „Konteksty” nr 3-4: 1995, s. 146-152
4

B. Pasternak, Drogi napowietrzne i inne utwory, tł. i wstęp S. Pollak, W arszawa 1973, s. 466

5

B. Uspienski, Mit - imię - kultura, w: tegoż, Historia i semiotyka,
przeł. i przedmowa B. Żyłko, G dańsk 1998, s. 67

6

J. Brodski, Znak wodny, przeł. S. Barańczak, Kraków 1993, s. 32

7

Tamże, s. 34

8

Tamże, s. 35

9

W. Odojew ski, Sezon w Wenecji, w: tegoż, Jedźmy, wracajmy,
Warszawa 2000, s. 5-6

10

Tamże, s. 61-62

11

Tamże, s. 64

12

F. Braudel, Venise, w: F. Braudel, G. Duby, L a Méditerranée. Les
hommes et l’héritage, Paris 1986, s. 157

13

Ten w ątek rozwija w swojej książce np. E. Bieńkowska, Co mó­
wią kamienie Wenecji?, G dańsk 1999, s. 98

14

Por. choćby piękny esej G eorga Sim m la Venedig, korzystam
z wersji francuskiej zawartej w tom iku Rome, Florence, Venise,
przeł. Ch. David, Paris 1998, s. 39-50

15

Por. szereg artykułów z pracy zbiorowej Odojewski i krytycy. A n ­

16

Odojew ski, dz. cyt., s. 87

tologia tekstów, wybór i opr. S. Barć, Lublin 1999
17

H. M athew s, G. Perec, Roussel i Wenecja. Zarys geografii melancholicznej, przeł. M. P. M arkowski, „Literatura na świecie” nr 3:
2000, s. 212-213

18

Tamże, s. 213

19

Tamże, s. 213-214

20

„Czy coś nam jeszcze zostało?” Rozmowa z Harrym Mathewsem,
„Literatura na świecie”, nr 3: 2000, s. 239

21

O metodzie tworzenia owych literackich bytów możliwych,
przypom inających zresztą techniki sam ego Roussela, zabawnie
opow iada M athew s: „N a przykład, potrzebny był jakiś malarz,
więc mówię: «Jakie dam y tu nazwisko, żeby dobrze brzmiało?»
A G eorges na to: «Jacy byli weneccy m alarze?... Tintoretto...
Tycjan... Titian». I pam iętam , jak G eorges wtedy powiedział,
a był to jeden z tych jego bardzo śmiesznych dowcipów... W ję ­
zyku francuskim istnieje przysłowie les chiens aboient, la carava­
ne passe, psy szczekają karaw ana jedzie dalej. A G eorges powie­
dział: „les peTitians aboient, le Caravage passe. PeTitian, czyli pe­
tit chien, mały piesek, więc ja powiedziałem: „To dajm y dużego
psa zam iast m ałego”. I w ten sposób mamy gros chien, czyli m a­
larza G roziano.....”. Tamże, s. 240

22

M athews, Perec, dz. cyt., s. 214

23

Podkreśla ten fakt Andrzej Sosnow ski, pisząc, że Roussel „d o­
m aga się, aby w jego pedantycznych utworach wszystko było
nierzeczywiste, a więc oniryczne, nadrealne, wyssane z palca,
czy po prostu fantastyczne”, A . Sosnow ski, Po kolacji, posłowie
do: Locus Solus, tłum. A . Wolicka, W arszawa 1998, s. 312

173

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10714" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10692">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/878d92ed5c971f7b696c52519d5559fc.pdf</src>
        <authentication>49422e94f3af4481f00a994020ec4031</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127748">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5323</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127749">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127750">
                <text>2003</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127751">
                <text>pamięć - aspekt antropologiczny</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127752">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4944</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127753">
                <text>Czarna skrzynka/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127754">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4; s.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127755">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127756">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127757">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127758">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127759">
                <text>DARIUSZ

"X '% T T ie lk a jest potęga pamięci. Trwogą przejmu\ X / je, Boże mój, to niezgłębione, nieskończo11W
ne bogactw o”.1 To jedna z kilku olśniewa­
jących intuicji, które św. Augustyn umieszcza w księ­
dze dziesiątej swoich Wyznań. W tych niewczesnych,
w nietzscheańskim rozumieniu, rozważaniach o pa­
mięci, pojawia się jeszcze i taka jej charakterystyka:
„Tajemnicza to dziedzina, niezmierzona. Któż jej dna
dotknął? A przecież jest to m oc mojego ducha, nale­

CZAJA

Czarna skrzynka.
O idei pamięci
absolutnej

żąca do mojej natury. O to sam nie mogę ogarnąć te­
go wszystkiego, czym jestem !”2 Dziwne to i enigma­
tyczne wypowiedzi. Cóż takiego bowiem nadzwyczaj­
z kościelną amboną. Oswojony naukowo fenomen pa­
mięci nie przyprawia już o metafizyczne dreszcze.

nego jest w pamięci, że godzi się, by nazwać ją potęż­
ną? Do czego, do jakich jej właściwości, ten przymiot­
nik miałby się bliżej odnosić? I z jakich powodów bu­
dzi w nas trwogę? Dlaczego o zasobach pam ięci po­
wiada się, że są nieskończone i że nie da się ich zgłę­
bić? Dlaczego pam ięć ludzka, ta naturalna, ja k zwy­
kliśmy m niem ać, oczywista, wrodzona dyspozycja
umysłu (w dawnych czasach duszą zwanego), miałaby
być źródłem aż tak kategorycznych kwalifikacji? Czyż­

Funes i Thompson
Pójdźmy jeszcze chwilę augustyńskim tropem. Czy
rzeczywiście tak jest, że pamięć przestała już zadziwiać?
Czy nic, co z pamięcią związane, już nas nie przejmuje
trwogą? Weźmy dwa kontradykcyjne przykłady, w któ­
rych nauka zaskakująco spotyka się z literaturą, przypo­
mnijmy dwie emblematyczne postacie naszej współcze­
sności. Oto Ireneo Funes z pamiętnego, nomen omen,
opowiadania Borgesa Pamiętliwy Funes (może warto by
w końcu poprawić ten absurdalny polski tytuł; przymiot­
nik „pamiętliwy” w żaden sposób nie oddaje przymiotów
umysłu borgesowskiego bohatera), postać, która w tak
nadzwyczajnie dokładny sposób przypomina sławnego
mnemonistę Szereszewskiego, jednego z pacjentów psy­
chologa Aleksandra Łurii, że już nie wiadomo kto tu jest
czyją kopią. Na skutek nieszczęśliwego wypadku Funes

by chodziło tu po prostu o fenom en niezwykłej pa­
mięci, o wcale liczne historyczne przykłady ludzi ob­
darzonych przepastną pamięcią? A le i taka pamięć,
ch o ć dla większości niedostępna, ma jakieś granice
wyporności. Chyba więc nie o to idzie. W ydaje się, że
św. Augustyn zgłębiając naturę pam ięci ma na myśli
coś innego, coś, dodajmy, znacznie głębszego i bar­
dziej fundamentalnego niż talenty m nem otechniczne
czy szlachetna i skądinąd pożyteczna ars m nemónica.
Ze współczesnej perspektywy powyższe wątpliwości
muszą brzmieć tym bardziej anachronicznie, a może na­
wet nieco zabawnie. Wiemy doskonale, że w ostatnim
czasie pamięć poddana została wielostronnym badaniom
empirycznym. Poznaliśmy już nieźle fizjologię i psycholo­
gię pamięci; wyspecyfikowano i precyzyjne opisano różne
jej rodzaje; prześwietlono dokładnie mechanikę zapamię­
tywania, co umożliwiło opracowanie metod usprawnienia
pamięci, czynienia jej bardziej wydajną. Wszystko to zda­
je się nie pozostawiać wątpliwości, że przedmiot rozmy­
ślań św. Augustyna nie jest już dla nas poważniejszą zagad­
ką, tajemnicą wprawiającą w bojaźń i drżenie. W odcza­
rowanym świecie odczarowana została też pamięć. Irytu­
jące zwłaszcza muszą wydawać się jego supozycje, jakoby
pamięć była niezmierzona, niczym nieograniczona, że
niewątpliwie mieszka w naszych głowach, a przecież ja­
koś poza nie wykracza. My już wiemy, że pamięć mieści
się w dobrze zlokalizowanych obszarach mózgu okolone­
go skorupą czaszki, toteż mówienie o jej jakimś bliżej nie­
określonym eterycznym statusie bytowym wydaje się cał­
kiem nie na miejscu. Nie wymaga też, jak sądzę, poważ­
niejszych komentarzy jawny teocentryzm rozważań św.
Augustyna, który tak ostentacyjnie nie licuje ze scjentyficznym duchem współczesnej naukowej refleksji nad pa­
mięcią. Empirycznie zorientowana nauka nie potrzebuje
już teologicznych protez, nie mieszamy już, pod groźbą
środowiskowego ostracyzmu, katedry uniwersyteckiej

nabywa niewiarygodnej zdolności: jego pamięć odnoto­
wuje absolutnie wszystko, co weszło w pole jej rażenia.
Każde, nawet najbardziej błahe zdarzenie zostaje natych­
miast zapisane w pamięci i bezbłędnie później odtwarza­
ne: „Znał kształty południowych chmur o świcie dnia
trzydziestego kwietnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego
drugiego roku i mógł porównać je ze wspomnieniem ży­
łek na okładce książki, którą widział raz tylko, i z kształ­
tem spienionych fal, które wzbudziło wiosło na rzece Rio
Negro w przeddzień bitwy pod Quebracho. (...) Funes
pamiętał nie tylko każdy liść każdego drzewa w każdym
znanym mu lesie, ale pamiętał także osobno wszystkie ra­
zy, kiedy go oglądał albo go sobie wyobrażał”.3 Cud arcypamięci. Pamięć przypomina tu jakąś gigantyczną i nie­
zniszczalną taśmę filmową, na której zapisane zostaje
wszystko, co było udziałem jej właściciela i autora. Ale
życie z taką pamięcią to nieustanna udręka. Rzeczywi­
stość jawi się jej bowiem w poetyce rosnącego nieustan­
nie nadmiaru. Jednakże mnogość zapamiętanych rzeczy
i zdarzeń nie znajduje prostego przełożenia na poziom re­
fleksji pozwalającej ów przeładowany świat nazwać, poklasyfikować i - ostatecznie - zrozumieć. Hipertrofia pa­
mięci daje w efekcie ogromniejący z dnia na dzień egzy­
stencjalny horror.

71

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

Thompson przeciwnie: funkcjonuje w świecie całko­
witej, przez siebie prokurowanej, iluzji. W świecie, który
z punktu widzenia „normalnej” percepcji jest doskonale
nierzeczywisty. Nie wie on, kim jest. Swoje biografie
zmienia jak rękawiczki, w zależności od sytuacji może
być dosłownie każdym. Uczestniczy na równych pra­
wach w licznych - wyraźnie rozpoznawalny syndrom Zeliga z filmu Woody Allena - skonstruowanych przez sie­
bie tożsamościach. Od życia oddziela go skutecznie ścia­
na improwizowanych a vista fantazmatycznych fabuł.
Tak źle i tak niedobrze. Totalna pamięć wyostrza
wzrok, totalna amnezja pogrąża w ciemności. Ale skraj­
ności, jak nietrudno się domyślić, zbiegają się w jednym
punkcie: zarówno pierwsza, jak i druga finalnie oddala­
ją od rzeczywistości, choć każda czyni to w inny sposób.
Ich alienujące skutki są aż nadto widoczne. W rzeczy
samej, tak nadmiar pamięci, jak i przeciwna jej wartość
brzegowa, amnezja, przejmują nas trwogą...
Zdawać by się mogło, że niedaleko jesteśmy od in ­
tuicji augustyńskich. Ale złudne to podobieństwo. Św.
Augustyn odnosi swoje rozważania, nie ma tu żadnej
Z kolei, William Thompson, cierpiący na chorobę
Korsakowa p acjent doktora Olivera Sacksa, nie pamię­
ta nic. Ściślej: wszystko to, co dociera do jego pamięci,
niemal natychmiast zostaje zapomniane: „Nie pamię­
tał niczego dłużej niż kilka sekund. Cały czas był w sta­
nie całkowitej dezorientacji. O tchłanie amnezji otwie­
rały się pod nim nieustannie, ale prędko przerzucał nad

wątpliwości, najwyraźniej do pamięci normalnej (co­
kolwiek to znaczy), do pamięci (prawie) każdego z nas,
nie zaś do przypadków wyjątkowych, którymi zajmują
się psychiatrzy. Zwyczajna zaś, sprawnie funkcjonująca
pamięć jednostkowa - w życiu codziennym przyjmo­
wana z dobrodziejstwem inwentarza, a z punktu wi­
dzenia nauk biochemicznych poznawczo roztajemni-

nimi mosty konfabulacji i najrozmaitszych fikcji. Dla
niego nie były to fikcje, ale rzeczywistość - tak to wi­
dział, tak to interpretował. Nie mógł przyjąć do wiado­
mości, że ta rzeczywistość jest skrajnie zmienna i cha­
otyczna, i stąd ta dziwaczna, deliryczna konsekwencja,
spójność stwarzanych bez końca, nieświadomych, bły­
skawicznych improwizacji - z których powstawał świat
baśni z tysiąca i jednej nocy, fantasmagoria, sen, pełen
wciąż zmieniających się ludzi, postaci, sytuacji - bezu­
stanny kalejdoskop przemian”.4 Tutaj, taśma pamięci,
by pozostać przy wprowadzonej metaforyce, zrywa się
nieustannie. Efektem jest zapełnianie luk w pamięci
coraz to nowymi opowieściami, które tworzą pozór rze­
czywistego i sensownego świata. W tym przypadku pa­
mięciowemu światu nie brakuje ciągłości. Przeciwnie:
jest jej w nadmiarze. Tyle że nie jest to ciągłość jednej
fabuły, która służyłaby nadaniu spoistości i logiki róż­
nym wątkom biografii, ale niekończąca się seria we­
wnętrznie koherentnych fabuł, których nadmiar wsze­
lako owocuje całkowitą dystrakcją osobowości.
Funes mieszka w świecie pojedynczych rzeczy i zda­
rzeń nieskażonych żadną myślą abstrakcyjną. Tkwi
w świecie hiperrzeczywistym. M a co prawda pełną
świadomość własnej tożsamości, ale w świecie, w któ­
rym istnieją wyłącznie różnice, nie sposób żyć. Jest tak
i dlatego, że pamięć, by umożliwiała codzienne działa­
nie, aby po prostu pozwalała normalnie funkcjonować,
musi być pamięcią selektywną, pamięcią, w którą - pa­
radoksalnie - immanentnie wpisane jest zapomnienie.

czona (jeśli nie zupełnie, to zakładamy, że to tylko
kwestia czasu) - wydaje się obecnie pozbawiona misteryjnej aury, nie mówiąc o tym, że nie wzbudza w nas
żadnych poważniejszych lęków.
Jedyne bodaj zagrożenia, jakie dostrzega się dzisiaj
w odniesieniu do pamięci, dotyczą szczególnych, ul­
tranowoczesnych form jej gromadzenia, o których jak to filozofom - św. Augustynowi się nie śniło. C ho­
dzi oczywiście o Internet, o World W ide W eb, który
zaczyna pełnić współcześnie funkcje niegdysiejszych
kompendiów czy encyklopedii. Jednakże kłopot z wie­
dzą internetową polega na tym, że podczas gdy te
ostatnie oferowały wiedzę już przefiltrowaną, ekstrakt
tego, co wiemy i wiedzieć powinniśmy, to wypchane
do granic możliwości strony internetowe zawierają
nieuporządkowaną, niepoddaną sensownej selekcji in ­
formację. Metodycznie poklasyfikowana wiedza ency­
klopedyczna zamienia się tu w chaotyczny śmietnik.
Zgrabnie ujmuje tę kwestię Um berto Eco, wzywając
przy okazji, wcale nie nadaremno, imię bohatera sław­
nego opowiadania Borgesa: „Wyobraźmy sobie, ze szu­
kam inform acji na tem at uprawy kawy. Kiedy zapyta­
my o kawę Yahoo, ta przeglądarka zaproponuje przefiltrowane (właściwe słowo, na właściwym m iejscu!) in ­
formacje o wszystkich stronach, na których mówi się
o kawie w sposób naukowy. N atom iast Altavista poda
listę czternastu milionów stron, na których występuje
słowo ‘kawa’. Jednak przyszłość należy raczej do pro­
gramu takiego jak Altavista, a nie jak Yahoo, a nasze

72

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

ich nazwy, a z czasem uzupełniał je geertzowskim gę­
stym opisem, tak by bez trudu domyślić się w przyszło­
ści ich właściwej funkcji i przeznaczenia. Natomiast
mało kto chyba przypomina sobie, że znużony małą
skutecznością stosowanych środków zapragnął on zbu­
dować maszynę pamięci: „Mechanizm ten miał pole­
gać na możliwości powtarzania co rano od początku
do końca wszystkich wiadomości nabytych w ciągu ży­
cia; wyobrażał sobie to jako olbrzymi obrotowy słow­
nik, którego ruchem kierowałby ktoś umieszczony na
osi, za pomocą korby, tak żeby w ciągu kilku godzin
mogły przesuwać się przed jego oczami pojęcia najbar­
dziej potrzebne do życia”.6 Bohater Marqueza miał już
wypełnione czternaście tysięcy fiszek, kiedy szczęśliwie
pojawił się Cygan Melquiades z cudowną miksturą
przywracającą pamięć, dzięki czemu można było po­
rzucić myśli o nowym wynalazku. M antrujący o poran­
ku bęben wiedzy i pamięci nie został zbudowany.
Kultura zachodnia nigdy jednak nie rezygnowała
z konstruowania tego typu „mechanizmów”. W ciągu
swych dziejów dopracowała się kilku istotnych „urzą­
dzeń” do zapamiętywania, naturalnie daleko bardziej
wyrafinowanych od chałupniczej inwencji bohatera Stu
lat, choć zamysł, który stał u ich początków, był niewąt­
pliwie ten sam: ocalić przeszłość, spetryfikować upływa­
jący czas. Niewątpliwie do najważniejszych należy idea
wszechwiedzącej Księgi i bliska jej idea wszystkoobejmującej Biblioteki. Niewykluczone, że właśnie z tej totalizującej tendencji reprezentowanej przez obydwie te
idee narodziło się kilka kulturowych wynalazków kon­
tynuujących ową ideę Całości: słow nik zbierający
wszystkie słowa używane w danym języku, archiwum,
którego zadaniem było deponowanie wszystkich doku­

społeczeństwo przygotowuje się do posiadania elektro­
nicznej głowy skonstruowanej tak jak głowa Funesa, el
mem orioso. Bowiem niemożność filtrowania to nie­
możność odrzucania. D la mnie czternaście milionów
stron to tak, jakbym nie miał ani jednej, ponieważ nie
jestem w stanie wybrać żadnej z nich. W przyszłości
przytłoczy mnie pamięć o wszystkim, co kiedykolwiek
powiedziano o kawie. Rozszerzyliśmy nasze możliwości
gromadzenia pamięci, ale nie znaleźliśmy jeszcze no­
wego sposobu filtrowania”.5
„Wielka jest potęga pamięci. Trwogą przejmuje,
Boże mój, to niezgłębione, nieskończone bogactwo” mógłby w tym miejscu powtórzyć za św. Augustynem
Eco, gdyby się po drodze tym „Boże m ój” nie udławił.
Rysuje włoski semiotyk dość ponurą wizję przyszłości,
w której system W W W (może jego polski odpowied­
nik powinien brzmieć: W ielki Wszechświatowy Łeb)
obdarzony dysfunkcjonalną pamięcią biednego Fune­
sa zapanuje nad naszym życiem, czyniąc je nie do znie­
sienia. Przywalą nas góry nieuporządkowanej i w grun­
cie rzeczy bezwartościowej informacji. Pamięć, ta bło­
gosławiona i życiodajna władza, stanie się przekleń­
stwem. Pajęcze m acki oblepiającej wszystko Sieci za­
tryumfują. I tak skończy się świat. Nie hukiem, ale po­
wszechnym jękiem z powodu nadmiaru nikomu niepo­
trzebnej hiperpamięci.
Niezależnie od tego, czy Eco ma rację, czy to apoka­
liptyczne proroctwo ma szanse spełnienia, czy też społe­
czeństwo współczesne wyprodukuje wcześniej stosowne
anatoksyny, widać wyraźnie, że w tym ujęciu problem
pamięci postrzegany jest nade wszystko od strony tech­
nicznej. W dalszej części wywodu zastanawia się Eco
nad ciekawą skądinąd kwestią trwałości nośników, na
których zapisywana jest współczesna wiedza, pyta jak
długo przetrwać mogą książki produkowane z obliczone­
go na krótki żywot współczesnego papieru, jak długo bę­
dziemy jeszcze mogli korzystać z zapisu mikrofilmowego
czy magnetycznego. Ale i tu poruszamy się na poziomie
technologii pamięci, a nie postawionej tak otwarcie
przez św. Augustyna kwestii metafizyki pamięci. Czym
jest ta dziwna i tajemnicza jakość naszego umysłu, która
jest niezmierzona i której dna nie można dosięgnąć? Ja ­
ki jest jej ontologiczny status? Na te kwestie Eco nie od­
powiada. Nie odpowiada, po pierwsze dlatego, że nic go
do tego nie obliguje, a po drugie, że jego myśl porusza się
po trajektoriach wyznaczonych przez współczesny prag­
matyzm. Wszelako wartość jego wypowiedzi tkwi dla nas
w tym, że precyzyjnie anonsuje ona główny temat tych
rozważań: ideę pamięci absolutnej.

mentów ważnych dla danej zbiorowości, encyklopedia,
która miała być nieustannie uaktualnianym magazy­
nem całościowej wiedzy o świecie i komputer dysponu­
jący niedającą się z niczym porównać mocą pamięci.
Chciałbym tu zastanowić się krótko nad kulturo­
wym sensem idei archiwum i idei encyklopedii. By
nieco skomplikować sprawę, nie przywołuję przykła­
dów owych instytucji znanych nam z historycznych re­
alizacji czy zgoła z autopsji, ale chciałbym bliżej przyj­
rzeć się dwóm literackim ekspresjom, które w dość
nieoczekiwany i niezwykły sposób rozwijają możliwo­
ści tkwiące w obydwu ideach. Cel jest oczywisty: przy
ich pomocy chciałbym oświetlić augustyńską naukę
o pamięci, z kolei ta ostatnia pozwoli na dopisanie in ­
teresującego kontekstu do literackiej fikcji.
Zajrzyjmy najpierw do pewnego ponurego archiwum.
Bohaterem powieści Jose Saramago Wszystkie imion a , podobnie jak paru innych jego utworów, jest po­
stać bez biografii, człowiek bez właściwości, klasyczny
everyman. Pan Jose, skromny, nierzucający się w oczy
kancelista, którego hobby to kolekcjonowanie wycin­
ków o życiu ludzi z pierwszych stron gazet, pracuje
w Archiwum Głównym A k t Stanu Cywilnego. Prze­
strzeń Archiwum i dyscyplina w nim panująca ma wy­

Archiwum i encyklopedia
Wszyscy pamiętamy wzruszającą scenę ze Stu lat sa­
motności, kiedy to Jose Arcadio Buendia walcząc z sze­
rzącą się w M acondo śmiertelną chorobą amnezji,
cienkim pędzelkiem malował na rozmaitych obiektach

73

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

raźne literackie koneksje. Jest oryginalnym połącze­
niem labiryntowego koszmaru biblioteki Borgesa oraz
kafkowskiego koszmaru biurowego. Podobne poczucie
misji i absolutnej władzy kierownictwa, podobne obra­
zy powtarzających się każdego dnia beznamiętnych,
czysto mechanicznych czynności, podobne wrażenie
braku życia i dojmujący zapach kostnicy. Zadaniem
kancelistów jest skrupulatne odnotowywanie na sto­
sownych fiszkach wszelkich urodzin i zgonów, i w mia­
rę możliwości uzupełnianie dokum entacji dotyczącej
wszystkich skatalogowanych w Archiwum osób. Dzień
w dzień oddają się oni nużącej, acz zaszczytnej pracy
nad zachowywaniem i porządkowaniem pamięci.
Saramago dynamizuje dość wątłą akcję powieści, ka­
żąc swojemu bohaterowi iść śladem przypadkowo znale­
zionej fiszki z personaliami nieznanej mu kobiety. Nagły
impuls, który zmusza go do bliższego przyjrzenia się przy­
padkowo znalezionej fiszce, zmienia się z czasem w me­
todyczne śledztwo. Pan Jose stara się na podstawie wą­
tłych poszlak odtworzyć bieg życia nieznanej mu osoby,
odpowiedzieć na pytanie, kim w istocie była, a także co
było przyczyną jej samobójczej śmierci. Odtąd fabuła
idzie wytartymi koleinami powieści detektywistycznej.
Nie ona przecież ani jej finał jest tym, co z interesujące­
go nas punktu widzenia jest w powieści najciekawsze.
Dwa wydarzenia wydają się tu odgrywać rolę n a j­
ważniejszą. Wizyta Pana Jose na miejscowym cm enta­
rzu oraz uroczysta mowa kustosza Archiwum.
Odwiedziny pana Jose na Cmentarzu Głównym
prowadzą niespodziewanie do odsłonięcia pewnych
dających do myślenia, a słabo uchwytnych wcześniej
analogii. Pomiędzy pracownikami Archiwum i C m en­
tarza trwa bowiem nieustający tragikomiczny spór
o stopień ważności obydwu tych instytucji. Nie ma
elem entarnej zgody, co tu jest rzeczywistością pierw­
szą, a co jej bladym naśladownictwem: „Podobnie jak
fasada, również wnętrze budynku jest dokładną kopią
Archiwum, choć pracownicy Cmentarza twierdzą, że
to Archiwum jest kopią Cmentarza, w dodatku nie­
pełną, zważywszy na brak bramy, na co ci z Archiwum
odpowiadają: Ładna mi brama, wiecznie zamknię­
ta”.7 Podobieństwa nie dotyczą tylko architektury, ale
sięgają głębiej: zagadkowej natury obydwu instytucji:
„Cmentarz, podobnie jak Archiwum Główne, o czym
wcześniej zapomnieliśmy powiedzieć, za swoją niepisa­
ną dewizę przyjął słowa Wszystkie Imiona, choć praw­
dę mówiąc, odnoszą się one w pełni tylko do A rch i­
wum, gdyż właśnie tam naprawdę znajdują się wszyst­
kie imiona zarówno zmarłych, jak i żywych, podczas

Cmentarza Głównego. Chyba nie trzeba mówić, że n a­
zwanie Archiwum odgałęzieniem jest poczytywane za
obelgę. Jednakże mimo całej tej rywalizacji i emulacji
zawodowej, stosunki między pracownikami Archiwum
i Cmentarza są oparte na przyjaźni i wzajemnym sza­
cunku, gdyż prócz współpracy instytucjonalnej, wyni­
kającej z powiązań formalnych oraz zbieżności statuto­
wych, obie instytucje zdają sobie sprawę z tego, że pra­
cują na przeciwległych krańcach tej samej niwy, zwa­
nej życiem, która rozciąga się między nicością a nico­
ścią”.8 Obydwie, można by rzec, przy pomocy pamięci
starają się wiązać jakoś koniec z końcem.
Ów niepokojący styk pamięci i życia oraz pamięci
i śmierci dochodzi jeszcze inaczej i bardziej przejmują­
co do głosu w niespodziewanej przemowie szefa A rch i­
wum skierowanej do jego podwładnych. Ta iście kafkowska postać, surowa, władcza i prawdziwie nieprze­
nikniona, w wyniku pewnych zdarzeń decyduje się na
wygłoszenie mowy, która wstrząśnie odwieczną rutyną
świata kancelistów: „Choć niełatwo mi o tym mówić,
muszę wyznać, że moje refleksje, które być może wy­
dadzą wam się szokujące, dotyczą fundamentalnej
i uświęconej tradycją kwestii podziału na żywych
i zmarłych, umieszczanych w różnych archiw ach
i w różnych częściach budynku. (...) Rozumiem wasze
poruszenie (...) gdyż ja sam poczułem się niemal win­
ny herezji, gdy o tym pomyślałem (...) lecz porażająca
oczywistość tej sprawy skłoniła mnie do sprzeniewie­
rzenia się głęboko zakorzenionej tradycji, którą całe
życie uważałem za nienaruszalną. W nioski, do których
doszedłem, nie są sprawą przypadku ani nagłego
olśnienia. Po dwakroć w czasie piastowania swojej
funkcji otrzymałem sygnały ostrzegawcze (...) dopiero
teraz rozumiem, że służyły one do tego, żebym właści­
wie zrozumiał trzeci niedawny sygnał (...). Pierwszym
sygnałem była propozycja jednego z obecnych tu kie­
rowników, aby dokumentacje zmarłych układać w od­
wrotnym porządku, im starsze dokumenty, tym głębiej,
a im nowsze, bliżej. (...) Drugi przypadek to sprawa
owego znawcy heraldyki, który zaginął w archiwum
zmarłych i odnalazł się ledwie żywy po tygodniu (...)”.
Owym trzecim, decydującym sygnałem były, jak
wolno mniemać, kierowane irracjonalną potrzebą dzia­
łania kancelisty o imieniu Jose, które miały przywrócić
pamięć o życiu i śmierci nikomu nieznanej, niczym
niewyróżniającej się i niczym niezasłużonej nauczyciel­
ki matematyki. To nie mogło ujść uwadze wszechwie­
dzącego kustosza. Jego konkluzje są definitywne, mają
moc rozkazu: „Myślę, że dla wszystkich (...) jest całko­

gdy Cmentarz, ze swej istoty będący ostatnim m iej­
scem przeznaczenia i miejscem ostatniego spoczynku,
musi się zadowolić wyłącznie imionami zmarłych. Ten
oczywisty fakt nie przemawia jednak do zarządców
Cmentarza, którzy określają go jako pozorną niższość
ilościową i komentują, wzruszając ramionami. W cze­
śniej czy później wszyscy tu trafią, Archiwum Główne
A k t Stanu Cywilnego jest jedynie odgałęzieniem

wicie jasne, że to, co mówię, odnosi się wyłącznie do
Archiwum Głównego i nie ma żadnego związku ze
światem zewnętrznym, gdzie przez wzgląd na zdrowie
fizyczne i psychiczne istnieje zwyczaj grzebania zmar­
łych. Ośmielam się jednak twierdzić, że my, którzy tu
(... ) wypisujemy i gromadzimy papiery żywych i umar­
łych, właśnie z uwagi na zdrowie fizyczne i psychiczne
powinniśmy utworzyć jedno wielkie archiwum, nazwa-

74

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

z papierowych fiszek, solidarność żywych i umarłych.
Archiwum, tak bliskie Cmentarzowi, wydobywa zmar­
łych z korytarzy zapomnienia i przydając pamięci funk­
cję władzy najwyższej, przywraca ich życiu.
Z mroków archiwum przejdźmy na strony jedynej
w swoim rodzaju encyklopedii.
W tytułowym opowiadaniu ze zbioru E n cy klop e­
d ia u m arłych D anilo Kisa pojaw ia się zadziwiająca
realizacja idei encyklopedii. Jeśli, ja k podaje słow­
nik, encyklopedia „to dzieło obejm u jące zbiór wia­
dom ości ze wszystkich dziedzin wiedzy lub z jednej
dyscypliny, ułożony alfabetycznie lub rzeczowo”, to
osobliwa encyklopedia z opowiadania Kisa zachowu­
je w zasadzie tylko jed en elem en t tej d efinicji: układ
alfabetyczny. Ja k sama nazwa wskazuje, obejm uje
ona nazwiska zmarłych ludzi i wszystko, co z nimi
związane. A le powiedzieć tyle, to nie powiedzieć
nic. Zasady k on stru k cji tej encyklopedii są tak n ie­
wiarygodne, że trzeba pośw ięcić tej kw estii trochę
m iejsca. Encyklopedia ta nie je st książką, to w isto ­
cie biblioteka m ieszcząca się w pewnym budynku
w Sztokholm ie. W każdym pomieszczeniu ułożone
są tomy zaw ierające hasła tylko na jed n ą literę.
Przede wszystkim, jedynym warunkiem, by znaleźć
się w E ncyklopedii um arłych, je st to, że ludzie, k tó ­
rych nazwiska figurują tu jako hasła, nie mogą zna­
leźć się w żadnej innej encyklopedii. Encyklopedia
je st dziełem pewnej sekty religijnej, która jako je d ­
ną ze swych głównych zasad przyjęła „egalitarystyczną wizję świata um arłych (... ) z zamiarem wy­
rów n an ia niespraw ied liw ości ludzkiej i d ania
wszystkim stworzeniom bożym jednakow ego m iej­
sca w w ieczności”.10
Ale to nie wszystko. Szczególny jest język tej ency­
klopedii: „niewiarygodny amalgamat encyklopedycz­
nej lapidarności i biblijnego krasomówstwa”. Bohater­
ka opowiadania Kisa szuka w niej inform acji o swoim

ne po prostu historycznym, w którym żywi i martwi by­
liby nierozłączni, skoro już w świecie zewnętrznym pra­
wo, obyczaj i strach na to nie pozwalają. Wydam zatem
polecenie służbowe (...) po pierwsze, poczynając od
dnia dzisiejszego zmarli pozostają na tym samym m iej­
scu, gdzie byli za życia, po drugie, teczka po teczce, do­
kument po dokumencie (...) wszystkie akta dotyczące
przeszłości będą stopniowo włączane do archiwum,
które dla wszystkich stanie się teraźniejszym. W iem, że
jest to praca na dziesiątki lat, którą po naszej śmierci
będą kontynuować następne pokolenia, aż do chwili,
gdy papiery ostatniego zmarłego, rozsypujące się, po­
gryzione przez mole, pokryte pyłem stuleci wrócą do
świata, z którego na skutek ostatecznego i zbędnego
gwałtu zostały usunięte. Podobnie jak definitywna
śmierć jest wynikiem woli zapomnienia, wola pamięta­
nia może zapewnić życiu wieczne trwanie”.9
W wyniku nieprzewidzianych a ostatecznie rozstrzy­
gających wydarzeń kustosz decyduje się na gest w jego
świecie niesłychany: jednym ruchem łamie, zdawałoby
się niepodważalny fundament taksonomiczny, na któ­
rym „od zawsze” wspierała się praca Archiwum Głów­
nego: żywi żyją pośród żywych, umarli umierają pośród
umarłych. Każdemu według potrzeb. A le ów gest nie
jest jedynie prostym zniesieniem dawnego dwudzielne­
go podziału i wprowadzeniem w to miejsce „ formuły
mieszanej”. Tym wszystkim, którzy chcieliby ironizo­
wać, że umarłym nic po takiej zmianie, odpowiada ku­
stosz, że niewiele zrozumieli, bo nie o śmierci jest tu
przecież mowa, ale o życiu właśnie. W istocie więc jest
to gest głęboko etyczny; ustanawia, cóż że zbudowaną

ojcu, część z nich przepisuje do swojego zeszytu. „Na
przykład suche dane, które odnajduję w moim zeszycie
takimi, jak je zanotowałam, tam, w kilku akapitach,
zagęszczone są do tego stopnia, że przed oczyma czy­
telnika pojawia się nagle, jakby za sprawą magii, ską­
pana w słońcu okolica, wielka zmienność obrazów.
O to niosą trzyletniego chłopca w spiekocie słoneczne­
go dnia górskimi ścieżkami, niosą do dziadka ze strony
matki, a w tle, na drugim i trzecim planie - nie wiem,
jak to określić - widać żołnierzy, poborców podatko­
wych, żandarmów, słychać daleki grzmot arm at
i ochrypłe ujadania psów. Zwięźle przedstawiono prze­
bieg pierwszej wojny światowej: dudnią pociągi w po­
bliżu jakiegoś miasteczka, gra orkiestra dęta, bulgoce
woda w otworze manierki, pęka szkło, powiewają w rę­
kach chusteczki... Wszystko to są osobne paragrafy,
każdy okres podany jest w formie swoistej poetyckiej
kw intesencji i metafory, nie zawsze chronologicznie,
ale w dziwnej symbiozie czasów, przeszłego, teraźniej­
szego i przyszłego”.11

75

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

Zdarzenia zanotowane w encyklopedii przesuwają się
przed oczami czytającego jak taśma filmowa. I to taśma
intensywnie oddziałująca na wszystkie zmysły. To wła­
śnie ta nadzwyczajna szczegółowość, niemal iluzjonistyczna gęstość opisu biorąca się z pragnienia, by nie za­
pomnieć niczego, co ma związek ze zmarłą osobą, czyni
tę encyklopedię tak wyjątkową: „Danym (...) o miejscu
urodzenia, wyczerpującym, dokładnym (..), towarzyszyły
różne detale, geograficzne, historyczne, ponieważ tam

każdy człowiek jest gwiazdą samą w sobie, wszystko
zdarza się zawsze i nigdy, wszystko się powtarza n ie­
skończenie i niepowtarzalnie. (Dlatego autorzy Ency­
klopedii umarłych, tego cennego pomnika różnorodno­
ści, tak wielką rolę przypisują szczegółom, a każde
ludzkie stworzenie to dla nich św iętość.)”
Wszystko, co przydarzyło się owym najzwyklejszym
bohaterom tej encyklopedii, warte jest odnotowania.
Wszystkie fakty, zdarzenia, okoliczności, które były ich
udziałem, zasługują na utrwalenie i ocalającą od nico­
ści pamięć. Tu w istocie „nic dwa razy się nie zdarza”,
historia pojmowana jest jako suma precedensów i już

wszystko jest zapisane. Wszystko. Krajobraz stron ro­
dzinnych odmalowano tak żywo, że czytając, a właściwie
przebiegając oczami linijki i akapity czułam się, jak gdy­
bym była tam, w sercu tego krajobrazu: śnieg na szczy­
tach dalekich gór, nagie drzewa, zamarznięta rzeka, po
której, jak na obrazach Brueghla ślizgają się dzieci”.12
Ta niebywała dbałość o szczegół przypominająca
zdolności rejestrującego najmniejsze drgnienia rzeczy­
wistości Funesa, chorobliwa niemal troska, która każe
odnotować nazwisko duchownego udzielającego ślu­
bu, jak i nazwiska gości weselnych, zarówno ceny m e­
bli, jak i wieczorną burzę, znajduje uzasadnienie

sam ten fakt wystarcza do tego, by dostąpiły one ency­
klopedycznej nobilitacji, by nie zostały wessane przez
próżnię zapomnienia.
Claude Lévi-Strauss poczynił niegdyś frapującą
uwagę o podobieństwie między australijskimi czuringa
i naszymi zasobami archiwalnymi. „Churinga są groma­
dzone w naturalnych kryjówkach, daleko od uczęszcza­
nych ścieżek. Co pewien czas wyjmuje się je w celu zro­
bienia przeglądu i dotknięcia ręką, a przy tej okazji po­
leruje się je, natłuszcza i barwi, towarzyszą temu zaklę­
cia i modlitwy. W ten sposób, dzięki specjalnemu ich
traktowaniu, ujawniają one uderzającą analogię z do­
kumentami archiwalnymi, które zakopujemy w skrzy­
niach lub powierzamy opiece związanych tajem nicą
notariuszy i które przeglądamy od czasu do czasu - za­
chowując ostrożność należną rzeczom świętym - aby je
naprawić, gdy trzeba, lub aby je przełożyć do lepszych
teczek. Również i my przy takich okazjach chętnie
wspominamy wielkie mity, których wspomnienie oży­
wa pod wpływem ponaddzieranych i pożółkłych stro­
nic: dzieła i czyny naszych przodków, dzieje naszych

w rzadkiej, jakże nienaukowej, wizji historii. Szukaniu
powszechnych praw i generalizacji przeciwstawiono
tu, doprowadzony do skrajności idiografizm. „Historia
jest dla redaktorów Księgi umarłych sumą ludzkich lo­
sów, całokształtem ulotnych zdarzeń. Dlatego odnoto­
wują każdą czynność, każdą myśl, każde dobroczynne
tchnienie, każdą cyferkę na mapie wpisują do rejestru,
każdą łopatę odrzucającą błoto, każdy ruch, który spo­
wodował podniesienie cegły z ruin”. Ostatecznie bo­
wiem są oni przekonani, że „nic się nigdy nie powtarza
w historii istot ludzkich, wszystko, co na pierwszy rzut
oka wydaje się identyczne, bywa zaledwie podobne;

domostw od wybudowania do przejęcia na własność”.13
Archiwum więc to miejsce, gdzie gromadzi się rze­
czy dla danej społeczności ważne, miejsce, w którym
deponujemy dokumenty zaświadczające o naszej toż­
samości, „rzeczy święte”, jak powiada Lévi-Strauss.
Podobnie encyklopedia zawiera tylko to, co z punktu
widzenia ponadjednostkowej pamięci kultury jest jej
częścią niezbywalną; nazwiska w niej utrwalone nie są
dziełem przypadku, to galeria postaci z takich czy in ­
nych powodów wyrastających ponad przeciętność.
I archiwum, i encyklopedia zatem to ekspozytury m i­
tycznego Skarbca, który z natury rzeczy tylko to, co
cenne, przechowuje.
W zestawieniu z taką charakterystyką Archiwum
z powieści Saramago, jak i Encyklopedia z opowiada­
nia Kisa wydają się jawnie sprzeniewierzać celom, k tó ­
rym powinny służyć obydwie te instytucje: ocalania od
zapomnienia tego, co n a p r a w d ę dla kultury ważne.
Ponieważ nie może być tak, że wszystko naraz jest waż­
ne, Pamięć Archiwum i Pamięć Encyklopedii musi
hierarchizować. Pamiętanie oznacza tu nie tylko m a­
gazynowanie wiedzy, ale ich wartościującą selekcję.
W efekcie zatem, instytucje powołane do pamiętania
służą też, ch cąc nie chcąc, zapominaniu. Nie da się za­

76

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

W pałacu pamięci

pam iętać wszystkich, ci więc, którzy nie zasłużyli się
wystarczająco, wpadają w czarny lej niepamięci.
Tymczasem przywołane tu wizje Archiwum i Ency­
klopedii z jakąś dającą do myślenia przewrotnością
i determ inacją upierają się, że przeciwnie: wszystko
jest ważne, każdy żywot, bez względu na jego zasługi
wart jest pamiętania. Hasło „Wszystkie imiona”, które
Archiwum A k t Głównych nosi w herbie, mogłoby
być także idealnym m ottem dla Encyklopedii Um ar­
łych prowadzonej przez osobliwą sektę z tak zapamię­
tałą, niemal nie-ludzką konsekwencją. Obydwie te in ­
stytucje wprowadzają do zobiektywizowanej i bezna­
miętnej pamięci archiwalno-encyklopedycznej para­
metr jakby z porządku zupełnie innego niż czysto in­
formacyjny: współ-czucie. Pozwala to przywołać nie­
zwykle istotny, a rzadko przypominany związek pamię­

Czymże są te miejsca pamięci totalnej, o czym mó­
wią? Z pewnością chodzi tu o coś więcej niż o zwykłą
użyteczność gromadzenia danych osobowych. Ale skąd
to pragnienie, by przywracać pamięć o wszystkich zmar­
łych? Motyw egalitarystyczny, swoista demokratyzacja
śmierci, o których wspomina narrator Encyklopedii
umarłych, jest jakimś wyjaśnieniem, ale sądzę, że nie tłu­
maczy go wystarczająco. Zapytajmy więc tak: nie jaki
jest cel tego szalonego przedsięwzięcia, ale jakie są wa­
runki możliwości samej idei pamięci absolutnej. Innymi
słowy, jeśli instytucje realizujące ową ideę są rozwinię­
ciem czy też przedłużeniem pamięci jednostkowej, to ja ­
ka musi być jej ontologia, by wspomniana idea była
w ogóle możliwa. Wolno zasadnie wątpić, że nawet naj­
bardziej zaawansowane badania nad fizjologią mózgu
nie udzielą nam na to pytanie wiążącej odpowiedzi.
Rzecz idzie bowiem nie o biochemiczne zasady funkcjo­
nowania pamięci, ale o jej metafizyczny sens. Powróćmy
więc na koniec raz jeszcze do św. Augustyna.
Już z tych kilku wcześniej cytowanych fragmentów
można bez trudu zauważyć, że przydaje św. Augustyn
pamięci przymiotów boskich. Pamięć, choć ograniczo­
na, nie ma granic, choć dotyczy przeszłości, ma na
uwadze przyszłość, choć jest mną i we mnie, transcenduje w jakiś tajemny sposób jednostkowe ograniczenia.
Augustyńska m em oria ze swoją zdolnością wszechobejmowania, stawania się wszystkim, ma tu prerogatywy,
które w późniejszej myśli patrystycznej przejmie intelligentia. W myśli św. Augustyna pamięć bywa czasem
jedną z trzech władz (obok intelligentia i voluntas) duszy,
innym razem wręcz utożsamia się z duszą. „Co jest jed­

ci i serca. Ów związek przechował się jeszcze w idiomatyce kilku języków europejskich, w których wyraże­
nie „uczyć się na pam ięć” oddaje się - przykładowo przez by heart czy par coeur. Pamięć, zwłaszcza pamięć
absolutna, pamięć, która podejmuje się beznadziejne­
go zadania pam iętania o wszystkich umarłych, okazu­
je się tu innym imieniem miłości.
W tym obowiązku pam iętania, jaki celebrują oby­
dwie instytucje, choć, jak widzieliśmy, każda realizu­
je go na swój sposób, w tej konieczności przywraca­
nia pam ięci o zmarłych jest coś ostatecznego, coś bez przesady - na skalę kosmiczną. Ten eschatolo­
giczny rys pam ięci dochodzi do głosu już zupełnie
otwarcie w wypowiedzi jednego z bohaterów Terra
N ostra Carlosa Fuentesa, powieści, w której motyw
pam ięci pojawia się w różnych odsłonach. O to sta­
rzec strzegący księgi losu wypowiada słowa, które
mogą służyć za komentarz tłum aczący najgłębszy
sens zamierzeń naszego Archiwum i Encyklopedii:
„Między życiem a śmiercią istnieje tylko przeznacze­
nie pam ięci. Ze wspomnień są utkane losy świata.

nak podstawą samej pamięci? U jej podłoża znajduje
się konstytuujący ową ukrytą wiedzę wewnętrzny
W ładca, źródło wszelkiego świata, które oświeca każ­
dego człowieka przychodzącego na świat, czyli Bóg”.15
Ostatecznie więc to O n zamieszkuje, choć nie bardzo
wiadomo gdzie („A jed nak raczysz mieszkać(...)w mojej pamięci. I czemuż pytam, w którym jej
miejscu mieszkasz?”) - augustyński „pałac pamięci”.
Te myśli zaskakująco rezonują z pewną wypowie­
dzią Um berto Eco na tem at natury Biblioteki, wpro­
wadzając do naszego myślenia o racjach istnienia pa­
m ięci absolutnej ostatnie już ogniwo: „Proszę pomy­
śleć hipotetycznie, że Boga nie ma. Jaka jest jedyna
gwarancja, że był pan Proustem albo sankiulotą, który
zdobył Bastylię? Tylko biblioteka, ta pam ięć ludzkości.
Pan może zniknąć, ale ludzkość zachowa swoją pa­

Ludzie giną, słońce po słońcu następuje, upadają
miasta, władza przechodzi z ręki do ręki. W odm ęt
zapomnienia pogrążają się władcy i ich nadgryzione
zębem czasu pałace wydane na pastwę ognia, burzy
i zielska. Jed en okres się kończy, a drugi zaczyna. Tyl­
ko pam ięć utrzymuje przy życiu to, co umarłe; ci,
którzy m ają umrzeć, dobrze wiedzą o tym. K oniec pa­
m ięci jest prawdziwym końcem świata”.14 Kruche n a­
czynie p am ięci staje się nagle instru m entem
o ogromnej mocy, przybiera kształt alchem icznej re­
torty posiadającej zdolność przemieniania śmierci
w żywą rzeczywistość. W idać przy tym wyraźnie, jak
idea pam ięci absolutnej ma naturę paradoksalną. Bo
przecież pam ięć, która chce ocalić „wszystkie im io­
na”, która z definicji zwrócona jest w przeszłość,

mięć. I pan w niej figuruje bez względu na to, czy jest
pan Proustem, czy kimś pierwszym z brzegu. Być może
da się więc powiedzieć, i zrozumiał to Borges, że bi­
blioteka jest erzacem, substytutem Boga. Jeśli Bóg ist­
nieje, jako wszechwiedzący jest rodzajem wielkiej bi­
blioteki. Pod koniec Boskiej Komedii D ante mówi, że
wizja Boga rozkłada się jak książka, si quaderna. Tak
więc wizja Boga to wizja uniwersalnej biblioteki”.16

w gruncie rzeczy tak naprawdę celuje w przyszłość.
Ze wzrokiem utkwionym w przeszłości ma, jako swój
warunek, m ocne przeczucie ostatecznego kresu.

77

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

św iata. B iografia, przeł. A . Szymanowski, Warszawa 20 0 1 , s. 155

Można sądzić, że mówiąc o bibliotece, Eco nie ma
na myśli którejś - niechby najbardziej pojemnej - z bi­
bliotek realnie istniejących (z tych bowiem dowiemy
się z pewnością wiele o Prouście, natomiast zgoła nic
0 „kimś pierwszym z brzegu”), ale Bibliotekę Bibliotek,
bibliotekę, która podobnie do Archiwum Saramago
1 Encyklopedii umarłych Kisa ma ambicję, by utrwalić
„wszystkie imiona”. R elacja jest przechodnia: Bóg staje
się wielką Biblioteką, ta zaś boskim erzacem. Oczywi­
ście, nie należy tej wypowiedzi rozumieć dosłownie.
Nie jest to żadne wyznanie wiary. U zdeklarowanego
sceptyka, jakim jest Eco, Bóg jest tylko figurą retorycz­
ną, może zgrabną i poręczną metaforą, może - nieco
jak diabeł Kołakowskiego - postulatem praktycznego
rozumu. Warto jednak domyśleć tę supozycję do koń­
ca. Ale już bez mrugania okiem i bez ironicznych cu­
dzysłowów. Dosuńmy zatem naszą szafę do ściany.
Proszę pomyśleć hipotetycznie, że Bóg jest. Jeśli tym
samym poważnie potraktować biblijną wizję stworzenia
człowieka wraz z nieodłączną od niej ideą „obrazu i po­
dobieństwa”, to nie da się wykluczyć, że zmaterializowa­
na w przywołanych przykładach idea pamięci absolut­
nej jest niedoskonałym, ale jednak: odpryskiem?, po­
głosem?, refleksem?, odbiciem? - jak to dobrze nazwać?
- Boskiej arcypamięci, tej Czarnej Skrzynki, w której
ostatecznie wszystko ulega ocaleniu i nikt nie ma prawa
zostać zapomniany. Jeśli uświadomić to sobie bliżej, je ­
śli pochylić się nad ową augustyńską studnią bez dna, to
rzeczywiście doznać można zawrotu głowy.
„Wielka jest potęga pamięci. Trwogą przejmuje...”.
Prawdziwy horror metafizyczny...

Post scriptum
Słow o o fotografiach um ieszczonych w tekście. O trzym ałem je
któregoś dnia od M arty M iskow iec, p racu jącej w krakowskim M u ­
zeum Fotografii w związku z naszą rozmową o pam ięci. Zakupione
niegdyś w antykw ariacie przez in n ą jeszcze osobę i ofiarow ane M ar­
cie w prezencie, są teraz m oją własnością. Z djęcia n aklejon e są na
tektu rki o wym iarach 6 ,5 x 1 0 ,5 . N iedatow ane. N ie m ają podpisów.
N ie wiemy kto na n ic h jest, nie znamy personaliów osób przedsta­
w ionych na zdjęciach. N ie wiemy o n ic h nic. W iem y jedynie to, że
nie żyją. Ze są n i e - ż y w i. Jedyne znaki identyfikacyjne to nazwy
zakładów fotograficznych, w których zostały zrobione zdjęcia.
W szystkie m ieściły się w Krakow ie: „Zakład Fotograficzny S ta n isła ­
wa Bizańskiego, pl. Szczepański 3 ”, „Tadeusz Jabłoński, Zakład F o ­
tograficzny, ul. Franciszkańska L 4 ”, „Juliusz M ien, fotograf, ul. K o ­
pernika 8 ”, „Zakład artystyczno-fotograficzny M. A . Olmy, Podwa­
le 1 4 ”, „M. K rem ski, fotograf, ul. K arm elicka 1 5 ”. Spoglądając cza­
sem na te fotografie nie mogę uw olnić się od wspom nienia wiersza
M iłosza W Parafii, ze zbioru T o. N ie znajduję lepszego kom entarza
do ty ch martwych/żywych zdjęć. D o przejm ującego prom ieniow ania
rzeczywistej obecn ości, która z n ich em anuje:
„Gdybym nie był kruchy i przełamany od środka,
N ie myślałbym o inn ych - jak ja, przełam anych od środka.
N ie wybrałbym się na pagórek, na cm entarz koło kościoła,
Zeby starać się pozbyć litości nad sobą.
Zośki szalone,
Przegrywający wszystkie bitwy Kazikowie,
Sam oud ręczające się A gaty
Leżą pod krzyżami z rokiem urodzenia i śm ierci. I któż
Ich wypowie? Ich mam rotania, szlochy, nadzieje, łzy upokorzenia?
Ci sami w śluzach, w zapachu moczu,
W szpitalnym wstydzie pokręconego ciała.
I zaraz wieczność. N iestosow na. Nieprzyzwoita.

Przypisy
1

Jak dom lalek zgnieciony kołam i, jak słoń depczący

św. Augustyn, W yznania, tł. Z. Kubiak, Warszawa 1978, ks. X , 17;

Chrabąszcza, ja k zatapiający wysepkę ocean.

drobiazgowe streszczenie poglądów św. Augustyna wraz z fen o­

Zaiste, dziecinna głupota nas wszystkich

menologicznym kom entarzem na tem at augustyńskiej m em ioria

N ie licu je z powagą rzeczy ostatecznych.

daje M artin Heidegger, Fenomenologia życia religijnego, tł. G. Swoiński,

N ie m ieli czasu, żeby cokolw iek zrozumieć

Kraków 20 0 2 , s. 1 74-185
2

Tamże, ks. X , 9

3

J. L. Borges, Pamiętliwy Funes, przeł. S. Zembrzuski, w: Fikcje,

Z jednostkow ego bytu,
Z principium indm duationis,
Ja też nie rozumiem, ale co poradzę.

W arszawa 1972, s. 96
4

O . Sacks, M ężczyzna, który pom ylił sw oją żonę z kapeluszem ,

5

J.-C . C arrière, J. D elum eau, U. E co, S. J. G ould, R ozm ow y o k oń ­

C ałe życie zam knięty w łupinie orzecha,
N a próżno ch ciałem stać się kim ś zupełnie innym.

przeł. B. Lindenberg, Poznań, b. d., s. 14 4 -1 4 5

Schodzim y tedy w ziemię, parafianie.

cu czasów , przeł. A . i J. Łukaszewicz, W rocław 2 0 0 0 , s. 226
6

Z nadzieją, że trąby Sądu wywołają nas po imieniu.

G. G. M arquez, Sto lat sam otności, przeł. G. Grudzińska, K. W o j­

Zam iast w ieczności, zieleń i ru ch obłoków,

ciechow ska, Warszawa 19 9 7 , w. 59
7

J. Saramago, Wszystkie imiona, tł. E. Milewska, Poznań 1999, s. 217

8

Tamże, s. 2 1 6

9

Tamże, s. 2 0 7 -2 0 8

10

D. Kis, E n cy klop ed ia um arłych, w: E n cy klop ed ia um arłych, przeł.

11

Tamże, s. 57

12

Tamże, s. 54

13

C. Lévi-Strau ss, M yśl n ieosw ojona, W arszawa 19 6 9 , s. 3 5 9 -3 6 0

14

C. Fuentes, TerraN ostra, przeł. M. Kaniowa, Poznań 1993, t. II, s. 57

W staje tysiąc za tysiącem Zoś, Katarzyn, Bartłom iejów ,
Maryś, A gat, Bronisławów,
Zeby wreszcie wiedzieli,
D laczego to było i po c o ”.

D. Cirlić-Straszyńska, Ch. A rvanitidis, W arszawa 1991, s. 56

15

I na kon iec jeszcze jedno. N a odw rocie naszych zdjęć uważne
oko odczytać może kanoniczną form ułę, którą sum ienni mistrzowie
fotograficznego rzemiosła opatrywali swoje prace: „Klisze przecho­
wuje się”. Rzadka przenikliwość.

Ch. Taylor, Ź ródła podm iotow ości. N arodziny tożsam ości n o w o cze­
snej, tł. różni, W arszawa 2 0 0 1 , s. 255

16

U. E co , D e l’O eu vre ovrerte au Pendule d e Foucault, „Magazine
L itteraire”, s. 23, cyt. za: D. S. Schiffer, U m berto E co. Labirynt

78

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10795" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10773">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/c233d4b9914b8ef0fa8d394f0e8bf97a.pdf</src>
        <authentication>a2dc27799155135ec1fd1f95c0a8b47e</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128663">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6567</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128664">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128665">
                <text>2014</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128666">
                <text>anthropology of film</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128667">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:6138</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128668">
                <text>Le Chef-d'oeuvre inconnu. Balzac and Rivette/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2014 Special Issue</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128669">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2014 Special Issues.341-351</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128670">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128671">
                <text>ang</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128672">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128673">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128674">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128675">
                <text>The times may be bad, but we can still have some talk
about art!
H. Balzac, Le Chef-d’oeuvre inconnu

1.
Almost 200 years after being written Balzac’s Le
Chef-d’oeuvre inconnu still radiates a mysterious glow.1
The text is enveloped in a curious aura and the ex­
traordinary rays produced by the backdrop are discern­
ible in numerous fields. This is not merely a literary
phenomenon, which I envisage as consisting of its fic­
tional character, but also enclosure within a world of
literature circulation and purely textual analyses. The
short story distinctly leans towards life and in assorted
ways transcends the limits of the world of fiction. For
years Le Chef-d’oeuvre inconnu has been an important
point of reference for numerous significant painters.
The reflections contained therein, focused on crea­
tivity, the artist and art,2 became an ideological pro­
gramme and road-sign, and the attitude represented
by Maître Frenhofer is an ideal of an artist selflessly
devoted to art and seeking perfection. Balzac’s story
left the domain of literary fiction, becoming a strong
and permanent myth for artistic consciousness.
Certain painters regarded the text as surety and an
outright talisman. Paul Cézanne discovered himself in
the Frenhofer character. This gesture of a serious at­
titude towards an, after all, fictional character denotes
something more than mere confirmation of superficial
similarity; it comprises total identification. In his remi­
niscences Emil Bernard recalled how one evening he
mentioned the text by Balzac, and the painter got up
from the table, planted himself before me, and, striking his
chest with his index finger, designated himself —without a
word, but through this repeated gesture —as the very per­
son in the story. He was so moved that tears filled his eyes.3
Picasso too admired the novel and identified himself
with Frenhofer, although apparently for different rea­
sons. He was commissioned by the art dealer Vollard
to illustrate the story and the drawings were shown at
a separate exhibition. By an incomprehensible coinci­
dence while renting an atelier in Paris he lived in the
same street and house as Balzac’s protagonist! Balthus
in a conversation with Constantini recalled: Par une
mystérieuse coincidence, le protagoniste de la nouvelle, le
peintre Frenhofer, avait son atelier dans la maison même
ou Picasso avaint le sien, au 7, rue des Grands-Augustins.
C ’est Dora Maar qui lui avait trouvé...4 It was here that
in 1937 Picasso painted Guernica.5 The story also be­
came the object of many critical dissertations analys­
ing its assorted aspects: historical, literary, aesthetic,
and ideological.6 Their number is so great that as one
of the methodical commentators maintained Le Chefd’oeuvre inconnu is next to Sarrasine so buried in critical
discourse that it is hard to write about them at all.7 A t
the beginning of the 1990s it served as the basis for
341

DARIUSZ CZAJA

Le Chef-dfoeuvre
inconnu.

Balzac and Rivette

Jacques Rivette’s film: La Belle Noiseuse, an impro­
vised variation on a theme described with enormous
expertise and inner fire by Balzac .8
Already this brief summary shows clearly that Le
Chef-d’oeuvre inconnu is not only a “capacious form”
but extremely so. Balzac’s text was treated as a con­
venient and almost practical collection of instructions
for a good film, and its lead character played the part
of an exemplary artist. The story functioned as an
experimental testing field for assorted schools of in­
terpretations. Ultimately, it became a source of inspi­
ration and a prolific point of departure for a film sce­
nario. Indubitably, Le Chef-d’oeuvre inconnu contains
some sort of semantic excess offering much food for
thought. Depending on the questions addressed to it
the text demonstrates an ever-new side in the manner
of a kaleidoscope whose slightest movement reveals a
different pattern. In the commentary presented below
and constructed so as to resemble a diptych I resigned
from totalising ambitions and concentrated only on a
single issue - that of the image.
First, I shall take a closer look at the way in which
the text tells the story of the phenomenon of the
painting, the significance attached to it, and the aes­
thetic controversies it involves. Next, I shall confront
this knowledge with the film narration proposed by
Rivette. In other words, at the onset we shall see how
the image appears in the text and later how this (pain­
terly) image functions in an (film) image. Right away,
however, it is worth stressing that although I place
the two types of discourse alongside each other this
is not a study inclined towards problems associated
with film adaptation. I am interested, predominantly,
in the rhetoric of a conversation about the ontology
of the image: not only what it is but also the man­
ner in which it exists and, more extensively, the dif­
ferences between the image in the text and the film
as well as the consequences of its comprehension for
understanding the tasks and essence of art in general.
Since the image, mentioned to such a great extent in
the text and the film, remains a mystery in itself then

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E I N C o N N D . BALZAC AND RIVETTE

talking about it cannot follow merely simple intellec­
tual trajectories.

2.
Balzac situated his story in the distant past (con­
ceived as such by him and even more so by us), i.e.
the year 1612. This renders its subsequent impact
even more interesting. We see clearly that although
the story is precisely placed in time, as is usually the
case with Balzac’s texts, the conclusions drawn from it
certainly transcend the historical milieu. The general
framework is a passionate - in every meaning of that
word - dispute on the nature of art. This literary dis­
cussion about painting conducted by various partici­
pants, about the meaning of painting, the elementary
principles and rigours of the craft also concerns dan­
gerous connections between life and art. The prime
protagonists are three artists: old Frenhofer, Probus
in his prime, and the youngest: Nicholas Poussin, re­
sembling three personifications of the spirit of time:
past, present and future .9 These characters belong to
different worlds of painting and represent three dis­
similar approaches to painting. But this is not all: in
the background of the “masculine” dispute about the
tasks of art there are two women with a different, so
to speak, ontological status: the “lifeless” Catherine,
Frenhofer’s former model, existing as a painted char­
acter immobilised on canvas, and the “living” young
and attractive Gilette composed of a beautiful body
and unconcealed emotions. Although they occupy the
backdrop of the story their role is not limited merely to
being extras. On the contrary: it is exactly around the
two women that meanings essential for the story are
construed. The yardstick of the force of Balzac’s liter­
ary work is the fact that we react to the fictional figure
of Frenhofer as much more real than those of Probus
and Poussin, who, after all, possess concrete, historical
models! It is also quite possible that such a reaction is,
as Arthur Danto wrote, homage paid to the fact that
the highly Romanticised vision of art, and in particu­
lar painting, from whose viewpoint Balzac conceived
Frenhofer and his chef-d’oeuvre, continues to remain
even in an age of cynicism and deconstruction the
strongest component of our comprehension of art and
certainly of painting .10
The three painters meet in Probus’ studio. Frenhofer, an outstanding artist, is a legend among paint­
ers, while the young Poussin takes part in the gather­
ing somewhat by chance. Probus presents his work to
the master who without sparing his friend’s feelings
openly and methodically criticises it. During the visit
at the studio Poussin finds out than the old man has
not been painting for years. More, he had abandoned
work on a canvas that he had been executing for ten
years: La Belle Noiseuse, which he intended to be his
masterpiece. Now, he frenziedly conceals the canvas
342

and no one has even seen it. Poussin experiences a
powerful wish to view the masterpiece-to-be but Fr­
enhofer guards it jealously and refuses all requests.
Poussin thus devises a plan for ignoring the prohibition
and conducts a curious transaction. His beautiful fian­
cée, Gilette, is to become the master’s model so that
he could complete the painting and in return allow
Poussin and Probus to see the finished work. Gillette
agrees, mainly due to her feelings for Poussin although
with certain reservations. Several months later, Pro­
bus appears in the master’s atelier with the proposal.
The enraged Frenhofer refuses to hear anything about
his work and his woman being tainted by the eyes of
another man. A t that very moment enter Poussin
and Gillette. Frenhofer ultimately capitulates, aware
that this is probably the last possible opportunity for
completing the canvas. He has been seeking a suitable
model for years, but to no avail. A few minutes later
Probus and Poussin appear in the studio and stand in
front of La Belle Noiseuse. To their great astonishment
they see nothing but a chaotic tangle of lines and uni­
dentified shapes. The irritated painter throws them
out and on the next day they learn that Frenhofer died
that night. Before passing away he managed to burn
all his works.
The entire story depicts a battle for understand­
ing the nature of painting, the essence of the art of
depiction. The prime protagonist is Frenhofer and
the other two painters mainly listen, with only Pro­
bus at times joining the dispute. Frenhofer not only
creates art but is also its self-proclaimed theoretician.
His exalted reflections show that he is totally con­
vinced that he is right. This is not purely discoursive
“intellectual” knowledge; its legitimation is the whole
oeuvre of the great Frenho and in particular his last,
unfinished work. But what did Frenhofer really have
in mind while speaking about painting? What did he
regard as the “perfect painting”? What properties of
painting are decisive for being worthy of inclusion into
the domain of art? What is a masterpiece? Time for a
closer look.
Frenhofer, as has been mentioned, was, above all,
a practician testing a painting with his hand and eye.11
A t the Probus studio he examines a canvases entitled:
Saint Mary of Egypt by his younger colleague. An out­
standing work, more: considered by his contemporar­
ies to be a masterpiece. For a few moments Frenhofer
penetrates it with his keen glance but the verdict he
pronounces is far from commonplace admiration. His
ruthless assessment of the work by another artist is,
however, an excellent directive for finding out which
traits the master considered to be contemptible and
which deserving his praise.
Your good woman is not badly done, but she is not
alive. You artists fancy that when a figure is correctly
drawn, and everything in its place according to the rules

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E IN C O N N U . BALZAC AND RIVETTE

of anatomy, there is nothing more to be done. You make
up the flesh tints beforehand on your palettes according to
your formulae, and fill in the outlines with due care that
one side of the face shall be darker than the other; and
because you look from time to time at a naked woman who
stands on the platform before you, you fondly imagine that
you have copied nature, think yourselves to be painters,
believe that you have wrested His secret from God.12
Elementary skills of anatomical drawing, sensitiv­
ity to colour, technical adroitness, ability to apply the
rules of composition - all are conditions necessary for
creating an outstanding work but, apparently, insuf­
ficient. Frenhofer’s opinion is cruel towards those
painters who are convinced that workshop skills are
adequate to enter the land of art. You may know your
syntax thoroughly and make no blunders in your grammar,
but it takes that and something more to make a great poet;
it is not enough to be acquainted with the basics of
painting and the fundamental rules of the grammar
of creation to paint a great masterpiece. Furthermore,
taking a closer look at the canvas Frenhofer notices a
serious, disqualifying fault:
Look at your saint, Probus! At a first glance she is
admirable; look at her again, and you see at once that she
is glued to the background, and that you could not walk
round her. She is a silhouette that turns but one side of her
face to all beholders, a figure cut out of canvas, an image
with no power to move or change her position. I feel as if
there were no air between that arm and the background,
no space, no sense of distance in your canvas. The perspec­
tive is perfectly correct, the strength of the coloring is ac­
curately diminished with the distance; but, in spite of these
praiseworthy efforts, I could never bring myself to believe
that the warm breath of life comes and goes in that beauti­
ful body. It seems to me that if I laid my hand on the firm,
rounded throat, it would be cold as marble to the touch.
No, my friend, the blood does not flow beneath that ivory
skin, the tide of life does not flush those delicate fibers, the
purple veins that trace a network beneath the transparent
amber of her brow and breast. Here the pulse seems to
beat, there it is motionless, life and death are at strife in
every detail; here you see a woman, there a statue, there
again a corpse.
Ignore at this point comments about the instru­
ments of poetic ecphrasis used brilliantly by Balzac
in this fragment (and not only here). We are dealing
with a lucidly outlined ideal of Frenhofer’s aesthetics.
If a painted body is to become something more than
a faithfully copied shape it must come alive. From the
flat depiction that it invariably is it has to change into a
quasi-three-dimensional object. The two-dimensional
surface must become a spatial solid, a shape that is
to produce the effect of warm, living reality pulsating
with blood. To put it differently: the ideal of the fe­
male body shown on canvas is to be a spatial sculpture.
This, as it follows unambiguously from the cited argu­
343

ment, belongs to the alchemy of art: thanks to skill
and talent (genius?) two dimensions are to become
three. The illusion is to be complete and should not
require any sort of appeal. It is to hypnotise the viewer,
to wield absolute power over him, to become the rea­
son why the depicted figure is not solely a source of
aesthetic pleasure but also “leaves the frame”, mate­
rialises itself right in front of the viewer and becomes
part of life. And vice versa: if such directives are ig­
nored then a painting will “be not quite right”; true,
it could possess well executed particular parts but as
a whole it will be dead, lifeless, just as Saint Mary of
Egypt, a colorless creature.
Just to make things clear: according to Frenhofer
the canvas under discussion was not bad or totally
devoid of values; on the contrary: (...) this picture of
yours is worth more than all the paintings of that rascal
Rubens, but it lacked something extremely essential.
What? Yes, truly, a woman carries her head in just such
a way, so she holds her garments gathered into her hand;
her eyes grow dreamy and soft with that expression of meek
sweetness, and even so the quivering shadow of the lashes
hovers upon her cheeks. It is all there, and yet it is not
there. What is lacking? A nothing, but that nothing is ev­
erything. There you have the semblance of life, but you
do not express its fullness and effluence, that indescrib­
able something, perhaps the soul itself, that envelopes the
outlines of the body like a haze (...). Yes, that “nothing”
makes the difference, and in the domain of art - a co­
lossal difference. In the brutal painting lesson given
to Probus and Poussin three things appear to be clear.
First, the difference between ordinary painting and
true art is not measured only by the degree of mastery
of the workshop. It belongs to another domain and
corresponds exactly to the difference between life and
death. Secondly: a person who can boast that he has
captured the resemblance of the portrayed sitter does
not deserve to be called an artist. The true artist pos­
sesses the gift of bringing the dead to life. Thirdly: it
is evident that the thus comprehended art of painting
transcends far beyond the skill of an artisan and be­
comes an occupation on the borderline of magic, in a
word: theurgy.
Probus, however, does not admit to defeat and
claims that all that he had accomplished on the can­
vas was executed in accordance with the inalienable
rigours of art. A t the same time, he complains that
Nature is prone to changes and that there exist such
natural phenomena that cannot be rendered on can­
vas. Frenhofer responds instantly and in a manner that
leaves no illusion as regards such a barren approach to
the tasks of painting:
The aim of art is not to copy nature, but to express it.
You are not a servile copyist, but a poet! (...) We must
detect the spirit, the informing soul in the appearances of
things and beings. Effects! What are effects but the ac­

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E IN C O N N U . BALZAC AND RIVETTE

cidents of life, not life itself? (...) Many a painter achieves
success instinctively, unconscious of the task that is set
before art. You draw a woman, yet you do not see her!
Not so do you succeed in wresting Nature’s secrets from
her! You are reproducing mechanically the model that you
copied in your master’s studio. You do not penetrate far
enough into the inmost secrets of the mystery of form; you
do not seek with love enough and perseverance enough af­
ter the form that baffles and eludes you. Beauty is a thing
severe and unapproachable, never to be won by a languid
lover. You must lie in wait for her coming and take her
unawares, press her hard and clasp her in a tight embrace,
and force her to yield. Form is a Proteus more intangible
and more manifold than the Proteus of the legend; com­
pelled, only after long wrestling, to stand forth manifest in
his true aspect.
These comments appear to be the clou of Frenhofer’s arguments. Painting that attains the dimension of
art does not copy anything, does not transfer onto the
canvas “the way it is” in a manner in which a compari­
son of the real and the painted resembles two concur­
rent sides of an algebra equation, but fulfils itself in the
function of expressing. What does this mean precisely?
Here, the noun “poetry” is undoubtedly a metaphor
and signifies, presumably, a special ability to transpose
life, reality - regardless of its nature - into the matter
of the artwork but in such a mode so that that, which
is painted would not turn into a simple replica of the
obvious but would become equipped with the earlier
mentioned “effluence”. Admittedly, this is not an ex­
cessively precise formulation but it is probably a cryptonym for the extraordinary aura and force of sui generis
surrealism emanated only by masterpieces, which all
other paintings lack. Remarks about the form, in par­
ticular its intangibility, are also noteworthy. Capturing
it, Frenhofer declared avidly, is extremely difficult and
calls not so much for ordinary talent and enormous
work but also something more: the creation of special
conditions in order to offer hope for seizing it better.
Thanks to the patient effort of looking the artist cre­
ates only space in which form could then reveal itself.
Form seems to appear at special moments preceded by
mighty endeavours, at moments of some sort of a flash,
intuition, possibly clairvoyance. In the language of re­
ligion: at moments of grace. This is perhaps the reason
why Frenhofer executing on Probus’s canvas humili­
ating corrections that will enable it to slowly “come
alive”, and, explaining patiently where the author had
committed errors, says at the end: Do not look too long
at that canvas, young man (...). You would fall a victim
to despair. This probably means that in his opinion the
author had not been granted the grace of seeing and
that the extraordinary talent that he without doubt
has at his disposal makes it possible to copy reality but
certainly not to create a masterpiece. Beauty is a thing
severe and unapproachable...
344

There is no better opportunity for testing the value
of the master’s arguments than to refer them to his
works. The difficulty, however, lies in the fact that
Frenhofer hid the painting that could have disclosed
his mastery and the secret of the qualities of a master­
piece. More, the reason why he does not want to show
it is rather strange, but apparently stems, at least to a
certain degree, from earlier remarks. Recall: his paint­
ing depicts the nude courtesan Catherine Lescaut. Its
tabooisation comes directly from a conviction, ex­
pressed by the artist, about the essential identity of
the image and the person! In other words, the point
is not to conceal the secrets of art or the canvas from
ineligible eyes but to withhold from the eyes of paint­
ers (men, after all!) the naked body of a woman dear
to the artist:
But this picture, locked away above in my studio, is an
exception in our art. It is not a canvas, it is a woman —a
woman with whom I talk. I share her thoughts, her tears,
her laughter. Would you have me fling aside these ten
years of happiness like a cloak? Would you have me cease
at once to be father, lover, and creator? She is not a crea­
ture, but a creation. Bring your young painter here. I will
give him my treasures; I will give him pictures by Correggio
and Michelangelo and Titian; I will kiss his footprints in
the dust; but make him my rival! Shame on me. Ah! ah!
I am a lover first, and then a painter. Yes, with my latest
sigh I could find strength to burn my Belle Noiseuse; but
—compel her to endure the gaze of a stranger, a young man
and a painter! —Ah! no, no!
The unquestionably insane vision of the brilliant
painter produced an overlapping and total merge of a
real person and her depiction, the physical body and
the painterly sign. In this situation, the painter abdi­
cated from his profession and became a jealous lover.
If this is the case then evidently the game of hide and
seek no longer involves aesthetics but life itself. The
issue at stake is not the canvas but the woman. No
one has the right to look at her nude body because this
would mean presenting it to obscene and pre-emptive
gazes. Actually, it would be tantamount to putting it
up for sale. Ultimately, however, Frenhofer, similarly
to the young Poussin, traded body for body although
in both cases the direction of this transaction, so to
speak, was different. Poussin sold part of his life in the
name of art, while Frenhofer acted precisely on the
contrary. Relegate to the margin the assessment of this
artistic prostitution and see how La Belle Noiseuse was
viewed. Unusually excited - his face aglow with a more
than human exaltation, his eyes glittered, he breathed hard
like a young lover frenzied by love - Frenhofer led both
painters to his canvas:
Aha! he cried, you did not expect to see such perfec­
tion! You are looking for a picture, and you see a woman
before you. There is such depth in that canvas, the atmo­
sphere is so true that you cannot distinguish it from the air

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E IN C O N N U . BALZAC AND RIVETTE

that surrounds us. Where is art? Art has vanished, it is
invisible! It is the form of a living girl that you see before
you. Have I not caught the very hues of life, the spirit of
the living line that defines the figure? Is there not the effect
produced there like that which all natural objects present
in the atmosphere about them, or fishes in the water? Do
you see how the figure stands out against the background?
Does it not seem to you that you pass your hand along the
back? But then for seven years I studied and watched how
the daylight blends with the objects on which it falls. And
the hair, the light pours over it like a flood, does it not? ...
Ah! she breathed, I am sure that she breathed! Her breast
—ah, see! Who would not fall on his knees before her? Her
pulses throb. She will rise to her feet. Wait!
To no avail. The admiration of the old master for
his work proved to be premature. Both expert painters
standing in front of the canvas did not demonstrate
enthusiasm of any sort. Worse: they declared that the
painting showed nothing! They saw only a chaotic
composition and confused masses of color and a multitude of fantastical lines expressed in the original in even
stronger terms: a wall of paint, une muraille de peinture. 13 With a single exception: in the corner of the
canvas they noticed a fragment worthy of attention:
un pied delicieux, un pied vivant14 (the Polish translation
unfortunately has: “leg”, thus destroying the whole fetishistic context of the fragment). This fraction of the
masterpiece was, however, embedded in total chaos,
shapelessness and indetermination. Both men, forced
by Frenhofer to express their opinions, confirmed the
initial examination. The old man did not give up: he
either sobbed over his hapless impotence or obsti­
nately claimed that under this external, visible chaos
there is a discernible, despite all, shape of a woman,
the emanation of true beauty.
What is this poignant scene about? Who is really
wrong? What can be seen in the painting? What is the
une muraille de peinture that shocks and violates the
aesthetic habits of the viewers? Nothing here is quite
certain. Danto was right when he wrote that reading
this fragment we are left guessing: was it the old paint­
er who had lost his senses or the young artists who had
lost their sight?15 One more thing: why did Frenhofer
burn his canvases? Before we try to cast some light on
those questions and, at the same time, reveal at least
part of the puzzle of the painting let us take a look at
the way in which the initial plot scheme from Balzac’s
story has been transposed into the film. Let us see to
what sort of transformations a literary discourse about
painting literary has been subjected.

3.
Rivette shifted Balzac’s story into contemporary
times (the early 1990s) but the basic outline of the
plot remains unchanged. A renowned painter, Ed­
ouard Frenhofer, leads a prosperous life together
345

with his family in a country residence in the south of
France. This is retirement of sorts, life after life, since
he has not created anything of importance for quite
some time with the exception of several insignificant
self-portraits. He had abandoned painting ten years
earlier, not completing (being unable to complete? not
wishing to complete?) a painting to which his wife, Liz,
posed. On a certain hot summer day there arrives at
his home a young painter, Nicholas, brought over by a
popular art dealer Balthazar Probus, together with the
artist’s girlfriend, Marianne. Nicholas is delighted with
the opportunity to make the acquaintance of the mas­
ter whom he had admired for long. Nonetheless, he
will not become the prime participant of a discussion
about art. Frenhofer is enchanted with the beauty of
the girl, not merely her external features but also some
sort of an undefined force that she radiates. Faced
with a proposal formulated by the dealer, who men­
tions that this is an exceptional chance to complete
the painting, Nicholas agrees in her name, without
asking Marianne about her opinion. He is obviously
extremely proud that his girl will become Frenhofer’s
new muse. In other words, that he too will play a part,
however slight, in the future masterpiece. Frenhofer
agrees to the terms of this curious transaction. Hav­
ing found out about the agreement the girl becomes
upset and realises that art means more for her part­
ner than she does. Ultimately, however, she agrees to
pose. The old project is revived and there is a chance
that La Belle Noiseuse will be completed. The out­
standing painter initiates his work and the old artist
and the young model spend the next few days alone
in the solitude of the atelier. Day after day and hour
after hour they share physical torment, with Frenhofer
attempting to realise the impossible. After two days
of posing Nicholas demonstrates signs of impatience
and (after all!) jealousy; Liz too becomes anxious. But
matters had already gone too far and the players are
no longer performing their parts but obviously have
started acting according to supra-individual rules. All
the main protagonists are outfitted with a certain curi­
ous ambiguity, gradually revealing the originally con­
cealed aspects of their personalities. Only Probus, the
art expert and influential dealer, appears in the role of
an unambiguous villain; at the same time, everything
seems to suggest that he is Liz’s former lover. It is he
who commissioned Frenho to complete the painting
and who will enjoy priority in purchasing it. For him
the value of the canvas is measured with figures. It
has a price also for the remaining dramatis personae but
paid in perhaps a less measurable but certainly more
painful currency: that of real life.
Let it be said straight away: Rivette’s film is differ­
ent from Balzac’s story but it is also partly about some­
thing else. While stressing this dissimilarity I do not
have in mind that the film treats literary matter in an­

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E IN C O N N U . BALZAC AND RIVETTE

other way or that it introduces solutions missing in the
text. I rather emphasize the radical divergence of both
media because it is exactly that feature, which proves
to be essential for the basic configuration of mean­
ings. That, which in the case of Balzac is only talked
about (although his vocabulary possesses a creative
force and affects the imagination extremely strongly)
in Rivette’s film is shown. In Balzac’s novel we read
about the paintings and in Rivette’s film we actually
see them (although not the most important canvas).
More: the film offers us an opportunity to watch the
painter working. As has been stressed upon numer­
ous occasions, no other film about a painter’s life, with
painting as a theme, had ever placed such strong em­
phasis on the process of painting as such and its purely
physical aspect. La Belle Noiseuse is possibly, first and
foremost, not so much a film treatise about the essence
of painting as about laborious, unattractive work brim­
ming with errors and numerous stumbles and aimed at
the ultimate achievement of an artistic effect, i.e. it
deals with that, which in the technical vocabulary of
aesthetics is known as the “creative process”. There is
less of the “metaphysics” of painting and much more
of its “physics”. Sketches, preliminary work, changes,
repetitions, retouching and then everything once
again, from the beginning. This is what successive
stages of the origin of a painting look like. The direc­
tor’s extraordinary accomplishment consists of bring­
ing the spectator close to all those operations by con­
centrating attention on the very process of painting:
multiple close-ups of a hand drawing lines on paper,
placing colour on canvas, extracting the first shape
out of nothing. We closely observe the painter’s hand
(in this “part” the hand of the artist Bernard Dolour,
who lent it to Michel Piccoli in the scenes of sketch­
ing and painting) using a pencil, a piece of charcoal, a
feather, and a paintbrush. The plot takes place in com­
plete silence, additionally enhanced (yes!) by sounds
coming from the background, the sort of acoustic ef­
fects usually not heard in a film: the scratching of a
feather on paper, the rustle of a pencil, the sound of a
piece of paper being folded or cardboard being pinned
on a board, etc. The sketching scenes and the initial
studies of the figure are shown in almost real time and
take up practically half of the film. Long takes, few
cuts, slow motion, lengthy silence. No music wad­
ding the scenes. An image of the intimate activity of
creation. A true non-action movie. All this produces
the impression of participating in the emergence of a
painting. Gradually, step-by-step, the viewer becomes
drawn into the game. In the course of the four-hours
long - and in places outright hypnotic - spectacle
(and here the word is not misused since the film is
clearly and, I believe, intentionally theatralised) we
take part in the birth of an artwork. The exhaustion of
the spectator watching La Belle Noiseuse appears to be
346

only slightly lesser than that of the actors participating
in the undertaking. Observing for countless minutes a
hand drawing a line on paper we are just as irritated
as fascinated! But such is the intentional strategy de­
ployed by Rivette and maintained to the very end.
The act of painting, on par with preceding labori­
ous portrait studies, is shown as a genuine cognitive
process. Here, painting is not by any means a domain
of aesthetic pleasure but a distinctly cognitive activ­
ity. Marianne takes off her bathrobe and stands naked
in front of the painter. Much time will pass before he
finds that one pose that reveals her concealed interior
(afterwards, the girl tries to assist him in this task). He
treats his model in the same manner as a sculptor ap­
proaching clay: no sentiments, only the wish to grant a
suitable shape. Bending and almost breaking the girl’s
limbs Frenhofer helps her to find a pose that will be
more than mere sophisticated corporeal decoration.
The goal is to discover a pose that will freeze in the
function of expression. These activities at time resem­
ble acts of refined sadism. The arrangement of a body
in unusual shapes unambiguously brings to mind tor­
ture. The painter clearly hurts the girl but she, initially
resisting, assumes the complicated poses, including
those that result in physical and psychic exhaustion.
All those inconveniences and physical struggles pos­
sess, however, a clearly delineated objective. Frenho
expresses this unmistakably, turning to his model:
I’U break you to pieces... get you out of your carcass.16
It would be difficult to express more lucidly the con­
viction that the truth about man does not lie on the
surface nor is it contained within that, which is seen
directly or better still: visible. On the contrary: it is
ex definitione hidden and constitutes the reality, which
it is necessary to disclose. The target is not accom­
plished by just undressing a person; no “naked truth”
will emerge in this fashion. Evidently, this is not the
point: here, nudity is not a synonym of truth, because
clothes are not a simple form of concealment. After
all, long-term contact with the model’s nudity (both
in the case of the painter and the spectator) demon­
strates just how easily nakedness becomes a form of
clothes. It is necessary to struggle for the sake of the
truth by resorting to all available artistic methods.
More: at this stage there is no mention of art or paint­
ing of any sort. The reason for this state of things lies
in the fact that for the time being it is necessary to
make certain cognitively fundamental discoveries so
that the very process of painting a nude would have
any meaning at all!
The truth about the portrayed person is not re­
vealed by a certain extraordinary fragment, because it
discloses itself within the phenomenon of the w h o l
e: The whole body, not just some pieces... I want more. I
want everything. The blood, the fire, the ice... AII that’s
inside your body. I’II take it all. I’II get it out of you and

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E IN C O N N U . BALZAC AND RIVETTE

put it into this frame. Here! In this blank. Like that. I’U
get to know what’s inside under your thin surface... I want
the invisible. No, it’s not that! I want... It’s not me who
wants... It’s the line... the stroke.... Nobody knows what a
stroke is. And I’m after it. Where am I going? To the sky?
Why not? Why wouldn’t a stroke burst the sky?
The painterly glance is not concerned with merely
sliding on the surface. Nor does it focus on nudity or
the bodily sheath as such. The target is total decom­
position (naturally: formal) of the perceived body and
its re-arrangement, but already in a different order: No
more breasts, no more stomach, no more thighs, no more
buttocks! Whirlwinds! Galaxies, the ebb and the flow...
Black holes! The original hubbub, have you never heard
of it? That’s what I always wanted from you. I’m going to
crumble you, you’re going to break up. We’II see what’s
left of you when you forget everything. Don’t worry, you’II
get it back if you still want it. It is necessary, therefore,
to cast aside the haphazard and the unnecessary and
to leave only the essential form. It is requisite to break
through the shell of appearance, that static illusion,
which is the outcome of the habitual glance so as to
discover the “centre” pulsating with life. Next - and
this is the most difficult stage - to find suitable instru­
ments in order to insert this stereoscope depth into
the two dimensions of the flat canvas.
The whole time the painter’s thought is organized
by the opposition: surface and interior, outside and in­
side. In his eyes, truth is on the side of that, which is
not given directly, i.e. the “interior” and “depth”. The
surface lies. Consequently, if the painting is to possess
a cognitive asset then the painter’s glance is to, first of
all, resemble a detector and should be akin to an X-ray
(I want the invisible). It is precisely this sort of sensitive
perception that has a chance to extract from a static
configuration its inherent potential, pulse, dynamic,
emotions, in a word: life. Only then that, which is
seen can be transposed into a differed dimension and
render painted reality. Another noteworthy com­
ment made by Frenhofer maintains that the painter
controls the created work only to a certain degree. He
intentionally produces a certain composition but at a
given moment it starts to heed its own logic. Frenhofer
probably had in mind the form created by the painter,
which at a certain moment assumes strange autonomy
and emanates some sort of an unclear but nonethe­
less absolutely real creative imperative. Not only is it
impossible to oppose it, but, on the contrary, it is man­
datory to succumb to this inner necessity. This is pre­
cisely the above-mentioned “entity”, which definitely
is not a simple sum of parts but a subtle quality built
as if above them.
A t an extremely interesting moment Frenhofer in
an act of self-reflection reveals to Marianne the reason
why years earlier he embarked upon a nude portrait of
Liz: Anyway, at first I wanted her, before wanting to paint
347

her. This primeval impulse, which forces to paint, is
known as desire. It was desire with its erotic sources
that compelled him to render immobile a loved person
in a painting, to keep her depiction for himself. We
shall return to this essential motif, closely connected
with Balzac’s story. The same fragment of the artist’s
statement contains also a record of creative fever, a
strongly metamorphosed but nonetheless credible
description of work on a painting: For the first time,
I was scared. The fear became the driving force behind
what I did. A change of speed, like a whirlwind. I became
blind. A tactile painting. As if it were my fingers that saw
and commanded themselves. That’s what I’m looking for.
That’s what I want. Yes, that’s it! It was then, maybe that
I became a real painter. The usually restrained Frenho
speaks with open and unconcealed fascination and
the described moments appear to bring not only crea­
tive fulfilment. More: he recalls those moments of the
grace of seeing (how else should we call them?) and
the gift of an intuitive certitude of painting with direct
jealousy and hope that perhaps now he will be able
to repeat them. He is right - something of the former
outburst appears to reappear in his work with Mari­
anne. The totally exhausted artist and model conduct
a dialogue:
M: You’re rotten..
F: I want nothing, I told you. It’s the painting... You
and I, we’re just involved. It’s going to be a whirlwind,
a cataract, a maelstrom... Faster, faster. Until you see
nothing, feel nothing. Your ears aren’t buzzing?
M: I’ve no more ears, I can’t feel my body.
F: Very well, neither can I. That’s almost it... almost.
The afore-mentioned artificiality or theatrical
character of those phrases does not eject the impres­
sion that the heart of the matter concerns something
truly essential. First, let us mention the importance in
the creative process of a thread linking the painter and
the model. This observation would have been simply
trivial if it were not supplemented by a remark about
a mysterious, undefined “third element”: that of the
overwhelming reality in which they both participate,
because apparently it is that reality, which bestows im­
portance and meaning to painting. The cited dialogue
is aware of the fact that the artist is not the only per­
son responsible for the ultimate shape of the painting.
It says all too vividly that in the course of purifying the
vision transpiring on the canvas something happens
to the depiction that evades all control. It seems that
the painting takes over all initiative and that the artist
can at best adapt himself to the trend of the solutions
proposed by the canvas.
The painter-model configuration is a natural and
outright exemplary variant of the relation of power
and subjugation. Seemingly, in this configuration the

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E IN C O N N U . BALZAC AND RIVETTE

model is from the onset in a lost position. The gaze
of the painter (and the man!) is a look “from above”
and subjectivizes. Marianne says angrily to Frenhofer:
Stop pretending. As a cat in front of a bird. But she does
not give up so easily. During the exhausting scenes of
posing the two are engaged in curious psychomachy, a
struggle for domination whose objective is the taming
of the shrew. The very act of painting has something
of an appropriation of the painted object. From the
very beginning this is perfectly understood by Liz, the
most important of the Frenhofer models. She warns
Marianne, but the latter ignores her words. After a
while, Nicholas becomes aware of the ambiguous pro­
cedure. His jealousy is devoid of fear about eventual
sexual exploitation but is based on rather apt intui­
tion that by painting Marianne, Frenhofer is taking
her from him in a much profounder sense of the word.
He is seizing all of her, and this means not only her
cosmically magnificent body but also that, which it
conceals: her spiritual interior. In other words: eve­
rything, her whole heretofore life together with all its
moments. How is this feasible? In one of the conver­
sations Liz cites a certain commonly held conviction,
namely, that at the moment of drowning a person sees
a film of his whole life:
Is it really possible to capture a whole life... on the
canvas of a painting? Just like t h a t . with a few traces
of paint?
It seems unbelievable. but actually this is what Frenhofer was searching for.
You mean this is something shameless?
Yes, that’s i t . shameless.
It’s not the flesh that’s shameless, it’s not the nu­
d i t y . It’s something else.
Frenhofer’s comprehension of painting envisages
depriving the model of all her outer layers in a quest
for those deepest concealed particles, reaching the
lowest strata of intimacy, i.e. shamelessness. It would
be difficult to find a better formulation of the thought
that painting, in its innermost core, fulfils such a de­
nuding, revelatory function. This is why Liz says that
it would be best if Marianne did not see the completed
work: Frenhofer won’t protect her.
It is symptomatic that both when we read Balzac’s
story and while watching Rivette’s film we focus con­
stantly on the convoluted relations between art and
life. One of the most important questions asks why did
Frenhofer resign from further work on La Belle Noiseuse with Liz as the model. We have at our disposal
two replies:
Painter: Why didn’t I continue? I’d have died of it. Or
else, she would have.
Model: First he wanted to paint me because he loved
me, and then because he loved me. He didn’t want to paint
me. It was me or painting, that’s what he said.

If the first statement is understood only in catego­
ries of physical destruction then I find the second more
interesting. It clearly says that there exists a disjunc­
tion between art and life, a permanent tension. To
devote oneself wholly to art, to execute a portrait of
one’s beloved means burying the object of one’s admi­
ration and passion. There is always a price to be paid.
In the case of such a solution that, which we gain in
art we lose in life. In the case of the opposite solution
we shall lose as artists but turn out to be winners in
life. Both those objectives - if I understood the parable
correctly - cannot be implemented simultaneously.
Aware of this, Frenhofer ceased painting because he
feared that he would lose Liz once and for all.
But had he not actually lost her? The facts are
harsh. From the moment when he agreed that Mari­
anne should pose for the once abandoned painting Frenhofer lives in the orbit of two women. Once again
let us stress: this is not erotic rivalry. That would be
too simple. The issue at stake is art and thus life. Is
this so difficult to understand? Here is a fragment of a
dialogue conducted by Marianne and Frenhofer:
M: Why did you abandon it?
F: Abandon what?
M: The old painting with Liz.
F: Why are you so interested? Liz is not you.
M: But it’s that one... It’s that painting you wanted to
start again.
F: You can never start again....
M: Why me? It was Liz then...? What are you using me
for? It’s not me you wanted to paint, you said.
F: It’s you and it isn’t you. It’s more than you. More
of you than you can imagine. If the painting’s true it will
be you.
M: I don’t get it.
F: Neither do I. AII the better!

348

This truly enigmatic exchange of opinions offers
no clear-cut conclusions. Frenhofer seems to be some­
what evading an answer, although admittedly the very
topic of the reflections makes it extremely difficult to
propose concrete conceits. The problem remains: who
will appear in the newly painted composition? Liz or
Marianne? Or perhaps a third model, a hybrid of the
two? What role does the young model play: is she the
real subject of the composition or only an objective
source of inspiration? Is it possible to replace the al­
ready depicted woman together with her characteris­
tic traits and unique face by another body and face?
And can that substitution of one woman by another
be cognitively and ethically innocent? An angry con­
versation held by Liz and Frenhofer sheds some light
on the question:
L: But tell me something... Since when for one work
in progress you have to destroy another one? An old one,

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E IN C O N N U . BALZAC AND RIVETTE

O.K., abandoned, O.K., but there was my face there and
I liked it. You had to wipe me out.
F: It’s not you I wiped out.
L: What’s the word for it? You replaced me, yes. You
put some buttocks in place of my face...
F: I couldn’t do it differently. I can’t go on with the
work if I keep recollections, regrets... I just had to do it.
And believe it or not, it wasn’t easy for me.
Earlier, Liz warned Marianne not to allow her face
to be portrayed. Now we know why. She fears not only
that the painting will deprive her of a part of her life
but also expresses anxiety about a potential substitute.
In the incomplete version of the painting Liz’s face has
been painted over and next to it the artist situated the
body of Marianne seen from the back. A t this particu­
lar moment relations between art and life, painting
and existence are on knife’s edge. Frenhofer does not
perceive his gesture as something extraordinary and
believes that by eradicating Liz from the painting he
has merely opened space for a new world. By separat­
ing life from art he is certain that he has performed
solely a gesture belonging to the domain of painting,
while she, a believer in the permeability of the depic­
tion and the person, is firmly convinced that by re­
moving her from the painting he has also banished her
from life. That he had betrayed their shared life for the
sake of art. This muddle is symptomatic. Liz is clearly
heartbroken by what she has seen. In a brief conver­
sation with her husband she declares that she is no
longer expecting anything and that her life has come
to an end. She adds that when she saw him sleeping in
the studio she thought that he had died, and she to­
gether with him. A t night, she enters the studio and in
silence looks at the finished painting. A moment later
she picks up a paintbrush from the table and on the
reverse of the canvas, on the wooden frame stretching
it, she adds next to the inscription: “F. 90” her own si­
lent commentary: a black cross. A s if she were making
it known that at the very movement when Frenhofer
was capable of reanimating the painting he died in her
eyes. The artist might have risen from the dead but he
passed away as a person closest to her.
But what did Frenhofer actually paint? What was
the appearance of the canvas for which the protago­
nists of the story and we, the viewers, waited so long?
We shall never find out and we learn about the canvas
only from the reactions of those looking at it. Mari­
anne gazes for long, attentively, and then suddenly
runs out of the atelier. We already know Liz’s reac­
tion. The young daughter of a house servant, whom
Frenhofer treats as his confidante, also examines the
canvas but her reaction (What you’ve done is beauti­
ful!) does not explain everything. Much seems to in­
dicate that the artist succeeded and finally executed a
masterpiece. But apart from the mentioned persons no
349

one will ever see it. Having covered the painting with
green fabric (a discreet allusion to Balzac17) he will
wall it up in a niche in the studio. In its place Frenho
executes a different work, subsequently sold to the
dealer totally unaware of the exchange. Why was the
canvas concealed from the eyes of strangers? Just as
in the commentary on Balzac let us interrupt our tale
of Rivette’s film at this exciting point and once again
return to the text in order to examine the mystery of
the masterpiece, but now from the double literary-film
perspective.

4.
Recall: in Balzac’s story the outcome was a shock­
ing qui pro quo brimming with consequences. First,
Frenhofer for a long time did not permit anyone to
come close to his La Belle Noiseuse. Later, having com­
pleted the transaction (body for body) he placed the
painters in front of the, in his opinion, finished mas­
terpiece but they reacted with surprise and negligence,
maintaining that they did not see anything apart from
chaos. Let us deliberate once again. What is painting
for Frenhofer? Clearly, he is a supporter of a sui generis
magical vision. His whole slightly insane project is
clearly a continuation of the myth of Pygmalion.18 Just
as the Greek sculptor wished to animate a girl carved
in stone (and partly succeeded) so he too, with the aid
of illusionistic tricks and technical secrets of rendering
three-dimensional effects on canvas (I have succeeded
in reproducing Nature’s roundness and relief on the flat
surface of the canvas), attempted to force the painted
body to live. Showing his Catherine to fellow paint­
ers Frenhofer obviously mixed up assorted orders. He
clearly reminded them that they were standing in the
presence of a woman and not a painting. Meanwhile,
his colleagues appear to have turned this directive
around and perceive only the surface of a canvas cov­
ered with tangled lines.
Today, this confusion of levels appears to be unac­
ceptable. Nonetheless, the question it conveys is rea­
sonable. If a painting is unable to realise its promise
of expressing what is real, if it is incapable of bring­
ing the lifeless to life, then this means that painters
do not possess the sort of power that they ascribe to
themselves. What is the sense, therefore, of the proc­
ess of painting if the only thing that we may hope for
is looking at a flat lifeless canvas. It is precisely be­
coming aware of this painful impotence that, as Danto
suggested, was the reason why Frenhofer burned his
works and then died .19 He was unable to achieve a
transformation of a painted woman into a living per­
son. His observant colleagues made him aware of this
frustrating circumstance. A truly thought-provoking
act, never explained in the story. His failure also ex­
plains the reason why at a certain moment Catherine
Lascaux ceased being his model. Danto wrote that

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D 'O E U V R E I N C o N N u . BALZAC AND RIVETTE

she died and the sole way of resurrecting her was via
painting. Frenhofer was incapable of finishing his work
because he was unable to bring her back to life. He
perceived his achievements as a different sort of fail­
ure than the one noticed by Poussin and Probus. After
some reflection, it could be suggested that Frenhofer’s
defeat was unavoidable due to the inner limitations of
realism ;20 this was the period when modernism was on
the verge of debuting. One simply has to note that the
wall of paint intermixed with lines and a realistic frag­
ment of a woman’s foot was the first truly modernistic
work of art !21
Danto supported the thesis that despite the failure
of the painter deduced from reading Balzac La Belle
Noiseuse can be regarded as a masterpiece. But how
are we to understand the expression that it was “un­
known”? Naturally, in 1612 it could have not been
recognised as a modernistic masterpiece for obvious
reasons. The very term did not exist and modernism
was a question of the future. In what sense was it “un­
known”? The reason lies in the fact that only a few
could understand anything of what they managed to
see. Within the context of the Balzac novel an un­
known masterpiece is “unrecognised” and thus did not
match the aesthetic paradigm of the epoch. Its bold­
ness preceded the historical moment of its origin. Its
time was yet to come. Even such excellent painters as
Probus and Poussin were incapable of comprehending
this since the Frenhofer masterpiece exceeded their
cognitive habits and that to which they were accus­
tomed. They were simply unprepared to accept the
work.22 It seems that the great Frenho himself experi­
enced difficulties in understanding that, which he had
executed. Within the context of his concept of paint­
ing as theurgical art his canvas must have appeared as
a serious mistake.
In the case of Rivette such drastic misunderstand­
ings or artistic disappointments do not take place. The
deluge is already behind us. No one, apparently, an­
ticipates any longer, while fearing being charged with
insanity, that a painting can suddenly come alive and
no one mistakes the depicted image for the portrayed
person. Nonetheless, the reality of the painting, and
quite possibly the portrait in particular, still remains
mysterious. We saw how Frenhofer also tried to steal
the model’s secret of her concealed intensity and to
transfer this knowledge onto the canvas. This time,
however, the issue does not pertain to the actual ef­
fects of such a gesture and remains totally in the do­
main of painterly form .23 Does such a comprehension
of the painting make it impossible, at least to a limited
extent, to speak about “truth in painting ”?24 Is this the
sort of truth that would not be conceived as simple
(and indestructible) adequacy between the object and
its depiction but would be located upon a level more
subtle than mimesis? Why did Marianne flee in despair
350

from Frenhofer’s canvas? Because she saw herself! Not
the mirror reflection that she was so familiar with. She
perceived in the canvas some sort of an extremely
real, previously unknown, hidden (from others and
herself) particle. Reviewing the painting, she said: A
thing which was cold and dry. It was me, and became
afraid of the truth of such re-identification. Why did
Frenhofer wall up his painting, thus echoing the ges­
ture of his namesake from Balzac’s story? In this case,
the reasons were certainly quite different from those of
the protagonist of Le Chef-d’oeuvre inconnu. It is quite
possible that he had finally understood that he had
committed a seriously inappropriate deed and noticed
that the truth of the painting is much too cruel for
the portrayed model. Or, well aware of the extent to
which the canvas exceeds the aesthetic conventions
of its epoch, he walled it up until the suitable moment
would come when it would become possible to fully
appreciate its artistry. More, he compared the painting
to a child who needs time to grow up. To the public he
leaves a conventional, smooth nude, keeping the re­
viewers convinced that this is his utmost attainment.
Quite possibly these are not the only answers to the
earlier posed questions. Rivette’s greatness consists of
the fact that he does not explain this, after all, most
important puzzle to the very end.
Within this context it is just as important that on
a certain interpretation level La Belle Noiseuse appears
to be not only a film about a painting but also about
the nature of the film medium. It can be easily deci­
phered as a self-thematic work, a study on the poten­
tial of film searching for the “truth” of reality; does
film, inevitably “visible”, render indelible only physical
appearance and touch the phenomenal stratum or can
it penetrate the skin of the visible? Hence the intend­
ed and controlled formal asceticism of Rivette’s work
as well as the fact that it is deprived of all aesthetic
beauty and narrating tricks emulating “real life”. The
formal severity and theatralisation of the message
make it possible not only to take a close look at the
Frenhofer painting but also at its nature within whose
framework it appears. Balzac and Rivette produced
two totally different masterpieces about the creation of
a masterpiece. Everything has still not been said. After
all, their nature means that they have much more to
tell us than we are capable to say about them.
Endnotes
1 The first version of the novel appeared in 1831 in the
periodical “l’Artiste” (two parts in two successive issues)
under the title: Maitre Frenhofer, and in the same year it
was issued once again with slight changes and under a
different title: Catherine Lescaut, conte phantastique.
After successive retouching it was published in 1837 in
vol. XVII of the collection: Études philosophiques as: Le
Chef-d’suvre inconnu, and in 1846 it was included into
La Comédie humaine.

�D ariusz C z aja • L E C H E F -D ’O E U V R E IN C O N N U . BALZAC AND RIVETTE

2

3

4

5

6

7

8

9

10
11

12
13

14
15
16

Balzac's excellent familiarity with painting was noticed
by the critics who indicated a number of possible sources
of his knowledge, mentioning such names as Gautier
and in particular Delacroix, cf. M. Gilman, Balzac and
Diderot: Le Chef-d’suvre inconnu, “PMLA”, no. 4, vol. 65:
1950, p. 644.
D. Ashton, A Fable of Modern Art, University of
California Press, Berkley 1991, p. 10. For relations
between the depiction of nudity in Balzac's story and the
problems experienced by Cézanne in connection with
his Grandes Baigneuses see: J. Kear, “Frenhofer, cest moi”:
Cezanne’s Nudes and Balzac’s Le Chef-d'śuvre inconnu,
“Cambridge Quarterly”, no. 35(4):2006, pp. 345-60.
Balthus, à contre-courant - entretiens avec Constanzo
Constantini, transl. J.M. Kłoczowski, Warszawa 2004, p.
146. On the margin, he also recalled withn this context
the name of Nicholas Poussin, his master (who in
Balzac's fictional narration plays the role of a talented
student) and characterised his painting. Upon this occa­
sion he also mentionsed that it was Poussin who inspired
the “magnificent story” by Balzac. Just like Poussin,
Frenhofer sought in art the absolute that should be the
goal of every genuine painter.
Lovers of round numbers drew attention to the fact that
this took place a hundred years after the publication of
Chef-d''suvre inconnu.
Apart from the writings used in this text cf., i.a. J.-L.
Bouget, Balzac et le pictural, “The Romantic Reviev”, no.
11: 1973, pp. 286-295, E. Gans, Balzac’s Unknowable
Masterpiece and the Limits of the Classical Esthetic,
“MLN”, no. 90 (4):1975, pp. 504-16, H. Shillony, En
marge du Chef-d'śuvre inconnu: Frenhofer, Appelle et
David , “LAnnée balzacienne”, no. 3: 1982, pp. 288-90,
A. Goetz, Frenhofer et les maîtres d’autrefois , “LAnnée
balzacienne”, no. 15: 1994, pp. 69-89.
D. Knight, From Painting to Sculpture: Balzac, Pygmalion
and the Secret of Relief in Sarrasine and The Unknown
Masterpiece, “Paragraph”, no. 1, vol. 27: 2004, p. 79.
Evidently, this remark did not stop the author from wri­
ting yet another analytical sketch about Balzac.
La Belle Noiseuse, directed by J. Rivette, screenplay by P
Bonitzer, Ch. Laurent, music I.Stravinsky, cast: Michel
Piccoli, Emanuelle Beart, Jane Birkin, Marianne
Denicourt et al., 1991.
The Unknown Masterpiece by Honore Balzac, introduc­
tion by: Arthur C. Danto, translated from the French by
Richard Howard, “New York Review of Books”, 31
August 2000.
Ibid., p. 8.
G. Didi-Huberman drew attention that already the
mysterious surname of Balzac's protagonist is connected
with visibility. In addition, it resembles that of the
German optician Joseph von Fraunhofer, the inventor of
the spectroscope, who died only a few years before Le
chef-d’oeuvre inconnu was written; cf. G. Didi-Huberman,
La peinture incarnée, Les Editions de Minuit, Paris 1985,
p. 35.
H. de Balzac, Nieznane arcydzieło, transl. J. Rogoziński,
Warszawa 1951, p. 13.
H. de Balzac, Le chef-d’oeuvre inconnu, p. 154; I cite the
text of Balzac's novel published as an appendix to G.
Didi-Huberman's La peinture incarnée.
Ibid.
Danto, op. cit., p. 18.
Cited film lines.
351

17 While Gillette’s words sounded in Poussin’s ears, Frenhofer
drew a green serge covering over his Catherine... (in the
original: une serge verte).
18 Cf. Knight, op. cit., p. 89. G. Didi-Huberman expands
also another mythical track indicated in the text:
Frenhofer-Orpheus sets off to the “infero of painting”
following his Eurydice, femme irreprochable; G. DidiHuberman, op.cit., pp. 66-67.
19 Danto, op. cit., p. 23.
20 In turn, G. Didi-Huberman maintained that Frenhofer's
failure was that of the model of painting based on imita­
tion: Confronting Images: Questioning the Ends of a
Certain History of Art, transl. J.C. Goodman, Penn State
Press, State College, 2004, p. 234.
21 Ibid.
22 Danto, op. cit., p. 25.
23 I propose a general understanding of the conceot of the
form as in the interpretation of its contents by Wiesław
Juszczak; cf. W Juszczak, Zasłona w rajskie ptaki, albo o
granicach „okresu powieści”, Warszawa 1981, pp. 49-55.
24 I intentionally mention the title of the study by Jacques
Derrida, while resigning (due to insufficient space) from
even the slightest attempts at referring to its theses: cf.
J. Derrida, Prawda w malarstwie, transl. M. Kwietniewska,
Gdańsk 2003.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10801" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10779">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/69a69b5ef5162e769969ca157f1d6e00.pdf</src>
        <authentication>71efd905a117771ec47aa18aaa1ae824</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128744">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6565</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128745">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128746">
                <text>2014</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128747">
                <text>anthropology of film</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128748">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:6136</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128749">
                <text>Why Is It the Way it Is? / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2014 Special Issue</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128750">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2014 Special Issue</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128751">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128752">
                <text>ang</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128753">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128754">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128755">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="128756">
                <text>ust a minute! Can everything be mathematised?
Does there exist in the world something that could
not become the object of mathematical theory?1

J

A math movie?
Just a single letter “n” -probably the shortest ti­
tle in the history of the cinema. A t the same time,
rather perverse and ambiguous: we know that apart
from being a particle of one of the natural languages
this letter from the Greek alphabet is also a cryptonym
of a certain number significant in mathematics. Basi­
cally, therefore, the title-letter proves to be actually
a title-number. In addition, it is a strange and mys­
terious number. That last circumstance could prove
to be even more curious. We remember from elemen­
tary school mathematics that n describes the ratio of a
circle’s circumference to its diameter, is constant, and
- in an approximation needed for the purpose of cal­
culations - totals 3,14. What is so extraordinary about
this? For those whose mathematical knowledge does
not exceed the elementary level (and be honest - that
means for the majority of us) the answer is: probably
nothing.
For mathematicians, however, n, once also known
as the Ludolphian number,2 does not cease being puz­
zling and disturbing, and remains a challenge for the
inquisitive analytical mind. It turns out that its expan­
sion after the comma is not a recurring decimal; in
other words, no constant regularities can be observed
in its course. Although it pertains to definite objects
the number n is indefinite. It is also irrational. Despite
the fact that with the assistance of the computer bil­
lions of numbers after the decimal comma have al­
ready been identified,3 a complete and finitely closed
sequence is still missing. So far, everything seems to
indicate that it is uncountable. The sequence of num­
bers after the decimal comma is infinitely open: writ­
ing down all those numbers would take up an eterni­
ty.4 Putting it succinctly: due to its very essence n aims
at infinity.
For science n does not cease being an enigma. A l­
though it appears to be a purely human construct it
is regarded as a number from beyond human order.
The biologist Darryl Rainey drew attention to the
amazing affiliation between mythological imagery and
mathematical intuition indicating the relations of the
circle as a basic figure in the mythologies of assorted
cultures and the mysterious value of n. The number
3,1415926... is infinite, and in mathematics consti­
tutes the so-called value n, the ratio of a circle’s cir­
cumference to its diameter. Looking at a circle we see
one of the most constant values in mathematics. We
may ask whether it is an accident that the circle is a
symbol regarded in the myths of numerous cultures as
the most magnificent and impeccable. Carl Jung was
of the opinion that the mandala (Sanskrit for circle,
303

DARIUSZ

CZAJA

Cipher and Epiphany.
Several Remarks on n

hence the motifs containing this scheme) is the most
important religious symbol of mankind. Whenever the
inner eye looks at a circle, e.g. a mandala, and gains
the impression of perfection, then it sees the infinite
number 3,1415926..., albeit from another level. It is
quite possible that we correctly describe such numbers
as transcendental.5 Therefore, n contains the idea of
perfection and completeness and carries the promise of
transcending beyond the finite, temporal dimension.
Within the context of such statements it becomes less
surprising that scholars decided to establish contact
with extra-human intelligence, and in the hope of
coming across a non-terrestrial civilisation transmit
into space numbers of the decimal expansion of n.6 A p­
parently, n evades simple assignments and is situated
somewhere along the border between “hard” science
and quests that we are in the habit of describing as
“paranormal”. From the cultural point of view its pres­
ence in both domains is important. There can be no
doubt that our ordinary schoolroom: “three/fourteen
hundred and sixteen” possesses a secret profoundness
and an almost hypnotically powerful impact.
Regardless, therefore, of its purely mathemati­
cal parameters the number n has attained a certain
autonomous value in contemporary symbolic space.
The same thing happened to it as to Einstein’s famous
equation: E = mc2, whose mythological value was bril­
liantly disclosed by Roland Barthes. Both the brain of
the creative physicist and his immortal product were
rapidly inserted in the old esoteric image of science.
The equation gained the status of a magic spell open­
ing the door to the Sesame of wisdom: There is a single
secret to the world, and the secret is held in one word; the
universe is a safe of which humanity seeks the combina­
tion: Einstein almost found it, this is the myth of Einstein.
In it, we find all the Gnostic themes: the unity of nature,
the ideal possibility of a fundamental reduction of world,
the unfastening power of the world, the age-old struggle be­
tween a secret and an utterance, the idea that total knowl­
edge can only be discovered all at once, like a lock which
suddenly opens after a thousand unsuccessful attempts.

�D ariusz C zaja • CIPHER AND EPIPHANY. SEVERAL REMARKS ON

The historic equation E =m c2 by its unexpected simplicity,
almost embodies the pure idea of the key - bare linear,
made of one metal, opening with a wholly magical ease a
door which had resisted the desperate efforts of centuries .7
Somewhat similarly to Einstein’s equation the mysteri­
ous and unsolvable n functions at present as a sign of
something more than a purely digital characteristic. It
offers a tempting promise of breaking the code of “vis­
ible and invisible things” and of solving the mystery
of existence. This key seems to be even simpler and
less sophisticated than Einstein’s equation: it suffices
to merely discover certain regularity in the decimal ex­
pansion of n and we shall attain the threshold of the
secret. The cultural significance of “3,14” bypasses the
whole complication and finesse of mathematical cal­
culations and has been as if added “above” the number
itself. Unclear and puzzling, surrounded with a certain
emotional aura, it became one of the recognisable
numbers of contemporary anthology. In one of his
interviews Darren Aronofsky admitted: n has always
fascinated me as a number. It’s a really wild concept.8 His
film consciously refers to numerical mythology.
A t the very onset let us exclude a certain misun­
derstanding that could emerge in the course of watch­
ing the film. Despite distinct cognitive ambitions and
certain necessarily abbreviated references to numbers
and mathematical searches this is no “math film”, as
film critics sometimes describe it, that would aspire to
compete with mathematics taught at university. To
put it in plain terms: the film might be quite boring
and obvious for the average student of mathemat­
ics just as it could prove to be boring and obvious for
every person with an even average knowledge of the
secrets of Cabbalistic gematria. It is difficult to believe
that such persons would regard information about the
existence of the Fibonacci sequence or an elementary
presentation of the principles of gematric correspon­
dence as discoveries. One can, however, assume - and
this is not an excessively light-hearted premise - that
the percentage of mathematicians and Cabbalists in
each population is not very high and, consequently,
relatively low among the film audience. Aronofsky
certainly did not produce his film with them in mind.
The recipients are aptly described by the authors of
an excellent book on the construction of computa­
tional complexity: the majority of people with at least
elementary scientific training disclose an astonishing
belief in the power of mathematics, envisaged as a tool
that makes it possible to calculate the very essence of
reality. One and one are two regardless whether we
add ounces of flour or gunshots. The ratio of a circle’s
circumference to its diameter is a mathematical con­
stant and the magical number n (3,1315...). 9 The film
refers to precisely such a state of common conscious­
ness. It is not a presentation of mathematics intended
for mathematicians (just imagine such a plot!) but of
304

mathematics in a simplified dimension, a popular vi­
sion.
Aronofsky is perfectly well aware of the fact that
the presented level of mathematical knowledge is
rather unsophisticated: It’s pop math, really, everyone
bought Chaos, that chaos book that everyone got stuck
on the first three pages and then it became a doorstop or
something. That’s what the film is. It’s like the first three
pages of those cool math books.10 A brief and, of neces­
sity, superficial introduction to the world of numbers
and Cabalistic calculations - remember that the cin­
ema cannot stand lectures - is composed of merely
slogans, call signs of the problems announced in the
film. This is the beginning of a thread that we can fol­
low in order to reach the heart of the story. Aronofsky
does not resolve mathematical equations but uses an
analytical probe to examine the state of contemporary
awareness. That is his real theme.
The début film contains a distinctive stylistic sig­
nature. The rather simple story about an accomplished
Jewish mathematician is told brilliantly. Aronofsky in­
scribes serious reflections about the condition of con­
temporaneity into a rather trivial scheme of an ordi­
nary thriller. Nonetheless, he does so with enormous
virtuosity. The convention of a thriller is treated with
a certain distance and we are actually dealing more
with a pastiche. What sort of a thriller is this in which
a dubious Wall Street gang wishes to win the coop­
eration of a famous mathematician, and in which the
thrills are produced at best by his periodic migraines?
And yet the film adheres to the elementary determi­
nants of the genre. The selection of such a convention
and style of telling a story is, on the one hand, a film
homage paid to the cinema of genres and, on the other
hand, a vehicle that is only to tempt the spectator.
Aronofsky’s ascetic and formally disciplined film
builds an extremely evocative world of madness and
hallucination. Numerous cuts produce an impressive
and violent image capturing the senses and inten­
sively penetrating the mind. Maintained consistently
in a kaleidoscopic, uneven rhythm it matches ideally
the progressing insanity of a brilliant mind, a process
occurring right in front of us. The spectator is instant­
ly compelled to examine reality through the eyes of
a madman whose desperate and fragmented mind is
vividly visualised by the frames of the depicted world,
sometimes blurred and “upside down”. If this is expressionistic poetics, and numerous stylistic elements indi­
cate that this is the case, then it should be described
more accurately as “hysterical expressionism”.
This is a claustrophobic world, cramped and tightly
clamping the protagonist’s head in the manner of a
steel band. The black-and-white tape and the sound
track recalling indistinctly articulated industrial mur­
murs, clusters and sequences reinforce the impression of
alienness, the unreal quality of the portrayed reality.

�D ariusz C zaja • CIPHER AND EPIPHANY. SEVERAL REMARKS ON

New York in n is a space of alienation and fear. To­
tally different from the warm and nostalgic New York
in Allen’s Manhattan, it is filmed as a city-Moloch
without any of its emblematic buildings but with unat­
tractive streets and empty, suspicious looking subway
passages. In contrast to Auster’s Brooklyn Boogie with
a local community of residents sharing daily, mun­
dane problems we are shown a community devoid of
all bonds; each person lives on his own and for him­
self, each takes part in an isolated world of nomadic
beings. This is a gloomy, dark, and cold world. Or, in
reference to the film’s Cabbalistic motif, it is a world
of broken vessels, a distant echo of shevirat ha-kelim,
remote but maintaining a connection with its source.

All is number
Now, return to numbers, that astonishing cosmos
of beings with a curious ontology. on ly habit forces
us to seek knowledge about the nature of contempo­
raneity in books written by researchers specialising in
culture. After all, they too - whether they know it or
not - are in the grasp of a paradigm, which they try to
describe and analyse. Contrary to the meta-descrip­
tive character of science they do not succeed in per­
forming the Baron Munchhausen trick all that often.
Sometimes, intuition preceding the findings of those
who deal with culture professionally is preceded by lit­
erature. In Bohumil Hrabal’s excellent autobiographi­
cal essay the enthralling motif of the number appears
upon several occasions.11
Hrabal’s intuition reactivates daily reality but also
places it in another light. We live in a world composed
of numbers. Every day we move in space peopled with
numbers. The hypertrophy of numbers each step of
the way, almost everywhere, is so great that we almost
fail to notice this fact and accept it as “natural” and as
something that does not require reflection. Everything
is weighed, measured, counted, as if contemporary cul­
ture had written its (ill-bidding?) Mane, Tekel, Fares...
in all possible places and with multiplied effort.
What are these numbers? What is their nature?
What does it mean: “our epoch is expressed only in
numbers”? Had we, unconsciously, returned to old Py­
thagorean intuitions according to which the world is a
number and can be described and comprehended via
numerical relations?
The writings of Pythagoras of Samos are non-ex­
tant and their content is known only from secondary
sources. Therefore, recall the concise and apt charac­
teristic of Pythagorean ideas contained in Aristotle’s
Metaphysics: The so-called Pythagoreans, who were the
first to take up mathematics, not only advanced this study,
but also having been brought up in it they thought its prin­
ciples were the principles of all things. Since of these prin­
ciples numbers are by nature the first, and in numbers they
seemed to see many resemblances to the things that exist
305

and come into being-more than in fire and earth and water
(such and such a modification of numbers being justice,
another being soul and reason, another being opportunity
and similarly almost all other things being numerically
expressible); since, again, they saw that the modifications
and the ratios of the musical scales were expressible in
numbers; since, then, all other things seemed in their whole
nature to be modeled on numbers, and numbers seemed to
be the first things in the whole of nature, they supposed the
elements of numbers to be the elements of all things, and
the whole heaven to be a musical scale and a number. And
all the properties of numbers and scales which they could
show to agree with the attributes and parts and the whole
arrangement of the heavens, they collected and fitted into
their scheme; and if there was a gap anywhere, they readily
made additions so as to make their whole theory coherent
(I, 985 b and sqq.).
In other words, Pythagoras and his followers regard­
ed the number as sacred (to mention perfect numbers
or tetraktys) and as a tangible confirmation of the won­
der of the divine-human world. In the spirit of the two
halves of the Greek symbolon it was a keystone linking
two realities. The Pythagorean maxim: all is number
meant that the number was conceived as the begin­
ning and the end, the pre-foundation, the arche of the
whole comprehensible reality. In this magical-religious
conception the cosmos of numbers created, slightly in
the manner of Platonic paradeigmata, a world of ideal
pre-models. The number makes possible cognition
and leads to the discovery of the truth of reality. The
condition for learning anything from existing things is
pre-established harmony, the model of measure and
proportion. Harmony is the source of the organisation
of the world since we can become familiar only with
that, which is orderly.
Hrabal’s enumeration seems to suggest that the re­
ality in which we live is Pythagorean, albeit à rebours.
In daily experience the number fulfils only pragmatic,
orientating functions. More, it conceals the truth of
the thing despite the fact that according to the inten­
tions of the collective, anonymous author, numerically
marking all and everyone, the number was supposed to
cast light on truth and accentuate and confirm it with
an undisputed mathematical certificate. The number
often becomes the name of a thing, its variable re­
placement (not to mention people-numbers from the
horrific past of concentration camps). Those numbers
from our daily life offer a semblance of precision, a
commonplace equivalent of a scientific interpreta­
tion of the world. The aphorism created by common
sense about the existence of small lies, big lies, and
statistics corroborates this obvious fact by means of its
curious gradation. The world of everyday experience
is a world of numerical illusion. It creates a vast space
built of numbers, a monstrous - in both meanings of
that word - simulacrum. To put it more explicitly: it is

�D ariusz C zaja • CIPHER AND EPIPHANY. SEVERAL REMARKS ON

an unintentional joke about the eternal claims to pre­
cise reasoning made by mathematics and the desire to
offer a true description of reality. The daily world full
of digital references is a perverse variant of Pythagoreanism. True, we “actually” live in an anti-Pythagorean
world. For us a number deprived of all sacral references
fulfils the function of merely an ordinary identifier. It
is a firm scaffold supporting elementary orientation in
the world, without which life appears to be impossible.
After all, it would be difficult to say that behind those
orientation indices there stands some sort of cosmic
harmony that binds all and everyone. The numerical
world plays rather the role of a protective umbrella
and is one of the means that tame the unknown and
provide an illusion of controlling things.
Heidegger accused contemporary science of a simi­
lar attitude. Science, he claimed, does not think, but
calculates. The effect of such an approach is a purely
subjectivising attitude towards things. Nature and his­
tory become the objects of a representing that explains.12
He who counts and subjectivises being seeks predomi­
nantly certainty.
Heidegger also drew attention to the fact that to­
day the essence of the material is defined primarily by
numbers. Meanwhile, the Greek ta mathemata origi­
nally denoted that, which is known a priori to a person
co-existing with things, i.e. the corporeality of bodies
or the plant-like character of plants. The same holds
true for numbers. Discovering three apples on a table
we know that there are three of them because we al­
ready knew the number three, “tertiary nature”. It is
precisely in this non-quantifying sense that it is math­
ematical. Contrary to school routines mathematics
does not find fulfilment in the vulgar gesture of count­
ing and calculating: Mathematics is mathematisation, to
paraphrase Heidegger’s celebrated: die Sprache spricht.
It is thus both the conception and the birth of something
essential (i.e. beings) “produced” by mankind and at the
same time viewed and contemplated. It is theory, theorein
—creative imagination.13 Let it be stressed clearly: in its
innermost, spiritually comprehended act mathematics
is essentially contemplation.

The mad geometrician
Max Cohen, a brilliant Jewish mathematician, is
obsessed with the world of numbers. He concentrates
his entire life on studying numerical functions and
finds fulfilment in mathematical calculations. Con­
sumed by this preoccupation, he spends whole days in
front of his super-computer in the hope of discovering
a secret sequence of numbers describing the order of
the world. Apparently, the old Pythagorean intuitions
have found in him a brilliant performer. Cohen un­
doubtedly displays a reverent attitude towards num­
bers and their explanatory properties. The point of
departure of the celebrated syllogism consists of three
306

premises: 1. Mathematics is the language of Nature,
2. The world can be presented and comprehended
with the assistance of numbers, 3. Diagrams of system
numbers reveal regularities. The conclusion is as fol­
lows: Nature is the domain of regularities. Evidence
for their existence can assume the form of a number
of phenomena whose occurrence seems not to be sub­
jected to any regularities: recurring disease epidemics,
the wax and wane of caribou populations, sunspot cy­
cles or the rise and fall of the Nile. In each of those
natural phenomena, at first glance chaotic and with­
out any conspicuous order, it is possible to trace peri­
odic repetitions.
Cohen discerns regularities in almost all natural
phenomena and the arts. In this respect, detailed
proof is supplied by the intriguing presence of phe­
nomena from assorted orders, numbers from the socalled Fibonacci sequence (1, 2, 3, 5, 8 , 13... etc., each
successive number being the sum of the two previous
ones). Fibonacci numbers actually occur universally
in Nature: leafs on branches grow at intervals, whose
relations correspond approximately to the relations of
Fibonacci numbers. Numerous flowers have a perma­
nent number of petals: lilies - three, buttercups - five,
calendulas - 13, asters - 21, etc., with all numbers be­
longing to the above-mentioned sequence. Sunflower
seeds are arranged in the shape of spirals: as a rule,
there are 34 dextrorotary spirals and 55 laevorotary
ones, and both numbers come from the Fibonacci se­
quence. More: the quotients of two adjoining numbers
from the same sequence (e.g. 144:133) consistently
approach the golden ratio coefficient to be found in
numerous examples of architecture (the Parthenon,
the Pyramid of Giza); the golden ratio was applied by
Leonardo ... It is simply impossible not to assume that
numbers or, more exactly, certain particular numeri­
cal sequences govern the world.
Cohen becomes intrigued by the question whether
stock market predictions are not subjected to identical
dependencies that can be calculated. A world order, if
it exists, must reveal itself not only in Nature but also
in the world of human activity. After all, if one takes
a closer look at the stock market it becomes appar­
ent that it too is some sort of an organism. Just like a
natural organism it is subjected to the law of growth
and necrosis, and incessantly changes. The fact that
it is a permanently living network legitimises a new
hypothesis: the stock market is governed by a certain
pattern concealed by numbers, a constant algorithm
that has to be deciphered. Cohen embarks upon
countless attempts to discover a numerical sequence
describing the chaos of stock market oscillations of
the prices of stocks and shares. The unearthing of this
magic formula would mean not only comprehension of
the present-day state of things but also the possibility
of predicting future results on the stock market. The

�D ariusz C zaja • CIPHER AND EPIPHANY. SEVERAL REMARKS ON

goal appears to be quite close but Cohen’s computer
does not tolerate the calculation overload. The row of
numbers appearing on the screen a moment prior to
the collapse seems to be accidental. The printout with
an incomprehensible sequence of slightly more than
200 numbers lands in a wastepaper basket.
Cohen’s innovative works on statistics written
during his early youth become universally known. His
mathematical talents are so valuable that he unex­
pectedly becomes the object of interest of two entirely
different milieus. He is pursued by analysts from a
forecast office at the New York stock market and by a
certain rather suspicious character named Lenny Mey­
er, who turns out to be an envoy of a Chassidic sect.
Meyer presents the elementary principles of Hebrew
gematry, according to which each letter corresponds
to a certain numerical value. He cites the example of
the Hebrew version of “The Garden of Eden”, which
in a numerical transcription totals 144, and “The Tree
of the Knowledge of Good and Evil” - a total of 233.
In passing, Cohen notices that these are numbers from
the Fibonacci sequence. Meyer likens the Torah to a
cipher given by God, a holy writ with an unclear mes­
sage that calls for exegesis. The Torah also contains
the Name of God composed of 216 numbers but, un­
fortunately, the key to it had been lost. The situation
becomes complicated and it appears that there is no
return. Cohen starts to assume that there exists a sin­
gle regularity governing reality as a whole. It could be
applied not only in the case of the stock market but
also to describe an essential characteristic and, finally,
as a numerical cryptonym of God’s name. He does not
heed the warnings of his mentor - you will start to see
numbers in everything and as soon as you discard scientific
rigor, you’re no longer a mathematician, you’re a numerologist - and becomes immersed in his obsession with
numbers, imagining that he is a mere few steps away
from discovering the contemporary Holy Grail. Insan­
ity is close.
For the Cohen dramatis persona Aronofsky applied
a certain essential Faustian motif: insatiable desire
for knowledge. But is Max Cohen simply a presentday Faust? Undoubtedly, his story contains distinct
echoes of the Faustian myth.14 Apparently, Cohen’s
Faustian traits constitute an interpretation trail not so
much misleading as unaware of what is most sympto­
matic in this character. We are tempted to perceive
the brilliant mathematician through the prism of the
land surveyor from Kafka’s The Castle, who resembles
him in many respects. The heart of the matter is not
merely a simple directive that could guide us to such
a trail: after all, Cohen’s computer is named “Euclid”
after the great legislator of geometry. There are also
more important reasons: Cohen is not concerned with
knowledge conceived as the growth of information. He
wants to introduce order into reality, to capture it in
307

numerical parameters, to describe it with a digital se­
quence. In an excellent exegesis of The Castle Walter
Hilsbecher, who perceives this novel predominantly as
a drama of an impatient mind, describes the meaning
of the work performed by K: His profession consists of
introducing order into that, which is disorderly, of measur­
ing and dividing land and metaphorically: in the introduc­
tion into the uncertainty of being a particle of certitude, a
guarantee of order, of granting structure to that, which is
distant from structural order, and contours to that which
is deprived of them, human contours comprehended in the
manner of men and accessible to man.15 Their prime aim
is also similar - here the homonym of the Polish word:
zamek proves to be helpful - to open a lock (zamek),
i.e. to decode, and to capture a castle (zamek)...
Both experience their profession as a calling of
sorts. Cohen seems to be chosen by the very fact of
possessing a brilliant mind, a feature that gradually
intensifies. The longer he works on discovering nu­
merical regularities the stronger the feeling of a voca­
tion (in a discussion held with a rabbi he shouts: The
number is nothing. It’s the meaning. The syntax. It’s what’s
between the numbers. You haven’t understood it. It’s be­
cause it’s not for you. I’ve got it. I’ve got it! I understand it.
I’m gonna see it. Rabbi, I was chosen. The characteristic
of K is similar: He is a land surveyor. Nothing indicates
that he would ever resign from the right to measure land,
to carry out his profession, to fulfil his vocation (in a dual
sense: also in the one stemming from the fact that the castle
‘called’ him). He is a man whose calling is to measure the
unmeasurable even though it would prove impossible to be
measured. It is precisely the unmeasurable that calls him
and tempting him evades him —just like the castle.16
Hilsbecher proposed an extremely original inter­
pretation of the meaning of Kafka’s castle, the object
of the land surveyor’s admiration: The castle is the cen­
tre, the inaccessible stronghold of the irrational, which chal­
lenges ratio and evades it, the principal and contemnor of
ratio, an extraordinary reality (judging by the effects) and
mirage. The key to its secret remains unapproachable and
the battle is waged in the forefield.17 It would be difficult
to seek a more adequate description of the sense and
goal of Cohen’s hopeless quest. Similarly, a characteris­
tic of the surveyor’s personality is an adequate portrait
of the behaviour of Max Cohen: K. is a man who takes
things to heart. Since he frets about life his very existence
becomes a heavy burden. He suffers because of existence,
its non-transparency and irrationality, although it is precisely
the immeasurability of being that should be a cause for merri­
ment. This is not to say that he should resign from his attempt
at rationalising: this is his calling. But he treats it much too
seriously and devotes all his zeal, causing him to be suspected
of impatience. Impatience is one of the cardinal sins.18
Hilsbecher aptly extracted K’s deadly sin: impa­
tience. By introducing into his remarks the aphorism
formulated by Kafka in Reflections on Sin, Suffering,

�D ariusz C zaja • CIPHER AND EPIPHANY. SEVERAL REMARKS ON

Hope, and the True Way, he commented the signifi­
cance of the surveyor’s failure: “It was because of impa­
tience that they were expelled from Paradise; it is because
of indolence that they do not return”, Kafka wrote about
people. Then he corrected himself:” Perhaps there is only
one cardinal sin: impatience. Because of impatience we are
driven out of Paradise; because of impatience we cannot
return".
What did their impatience consist of? They wished to
know. And in order to know, they ate from the Tree of
Knowledge.
Did Kafka, while performing a salto morale of resigna­
tion thus condemn the desire for knowledge, ratio? This
assumption is negated by K .’s resentment of the peasants’
comatose state and by his vocation. An impatient longing
for knowledge is the essence of people’s “cardinal sin". Who
can say that access to the tree of knowledge has been re­
fused for all eternity? Or that patience will not be reward­
ed by a slow alleviation of the prohibition, a slow maturity
towards cognition? This is certainly an infinite process but
patience could offer it peaceful progress. (...) Ratio also
must develop and the possibilities of its employment have to
be carefully considered; it too must control itself —oppose
the danger of conceit and impatience, mindful of the fact
that it is traversing an endless path.19
This pride and impatience are confirmed also in
the most important story, a sui generis biographical
myth of Cohen: When I was a little kid, my mother told
me not to stare into the sun. So once, when I was six, I did.
As a result he almost became blind and started suf­
fering persistent headaches, which recurred when he
was an adult. This story, however, can be interpreted
less literally and in a symbolic perspective be seen as a
pre-figuration of essential moments in the boy’s later
life. Hence the legible motifs of the Sun and the viola­
tion of the prohibition will become a discernible film
variation of the tragic myth of Icarus. Cohen certainly
possesses some of the traits of Faust. But an even more
apt characteristic seems to be: a geometrician with the
Icarus complex. It is difficult not to notice that the
protagonist of n bears the same sort of tragic stigmata,
a pre-established fatalism.

A Great Code
Films do not arise in a mental void. To a lesser
or greater degree they are a visual exteriorisation of
that, which is “in the air”, with which contemporary
thought is concerned. The questions that n proposes
for consideration coincide with a special moment in
Western culture. For some time since the discover­
ies made by Crick and Watson we have been aware
of four basic components of the genetic code and the
relations between them. We are also familiar with a
model of the atom discovered by Rutherford. Today,
the years-long project of deciphering the biochemical
contents of the human genome is coming to an end.
308

A group of outstanding Jewish mathematicians has
announced the outcome of its research - up to now
not undermined by anyone - into the existence of a
Biblical code. Certain physicists maintain that the socalled general theory of everything is already within
our reach. We live at a time of impatient expectation.
We are waiting for the breaking of the last code, the
removal of the last seal from a parcel containing data
about ultimate meaning. Apparently, we believe that
we are participating in the final act of a great drama of
depriving the world of its secret. The curve of cogni­
tion is asymptotically coming close to the line mark­
ing Truth, and almost touching its edge. One moment
more and the impossible will become the possible.
There will come a time of great decoding. The rev­
elation of all mysteries and the announcement of the
sense of Everything - those are the legible signs of ulti­
mate times. The Greek apocalypsis means “revelation”
but also the “disclosure” of the meaning of a certain
secret. It is also in this etymological sense that we can
describe the present-day moment in culture as a time
“just before” the apocalypse. Aronofsky’s film without
doubt intentionally refers to this state of the aware­
ness of the contemporary world. The director has
brilliantly sensed the atmosphere of anticipation for
a spectacular grande finale dominating in the Western
world, and has noticed an almost universal Kafkaesque
impatience, that deadly sin of mankind. Aronofsky, a
New York Jew from Coney Island, attaches particular
importance to the discovery of Biblical codes in the
Torah and the ensuing intellectual foment (together
with its eschatological subtexts) amidst the Jews of
America and Israel.20 This was, he confirms, one of
the essential points of departure for the construction
of the scenario.
And yet the answer proposed by Aronofsky as re­
gards the necessity and possibility of cognition appears
to be distant from unambiguity.
First take a look at several doubts. n forces to
tackle a number of elementary questions concerning
the nature of reality. Does Someone send us letters
written in invisible ink and telegrams with an unclear
content, or do we grant them meaning by asserting
ex post that these are communiqués “not from this
world”? Doing so, we submerge ourselves in signs that
we had produced, rather unconvincing proof for the
existence of a Source dispatching coded letters in bot­
tles. In other words: does reality disclose holy contents
in an unknown language requiring interpretation and
behave like the Delphi oracle that “gives signs”, or is
the world suffering from an ontological muteness and
all that we decipher from it tells us exclusively about
the contents of our cognitive apparatuses? To put it
in yet another way: is Someone really writing texts in
a secret language addressed to us - in that case read­
ing them seems to be a serious undertaking worth the

�D ariusz C zaja • CIPHER AND EPIPHANY. SEVERAL REMARKS ON

effort - or does this correspondence have the same
author and addressee and thus all endeavours at de­
coding its transcendent sense resemble a tragic farce?
A genuine metaphysical horror.
The rationalistic decree describes doubts of this
sort as childish. While discussing man’s “hermeneutic”
inclination towards deciphering profound meanings
produced by the world Leszek Kołakowski defended
the stance of the “cryptologists” and “coders”. He con­
ducted a fervent polemic with the Enlightenment tra­
dition, which imposed harsh restrictions upon ques­
tions of this sort: We have never stopped asking such
questions, and most likely never will. We shall never be
free of the temptation to perceive the universe as a book in
secret code to which somewhere they is a key... And why
indeed should we want to be free of this temptation, which
has proved the most fruitful source of cultural growth in all
civilizations except our own (at least insofar as its domi­
nant trend is concerned)? And what is it that confers su­
preme validity on the verdict that forbids us this research?
Only the fact that our civilization, that has to large extent
abandoned this, has proved immensely successful in some
respects but in many others it has failed pathetically.
One might ask why, if the universe is indeed a secret
book of the gods with a coded message for us, this mes­
sage is not written in ordinary language rather than in hi­
eroglyphics whose decoding is discouragingly arduous and,
above all, never results in certainty ?
But this question is futile for two independent reasons.
First, it assumes that we do know, or can imagine what
the universe were like if its message and meaning were
clearly readable and unambiguously displayed before our
eyes. But we do not know this, and we lack the kind of
imagination. Second, it is possible that if we knew why the
message is hidden, or partly hidden —that concealment of
the reasons for which it is hidden is a necessary part of its
being hidden.21
Naturally, Kołakowski is right. The temptation to
treat the world as a code, a puzzle to be solved, appears
to be a non-reducible disposition and no Enlighten­
ment-era decrees can alter a single thing. After all, we
can ask whether it follows that in our task of reading
the “sacred ciphers” were are doomed to only two pos­
sible hermeneutic stands: the optimistic vision, whose
sign could be Champollion, and the degenerate version,
whose emblematic figure is Daniken? Is there no other
way out than those two possibilities? Must the decipher­
ing of “holy signs”, the reversal of the matter of real­
ity “to the right side”, be always accused of naïveté and
suspected of gnostic pride and cheap exclusivism? A
certain response is offered by the final, ambiguous and
symbolically open scene of the film,22 whose entire force
comes from the fact that it is also semantically open.
Having already completed homemade “lobotomy”
(the removal of a mysterious bulge from his temple)
and thus having ended his suffering, Max Cohen sits
309

in front of his house. He gazes upwards with a rather
absent, otherworldly glance, observing, as he did once
before, branches swinging in the treetop. A shaft of light
is trapped between the branches. It is this image that
previously suggested the existence of patterns in N a­
ture. But this time things are not the same. They have
become an illegible hieroglyph, an equation without
clear-cut properties. Cohen’s face, however, lights up
with a mysterious smile. Enlightened ignorance? This
“comprehending” smile appears to contain knowledge
about the hopelessness of efforts aimed at interpreting
the mystery of the world in a numerical algorithm as
well as a conviction that despite serious premises the
world is not a key to the code. The sense of a thing
does not have to be concealed and sometimes appears
within the range of sight. The response to the worldcode is the world conceived as epiphany. We witness
an almost alchemical and spiritual transmutation: as
if the Tree of Knowledge changed at this exact mo­
ment into the Tree of Life. Cohen seems to finally un­
derstand the teachings of his mentor, Robeson, who
while playing go drew his attention to the need of not
thinking too much, indicating intuition as the key to
profoundest cognition.
Now the heart of the matter is not to perceive the
world as a code, a puzzle, and a hieroglyph to which
one matches a key, gives the correct result or produces
an adequate translation into a comprehensible lan­
guage and thus reduces the unknown to the known
and actually appropriates the mystery; it is a special
sort of “reading”. This process of reading and deci­
phering has nothing in common with decoding a ci­
phered message. We use the conceit of a code in those
situations when we know that the concealed meaning
can be basically, sooner or later, grasped. It consists
rather of an exteriorisation of the spiritual message,
entrusting its secret and following its voice. Decipher­
ing is not tantamount to breaking a code, the destruc­
turisation or deconsolidation of a secret. On the con­
trary: deciphering the world revealed in a hieroglyph
respects the existence of the secret and its essential
imperviousness to any sort of explanation. To “read”
the hieroglyph in the above-presented fashion means
to continue existing in the interior of the secret, to be
not before it or in relation to it, but within it.
There exists such a meaning of reality that cannot
be calculated and enclosed in a numerical formula.
There also exists such a meaning of reality whose pri­
vate deciphering does not provide convincing inter­
subjective proof that something is really “there”. There
is also such a meaning of reality, which cannot be re­
solved as if it were a puzzle but can be comprehended
by intensive, earlier prepared perception. In order to
be cognitively productive the latter must possess all
the features of ecstatic contemplation. It seems futile
to add that the condition for such contemplation is

�D ariusz C zaja • CIPHER AND EPIPHANY. SEVERAL REMARKS ON

approximations to the Babylonians and Egyptians of the
second millennium B.C. I n te r e st in th is n u m b e r is c o n ­
n e c t e d n a tu r a lly w ith th e in v e n tio n o f th e w h e e l. They
took it as roughly three, and it arose naturally as a conse­
quence of the discovery of the wheel. Pi also arose in various
measurements of a pyramid. Pi is even alluded to in the Old
Testament —in Kings I, 7-23 we read about a circular wall
being constructed. From the given number of units for the
circumference and the diameter, we can conclude that the
ancient Israelites took it to be roughly three, A c z e l, o p . c it.,

total and unconditional impartiality. Thanks to it, and
in it, one can simply see sense that does not succumb
to discursive tooling or numerical calculations. Rilke’s
Introduction to The Book of Images, and in particular
the captivating fragment that literally concerns the
act of seeing a tree, is an excellent account of such
experience and its essential impermanence:
Whosoever thou art! Out in the evening roam,
Out from thy room thou know’st in every part,
And far in the dim distance leave thy home,
Whosoever thou art.
Lift thine eyes which lingering see

p. 3 0 .
4
5

A c z e l, o p . c it., p. 29.
D . R e an n e y ,

słu,

Śmierć wieczności. Przyszłość ludzkiego umy­

tra n sl. W

S z ele n b e rg e r,

M . S z w e d -S z e le n b e rg e r,

W a rsz a w a 1 9 9 3 , p. 2 0 9 a n d 2 2 6 .

The shadows on the foot-worn threshold fall,
Lift thine eyes slowly to the great dark tree
That stands against heaven, solitary, tall,
And thou hast visioned Life, its meanings rise
Like words that in the silence clearer grow;
As they unfold before thy will to know
Gently withdraw thine eyes.23

Potęga liczb, W a rsz a w a 1 9 9 7 , p. 2 0 8 .
Mitologie, tra n sl. A . D z ia d e k ,

6

S . S t e in ,

7

R . B a r th e s,

in tr o d . K .

K ło siń sk i, W a rsz a w a 2 0 0 0 , p p . 1 2 3 -1 2 5 .
8
9

Darren Aronofsky’s Piece of the n.
Granice złożoności. Poszukiwania
porządku w chaotycznym świecie, tra n sl. E A m ste r d a m s k i,
J. B e r a rd in e lli,

E C o v e n e y , R . H ig h fie ld ,

W a rsz a w a 1 9 9 7 , p. 4 0 .

11

An Inteview with Darren Aronofsky and Sean
Gullette of “Pi”.
B. H r a b a l, Mój wiek, tra n sl. A . S . Ja g o d z iń sk i. W a rsz a w a

12

M . H e id e g g e r,

10

The glimmer of momentary illumination reveals
- yes, reveals, and the ambiguity of this verb is sig­
nificant - the sense of the Whole, shattered into frag­
ments and thus earlier inaccessible. Emerging from
darkness it glistens for the blink of an eye in the fis­
sure of concealment, and then returns to it. The fleet­
ing character of this experience and its, by the very
nature of things, passing nature does not in any way
diminish its poignant reality. Contrary to assorted ide­
alisms, the truth - naturally, not in its aletheic mean­
ing but according to an adequacy comprehension - is
not concealed somewhere in an inaccessible cocoon
of the noumen nor does it lie “beyond the horizon”. It
is given “here and now” in rare revelations, in viewing
that annuls the customary subject-object, spiritualsensual, etc. contrasts, and which starts with sensual
observation but a moment later “leaves the senses” for
the sake of meaning and word that in the silence clearer
grow. It is in this single and indivisible act of cognition
that the sense of the word can reveal itself and exist in
the full meaning of the word.
The rest is... computation.

A . K a u fm a n ,

1994, pp. 3 5 -3 6 , 39.

Drogi lasu,

Czas światoobrazu,

tra n sl. K . W o lic k i, in:

tra n sl. v a r io u s a u th o rs, W a rsz a w a 1 9 9 7 , p.

75.
13

K . M a u r in ,

Mistyka - matematyka - magia,

“ G n o s is ” n o .

1 1 :1 9 9 9 , p. 110.
14

A r o n o fs k y h im s e lf d rew a t te n t io n t o th is r a th e r o b v io u s

15

W. H ilsb e c h e r,

An Interview...
Tragizm, absurd i paradoks, se le c tio n

p o ssib ility , se e : A . K a u fm a n ,

and

in tr o d u c tio n S . L ic h a ń sk i, tra n sl. S . B ła u t, W a rsz a w a
1 9 7 2 , p p . 1 1 0 -1 1 1 .

op. cit.,

16

H ilsb e c h e r,

17

Ib id ., p p . 1 1 3 -1 1 4 .

18

Ib id ., p p . 1 2 3 -1 2 4 .

p p . 1 1 3 -1 1 4 .

19

Ib id ., p. 126.

20

O n B ib lic a l c o d e s se e th e w o rth le ss a n d se n sa tio n a l: M .
D r o sn in ,

Kod Biblii,

tra n sl. J. Ja n n a s z , W a rsz a w a 19 9 8

a n d th e c le a r h e a d e d a n d e x tr a o r d in a r ily c o m p e te n t: J.
S a tin o v e r ,

Kod Biblii. Ukryta prawda, tr a n sl.

D . K o n ie c z k a ,

B y d g o sz c z 1 9 9 9 .
21

L . K o ła k o w sk i,

Horror metaphysicus, tra n sl.

M . E an u fn ik ,

W a rsz a w a 1 9 9 0 , p p . 1 4 3 -1 4 4 .
22

A p p a re n tly , im p a tie n c e is n o t th e d o m a in o n ly o f b r il­
lia n t m a th e m a t ic ia n s b u t a lso o f film c ritic s. A n in te r ­
v ie w w ith D . A r o n o fsk y p o se s a rid ic u lo u s q u e stio n :

What is the meaning of the end?;

it is d iffic u lt t o tell

w h e th e r it c o n ta in s a n u n u s u a l d o se o f o r d in a ry in a n ity
o r b o u n d le s s n a iv e te . F o rtu n a te ly , th e d ir e c to r d id n o t
E n d n o te s
1

Ograniczenia matematyki,
Skarby matematyki, e d . T

A fte r : PJ. D a v is, R . H e r sh ,
tra n sl. J. S k o lim o w sk i, in:

F erris, W a rsz a w a 1 9 9 8 , p. 140.
2

F r o m th e n a m e o f th e D u tc h m a th e m a t ic ia n L u d o lp h

23

v a n C e u le n ( 1 5 3 9 - 1 6 1 0 ) .
3

C f. I. E k e la n d ,

One can comprehend the end of the film in many ways
and I wanted people to propose various interpretations. Even
I, Sean Gulette and Eric Watson wondered what it really
signified, Wprawić widza w trans. Z Darrenem Aronofskym
rozmawia Anna Draniewicz, “ K in o ” n o . 5 :2 0 0 1 , p. 22.
R .M . R ilk e , Poezje, s e le c tio n , tra n sl. a n d fo re w o rd M .
fail:

Chaos,

Ja s tr u n , K ra k ó w 1 9 8 7 , p. 3 5 .

tra n sl. M . Ja ro sie w ic z , K a to w ic e

1 9 9 9 , p. 2 7 ; A .D . A c z e l,

Wielkie twierdzenie Fermata,

tra n sl. P S tr z e le c k i, W a rsz a w a 1 9 9 8 . It is w o rth n o t in g
u p o n th is o c c a s io n th e a r c h a ic n a t u r e o f in te r e st in th e
n u m e r ic a l v a lu e o f n:

PI was known to within various

310

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10931" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10909">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/70538ce676ccda22dbc84a6d7bef427d.pdf</src>
        <authentication>6a25e0181f981aeab9845504d6e68bfc</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130350">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3668</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130351">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130352">
                <text>1997</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130353">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3445</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130354">
                <text>Historia i etnologia / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130355">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2, s.3-5</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130356">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130357">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130358">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130359">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130360">
                <text>Historia i etnologia
Wprowadzenie
Dawny to czas. kiedy w akademickim obiegu pojawiał się
i z różną intensywnością odżywał stereotyp, wedle którego
historię i etnologię więcej dzieliło niż łączyło. Historyk, miał
jakoby zajmować się lym, co nasze i cywilizowane, etnolog
tym, co dzikie i obce. Historia miała odnotowywać nade
wszystko zmienność, etnologia rejestrować trwanie. Historyk
- ta różnica mocno rzucała się w oczy - analizował w swej
pracy źródła pisane, etnolog opiera! się na świadectwach
przekazywanych ustnie. Historia miała mieć do czynienia ze
społeczeństwami „gorącymi", etnologia ze społecznościami
„zimnymi", te pierwsze, jak powiadano, były uwikłane w his­
torię, te drugie, ochrzczono mianem „ludów bez historii".
W badaniach historycznych głównym bohaterem miał być
Czas, w poszukiwaniach etnologicznych Przestrzeń.
Z perspektywy dzisiejszej, ten sposób myślenia o dwóch
bliskich przecież sobie (nie tylko z instytucjonalnych wzglę­
dów) dyscyplinach humanistycznych jest już wyraźnie démo­
dé - może mieć co najwyżej wymiar anegdotyczny. Po
osiągnięciach szkoły „Annales", po śmiałym metodologicznie
przeformułowaniu kwestionariusza badawczego a zwłaszcza
po zwrocie w stronę historii mentalności, czego wyraźnym
sygnałem było opublikowanie w połowic lat siedemdziesią­
tych pomnikowego trzytomowego dzieła Faire de l'histoire
pod redakcją Jacqucs'aLe Goffa i Pierre'aNora, utrzymywa­
nie tezy o poważnych różnicach dzielących etnologię i histo­
rię, mówienie o radykalnej rozbieżności interesów poznaw­
czych obydwu dyscyplin, może być już tylko albo owocem
ignorancji albo kiepskim żartem. Nie dziwi zatem, że w pub­
likowanych kilkanaście lat temu na lamach „Polskiej Sztuki
Ludowej" materiałach do słownika clnologicznego, mających
w zamierzeniu jego autorów określić inspiracje metodologicz­
ne tzw. nowej polskiej etnologii, obok haseł, które pojawić się
lam z natury rzeczy musiały, tj Jan Stanisław Bystroń,
Władymir Propp czy Marcel Mauss, znalazło się również
miejsce dla krótkiej, encyklopedycznej informacji o „Nouvellc Histoire" autorstwa Ludwika Stommy. Postulowana tam, za
Le Goffem, fuzja antropologii i historii, propozycja stworze­
nia nowej jakości: antropologii historycznej, stawała się
faktem. Na półce polskiego etnologa, obok bibliograficznego
kanonu - Antropologii strukturalnej czy Argonautów Zachod­
niego Pacyfiku - pojawiły się przekłady studiów historycz­
nych jak i prace polskich autorów, które w praktyce realizowa­
ły postulat zbliżenia obydwu nauk. Strach w kulturze Zachodu
J. Delumeau, Montaillou, wioska heretyków E.Le Roy Laduric. Bitwa pod Bouvines G.Duby, Ser i robaki C.Ginzburga,
Problemy średniowiecznej kultu/y ludowej A.Guriewicza,
Podanie o Piaście i Popielu J.Banaszkiewicza, Wzloty i upadki
królów Francji L.Stommy, by pozostać przy kilku ważniej­
szych pozycjach, stały się nie mniej istotne dla edukacji
antropologicznej niż dzieła szacownych klasyków naszej
dyscypliny. Etnolodzy oswoili się z obecnością antropologii

w historii i historii w antropologii. Nie dziwi już ani Clifford
Geertz (Works and Lives) dający przypis do książki Lc Roy
Ladurie ani Carlo Ginzburg {Sabat czarownic - w tym
numerze) powołujący się na prace Eliadego i Proppa...
Najwyższa więc już chyba pora na dokładniejsze przyj­
rzenie się wzajemnym związkom pomiędzy historią i ant­
ropologią, zdyskontowanie obecnego „stanu posiadania".
Właśnie bliższemu rozpoznaniu i opisaniu podobieństw i róż­
nic, pokrewieństw, ale i swoistości obydwu dyscyplin, wska­
zaniu problemów, przed którymi stoją etnolog i historyk,
poświęcamy tym razem ten, kolejny już, po numerach
etnograficznych („litewski" i „ukraiński") i interdyscyplinar­
nych („eliadowski", ..Eco-logiczny" i „ekologiczny", „teat­
ralny", „filmowy", „literacki"), monograficzny tom naszego
kwartalnika.
Ktoś złośliwy, albo - co na jedno wychodzi - spostrzegaw­
czy, mógłby zwrócić uwagę, że wziąwszy pod uwagę wspo­
mniane wcześniej przełomowe daty, istotne dla zbliżenia
historii i etnologii, spóźniliśmy się z wydaniem tego numeru
o dobre kilkanaście lat. W zdaniu tym byłoby wiele racji, pod
jednym wszakże warunkiem: że nauka stoi w miejscu.
W ciągu tego czasu powstało jednak wiele prac rzucających
nowe światło na naturę poznania historycznego i antropologi­
cznego, wskazujących na konieczność rewizji funkcjonują­
cych wcześniej w akademickim obiegu poglądów. Tak jak
etnologia nic skończyła się na Lévi-Straussie (co wciąż
u niektórych budzi niedowierzanie), tak wspomniane studia
autorów wywodzących się z ..Nouvelle Histoire", jak i tych,
którzy pozostawali w kręgu jej inspiracji, nie są przecież
ostatnim słowem historiografii. Pojawiły się nowe problemy
a wraz z nimi nowe pytania, nowe wątpliwości. W miarę
możliwości staraliśmy się ten fakt uwzględnić. Zależało nam
przy tym, aby kwestie wzajemnych związków i uwikłań
etnologii i historii, jak i problemy wynikające z ich uprawia­
nia oświetlić z obydwu stron, toteż obok etnologów piszących
0 historii (w obydwu znaczeniach pojęcia - hi.sluiiogralii
1 dziejów), dajemy sporą dawkę tekstów pisanych przez
historyków i historyków sztuki, w których odnaleźć można
liczne nawiązania - wprost lub pośrednio - do pytań przez
etnologów stawianych.
W charakterze krótkiego anonsu, chciałbym wskazać wy­
woławczo na kilka istotnych dla etnologii i historii tematów,
które wyłaniają się w trakcie lektury pomieszczonych w tym
numerze artykułów.
Wspomniane już wcześniej zjawisko antropologizacji his­
torii, ukierunkowanie badań historycznych na sferę mentalno­
ści (mentalité, choć jest pojęciem semantycznie nieostrym,
wciąż pozostaje użyteczną kategorią poznawczą), zwrot ku
nawykom myślowym, wyobrażeniom zbiorowym, mental­
nym przyzwyczajeniom, owej psychologii zbiorowej, której
nieuświadamianc struktury bada antropologia, rekonstruują
3

�w swych artykułach Wojciech Wrzosek i Aron Guriewicz.
Z kolei Clifford Geertz, w błyskotliwym myślowo i stylistycz­
nie wyrafinowanym (z tego powodu redakcja składa tłuma­
czowi wyrazy współczucia, ale i podziękowania za trud
włożony w przekład) eseju, odsłania obydwie strony medalu:
odwołując się do kilku wydanych ostatnio studiów pokazuje
wzajemne przenikanie się historii i antropologii, nieodzowność tych dwóch perspektyw w badaniu ("aktów kulturowych,
zwraca uwagę na równocześnie zachodzące procesy antropologizacji historii i uhistorycznienia antropologii.
Tak wnikliwie dyskutowaną od pewnego czasu w etnologii
i powracającą przy różnych okazjach (budzącą przy tym wiele
emocji) kwestię statusu dyscypliny - czy ma ona być umiejs­
cawiana bardziej po stronie nauki (science) czy sztuki (art),
czy jest (powinna być) prostą syntezą czy raczej hybrydycznym połączeniem obydwu (Geertz), czy ma być obiektywizu­
jącym monologiem czy może współ-czującym dialogiem
- odnajdziemy w prezentowanych tu rozważaniach histo­
ryków. Dość symptomatyczne przy tym, że dochodzi w nich
nierzadko do głosu akcentowana również prze/ wielu etnolorów niechęć do DoVvtvwistvczncBo płaskiego Jednowymia­
rowego modelu humanistyki mówi sie o zagub eniu di .logi­
cznego aspektu poznania humanistyczna Tik charaktemivc/ne dla współczesne, nauki nozbvcie sié P u n k ó w i metod
Doznania nazwanych poznaniem artystycznym doprowadzi
lo do sytuacji kićdy dialogiczna. utożsamiająca refleksja
0 sztuce stała się niemożliwa. (...) Nic możemy pozwolić na to,
aby to język mówił nami, a nie my językiem, nie możemy też
pozwolić by wszelkie łączone z procesem twórczym dychoto­
mie takie jak na przykład bieguny przypadku i konieczności,
spontaniczności i kontroli, bezpośredniości i pośredniości,
improwizacji i kalkulacji, stwarzania i odkrywania, uczucio­
wości i zmysłowości łączono jedynie ze sztuką. Są to bowiem
dychotomie bliskie również opisowi sztuki (...)". (W. Okoń)
Ten głos historyka sztuki dobrze współbrzmi z postulatami
wysuwanymi w gronie antropologów i historyków.
Podobnie, w uwagach Franklina Ankersmita, jednego z rze­
czników narralywistycznej koncepcji historii, powraca (zaró­
wno w artykule i jak i w wywiadzie) ów wątek nadmiernego
unaukowicnia (czy też może: przenaukowienia) historii, pry­
matu Metody nad wyobraźnią, w związku z czym postuluje on
konieczność przywrócenia, na wzór klasyków pisarstwa histo­
rycznego, poznaniu historycznemu emocji, żywego - waż­
nego dla nas, tu i teraz - doświadczenia przeszłości, swego
rodzaju twórczego subiektywizmu: „Historia jesl pisana przez
całkowicie odczłowieczonc abstrakcyjne jednostki które
po prostu orzekają o prawdziwości Jakiegoś fragmentu nr/c
szłości. I myślą oni, że mówią nam o wfele więcej na temat
nr/cszłości niż robili lo Michelet czv Tocaucville ale w osta
cc/nvm rachunku lo zabito historie" (Pochwała
narrai

wizm)

'

Faire de Fhistoire - głosili kiedyś manifestacyjnie histo­
rycy z „Annales". Niewykluczone, że z opublikowanych
w ostatnich latach tekstów etnologów, dałoby się ułożyć sporą
antologię pt. Faire de l'ethnologie... Wyzbyci złudzeń, jedni
1 drudzy, coraz bardziej oswajają się z nietzscheańskim sloga­
nem: „fakty są głupie". W niebyt odchodzi „patos empiryzmu"
(Guriewicz), dodajmy: wąsko i naiwnie pojmowanego em­
piryzmu, zgodnie z którym wystarczy tylko zgromadzić fakty,
a już one same ułożą się w stosowny porządek, odsłaniając
4

przed czytelnikiem „jak to było naprawdę". Pomiędzy zdarze­
niem z przeszłości a historykiem leży tekst „i to w zasadniczy
sposób zmienia badawczą sytację" (Łotman). Wiemy już, że
rzeczywistość, którą znajdujemy w tekstach historyków
i etnologów jesl myślowym konstrukicm.
Poważną rolę w tym tworzeniu, „robieniu" nauki, odgrywa
język. Etnolodzy odkryli nie tak dawno (z przesadną chyba
afektacją), że mówią prozą. Dosłownie. Okazało się, że
etnologię się pisze, a jeśli tak, to z konieczności musi się ona
zmierzyć z problemami strategii pisarskich, chwytów retory­
cznych, perswazyjności tekstu, metaforyki wypowiedzi itp.
Ten „tekstualistyczny" nurt w antropologii znajduje swój
bliski odpowiednik w zwrocie „narratywistycznym" jaki
zaobserwować można od pewnego czasu w historiografii
(jeśli chodzi oczywiście o skalę zjawiska, bo prekursorska
w tej niŁitcrii ksi4żku H
hîle * ti Metahistory. The Historical
Imagination in ihe Nineteenth Century Europe i jkazała się już
w 1971 roku ale doceniona została znacznie nóźnieii Same
tytuły o tym'swiadcza- przykładowo' zbiór Writine Culture
The PoeL
and PoliL
of Fthndvranhv (I986i mógłby
zn-deźć swoic Ins.rz.ne o d b i c i e w The Wrhne nf
fi

S r i S t e T ^ T l A

ZJ* LXeL L

™, S S L rZnSl

Hilnl
3 z v

TZrŹ, ZLlS

opolskiej

W zasadzie stosunkowo niedawno historycy bliżej zainte­
resowali się „ludem", owym „wielkim niemową" dziejów.
Z niezwykle interesującego materiałowo i inspirującego
metodologicznie tomu zbiorowego poświęconego poznaniu
kultury popularnej (ludowej) w Europie od Średniowiecza po
wiek XIX, przedrukowujemy artykuły Le Goffa i Ginzburga,
dwóch czołowych przedstawicieli ..Nouvelle Histoire". Te,
jak też inne teksty zamieszczone w tej antologii (godny uwagi
jesl zwłaszcza artykuł Rogera Chartier o Bibliothèque Bleu,
na który brakło już miejsca, a szkoda, bo dobrze dopełniałby
uwagi Janusza Tazbira) pokazują dowodnie, że relacje pomię­
dzy kultura wysoka" i niska" elitarna" i popularna" sa
bardzie, skomplikowane niż to"sie często'przyjmowało
Raczei wzajemne związki i przenikanie niż prosta zależność
i separacja Związki pomiędzy kultura uczona i popularna
rzadko saprocesem jednostronnym" - puentuje swoje wywo
Ginzburg.
Interesująco przedstawia się również w prezentowanych
tekstach złożony problem relacji między historią i mitem,
pojmowanej jeszcze niedawno w klasycznej historiografii
jako proste odwrócenie: historia miała informować o faktach
(prawdziwych, rzecz jasna), mit miał być opowieścią nie­
prawdziwą, fikcyjną, zmyśloną. Subtelniejsza analiza poka­
zuje jednak, że nie unieważniając różnic, można w obydwu
tych typach narracji o minionym odnaleźć, w różny sposób
przejawiające się, formy pamięci (K. Hastrup). Z pojęciem
mitu łączy się też kwestia zmienności i trwania. To ostatnie
przejawiać się może w dziejach, lub w modyfikowanych,
trawestowanych, „przebranych", ale zachowujących stalą
„substancję" historiach, opowieściach mitycznych (D. Czaja).
Z kolei Wiesław Juszczak kontynuując znane już po części
czytelnikom „Kontekstów", rozważania z pogranicza historii

�i filozofii sztuki (por. zamieszczona w tym numerze recenzję
z Fragmentów [1995]) odnajduje w dziele Schopenhauera
Świat jako wola i przedstawienie (w nowym tłumaczeniu
J.Garewicza) bliskie swoim intuicjom poglądy o trwałej,
niezmiennej, niepodległej czasowi, istocie sztuki. W tym
kontekście uważnego namysłu wymaga, cytowana w jednym
z tekstów, refleksja Hansa Jonasa: „Może nasza nienasycona
żądza historii jest tylko wyrafinowaną grą. Może nieprawdą
jest, jakobyśmy dla zrozumienia samych siebie musieli znać
cała nasza prehistorie a do teeo ieszcze historie całei reszty
ludzkości A ie.śli to iest prawda to może nic iest nrawda że
musimy w tym sensie rozumieć siebie zebv bvc orawdziwvmi
ludźmi. Dla tego celu ważniejsza może okaże się wiedza
0 wiecznym niż rozumienie doczesnego, może istotniejsze
okaże się widzenie siebie w świetle tej pierwszej niż objaś­
nianie siebie przez to drugie."
Pozostaje jeszcze pytanie o przyszłość jaka czeka historię
1 etnologię, pozostających jak na razie w „braterskich i przyja­

cielskich stosunkach". Czy dojdzie do ich całkowitego sto­
pienia, złączenia w jakiś nowy organizm, a jeśli tak, to czy
któraś (która?) ze stron na tym ucierpi, czy którejś ze stron
przyjdzie utracić tożsamość, czy jedna dyscyplina wchłonie
drugą? Nie dysponuję żadną prognozą historyka w tej kwestii,
konkluzja etnologa jest trzeźwa i pozbawiona złudzeń:
..troska ze strony Historii (...) że frymarczenie z antropologa­
mi doprowadzi ją do utraty duszy jest (...) niedorzeczna.
Każde Dołączenie czy w formie pomieszania dyskursów czy
jako zbieżność uwagi, z konieczności będzie gulaszem
sDorzadzonym ze słonia i królika fweź iedneeo słonia
iedneeo królika') w wyniku czcuo słoń nic oowinicn nad­
miernie martwić się co do przetrwania swego smaku Jeśli
idzie o królika to 'przywykł on do
układów".
Geertz)
Jak to będzie wyglądało faktycznie? Pożiwiom, uwidim...
Dariusz Czaja

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11045" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="11023">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/b74bc956e5a6511c3524e4773ea7c0a3.pdf</src>
        <authentication>33096898057e9d3416c0bc3e108353f0</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131733">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2576</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131734">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131735">
                <text>1996</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131736">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2393</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131737">
                <text>Unde bonum? Nowosielski o złu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131738">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.3-4, s.30-33</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131739">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131740">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131741">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131742">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131743">
                <text>Unde bonum? Nowosielski o złu
Dariusz Czaja
Jerzego Nowosielskiego odpytano j u ż bodaj na wszystkie
możliwe i niemożliwe okoliczności. Poznaliśmy więc myśli
malarza i teologa na temat ikony, prawosławia, katolicyzmu,
protestantyzmu, unitów, chłystów, Bizancjum, liturgii, instytu­
cji kościoła, ekumenizmu, duchowości wschodniej i zachodniej,
ortodoksji i herezji, aniołów, diabła i eschatologii. Podczas
lektury rozmów ze Zbigniewem Podgórcem zebranych w dwóch
wzajem uzupełniających się tomach , można było dowiedzieć
się również, co sądzi artysta o Dostojewskim, kulturze rosyjs­
kiej, nadrealizmie, malarstwie abstrakcyjnym, i , rzecz jasna, co
ma do powiedzenia o twórczości własnej. Oprócz tego, mieliś­
my okazję posłuchać uwag, między innymi, o kobiecie, szatach
i nagości, erotyzmie i pornografii. W polu jego refleksji pojawił
się także strip-tease; nawet kankan doczekał się teologicznej
egzegezy. Pośród tych tematów, różnych co do hierarchii, wagi
i znaczenia, w kilku miejscach zgłasza Nowosielski swoje
intuicje teologiczne dotyczące zła. Pojawiają się one nie tylko
expresis verbis, ale rozwijane są często przy okazji czy na
marginesie spraw, wydawałoby się, drugorzędnych i błahych.
Przemyślenia Nowosielskiego w tej - i nie tylko tej - kwestii
odbiegają w wielu punktach zarówno od obiegowych poglądów,
co nie dziwi, ale i od zdogmatyzowanych, „ k a n o n i c z n y c h "
wersji teologicznych, co j u ż budzi u niektórych zdziwienie
a nawet irytację. Jest on co prawda teologiem prawosławnym,
ale - widać to aż nazbyt jasno - nie teologiem prawomyślnym.
Ale też i chyba nie przesadnie się o to stara. Korzysta ze
swobody jaką daje w tym względzie prawosławie, które obok
teologii „ s z k o l n e j " dopuszcza możliwość wykraczania poza
dogmatyczne i rutynowe rozwiązania. Unika Nowosielski jak
ognia teologicznej poprawności, która skutecznie eliminuje
jakiekolwiek pytania i wątpliwości zamykając myśl w świecie
bezpiecznych pewników. Ten rodzaj duchowej asekuracji,
zdarza się, że w konsekwencji obraca się w intelektualne
lenistwo. Tymczasem Nowosielski raz po raz wystawia się na
sztych, drażni, prowokuje. Najwyraźniej zdaje sobie sprawę
z konsekwencji niektórych, zbyt śmiałych, w opinii wielu,
pomysłów: „Chyba pójdę do p i e k ł a " - powiada. Bywa obrazoburczy i bluźnierczy, ale jak widać, dla równowagi nie stroni
też od kokieterii.
1

I jeszcze jedno. Wywody Nowosielskiego na temat zła
unikają dwóch skrajności: odnaleźć je można w pół drogi
pomiędzy j a ł o w y m wielosłowiem a równie mało satysfakc­
jonującym poznawczo, zamilknięciem. Rzeczywistość zła, to
oczywiste, jest zbyt duża, by można było zmieścić j ą w słowie,
ale też nie mówić o niej w ogóle - niepodobna. Sytuacja
odwrotna niż u Wittgensteina: o czym nie można milczeć, o tym
mówić trzeba. M i m o wszystko.

znajduje się permanentnie w stanie upadku. Wygnanie z raju nie
jest tylko, wyrażoną językiem symbolu i mitu, frazą odnoszącą
się do zamierzchłej przeszłości, ale opisuje również naszą
obecną kondycję. Status wygnańców nie odnosi się jedynie do
biblijnych prarodziców, ale w równym stopniu odnosi się do
minionych i całkiem współczesnych pokoleń. Dla Nowosielskiego rzeczywistość empiryczna, mimo czy też „ o b o k " swej
niepojętości i esencjalnej tajemniczości, jest rzeczywistością
z gruntu złą, zepsutą, dającą się postrzegać najpierw i przede
wszystkim w jej radykalnie ułomnej postaci.
W jego myśleniu jest wyraźny komponent manichejsl
Wydaje się jak gdyby był on, inaczej niż Miłosz, całkiei
jawnym „zjadaczem trucizn manichejskich": „Materia s,
w sobie jest złem. Cała rzeczywistość empiryczna, zarówno
kosmiczna, jak i ta planetarna, najbliższa nam, to właści
jedno wielkie infernum. To jest piekło. Wielokrotnie miałem juz
okazję powiedzieć, że zwycięstwo nad manicheizmem ogłoszo­
no zbyt pospiesznie. Prawdopodobnie manichejczycy mieli
rację w swoim pesymizmie ś w i a t o p o g l ą d o w y m " . (MCh, 12)
„Bo rzeczywistość jest piekłem! To jest oczywiste dla każ­
dego!" (MCh, 19)
Wedle Nowosielskiego manicheizm jest jednym z poi
stawowych i nieusuwalnych doświadczeń religijnych człowie­
ka. Jest rdzeniem naszej świadomości religijnej. Reflektuje
bowiem istnienie zła, niejako efemerycznej, przygodnej jakości
istnienia, ale jako mocnej rzeczywistości ontologicznej. Zionie
jest brakiem, dziurą w rzeczywistości, niedoskonałością czy
słabszym stopniem bytu. Przeciwnie: w sposób skandaliczny,
nie dający się usprawiedliwić (injustifiable Naberta) j e s t . Ci.
którzy przeszli przez lekcję manichejskiej wizji świata, pozo­
staną manichejczykami na zawsze. Nie bezpodstawnie Pelagiusz dostrzegał u św. Augustyna pokłady manichejskiej wraż­
liwości mimo jego konwersji na chrześcijaństwo.
Wiek dwudziesty przyniósł jego uczestnikom wątpliwy przy­
wilej spotkania ze złem nie tylko nie dającym się pojąć
i usprawiedliwić, ale nade wszystko takim, które pojawia się, by
tak rzec, w postaci wydestylowanej, zgęszczonej, esencjalnej:
„Oświęcim to jest eksterioryzacja całej rzeczywistości. To po
prostu pokazanie ad oculos rzeczywistości. Przypatrzcie się.
taka jest rzeczywistość. Cała przyroda, cała ewolucja, całe życie
- to jeden wielki Oświęcim. A my, Niemcy, wydobywamy l"
tylko na powierzchnię świadomości, spełniamy niejako misj?
proroczą, gdy wskazujemy, jaka jest nasza ziemska rzeczy*' '
tość. Oświęcim to jest ostateczna perspektywa naszej rzeczy* '
stości, jeśli oczywiście odrzucimy perspektywę wielkiej tajem­
nicy wiary. Nie darmo naród największych artystów i filozofó*
wymyślił Oświęcim. Bo Niemcy są wielcy we wszystk
czynią. I w swoim diabelstwie również. Naród półgłówk
zrealizowałby to nieświadomie i nieudolnie, a Niemcy od
się na pokazanie w sposób niejako filozoficznie czysty- J
świat i przyroda są naprawdę. Niemcy odważyli się dopr"
dzić do ostatecznych konsekwencji to, co jest podsta*
zasadą ewolucji". (MCh, 20)
Destylat empirycznej rzeczywistości jaką był Oświeci" '
jest traktowany prze/ Nowosielskiego jako przypadek, P° v
ka, czy incydentalne potknięcie w historii ludzkich po&gt;ale jako „naturalna" konsekwencja naszej nieusuwalni
tologicznej ułomności. „Piekło O ś w i ę c i m i a " nie jest tu P°J ^
wane jako antyteza „ n o r m a l n e g o " świata. A dzieje s'?
5

1

0

1. U nas w Auschwitzu
Punkt wyjścia zakreślony został jasno i przejrzyście. Choć jak
czytamy w refrenie z Genesis: patrząc na stworzenie Bóg
widział, że było dobre, to również bezspornym faktem pozo­
staje, że rychło w dziele stworzenia pojawiły się ciemne rysy. Po
radosnym początku miały miejsce dwie katastrofy o wymiarze
kosmicznym: bunt aniołów przeciwko boskim zamiarom i jego
szczególny przypadek: grzech pierworodny. Jeśli traktować te
wydarzenia poważnie, rozumieć je jako coś więcej niż tylko
retoryczny ozdobnik, to ich konsekwencje muszą być tragiczne.
Prowadzą bowiem do wniosku, że rzeczywistość stworzona

30

wJ

0

1

�i prostego powodu: bo nie ma „drugiej strony medalu", bo nie
istnieje kontrastowe tlo, które wydobyło by na jaw wyjątkowość
tego, co zwyczajowo próbuje się z nim porównywać. Podobnie
pisał o tym Warłam Szałamow w zapiskach z innego „ p i e k ł a " .
Tropi on drobiazgowo i metodycznie analogie pomiędzy „ t y m "
i „ t a m t y m " światem, by w końcu unieważnić tę fikcyjną
różnicę:
„Zrozumiałem jeszcze coś innego: łagier nie jest przeciw­
stawieniem piekła rajowi, jest jedynie kopią naszego życia
i niczym innym być nie może. (...) Nie ma w nim nic, czego nie
ma na wolności, w jego strukturze socjalnej i duchowej.
Lagrowe idee jedynie powtarzają przekazane rozkazem naczalstwaidee wolnego świata. (...) Łagier jest kopią jeszcze i dlatego,
że jest tam wszystko, tak jak na wolności: i krew jest równie
krwawa, i w pełnym wymiarze pracują tajniacy i donosiciele,
otwierane są nowe sprawy, zbierane charakterystyki, prowadzo­
ne dochodzenia, mają miejsce areszty, kogoś wypuszczają,
kogoś chwytają. (...) Ludzie chorują na te same choroby, co na
wolności, leżą w szpitalach, kurują się, umierają. Zawsze,
w każdych warunkach, krew, śmierć wcale nie są iluzoryczne.
To właśnie krew czyni tę kopię r z e c z y w i s t o ś c i ą " .
2

Lubimy ekspediować zło na zewnątrz, poza siebie, umiesz­
czać je gdzieś daleko, w osobnych światach, w wydzielonych
enklawach nie mających związków z dostępną nam rzeczywis­
tością. To tam dzieje się zło, to tam „ k t o ś " , bo przecież nie
„my", jest sprawcą zła, to tam w zamkniętych przestrzeniach,
mieszkają zło-czyńcy. To tam prowadzą swój żywot akwario­
wy, a my, nie brudząc sobie rąk, możemy na nich przez szybę
popatrzeć. Wzmacnia to wydatnie nasz komfort psychiczny. Ma
wyraźny walor terapeutyczny. Utwierdza w przekonaniu o na­
szej niewinności i bezgrzeszności. Nowosielski i Szałamow
mocno nadkruszają tę prostoduszną wiarę.
Na paradoks może zakrawać fakt, że istota zła, które ujawniło
się, czy, jak podpowiada idiomatyczne wyrażenie, wyszło na
jaw tak dojmująco realnie w Oświęcimu i w archipelagu Gułag.
tak słabo została jak dotąd rozpoznana przez myśl współczesną.
Ma rację Cezary Wodziński,, w swojej znakomitej książce
Heidegger i problem zła twierdząc, że pytanie o zło pojawia się
w horyzoncie problemowym X X wieku jedynie jako pytanie
peryferyjne, metafizycznie niesamodzielne.
Interpretując
Oświęcim i Gułag w planie historycznym czy politycznym nie
zrozumiemy nic z istoty problemu, zatrzymujemy się jedynie na
drugorzędnych akcydensach: „Czy pojęliśmy cokolwiek z tej
tajemnicy, nazywając Oświęcim i Kołymę 'największym naj­
potworniejszym... złem' w dziejach ludzkości? Czy podając
taką kwalifikację (aksjologiczną!) zdołaliśmy uchwycić istotę
epifanii zła? Jest to wciąż nie podjęte metafizyczne zadanie
Przyszłości". Tradycyjne i najbardziej rozpowszechnione
•.myślenie według w a r t o ś c i " przestaje wystarczać i nie może
J przyczynić się do „wyjaśnienia" t e g o zła. Z kolei,
myśleniu w horyzoncie fundamentalnego rozróżnienia mię­
ty byciem i bytem, na zło nie ma j u ż miejsca. Myśleć dzisiaj
o, sugeruje Wodziński, oznaczać musi wyjście poza dwie,
omówione w filozofii europejskiej ostatniego czasu, paradyjjmatyczne możliwości: poza metafizykę różnicy aksjologicz' k ż e poza metafizykę różnicy ontologicznej. Słowem:
^ r o z w i ą z a n i e chrześcijańskie i heideggerowskie. Wysło­
wienie,
stulecia, jego
Cścin nazwanie zła "po doświadczeniach
" " " • " - " " " "naszego
"•"'6" » "»*"H
j"6"
owe przynajmniej ogarnięcie wymaga znalezienia nowe3

wając terminologii zaproponowanej przez Wodzińskiego: „złojest". Stąd też urojeniem pomieszanym z pychą jest mniemać,
że kiedykolwiek uda się go wymazać z ludzkiego doświad­
czenia. Bośnia, Rwanda... po cóż mnożyć kolejne przykłady.
Zauważmy: Nowosielski stwierdza realne, przedstawione nam
ad oculos, istnienie zła. Nie ma tu żadnych prób wyjaśnienia: jak
to było możliwe? skąd zło? Żadnego śladu intelektualnej
spekulacji, żadnych prób racjonalizacji zła, które przekracza
zdolność pojmowania. Rozumiem to tak: zło objawione
w Oświęcimiu jest eksterioryzacją zła radykalnego (w kantowskim rozumieniu), zła metafizycznego, nie da się go sprowadzić
bądź zredukować do żadnych determinant historycznych, socjo­
logicznych czy psychologicznych. Zło jest epifanią. Jest czymś
„całkiem i n n y m " . Nie jest „ p r o b l e m e m " do rozwiązania,
zagadką do rozszyfrowania ale tajemnicą - w sensie jakie
nadawał temu rozróżnieniu Gabriel Marcel. Najgłębsza, metafi­
zyczna istota zła, choć doświadczana w rozlicznych postaciach
historycznych, jest rozumowo nieuchwytna i niewyjaśnialna
4

Nowosielski jest wyznawcą, jak sam mówi, historiozoficz­
nego pesymizmu (powiedziałbym raczej: realizmu). Cała rze­
czywistość kosmiczna budzi przerażenie. W naszej egzystencji
nie ma nic zabawnego. Wszyscy odgrywamy swoje role
w spektaklu „Boskiej komedii", czy ściślej - tragikomedii.
Gorzej: nie dostrzega on żadnej możliwości wyjścia z empirycz­
no - biologicznej klatki. „Wszystko zmierza do katastrofy.
Rzeczywiście stoimy w przededniu Sądu Ostatecznego. (...)
Niczego lepszego nie będzie. Złudzeniem jest, że można ten
świat jakoś lepiej urządzić. Bo gdyby nawet była ku temu
najlepsza wola polityków i działaczy, to warunki biologiczne
przeżycia gatunku są żadne. Zbliżamy się do końca historii. Nie
twierdzę, jak świadkowie Jehowy, że koniec świata nastąpi
jutro. Jednakże przynajmniej od czasów Włodzimierza Sołowiowa, mam na myśli jego Trzy rozmowy, ogólna perspektywa
została zarysowana".(MCh, 22) Optymizm możliwy jest jedy­
nie jako nadzieja eschatologiczna. Ale to wypada j u ż poza
granice rozumu dyskursywnego: wymaga wiary.
2. Nasi bracia mniejsi
Ważne miejsce w myśleniu Jerzego Nowosielskiego o złu
zajmują zwierzęta. Bodaj w żadnej ze znanych mi refleksji nad
złem ich istnienie nie jest aż tak mocno eksponowane. Może
najlepszym wprowadzeniem do jego rozważań o zwierzętach
i ich sytuacji w kulturze współczesnej będzie wiersz Miroslava
Holuba:
„Bierze się tłuczek
i nóż
i wali się
we właściwe miejsce, żeby nie podskakiwał,
bo jak tak podskakuje, to przeszkadza i zmniejsza zarobek.

uz

w

a

e

ta

cz

5

w

y

Prawa')

a

''

e S t

l

°

m o z

''

w e

'

t 0

J

u z

całkiem inna

Owosielski jest teologiem, obce mu są filozoficzne spekulaQ.^
jego uwag w interpretacji tego, co zdarzyło się
'"anich* " ' ' ^ ' ° ^ ' - ' '
У '
У tkwi główna myśl
*arynT k' ° P
'
zło jest wielkością stałą, że jest
••składnikiem" empirycznej rzeczywistości, że, użya c z e m e

W

0

,r

,S

11 11

ee

e Z

c

a &lt;

r z e s , a n

n

a :

e

z

w

e

1

т

w

Takie jest prawo radości.
Tylko sobie myślę, czy karp to właściwe zwierzę.

w l

i

' ^

A gapie już mrużą oczy, podziwiają ten spryt, to walnięcie,
już prawie do piekarnika sięgają. Już i folia gotowa
leży do zawinięcia. I dymi się z kominów.
Gwiazdka wygląda z okien, po ziemi blask ciągnie,
w beczułkach się pluska.

С 2

Może o wiele lepsze byłoby takie zwierzę,
które by - wyciągnięte - położone - przytrzymane powiodło niebieskim okiem
na tłuczek, na nóż, na piekarnik, na papier,
na gapiów i na kominy,
na Gwiazdkę

т

I jeszcze prędko
Coś powiedziało. Na przykład:

31

�1
To są moje najlepsze dni, to są moje złote dni.
Albo:
Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie.
Albo:
A jednak się kręci.
Albo choćby
Alleluja!"
5

Nowosielski, podobnie do Holuba, zajmuje wobec zwierząt
postawę współ-czującą. Myśli i mówi o nich bez zwyczajowego
sentymentalizmu i czułostkowości. Zwraca uwagę, że zwierzęta
pojawiają się w naszej, europejskiej (a więc ukształtowanej
w znacznej mierze przez chrześcijaństwo) wrażliwości, głównie
w kontekście gastronomicznym. Ale przede wszystkim wy­
chodzi od stwierdzenia, że mimo ogromnego przyrostu wiedzy
zoologicznej, w dalszym ciągu tak niewiele o nich wiemy:
„Zwierzęta są dla nas wielką tajemnicą. Nie ' k i m ' , ale 'czym'
jest dla nas zwierzę w potocznym znaczeniu? Z jednej strony
zwierzę jest to jakieś stworzenie do głaskania, do pieszczenia,
z drugiej - do zabijania i zjadania. Zwierzę służy nam głównie
do 'produkcji', do produkcji mięsa. Przecież w każdym dzien­
niku radiowym czy telewizyjnym, jeżeli się mówi o zwierzę­
tach, to mówi się o produkcji ich samych jako mięsa. Te
wszystkie farmy kurze czy jakieś tam inne, to przecież nic
innego, jak wielkie obozy koncentracyjne. Nasz stosunek do
zwierząt jest straszliwy, po prostu straszliwy. Istoty, które
bardzo nas przypominają - posiadają bowiem podobne odruchy
emocjonalne, podobne nawyki, podobne sposoby komunikowa­
nia się między sobą, ale również z nami - przecież nawiązują
prawdziwy kontakt uczuciowy z ludźmi - skazywane są na
przebywanie w obozach koncentracyjnych i masowo tam
mordowane. Tak wygląda nasz rzeczywisty stosunek do zwie­
rząt i niczym właściwie nie różnimy się od hitlerowców, którzy
pewien gatunek ludzi przeznaczyli na z a g ł a d ę " . ( M C h , 39)
Zauważa Nowosielski, że biorąc pod uwagę stronę afektywną, sferę uczuć, różnica między człowiekiem a zwierzęciem
jest niewielka. Spekulacją czysto intelektualną jest to, że
uważamy się za kogoś radykalnie innego niż one. Nie waha się
przyznać zwierzętom duszy. Więcej: w jednej ze swych szoku­
jących dla wielu intuicji powiada, że zwierzęta są infernalnym
stanem bytów subtelnych, które również brały udział, jak
Chrystus, w ofierze za zbawienie świata. „Zwierzęta są stanem
kenotycznym bytów subtelnych". ( M C h , 48).
Pozostając, w gruncie rzeczy, w ogromnej bliskości i po­
krewieństwie wobec zwierząt przyznajemy im przede wszyst­
kim status istot przeznaczonych na rzeź. Raz jeszcze pojawia się
Oświęcim. Nie widzi Nowosielski przesady w przyrównywaniu
farm, w których na masową skalę hoduje się zwierzęta prze­
znaczone na ubój, do tego miejsca zbiorowego mordu. Nie ma
między nimi istotowej różnicy, sprawa ma się nawet „na
k o r z y ś ć " Oświęcimia. Dzieje się tak dlatego, że „Człowiek
pędzony na śmierć, na rzeź w Oświęcimiu miał jakąś nadzieję na
tak zwane życie pozagrobowe. A takiej iluzji zwierzę może nie
mieć. A lęk i przerażenie, żal z powodu rozstawania się z życiem
u zwierzęcia jest taki sam, jak u człowieka. Zwierzę pozbawione
jest wszelkiej nadziei metafizycznej". ( M C h , 40)
O ile w judaizmie zabijanie zwierząt włączone było jeszcze
w obszar sacrum - religia abrahamiczna miała świadomość, że
stają się one sakralną ofiarą - o ty le chrześcijaństwo uczyniło ze
zwierząt obiekt konsumpcyjny. Zabijamy je już z czystym
sumieniem, a więc bez świadomości przeznaczania ich na ofiarę
przebłagalną. Śmierć zwierzęcia została pozbawiona aspektu
religijnego. W jego miejsce pojawił się wymiar czysto utylitar­
ny, pragmatyczny. To właśnie chrześcijaństwo, poprzez obojęt­
ność w tych kwestiach, legitymizuje niegdysiejsze i współczes­
ne, o wiele bardziej technicznie zaawansowane, okrucieństwo
6

7

32

wobec zwierząt. W tym względzie chrześcijaństwo nie stawia
żadnych zapór moralnych. Jako jawne przykłady satanizacji
rzeczywistości, Nowosielski wymienia krwawe widowiska
z udziałem zwierząt: corridę i walki kogutów.
Na zabijanie zwierząt jesteśmy poniekąd skazani. Cała nasza
grzeszność eksterioryzuje się w ich zabijaniu. Trudno spodzie­
wać się, by jakiekolwiek instytucjonalne zakazy mogły tę
sytuację radykalnie zmienić. „Zwierzęta tak czy inaczej umiera­
ją. To znaczy, śmierć zwierzęcia z rąk człowieka nie jest
najgorszą rzeczą, jaka może zwierzę spotkać. Bo zwierzęta
mordują się wzajemnie w sposób jescze bardziej okrutny niż
ludzie''. (MCh, 44) Mordowanie zwierząt przez człowieka, jeśli
ma jakiś aspekt „ p o z y t y w n y " , to tylko taki, że przypomina nam
nieustannie, że świat empiryczny jest wciąż miejscem wy­
gnania. Że cały świat cierpi: przyroda, zwierzęta, ludzie. „To
ciągle jest Oświęcim. Wciąż mówię tylko o tym, że wszystko
wokół nas jest Oświęcimiem, przecież nic innego nie mówię
cały czas (...)". (MCh, 43) Że od „wypędzenia z raju" jesteśmy
grzesznikami i że jest to ontologiczny stan nie podlegający
żadnym historycznym korekturom. Więcej nawet: że, chcemy
czy nie, jesteśmy zbrodniarzami. I gdybyśmy nawet bardzo
chcieli, nie możemy być lepsi. Żadna pedagogia, żaden system
etyczny nie jest w stanie tego zmienić. Zepsutej zabawki jaką
jest świat nie da się naprawić, a z pokrzywionego drzewa
człowieczeństwa - wedle sławnej formuły Kanta - nic prostego
wyciosać się nie da. Jedyne co nam pozostaje, to świadomość
własnej grzeszności. W tym właśnie nasza tragiczna wielkość.
U początków ludzkiej historii pojawia się Kain. M y wszyscy
z niego...
3. „Piękno zbawi ś w i a t "
Nie zapomina Nowosielski o swojej głównej profesji (powi
3W0łaniu?). W jego wypowiedziach, malarstwo, sztuka w ogóle,
mają ważne miejsce w dyskusji o złu, a jest to sposób myślenia
rzadki i wyjątkowy. Zastanawiając się nad możliwością unaocz­
nienia w sztuce zła, nic przypadkiem wymienia nazwisko
Francisa Bacona. Jego twórczość jest dla określenia miejsca,
w którym znalazła się świadomość współczesna zupełnie
emblematyczna. Jeśli Eliade widział w jego malarstwie „zaled­
w i e " krańcowe upostaciowanie brzydoty i emanację nihilizmu",
to Nowosielski idzie w swych intuicjach o wiele dalej. Nazywa
rzecz po imieniu. Sztuka Bacona jest dla niego „żywym"
wcieleniem zła, diabelskim signum temporis. Domaga się ona,
wręcz wymusza na widzu, postrzeganie i interpretację w per­
spektywie eschatologicznej:
„To jest absolutnie doskonałe unaocznienie zła. To niejako
potwierdzenie w sztuce intuicji manichejskich. Zło, które w taki
sposób manifestuje się za pośrednictwem formy artystycznej,
zdaje się posiadać substancjonalne, osobowe istnienie. Al­
bowiem jedynie posiadając substancjonalny byt, zło zdolne jest
nasycić formę artystyczną. Taka niepokojąca rzeczywistość
artystyczna zaistniała dopiero w naszych czasach, sztuce dawnej
obce były tego rodzaju doświadczenia. Zło ucieleśniało się
w sztuce dopiero w realizacjach Bacona. Wydaje mi się, że fakt.
iż zaistniała taka możliwość, stanowi znamię czasów ostatecz­
nych. Zło w sztuce Bacona jest tak nieskończenie groźne
właśnie dlatego, że zdaje się posiadać byt substancjonalnyObrazy Ukrzyżowań Bacona wydobywają z aktu ukrzyżowania
aspekt infernalny nie mający żadnego zakorzenienia w metafi­
zycznym przezwyciężeniu zła. Ukazują coś, co można nazwać
złem absolutnym. I to jest mistrzowsko zrealizowane. I dlatego
jest tak groźne. To jest coś, co może napawać tylko lękiem •
(MCh, 11)
Malarstwo Bacona jest widomym „ d o w o d e m " na bliskość
i realność eschatonu, Sądu Ostatecznego. Sytuacja, w której
zaistniała możliwość realizacji i funkcjonowania osobowego zła

�w sztuce jest - powiada artysta - zapowiedzią nadejścia czasów
ostatecznych (w znaczeniu, o którym była mowa wcześniej),
pojawienie się artystycznej manifestacji zła w sztuce sugeruje
niedwuznacznie realną obecność Antychrysta w świadomości
współczesnej. Nie znaczy to, rzecz jasna, że Bacona łączyły
jakieś związki z tą personą. Chodzi jedynie o to, że zło
pojawiło się w jego sztuce w postaci osobowej. Nie medium
jest tu ważne (artysta m o ż e być osobą „ p o z y t y w n ą " , choć bez
wątpienia z tragicznym znamieniem), ale k o ń c o w a wizja
artystyczna. Konsekwencją inkarnacji Chrystusa stała się
możliwość zaistnienia w sztuce jego Oblicza. Obecnie, sztuka
ujawniła również możliwość do tej pory nie zrealizowaną, albo
zrealizowaną w sposób niepełny: sportretowania Antychrysta.
Malarstwo Bacona jest tego wyrazem. M o ż e na tę intuicję
naprowadza poeta, w utworze z angielskim malarzem w roli
głównej:
„Bacon osiągnął transformację
ukrzyżowanej osoby
w wiszące martwe mięso
wstał od stolika i powiedział cicho
tak oczywiście jesteśmy mięsem
jesteśmy potencjalną padliną
kiedy idę do sklepu rzeźniczego
zawsze myślę jakie to zdumiewające
że to nie ja wiszę na haku"

które zna nie tylko doświadczenie ludzkie, ale i pozaludzkie".
(MCh, 13) Sztuka jest rzeczywistością znacznie głębszą niż jej
biologiczny substrat.
Bodaj nikt tak wnikliwie jak Nowosielski nie „przerobił"
lekcji udzielonej przez Dostojewskiego. ( W I , 155) Piękno nie
jest tylko jakością estetyczną. Nie jest niekoniecznym dodat­
kiem, ornamentem ludzkiego doświadczenia. Nie jest czymś
podrzędniejszym od dobra. To piękno jest elementem, które
weryfikuje dobro. I na odwrót: dobro pozbawione elementu
piękna jest dobrem niepełnym. Rozłączne traktowanie dobra
i piękna stało się przyczyną głębokich pęknięć w chrześcijańst­
wie, których skutki odczuwamy do dziś. Przyznać jednak trzeba,
że myśl religijna kontestująca sztukę miała swoje racje. Sztuka
bywa domeną niebezpieczną: rozbija uładzone schematy myś­
lowe, każe poddawać w wątpliwość kanoniczne konstrukcje
intelektualne. Jest także moralnie dwuznaczna ocierając się
nieustannie o zło, „paktując" z nim. W sztuce chodzi przecież
nade wszystko o jedno: o to by jak najwięcej elementów
rzeczywistości empirycznej równoznacznej ze światem infernalnym, przenieść na poziom rzeczywistości zbawionej. Chodzi
o to, by świat rzeczy realnych zobaczyć oczyszczony z przypad­
kowych elementów i pokazać je tak przemienione, by zalśniły
światłem realizmu eschatologicznego. „Sztuka musi być podej­
rzana zbawia bowiem p i e k ł o " . (MCh, 15)

4

4. Piętno

I tu dochodzimy do sfery prawdziwie niepojętej, stajemy na
progu tajemnicy. Na granicy, nie dającej się wyjaśnić w katego­
riach przyczynowych czy logicznych, alchemii sztuki. Nie ma
bowiem żadnych dobrych racji, by z rzeczywistości zasadniczo
infernalnej sztuka mogła wyciągnąć pierwiastki nacechowane
wartościami dodatnimi, pozytywnymi. W jaki sposób w świecie
opanowanym przez zło możliwe jest piękno? Jak dochodzi do
tej alchemicznej, bez mała, transmutacji? Jak to się dzieje, że
w zwałach popiołu dojrzeć można światło? Nowosielski kwes­
tionuje rutynowy sposób myślenia o tych sprawach, odwraca
tradycyjną hierarchię: „Nie stawiajmy sprawy na głowie: nie to
jest istotne, w jaki sposób zło może istnieć w świecie piękna,
lecz to, w jaki sposób piękno może zaistnieć w uniwersalnym
środowisku zła. Dla mnie interesujące jest to, w jaki sposób
świadomość ludzka przetwarza elementy zła na dobro i pięk­
no". (MCh, 13)
Nowosielski dopuszcza wyjaśnienia naturalistyczne, choć
równocześnie dostrzega ich ograniczony charakter. Można
szukać rozwiązań ( " u m y s ł o w o ś ć typu Lema") w strukturach
genetycznych i twierdzić, że rzecz cała sprowadza się do obrony
gatunku przed samobójstwem. Słowem: widzieć w pracy
świadomości przetwarzającej zło na rzeczywistość pozytywną
jedynie przejaw instynktu samozachowawczego. Jednakże
* perspektywie duchowej, teologicznej ów proces dokonujący
'e w sztuce „jawi się nam jako jedna z największych zagadek.
s

Na tle klasycznych, filozoficznych ujęć zła (Schelling, Kant,
Schopenhauer, Nabert, Marcel, Ricoeur) teologiczne z gruntu
intuicje Nowosielskiego uderzają swoją konkretnością. Albo
inaczej: sytuują się na antypodach myśli spekulatywnej. Stwier­
dzam tylko fakt, nie czyniąc z tego spostrzeżenia zarzutu.
Interesujące byłoby prześledzenie podobieństw i różnic między
wspomnianymi koncepcjami a wywodami Nowosielskiego.
Z braku miejsca rzecz odkładam na inną okazję. W s p o m n ę tylko
0 jednym, intrygującym pokrewieństwie z pewnym tekstem
współczesnym. Zadziwiająco liczne zbieżności odnotować mo­
żna pomiędzy uwagami Nowosielskiego a niektórymi sfor­
mułowaniami z eseju Jolanty Brach-Czainy pod tytułem Święte
z.ło . W tytułowym wyrażeniu, zdają się zbiegać zasadnicze
linie jej rozważań. W zakończeniu przywołuje Brach-Czaina
tradycję wschodnią cytując słowa Lao Tsy o świecie jako
świętym naczyniu.
Czytając Nowosielskiego wracam pamięcią do pierwszych
rozdziałów Genesis, do pewnego wersetu z 4 rozdziału. Od­
noszę wrażenie jak gdyby jego refleksja o złu miała swoje
najgłębsze źródło w tym jednym zdaniu, przed którym rozum
dyskursywny „Kainowego plemienia" wciąż staje zdumiony
1 bezradny. Ze swoją logiką dwuwartościową, ze swoimi
dychotomicznymi przyzwyczajeniami nieustannie potyka się
o niepojęty paradoks: „Dał też Jahwe znamię Kainowi, aby go
nie zabił, ktokolwiek go spotka". (4,15)
w

PRZYPISY
Z. Podgórzec, Wokół ikony. Rozmowy z Jerzym Nowosielskim, War­
szawa 1985 (w tekście jako: WI); Z. Podgórzec, Mój Chrystus. Rozmowy
Jerzym Nowosielskim, Białystok 1993 (w tekście jako: MCh); wybór
tekstów artysty z różnych lat zawiera książka: J. Nowosielski, Inność
Prawosławia, Warszawa 1991
Szałamow, Bez powrotu, prze! J Baczyński, Gdańsk 1996,
- 341-342
1

s

r C. Wodziński, Heidegger i filozofia zła. Warszawa 1994, s. 611
Tego rodzaju zarzuty można skierować wobec wywodów o Holocauście
cennej skądinąd książki Zygmunta Baumana, Nowoczesność i zagląda,
"ndacja Kulturalna Masada 1991
M. Hołub, Zwięzła uwaga o zabijaniu karpi, tł. M.Grześczak, w:
wybór i posłowie L . Engelking, Izabelin 1996

k

Por. H. Eilstein, Jeśli się nie wierzy w Boga. Czytając
Kołakowskiego,
Warszawa 1991, s. 48-59
O hipokryzji w naszej postawie wobec zwierząt i instrumentalnym ich
traktowaniu zoh blok artykułów w „Kontekstach" nr 3—4:1994: R. Ciarka,
O sposobach zabijaniu zwierząt; J. Riflcin, Anatomia cheesburgera, tł. A.
Taborska; M. Hatadewicz, Perły przed wiepize.
* M. Eliade, Próba labiryntu, Rozmowy z Claude-Henri Rocipietem, prze!
K. Środa, Warszawa 1992, s. 181-182 '
T. Różewicz, Francis Bacon czyli Diego Velasquez, na fotelu dentystycz­
nym, w: Zawsze fragment, Wrocław 1996, s. 7
"' J. Brach-Czaina, Święte zło, w: Szczeliny istnienia. Warszawa 1992, s.
112-138
?

4

33

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11252" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="11230">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/5179e66a3fd0a640f8fb71e88bae1b70.pdf</src>
        <authentication>132d54b7501de1fc86caf22eff6b0771</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134059">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2797</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134060">
                <text>1999</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134061">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2605</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134062">
                <text>His Master's Voice ? O muzyce u Steinera / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134063">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.4, s.23-36</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134064">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134065">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134066">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134067">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="134068">
                <text>His Master's Voice ?
O muzyce u Steinera
Dariusz Czaja
1. Rzeczywista obecność muzyki
„Tylko na terenie muzyki nie jesteśmy jeszcze ludźmi
o naukowo-historycznym nastawieniu, żyjemy jeszcze
przy Palestrinie: dowód na to. że tu rzeczywiście jeste­
śmy ż y w i " .
Friedrich Nietzsche, Fragmenty 1869-1875

Mylą się, moim zdaniem, ci, którzy sądzą, że nieskrywana
prowokacyjność, bluźnierczość wobec dominujących obecnie
nurtów intelektualnych, ba: profetyczna wywrotowość Rze­
czywistych obecności mieści się tylko i wyłącznie w kilku za­
sadniczych i wyłożonych przez Steinera expressis verbis te­
zach i stwierdzeniach rozwijających myśl przewodnią książ­
ki („pragniemy odejść od bezpośredniego spotkania z 'rze­
czywistą obecnością'"); słowem, w tym, co - ujmując najo­
gólniej - mówi on o nędznej kondycji współczesnej humani­
styki i szansach przezwyciężenia tego stanu rzeczy. Nie jest
przecież tak, by nikt z nas wcześniej nie zauważył, bądź też
boleśnie na sobie nie doświadczył grozy albo groteski (w za­
leżności od punktu widzenia) lawinowego przyrostu drugo­
rzędnych tekstów o innych tekstach, formowania się na na­
szych oczach, a i przy naszej nieraz pomocy, humanistycznej
krainy wtórności i lustrzanych odbić, poza którymi nie widać
już rzeczywistości; nie jest też tak, by dopiero Steiner podjął
frontalną polemikę (bez względu na to, w jakim stopniu za­
sadną) z wierzeniami i praktyką dekonstrukcjonistów, by nikt
dotąd nie zastanawiał się nad możliwością negatywnych kon­
sekwencji dekonstruktywistycznej lektury; nie jest też chyba
tak, by dopiero Steiner, przywracając blask zaśniedziałemu
refrenowi: Zu den Sachen selbst, uświadomił nam koniecz­
ność i owocność żywego spotkania z dziełem i błyskotliwie
(bo inaczej nie umie) uzasadnił wyższość postawy kontemplatywnej nad chorym i doprowadzonym do granic bólu po­
znawczym i kulturowym aktywizmem.
W stwierdzeniu, że diagnoza chorób współczesności nie
jest tym, co u Steinera najbardziej rewolucyjne, nie idzie mi
też, naturalnie, o to, że przekład polski spóźniony jest w sto­
sunku do oryginału o lat osiem i że tezy Steinera zdążyły się
już uleżeć. Jego książka, tak niedzisiejsza, tak wyraźnie
i ostentacyjnie nieomal demode, na swój sposób wciąż draż­
ni, a przynajmniej niepokoi i intryguje. W dalszym ciągu,
choć krytyczne ostrze nieco może stępiało, ma w sobie moc
budzenia z myślowego letargu, zaprasza, czy lepiej: wzywa
(o ile nie: stawia wręcz pod ścianą) do przemyślenia najzu­
pełniej elementarnych kwestii dotyczących nie tylko, by tak
rzec, fizyki kultury, a więc tego, co jest chlebem powszednim
humanistyki, ale także jej metafizyki, duchowego wymiaru
dzieła sztuki. I w tym jej, nie rozmijająca się z czasem obe­
cnym i nie stygnąca wciąż, siła.
Mówiąc o wywrotowym charakterze książki miałem na
myśli przede wszystkim liczne, rozsiane w różnych miej­

scach steinerowskiej narracji: zdania, frazy, aforyzmy, stwier­
dzenia, opinie, przekonania, domniemania, napomknienia,
aluzje, cytaty, kryptocytaty, pytania, wątpliwości, przeczucia
i wyznania, które za przedmiot mają muzykę. Nie chodzi,
rzecz jasna, o to, że Steiner rzuca od czasu do czasu efektow­
ne i stąd, zwracające uwagę, myśli na temat muzyki, że chwa­
li się, rzeczywiście niezwyczajną, jak na kogoś, kto nie zaj­
muje się profesjonalnie tą dziedziną, muzykologiczną erudy­
cją. Rzecz w tym, że nie są to poglądy luźno winkrustowane
w tekst na zasadzie kompozycyjnego przerywnika, przeciw­
nie: Rzeczywiste obecności muzyką oddychają, całe są muzy­
ką przeniknięte. Wszędzie tam, gdzie mowa o muzyce, eks­
presyjna i tak proza Steinera, pulsuje jeszcze bardziej, roz­
ognia się i żarzy. Nie ma wątpliwości: to w tych właśnie miej­
scach ukryty jest dynamit.
Muzyka, twierdzę, jest nie tylko zaskakującym punktem
wyjścia tych rozważań, ale, kto wie, czy nie jeszcze bardziej
nieoczekiwanym punktem dojścia. Przesadzam? Dowód,
czarno na białym, jest już na stronie dziewiątej: „Wierzę, że
muzyka jest niezmiernie ważna dla zrozumienia tego, czym
jest człowiek, oraz tego, co oznacza ludzkie doświadczenie
metafizyczne lub odrzucenie tego doświadczenia. Nasza
zdolność komponowania i reagowania na formę i sens mu­
zyczny odwołuje się bezpośrednio do tajemnicy kondycji
ludzkiej. Pytanie 'czym jest muzyka?' może być jednym ze
sposobów na zadanie pytania 'czym jest człowiek?'" Czy nie
jest wywrotowa i jawnie prowokacyjna, ta stanowcza dekla­
racja „konfesyjnej" przynależności? Czy rzeczywiście, zasu­
gerowana tu z taką prostotą, tak otwarcie i całkowicie serio
wymienność, równoważność wspomnianych pytań, nie
sprzeciwia się - wyjąwszy nielicznych - najbardziej po­
wszechnym i dominującym dzisiaj tezom antropologii filozo­
ficznej? Czy nie jest jakimś gwałtem na zdrowym rozsądku,
nie wytrąca ratio z uporządkowanych mniemań na swój te­
mat? Czy nie wprowadza do oswojonych już gatunkowych
określeń (homo sapiens, homo faber itp) parametru jakby
z zupełnie innego porządku i to wyraźnie nie d propos: bo ni­
by dlaczego, zorganizowana melodycznie, rytmicznie i har­
monicznie sekwencja dźwięków miałaby być kluczem do za­
gadki człowieka, dlaczego sztuka kontrapunktu raczej a nie
umiejętność konstruowania siekierki?
1

Czy zresztą już sama intensywna obecność muzyki w tej
opowieści, która - przypomnijmy - o przygodach słowa
w dużej mierze traktuje, muzyki pojawiającej się tu w wielu
rejestrach, w różnych planach i odniesieniach, nie jest sygna­
łem o pójściu jawnie pod prąd branżowych przyzwyczajeń?
Bo zważmy: oto filolog, miłośnik logosu, a więc ten, który
podąża za słowem, który słowu z czułością przygląda się,
w swoich próbach opisania i zrozumienia nie prostych prze­
cież relacji między słowem i światem, nieustannie do muzy­
ki sięga, na muzykę się powołuje, muzykę czyni ośrodkiem

23

�cc
AD

Zł
Pi

ON
Mich;
R
Pawe
T
Dariu
h
***
Miro

С
Heid

1
Phili

3
J A
Alei

***
Toir
Osk
Bor
T i

(c&lt;
Wii
Robert Fludd, The Temple of Music

Da
Wi
**
Jai
Je;
Ja

Hi
В
В
s

swoich rozważań. Przesada? Dowód obecny jest na kolejnych
stronach: „Sednem tego eseju jest pytanie, czy można powie­
dzieć (lub napisać) cokolwiek znaczącego na temat muzyki"[RO,19]. Dwumian „słowo - świat", jak gdyby sam w so­
bie nie dość tajemniczy, zostaje uzupełniony o element je­
szcze bardziej w swej naturze niepochwytny i niezgłębialny:
muzykę. Po trajektoriach wyznaczonych przez wierzchołki
tego trójkąta będą się toczyć rozważania Steinera. Widać przy
tym wyraźnie, że pytanie o to, czym jest muzyka, jak istnie­
je, jaką prawdę o sobie i o nas odsłania, nie jest dla niego py­
taniem lokalnym, do rozwiązania na przykład przez muzyko­
logów. Stawia on sprawę na ostrzu noża: pytanie o status
ontologiczny muzyki, o jej sens, o to, jak ona znaczy jest py­
taniem dla humanisty fundamentalnym. To pytanie pytań.
Rozważania Steinera, choć tak dzisiaj osobne i osobliwe,
nie pojawiają się przecież w intelektualnej próżni. Zanim
przyjrzymy się bliżej kilku kontekstom myślowym, w które
intencjonalnie wchodzi jego filozofia muzyki (ale też i takim,
w które wplątuje się bezwiednie), krótkie przypomnienie.
Pra-sformułowanie steinerowskiego pojmowania muzyki
obecne jest już w jednym z rozdziałów W zamku Sinobrode­
go, książki opublikowanej prawie dwadzieścia lat przed Rze­
czywistymi obecnościami. Tutaj, w wykładach zawierających
- jak głosi podtytuł - „kilka uwag w kwestii przedefilowa­
nia kultury", do głosu dochodzi przede wszystkim nuta kry­
tyczna. Steiner konstatuje pojawienie się w kulturze współ­
czesnej zjawiska bez precedensu: nowej sfery dźwięku o za­
24

sięgu globalnym: „Trio walące we mnie przez ścianę w zimo­
wą noc na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych naj­
prawdopodobniej rozbrzmiewa w tej samej chwili w sali ta­
necznej w Bogocie , wydobywa się z tranzystora w Narwiku,
z gramofonu w Kijowie i gitary elektrycznej w Bengazi".
Pomijając to, że odbiornik w USA dawał o niebo lepszą ja­
kość niż gramofon w Kijowie, zasadniczo Steiner ma rację:
przestrzeń dźwiękowa współczesnego społeczeństwa przypo­
mina gigantyczne pudło rezonansowe. Fale muzaku dopadają
nas wszędzie: w domu, w kinie, w supermarkecie, w windzie.
Urządzenia rejestrujące dźwięk, z jednej strony, są błogosła­
wieństwem: możemy już na wzór biblioteki tworzyć własne
kolekcje nagrań; z drugiej, nietrudno wyobrazić sobie sytua­
cję, w której Pasja Mateuszowa słuchana jest jako tło do
sprzątania, czy jeszcze gorzej: jako muzyka do kotleta. Infla­
cja dźwięku nie pozostaje bez wpływu na osłabienie, o ile
nie: całkowite stępienie wrażliwości estetycznej. By dopełnić
obrazu muzycznego znijaczenia, na boku rzuca jeszcze Stei­
ner parę złośliwości na temat prymitywizmu rocka i muzyki
pop - to figura niemal obowiązkowa u muzycznych konese­
rów - które to gatunki zostają wrzucone, zupełnie zresztą nie­
rozumnie, do jednego worka.
2

3

Nie w tym jednak rzecz. Ważniejsze jest inne spostrzeże­
nie: oto, odwrotnie proporcjonalnie do obecności muzyki ota­
czającej nas na co dzień, zmniejsza się jej rola w naszym ży­
ciu. Masowe chodzenie na koncerty niczego tu nie zmienia.
Wręcz przeciwnie. Przypominają się tu przenikliwe uwagi

�Theodora Adorno (1939 rok!) o niezauważalnej niemal a ma­
jącej istotne konsekwencje kulturowe, podmianie wartości
estetycznych na wartości użytkowe, zjawisku nieuchronnym
w świecie rządzonym przez wielką liczbę. Demokratyzacja
dostępu do sztuki zbiera gorzkie żniwa. To, co ledwie zasu­
gerował Steiner, wypowiedział już wprost i otwarcie austriac­
ki muzyk i dyrygent, Nicolaus Harnoncourt: „Od czasów śre­
dniowiecza aż do rewolucji francuskiej muzyka była jednym
z filarów naszej kultury i naszego życia. Jej
z n a j o m o ś ć była częścią wykształcenia ogólnego. Dzisiaj
muzyka stała się jedynie ornamentem pozwalającym zapełnić
puste wieczory wizytami w operze czy w filharmonii, przy­
strajającym oficjalne uroczystości, czy też - przy wydatnej
pomocy radia - wypierającym i ożywiającym ciszę domowej
samotności. Stąd bierze się ów paradoks, że wokół roz­
brzmiewa zdecydowanie więcej muzyki niż kiedyś (otacza
nas prawie bez przerwy), ale nie ma ona dla naszego życia
żadnego znaczenia, pozostaje tylko 'miłą ozdóbką'".

najważniejszych sporów prowadzonych w tej ulotnej materii.
Zauważmy przy tym, że uchwycenie związku słowa i dźwię­
ku, w słowie jedynie może zostać przekazane. Inaczej
mówiąc: musi zostać w y s ł o w i o n e . Natura owego związku
musi zostać nazwana i o p o w i e d z i a n a . Wspominam o tej
trywialnej okoliczności dlatego, by podkreślić, że rozważania
poniższe w najmniejszym stopniu nie pretendują - za wyso­
kie progi! - do tego, by uchodzić za muzykologiczne stu­
dium. Chodzi mi o rzecz znacznie skromniejszą. Skupiam się
jedynie na narracji Steinera, po to, by śledząc jej rozmaite ję­
zykowe (a więc i myślowe) uwikłania, dojść do rekonstrukcji
źródeł i kształtu steinerowskiego m i t u muzyki. By uczynić
zadość metodologicznym rygorom, jeszcze jedna uwaga: po­
jęcie mitu rozumiem tu najprościej jak można, niemal etymo­
logicznie (słowo, opowieść), ale też, co warte zaznaczenia,
w przeciwieństwie do publicystycznych jego wykładni (mit
jako fałsz), umieszczam blisko ujęć znanych z klasyki feno­
menologii religii (mit jako święta opowieść).

Dlatego też tak mocno brzmią w tych prolegomenach do
rozwijanej po latach filozofii muzyki, uwagi o esencjalnym
związku muzyki z prawdą. „Ani ontologia, ani estetyka nie
przedstawiły w sposób klarowny i satysfakcjonujący tych
związków. Jednak my natychmiast je wyczuwamy. (...) Mu­
zyka może być samochwalcza, może być sentymentalna, mo­
że uwalniać struktury okrucieństwa, ale nie kłamie. (Czy
można znaleźć kłamstwo u Mozarta?) To tu pokrewieństwo
muzyki i potrzeba uczucia, które niegdyś miało charakter re­
ligijny, może przebiegać na najwyższym poziomie"[WzS,
138]. Wobec wciąż ogromniejącego nadmiaru słów, wobec
iluzji, które język często z siebie wysnuwa, wobec bełkotu
i kłamstwa słowa publicznego (te oskarżenia wobec języka,
w Rzeczywistych obecnościach osiągną już rozmiary ele­
phantiasis), muzyka jest/może być enklawą wolności i praw­
dy. Znaczące jest to przesunięcie w zwyczajowej hierarchii li­
teratury i muzyki: dla wielu z nas, zauważa Steiner, „pewne
utwory muzyki raczej niż literatury są talizmanami porządku
i ufności"[WzS, 137]. Już w tej książce zarysowany został
wyraźnie kierunek steinerowskiego myślenia o muzyce i pro­
jekt przywrócenia jej ważnego miejsca w kulturze. Tak, musique avant toute chose...

Podkreślając permanentną ułomność języka w zetknięciu
z muzyką, znajduje jednak Steiner w ciemnościach okołomuzycznej logorei „płomyki dyskursywnej iluminacji"[RO, 20].
Niech kilka z nich rozbłyśnie i dla nas. Ale wcześniej naszki­
cujmy filozoficzne tło.
Jeszcze w Krytyce władzy sądzenia, dziele emblematycznym dla myśli późnego oświecenia, muzyka nie ma najlep­
szych notowań. Widać tu wyraźnie wahanie i niezdecydowa­
nie Kanta, co do tego gdzie umieścić muzykę. Z jednej stro­
ny, przyjmując kryterium racjonalne, muzyka zajmie w za­
proponowanym przezeń hierarchicznym podziale sztuk miej­
sce trzecie, ostatnie: po poezji i sztukach plastycznych. Z dru­
giej, zbyt wyraźnie dostrzega on, że jeśli wziąć pod uwagę
kryterium oddziaływania na odbiorcę, to muzyka dorównuje
niemal poezji. To, co w pierwszym przypadku było jej słabo­
ścią, tutaj jest jej siłą: „Bo jakkolwiek przemawia ona za po­
mocą samych tylko czuć (bez pojęć), a tym samym nie pozo­
stawia, jak poezja, niczego, co należałoby przemyśleć, to
przecież wzrusza ona umysł w sposób bardziej różnorodny,
a chociaż tylko przemijająco, to jednak głębiej. Jest ona oczy­
wiście więcej rozkoszowaniem się niż kulturą (bieg myśli, ja­
ki mimochodem zostaje przy tym pobudzony, jest tylko wy­
nikiem jakiejś jakby mechanicznej asocjacji) i ma zgodnie
z sądem Jaki wydaje o niej rozum, mniejszą wartość niż każ­
da inna ze sztuk pięknych". Muzyka będąc mową afektów
przekazuje słuchaczom idee estetyczne. Prowadzi od „czuć"
w stronę nieokreślonych idei, te zaś - w przeciwieństwie do
sztuk plastycznych - są jedynie przemijające. Pomimo pew­
nych koncesji na rzecz wpływu muzyki na słuchacza, w ra­
cjonalnym systemie Kanta, zajmuje ona miejsce poślednie.
Z natury swojej, nigdy nie sięgnie jasności i precyzji pojęć.
Jest też wyraźny w tej koncepcji element defensywny. Kant
jakby się obawiał, że nie podpadająca pod wymagania rozu­
mu muzyka (przypomnijmy: to raczej rozkoszowanie się niż
kultura), wywrócić może tak mozolnie budowany przez my­
ślicieli Wieku Świateł porządek rozumu i ład moralny.

4

5

6

2. „Płomyki dyskursywnej iluminacji"
„W ubiegłym wieku Schopenhauer i Nietzsche najlepiej
potrafili mówić o miłości i muzyce. A przecież obaj
uczęszczali jedynie do burdeli, co zaś do muzyki, to
pierwszy przepadał za Rossinim, a drugi za Bizetem".
Emil Cioran, Wyznania i anatemy

A zatem: czy można powiedzieć/napisać cokolwiek zna­
czącego o muzyce? To pytanie dotyczące bezpośrednio moż­
liwości i granic dyskursu muzyko-logicznego, wywołuje
równocześnie także i inną, bardziej może podstawową kwe­
stię: jaka relacja zachodzi między słowem a muzyką rozu­
mianą jako swego rodzaju język? Pytania i propozycje Stei­
nera wpisują się w, prowadzoną przynajmniej od czasu po­
jawienia się estetyki Kanta - by nie sięgać dalej niż wiek
XVIII - i odżywającą później z różną intensywnością, filozo­
ficzną dysputę na temat muzyki. Głos Steinera jest cząstką te­
go polilogu. W jego uwagach słychać echa, pogłosy i odbicia

To ciekawe: co dla Kanta było ułomnością muzyki, dla ro­
mantyków niemieckich stanie się jej tytułem do chwały. To
właśnie nieokreśloność muzyki, jej pozapojęciowość pozwa­
la znacznie głębiej i bardziej bezpośrednio wnikać w struktu­
ry rzeczywistości, które pozostają niedostępne dla operujące­
go siatką pojęciową rozumu. Im bardziej muzyka oddala się
25

�с
г
р

ON
Micr
1
Pawi
i

Dari
i
***
Min
Hei(
Phil

JA
Ale
**•
Tor
Osi
Bo

*T

(c
w
Di
W

Ja
Je
J;
H

od słowa, tym bardziej zy­
w stan bliski nirwany. Wre­
skuje na znaczeniu. Słabo
szcie: muzyka jako analge­
rozpoznana przez Kanta,
tyk.
niedowartościowana „mo­
W genialnych uwagach
wa afektów", wraca do
pomieszczonych w Stadiach
łask. Romantycy ujawnili
erotyki bezpośredniej, Kier­
wyjątkowo dobitnie jak ar­
kegaard sprzeciwia się pod
bitralne było posługiwanie
pewnymi względami i wy­
się w ocenie wartości mu­
wodom Kanta i przekona­
zyki przede wszystkim kry­
niom romantyków. Zacznij­
terium językowym, słow­
my od tych ostatnich. Pole­
nym, pojęciowym. Przyję­
mizuje Kierkegaard bardzo
cie takiej miary zapoznaje
mocno z tezą jakoby muzyka
to, co w muzyce najważ­
była medium doskonalszym
niejsze: że jeśli jest języ­
niż język. Owszem, łączy je
kiem, jeśli coś komunikuje,
to, że obydwa te środki wyra­
jeśli niesie w sobie jakiś
zu zwracają się do ucha. To,
przekaz, to czyni to zupeł­
między innymi, pozwala
nie inaczej niż język dysuznać, że w pewnym sensie
kursywny. W tym właśnie
muzyka jest językiem. Prócz
niepojęciowym „języku"
tego, język przebiega w cza­
człowiek może wypowie­
sie. I tylko muzyka, w przeci­
dzieć najwłaściwiej. I je­
wieństwie do innych sztuk,
szcze jedno ważne spo­
rozwija się w czasie. Bliższy
strzeżenie: muzyka to nie
wgląd pokazuje jednak, że
tylko pierwotna mowa
muzyka nie może być mową:
uczuć, środek wyrażania
jest jej stadium wcześniej­
Robert Fludd, The Macrocosm and Human Being
naszych najgłębszych emo­
szym i późniejszym, ale nie
cji, to także wyjątkowo po­
jest nią samą. Zawsze: albo
ręczne -jedyne! - narzędzie dotarcia do rzeczywistości du­
jeszcze nie jest mową (jak w nieartykułowanych okrzykach),
chowej. Muzyka jest tedy rzeczywistością ludzką i niebiań­
albo już nią nie jest (jak to się dzieje wtedy, gdy w mowie po­
ską. Harmonijną syntezą przeciwieństw. Pisał Wilhelm Wacetyckiej brzmienie, „muzyczność" frazy usamodzielnia się).
kenroder: muzyka „odmalowuje człowiecze uczucia w spo­
Tak więc muzyka ogranicza mowę ze wszystkich stron. „Te­
sób nadludzki (...), bowiem przemawia językiem, którego nie
raz staje się zrozumiałe, jak mogło powstać nieporozumienie,
rozpoznajemy w życiu codziennym, którego pochodzenie
że muzyka jest medium bogatszym od języka. Kiedy mowa
i sposób, w jaki go opanowaliśmy, są nam nieznane, i który
ustaje i muzyka się zaczyna, kiedy - jak mówią - wszystko
możemy jedynie nazwać językiem aniołów". To właśnie
w muzykę się przemienia, jest to dowodem ruchu wsteczne­
w pełnym genialnych intuicji, choć dość nierównym, dziele
go, nie postępowego.Stąd to (ci, co na muzyce się rozumieją,
Wackenrodera, znajdziemy większość z motywów przetwa­
też mi tu rację przyznają) nigdy nie byłem stronnikiem wysu­
rzanych później - w pismach Tiecka. E.T.A Hoffmana, Novablimowanej muzyki, która roi sobie, że może się bez słów
lisa, Schlegla, Schellinga, Hegla.... - przez myśl romantycz­
obejść. Mniema ona zwykle, że jest wyżej postawiona niż
ną. Przede wszystkim przekonanie o sakralnym charakterze
słowo, gdy w istocie stoi niżej"." Muzyka zdolna jest wyra­
muzyki. Muzyka ma wyższość nad językiem, bo wychodzi
zić tylko to, co bezpośrednie w swej bezpośredniości, język
poza jego ograniczenia, dociera bez trudu i bezpośrednio tam,
zaś jest refleksyjny, toteż nie jest w stanie jej słowem uchwy­
gdzie język napotyka na opór. Jest mową całkowicie uwolnio­
cić. Ale fakt ten, który mógłby uchodzić za ubóstwo języka,
ną od związków z materią: „Żadna inna ze sztuk nie posiada
paradoksalnie świadczy o jego bogactwie. Bowiem to, co
elementarnego tworzywa, które samo z siebie byłoby już tak
bezpośrednie, jest z natury nieokreślone, a jeśli jest czymś,
brzemienne niebiańskim duchem jak muzyka...". I jeszcze
czego określić nie można, to tym samym nie może pretendo­
jeden fragment, poświadczający nieporównywalną z innymi
wać do wyższości. Dla Kierkegaarda, jedynym przedmiotem
sztukami siłę muzycznego oddziaływania; to niemal prefigumuzyki, rzeczywistością, do wyrażania której została ona po­
racja pewnego ważnego wątku obecnego u Steinera: „Zamy­
wołana, jest szczególny typ bezpośredniości: „duchowo jest
kam oczy na wszystkie wojny toczące się w świecie i usu­
ona tak określona, że znajduje się poza duchem, a więc zara­
wam się w ciszę muzyki, jakbym zatapiał się w wierze.
zem poza językiem"." Absolutnym przedmiotem muzyki jest
Wszelkie zmartwienia i smutki rozpływają się wtedy w mo­
„genialność zmysłów", której idealnym upostaciowaniem jest
rzu dźwięków, zapominamy o ludzkiej wrzawie i nie przypra­
Don Giovanni z opery Mozarta.
wia nas o zawrót głowy z g i e ł k
tylu
języ­
Mimo, że muzyka jako szczególny , język", ma swój ogra­
k ó w (podkr.DC) czy pomieszanie alfabetów i monstrual­
niczony obszar stosowalności, to jest jednak pewna okolicz­
nych hieroglifów". A zatem: doświadczenie muzyki jako re­
ność - tu Kierkegaard kontestuje Kanta - która sprawia, że
kreacja stanu przed Upadkiem, reaktywacja czasu sprzed po­
muzyka jest pośród innych sztuk najwyższa. „Muzyka nie ma
mieszania języków. Słuchanie muzyki jako wprowadzenie
innego bytu poza chwilą, w której jest wykonywana; jeśli się
7

1

8

9

26

�też dobrze czyta nuty, ma się żywą wyobraźnię, nie da się za­
przeczyć, że muzyka czytana istnieje w sposób nieprawdzi­
wy. Prawdziwie zaś istnieje tylko wtedy, gdy jest wykonywa­
na. Mogłoby się to zdawać niedoskonałością w zestawieniu
z innymi sztukami, których dzieła mają byt trwały, istniejąc
w tym co zmysłowe. Ale tak nie jest. Bo właśnie jest to do­
wód, że muzyka jest sztuką wyższą i bardziej uduchowio­
ną". Mimo że, nie dowiedzieliśmy się dlaczego tak właśnie
jest, dlaczego chwilowość, bezpowrotna ulotność muzyki za­
świadczać ma o jej najwyższej duchowej naturze, to w całym
swoim przewrotnie dialektycznym wywodzie, konserwuje
i wzmacnia Kierkegaard romantyczny pogląd o wyższości
muzyki nad innymi sztukami.
12

13

I chociaż formalistyczna miotła Edwarda Hanslicka roz­
prawiła się dość skutecznie z pewną częścią romantycznej ga­
daniny o muzyce, zwłaszcza z jej napuszonym wielosłowiem
i uczuciową nadczynnością (powtarzam: mam na myśli teksty
0 muzyce, a nie muzykę samą - to nieco inny problem), to za­
sadniczy zrąb romantycznej filozofii muzyki przetrwał
w dziele Schopenhauera i Nietzschego. Obydwaj kontynuują
- mimo że każdy na swój sposób - podstawowe odkrycia
wczesnych romantyków.
Jeśli Steiner wspomina o „płomykach dyskursywnej ilumi­
nacji" pisarstwa muzycznego, to zwłaszcza dzieło Schopen­
hauera dostarcza w tym względzie wymownych przykładów.
Dwa, poświęcone muzyce, rozdziały ze Świata jako woli
1 przedstawienia, to równocześnie: i spójny, logiczny wywód
o naturze muzyki, i namiętna laudacja na jej cześć. W hierar­
chii sztuk, muzyka bezapelacyjnie zajmuje tu miejsce naj­
wyższe: „Jest ona zupełnie inna od pozostałych sztuk. Nie
odkrywamy w niej żadnego naśladownictwa, żadnego po­
wtórzenia idei jakichś istot na świecie; niemniej jest to sztu­
ka tak wielka, tak niezwykle wspaniała, działa tak silnie na
najgłębsze doznania człowieka, zostaje przez duszę tak cał­
kowicie i głęboko zrozumiana jako język zupełnie ogólny,
który wyrazistością przewyższa nawet wyrazistość świata na­
ocznego, że musimy na pewno szukać w niej czegoś więcej
niż exercitum arithmeticae occultum nescientis se numerare
animi, jak o niej mówił Leibniz (...)".
14

Schopenhauer mniej zajmuje się tym jak muzyka oddziaływuje na słuchaczy, bardziej natomiast tym jak ona znaczy,
w jaki sposób komunikuje swój sens, jak przejawia się w niej
funkcja wyrazu. Stara się określić jej bytowy fundament.
Wielkość muzyki leży najpierw w tym, że inaczej niż inne
sztuki, które ukazują idee, czyli - w języku schopenhauerowskiej filozofii - poszczególne szczeble obiektywizacji
woli, przedstawia ona bezpośrednio wolę samą. Objawia za­
tem świat rzeczy samych w sobie, sferę noumenalną. Muzy­
ka wyraża każdorazowo esencję życia, a nie życie samo.
Świat zjawisk i muzyka, to dwie strony tej samej rzeczy.
„Muzyka zatem, rozpatrywana jako wyraz świata, jest języ­
kiem w najwyższym stopniu ogólnym, który nawet do ogól­
ności pojęć odnosi się mniej więcej tak, jak one do poszcze­
gólnych rzeczy. Ogólność jej nie jest jednak w żadnym wy­
padku pustą ogólnością abstrakcji, lecz ogólnością zupełnie
innego rodzaju i wiąże się z określonością". Podejmuje tu
Schopenhauer dwa romantyczne motywy: muzyki jako języ­
ka i muzyki jako ekspresji uczuć. Obydwie kwestie rozwią­
zuje po swojemu.
15

Muzyka jest językiem, ale tylko do pewnego stopnia. Ma

zdolność odsłaniania świata znaczeń, ale czyni to inaczej niż
język. Wykazuje zdecydowaną wyższość wobec języka po­
jęć: „Melodie bowiem, podobnie jak abstrakcyjne pojęcia, są
poniekąd abstraktem rzeczywistości. Ona mianowicie, czyli
świat pojedynczych rzeczy, dostarcza tego, co naoczne,
szczególne, indywidualne, czyli pojedynczych przypadków,
zarówno pojęciom w ich ogólności, jak melodii w jej ogólno­
ści, przy czym jednak obie te ogólności pod pewnym wzglę­
dem przeciwstawiają się sobie, gdyż pojęcia zawierają tylko
formy najpierw z naoczności wyabstrahowane, niejako zdar­
tą z rzeczy zewnętrzną łupinę, czyli są właściwymi abstrakta­
mi, natomiast muzyka daje samo jądro, które poprzedza
wszelki kształt, czyli serce rzeczy". W nazywaniu i dotyka­
niu osnowy świata określony język pojęć, co paradoksalne,
będzie zawsze uboższy w treść, niż nieokreślony język
dźwięków. Język muska ledwie powierzchnię rzeczy. Muzy­
ka, unikając właściwego mu zapośredniczenia, sięga głębiej,
celuje od razu i bezpośrednio w istotę zjawisk, ujawniając ich
ontyczną podstawę. Nic nie budzi takiej abominacji u Scho­
penhauera jak muzyka, która chce współzawodniczyć ze sło­
wem. Właśnie wtedy, gdy stara się ona naśladować „muzycz­
ność" słowa, nadmiernie dostosowywać do słów, traci swoją
uprzywilejowaną pozycję. Na własne życzenie zrzeka się ro­
li, do której jest powołana: wyrażania niewyrażalnego.
16

Jeśli idzie o uczucia, Schopenhauer nie odrzuca w całości
konceptu romantycznego, ale dość istotnie go modyfikuje.
Muzyka nie wyraża już, jak to czasem utrzymywano wcze­
śniej, żadnych konkretnych uczuć. Nie wyraża tego oto kon­
kretnego smutku czy radości, ale daje ich muzycznie wyab­
strahowaną kondensację, uogólniony dźwiękowy destylat.
„Wszystkie możliwe dążenia, wzruszenia i przejawy woli,
wszystkie te procesy wewnątrz człowieka, które rozum obej­
muje pojenmym, negatywnym pojęciem uczucia, dają się wy­
razić przez niezliczone możliwe melodie, zawsze jednak tyl­
ko przez ogólność formy, bez materiału, zawsze tylko wedle
rzeczy samej w sobie, nie wedle zjawiska, którego są niejako
samą duszą bez ciała". Muzyka staje się zatem czystą formą
uczucia, która daje nam, słuchającym, bezpośredni wgląd
w naturę woli.
17

Zauważmy na koniec, że przy takim, maksymalistycznym
jej rozumieniu, muzyka przejmuje tu w jakimś sensie, funk­
cję filozofii. Jej podstawowe zadania nie są natury estetycz­
nej, ale poznawczej. Toteż Schopenhauer trawestuje afory­
styczną formułę Leibniza w taki oto sposób: muzyka jest nie­
świadomym metafizycznym ćwiczeniem duszy, która nie
wie, że filozofuje. Gdyby filozofia była w stanie wyjaśnić
muzykę, powtórzyć w pojęciach to, co ona wyraża, dotknęła­
by wówczas tajemnej esencji rzeczywistości.
Filozofia muzyki Nietzschego, w przeciwieństwie do
dwóch zwartych i systematycznych rozdziałów z schopenhauerowskiej summy, jest wielokształtna, fragmentaryczna,
nie zawsze spójna, czasem samosprzeczna. Trudno byłoby
w paru akapitach oddać jej złożoność, prześledzić losy kolej­
nych zwrotów ideowych filozofa, zanalizować motywacje
pojawiających się wciąż na nowo pomysłów. Ale też dla na­
szych skromnych potrzeb - określenia związków słowa i mu­
zyki oraz nazwania jej istoty - nie ma takiej konieczności.
Pomijając niuanse, można zrekonstruować bez trudu szkielet
nietzscheańskiej estetyki muzycznej. Jest to tym łatwiejsze,
że zasadniczo powtarza on w dużej mierze pomysły poprze27

�dników, aplikując je do zadań własnego projektu filozoficz­
nego.
Generalnie, podziela Nietzsche w pełni pogląd Schopen­
hauera na temat metafizycznego wymiaru sztuki, wraz ze
szczególnym uwzględnieniem roli muzyki pojętej jako koro­
na sztuk. W Narodzinach tragedii, w przedmowie dedykowa­
nej Wagnerowi, pisał: „przekonany jestem, iż sztuka jest najwyższem zadaniem i właściwą metafizyczną czynnością tego
życia". Kto wie jednak, czy nie bardziej wprost i bez ideo­
logicznych uwikłań, mówią na temat muzyki jego fragmenta­
ryczne zapiski z lat 1869-1875, niż przywoływane zazwyczaj
na tę okoliczność Narodziny tragedii z ich koncesjami na
rzecz Wagnera i jego koncepcji dramatu muzycznego. Za­
cznijmy od tych lapidarnych notatek. W jednej z nich czyta­
my znajome frazy:
18

„Co czyni muzyka? Rozpuszcza naoczność w woli.
Zawiera ogólne formy wszelkich stanów pożądania, jest
nieustannie symboliką popędów i jako taka w pełni i dla każ­
dego zrozumiała w swych najprostszych formach (takt,
rytm).
Jest więc zawsze ogólniejsza od każdego poszczególnego
działania, a z tej racji lepiej dla nas zrozumiała od każdego
poszczególnego działania. Muzyka jest więc kluczem do dra­
matu".
Początek jest jeszcze z Schopenhauera, zakończenie nato­
miast całe z ducha Nietzschego. Bardzo interesujące są jego
uwagi na temat relacji języka i muzyki. Konstatuje Nietzsche
fakt językopodobnej natury muzyki, podkreślając równocze­
śnie jednowymiarowość języka dyskursywnego, jego pośledniość wobec pełnej, poliwalentnej „mowy" muzyki. Wpro­
wadza przy tym ważną dystynkcję między mową i pismem,
między głosem i zapisem:
"Muzyka stanowi język zdolny do przybierania nieskoń­
czonej liczby znaczeń.
Język znaczy tylko poprzez pojęcia, a więc współczucie
powstaje poprzez medium myśli. Stawia mu to pewne grani­
ce.
Dotyczy to tylko obiektywnego języka pisma, język
mówiony tonuje, a dla przedstawianej treści uczuciowej prze­
rwy, rytmy, tempi, siła i akcentacja są w sumie symboliczne.
Wszystko to przysługuje też muzyce. Najczęściej jednak
uczucia nie uzewnętrzniają się poprzez słowa. Także zaś sło­
wo tylko sugeruje, jest powierzchnią ruchomego morza, które
burzy się na głębinach. Tu leży granica dramatu słownego.
Niezdolność do prezentacji rzeczy-obok-siebie".
W Narodzinach tragedii rozwija Nietzsche tę myśl i osta­
tecznie stawia kropkę nad i : poezja, mimo że najbliższa du­
chowi muzyki, jest jednak wobec niej podległa. Nie jest bo­
wiem w stanie wypowiedzieć tego, do czego muzyka z samej
swojej istoty jest predestynowana. Konkret języka zawsze
przegrywa z uogólnionym znaczeniem dostarczanym przez
muzykę: „Wszechsymbolice muzyki nie można w żaden spo­
sób sprostać mową właśnie dlatego, że odnosi się ona symbo­
licznie do prasprzeczności i prabólu w sercu prajedni, symbo­
lizuje zatem sferę, która jest nad wszelkiem zjawiskiem
i przed wszelkiem zjawiskiem" Tak więc muzyka nie tylko
uogólnia, ale ma jeszcze moc łączenia przeciwieństw, wyra­
żania ich równocześnie, w jednym rzucie. Muzyka, jeśli
w ogóle myśleć o niej w kategoriach językowych, byłaby te­
dy jakimś rodzajem języka pierwotnego, prajęzyka, poprze­
19

20

21

28

dzającego język pojęć. W przeciwieństwie do dramatu: „mu
zyka jest istotną ideą świata", prowadzi „w prawdziwą rze
czywistość, w serce świata" . A zatem: muzyka jako źródł
sensu. Ostateczna prapodstawa. Tajemniczy Abgrund. Na­
prawdę, niedaleko stąd do myśli o narodzinach świata z du­
cha muzyki...
W innym jeszcze zapisie o muzyce, dochodzi do głosu,
znana z wielu innych, bardziej rozbudowanych sformułowań,
krytyka cywilizacji naukowej, wedle Nietzschego, opartej na
dominacji logosu i terrorze obiektywności. Podkreślam ten
fakt, bo motyw to niezwykle ważny w rozważaniach Steine­
ra:
„My w najwyższych zdolnościach muzyki widzimy jedy­
ną nadzieję sztuki. Muzyka zrodziła nam ponownie mit; tym
samym duch naukowy musiał ustąpić pola. We wszystkich
sztukach jesteśmy krytykami, tu, w muzyce, jesteśmy jeszcze
pełnymi żywymi ludźmi. Tu tkwią wszelkie nadzieje".
Nie są to, odnotujmy spostrzegawczo, jakieś nadzieje bli­
żej nieokreślone. Oczywiście, cała nadzieja w Wagnerze
i w wagnerowskiej liturgii celebrowanej w Bayreuth. Te sło­
wa pisze jeszcze Nietzsche zadurzony w twórcy Parsifala,
bezkrytycznie wierzący w jego dziejową misję. Sądzę jednak,
że tę entuzjastyczną charakterystkę sztuki Wagnera, można
zasadnie rozszerzyć na sztukę dźwięków w ogóle. Nietzsche
naprawdę dostrzegał w muzyce, sztuce wywodzącej się
wprost z dionizyjskiego źródła, siłę zdolną ożywić trupa eu­
ropejskiej kultury. To muzyka właśnie pozwala dostrzec
(a raczej: usłyszeć - jakże okocentryczny jest nasz język!)
dojmująco i bezpośrednio, grozę i niebezpieczeństwo przeży­
wanego świata. Muzyka ma moc zrywania poznawczych za­
słon i nicowania przynoszących pociechę wizji. Jako ekstrakt
prawdziwego życia, była bronią wymierzoną w zmurszałe
struktury logokracji. Receptą na konający logos chrześcijań­
skiej Europy miał być pogański melos sztuki dźwięków.
22

23

Lekcja jakiej udziela nam, współczesnym słuchaczom, ro­
mantyczna refleksja nad muzyką - przy pominięciu nieistot­
nych w tym miejscu odmienności poszczególnych ujęć sprowadzałaby się do kilku elementarnych ustaleń:
1. Muzyka nie jest jedynie formalną grą układów dźwię­
kowych, dającą się w pełni opisać i zamknąć w terminach
analizy muzykologicznej.
2. Muzyka jest sztuką wyrażającą. Przypomina pod tym
względem język, ale nim nie jest, chyba że w przybliżonym,
analogicznym trybie. Komunikuje co prawda „sens", ale czy­
ni to inaczej niż język. Nie da się przypisać figurom muzycz­
nym żadnego trwałego znaczenia. Nie sposób skonstruować
słownika dla „języka" muzycznego. Toteż niemożliwy jest
przekład „znaczeń" muzycznych na język dyskursywny;
idiom muzyki jest nieprzetłumaczalny na inne języki. Jest za­
tem muzyka rzeczywistością wyższego rzędu, operuje bo­
wiem w rejonach, do których język nie ma wstępu.
3. Muzyka jest .językiem" doskonale wyrażającym emo­
cje (w ogólnej, oczyszczonej formie), opisuje tedy świat „we­
wnętrzny"; ale może również dotykać „zewnętrza", wnikać
wprost w podstawowe struktury rzeczywistości, które, osta­
tecznie, są natury duchowej. Muzyka jest zatem dźwiękowym
analogonem rzeczywistości, oddaje ją w całej jej pełni
i skomplikowaniu.
4. Sens muzyki nie ogranicza się do jej zadań estetycz­
nych. Muzyka jest sztuką niosącą poznanie, ma realną, choć

�nie mierzalną obiektywizującymi parametrami, wartość po­
znawczą. Nie piękno zatem, tradycyjna kategoria estetyczna,
j t tą wartością która charakteryzuje ją najlepiej, ale prawda.
Przy czym, muzyka ujmuje i komunikuje ją, zdecydowanie
duchu antymimetycznym.
5. Muzyka ma/może mieć poważne funkcje kulturotwór­
cze i terapeutyczne. Przywraca wyobraźni wizję świata ideal­
nego (Wackenroder). Zawiesza działanie woli pomnażającej
cierpienia (Schopenhauer). Wydobywa z sieci kulturowych
iluzji (Nietzsche).
Wszystkie te wątki, acz w różny sposób: przetworzone,
strawestowane, przedefiniowane, pojawiają się w Rzeczywi­
stych obecnościach. Zanim powrócimy do Steinera, przyj­
rzyjmy się bliżej, jeszcze jednej postaci, ważnej dla jego roz­
ważań. Wobec przywołanych tu płomyków dyskursywnej ilu­
minacji, byłby to ledwie przelotny ognik. W jego książce za­
świecił raz jeden, na stronie 20.
e s

w

Robert Fludd, Three Octaves of the Soul

3. Leitmotivy i mitemy
D.E: Czy są śpiewacy operowi, których szczególnie lubi Pan słuchać?
C. L.-S: Oczywiście: padam na kolana przed Elizabeth Schwartzkopf.
D. E.: A nie przed Callas?
C.L.-S: Przed Callas także.
Claude Levi-Strauss, Didier Eribon, Z bliska i z oddali

Już w zbiorze wykładów, W zamku Sinobrodego, na stro­
nach, w których mowa o trwałym w myśli europejskiej zało­
żeniu obwieszczającym prymat muzyki nad językiem (od
orfików po Nietzschego [WzS,138]), pojawia się dość zadzi­
wiające odwołanie do Levi-Straussa: „W Mythologiques Le­
vi-Strauss stwierdził, że w melodii zawiera się klucz do 'mystere supreme de l'homme'. Spróbuj uchwycić zagadkę po­
mysłu melodycznego, naszego wyraźnie wyznaczającego po­
czucia harmonicznego akordu, a dotkniesz korzeni ludzkiej
świadomości" [WzS,138]. Cytacja z dzieła ojca-założyciela
strukturalizmu w jego antropologicznej odmianie - tutaj je­
szcze w języku oryginału - powróci w niemal niezmienionej
wersji w Rzeczywistych obecnościach, ale już w tłumaczeniu:
„Stwierdzenie Claude'a Levi-Straussa, że 'wynalezienie me­
lodii stanowi najwyższą tajemnicę człowieka', jest moim
zdaniem trzeźwą oczywistością" [RO,20]. Po francusku,
przyznajmy, brzmi to lepiej. Trochę jak zaklęcie, jak litur­
giczna inkantacja albo jak czarodziejska formuła otwierająca
dostęp do epistemologicznego Sezamu. Błyszczy światłem
odkrycia i nazywa je po imieniu. Ma moc niepodważalnego
pewnika. Ta formuła, coś jak wzorzec metra z Sevres, sank­
cjonuje steinerowski paradygmat rozumienia muzyki. Zdzi­
wienie bierze się stąd, że Steiner, tak mocno i konsekwentnie
podkreślający swoje obrzydzenie do myślenia, które wywo­
dzi się ze strukturalizmu, daje nagle posłuch papieżowi tego
kierunku. Steiner jednak wie co robi. W końcu, niechęć nie­
chęcią, ale papież jest przecież nieomylny! Ale i coś jeszcze:
można odnieść wrażenie, że to trochę alibi dla filologa, który
ma pełną świadomość, że uprawiana przezeń profesja jest co
najwyżej wiedzą, nigdy nie osiągnie statusu Prawdziwej Na­
uki. A Claude Levi-Strauss, na tle intuicyjnej, impresyjnej,
wiecznie siebie niepewnej i intelektualnie rozmemłanej wie­
dzy humanistycznej, to prawdziwa opoka: bo to i Prawda
i Metoda, i Uczoność do kwadratu i Nauka uprawiana more
geometrico. Można tedy nie bawić się w żmudne i jałowe do­
wodzenia, ale po prostu ogłosić: Levi-Strauss dixit. A my już
sobie dopowiemy: no, skoro Levi-Strauss...
Pomińmy jednak steinerowską niekonsekwencję. Sprawa
jest poważna a i myśl Levi-Straussa intrygująca. Warto zrobić
parę kroków tropem wskazanym lakonicznie przez Steinera
i zaraz przezeń porzuconym. Bo rzecz nie dotyczy tylko owe­
go lapidarnego bon motu na temat cudownego wynalazku
melodii. Wzajemne związki obydwu badaczy w odniesieniu
do muzyki są znacznie bogatsze.
W rozmowach z Didier Eribonem, Levi-Strauss całkiem
niekonwencjonalnie nawiązuje do uwagi Steinera o irytują­
cym go fakcie wszechobecności muzyki w życiu codzien­
nym, uczynieniu z niej dźwiękowej tapety. Levi-Strauss nie
wstydzi się przyznać, że muzyka jest przy nim nieustannie,
towarzyszy mu również podczas pracy: „Słucham jej cały
czas, pracuję przy muzyce. Może to na mnie ściągnie naganę
melomanów, którzy zarzuciliby mi robienie z muzyki podkła­
dowego hałasu. Rzecz jest bardziej skomplikowana i trudno
29

�о
Al
or
Mi&lt;
Pav
Da
Mi
He
Ph

Ji
Al
*=*
Tc
О
В

by mi było wytłumaczyć
związek między moją pracą
a muzyką, chyba że za pomo­
cą jakiegoś porównania. Dla­
czego akt zajmuje tak ważne
miejsce w malarstwie? Można
by sądzić, że to z powodu we­
wnętrznego piękna ciała.
Przyczyna wydaje mi sie
odmienna. Nawet najbardziej
zdegustowanemu malarzowi,
przyzwyczajonemu do pozu­
jących modeli, nie może za­
braknąć na widok pięknego
ciała doświadczenia pewnej
ekscytacji erotycznej. To lek­
kie rozdrażnienie stymuluje
go i wyostrza percepcję; ma­
luje lepiej. Świadomie lub
nieświadomie, artysta poszu­
kuje tego stanu łaski. Mój
związek z muzyką jest tego
samego rodzaju: lepiej myślę,
słuchając jej. Relacja kontra­
punktowa ustala się między
artykulacją dyskursu muzycz­
nego i nicią mojej refleksji.
Już to idą razem, już to roz­
chodzą się, potem wreszcie
zbiegają. Ileż to razy zauwa­
żyłem - ale po fakcie - że słu­
chając jakiegoś dzieła, prze­
stawałem go słuchać, gdy wy­
łaniała się jakaś idea! Po tym

Robert Fiudd. The Divine Monochord

26

czasowym oddzieleniu, które czyniło ją autonomiczną, moja
myśl na nowo puszcza się w ruch nad dziełem, jak gdyby
dyskurs mentalny zastąpił na chwilę dyskurs muzyczny,
nadal z nim współdziałając".
Trzy fakty godne są tu zauważenia. Obecność erosa w spo­
tkaniu z muzyką (do tego wątku przyjdzie jeszcze wrócić).
Muzyka jako medium wyzwalające twórczość. Związek po­
między muzyką i myśleniem, paralelność frazy muzycznej
i frazy myślowej. Ten ostatni temat (w muzycznym rozumie­
niu słowa) podejmuje Levi-Strauss w pomnikowych Mythologiques.
Mythologiques, to, w zasadzie, rozpisana na cztery tomy
wielka pochwała muzyki. Muzyka przenika tu całe dzieło,
organizuje układ formalny całości. Dokładnie jak dzieło ope­
rowe: rozpoczyna się Uwerturą, kończy Finałem. Ale nie tyl­
ko tytuły rozdziałów - Fuga pięciu zmysłów, Sonata dobrych
manier itp. - są dowodem na mocne zakorzenienie tej pracy
w materii muzycznej. Pojawiające się tu terminy muzyczne,
to coś więcej niż efektowne i poręczne metafory, okazjonal­
nie przyczepione do analizowanego materiału mitycznego.
Wyraźnie rezygnuje tu Levi-Strauss z wcześniej sygnalizo­
wanego rozumienia mitu w oparciu o model lingwistyczny.
Levi-Strauss stara się na różne sposoby opisać i przenik­
nąć związki łączące mit i muzykę. Ważną rolę w śledzeniu
tych związków odegrała bardzo wczesna fascynacja muzyką
Wagnera. Francuski antropolog podejmuje tu problem, jak
24

25

30

widzieliśmy, zauważony i do­
brze rozpoznany przez wcze­
snego Nietzschego: „Wagner
odegrał
zasadniczą
rolę
w moim wychowaniu intelek­
tualnym i w mojej skłonności
do mitów, nawet jeśli uświa­
domiłem to sobie na długo po
mych latach dziecinnych, kie­
dy to rodzice odprowadzali
mnie do Opery. Wagner nie
tylko zbudował swe opery na
mitach, ale zaproponował ich
segmentację - co użycie leitmotivow czyni wyraźnym: le­
itmotiv prefiguruje mitem.
Ponadto kontrapunkt leitmotivów i wiersza dopełnia swe­
go rodzaju analizę struktural­
ną, ponieważ nakłada on.
przez przesuwanie się i prze­
mieszczenia, momenty intry­
gi, które w przeciwnym razie
następowałyby po sobie tylko
w czasie. Już to leitmotiv mu­
zyczny i wiersz zbiegają się
ze sobą; już to leitmotiv przy­
pomina jakiś epizod będący
w strukturalnym związku
z tym, którego jest się świad­
kiem, niezależnie czy przez
analogię czy przez kon­
trast".

Tak wyglądały narodziny
antropologii strukturalnej z ducha wagneryzmu. Inkorporowane przez młodego wagnerystę treści muzyczne, zepchnię­
te w początkach pracy nad mitologiami w podświadomość,
miały się odezwać wiele lat później. Struktura dramatu mu­
zycznego umożliwiła Levi-Straussowi lepsze, jak sam twier­
dzi, zrozumienie struktury narracji mitycznych.
Podstawa wywodu Levi-Straussa tkwi w twierdzeniu, że
muzyka i mit są zjawiskami z tego samego porządku. Pokre­
wieństwo bierze się stąd, że tak muzyka, jak i mit są języka­
mi, ale bardzo szczególnego rodzaju. Obydwa bowiem prze­
kraczają poziom języka artykułowanego. Paralelnie do języ­
kowych fonemów, proponuje Levi-Strauss wyróżnienie
w „tekście" muzycznym: sonemów, a więc najmniejszych
jednostek, które same w sobie nie mają żadnego „znaczenia"
(pojedyncza nuta), nabywają je dopiero poprzez zajęcie miej­
sca w określonej sekwencji dźwięków. " Muzykę i mit łączy
i to, że choć rozwijają się w czasie, to służą temu, by czas po­
wstrzymać. Są maszynami do unieruchomiania czasu. Wy­
miar diachroniczny nieustannie przeplata się tu z planem syn­
chronicznym. Mit, rozłożony na czynniki pierwsze, rozpisa­
ny na wiązki mitemów, może być czytany dokładnie tak sa­
mo, jak „tekst" partytury: linearnie (melodycznie), respektu­
jąc chronologię wydarzeń i przekrojowo (harmonicznie), od­
dając pokrewieństwa i współbrzmienia motywów. Prócz tego,
w muzyce i w mitach następuje charakterystyczne odwróce­
nie relacji nadawca-odbiorca. W języku mówionym, to
27

2

�nadawca decyduje o treści komunikatu; słuchając muzyki czy
mitu, to słuchacz nadaje znaczenie temu, co odbiera. Warto
w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednej fascynującej pa­
raleli, na którą zwrócił uwagę Jurij Łotman, badacz, podob­
nie jak Levi-Strauss, wywodzący się z kręgu strukturalno-semiotycznego myślenia o kulturze. Łotman eksponuje, w dość
szczególnym dla nas kontekście, wyjątkowość snu jako spe­
cyficznego, niedookreślonego semantycznie, a przecież wiel­
ce znaczącego języka: „Marzenie senne wyróżnia się wielo­
języcznością (...) Jest to 'nierzeczywista rzeczywistość'. (...)
Sen potrzebuje interpretatora: obojętne, czy nim będzie
współczesny psycholog, czy pogański kapłan. Sen posiada je­
szcze jedną właściwość: jest indywidualny, nie można prze­
niknąć do cudzego snu. Zatem jest to 'język dla jednego czło­
wieka'. Z tym jest również związane maksymalne utrudnie­
nie komunikacyjnej funkcji tego języka: opowiedzieć sen jest
tak samo trudno, jak, dajmy na to, opowiedzieć słowami
u t w ó r m u z y c z n y " . (podkr. DC)
29

30

Prócz tego, mocno podkreśla Levi-Strauss somatyczne, fi­
zjologiczne wręcz oddziaływanie muzyki i mitu. Specyficz­
na, rytmicznie uporządkowana narracja muzyczna i mityczna
wywiera wpływ na pewne ośrodki w mózgu, dając w efekcie
pobudzenia natury emocjonalnej, ale i intelektualnej. Zaska­
kująco w tym kontekście podobne, przy oczywistej różnicy
językowych ujęć, są w tym miejscu uwagi Levi-Straussa
i Nietzschego. Obydwaj podkreślają, że muzyka angażuje
nie poszczególne władze poznawcze, ale, by tak rzec, c a ł e ­
go człowieka.
Precyzyjna analiza strukturalna muzyki i mitu, charaktery­
styka powtórzeń i wariacji tematycznych, miałaby wydobyć
na powierzchnię nieświadome zasady funkcjonowania ludz­
kiego umysłu. Z interesującego nas punktu widzenia, bardziej
niż pożytki - rzeczywiste czy domniemane - jakie można
osiągnąć z analizy formalnej tych zjawisk, istotne jest co in­
nego: podkreślana przez Levi-Straussa ich kulturowa wymienność, mająca swe źródło w pokrewieństwie struktural­
nym. W niezwykle frapującym wywodzie, zwraca LeviStrauss uwagę, że na pewnym etapie europejskiej historii, dochochodzi do wyraźnego osłabienia myśli mitycznej - ów
proces ma miejsce w wieku XVII - przy jednoczesnym uak­
tywnieniu się refleksji naukowej i ekspresji powieściowej:
„W tym czasie jesteśmy świadkami innego zjawiska, które
uważam za ściśle związane z poprzednim: narodzin tego, co
nazywa się wielką formą muzyczną, która, jak mi się zdaje,
'odzyskuje' struktury myśli mitycznej. Sposoby myślenia po­
padłe w zapomnienie w sferze wyrażania rzeczywistości, za­
wsze obecne w nieświadomości, szukają nowego zastosowa­
nia. Nie artykułują już znaczeń, ale dźwięki. I z ich dawnego
użycia wynika, że dźwięki tak artykułowane zyskują dla nas
jakieś znaczenie".
11

32

Chciałoby się rzec: nic w kulturze nie ginie. Muzyka inten­
sywnie wchodzi na miejsce opuszczone przez mit. Zaczyna
pełnić w myśleniu europejskim funkcje, które wcześniej speł­
niał wzorzec mityczny. Zaburzona homeostaza kultury zosta­
je, dzięki muzyce, przywrócona. I naprawdę, nie interesuje
mnie w tym miejscu, czy Levi-Strauss ma rację, czy jego wy­
jaśnienie doniosłego dla Europy przełomu mentalnego jest
metodologicznie poprawne, a z punktu widzenia historyka
kultury, przynajmniej: prawdopodobne. Fascynujące jest już
samo pojawienie się takiej propozycji intelektualnej: dostrze­

żenie w muzyce środka przywracającego kulturze zachwianą
równowagę organizujących ją podstawowych elementów. Po­
wrót, poprzez muzykę, do fundamentów, które wraz z cywi­
lizacyjnym rozwojem uległy nadwątleniu.
Tu warto odnotować jeszcze na marginesie, że uwagi LeviStraussa służyć również mogą jako wygodne alibi dla niniej­
szych rozważań. To na wypadek, gdyby ktoś znienacka zapy­
tał, czy antropolog naprawdę nie ma już nic lepszego do ro­
boty od zajmowania się muzyką.

4. Po Babel
„Na afiszu przy drzwiach kościoła, zapowiadającym
Sztuką fugi. ktoś nagryzmolił wielkimi literami: BÓG
UMARŁ. I to w związku z muzykiem zaświadczającym,
że Bóg. jeśli nawet zmarł, może zmartwychwstać - wła­
śnie w czasie, gdy słuchamy jakiejś kantaty bądź fugi!"
Emil Cioran, O niedogodności narodzin

Czy można napisać coś o muzyce? Jak widać: można. Czy
można wysłowić adekwatnie to, „o co chodzi" w muzyce?
Nie można. Steiner świadom jest w pełni tej antynomii. Cała
jego książka jest na niej oparta. Stwierdza on, z jednej strony,
że niewiele, bądź zgoła nic na temat muzyki powiedzieć się
nie da, że język raczej przesłania niż odkrywa to, co w niej
najważniejsze, a z drugiej strony, mnoży słowa, ujęcia, przy­
bliżenia, stara się nieustannie o jak najlepsze, najbardziej pre­
cyzyjne wydobycie i nazwanie muzycznej esencji. Przez całe
191 stron swojej książki, Steiner nic przecież innego nie
m ó w i jak tylko to, że o muzyce m ó w i ć się nie da. To jak­
by rozpisana na szereg głosów wariacja potwierdzająca traf­
ność epigramatycznej „definicji" muzyki, którą znajdujemy
u Rilkego: „Muzyko....Mowo, gdzie mowy / kończą się ,,.
Wariacja, która kończy się ścianą. O co w tym wszystkim
chodzi?
33

Co kilka stron, w refrenicznych nawrotach, pojawia się
u Steinera znajoma i rozpoznawalna formuła: „obraz, sonata,
wiersz". Nic w tym dziwnego. Swoją, teologiczną u korzeni,
koncepcję estetyki, rozciąga on całą sztukę, na wszystkie te
działania, które obejmuje i zawiera w sobie grecki rzeczow­
nik poiesis. Każda z jej ekspresji, choć organicznie zanurzo­
na w materii, w dotykalnym, widzialnym i słyszalnym, osta­
tecznie okazuje się jakąś mową transcendencji, epifanią Inne­
go: „wierzę, iż poezja, sztuka i muzyka zbliżają nas bardziej
bezpośrednio do tego w istnieniu, co nie jest nasze" |RO,187]
I chociaż ów powracający refren pozwala zasadnie sądzić, że
dla Steinera wszystkie sztuki są równe, to nie da się jednak­
że zaprzeczyć, że w końcowych, kulminacyjnych (również
i dramaturgicznie) fragmentach książki, jedna z nich jest wy­
raźnie równiejsza: „Muzyka i metafizyka, w swym najbar­
dziej rdzennym sensie, muzyka i odczucie religijne, są w za­
sadzie nierozłączne. I to właśnie w muzyce i poprzez muzy­
kę znajdujemy się najbardziej bezpośrednio (wszystkie
podkr. DC) w obecności logicznie i werbalnie niewyrażalnej,
lecz całkowicie namacalnej energii istnienia, która komuni­
kuje naszym zmysłom i naszej refleksji tę odrobinę, jaką
zdolni jesteśmy pojąć z nagiego cudu życia. Uważam, iż mu­
zyka jest nazywaniem nazywania życia. Jest odruchem sakra­
mentalnym, nie mieszczącym się w jakiejkolwiek liturgicznej
czy teologicznej konkretyzacji. Lub, jak powiedział Leibniz,

SI

�'muzyka jest tajemną arytmetyką ducha nieświadomego fak­
tu, że liczy' (...).
Dlatego w swojej argumentacji przeznaczyłem dla muzyki
miejsce centralne". [RO,178]
W dalszej części, zapewnia Steiner kolejny raz, że muzy­
ka nie transponuje się w żadne struktury logiczne (chyba że,
za Levi-Straussem, przyjmiemy, że jest to logika mityczna),
czy konstrukcje werbalne. Zapewne, można by się spierać,
czy forma, którą znajdujemy w muzyce („W muzyce forma
jest treścią, treść formą" [RO, 179]) jest bardziej oporna na
dyskursywny przekład niż forma, którą spotykamy w wierszu
czy w obrazie. Czy naprawdę można opowiedzieć „własnymi
słowami" Celana, czy można przełożyć na słowa Cezanne'a?
Czy jest to zadanie łatwiejsze niż opowieść o formie w mu­
zyce? Czy w wierszu i obrazie, gdy chodzi o to, co w nich
idiomatyczne, forma również nie jest treścią, a treść formą?
Przy pewnym rozumieniu „formy" obecnej w dziele sztuki,
zadanie translatorskie okaże się równie beznadziejne we
wszystkich tych przypadkach. Zostawiamy jednak spory
(bo nie o nie tu przede wszystkim chodzi), powracając do re­
konstrukcji poglądów Steinera na muzykę. Sięgnijmy jeszcze
raz do tekstu.
34

wszelkie formalne credo. Spróbujmy przedstawić to odwrot­
nie: dla wielu ludzi religia to muzyka, w którą uwierzyli.
W ekstazach muzyki pop i rock takie utożsamienie szczegól­
nie rzuca się w oczy". [RO, 179-180]
W ekstazach opisu tego stanu rzeczy - również.
Muzyka, wychodząc w swej warstwie akustycznej z „tego
świata", celuje więc wprost w „inną" rzeczywistość, przez
„ten świat" nie ograniczoną. Będąc, w istocie, fenomenem
słuchowym, przebija zmysłową powłokę świata. Dotyka ob­
szaru opisywanego przez Rudolfa Otto jako ganz andere?
Albo: jest tym, co Gerardus van der Leeuw określił w swej te­
ologii estetyki muzycznej mianem „muzyki, która jest czymś
więcej niż muzyką" , a więc tym, co język mistyków nazy­
wał słowem canor - niebiańskim śpiewem. W obliczu, meta­
fizycznej w swym rdzeniu, choć nie ograniczonej do żadnej
liturgii czy konfesji muzyki, stajemy wprost wobec przebły­
sku Rzeczywistej Obecności. Podobnie, jak widzieliśmy,
mówili już, choć nieco innym językiem, i Wackenroder,
i Schopenhauer, i Nietzsche. To tropy na które wskazał sam
Steiner.
5

36

Widać wyraźnie, w którą stronę zmierza jego myśl. Pod­
kreśla on, że w odniesieniu do muzyki, w mówieniu o niej,
najczęściej bywamy zanadto „ludzcy", arcyludzcy. Pochło­
nięci rozstrząsaniem i analizą tego, co da się pojąć i opisać,
tracimy z oczu (i uszu!), to co najważniejsze: zapominamy
nieustannie o jej nie-ludzkim pochodzeniu. W spostrzeżeniu,
które gładko sprzymierza Kiekegaarda z Schopenhauerem,
przypomina Steiner o władztwie jakie muzyka ma nad nami,
bez względu na to z jakiego - demonicznego czy boskiego źródła ono pochodzi [RO, 179]. Temperatura rośnie. W aka­
picie podsumowującym steinerowską metafizykę muzyki
czytamy:

Jest jednak myśliciel - czasowo i językowo znacznie mu
bliższy od wspomnianych - którego Steiner w książce nie
wymienia, a którego myślenie o muzyce wykazuje daleko
idące, uderzające wręcz zbieżności z jego rozpoznaniem. To
Emil Cioran. Poza podobnym, cholerycznym temperamen­
tem i skłonnością do stylistycznej rafinady, w zasadzie wszy­
stko ich dzieli. Czy może zaistnieć choćby cień porozumienia
pomiędzy teologicznie motywowaną releksją nad „rzeczywi­
stymi obecnościami" a myślą, która przez lata wyżywa się
w filozoficznej celebracji słowa „Nic"; pomiędzy obrońcą eu­
ropejskiego kanonu kultury a ironicznym prześmiewcą za­
chodniego dziedzictwa? Teoretycznie nie. Ale, ufam tu
w ciemno Steinerowi, teorie - jak kłamstwa - mają krótkie
nogi. Przyjrzyjmy się raczej tekstom.

„Muzyka jest ostateczną materializacją tego wszystkiego,
co usiłowałem zasugerować na temat rzeczywistej obecności
w znaczeniu, wówczas gdy obecności tej nie sposób ani uka­
zać analitycznie, ani sparafrazować. Muzyka wnosi do nasze­
go codziennego życia bezpośrednie spotkanie z logiką sensu
innego niż sens rozumu. Jest to bez wątpienia najprawdziw­
sze ze znanych określeń logiki aktywnie obecnej w źródłach
istnienia, logiki tworzącej żywotne dla nas formy. Muzyka
celebruje tajemnicę przeczuwania transcendencji, począw­
szy od pieśni Orfeusza, kontr-twórczych wobec śmierci, do
Missa Solemnis, od późnych sonat fortepianowych Schuberta
do Mojżesza i Arona Schoenberga i Quatuor pour la fin du
temps Messiaena. Nie sposób zliczyć tych wszystkich przy­
padków, kiedy pomiędzy takim celebrowaniem a religią za­
dzierzgnęła się oczywista więź. Jednak najważniejsza z tych
więzi dalece wykracza poza wszelki religijny motyw czy pre­
tekst. Muzyka sprawia, w sposób tak oczywisty, że każda
próba jego określenia przypomina zużytą kliszę, a jednocze­
śnie w sposób nieokreślony i przepotężny zarazem, że w na­
sze istnienie jako ludzi władne jest wkroczyć to, co mieści się
poza granicą werbalizacji, co przewyższa naszą zdolność
analizy. Muzyka jest wyraźnie nie ograniczona przez świat,
bowiem ten ostatni podlega naukowemu opisowi i praktycz­
nemu ujarzmieniu. Znaczenia muzyki są transcendentne
(wszystkie podkr. DC). Od dawna była ona - i jest nadal niepisaną teologią tych, którym brak lub którzy odrzucają

Oczywiście, Steiner, czciciel klasyków, nigdy by się nie
zgodził z surrealnym żartem Ciorana, że gdy chodzi o głęb­
szy, filozoficzny wgląd w rzeczywistość, podobne funkcje jak
lektura Platona, może spełniać dźwięk saksofonu. Ale, co
do reszty... Bliskie zapewne Steinerowi, wywodzącemu się
w części z Schopenhauera, byłoby, cytowane przez Ciorana
twierdzenie Carnapa, o tym że metafizycy, to muzycy bez ta­
lentu do muzyki. Są i poważniejsze filiacje.
Lament Steinera nad niedostawaniem słowa do muzyki,
nad nieredukowalną ułomnością językowych ujęć muzyki,
u Ciorana uzyskuje jeszcze radykalniejszą, trudno ukryć, że
konsekwentniejszą, postać: „Przestałem pisać, uważam, że
nie warto tego ciągnąć dalej, ale tę posuchę wypełnia muzy­
ka. Życie bez muzyki jest dla mnie naprawdę absurdem. No
i nie ma potrzeby pisania, skoro nie możemy przełożyć na
słowa odczucia o charakterze muzycznym. Nic więc z tego,
co jest sensem muzyki, nie przechodzi do pisarstwa. Jeśli tak,
to po co pisać?"
To Cioran byłby przykładem, modelowym wręcz, jednego
z tych, wspomnianych przez Steinera, wierzących inaczej, dla
których muzyka jest przebraną teologią. I myślę, że ten ostat­
ni, wykazałby więcej poczucia humoru i zmysłu ironii niż
Zygmunt Kubiak (patrz: redakcyjna dyskusja), czytając taką
oto deklarację wiary rumuńskiego myśliciela: „Bez Bacha
Bóg byłby pomniejszony. Bez Bacha Bóg byłby figurą trzecioplanową. Bach to jedyna rzecz napełniająca nas prze-

32

37

38

39

�świadczeniem, że wszechświat nie jest dziełem chybionym.
Wszystko w nim jest głębokie, rzeczywiste, nie udawane. Po
Bachu Liszt jest nie do zniesienia. Jeśli istnieje absolut jest
nim Bach. Takiego wrażenia nie może dać dzieło literackie,
bo u Bacha nie ma języka. U Bacha są co prawda teksty, ale
nieszczególne. Dźwięk jest wszystkim. Bach nadaje sens re­
ligii. Nadweręża wyobrażenie tamtej strony jako nicości. Nie
wszystko jest złudzeniem, gdy słucha się tego wezwania. Ale
to jedynie Bach, tylko Bach to sprawia; w życiu był człowie­
kiem przeciętnym. Bez Bacha byłbym nihilistą absolut­
nym". Czy naprawdę tak trudno dostrzec w tym „bluźnierstwie", w tej pozornej negacji, przewrotną afirmację wyższe­
go porządku. Sceptycyzm, w takiej postaci, w jakiej znajdu­
jemy go u Ciorana, jest w istocie - czy koniecznie trzeba po­
wtarzać stary banał - pewną postacią mistyki.
40

W innym miejscu, wraca Cioran do tego wyznania wiary
w muzykę. Zaskakujące jest przy tym podobieństwo pomię­
dzy opisanym przez Steinera doświadczeniem muzyki, kon­
templacyjnym zatopieniem się w niej a nazwaniem przez
Ciorana, tego wyjątkowego w porządku poznawczym dozna­
nia, odmianą przeżycia mistycznego. A kiedy Cioran opisuje
muzykę jako , język transcendencji", podobieństwo przecho­
dzi w głos brzmiący ze Steinerem unisono: „To jedyna sztu­
ka nadająca sens słowu 'absolut'. Jest to absolut przeżyty,
jakkolwiek przeżyty za pośrednictwem ogromnej iluzji, bo
rozwiewa się z chwilą nastania ciszy. Absolut efemeryczny,
w sumie paradoks. To doświadczenie, żeby mogło się utrwa­
lić, musi być ponawiane w nieskończoność, podobnie jak
przeżycie mistyczne, którego ślad ginie z chwilą, gdy ponow­
nie włączamy się w powszedniość. (...) W nocy nabiera ona
(muzyka] jakiegoś niezwykłego wymiaru. Ekstaza muzyczna
łączy się z ekstazą mistyczną. Czujemy, że docieramy do ja­
kiejś granicy, że nie można już poza nią wyjść. Nic innego już
się nie liczy, i nie istnieje. Zanurzeni jesteśmy w jakimś świe­
cie upajająco wręcz czystym. Muzyka jest językiem transcen­
dencji. Tłumaczy to tajemne więzi, jakie rodzi ona między lu­
dami. Zanurza ich w świat, w którym granice przestają ist• «I 41

mec .
Jak cytaty, żywcem wyjęte ze Steinera, brzmią uwagi Cio­
rana o tajemniczym, całkiem innym, z innego porządku po­
chodzącym „języku" muzyki. Zrzyma się on na Prousta,
który przy całej swojej subtelności, nie przekroczył jednak
w swoim rozumieniu muzyki poziomu estetycznego: „Praw­
dziwego niepokoju metafizycznego nie znał. Jego przeżycia
muzyczne zawsze łączą się z jego historią osobistą. Nie wy­
rywają go one z jego życia - z życia po prostu. W świat mu­
zyki wkraczamy naprawdę tylko wówczas, gdy wychodzimy
poza to, co ludzkie. Muzyka jest światem nieskończenie real­
nym, choć niepochwytnym i zwiewnym. Ktoś, kto będąc
wrażliwy na jej magię, nie potrafi w ten świat przeniknąć, po­
zbawia się wręcz racji istnienia. Najwyższe jest mu niedo­
stępne. Rozumieją ją tylko ci, którym jest niezbędna. Muzy­
ka musi cię przyprawiać o szaleństwo, inaczej jest niczym".
Uderzające jest istnienie „miejsc wspólnych" w wypowie­
dziach o muzyce Ciorana i Steinera. Muzyka jako świat ist­
niejący w sposób rzeczywisty. Jako to, co naprawdę, w moc­
nym, ontologicznym sensie słowa: j e s t . Mimo swej znikliwej natury, eterycznej niepochwytności, to świat o mocnej
bytowej konsystencji. Słuchanie muzyki jako, dające się po­
równać jedynie z przeżyciem mistycznym, intensywne do­
42

świadczenie pełni. I wreszcie: Muzyka jako jedno z imion najważniejsze! - transcendencji.
Dochodzimy w tych rozważaniach do punktu chyba naj­
bardziej ryzykownego. Nie ma co kluczyć w niedopowiedze­
niach i mglistych sugestiach. Powiem wprost: czytając, pisa­
ne eon fuoco, wywody Steinera na temat osobliwości muzy­
ki, jej metafizycznego rdzenia, o tym, że na zdrowy rozum
czegoś takiego w przyrodzie być nie powinno, a mimo wszy­
stko jest, nieodmiennie przywoływałem w pamięci ten nie­
zwykły sylogizm zapisany przez ojca Pawła Florenskiego
w Ikonostasie, na marginesie jego uwag o teologii ikony;
wnioskowanie, którego „logika" jest równie zniewalająca jak
jego objawiająca prostota: „Ze wszystkich dowodów filozo­
ficznych na istnienie Boga najbardziej przekonywająco brzmi
właśnie ten, o którym nawet nie wspomina się w podręczni­
kach. Można go na przykład sprowadzić do następującego
wnioskowania: 'Jest Trójca Rublowa, a więc jest Bóg'". Czy
nie jest tak, że Steiner, świecki teolog, konstruuje, nie wprost
oczywiście, podobny „dowód" na istnienie Transcendencji.
Tyle że w jego wypadku ikonę zastępuje muzyka. Naśladując
Florenskiego, ale i Ciorana (czy nie dziwne to sąsiedztwo?),
finał jego rozważań mógłby tedy zabrzmieć, na przykład tak:
„Jest Kunst der Fugę Bacha, a więc jest Bóg". Tak czy inaczej,
w konsekwencji, byłby to Deus ex musicae. Można by powie­
dzieć, że w muzyce usłyszał Steiner „dowód" na realność gło­
su płynącego z całkiem innego świata. Krokiem dalej - ale czy
dozwolonym? - byłoby powiedzenie, że w muzyce objawił
mu się His Master's Voice.
43

W czym ryzyko takiego myślenia? Przypomijmy, tak bli­
skie Steinerowi pod pewnymi względami, a przy tym tak wy­
raźnie odległe od jego myślenia o muzyce, uwagi Gabriela
Marcela z zakończenia jego Tajemnicy bytu: „Powtarzając
jedno z muzycznych porównań, do których, jak wiecie, mam
nieprzezwyciężoną słabość, powiedziałbym, że od chwili,
gdy pozwalamy się przenikać niewidzialnym wpływom, my,
którzy na początku byliśmy tylko niewprawnymi, a jednak
zarozumiałymi solistami, staramy się stawać powoli przyjaz­
nymi i zachwyconymi członkami orkiestry, w której niesłu­
sznie nazywani przez nas zmarłymi są niewątpliwie bliżej niż
my Tego, o kim nie należy chyba mówić, że dyryguje symfo­
nią, ale że j e s t symfonią w jej głębokiej nadzmysłowej jed­
ności, w jedności, jakiej możemy spodziewać się dostąpić
tylko niepostrzeżenie poprzez jednostkowe doświadczenia,
których nieprzewidywalnego dla nikogo z nas ogółu nie da
się przecież oddzielić od osobistego powołania".
44

W zasadzie, niby wszystko się zgadza... Nie ma jednak
sensu chrzcić Steinera na siłę. Widać od razu gdzie są różni­
ce. Jedna zwłaszcza rzuca się w oczy. Marcel, kiedy opisuje
doświadczenie transcendencji w terminach muzycznych, kie­
dy sięga do metaforyki, do której ma taką słabość, mówi tu
wyraźnie z wnętrza religii, ze środka głębokiego doświadcze­
nia religijnego. Steiner, tak bliski w podstawowych intuicjach
Marcelowi, mówi jednak wyraźnie „z zewnątrz", spoza ob­
szaru konfesyjnego przyporządkowania. Poza tym, zbyt jest
Steiner dionizyjski, zbyt podkreśla orgiastyczny, a to znaczy,
również i demoniczny aspekt muzyki, by gładko przejść nad
różnicami i stwierdzić, że w obydwu przypadkach mamy do
czynienia dokładnie z takim samym typem myślenia o „mu­
zyczności" transcendencji. W niczym to, oczywiście, nie
odbiera autentyczności ani głębi sformułowaniom Steinera.
33

�Spostrzeżenie to, prowadzić może wszakże do pojawienia się
kilku wątpliwości. Czyjego, religijna w istocie, perspektywa
rozumienia muzyki (ogólniej: sztuki) nie jest pewnego rodza­
ju próbą uczynienia ze sztuki religii? Czy nie mamy tu do
czynienia z jakimś nawrotem do modernistycznych koncepcji
„religii sztuki", do kreowania artystów na kapłanów nowego
obrządku? Czy sztuka nie jest tu „zamiast" religii? Czy nie
jest jej wyrafinowaną estetycznie protezą? Metafizycznym
pocieszeniem? A może zwykłym ersatzem? Czy muzyka
z rozważań Steinera, nie jest, dla jednych: „aż", ale już dla in­
nych: „tylko", teologią tych, którzy nie są zdolni przyjąć bądź
odrzucają „wszelkie formalne credo"! Ale, znowu, czy tak
myśląc, nie posługujemy się wąską, zredukowaną ledwie do
wymiaru estetycznego (tu w rozumieniu etymologicznym:
ograniczoną do poziomu zmysłowego), koncepcją sztuki?
Czy ustanawiając dla sztuki zadania mieszczące się w grani­
cach rozumu (i zmysłów), nie konstruujemy kolejnego, opar­
tego na arbitralnych przesłankach, dekretu?
Steinera, zdaje się, kwestie te przesadnie nie przejmują.
Wypowiada się on przecież przede wszystkim jako orędow­
nik poszukujących i to z nimi dzieli się dobrą nowiną o „nie­
ludzkiej" mocy muzyki. Poza tym ciężar jego rozważań mie­
ści się tak naprawdę gdzie indziej.
Sądzę, że centralną figurą symboliczną, wokół której opla­
ta się myśl Steinera i która pozwala głębiej wniknąć w jego
muzyczne rozważania, jest biblijny mit wieży Babel. To tutaj,
w opowieści o pomieszaniu języków mieszkańcom równiny
Szinear, bije główne źródło jego mitycznej narracji o muzy­
ce. W swojej intelektualnej autobiografii, Errata, dowodzi
Steiner, że tradycyjna, moralistyczna interpretacja, która ka­
że widzieć w pomieszaniu języków karę za grzech pychy jest
nie utrzymania. Historia ta, twierdzi on, jest nade wszystkim
opowieścią o utracie językowej niewinności. Pomiędzy sło­
wem i światem pojawiła się rysa. (Czyżby już tu miała miej­
sce prefiguracja „zerwanego kontraktu" z Rzeczywistych obe­
cności!). Nie potrafimy już opowiadać „adekwatnie" o świe­
cie, język przestał nazywać rzeczy „po imieniu". Nie ma już
prostej referencji między słowem i rzeczą. Gorzej: pomiesza­
nie języków, wprowadziło nieusuwalne bariery między ludź­
mi. Odtąd nie rozumiemy już dobrze świata i siebie nawza­
jem. Wszyscy żyjemy teraz w przestrzeni komunikacyjnej,
która jest - by wykorzystać tytuł innej książki Steinera - rze­
czywistością After Babel. Święty język Początku uległ bez­
powrotnej zatracie. Skazani jesteśmy, tak w relacjach „pozio­
mych", jak i „pionowych" na niepełny i ułomny ze swej na­
tury przekład.
45

Czy rzeczywiście? Rdzeniem opowieści Steinera o muzy­
ce jest niewyartykułowane wprost, ale czytelne, przekonanie,
że w dzisiejszym świecie, takim językiem, „językiem poza
słowem", jest właśnie muzyka. Że jest narzędziem komuni­
kacji wyjątkowym, językiem nad językami. Łamie ona nie
tylko bariery międzyosobowe, międzykulturowe, ale daje
nam dostęp - co prawda chwilowy, efemeryczny, może
i złudny - do świata sprzed Upadku. Steiner brzmi tu zadzi­
wiająco zgodnie z intuicjami Herberta Whone'a, brytyjskiego
skrzypka, który próbuje myśleć i pisać o muzyce przez pry­
zmat mitu. W konkluzji swojego eseju o znaczeniu i roli mu­
zyki w świecie powszechnej dysharmonii i dystrakcji stwier­
dza on: „W artykule tym, zamierzałem zasugerować tylko ty­
le, że dźwięk i muzyka leżą u korzeni naszej egzystencji. Jak

34

powiedzieliśmy, istnieje tylko jedna opowieść. I jest to opo­
wieść prosta. Podstawowy Ton wszechświata rozproszył się
i rozdzielił na szereg subdźwięków i przydźwięków, aż do te­
go stopnia zróżnicowania, że fakt ten powołał do życia orkie­
strę, której na imię Babel. (...) Jako że czas płynie, muzyka
rozprzestrzenia się i przedstawienie trwa dalej. To właśnie
muzyk, tu na dole, jest tym, który zastępczo oferuje możli­
wość powrotu i który ma, w najgłębszym sensie, do odegra­
nia jedną z najważniejszych ról w ludzkim życiu". Muzyka
jako droga do osiągnięcia stanu sprzed pomieszania języ­
ków...To z pewnością byłoby Steinerowi bliskie.
46

Czy to nie dziwne, że w zasadniczych rozwiązaniach do­
tyczących muzyki, spotykają się ze Steinerem myśliciele tak
różni jak Wackenroder, Nietzsche, Levi-Strauss, Cioran
i wielu innych, tu nie wymienionych. W istocie: trudno nie
uwierzyć, że muzyka ma realną moc budowania porozumie­
nia ponad podziałami. Że jednoczy raczej niż dzieli, że spaja,
choć na krótko, sfery rzeczywistości, zdawałoby się, wzaje­
mnie nieprzywiedlne. Czym więc jest muzyka? Jaka formuła
określała by ją najlepiej? Roland Barthes powiada, że wartość
muzyki być może na tym polega, że jest dobrą metaforą.
Możliwe. Zwłaszcza idea „przenoszenia" znaczeń, tkwiąca
greckim źródłosłowie, byłaby nie do pogardzenia. Weźmy
pod uwagę jeszcze jedną możliwość. Utrzymuje Paul Ricoeur, że związek pomiędzy metaforą a symbolem mogą opisać
tylko dwa wzajemnie sprzeczne twierdzenia. Tak więc, meta­
fora zawiera więcej niż symbol: to, co w symbolu pomiesza­
ne, wypowiedź metaforyczna doprowadza do względnej
przejrzystości. Ale też symbol zawiera jednak więcej niż me­
tafora: „Symbol jest związany w inny sposób niż metafora.
Symbol ma korzenie. Symbole pogrążają nas w tajemniczym
doświadczeniu mocy". Dwuwymiarowa struktura symbolu,
którego metafora jest językową powierzchnią, swą jedną czę­
ścią, zanurzona jest w niesemantycznym obszarze sacrum.
Zmylmy więc tropy... Czy nie lepiej byłoby może powie­
dzieć, jak choćby Albert Schweitzer , że „naturalną" mową
muzyki jest symbol? Jest jeszcze jedna okoliczność przema­
wiająca za takim wyborem. Symbol już w swej etymologii
(obojętnie, czy wyprowadzonej od symbolon czy symballein)
niesie z sobą ideę łączenia, spajania, przywracania jedności.
W rozważaniach Gadamera na temat sztuki znajdujemy okre­
ślenie symbolu, które nawiązuje do etymologii, ale też wpro­
wadza element, który pozostaje w ścisłym związku z naszy­
mi ustaleniami: „Przez symbol (...), przez doświadczanie
symboliczności rozumiemy, że to, co jednostkowe, szczegól­
ne jest niczym ułamek bytu, że coś, co z nim koresponduje,
jest obietnicą uzupełnienia całości i szczęścia, albo też że ta
wciąż poszukiwana uzupełniająca całość cząstka (podkr.
DC) jest drugim odłamkiem pasującym do naszego fragmen­
tu życia".
47

48

49

50

Żyjemy, przypomina nam wciąż Steiner, w świecie ducho­
wo chorym. W obliczu doskwierających nam kłopotów z bra­
kiem referencyjności znaków słownych, z tworzeniem się
wokół nas szklanej kuli słownych samoodniesień, w obliczu
bolesnego przeżywania „rzeczywistej nieobecności" Trans­
cendencji, myśl Steinera zdaje się kulminować w jednym za­
leceniu, prostym, acz o dalekosiężnych konsekwencjach:
S ł u c h a j c i e a znajdziecie.
Tak brzmi dzisiaj trzeźwiący aforyzm świeckiego proroka.
Tako rzecze Steiner.

�5. Con amore. Finale presto

jest surowy; każdy jest przeniknięty tym, co mówi. Ten głos
kocham - całe życie go kochałem".
Naprawdę, nie ma znaczenia, kto jest przedmiotem adora­
cji. Czy marmurowe pomniki: Mozart i Beethoven, czy mało
komu znany Charles Panzera. Tę listę uwiedzionych można
by dowolnie wydłużać: Nietzsche ze swoim uwielbieniem dla
Wagnera (obróconym później w nienawiść), Levi-Strauss pa­
dający na kolana przed Elizabeth Schwartzkopf, Cioran spra­
gniony muzyki Bacha, itd, itd, itd... Mówienie o muzyce wy­
klucza obiektywizm. Dyskurs muzyczny, albo jest równocze­
śnie dyskursem erotycznym, albo nie ma go wcale. Potwier­
dzałoby to przenikliwą uwagę Barthes'a, że muzyka „nie
podpada pod żaden metajęzyk, lecz tylko pod dyskurs warto­
ściujący, pochwalny: pod dyskurs miłosny".
Rzeczywiste obecności to tekst, pod względem gatunko­
wym, niejednorodny. Bo to i pamflet, i manifest, i filipika,
i intymny list, i quasi-teologiczny traktat (ktoś niechętny, po­
wiedziałby może: kazanie). Ale nad tym wszystkim góruje
namiętny ton miłosnego wyznania. Jeśli jest coś, co spaja
wszystkie te formy, coś, co sprawia, że nie obcujemy z dzielem-hybrydą, ale ze spójną całością, to właśnie ów głos czło­
wieka nieprzytomnie zakochanego. Książka Steinera, to
rzecz składająca się w znacznej części z barthes'owskich
„fragmentów dyskursu miłosnego". Ale też to, co wprawia
w ruch język, co każe mu mówić, mówić, mówić, wyklucza
wszelką dyskusję. ,JCocham-cię jest bez niuansów. Likwidu­
je wyjaśnienia, uzgodnienia, stopnie, skrupuły". Steiner
przecież nie argumentuje, ale sławi swoją oblubienicę: muzy­
kę. Cały roznamiętniony, płonący, chory z miłości. I , jak każ­
dy zakochany, powtarza się, mówi wciąż to samo, tylko w in­
nej formie. Domaga się przy tym, by na obiekt jego wes­
tchnień spoglądać wyłącznie jego oczyma. Na pewno: to nie
jest książka dla wszystkich. Steiner szuka takich jak on.
Zwraca się do mnie, do ciebie, do tych, dla których, jak dla
Ciorana, muzyka jest do życia koniecznie potrzebna.
54

„Kochać - to nie pytać o nic"
z repertuaru Piotra Szczepanika

Czy można napisać coś sensownego o muzyce? Można.
Ale jak? Połuchajmy jeszcze na koniec kilku z tych, którzy
o muzyce potrafili powiedzieć najwięcej:
Kierkegaard: „Ale jestem na tyle dzieckiem, czy raczej je­
stem jak młoda dziewczyna w Mozarcie zakochany, że za
wszelką cenę muszę go umieścić jak najwyżej. (...) O nie­
śmiertelny, któremu wszystko zawdzięczam, i to, żem rozum
utracił, i duszę mam zachwyconą, i że przejął mnie najgłęb­
szy dreszcz, o ty, któremu zawdzięczam, że nie muszę iść
przez życie jak jeden z tych, których nic poruszyć nie zdoła;
ty, któremu dzięki niech będą za to, że nie umrę nie zaznaw­
szy miłości, choć miłość moja była nieszczęśliwa".
Barth: „Wierz mi, proszę: wiele uszu i serc, zarówno uczo­
nych, jak i tych prostych, jak moje, w dalszym ciągu kochają
cię słuchać, wciąż na nowo - nie tylko w roku twojej roczni­
cy!"
Gombrowicz: „Od kilku lat przebywałem poza muzyką.
(...) Jednakże przed paru miesiącami wysłuchałem przypad­
kowo kwartetu f-moll, jedenastego - i nie wiem, czy tego
dnia byłem szczególnie łasy na muzykę, czy może podbiło
mnie bogactwo polifoniczne kwartetu (...) zaraz następnego
dnia kupiłem sobie płyty z tymi jego kwartetami....i utoną­
łem. (...) Zapewne gdyby nie ten wykwintny czwórśpiew
smyczkowy, nie owo polifoniczne wyrafinowanie kwarteto­
we, dzięki któremu wszelka muzyka, która się dostanie mię­
dzy te cztery instrumenty, ulega niezmiernemu wysubtelnieniu, nie byłbym może znienacka zachorował na Beethovena".
51

52

53

Barthes: „Refleksje, jakie zamierzam wam przedstawić,
mają w sobie coś z paradoksu: chciałbym w nich złożyć wy­
jątkowy i szczególny hołd swojemu ukochanemu wykonaw­
cy pieśni francuskich, którym był Charles Panzera.(...) Mój
stosunek do głosu Panzery ma charakter miłosny: nie chodzi
o jego surowy, fizyczny głos, ale o to, jak ów głos wnika w ję­
zyk, w nasz język francuski, jako pożądanie: żaden głos nie

PRZ
1

G.Steiner. Rzeczywiste obecności, przet. O.Kubińska, Instytut Kul­
tury, stowo/obraz terytoria. Gdańsk 1997. Następne przytoczenia z tej
książki lokalizuję w tekście, numery stron w nawiasach kwadratowych:
[ROI
G.Steiner, W zamku Sinobrodego, przet. O.Kubińska, Atext, Gdańsk
1993, s. 131; dalsze cytaty z tej książki zaznaczam w tekście w nawiasach
kwadratowych: |WzS]
Choć uczciwie trzeba powiedzieć, że krytyka Steinera nie osiąga
pułapu umysłowej aberracji, jak to zdarza się czasem w konserwatyw­
nych połąjankach. U Allana Blooma czytamy np. taką oto złotą myśl:
„Młodzi ludzie wiedzą, że rock ma rytm stosunku płciowego", co mimo­
wolnie potwierdza trafność tytułu jego książki, por. A.Bloom Umysł za­
mknięty, przeł. T.Bieroń, Zysk i S-ka, Poznań 1997. s.85
2

1

4

„Przedmiotem nabożnego zachwytu konsumenta są pieniądze, za
które kupił bilet na Toscaniniego. Sam przyczynił się do sukcesu, który
reifikuje i uznaje za obiektywne kryterium, nie rozpoznając w nim swe­
go udziału. Ale jest 'twórcą' tego sukcesu nie dlatego, że koncert mu się
spodobał, lecz dlatego, że kupił bilet.", Ober den Fetischcharakter in der
Musik und die Regression des Hórens, „Zeitschrift fur Sozialforschung"
1939, rocznik VII, cyt. za: K.Sauerland, Od Diltheya do Adorna. Studia
Z estetyki niemieckiej. Warszawa 1986, s. 198

55

56

Pewnej ironii dodaje fakt, że aby się tego wszystkiego do­
wiedzieć, niekoniecznie trzeba było książkę Steinera prze­
czytać. Wystarczyło spojrzeć na dedykację: „Dla Jacqueline
Werly. będącej źródłem muzyki".

PISY
5

N.Harnoncourt, Muzyka jako mowa dźwięków.
przet.M.Czajka,
Fundacja „Ruch Muzyczny", Warszawa 1995, s.7
'' I.Kant. Krytyka władzy sądzenia, przeł. J.Galecki, Warszawa 1986.
s.264
W.Wackenroder. Dichtung, Schriften, Brie)'e, Berlin 1984, s.312,
cyt. za: E.Fubini. Historia estetyki muzycznej, przet. Z.Skowron. Musica
Jagiellonka. Kraków 1997, s.260
" W.Wackenroder, Werke und Briefe. Heidelberg 1967, s.451, cyt. za:
C.Dahlhaus, Idea muzyki absolutnej i inne studia, przet. A.Buchner.
PWM. Warszawa 1988,' s.159
Wackenroder, Dichtung
s.261
S.Kierkegaard, Stadia erotyki bezpośredniej,
przeł. J.Iwaszkie­
wicz, w: Albo-albo , Warszawa 1982,1.1, s.76
'' Tamże, s.77
Tamże, s.75
" Naturalnie, pojęcie formy u Hanslicka, nie jest ani tak jednoznacz­
ne, ani tak redukcyjne, jak zwolennicy czarno-białych (forma versus
treść) modeli estetycznych chcieli by to czasem widzieć, por. Dahlhaus.
Idea..., s. 117-121
A.Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, przel. J.Garewicz, PWN, Warszawa 1994, t.l, s.395-396
7

4

10

12

14

55

�15

Tamże, s.405
Tamże, s.406-407
Tamże, s.405
F.Nietzsche, Narodziny tragedii czyli hellenizm i pesymizm, prze).
L.Staff, Warszawa 1907, s.20
F.Nietzsche, Pisma pozostałe 1862-1875, przeł. B.Baran, inter es­
se, Kraków 1993, s.205
Tamże, s.210
Nietzsche, Narodziny
s.50-51
Tamże, s. 148, 149
Tamże, s.234
C.Levi-Strauss, D.Eribon,, Z bliska i z oddali, przeł. K.Kocjan,
Opus, Łódź 1994, s.208-209
Por. E.Mieletynski, Poetyka mitu, tłum. J.Dancygier, przedmowa
M.R.Mayenowa, PIW, Warszawa 1981, s. 103
Tamże, s.205
C.Levi-Strauss, Mythologiques I: Le cru et le cuit, Paris 1964, t.l,
s.24; Octavio Paz polemizuje z tą tezą, twierdząc, że aby coś przekro­
czyć, trzeba to najpierw osiągnąć, muzyka natomiast nigdy nie przekra­
cza języka artykułowanego, bo po prostu nigdy do tego poziomu nie do­
chodzi. O .językowym" charakterze muzyki można mówić tylko per
analogiom, O.Paz, Levi-Strauss albo Nowa Uczta Ezopa, przeł. P.Fomelski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1997, s.52
16

17

18

19

2 0

21

2 2

2 3

2 4

2 5

2 6

2 7

2 8

C.Levi-Strauss, Myth and Meaning. Cracking the Code of Culture,
forward W.Doniger, New York 1985, s.52
Podobną intuicję zanotował w swoim dzienniku Witold Lutosław­
ski: „Po raz tysięczny: muzyka nie wyraża żadnych określonych uczuć,
stanowi tylko ramy formalne (pokr.DC), w które przy jej odtwarzaniu
każdy wlewa swoje własne emocje; takie na jakie go stać. Stąd bardzo
proste wytłumaczenie łez gestapowców słuchających Mozarta", por. Lu­
tosławski. Homagium. Wydawnictwo Galerii Zachęta, Warszawa 1996,
s.30
2 9

3 0

J.Łotman, Kultura i eksplozja, przeł. i wstępem opatrzył B.Żyłko,
PIW, Warszawa 1998, s. 199-200
, J oto pytam się: czego ż ą d a całe moje ciało od muzyki w ogóle?
Sądzę, że ulgi: tak jakby lekkie, śmiałe, swawolne, pewne siebie rytmy
miały przyspieszać wszystkie funkcye zwierzęce: tak jakby złote, dobre,
łagodne harmonie pozłacać miały spiżowe, ołowiane życie", F.Nietzsche,
Wiedza radosna, przeł. L.Staff, Warszawa 1907, s.338
3 1

3 2

Levi-Strauss, Eribon, Z bliska..., s.206; warto zazanaczyć, że
podobnie o związku muzyki i mitologii pisał Karl Kerenyi, wychodząc
w swoim myśleniu z zupełnie innych przesłanek: „Mitologia, zupełnie
tak samo jak muzyka, może być bardziej lub mniej zgodna ze swoim cza­
sem. Mogą być czasy, które to coś największego, co 'myślały', zdolne są
wyrazić tylko w muzyce. Ale to coś największego jest w tym przypadku
właśnie czymś takim, co jedynie w muzyce może być wyrażone", K. Ke­
renyi, Czym jest mitologia, przeł. I.Krońska, „Twórczość", 2:1973, s.90
3 3

R.M.Rilke, Muzyka, w: Rilke, Poezje, wybrał, przełożył i posłowiem opatrzył M.Jastrun, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.
s.347; przekład angielski mówi raczej o języku: Music..Language whe­
re/ language ends, R.M.Rilke, Music, przeł. Robert Bly, w: „Parabola",
Volume V, number 2, 1980, s.59; Niezwykle zabawną, acz kuriozalną jest
próba Anthony Burgessa przekładu na „muzykę" słów I części, sławne­
go Allegro molto, z Symfonii g-moll Mozarta (K.550). Przez swoją skraj­
ność, unaocznia ona daremność szukania dla dźwięków muzyki słowne­
go ekwiwalentu, wyraźnie stawia nas, czytelników i słuchaczy, wobec
granicy nie do przebycia: „The squarecut pattern of carpet. Squarecut the
carpet's pattern. Pattern the cut square carpet. Stretching from open door
to windows. Soon, if not burned, ripped, merely purloined, as well all too
likely, other feet would, other feet would tread. He himself, he himself,
he he himself trod in the glum morning"... i tak dalej, w tym duchu...,
A.Burgess, Mozart &amp; Wolf Gang, Vintage, London 1992, s.81; w sprawie
związków poezji z muzyką por. J.Błoński, Ut musica poesis?, „Twór­
czość" 9:1980, s.l 10-122
5 4

Por. np. rozumienie formy zaproponowane przez Wiesława Ju­
szczaka, W. Juszczak, Zasłona w rajskie ptaki albo O granicach „ okresu
powieści", PIW, Warszawa 1981, s.49-52

36

3 5

„(...) schematyzacja elementu irracjonalnego muzyki dzięki prze­
żywaniu jej przez człowieka udaje się tylko na pewnych odcinkach i wy­
rywkowo, właśnie dlatego, że muzyka sama w sobie nie ma bynajmniej
za swą treść serca ludzkiego ani też tylko jakiegoś drugiego narzecza
swego wyrazu obok tego zwykłego, lecz właśnie jest także 'czymś in­
nym', czymś, co dzięki podobieństwu spotyka się z tamtym na pewnych
odcinkach, ale nie zlewa się z nim w wielkich i bezpośrednich związ­
kach", R.Otto, Świętość, Elementy irracjonalne w pojęciu bóstwa i ich
stosunek do elementów racjonalnych, Książka i Wiedza, Warszawa 1968,
s.84; o metafizycznym wymiarze muzyki zob. liczne teksty i książki
Bohdana Pocieja, szczególnie porządkujący artykuł: Inspiracja religijna
w muzyce, w: W kierunku religijności, red. B.Bejze, ATK Warszawa
1983, s.328-357
3 6

G.van der Leeuw, Sacred and Profane Beauty. The Holy in Art,
preface M.Eliade, transl. D.E.Green, Weidenfeld and Nicolson, London
1963, s. 261
„Po co wczytywać się w Platona, skoro saksofon też może nas
otworzyć na inny świat", Z Cioranem rozmawia Benjamin Ivry , w: Roz­
mowy z Cioranem, przeł. I.Kania, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999,
s.l 70
Z Cioranem rozmawia Louis Jorge Jalfen, w: Rozmowy...., s.86
Z Cioranem rozmawia Michael Jakob, w: Rozmowy...., s.246
Z Cioranem rozmawia Benjamin Ivry, w: Rozmowy...., s.170-171
Z Cioranem rozmawia Sylvie Jaudeau, w: Rozmowy...., s.186-187
Tamże, s.l87
P.Florenski, Ikonostas i inne szkice, przeł. Z.Podgórzec, PAX, War­
szawa 1984, s.125
G.Marcel, Tajemnica bytu, tłum. M.Frankiewicz, przedmowa
K.Tarnowski, Znak, Kraków 1995, s.390; obecność metaforyki muzycz­
nej w filozoficznych rozważaniach godna jest osobnego namysłu, por.
rozważania Barbary Skargi o związkach czasu i muzyki u Bergsona i Bachelarda, B.Skarga, Dwie formy czasu, w: tejże, O filozofię bać się nie
musimy. Szkice z różnych lat, PIW, Warszawa 1999, s.53-69
3 7

3 8

3 5

4 0

4 1

4 2

4 3

4 4

4 5

G.Steiner, Errata, Yale University, 1988; Warto może też zazna­
czyć, że sytuacja ta nie jest dla Steinera jednoznacznie negatywna. Wie­
lość języków, to wielość interpretacji świata, docieranie do jego „istoty"
różnymi drogami. Każdy język w inny sposób „otwiera" rzeczywistość.
Główne myśli z autobiografii Steinera referuje krótko J.Anders, Cierpli­
wość intuicji, „Literatura na świecie", 11-12:1998, s.269-276
4 6

H.Whone, Music, the Way of Return, .parabola", Vol.V, 2: 1980,

s.13
4 7

R.Barthes, Muzyka, głos, język, przeł. K. Kłosiński, „Pamiętnik L i ­
teracki", R . X C , 1999, z.2, s.9
P.Ricoeur, Język, tekst, interpretacja, przeł. P.Graff, K.Rosner,
PIW, Warszawa 1989, s.l55
A.Schweitzer, Bach, przeł. M.Kurecka, W.Wirpsza, PWM, Kra­
ków 1987, s.327; w niejednoznacznie pojmowanej kwestii symbolu
w muzyce, zob. dwugłos C.Dahlhausa i H.H.Eggebrechta, Co to jest mu­
zyka?, przeł. D.Lachowska, wstęp M.Bristiger, PIW, Warszawa 1992,
s.l 13-125
4 8

4 9

5 0

H.G.Gadamer, Aktualność piękna. Sztuka jako gra, symbol i świę­
to, fłum.K.Krzemieniowa, Oficyna Naukowa, Warszawa 1993, s.43
Kierkegaard, Stadia...s.50
K.Barth, Wolfgang Amadeus Mozart, foreword J.Updike, transl.
C.K.Pott, Eerdmans Publishing Company, Grand Rapids 1986, s.23
W.Gombrowicz, Dzienniki 1957-1961, Paryż 1962, s.211-212
R.Barthes, dz. cyt., s.5-6
Tamże, s.9
R.Barthes, Fragmenty dyskursu miłosnego, przekład i posłowie
M.Bieńczyk, wstęp M.P.Markowski, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999.
s.214.
51

5 2

5 3

5 4

5 5

5 6

Wszystkie ilustracje Roberta Fludda za: J. Godwin, Robert Fludd:
Hermetic Philosopher and Surveyor of Two Worlds, Shambhake Publica­
tions 1979

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11393" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="11371">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/59707e0f3f87bf708d01eb190cac813c.pdf</src>
        <authentication>853c524d7057c218fedcf3255057e286</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135704">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3080</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135705">
                <text>2001</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135706">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2884</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135707">
                <text>Muzyka greckich cieni / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135708">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4, s.452-454</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135709">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135710">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135711">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135712">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135713">
                <text>Dariusz Czaja • MUZYKA GRECKICH CIENI

DARIUSZ

CZAJA

Muzyka greckich
cieni
1.
Wedle starego dobrego banału, starożytni Grecy
wiedzieli o sobie bardzo dużo, z jednym wszakże wyjąt­
kiem: że mianowicie są Starożytnymi Grekami. A prze­
cież, zanim zastygli w szacowny monument, zanim za­
mienili się w stateczny rozdział historii powszechnej,
byli, choć trudno czasem w to uwierzyć, żywymi ludź­
mi: jedli, popijali, śpiewali, tańczyli, uprawiali miłość,
modlili się. Wytrwale zgłębiali sekrety namiętności
i tajemnicę pojedynczej egzystencji, starali się opisać
sens różnicy między światem śmiertelnych a bogami,
którzy byli dmbrotoi, nieśmiertelni. T o więc my, dzisiej­
si, żyjący, rozprawiamy o nich, martwych, o ich staro­
żytnej starożytności. O n i zaś, zostawiwszy nam swoje
kamienie, teksty i inskrypcje, taktownie milczą. Stali
się, jak to z nie zawsze uświadamianą dwuznacznością
powiadamy: p r z e d m i o t e m naszych studiów. Doj­
mujący brak symetrii. Ale chociaż prawdą jest, że to
my ich czytamy czy nie jest też tak że w jakiś sposób
oni również czytają nas? Czy nie jest trafna teza że co
prawda to żywi studiują martwych ale że ci ostatni
przynoszą nam lustto w którym możemy się przejrzeć?
Bywa że to my jesteśmy materią ich dzieł
O dawnych Grekach wiemy coraz więcej, półki zawie­
rające studia i rozprawy o greckim antyku wciąż wydłu­
żają się. Wiele zagadek rozwiązano, teksty uznane nie­
gdyś za nieme, zaczęły mówić. Z poznawczego punktu wi­
dzenia pozostaje wszakże jeden fundamentalny dylemat,
którego nie rozwiążą najbardziej wyrafinowane techniki
badawcze. Nie wiemy i nie dowiemy się już (przynajmniej
w tym życiu), jak mówili starożytni Grecy, jak śpiewali,
jak brzmiały ich instrumenty. Zostały nam po nich tylko
teksty, tzeźby i architektura. Fonię wyłączono na amen.
Tajemnicę żywego głosu i dźwięku zabrali ze sobą do gro­
bu. I żadne narzędzia archeologiczne nie sprawią, że wy­
kopany trup starożytnego Greka przemówi do nas, że „da
głos". Kości nie potrafią śpiewać.
• - 2. •
jeśli uprzytomnić sobie ten oczywisty fakt, można
zrozumieć skalę trudności, z jakimi przyszło się zmie­
rzyć Maciejowi Rychłemu, prawdziwemu sprawcy pły­
ty Metamorfozy. Musie of Ancient Greece. Musiał on,

452

mając za współtwórców aktorów „Gardzienic", nie tyl­
ko rekonstruować i uzupełniać okruchy istniejących
muzycznych zapisów (a czasem także dopisywać nową
„grecką" muzykę), przede wszystkim musiał mieć prze- i
konującą w i z j ę całościowego brzmienia, musiał usły­
szeć tę muzykę w sobie tak, by przemienić ją w rilkeański „słyszalny krajobraz". Mówiąc krótko: trzeba było
mieć pomysł jak ożywić trupa, jak, najzupełniej do­
słownie, ucieleśnić go, a więc zaopatrzyć go w gardło,
język i usta, by mógł śpiewać, dodać sprawne ręce, by
mogły zabrzmieć harfy, flety i bębny. Słuchając kilka­
krotnie Metamorfoz nie mam wątpliwości, że wielce ry­
zykowny u swych początków pomysł powiódł się. Zda­
rzył się cud. T r u p ożył. N a płycie śpiewa, krzyczy, szep­
cze, dyszy, potrąca struny harfy, bębni, wydobywa
dźwięki z fletu. Ta muzyka oddycha Grecją.
Są na tej płycie obecne dwa bieguny starogreckiej
muzyki. Jest i apolliński spokój, muzyka przeniknięta
miarą, przemieniająca rzeczywistość w kosmiczny ład
i dionizyjska furia, wypływająca gdzieś z ciemnych, bez-rozumnych źródeł psyche. Najciekawsze, obdarzone naj­
większą energią wydały m i się te rekonstrukcje i orygi­
nalne kompozycje Rychłego, w których do głosu docho­
dzi żywioł dionizyjski. A więc te miejsca, w których
opuszczamy podręcznik z wizją Grecji harmonijnej, ja­
snej i słonecznej, a wstępujemy w świat chaosu, dzikiego
szaleństwa i frenetycznego uniesienia. Może w tych
utworach najbardziej słychać odległy idiom muzyczny
greckiego antyku. T o w sekundowych i trytonowych
tarciach, to w obsesyjnej nieparzystej rytmice mieści się
niedyskursywna wiedza o tym, czym mogła być grecka
mania. T o w tych, obco brzmiących dla dzisiejszego ucha
skalach, lepiej zaczynamy rozumieć spazm, szaleństwo
gniew śmiech i rozpacz bohaterów tragicznych Złorze­
czenia Medei czy skargę Orestesa Słuchając finałowego
Euoi Bakchai łatwiej pojąć co miał na myśli Nietzsche
pisząc o żywiole dionizyjskim Śpiewając i tańcząc uka­
zuje się człowiek jako członek wyższej wspólnoty — od­
uczył sie chodzić i mówić i zaraz wzięci tańcząc w nowie
trze" (Narodziny tragedii z ducha muzyki)
-

N o dobrze, ale skąd wiemy, że to, co słychać na pły­
cie jest z ducha greckiego poczęte? Co pozwala twier­
dzić, że oto słychać grecką muzykę w formie, w jakiej
mogła ona brzmieć niegdyś? Profesor Jerzy Danielewicz,
jeden z konsultantów uczestniczących żywo przy po­
wstawaniu Metamorfoz pisze w książeczce dołączonej do
płyty: „Oto spełnia się marzenie miłośników starożytno­
ści: usłyszenia pokaźnej liczby fragmentów muzyki staro­
greckiej w jej autentycznym i pełnym (choć z konieczno­
ści częściowo odtworzonym) brzmieniu (...)". Trudno
nie mieć wątpliwości, kiedy czyta się o owym „auten­
tycznym brzmieniu"... K t o i kiedy słyszał autentyczne

�Dariusz Czaja • MUZYKA GRECKICH CIENI

d-

wykonanie antycznej greckiej muzyki i co by to miało
znaczyć? Czy zatem mówienie o w r a ż e n i u autentycz­
ności jest pozbawione sensu? Sprawa zdaje się nieco bar­
dziej skomplikowana. Konieczny będzie krótki ekskurs
w obszar wykonawstwa muzyki dawnej.

w źle zrozumianą wierność wobec dzieła. Także sam
Monteverdi tego nie chce, jest przecież muzykiem
z k r w i i kości, jest Włochem. Proszę więc wyzbyć się
obaw przed vibrato, przed ożywieniem, przed subiek­
tywnością, przed gorącym, śródziemnomorskim powie­
trzem, natomiast l ę k a ć się bardzo chłodu, puryzmu,
«historyzmu». Musimy zrozumieć prawdziwe intencje
muzyczne Monteverdiego i umieć oddać j e w posta­
c i żywej m u z y k i . Jako muzycy musimy próbować zo­
baczyć na nowo to, co w Monteverdim było i na za­
wsze pozostanie aktualne, ożywić to z powrotem,
odtworzyć zgodnie z naszym sposobem odczuwadwudziestowieczną mentalnością (...)"
(Dialog
podkr. D C ) . Wiedza? Jak najbar­

Mam w swojej płytotece pięć różnych nagrań Vespro
delia Beata Vergine Claudio Monteverdiego. Co jakiś
czas słucham, porównuję. Z braku miejsca, w ich opi­
sie pozostańmy na poziomie przymiotników. Parrott gtzeczny, nie nachalny, Christie - precyzyjny i eleganc­
ki, Jacobs - muzykalny, finezyjny, Savall - soczysty,
wyrównany, znakomicie brzmiący, Harnoncourt - żar­
liwy, liryczny, drapieżny, monumentalny, ekstatyczny.
Które z nagrań jest „najlepsze"? W którym Montever­
di brzmi „najprawdziwiej"? W którym muzyka najbar¬
dziej przemawia do serca i wyobraźni? Nigdy nie mia­
łem wątpliwości: nagranie Harnoncourta z Concentus
Musicus nie ma sobie równych. Czy inne są złe? Wolne
żarty! Każde ze wspomnianych nagrań ma swoje nieza­
przeczalne zalety (są wcale liczni i nieprzejednani entu­
zjaści wykonania Savalla, a istnieją przecież jeszcze na­
grania Junghanela, Berniusa czy Rademanna), ale tyl­
ko słuchając Harnoncourta odnoszę wrażenie że słyszę
prawdziwego" Monteverdiego że głębia i geniusz tej
muzyki dopiero w nagraniu austriackiego dyrygenta
objawiają się w pełni K t o usłyszał raz Gloria Patris z tej
płyty ten już zawsze będzie wiedział co znaczy werty
kalny wymiar muzyki Rekonstrukcja i wykonanie Har
noncourtanie należą (tylko) do faktów z dziedziny m u

dziej. A l e bez uwewnętrznienia tej muzyki, bez nasyce­
nia jej własnymi emocjami, do grania zostają tylko nu­
ty. Efektem jest solenna i nudna jak flaki z olejem mu­
zykologiczna poprawność.
4.
Powróćmy zatem do nagrania Metamorfoz. Czy mu­
zyka tam pomieszczona, to „prawdziwe" dźwięki staro­
żytnej Grecji? Czy tak właśnie ona brzmiała? Czy tak ją
wykonywano? Kwestie nierozstrzygalne z powodów
wskazanych wyżej. Skądinąd sam Maciej Rychły nie
ma złudzeń: „Nie uważam mojej pracy za rekonstruk­
cję. Rekonstrukcja jest t u po prostu niemożliwa. Nie
twierdzę, że tak brzmiała muzyka antyku". Powiedzmy
przy tym, że kompozytor-rekonstruktot miał t u o wiele
trudniejsze zadanie, niż muzykolog-wykonawca muzyki
dawnej dysponujący często pełną, bądź prawie pełną
partyturą utworu, nierzadko też mający dostęp do trak­
tatów muzykologicznych z epoki. Tutaj z paru nut,
z domysłów i domniemań, została wyczarowana
ż y w a muzyczna rzeczywistość. Może więc zamiast zO"
bowiązującego pojęcia rekonstrukcji, lepiej byłoby uży­
wać w t y m przypadku pojęcia i n s p i r a c j i , tym bar­
dziej że w jego etymologii pobrzmiewa niejasno tak
ważna dla twórców gardzienickiego nagrania idea
przywracania życia ożywiania re-animacji (łac inspl
rare — dąć w coś nadymać natchnąć)

rłr\ nnflimat-nlnoii TY\

J n ym i
znac zn i e ' wiecei
ę j n iz' nodb
p
udo wana m uzyk o l ogez
racjami „gra na autentycznych instrumentach, w zgo• z praIn/k
• kusprawie
: d zie
ty ą wyk onawczą epo k i" . A le ja
Gliwic racjonalnieswoją tezę. Uczywiscie, można by
znaleźć naprędce kilka argumentów, ogromna tempe¬
ratura nagrania wynikająca z rejestracji Iwe, wspaniale
wygrana przestrzenność chorow, świetnie brzmiąca
sekcja dęta, eteryczne głosy i olzer Knabenchor, oszala­
ły Kurt bąuiluz, i t d itd. A l e czy te argumenty mają
moc zniewalającą. Uczywiscie, nie. Jak zawsze w tego
typu rozważaniach, argumentem ostatecznym i rozsttzygającym pozostaje, bo pozostać musi: podbudowa­
na wiedzą intuicja.
Myślę jednak, że tym, co najbardziej zniewalające
w rejestracji Vespro przez Harnoncourta jest - trudno
tego nie usłyszeć - jego emocjonalny, niezwykle osobi­
sty stosunek do arcydzieła Monteverdiego. Nic z muzy­
kologicznej pedanterii, raczej akcent na walory ekspre­
syjne i żywość przekazu. W uwagach na temat wyko­
nawstwa muzyki Monteverdiego pisał Harnoncourt:
„Oczywiście pragniemy posiąść znajomość ówczesnej
praktyki wykonawczej, poznać warunki, w jakich wy­
konywane były utwory Monteverdiego, ale nie chcemy
popaść w fałszywy puryzm., w fałszywy obiektywizm,

Kompozytot nie twierdzi, że zdeszyfrował muzykę
greckiej starożytności. Nie udaje Greka. Zaprasza ra­
czej słuchacza do imaginacyjnej podróży w świat grec­
kiej fonosfery przefiltrowanej przez wrażliwość współ­
czesnego muzyka. Słuchając płyty obcujemy tedy
z „muzykologią światów możliwych", wobec których
najbardziej stosowna wydaje się kategoria prawdopo­
dobieństwa, a nie prawdy czy autentyczności.
Ważne jest co innego. Niezależnie od opinii fachow­
ców, którzy - nie da się wykluczyć - zaczną precyzyjnie
odmierzać linijką odległość jaka dzieli muzykę Meta­
morfoz od domniemanej Prawdy Historycznej, ten mu­
zyczny projekt jest przekonujący. Ta muzyka pulsuje,

453

�Dariusz Czaja • MUZYKA GRECKICH CIENI

Metamorfozy.

Fot. Zbigniew Bielawka

tętni, ściera się w dysonansowych współbrzmieniach.
Naprawdę żyje.
Nie dysponujemy, jak dotąd, wehikułem czasu. Nie
dowiemy się już jak rzeczywiście btzmiała muzyka
Monteverdiego, muzyka średniowieczna, a tym bar­
dziej muzyka starogrecka. W naszym odniesieniu do
minionych tradycji duchowych zawsze będziemy skaza­
n i na niebezpieczeństwa dwóch skrajnych postaw, za­
wsze będziemy musieli dryfować między naiwnością
kustosza-archiwisty, wierzącego, że możliwe jest niekonfliktowe ustalenie „jak to było naprawdę" a swawo­
lą badacza-prezentysty, który nie licząc się zupełnie

z oporem materii, wpisuje w historyczny przekaz głów¬
nie własne projekcje. Co lepsze? Jeszcze raz Harnoncourt: „Z dwojga złego lepsze są już wykonania historycz­
nie całkiem fałszywe, ale żywe muzycznie" (Muzyk
mową dźwięków). W miejsce archiwalnej martwoty,
w miejsce złudy autentyzmu, hermeneutyczne z ducha,
twórcze p t z y s w o j e n i e . D o takiego właśnie mode­
lu czytania znaków przeszłości bez wątpienia należą
gardzienickie Metamorfozy.
' „Lękać się chłodu...", przestrzegał Harnoncourt. Co
jak co, ale zmora zimnej muzykologicznej poprawności
i pedantycznego historyzmu temu nagraniu nie grozi, j

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11443" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="11421">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/76225c5fe9fd238a8264562b19f58639.pdf</src>
        <authentication>7dba41ddd670d62931e2d929a7bd7278</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136330">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2455</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136331">
                <text>1994</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136332">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2279</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136333">
                <text>Reklamowy smak raju: między archetypem a historią / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136334">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.1-2, s.73-77</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136335">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136336">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136337">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136338">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136339">
                <text>Reklamowy smak raju:
między archetypem a historią
Dariusz Czaja
Reklama telewizyjna już na dobre zadomowiła się w naszym
życiu codziennym. Tworzy ona istotny fragment otaczającego
nas „pejzażu semiotycznego". Staje się coraz bardziej agresywną
częścią wciąż zmieniającej się ikonosfery codzienności. Pojedyn­
cze kadry, jak i rozwinięte historyjki reklamowe tkwią już
mocno w magazynach naszej pamięci. Reklamowe hasła funk­
cjonują powszechnie w języku potocznym: bądź to jako dosłow­
ne cytaty, bądź jako ich prześmiewcze trawestacje i parodie.
Reklama, jak wiadomo, chętnie odwołuje się do gotowych, już
istniejących wzorców, konwencji, obrazów, symboli, stereoty­
pów. Toteż dziwić może, że etnolodzy tak bardzo uwrażliwieni
i wyczuleni na ich obecność w różnych sferach kultury, w nikłym
jak d o t ą d stopniu zwracali swoją uwagę na twórczość re­
klamową. A przecież nawet niewinnie brzmiący slogan, jak
choćby ten, reklamujący pewną m a r k ę kawy, który przekonuje
nas, że zawiera ona „wszystkie tajemnice A r a b i i " , to gotowy
temat antropologicznego studium.
Mówiąc o reklamie z reguły podkreśla się najmocniej jej
perswazyjny charakter. Wskazuje się na to, że cynicznie żeruje
ona na odbiorcach, wykorzystując utrwalone w ich głowach
skojarzenia oraz językowe i wizualne klisze. To prawda. Ale
reklama reklamie nierówna. Badacze zajmujący się profesjonal­
nie reklamą dostrzegają to wewnętrzne zróżnicowanie komuni­
k a t ó w reklamowych. Zastanawiają się nawet, czy w niektórych
przypadkach mamy do czynienia z perswazją czy ze sztuką.
Ściślej: jeszcze z perswazją czy już ze s z t u k ą . Etnologowi,
przypatrującemu się reklamowym obrazkom nieuzbrojonym
okiem dyletanta, obce jest tego rodzaju hamletyczne rozdarcie.
Nie musi interesować go artystyczny wymiar reklamy, nie musi
też ubolewać nad jej niskim nierzadko poziomem intelektual­
nym. Sfera wartościowania i estetycznej oceny, powiedzmy to
wyraźnie, nie powinna interesować go wcale. T y m natomiast, co
winno zajmować go przede wszystkim jest reklama rozumiana
jako „ t e k s t " kultury. Jako obszar znaczeń. Jako przestrzeń
kreowanych i sugerowanych sensów. Jako drobny fragment
znacznie większej całości historii kultury.
Tak właśnie, z o g r o m n ą intuicją etnologiczną, postąpił Leo
Spitzer w błyskotliwym studium poświęconym amerykańskiej
reklamie. Dostrzegł w niej realizację tego, co w obszarze
niemieckojęzycznym określane jest jako Gebrauchkunst, sztuka
stosowana, użytkowa, należąca do ustalonego p o r z ą d k u co­
dzienności. T y m , co przede wszystkim zaskakuje w artykule
Spitzera, jest przyjęta przezeń postawa. Oto bowiem uznany
filolog, wykorzystujący z powodzeniem swoją metodę exp­
lication de texte przy interpretacji wielkiej sztuki, tym razem
zastosował ją do analizy banalnego plakatu reklamowego. Tak
tłumaczy powody swojej decyzji: „Będę się starał analizować tę
reklamę tak, jak poemat św. Jana od Krzyża albo list Woltera, to
znaczy w s p o s ó b nieuprzedzony. Wierzę bowiem, iż ten typ
sztuki, choć jego ranga jest bez p o r ó w n a n i a niższa niż ranga
tekstów zazwyczaj analizowanych przez badaczy, także tworzy
'tekst', w którego słowach, chwytach literackich i rozwiązaniach
graficznych kryje się duch naszego czasu i narodu - a więc sens,
który jest niewątpliwie unmittelbar zu Gott. K t o chce zrozumieć
współczesność, musi zrezygnować z niechętnej lub wyniosłej
1

2

wobec niej postawy. Współczesność zaś zasługuje na refleksję
w nie mniejszym stopniu niż przeszłość." Św. Jan od Krzyża
i reklamowy obrazek - oto miara mentalnego przełomu!
Przedmiotem zainteresowań Spitzera stał się plakat reklamu­
jący kalifornijskie p o m a r a ń c z e marki „Sunkist". Z wirtuozerią
analizuje on chwyty poetyckie (tak - poetyckie!) zastosowane
w towarzyszącym wizji plastycznej sloganie reklamowym
( „ F r o m the sunkist groves o f California. Fresh for you"),
umieszczając je na tle nie stroniącego od przesady języka poezji
barokowej. Odkrywcze uwagi poświęca znaczeniu zaimka „yo u " („choć znaczenie takie może się k o m u ś wydać urojeniem,
a p r ó b a jego uchwycenia zajęciem j a ł o w y m " ) , który tak często
pojawia się w tekstach reklam, wiążąc go, między innymi,
z językiem kazań w kościele protestanckim, z formą bezpośred­
niego, personalnego i zarazem bezosobowego - angielski wyko­
rzystuje tu znakomicie dwuznaczność zaimka „ y o u " - zwracanie
się do wiernych. Wykazuje podobieństwo szczególnego sposobu
eksponowania głównego obiektu reklamy (w analizowanym
plakacie była to gigantyczna, umieszczona na pierwszym planie,
szklanka z sokiem p o m a r a ń c z o w y m na tle gór - układ rażący
brakiem proporcji) do techniki średniowiecznego obrazowania,
z właściwą jej perspektywą ideową, a nie linearną - zgodną
z prawami widzenia. D o sztuki średniowiecznej odnosi również
chwyt opierający się na powtarzaniu w celach dydaktycznych
podstawowego motywu (w plakacie był to motyw pomarańczy,
którego wizualnym wyrazem stał się pojawiający się czterokrot­
nie kolor pomarańczowy).
3

4

W ostatniej odsłonie artykułu, znakomity filolog pokazuje
zakorzenienie analizowanego plakatu reklamowego, ale i re­
klamy jako zjawiska, w kulturze amerykańskiej: „ R e k l a m a jest
bowiem dziełem Ameryki; tu się ukształtowała, tu rozwinęła
i osiągnęła nie znaną gdzie indziej intensywność." W istocie;
reklama jest ubocznym produktem kapitalizmu pojmowanego
nie tylko jak struktura ekonomiczna, ale przede wszystkim jako
formacja ideowa. Odwołując się do klasycznych prac Webera
i Troeltscha, odsłania Spitzer kalwińsko-deistyczny podkład
działalności reklamowej. Wskazuje na istotny dla niej kom­
ponent protestanckiej proweniencji: „mentalność kaznodziejs­
k ą " , z jej przekonaniem o tlącej się w każdym iskrze rozumu,
którą wystarczy jedynie pobudzić, aby pouczona jednostka pięła
się k u coraz wyższym piętrom doskonałości. Dysponent reklamy
przywdziewając szaty kaznodziei wskazuje drogę. Konsument
zaś, przyjmując rolę napominanego wiernego, zmierza w stronę
regularnie obiecywanego szczęścia.
5

Pełną erudycyjnych uwag analizę Spitzera, przypominam na
wstępie tych rozważań z trzech p o w o d ó w . 1° - filologiczna
w punkcie wyjścia metoda znakomitego uczonego, w trakcie
drobiazgowych analiz niepostrzeżenie przechodzi w lekturę
znaczeń do złudzenia przypominającą postulaty przypisane
wcześniej podejściu etnologa, m o ż n a by nawet p o t r a k t o w a ć ją
jako modelową ich realizację. 2° - wskazuje ona dowodnie, że za
pozbawionym większego sensu „ t e k s t e m " reklamowego plaka­
tu, tkwią wcale poważne treści. 3° - temat główny analizy
Spitzera - plastyczna, ale i retoryczna wizja ziemskiej szczęśliwo-

73

t

�ści - będzie również motywem centralnym analizowanych dalej
reklam.
Stwierdzenie, że reklama kreuje świat szczęścia nie jest
zapewne tezą przesadnie odkrywczą ani nazbyt kontrowersyjną.
Interesujące jest natomiast to w jaki sposób reklamowy komuni­
kat tego dokonuje, jakich środków używa, do jakich obrazów
i skojarzeń odwołuje się w dziele stworzenia wizji doskonałości.
Sięgnijmy zatem do paru przykładów wybranych ze standar­
dowej telewizyjnej oferty, tych, które realizują - każdy na swoją
modłę - podstawowy imperatyw reklamowej twórczości.
Oto soczyście zielona trawa. W tle, zraszany deszczem leśny
zagajnik miękko zlewający się z kolorem podłoża. W takiej
scenerii znalazły się. zastygłe w pozycji „ p o m n i k o w e j " , dwie
marmurowe figury. Postać kobieca i męska. Na razie nic o sobie
nie wiedzą. Po chwili na wyciągniętą k a m i e n n ą dłoń kobiety
zaczyna łagodnie spływać zielonkawy płyn. Ręka ożywa,
a w ślad za nią cały posąg, jakby na prośbę niewidocznego na
ekranie Pigmaliona. Marmurowe ciało posągu przechodzi pra­
wie niepostrzeżenie w lśniące kroplami wody ciało kobiety. Po
k r ó t k o trwających ablucjach wręcza ona kuszącym ruchem
opakowanie płynu, nieświadomemu swej roli w tej scenie
uwodzenia, kamiennemu mężczyźnie. (Czyżby Galatea i Ewa
w jednym?) K o ń c o w y napis: „ N o w y Palmolive - balsam pod
prysznic". I tu suspens: nie wiemy bowiem co stało się dalej.
Możemy jedynie domyślać się finału tej niedopowiedzianej do
końca historii. Zaklęty w kamień mężczyzna powtórzył zapewne
wyczyn swej posągowej towarzyszki i ożywszy, obmył swe ciało
w ożywczym balsamie. Po czym żyli długo i szczęśliwie...
Otoczenie w jakim pojawia się kamienna para przypomina
pejzaże Poussina. Jeden z jego obrazów Wiosna albo Raj ziemski
przedstawia nagą parę zatopioną w zielonych zaroślach. To
klasycystyczny pejzaż idealny. Obrazy Poussina - to ciekawy
przykład przenikania idei pomiędzy różnymi dziedzinami sztuki
- zalecane były jako wzorcowe dla powstającego w X V I I I wieku
ogrodu angielskiego. Pojawił się on jako reakcja na sfor­
malizowany, rażący przesadną geometryzacją przestrzeni i wizu­
alnym wyrachowaniem ogród francuski. Ogród angielski starał
się możliwie wiernie naśladować naturę. Jego projektodawcy
starali się połączyć „sztukę Boga" j a k ą była dla nich natura
z ingerencją człowieka. Jeden z entuzjastów tego stylu ogrodo­
wego, francuski poeta Delille zalecał - co dla nas interesujące
- by nie przeładowywać ogrodu budowlami, doradzał nato­
miast, aby eksponować posągi antyczne. Trudno się dziwić:
klasycyzm z nabożeństwem odnosił się do wszelkich starożytno­
ści. Nie przypadkiem wskrzeszono wówczas jedno z ważniej­
szych antycznych wyobrażeń: mit złotego wieku. Poussin malu­
jąc swoje płótna miał w pamięci Wergiliuszową Arkadię, krainę
obfitej roślinności, wiecznej wiosny i nieustającego czasu miło­
ści. Oto fragment I V eklogi - apostrofa do boskiego dziecka,
które jest obietnicą mającego ponownie nadejść złotego wieku:
6

„Bluszcz pełzający swobodnie, nard rozkwitły, radosne
Akanty i nenufary - to będą pierwsze podarki,
Które, c h ł o p c z y k u , przyniesie ci ziemia, pługiem nietknięta.

I nieco dalej:
... K w i a t ó w ł a g o d n o ś ć otuli twoją kołyskę,
A w ą ż zdradziecki przepadnie i uschną zioła trujące,
I wszystkie łąki napełni w o ń asyryjskich b a l s a m ó w . "

7

W naszym obrazku reklamowym, będącym połączeniem
fragmentu angielskiego ogrodu z poussinowskiem pejzażem
arkadyjskim, nie odnajdziemy nawet cienia melancholii, tej
elegijnej zadumy, która stała się udziałem pasterzy ze słynnego
obrazu Poussina, pochylających się nad grobowcem z inskryp­
cją, tak wnikliwie zinterpretowaną przez Panofskiego. Cóż,
kiedy ciało wchodzi pod prysznic, nie ma czasu na myśli
o przemijaniu; jego świadomości nie dosięga, najzupełniej
niestosowne w tym miejscu - „et in Arcadia ego".
8

74

To jednak nie natura jest głównym obiektem reklamy „Palmolive", ale właśnie ciało. Ciało zmienione w posąg, aby
unaocznić dokładniej cel przebywania pod prysznicem z konser­
wującym balsamem w dłoni. Po umyciu w balsamicznym płynie
nasze ciało pełne wad i niedostatków stanie się gładkie, lśniące,
proporcjonalnie zbudowane jak antyczna rzeźba. Powiedzmy
mocniej: zmieni się w dzieło sztuki, w obiekt odporny na
destrukcyjne działanie czasu. Interesujące, że rzeźba antyczna
(lub ściślej: przedmiot, który j ą imituje) bądź jej fragment stają
się w reklamie wręcz synonimem sztuki ucieleśniającej nie­
przemijającą i dotykalną doskonałość. R e k l a m ó w k a jednej
z firm elektronicznych informuje, że „Finlux to więcej niż
telewizor, to dzieło sztuki", a w ekranie jednego z pokazywanych
odbiorników pojawia się głowa bliżej nieokreślonego, greckiego
(?) posągu. Użycie w reklamie sławiącej powaby ciała rzeź­
bionych postaci daje i ten efekt, że przywołuje na mocy
mechanicznych skojarzeń cały zestaw zgranych, pseudopoetyckich p o r ó w n a ń i metafor - „alabastrowa s k ó r a " , „posągowa
piękność" itp. - co pozwala wzmocnić jeszcze od strony
językowej siłę rażenia obrazowego komunikatu.
Reklama balsamu „Palmolive" przypada na moment w his­
torii ciała szczególny. Oto bowiem współczesne ciało stało się
obiektem, niespotykanych na tak o g r o m n ą skalę w ubiegłych
wiekach, zabiegów odmładzających, konserwujących, pobudza­
jących jego witalność. Ciało zmieniło się w przedmiot kultu.
Z niezliczonych salonów piękności, gabinetów chirurgii plas­
tycznej, sal masażu rozlega się, zwielokrotnione o g r o m n ą liczbą
poddawanych zabiegom ciał, wołanie: „Verweile doch! D u bist
so Schón!" Współczesne ciało Faustem podszyte już wie, że
starzenie się nie musi być frustrującą koniecznością, ale że zdając
się na osiągnięcia medycyny i przemysłu chemicznego można
skutecznie o tym, wydawać by się mogło nieuchronnym, proce­
sie zapomnieć. Starość została usunięta z wyobraźni zbiorowej.
Nie przystające do faustycznych aksjomatów współczesności
zwiotczałe ciała straszą już tylko w domach spokojnej starości.
W świecie kultury masowej króluje młode, najlepiej nagie
i jędrne ciało: „Młodości wiecznie naga! Nagości wiecznie
młoda!".
Posągowe ciało z reklamowego obrazka staje się obiektem
pożądania. Reklama dowodzi przy tym, że odległość między
ciałem rzeczywistym a ciałem idealnym rozciąga się co najwyżej
na wyciągnięcie ręki. Tej ręki, która w naszej reklamie skrapia
ciało balsamem. Wystarczy tylko chcieć a ciało poddane nacis­
kowi woli zmieni się w marmurowe bóstwo wiecznie kwitnące
i młode jak arkadyjska roślinność. Interesujące, że tę jedną
z głównych obsesji współczesności, reklama „Palmolive" umie­
szcza w starych, antyczno-klasycystycznych dekoracjach.
Przejdźmy do kolejnego przykładu. Naga para skryta w gałę­
ziach drzew. Kobieta sięga po rosnące na jednej z nich jabłko.
Nagle blask oślepia jej oczy i kieruje wzrok w stronę zwiniętego
na dachu samochodu, mieniącego się kolorami, węża. I wówczas
spostrzegli oboje, że pojazd, który stał przed nimi był lśniący
i piękny. I nie ociągając się podążyli w jego kierunku. I z pro­
miennym wzrokiem, zdumieni nagłym ciała odzianiem, pewnie
ruszyli przed siebie. W chwilę później m k n ą już szosą na tle
surowej nadmorskiej przyrody. K o ń c o w y napis: „ R e n a u l t Clio
- prosto z raju".
Tym razem identyfikacja otoczenia, w którym pojawiają się
nagie postacie nie nastręcza większych trudności. Obecność
takich rekwizytów jak jabłko i wąż nie pozwala wątpić, że
znaleźliśmy się w rajskim ogrodzie - Edenie, zaś pozbawione
zrazu tożsamości nagie stadło, okazuje się p a r ą biblijnych
prarodziców. Tekst sloganu, jakby niedowierzając naszej kom­
petencji, z łopatologiczną precyzją komentuje oglądany obraz.
Na tle licznych reklam samochodów, ta odróżnia się niekonwencjonalnością. Bo zauważmy: gdy inne roztkliwiają się nad

�zaletami pojazdu - „piękno i wewnętrzna siła" (Ford Mondeo),
„młoda, zgrabna, p i ę k n a " (Ford Fiesta), „trwały, silny, bez­
pieczny" (Volkswagen Golf), „ n o w e poczucie swobody" (Ford
Escort) - to reklama Renault Clio kładzie kres temu wielosłowiu. Nie mnoży się tu przymiotników, nie korzysta z per­
swazyjnej mocy superlatywu, ale jednocząc słowo z obrazem
powiada się po prostu: ten samochód został stworzony na obraz
i podobieństwo boskiego prototypu. W tej sytuacji wszelkie
epitety stają się zbędne, p r o w a d z ą bowiem do tautologii. Gdzie
pojawia się doskonałość, tam milknie słowo. Samochód, który
wyjechał prosto z raju, na mocy definicji - rajski być musi.
K a ż d a inna możliwość jest wewnętrznie sprzeczna. Renault Clio
spadł na ziemię wprost z nieba idei i to nie on ma dorównywać
innym pojazdom, ale sam jest miarą doskonałości i wzorcem do
naśladowania. Wychwalanie zalet kolejnego modelu Renault,
zamiast zjednywać nabywcę, mogłoby go jedynie zniechęcić:
któż bowiem i po co zachwala ideał (czyżby nie był taki
idealny?). Ideał wystarczająco reklamuje się sam.
Powróćmy do naszego obrazka. Historia w nim opowiedziana
jest skrótowym, sprowadzonym do niezbędnego minimum
powtórzeniem biblijnego dramatu kuszenia. Skrótowym, ale
równocześnie strawestowanym i zubożonym, a w dodatku
z całkowicie zmienioną w epilogu wymową. Przede wszystkim
nie jest to żaden dramat, ale raczej komedia z happy endem.
Piknikową zgoła atmosferę reklamowej opowieści podkreśla
obecność węża, rodem z disneyowskich animacji. Stracił on
całkowicie swoje cechy demoniczne. Przeciwnie: filuternie mru­
ga okiem i ociągając się niczym niesforny pies, w ostatniej chwili
wślizguje się na tylne siedzenie samochodu. „ A d a m " i „ E w a " , co
prawda dają się skusić (czyż reklama nie jest współczesną formą
kuszenia?), jednak nie krągłym jabłkiem, ale połyskującym
karoserią samochodem. Dalej następuje zdumiewająca, zwłasz­
cza na tle późniejszego odwrócenia, analogia z biblijnym mitem.
Wchodząc bowiem do samochodu, uległszy pokusie, reklamowi
„ p r a r o d z i c e " zostają ku swemu zaskoczeniu ubrani w szykowne
stroje. Przejście od naturalnej niewinności do stechnicyzowanej
kultury znalazło swój obrazowy ekwiwalent. U b i ó r uwydatnia
tę radykalną przemianę. W tym punkcie reklama w miarę
wiernie odtwarza biblijny wzorzec. Nie m o ż n a tego powiedzieć
o scenie końcowej. O ile biblijna sekwencja kończy się nieod­
wołalnym i bezpowrotnym wygnaniem z rajskiego ogrodu, o tyle
reklama dokonuje w t y m miejscu znaczącej inwersji. Wyjazd
z raju nie jest tu karą za chwilę słabości, ale wydaje się raczej
nagrodą, czymś w rodzaju „medalu za o d w a g ę " . Ubrana para
z wdziękiem i radością, bez skruchy opuszcza Eden, by tuż za
jego rogatkami docisnąć pedał gazu „ d o dechy". Ż a d e n też
miecz ognisty nie zagradza i m drogi powrotnej. Ale po cóż
wracać? Świat jest piękny i szeroki, a samochód został dany po
to, aby tę nowo p o d a r o w a n ą przestrzeń uczynić sobie p o d d a n ą .
Jak rozumieć bliżej relację pomiędzy biblijną opowieścią
a reklamową historyjką? Na czym polegałyby dokładniej ich
niebezpieczne związki, co je łączy, a co dzieli? Ricoeur, w zna­
nym studium poświęconym charakterystyce symbolu, oddziela
tę strukturę znaczącą od znaku, następnie od alegorii a w końcu
pokazuje jej związek z mitem. Co dla nas interesujące, w tym
ostatnim przypadku sięga po znaną nam już biblijną opowieść:
„ M i t będę traktował jako rodzaj symbolu, Symbol rozwinięty
w formie opowieści artykułującej się w czasie i przestrzeni, które
nie dadzą się przyporządkować czasom i przestrzeniom znanym
z geografii i historii wedle wymogów metody krytycznej; na
przykład 'wygnanie' jest pierwotnym symbolem ludzkiego wy­
obcowania, lecz historia wypędzenia Adama i Ewy z Raju jest
mityczną opowieścią drugiego stopnia, wprowadzającą osoby,
czas, miejsce, bajeczne epizody" . Zbigniew Benedyktowicz
w artykule prezentującym nową, oryginalną perspektywę spoj­
rzenia na stereotyp, odwołuje się do analiz Ricoeura, do
9

10

poczynionych przez niego r o z r ó ż n i e ń . Proponuje by roz­
ważane zwykle osobno zjawiska: symbol i mit z jednej strony
oraz stereotyp z drugiej, p o t r a k t o w a ć w jednej płaszczyźnie,
zbliżyć je do siebie, nie zacierając przy tym różnic między nimi.
Stereotyp byłby w jego rozumieniu „ o d w r ó c o n y m symbolem",
„mitem o odwróconych i uproszczonych proporcjach", wyob­
rażeniem płaskim i nieskomplikowanym, zachowującym jednak
więź z symbolem i opowieścią mityczną. Byłby symbolem, tyle że
wtórnie zracjonalizowanym. To, co w micie i symbolu jest tajem­
nicze, irracjonalne, głębokie, w stereotypie zostaje wyjaśnione,
przełożone na pojęcia, zracjonalizowane. By obrazowo unaocz­
nić podobieństwa i różnice między symbolem i mitem a stereoty­
pem, sięga Benedyktowicz do Historii Jakubowych Manna, do
sceny, w której Józef opowiada przed faraonem historię swego
ojca. Wskazuje przy t y m na dwa równolegle stosowane przez
Manna sposoby narracji, w których dominuje albo „czas
przeżywania" albo „czas opowiadania". „I oto dzieje, pełne
dramatyzmu, którego przed chwilą byliśmy świadkami (dzieje
składające się na tradycję plemienną Józefa, opowiedziane
w 'czasie przeżywania' w pierwszej części tej opowieści), historia
podstępnego uzyskania błogosławieństwa przez Jakuba, jego
ucieczki przed gniewem Ezawa, pierworodnego brata, któremu
to błogosławieństwo przysługiwało, ulega tu skróceniu do
anegdoty o tym 'jak to gładki oszukał kosmatego'. W tym
uproszczającym stereotypie odwróceniu uległy proporcje. To, co
mit przedstawiał jako pełne grozy, napięcia, dramatyzmu i po­
wagi, przedstawia się tu jako żart, facecję, b a j k ę . "
Podobnie rzecz się ma w przypadku naszej historyjki re­
klamowej. Zamiast pełnej napięcia i powagi opowieści biblijnej,
widzimy „rozmienioną na drobne", o b r ó c o n ą w obrazkowy
żart, zracjonalizowaną i łatwo czytelną anegdotę. W miejsce
tajemniczej i niejasnej sceny kuszenia ,mamy jej oleodrukową
replikę. Następuje również, wspomniane wcześniej istotne od­
wrócenie: biblijny upadek, wygnanie z Raju, przyjmują postać
radosnego happy endu. Trudno o lepszy przykład obrazujący
nazwanie stereotypu „mitem o odwróconych i uproszczonych
proporcjach". Ten obrazowy stereotyp, mimo banalizacji
i uproszczeń zachowuje więź z archetypowym wzorcem, który
usiłuje imitować.
I trzeci przykład. Zdjęta z lotu ptaka turkusowa plama lekko
falującego morza. W jej środku zielono kwitnąca wyspa. Spoś­
ród traw wyrastają wysmukłe palmy. Promieniejący tężyzną
fizyczną młodzieniec (domyślamy się: krajowiec) nurkuje w wo­
dny przestwór. Po czym wynurza się za moment ze zdobytą
muszlą, którą ofiarowuje młodej ciemnoskórej kobiecie. W za­
mian za to otrzymuje na liściu batonik „ B o u n t y " . Najwyraźniej,
w tej mało może wyrafinowanej, bezpośredniej wymianie towa­
rowej, zadzierzgnięta zostaje przyjaźń. Kolejny kadr: odcięta
z drzewa kokosowa kula spadająca na ziemię rozpada się na
dwie lśniące miąższem połowy. W chwilę później Piękność
o ciemnej karnacji w półuśmiechu pogryza czekoladowy baton.
Napis-pointa: „Bounty - smak Raju". The End.
Ta egzotyczna historyjka jest może najciekawsza z analizowa­
nych reklam. Operuje bowiem nie tylko warstwą wizualną, ale
również szczególnie d o b r a n ą nazwą, a nawet niesie z sobą, co
zobaczymy zą chwilę, historyczną anegdotę.
Najistotniejszym elementem ikonograficznym tej filmowej
opowiastki jest zjawiająca się na samym początku, już w pierw­
szym kadrze - wyspa. Wyspa zajmuje ważne miejsce w naszej
wyobraźni symbolicznej. „Pewne przedmioty - odnotowuje
Czesław Miłosz - dzięki ich 'podziemnym' związkom z cechami
ludzkiej natury, zyskują nad człowiekiem władzę niemal magicz­
ną, wchodzą jako wyrazy do potocznego słownika, służąc do
nazywania zatajonych pragnień. Powiedzieć: 'wyspa' - to rów­
nocześnie powiedzieć: oddzielenie od reszty ziemi t r u d n ą do
przebycia przeszkodę, ale przeszkodą, która jest przezroczysta,
11

12

75

�błękitna i nie stanowi zapory dla wzroku. Wyspa oznacza
bezpieczeństwo jej mieszkańców od walk, sporów i wojen
pozostałej ludzkości. Ten brak zagrożenia, tak właściwy wszel­
kiej legendzie o szczęściu, czy to będzie 'raj' biblijny, czy 'złoty
wiek' przeniesiony poza historię, rozpoczynający 'Metamor­
fozy' - jest istotną cechą wyspy, tak jak przedstawia się ona
wyobraźni dziecka (nauczyciel ani rodzice nie zdołają nas j u ż
dosięgnąć - ulubione marzenia w czasie lekcji), tak, jak przed­
stawiała się w wyobraźni różnych epok ('wyspy szczęśliwe',
wyspa Utopia).
M o ż n a też przypuścić, że wyspa wprowadza w inne pojęcie
czasu, niż czas w jakim normalnie żyjemy. Człowiek ujmuje czas
za p o m o c ą obrazów przestrzeni (czas płynie, 'odcinek' czasu,
duży 'obszar' czasu), widzi czas jako pewien płynny fluid,
unoszący się nad ziemią. Wykrawając wyspę z lądu, otaczając
ją błękitem morza, jest skłonny, drogą wielu dziwnych i pięk­
nych błędów, odciąć jej czas od lądowego czasu, n a d a ć jej
inny czas, jak nadaje jej inne od lądowych prawa i przywi­
leje."
Niezwykle precyzyjnie wydobywa Miłosz odruchowe skoja­
rzenia i obrazy związane ze słowem wyspa. W wyobraźni
zbiorowej funkcjonuje ono jako metafora rajskiej rzeczywisto­
ści. Przez długie stulecia od antyku po Kolumba mit wysp, na
których lokalizowano raj ziemski był jednym z bardziej żywych
i kulturotwórczych wyobrażeń Europejczyków. Ale, co ciekawe
mit ten przeżył w licznych przebraniach nawet demistyfikujący
okres odkryć geograficznych. „Wyspy i nowe ziemie długo
jeszcze zachowały charakter mityczny, nawet wtedy gdy geo­
grafia rozwinęła się jako nauka. 'Wyspa szczęśliwych' przeżyła
Camoesa, przetrwała wiek oświecenia, romantyzm i nie straciła
swej roli również w naszych czasach. Ale wyspa mityczna nie
oznacza już raju na ziemi; jest ona wyspą miłości (Camoes),
wyspą 'dobrego dzikusa' (Daniel Defoe). Wyspą Euthanasiusa
(Eminescu) lub wyspą 'egzotyczną', krainą snów, pełną ukryte­
go piękna, wyspą wolności, jazzu, doskonałego wypoczynku,
idealnych wakacji, wycieczek luksusowymi statkami, do których
człowiek nowoczesny wzdycha pod wpływem mirażu literatury,
filmu lub po prostu własnej fantazji. Funkcja krainy rajskiej,
uprzywilejowanej, pozostała ta sama: zmieniła się i przesunęła
jedynie jej semantyczna waloryzacja począwszy od raju ziems­
kiego (w znaczeniu biblijnym) aż do raju egzotycznego, o któ­
rym marzą w s p ó ł c z e ś n i . "
By się o tym przekonać nie trzeba zaglądać do reklamowych
prospektów biur podróży, wystarczy sięgnąć do pierwszego
z brzegu popularnego tygodnika. Oto wyniki uzyskane na
podstawie wyrywkowej lektury pisma „Twój weekend":
„Kiedy słyszysz wzywający cię głos natury, szukasz rajskiej
wyspy, masz w kieszeni pieniądze to bezzwłocznie wyruszaj na
Antiguę. Przez cały rok świeci tu słońce. To prawdziwy raj na
ziemi!" (nr 8:1992)
„Określana jest mianem najpiękniejszej wyspy Azji. Phuket
- tropikalny eden na Morzu A n d a m a ń s k i m . " (nr 11:1992)
„ D l a wielu Barbados, najbardziej na wschód wysunięta
wysepka archipelagu Małych A n t y l i , jest prawdziwym rajem:
Karaiby najczystszej jakości (...) Sezon na Barbados trwa
nieprzerwanie przez cały r o k . " (nr 10:1992)
Dołączone do reportaży zdjęcia unaoczniają, że słowo nie
kłamie: lazurowe morze, piaszczyste plaże, „ d y ż u r n e " palmy
i słońce nigdy-nie-zachodzące... Nawet te m a ł o znane wyspy (nie
wspomnieliśmy bowiem słowem o Bermudach, Seszelach, Majo­
rce, Hawajach, Wyspach Kanaryjskich) okazują się o d m i a n ą
jakiejś jednej, istniejącej na kształt platońskiej idei, rajskiej
Pra-wyspy obejmującej stały zestaw elementów. Zmieniają się
jedynie ich nazwy, istota pozostaje ta sama. M o ż n a odnieść
wrażenie jak gdyby autorzy cytowanych artykułów odpisywali
od siebie. Ale prawdopodobniejsza wydaje się inna ewentual­
13

14

76

ność: to nie oni mówią słowami, ale słowa nimi mówią. I może
zamiast dopatrywać się w tych tekstach realizacji jednego ze
strukturalistycznych aksjomatów, warto dostrzec jak funkc­
jonuje w nich, zdeterminowana kulturowo sztanca wyobraże­
niowa, której wyrazem jest językowa klisza.
Istotnym składnikiem reklamowanego produktu jest jego
nazwa. I m bardziej wypakowana znaczeniami, tym ma większą
nośność. Toteż autorzy reklam uciekają od pojęć-abstraktów,
sięgają natomiast po słowa obciążone tradycją religijną, materią
historyczną, literaturą, do słów nasyconych sensem symbolicz­
nym. Oto wypowiedź Petera Carlberga, dyrektora marketingu
w jednej z zachodnioniemieckich agencji reklamowych: „Dla
fachowca od reklamy komunikacja symboliczna jest ważna, bo
mówi wiele przy pomocy niewielu znaków. Ponieważ wiele
symboli religijnych spełnia ten warunek, chętnie do nich sięga­
my. (...) Dlaczego proszek do prania nazywa się Ariel? Właściwie
tego nie wiemy. Gdybyśmy dzisiaj przeprowadzili odpowiednie
badania, dowiedzielibyśmy się, że Ariel to nazwa proszku do
prania. Przed dwudziestu laty p o w a ż n a większość ludzi wy­
kształconych powiedziałaby, że chodzi o szekspirowskiego elfa,
być może byliby wśród nich i tacy, którzy potrafiliby powiedzieć:
to jest starotestamentalne imię i oznacza Lwa Bożego. To jest
działanie dwustronne: taka nazwa jest n a ł a d o w a n a często wcale
nie uświadomionym znaczeniem, następnie znajduje zastosowa­
nie w reklamie i staje się (na pozór) już tylko tym, czym jest
w reklamie. Symbole (...) przekształcają się wtedy i działają także
w odwrotnym k i e r u n k u . "
Słodki nasz batonik z rajskiej wyspy nosi gęstą od znaczeń
nazwę - „ B o u n t y " . W angielskim, pole znaczeniowe tego słowa
rozciąga się od szczodrości, hojności przez zasiłek, dodatek do
daru. Znakomicie podkreśla ono i dopowiada obecną już
w sferze wizualnej ideologię produktu. Oto prawdziwy dar
hojnej i szczodrej natury, która nie szczędząc swych sił ofiarowu­
je nam to, co ma najlepsze: kokosowy baton. Istotny jest tu
akcent położony na tej „samodzielnej" pracy natury, która bez
pomocy przemysłu przetwórczego sama przemienia kokosowe
kule w otulony warstwą czekolady kokosowy farsz. Oczywiście
0 czekoladzie, którą oblany jest przetworzony kokos producent
reklamy taktownie zmilczał. To zrozumiałe: czekolady nie rosną
przecież na drzewach.
Ale „ B o u n t y " to również nazwa słynnego statku dowodzone­
go przez kapitana Williama Bligh, który wraz z załogą podjął
w roku 1788 wyprawę na Ocean Spokojny. N a południowy
wschód od Nowej Zelandii odkrył on grupę wysp (ok. 180°),
którym n a d a ł nazwę swego statku. Wyprawa ta zapisała się
w historii podróży dwoma przede wszystkim faktami: buntem
załogi przeciwko surowej dyscyplinie narzuconej przez kapitana
oraz swawolnymi poczynaniami marynarzy na wyspie Tahiti
podczas jednego z postojów statku. W 1823 wychodzi poemat
Byrona Island osnuty wokół opowieści sławiących rajsko-idylliczną atmosferę T a h i t i . Od tego momentu Tahiti
rozpoczyna swoje istnienie w historii i zaczyna oznaczać to, co
w wyobrażeniach potocznych znaczy do dzisiaj: kobiety, wino,
cytrusy i śpiew, łagodny powiew bryzy o skacowanym poranku
oraz tajemniczy urok bujnej natury. Kilkadziesiąt lat później
Gauguin wybierze się na Tahiti w poszukiwaniu krainy nie­
tkniętej przez czas i cywilizację. Jedna z popularnych biografii
Gauguina (pióra Francoise Cachin) nosi tytuł Gauguin. Quest
for Paradise, który dobrze oddaje cel jego poszukiwań. I to nic,
że już dla francuskiego malarza Tahiti okazało się cieniem
rajskiej krainy. M i t y i wyobrażenia zbiorowe żyją swoim życiem,
odporne na empiryczną weryfikację. A zatem i od tej strony
nazwa batonika spełnia swoją funkcję, wskazując na istotne
1 przysługujące mu „ n a t u r a l n i e " właściwości. „Geniess ein Stiick
vom Paradies" - zachęca napis na opakowaniu, które powtarza
elementy ikonograficzne telewizyjnego obrazka. Z każdym
15

16

�kęsem „ B o u n t y " , rozcierając smak raju na podniebieniu, zbliża­
my się do czystej, niewinnej, nietkniętej ręką człowieka, szczod­
rej natury.
Analizowane przykłady, każdy na swój sposób, p r o w a d z ą nas
do królestwa superlatywu i krainy szczęścia. Raz będzie to
Arkadia, innym razem Eden, jeszcze innym razem jedna z Wysp
Szczęśliwych. Charakterystyczna jest łatwość z j a k ą m o ż n a
osiągnąć rajską przestrzeń. Anioł z ognistym mieczem nie stoi
już na straży ogrodu, nie trzeba p o k o n y w a ć drogi najeżonej
niebezpieczeństwami ani też zwyciężać potwora strzegącego
świętego miejsca. Wystarczy tylko kupić balsam pod prysznic
lub czekoladowy batonik z kokosem (wersja dla gawiedzi) albo
nabyć s a m o c h ó d (wersja dla krezusów) by cieszyć się wiekuis­
tym szczęściem. Marzenia o ziemskim raju nie zniknęły nagle
z ludzkiej wyobraźni. Zmieniły jedynie medium i odrodziły się
w miejscu j a k najbardziej stosownym dla stechnicyzowanej,
nasyconej telewizyjnym obrazem współczesności. Paradoksem
jest przy tym, że kultura współczesna używa matryc wyob­
rażeniowych o prastarej metryce by zachwalać jedne z najbar­
dziej emblematycznych dla niej zjawisk: ciało, s a m o c h ó d i natu­
rę. Te trzy ultranowoczesne „ o d k r y c i a " prezentowane są przy
użyciu archaicznych form i obrazów. Oleodrukowe obrazki

reklamowe zachowały przy tym pamięć swoich odległych wzo­
rów, nawet wtedy gdy ich autorzy sami o t y m nie wiedzą.
Nietrudno dostrzec j a k spod grubej warstwy werniksu po­
krywającej obrazowy stereo-typ, przeziera głębsza warstwa
archetypu. „ N a wszystkich poziomach ludzkiego doświadcze­
nia, nawet tych najbardziej prostych, archetyp nadal nadaje
wartość egzystencji i tworzy wartości k u l t u r o w e . "
Tak, Eliade ma rację. M a słuszność również wtedy gdy
powiada, paradoksalnie, że przejście od archetypowej sakralnej
głębi do zdesakralizowanego, płaskiego stereotypu to niewątp­
liwie „ u p a d e k " , ale upadek zapładniający. Świadczy bowiem
o wciąż żywych, obojętnych na upływ czasu treściach archetypu.
Typos to po grecku: odbicie, odcisk, utrwalony ślad. Ów rajski
archetyp przejawiający się tak wyraźnie w analizowanych re­
klamach, wydaje się trwale obecny, „odciśnięty" w naszej
wyobraźni. I nie kłóćmy się już tak bardzo o to, czy jest on
wrodzony czy n a b y t y . W a ż n e , że jest.
„Zostaliśmy wygnani z Raju, ale Raj nie został zniszczony"
- powiada celnie Franz Kafka. I chociaż miał na myśli rzeczy
niewątpliwie głębsze niż te, o których była mowa, zdziwiłby się
może, że ów aforyzm tak trafnie oddaje zasadniczą myśl t u
wyłożoną.
17

18

PRZYPISY
1

E. Szczęsna, Reklama - sztuka czy perswazja?, „Dialog" nr 11,
1992, s. 70-81; Sztuka reklamy? Dyskusja, tamże s. 81-89
L. Spitzer, Amerykańska reklama jako sztuka popularna, w: Język
2

i społeczeństwo, red. M . Głowiński, Warszawa 1980, s. 338-382
Tamże, s. 339
Tamże, s. 354
Tamże, s. 355-356
R. Przybylski, Ogrody romantyków, Kraków 1978, s. 7-14
Wergiliusz, Ekloga 4, 18-20, 23-25, przekład Z. Kubiaka, (w:)
3

1 0

12

1 3

5

1 4

7

Muza Rzymska, Warszawa 1963, s. 50-51
E. Panofsky, Et in Arcadia ego. Poussin i tradycja elegijna, (w:)
tenże, Studia z historii sztuki, Warszawa 1971, s. 324-342
P. Ricoeur, Egzystencja i hermeneutyka. Rozprawy o metodzie.
8

9

możliwościach

11

4

6

Z. Benedyktowicz, Stereotyp - obraz - symbol. O

nowego spojrzenia na stereotyp, „Prace etnograficzne" (Zeszyty Nau­
kowe UJ), z. 24, s. 7-35
Tamże, s. 33
Por. P. Ricoeur, Symbolika zla, Warszawa 1986, s. 219-246
1 5

Cz. Miłosz, Prywatne obowiązki, Paryż 1972, s. 220-221
M . Eliade, Traktat o historii religii, Warszawa 1966, s. 426-427
Cyt. za: T. Węcławski, Czy dusza moż być jeszcze bielsza?,

„Tygodnik Powszechny", nr 3, 1993, s. 6
1 6

Por. W. Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, Warszawa
1988, s.v. Bounty, Wyspa
17
18

Eliade, op.cit., s. 427
Por. M . Porębski, Interregnum, Warszawa 1975, s. 126-127

Warszawa 1985, s. 65

77

I

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11446" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="11424">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/377c608a5ccce2b6abc7608dd8675d9a.pdf</src>
        <authentication>f1ee49d2c048b623c2839715652f5d59</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136367">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6511</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136368">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136369">
                <text>2014</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136370">
                <text>antropologia miasta</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136371">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:6083</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136372">
                <text>Fragments of Venetian Discourse / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2014 Special Issue</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136373">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2014 Special Issue s.120-143</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136374">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136375">
                <text>ang</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136376">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136377">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136378">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136379">
                <text>DARIUSZ CZAJA

Fragments of the
Venetian Discourse

I. Hieroglyph
1.
It was probably Henry James who was one of the first
admirers of Venice to distinctly draw attention to the
fact that the veritable building material of the town is
neither sand, stone nor water but something much more
powerful: light, conceived as materia prima: The light
here is in fact a mighty magician and, with all respect to Tit­
ian, Veronese and Tintoretto, the greatest artist of them all.
You should see in places the material with which it deals—
slimy brick, marble battered and befouled, rags, dirt, decay.
Sea and sky seem to meet half-way, to blend their tones
into a soft iridescence, a lustrous compound of wave and
cloud and a hundred nameless local reflections, and then
to fling the clear tissue against every object of vision. 1
More than a hundred years later, the phenomenal
Watermark by Brodsky contained a distant reflection
of that observation, albeit this time in a more concrete
form. Brodsky made an observant remark about the
particular variant of Venetian light: The winter light
in this city! It has the extraordinary property of enhancing
your eye’s power of resolution to the point of microscopic
precision [...]. It carries no warmth or energy, having shed
them and left them behind somewhere in the universe or in
the nearby cumulus. It’s particles’ only ambition is to reach
an object and make it, big or small, visible. 2
What is the light mentioned in those two frag­
ments, how is it comprehended? Quite certainly it is
not merely a physical quality. It is no longer ordinary
electromagnetic radiation, but possesses the power of
extracting things out of non-being. To put it in stronger
terms: it has the power to create the world and render
it visible. This gesture changes things fundamentally:
it takes the conceit of light out of the space of physi­
cal description and strict measurable parameters and
introduces it into curious space with properties that
only partly succumb to rational description.

2.
Each successive Venetian narration carries traces
of comments by predecessors and is added above or
120

along other texts about the town, even if not always
aware of this fact. The foundation of the discoveries
made by Ewa Bieńkowska in her intentionally palimps­
est novel: Co mówią kamienie Wenecji? 3 is Venetian
light in its assorted forms and versions. They are thus
an open reference but also - and this must be stressed
- an original and creative development of the abovecited observations of her predecessors.
Already the fragment opening the book is highly
symptomatic: This person stood in the centre of Piazzetta
on a cool but sunny autumn morning, and holding a book
looked at the cover and then at the view before him, rais­
ing and lowering his head in a regular rhythm, over and
over again (...). His facial expression was both astonished
and delighted to such a degree of bliss that I could not pre­
vent myself from a gesture of indiscretion. I came close and
looked over his shoulder. Obviously...
This was the cover of a cheap album of works by
Guardi, reproducing precisely that, which was situated
right in front of us. The slabs of Piazzetta leading towards
the water, St. Mark’s, the church on the island of San
Giorgio Maggiore on the opposite shore, and translucent
sky marked with several swift clouds. The veracity of the
image bordered on the uncanny, one felt the same chilly
air, the same suffusion with light, the glistening quality of
the dark colours (as if with an addition of bottle green),
the strong vibrating white colour of the church facade, and
the surface of the canal, whose smoothness was produced
by tiny waves ruffled by the wind. One had the impression
of a model, which in some manner rendered the view more
accurately than our eyes (...). (CMKW, 7-8)
This thoroughly Venetian genre scene is not con­
cerned solely with measuring the distance between the
real and the painted, the reduction of the intensity of
the painterly mimesis, which in a moment will reveal
its illusory character. Here, the heart of the matter is
different. Recalling the morning frame from Piazzetta,
Bieńkowska openly demonstrated her writer’s inten­
tion: a wish to discover Venice predominantly in the
images created there, to extract and name the Vene­
tian eidos manifested in those disturbing objects made
of colour and light.
In other words, this is a richly documented book
about Venetian painting... or more exactly, about
Venetian art and Venice as a work of art. Undoubted­
ly, the key to the town is painting, the works of Vene­
tians. An undertaking, and this cannot be concealed,
that remains highly risky (If I could describe the Vene­
tian courtesans... , as in Milosz’s famous reservation
about the possibility of depicting the canvas by Car­
paccio), since it embroils the narrator of the story into
all the problems faced by the ekphrastic statement.4
Regardless whether this intention succeeds or not it
must be underlined that it is in this particular gesture
of abandoning literature for the sake of painting that
the originality and force of Bieńkowska’s book lies.

�D ariusz C zaja • FRAGMENTSOF THE VENETIAN D i s c o u r s e

Venice, Photo: Joanna Benedyktowicz
121

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

Whoever would like to perceive Bieńkowska’s
publication primarily as a compendium on the history
of art would be wrong.5 Although it brims with erudite
comments bibliographical details, sophisticated de­
scriptions, and interpretations of particular canvases,
it remains obvious that this is more than just a guide­
book on Venetian art, although one cannot exclude
the possibility that this is the way in which it could
be perceived. Following the complicated adventures
of Venetian painting, delving deeper into the art of
Bellini, Giorgione, Tintoretto, and Titian all the way
to Guardi and Canaletto, the author revealed for our
sake a complicated pattern, still only partly recognised,
of spiritual and technical borrowings, affiliations, con­
tinuations, and negations occurring between their oeu­
vre. Actually, this feature is not the most relevant. It
is merely factographic substance from which one can
depart towards an intellectually subtler concept.
Precisely. As I have mentioned, the book by
Bieńkowska is usually read “transparently”, without
understanding that this prose, sometimes with a strong
underpinning of style, is not solely a thorough report
on library and museum surveys but, first and foremost,
a literary construction. And if this is so, then it is not because it cannot be - conceived without committing
a cognitive ”sin”. In other words: it is an attempt not
only at an account but also tries, sometimes in a high­
ly evocative manner, to impose with the assistance of
rhetorical operations an image of Venice. Hence my
task: to take a look not only at the designates towards
which the text steers us but rather at the text itself, the
way in which it creates a vision of the town and the lin­
guistic operations with which it fulfils this task. To put
it differently: to discover the mythological component
contained in the book. This is particularly interesting
in view of the fact that many parts of Co mówią kami­
enie Wenecji? possess a distinctly meta-textual nature
and the discursiveness revealed therein could suggest
that this sort of narration is free of all myths. Unfortu­
nately, this is not so simple. There, where we fall into
the trap of the language mythical matter reveals itself
with all force whether we know this or not. More: it is
worth remembering about a certain recommendation
that has all the features of a self-fulfilling prophecy:
there where there is Venice there you should search
for a myth!
Apparently, the mythical narration present in the
book is organised predominantly by two closely con­
nected motifs: the metaphysics of light and the nature
of the creative act. The whole erudite and impressionoriented “rest” is based on these two foundations. Let
us try to take a closer look at them.

3.
The first question posed by Bieńkowska is totally
essential: how did it happen that it was precisely here,

in Venice, at the turn of the fifteenth century, that
there emerged painting so dissimilar to all that that
was being executed all around, for instance, in the
workshops of Tuscany? Were the Madonnas by Giambellino, The Tempest by Giorgione or The Pastoral
Concert by Titian conceivable outside Venice? - she
asked rhetorically and is clearly inclined towards some
sort of a version of geographical-aesthetic determin­
ism. It is Venice, the author added, and its unique
light that left such a strong impression on local paint­
ers. Venetian space is an inimitable laboratory of light,
a place exceptionally suitable for observing its changes
and for seeing how it behaves in a confrontation with
matter: Whoever toured Venice or looked at its paintings
in foreign museums was aware that something special was
taking place as regards the question of perception and the
puzzle of the visible nature of the world. Here this feature
was exceptional and provoked unique responses. The sim­
plest elements of the world exist in Venice in a manner
not encountered elsewhere, granting ordinary activity an
additional aura, semi-ceremonial and semi-intimate. Light
shines differently across the lagoon, builds space, enfolds
things, draws forth and conceals their matter, and endows
the latter with scores of guises. (CMKW, 237)
In this town everyone, whether he wishes to or not,
becomes engaged in looking. Here, we all are only a
mere addition to the eye, the author echoes the lesson
taught by Brodsky. Venice is the sole space in which the
eye reveals its autonomy so distinctly, in which it not so
much separates itself from the body as totally subjugates
the latter: Venice taught how to look and suggested percep­
tion. Each of its seasons and time of the day, each caprice of
the weather was a lesson in the manner in which the theatre
of the visible is arranged, the manner in which plans and
depths are constructed, the way in which they occupy their
surfaces and abandon them. It teaches what happens with
colours when they are illuminated by the variable glimmer
of the lagoon, when they outline the meandering canal or the
line of the coastline with its half-moon shape. That what is
light becomes doubly reflected from the water and the stone;
the degree to which it makes it possible to penetrate the con­
cealed substance of things and the extent to which it main­
tains us in a state of illusion. (CMKW, 238)
Here we counter an interesting and creative ap­
plication of the metaphor of Venice as a theatre. Now,
Venetian space will no longer be the patinated, old,
and crumbling stage design that it is often perceived
(in vain would we add that this is not a compliment!),
but will become a living and pulsating panorama
transformed into a theatre of perception. An instruc­
tive panopticon of the stirring work performed by
light, texture, and colour. In other words, an instru­
ment with distinctly positive commutations enriching
cognition.
Remarks about the variable and disturbing nature
of the visible are developed in another beautiful and

122

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

instructive metaphor of the space of Venice possess­
ing the features of a magic telescope whose simplified
version is the kaleidoscope. It combines the narrow
field of vision and depth evading our gaze, concealed
but foreseen in each element of the vision. The slight­
est movement and tremor of the telescope shift all the
components that upon each occasion arrange them­
selves into a different world, into related micro-cos­
moses that, however, vary with every moment. The
limited field of vision - the narrow canals, streets, and
squares, whose majority are streets slightly expanded
to make space for a church - produce the impression
that the centre of vision is transferred elsewhere, al­
ways further on, and will be reached by walking ahead,
by discovering the point of an encounter, the point
of an equilibrium, somewhere where the eye can no
longer penetrate. Each step causes an alteration, a
rearrangement of elements creating an inexhaustible
number of configurations; a walk across Venice is
tantamount to slowly twisting a kaleidoscope and the
transformation of its countless virtual versions into re­
ality. (CMKW, 71-72) This game with the unknown
appears to be endless, since each consecutive version
shows a successive one. Interestingly, the town plan­
ning configuration, narrowed down, stifling, and at
times claustrophobic, does not become tedious due to
the incessant presence in this restricted space of the
elements: the sky and water.
One could outright have the impression that Ven­
ice extracted itself from non-being as if specially for
the sake of painters. The latter took up this challenge
and devoted themselves to studying colour and light.
Venetian painters discovered, albeit each in his own
manner, an astonishing thing. As if contrary to all
sorts of Platonic approaches they recognised that the
mystery of reality lies in its skin, its surface appear­
ance. That e v e r y t h i n g is already given to us h
e r e, and it is only necessary to be able to see it. It is
in Venice that convincing arguments were provided
demonstrating that the corporeal is merely a form of
the spiritual and that only a thin line divides optics
from metaphysics.
For all practical purposes, the entire book by
Bieńkowska is an attempt at describing this mysterious
and, from the viewpoint of common sense, impossible
abutment of opposites.

4.
If it is true that, as Maurice Merleau-Ponty main­
tained in his pioneering analyses of the phenomenon
of perception, painting, in its most profound vocation,
is an incessant examination of the mystery of the vis­
ible 6, then Venetian painting is certainly the most
credible confirmation of this declaration. It was in
Venice that a discovery was made of the creative force
of colour and its fundamental role in the creation of
123

painterly reality. Painting was revealed as a passionate
celebration of the visible.
Take a single instructive example. The Tempest
by Giorgione, still puzzling and resisting all exegetes,
belongs definitely to the canon of Venetian master­
pieces. Here is an ekphrase of this famous canvas as
proposed by Bieńkowska: It is impossible to describe The
Tempest without succumbing to a paralysing feeling of
helplessness. Sometimes, personal recollections can assist
us in coming closer to it. The eye first registers a cloudy sky
and a snake-like line of lightening against ominous heav­
ens. Lightening is the source of light, it illuminates the walls
of the town and the tops of the trees in an abrupt flash,
which everyone recognizes from his experiences of summer
storms. This flash brings forth the phosphorescent white­
ness of the stones and for the single blink of an eye changes
leafs into constellations of glistening points, accentuating
the dark shadows of trees standing against the light. Before
the eye rests on a mysterious Gypsy woman in the lower
part of the painting it is attracted by the view of a town as if
straight out of a dream. The flash of lightening for a single
moment changes not only the appearance of things but also
their substance, and leaves us convinced that for a split of
a second we took part in a different, ceremonial, and secret
existence of the world.
Only later does out gaze pause at a female figure and
even later extracts the figure of a man —his white shirt
and dark red jerkin. Both figures are less absorbing that
that, which is taking place in the sky and on earth, but
we feel that that the painting could not do without them.
It is thanks to them that it evades pan-aestheticizing “Ro­
mantic” savouring and gains an equilibrium. (CMKW,
46-47)
Not by accident in her description of the canvas
the author did not concentrate on a mysterious an­
ecdote, which is the case of so many difficulties for
its interpreters, but on the just as puzzling purely col­
our stratum, sensual and visual, not to say: formal, if
it were not for the contemporary, almost exclusively
“technical” comprehension of that term. The land­
scape of The Tempest is so extraordinarily rich as re­
gards colour that it reveals in Nature qualities whose
existence the “ordinary” eye bypasses and simply does
not surmise. Contrary to commonplace habits the
painting is not a carbon copy of reality but its crea­
tive construction, created in an alliance of the eye, the
imagination, and the intellect. It is the painting that
reveals and projects into the visible the reflections of
the invisible.
It would be difficult to acknowledge an abuse or ex­
aggeration in the author’s claim, placing The Tempest
among religious works. Naturally, this is quite a differ­
ent religiosity than the Renaissance (only?) compre­
hension of a religious canvas. She discerned in the per­
ception and reflection of Giorgione an unprecedented
attempt at a totally new understanding of its meaning:

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

Giorgione - as far as we know - did not leave behind any
religious paintings (...). This too is not unusual for those
times. I have the impression that this fact is connected with
the attitude, which we sense in The Tempest, as if he
wanted to discover a different form for the sacrum, a form
not foreseen in the official canon and one about which he
too did not know, matching shapes and colours, eliminating
the first sketch, and conducting a further search. Accord­
ing to him the sacrum was further from man (further than
in the Christian missive - after all, so strongly anthropo­
centric) and closer to direct experiences of the world, that
vibrating light, air, and earth shown in such a disturbing
manner in The Tempest. (CMKW, 49)
Giorgione discovered and with brilliant virtuosity
demonstrated that a painting, regardless of the theme,
can be a congenial medium of metaphysics.7 That a
patient contemplation of the puzzle of the visible,
the concentration of ways of the appearance of light,
guides beyond its boundaries, towards a harmonious
coexistence of “the visible and the invisible”. That the
greatest achievement of the art of painting is not aes­
thetic entertainment, but can become the most pro­
found form of cognition. To put it differently: that a
painting does not have to be merely a screen of reality,
but can turn into an instrument of its r e v e l a t i on,
disclosure, as the Latin interpretation suggests. A rev­
elation of the limits of the visible.

5.
In Polish: “light “and “world” (światło and świat)
are connected by an astonishing lexical similarity. As
we have seen, in Venice light assumes extraordinary
creative power. It reveals the world and extracts quali­
ties in it that were not anticipated. It is the funda­
mental building material of paintings - those specific
products, “new worlds” . Yet another unusual compo­
nent of Bieńkowska’s narration is connected with the
nature of the latter: reflection on the miracle of the
birth of Venice. An attempt at an explication
of the creative act. A t this stage, we abandon the
aesthetic discourse and plunge into the dark terrains
of ontology.
Taking into consideration purely rational reasons,
Venice, that strange civilizational and aesthetic prod­
uct, simply should not exist. This is obvious. It should
not be and yet it is. Despite all gathered knowledge
about the history of Venice it is impossible to find
some rational reason for its existence. It is pure impos­
sibility, a paradox, a curiosity, a freak of Nature, or, as
some claim, a miracle. It follows that Venice actually
engages the mind not only and not predominantly as
a town-planning problem but as a serious ontological
puzzle, as a cipher that has to be decoded. What is
the origin of Venice, what are the reasons for its exist­
ence? If for a moment one would relegate - since it is
impossible to reject them completely - political, eco­
124

nomic, and sociological reasons based on otherwise
serious and scientifically confirmed arguments 8 then
there remains only a single possibility of a purely poet­
ic nature: according to it, the town built on a lagoon ex
nihilo is a folly of human imagination, an insane crea­
tive gesture devoid of pragmatic reasons. It is creatio ex
nihilo repeated in a human dimension.
Venice is an entirely imaginary town. Note, how­
ever, that this insane conception lacks the same sort
of cold calculation that took place in the case of St.
Petersburg, another town on water brought into be­
ing by the human fiat. Hence, perhaps, in both cases
the unreal and phantom-like character, the mixture
of dream and awakening that is part of their nature
has quite a different dimension. But was it only the
human hand that was involved in this project? In the
emergence of Venice from non-being the motor force
was not merely human imagination. Here, something
more was needed: imagination outfitted with divine
prerogatives, as in Blake: The material —and all others
- being of Venice at each moment depended on a miracle,
a constant preservation in a being which philosophers de­
scribed as the Supreme Being. Not only did it decide about
creation, but in addition it conserves its work from mo­
ment to moment; without its incessant attention it would
have dissolved in nothingness. The miracle of Venice,
basically and actively human and arbitrary, forces us to
think about constant, extraordinary intervention —so that
which is could exist. So that it would not vanish together
with springtime mists, so that it would survive wintertime
attacks of freshet, floods flowing from terra firma and
drowning St. Mark's Square, filling basements and under­
cutting foundations. (CMKW, 98)
Exactly: the wonder of Venice consists not only
of the fact that it was created at s o m e t i m e and
was brought to life, but to an equal degree that con­
trary to all else, and despite the incessant destructive
work performed by Nature, political failures or civilizational crises, it s t i I l goes on. Consequently, there
emerges the question: What calls for greater effort: to
create or to ensure duration? To this query, which once
excited learned minds, Venice replies: I am, I continue be­
ing, the improbable became reality. Today, we know that
the danger of gradual and systematic annihilation is real.
But do we believe it? It is impossible to treat it seriously
when we stand, for example, in Fondamenta Nuove facing
the glistening stretch of the lagoon, the cemetery island of
San Michele, and to the left, in the background, the less
visible and Impressionistically outlined coastline of Murano. It is impossible that the Supreme Being resigned from
its achievement, the masterly operation when with human
hands and with the assistance of millions of beech posts it
lifted out of the salty marshes one of its most magnificent
works. What does this mean? Would Venice have to cease
existing since the eternal work performed by the sea, the
creative-destructive work of man, successfully tackled its

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

solidity? With its essence, one that does not have any coun­
terparts in some sort of an emporium of ideas and came
into being only across the ages, connected by a dramatic
bond with time? (CMKW, 98)
Not for the first time did Bieńkowska make it obvi­
ous that Venice is a reality that cannot be explained
with a metaphysical dimension, regardless of the way
in which it is comprehended. From time to time,
therefore, she shifted reflection from languages suit­
able for architecture or the history of art to unambigu­
ously theological rhetoric. Thus comprehended, not
only Venetian masterpieces but Venice as such and
conceived as a holistic ontological project containing
not merely the miracle of creation but also the mystery
of duration, are proof of the living existence of spir­
itual reality. Here, Venice is not “solely” a magnificent
town, nor is it a superficially understood aesthetic di­
mension, its most profound component constituting
its differentia specifica.
Venice, as a multi-strata, unique reality is a work of
art in its vivid meaning, accentuating predominantly
the creative gesture. In other words, it is something
that has been produced thanks to the creative act,
and this means that it had been elevated to existence
ex nihilo, without emulating the model of an already
existing image. The aquatic genesis of Venice matches
the exegesis of the creative act performed by George
Steiner who showed convincingly how in the emer­
gence of each work of art (a painting, a poem, a so­
nata) the essential element is randomness. This means
that it could be totally non-existent and that the very
essence of a work of art includes the fact that it could
have been never embodied: The work of art, of poet­
ics, carries within it, as it were, the scandal of its hazard,
the perception of its o n t o l o g i c a l c a p r i c e (my
emphasis - D. C.). 9 There is no beguiling logic of the
necessity of its emergence. How rarely do we realise
that such an admired work of art could have never
existed! That thanks to some force, which cannot be
fully analysed, it emerged from original nothingness.
In this sense - one could add - each great work of art
(including Venice) fully deserves to be regarded as a
miracle since it comprises an open and brutal over­
coming of the logic of necessity.
To put it yet differently: in the perspective outlined
here Venice proves to be not only one of elements of
the visible world (one of many) but something much
more: it is a world on a reduced scale, a place in which
all the most essential issues of our worldly existence
are concentrated, the most profoundly symbolic real­
ity in which, as in textbook definitions of the symbol,
extremities and contradictions merge. Symbolon com­
bines the spiritual and the material, the totally alien
and that which is profoundly own, the conceptual
and the imaginary. As Hans-Georg Gadamer wrote:
We understand the symbol (...), the experience of the
125

symbolic, to mean that the individual and the spe­
cial resembles a particle of being, that the something,
which corresponds to it is a promise of supplementing
entity and happiness, or that the still sought particle
supplementing the whole is a second particle matching
our fragment of life.10 The experiencing of the symbol
contains the warmth of the binding mystery but also
the poignant certainty of participation in some sort of
completeness transgressing our individual nature.
In a genuine, deeply experienced encounter with
the reality of the symbol our gaze seems to be turned
towards the observer. The symbol is a mirror, in which
our most profound spiritual “I” is looking at itself. This
cognition is not only the recognition of that which is
different but also self-cognition. Perhaps it is in this
particular circumstance and not in literary inertia, the
film legend or the pressure exerted by mass-scale tour­
ism that one should seek the true force of the end­
less attraction of Venice and its hypnotising gaze. All
those seduced by Venice constantly stressed that they
suddenly found themselves in a totally alien and ex­
otic space, but at the same time never felt more at
home. More, they argued that despite the cognitive
resistance initially put up by the town they ultimately
felt an inexplicable unity with it. Such statements
make it possible to understand a certain recurring cir­
cumstance: extremely emotional reactions to rumours
about the annihilation of Venice. This is not difficult
to comprehend: what would we care about the death
of Venice, prophesied time and again, if we did not
notice in this fact a prefiguration of our death?

6.
There is not a shadow of doubt: in her book Ewa
Bieńkowska disclosed extremely aptly several earlier
unknown or only slightly recognised faces of Venice.
Do not delude yourself, however, that we have final­
ly found out what Venice is r e a l l y like, and that
while reading the book we have reached some sort
of an “objectively existing” essence of the town that
can be measured, tested, and confirmed. Actually,
Bieńkowska has added to the web of the myth, labori­
ously woven for centuries, yet another thread by writ­
ing a successive version, this time her own. Her twomotif narration - the one about the creative power of
light and the one about the origin of Venice - is only a
camouflaged variation of the Biblical story about creatio ex nihilo. This is the reason why the narration as­
sumes the properties of an archaic myth according to
the meaning proposed by studies about religion: a holy
story about a powerful event, about the way in which
something appeared in the world, came into being,
emerged from primeval chaotic magma. This endows
the story with a hieratic feature (in the literal, etymo­
logical meaning derived from the Greek hieros), and
ensures that in the intimate discourse about Venice

�D ariusz C z aja • F R A G M E N T S (

THE VENETIAN DISCOURSE

the heart of the matter involves undoubtedly prime
thing's. Here, Venice is a sign, but not: - as in this novel
by Brodsky - a watermark, but rather a hieroglyph. Not
always lucid, sometimes rattier illegible, but with all
certainty: a holy sign.

II. T h e deceitful beauty of the mask
1.
One on tite images appe aring most often in attempts
at reaching the essence ot Venice is, as we know, tine
figure of an unreal town.Thris image, depending on tlee
view, can assume two diametrically different classifica­
tions. Tlie unreal, in the eyei of a person enchanied
with thf town, can mean something extraordinary and
dazzling, and describe a world situated tit the pinnacle
of the scale of his wishes and bewilderment. The unrerl is a designation of tin object that remains beyond
the limits of tlee imagination eomething for which
there is nr comparison In visiblr reality. Thus com­
prehended unreality is rhe utmosa degree of adoration
and aesthetic sublimation. Ie is also, paradoxicallyethe
name oh a powerful and multiplied exiitence. This it r
being whose actual unreality is not sunject to any sort
ofdiscutaion or appeal.
The same adjective in the eyes of ascep tic can,
hrwever, signify space with deformed onthlngee Somet
thing that does not exist truly, strongly, and in reality.
On the contrary: in this case, unreil "Venice proves
to be merely collective hypnosis, a cognitive illusion
inheritef across the nenfuries and concealfng the real
image of things. In that case, the town on the lagoon is
no longer an enchanting curiosum, but a being with an

extremely doubtful identity; a town that not so much
exists as pretends that it existse A town of artificial
beauty and tawdry glitter. Tombac pretending; to lie
fold. A town-planning phantomf This impressfon is
visible in T ie Venice Text 11 almost trom the very first
words.
Here are several instructive examples arom differ­
ent time bertpectives.
Eighteenth century. Edward Gibbon, author of the:
slassical "The History of the Decline and Fatt of the Roman
Empire, whose acrid itatement quite oaten inaugurates
a lithany ob complaints rbaut Veneeian aet^lity, did
not concea! his disenit after a brief visit: I was afforded
some hours of astonishment ansi some dayt of disgust hy
the spectacle of Venice. 12In this ftatement let us accentuatenot only fhe historian’s extreme disilSusionment
with the city but the wrrd “spectacla”, rather clearly
itating tOat Venetian space is not a real world; on the
tontraey, it is a world put ore show', fleeting, and un­
real. !n addition, it is a case of poor art producing only
distaste and thui worthy of swift oblivion.
Nineteenth century. Mary Mc Carthy quite aptly
dtscribed the behaviour of John Ruskin, the great
codifier of the preatous stones oi Venice (The Stonee off
1Venice), who feom an initial enthusiast changed into
a fanltfinder and a demystificator r f Venatian allure:
Ruskin, who was her overdue Jeremiah and whr came at
the end to detest nearly everything in Venice, spent half his
days trying tf expose her frauds - climbing laddere in dusty
churches to prove (what he had sushscted) that the Venetian Renairsance was a false front, a cynical taick fo.).0
Here too Venice deludes and pretends to be something

aft r

W. Turner, Veduta dal canale che porta Lido: la Riva degli Schiavoni (fragment)
fSource: Venezia. Acquerelli di T ner, L'ippocampo, Milan 2008)

t2 t

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

that it is not; uttered by Ruskin, such a declaration is a
veritable kiss of death.
Twentieth century. This motif of deceit and men­
dacious illusion returns in the text of yet another seri­
ous destructor of the Venetian myth, the outspoken
Regis Debray. In a modest volume whose title leaves
no place for ambiguities: Contre Venise, we encoun­
ter entire sets of epithets. The author compared pal­
aces along Canal Grande to a Potemkin mock-up,
barely resembling human adobes and totally lifeless.
14 Here is the culmination conclusion: This city with
its theatres, its opera, its masked balls is a theatre itself.
(...) Venice is not a city but the representation of a city. 15
In other words, Venice is a town-model, a town pre­
tending to be a town, something that imitates real life.
A town that cultivated a beautiful illusion and cel­
ebrated a world of theatrical illusion for so long that
it exhausted itself and died, ultimately becoming that,
which once was its valued hallmark: a mask devoid of
a living, real face.
Twenty first century. In a whistle-blowing arti­
cle published several years ago in the “Independent”
about an apparently immortal question concerning
the purposefulness of conserving the crumbling pal­
aces and churches of Venice, the author already in
the first sentence pinions the readers with a strong
end line: all who had just returned from Venice had
taken part in horrendous deceit. 16This is followed by
customary lament concerning the Venetian world of
illusion - the effect is enhanced by statements made
by eminent men of letters (naturally, including the
classics of the destructive current, i.a. the abovementioned Gibbon and Debray, but also the Italian
Futurist Marinetti, with impetus turning Venetian lies
inside out 17). The text ends with the poetics of a ver­
dict eliminating all possibilities of an appeal: Venice is
not endangered, it is dead. 18 In other words, touring
Venice resembles strolling amidst rotting and musty
sets, across a gloomy cemetery of past splendour. It is
participation in collective hallucination, for which in
addition one pays a high fee. But there is something
more. This rather funereal description shows clearly
that the old slogan Venice preserved, so strongly affect­
ing the imagination, is already very outdated.
What is there to conserve, and for what purpose?
There is no longer any rational reason to be concerned
about a declining town, just as there is no sense in
dealing with a painted corpse.
Apparently, times are changing but this dark
thread present in Venetian accounts remains almost
unbroken. Arguments vary, different comparisons and
metaphors circulate, but the basic intuition appears to
endure undisturbed.

2.
Among numerous testimonies expressing aversion
towards Venice, which in a more or less sophisticated
127

manner reveals the town’s artificiality, falsehood, and
phantom status, we come across an essay by Georg
Simmel:Venedig (1907) 19 This brief text - sometimes
issued in a separate volume together with two other
portraits of towns (Florence and Rome 20) - is not only
a handy catalogue of negative opinions appearing in
publications written earlier but also, as can be easily
proven, a true a r c h i t e c t of demythologisation
statements made already after the publication of simmel’s essay.
simmel presented his hermeneutics of suspicions
in a series of arguments. His demystification of Venice
construes images and comparisons that, probably con­
trary to his intentions, are not semantically transparent
and as such outright invite to embark upon an interpre­
tation. It is worth taking a closer look at them. First, let
us read this text as neutrally as possible, trying primarily
to capture and name the “negative” sets of meanings in
it, and then see what they mean and in what manner,
but already without the deciphering intention and rhe­
torical custody of the author. In the case of simmel the
unreality of Venice has many names.
In order to understand something of simmel’s
Venetian lesson it is necessary to first comprehend
the way in which he interpreted urban space. This is
certainly not rhetoric characteristic for an historian,
an architect or a town planner. True, simmel made
fragmentary use of languages typical for professional
researchers but he did not identify himself completely
with any of them. He did, however, merge them into
a peculiar synthesis, typical only for him. Simmel in­
terpreted urban space, first and foremost, as a series of
signs or, better still, indices referring to a reality more
profound than the visible one. 21 Hence he saw the
town predominantly as a text providing much food for
thought. This is an ambiguous and multi-dimensional
reality, a significant organism that is not a simple sum
of its parts. A laboratory example of such an approach
involves fragments dealing with the space of Rome.
Here, ordinary sensual perception of urban space
became a point of departure for a wider conclusion:
hence the multi-storeyed form of Rome is capable of
translating the haphazardness, contradictions and ir­
regularity of the history of erecting the town into a
cohesive whole, with the top and the bottom grant­
ing the sinuous lines of the image of the town guide­
lines realised by all the details. This is the direction
followed by the dynamic of the urban life of Rome:
no element, even ancient, alien and unnecessary, can
evade its extraordinary vitality. Even dissimilar ele­
ments are drawn into this current. The inclusion of
old and oldest monuments into later development is
a symbolic expression or frozen form of the same el­
ement that the dynamic of Roman life presents in a
fluid form: the creation of own life unity out of end­
lessly different elements. [MiD, 56-57]

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

Simmel depicted Rome as a curious town, which
draws the power of its influence from the variety of the
elements comprising it. This process takes place both
in the spatial dimension (particular “monuments” ex­
ert an impact not as isolated objects but as an entity)
and temporal dimension (individual epochs in some
incomprehensible way merge together, thus creating
a palimpsest configuration of harmoniously coexisting
strata). In doing so, he disclosed the phenomenon of
the w h o l e, which, strangely, individual parts do not
cancel but build, although not by means of simple ad­
dition. This is why, Simmel insisted, the typical tourist
rushing from monument to monument understands
little of the genius of Roman space because he does
not notice the beauty of the second power inferred
from particular beauties and imposed upon them.
[MiD, 57] In other words: he is unable to penetrate
the veil of the senses and to cross over to the other
side of the looking glass, which discloses the spiritual
depth of the town, just as he is incapable of putting
together particular phenomena of the visible world so
that the miracle of the whole could reveal itself.
In a similar - anatomical, holistic, and spir­
itual - manner Simmel wrote about his favourite Flor­
ence, demonstrating at the same time the miracle of
its cohesion. Everything in this organism matches: the
past, albeit severed from the present, still pulsates in
current life, and Nature, which the spirit encircles as if
it were its astral body [MiD, 163], remains in a strange
symbiosis with works of art. Everything here adds up
and mutually supplements, creating a semblance of
implemented utopia, an ideal town. Florence is the
cosmos of realised Harmony: it is the joy of the mature
man who has achieved all that is most essential in life
or resigned from it and now wishes to only seek a form
for his conquest or relinquishment. [MiD, 168]

3.
The essay written by Simmel about Venice starts
as if with an anacrusis, i.e. by defining the principal
features constituting a work of art. A t first glance,
this might seem rather strange but Simmel knew very
well what he was doing: he was preparing solid ground
for further reflections. A work of art, he maintained,
should be always assessed from the viewpoint of its
truth or falsehood. A work is genuine when its outer
form is a living and adequate expression of reality.
Sometimes, however, it may happen that a work of art
seems to be referring us to some metaphysical world,
which should be expresssed in it, but nothing of the
sort takes place: particular fragments can be perfect
and remain in mutual harmony but the w h o l e is
detached from the roots and the greater its perfection
the more radically does it lie, pretending to be some
sort of inner life, world outlook or religious conviction
that it actually denies. [MiD, 177-178]
128

This is a very relevant statement because the
inadequacy of form and content, here depicted by an
opposition between the empty interior and the lavish
exterior, will become a pair of opposites that will work
brilliantly in the further part of the text, i.e. the inter­
pretation key to Venetian space.
The entire ideological construction of Simmel’s text is based on a juxtaposition between Flor­
ence and Venice. As we know, such an approach is
by no means new in the history of ideas. Already once
in the history of European culture we have dealt with
such an acute contrast of both towns. Then, the heart
of the matter was the essence of painting and the way
of constructing a canvas. Renaissance treatises end­
lessly discussed a certain fundamental problem: what
comes first, what is more important: drawing or col­
our? 22 In this dispute the names of both towns were for
the time being extracted from the space of geography
and politics and rendered legible emblems of a certain
painterly attitude. Florence, therefore, is a model-like
embodiment of disegno, the primacy of drawing over
colour. Venice is just the opposite, i.e. the domination
of colorito, a passion for the constructive role of colour
and the weaker role of the line. This is a contradiction
not to be reconciled.
In the writings of simmel we also encounter a
harsh contradiction, but the principle of the opposi­
tion is different. This time we are dealing with the
function fulfilled by architecture, and more precisely:
the idea of the town concealed behind real buildings.
Or perhaps something more: the very conception of
life obscured by town-planning premises. In simmel’s
essay Venice is the model-like reverse of Florence, its
sick contradiction, an ominous anti-thesis.
start with a comparison of the architecture of
both towns. The most profound differences between
the architecture of Venice and Florence probably lies
in the fact that in the palaces of Florence, or rather
the whole of Tuscany, we perceive the outer aspect
as an adequate expression of the inner meaning: as a
vainglorious, grave and lavish demonstration of power
tangible in almost every stone. Each palace represents
confident, sovereign personality. On the other hand,
Venetian palaces are sophisticated playthings, whose
uniformity masks the individuality of their residents, a
veil whose folds are arranged in accordance with the
rules of its beauty while showing the life concealed be­
neath only by hiding it. [MiD, 178-179]
Simmel did a lot so that his conceit would become
convincing. Earlier remarks about the work of art are
skilfully transferred into urban space. The yardstick of
the evaluation of architecture is the degree of concur­
rence between the expression and the contents or ref­
erence to an archaic differentiation between form and
contents. Florentine palaces are transparent in the
function of expression and do not conceal anything.

�D an u sz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

W. Turner, Chiarore mattutino sulla punta di Santa Maria
della Salute, sullo sfondo de Zitelle, (fragment).
(Source: Venezia. Acquerelli di Turner, L'ippocampo, Milan
20085)

They find total fulfilment in their revelatorE function.
The opposite is crue in the case of Venetian architec­
ture. In order to de fend Inis thesis Simmel was will­
ing to sacrifice evens elementary respect for facti and
common sense, i.e. only someone for whom tine initial
conceit ie more important than empiria verifiable at a
single gfanee can maintain that Venetian palaces afe
identical (by way of example, take a look at C a’d’Oro,
C a’Ree:.onico, Palazoo Dario - whas depressing similasity!). Let us move on, since palaces concealing life
ore not the end.
Sailing along Canal Grande we know that liOe, re­
gardless of its ntture, is aertainly different. Here, in 0i.
Mark’s Square, the piazzetta, we teel the iron will of
power, the murky passion embedded behind this tran­
quil phenomenon. Thc latter, how aver, seams to live
in a state of ostentatious separation from being, and
rise exterior does not: receive from the ina^rior any sort
of guidelines or no urishment; it heeds only the laws of
art, which appear to be outrighe established for deny­
ing the former. When, howevec, even rite mosf per­
fect arf does not conceal a meaning of life - or when
it opposes it - then art becomes artificial- Florence is
perceivsd as a work of art since its obvious form is con­
nected with life, which has undenisbly abandoned it
but etill loyally stands bn ito side. Venice is an artificial
town. Florenct will nevsr becom ea mere mask because
its phenomenon re sounded with the pure voic e og real
life, while in Venice, where all tranquillity, lighgness,
end freedom strvnd only as a facade for a sombre and
violent life, unrelentingle striving towards its god, the
twilight of this liZe left behind only unfeeling decora­
tions, the talse beauty of the m ask.[M iD , 179]
The same old story. Florence is transparent for the
inner senses while Venice is aaliehood that conceals
emptiness. Florence continuec being, an in the past, a
work of art while Venice rs a mere extract oOartificial­
ity. Despite lexicel similarity, art and artificiality are
129

not quite the same. The reason lies in the fact that
historical lite, ergo, true liOe, even though it has aban­
doned both towns (here Simmel does not seem to pro­
test so strongly), id some mysterious wae -till exerts an
imprint on Florentinn architecture, continues being
present in it, and permeates it in an outright intimate
mannen while a Ve netian palazoo is only an old skin
(thc externel) aasf off by a once living and vittl organiem. We are cemoelled to accept this intuition at
tace value in view oCthe faca that Simmel did not offer
any arguments. One could ask the justified question:
wheat Weis that ’’real life” supposed to mean and why
does it still appear in Florenye while totally abandon­
ing Venice?
Simmel went eeen further in intensifying an imaye
of artificial (unreal) Venice. Apparently, in ths Vene­
tian theatrum ie is not only buildings but also pgople
that lose their vitality, while rUe town sucks their blood
and changes them intc a collection of shadows. aimmet made creative use ya the nur particulady orisinal
Zigure of Venice as a theatre, without losine anything
of his iniaial intuition:

W. Turner, Porta della Carta, Palazzo Ducale, ifragmosle.
(Source: Venezia. Acquerelli di Turner, L'ippocampo, Milan
2008)

�D an u sz C zaja • FRAGMENTS OF THEVENETIAN DISCOURSE

In Venice people walk as if across a stage, busy with
barren dreams or undertakings that yield nothing; tkie^y
incessantly appear around a corner and immediately
vanish around anorher one, always resembling; actors
meaningleso beyond the stage because an it there takes
place a play devoid of causes and effects foi the rkality
of the next moment. The work of art binds particu­
lar elemente into a single whole and imposes its own
meaning; uonsequently, in Venice the image of people
appears to tie shallow. They walk and stand, buy and
solt, watch and speak - all within the enchanted cirkle of thie town, where illusion is detached from being
and seems to Ire two-dimensional, added to its real and
definitive essence. But this concealed esoenca appears
to be dead, and all activity resembles a faekde without
f background, onu peart of nn equaoion whote second
part has been obliterated. [MiD, 179-180]
Anticipating by severcl tecedet tine statement
made by Debrae about V enice, which is no longer a
town but only pretends to be one, Stmmel demon­
strated the way in which id Venice the moet ordinary
tomn-plannins elements creating every other town are
subjected to striking deformations causing a signidicant
shift: of their normal Sanation:
Here even bridges lote theis exhilarating power.
As a r/le, a bridge accomplishes an extraordinaty teat
and in one swoop establishes tension and conciliation
between points in space, moves brtween them, makes
it possible to experience their division end unton. This
dual lunction, which endows a purely picturesque
phenemenon with deeper and vital significance, fades
in Venice, the streess e l i d e over innumerable bridgas
as if along an even road, and ie seems that at this point
a street is only talcing a deep breath without interrupt­
ing iti unvarying course. [MiD, 180]
Worse "yet. In Venice changing seasons lecom e
almoet invisible. Thk poor and fragile vegetation of
Venice, Simmler claimtd, seems to be deprived of
roots, and tfeus while normal vefetation always testi­
fies to the vitalitn of the base, here it appears to Ire sus­
pended in air and easily merges with the lifeless stone
mock-up. The reason why Venice kppears to be deveid oP all symptoms of We, and that, which intensities
ita phantom-lika dimensions, is a speasal dnily, routine
rhythm not eneountoeed in ana other Pown:
Thare probably does not exise another town whore
entire life would possess a s i n g l e and i d e n t i c
a l tempo. No vehicles or draught animuls cpmpelled
no chase each other at the same speed, or gondolas
moving at the rate and aceording to the rhythm, of
pedestrianr. This is the reason why Venice always appeare d to be a ’’dretm”. As a rule, reelity stimulates
us: the spirit, left so its own devices or subjecied to
a uniferm impacti would remain in a state of inertia
and only a change of experiences directs it towards tin
sxternal existence, which would enterrupt its leisure.
130

W. Turner, Santa Maria della Salute e la Dogana, viste dalle
Zitelle, sullo sfondo Il campanile di Santo Stefano,
(fragment).
(Soueca: Venezia. Acquerelli di Turner, L'ippocampo, Milan
2008)

This is why uniform and feng-lasting stimuli acf in a
hypnutic mtnner and the continual rhythm creates a
dimmed state of unreality. The monotony of till Vene­
tian rhythms deprives its c f the stimuli and shocks
necessary to experience lreality and trests us into a
dream of sorts, in which we are surrounded lay illu­
sions of things ye without the rhings as such. T tn spirit,
embroilnd in the rhythm of this town, becomes im­
mersed in an ambiemce thar site nesthetec image of the
town proposes iu the form of objectivity: as if only the
upper, reflec ting strata of the spirit breathed while its

W. Turner, Gondola e chiaro di luna, (fragment).
(Soueca: Venezia. Acquerelli di Turner, L'ippocampo, Milan
2008)

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

full reality remains on the side, apparently submerged
in idle slumber. Living by means of contents severed
from the substance and experiences of real life we par­
ticipate in the lie of Venice. [MiD, 181]
It is precisely this sensoric deprivation offered to us
by Venice that contributes on yet another level to ex­
periencing it as a phantom deprived of the substrate of
reality. In the final conclusion, maintained in a pessi­
mistic mood just like the previous comments, Simmel
returned once again to initial intuition according to
which Venice is pure surface devoid of all foundation,
an illusion through which no being can be seen. Once
again there appears the positive figure of Florence,
whose buildings, images, and space preserve the life
current that once was the source of their existence.
If, however, an illusion to which no being ever corre­
sponded and whose contradictory beings had perished,
pretends that it constitutes life and entirety, then it is
a common lie and as if an embodiment of the ambigu­
ity of life. The dark and symmetric squares without
vehicles that appear to resemble a chamber are just as
ambiguous as the crowds unavoidable in narrow lanes
and creating the illusion of intimacy and the "cosi­
ness” of life (...); the small, dark canals whose water
uneasily quivers and flows, but one cannot distinguish
the direction in which it moves without reaching a
goal, are equally ambiguous. [MiD, 182]
The horror of the hollow and the horror of unextinguishable ambiguity. If I am correct, in the definitions
accentuated above simmel anticipated a phenomenon
of simulacrum described several decades later. Venice
is a gigantic lie, the illusion of all illusions, a facade
that conceals nothing. This is probably the most bru­
tal disillusion performed by the philosopher. There is
nothing behind this otherwise beautiful screen, which
Venice is according to universal belief, behind this
curtain.... A dark well of nothingness. Time, there­
fore, to remove the film off our eyes and start looking
at Venice open-eyed. To see what it r e a l l y looks
like. Also sprach Simmel.

4.
The effect of the exposing interpretation proposed
by Simmel is shattering. But naked truth is never ap­
petising. Simmel believed that Venice finally disclosed
its genuine self - naked and featuring ugly nudity,
repulsive, devoid of the veil of sugar-coated images,
this grossly advertised wonder, this Golden Calf on clay
feet, this trompe-l’oeil, this painted deception, this cliche 23
- one could add at this point a contemporary (and so
very “Simmelian” in spirit!) commentary by McCarthy
to the opinions of those who had not succumbed to
the charms of Venice.
Note that the philosophers disillusion is multi­
motif and takes place on several levels. It is precisely
because it appears in various domains simultaneously
131

that it possesses such an extensive impact. Let us,
therefore, gather all the invectives and epithets ad­
dressed to Venice. Venice is an illusion, a falsehood
(the epistemological level), a lie, pretence, a theatre
(the ethical level), an imitation (the aesthetic level)
and, finally, an illusion, a dream, a non-being (the
ontological level). We can see, therefore, that the in­
firmity of Venice cannot be reduced to only a single
level. o n the contrary, on all the essential levels of hu­
man experience the town is located in the decidedly
negative regions on the scale of values. The diatribe by
Simmel contains a striking thought, i.e. that Venice as
a whole, in all of its aspects, is a being tainted by an
irremovable blemish. It is, therefore, a reality that one
has to decidedly oppose. This is the last nail in the cof­
fin of Venice: an otherwise beautiful elegy written to
commemorate its departure of no return.
As I mentioned, Simmel’s text has an essential
place in the long history of visions concerning Venice.
He is probably the most eminent on the list of “negativists”. His grimaces and maledictions did not remain,
as in the case of many others, only upon the level of
impressions but subjected the latter to a discursive
analysis with a theoretical underpinning. There seems
to be little sense in conducting a polemic with visions
(I already mentioned certain doubts concerning, so to
speak, “material truth” while discussing the text). The
truth of visions lies in their very existence. o n e thing,
however, in Simmel’s writings is annoying and calls
for a commentary: I have in mind the thesis about the
ambiguity of life, mentioned at the end of his state­
ment.
To put it in plain terms, I am concerned with the
fact that the description of Venetian architecture
and life performed by Simmel - many would call it
extremely apt! (by way of example, who would ques­
tion a thesis about the vividly theatrical dimension of
Venice?) - does not have to produce the o b v i o u s
conclusions, which he drew upon the basis of observa­
tion. If one were to delve deeper into The Venice Text,
then for each of the “negative features” mentioned by
Simmel one could easily find a neutralising “positive
quality”.
Here is one instructive example: the widely dis­
seminated and known topos of Venice perceived as
a dream, also present in Simmel’s writings. Simmel
keenly registered the monotony of the stimuli offered
by the town, the repetitiveness of Venetian rhythms,
the striking immobility of the sets in which local life
runs its course. (And this is the reason why Venice
always appeared to be a “dream”). These observations
were rapidly associated with the nature of a dream in
order to draw even quicker the conclusion that this
slumbering Venice has an unambiguously negative
(mendacious, depriving of real traits, detaching from
the truth) impact upon the people residing therein.

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

This part of an observation, however, does not
contain anything of preordained necessity. Here are
two counter-fragments about somnolent Venice to
support the thesis:
Venice makes an impression of things seen in the
enchanted semi-shade of some sort of a dream. The
curious magnificence of this town, resembling a flower
emerging from deep waves, the strange absence of all
noise - there are no automobiles, carriages or other
vehicles - produce the illusion that we are strolling
along the chambers, halls, and porches of a bewitched
castle. Light, possessing the glimmer and sparkle of
rays cast by diamonds, and isolation amidst the abyss
of the sea grant extraordinary power to this visiondream. 24
This description seems to be somewhat familiar:
the striking peace, quiet, and immobility of the town
as well as the association of those observations with
sleep. The conclusion, however, is totally different.
Such drowsiness does not cause slumber. It does not
lie. On the contrary: it intensifies impression and
transfers into an extraordinary sphere, although there
is no mention of any sort of betrayal of “real” life for
the sake of some sort of passing illusion. Just the oppo­
site, there is the joy of becoming familiar with another
sphere of life and its intensity, not encountered on a
daily basis. Instead of expected passivity and sensual
torpor, as in the writings of Simmel, there is ecstasy.
Yet another fragment enhancing this recognition
from another side and interesting not because it ab­
rogates Simmel’s definition (Venetian ambiguity) but
demonstrates its one-dimensional character and limi­
tation:
It suffices to free oneself from the carnival-spectacle
Venice, to immerse oneself in it at night or at dawn, to
come here in the autumn or the winter in order to under­
stand its true nature. A dream experienced while awake.
(...) What is the essence of the dream - reality intensi­
fied, enhanced and powerful and combined with endless
changeability, fragility, and fleeting qualities - this is also
the essence of Venice. There are no towns in the world
equally concrete and full of life and, at the same time, il­
lusory, enmeshed in echoes, sounds, the chiaroscuro, and
mirrored reflections 25.
Here, in turn, Venice does not seem to resemble
slumber but actually is its essence. Note, the person
proposing the description not only does not become
distracted while pondering the degree of the real na­
ture of his experience, but outright cultivates this state
of uncertainty, ontological suspension typical for the
moment of transition between sleep and awakening.
Just as in the previous example, Venice asleep is a dif­
ferent and, it is impossible to hide, better dimension of
existence. It is a space in which one would like to live.
La vida es sueño, as Calderon put it. This phrase
still possesses the power of somber recognition. Who

errs: those, who like Simmel, refer Venice to the land
of illusion and non-being, or rather those who see it as
an instrument for the recognition of the true nature
of the world?
What do the cited descriptions prove? I suspect
that looking at Venice Simmel perceived it extreme­
ly keenly, as his comments convincingly prove. The
trouble is that his perception is based on negative pre­
comprehension (its causes could be perhaps explained
by a psychoanalytical discourse). The latter is, in turn,
founded on a conviction (illusion?) maintaining that
there exists somewhere (where?) a world that is free of
ambiguity. His animosity towards Venice is, therefore,
not the outcome of a defect of sight but of the pressure
of an intellectual project. Its source is unattainable
longing for a realm of unambiguity, full of transpar­
ency and realised harmony. Such a world, however,
occurs only in fairy tales.

III. Pasticcio
1.
For each visitor arriving in Venice for the first time,
waking up in this town is an exceptional event. Wak­
ing up in Venice with a tremendous hangover grants
this unusual experience an even more special flavour:
I awoke from the surrounding morning noises with such
regret and sorrow inside that, even having opened my eyes,
for a long time I remained motionless, without the strength
to shake myself and to remove this torpor, uninvited just
before dawn. (...) I ended up in Venice. I awoke in an an­
tique bed, on multi-coloured sheets that smelled of quince
and dry apricot blossoms. A high and clean ceiling is above
me with an ornamental decoration, which doesn’t remind
me of anything. Around me is an entire collection of fine
objects made of silver, walnut, ebony, sandalwood, ivory,
bronze, terra-cotta, lace, velvet. Before me —five entire
days and nights in this reality more like a hallucination. 26
This situation, as can be seen, is unfavourable, to
say the least. A headache, unclear recollections of
yesterday’s excesses, and all-pervading sadness. The
person who one morning found himself in this opulent
setting is Stanislas Perfetsky, the rarely sober Ukrain­
ian poet, musician, performer, and main protagonist
of the exciting book by Yuri Andrukhovych - Perverzion. Perfetsky was invited as one of several speakers
at an international conference held on the Venetian
island of San Giorgio Maggiore under the evocative ti­
tle: “The Post-Carnival Absurdity of the World: What
Is on the Horizon?” This is only the beginning of his
Venetian escapade and nothing foretells its bloodcur­
dling successive course.
Perverzion can be read in several ways. It appears
to be outright programmed for a series of diverse albeit
not necessarily mutually excluding interpretations.
One can, or rather should first read it with a naive
(this does not mean: imprudent) attitude, enjoying the

132

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

inane adventures of Perfetsky in Venice and finding
extraordinary pleasure in participating in the untamed
element of creating a fictional plot. One can conduct
a useful analysis of the language and treat the novel
predominantly as a tempting exercise in poetics. o r it
could be read in a more cultural dimension, discover­
ing the voice of its author among those who deliberate
on the present-day shape of Europe.
Yet another, promising, and not at all marginal
track appears to be an interpretation of Andrukhovych book from the viewpoint of the image of Venice
depicted therein. Placing the plot in this particular
town was a decision of great semantic importance.
Consequently, there arise a number of questions.
What sort of an image of the town emerges from the
text? In what sort of meaning contexts does it appear?
What are the characteristic symptoms of this por­
trayal? What is the relation of the portrait of a town
presented in Perverzion to the long, after all, list of its
literary representations? We shall follow the traces of
those questions.

2.
Before we broach the topic of Venice and its as­
sorted perverse images, first a few words about the
book and its literary dimensions since literariness alongside various other assets - is its chief substance.
With Venice as the prime target one cannot forget
this fact.
Perverzion takes place entirely in the language, is
constructed of words (and not ideas!), and simply does
not exist beyond abundant, rich, living, pulsating, un­
expected, and innovative language. This is important
since upon one of its levels of meaning it can be eas­
ily deciphered as a novel about language, its endless
potential and causal force. This is one of the reasons
why it is so difficult to propose a summary. The sec­
ond reason is the multi-motif and polyphonic - in the
precise meaning of the word - construction. There
are numerous differently sounding voices, styles, po­
etics (an autobiographical confession, an interview,
a report, an interrogation, official printed matter, a
libretto text, a last will and testament...). By making
use of those testimonies the narrator tries to deter­
mine what actually occurred to Perfetsky in Venice
and to explain the mystery of his strange - possibly
suicidal - disappearance. As a genre the book is a hy­
brid: a crime story, a romance, a picaresque novel,
and a fantastic vision.
The novel has been classified rather unambiguous­
ly as an almost model-like example of a postmodern
text, and such features as a mistrustful usage of lan­
guage or genre unsteadiness were supposed to support
this opinion. As is known, labels quite often serve the
excellent mood of the person who does the labelling
rather than actually describe the objects to which they
133

refer. The adjective: "postmodern” granted to Andrukhovych novel wants to express in an abbreviated
form everything but actually says nothing. The issue at
stake is much more complicated.
True, superficial familiarity with the book might
confirm the conviction that we are dealing only with
unhindered literary fun and thrilling attempts at games
played with language. From the viewpoint of the lat­
ter the narration is, first of all, an element of parody,
pastiche, and the aping of assorted stylistics and types
of articulation. Here everything is upside down. The
presented world is governed by excess and caricature,
an incessant mixture of comic and serious elements,
and thus components of a literary convention known
as the grotesque. These are, after all, distinctive signs
of the text belonging to the postmodern camp.
o n the other hand, there is too much meta-critical
laughter and self-ironic attacks not to notice that this
- ever so! - postmodern stylistic serves not solely fun
but a l s o the process of doubting certain obvious traits
of postmodern dogmatics. Quite possibly, it assists first
and foremost the most popular postmodern mantra
about the all-embracing game and lack of gravitas as
a response to the breakdown of the fundamental in­
tellectual, theological, and ethical orders of modern
times. To put it still differently: Rabelaisian laughter
conceals serious identifications. This observation al­
ready transfers us directly to the cultural reflection
present in the novel.
Everyone who embarks upon a commentary to
Perverzion is defeated at the very onset. It is not only
impossible to summarise this book properly, but its
gargantuan laughter effectively safeguards it against
“researchers specialising in insect legs”. Let us try,
however, to perform several analytical motions while
fully aware that in this situation they must resemble
piercing a living butterfly with the dull pin of dis­
course.

3.
What does Venice look like in the text of Perverzion? o n e would like to say: this is Venice treated
ironically, as is everything else. To put it as briefly as
possible: we are dealing with an erudite discourse of
parentheses. 27 The author is well aware that literary
Venice - especially in its popular version - is to a con­
siderable extent a lot of faded allegories and moribund
metaphors. 28 And that he is writing his “Venetian”
text on a thick pile of texts left behind by his predeces­
sors. His originality, after all, consists of the absence
of originality, however paradoxical that may sound.
Instead of new allegory he creates a gripping and fren­
zied collage (or, perhaps even better, a patchwork)
of all that had been written about Venice across the
centuries. A number of conventional metaphors, com­
parisons, associations, and motifs present in numerous

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

descriptions of the town - all this has been subjected
to parodistic travesty.
Take the first of many examples: a motif permeat­
ing European imagination from the end of the nine­
teenth century, the agony of Venice vanishing and
slipping into the sea. Here is a pertinent declaration
of aged (He looks at least a hundred years old [P, 71])
Professor Casallegro 29, who appears in the text as
himself but also as a personified, so to speak, history
of Venice. More, he fulfils the function of chairman
of the “La morte di Venezia” (sic!) foundation and or­
ganiser of an international conference: Venice is dying,
Mr. Perfekcy (...) The true death of Venice will happen
not from swallowing by the sea or sand, not from floods
or heavenly thunder (...) All this is only external, that
is, apparent, that is nonessential (...). Entire institutions
exist that have been summoned to save Venice (...). They
stirred up a multitude of ideas, each more clever than the
next (...). And now —for the sake of saving this stone, this
gold, this marble, these stuccos and mosaics, this pigeon
dung —several eggheads even propose to move this entire
Venice to some safe and drier place (...). The monuments
that will perish in these dirty waters, as it were, are dearer
than (■ ■ ■ ). Otherwise, asses would have wanted to chase
away everything living from here including the shitty pi­
geons and to preserve everything here in perpetuity (...).
They contend that no one should be living here in twentyfive years. Such an, you know, accident zone (...). So that
only ghosts of people should rush along the canals on ghosts
of gondolas (...). [P. 64, 65]
This extraordinarily funny literary realisation of
arguments about moribund Venice, usually presented
with deadly seriousness, is yet another answer to the
question: what should be done with Venice, how to
put a halt to its gradual disappearance?
Further: the Venetian theatre and opera, Venice
conceived as a theatre, and the opera-like qualities
of Venetian life. It is worth checking how these lofty
conceptions are faring today. In a bravura operatic se­
quence Andrukhovych reduced them to ground level,
thus demonstrating their cheap and dubious side. The
object of his sarcastic attacks is one Matthew Kulikoff,
announced by the “La morte di Venezia” foundation
as: one of the most well known opera directors and innova­
tors of the contemporary world. [P, 171] It is he who was
commissioned to stage the opera Orpheus in Venice so
that it may function as a musical appendix to the sci­
entific seminar. Here is the director, whose statement
disgraces the entire undertaking in a manner that does
not call for lengthier commentaries - his invitation to
the premiere says:
I was terribly enthralled with the idea of doing an opera
in such a legendary city. Because right here, in this island
state saturated with culture and its institutions, is quite
appropriate for embodying one of my mad intentions - to
create an opera beyond operas, an opera of operas, where
134

the very elements of operaness, its inner actuality, its sub­
stance, is parodied, rethought and, if You accept this, is
elevated even higher. To my assistance came the old Italian
experience of the seventeenth to the eighteenth centuries (to
the point, the centuries of the most luxurious flowering of
Venice). I have in mind the so-called pasticcio, when new
operas were created on the basis of the deconstructing and
recombination of elements of operas that already existed.
The historical-cultural space of Venice, its topi, its genius
loci, it seems, assisted me in my work. The spiritual land­
scape of the Italian opera tradition had no less meaning for
me. Finally, the space of the stage and the hall - the magic
of this fantastic space, the Teatro La Fenice, its aura. And
countless other spaces in addition - the individual creative
spaces of each, who believed me and worked with me on
the same team. [P, 172-173]
True, the director was not lying. The music of this
opera is a combination of works by Monteverdi, Vival­
di, Donizetti, Bellini and several other composers,
and its structure does recall a pasticcio - but this time
comprehended literally, as a pâté . Or as an aesthetic
monstrosity. The opera libretto contained in the book
is undoubtedly the work of a madman. Thrilled with
his own genius, the opera director Matthew Kulikoff,
together with his crazed vision of an opera about o r ­
pheus as an entity made up of fragments of the ex­
isting world, proves to be an idiot submerged in self­
adoration. His opera about Orpheus in Venice turns
out to be complete drivel and a postmodern fiasco of
the idea of a total work. 30 Only literature salvages this
verbal-musical pâté .
In order to take a closer look at the auteur strategy
of demythologisation let us examine one of the figures
often exploited in literature: Venice as a crossing of
the worlds, as the hinge of Europe. 31 Venice as a meet­
ing place of the culture of Western and Eastern el­
ements. As a gateway to the East, a bridge between
the East and the West. Those methodical tropes have
become firmly embedded in European writings and
imagination. Entering St. Mark’s Square, the protago­
nist of Henry James’ Travelling Companions, admitted:
I had left Europe; I was in the East. Theophile Gautier
described the basilica of St. Mark as an Oriental dream.
Jan Morris in: The World of Venice wrote outright: In
Venice the Orient began, and John Ruskin in his monu­
mental: The Stones of Venice described the beauty of
the basilica: It possesses the charm of color in common
with the greater part of the architecture, as well as of the
manufactures, of the East. In turn, Boris Pasternak saw
the colour gamut of night-time Venice in the com­
pany of such words as: halva and Chaldea, the magi and
magnesium, India and indigo.
It is to this well-established topos: Venice as a
place where, as that old banal saying goes, “East meets
W est”, that the novel makes an ironic reference. But
is anyone actually meeting someone? And if so, then

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

what sort of West and what sort of East? What sort of
a bridge is this?
One simply has to notice that Andrukhovych
granted the well-worn metaphor of a "bridge” linking
Western culture and the oriental element an entirely
new meaning, one with a changed sign. The East, the
Orient, which usually acted as a cryptonym of a mythi­
cal and exotically conceived version of the world of
Islam, here denotes simply post-Soviet Ukraine, while
halva and magnesium are replaced by the products of
the spirits industry.
A t the conference a representative of the former
soviet colony is treated with condescending superior­
ity. A constantly recurring motif is that of the absence
of any sort of knowledge about Ukraine among envoys
of the civilised world. The organisers of the confer­
ence perceive Ukraine as an earthly version of a Never
Never Land, a phantom reality somewhere on the very
edges of the inhabited world. A distant and peripheral
land on the border of non-being. A land somewhere at
the end of a map, assuming that it actually does exist.
A country-phantom. Its real name means nothing and
thus it appears in official papers in different versions
as: Urania, Ukrania, czy Ukraya, so as to include this
unmarked particle into the world of linguistic and car­
tographic imagination.
The Ukrainian, however, remains unconcerned
and openly demonstrates his feeling of affiliation with
Europe. During confession heard by the vicar of the
church on San Michele, which smoothly turned into
an alcoholic binge, Perfetsky admits to a number of
truths about his origin. We learn about this dialogue
from the priest’s account: “I’ve come here from a re­
ally distant land. May be you don’t even know about it,
Father Antonio. Suffice to say I was born in a little town
in the mountains, quite close to the center of Europe” At
this point it seemed to me that he wasn’t completely ra­
tional. “What are you saying?" I was surprised. “Is it so
far from here? Isn’t the center of Europe somewhere in
Switzerland?" “No, Father, amid different, entirely dif­
ferent mountains, far from here!" he insisted. “Perhaps
in the Ural Mountains?" I myself remembered something
from school lectures on geography. “No, not the Urals, but
in the Carpathian Mountains, Father", he corrected me.
“Some of you still call them the Caucasus". [P, 110]
This exemplary lesson of cultural relativism dem­
onstrates the scale of misunderstandings. The centre
of Europe is not an immobile point. On the contrary,
its location depends on the place where opinions are
formulated. Hence the very concept of Europe has
nothing of pre-established unambiguity and changes
depending on who is speaking and where he lives. It
is easy to guess, therefore, that the appearance of a
phantom representative of equally phantom peripher­
ies in the cultural centre of civilised Europe becomes
the cause of a number of unusual events.

Perverzion is not, therefore, yet another text evok­
ing close historical relations - actually intense and
present in a multitude of domains - between Venice
and the Oriental world, but introduces a refreshing
and cognitively enriching novum. It confronts the
old figure of Venice as the gateway to the East with
the entirely contemporary dilemmas faced by Europe.
Cultural Europe, focused on its centuries-old civilisational lineage, is now forced to tackle new savages.
As always, they arrive from the East. Is this barbar­
ian Ukrainian people a tribe totally alien or one of us?
Perfetsky goes far to demonstrate in his complex lec­
ture the reasons why Ukraine could never belong to
this part of the world: Where Europe was just beginning
to arise, to grow, to be constructed, at the same instant
Asia revolted, demanding the establishment of its despotic
and simultaneously anarchic status. At this moment I am
not saying that this is bad. But I am just saying that this
is its essence, and this essence vehemently contradicts the
other essence - the European. [P, 224-225] The strug­
gle of two tendencies, both facing different directions,
determined the history of Ukraine. This exuberant
historiosophy, formulated with deep conviction, is to
serve Perfetsky simultaneously as a safe conduct pass
enabling him to enter European salons.

4.
Another image, permanently linked with Venice, is
carnival. Here things become more complicated. The
image of the town in the throes of fun (Are you familiar
with Venetian Shrovetide? 32), with féeries of light and the
inevitable parade of people concealed behind masks is
almost an indispensable and thoroughly exploited el­
ement of numerous travelogues and literary and film
depictions of Venice. By rendering the carnival the
semantic axis of his story Andrukchovych envisaged
it much deeper than a mere seasonal festivity. Now,
carnival means something different (and much more
serious!) than only a period of a temporary suspension
of mores or festive debauchery. First and foremost,
carnival or, more precisely, its decline - real or merely
presumed - is, as we remember, the topic of a confer­
ence held in Venice. The invitations addressed by the
organisers to the participants of the seminar say:
We in Venice are inclined to think that the loss of C ar­
nival has occurred. We can see this. Almost no one can
see this - for Carnival exists, it occurs year after year, sev­
eral times, for various reasons, with fires and masks, with
wine and dance. Carnival exists, anyone will tell you from
among those who still (or already) do not see and of which
they are of countless number. Carnival is becoming bigger
and bigger, it’s everywhere and uninterrupted, others who
are of evil persuasion will tell you.
But is it really this way? Or is it only measured by
what is gulped down and devoured? Or with unbelievable

135

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

swarms of tourists, Japanese, hotel services, amusements,
or with the return of money and losses on pyrotechnics?
And is this already only bare mechanics, machinery, cold
industry, massive consumption, permanent parasitic be­
havior? What if it is just a trap? [P, 37]
In Andrukhovych’s flamboyant narration “Vene­
tian carnival” is thus a more or less legible figure of
the poor world - European contemporaneity. It can
be discovered already in the ambiguously sounding
”post-carnival” in the title of the Venetian seminar.
This peculiar carnival would be, therefore, a reality
occurring after the carnival in the classical meaning of
the word, some sort of a new mutation characteristic
only for our era. Andrukhovych thus accepted simi­
lar connotations - such expressions as: post-religion,
post-history, post-culture, etc. But if that prefix is
changed into a noun then it becomes apparent that
it can be understood as Lent (Polish: post) carnival,
in the metaphorical sense: of little nutritious value,
barren, poor. If the term were to be referred to events
from the presented world (distinctly carnival events in
the novel take place during Lent!), then it might sig­
nify also Lent, which assumed the features of carnival
and resembled it to such a degree that the differences
between them became unnoticeable.
All this is the reason why the contemporary Vene­
tian post-carnival turns out to be an open oxymoron, a
world based on a paradox. It is a special prank, some­
thing openly abnormal. In cultures of the past carnival
was, after all, always a time directed against Lent. The
formula: ”the battle of carnival and Lent” expressed
this contradiction well. Here, carnival possesses the
features of Lent emanating exhaustion. Consequently,
is carnival still possible? Lecturers offer different re­
sponses, as a rule do not speak on the topic, or simply
jabber. Listen to the end of Perfetsky’s speech; speak­
ing chaotically, he at least from time to time refers to
the essence. In this fragment he seems to be uttering
words that he finds most crucial although the whole
time they are affected adversely by the poetics of irony
and endless play-acting:
Allow me a single truism just before the end of my talk.
I expect that it won’t excessively irritate you.
Only love can save us from death. There, where love
ends the “absurdity of the world” begins. And I don’t think
then that “anything" can still remain “on the horizon’’. Be­
sides emptiness, of course. It attracts, it calls, it pulls - how
can we render resistance in this time of “postlove”?
At the least I would want to be like a prophet and fore­
cast something here today. I proposed to your inattentive­
ness all of just several versions, each of which separately is
erroneous, and all together contradicting each other. But
all the same I will attempt, even out of such a hopeless
situation, to emerge with honor, that is, with a certain con­
clusion. ...

136

I hold to the traditional system of notions. If we under­
stand carnival as the extreme strain of the powers of life
in all their fullness and inexhaustibility or also the loftier
manifestation of the battle between love and death (death
as emptiness, as antilife, as nothing), than carnival truly
should never end, or, at least, last as long as we have not
spent our credit by the Heavenly observer. [P, 237-238]
Jokes aside, it seems that at this stage Andrukhovych said several essential things, already beyond
laughter. Although his declarations lack the passion
of a missionary and the certitude of the only correct
prescription, is there any better place to ask about the
future of the carnival than Venice?
The above statement introduced a certain disso­
nance to the earlier outlined likeness of post-carnival.
In his sarcastic descriptions of Venetian reality the
author unambiguously suggested that contemporary
idolatry of permanent fun is no longer a source of joy;
on the contrary, it is becoming a source of suffering.
That, which once was an emanation of vital forces,
today is a symbol of their disappearance. And if not
of death then certainly of some form of non-life, pre­
tended life, life deprived of a genuine vital force. The
reason why this is taking place lies in the fact that in
the past carnival frenzy was a clear-cut caesura in a
world ruled by order, and even if norms were not re­
spected it was acknowledged that they existed. Today,
in a world of constant fun, a carnival-time mixture of
matter, post-carnival ceased being a temporary suspen­
sion of stable order. There is no more “negative” back­
ground against which it would define itself. Everything
is carnival, and there where this happens nothing is
carnival and the carnival suspension of time is sense­
less. Post-carnival is, therefore, a sad figure of vain
time. A contradiction of the frenetic carnival. Sheer
exhaustion with fun...
Thus: is carnival still possible? such questions are
addressed to the participants of the Venetian sympo­
sium by its organisers, and this is the sort of query that
Perverzion asks us. The question was formulated in a
literary procedure, without any discursive justifications
and footnotes, although I claim that it is cognitively
profound and culturally essential. If I understood him
well, Andrukhovych, who became familiar with the
therapeutic properties of carnivalisation as a lifestyle
in the Lent-like world of Soviet Ukraine, answers in
the affirmative although it is not quite certain wheth­
er in the world of liquid values, a world in which the
awareness of the tragic properties of life is vanishing
(has vanished?), a return to differentiations introduc­
ing order into the experience of time is still possible.
It seems, however, that this positive assessment of
the carnival is unconcerned with its institutional res­
urrection. The heart of the matter pertains rather to
two issues. First: carnival conceived rather as a certain
mental disposition, carnival as a creative emanation

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

of life, an antidote against false attitudes and impo­
tence typical for the contemporary world, a liberating
energy that supplements the already obligatory call:
"Everything already has taken place” with the rec­
ommendation: ’’Yes, but everything still awaits to be
discovered”. Secondly: carnival laughter envisaged as
the generator of culturally reviving behaviour. Not the
sort, therefore, which takes its anger out in foolish de­
struction and turning all constant points of reference
inside out, but the kind that would possess liberating
properties and reveal uncrititcal attachment to old
schemes and intellectual habits, which would disclose
their barreness and cultural chaos. It is difficult to
evade the thought that it is precisely Perverzion that is
an embodiment of such a comprehension of Carnival.

5.

of the Venetian image in collective imagination. At
the same time it must be stressed firmly that this Ven­
ice d rebours, despite its jeering portrayal, belongs - on
par with laudatory texts - to The Venice Text, with all
that this entails. It plays the role of a counter-sign, an
anti-structure, and a negative myth, but regardless of
this deciphering gesture it does not cease being part of
a wider narration.
Venice in Perverzion resembles a crooked mirror
in which we might notice a caricature of our vision
of this town - cultivated for years, stale, musty, and
faded. It is up to us whether we would like to look at
our reflection. But who is capable of such perversion?

IV Resonances
1.

The Latin word: perversitas means: reversal. From
the literary viewpoint Perverzion proves to be predomi­
nantly an intelligent and discerning strategy of revers­
ing symbols. The image of Venice depicted in the book
seems to be aimed against the most universal Venetian
aspects of the discourse: the Bombastic and the Senti­
mental discourse. The most widely disseminated like­
nesses of Venice have been turned inside out. There is
no fragile ecstasy of À la recherche du temps perdu, no
desperate decadence of Death in Venice, no horror and
tightening noose of fear of The Aspern Papers. Other,
less distinctive examples can be multiplied. Instead
of customary solemnity, seriousness, and mournful­
ness there is overacting and flippancy, and instead of
suitable melancholy - irony and sarcasm. Such an in­
depth, gut-feeling carnival Venice has never appeared
in literature despite the fact that scenes of carnival
festivities (in their strictly calendar comprehension)
are not, after all, the object of the description!
In other words, carnival-time Venice from Perverzion turns out to be a world turned upside down
twice and the disappearance of the chief protagonist
grants yet another meaning to the trivialised expres­
sion: “death in Venice”. Andrukhovych was clearly
trying to bring the unbearable, contrived quality - so
frequent in Venetian rhetoric - down to earth. His ob­
jective, however, does not seem to be some sort of a
radical disillusion whose culminating conclusion is to
set fire to Venice! It rather appears to be - as Debray
put it so brutally - to kill in oneself the Venetian il­
lusion (fantôme de Venise 33), but not, as is the case in
his diagnosis, in the form of hysterical rejection but
by keeping a rather emollient, ironic distance. Further
targets include the disclosure of the comical and trivial
qualities of numerous concepts present in the popular
language (only?) of narrations about Venice 34 in order
to demonstrate how certain emulated images are sepa­
rated from reality and start living a life of their own, as
well as how insufferably flat and secondary is the shape
137

A t the beginning - a puzzle. What film starts with
the below-cited scene?
A fishing boat sails on a sea with a surface composed
of choppy waves. It makes its way towards the dark out­
lines of islands concealed by a curtain of light cast from
the sky. Pearly reflections trickle from the side of Ven­
ice, composed of marble and lace, still aslumber and
already distant. From time to time they move upwards,
piercing the mist suspended above the sea.
The boat contains, apart from the fisherman listen­
ing to the regular sound of the engine, also two persons
huddled together. A balding, forty-five year old man,
dressed inappropriately for this time of the year and
observing, with his head lowered, the traces left be­
gin by the boat. Later, we find out that this is Andrei
Gorchakov. His face is turned but the general outline
makes it possible to notice that he is fair-haired and
slender. Gorchakov’s right hand is lowered and almost
touches the boat. He holds a lit cigarette, which has
nearly turned into ash.
Gorchakov’s hand remains just above the water.
By some miracle the lengthy ash stays on the cigarette.
The boat sails along the coast of San Giorgio, slowly
moving next to a paginated marble statue. This Titianesque-shaped nude turns its back towards a care­
fully trimmed hedge. A t this precise moment, right in
front of the enthralled Eugenie, the marble, cracked,
wet, and devoured by time, starts to slowly shift and
disintegrates into tiny pieces, as if watched in a slowmotion movie. 35
The puzzle is not that difficult. The name of the
protagonist in the quoted fragment is already a suf­
ficient clue for many readers. There is no doubt: this
is the beginning of Nostalghia by Andrei Tarkovsky.
I am right: this is not the beginning of the film but
of the screenplay! A pity that the scene - stirring the
imagination and offering interesting possibilities of
its visual version - was ultimately not included in
the film. 36 After all, it seems to be a distant echo of

�D ariusz C zaja • FRAGMENTSOF THE VENETIAN DISCOURSE

Edward Steichen, Venice (1907)

the opening scene of Visconti’s Death in 'Venice. A
sailing; boat, morning; light skimming; on the weter.
And Gorchakov ... . A t the end of the take Ire dips
ffis hand into the water lagether with the ashes. 37 Goechakov is a late embodiment of Aschenbach, whose
surname, after till, conceals ashes and water. From
the verc onset Gorchakov ir split asunder end looks
fleetingly at tire surface, but his thoughts follow an­
other directionand suggest distant images. He rails
acroos the lagoon, but his inner sight perceives the black
water of the river Moskvo. 38 He is here, bruit he wishes
to be elsewhere. And this is how things are going to
bc. The Russian émigré, tired of ItaHan beauty, longs
for home and Iris native land. This elsewhere Iras very
concrete parameters.
One way or another, tire title of the film does not
lie arid, is en excellent description of tire main theme.
Wherever fhe protagonist goes, and whatever he sees,
he is not at home. He is in Italy but cannot bear being
without Russia. He is here and now but he wants to
be there and at some other time. He pinee. In his poign­
ant comme ntary on tht film Leoni° f atc in wrote a
lot about this special Russian variant of nostalgia with
its onderpinning of despair and - we have to believe
him - incurable. 39. I evoke the initial fragment o° the
screenplay for other nefarious purposes. I do not wish
to either comme ne on tire film or name the colours of
138

Russian nostalgia contained therein. Anyway, others
had already done this quite thoroughly. 40
I
do, however want to write about nostalgia. N os­
talgia concerning Venice. This is why I evoke (nostal­
gically?) a scene with which numerous spectators of
Taskovsky’s 'work are probably unfanoiliar. Nostalgia
is the reverse of anticipating an encounter with in. It
is a backward glance. A t tins moment, I would like to
taring; to life that, which has turned into a dusty? book­
mark of memory. To disremembir that, which has
been ejected, lost:, and forgottfn. And firsf and foaemost, ao ask about tha feasibility? of .ravelling in time
and what could become a vehicle of a journey into the
past, into le temps perdu.

2.
We care see immediately that the above-cfied
scene is lacking iomething. Obviouyly, that miysing
element is music. Tha point, however, is not simply
to add sound tv the image (delineated with the wore-.
The objective is fomething more: music fulfilling the?
function of naming spvce. After all, the-e exists a firm
conviction persistently? recurring in the history of at­
tempt? as dnlving into the Venetian emgma, namely,
that music is simply? anotheo name for Venice find that
"Venice cbes noi exisf without music. Thus co mprehended "Venice is in its essence musical, which mepn-

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

that its distinguishing feature is not at all palpable
space - those kilometres of marble beauty - but time.
Something much more fragile and difficult to cap­
ture. To put it in more precise terms: a special expe­
riencing of time, the flow and compression of time,
its whirlpool, but also the halting of time. What sort
of music could accompany the recalled scene, what
sort of sounds would be capable of carrying its bur­
den? Perhaps this could by the third, “Venetian” quar­
tet by Benjamin Britten, his last musical score with
open references to the earlier composed opera: Death
in Venice? And in particular its last part, Passacaglia,
whose second name is already much more precise: La
Serenissima. 41 Music, some claim, is the quintessence
of Venice and experiencing the town is purely musi­
cal. The most acute observers of Venice were capable
of noticing this feature.
In a passage probably most classical for this trope
Frederic Nietzsche wrote in Ecce homo: I could not pos­
sibly dispense with Rosssini and still less with my South­
ern soul in music, the work of my Venetian maestro Pi­
etro Gasit. And when I say beyond the Alps all I really
mean is Venice. If I try to find a new word for music I
can never find any better than Venice. 42 These are the
words of Nietzsche - an admirer of Venice, seduced by
the city. In the next sentence he immediately added:
I do not know how to draw any distinction between tears
and music. I do not know how to think either of joy or the
South without a shudder of fear. 43 These are already the
sentiments of Nietzsche the ecstatic and the nostalgic,
author of a project for a strangely beautiful image of
a town in which tears added to music produce a state
of solace and in which beauty possesses an inevitable
underpinning of horror.
Venetian music. What is its essence, what could
be its perfect audible landscape, to recall a phrase from
Rilke? Philippe Sollers wrote a subjective Dictionnaire
amoureux de Venise, whose considerable part, unfor­
tunately, proved to be a disappointment since it was
painfully predictable (cf. such insightful entries as:
“Byron”, “Casanova”, “La Fenice”, “Stravinsky”, etc.).
In it he included a number of musical entries. In this
tedious catalogue of well-worn images of
Venice the sound emanation of the town appears
to be - depressingly obviously - Vivalidi. V like Ven­
ice and V like Vivaldi. One cannot hide the fact that
this is even quite correct. If there exists the spirit of a
place and a perfectly harmonised spirit of the time then this
is it. Two, three chords and we are already on the spot, on
the lagoon, between the sky and water, in a sailing ship, a
boat. 44 De gustibus non disputandum est, and the same
is true for visions.
It would be difficult to be ignorant of Vivaldi’s
birthplace and the town where he wrote his music.
Just as it would be difficult to assess his oeuvre (still lit­
tle known, and if so then in a caricature form). When
139

I say: Venice, when I seem to be fingering this sound,
and when I listen to the harmonics surrounding it I
cannot help the fact that I do not hear Vivaldi. I do
hear, however, Mahler’s Adagietto from Symphony
no. 5, and I see Dirk Bogarde on a deck arranging a
blanket on his lap, the mercury sheen of the lagoon ...
What is that you say? That it was not written in Ven­
ice or with Venice in mind? That is meaningless. The
force of great art consists of the fact that it supplies a
vision capable of overcoming us completely and im­
posing itself with some sort of mysterious ruthlessness.
We succumb to it, offering no resistance,
softly. He who has seen the first takes of Visconti’s
film is lost for always. This initial phrase, slowly (sehr
langsam!) unwinding as if a scroll of transparent fabric,
those crescenda lost in thought, those dark swirls of
Mahler’s Adagietto - all this will follow him step by
step. 45 The downbeats will always bring to mind Ven­
ice and evoke from memory its dark trace. We may
defend ourselves, but this is always stronger than us:
already after several phrases “Esmeralda” will emerge
from the milky mist, in a moment
Aschenbach will cross the empty square where a
bonfire will be burning, and thus, due to dark fatalism,
he will make his way to the very end towards a chasm,
and we shall follow him.

3.
For years, I have been convinced that Mahler en­
joyed a monopoly as regards Venice until I saw and
then heard a record titled: Wagner e Venezia!, made
by the Uri Caine Ensemble. A rara avis, a true rar­
ity, an audiophile’s treat. 46 The corrugated cardboard
of the navy blue cover, the embossed golden letters,
and in the middle a reproduction of a painting by A n­
tonio Rotta: The Fiancée in a Gondola (ca. 1880). In
the foreground - the outline of a young woman. Her
profile and décolletage glimmer. She reclines in a dark
cabin (such gondolas were still used at the end of the
nineteenth century) and floats on the lagoon. Sunrise
seeps through a rectangular opening and the contours
of the island of San Giorgio Maggiore (the same as in
the scenario by Tarkovsky!) rise in the distance. 47
In the booklet attached to the record carefully
chosen excerpts of texts by Nietzsche and Wagner are
accompanied by a series of excellent photographs from
the turn of the nineteenth century. Il teatro Camploy,
from 1876, Rio del Santa Caterina (1870), Piazzetta (ca.
1900), Palazzo Vendramin-Calergi (1855), Grande gon­
dola (ca. 890), a portrait of Richard Wagner (1882)
and especially the striking Gran Caffè Quadri (ca.
1900). In the foreground - five persons at café tables.
Judging by their clothes it is early spring or late au­
tumn. The men are wearing double breasted coats and
bowler hats. A lady in a hat, with a veil across her face,
holds a parasol resting on the ground. Between them

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

-a boy in a coat and a cap. Further to the right - a
waiter in a black jacket, a white shirt with a stand-up
collar, and a bow tie. He holds a tea kettle supported
on a white napkin draped on the other hand. In the
background - three men deep in conversation. Above
them - a lampshade. Light coloured (white?) drapes
hang from the arcades filling the space between the
columns. All stood still for a moment at a sign given
by the photographer, with the boy smiling and gazing
straight at the lens and thus at us. I mention these
reproductions in such detail because they are not or­
dinary illustrations to texts contained in the booklet.
Here the past gains shape. Let us repeat after Barthes
his favourite mantra: the photograph says predomi­
nantly: what is. It freezes the past in a frame.
Wagner first arrived in Venice in 1858 and stayed
several months. Interestingly, although he immedi­
ately appreciated its charm he found the town boring.
Then he changed his mind; here, he wrote the score
of Tristan und Isolde. Regularly at 11 a.m. he drank
coffee at Caffe Quadri. Wagner savoured Venice and
breathed it. He received all the impulses produced by
the town. This is the way in which he described in
his autobiography one of his most intense Venetian
experiences: As I was returning home late one night on
the gloomy canal, the moon appeared suddenly and illumi­
nated marvellous palaces and the tall figure of my gondo­
lier towering above the stern of the gondola, slowly moving
his huge sweep. Suddenly he uttered a deep wail, not unlike
the cry of an animal; the cry gradually gained in strength
and formed itself after a long-drawn “Oh!” into the simple
musical exclamation: Venezia! This was followed by other
sounds of which I have no distinct recollection, as I was
much moved at the time. Such were the impressions that to
me appeared the most characteristic of Venice during my
stay there, and they remained with me until the completion
of the second act of Tristan, and possibly even suggested
to me the long-drawn wail of the shepherd’s horn at the
beginning of the third act. 48
The composer lived in Venice twice in 1882 and
then on his last journey ever. He was not a resident
of Venice by birth but, so to speak, by death. Death
in Venice: he died on 13 February 1883 at the Vendramin-Calergi Palace on Canal Grande. As John
Norwich noticed with thinly concealed irony: For him
death in Venice would be fitting. 49
There are two reasons for the greatness of the
Wagner e Venezia record and my delight with it. The
first is an intelligent and original concept for a crea­
tive lesson about the music. The pianist Uri Caine
rearranged fragments of Wagner scores, i.a. Tristan,
Lohengrin, Tannhäuser, and The Master-Singers of N u­
remberg for a string quartet and a piano with the addi­
tion of an accordion (sic!). In other words, for a café
ensemble. Contrary to appearances, this decision is by
no means frivolous nor is it brutally iconoclastic. It is,
140

however, well aware of the provocative game played
with tradition. 50 Caine admitted that he wanted to
transpose the bombastic texture of Wagner’s music
into a lighter form so as to extract the qualities em­
bedded in it: beauty and kitsch, harmonising so well
with the popular image of Venice. 51 He achieved a
brilliant de-construction (I firmly stress the creative
momement) of Wagner’s massive works. The modest
sound texture, the chamber instrumentarium resound
with intense lyricism, but also with the sentimental
frosting of certain Wagnerian compositions. This is
not an accusation - I am simply stating a fact. Here,
the musicians oppose Nietzsche’s oft-cited malicious
opinions about the chronic decadence and morbidity
of Wagner’s music.
The effects? It suffices to listen to Liebestod, ex­
cellently rendered by Mark Feldman’s violin, or the
beautifully performed overture to Lohengrin. Just as
overwhelming is the Ride of the Valkyries executed by
violins chiefly in the pizzicato technique, thus altering
those kilos of sound from the original score into deli­
cate tulle. In turn, the unorthodox use of an accordion
introduces a distinctly ironic distance.
The second reason concerns an ostensibly sec­
ondary issue, that of the site of the recording. In this
case, it turned out not be minor. A small part of the
record was made at the Metropol Hotel along Riva
degli Schiavoni, but predominantly in the Wagnerian
(naturally, shared with Byron, Balzac, Proust...) Gran
Cafe Quadri! More important, this is a live recording,
a circumstance that cannot be over-estimated. The
project was clearly concerned not only with histori­
cal deconstruction, but also with taking into account
the authentic emotions of the listeners and register­
ing them on the recording together with the genuine
sounds of the Venetian phonosphere. Already the
very beginning of the record is excellent: unidenti­
fied murmurs, partly heard voices, individual instru­
ments, the sound of a water glass or a wineglass; after
a longer while, without any previous preparation, this
magma produces the beguiling Liebestod cantilena.
The closing fragment of the overture to The Master­
Singers of Nuremberg is simply a miracle: the last echo
of the string instruments is overlaid by an increasingly
powerful chime of bells from a nearby campanile! Such
effects cannot be planned - they are a blessed occur­
rence or a wonderful decision of fate.
All this is the reason why for several years I have re­
garded Wagner e Venezia - always as an entity together
with its iconographic side -as the most incredible and,
from another viewpoint, the most credible evocation
of Venice. This is a time machine strongly affecting
the senses, a poignantly intensive creation of the space
in which one would like to reside. Listening to s u c h
Wagner I allow myself to be seduced and transported
in time already from the very first sounds. Nostalgia

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

is the child of memory and desire. Due to the mel­
ancholic hue and dominating sadness it has much in
common with melancholy but is not tantamount to it.
Melancholy is prone to enclosure within a chalk circle
of depression and contemplation. Nostalgia, on the
other hand, contains motion to the outside. Nostalgia
is an emotional movement with a dual nature: it in­
cludes the initial sweetness of returning (nóstos) to the
place of longing and the final bitterness of recognising
(álgos) the situation in which we actually are. Yes, for
a moment all is beautiful, but when the last sounds
grow silent the dream comes to an end. Puddles out­
side the window are not Venetian canals.

4.
The more intensely I think about it the more of­
ten I experience a curious thought: perhaps Venice
is present the most when it is not longer next to us.
When it is not an object of direct perception, but
emerges from tempus praesens and changes into the
past tense. When it withdraws and becomes separated
from us with an invisible windowpane. It settles down
in dark niches of memory and waits, to return in a
reminiscence, sometimes unexpected and puzzling,
caused by a banal event such as an uneven pavement
(the case of the narrator of In Search of Lost Time) or
a familiar sequence of sounds. It is then that memory
becomes a magnifying glass enlarging our emotions
and imbues the phantom image with the density of a
real vision. We see, therefore, a strangely clear image,
a sui generis distillate, a world devoid of accidental ad­
ditions characteristic for the "here and now” percep­
tion. This is an astonishing paradox: the unreal begins
to exist more intensely than the real. It is the present
that becomes illusion.
Venice, just as Nietzsche wished it to be, is mu­
sic. But he forgot to add that it is also another name
for nostalgia. A perfect synonym. Venice, the adopted
homeland of many, 52 is longing enclosed in stone. A
longing for home, although
the latter is strange, stands on water, and everyone
arranges it according to his wishes and expectations.
Here is a photograph taken probably in 1991. An
October morning. A chill from the lagoon. The sky,
all tattered shades of grey, resembles pigeon feathers.
I sit at a table in Quadri, with my trousers rolled up,
because the square is full of water. Venice is flooded,
with water at knee level. Behind me, in blurred con­
tours, a piano trio is playing. I keep hearing the same
sounds, although indistinct. Something light, probably
a café evergreen, some non-invasive waltz. The space
next to the tables, which resemble moored boats, is
almost empty. The music has totally dissolved itself
in the humid air. This situation is somewhat absurd
and inexpressibly beautiful. The musicians are playing
for no one, or perhaps for the one who will evoke this

insignificant event sometime in the future, but neither
they nor he know this. Right now, I am distant from
that particular moment and myself. When I gaze at
the past perfect - a balding, forty-five year old man 53 I feel strange. The moment was luminescent but I ex­
perienced a lump in my throat. Actually, this is an ap­
propriate reaction. Pursuing his hermeneutic of tears,
composed of aphorisms, Emil Cioran defined Venice
as a town of tears caught between doubts and dreams. 54
If I am not wrong, it is exactly such an ambivalent
experience that Joseph Brodsky wrote about in the last
passage of his Watermark, the most tender of all Vene­
tian elegies on departure: By rubbing water, this city im­
proves time’s looks, beautifies the future. That’s what the
role of this city in the universe is. Because the city is static
while we are moving. The tear is proof of that. Because we
go and beauty stays. Because we are headed for the future,
while beauty is the eternal present. The tear is an attempt
to remain, to stay behind, to merge with the city. But that’s
against the rules. The tear is a throwback, a tribute of the
future to the past. Or else it is the result of subtracting the
greater from the lesser: beauty from man. The same goes
for love, because one’s love, too, is greater than oneself. 55

141

Endnotes
1

H. James, Venice. An Early Impression, in: idem, Italian
Hours, ed. with an introduction by J. Auchard,
Pennsylvania State University, 1992, p. 53. A meticulo­
us analysis of the image of Venice in texts by H. James
in: T Tanner, Venice Desired, Oxford 1992, pp.157-209.
2 J. Brodsky, Znak wodny, transl. S. Barańczak, Kraków
1993, p. 61, 64-64.
3 E. Bieńkowska, Co mówią kamienie Wenecji?, Gdańsk
1999 (further as: CMKW).
4 The rhetoric of the descriptions of painting in this book
is a topic for a separate sketch.
5 In order to become convinced it suffices to compare Co
mowia kamienie Wenecji? with Joanna Pollakówna's
Weneckie tęsknoty, whose major part also deals with
Venetian painting. The difference is fundamental:
Bieńkowska wrote about Venetian painting, but never
neglected a wider perspective: intensive enrootment in
an incomparable cultural-civilizational-aesthetic project
that she considers Venice to have been. Pollakówna, on
the other hand, is much closer to the standard narration
of an historian of art following the biographical entan­
glements of painters and the aesthetic quality of descri­
bed canvases. Cf. J. Pollakówna, Weneckie tęsknoty. O
malarstwie i malarzach Renesansu, Warszawa 2003.
6 M. Merlau-Ponty, Oko i umysł, selected, prep. and intro­
duction by S. Cichowicz, Gdańsk 1996, p. 27.
7 On such aspects of some of Giorgione's canvases - eva­
ding rational analysis - see: George Steiner: I have alre­
ady referred to the enigmas of silence in Giorgione, to
Giorgione’s ability to „paint silence”. I suspect that this par­
ticular gift relates closely to his renditions of duration, of
suspended narrative. Where Giorgione’s song and musical
instruments are involved, the play of duration against time
lies obviously to hand. But how can one account for the
wonderfully translucid presence, vibrato of distinct, though
related, gradations or planes of time in the painting known as

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

8

9
10
11

12
13
14
15
16
17
18
19

20
21

22

23
24

25

The Three Philosophers? By what spiritual-technical
means does Giorgione initimate the muted menace of worldly
time, of time charged with incipient silence so different from
the pastoral-mythological irreversibility of time and the
domination of the continuum in the background of The
Tempest?, G. Steiner, Gramatyki tworzenia, transl. J.
Łoziński, Poznań 2004, pp. 215-216.
On the still insufficiently recognised beginnings of
Venice cf. G. Benzoni, The Art of Venice and Its ‘Forma
Urbis', in: Venice. Art &amp; Architecture, ed. G. Romanelli,
Koln 1997, pp. 12-13; J. Morris, The World of Venice,
New York 1988, pp. 17-20; W Szyszkowski, Wenecja.
Dzieje Republiki 726-1797, Toruń 1994, pp. 6-9.
G. Steiner, op. cit., p. 31.
H. G. Gadamer, Aktualność piękna. Sztuka jako gra, sym­
bol i święto, transl. K.Krzemień, Warszawa 1993, p. 43.
At this stage I apply the concept introduced by Vladimir
Toporov, who in his dazzling reconstruction of the image
of St. Petersburg in Russian literature applied the term:
’’the St. Petersburg text” to designate all statements
pertaining to the town. "The Petersburg Text" is not an
ordinary mirror of the town, enhancing the effect. It is a
construction with whose assistance one achieves a transition
a realibus ad realiora, a transformation of material reality
into spiritual values, cf. V. Toporov, Idea petersburska w
historii Rosji. Petersburg-Moskwa, in: idem, Miasto i mit,
selected, transl. and introduction by B. Żyłko, Gdańsk
2000, pp. 49-50. In the footnotes Toporov also mentio­
ned the St. Petersburg-Venice paralell known in Russian
literature.
The Autobiographies of Edward Gibbon, ed. J. Murray,
London 1896, p. 268.
M. Mc Carthy, The Stones of Florence and Venice
Observed, London 1972, pp. 174-175.
R. Debray, Contre Venise, Paris 1995, p. 22.
Ibid., p. 23.
S. Bayley, Whose Venice do we want to preserve? And why,
when, “Independent”, 14 April 2004.
Cf. F. T Marinetti, Against Past-Loving Venice, in: idem,
Selected Writings, London 1972.
S. Bayley, op. cit.
The original appeared in a periodical issued in Munich:
Der Kunstwart, Halbmonatsschau über Dichtung, Theater,
Musik, bildende und angewandte Kunst. Translation into
the Polish in: G. Simmel, Most i drzwi. Wybór esejów,
transl. M. Lukasiewicz, Warszawa 2006, pp. 177-183.
Further as: MiD, with the page number.
Cf. French edition: G. Simmel, Rome, Florence, Venise,
transl. Ch. David, Paris 1998.
Lukacs described Simmel's miniatures of cities as excellent
examples of "Impressionistic philosophy”, i.e. a method in
accordance with which the author attained the intended
effect with several rapid movements of the pen; cf. Ch.
David, Notes sur l’impressionnisme philosophique de Georg
Simmel, in: Simmel, Rome, Florence Venise, p. 57.
The outlines of this dispute were skillfully reconstructed
by, e.g. M. Rzepińska, Historia koloru w dziejach malar­
stwa europejskiego, Kraków 1983, second edition, pp.
272-289.
M. McCarthy, op. cit., p. 174.
P. van der Meer de Walcheren, Dziennik nawróconego,
transl. Z. Starowieyska-Morstinowa, Kraków 1982, p.
61.
G. Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą 1973-1979,
Warszawa 1990, pp. 217-218.
142

26 Y. Andrukhovych, Perwersja, transl. O. Hnatiuk and R.
Rusnak, Wołowiec 2003, p. 59, 61(here: transl. and
introduction by Michael M. Naydan, Northwestern UP
2005, p. 52, 54). Further as: P together with page num­
ber.
27 Mentioning the origin of the novel and difficulties with
finding a suitable language Andrukhovych particularly
underlined the enormity of Venetian logorrhoea: During my
first stay in Venice - in 1992, when I spent only 16 hours
there - I promised myself that one day I shall write a
Venetian novel. For many years I grappled, rejecting succes­
sive ideas and was terrified by the awareness that Venice has
been the topic of quite a few novels. Who needs another one?
Finally, I discovered a suitable form; Srebrny sygnet. Z
Jurijem Andruchowyczem rozmawiaJan Strzałka, ’’Tygodnik
Powszechny”, no. 32:2003.
28 The words uttered by Perfetsky in the interview can be
recognised as an expression of the convictions harbo­
ured by Andrukhovych: Will there be a book about Venice?
- That would really be a crazy idea! To write about Venice?
Can you write anything else about Venice? After thousands
upon thousands and thousands of the pages already written?
No, I’m nobody’s fool. Sorry. [P 244]
29 The semantics of personal names in the novel as well as
the extraordinary invention of Andrukhovych's termi­
nology are material for a separate essay.
30 Much seems to indicate that this concept, at first glance
purely literary, was preceded by an original model. An
opera by Harrison Birtwistle: The Masks of Orpheus,
premiered in 1986. It took ten years to write and the
author of the extremely bombastic, and pretentious
libretto, convoluted to the limits of the absurd, was one
Peter Zinovieff! It does not take much to see his reflec­
tion in Kulikoff and the paranoiac libretto of Orpheus in
Venice as a parody of the irritating grandiloquence of The
Masks of Orpheus. Competent commentaries by musico­
logists on the opera by Birtwistle-Zinovieff additionally
confirm the above supposition: This work represents the
conception of the twentieth-century total theatre. (...)
Zinovieffs libretto alone totals almost seventy pages and
contains, alongside the main text of the three acts, a copious
commentary by the author, a detailed description of the
structure of the work, an explanation of the nature of the
rites, a description of the stage design together with drawings,
numerous tables showing the construction of the acts and
scenes as well as an appendix containing the principles of the
“Orphic language”, cf. Z. Helman, Metamorfozy mitu
Orfeusza w muzyce scenicznej XX wieku, in: Mit Orfeusza.
Inspiracje i reinterpretacje w europejskiej tradycji artystycz­
nej, ed. S. Żerańska-Kominek, Gdańsk 2003, pp. 292­
293. This is a rather neutral description but already the
author of a monograph about the musical transforma­
tions of the myth of orpheus was less kind and wrote
outright that Zinovieff's libretto read as a dramatic work
may seem pretentious as well as confused, W. Mellers, The
Masks of Orpheus. Seven Stages in the Story of European
Music, Manchester 1987, p. 168.
31 This was the name granted to Venice by the historian W
H. McNeill, depicting the town on the lagoon as a cen­
tre in which Western culture met the Eastern element
and a place where thoughts, ideas, commodities, etc.
flowed in two directions across the centuries Cf. W. H.
McNeill, The Hinge of Europe, 1081-1797, Chicago and
London 1974.
32 A. Malczewski, Pieśń masek, in: Maski, selection, prep.

�D ariusz C zaja • FRAGMENTS OF THE VENETIAN DISCOURSE

33
34

35
3(5

37
38
39
40
41

42
43
44

and ed. M. Janion and S. Rosiek, Gdańsk 1986, vol. 1,
p. 7.
Debray, op. cit., p. 11.
By way of example: an almost bottomless treasury of
secondary words, banalities, and obvious statements
about Venice is Erika Jong's Serenissima (transl. E.
Horodyska, Wrocław 1992). This book, supposedly
admired by enthusiasts (although it is hard to believe
this) looks like it was appears to be constructed accor­
ding to a “do-it-yourself” kit supplied to the author; all
the elements used to portray the town are ready-made.
Here is a brief fragment from the very opening: City of
plagues and brief liaisons, city of lingering deaths and incen­
diary loves, city of chimeras, nightmares, pigeons, bells. And
so on, to tire very end. Reading; this book prior to beco­
ming familiar with Perverzion is highly instructive and
cognitively enriching. I guarantee that the fun will be
even greater.
A. Tarkowski, Scenariusze, vol. II, Warszawa 1998!,
pp.103-104.
Tarkovsky's notes in his Diaries, dating from tire time he
was working on the film, make it possible to propose el
rather trivial but probable reason: money. A considera­
ble part of the notes, apart from remarks about the pro­
gress made on the screenplay, also de scribes the struggle
waged by both authors - Tarkovsky and Tonino Guerra
- to obtain funds, rhe necessity of7eliminating; certain
scenes prom thf film or their reduction, etc. Cp. A.
TaAuwzki, Dzienniki, transl. and prep. S. Kuśmierczyk,
Warsznwa 1998, pp. 190-276.
¿Ay. Tarkowski, Scenariusze, p. ce4.
Ibid., p. 103.
L. Batk’n, Czym jest nostalgia?, ’’Kwartalnik Filmowy?”
n°. 9-10:1995, p. 2-2.
Z. Benedyktowicz, Powrót do domu. Tarkowski i Kantor,
’’Kfnteksty” no. 2:i008, pp.14-27.
Listen to this quartei in a unique performance by? the
Belcea Quartet (B. Britten, String Quartern 1.2&amp;3&gt;, 3
Divertitmenli, EMI 7243 5 59i68 2, 2005)
F. N ietzsche, Ecce homo. Jak się stajemy tym, caym jeste­
śmy, Kraków 2002, p. 59.
Ibid.
Ph. Sollors, Dictionneire emoureux de Venise, Paris 2004,
p. 460.

143

45 The intuitions of Bohdan Pociej about the Adagietto
contain an even more apt reflection on the merge of the
introduction from Death in Venice and the accompanying
sound: In this scene the entire epic-dramatic symphonic
quality is supplanted by the pure expression of beauty suffu­
sed with love. Here music and its melodic speech are gover­
ned (...) by the fluid rhythm of emotion, a delicately swaying
movement ceased by a sigh and swelling with intense longing
for completeness. This is an expressive mirage of happiness,
painful due to its elusiveness, B. Pociej, Szkice z późnego
romantyamu, Kaaków 1978, pp. 121-122.
46 Uri Caine Ensemble, Wagner e Venezia (Winter&amp;Winter
910 013-P, 1997).
47 Since in The Venice Text everything is connected, it
reems suitaple to mention upon this occarion that the
book: Co mówią kamionie Wenecji (see: chapter I? begins
with a compariion of the view of the town with reality,
and thee gaze of the tourist is focused on San Giorgio; in
turn, the conference about the post-carnival nonsense
of7the world (see: chap ter III) takes place on the game
riland...
48 R. Wegner, Mein feben, Munchfn 19 11, vol. H, p. 684.
49 j. J. Norwieh, Paradise of Citi6s. Venice and Its NinatMenthcentuty Visitors, London 2003, p. .41.
50 Caine treated in a similar way - and with an equally
axcellent outcome - music by Mahler, cf. Gustaw
MahlerfUri C aine, Primal light (Winter&amp;Winter, 910
004-2, 1997). Admittedly, the method applied in both
recordings did not e’ways paus ehe test, for mstance, in
Bach's T he Goldberg Variations g inter&amp;Winter, 910
054-2, 2000); here, Caine's raconstructions proved
totally? unconvmcing.
51 Cf. M. Zwerin, An ‘interpretive musicologist’ takes on
MaWer. Rri Ccine, the classioal jazzman, “International
Herald Tribune”, 13 February 2002.
52 °immel wos so wrong to write with distaste: although our
soul can thus find in Venice an adventure, it cannot build a
home, Simmel, IMostj drzwi, p. 183.
53 Actually, 47 years old, but as we know one should never
interfere with quotations!
54 E . Cioran, Święci i łzy, tranrl. and preface by I. Kania,
Warszawa 2003, p. 140.
55 J. Brodski, Znak wodny, transl. S. Barańczak, Kraków
1993, p. 105.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10219" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10197">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/c5efc3f3262e260d020d8bb4db40c120.pdf</src>
        <authentication>956d5e5cbd99a810caae51def551983a</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121499">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3261</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121500">
                <text>1986</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121501">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3056</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121502">
                <text>Rodzina wiejska na Podlasiu - według tygodnika "Przyjaciółka" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1986 t.40 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121503">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1986 t.40 z.3-4, s.149-156</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121504">
                <text>Czaja, Dariusz; Robotycki, Czesław</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121505">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121506">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121507">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="121508">
                <text>I

Dariusz Czaja, Czesław Robotycki

R O D Z I N A WIEJSKA N A P O D L A S I U TYGODNIKA

WEDŁUG

„PRZYJACIÓŁKA"

Niezbędny w s t ę p

pozaliteraokich,

działanie

samego przekazu

literackiego,

t e m u z n a k ó w l i t e r a c k i c h i jego w e w n ę t r z n y c h
Tygodnik

„Przyjaciółka"

w h i s t o r i i polskiej k u l t u r y

mv

sowcj jest zjawiskiem w y j ą t k o w y m . Ukazuje się bez d ł u ż s z y c h

reguł."

6

n i e b e z p i e c z e ń s t w o , to pokusa kreowania r z e c z y w i s t o ś c i ,
ny fikcji

sys­

Drugie
zamia­

w quasi — r e a l n o ś ć poprzez u ż y c i e c h w y t ó w p r o z y

przerw od 1948 r o k u i od tego czasu znajduje wielu c h ę t n y c h

dokumentarnoj i wiedzy zdobytej s k ą d i n ą d n i ż w s k a z y w a ł a b y

c z y t e l n i k ó w . W e d ł u g o b l i c z e ń s p e c j a l i s t ó w w latach 1950 —• 1957

na to t r e ś ć t e k s t ó w . M o g ą t u w c h o d z i ć w g r ę pewne

ogólna, liczba c z y t e l n i k ó w t y g o d n i k a w y n o s i ł a ponad

d y d a k t y c z n e l u b z a m i a r y socjotechniczne.

nów.

1

6 milio­

P ó ź n i e j s z e c z ą s t k o w e badania z r o k u 1960 w y k a z a ł y , że

..Przyjaciółka"

jest j e d y n y m t y g o d n i k i e m masowo

czytanym

intencje

I też w t y m przy­

p a d k u w a r t o p r z y t o c z y ć zdanie badacza, k t ó r y pisze:,, (...) zwa­
ż y w s z y j e d n a k dystans j a k i dzieli zawsze zamierzenie o d rea­
„skrępowana

wy­

kowska, „ p r z e z n a c z o n e dla c z y t e l n i k ó w na n i ż s z y m poziomie k u l ­

t y c z n y m i " i ś w i a d o m a w ł a s n e j p o l i t y k i redakcja nie jest

dos­

t u r a l n y m " przez l a t a całe m i a ł o n a j w i ę k s z y n a k ł a d ,

tatecznie ś w i a d o m a charakteru ostatecznego p r o d u k t u swej dzia­

w środowisku wiejskim.

2

Pismo t o , j a k pisze A n t o n i n a K ł o s -

i najbardziej z r ó ż n i c o w a n y k r ą g o d b i o r c ó w .

3

M i m o , że z czasem

p o j a w i ł y się pisma k o n k u r u j ą c e z „ P r z y j a c i ó ł k ą "
podobne

najszerszy

wypełniające

o d c i n k i czytelniczego h o r y z o n t u ( „ P a n o r a m a " ,

„Ko­

bieta i ż y c i e " i t p . ) tej u d a ł o się z a c h o w a ć swój charakter i p u ­
bliczność.

Żywotność

t y g o d n i k a zadziwia i k a ż e

etnografowi

z a t r z y m a ć się czasem n a d t y m t y t u ł e m . Potrzebne n a m

dalej

stwierdzenia o charakterze czasopisma, j a k i m i a ł o ono przez la­
ta, czerpiemy z socjologicznych analiz A n t o n i n y

lizacji, trzeba

Ponieważ

nie zamierzamy

d o k o n y w a ć analizy

rauterystycznyeh jego a r t y k u ł ó w , w y k o r z y s t u j e m y t u

czno — p r o d u k c y j n e g o m o d e l u r o d z i n y z l a t 1951 i m o d e l u l a t
następnych",

7

W s z y s t k i e p o w y ż s z e t r o p y w s k a z u j ą w y r a ź n i e , że n a t r a f i m y
w „ P r z y j a c i ó ł c e " n a rzeczy, k t ó r e etnografa zawsze b ę d ą i n t r y ­
g o w a ł y a mianowicie n a ś l a d y m i s t y f i k a c j i

i mityzacji.

wnioski
4

T y g o d n i k „ P r z y j a c i ó ł k a " m a przede w s z y s t k i m perswazyjny
i d y d a k t y c z n y charakter. Ś w i a d c z ą o t y m о Ь ^ л м л е d z i a ł y pisma,
p o ś w i ę c o n e poradom, listom c z y t e l n i k ó w , felietony o ,,życiow~yeh"
Te

„ Ż y c i e o w o c u j ą c e " — opowieść o rodzinie z Podlasia

treści

socjologów o d s y ł a j ą c po szczegóły do prac wspomnianej a u t o r k i .

specyficzny d z i a ł literacki.

„Przyjaciółki"

w p e ł n i z d a w a ł a sobie s p r a w ę z k o n t r a s t u swego p o z y t y w i s t y -

Kłoskowskiej,

c a ł y c h r o c z n i k ó w czasopisma a wskazujemy na jeden t y l k o z cha-

problemach i bardzo

najbardziej

ł a l n o ś c i . W y d a j e się w ą t p l i w e a b y n p . redakcja

badaczki, k t ó r a niejednokrotnie z a j m o w a ł a się p o l s k ą p r a s ą po­
pularną,.

u z n a ć , że nawet

rozbudo­

A r t y k u ł y t r a k t u j ą c e o w s i , ż y c i u w i e j s k i m , r e p o r t a ż e rołacjonująco

dzieje c h ł o p s k i c h r o d z i n , m ó w i ą c e o i c h d n i u

dzi­

siejszym n a l e ż ą do s t a ł e j p r o b l e m a t y k i t y g o d n i k a . M o ż n a więc
przez kolejne r o c z n i k i śledzić e w o l u c j ę ale i t r w a ł o ś ć redakcyj­
nej f o r m u ł y w poruszaniu t o m a t ó w wiejskich o s c y l u j ą c y c h wo­
k ó ł z a g a d n i e ń funkcjonowania r o d z i n y .
W r o k u 1983 u k a z a ł się tekst z a t y t u ł o w a n y „ Ż y c i e o w o c u j ą ­
8

wano d z i a ł y skutecznie p e ł n i ą c e swoje podstawowe funkcje —

ce".

fatyczną

o dziejach c h ł o p s k i e j r o d z i n y z Podlasia. Tekst, k t ó r y nas zain­

i k o n a t y w n ą — grają

jeszcze j e d n ą rolę w a ż n ą dla

Z a r t y k u ł u w s t ę p n e g o d o w i a d u j e m y s i ę , że jest to o p o w i e ś ć

całościowego o d b i o r u pisma. T e k s t y w n i m zawarto czytane s ą

t e r e s o w a ł , w t y m ż e .artykule w s t ę p n y m , z o s t a ł zaliczony, wraz

z przekonaniem,

z i n n y m i , do rodzaju w s p o m n i e ń p o z w a l a j ą c y c h o c e n i ć p r z e b y t ą

że s t a n o w i ą

ono zapis r z e c z y w i s t o ś c i , zwier­
Kłos-

w s p ó l n ą d r o g ę i p o w i n i e n t e ż u p r z y t o m n i ć m ł o d y m ogrom spo­

k o w s k a i co dla nas n a j w a ż n i e j s z e , t a k odbierana jest t e ż część

łecznego wysiłku włożonego w rozwój kraju. W t y m samym nu-

l i t e r a c k a pisma zajmująca, mniej więcej ó s m ą część jego o b j ę ­

merzo znajdziemy więc t a k ż o wspomnienie z w a k a c j i w zrujno­

c i a d ł o ż y c i a . T a k i e nastawienie

tości.

5

R e p o r t a ż , felieton,

czytelnicze potwierdza

opowiadanie, nowela, fragment

po­

wieści to jest t o w ł a ś n i e , зо czytelnik „ P r z y j a c i ó ł k i " p r z y j m u j e

wanej Warszawie i r e p o r t a ż o hucie i m i e ś c i e Stalowa

Wola.

Poza t y m s t a ł e r u b r y k i p r z y n o s z ą felietony na aktualne t e m a t y

t a k samo j a k p o r a d y k u l i n a r n e , prawne, m o d ę czy t e ż odpo­

z ż y c i a s p o ł e c z n e g o k r a j u oraz w y p e ł n i a j ą c e p o ł o w ę pisma po­

wiedzi

r a d y , l i s t y , ciekawostki, m o d ę i t d .

na rozpaczliwe l i s t y czytelniczek porzuconych, b r z y d ­

k i c h , samotnych, w y k o r z y s t a n y c h czy jeszcze inaczej, na t y ­
s i ą c s p o s o b ó w j a k i e niesie ż y c i e , s k r z y w d z o n y c h .
Charakter t y g o d n i k a i czytelnicze nastawienie o j a k i m w y ­
żej p o w i e d z i e l i ś m y t o podstawa k s z t a ł t o w a n i a się zmityzowanej
r e a l n o ś c i w ś w i a d o m o ś c i c z y t e l n i k ó w , dla k t ó r y c h t r e ś ć „ P r z y ­
j a c i ó ł k i " jest w a ż n y m ź r ó d ł e m

P o n i e w a ż w a r s t w a j ę z y k o w a o k a ż e się nie mniej w a ż n a dla
zrozumienia t e k s t u niż jego strona fabularna, i t r e ś c i o w a , m u ­

wiedzy o świecie. P o w s t a j ą

tu

n a d t o dwa inne n i e b e z p i e c z e ń s t w a. Jedno, to z ł u d z e n i e jakiemu

s i m y s t r e ś c i ć a r t y k u ł p o s ł u g u j ą c się d ł u ż s z y m i c y t a t a m i . W tek­
ście w y r a ź n i e d a j ą się w y o d r ę b n i ć t r z y części.
.Partie p o c z ą t k o w o w p r o w a d z a j ą c c z y t e l n i k a w ś w i a t przed­
stawiony zawiązują

a k c j ę i są w s t ę p n ą p r e z e n t a c j ą

głównych

bohaterów:

u l e g a j ą dziennikarze przekonani o zaufaniu czytelnika. Polega

„ D z i s i a j p a n Mieczyk

ono na p r z e ś w i a d c z e n i u , że t-tosow^ane przez n i ' l i formy i zabiegi

k u c h n i , chleba kupnego z m l e k i e m p r z e k ą s i ł , plaster boczku prze-

litomekie nie p o d w a ż a j ą

rastawego na sma,k w z i ą ł , p o k r ę c i ł się t r o c h ę po o b e j ś c i u a. po­

w y m o w y ich t e k s t ó w j a k o ś w i a d e c t w a

w s t a ł o czwartej, ogolił się, z a s z e d ł do

r z e c z y w i s t o ś c i z a p o z n a j ą c j e d n ą z tez se'-jok&gt;'*ii l i t e r a t u r y , k t ó r ą

t e m p o s z e d ł b u d z i ć swego syna, A n t o n a . A n t o ś , rocznik 1946,

t a k referuje Stefan Ż ó ł k i e w s k i : ,,(,.,) z analiz

l i t e r a t u r y jako

c h ł o p j u ż na d w u d z i e s t u hektarach osobiście nie obudzi się i n i e

d o k u m e n t u n a l e ż y w y k l u c z y ć n a i w n y realizm poznawczy, wiarę

b u d z o n y s p a ć b ę d z i e c h o ć b y do d z i e s i ą t e j . A w s t a w a ć trzeba bo

w b e z p o ś r e d n i ą w y m o w ę ś w i a d e c t w a , jego n e u t r a l n o ś ć i prze­

r o b o t y h u k . Trucie s t o n k i n i k a r t o f l a c h czas d o k o ń c z y ć , ma­

z r o c z y s t o ś ć w stosunku do z a m i e r z e ń a n a l i t y c z n y c h . Tekst l i ­

c h i n y piekelno w tej nowej oborze p o u r u c h a m i a ć ,

bo

teracki jest dokumentem

z r y ć , p i ć i doić się c h c ą , t r a k t o r wczoraj na części

rozebrany

zjawisk pozaliterackich t y l k o

przez

krowy

pryzmat praw i p r z y m u s ó w właściwych strukturom literackim.

do k u p y koniecznie z ł o ż y ć bo j a k ż e bez siły p o a i ą g o w e j w g o s ­

Trzeba zawsze u w z g l ę d n i a ć m o d y f i k u j ą c e informacje o faktach

podarstwie... (...) P a n u Mieezykowi owa т а з г у п а od dawna j u ż

14Э

�się nie podoba i dlatego u w a ż a , że najlepiej b y b y ł o j a k b y A n t o ś

w y s t a w i a l i w remizie. M ó w i ę j a do niego — ot jest dla ciebie

w y m i e n i ł j ą n a p a r ę ż w a w y c h k o n i k ó w . I przyjemnie p o p a t r z e ć

s p o s o b n o ś ć ż o n k ę d o b r a ć . U b i e r a j się i i d ź . I wiesz p a n i co o n

i z a s ł u g a u Boga d u ż a bo d y m o m z k o m i n a j e m u w niebo nie

z r o b i ł ? P o s z e d ł ale b y n a j m n i e j nie na dysko t y l k o o b o r n i k rzu­

k o p c i (...). Poza t y m , cóż on, p a n Mieczyk m o ż e d o r a d z i ć . T o ż

c a ć . M y ś l ę sobie — Mieczyk, n a d e s z ł a t w o j a godzina. U b r a w s z y

i gospodarka c a ł k i e m inna. U niego b y ł a t a k a p r a w d z i w a , t r o c h ę

się w g a r n i t u r , koszula b i a ł a , k r a w a t p o d c h o d z ą c y , p o j e c h a ł

k r ó w e k , t r o c h ę ś w i n o k , p t a c t w a domowego ze dwie k o p y . (...)

sam d w ó k ó ł k ą szczęścia dla syna s z u k a ć (...)•"

U pana M i e c z y k a b u d y n k i gospodarcze b y ł y j a k trzeba — chlew,

Dalej m a m y opis p o b y t u pana M i e c z y k a na dyskotece. Zna­

obora, stajnia. Ale A n t o s i o w i nie s p o d o b a ł y się. I w y s t a w i ł obo­

lazł t a m

rę a p a r t a m e n t o w ą

nie za d u ż a , nie za m a ł a , w sam r a z " — i oto

dem, pod

można

powiedzieć. K r o w y

stoją

t y ł k i e m m a j ą s p e c j a l n ą t a ś m ę i t y l k o na

tam
tę

rzę­
taśmę

ja

odpowiednią

kandydatkę

dla

syna —

..blondynka,
konsekwencjo:

,,(...) po d w ó c h m i e s i ą c a c h w y s z ł y z a m b o n y ich zapowiedzi".

z a n i e c z y s z c z a j ą się. Nigdzie indziej i m nie wolno. P o i d ł a auto­

M a ł ż e ń s t w o o k a z a ł o się udane o c z y m t a k m ó w i p a n

m a t y c z n e l a t a j ą i m n a d g ł o w a m i , d o j a r k i t e ż automatyczne do­

, , ( . . . ) I szczęśliwie się stało, bo dziewczyna dobra i m i ł a i żyje

j ą , ani to w y g o d y k r o w a nie ma i na dodatek c z ł o w i e k a nie og­

się i m po b o ż e m u , j a k najbardziej. M a l u c h y j u ż c h o d z ą po świocie

ląda.. (...) U m n i e wspomina p a n

Mieczyk, b y ł a k r o w a . To

ja

i

chłopak,

i dziewezjmka, j a k

Mieczyk:

trzeba. Znaczy zabezpieczenie

p o d c h o d z i ł do niej z szacunkiem i uczuciom. N a k a r m i w s z y , po­

osobowe jest. A n i u n i c l i żadnj^ch d y s k u s j i , ani na ten p r z y k ł a d

g ł a d z i w s z y zawsze p o w i e d z i a ł j a jej słów p a r ę ż y c z l i w y c h a ona

kłótni (...)."

mnie m l e k i e m się w y w d z i ę c z a ł a . N a z w a ł e m j ą nawet t a k samo

W y ł o m e m w s p o k o j n y m ż y c i u r o d z i n y s t a ł o się sprowadze­

j a k na i m i ę m i a ł a j a ś n i e p a n i dziedziczka, Melania, to b y ł a k r o ­

nie przez starszego syna pana Mieczyka, o k t ó r y m w i e m y t y l k o ,

wa ( . . . ) . "

że osiedlił się na Ś l ą s k u , p a n i c h c ą c e j s p ę d z i ć wakacje na wsi.

Część druga eksponuje koleje ż y c i a pana Mioczyka, jogo sta­
wanie się gospodarzem. Zawiera ona szereg detali etnograficznych:

Jej

aparycję, poglądy i działania burzące uświęcony

p o r z ą d e k t a k opisuje p a n

rodzinny

Mieczyk:

„ U r o d z i ł się p a n Mieczyk w dworskich czworakach. I z b ę zaj­

„(...) p r z y w i e ź l i ze s o b ą n a wywczas, no (...) d e l i k a t n i e m ó w i ą c

m o w a ł piec t a k w i e l k i , że z t r u d e m mieścił się t a m jeszcze stół

o s o b ę (...). D z i w n e babsko j a k i e ś . Nie m ł ó d k a , bo t a k po czter­

z b i t y z desek, ł a w a , d w a k u f r y na odzienie. D o s i ó d m e g o r o k u

dziestce zdrowo, wysztafirowana, włos n a j e ż o n y , o k u l a r y na no­

ż y c i a p a n Mieczyk s y p i a ł na piecu, razem ze s w o j ą b a b k ą . S k o ń ­

sie i bardzo podobno k s z t a ł c o n a (...) zamiast w y l e g i w a ć się na

czywszy siedem l a t , p r z e n i ó s ł się j u ż na klepisko, na siennik w y ­

s ł o n k u , z a c z ę ł a ona p r z e w r a c a ć w głowie naszej J u l i s i ,

pchany słomą.

synowej (...) słyszę j a k ona jazgocze i jazgocze (...) p a n i J u l k o

D o siedmiu l a t p a s a ł p a ń s k i e k r o w y n a

pas­

t w i s k a c h , a p o t e m j u ż chodził z m a t k ą do r o b o t y w p o l u ,

do

p a n i nie

może przejmować

na

siebie całej

naszej

odpowiedzialności

kopania, żęcia, pielenia. W l a t a c h m ł o d z i e ń c z y c h z o s t a ł p a n M i e ­

z w i ą z a n e j z w y c h o w a n i e m dzieci. Dzieci w ogóle nie w i d z ą ojca.

czyk fornalem.

Kto

(...) Usposobienia pan

Mieczyk

był

wesołego,

w i d z i a ł ż e b y p a n i r o b i ł a p r z y n i c h absolutnie wszystko.

przez co p o d o b a ł się l u d z i o m a j u ż nadzwyczajnie wprost wszyst­

A gdzie p a r t n e r s t w o ? M u s i p a n i ż ą d a ć tego o d m ę ż a (...). W r e ­

k i m o k o l i c z n y m p a n n o m . Szczególnie jednej takiej w p a d ł w oko.

szcie t a k dziewczynie w głowie p r z e w r ó c i ł a , że t a w b i a ł y , ż n i ­

Pelagia się n a z y w a ł a i b y ł a g o s p o d a r s k ą c ó r k ą . Ojciec jej m i a ł

w n y , g o r ą c y d z i e ń do fryzjera do miasteczka p o j e c h a ł a .

wszystkiego p ó ł t o r e j m o r g i (...) ale f a k t f a k t e m , że do w y ż s z o ś c i

c a j ą one z miasteczka. (...) A n t o ś n a b u z o w a n y chodzi, bo o b i a d

m i e l i p r a w o . (...) T a k czy inaczej p a n u M i e c z y k o w i p r a w a
Pelasi b r o n i l i . Jej

do

nie u g o t o w a n y , dzieci bez m a t c z y n e j opieki, w p o l u r o b o t a p a l i

nie

się. S ł o w a nie m ó w i . A wieczorem co j a w i d z ę ? Julisia p o d u s z k ę

stoi na gospodarskim ka­

z s y p i a l n i m a ł ż e ń s k i e j bierze i do p o k o j u n a stryszek idzie s p a ć .

ojciec m ó w i ł szczeźniesz a mojej c ó r k i

dostaniesz. W kościele b y w a ł o , ona

Wra­

w a ł k u — znaczy po prawej stronie, a pan Mieczyk na

folwar­

(...) N i e w y t r z y m a ł e m (...) P a k u j się p a n i i opuszczaj nas

bo

c z n y m . I znaczy nio b y ł o m o ż l i w o ś c i r ó w n a ć się i m . Sam

pan

nieszczęście na d o m sprowadzisz. O b r a z i ł a się, raz, raz s p a k o w a ł a

B ó g p i l n o w a ł , ż e b y o n i b y l i osobno. N o i nie u p i l n o w a ł .

Pan

i więcej m y jej nie o g l ą d a l i . A J u l i s i ę toż w z i ą ł e m na b o k i dziew­

Mieczyk P e l a g i ę z a b r a ł bez

ko­

czynie w y t ł u m a c z y ł e m , bo to jeszcze m ł o d e i g ł u p i e . Możo i po

szuli m o ż n a p o w i e d z i e ć . I zaczęli m i e s z k a ć razem w czworakach

miastach t a k b y ć m u s i , że c h ł o p y pieluchy p i o r ą , dzieci n i a ń c z ą

ż a d n e g o pozwolenia w jednej

(...). Po wojnie p a n Mieczyk z dworusa s t a ł się n a g ł e gospoda­

i o b i a d j ' g o t u j ą . Ale t u jest wieś i t u o d g ó r n i e i n n y p o d z i a ł zos­

rzem. N a skutek r e f o r m y przydzielono j e m u c a ł y c h pięć hekta­

t a ł naznaczony. A wiesz dlaczego ? A dlatego, że na wsi r o b o t y

r ó w . W jednj-m k a w a ł k u . Mierniczego co z i e m i ę dzielił, pan Mie­

za d u ż o , ż e b y k a ż d ą p r a c ę we dwoje z a c z y n a ć i we dwoje

czyk dobrze ugościć k a z a ł i s ł o n i n k i na d ł o ń grubej w l n i a n ą

c z y ć . (...) A poza, w s z y s t k i m m y ś l ę sobie, że s ą rzeczy m i ę d z y

s z m a t k ę z a w i n ą ć . A c h , j a k pan Mieczyk t ą z i e m i ą cieszył się.

m ę ż e m i ż o n ą , do k t ó r y c h n i k t obcy nie p o w i n i e n się w t r ą c a ć ( . . . ) "

Jak

z niej kamienie w y b i e r a ł , chwasty t ę p i ł . A l e r a d o ś c i b y ł o

n i e d ł u g o . Zaraz z a c z ę ł a się ta c a ł a afera z k o l e k t y w i z a c j ą .

Pan

Mieczyk swojej w ł a s n o ś c i b r o n i ł godnie. Z w i d ł a m i s t a n ą ł i po­

koń­

P r z y w r ó c i w s z y szczęśliwie r o d z i n n ą h a r m o n i ę , p e w n y spo­
k o j u i m a t e r i a l n y c h p o d s t a w dalszego ż y c i a p a n
czas na k o ń c o w ą

Mieczyk

ma

refleksję:

w i e d z i a ł , że on do ż a d n e j s p ó ł d z i e l n i ani ż y w y ani m a r t w y nie

,,(...) p r z y s z e d ł j a na t e n p a d ó ł ziemski j a k o s z ó s t e dziecko for­

zapisze się. Z a b r a l i jego do Siodłec, t a m b y ł p a n Mieczyk

nala z k a t e g o r i ą d w o r u s o w ą z d a w a ł o b y się po wsze czasy. A od­

d w a m i e s i ą c e . A l e co b y ł o p r z e s z ł o m i n ę ł o . (...) Pan

całe

Mieczyk

c h o d z i ć b ę d ę j a k o c h ł o p p e ł n o p r a w n y , co s y n o w i p i ę k n ą gos­

co t r o c h ę g o s p o d a r k ę p o w i ę k s z a ł (...) no i j a k p r z y s z ł o w sie­

p o d a r k ę z o s t a w i ł i c h ę ć do p r a c y na niej. Znaczy nie żył j a na­

d e m d z i e s i ą t y m ó s m y m A n t o s i o w i ziemię p r z e k a z y w a ć , to b y ł o

daremno, i znaczy życie moje b y ł o o w o c u j ą c e . "

co p r z e k a z a ć — z r o b i ł o się tego prawie d w a n a ś c i e h e k t a r ó w ( . . . ) " .
Wreszcie trzecia część, przesycona w e w n ę t r z n ą d r a m a t u r g i ą ,

Tak, po d o k o n a n i u koniecznych cięć, w dopuszczalnym s k r ó ­
cie przedstawia się t r e ś ć a r t y k u ł u . Czas na

analizy.

m ó w i o p e r y p e t i a c h z w i ą z a n y c h z m a ł ż e ń s t w e m syna pana Mie­
czyka — A n t o s i a i dotyczy n a j p i e r w samych poszukiwali ż o n y ,

Podejrzenia: r e p o r t a ż z p a m i ę c i

p ó ź n i e j p r o b l e m ó w m o d e l u rodziny.
,,(...) I dobrze b y ł o , t y l k o jedna rzecz mnie spokojnego snu

za­

Zreferowany w y ż e j tekst o „ o w o c u j ą c y m ż y c i u " m ó g ł b y

n'c-

ż y w a ć nie d a w a ł a . A t o mianowicie, że A n t o ś nie ożenił się do­

j a k o z u r z ę d u z a i n t e r e s o w a ć etnografa. T e m a t jest wiejski a for­

t ą d . (...) T r z a się u s t a t k o w a ć — p o u c z a ł a m a t k a —• i r o d z i n ę

m a r e p o r t a ż o w a sugeruje zapis r z e c z y w i s t o ś c i . P o w o d y , dla k t ó ­

z a k ł a d a ć . K i e d y ż t y z d ą ż y s z n a s t ę p c ó w na g o s p o d a r k ę na ś w i a t

r y c h s t a ł się o n o b i e k t e m analizy z naszej s t r o n y ,

s p r o w a d z i ć , w y c ł i o w a ć , do ziemi p r z y u e z j r ć . (...) A l e co z tego,

poza przedmiot tradj^eyjnio pojmowanej etnografii.

że m y u g a d y w a ł i i k ł a d l i r o z u m do g ł o w y . T o ż od samego ga­
dania synowa w c h a ł u p i e nie p o j a w i

się. (...) Bez

gospodyni

wykraczają

K a ż d y tekst b ę d ą c y zapisem j a k i e j ś r z o c z y w i s t o ś c i , w
wien

sposób ustrukturyzowany, niosący

pe­

t r e ś ć , nasycony zna­

w d o m u n i j a k nic m o ż n a . Mówię ja, j e m u — ż e ń się natychmias­

czeniami, m o ż e s t a ć się p r z e d m i o t e m etnologieznej i n t e r p r e t a ­

t o w o , a on nic. I z d a r z y ł o się t a k , że w s ą s i e d n i e j wsi d y s k o t e k ę

c j i . W s p o m n i a n y a r t y k u ł b ę d ą c y sensownie z o r g a n i z o w a n ą

150

ca-

�łością odznacza się ponadto i n n ą , niezwykle f r a p u j ą c ą

etnologa

t y m co stanowi o jego specyfice jest o k o l i c z n o ś ć , iż musi t o

w ł a ś c i w o ś c i ą . Z jednej s t r o n y , tekst narzuca się o d pierwszej

b y ć zapis r z e c z y w i s t o ś c i z e w n ę t r z n e j wobec a u t o r a i d o ś w i a d ­

c h w i l i c z y t a j ą c e m u , jest a p e l a c j ą ad hominem a zastosowana for­

czonej przez niego w d o w o l n y , b e z p o ś r e d n i s p o s ó b — na p r z y ­

m a skłania, niercfleksyjnie nastawionego

k ł a d rozmoyva,, w y w i a d

c z y t e l n i k a do p r z y j ę ­

— dla f o r m y

monologu. W t y m wy­

cia z a w a r t y c h w n i m t r e ś c i i uznania ich za wiarygodne. Z d r u ­

p a d k u n a p i ę c i e dramatyczne

giej s t r o n y , cechy te p o d p o w i a d a j ą z kolei i n t e r p r e t a t o r o w i z j a ­

cepcji r z e c z y w i s t o ś c i d o k o n y w a n e j przez n a r r a t o r a i c z y t e l n i k a .

ką konstrukcją

t e k s t u m a do czynienia, z d r a d z a j ą c

reportażu

wynika

z różnie

per­

pośrednio

W p r z y p a d k u t e k s t u z „ P r z y j a c i ó ł k i " zachodzi podejrzenie, że

s p o s ó b jogo odczytania. T a d w o i s t o ś ć b ę d ą c a dalej osią rozwa­

nie s p e ł n i a on tego podstayyowego w a r u n k u . Jego a u t o r k a na­

ż a ń t ł u m a c z y zarazem g ł ó w n y p o w ó d zainteresowania się t y m

d u ż y ł a f o r m y g a t u n k u dla pewnej m i s t y f i k a c j i dokonanej w i m i ę

a r t y k u ł e m . N a s z y m zadaniem b ę d z i e p r ó b a jego rozszyfrowa­

dydaktycznego celu t a k charakterystycznego dla togo t y g o d n i k a .

nia. T r o p i ą c elementy n i e ś w i a d o m e u k r y t o za j a w n y m i , obser-

Ta nasza w ą t p l i w o ś ć z o s t a ł a oddana u ż y t ą k o n t a m i n a c j ą :

wowalnymi

p o r t a ż z p a m i ę c i " . Takie yvstepne rozpoznanie nio jest metodo­

treściami

chcemy

i stereotypy m y ś l e n i a autora
Takie

rozumienie

pokazać

mechanizmy

mityza,cji

oraz zasady organizacji tekstu.

etnologicznej

pracy

interpretacyjnej

pomina bardziej d e t e k t y w i s t y c z n e dociekania; sama
na p r z e k s z t a ł c a się t y m s a m y m , z a c h o w u j ą c
cje, w „ e t n o l o g i ę

przy­

dyscypli­

wszelkie propor­

podejrzeń*'.

logicznym bezprawiom jeżeli p o w i e m y , żo p r z y j ę t a
procedura p o s t ę p o w a n i a
neutycznego.

Jego

przez

z b l i ż o n a jest do zasady k o ł a

ogólną

istotę

oddaje

następujący

,,(...) yvidac w y r a ź n i e , że zasada k o ł a hermeneutycznego

wytłumaczenia

cytat:
oznacza

(podstayyę do niej daje n a m n p . t y t u ł , o k r e ś l e n i e

k u ł u wnkazuje jednoznacznie, że m a m y do czynienia z reporta­

rozpoznana

żem.

w i j a m y , uszczegoloyviamy, k o r y g u j e m y — w m i a r ę

spelnia,ć tekst,

by

na

te­

m a t całości u t w o r u u m o ż l i w i a j ą c e j n a m zrozumienie jego części

wymaga, sygnalizowane ś r ó d t y t u ł e m podejrzenie. L e k t u r a a r t y ­
P r z y p o m n i j m y j a k i e w a r u n k i winien

nas

herme-

r o z p o c z ę c i e i n t e r p r e t a c j i o d pewnej hipotezy w s t ę p n e j

Z a n i m przejdziemy do szczegółowej analiz}",

„re­

gatunkowe,

forma,, czasem nazwisko a u t o r a ) ; h i p o t e z ę t ę roz­
zapoznawa­

s ł o w n i k o w a pod­

nia się z tekstem u t w o r u , a n a s t ę p n i e —• jego badania. (...) T r a ­

powiada,, że jest to gatunek „ p u b l i c y s t y c z n o — l i t e r a c k i obej­

d y c j a hermenoutyczna z g r o m a d z i ł a poza t y m szereg r e g u ł , k t ó ­

m ó g ł b y ć o k r e ś l a n y j a k o r e p o r t a ż . Definicja

m u j ą c y u t w o r y o charakterze s p r a w o z d a ń z w y d a r z e ń , k t ó r y c h

re nie m o g ą yvprawdzie u d o w o d n i ć a n i yv p e ł n i zagwarantoyvao

a u t o r b y l b e z p o ś r e d n i m ś w i a d k i e m . (...) ze w z g l ę d u na rodzaj

poprayynej i n t e r p r e t a c j i , p o s i a d a j ą natomiast z jednej s t r o n y w a ­

t e m a t y k i w y r ó ż n i a się r e p o r t a ż s p o ł e c z n o — obyczajowy, pod­

lor heurystyczny i m o t y w u j ą c y , z d r u g i e j — - f a l s y f i k u j ą c y

różniczy", wojenny, s ą d o w y i i n . O charakterze r e p o r t a ż u decy­
duje

stosunek

elementów
1

t e r p r e t a c j i i oceny '.

i n f o r m a c y j n y c h oraz

autorskiej i n ­

9

lub r o z w i a ć

warto zmierzyć

podejrzewany

tekst „ m i a r ą ' ' literackiej teorii r e p o r t a ż u a p a m i ę t a j ą c o charak­
terze

1 4

W s t ę p n e rozpoznanie t e k s t u s u g e r u j ą c e całościowe w r a ż e n i e ,
że m a m y do czynienia z u t w o r e m , k t ó r e g o i s t o t ę oddaje z w r o t
„ r e p o r t a ż z p a m i ę c i " u g r u n t o w u j e bliższe spojrzenie na t r e ś ć ,

Ta s ł o w n i k o w a definicja nie w y j a ś n i a wszystkiego. B y w ą t ­
pliwości uzasadnić

(,..)"

tygodnika, „ P r z y j a c i ó ł k a "

miarę należy stosować

formę i język inkryminowanego reportażu.
W

planie t r e ś c i zyvracaja uyvage u ż y t e yv a r t y k u l e

schematy

utarte

przedstayvionia c h ł o p s k i e g o awansu, k t ó r e odnosi się

łagod­

do losoyv ż y c i o w y c h bohatera — pana M i e c z y k a . W z b y t w i e l u

nie. Teoria czy t e ż morfologia r e p o r t a ż u pozwala na t a k ą oto

miejscach szczegóły jego ż y c i o r y s u z n a j d u j ą b e z p o ś r e d n i e h o m o -

zgoneralizowaną

logie do socjologicznie opisanego w kategoriach m a k r o s t r u k t u -

jogo c h a r a k t e r y s t y k ę ,

korzystając z ustaleń

specjalisty.

jakiej

dokonujemy

tu

10

r a l n y c l i procesu przemian spoleczeiistyva polskiego. A p r z e c i e ż

Report aż pełni funkcjo d o k u m e n t u j ą c e , s t ą d waga w y s t ę p u ­
jących

w nim elementów

opisowych. Opis j e d n o s t k o w y sku­

losy jednostek

odbiegają

od schomatoyv, specyfika

l o k a l n y c h i ś r o d o w i s k o w y c h , ludzkie c h a r a k t e r y

warunkóyy

znacznie

od­

p i o n y jest w r e p o r t a ż u na r e a l n y m przedmiocie a nasycenie szcze­

c h y l a j ą rzoczyyyistość o k r e ś l o n e g o „ t u i t e r a z " od socjologiczne­

g ó ł a m i ma u t w i e r d z i ć czytelnika w przekonaniu o a u t e n t y z m i e

go m o d e l u . T o w ł a ś n i e yvinno s t a ć się d r a m a t y c z n ą osią reporta­

przekazu. Bogactwo opisu sprawia, że r z e c z y w i s t o ś ć staje się

ż u . Tymczasem p r z e ł o m o w e i yvazne w ż y c i u j e d n o s t k i m o m e n t y ,

konkretna,

wpleciono w szersze t ł o społeczno, w t r e ś c i r e p o r t a ż u

zróżnicowana

i wielowymiarowa. Zdania

opisowe

i sprawozd a wezo w s p ó ł i s t n i e j ą t u ze z d a n i a m i i n t e r p r e t a c y j n y ­

zostały

zbyto eufemizmami w z i ę t y m i z potocznego j ę z y k a . N a p r z y k ł a d

m i . R e p o r t a ż b o w i e m , n i e z a l e ż n i e od opisu, przekazuje t e ż p u ­

nazywanie kolektyyvizacji yysi „ a f e r ą " l u b p ó ź n i e j s z y c h (już bez-

n k t widzenia o p i s u j ą c e g o . Relacja d o k u m e n t a r n a p o w i n n a m i e ć

konfliktoyyycli ?) l a t „ l e p s z y m i czasami". Co do t r e ś c i r e p o r t a ż

charakter o t w a r t y . I n t e r w e n c j e autorskie p o l e g a j ą t u na k o m ­

oddaje, m i m o w y s i ł k ó w a u t o r k i , ra,czoj utryvalony i stereotypo­

ponowaniu u k ł a d ó w zdarzeń, któro w rzeczywistości m a j ą

cha­

w y rodzaj poyyszechnej wiedzy o srodoyvisku w i e j s k i m , n i ż cha­

rakter żywiołowy. W r e p o r t a ż u w y s t ę p u j ą dwa plany zdarzeń.

r a k t e r y s t y c z n y dla g a t u n k u i n d y w i d u a l i z u j ą c y p u n k t widzenia.

P r z e n i k a j ą się dwie relacje czasowo. Sprawozdanie j a k o element

Z formalnego p u n k t u widzenia w r e p o r t a ż u

przemieszano

d r a m a t u r g i i w planie a k t u a l n y m i elementy analizy i w n i o s k ó w

dyva rodzaje n a r r a c j i : m o n o l o g u i f o r m y

w planie r e k o n s t r u k c j i . N a p i ę c i e m i ę d z y t y m i p l a n a m i jest wow-

yyażyło to w konsekyyoncji na u ż y t y m w n i m j ę z y k u .

nętrzną formą dramatyzmu reportażowego jaki tworzą
Kryteria

właściyvości

dokumentarnych reportażu

fakty.

oraz

Istotnym składnikiem

m o r f o l o g i c z n y m jest

Tekst,

1 1

w k t ó r y m przeplata się opoyyiość bohatera z k o m e n t a r z e m au­

zasada

t o r s k i m poyvinien zayyioraó d w a , z r ó ż n i c o w a n e j ę z y k o w o , sposoby

sfery

wypoyyiedzi. L e k t u r a a r t y k u ł u tego nio potwierdza. M a t e r i a j ę -

podmiot

z y k o w a c a ł e g o t e k s t u jest dziwnie jednorodna zaroyvno w wars-

p r a w d z i w o ś c i nie opiera się w y ł ą c z n i e na opisie realnej
zjawisk.

trzecioosobowej. Za-

relacji rcportazoyvej — n a r r a t o r . N a r r a t o r a nio u t o ż s a m i a się

wic leksykalnej j a k i yv tj'pie obrazowania. P o r ó w n a j m y :

z a u t o r e m . R ó ż n e relacje: a u t o r — n a r r a t o r — p r z e d m i o t w y ­

Mieczyk yystał dziś o czwartej rano ( . . . ) " , „ T r u c i e s t o n k i na kar­

powiedzi

mo­

t o f l a c h czas d o k o ń c z y ć , m a c h i n y piekielne w tej nowej oborze

nolog — relacja,, w s p ó ł p a r t n e r w y d a r z e ń , k o n s t r u k c j a pierwszo-

p o u r u c h a m i a ó ( . . . ) " , „ A n t o ś w y s t a w i ł o b o r ę a p a r t a m e n t o w ą mo­

tworzą, z b i ó r m o ż l i w o ś c i k o n s t r u k c j i r e p o r t a ż u ,

osobowa, w y w i a d y , dialogi, relacja z e w n ę t r z n a , trzecioosoboyva.

12

ż n a p o w i e d z i e ć . K r o w y m a j ą t a m pod t y ł k i e m s p e c j a l n ą t a ś m ę

Wszystkie wymienione t u cechy r e p o r t a ż u , d e c y d u j ą c e o wew­

i t y l k o na t ę t a ś m ę z a n i e c z y s z c z a j ą się ( . . . ) " .

n ę t r z n y m skomplikowaniu form i zróżnicowaniu gatunkowych,

j a k gloyvny bohater,

s ą p o c h o d n ą jego f u n k c j i podstawowej p o l e g a j ą c e j na p o ś r e d n i ­

o s o b ę " ( . . . ) nie miodka,,

czeniu m i ę d z y r e a l n ą r z e c z y w i s t o ś c i ą a c z y t e l n i k i e m poszuku­

l a r y na nosie i bardzo k s z t a ł c o n a " ,

j ą c y m z u p o r e m p r a w d z i w y c h o niej

informacji.

„Pan

p a n Mieczyk,

Zobaczmy teraz

charakteryzuje

przyjezdną

yvysztafiroyvana, yvlos n a j e ż o n y ,

oku­

czy u b i e r a j ą c e g o się syna

13

,,(...)

Tekst, k t ó r y o m a w i a m y wykazuje cechy pozyvalajace

wstę­

pnie określić go ze yvzgledu na t e m a t y k ę j a k o r e p o r t a ż s p o ł e c z -

j e d n ą k o s z u l ę założył, z d j ą ł , d r u g ą p r z y m i e r z a , t r z e c i ą ,

chomąto

wiążo

(...)".

B r a k c u d z y s ł o w ó w yv o r y g i n a l n y m t e k ś ­

cie y v y o d r ę b n i a j ą c y c h kyvestie bohatera sugeruje, żo zapis jego

no-obyczajoyvy, n a t o m i a s t f o r m ą z b l i ż o n y jest do m o n o l o g u —

yvypowiedzi nie jest d o k ł a d n y , w i e r n y (nie m u s i b y ć t a k i ) , lecz

relacji. Ale... I s t o t n y m k o n s t y t u t y w n y m elementem

nieznacznie p r z e t w o r z o n y przez a u t o r k ę . Czy p e d a n t e r i ą b y ł o b y

reportażu,

151

�zatem postulowanie w y b i j a n i a

różnic pomiędzy obydwoma ty­

pami wypowiedzi? Wydaje nam
daleko p o s u n i ę t a licentia

poetica

się, że nie, p o n i e w a ż

w y k r a c z a j ą poza r a m y schematycznie widzianej c h ł o p s k i e j bio­

nawet

g r a f i i . W b r e w pozorom poza schemat nie w y c h o d z i t e ż p r ó b a

nie p o w i n n a z a c i e r a ć s p o s o b ó w

u d r a m a t y z o w a n i a losów pana M i e c z y k a przez pokazanie w j a k i

f o r m u ł o w a n i a m y ś l i a u t o r a i bohatera. Możliwo j o d n a k ż e m u s i

s p o s ó b doszło do jego m a ł ż e ń s t w a . Z r e s z t ą szybko

b y ć z a u w a ż e n i e t a k i c h o d m i e n n o ś c i w p o r ó w n y w a n y c h fragmen­

z m i a n a obrazu. P r z y s z ł a r e f o r m a r o l n a — p r z y p o m n i j m y — nasz

tach. Zamiast r ó ż n i c dostrzegamy z a s t a n a w i a j ą c ą

bohater s t a ł się gospodarzem (dobrego mierniczego s ł o n i n ą u g o ś ­

ności. W ł a ś c i w y p o w y ż s z y m

ilość zbież­

opisom d o ś ć specyficzny

dowcip,

cił). Opis nadania ziemi jest p o w i e l o n y m

następuje

obrazem u t r w a l o n y m

s k ł o n n o ś ć do przerysowanych, dosadnych s f o r m u ł o w a ń , obrazo­

d z i ę k i p o d r ę c z n i k o m h i s t o r i i najnowszej. Sprowadzony do k i l k u

we o k r e ś l e n i a w s k a z u j ą na w s p ó l n e ź r ó d ł o pochodzenia. Podob­

p r o s t y c h r y s ó w (niekonfliktowe

nie b r z m i ą c y c h wypowiedzi, k t ó r y c h s t y l i s t y k a nie pozwala od­

t a ć dobrego mierniczego) staje się c z y m ś w rodzaju historycznego

dzielić w y p o w i e d z i

oleodruku, pełniącego

a u t o r s k i c h od k w e s t i i bohatera

reportażu,

j a k m o ż n a z o r i e n t o w a ć się z p r z y t o c z o n y c h dłuższycli fragmen­
t ó w , jest znacznie w i ę c e j .

przeprowadzenie r e f o r m y , pos­

zarazom w y r a ź n ą

funkcję

ideologiczną.

Przez dalsze f r a g m e n t y relacji o „ o w o c u j ą c y m ż y c i u " pana
M i e c z y k a p r z e b i j a j ą znane f i g u r y m y ś l e n i a o k u l t u r z e

ludowej.

P r z y w s p o m n i a n y m przemieszaniu d w u f o r m r e p o r t a ż o w y c h

F i g u r a l n o ś ć dostrzegamy w y r a ź n i e t a m , gdzie jest m o w a o sto­

w ł ą c z a n i e cudzych słów w o t a c z a j ą c y k o n t e k s t , to zabieg sty­

s u n k u bohatera do ziemi ( „ a c h , j a k pan Mieczyk t ą z i e m i ą cie­

l i s t y c z n y o d u ż y m znaczeniu i w d o d a t k u n i e u n i k n i o n y . M a on

szył się. J a k z niej kamienie w y b i e r a ł , chwasty t ę p i ł " ) . D o c h o d z i

swój walor semantyczny, o k t ó r y m t a k pisze M a r i a M a y e n o w a :

do tego wysokie w a r t o ś c i o w a n i e p r a c y na r o l i , w y s i ł k u fizyczne­

" ( . . . ) Z p u n k t u widzenia semantycznego s ą to f r a g m e n t y teks­

go. O k r e ś l e n i a te m i e s z c z ą się w w y o d r ę b n i o n e j przez R o c h a
1 6

t ó w w z a ł o ż e n i u n i e s p ó j n e . W n o s z ą one j e d n o c z e ś n i e perspek­

S u l i m ę figurze „ a k s j o l o g i i ź r ó d ł a " .

t y w y dwóch różnych p o d m i o t ó w mówiących, wprowadzają rów­

są alergiczne reakcje bohatera na wszystko co nowe, co ł a m i e

n o c z e ś n i e informacje o świecie p r z e d m i o t o w y m i informacje me­

s t a r y p o r z ą d e k ( „ P a n u M i e c z y k o w i owa maszyna o d dawna j u ż

tajęzykowe,

które można

sprowadzić

do

takiej oto

formuły:

się nie p o d o b a " ) . M a ł o pochlebne

Bardzo mocno zaznaczone

sądy

na

tomat

odhumani­

prymarną

zowanego gospodarstwa syna u z y s k u j ą p r z e c i w w a g ę w jego zwie­

s p ó j n o ś ć t e k s t u . P o z w a l a j ą one s z u k a ć scalenia t e k s t u na k i l k u

rzeniach (,,(...) u m n i e b y ł a k r o w a . (...) T o j a do niej p o d c h o d z i ł

r ó ż n y c h p ł a s z c z y z n a c h i poziomach, w z b o g a c a j ą c tekst o r ó ż n e

z uczuciem i szacunkiom ( . . . ) " ) .

' k t o ś t a k m ó w i ' . S ą to zatem s t r u k t u r y r o z b i j a j ą c e

m o ż l i w o ś c i semantyczne ( . . . ) "

l s

Nasze u p o m i n a n i e się o cudzy­

słowy różnicujące język wypowiedzi

nie jest w i ę c bezzasadno.

W pierwszym p r z y b l i ż e n i u analizowany tekst s k ł a n i a nas

do

Opozycja wieś — miasto n a l e ż y r ó w n i e ż do p o r z ą d k u m y ś ­
lenia figuralnego. F i g u r a ta odznacza się d o d a t n i m nacechowa­
n i e m w a r t o ś c i z w i ą z a n y c h z k u l t u r ą l u d o w ą , przeciwstawionych

stwierdzenia n a s t ę p u j ą c e g o : skoro w t a k i s t o t n y c h p u n k t a c h nie

w a r t o ś c i o m n i e s i o n y m przez c y w i l i z a c j ę . Ł a t w o w y c h w y c i ć

z o s t a ł on w y k o n a n y lege artis,

wnioski.

w rozbudowanej sekwencji z p r z y j e z d n ą b u r z ą c ą u ś w i ę c o n y ro­

Pierwszy, to w y j ą t k o w a n i e u d o l n o ś ć a u t o r k i — ten wniosek od­

d z i n n y ł a d . („(...) zeszłego l a t a p r z y j e c h a ł z m i a s t a B e n u ś z ż o ­

rzucamy. U t w i e r d z a się więc wysoce p r a w d o p o d o b n y d r u g i wnio­

n ą i p r z y w i e ź l i ze s o b ą na wywczas, no (...) delikatnie m ó w i ą c

to n a s u w a j ą

się dwa

ją

sek: nie istnieje w r z e c z y w i s t o ś c i pan Mieczyk, nie i s t n i e j ą inne

o s o b ę ( . . . ) " ) . P a m i ę t a m y , że w a r t o ś c i niesione przez c y w i l i z a c j ę

postacie r e p o r t a ż u , nie i s t n i a ł y sytuacjo i okoliczności w n i m

m i e j s k ą z o s t a j ą odrzucone. Powraca p o r z ą d e k , w k t ó r y m m o ż n a

opisane. I s t n i e j ą n a t o m i a s t : autorskie projekcje, autorska w y ­

ż y ć . P o d s t a w ę do takiego autorskiego r o z u m o w a n i a d a ł o f i g u ­

o b r a ź n i a i jej p r o d u k t y p o w s t a ł e w warszawskiej r e d a k c j i t y ­

ralne przekonanie, że k u l t u r a l u d o w a p r z e c h o w a ł a w a r t o ś c i za­

g o d n i k a . Te, s t a n o w i ą dobry m a t e r i a l do etnologicznej interpre­

pewniające harmonijny rozwój osobowości i
Podstawa treści r e p o r t a ż u

t a c j i . T o t e ż celem dalszej analizy b ę d z i e w y k r y c i e zasad i f i g u r
myślenia, według których

został wykreowany świat

przedsta­

wspólnot.

1 7

o k a z a ł y się stereotypy i

figury

m y ś l e n i a . Są one z b i o r o w y m w y t w o r e m w y o b r a ż e n i o w y m i ide­

w i o n y w a r t y k u l e . R ó w n i e ż i one p o w i n n y p o t w i e r d z i ć t e z ę o kre­

ologicznym, c z ę s t o też f o r m ą wiedzy uprzedniej. U ż y w a n e w k o ­

a t y w n e j r o l i fantazji

munikacji

autorskiej.

społecznej j a k o proste klucze do r-ozumienia rzeczj"-

w i s t o ś c i , są odporne na z m i a n ę i u t r w a l a j ą się w z b i o r o w y m u ż y ­
ciu. S t a j ą się s ą d a m i p r a w d z i w y m i a priori

Rozbiory i paralele

n y c h p r z e k o n a ń . Są to ex definitione
K l i s z a , k t ó r ą p o s ł u ż y ł a się a u t o r k a do opisu wiejskiej

rze­

w o ł a n o s ł o w e m i podbudowane o d p o w i e d n i m i e m o c j a m i .

18

Ujaw­

c z y w i s t o ś c i m a kilka, j a ś n i e j s z y c h p u n k t ó w . U m i e ś c i ł a więc ona

niona przez badaczy taka, n a t u r a f i g u r i s t e r e o t y p ó w jest w y ­

a k c j ę r e p o r t a ż u na Podlasiu co zdradza charakterystycznie t y ­

k o r z y s t y w a n a ś w i a d o m i e lub n i e ś w i a d o m i e w licznych

p o w y s p o s ó b widzenia r e g i o n ó w etnograficznych Polski. W

o charakterze p e r s w a z y j n y m .

po­

t o c z n y m odczuciu Podlasie, obok i n n y c h , jest regionem zacofa­
nym

pod

w z g l ę d e m gospodarczym, z d o m i n u j ą c ą

gospodarką

r o l n i c z ą . Bliskie ze s t o ł e c z n e j p e r s p e k t y w y „ t r a d y c y j n i e

rolni­

O l e o d r u k o w y obraz podlaskiej r o d z i n y j a k i maluje

tekstach

„Przyja­

c i ó ł k a " m a dwie specyficzne, bo rozumiano nie wprost, parale­
le. Jedna, to znana p o w i e ś ć

Edwarda Redlińskiego

Konopiel-

cze" Podlasie m o g ł o s t a ć się p o w o d o m do umiejscowienia a k c j i

ka;

w t a m t y c h okolicach.

cjologów, praca n a u k o w a D a n u t y M a r k o w s k i e j „ R o d z i n a wiejska

Biografia

pana Mieczyka — bohatera r e p o r t a ż u —

obfituje

w liczno stereotypowe w y o b r a ż e n i a o wsi przyswojone za
ś r e d n i c t w e m l i t e r a t u r y i prac etnograficznych (o c z y m

po­

dalej).

druga, to nie m n i e j znana w ś r o d o w i s k u

etnografów

i

so­

na P o d l a s i u " . Umieszczony w c e n t r u m a r t y k u ł o naszym u l u ­
b i o n y m p a n u M i e c z y k u j a k soczewka skupia i odwraca p r o b l e m y
rozwijane w p r z y w o ł a n y c h paralelach. Powszechna

znajomość

Bohater, j a k p a m i ę t a m y , u r o d z i ł się w czworakach dworskich

t e k s t ó w , o k t ó r y c h m ó w i m y , zwalnia nas z o b o w i ą z k u referowania

jako szóste dziecko fornala, w n i e z w y k ł e biednej rodzinie. P o d ­

ich t r e ś c i . D l a p o r z ą d k u jednak wskazujemy na

k r e ś l a to opis w y p o s a ż e n i a izby w k t ó r e j w y c h o w a ł się on, a nas

analogie. Miejsce a k c j i : Podlasie, z b i o r o w y bohater: rodzina w i e j ­

t o n opis s k ł a n i a do przypuszczenia, iż jest to reminiscencja skan-

ska, g ł ó w n y p r o b l e m : p r z e o b r a ż e n i a m o d e l u ż y c i a .

senowych p o m i e s z c z e ń . P o ł o ż e n i e nacisku n a n i s k i status spo­

s ą j e d n a k interpretacje.

ł e c z n y w c h w i l i narodzin s t a n o w i k o n t r a s t o w e t l o dla ekspozycji
p ó ź n i e j s z e g o awansu s p o ł e c z n e g o . U j a w n i a

p r z y okazji powsze­

O

co

chodziło

Redlińskiemu

w

Konopielce

bezpośrednie
Ważniejsze

?

Oddajmy

glos R o c h o w i Sulimie: „(...) M o ż n a p o w i e d z i e ć , żo ' K o n o p i e ł k a '

c h n ą o p i n i ę o w i e l o d z i e t n o ś c i r o d z i n wiejskich, z d e r z o n ą p ó ź n i e j

zbudowana jest, ze s t e r e o t y p ó w i k o m p r o m i t a c j i

z n o w y m modolem r o d z i n y , r e a l i z o w a n y m przez syna. O d n o t o ­

p ó w s ł u ż y , ale — p r z y p o b i e ż n e j lekturze — t a k ż e ich wzmac­

wuje a u t o r k a , że do siedmiu l a t bohater o p o w i e ś c i p a s a ł k r o w y .

nianiu.

Po przekroczeniu tej granicy wiekowej nie t y l k o przenosi się

'boskiego' i 'diabelskiego' to ostatecznie w a l k a tego co wiejskie

tych

stereoty­

Z przedstawionego w p o w i e ś c i p u n k t u widzenia

walka

z pieca na klepisko, ale zaczyna p o m a g a ć przy^pracach w p o l u .

(swojskie) i 'miastowe' (obce) ( . . . ) . " i dalej :„(...) Poprzez ste­

M a j ą c k i l k a n a ś c i e l a t zostaje f o r n a l e m . R ó w n i e ż te u w a g i nie

reotypowe w y o b r a ż e n i a

152
T

na m o c y w e w n ę t r z ­

obrazy skojarzeniowe w y ­

patrzą

na

świat

poza w s p ó l n o t ą

(na

�miasta, maszyny, szkoły) taplarscy gospodarze. T a k i e jednak

przemian stagnacyjnie i d y n a m i z u j ą c e na życie wiejskie, r ó ż n i ­

spojrzenie na k u l t u r ę l u d o w ą spoza w n ę t r z u toj k u l t u r y nie jest

c u j ą c gospodarczo region. P o c i ą g n ę ł o to z m i a n y w postawach

wolne od stereotypowych ujęć nawet w pracach

wobec m o d e l u r o d z i n y , w wyborach m a ł ż e ń s k i c h , podejmowanej

naukowych.

' K o n o p i e l k a ' potwierdza s t a r ą p r a w d ę , żo s t y k ś w i a d o m o ś c i chło­
pa

ze ś w i a d o m o ś c i ą

użytkownika

'wizerunków'

chłopa,

świa­

d o m o ś c i ą l u d z i od w i e k ó w jedynie szlachetnie m e d y t u j ą c y c h

nad

c h ł o p s k ą n a t u r ą m o ż e z a c h o d z i ć w procesie w y m i a n y stereoty­
pów (...)"

1 9

emigracji do miasta i t d .

Zdaniem S u l i m y owa „ w y m i a n a s t e r e o t y p ó w "

za­

2 3

Syndrom „objawów kulturowych"
chodzących

między

gospodarką,

w y n i k a j ą c y z relacji

życiom

zbiorowym,

za­

polityką

s p o ł e c z n ą p a ń s t w a i s t a n a m i ś w i a d o m o ś c i l u d n o ś c i jest w m i ­
k r o s k a l i regionu bardzo bogaty i nie chodzi t u o to, b y go

za

chodzi n a w i e l u poziomach w s p ó ł c z e s n e j polskiej k u l t u r y i w y ­

M a r k o w s k ą r e f e r o w a ć w całości. Przedstawiamy jeden t y l k o w a ż ­

r ó ż n i ć t u m o ż n a t r z y g r u p y w y o b r a ż e ń : ( . . . ) " a) p r a w d y u ż y t ­

ny

kowane przez badacza k u l t u r y ludowej, nierzadko sentymental­

czy propagowane przez „ P r z y j a c i ó ł k ę " modele r o d z i n y m o g ł y

nego gabinetowego uczonego etnografa, socjologa, k t ó r y dyspo­

w p ł y n ą ć na

nuje jeszcze d z i e w i ę t n a s t o w i e c z n y m obrazem k u l t u r y
nie z n a j d u j ą c

jej p r z e j a w ó w

ludowej,

w s p ó ł c z e s n y c h , b) stereotypy

u ż y t e k ś r o d k ó w masowego przekazu, w y s o k o n a k ł a d o w y c h

dla nas

fakt.

Zastanawia sirj M a r k o w s k a , m i ę d z y

wzory z a c h o w a ń

kulturowych

ludności

innymi,
Podlasia.

Modele ż y c i a rodzinnego propagowano w t y g o d n i k u m i a ł y ,

na

w e d ł u g badaczy, dwie o d m i a n y . Jeden model odnosił się do l a t

ma­

p i ę ć d z i e s i ą t y c h , p o d k r e ś l a ł ścisłe p o d p o r z ą d k o w a n i o r o d z i n y szer­

g a z y n ó w , a przede w s z y s t k i m w s p ó ł c z e s n e j r o z r y w k i , c) stere­

szemu s p o ł e c z e ń s t w u i o d z n a c z a ł się t e n d e n c j ą do r e d u k c j i w i e l u

o t y p y i obrazy zlokalizowane na gruncie t r a d y c y j n e j l i t e r a t u r y

f u n k c j i r o d z i n y poza p r o k r e a c y j n ą . D r u g i model p o j a w i ł się po

0 wsi, apologetycznych o d m i a n p i ś m i e n n i c t w a , m i ę d z y
c h ł o p s k i e j poezji gazetowej, n i e k t ó r y c h p a m i ę t n i k ó w
cych cele m o r a l i z u j ą c e l u b d y d a k t y c z n e ( , . . ) "

2 0

Redliński,

j a k Sulima, jest ś w i a d o m takiego „ d i a l o g u k u l t u r "
banalnego z m o ż l i w y c h
literacki

innymi

realizują­
tak

najbardziej

i j a k ż o n a d u ż y w a n e g o . Konopielka

protest przeciw swoistej

kulturowej

—

„rozmowie

głu­

roku

1956

i podkreślał

(cytujemy

za

Markowską):

„równość

o b o w i ą z k ó w , ż y c z l i w o ś ć w z a j e m n ą , podział pracy i w y m i a n ę u s ł u g
m i ę d z y c z ł o n k a m i r o d z i n y , r ó w n o ś ć u d z i a ł u m a ł ż o n k ó w w obo­
w i ą z k a c h w y c h o w a w c z y c h , rozbudowanie r o l i rodzinno-domowej
mężczyzny (...)".

2 4

i t y m podobne elementy znane n a m , а j a k ż e

z w y p o w i e d z i r e p o r t a ż o w e j p r z y b y ł e j z m i a s t a i wielce k s z t a ł c o ­

c h y c h " — na nic j e d n a k się nie z d a ł a . Odczytana wprost w re­

nej

d a k c j i popularnego t y g o d n i k a , dzięki autorce „ ż y c i a o w o c u j ą c e ­

o b r a ż e n i o m o rodzinie) M a r k o w s k a t a k p o d s u m o w u j e : „(...) De­

g o " wróciła w okolice p o w i e ś c i o w y c h T a p l a r j a k o n i b y —

k l a r o w a n y model o g ó l n y r o d z i n y zwraca u w a g ę

re­

„osoby".

'nowoczesnością'.

modelom

Ujawnia

(wy­

radykalizmem

odejścia

ziuka — A n t o s i a p a n Mieczyk, jest i nauczycielka — „ o s o b a " —

akceptowane, p o ż ą d a n e . Nie w y r o s ł y one j e d n a k z d o ś w i a d c z e ń

się

tradycji,

poświęcone

p o r t a ż , w k t ó r y m jest i K a z i u k — teraz A n t o ś , jest ojciec K a j a k n a z y w a j ą bohater r e p o r t a ż u . Obraz r o z p o c z y n a j ą c y c h

od

Badania ankietowe

on

l o k a l n y c h , lecz z o s t a ł y upowszcehnione przez ś r o d k i

wartości
masowego

p r z e m i a n znaczony w p o w i e ś c i d r a m a t y c z n y m K a z i u k o w y m ges­

przekazu. S u g e s t y w n o ś ć propagowanych t ą d r o g ą modeli a za­

t o m — u ż y c i e m kosy do z b o ż a — w y p e ł n i ł się. N a Podlasiu są

razem ich o g ó l n o ś ć czy w r ę c z o g ó l n i k o w o ś ć powoduje, iż s ą one

r

już „apartamentowe"

zmechanizowane obory, są i d5 skoteki.

Z m i e n i ł się t e ż zapewne m o d e l r o d z i n y , bo „ n o w o c z e s n o ś ć "

to

ł a t w o p r z y j m o w a n e i w postaci s t e r e o t y p ó w f u n k c j o n u j ą w w i c i u
T

s p o ł e c z n o ś c i a c h wiejskich, k t ó r 5 c h realne stosunki społeczno sil­

t a k ż e s t a n ś w i a d o m o ś c i — czy t a k , z a p y t a j m y o t o D a n u t ę Mar­

nie jeszcze regulowane s ą t r a d y c y j n y m i

k o w s k ą , badacza rzetelnego, i co m o ż e nie b y ć bez

krokiem

czasem g o ś c i a na l a m a c h

znaczenia,

Podlasie z p o c z ą t k u w i e k u to obraz s t a n o w i ą c y w r o z w a ż a ­
reportażu

t o czasy m ł o d o ś c i mitycznego p a n a

M i e c z y k a . W c h ł o d n y c h n a u k o w y c h rozbiorach obraz jest wielo­
wymiarowy.

Z r ó ż n i c o w a n i e warstwowe, etniczne, religijne,

stan

p r a w n y , a d m i n i s t r a c y j n y i p o l i t y k a r u s y f i k a c y j n a są g ł ó w n y m i
rysami

tego obrazu. Te

różnicujące

determinanty

natrafiały,

w e d ł u g M a r k o w s k i e j , na specyficzno wioskowe odczuwanie wspól­
n o t y , co ostatecznie k o m p o n o w a ł o obraz podlaskiej wsi. Mar­
kowska pisze: „(...) p r z y h i e r a r c h i c z n y m p o r z ą d k u
społeczno-własnościowej
swoisty

struktury

w s p ó ł ż y c i e wioskowe c e c h o w a ł

egalitaryzm. Polegał

on

na

2 5

Kolejnym,

skonfrontowanie

deklarowanych modeli z wzorami faktycznych zachowań. W wy­

„Przyjaciółki".

niach Markowskiej t ł o p ó ź n i e j s z y c h p r z e o b r a ż e ń , a w analizowa­
n y m przez nas

wzorami ' .

b a d a w c z y m cytowanej a u t o r k i b y ł o

respektowaniu

jednak

dystansu

1 akcentowaniu jedności. Ten wioskowy egalitaryzm tkwił swymi
k o r z e n i a m i w j e d n a k o w o ś c i d o ś w i a d c z e n i a produkcyjnego, a w
znacznej mierze t a k ż e s p o ł e c z n e g o , oraz j e d n a k o w o ś c i treści świa­
t o p o g l ą d o w y c h (...). I n t e r p r e t a c j e ś w i a t a i l o s ó w l u d z k i c h czer­

n i k u s u b t e l n y c h analiz i i n t e r p r e t a c j i dochodzi ona do

ostatecz­

n y c h w n i o s k ó w , k t ó r e w skrócie b r z m i ą n a s t ę p u j ą c o : „(...) m o ­
del o g ó l n y r o d z i n y ukazuje k i e r u n k i aspiracji, lecz nie

określa

ani f a k t y c z n y c h z a c h o w a ń a k t u a l n y c h , ani nawet b e z p o ś r e d n i c h
d ą ż e ń . . . jest on godzien u w a g i j a k o ' u k ł a d odniesienia' (...) le­
pszy od tego, k t ó r y narzuca r y g o r c h ł o p s k i e g o b y t o w a n i a (...).
I s t o t n ą d e t e r m i n a n t ą p r z e o b r a ż e ń ż y c i a rodzinnego jest zespół
r y g o r ó w , j a k i e stwarza i n d y w i d u a l n e gospodarstwo c h ł o p s k i e ,
z w ł a s z c z a w jego t r a d y c y j n e j postaci (...). Wskazane w y ż e j

de-

t e r m i n a t y p o w o d u j ą , iż proces modernizacji przebiega n i e r ó w n o ­
miernie w p o s z c z e g ó l n y c h sferach ż y c i a m i e s z k a ń c ó w b a d a n y c h
wsi (...). N a z r ó ż n i c o w a n y m k u l t u r o w o obszarze Podlasia procesy
adaptacyjne i modernizacyjne s ą bardziej z ł o ż o n e niż w wielu
i n n y c h regionach k r a j u (...) p r z e o b r a ż e n i a m o d e l i i w z o r ó w ż y ­
cia rodzinnego l u d n o ś c i Podlasia s t a j ą

się z r o z u m i a ł e j e d y n i o

w k o n t e k ś c i e tego specyficznego u k ł a d u ( , . . ) . "

2 6

p a l i z t y c h samych ź r ó d e ł : ideologii K o ś c i o ł a i zasobu ludowej

A co J a n i n a R a t y ń s k a , a u t o r k a analizowanego r e p o r t a ż u ?

m ą d r o ś c i (...) D o ś w i a d c z e n i e p r o d u k c y j n e b y ł o r ó w n i e ż w zna­

Pozostaje ona w k r ę g u s t e r e o t y p ó w p r o p a g o w a n y c h przez w ł a s n ą

c z n y m s t o p n i u ujednolicone. P o s z c z e g ó l n e kategorie gospodarstw

r e d a k c j ę . Modelowa wizja nowej r o d z i n y nie s p r a w d z i ł a się j a k

r ó ż n i ł y się p o m i ę d z y s o b ą przede w s z y s t k i m ilością, słabiej ja­
k o ś c i ą i n w e n t a r z a materialnego ( , . . ) " .

2 1

d o t ą d , ale przecież p o s t ę p dokonuje się. „ N o w o " m u s i pozosta­
w a ć w k o n f l i k c i e z w i e j s k i m — t a k i m j a k to m o ż n a sobie w y ­

P r z e ł a m y w a n i e r ó ż n e g o rodzaju barier s p o ł e c z n y c h b y ł o p r o ­
cesem d ł u g i m i jeszcze w okresie m i ę d z y w o j e n n y m p r z y doborze
m a ł ż o n k a lokalne b a r i e r y o d g r y w a ł y i s t o t n ą r o l ę .

2 2

Tymczasem

obrazić

z

warszawskiej p o r s p e k t y w y . A l e

przyszła

moda

na

c h ł o p s k ą s o l i d n o ś ć , r o z w a g ę i g o s p o d a r n o ś ć . N a l e ż y więc u z n a ć
w y k o n c y p o w a n ą k u l t u r o w ą o d r ę b n o ś ć wsi i p o k a z a ć , że p o s t ę p

p r z y p o m n i j m y , że pan Mioczyk, k t ó r y u z n a w a ł w i o s k o w ą hie­

i d o b r a t r a d y c j a nie w y k l u c z a j ą się, m o g ą b y ć f o r m ą ł a d u . D i a ­

r a r c h i ę , bez w i ę k s z e g o t r u d u p o r w a ł j e d n a k g o s p o d a r s k ą

log g ł u c h y c h t r w a .

na

żonę. Uderzająca

jest ta

nieustanna z g o d n o ś ć

córkę

stwierdzeń

o g ó l n y c h o d n o s z ą c y c h się do Podlasia i losów r o d z i n n y c h
hatera r o p o r t a ż u z „ P r z y j a c i ó ł k i " .

bo­

O d m i a n ę ż y c i o w y c h szans,

w s p o m i n a ł w swojej o p o w i e ś c i pan Mieczyk, p r z y n i o s ł a m u

re­

J u ż od pierwszych p o d e j r z e ń co do k o n s t r u k c j i
r o p o r t a ż u o Życiu

owocującym

treściowej

i n t r y g o w a ł a nas r ó w n i e ż jego stro­

na formalna. Dostrzegamy b o w i e m w t e k ś c i e pe'.vna odpowiedniość t r e ś c i i f o r m y — co w s t r u k t u r z e d z i e l ą a r t y s t y c z n e g o jest

forma 1945 r o k u . Reforma r o l n a o b j ę ł a część l u d n o ś c i Podlasia,

r z e c z ą c h w a l e b n ą — a w p r z y p a d k u analizowanej f a b u ł y właści­

pisze D a n u t a M a r k o w s k a , a p ó ź n i e j s z e

wie s k r y w a z a m i e r z o n ą m i s t y f i k a c j ę .

i

polityczne, j a k o d a l e k o s i ę ż n e s k u t k i

czynniki

gospodarcze,

reformy, wpływały

na

G ł ó w n y zabieg f o r m a l n y

zastosowany w t e k ś c i e polega na w y k o r z y s t a n i u pewnej wlaści-

153

�wości dzieła literackiego, nazywanej przez Ł o t m a n a r e l a c j ą po­

niej w a r t o t u p o w i e d z i e ć , żc z p u n k t u widzenia s z t u k i k o n s t r u ­

d w ó j n e g o p o d o b i e ń s t w a . Pozwala to na przedstawienie

k c j i b a j k i magicznej, AntoS p o w i n i e n b y ł się nie o ż e n i ć , albo

z b i o r o w o ś c i przez odpowiednie pokazanie

życia

dziejów

jednostkowego.

jego m a ł ż e ń s t w o p o w i n n o b y ć nieudane.

Podtrzymując

T r a w e s t u j ą c odpowiedni u r y w e k z pracy Ł o t m a n a m o ż e m y przy­

ten

j ą ć , żo o m a w i a n y

arils b y ł o jednak m o ż l i w e . Sytuacja b y ł a do u r a t o w a n i a .

r e p o r t a ż w zamiarach jego ant o r k i jest po­

d o b n y do przedstawionego

t o k rozumowania

możemy

wskazać,

nadal

że r o z w i ą z a n i e

lege

w określony sposób fragmentu ży­

Oto w r e p o r t a ż u pojawia się obca „ o s o b a " . T o p r z e c i e ż b a j ­

cia, — części polskiego u n i v e r s n m — i jest p o d o b n y do całego

k o w y „ a n t a g o n i s t a " . P o r w a ł a J u l i s i ę do miasta (w obcy ś w i a t ) .

tego u n i v e r s u m . Przeczytawszy go p o w i e m y nie t y l k o : , , t a k i b y ł

Teraz więc A n t o ś p o w i n i e n p o j e c h a ć po ż o n ę ( o d b y ć p o d r ó ż ) ,

p a n M i e c z y k " lecz t a k ż e : ,,tacy s ą ci panowie Micczykowie z Po­

on, a nie ojciec, p o w i n i e n n a k r z y o z e ć na „ o s o b ę " ( s t o c z y ć w a l k ę

d l a s i a " , , , t a c y są l u d z i e " , „ t a k i e jest ż y c i e " .
służącego
narracji

tej
przez

samej m i s t y f i k a c j i

jest

2 7

Rodzajem eh w y Lu

z a n t a g o n i s t ą ) i wrócić do d o m u . M a ł ż e ń s t w o m o g ł o b y j u ż b y ć

zdynamizowania

szczęśliwe — j a k chce b a j k a i p a n i r e d a k t o r . P a n Mieczyk z a ś ,

próba

w y k o r z y s t a n i e s t r u k t u r y wielogłosowej

wiedzi a u t o r k i , bohatera,

(wypo­

„ o s o b y " ) . Jednak w r e p o r t a ż u prze­

j a k w r e p o r t a ż u , m ó g ł wszystkie te wydarzenia
Pozostała nam

skomentować.

do o m ó w i e n i a jeszcze jedna i s t o t n a

rzecz.

w a ż a monolog bohatera przez co eksponuje się jeden p u n k t w i ­

Jest na t y l e w a ż n a , że m u s i m y n a d u ż y ć cierpliwości c z y t e l n i k a .

dzenia a t o nie dramatyzuje a k c j i . Jego a u t o r k a uzyskała, t y m

R e p o r t a ż napisano j ę z y k i e m s t y l i z o w a n y m na g w a r ę .

s a m y m , wbrew z a m y s ł o w i , w r a ż e n i e s t a t y c z n e .
najdziemy jeszcze inne „ c h w y t y "

28

W t e k ś c i e od­

o charakterze

dynamizują­

c y m znane z l i t e r a t u r y i f o l k l o r u . N i e wiadomo czy i c h u ż y c i e
to w y b ó r ś w i a d o m y czy toż autorko, n a w y k o w o sięgnęła po u t a r t e
schematy. Z naszego p u n k t u widzenia, jest to kwestia m n i e j isto­
tna. D l a pobudzenia, zbiorowej w y o b r a ź n i skutek b ę d z i e t a k i sarn.
Znanym literackim

schematom

s y t u a c y j n y m , jakiego u ż y t o

w r e p o r t a ż u jest p r z y b y c i e obcego. Rozwinięcia, tego
w r ó ż n y c h formach n a r r a c y j n y c h
współcześnie

schematu

(powieść, l i l m , r e p o r t a ż ) s ą

liczne i wielokierunkowe. Z a s a d n i c z ą

wykładnię

Nie b ę d ą c gwaroznawcami nie m o ż e m y p o w i e d z i e ć czy do­
konana

stylizacja w y p o w i e d z i bohatera r e p o r t a ż u

z północno-wschodnich

w

gwarze

r e g i o n ó w Polski z o s t a ł a dokonana

po­

p r a w n i e . N i e p r ó b u j m y s t w i e r d z i ć czy a u t o r k a k o r z y s t a ł a z za­
sobu leksykalnego k o n k r e t n e j g w a r y . Podejrzewamy, że jest t o
p r z y k ł a d zabiegu bardzo powierzchownego. Poza k i l k o m a pow­
tarzającymi

się o d m i e n n o ś c i a m i s k ł a d n i o w y m i i p r z y p a d k o w o

p o r o z r z u c a n y m i z w r o t a m i frazeologicznymi, tekst zawiera wiele
n e o l o g i z m ó w i k o l l o k w i a l i z m ó w j ę z y k a powszechnego, k t ó r e m a ­
j ą u c h o d z i ć za gwarowe p e r e ł k i . Ł ą c z n i e w y w o ł u j e t o raczej sko­

schematu o b j a ś n i a się dzisiaj w teorii l i t e r a t u r y nic bez u ż y c i a

jarzenia z r ó ż n y m i , n i e s ł a w n e j p a m i ę c i , „ s o ł t y s a m i K i e r d z i o ł k a -

etnologii.

m i " i konferansjerami „ w e s o ł y c h a u t o b u s ó w " . I n t e n c j e a u t o r k i

Uznaje

się a m b i w a l e n t n y charakter

„obcego",

jego

(zlo i dobro), podkreśla, się, żc p r z y n o s i

s ą oczywiście czytelne i m o ż n a jo z i n t e r p r e t o w a ć s ł o w a m i M a r i i

on z m i a n ę , przed k t ó r ą czuje się o b a w ę i się jej oczekuje, l u b m ó w i

R e n a t y M a y e n o w e j : „(...) O stylizacji m ó w i m y w ó w c z a s , k i e d y

się o „ o b c y m " , iż w ogóle k o m p l i k u j e życic. W planie n a r r a c y j ­

m a m y do czynionia z tekstem, k t ó r y jest t a k

zorganizowany,

nym

b y b y ć znakiem o k r e ś l o n e g o spetryfikowanego

s t y l u . Jest

symboliczne znaczenia

„ o b c y " jest tym,

k t ó r e g o f u n k c j a polega na r o z p o c z ę c i u

a k c j i , z d y n a m i z o w a n i u j o j , l u b d o k o n a n i u istotnej
Reportażowa

obca

„osoba"

określona

stereotypowymi

to

2 9

znak i k o n i c z n y o k r e ś l o n e g o s t y l u . Znak i k o n i c z n y p r z e d m i o t u

od-

nie jest p o w t ó r z e n i e m p r z e d m i o t u . Z n a k o k r e ś l o n e g o s t y l u nie

zmiany.

p y c l i a j ą c o - p r z y c i i j g a j ą c y m i cechami pojawia się w rodzinie pana

jest d o s ł o w n y m p o w t ó r z e n i e m znanej n a m , najbardziej

M i e c z y k a z c a ł y m b a g a ż e m schematycznych f u n k c j i a, p ó ź n i e j

terystycznej dla, danego s t y l u wypowiedzi. Jest w y b o r e m cech,

znika z niej, zgodnie z j e d n y m z m o ż l i w y c h r o z w i ą z a ń schematu

k t ó r e chcemy u z n a ć za charakterystyczne

( „ O s o b a " — dziwne babsko, wysztafirowana, z w ł o s e m n a j e ż o ­

staje się to o co c h o d z i ł o autorce r e p o r t a ż u . Bohater przez swojo

(...)".

3 2

Jasuc

n y m , w okularach — jazgocze, odpycha pana M i e c z y k a , p r z y ­

„ o w o c u j ą c e ż y c i o " jest reprezentantem

ciąga Julisię.

t y w n i e w s p ó ł i s t n i e ć z n o w o c z e s n o ś c i ą . Jego postawa

Komplikuje

sytuację, burzy porządek

i t d . Zo­

charak­
więc

t r a d j ' c j i , k t ó r e m o ż e ak­
powinna

b u d z i ć szacunek. Dlatego a t r y b u t e m postaci jest rodzaj starego

bacz t e ż : „ K o u o p i e l k a " ) .
W partiach k o ń c o w y c h r e p o r t a ż u do w y ż e j

wspomnianych

e l e m e n t ó w dochodzi schemat o c z y t e l n y m rodowodzie

bajko­

w y m . N a p l a n pierwszy opowieści zaczyna w y s u w a ć się syn bo­
hatera r e p o r t a ż u — .Antoś. (...) Z trzech s y n ó w z o s t a ł się w cha­
ł u p i e t y l k o A n t o ś , k t ó r e g o osobiście p a n Mieczyk j a k o g ł ó w n e g o
spadkobiercy nic w i d z i a ł . Za m a ł o ten c h ł o p a k b y ł pazerny, za
d u ż o w k s i ą ż k a c h siedział, romanse j a k i e ś c z y t a ł , znaczy na gos­
podarza nie n a d a w a ł s i ę " . . . (...) „ M ó w i ę j a j e m u — ż e ń się na­

s t y l u , na k t ó r y s k ł a d a się t e ż gwara u r z e k a j ą c a

mieszczuchów.

Narzuca się t a k ż e p r z y t y m i t o , że w y b ó r cech gwarowego s t y l u
p o d l e g a ł t u stereotypom
piej s k o m e n t o w a ć

i •schematom.

i podsumować

U z y s k a n y efekt

t y m oto zdaniom

najle­

Bachtina:

,,(...) D l a s t y l i z a t o r a i s t o t n y jest zespół c h w y t ó w cudzej m o w y
w ł a ś n i e j a k o w y r a z szczególnego p u n k t u widzenia. Dlatego w ł a ś ­
nie pewien r e i f i k u j ą c y

cień pada na sam ó w p u n k t widzenia

i d z i ę k i t o m u staje się on u m o w n y ( , . . ) "

3 3

t y c h m i a s t o w o , a on nic (...)") Charaktor^-styka t a zbiera cechy,
które przysługują

bohaterowi bajki

magicznej: n a j m ł o d s z y

z trzech b r a c i , g ł u p a w y , niefrasobliwy, n i e ż o n a t y .

3 0

W

Konkluzje

z

dalszej

części t e k s t u autorka, nadal p o s ł u g u j ą c się schematem b a j k o w y m ,

S u m u j ą c i z a m y k a j ą c nasze w y w o d y o d w o ł u j e m y się do ogól­

miesza i degraduje j e d n ą z i s t o t n y c h funkcji elementu b a j k i ma­

niejszej

gicznej j a k ą

t o ś c i . Koncepcja t a t o jedna z i s t o t n y c h częśei s k ł a d o w y c h pro­

jest

podróż

bohatera,.

Jak

wiadomo, podróż

ta

koncepcji u k a z u j ą c e j

mechanizm m i t y z a e j i

rzeczywis­

doj­

ponowanej „ e t n o l o g i i p o d e j r z e ń " . K o r z y s t a j ą c z u s t a l e ń R o l a n d a

rzewania bohatera. Tymczasem w relacji pana, Mieczyka t o on

B a r t h e s ' a , bo o jego idee t u chodzi, m o ż n a w y k a z a ó , s t a w i a j ą c

wraz ze s z c z ę ś l i w y m p o w r o t e m jest m e t a f o r ą s p o ł e c z n e g o
udaje się na poszukiwanie ż o n y dla syna (...).

N a r o d u na tej

dyskotece j a k na o d p u ś c i e (...) i w p a d ł a m i w oko jedna

blon­

d y n k a . N i e za d u ż a , nic za mala, w sam raz."). Mim&lt;! u b ó s t w a
charakteryzacji wybranki

odnajdujemy

t u cechę wspólną

dla

p r z y t y m wniosek k o ń c o w y , że a n a l i z o w a n y tekst nosi wszelkie
znamiona k o n s t r u k c j i m i t y c z n e j .
J a k w y n i k a z u s t a l e ń Barthes'a, m i t m o ż e b y ć u w a ż a n y za
r

w t ó r n y system semiologiczny, g d y ż tw orzy się w y c h o d z ą c od

p o z y t y w n y c h postaci k o b i e t w b a j k a c h : złote vel b l o n d w ł o s y .

ł a ń c u c h a semiologicznego, k t ó r y i s t n i a ł p r z e d n i m .

3 4

Znak, koń­

W obu sytuacjach

c o w y p r o d u k t pierwszego systemu, jest elementem

znaczącym

(w bojkach i w r e p o r t a ż u ) spotkanie z ł o t o ­

włosych kobiet kończy

się m a ł ż e ń s t w e m . Jest t o

rozwiązanie

w d r u g i m . W naszym p r z y p a d k u t a k i m p i e r w o t n y m systemem

charakterystyczne d l a b a j k i magicznej — i co więcej — jest ono

z n a c z ą c y m s ą t r e ś c i o d n o s z ą c e się do t z w . t r a d y c y j n e j

uprawnione ze w z g l ę d u na w o w n ę t r z n ą logikę f u n k c j i

ludow ej. T r e ś c i te m a j ą z w y k l e swoje k u l t u r o w e zaplecze, his­

elemen­

t ó w b a j k i . B o h a t e r o d b y ł s w o j ą p o d r ó ż — d o j r z a ł do m a ł ż e ń ­
stwa. B ę d z i e ono d ł u g i e i s z c z ę ś l i w e .
się historia w niej opowiadana.

31

Wydarzeniem t y m kończy

Oczywiście trudno by

kultury

7

t o r y c z n ą g ł ę b i e . W procesie m i t y z a e j i zostają, w y r w a n e z ł a ń c u ­
cha w z a j e m n y c h relacji i ustawione obok siebio. W y p r e p a r o w a n e

szukać

z ż y w e g o k o n t e k s t u k u l t u r o w e g o z a c z y n a j ą wieść ż y w o t samo­

w r e p o r t a ż u realizacji wszystkich f u n k c j i b a j k i magicznej. N i e m ­

dzielny. Wszystko t o , co w r z e c z y w i s t o ś c i jest w y n i k i e m d ł u g o -

�t r w a ł y c h p r o c e s ó w , r e z u l t a t e m p o w i k ł a ń s p o ł e c z n y c h , w micie
jest proste, jednoznaczne, nie p o d l e g a j ą c e

O s t a t n i ą j u ż u w a g ę k i e r u j e m y do r e d a k c j i „ P o l s k i e j S z t u k i

d y s k u s j i . „(...) M i t

L u d o w e j " licząc na zrozumienie u redaktora Aleksandra Jackow­

jest s ł o w e m s k r a d z i o n y m i z w r ó c o n y m " . ' P o s z c z e g ó l n e elementy

skiego. W prawie j u ż czterdziestu rocznikach kierowanego przez

3

i d e n t y f i k o w a n e z k u l t u r ą l u d o w ą , po w y i z o l o w a n i u , z o s t a j ą z w r ó ­

Niego pisma j e d n y m ze s t a ł y c h , m o ż n a p o w i e d z i e ć , d z i a ł ó w są

cone, ale j u ż na poziomie m e t a j ę z y k o w y m .

Przypadkowo wy­

biografie t w ó r c ó w l u d o w y c h , K a ż d e g o k t o zachce je p r z e c z y t a ć

brane f a k t y

t r a c ą s w ą d o t y c h c z a s o w ą p o z y c j ę , metamorficznie

zapewniamy, że jest to ciekawa l e k t u r a . N a m t r u d zapoznania,

p r z e c h o d z ą w znak, s k r ó t , e k s t r a k t l u d o w o ś c i . Z a z n a c z y ć p r z y t y m

się z t r e ś c i ą większości b i o g r a f i i w y n a g r o d z i ł a satysfakcja pod­

trzeba, że elementy s k ł a d a j ą c e się na „ l u d o w o ś ć " nie są rezulta­

w ó j n a . Z jednej s t r o n y p r z e c z y t a l i ś m y wiele i n t e r e s u j ą c y c h teks-,

t e m ś w i a d o m e g o , sensownego, celowego wyabstrahowania, z k u l ­

t ó w , z drugiej — z n a l e ź l i ś m y m a t e r i a ł y do kolejnej kliszy. Wspo­

turowej

m i n a m y t u o t y m w k i l k u zdaniach i w t y m t y l k o aspekcie,

r z e c z y w i s t o ś c i . Jest to zlepek swobodnie

dobranych,

l u ź n y c h s k o j a r z e ń . I c h zadanie sprowadza się do jednej f u n k c j i :
oznaczania „ l u d o w o ś c i " . „(...) M i t jest s ł o w e m nadmiernie uza­
sadnionym..."

36

Jego s k ł a d n i k i n a t u r a l n i e w y w o ł u j ą skojarzenie

k t ó r y n a w i ą z u j e do s z t u k i pisania b i o g r a f i i .
Niewielkie monografie biograficzno jakie znajdujemy w „ P o l ­
skiej Sztuce L u d o w e j "

nie m a j ą o h a r a k t n i

ściśle

naukowego.

z p o j ę c i e m „ l u d o w o ś c i " . N i e p o z w a l a j ą na inne odczytanie, ma­

D o t y c z ą w większości l u d z i ż y j ą c y c h , pisano s ą ze „ w s p ó ł c z y n ­

j ą c h a r a k t e r i m p e r a t y w n y . W ten s p o s ó b zyskuje w y t ł u m a c z e n i e ,

n i k i e m h u m a n i s t y c z n y m — r o z u m i e j ą c y m " . S ą ozęsto o p o w i e ś ­

wspomniana na w s t ę p i e , n a t a r c z y w o ś ć z j a k ą

reportażu

ciami w y d o b y w a j ą c y m i cechy o s o b o w o ś c i t w ó r c y , bo przez oso­

stara się p o z y s k a ć czytelnika nie nastawionego na, i n t e r p r e t a c j ę —

b o w o ś ć t ł u m a c z ą l u b e k s p o n u j ą dzieła a r t y s t y . N i e b e z p i e c z e ń s ­

treść

u ż y t k o w n i k a m i t u . M i t o l o g , z w ł a ś c i w ą sobie s k ł o n n o ś c i ą do po­

t w o u ż y c i a kliszy w t a k k o n s t r u o w a n y c h tekstach p o j a w i a się

d e j r z e ń , u m o ż l i w i a zobaczenie w pozornie w i a r y g o d n y m t e k ś c i e

k i l k a k r o t n i e . Dalej w s k a ż e m y na nio, w y k o r z y s t u j ą c tezy J u r i j a

k o n s t r u k c j i m i t y c z n e j . Dzieje się t a k dlatego, p o n i e w a ż t r a k t u j e

Ł o t m a n a p o c h o d z ą c e z jego eseju o b i o g r a f i i i b i o g r a f i s t y c e .

on m i t j a k o system semiologiczny, d o s t r z e g a j ą c

38

przekształcenia

Za c y t o w a n y m a u t o r e m m o ż n a r o z r ó ż n i ć biografie naukowo

j a k i m u l e g ł y p o s z c z e g ó l n e elementy. Czytelnik naiwnie odbie­

i popularne. Te pierwsze p o w i n n y o g r a n i c z a ć się do f a k t ó w i do­

r a j ą c y m i t w i d z i w n i m j e d y n i e system i n d u k c y j n y , w i ą ż ą c z t y m

k u m e n t ó w . M o g ą więc p o s i a d a ć l u k i i c z ę s t o nio o d t w a r z a j ą

przekonanie o „ n a t u r a l n o ś c i " resp. „ p r a w d z i w o ś c i " całej

łej s y l w e t k i opisywanej osoby. Biografie popularne są zasadniczo

strukcji.

3 7

kon­

P r z y w o ł a n e na prawach m e t a f o r y p o j ę c i a kliszy i ole­

odmienne. Te znane n a m

z „Polskiej Sztuki Ludowej"

ca­

lokują

o d r u k u , u n a o c z n i a j ą j a k p l a s k i i w t ó r n y jest obraz w y k r e o w a n y

się ze s w o j ą f o r m ą p o ś r o d k u . Z i c h t r e ś c i w y ł a n i a się zawsze

za i c h p o m o c ą .

ż y w y , c a ł o ś c i o w y i k o n k r e t n y wizerunek c z ł o w i e k a i jego dziola.

Stwierdzenie o b e c n o ś c i w r e p o r t a ż u t a k i c h s k ł a d n i k ó w

jak

A l e przecież a u t o r z y t y c h b i o g r a f i i w i e d z ą o t y m , żo życie czło­

stereotypy, f i g u r y m y ś l e n i a , schemat b a j k o w y oraz dokonana

wieka rzadko jest c i ą g i e m konsekwentnych c z y n ó w i ich s k u t k ó w .

m i t y z a c j a k u l t u r o w y c h t r e ś c i , wszystko t o p o d w a ż y ł o jego wia­

W i e d z ą t e ż , że j e d n o s t k i t w ó r c z o na r ó ż n y s p o s ó b o d s t a j ą

r y g o d n o ś ć . A n a l i z o w a n y t e k s t dowodzi t r w a ł o ś c i p e w n y c h sche­

otoczenia i zbiorowej psychologii.

m a t ó w myślenia, ich niercdukowalności mimo wzrastającej

nania, losy ż y c i o w e i t w ó r c z o ś ć a r t y s t y c z n a c z ł o w i e k a m o g ą b y ć

ja­

od

Codzienne d z i a ł a n i a , przeko­

k o b y racjonalizacji ż y c i a . U ż y c i e i c h w prasowej p u b l i c y s t y c e

niespójne,

l u b w r e p o r t a ż u wskazuje j a k ciągle a t r a k c y j n e s ą i j a k ą siłę

m o g ą nie w i ą z a ć się w ż y c i o w ą j e d n o ś ć t a k o c z e k i w a n ą przez

perswazyjną

posiadają

folklorystyczne (mityczne) k o n s t r u k c j e

Ergo

„ p u b l i c z n o ś ć " i badaczy, bo w ó w c z a s j u ż sama biografia t w ó r c y
j a k o całość, w y w o ł u j e p r z e ż y c i a estetyczne. K a ż d y k t o podejmuje

w k u l t u r z e masowej.
Zauważmy

m o g ą r o z w i j a ć się r ó w n o l e g l e l u b przeciwnie.

też jeszcze, ż e klisza, k t ó r a z o s t a ł a u ż y t a w re­

się opisu biograficznego zastaje w materiale, j a k i m

dysponuje,

p o r t a ż u m o ż o b y ć w i e l o k r o t n i e r e p l i k o w a n a . Poprzez p o w i ą z a ­

miejsca puste, k t ó r e u z u p e ł n i a „ r o z u m i e n i e m " , zderza r ó ż n e l i ­

nie

nie ż y c i a bohatera tak b y o s i ą g n ą ć psychologicznie u z a s a d n i o n ą

„jaśniejszych

punktów"

sensownym w ą t k i e m

fabularnym

3 9

ł a t w o o t r z y m u j e m y n o w y , pozornie a u t e n t y c z n y tekst. W y s t a r ­

i prawdziwą całość.

czą drobne retusze: zmiana nazwisk, r e a l i ó w (...) Nie jest w i ę c

w kwartalniku

Przy tak

d u ż e j liczbie o p u b l i k o w a n y c h

wykluczone, ż e za j a k i ś czas w prasio m o ż e p o j a w i ć się tekst

k t ó r e k i e d y ś odkrywcze, w r ó c i ć m o g ą do redakcji j a k o klisze

z a c z y n a j ą c y się od s ł ó w : „ D z i s i a j stary gazda —• k t ó r e g o wszyscy

w y p e ł n i o n e p r o j e k c j a m i a u t o r ó w . A l e takie klisze, j a k i t r e ś ć je

b i o g r a f i i p o w s t a ł y j u ż pewne schematy opisu,

w dziedzinio Szablik wołaj o m , t a k j a k jogo dziada co t o jeszcze

wypełniająca,

na z b ó j c h o d z o w a ł — w s t a ł o czwartej rano ( . . . ) " i t d . i t d .

w i e d z i e ć n a s t ę p n y m razem.*

to z u p e ł n i e inna bajka,, k t ó r ą zamierzamy opo­

P R Z Y P I S Y

* T e k s t w y ż e j prezentowany analizuje n i e k t ó r e m e c h a n i z m y
m i t y z a c j i r z e c z y w i s t o ś c i . W warstwie d o k u m e n t u j ą c e j nasze tezy
o p a r l i ś m y się na j e d n y m z r e p o r t a ż y t y g o d n i k a „ P r z y j a c i ó ł k a " .
Pochodzi on z r o k u 1983, m a m y więc n a d z i e j ę , żc po czterech
l a t a c h n i k t nie odbierze naszych r o z w a ż a ń j a k o d o r a ź n e j pole­
m i k i l u b a t a k u ad personam. Po t a k i m czasie t e k s t y ż y j ą wła­
snym życiem.
A n t o n i n a K l o s k o w s k a , Modele społeczne i kultura
masowa,
(w:) tejżo, Z historii i socjologii kultury, Warszawa 1969, s. 433—
434
D o r o t a M a r k o w s k a , K r z y s z t o f O s t r o w s k i , Jerzy J . W i a t r ,
Czytelnictwo prasy w środowisku
wiejskim województwa
warszaws­
kiego, „ S t u d i a Socjologiczne", n r 3: 1961, s. 139—162
K l o s k o w s k a , Modele..., s. 434
Zob. na ten t e m a t z b i ó r prac A n t o n i n y K ł o s k o w s k i e j za­
mieszczony w tomie tejże a u t o r k i , Z historii
i socjologii...,
s.
1

2

3

4

405—530. T a k ż e , K l o s k o w s k a , Wzory i modele iv
socjologicznym
badaniu rodziny, „ S t u d i a Socjologiczne" n r 2 1962, s. 35—55
K l o s k o w s k a , Z historii...,
s. 486—487
Stefan Ż ó ł k i e w s k i , Pole zainteresowań
współczesnej
socjolo­
gii literatury,
( w : ) Problemy metodologiczne współczesnego
lite­
raturoznawstwa,
(red.) H . Markiewicz i J . S ł a w i ń s k i , K r a k ó w
1976, s. 433
K l o s k o w s k a , Z historii...,
s. 449
J a n i n a K a t y ń s k a , Życie owocujące,
„ P r z y j a c i ó ł k a " n r 29/
1828, 2 1 . V I I . 1 9 8 3 , s. 3 i 5
Słownik
Terminów
Literackich,
W r o c l a w 1976, s. 371
Czesław Niedzielski, O teorelycznoliterackich
tradycjach
pro­
zy dokutnentarnej,
„ P r a c e W y d z i a ł u Filologiczno-Filozoficznego
T o r u ń s k i e g o T o w a r z y s t w a N a u k o w e g o " , T . X V I I Z. 1, T o r u ń
1966
Niedzielski, op. c i t . , s. 189—197
5

6

7

8

9

1 0

1 1

155

�1 2

Niedzielski, op. c i t . , s. 202
Niedzielski, op. c i t . , s. 207
H o n r y k M a r k i e w i c z , Wymiary dzieła literackiego,
Kraków
1984, s. 183
M a r i a R o n a t a M a y e n o w a , Poetyka teoretyczna.
Zagadnie­
nia języka,
W r o c ł a w 1979, s. 304
R o c h Sulima,, Źródło i pion. Figury myślenia
o
ludowości,
„ R e g i o n y " n r 4 1980, s. 71—82
S u l i m a , tamże, zob. t e ż : C z e s ł a w R o b o t y c k i , S t a n i s ł a w W ę ­
glarz, Chłop potęga jest i basta. O mityzacji kuUury ludowej w nau­
ce, „ P o l s k a S z t u k a L u d o w a " , R . 37, 1983, n r 1/2, s. 3—8
Z o b . n p . A d a m Schaff, Stereotypy i działania ludzkie, W a r ­
szawa 1981
R o c h Sulima, Folklor i literatura,
Warszawa 1976, s. 320
i 321
op. c i t . , s. 324
D a n u t a M a r k o w s k a , Rodzina wiejska
na Podlasiu,
Wro­
c ł a w 1970, s. 89
op. c i t . , e. 137
op. c i t . , s. 141—143
Markowska,, Rodzina...,
( a u t o r k a referuje i w y k o r z y s t u j e
w y n i k i b a d a ń A . K ł o s k o w s k i e j z l a t 1950—1951 i 1956—1957,
F . Adamskiego z l a t 1965—66, oraz I I . K o s z u t s k i e j , z r o k u 1964)
M a r k o w s k a , Rodzina...,
s. 107
op. c i t . , s. 170—188
Zobacz: J u r i j L o t m a n , Struktura tekstu artystycznego, W a r ­
szawa 1984, s. 355
1 3

1 4

1 5

1(1

1 7

1 8

1 9

2 0

2 1

2 2

2 8

op. cit., s. 376 i 392—395
P r ó b ę usystematyzowania literackich s c h e m a t ó w i wykła­
d n i z w i ą z a n y c h z „ o b c y m " z n a l e ź l i ś m y ostatnio w szkicu M a r i i
P o d r a z y - K w i a t k o w s k i e j , Przyjdzie
taki i ...,(w) t e n ż e , Somnambulicy, dekadenci, herosi, K r a k ó w 1985, s. 443—454. N a j n o w s z ą
e t n o l o g i c z n ą w y k ł a d n i ę p r o b l e m u „ o b c o ś c i " proponuje Zbigniew
B e n e d y k t o w i c z , Mil, symbol, stereotyp (praca d o k t o r s k a , maszy­
nopis) w dyspozycji a u t o r a i b i b l i o t e k i U W (w d r u k u ) .
Zobacz: W ł o d z i m i e r z P r o p p , Morfologia
bajki, Warszawa
1976, s. 66—85
passim
2 9

3 0

3 1

3 2

M a y e n o w a , Poetyka...,

3 3

s.

M i c h a i ł B a c h t i n , Problemy
szawa 1970, s. 287

356
poetyki

Dostojewskiego,

War­

3 4

R o l a n d Barthes, Mit dzisiaj, ( w : ) t e g o ż a u t o r a , Mil i znak,
( w y b ó r esejów) W a r s z a w a 1970, s, 30
3 5

3 6

t a m ż e , в. 44
t a m ż e , s. 49

2 3

3 7

2 4

2 5

2 6

2 7

T

t a m ż e , s. 50

3 8

K o r z y s t a l i ś m y z o m ó w i e n i a p r a c y Ł o t m a n a dokonanego
przez a u t o r a u k r y w a j ą c e g o się za i n i c j a ł a m i H . C , k t ó r y w re­
l a c j i swojej p o s ł u ż y ł się d ł u ż s z y m i c y t a t a m i z eseju rosyjskiego
uczonego. Zobacz: H . C , J u r i j Ł o t m a n o biografistyee, „ L i t e ­
r a t u r a n a ś w i e c i e " n r 11 (172) 1985, s. 348—353
3 9

J u r i j Ł o t m a n (w:) op. c i t . , passim

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11018" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10996">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/48a6ee2d0ac01bdc1dad1513bcb2972b.pdf</src>
        <authentication>8f9e76f212f894f744cbc4bc4566fa03</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131362">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2341</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131363">
                <text>1991</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131364">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2172</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131365">
                <text>Gardzienice, sobota-niedziela 27-28 kwietnia 1991 r. / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131366">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.3-4, s.53-54</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131367">
                <text>Czaja, Dariusz; Robotycki, Czesław</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131368">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131369">
                <text>Polski Instytut Sztuki</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131370">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131371">
                <text>GARDZIENICE, SOBOTA-NIEDZIELA 27/28 KWIETNIA 1991

KRAJOBRAZ Z TOBIASZEM

nie, p o ś r ó d p ó l , p o w ą s k i m d y w a n i k u zieleni idą d w a j m ł o d z i e ń ­
cy, w ł a ś c i w i e dzieci jeszcze, pierwszy Tobiasz, za n i m A n i o ł Rafał,

W c h w i l ę p o p o w r o c i e z Gardzienic spisuję na g o r ą c o parę

s a m o t n i , zatopieni w w ę d r ó w c e . W całej tej s e k w e n c j i o b r a z k ó w

u w a g o t y m c o w i d z i a ł e m , c o m n i e poruszyło. Nie u s i ł o w a ł e m

z życia

przy t y m , a może n a w e t nie c h c i a ł e m porzucać

dysonansem.

perspektywy

codziennego,

ów

obraz

z życia w y o b r a ź n i

Przeciwnie: zabrzmiał w y j ą t k o w o

nie

był

czysto.

Jeśli

a n t r o p o l o g a kultury. U ż y w a m określenia a n t r o p o l o g k u l t u r y , a nie

p o j a w i ł się t a m p r z y p a d k i e m , t o był t o ten rodzaj p r z y p a d k u ,

etnograf z rozmysłem, nie dla stylistycznej rafinady ani

k t ó r e g o k o n i e c z n o ś ć w y d a j e się d o j m u j ą c a . Sądzę b o w i e m , że

dodania tym

pospiesznie r o b i o n y m

notatkom

dla

„naukowego"

obraz

Malczewskiego

z całym

bogactwem

odniesień,

które

p o l o r u . Sądzę j e d n a k , że f e n o m e n u „ G a r d z i e n i c " nie s p o s ó b

sugeruje, jest m e t a f o r y c z n y m s k r ó t e m , s y m b o l i c z n y m zagęsz­

zgłębiać o d w o ł u j ą c się j e d y n i e d o w ą s k o p o j m o w a n e j etnografii

czeniem d o ś w i a d c z e n i a „ G a r d z i e n i c " . T o z p e w n o ś c i ą coś w i ę c e j

j a k o d y s c y p l i n y zajmującej się s t u d i a m i nad kulturą

niż t y l k o kwestia krajobrazu.

ludową,

m i m o , że szereg w y p o w i e d z i W ł o d z i m i e r z a S t a n i e w s k i e g o d o

„ I poszedł c h ł o p i e c a razem z n i m A n i o ł a także i pies w y s z e d ł

takiej, etnograficznej w ł a ś n i e interpretacji zaprasza. T u potrzeba

z nim i p o d r ó ż o w a ł razem z n i m i " (Tb, 6, I ) . Temat Tobiasza jest

istoty

n i e z w y k l e rzadki w sztuce polskiej. Kazimierz W y k a szukający,

zjawiska poprzez a n t r o p o l o g i c z n e d o ś w i a d c z e n i e czytania i inter­

czegoś w i ę c e j . C h y b a

lepiej będzie przybliżać się d o

w z w i ą z k u z c y k l e m T o b i a s z ó w M a l c z e w s k i e g o , wcześniejszych

pretacji s y m b o l i c z n y c h s e n s ó w i znaczeń.

p r z y k ł a d ó w malarskich i literackich, o d n o t o w u j e i bliżej o m a w i a

Pozostawiając opis czysto artystycznego, teatralnego w y m i a r u

j e d e n , dla nas n i e z w y k l e frapujący: „ S z c z e g ó l n y urok posiada

„ G a r d z i e n i c " bardziej k o m p e t e n t n y m , p r o f e s j o n a l n y m p i ó r o m ,

p o e m a t X V I I - w i e c z n e g o dramaturga i p o e t y Stanisława Herak-

c h c i a ł b y m o d razu p r z y w o ł a ć

liusza L u b o m i r s k i e g o ( 1 6 3 2 — 1 7 0 2 ) Tobiasz

pozornie błahe,

pozateatralne

zdarzenie z naszego spotkania w o ś r o d k u g a r d z i e n i c k i m .

Lubo­

wyzwolony.

Po

mirski b o w i e m , p o d o b n i e jak w parę p o k o l e ń później M a l c z e w ­

nocą

ski, w ę d r o w a n i e Tobiasza z A n i o ł e m osadza w p o l s k i m k r a j o b ­

obejrzeliśmy f i l m z w y p r a w d o o k o l i c z n y c h w s i i zestaw przeź­

razie i o b y c z a j u . J e g o w ę d r o w c y w s t ę p u j ą d o g o ś c i n n e j g o s p o d y

roczy. Na c z a r n o - b i a ł y m f i l m i e w y k o n a n y m przy p o m o c y p r y m i ­

polskiej. Nie przypuszczam by Jacek M a l c z e w s k i czytał j e g o

p r z e d s t a w i e n i a c h Awwakum

i Carmina

Burana,

późną

t y w n e j kamery (brak d ź w i ę k u ) zarejestrowano pierwsze s p o t ­

utwór.

kania a k t o r ó w i ludzi z p o b l i s k i c h w s i , ich w s p ó l n e t a ń c e i ś p i e w y

rodzin z i e m i a ń s k i c h , ten nie uzna za przesadę pytania czy aby

Kto jednak

pamięta

biblioteki

dworskie

kulturalnych

(tu w y o b r a ź n i a musiała p o d p o w i e d z i e ć d ź w i ę k ) , u t r w a l o n e z o ­

p r z y p a d k i e m w Gardzienicach (! — D C ) l u b w W i e l g i e m nie

stały nie reżyserowane, s p o n t a n i c z n e reakcje o b y d w u stron:

d o c h o w a ł się w nadkruszonej przez k r o n i k i starej szafie e g z e m p ­

nieufność, z a c i e k a w i e n i e , z d z i w i e n i e , ś m i e c h , wzruszenie, ra­

larz Tobiasza

dość. Słaby sprzęt, k t ó r y m n a k r ę c o n o f i l m przyczynił się d o

Malczewskim,

wywołania

niezamierzonego e f e k t u : m i m o że f i l m

pochodził

wyzwolonego.

(Thanatos

i Polska

czyli

o

Jacku

K r a k ó w 1 9 7 1 , s. 8 0 /

Nie zaglądałem d o g a r d z i e n i c k i c h szaf, może w istocie s p o c z y ­

sprzed k i l k u n a s t u z a l e d w i e lat, o g l ą d a ł o się g o jak archaiczny

w a w nich jakiś n a d g r y z i o n y egzemplarz p o e m a t u

zapis d o k u m e n t a l n y , jak f r a g m e n t y p r z e d w o j e n n y c h f i l m ó w et­

kiego. W s z e l a k o f a k t e m pozostaje o b e c n o ś ć w

n o g r a f i c z n y c h , jak u r y w k i

d o k u m e n t a c j i g a r d z i e n i c k i e g o teatru reprodukcja j e d n e g o z T o ­

niemych f i l m ó w z początku

kina.

Pokazane przeźrocza, w r ó w n y m s t o p n i u jak f i l m były d o k u m e n ­
t e m p a m i ę c i . Przede w s z y s t k i m w i ę c t w a r z e

— ikony

ludzi

Lubomirs­

fotograficznej

biaszów Malczewskiego. Doprawdy, dziwna koincydencja.
Co odsłania, o c z y m m ó w i obraz M a l c z e w s k i e g o , bezsprzecz­

starych, s p o t y k a n y c h podczas w ę d r ó w e k , ale i nawiązanie d o

nie j e d e n z najgłębszych f i l o z o f i c z n i e i najlepszych

p o c z ą t k ó w , d o źródeł t e g o t e a t r u ' : aktorzy wyruszający na wieś,

w całej j e g o t w ó r c z o ś c i . T o nade w s z y s t k o przejmujący, malarski

c i ą g n ą c y za sobą w ó z e k z d o b y t k i e m , d r z e w a , pola, droga...

zapis d o ś w i a d c z e n i a b e z d o m n o ś c i i w ę d r o w a n i a j a k o s y m b o l i c z ­

W ś r ó d p r e z e n t o w a n y c h przeźroczy n i e o c z e k i w a n i e f o t o g r a f i ­
czna reprodukcja obrazu J a c k a M a l c z e w s k i e g o Wiosna
braz z Tobiaszem

— krajo­

i komentarz aktora o b s ł u g u j ą c e g o rzutnik: „ t e n

pejzaż taki p o d o b n y , zupełnie jak t u , u n a s " .
szerokie, g e o m e t r y c z n i e p o t r a k t o w a n e

Przypomnijmy:

płaszczyzny

malarsko

n y c h f i g u r egzystencji. Tobiasz w y s z e d ł z D o m u . Jest w Drodze.
W c i e l a a r c h e t y p W ę d r o w c a . M a d o w y p e ł n i e n i a zadanie. D r o g a
jest t r u d n a i nieznana, kres w ę d r ó w k i

niepewny. U

swoich

p o c z ą t k ó w teatr „ G a r d z i e n i c e " w p i s u j e się w tę grę s y m b o l i c z ­

pól, d w a

n y c h o d n i e s i e ń . A n a l o g i e sięgają jeszcze głębiej. P r z y p o m n i j m y

w y s m u k ł e drzewa na p i e r w s z y m planie, na h o r y z o n c i e d a c h y

t o czego na obrazie M a l c z e w s k i e g o nie ma: „ T a k p o d r ó ż o w a l i

d o m o s t w , d w a b o c i a n y szybujące na prostokącie nieba. W d o l i ­

obaj i zastała ich pierwsza noc, i p r z e n o c o w a l i nad rzeką Tygrys.
C h ł o p i e c w s z e d ł d o rzeki Tygrys, aby u m y ć s o b i e n o g i . W t e d y
w y n u r z y ł a się z w o d y w i e l k a ryba i chciała odgryźć n o g ę c h ł o p c a .
Na t o o n krzyknął. A A n i o ł rzekł c h ł o p c u : ' U c h w y ć ją i nie puszczaj
tej r y b y ! ' I u c h w y c i ł c h ł o p i e c m o c n o rybę i w y c i ą g n ą ł ją na ląd.
W t e d y p o w i e d z i a ł m u z n o w u A n i o ł : 'Rozpłataj tę rybę i w y j m i j
z niej żółć, serce i w ą t r o b ę i z o s t a w je przy sobie, a w n ę t r z n o ś c i
odrzuć!

Żółć

b o w i e m , serce i w ą t r o b a jej są

pożytecznym

l e k a r s t w e m " . I w jakiś czas później: „ A Rafał rzekł d o Tobiasza,
zanim ten zbliżył się d o ojca:' W i e m , że o t w o r z ą mu się oczy.
Potrzyj żółcią ryby j e g o oczy, a l e k a r s t w o w y g r y z i e i ściągnie
b i e l m o z j e g o o c z u , a ojciec t w ó j przejrzy i zobaczy światło...,
I przystąpił d o niego Tobiasz z żółcią ryby w ręku, i d m u c h n ą ł na
j e g o oczy, d o t k n ą ł się i rzekł: ' U f a j , ojcze!', i przyłożył

mu

l e k a r s t w o , i odczekał c h w i l ę . Potem zerwał o b i e m a rękami b i e l m o
z k ą t ó w j e g o o c z u " . ( T b , 6,1 - 4; I I , 7 - 8 ; I I , II -

12) S t a n i e w s k i

w y k ł a d a j ą c g ł ę b o k i sens p o c z y n a ń s w o j e g o teatru p o w o ł u j e się
na grecki ź r ó d ł o s ł ó w n a z w y „ t e a t r " . Teatr p o c h o d z i o d „ t h e a " , c o
oznacza stan w i d z e n i a , przenikania, u p r z y t a m n i a n i a sobie. Przed­
stawienia

„ G a r d z i e n i c " t o szczególny

rodzaj rekolekcji

(łac.
53

�recolectio — p r z y p o m i n a ć s o b i e ) , ć w i c z e n i a pamięci. T o a n a ­

hermeneutyki pamięci kultury. T o przechodzenie o d z a p o m ­

mnesis. T o o d c z y t y w a n i e o d l e g ł y c h historycznie i k u l t u r o w o

nienia, n i e w i e d z y , ślepoty d o w i d z e n i a , d o ś w i a t ł a .

t e k s t ó w . T o ich rytualna re-kreacja. Jakże p r z y p o m i n a t o — m i m o
o c z y w i s t y c h różnic — h e r m e n e u t y c z n e zabiegi

interpretacyjne

zmierzające d o o ż y w i e n i a z a p o m n i a n y c h a r c h a i c z n y c h
i s y m b o l i . Przedstawienia gardzienickie

można

mitów

Zadanie t o n i e z w y k l e t r u d n e i c o t u d u ż o kryć, niebezpieczne.
W r ó ć m y d o M a l c z e w s k i e g o . To p r a w d a , za Tobiaszem p o s t ę p u j e
A n i o ł , doradca i o p i e k u n . A l e p r a w d ą jest też, że A s m o d e u s z ,

by uznać za

d e m o n złudzenia w c i ą ż jeszcze przed n i m . To jest miara w y ­

szczególną o d m i a n ę rozpisanej na r u c h , gest, s ł o w o , ś p i e w ,

z w a n i a , które p o d j ę l i c i , którzy o d w a ż y l i się kiedyś w y j ś ć z D o m u .
Dariusz Czaja

BYŁEM W GARDZIENICACH
0 teatrze w i e d z ą wszyscy, którzy p o w i n n i w i e d z i e ć . Nie m a m

Wreszcie g o ś c i w i t a W ł o d z i m i e r z S t a n i e w s k i . Ś r e d n i e g o w z r o ­

w i ę c zamiaru p o raz kolejny dzielić się impresjami z o g l ą d a n y c h

stu, szczupły o pociągłej t w a r z y i raczej d ł u g i c h w ł o s a c h . M a

zdarzeń t e a t r a l n y c h . P r o p o n u j ę natomiast garść relacji i obser­

c i e m n e p r z e n i k l i w e oczy ale ze s p o s o b u bycia i ł a g o d n e g o

w a c j i o d t w a r z a j ą c y c h atmosferę jaka t o w a r z y s z y s p e k t a k l o m .

u ś m i e c h u bije c i e p ł o i bezpośredniość. Ubrany na czarno ( m a r y ­

W a ż n e jest b o w i e m i t o c o dzieje się poza nimi i w o k ó ł n i c h .

narka d o p ó ł uda w y d ł u ż a s y l w e t k ę ) na g ł o w i e nosi j a r m u ł k ę —

R ó w n i e ż tak o d k r y w a m y część istoty Stowarzyszenia „ G a r d z i e -

z a p e w n e dar z Izraela. Z a p o w i a d a d w a spektakle (Żywot

nice".

wakuma

i Carmina

Burana)

podkreślając

Aw­

kontradyktoryczne

D r o g a d o G a r d z i e n i c . Na pieczęci s ł u ż b o w e j j a k o siedzi­

założenia o b u spektakli. Pierwszy o z n i e w o l e n i u rosyjskiej duszy,

bę stowarzyszenia p o d a j e się L u b l i n . W ś r ó d bardziej w t a j e m ­

d r u g i t o grana c i a ł e m , r u c h e m i ś r e d n i o w i e c z n ą pieśnią rzecz

n i c z o n y c h p o w i a d a się, że Gardzienice t o w i e ś p o d L u b l i n e m .

0 miłości.

Pytanie gdzie rzeczywiście leżą Gardzienice j a k o j e d n o s t k a t o p o ­
graficzna ma s w ó j sens. O t o droga d o n i c h w

największym

skrócie.

Po przejściu d o sali — miejsca działania teatralnego — S t a n i e ­

w s k i k a ż d e m u z w i d z ó w w s k a z u j e miejsce, p r o w a d z i g o t a m
w ś r ó d działających już a k t o r ó w . W ten s p o s ó b zostaje d o k o ń ­

D o L u b l i n a — w s z y s t k o jest jasne. Następnie w i a d o m o , że
należy udać się drogą d o Zamościa. A l e c o dalej? W

czona aranżacja przestrzeni teatralnej.

małym

R o z p o c z y n a się spektakl. D y n a m i c z n y , zwarty, n i e d ł u g i .

miasteczku Piaski trzeba skręcić w p r a w o , w ulicę Marszałka

I n t e r w a ł między p r z e d s t a w i e n i a m i t o z n o w u o c z e k i w a n i e p e ł n e

Piłsudskiego i przy braku j a k i e g o k o l w i e k o z n a k o w a n i a , zdać się

r o z m ó w , p r ó b interpretacji, w i d o c z n e g o wzruszenia

na łaskę p r z e w o d n i k a lub p r z y p a d k o w e g o i n f o r m a t o r a . Po o k o ł o

formą, mocą atmosfery zdarzenia. Z n o w u najwięcej w i e pan

widzów

kilometrze n a t k n i e m y się na d r o g o w s k a z z napisem Ż ó ł k i e w k a .

Caterpiller — żargon i p u s t o s ł o w i e o „ o t w i e r a n i u się na t e k s t " .

J e d z i e m y dalej i o t o tablica: „ G a r d z i e n i c e I I " . T y m c z a s e m p o

W ś r ó d r o z m ó w c ó w kręci się pani redaktor z tv, która chce z d o b y ć

c h w i l i należy skręcić w l e w o i boczną drogą w j e c h a ć na n i e o d l e g ­

jak najwięcej o p i n i i — p r z y g o t o w u j e się b o w i e m „ d o materiału

łą skarpę z w i d o c z n y m na niej p a ł a c e m . T a m trzeba szukać

Gardzienice".

siedziby stowarzyszenia.
Domostwo.

P o n o w n y rytuał s a d o w i e n i a p u b l i c z n o ś c i w przestrzeni d r u g i e ­

Przez resztki bramy, t o jest

boczne

słupy,

g o przedstawienia rozpoczyna akcję. Toczy się ona w

p r o w a d z i d r o g a na p o d w ó r z e . Na j e d n y m ze s ł u p ó w

bramy

b u d y n k u . Scenografia

n a w i ą z u j e d o w n ę t r z a kościoła.

innym
Trwa

w y k o n a n y sprayem napis: „ W e l c o m e t o h e l i " . Za nią z a n i e d b a n e

przedstawienie. P o p r z e d s t a w i e n i a c h jest kolacja p r z y g o ­

p o d w ó r z e i k o l u m n o w y p o d j a z d pałacu R z e w u s k i c h . Na j e d n e j

t o w a n a przez a d e p t k i . W s w ą d z i e przypalanego tłuszczu je się

z k o l u m n c z e r w o n a tabliczka: „ U n i w e r s y t e t l u d o w y Z S M P w G a -

p a l c a m i , w i d e l c a m i , z ręki, z talerza, pierogi z mięsem. O d z i w o nie

r d z i e n i c a c h " . Czy dobrze trafiliśmy? Jest! Na bocznej ścianie

brakuje ich i p o w s z e c h n i e smakują, c o już nie d z i w i .

dawnej

pałacowej

kaplicy

dyskretny

szyld:

„Stowarzyszenie

Teatralne G a r d z i e n i c e " .

W i e c z ó r zamyka projekcja f i l m u i przeźroczy z w ę d r ó w e k
1 p o s z u k i w a ń g r u p y z c z a s ó w ich p o c z ą t k ó w , kiedy t o aktorzy

W ł a ś c i w ą siedzibą Stowarzyszenia jest r e m o n t o w a n a d w o r s k a

w s p ó l n i e zaczynali realizować s w o j e i d e o w e założenia i plany.

o f i c y n a . Część z r u j n o w a n a przedstawia żałosny w i d o k . Część

Projekcja ukazuje szczególną pasję a k t o r ó w i sztukę operatora

o d r e s t a u r o w a n a z c z e r w o n e j cegły jeszcze jest n i e o t y n k o w a n a .

f o t o g r a f u j ą c e g o t y p y ludzkie i krajobrazy

W e w n ą t r z świeże t y n k i , brak jeszcze d r z w i , poręczy przy s c h o ­

Materiały te ś w i e t n i e oddają sytuację w ę d r o w n y c h k o m e d i a n ­

d a c h , b a l k o n o w y c h balustrad, z t y n k u w y s t a j ą kable przyszłych

t ó w , ich w y s i ł e k w p o k o n y w a n i u n i e u f n o ś c i , w t w o r z e n i u a t m o ­

g n i a z d e l e k t r y c z n y c h . Panuje t u w i e c z o r e m m r o k , j e d y n e o ś w i e t ­

sfery w y w o ł u j ą c e j d a w n e reakcje w s p ó l n o t y przeżywania i eks­

lenie t o ś w i e c e . Na j e d y n y c h d r z w i a c h w e j ś c i o w y c h wiszą na

presji. P o w i a d a się, rzeczy dziś już nie istniejącej.

polskiej

prowincji.

sznurkach tabliczki z o d r ę c z n y m i n a p i s a m i : „ r e c e p c j a " „ n a p o j e " .

W i n n y m już g r o n i e , o d b y ł a się jeszcze tej nocy r o z m o w a przy

W p o k o j a c h rozłożone p o d ścianami ś p i w o r y — j e d y n e miejsca

w i n i e z a k t o r a m i . Grupa j a k o całość nie ma w e w s i przyjaciół —

do

jeżeli nie liczyć p o j e d y n c z y c h o s ó b (stolarza, cieśli). N a z y w a n i

leżenia

lub siedzenia.

Brak tu

krzeseł, s t o ł ó w , ł a w

itp.

W y m u s z a t o t y l k o d w a rodzaje z a c h o w a n i a . M o ż n a stać l u b , jak

byli w e w s i „ j o g i " , „ r u s k i e " , „ c y g a n y " , „ ż y d y " — c a ł y m b o g a t y m

robiła t o większość g o ś c i , siedzieć w kręgu.

stereotypem o b c e g o . Pozostają w k o n f l i k c i e z Z S M P — ten o d b y ł

P o w i t a n i e , l u d z i e , o c z e k i w a n i e . Od pierwszego k o n -

tu jeszcze n i e d a w n o s p o t k a n i e b y ł y c h działaczy w stylu d a l e k o

t a k t u z g o s p o d a r z a m i zaskakuje p o w i t a n i e . W y g ł o s z o n a w tej

o d b i e g a j ą c y m o d w z o r ó w Stowarzyszenia. „ G a r d z i e n i c e " przyj­

„ g ł u s z y " z pełną s w o b o d ą i n w i t a c j a p o angielsku t o z a l e d w i e

m o w a n e gdzie indziej c h ę t n i e ze s w o i m p o s ł a n i e m w s p ó l n o t y

początek. Okazuje się, że p u b l i c z n o ś ć jest m i ę d z y n a r o d o w a . T u

w pieśni, w o t o c z e n i u m i e j s c o w y m nie w y t w o r z y l i w o k ó ł siebie

spotkali się Polacy, Czesi, Żydzi z Izraela, A n g l i c y . S t o w a r z y s z e ­

aury s y m p a t i i . A k t o r z y mają t e g o ś w i a d o m o ś ć . Pytani o przyczyny

nie p r o w a d z i warsztaty. A d e p c i

z całą o t w a r t o ś c i ą

częstują

podejrzewają, j e d e n -

s t e r o w a n ą z zewnątrz niechęć,

drugi

herbatą, zapraszają d o r o z m o w y . K r a k o w s c y s t u d e n c i , z k t ó r y m i

-

przyjechałem, są w y r a ź n i e o n i e ś m i e l e n i — czyżby t o o n i byli

w y r a ź n i e , że f o l k l o r nie będzie j u ż formą autentycznej ekspresji.

z p r o w i n c j i ? D o p i e r o p o zachętach p r z y g o t o w u j ą sobie kolację.

Im udało się trafić na ostatnie j e g o przejawy.

Spektakl

rozpocznie

się o k o ł o

godziny

19.00

lub

20.00.

bardziej analitycznie, p o s t a w y

młodzieży

wiejskiej.

Widzą

Czyżby w i ę c w s p ó l n o t y przeżycia szukać trzeba b y ł o j u ż t y l k o

O c z e k i w a n i e w y p e ł n i a j ą r o z m o w y , herbata. Z a p o w i e d z i o r g a n i ­

w teatrze t w o r z ą c y m g r u p ę o specyficznej

zacyjne w y g ł a s z a n e w a n g i e l s k o - p o l s k i e j mieszaninie j ę z y k o w e j

k u l t u r o w e j ? Czyżby odeszła już złuda f o l k l o r y s t ó w i e t n o g r a f ó w

adeptek dezorientują t r o c h ę

o wyjątkowych

publiczność.

z Krakowa przewodnik-organizator

Rozgadany

(nazwijmy do

ciągle coś m ó w i , w i e najlepiej, t ł u m a c z y , w y j a ś n i a .
54

wzięty

Caterpiller)

integracyjnych

meta-świadomości

właściwościach

społeczności

lokalnych?
Czesław Robotycki

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="5963" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="5943">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/192a3e95f94afa301bc2517151f92428.pdf</src>
        <authentication>5696faa04794ffb9c8f9e378e8cf7e01</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71168">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4677</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71169">
                <text>1971</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71170">
                <text>budownictwo ludowe</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="71171">
                <text>Małopolska- budownictwo ludowe</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71172">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4343</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71173">
                <text>Budownictwo ludowe z okolic Częstochowy w połowie XVIII wieku / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1971 t.25 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71174">
                <text>Polska Sztuka Ludowa 1971 t.25, z.2; s.103-116</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71175">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71176">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71177">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71178">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="71179">
                <text>Z

A

R

C

H

B U D O W N I C T W O

I

W

U

M

WIEJSKIE

Badania prowadzone

W

O K O L I C Y

(ilość

i wiek)

obiektów

wiadomo

—

nie wszędzie

ilościach

umożliwiających

b l e m u . Przyjmując
we

w

od stanu

terenie,

przetrwały
właściwą

tym

te —

m a małe możliwości

j a k a nastąpiła w
feudalnym

budownictwie

a

jak

ludo­

zgłębienia

pomiędzy

zniesieniem

pro­

zajmujących

się

ewo­

późnym

pańszczyzny.

S

T

czych.

O

R

ale

Jest

Y

W

C

Z

N

POŁOWIE

E

G

XVIII

opisach zagród

do t e g o z a g a d n i e n i a
Inwentarz

bydła

dwudniowych
wrócę przy

brzeziński

i sprzężaju,

nie

jaka

nych gospodarstw.

i

w

wyraźne

trzydniowych,

omawianiu

precyzuje

była

O

WIEKU

O t y m , że t a k i s t o t n i e b y ł o , p r z e k o n u j ą

różnice w

odpowiednich

za p u n k t wyjścia b u d o w n i c t w o

zagadnieniem

okresem

zacho­

interpretację

z 2. poł. X I X w . , większość b a d a c z y

lucji,

a

w

I

C Z Ę S T O C H O W Y

n a d t r a d y c y j n ą architekturą l u ­

dową uzależnione są p r z e d e w s z y s t k i m
wania

H

zagród.

niestety

posiadaniu

ilości

poszczegól­

P r z y k a ż d y m z n a j d u j e się t y l k o n o t a ,

że chłop p o s i a d a w ł a s n e b y d ł o l u b w ł a s n y zaprząż i b y d ­
ło.

N i e mając

tych

z innych wsi. W
wójtostwa

danych

posłużymy

Siedlcu w

posiadali

się

przykładami

1778 r . p o d d a n i należący d o

po 2 własne

woły

l u b konie;

tyle

oczywiste,

że z m i a n y w s z ę d z i e musiały zajść i n i e w j e d ­

s a m o m i a ł w 1746 r . S t a c h J a k u b c z a k w Ż u r a w i u , n a t o ­

nakowym

nasileniu. Siedzenie

miast Mateusz

nalnych

obiektów jest j e d n a k

łem

wcześniej .

Najbardziej

jest

wyszukiwanie

1

materiałów

XVIII-wiecznych

opisach

i c h na podstawie
t r u d n e , n a co

orygi­

wskazywa­

do u c h w y c e n i a

zawartych

2 woły,

w terenie

i

jeszcze w

wej

są p r z e w a ż n i e f r a g m e n t a r y c z n e .
się

jednak

dokumentację

Przykładem

na inwentarze,

porówny­

etnograficzną

artykułu w

podajemy

chwili

obec­

Przystajń!

w

parze wołów

bliżu

Brzezin

których

znajdu­

pewnych

Brzezin

ze

czasu
wsi .
2

Wielkich

względu

n a swą

n a końcu

niniejszego

całości, z p o m i n i ę c i e m p i e r w s z e j

części p o ­

dania

niejednakowe

który
twa

umożliwia

dość

chłopskiego

w

dobre

Oprócz t e g o d y s p o n u j e m y
fragmentarycznymi
wsi

w

okolicy

poznanie

Brzezinach

w

Stanu

połowie

jeszcze m n i e j

ilości c h l e w ó w w

Częstochowy

(Żuraw,

Kiedrzyń,

k a , P r z y s t a j ń ) , k t ó r e zostaną p o t r a k t o w a n e

l u b j a k o uzupełnienie do d a n y c h p r z e k a z a n y c h

w

t a r z u brzezińskim. N i e k t ó r e z n i c h , z a w i e r a j ą c e
niejsze

opisy

extenso

po

Wyżej
składa

zabudowań

inwentarzu

chłopskich,

dokład­

przytoczymy

z

in

brzezińskim.

Dane

zawarte

d w u części:

w

omawianym

pierwszej,

będącej

stanie

głównie po j e d n e j , zachodniej
w

stronie

z południa

ogólnym k i e r u n k u

że i w o d l e g l e j s z y c h

czasach

wieś była p o d o b n i e u s y t u o ­

W

X V I I I w . regułą

dynkowych.

było s t a w i a n i e

Wprawdzie

w

czterech

zagród

wskazują, że p o d d a c h d o m u w p r o w a d z o n o
wy

przybudowując

sada

je

wiem

w

skład

zagród

n i e zastawała
wchodziło

Brzezin

żej

opisem

łup,

wspomnianych
a w

szeregu

pomieszczeń
dalszych

wykonany, czyli 2 stycznia
podarstw, w
że

w

t y m jedno

1827 x.

w

którym

on

1766 г., w e w s i b y ł o 27 gos­

bez zabudowań. Jeśli

34 g o s p o d a r s t w a

na

został

w

zważymy,

Brzezinach

było

zagrody

n i e była

kilka

gospodarczych

ograniczała

z komorą, w

no,

z t y m , że mieszkający

5

w

dużym

połowie

prawdopodobieństwem

XVIII

w . wieś

Część z n i c h m o g l i
oni

wykazani,

można

zamieszkiwało

przyjąć,

iż

o k . 215 osób.

stanowić k o m o r n i c y , a l e n i e z o s t a l i

prawdopodobnie

z

braku

własnych b u ­

dynków.
gospodarstwa

w

owym

czasie

były

typu

W

praw­

Na

trzymać

podstawie

w

sieni.

opisów można p r z y j ą ć , że w

dwudniowe

były

słabiej

obowiązywała

pańszczyzna

znaczenie, gdyż

dwudniowa.

ilość o d r a b i a n y c h

Ma

ilość

bydła

będącego

a w konsekwencji

na

gdyż

oprócz d o m u stały t a m c h l e w y z b o i s k i e m , s z o p a i

budynków.

Najczęściej

d n i rzutowała

bezpo­

b u d y n k ó w , a z d a r z a ł y się i t a k i e , w Których b y ł o 9—10

gospodarstw,

n a ilość i jakość b u d y n k ó w

chłopskim,
gospodar­

obiektów.

W

skład

wchodziły: d o m , k i l k a

się

Gospodarstwa

istotne

utrzymaniu

znajdowało

(cho­

to

średnio n a w i e l k o ś ć areału poszczególnych
na

pięciu

zasadzie

rozbudowane,

ciaż n i e z a w s z e ) b r o g i w ilości 1—2 s z t u k .

z

związku
bydło,

t r z y d n i o w e z r e g u ł y posiadały w i ę k s z ą l i c z b ę

a jedynie

całość

mieszkalnego

a jeden również „zaprząż" czyli woły, m u s i e l i j e
dopodobnie

tych domach

oszczędno­

z nich

rych

3 d n i pańszczyzny,

wy­
cha­

poszczególnych

zagrodniczego, p r z y c z y m większość stanowiły te, z k t ó ­
odrabiano

do

posiadali

zagrody

Wszystkie

w

jednej

d r u g i e j zaś b y ł jeszcze bróg.
w

innych

łączenie ze sobą

się t y l k o do b u d y n k u

277 m i e s z k a ń c ó w , a w i ę c p r z e c i ę t n i e p o 8 osób n a j e d ­
z

W

za­
albo­

dostawiania

przypadków

jednakowa.

chle­

jednak

naruszona,

jeszcze

W s p o m n i a ł e m , że ilość b u d y n k ó w
zagrodach

opisy

jeszcze

do s i e n i l u b k o m o r y ,

wielobudynkowości

wielobu-

wypadkach

ści materiału d r z e w n e g o .

dniu,

więcej

wana.

nym

W

drogi

przypuszczać,

w s z y s t k i c h zabudowań d w o r s k i c h oraz d r u g i e j , p o d ogól­
„poddani".

za­

n a pół­

terenu i mniej

d o d r o g i p ł y n ą c y p o t o k można

i n n y c h o b i e k t ó w i n w e n t a r s k i c h , było k w e s t i ą

hasłem

posia­

wskazywałyby

i n w e n t a r z u nie mówią

b u d y n k ó w . M o ż n a sądzić, że p r z y c z y n ą

n a d m i e n i ł e m , że d o k u m e n t dotyczący

się

inwen­

po­
więc

też n i c n a t e m a t c h a r a k t e r u w s i . D o n i e d a w n a b y ł a o n a

Błeszno,

porównawczo

w

zinwentaryzowanych

noc. Z e w z g l ę d u n a konfigurację

Dźbów, Siedlec) i Kłobucka (Dibidza, Przybyłów, Kuźnicz-

po
Po­

utrzymy­

samym

n a co

zaś

mieli

wsiach

Tym

gospodarzy,

równolegle

dokładnymi l u b

we

jednakowy.

XVIII

materiałami z tego o k r e s u z szeregu

zagrodnicy

chłopów

budownic­
w.

trzymał

1 krowie,

g r o d a c h ( o d 0 d o 5).

przebiegającej

inwentarza,

po

m o g ł y być duże różnice w

pojedynczych

zabudowana

l

tego

nie był

i w Brzezinach

Sam

do

również

1753 r . n i e k t ó r z y

poszczególnych

święconej o p i s o w i b u d y n k ó w d w o r s k i c h i f o l w a r c z n y c h .
artykuł s t a n o w i k o m e n t a r z

nich

w y ż s z e p r z y k ł a d y dowodzą, że i n w e n t a r z ż y w y

O d czasu

do

z

dworskich i konia, inni tylko woły'.

przez

inwentarz
3

moż­

w

a jedenastu

wany

w

z 1766 r . , k t ó r y

w

architektury ludo­

budownictwa

tego może być

p o d Częstochową
wartość

dotyczące

całego

dworskiego;

źródłowych

Informacje

natrafia

prawdopodob­

w L i b i c z y w 1756 r . k a ż d y chłop (oprócz k o w a l a )

nej.

jemy

Kiedrzyniu,

rozwiązaniem

inwentarzowych

źródłowe

w

właściwym

w a n i e i c h ze s t a n e m b u d o w n i c t w a X I X - w i e c z n e g o
liwego

Młynarczyk

n i e kmieć, t r z y m a ł w 1780 r . 4 s z t u k i b y d ł a

tak

t a m 6—7 o s o b n o

silnie

rozbudowanych

stojących
zagród

c h l e w ó w i s t a j n i a , stodoła, szopa,

k i l k a b r o g ó w , a w sześciu w y p a d k a c h r ó w n i e ż sołek c z y -

103

�l i spichlerzyk. Ponadto

do z a g r o d y

należy

również

wli­

czyć s z e r e g r a z y w y m i e n i o n y s a d ( p r a w d o p o d o b n i e
łu

chałupy)

i osobno

„pszczelnik".
wentarz,

dwukrotnie wykazany

Interesujące,

zwracali

że

uwagę

c i , którzy

na takie

była

zagroda,
otoczona

której

środek

sporządzali i n ­
j a k zawie­

pszczelniku

zajmowało

płotem, przeważnie

płoty b y ł y c z ę ś c i o w o p l e c i o n e ,

z „akszteli

dartych" .

W

budynków
Na

okresie

skomentuję
w

sieki

dom.

do

pierwotnie

domów.

i 2 boiska. W

w

Nieliczne
zują,

że

chlewy

i

boisko

W

ośmiu

i 2 boiska,

środku,
3 są-

druga

stodoła

składała

chłopów

posiadała

chlewa.

W

jednosąsie-

było

XIX

wyłącznie

w . przyjęła

w B r z e z i n a c h pośrednia f o r m a , w której z j e d n e j
boiska
XVIII

był

chlew

czy

obora,

z

stawiano

z

drugiej

drzewa

i

niemal
przy

płotów,

w

nieznana.

budynkach

Tylko

b o i s k u sąsiek

ze

zaś

sąsiek.

W
na

stosowano p r z y w y ­
gospodarczych

1 zagrodnik

ścianami

była

dwudniowy

plecionymi

z

miał

chrustu.

P r z y i n n e j zaś chałupie b y ł a z t a k i e g o s a m e g o m a t e r i a ł u
szopka

na wóz

dostawiona

do s i e n i d o m u

Poza n i e l i c z n y m i wyjątkami
1 parę w r ó t
zamiast

były

bieguny

Jeśli c h o d z i o konstrukcję
w

kilku

stodoły

(il. 1j).

wypadkach

miały

podano,

tylko

których

l u b obłąki .

dachów stodół, t o

W

konstrukcję

jedynie

one krokwie.

Po­

źródle

wska­

do

chałup

krytą

z desek

żelaznych

rzad­

(wyszcze­

powszechnie

stosowano

zdecydowanej

więk­

dzo

ozęsto r ó w n i e ż

i podłogę r o b i o n o

z podobnego m a ­

d l a bydła, ozy

też świń. D o d a j m y ,

chlewów

wszystkie

i

stajni

jednak

był

przeznaczony

że w e w n ę t r z n e

stanowiły

pomieszczenia

żłoby

były

i

w

t e n sprzęt

zaopatrzone.
Szopy-wozownie

wymieniono

w siedmiu gospodarstwach.

'inwentarzu

tylko

N i e świadczy t o j e d n a k

wca­

l e o t y m , że i n n i n i e p o s i a d a l i
Charakterystyczny

rys

w
wozów.

obrazu

wsi

stanowiły

Brze­

z i n a c h do c h w i l i o b e c n e j ,

ilości.

Z

materiałów

aczkolwiek

archiwalnych

w

mniejszej

dotyczących

innych

że n i e m a l w k a ż d y m g o s p o d a r s t w i e
sie

znajdowała

w omawianym

się stodoła, p o w s t a j e

pytanie,

gólnych z a g r o d a c h .

okre­

do

czego

poszcze­

Sądzę, że współczesne u ż y w a n i e b r o -

gów przede wszystkim

do m a g a z y n o w a n i a

siana, a w d a l ­

też i słomy, m o ż n a odnieść

również

w

dolnej

części b r o g u urządzano c h l e w i k .

Tego

rodzaju

okolicy

wiowa

( i l . 2).

inwentarzu
z

brzezińskim

„sąsiekami".

a z materiałów
stochowy
czenia

Podobnie
w

chodzie

od

zawsze

było

w

Siedlcu

w y n i k a , że w

że

z terenem

obszary

lub

z w i e r z ę t a , z w a n e są w
z i n a c h często n a z w y

Żurawiu,

d a c h t r z y d n i o w y c h . Sołek b y ł z b u d o w a n y

Czę­

„zapole"

ozna­

(Błeszno,
oddzie­

9

trzymano

i n w e n t a r z u najczęściej

chlewami,

j e d n a k u ż y w a się w B r z e ­
z terminem

„ c h l e w " n a o z n a c z e n i e b u d y n k u d l a bydła, zaś
d l a k o n i . Z określeniem

obory
się

jako

spotykamy

z Bystrzanowic

z 1762 r . W y s t ę p u j e

wszechnie

opisach

„stajnia"

osobnego b u d y n k u

również

w

X V I I I w . sołek. Z a r e j e s t r o w a n o

po­

a co c i e k a w s z e ,
czenia

słowa

budynku
w

mieszkańcy

„sołek".

zaprzestano

Brzezin

Wynika
używać

z
i

do c h w i l i obecnej

zboże d o s t a w i o n e j

w

postaci

do obory.

często się spotykało, g d y ż

powszechnie

współcześnie
Skiego

12

brzezińskiej
w

niektórych

104

upowszechniło

się w

okresie

póź­

na

trzymano
„sołek"

występuje

powiatu

wieluń- *

.

Wspomniany

wyżej

sołek

z

XVIII

w.

w

żadnym

w y p a d k u n i e daje się p o r ó w n y w a ć z „sułkiem" s c h a r a k ­

obora

.

zboże

jed­

niezbyt

d o chałupy

wsiach

zna­

rodzaju

najpóźniej

^przystawce"

w a l i t y l k o t e r m i n u c h l e w i s t a j n i a , zaś określenie
10

tego

A l e i ten element

na s t r y c h a c h domów. P r z y b u d o w a n y
odpowiadający

że

tzw. „przystawki"

jej mówiący

niejszym

miał

sołków,

solka przetrwały

t e r y z o w a n y m przez Marię Trawińską

na ten sam desygnat

z drzewa,

konstruować

2. poł. X I X w . R e m i n i s c e n c j e

uży­

folwarcznych.

6 zagro­

n i e rozumieją

tego,

Stąd

budynków

spełniał

go t y l k o w

w i ę c sądzę, że w X V I I I w . chłopi brzezińscy s t a l e

przy

wi­

obecnej

c h e m . O b e c n i e n a w e t s t a r z y l u d z i e n i e pamiętają

inwentarzu

ono n a t o m i a s t

chwili

dobrą p o d ł o g ę o r a z p o w a ł ę i n a k r y t y b y ł słomianym d a ­

nak

wschodzie .

gospodarczego

do

1 1

i

okolicy

„obora" równoznacznej

i

w

których

r z a d z i e j zaś s t a j n i a m i . O b e c n i e

Brzezinach

stodołach

pogranicznym

w

w

o

u ż y w a n i a słowa „ s ą s i e k " n a z a ­

pomieszczenia,

się

Oprócz stodoły i b r o g u f u n k c j e m a g a z y n o w e

w

Jest t o j e d n a k zupełnie n a t u r a l n e , g d y ż

t e r m i n u „zapole" n a

Budynki

uwagę,

mowa

a mianowicie

t u do czynienia

lającym z w a r t e

zwrócić

t y m czasie r ó w n i e ż i n n e g o

desygnatu,

Bystrzanowice).
mamy

jest

źródłowych

używano

tego

stodół.

do

okresów d a w n i e j s z y c h . W a r t o z w r ó c i ć u w a g ę , że n i e k i e d y

duje

jeszcze

wsi

w i e m y , że b r o g i b y ł y t e ż w Błesznie. W z w i ą z k u z t y m ,

s o c h y ) m o ż n a sądzić, że i d a w n i e j p a n o w a ł a t y l k o k r o k ­
trzeba

w

X V I I I w . b r o g i , k t ó r y c h b y ł o 40. U ż y w a się i c h w

o różnym przeznaczeniu

marginesie

wy­

drabiny.

połączenia d w u b u d y n k ó w

k o n s t r u k c j a dachów

da­

obrzeżoną

n i e w a ż w t r a d y c j i n i e z a c h o w a ł a się i n n a f o r m a ( n p . n a

Na

dla

drobiazg".

zrębową

na zawiasach

się

j a k „chlewy

z dolną k r a w ę d z i ą

W

w.,

miewały

t o pojawiające

l u b przybudowane

drewniane.

roz­

XVIII

zwierząt

omawianym

ich miejsce

l u b obłąki

szej kolejności

8

że mają

zawieszano

każdym

służyły b r o g i , i t o często w ilości 3—4 s z t u k w

posiadały

(z desek, t a r c i c l u b d y l i k ó w ) , p r z y

zawiasów

połowie

teriału, b e z w z g l ę d u n a t o , czy c h l e w

się

strony

prawdopodobnie

w ę g i e ł . P l e c i o n k a , którą p o w s z e c h n i e
konywaniu

w

określenia
w

w

szości c h l e w ó w powała w y k o n a n a była z „ ż e r d z i " , a b a r ­

s t u l e c i u z a r ó w n o stodoły j a k i pozostałe b u d y n k i

gospodarcze

stajnie

gólnione 5 r a z y ) .

d w u gospodarstwach
do

stojące

wy­

siedmiu zagrodach

dostawione

osobno

b u d y n k i niemieszkalne
posiadała stodołę.

c i , którzy

stajni

d l a ś w i n i " czy też „na

ko kiedy

Nie

W

i

Potwierdzają

dane zawarte

cha­

bieguny

1778 r . większość

tylko

chle­

związku

strony o znacznym

Brzezinach

chem słomianym, n i e k i e d y

cu

stodoły.

w

inwentarzu takie

posażenie

w

chlewów

zaś o t y m , iż r ó ż n e r o d z a j e

się t y l k o z j e d n e g o sąsieka z b o i s k i e m . R ó w n i e ż w S i e d l ­
kowe

ilość

z drugiej

omówienia

miała 2 sąsieki

ją

d e s k a m i . D r z w i do chlewów w y k o n y w a n e

dokładniejszego

pokrótce

mieli

hodowli

bydła", „chlew

zwykle

że

winięciu

możemy

(2. p o l . X I X i pocz. X X w . ) p o ­

gospodarstw

jedna

ogół

nie

danych

z n i c h b y ł y stodoły d w u s ą s i e k o w e z b o i s k i e m w
ponadto

sądzić,

części s i e n i . W

świadczy z j e d n e j

i n w e n t a r z u zasadniczo

inwentarzu.

Większość

na

gospodarstwie

często

drogi ustawiano

s i e d l i s k u b u d o w a n o więcej

mienione

Duża

by

po­

pewnych

rzadko,

konie.

o d siebie

rządek t e n został już zakłócony i n a j e d n y m
przejdę

t y m można

utrzymywali

zaś

zależności

w

podstawie

przypuszczać, że najbliżej

Zanim

z

osobne p o m i e s z c z e n i a .

szczególnych

W późniejszym

w e m , albo też jest w y d z i e l o n a w

częściowo

i wzajemnej

znajdujemy.

łupy,

kilku

7

układu

W X V I I I w . w Brzezinach stajnia występuje

a l b o w f o r m i e o s o b n e g o b u d y n k u , w połączeniu z

były u l e .

„podwórze",

plecionym.

wypadkach
Opisu

ogrodzony

szczegóły

szenie d r z w i , a n i e p o d a l i , czy w
Każda

z ty­

wia

wyciągnięcie
Chałupa

grodzie,

1S

. Zresztą s a m o p i s

o „urządzeniu", a n i e b u d y n k u , uniemożli­
wniosków.
stanowi

najistotniejszy

z a p e w n e też d l a t e g o

element

inwentaryzatorzy

w

za­

opisywali

�ją b a r d z i e j

szczegółowo

niż i n n e b u d y n k i .

nas j e s t , iż z t y c h m a t e r i a ł ó w m o ż n a
rzyć

plany

Wszystkich

kontrowersyjnym
czym

zajmę

chałup,

mogą

Trawińska

podaje

jedynym

być d r z w i

się jeszcze

częstochowskim

a

Ważne dla

dokładnie

wejściowe

w

swoim

występują

w

z

w

Brzezin
W

tylko

jednej

d r u g i e j zaś i z b a

w

była

rece­

n a m dowodów
chałup

wyłącznie

złożona

sień

i

i k o m o r a (bez s i e n i ) , p r z y
z dwoiru. W

ubóstwem
Druga
i

w

z

z d o m u , maleńkiego
samej

szopki

stosunku

do

wymienionych

komorę

stała

oraz

na gruncie

к
na

1

.J

К
b

с

J

CH

CH

s

sr

g

izba,

czym

do

pierwszym

к

s

J

к
с

jego

chlewika w

jednego

J

h

złym

brogu

I

razi

trzydniowych.

posiadająca

zagrodnika

к

5

s "

J

dwudniowego

gospodarstw

chałup

CH

całkowicie

c z y l i bez w ą t p i e n i a uboższego r o l n i k a . Zresztą cała
i takiej

CH

ST

rozpla­
1 4

p r z y p a d k u chałupa należała do z a g r o d n i k a
zagroda

CH
a

etnograficznej .

dwóch

i z b y w c h o d z i ł o się bezpośrednio

stanie

5

rejonie

wprawdzie

dostarcza

t y m czasie

prymitywnych.

J

do s i e n i ,

a r t y k u l e , że w

obecnie,

n o w a n i a wnętrz, znane w l i t e r a t u r z e
Inwentarz

К

szerzej.

syjnej f o r m i e , n i e m a l w s z y s t k i e zasadnicze f o r m y

istnienie

CH

odtwo­

szczegółem

tylko

К

izbę

.

.

s

J

CH

1

trzydniowego.

_ J

_

W z w i ą z k u z t y m m o ż e m y się domyślać, że z a m i e s z k i w a ł
ją p r a w d o p o d o b n i e
W

komornik.

S i e d l c u n a 13 o p i s a n y c h w

jedna

miała

wyłącznie

sień

1746 r . k o m o r n i c a M a g d a
sterniku

pańskim

—

Stach

".W

nastowieczne
Brzezinach

jednej

należało
dominował

(aneks,

chałupki
w

której

z

w

jednej
będę

c h l e w i k l u b stajenkę ( i l . 1 b ) , m i m o

iż w z a g r o d z i e było jeszcze k i l k a i n n y c h w o l n o
X I X w . stajenka w

stojących

s i e n i przekształcała

n i e r a z w małą izdebkę z o k n e m z a j m o w a n ą

1

W

wszechnym
wentarze
się,

XX

stulecia.

w

z Siedlec, B y s t r z a n o w i c

że w

i Błeszna, a

t e n s a m sposób s t a w i a n o

rzadka

spotykało

się w

budynki

bogatsze

1B

Z

po­

o k o l i c y Częstochowy, c o p o t w i e r d z a j ą i n ­

ne , chociaż t e z r e g u ł y m i a ł y
w

budowano

X V I I I w . chałupa c e n t r a l n a była z j a w i s k i e m

owym

o k o l i c y Częstochowy bardziej

centralnej.

jedną" ,

chałupie

zaś w

1 6

„o

2 izbach

Krakowskiem
budynków,

by w

G r u s z o w n i n a f o l w a r k u była w

„chałupa, w k t ó r e j i z b 2 i k o m o r a , d e s z c z k a m i

sienią
1756 r .

izby po­

takich samych

17

łup z 2. poł. X I X w . s p o t y k a

się

np. w

cha­

do d z i ś " .
Na

Z m a t e r i a ł ó w a r c h i w a l n y c h n i e d a j e się w n i o s k o w a ć ,

u w a g ę zasługują

których

I I . 1. a — j : s c h e m a t y c z n e
plany domów w
Brzezinach
W i e l k i c h w 1766 г., k : p l a n chałupy z B y s t r z a n o w i c w
1762 г., 1 — ł : p l a n y chałup z końca X I X w . w B r z e z i n a c h
W i e l k i c h . L e g e n d a : S — sień, J — i z b a , К — k o m o r a ,
S T — s t a j n i a , C H — c h l e w , S Z — szopa, W o z — w o ­
z o w n i a , O — o b o r a , S D — stodoła.

g r o d y mają p r o g r a m r ó w n i e b o g a t y j a k i i n n e , zaś i c h
r o z p o w s z e c h n i e n i e w K r a k o w s k i e m i częstotliwość w y s t ę ­
p o w a n i a p r z e z cały w i e k X I X i 1. poł. X X s t u l e c i a
w s k a z u j ą n a akceptację t a k i e g o r o z p l a n o w a n i a w n i e k t ó ­
r y c h regionach j a k o najdogodniejszego w p e w n y m o k r e ­
sie czasu.

1778 r . k o m o r n i c a
z komorami,

b i t e , a k u m o r a słomą" . Przykłady

1

chłopów

m ó w , być m o ż e zresztą r o z w i n i ę t e z chałupy
w

1

_

rozplanowanie.
plany do­

mieszkała

J

J

s

1

zdarzało

czasie u

K i e d r z y n i u (na Podwalu?) w

s

i

к
о

-

folwarcz­

rozbudowane

Np. w

1

К
О

5D

się

przez r o d z i ­

c ó w g o s p o d a r z y . T e g o r o d z a j u d o m y z izdebką
jeszcze ma początku

^ s

n r 5).

ją n a z y w a ć w skrócie chałupą centralną). N i e k i e d y z c z ę ­

chlewów. W

j

sieni,

s t r o n y i z b y b y ł a sień, z d r u g i e j zaś k o m o r a ( d a l e j
ści s i e n i w y d z i e l a n o

к j

J

osiem­

dwuwnętrzne,

t y p chałupy,

К

izbie

bez

na stosunki

d o rzadkości

wspomniane

sz

półrolnik

chałupie

co n a w e t

w

okienko

tymże s a m y m Żurawiu

i komory,

Pomijając

o

i k u m i n k i e m białym;
starej

tylko

Żurawiu

chałupkę n a p a -

p o d deszczkami,

J a k u b c z a k mieszkał w

złożonej z i z b y

zaś w

posiadała

z sionką małą, z p i e c e m
małe dobre

1778 r . chałup

i izbę,

również

część mieszkalną

4 opisy

połączono

p o d wspólnym

w
da­

r e j o n i e Częstochowy

budynkowe

(gdzie

występowały

chałupa

zagrody

centralna

jest

jednc-

połączona

c h e m z c h l e w a m i mającymi wejście o d podwórza. W j e d ­

z k l e p i s k i e m i sąsiekiem), które

nym

w i ń s k a — t r z e b a uznać za n a j s t a r s z y t y p b u d o w n i c t w a

wypadku

chlew

dostawiono

do s z c z y t o w e j

ściany

—

j a k sugeruje

Tra­
2 0

.

k o m o r y ( i l . 1 f ) , w t r z e c h i n n y c h d o ściany s i e n i ( i l . 1 g, i ) .

M o i m z d a n i e m tego r o d z a j u z a g r o d a

Fakt przybudowywania

w y n i k i e m pauperyzacji wsi okresu kapitalizmu, powodu­

chlewów

do ściany s i e n i w

ł o w i e X V I I I w . j e s t d l a nas w a ż n y , g d y ż p o t w i e r d z a ,
chałupy t e g o r o d z a j u , p o w s z e c h n e w n i e k t ó r y c h
(np.

Krakowskie ),
1 9

rozwinęły

się

z

typu

po­
że

rejonach

centralnego

i ż e stało się t o w X V I I I w . , jeśli n i e w c z e ś n i e j .
Z
mogły

g ó r y n a l e ż y założyć, że p r z y c z y n y
iść w

parze

z ubóstwem, gdyż

mych

niejednokrotnie

za-

regres

społecznych. W i d a ć
Brzezinach,

gdzie

dziewiętnastowiecznych

tego z r o s t u n i e
wspomniane

jącego
warstw

na t y m terenie

kulturowy

t o zresztą

zachowało

jest

biedniejszych

wyraźnie

się k i l k a

domów j e d n o i z b o w y c h

w

sa­

starszych,
ze

stajnią

i stodółką po d r u g i e j s t r o n i e s i e n i ( i l . 1 1 , 3). B u d y n k i
n i e mają

odpowiednika w

materiale z X V I I I

te

w.

105

�Wracając d o chałup o p i s a n y c h w i n w e n t a r z u b r z e z i ń ­
s k i m inadmieńmy, ż e p r z y k a ż d e j z n i c h p o d a n e
ilości d r z w i w poszczególnych
kąd
do

one prowadzą.
sieni,

które

przeszkodę,
ściowych

właściwe

decyduje

wąskofrontowy.
riału
i

nych

i

chałup

natrafiamy

sięgnąć

ale

wej­

szeroko-

mate­

zamieszkałych

Na tych podstawach

(może

c e n t r a l n y c h , n i e posiadających
w

s z c z y c i e s i e n i , była

żad­

wąskofrontowa.

Z n a m i e n n e , że o b e c n i e s t a r z y l u d z i e w B r z e z i n a c h
do d r o g i

i pozbawioną

d r z w i , podczas

się w

dłuższej

okreś­

zwróconą

g d y otwór

ścianie

wej­

skierowanej

na

południe.
że

w

bez b o c z n y c h

XVIII

w.

dobudówek

w ścianie dłuższej, t y m b a r d z i e j
tej

okolicy

wejścia

domy

mające

do s i e n i : j e d n o

w

część
mogła

domów
mieć

cen­

wejście

że są p o ś w i a d c z o n e d l a

omawianym

z podwórza,

okresie

drugie

od

dwa

szczytu

( a n e k s n r 3).
domy

centralne

chlewami zarejestrowane

w

oraz

z

dobudowanymi

Brzezinach

w

1766 r. m i a ł y

w e j ś c i e z s i e n i d o i z b y o r a z z i z b y do k o m o r y . Większość
nich

powszechnie konstruowano powałę z „dyli"

czyli

okrągłych, w s p i e r a j ą c ją n a j e d n e j l u b t r z e c h
tj.

tragarzach.

W

z t a r c i c , zaś w
że w

rejonie

jednym

z

mieszaniu

na d w u belkach

.w

Brzezinach

domów

była

izbie
drzew

„belkach",

już

powała

„ l e ś n e g o " pułap w s p i e r a ł

ułożonych n a k r z y ż . T r a w i ń s k a

częstochowskim

pułapu n a d sienią i k o m o r a m i
twierdzenie

do
2 1

dziś

zdarza

się

podaje,

się

brak

. W o d n i e s i e n i u do k o m ó r

jej nie znajduje

uzasadnienia

nawet dla w i e k u XVIII.
Szczegółem

a r c h i t e k t o n i c z n y m najczęściej

n y m w i n w e n t a r z u są d r z w i . W y k o n y w a n o

wymienial­

je z tarcic l u b

„deszczek". T e d r u g i e były p r a w d o p o d o b n i e

deskami

t y m i . Skrzydła d r z w i z a w i e s z o n o n a z a w i a s a c h

dar­

żelaznych,

b i e g u n a c h d r e w n i a n y c h l u b n a obłękach. O s t a t n i e

stoso­

w a n o najczęściej p r z y d r z w i a c h do s i e n i (12 r a z y ) i p r z y
drzwiach

wyjściowych

z komory

n a zewnątrz

(9

razy),

niejednokrotnie również p r z y drzwiach z izby do k o m o r y
Na

biegunach,

miała

również

drugie

drzwi

z

komory

na

podobnie

j a k n a obłękach,

d r z w i do s i e n i (13 r a z y ) , r z a d z i e j
czeniach.

Natomiast

zawiasów

mocowano

zaś w i n n y c h p o m i e s z ­

używano

przede

wszyst­

k i m p r z y w e j ś c i u d o i z b y (19 r a z y ) i do k o m o r y (13 r a z y ) ,
a sporadycznie
zaś p r z y
Z

Wszystkie

z

nie było

12 chałupach

(5 r a z y ) , a w y j ą t k o w o t y l k o p r z y wejściu d o i z b y (1 r a z ) .

Niewykluczone,
tralnych

o p o w a ł ę , to w

Jeśli c h o d z i

j e j w s i e n i , w n i e k t ó r y c h zaś była t y l k o p o ł o w a . W

może­

w . duża część

lają j a k o „ f r o n t " chałupy j e j ścianę szczytową
ściowy z n a j d u j e

czy

choćby

do w s p ó ł c z e s n e g o

XVIII

nie

drzwi

rozwiązać,

respondentów

że w

wejściowe

n a poważną

d o m był

ten problem

Brzezinach.

dobudówek

drzwi

wymieniali,

umiejscowienie

relacji

wniosek,

większość)

stanowią

t y m , czy

musimy

terenowego

wysnuć

o

Chcąc

urodzonych w

my

Wyjątek

tym wypadku

gdyż

hipotetycznie,

o b i e k t a c h o r a z skąd i d o ­

inwentaryzatorzy

zlokalizowali. W

zostały

z komory

drzwiach

wszystkich

na podwórze

(3 r a z y ) ,

nigdy

najbardziej

inte­

do s i e n i .
rodzajów

zawieszeń

resujące j e s t n a obłękach, g d y ż szczegół t e n n i e b y ł d o ­
tychczas

znany

jeszcze, że w

w literaturze etnograficznej.
Brzezinach

w

XVIII

Nadmieńmy

w . a n i razu nie zo-

ze­

wnątrz; j e d y n i e w 6 b u d y n k a c h było i c h b r a k . Zewnętrz­
ne d r z w i k o m o r y p r o w a d z i ł y b ą d ź t o n a p o d w ó r z e , bądź
też do s a d u . S z c z e g ó ł t e n j e s t o t y l e i s t o t n y , że

pozwala

z d u ż y m p r a w d o p o d o b i e ń s t w e m przypuszczać, iż

chałupy

z

drzwiami

m.

komory

prowadzącymi

in. usytuowane

równolegle

na

do

podwórze

drogi,

a

były

w

Brzeziny

W i e l k i e : I I . 2. B r ó g w

d o l n e j części

tym

w y p a d k u w e j ś c i e d o s i e n i m o g ł o być z a r ó w n o w s z c z y c i e
j a k i w ścianie dłuższej. Jednocześnie n a s u w a się m y ś l ,
iż t e g o r o d z a j u k o m o r a mogła, a n a w e t musiała, spełniać
funkcję

komunikacyjną

ułatwiającą

przejście

z izby

na

p o d w ó r z e , a w i ę c do c h l e w ó w , stodoły l t d . P r z y k ł a d t a ­
kiego
w

domu

rfjudowanego

Brzezinach

jeszcze w

Natomiast

w

1911 r .

chwili

można

zobaczy-

obecnej.

osiemnastowieczne

chałupy,

w

których

d r z w i k o m o r y p r o w a d z i ł y d o s a d u , musiały stać sączyłem
do d r o g i . W t y m w y p a d k u f u n k c j a k o m o r y
znaczna,
malną
w

rolę

gospodarczą

tym tkwi

klucz

w t y m samym
mającą
żyć
XX

( i l . 4, 5).

niemal

spotykało

do

rozwiązania

wszędzie,

się o b o k

bardzo

zagadki

gdzie w

siebie,

rzadko

Brzezinach

a ponadto

spełniały

swą

i 1. poł.

zewnętrzne
właściwą

wiadomo,
zrębowe

drzwi

funkcję,

że w X V I I I w .
(„sręby"), n a

n a narożach

zwane

„dylami"

systemu obłapowego. W izbach

na tzw.

inwentarzu po­

d a n y , m o ż e m y się go domyślać n a p o d s t a w i e
dziewiętnastowiecznego, w

cha­

przycie-

węgłowane

obłap. M i m o , że t e n szczegół n i e j e s t w

okrąglaki

nie

zauwa­

na podwórze.

były

siach, p r a w d o p o d o b n i e

wyłącznie

się

2. poł. X I X

że

istnienia

chałupa c e n t r a l n a , i ż o b a w a r i a n t y

Z szeregu w z m i a n e k

downictwa

mini­

czasie d o m ó w c e n t r a l n y c h z k o m o r ą

gdy n i e były skierowane

łupy w

jedno­

Niewykluczone,

d r z w i z e w n ę t r z n y c h ( i l . 1 c, d ) . D a j e

w . występowała

komory

była

zaś w y j ś c i e z n i e j n a z e w n ą t r z spełniało

analizy b u ­

którym
łączone

nie było w

stosowano
węgłami

ogóle

podłóg

d r e w n i a n y c h , n a t o m i a s t w s i e n i została o n a w y m i e n i o n a
w

pięciu b u d y n k a c h , zaś w k o m o r z e

p o m n i j m y , że w
w i s k i e m częstym.

106

chlewach

podłoga

w

dziewięciu. P r z y ­

d r e w n i a n a była

zja­

i

obudowany

�stała p o t w i e r d z o n a n a z w a „kołowroty" n a o z n a c z e n i e b i e ­

taikich mogły być również

g u n ó w , kitórą z n a j d u j e m y

w

t y m okresie

w

Bystrzano-

nia. Trawińska w

w

urządzenia

źródłowego

wkadh.

ność

Opisane
do

drzwi

zamykania.

zaopatrywano

Z

reguły

zawsze

były

to wrzeeiądze

kominów

kominy murowane

ogóle n e g u j e

sztagowychco

nie w y t r z y m u j e

kamie­

z

na t y m terenie
w

pierwot-

świetle

krytyki.

materiału

D l a przykładu

po­

i

1 lub

d a m , że i n w e n t a r z s t a r o s t w a olsztyńskiego z 1774 r . w y ­

2 s k o b l e żelazne, a w w y j ą t k o w y c h

razach haczyk,

klam­

mienia

k a żelazna i r y g i e l . N i e s t o s o w a n o

zaś żadnych

zamków

i zapór d r e w n i a n y c h .
Jedynie

2 2

w

były

w

tej

samej

ścianie

dwa

nach

przeciwległych.

To

drugie

raz inwentaryzatorzy

okienko

było

p o d a l i , iż

ścia­

zwykle

jest

ono

„na

zachód słońca", c z y l i — j a k w y n i k a z dalszego o p i s u

—

z w i d o k i e m na sad.
materiałów

Z

wspomnianych
skie
w

miały

dotyczących i n n y c h

w s i w y n i k a , że w s z ę d z i e

Brzezinach

dworskie,

folwarczne

Wobec takiego

budowali

kominy w

swoich

a najwyżej

okna

były

wyżej

chałupy

d w a okna.

konstruowane,

O

chłop­

tym, jak

i l e miały

szyb,

nie m a k o n k r e t n y c h d a n y c h . M o g ł y t o być zarówno o k n a
o sześciu, j a k i o dziewięciu s z y b a c h .
dziewięcioszybowe były Wtedy

Niewątpliwie

już s t o s o w a n e ,

domach.

W s p o m n i a n y piec z k o m i n k i e m w izbie jest w
piecem p i e k a r s k i m z trzonem
m o j e d n a k , którędy

do g o t o w a n i a .

przy

istocie

Nie

wiado­

d y m m ó g ł uchodzić do k o m i n a

jącego w s i e n i . G d y b y

była t u w y m i e n i o n a

sto­

również k a ­

p a , s p r a w a b y ł a b y o c z y w i s t a . J e d y n ą w z m i a n k ę z 1756 r .
na

(aneks

z

Błesz-

n r 4), p o z a t y m z a r ó w n o z i n w e n t a r z a

brze­

zińskiego j a k i i n n y c h w s i w i e m y

t y l k o , że piece w

bach

l u b lepione

były

Jedynie

budowane

w

Błesznie

z

Jednym

z

kamienia

wymienione

k a m i e n n e , w połowie

okna

skoro

stanu

sposób chłopi

o „kominie k a p i a s t y m z o g n i s k i e m " p o s i a d a m y

źródłowych

jedno,

budynki

r z e c z y można przypuszczać, że w p o d o b n y

okna,

trzech i n n y c h również 2 okna, ale po j e d n y m w

mniejsze;

wsiach

2 8

skierowane

często — m o ż n a się d o m y ś l a ć — n a p o d w ó r z e .
d w u domach

10

sztagowe nad dach w y w i e d z i o n e .

Większość chałup posiadała t y l k o 1 o k n o
w

w

i k a r c z m y , w których wszędzie były k o m i n y p l e c i o n e l u b

z

są 2 p i e c e w

iz­

gliny.
połowie

kaflowe.

ciekawszych

punktów

inwentarza

brze­

zińskiego j e s t t o , iż w y m i e n i a o n r ó w n i e ż sprzęty

znaj­

o p i s i e j e d n e g o z n i c h p o d a n o , że 6 s z y b b r a k u j e . W d r u ­

dujące się w każdej z o p i s y w a n y c h i z b . P r z y ścianie p o d

g i m zaś w y p a d k u p o w i e d z i a n o ,

oknem

że „ o k n o 1 d o b r e ,

drugie

m a l e ń k i e o c z t e r e c h s z y b a c h " . O k n a o dziewięciu
poświadcza

również

z Kuźniczki

23

opis

chałupy

Ignacego

. Z inwentarza z Bystrzanowic

dowiadujemy

się, że s z y b y

Niewątpliwie

zarówno

w

były

w

l i c y inaczej szyb nie oprawiano

w

(aneks n r 3)

„drzewo

Brzezinach

oprawne".

jak i

całej

rzadko

w

budynkach

tylko,
były

na temat

że

był

zapewne

poświadcza

konstrukcji

t o układ

w inwentarzu

dachów

czterospadowe;

domów.

tę f o r m ę

tradycja.

dachów

W

było

dachy poszywane w

całości słomą.

Siedlcu

Sporo

których

dolny

brzeg

dachu

Podobnie

otaczano

„ s z a r e m " , c z y l i r z ę d e m desek. T o s a m o

jednym

występowało

słomą, drugą zaś część

w

całości

w

Żurawiu, G r u s z o w n i i L i b i d z y

kowo

pobijano

najrzadziej

deskami,

deskami,

co Zostało

używano

2 4

się, że s t o s u n ­

do k r y c i a

dachów.

Pojedyncze egzemplarze takich domów zanotowano
w e n t a r z u w s i Siedlec i B y s t r z a n o w i c e

(aneksy

K i e d r z y n i u podano,

„Mateusz

chałupę

Młynarczyk

szorami

tów, reszta
Dalsze

ma

nową

ze

informacje,

poszyta..."
jakie

2 5

w in­

że

chłop

wszystkim,

g o n t ó w pobitą o d dołu, k a l e n i c a

snopkami

z

gon­

czerpiemy

z

inwentarza
Składały

na nie k o m i n w sieni, a piec z k o m i n k i e m w izbie.
że w e

jednego, k o m i n y były

wszystkich

domach, z

wyprowadzone

posiadały

kominy,

stąd

Więc

się

Cha­

wyjątkiem

ponad

logicznie w szeregu i n n y c h w s i , o których
chałupy

dach.

Ana­

wspominałem,

nie

można

się

dziwić, iż o b e c n i e mieszkańcy t y c h o k o l i c n i e pamiętają
kurnych
wano

domów .

I n w e n t a r z n i e podaje,

2 e

kominy

w

Brzezinach

oprzeć n a m a t e r i a l e
Wieach

opisany

dziony

deszczkami

w

w

XVIII

z czego

w.

1780 r . w chłopskiej

z

dyla.

Prawdopo­

podano,

informacja

jest

o

tyle

że

zrobiony

stolarską

jest

z

robotą".

interesująca,

że

tarcic,

Ostatnia

określa

czas

p r z y j m o w a n i a p r z e z wieś nowocześniejszych m e b l i . Z d r u ­
był

jeszcze

w użyciu sprzęt poprzedzający stół, a m i a n o w i c i e

giej

osobna

strony —

jak wynika z

inwentarza

—

j e g o f u n k c j e . Została o n a

zanotowana

czterokrotnie, w t y m tylko raz w

chałupie należącej

zagrody

jeszcze, że

dwudniowej.

z Błeszna

podaje

w

Dodajmy
chałupie

„stół

do

inwentarz

prosty

bez

w k t ó r y m m o ż e m y się domyślać stołu w s p a r t e g o

nóg",

n a pień­

k u d r e w n i a n y m . N a t o m i a s t w B y s t r z a n o w i c a c h został z a ­
notowany w t y m samym

czasie „stół d u ż y n a strągach",

c z y l i n a kozłach.
Oprócz

wymienionych

w Brzezinach
do

mebli

w

większości

chałup

b y ł y ł a w y około p i e c a , k t ó r e m o g ł y

spania. T r a d y c j a

t a k a jest

d o dziś ż y w a

w

służyć
okolicy

C z ę s t o c h o w y . W 17 chałupach i n w e n t a r z w y k a z u j e
29

f ę l u b szafkę, p r z e w a ż n i e o t r z e c h półkach,
zaś o dwóch l u b c z t e r e c h ,

a w

sza­

sporadycznie

Błesznie n a w e t

o pięciu

półkach. B y ł y t o z a p e w n e p r o s t e , o t w a r t e o d f r o n t u s z a f ­
ki

n a naczynia,

mieszkaniach

jakie i

obecnie

widuje

się w

starych

wiejskich.

Sporadycznie

zdarzało się, że w i z b a c h

lub w

sieni

b y ł o „ z a p i e r z e n i e " zasłaniające w e j ś c i e n a s t r y c h . Z w y k ­
l e z n a j d o w a ł o się o n o j e d n a k w k o m o r z e . Z l a k o n i c z n y c h
wzmianek

n i e można

w

wywie­

Kuźniczce

chałupie i w K i e d r z y n i u n a

w a r k u był „komin w stagi u l e p i o n y " . Oczywiście

W

niestety

fol­

oprócz

powyższym

wszystkie
które

ustalić, j a k w y g l ą d a ł o .

komentarzu

zagadnienia

można

było

dotyczące

poruszyć

z B r z e z i n z 1766 r . oraz
a pochodzących
podstawie

na

zostały
podstawie

ludowej,

inwentarza

d a n y c h dotyczących i n n y c h w s i ,

z l a t 1746—1780. W

uzyskaliśmy, w i d o c z n e
kontrasty

obrazie,
są

jaki

znaczne

niekiedy

obrębie t y c h s a m y c h g r u p społecznych, j a k i e t w o r z y l i
zagrodnicy

trzy-

i

pomiędzy

na tej
różnice,

a

wówczas

nawet

wyczerpane

architektury

w

gospodarstwami

dwudniowi.

W y j a ś n i e n i e t y c h różnic p o z o s t a j e z a p e w n e w

się

Bystrzano-

został w 1762 r . „ k o m i n w g ó r ę
o b i t y " , zaś

budo­

Musimy

p o r ó w n a w c z y m . Otóż w
wewnątrz

ława

.

brzezińskiego, dotyczą urządzeń o g n i o w y c h .
rakterystyczne,

dwukrotnie

„stół z szufladą

n r 2, 3),

zaś w o p i s i e b u d y n k ó w w
trzema

albo

zarejestrowane

. Zdaje

gontów

też

połowę

się z a w s z e

a raz jako

j e d n a k było d o ­

w P r z y s t a j n i , Kuźniczce i Przybyłowie. N i e k i e d y
dachu p o k r y w a n o

do

zróżnicowane.

b y ł o też w
w

dachy

najstarszą

Przeważały
mów,

Wiemy

przeciwieństwie

domów

i Przystajń!.

brze­

a

jako

prosty;

ł a w k a spełniająca

krokwiowo^platwiowy,

miejscowa

kształtu, p o k r y c i e

spotykało

poddanych.

Niewiele informacji znajdujemy
zińskim

oko­

chłopskich chałupach,

g d y ż s t o s o w a n y w X V I I I w . do t e g o c e l u o ł ó w
się n i e z w y k l e

szybach

Bochniaka

znajdowała

d o b n i e o b o k n i e j stał s t o l i k określany w i n w e n t a r z u j a k o

k u z osobą fundującego b u d y n e k . W X V I I I w .
nie

zabudowania

chłopskie

Z tego względu właściciel
był stawiać
siłami

chłopom

opłaconych

stanowiły

własność

d w o r u najczęściej

budynki

fachowców.

mieszkalne

i

związ­

powszech­
dworu.

obowiązany
gospodarcze

Potwierdzenie

tego

dla

107

�o k o l i c Częstochowy z n a j d u j e m y w spisie w y d a t k ó w w
1780 r . w K i e d r z y n i u . T a k i s t a n r z e c z y d o p r o w a d z a ł do
u j e d n o l i c a n i a w y g l ą d u z a g r ó d w poszczególnych g r u p a c h
społecznych.
3 0

Z

inwentarza

właściciel
starczał

dworu
im

brzezińskiego
n i e stawiał

jedynie

wynika

jednak,

poddanym

materiału

że t a m

budynków,

budulcowego .

do­

Chłopi

3 1

m i e l i w t e n sposób większą m o ż l i w o ś ć r e g u l o w a n i a
gramu

zagród

przez

nich

zamieszkiwanych,

ale

pro­

należą­

Najprawdopodobniej

również

część

najńiezbędniej-

s z y c h sprzętów w i z b i e n i e była bezpośrednią
chłopa i d l a t e g o

własnością

s p i s a n a została w i n w e n t a r z u . P o z o s t a ł e

w y p o s a ż e n i e w n ę t r z a w p o s t a c i łóżek (jeśli w o g ó l e b y ł y ) ,
s k r z y n i , naczyń k u c h e n n y c h i t p . musiało stanowić

osobi­

stą własność chłopską. U w i d a c z n i a się t o zresztą w
sunku

do bydła,

sprzężaju

i

zasiewów,

które

sto­

tylko

w z g l ę d u n a znaczną wartość pieniężną zostały u

ze

wszyst­

k i c h p o d d a n y c h w y p u n k t o w a n e j a k o własne, c z y l i chłop­
skie.

c y c h do d w o r u .

ANEKS

1

izbie

A P K r . , Castr. Crac. rei.,
t.

Brzeziny

199, 1766 r .

Inwentarz

dóbr w s i B r z e z i n , b u d y n k ó w

daństwa i i c h p o w i n n o ś c i p r z e z W
z Rogowskich
Łowczego
spisanej

śjp. W

imci

inowłodzkiego

odebraniu

w

Wielkie

p o w . Częstochowa

swoją

p.

w Brzezinach

Tomasza

pozostałą

posesję

dworskich, pod­

Jejmość

p. Barbarę

Otfinowskiego

Robi 3 dni w

min

wywiedziony

rzenie

żelaznemi.

przyciesi

ponagnione

W

tej

trzechdniowej.

do s i e n i d r z w i z desz-

wrzeciądz

dwiema

żłób, p o w a ł a

dobre.

Z

z dwiema

dobra,

tej sieni

i z b y w c h o d z ą c , d r z w i z deszczek n a z a w i a s a c h
żelaznych, u których

zgniła. Z t e j

drewnianych. W

t y m budynku

ko­

1 złe,

przepie­

n a górę z d y l i k ó w , d r z w i z deszczek n a

biegunie

drewnianym. U

na dach, dobry. O k n o
tych

d r z w i wrzeciądz

i s k o b l i 2 żelaz­

dylików

na biegunach

małych.

W

tych

drewnianych.
chlewach

Chlewów

podłogi

dobre,

2 na
żłoby,

d r a b i n y . T e c h l e w y p o d j e d n y m p r z y k r y c i e m bez p o w a ł y .

sieni

[ s ] , ściany

na tej komorze

na biegunach

p o s z y c i e . Stodoła o 1 sąsieku n o w a , d o b r a . W r o t a do n i e j

czek na b i e g u n a c h d r e w n i a n y c h z wrzeciądzem i
skoblami

drzwi
komory

drzwi

z

na zagrodzie

tydzień. W c h o d z ą c

izby

skoblami. Powała

Do t y c h chlewów
siedzi

tej

n y c h . T e n b u d y n e k cały słomą p o k r y t y , w p ó ł przegniłe

Poddani

Kuśnierz

pogniłe. Z

dwiema

bydło

Błażej

przyciesi

po

wdowę

d n i a 2.1.1766.

ss. 2145—2157

dobre,

kondescensyi

małżonkę

i zakończony

ściany

do k o m o r y n a b i e g u n a c h , u których w r z e c i ą d z z

i

belce.

że­
Pod­

drzwi dwoje

Brogów

plecione, miejscem

z deszczek n a b i e g u n a c h

2 starych. Płoty

około

z żerdzi, złe. S z o p k a

podwórza

na wóz z

stu upleciona przystawiona do sieni. Zasiewy

chru­

jego własne

i bydło.

do

czopach

skoblami

l a z n e m i . P o w a ł a n a d izbą z d y l ó w , o j e d n e j

drewnianych.

Wawrzyn

Drozd

siedzi

n a zagrodzie

R o b i 3 d n i w tydzień. W c h o d z ą c
czek n a b i e g u n a c h
łogi n i e m a s z ,

trzechdniowej.

do s i e n i d r z w i z desz­

drewnianych z jednym skoblem,

ściany z s t a r e g o

drzewa.

pod­

N a d sienią p o ­

łogi n i e masz. Ł a w a p o d o k n e m , stół prostą robotą, szafa

wały n i e masz, t y l k o k i l k a dylików. K o m i n

wywiedziony

o 3 półkach, p i e c

nad

z tarcic

prosty dobry, kominek dobry. W

Brzeziny

108

Wielkie:

tejże

dach,

dobry. Wchodząc

I I . 3. Chałupa z końca X I X w . z p o m i e s z c z e n i a m i
j e d n y m dachem

do i z b y

gospodarskimi

drzwi

pod

na

�zawiasach

i czopach

żelaznemi.

W

żelaznych

izbie

szafa

z haczykiem

prostą

robotą,

ława p o d o k n e m z dyla, s t o l i k p r o s t y
ławka

około

z dylów

pieca,

piec

dobra, belek

ł o w ę złe. Z t e j i z b y
sach

i

czopach

dwiema

3, o k n o

do k o m o r y

żelaznych,

z

żelaznemi. W k o m o r z e

dobra. Z tej k o m o r y
gunach

zły,

skoblami
3

półkach

mały, ł a w e c z k a 1,

kominek
jedną

dobry,

połową

powała

dobre,

d r z w i z tarcic n a
wrzeciądzem

i

po­

zawia­

skoblami

podłogi n i e m a s z , p o w a ł a

czek. T e n b u d y n e k

słomą

j e d n y m szarem.

n a g ó r ę złe z

pokryty,

o d dołu

desz­

deszczkami

Stodoła o 1 sąsieku s t a r a , zła,

p r z y c i e s i ugniłe, d r z e w o z d r o w e w ścianach. W r o t a z d y l i k ó w złe, słupy n a c h y l o n e ,
Poszewka
podłoga

na

w

stodole

u wrót s k o b l i 2 i

stara.

Chlewy

żerdzi; d r z w i

małych

3. P o s z e w k a

szarem

deszczkami

na tych

opasana.

dwoje

wrzeciądz.

2 małe,

pół przegniła, ściany z s t a r e g o

wała z d o b r y c h

D r u g i c h l e w ze s t a r z y z n y ,
kich

w

nich

drzewa,

po­

z deszczek, ż ł o b ó w

chlewach

dobra,

Płoty plecione

żerdzi,

podłoga

płatew

i przykrycia.

cione

n a około,

Zasiewy

jego

własne

3 dni w

tydzień. W c h o d z ą c

Robi

3 dni w

tydzień.

Wchodząc

do

na

dach

wywiedziony,

czek
W

na

biegunach

izbie

szafa

z

prosta

chlew.

W

chlewie

jedną

masz. T e n b u d y n e k

dobry. Z
W

sieni wchodząc do izby,

drzwi

drewnianych z haczykiem

z deszczek n a

i dwiema

skoblami.

izibie s z a f a o 3 półkach, p o w a ł a z d y l ó w o

ława p o d o k n e m

dobra, stolik prosty

Drzwi z tej komory

powała

duży n a p r z e c i w k o

na t y m c h l e w i e

z aksztełi

dartych.

w pół przegniła, p r z y c i e s i

Brzeziny

Wielkie:

dylików

skoblami. W

wchodząc,

komorze

Z komory

n i e masz,

Stodoła

U

tych

z

drzwiczkami

drzwi

o 1 sąsieku

wrót

2 dobrych. Powały

i

1, d r u g i m a ł y . Sołek

nie

szarem

dobra;

wrzeciądz

sieni

także

wrota

skobli

na tych

w a c h d o b r e , d r z w i d w o j e z deszczek n a b i e g u n a c h
n i a n y c h , żłób duży

po­

na podwórze

przy

2.

chle­
drew­

chlewach
chlewami

i

Płoty

i czo­

deszcz­

sieni

do­

jedną

Poszewka

poprzegniały.

sołkiem

słomą p o s z y t e . B r o g ó w

2 dobrych.

z

wrzena

około p l e c i o n e l i c h e . Z a s i e w y i b y d ł o w ł a s n e j e g o .

dobra.

biegunach

b r y ; d r z w i na biegunach. Podłoga w t y m chlewie
częścią. Ż ł o b ó w 2, p o w a ł a

oknem

ciądzami i s k o b l a m i żelaznemi 2. T a stodoła z

d r e w n i a n y c h . T e n b u d y n e k cały p o k r y t y , p o ł o w ą
k a m i , p o ł o w ą słomą. C h l e w

skoblami.
pod

z podłogą i powałą. D r z w i do n i e g o n a b i e g u n i e

o 2 belkach

do s a d k u z deszczek n a

ława

czterech

d r z w i z deszczek n a z a w i a s a c h

p a c h żelaznych. W k o m o r z e

dwiema

1 belce,

1, o k n o ,

s z y b b r a k u j e , o k i e n k o 1 n a zachód słońca, p i e c [ i ] k o m i n
dobry. Do komory

dobre,

cały słomą p o k r y t y , o d dołu

Chlewów p r z y stodole

biegunach

sieni

i wrzeciądzem. W e d l e

podłogi

n y d o b r e , p r z y c i e s i pogniłe. K o m i n w y w i e d z i o n y

n a dach,

w

n a górę p r z e p i e r z e n i e

z skobla

opasany.

wrzeciądzem

i

2 półkach,

wała d o b r a , b e l k i p o p o d p i e r a n e .

dobre.

z

Ściany

haczykiem
o

z dwiema

deszczkami

drewnianych

dobry.

b r y , powała z dylów dobra. Z izby do k o m o r y

z

deszczek n a b i e g u n a c h

Robi

z deszczek

z d y l a , o k i e n 2 d o b r y c h , s t o l i k p r o s t y 1, piec, k o m i n d o ­

i s k o b l a m i d w i e m a . W s i e n i p o w a ł a d o b r a , b e l k a 1, ścia­

z

ple­

ogrodzony.

próg zgniły z przyciesią. W c h o d z ą c do i z b y d r z w i z desz­

oko­

drzwi

tyczkami

na biegunach d r e w n i a n y c h . Powała w sieni dobra, k o m i n

złe n a

sieni

skobla­

dobra. Płoty

do s i e n i , d r z w i

d r z w i na biegunie

trzechdnio-

bez

3 sąsiekach

i bydło.

dołu

na zagrodzie

o

J a k u b D r o z d siedzi n a zagrodzie t r z e c h d n i o w e j .

d r z w i na biegunie,

wej.

dobra, poszewka

złe. P s z c z e l n i c z e k

na biegunie

siedzi

poszewka

j e d n a ; w r o t a z deszczek z w r z e c i ą d z e m i d w i e m a

aksztelowego. Zasiewy

Wiewiórczyk

deszczek,

3. Stodoła

od

jego własne i bydło.

zgniły, p o w a ł a z całz

drzwi

Brogów

m i , powała z dylów

ło. B r ó g 1 d o b r y . C h l e w i k n a ś w i n i e zły. Płotu 3 przęsła
Antoni

przyciesi

zła,

m i e j s c a m i n o w a , m i e j s c a m i s t a r a . Sręby 2 n a c h l e w y

d r z w i do s a d k u z deszczek n a b i e ­

drewnianych, przepierzenie

opasany,

i

o

Piotr
w

Drozd

tydzień

drewnianym.

Sień

połowy. K o m i n
do i z b y ,

siedzi

n a zagrodzie

d n i 2. W c h o d z ą c

drzwi

do s i e n i

dobra. Powały

na dach

w

wywiedziony

na biegunie

dwudniowej.
drzwi

na

tej sieni
dobry.

drewnianym

z

Robi

biegunie
nie masz
Wchodząc

wrzeciądzem

i jedną s k o b l a . W i z b i e szafa mała 1, ł a w a 1 p o d o k n e m
z d y l a , o k n o 1, dwóch s z y b b r a k u j e , s t o l i k p r o s t y

I I . 4. Chałupa c e n t r a l n a z X I X w . z w r ó c o n a

szczytem

sieni

do

1, ła-

drogi

109

�z deszczek n a biegunie

z wrzeciądzem

w e c z k a mała 1, ł a w k i około p i e c a . P i e c z k a m i e n i i k o ­

drzwi

min

s k o b l a m i żelaznemi. Płoty plecione

dobry, powała z d y l ó w

wchodząc
i

drzwi

wrzeciądzem

dobra, belka

na biegunie
dwiema

1. D o

drewnianym

żelaznemi.

W

ze

komory
skoblami

komorze

Zasiewy

powała

z d y l ó w s t a r a . D r z w i n a p o d w ó r z e z k o m o r y z deszczek

Robi

na

gunie,

biegunie

miejscami

drewnianym.

dobra,

Poszewka

miejscami

zła.

na t y m

Chlewów

2

budynku
miernych,

i bydło własne

Jędrzej

na

ściany
drzwi

i dwiema

kiem

i

s k o b l a m i żelaznemi. W c h l e w a c h
drzwi

dwoje

na biegunach.

podłogi i p o ­
Na

tych

w a c h p o s z y c i e d o b r e . B r o g ó w 2. P ł o t y n a około
s t a r e , złe. Z a s i e w y
Maciej
Robi

i b y d ł o własne

Woźniak

siedzi

chle­

plecione

jego.

czterech

trzechdniowej.

sienią

drewnianych. W sieni karmniczek

słupach. W

tej sieni

podłoga

dobra, k o m i n w y w i e d z i o n y

zła. P o w a ł a

n a d a c h , zły,

dwiema

na

1 z

pieca,

dyla,

piec

stół

z tarcic

z kamieni

zły,

nad

potrze­

o 3 półkach,

drzwi

na biegunie,

Z

drzwi

do s a d u

komory

ława

prosty

mały,

ławki

kominek

dobry,

okno

1 z ł e , powała z d y l ó w d o b r a , b e l k a 1. Z i z b y
wchodząc,

powała

z

na biegunie

zły. Z

i czopach

skoblami

dobry,

sieni

i klamką.

W

Z komory

do

komory

dylów

dobra.

drewnianym,

na

skoblami

n y c h . T e n b u d y n e k cały słomą p o s z y t y ,
w

około o p a s a n y ,

stodole
gunie

jedną

dobra. W r o t a
jedne,

z

nemi. Chlewów
złą, żłób

dobre,

i skoblami

jedna.

Na

jednym

miejscami

pogniły. P r z y chałupie s t a j e n k a

łogą i p o w a ł ą dobrą. W

tej stajence

dobra z

pod­

żłób, d r a b i n a , d r z w i

drzwi
słomą

dwoje

o 2 sąsiekach

dobra, z d w i e m a

boiskami.

d o t e j stodoły z t a r c i c n a obłękach

drewnianych

z wrzeciądzem i s k o b l a m i żelaznemi; do drugiego
w r o t a z dylików z wrzeciądzem
laznemi.

Ta

stodoła

nowo

i skoblami

poszyta.

Chlewów 3 pod j e d n y m

przykryciem,

gami

troje

i powałami,

drewnianych.

drzwi

Sołek

Wrót
boiska

dwiema

Brogów

3

że­

starych.

dobrych, z podło­

z deszczek n a

z szopą, d o którego

drzwi

biegunach
na

bie­

g u n a c h . W t y m sołku podłoga d o b r a , p o w a ł a t a k ż e d o b r a ,

Brzeziny

110

Wielkie:

I I . 5. Chałupa

ścianach, p o ­
częścią

d a r t y c h , niezgorsze.

żelaznemi. Z a s i e w y

skob­

i b y d ł o własne j e g o .

A n t o n i U j m a siedzi n a zagrodzie t r z e c h d n i o w e j .
d n i 3 w tydzień. W c h o d z ą c
drewnianym.
dziony

N a d sienią

i dwiema
oknem

do sieni, d r z w i

powała

dobra,

na

i czapach

komin

żelaznych z

wywie­

s k o b l a m i . W i z b i e szafa o 3 półkach, ł a w a p o d

z dyla, okno
belce. Z

na jednej
komorze

centralna z X I X w . z w i docznym
sadu

drzwi

haczykiem

1 dobre,

s t o l i k mały

prosty,

około p i e c a , p i e c [ i ] k o m i n d o b r y , p o w a ł a z d y l ó w
W

Robi

biegunie

n a dach, d o b r y . Z s i e n i wchodząc do izby,

z tarcic na zawiasach

ple­

Zapierzenie

n a górę, w k t ó r y m d r z w i z w r z e c i ą d z e m i d w i e m a
lami

n a b i e g u n i e z w r z e c i ą d z e m i d w i e m a s k o b l a m i żelaznemi.
Stodoła

podłogą

drewnianych. Te chlewy

s t a r a , zła. P ł o t y

częścią z a k s z t e l i

bie­

żelaz­

chlewie

cione,

o d dołu

stara.
na tej

2 n a bydło, t r z e c i n a świnie z

z deszczek n a b i e g u n a c h
na niej

zła,

dwiema

N a t y m . b u d y n k u p o s z e w k a zła, zgniła i d e s z c z k i

lecz

żelaz­

do t e j stodoły z deszczek n a

wrzeciądzem

1, p o w a ł a

dobra.

poszewka

n a około

dobre,

żelazne­

u dołu d e s z c z k a -

o trzech

tym budynku

dobra,

i czopach

stroną p o s z e w k a

o 2 sąsiekach, d r z e w o

oknc

biegunie

podłoga z d y l ó w , p o w a ł a z d y l ó w

szewka

w

szafa

1, ł a w y

wchodząc, d r z w i n a

d r z w i do s a d k u n a z a w i a s a c h

do

haczy­

tej izbie

p o s z y t e . S z o p a n a w ó z bez w r ó t

Ściany

z

półkach, ława p o d o k n e m z d y l a ,

p r z y c i e s i n a [ o j k o ł o p o g n i ł y , aż d r z e w o w z i e m i ę poszło.

górę przepierzenie.

komin

wchodząc

żelaznych

d r e w n i a n y m z wrzeciądzem i d w i e m a
m i . W komorze

Stodoła

oknem

złe, p o k ł a d

bardzo

b e l k a 1. Z i z b y d o k o m o r y

mi

około

trzechdniowej.

1; 3 s z y b y w y b i t e , s t o l i k z t a r c i c y p r o s t y , m a ł y

b u j e r e p e r a c j i . Z s i e n i do i z b y w c h o d z ą c , d r z w i n a b i e ­
pod

płatwy

na zawiasach

prosta o czterech

gunie, skobel

1 żelazny, szafa p r o s t a

są.

na zagrodzie

około p i e c a , p i e c [ i ] k o m i n d o b r y , p o w a ł a z d y l ó w

na zagrodzie

w t y d z i e ń d n i 3. W c h o d z ą c do s i e n i , d r z w i z desz­

czek n a b i e g u n a c h

dobre,

dach w y w i e d z i o n y

izby,

dobre,

jego

siedzi

dwiema

d n i 3 w tydzień. W c h o d z ą c d o s i e n i , d r z w i n a b i e ­

p r z y k t ó r y c h b o i s k o ; w r o t a złe z deszczek z w r z e c i ą d z e m
wały

Banasik

i

n a [ o j k o ł o s t a r e , złe.

powała

wyjściem

izby

do k o m o r y

dobra. Z k o m o r y

z komory

do

drzwi

na

ławy
dobra

biegunie.

n a ogródek

drzwi

�B r z e z i n y W i e l k i e : I I . 6. Chałupa z 2. poł. X I X w . , p i e r w o t n i e

na

biegunie.

pogniły.

Pod

Ten

tym budynkiem

budynek

słomą

przyciesi

poszyty,

na

[ojkoło

ale poszewka

ze

z dyla, okno

1 d o b r e , s t o l i k z szufladą

lów na jednej

wrota

drzwi

dzem

i skoblami dwiema

drewnianych

2, c h l e w ó w

wrzecią­

żelaznemi. N a t e j s t o d o l e

k w i e złe i stodoła p o c h y l o n a . P r z y c i e s i
Brogów

z

3, c z w a r t y

p o d nią

mały.

kro­

pogniły.

Drzwi

do

nich

stolarską

robotą,

ł a w y około p i e c a , p i e c d o b r y , k o m i n d o b r y , p o w a ł a z d y ­

w s z y s t k i m zła. Stodoła o j e d n y m sąsieku. D o t e j stodoły
z dylików n a biegunach

karczma

belce dobra. Z izby

na zawiasach

i czopach

do k o m a r y

żelaznych z

wchodząc,

wrzeciądzem

i d w i e m a s k o b l a m i żelaznemi. W k o m o r z e p o d ł o g a d o b r a ,
powała
na

z

dylów

biegunie

dobra.

Drzwi

drewnianym.

z

komory

Wedle

na

komory

podwórze

chlewów

c z w o r o n a b i e g u n a c h d r e w n i a n y c h z w r z e c i ą d z y 2, s k o b ­

z podłogami i powałami. D r z w i do t y c h chlewów

li

na biegunach

4. P r z y

chlewach

przybudowana

p o d ł o g i złe, p o w a ł y z żerdzi. T e

szopka.

chlewy

W

p r z y c i e s i złe pogniłe, ściany s t a r e . C h l e w i k
d r z w i do niego n a b i e g u n i e

chlewach

słomą

poszyte,

n a ś w i n i e 1,

d r e w n i a n y m , podłoga

w a ł a d o b r a . T e n c h l e w i k słomą p o s z y t y .

i po­

Izdebka

mała

z komorą bez s i e n i i p i e c a i k o m i n a ; p o w a ł a j e s t ,

drzwi

mały

d r e w n i a n y c h . Przy* t y c h c h l e w a c h

z powałą.

Te

które b u d y n k i w
wierzchu

budynki

pod jednym

poszyte.

Stodoła

o

do n i e j w r o t a j e d n e

na biegunach

ciądzem

dwiema

i

skoblami

chlewik

przykryciem,

około o p a s a n e d e s z c z k a m i

słomą

o d dołu, o d

2 sąsiekach

dobra,

drewnianych z

żelaznemi.

2

dwoje

wrze­

Brogów

3 do­

złe. T a i z d e b k a s t a r a słomą p o s z y t a . P ł o t y w s z ę d z i e s t a r e .

b r y c h . Szopa n a w o z y ;

Zasiewy

p o s z y t a . W e d l e s z o p y c h l e w d o b r y . D r z w i do n i e g o z t a r ­

i b y d ł o j e g o własne.

J a k u b Ślęzak s i e d z i n a z a g r o d z i e d w ó c h d n i o w e j . R o b i
dni 2 w

tydzień. W c h o d z ą c

drewnianym. W
wywiedziony

sieni powały

zły. W c h o d z ą c

drewnianym z haczykiem
W

tej

izbie

do s i e n i , d r z w i n a

ława

n i e masz,
do i z b y ,

k o m i n na

drzwi

na

i skoblami dwiema

pod oknem

z

dylika, okno

1

dobre,

n i e masz.

p o g n i ł e . P o s z e w k a n a t e j chałupie zła. C h l e w i k

m a l e ń k i zły. B r ó g 1. S z o p k a
plecione

dach

biegunie

żelaznemi.

s t o l i k m a ł y 1, p i e c [ i ] k o m i n e k d o b r y . K o m o r y
Przyciesi

biegunie

stare,

Kazimierz

mała 1, zła, bez w r ó t . P ł o t y

złe. Z a s i e w e k
Masztalerz

i

bydło

jego

cic

na

zawiasach

i

dwiema

i

powała

od g ó r y

słomą p o s z y t y .

plecione,

siedzi na zagrodzie trzechdnio­

żelaznych

W

Górski

tydzień

podłoga

jego

pobity,

żłób 1 i

z akszteli

własne.
trzechdniowej.

do s i e n i , d r z w i złe n a

b i e g u n i e d r e w n i a n y m . P o d ł o g a w s i e n i zła. P r z e d
nowe,

d r z w i na biegunie. Powała

dobra. Z sieni wchodząc

do i z b y ,

drabi­

d a r t y c h , częścią

n a zagrodzie

d n i 3. W c h o d z ą c

wrzeciądzem

deszczkami

t y m chlewie

i bydło

siedzi

z

t y m chlewie

o d dołu

n a około częścią

stare. Z a s i e w y

Andrzej

zapierzenie

własne.

czopach

żelaznemi. W

dobra. Ten chlew

n a 1. P ł o t y

Robi w

i

skoblami

do n i e j w r o t a z deszczek, słomą

piecem

n a d sienią

d r z w i z tarcic n a za­

w e j . R o b i w tydzień d n i 3. W c h o d z ą c do s i e n i , d r z W i n a

w i a s a c h , c z o p a c h żelaznych z s k o b l a m i żelaznemi. W i z b i e

biegunie

szafa p r o s t a o 3 półkach, ł a w a p o d o k n e m

drewnianym. W

sieni powały

s i e n i c h l e w i k mały. K o m i n w y w i e d z i o n y
Z
i

n i e masz.
n a dach,

s i e n i do i z b y w c h o d z ą c , d r z w i z t a r c i c n a
czopach

żelaznych z d w i e m a

s k o b l a m i , z klamką. Szafka

wrzeciądzami

W

tej

dobry.

zawiasach
i

czterema

o 2 półkach, ł a w a p o d o k n e m

n a południe 1 złe, stół p r o s t y
dobry,

k o m i n dobry,

powała

1, ł a w y
dobra. Z

wchodząc, d r z w i z t a r c i c n a z a w i a s a c h
nych

z

wrzeciądzem

i

dwiema

z dyla,

około p i e c a ,
izby

do
W

piec

komory

i czopach

skoblami.

okno

żelaz­

komorze

111

�powała
z

i podłoga

tarcic

dobra. Z

na zawiasach

i

komory

czopach

na podwórze

żelaznych.

c h l e w i k ó w 2, j e d e n z powałą, d r u g i bez p o w a ł y .
w

jednym

niezła. D r z w i

nach. T e n budynek
góry

słomą

poszyty,

żelaznych.

chlew

od

dołu

poszyty.
z

lecz słoma
Drzwi

Powała
na

chlewa.

deszczek.

U

Podłoga

na

biegu­

pobity, od

ny

podłogi

opasany,

świnie

n i e masz.

od góry

mały,

przystawiony

o 2 sąsiekach;

wrzeciądz

Ten

snopkami

z

wrót

dwiema

skoblami

dołą z podłogą

drzwi

dobrą;

dobre

na

zaporami.

Ten

sołek

sto­

słomą

dwie­

łem i z a s i e w a m i

j e g o własne.

zły. Z

Drozd

siedzi

stołu, p i e c
obłęku
Z

trzechdniowej.

d n i 3 w tydzień. W c h o d z ą c do s i e n i , d r z w i n a b i e ­

Robi

gunach

d r e w n i a n y c h z wrzeciądzem

żelaznemi. W

s i e n i podłogi

i skoblami

i powały

n i e masz.

wchodząc do izby, d r z w i n a zawiasach
nych z haczykiem
okno

1 dobre,

na trzech

z wrzeciądzem

Płoty

[i] k o m i n dobry. Z izby
obłęku. W k o m o r z e

do k o m o r y

z dylów,

złe.

Zaprząż

rze

d r z w i n a obłęku. B r o g ó w

Do

tego c h l e w i k a

drzwi

piec

3, c z w a r t y

na podwó­

z

chlewikiem.

n a obłęku. P o d ł o g a

z

dylików

i p o w a ł a . P ł o t y n a około z chrustów. Z a p i e r z e n i e

n a górę

d o b r e i d r z w i n a obłęku z w r z e c i ą d z e m i d w i e m a
lami. Zasiewy
Wojciech

skob­

i zaprzęże i bydło j e g o własne.
Ciura

siedzi

na zagrodzie

drzwi

trzechdniowej.

zamiast

drzwi na

komorze

n a obłęku;

powała.

okno

i bydło z z a s i [ e ] w e m

na

dwiema

1 złe.

własne

jego.

Biróg 1.
M i k o ł a j W o ź n i a k chałupy n i e m a , t y l k o c h l e w i k p o d
brogiem.
Antoniowa

Cacanina

trzechdniowej. Robi

na

na

wdowa,

siedzi

na

Powały

w

sieni

nie masz;

n a dach, d o b r y . Wchodząc
z

zagrodzie

d n i 3 w tydzień. W c h o d z ą c do s i e n i ,

obłękach.

zawiasach

czopami

żelaznemi,

komin

do i z b y ,

klamką

drzwi

i

ryglem.

W i z b i e szafa o t r z e c h półkach, ława p o d o k n e m z d y l a ,
złe, ł a w k a

do k o m o r y
wała

zamiast

stołu, ł a w k i

około

d r z w i na biegunach. Chlew

z żerdzi,

drzwi

na biegunie.

pieca,

piec

belce. Z

izby

1; podłoga i p o ­

Brogów

3. P ł o t y

na

o k o ł o złe. Z a p r z ą ż z b y d ł e m i z a s i e w y j e g o .

wchodząc, d r z w i n a

powała dobra. Z k o m o r y

i skoblami. W

na podwórze

[i] k o m i n dobry, powała z d y l i n a j e d n e j

żelaz­

drzwi
i

do k o m o r y

okno

i czopach

belkach powała

do i z b y ,

Z

i s k o b l a m i . W i z b i e ława p o d o k n e m ,

drzwi

wywiedzio­

żelaznych z w r z e c i ą d z e m

dwiema
sieni

trzechdnio­

do s i e n i ,

komin

wchodząc

na

własne.

n a zagrodzie

Wchodząc

[i] k o m i n dobry. Z izby

komory

drzwi

n a zagrodzie

sieni

i czopach

wywiedziony
Walenty

tydzień.

plecione

jego

s k o b l a m i . W i z b i e ł a w a p o d o k n e m , ł a w k a mała

poszyty.

B r ó g 1. P ł o t y n a około p l e c i o n e s t a r e , złe. Z a p r z ą ż z b y d ­

Wiewiórczyk siedzi
dni 3 w

na dach,

zawia­

s a c h i c z o p a c h żelaznych z w r z e c i ą d z e m i s k o b l a m i
i

do

dwoje

i k r o k i e w . Płoty

n a obłęku. W s i e n i p o w a ł y n i e masz,
zawiasach

d o b r a . Sołek p r z e d

żelaznemi

Robi

Chlew

żelaznemi. P o s z e w k a n a s t o d o l e

ma

Mikołaj
wej.

i czo­

Stodoła

i powałą

n i e p r z y k r y t y bez p o w a ł y

około złe. Z a p r z ą ż z b y d ł e m i z a s i e w y

s t a r a , przegniła.

dobra,

jednych

sieni

do n i e g o n a z a w i a s a c h

deszozkami

Chlewik

wielkiego

chlewików

cały o d dołu deszczikami

stary naprzeciwko.
pach

do t y c h

drzwi

Przy

Walenty
wej. Robi

Kubaczka

siedzi

na zagrodzie

dwóchdnio-

w tydzień d n i 2. W c h o d z ą c d o s i e n i d r z w i n a

biegunie. W

sieni powały n i e masz,

n a d a c h , d o b r y . Z s i e n i wchodząc

komin

wywiedziony

do i z b y

d r z w i na za­

w i a s a c h i c z o p a c h żelaznych z h a c z y k i e m i d w i e m a s k u b l a m i . W t e j izbie ława p o d o k n e m , o k n o 1 dobre,
okienko

małe

jedno, piec

komory

d r z w i na zawiasach

dobry.

Z

z wrzeciądzem

do

i skoblami.

W komorze

k u z w r z e c i ą d z e m i s k o b l a m i d w i e m a żelaznemi. W s i e n i

D r z w i d o t e g o c h l e w i k a n a obłęku, p o s z e w k a

zła n a c h a ­

łupie i

i

i podłoga. N a d sienią p o w a ł a , k o m i n

wywie­

d z i o n y n a d a c h , d o b r y . Z s i e n i w c h o d z ą c do i z b y ,
na zawiasach

i czopach

żelaznych z h a c z y k i e m

drzwi

i skobla­

m i żelaznemi. W i z b i e szafa o 3 półkach, ł a w a p o d o k n e m
z

dyla,

około

1 bez

okno

pieca,

piec,

sześci
komin

szyb,

stolik

niezły,

prosty

powała

z

1,

ciądzem

i dwiema

skoblami. W

komorze

na

Stajenka

i zaprząż

Grzegorz Woźniak siedzi n a zagrodzie
przykryta,

masz. Z t e j s i e n i w c h o d z ą c d o i z b y , d r z w i n a

zła, z d e z e l o w a n a . K o m i n a

zamiast

stołu, p o w a ł a

dobra

i czopach

i

ale p o g n i ł e . Z

n i e masz.

1. Stodoła o j e d ­

n y m sąsieku; w r o t a z deszczek złe, p r z y c i e s i
zła. P r z y

komorze
w

skobli

2 i

zgniłe, po­

wrzeciądz.

Przy

srąbek n i e n a k r y t y , bez d r z w i i p o w a ł y .

Płoty

około p l e c i o n e

wrotach

Po­

s t a r e , złe. O b s i e w y

z zaprzężą

i

byd­

ł e m j e g o własne.
Mikołaj

powała,

siedzi

na zagrodzie

trzechdniowej.

s t a r a , zła. Z

obłęku. P r z y c i e s i ,

zawiasach

na trzech

tej izby

belkach,

do k o m o r y

żelaznych. W
komory

tej komorze
drzwi

z

komin,

drzwi

deszczek n a

2.

Chlewów

2, w

jednym

i powała, w d r u g i m n i c nie masz. T e c h l e w y

podłoga

słomą p o ­

k r y t e . Stodoła o 2 sąsiekach. D o t e j stodoły w r o t a
wrzeciądzami

i skoblami.

i bydło z z a s i e w a m i

R o b i w tydzień 3 d n i . W c h o d z ą c d o s i e n i , d r z w i n a o b ł ę ­

Marcin

Woźniak

Płoty

stare,

złe.

dobre

Zaprząż

jego własne.
siedzi

na zagrodzie

trzechdniowej.

k u . W s i e n i p o d ł o g a zła, p o w a ł y n i e m a s z , k o m i n n a d a c h

Robi

wywiedziony,

obłęku złe. W s i e n i p o w a ł y p o ł o w a , k o m i n n a d a c h

dobry; zapierzenie

n a górę z

drzwiczkami

n a obłęku. W c h o d z ą c do i z b y , d r z w i n a z a w i a s a c h
p a c h żelaznych
lami dwiema

z klamką, r y g l e m , w r z e c i ą d z e m

żelaznemi, z h a c z y k i e m

i z b i e szafa o t r z e c h p r z e g r o d a c h ,
okna

2 dobre,

komin

stół p r o s t y

d o b r y , powała

z skoblami. W

około

na jednej

d o k o m o r y wchodząc, d r z w i n a z a w i a s a c h
laznemi, z wrzeciądzem i d w i e m a
powała

dobra. D r z w i

z podłogą

i powałą,

bez wrót. Strzechy,

112

na podwórze
stajenka

skob­
tej

ława p o d o k n e m z d y l a ,

1, ł a w y

z dylów

i czo­
i

przy

pieca, piec

[i]

belce. Z

izby

z czopami

że­

skoblami. W

komorze

n a obłęku. C h l e w
chlewie.

k r o k w i e złe. B r o g ó w

Szopka

2. Srąb

1
zła

nowy

w

tydzień

wiedziony
do i z b y
Ława

zły.

drzwi

d n i 3. W c h o d z ą c
Ściany

d r z w i dobre

pod oknem

d o b r a , ściany w

w

do

sieni,

i czopach

z d y l a , stół, k o m i n , p i e c
izbie

na zawiasach

komory

pogniły.

i czopach

na podwórze

Z

tej izby

żelaznych

d r z w i złe.

Srąb

o 2 sąsiekach, 1 p r z y k r y t y , d r u g i

raźniejszej p o s e s j i p o s t a w i o n y ,

na który

tej

na
wy­

sieni

żelaznych.
zły,

powała

do

komory

z wrzeciądzem

bez p r z y k r y c i a , c h l e w ó w 3 złych, p o s z e w k i
Stodoła

drzwi

s i e n i z g n i ł e , złe. Z

n a zawiasach

i d w i e m a s k o b l a m i żelaznemi. W k a m o r z e
Z

na

podłoga

płatwy zgniłe, k r o k w i e złe, p r z y k r y c i e

zgniłe, o k i e n złych

z

Drozd

wywiedzionego nie

i c z o p a c h żelaznych. W t e j i z b i e ł a w a p o d o k n e m , ł a w k a

zawiasach

szewka

trzechdniowej.

przez

mały;

n a c h l e w a c h zła, pogniła. B r ó g

własne.

wrze­

n a g ó r ę z d y l i k ó w , d r z w i c z k i z desz­

boisko
2. P ł o t y

R o b i 3 d n i w tydzień. W c h o d z ą c d o s i e n i , sień p u s t a , n i e

piec, szafa

szewka

jego

z

na

drzwiami

chrustu,

z deszczułek. B r o g ó w

czek. T e n b u d y n e k s n o p k a m i p o k r y t y . C h l e w ó w 2, t r z e c i
d r z w i troje na biegunach, powały

i podłogą.

z pokładem

o 1 sąsieku z

[ s ] . Stodółka

s t a r e złe. Z a s i e w y

mała

z powałą

podłoga

połowę, powała dobra. D r z w i n a podwórze z k o m o r y
obłęku. Z a p i e r z e n i e

chlewie.

obłogu

p r z y t y m sąsieku. W r o t a

ławy

dylów

3 b e l k a c h . Z i z b y do k o m o r y d r z w i n a z a w i a s a c h

na

dobra. C h l e w i k

drugie

izby

R o b i d n i 3 w tydzień. W c h o d z ą c d o s i e n i , d r z w i n a o b ł ę ­
chlewiczek

powała

[i] k o m i n

powała

dobra.

stary

zgniły,

na nich
nowy

dwór

dał

złe.

za t e ­
drze­

w a , k r o k i e w i łat. W r ó t d o t e j stodoły d w ó j e s t a r y c h n a

�obłękach.

Płoty

z bydłem

jego

w

około p l e c i o n e

stare,

złe.

Zaprząż

d r z w i n a obłęku. P o w a ł a w s i e n i zła, k o m i n
ny

własne.

J a n B a n a s i k siedzi n a zagrodzie trzechdniowej. R o b i

n a d a c h , zły. W

kiem i skoblami.

N a d sienią p o w a ł a z d y l ó w , k o m i n w y w i e d z i o n y

1

dobry. W

t e j s i e n i s t a j e n k a z podłogą

i powałą.

Drzwi

żłób i d r a b i n a . Z s i e n i d r z w i d o i z b y z

pogniłe.

W

tej izbie

ława

d o b r e , ł a w k i koło p i e c a , p i e c

s t a r a zła z d y l ó w n a j e d n e j

haczy­

pod oknem,

zły, k o m i n

belce.

z

zły,

Z tej izby

okno

powała

d r z w i do

tej

k o m o r y n a zawiasach i czopach z wrzeciądzem i s k o b l a ­

tarcic

m i . W k o m o r z e p o w a ł y m a ł o co, a l e zgniła. Z t e j k o m o r y

do s t a j e n k i n a obłęku z w r z e c i ą d z e m i s k o b l a m i . W
stajence

wywiedzio­

złe, p r z y c i e s i

Z s i e n i d r z w i do i z b y n a z a w i a s a c h i c z o p a c h

w t y d z i e ń d n i 3. W c h o d z ą c d o s i e n i , d r z w i n a obłękach.
na dach,

s i e n i ściany

na zawiasach i czopach żelaznych. W izbie szafa o 3 pół­

n a p o d w ó r z e d r z w i ma obłęku. P r z y c i e s i

k a c h , ława p o d o k n e m z d y l a , o k n o 1 dobre, d r u g i e małe

m o r ą [ i ] sienią ze w s z y s t k i m zgniłe. W ścianach

drzewo

złe, stół m a ł y z t a r c i c , ł a w y około p i e c a , p i e c

poprócbniałe.

powały

[i] k o m i n

d o b r y , powała n a 3 b e l k a c h , z t a r c i c , dobra. Z t e j
do k o m o r y d r z w i z t a r c i c n a z a w i a s a c h

i czopach

izby

żelaz­

Chlewów

2 z

p o d izbą i k o ­

podłogami

złemi,

z żerdek. T e c h l e w y słomą p o s z y t e , l e c z p o s z e w k a
zła.

Stodoła

o

1 sąsieku

s t a r a , zła;

wrota

z

stara,

deszczek

n y c h z w r z e c i ą d z e m i d w i e m a s k o b l a m i żelaznemi. W k o ­

n a obłękach. B r o g ó w 2. P ł o t y n a o k o ł o z ł e . S o l e k

m o r z e p o w a ł a i podłoga d o b r a . Z k o m o r y

z powałą, d r z w i a m i n a zawiasach

dwórze z tarcic n a zawiasach

i czapach

drzwi na po­
żelaznych. T e n

b u d y n e k przez połowę poszyty, przez połowę

deszczkami

p o b i t y . C h l e w ó w 3 d o b r y c h z p o w a ł a m i , żłobami,
nami. W

d w u c h l e w a c h podłogi, w

masz. P r z y t y c h c h l e w a c h c h l e w i k mały n a świnie. S t o ­
doła o 2 sąsiekach; w r o t a z t a r c i c n a b i e g u n a c h

drew­

n i a n y c h z wrzeciądzem i d w i e m a s k o b l a m i . Solek z p o d ­
łogą i p o w a ł ą ;

d r z w i n a zawiasach

i

czopach

żelaznych

z w r z e c i ą d z e m i s k o b l a m i d w i e m a . P ł o t y w około
Stawiączki koło o b o r y d o b r e . P s z c z e l n i k

dobre.

tyczkami opar-

c h a n i o n y &gt;[s] w około d a b r z e . Z a s i e w y i o b s i e w y i zaprząż
j e g o własne. B r o g ó w 2 za stodołą.

z

mały

wrzecią­

d z e m i s k o b l a m i d w i e m a . T e n s o l e k słomą p o s z y t y . Z a ­
siewy

drabi­

t r z e c i m podłogi n i e

i czapach

i zaprząż z b y d ł e m

Bartłomiej

Ochocki

jej

własne.

siedzi

n a zagrodzie

trzechdnio­

w e j . R o b i w tydzień d n i 3. W c h o d z ą c do s i e n i , d r z w i n a
obłęku. W s i e n i podłoga, p o w a ł a n a d sienią, k o m i n
wiedziony

ma d a c h

d r z w i n a zawiasach
i

dobry.

Z

sieni

i czopach

s k o b l a m i żelaznemi.

W

do

izby

żelaznych z

tej

izbie

ława p o d o k n e m z d y l a , o k n o

wy­

wchodząc,

wrzeciądzem

szafa

o

3

półkach,

1 d o b r e , stół m a ł y

pro­

s t y 1, p i e c [ i ] k o m i n d o b r y , ł a w y o k o ł o p i e c a , p o w a ł a d o ­
b r a n a 1 belce, z a p i e r z e n i e

n a górę. W

t y m zapierzeniu

d r z w i n a obłęjku. Z t e j i z b y d r z w i d o k o m o r y n a z a w i a ­

A n t o n i Woźniak n a zagrodzie siedzi d w u d n i o w e j . R o ­

s a c h i c z o p a c h żelaznych. W t e j k o m o r z e

powała

dobra.

b i w t y d z i e ń d n i 2. W c h o d z ą c do s i e n i , d r z w i n a obłęku.

Z t e j k o m o r y d r z w i n a p o d w ó r z e n a obłęku, z deszczek.

W sieni komin wywiedziony

Pakrycie

n a d a c h , zły. P o w a ł y i p o d ­

łogi w s i e n i n i e m a s z . Z t e j s i e n i d o i z b y w c h o d z ą c , d r z w i
stare n a zawiasach
i

skoblami

mały

a czapach

dwiema.

1, p i e c

Ławka

[i] k o m i n

żelaznych

z

pod oknem

wrzeciądzem

z

dyla,

stolik

l i c h y , powała d o b r a . D r z w i

do

na t y m budynku

słomą

poszyte.

Chlewów

2

bez p o d ł ó g ; p o w a ł y z żerdek, d r z w i n a obłękach, ż ł o b y 2,
d r a b i n 2. T e c h l e w y słomą p o k r y t e . S z o p a n a w ó z
komorze.

Stodoła

o 2 sąsiekach. D o

t e j stodoły

n a obłękach z w r z e c i ą d z e m i s k o b l a m i . S o l e k z

przy
wrota

podłogą

k o m o r y n a z a w i a s a c h i c z o p a c h żelaznych z w r z e c i ą d z e m

i p o w a ł ą dobrą. D r z w i do t e g o sołku n a obłęku z

i s k o b l a m i d w i e m a . W k o m o r z e podłoga i połówką stara,

ciądzem i s k o b l a m i d w i e m a żelaznemi. B r o g ó w 2; p l e w -

powała

dobra. Z k o m o r y

d r z w i n a oborę

n a obłękach.

N a t y m b u d y n k u p r z y k r y c i e s n o p k a m i i deszczkami, lecz

n i a k p o d j e d n y m b r o g i e m . Płoty w około stare.

złe. Z a s i e w y

i zaprząż z b y d ł e m w ł a s n e

jego.

Zasiewy

i zaprząż z b y d ł e m własne j e g o .

t o p r z y k r y c i e złe, s t a r e . C h l e w 1 z p o w a ł ą z żerdzi. P r z y
c h l e w i e b o i s k o m a ł e , słomą o b o j e p o s z y t e . P ł o t y n a o k o ł o

wrze­

Józef O c i e p i a k s i e d z i n a z a g r o d z i e d w u d n i o w e j . R o b i
w

tydzień

d n i 2. W c h o d z ą c

do s i e n i , d r z w i n a

obłęku.

W s i e n i p o w a ł y n i e m a s z , a n i podłogi. T a sień n i e p r z y ­

Kasper Masztalerz siedzi n a zagrodzie t r z e c h d n i o w e j .

kryta.

Z [tej s i e n i w c h o d z ą c

do i z b y ,

drzwi na

obłęku

R o b i w tydzień d n i 3. W c h o d z ą c d o s i e n i , d r z w i n a o b ł ę ­

z wrzeciądzem i s k o b l a m i d w i e m a żelaznemi. W t e j izbie

k u z w r z e c i ą d z e m i s k o b l a m i żelaznemi. W s i e n i p o d ł o g a

ława p o d o k n e m , o k n o

i

powała

p i e c , k o m i n , p o w a ł a d o b r a . Z t e j i z b y do k o m o r y

W t e j s i e n i s t a j e n k a , w której podłoga i powała

dobra.

n a obłęku. W

do

na

zamiast stolika,

dobry.

izby

wywiedziony

1 dobre, ławka

dach,

Drzwi

(dobra, k o m i n

t e j s t a j e n k i ma b i e g u n a c h . Z

n a zawiasach

i

czopach

żelaznych

i s k o b l a m i d w i e m a . W t e j izbie szafa

sieni
z

drzwi

do

wrzeciądzem

o 3 półkach, ł a w a

pod o k n e m z dyla, okno 1 dobre, drugie maleńkie o czte­
rech

szybach,

piec

[1] k o m i n

dobry,

ławy

koło

Z i z b y do k o m o r y d r z w i n a obłęku. N a g ó r ę
W
i

t y m zapierzeniu

drzwi

skoblami dwiema.

Ten

Chlewów

ma

obłęku

b u d y n e k cały

z

chlewy

pogoirzałych z b u d o w a n y . P o s z e w k a n a t y m b u d y n k u n o ­
wa.
szej

kach z wrzeciądzem

słomą

z szopą

Wizja

słomą

na
tych

l .
n

po­

1, d r u g i

n a chałupę, t o j e s t sień,

i p o b i c i a ; d r z w i żadnych n i e m a s z , k t ó r y srąb z a t e r a ź ­
posesji

postawiony

po

kondescensyi.

Płoty

o k o ł o s t a r e , s t a w i ą c z k i d o b r e . Słupina s t a w i a n a
łupana, d o b r a . W r ó t n a p o d w ó r z e
tych

n a obłękach. Z a s i e w y

dwoje

i zaprząż z

dębowa,

z aksztełi
bydłem

na

własne

U z n a l i niżej
rocznich

bydło

lasu M u r o w a n a
podpisami

nazwanego

IchM przy

Woźnym

auten­

pniaków

w

t y m lesie

wyciętych,

drzewka

m i e r n e g o , s z t u k 23.
2°.

Tegorocznich

p n i a k ó w n a różną p o t r z e b ę d l a p o d d a ­

n y c h brzezińskich

n a k r o k w i e , b r o g i , płatwy,

mier­

n e g o d r z e w k a , s z t u k 28.
3°. D l a t y c h ż e p o d d a n y c h n a ł a t y i ż e r d z i e
4°.

Za

asygnacją

Imci

pana

Aleksandra

kop

3.

Otfinowskiego

w y w i ó z ł z t e g o l a s u p o d d a n y j e g o n a Suboczynę

dar­

jego.
Józefowa

i

t y c z n y m J a n i e T w a r d y m , j a k o z n a j d u j e się p r z e s z ł o -

i z b a , k o m o r a z p ł a t w a m i , b e l k a m i bez p o w a ł y , k r o k i e w
niejszej

i brogu nie ma. Zasiewy

p o s e s j i p ł o t ó w , p r z y c i e s i , k r o k w i e , łat.

poszyty.

i s k o b l a m i dwiema. Bróg
Srąb n o w y

stodoły

zapierzenie.

s z y t e . Stodoła o 2 sąsiekach s t a r a ; w r o t a s t a r e n a obłę­
n o w y bez p o s z y c i a .

Chlewy,

jego własne. D o tego b u d y n k u dodał dwór za teraźniej­

wrzeciądzem

2 z podłogami złemi, t r z e c i mały, c z w a r t y
n a wóz. Te

drzwi

drzewek

pieca.

d r o b i a z g , z p o w a ł a m i , d r z w i a m i n a obłękach. P r z y
c h l e w a c h szopa

k o m o r z e powała. T e n b u d y n e k z

na

ł a t y s z t u k 30.
5°.

Na

potrzebę

Imci

pana

Aleksandra

Otfinowskiego

w y w i e z i o n o z t e g o l a s u n a łaty s z t u k 24.
Wiewiórowa

wdowa,

siedzi

na zagrodzie

t r z e c h d n i o w e j . R o b i w t y d z i e ń d n i 3. W c h o d z ą c d o s i e n i ,

6°. N a

potrzebę

Imci

pana

Pawła

wieziono z tego lasu, miernego

Otfinowskiego

wy­

d r z e w a , s z t u k 16.

113

�Leśnego
Wchodząc
W

do

sieni powały

wywiedziony

sieni

drzwi

a n i podłogi

dobry. Z

drewnianym

pomieszkanie
na

ulepione. Do

obłęku

n i e masz.

sieni drzwi

z

Komin na

do i z b y

z wrzeciądzem i d w i e m a

deszczek.

na

dach

biegunie

s k o b l a m i żelazne­

m i . W t e j izbie ławka p r z y o k n i e , o k n o

1 dobre,

powała

z 'dylików ' d o b r a , b e l e k n a k r z y ż d w i e . Z i z b y do k o m o r y
d r z w i n a obłęku z w r z e c i ą d z e m

i dwiema

l a z n e m i . W komorze powała na jednej
nek

częścią

poszyty

słomą,

częścią

częścią m a k o w i n a m i p o s z y t y .

s k o b l a m i że­

belce. T e n b u d y ­

deszczkami

Bróg

pobity,

1. P o d t y m b r o g i e m

chlewik.

t e j chałupy

111. J a k u b C y g a n

m a żonę,

s n o p k a m i poszytą, w k t ó r e j

A P K r . , Castr. Crac.
t. 208, 1778 r .

bardzo
zem

z ojcem

chałupę
i

Proban

m a żonę

jednej

chałupie

w

starą,

złą, słomą

wójtostwa

Poddani

1. W o j c i e c h
mora. To

wszystko

t e j jest

we

wsi

do w ó j t o s t w a

Walkowicz
z

okno

Siedlec

komora. W

izbie

2. M a c i e j

której

tartego,

1 dobre.

Włodarz

okno

koło

karczmy

dwoje,

swoich

za

dzień

tylko

za

n i e m a . Chałupę

izbie o k i e n

złą, w

2, p i e c

i

ma

żonę,

s n o p k a m i poszytą, złą. W n i e j

dzieci

czworo,

chałupę

j e s t sień i i z b a , o k n o 1.

poszytą,

starą.

D o miej

i z b a i sień. W

izbie

okno
o

drzwi

1, p i e c

1 sąsieku

M a wołów parę d w o r s k i c h •
6. A u g u s t y n S i e r a d z k i
złe,

1, chałupę
dwoje.

i kumin

starą,

złą

W

tej

jest

z gliny

ule­

i chlew

zły.

żonę m a , d z i e c i c z w o r o ,

piec

Sieradzki

ma

żonę,

cha­

n i e j j e s t sień, i z b a

i kumin

gliniane.
dzieci

łupę s n o p k a m i poszytą n o w ą z d r z e w a

•.
s i e n i , dwóch

m a dzieci czworo,
izbach

i

dwóch

komorach

n o w o postawioną, s n o p k a m i

poszyta.

ona mieszka,

jednej

połowie

a

w

drugiej

Józef k o w a l . W t y c h i z b a c h j e s t p o j e d n y m o k n i e . W k a ż ­
dej piec i k u m i n dobre. T a K a l a c i n a m a k o n i parę

swo­

.
9. Józef k o w a l m a żonę, d z i e c i

dwoje, siedzi w

łupie w y ż e j o p i s a n e j . M a stodołę o 1 sąsieku
wójt

m a żonę, d z i e c i ę

p r z e s z ł y m r o k u ożenionego, w

kającego.

Ma

chałupę

1 i syna

cha­

•.
starszego

jednej

chałupie

miesz­

i

komorze,

starą,

o sieni, izbie

s n o p k a m i poszytą. W i z b i e o k n o 1, p i e c

114

wchodząc

do

tradowanej

izdebki wyrażonej

jest

sień

z

zaporami

drewnianemi;

wrzeciądz i s k o b e l
wywiedziony
dachem

przy

żelazne. W

deszczkami
deszczki

jednych

wewnątrz

poodpadały.

i skoblem

a 4 szyby

obity,
Z

masz.

Te szyby

gach, piec

ławka. P o w a ł a
do
1

w

drzewo

komory

i podłoga

na

wrzeciądzem

górę

którego

t e j s i e n i są

drzwi

drewnianych,

żelaznemi. W

tej

oprawne.

nie

okna

dostaje,

deszczkami
kawałka nie

Stół duży

którego

dobre,

izdebce

d r u g i m 2 szyby

k a m i e n n y , około

w

koło

od d r z w i kawałka szyby

poprzetrącane, w

podwórza

tej sieni k u m i n

i z d e b k i n a kołowrotach

są 2; w p i e r w s z y m

n a strą­

ławki, p o d o k n a m i

d o b r a . Z t e j i z d e b k i są ' d r z w i

kołowrotach
żelaznemi,

drewnianych

n a d którą

i sienią d a c h d o b r y , m i e j s c a m i

z

skoblem

izdebką,

komorą

t y l k o gonty

powybijane,

a o s o b l i w i e n a d o k n a m i . S t a j n i a , obora, p i w n i c a wspólna,
dlatego
się.

i nawozu

Stodoła

na g r u n t trądowy p o m i e r n i e

d l a złożenia

zboża

z

naznacza

zapolnicami

i boiskiem mniejsza

i o d d w o r u idąc p i e r w s z a

wej

drzwi dwoje

ręce, d o k t ó r e j

nych, poszewka

n a obłąkach

dwiema
po

pra­

drewnia­

s t a r a , zła.

4
A P K r . , Castr. C r a c ,
t . 189, 1756 r .

rei.,

Błeszno
p o w . Częstochowa

i kumin

z gliny

villa

Błeszno
ss. 573—575:
Chałupa p u s t a n a w s i Błesznie w
Szymona

Chrościńskiego

między

mająca p o d w ó r c e , d o k t ó r e j
chałupa

10. Józef

Bystrzanowice
p o w . Częstochowa

chałupę

p r z e z teraźniejszego p o s e s o r a
W

rei.,

O b i . actus t r a d i t i o n i s sortis m e d i e t e t t b o n o r u m

Kalacina wdowa

dobrą o j e d n e j

Crac.

cha­

[przez] teraźniej­

m o r a . O k n o 1. M a stodołę o 1 sąsieku, c h l e w y t r z y , w o ­
8. Z o f i a

poszyta,

.
czworo,

szego p o s e s o r a p o s t a w i o n a , w której j e s t sień, i z b a i k u ­
łów parę swoich

M a r c a k u przez

Stodołę

o 2 sąsiekach i c h l e w . M a k o n i parę s w o i c h
7. I g n a c y

snop­

.

łupę s n o p k a m i poszytą starą, złą. W
1 kumora. Okno

sto­

.

S a t a n m a żonę, dziecię

M a stodołę

ule­

p o k r o k w i o n a , połaoona i

małemi zabite, t r z y przetrącone, w c z w a r t e j

.

Piec i k u m i n z g l i n y ulepione. Do t e j chałupy jest
doła o 1 sąsieku, zła

gliny

2, j e d e n . n i e

z

do t e j ż e

chałupą

Satan

z

Ma
sień

drewnianych

z haczykiem

jest k u c h n i a d e s k a m i p o b i t a

5. M i c h a ł

Najprzód

nad

m e j chałupie, co i W ł o d a r z m i e s z k a — — . Z a tą

w

i kumin

—.

izba,

0 d w o j g u d r z w i a c h d o b r y c h na kołowrotach

której

t e j sa­

4. M a r c i n

Castr.

kumin

komornica w

ich

której

ss. 1685-41686:

chałupy

wołów

pobitą, starą,

3. F r a n c i s z k a J a n k o w a w d o w a

pione.

1, p i e c

w

O p i s a n i e i z d e b k i , k o m o r y i stodoły

niej

z g l i n y ulepione —.

kami

mieszkającego

13

cha­

na

do t e j

ma

nic nie robi,

gontami

m a p a r ę •—.

I n w e n t a r z części dóbr w s i B y s t r z a n o w i c

poszycie

Stodoła

Walkowicz

j e s t i z b a , sień i k o m o r a . W

tej

skończony — .

j e s t sień, i z b a i k o ­

zapłatą posługę c z y n i . M a żonę, d z i e c i

tyle

Ciołków

t . 195, 1762 r .

parę —.

w

i komora. W

p i o n e . M a stodołę o 2 sąsiekach, c h l e w ó w

należący

m a żonę, d z i e c i

drzewa

1 sąsieku, s t a r a . T e n

.

starą

i syna Franciszka r a ­

poszytą,

Siedlec
p o w . Częstochowa

łupę n a p a s t e r n i k u starą, w

ma

1, chałupę

sień, i z b a

złą, z c h r u s t u postawioną.

12. T o m a s z

APKr.,

ss. 349—352:

stara,

do której stodoła o 2 sąsiekach p o s t a w i o n a n a l e ż y ; p u s t a .

rei.,

Inwentarz

w

dziecię

[ 1 3 ] . J e s t t a k ż e chałupa p o G r z e g o r z u

2

0

o 2 sąsiekach,

o k n o 1, p i e c i I k u m i n z g l i n y u l e p i o n e , d a l e j m a stodołę

teraźniejszego posesora

złe;

stodoła

c h l e w ó w 2 i szopa n a w o z y . M a w o ł ó w p a r ę s w o i c h - :

ma

wywiedziony
kumin

ściankę

części i m c i

drugiemi

w c h o d z ą c są d r z w i złe. T a

z przyjścia.

W

tej

dobry. D o izby wchodząc

kapiasty

z

pana

chałupami

ogniskiem,

piec

ścianie

kumin

drzwi nie

prosty,

pół

masz,

większe

k a m i e n n y , a mniejsza połowa k a c h l o w y ; stare, złe k a c h le, a 1 w y b i t y , Z

tej izby

a n i podłogi, a n i o k n a
szewka

słomiana

[.]

dobra,

do k o m o r y

I powały
ale bez

drzwi nie

i ściany

kalenice.

masz

dobre, po­

Przy

tej

zaś

�chałupie

jest

chliwik.

Na

tymże

póirolku

jest

druga

gim

zapolem

złe. W

tych

zapolach

są podłogi.

Ściany

chałupa s t a r a , d o k t ó r e j w c h o d z ą c są d r z w i n a b i e g u n a c h

s t a r e . O g r o d z e n i e t e j chałupy częścią tyniną, częścią

z w r z e c i ą d z e m i s k o b l a m i żelaznemi, z k l a m k ą

drewnia­

d z i a m i , częścią n i e dostaje.

ną. W t e j s i e n i j e s t k u m i n

wylepio-

win

ny, powała

stara

dobrze

wywiedziony,

przegniła

gliną

i sztuki

powały

nie

śliwowych

drzewkach

d o s t a j e . D o i z d e b k i w c h o d z ą c są d r z w i p r o s t e n a z a w i a ­

jeszcze

s a c h , h a k a c h żelaznych. P r z y

nym

tych drzwiach

k a p i a s t y z o g n i s k i e m prostą robotą, p i e c
ny,

w

stara
Z

pół k a c h l o w y
jeszcze

tej izby

stary,

dobra,

okna

podłogi

jest

kumin

w pół k a m i e n ­

n i e masz,

bez s z y b ,

tylko

powała

ramy

w c h o d z ą c są d r z w i p r o s t e n a z a ­

hakaCh

wrzeciądzem

i

Podłogi

n i e masz.

z

Ściany

i

jednym

t e j chałupy

stare,

ław w

tej izbie

dwie.

Poszycie

n a d sienią i k o m o r ą p o części p o w y d z i e r a n e ,
szycia

nowego trzeba.

zła. O b o k

t e j chałupy

ze

drzwiami

U

dwóch

i

powały

na

trzy

szego k o n t r a k t u

poszewka
chlewach

na tych

t. 1 7 5 , 1 7 4 6 r.

dobre.

W

ciwko

od izby

t y c h chlewów

gunach

n a d tymże

strzechą,
dobra
chlewie

podłogi p o zła.

Naprze­

n a bydło, d r z w i

na bie­

d r e w n i a n y c h z s k o b l a m i i wrzeciądzem

żelazne­

m i . Ten chlew

stajenka

chlewem

stara

skoblami.

jednym

j e s t żłób z drabiną, w e d w ó c h zaś c h l e w a c h
gniłe. R y n n a

chałupie

chlewach

z g r u n t u zły, s t a r y , oprócz j e d n e g o żłobu,

który jest d o b r y . P r z y t y m c h l e w i e jest stajenka, w któ­
rym

ściany, p o s z y w k a

chałupy

ogrodzenia

i wszystko

żadnego

s t a r e , z l e . Około

n i e masz.

Do tej

Na

l e w e j s t r o n i e t e j stodółki j e s t

przykrycie

s z a r iguntów b a r d z o z ł y i w y d a r t y . P r z y k r y c i e

tej

chałupy

j e s t stodółka o 1 b o i s k u . W r o t a s t a r e , złe, d w o j e

z łąkami t r z e m a
oddaje

się, p r z y

trojgu

stara, ale
z

posieczo-

którym

pół-

5

Oblata

193—194:

w

którym

zapola.

dobre, ale

Naprzód
piec

oddaje

się —

n i e mieszka

budynek

nikt,

i k u m i n e k biały prostą

budynek
na

Żuraw
p o w . Częstochowa

actus t r a d i t i o n s sortis b o n o r

ss.

jednak po­

i

po

.

A P K r . , Castr. Crac. r e i . ,

p o d jedną

drewnianych

bróg

poszywka

t a m jejmość p a n i B o r z ę c k a bez n a j m n i e j ­

skoblem.

bez nóg, stępa

chlewy

biegunach

chlewów
na tych

Stół p r o s t y

d o b r a . T ę chałupę

reperacji

na tej

stodółką

ogrodzony,

sianem, pastwiskami

r o l k u mieszka

będą p o t r z e b o w a ć . Szafa p r o s t a w i z b i e o pięciu półkach
dobra,

Przed

spodu

żer­
drze­

gołe.

do k o m o r y

wiasach

kilka.

od

O k o ł o t e j chałupy j e s t

imię

dobry
Stacha

to

pusty

jest

przy

pod

drodze,

deszczkami,

robotą, o k n a 2 d o b r e . T e n

ze w s z y s t k i m ,
Jakubczaka,

Ż u r a w —• —

także

który

chłopa

półrolnika

m a wołów

pańskich

młodych p a r ę jedną i i n n e r e k w i z y t a należące do g o s p o ­
darstwa

. Chałupa

j e g o już s t a r a

o jednej

izbie

i k o m o r z e ; p i e c i k u m i n e k d o b r y biały, o k i e n k o 1 , d r z w i
dwoje

na biegunach

drewnianych.

Chlewik

t e j chałupie, stodółka o 2 s o m s i e c z k a c h
w

poszyciu

nowej

potrzebuje

mornicę n a imię M a g d a
na

p a s t e r n i k u pańskim

izbie

z

sionką

małą,

okienko małe dobre

nad dru­

reperacji

oddaje

się

mały

— — . Także k o ­
. Chałupkę m a

p o d deszczkami
z

piecem

i

przy

mała. T a chałupa

kuminkiem

o

jednej
białym;

.
Jerzy

Czajkowski

PRZYPISY

J . C z a j k o w s k i , Budownictwo
Włocławek)
w 1787 roku,
„Pol.
1

1 9 7 0 , n r 2 , s.

wsi Kolomia
S z t . L u d . " , R.

(pow.
XXIV,

109—119.

P o r . i b i d e m o r a z J . B u r s z t a , Budownictwo
wiejskie
w kluczu
runowskim
w I połowie
XVII
wieku,
„Kwar­
t a l n i k H . К . M . " , R. I I , 1 9 5 4 , n r 1 — 2 ; B . B a r a n o w s k i ,
J . Bartyś,
Źródła
do historii
budownictwa
wiejskiego
z początku
XIX
w.,
„Łódzkie
studia
etnograficzne",
R. V I I I , 1 9 6 0 , t . 2 ; B . B a r a n o w s k i , J . Bartyś,
Inwentarz
dóbr heźnica
Mała w Łączyckiem
z 1811 roku,
„Kwar­
t a l n i k H . К . M . " , R. V I I I , 1 9 6 0 , n r 4 ; T . L a l i k ,
Zagroda
na Mazowszu
w
XV wieku,
„ K w a r t a l n i k H . К. M . " ,
R. V , 1957, n r 3 — 4 .
'
A P K r . , C a s t r . C r a c . r e i . , t . 1 9 9 , ss. 2 1 3 7 — 2 1 5 7 .
2

Ibidem,

4

ss.

2137—2144.

Słownik
geograficzny
Królestwa
Polskiego
i in­
nych
krajów
słowiańskich,
W a r s z a w a 1 8 8 0 , t . I , s. 4 1 6 .
A P K r . , C a s t r . C r a c . r e i . , t . 2 1 1 , s. 3 0 7 4 : O p i s a n i e
b u d y n k ó w d w o r s k i c h w K i e d r z y n i e ; i b i d . , t . 1 8 8 , s. 1 6 8 6 :
I n w e n t a r z dóbr w s i L i b i d z a ; i b i d . , t . 1 8 5 , ss. 1 5 8 4 — 1 5 8 9 :
I n w e n t a r z dóbr w s i P r z y s t a j ń oraz a n e k s .
Z a k s z t e l i w y k o n y w a n e b y ł y też p o w a ł y . T e r m i n
ten nie jest j e d n a k znany obecnie a n i w Brzezinach,
a n i też n i e f i g u r u j e w ż a d n y m słowniku.
W r o t a n a obłękach b y ł y r ó w n i e ż w s t o d o l e w B y s t r z a n o w i o a c h w 1 7 6 2 r . N i e w y k l u c z o n e , że i w i n n y c h
w s i a c h obłęki s t o s o w a n o , t y l k o b r a k o t y m w i a d o m o ś c i .
P o r . J . B a s a r a , Terminologia
budownictwa
wiej­
skiego
w dialektach
polskich,
„Prace
Językoznawcze"
n r 4 3 , W r o c ł a w — W a r s z a w a — K r a k ó w 1 9 6 5 , cz. 2 , s. 2 0
oraz m a p a 7.
P o r . M . T r a w i ń s k a , Z badań nad
budownictwem
wiejskim
w rejonie
częstochowskim,
„Rocznik m u z e u m
w C z ę s t o c h o w i e " , t . 2 , 1 9 6 6 , s. 1 0 4 i p r z y p . 2 6 .
I b i d e m , s. 101.
s

6

7

8

9

1 0

1 1

Z . N e y m a n o w a , Wnętrze
chaty
w Załęczu
Wiel­
kim, „ P r a c e i m a t e r i a ł y m u z e u m a r c h e o l o g i c z n e g o i e t n o ­
graficznego w Łodzi. Seria etnograficzna", n r 5, Łódź
1 9 6 1 , s. 7 9 , r y c . 5 a, c; p o r . też p r z y p . 3 n a s. 7 8 .
M . T r a w i ń s k a , o p . c i t . , s. 1 0 2 .
I b i d e m , s. 9 0 .
W i n w e n t a r z u części w s i Błeszno z n a j d u j e m y t a k i
opis z 1 7 5 7 г.: F o l w a r k p o d g o n t a m i o j e d n e j s i e n i , i z b i e
i k o m o r z e , d r z w i d w o j e do i z b y i k o m o r y n a z a w i a ­
s a c h — . O k i e n w i z b i e 3 , d w a o d w s c h o d u , t r z e c i e od
z a c h o d u słońca, p o d ł o g i w i z b i e a n i w k o m o r z e n i e m a s z ,
k o m i n i p i e c z g l i n y r o b i o n y , n a d d a c h e m tegoż f o l w a r ­
k u k o m i n n i e p o b i t y , c h l e w bez d r z w i j e d e n — . ( A P K r .
C a s t r . C r a c . r e i . , t . 1 9 0 , s. 2 2 1 9 ) .
A P K r . C a s t r . O r a c . r e i . , t . 2 1 1 , 1 7 8 0 г.: O p i s a n i e
b u d y n k ó w d w o r s k i c h w K i e d r z y n i e , s. 3 0 7 5 .
A P K r . . C a s t r . C r a c . r e i . , t . 1 8 8 , 1 7 5 6 г.: I n w e n t a r z
dóbr w s i L i b i d z a , s. 1 6 8 6 .
J . C z a j k o w s k i , Z badań nad budownictwem
wiej­
skim
w powiecie
olkuskim,
„Rocznik m u z e u m e t n o g r a ­
f i c z n e g o w K r a k o w i e " , t . 2 , 1 9 6 7 , s. 8 5 o r a z r y c . 2 3 / 1 0 , 1 1 .
Ibidem.
го M . T r a w i ń s k a , o p . c i t . , s. 8 5 .
I b i d e m , s. 9 4 .
W Chałupie A n d r z e j a G ó r s k i e g o o k n o b y ł o n a p o ­
łudnie, zaś d r z w i z k o m o r y n a p o d w ó r z e . T e szczegóły
p o z w a l a j ą dość ściśle określić, że chałupa stała b o k i e m
do d r o g i .
I g n a c y B o c h n i a k — •— m a chałupę n o w ą z s t a r e j
stodoły zbudowaną, z n o w e g o d r z e w a dołożona, d a c h o d
dołu d e s k a m i o b i t y , r e s z t a s n o p k a m i p o s z y t a , o k n a 2
w t a f e l e k 1 8 , p i e c i k o m i n prostą robotą, zaś d a c h o w y
k o m i n w s t a g i u l e p i o n y . Stodołę n o w ą m a p o s t a w i o n ą
z starego d r z e w a ( A P K r . , Castr. Crac. r e i . , t. 2 1 1 , 1 7 8 0 r.
1 2

1 3

1 4

1 5

1 6

1 7

1 8

1 9

2 1

2 2

2 3

s. 3 0 7 9 ) .

115

�-&gt; A P K r . , C a s t r . C r a c . r e i . , 188, 1756 г., s. 1686: I n ­
w e n t a r z dóbr w s i L i b i d z a : Z a temiż stodołami ( d w o r s k i ­
m i ) jest owczarnia
, n a b o k u tejże — j e s t chałupa
dla owczarza deszczkami pobita
, Folwark Gruszown i a r z e c z o n y . N a t y m f o l w a r k u j e s t — chałupa w k t ó r e j
izb d w i e i k o m o r a , deszczkami izby pobite, a k o m o r a
słomą
.
2

25

APKr.,

2 6

M . T r a w i ń s k a , o p . c i t . , s. 97.

2 7

I b i d e m , s. 98.

Castr. Crac.

r e i . , t. 2 1 1 , 1780 г.:

s. 3074.

Fot. J a c e k Kubiena.

2 9
3 0

3 1

A P K r . C a s t r . C r a c . r e i . , t . 205, 1774 г.: I n w e n t a r z
s t a r o s t w a olsztyńskiego. C h o d z i t u o następujące m i e j ­
2 8

scowości: P o c z e s n a , N i e r a d a , M ł y n e k , Własna, B o r o w y ,
C i e c i e r z y n , Kusięta, J a c h y m ó w , Z a r ę b i c e i P r z y r ó w .
M . T r a w i ń s k a , o p . c i t . , s. 95.
A P K r . , C a s t r . C r a c . r e i . , t . 2 1 1 , 1780 г.: R e g e s t r
i n t r a t y dóbr w s i ó w Kuźnica, p o ł o w y K i e d r z y n a i części
K a m i e n i a —. „ Z a d e s z o z k i n a p o p r a w ę chałup 9 zł., o d
p o s t a w i e n i a chałupy K l u s k o w i i za t a r c i c 3 n a d r z w i
29 zł. 10 gr., o d s t a w i a n i a chałupy w K i e d r z y n i e z cegłą
30 zł. 11 g r . " (s. 1171).
P o r . W . U r b a n , Poddani
szlacheccy
w
wojewódz­
twie krakowskim
w drugiej
poołwie
XVIII
wieku
i ich
opór
antyfeudalny,
W r o c ł a w — K r a k ó w — W a r s z a w a 1953,
s. 35.

R y s . opr. autor,

wyk. Krzysztof

Kelm

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="6287" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="6267">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/9cc40283b59aeda6cff9faa1796a75d9.pdf</src>
        <authentication>9c9abcae34ecab0296df8074c4260409</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74855">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3478</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74856">
                <text>1980</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74857">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3260</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74858">
                <text>Ze studiów nad historycznym rozwojem domu wiejskiego w południowej Polsce / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1980 t.34 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74859">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1980 t.34 z.3-4, s.167-180</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74860">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74861">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74862">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74863">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="74864">
                <text>Jerzy Czajkowski

ZE STUDIÓW NAD HISTORYCZNYM ROZWOJEM
DOMU WIEJSKIEGO W POŁUDNIOWEJ POLSCE

Południowa
Polska
jest
terenem
największego
zróżnicowania — w skali całego k r a j u — a r c h i t e k t u r y
ludowej. W y n i k a to z odmiennych w a r u n k ó w histo­
rycznych poszczególnych r e g i o n ó w , różnic morfologicz­
nych, gospodarczych, etnograficznych oraz pogranicz­
nego położenia z a r ó w n o pod w z g l ę d e m
politycznym,
jak i etnicznym.
Omówienie wszystkich c z y n n i k ó w , k t ó r e w p ł y w a ł y
na k s z t a ł t o w a n i e się k u l t u r y ludowej, w t y m też i b u ­
downictwa, przekracza r a m y a r t y k u ł u . Konieczne jest
jednak zasygnalizowanie w a ż n i e j s z y c h p r o b l e m ó w , bo­
wiem bez ich znajomości zrozumienie tendencji roz­
wojowych budownictwa ludowego jest po prostu nie­
możliwe.
I tak więc, obszar, przez k t ó r y p r z e p ł y w a j ą dwie
duże rzeki (San na wschodzie i Wisła na zachodzie)
zawiera k i l k a k r a i n geograficznych: Beskidy i T a t r y
(Karpaty), Podkarpacie oraz teren nizinny c i ą g n ą c y się
w głąb Polski. P r z e c i n a j ą c a z p o ł u d n i a na północ cały
obszar rzeka Dunajec o d e g r a ł a w a ż n ą rolę w historii
gospodarczej. Jej dorzecze dzieli omawiany teren na
części: w s c h o d n i ą i zachodnią, z r ó ż n i c o w a n e pod w i e ­
loma w z g l ę d a m i ( i l . 1). W orientacji geograficznej b ę ­
dziemy nieraz p o s ł u g i w a ć się t y m p o d z i a ł e m .
Na nizinach istniało stare osadnictwo rolne, zaś
w górskiej części terenu ten rodzaj osadnictwa n a p ł y ­
wającego od p ó ł n o c y dopiero od X I I I w . (na zacho­
dzie) i X I V w. (na wschodzie) napotyka na swej
drodze pasterskie l u b pastersko-rolne fale osadnicze
( X I V — X V I w.) złożone z p o ł u d n i o w y c h e l e m e n t ó w et­
nicznych ( b a ł k a ń s k i e , w ę g i e r s k i e , ruskie,
rumuńskie
i i n . ) . W w y n i k u zmieszania się t y c h e l e m e n t ó w z k o ­
lonizacją etnicznie p o l s k ą w y k s z t a ł c i ł się w g ó r a c h spe­
cyficzny t y p gospodarki rolno-pasterskiej, czasem pas­
1

2

terskiej lub rolno-hodowlanej. Rodzaj gospodarki oraz
przewaga n i e k t ó r y c h e l e m e n t ó w etnicznych z a w a ż y ł y
na u k s z t a ł t o w a n i u się grup etnograficznych .
Na omawianym terenie było do niedawna bardzo
wiele tych grup. Nie wszystkie jednak w a ż n e są
z p u n k t u widzenia rozwoju budownictwa ludowego.
Należy przede wszystkim w y m i e n i ć : g ó r a l s k i c h Ł e m ­
k ó w na wschodzie (Beskid Niski) i Podhalan z Oraw i a k a m i na zachodzie (Podhale pod T a t r a m i , Orawa);
rolniczych: P o g ó r z a n z a m i e s z k u j ą c y c h p a g ó r k o w a t y te­
ren w okolicach Krosna, Brzozowa, J a s ł a i Gorlic (na
wschodzie), D o l i n i a n w rejonie Sanoka i Leska (na
wschodzie), K r a k o w i a k ó w z a j m u j ą c y c h olbrzymi teren
od dorzecza Dunajca na wschodzie, aż po granice
Ś l ą s k a na zachodzie oraz R z e s z o w i a k ó w i L a s o w i a k ó w
na p ó ł n o c n y m wschodzie.
Pograniczne położenie p o w o d o w a ł o w z a j e m n ą w y ­
m i a n ę s k ł a d n i k ó w k u l t u r o w y c h p o m i ę d z y grupami et­
nicznymi l u b etnograficznymi, co uwidoczniło się r ó w ­
nież w architekturze ludowej. Np. przenikanie na pół­
nocną S ł o w a c j ę z Polski ś r o d k o w e j przez
Podhale
domu złożonego z sieni-izby-komory ( i l . 2). Ten sam
t y p zaniesiony został na tereny Karpat wschodnich
i Z a k a r p a c i a ( i l . 3). Z kolei ze Słowacji p r z e n i k n ą ł
do okolic Nowego Sącza spichlerz („sypaniec") z owal­
n y m zrębowym sklepieniem . Z północnych
stoków
B e s k i d ó w z a m i e s z k a ł y c h przez Ł e m k ó w
przenoszono
całe b u d y n k i ha Słowację, gdzie z tej racji zwano je
polskimi domami. W n i e k t ó r y c h regionach
Krakow­
skiego, z p o ł u d n i o w e g o brzegu Wisły (tereny silniej
zalesione) przenoszono domy, do wsi położonych na
p ó ł n o c n y m brzegu rzeki, gdzie b r a k o w a ł o odpowied­
niego budulca. Dodajmy, że w ciągu dłuższego okresu
czasu (kon. X V I I I w. — pocz. X X w.) Wisła w t y m
3

4

5

�I I . 2. C h a ł u p a tzw. centralna, 1803 r., Wierzbica k. Olkusza.

rejonie s t a n o w i ł a g r a n i c ę p o l i t y c z n ą i k u l t u r a ludowa
podlegała odmiennym czynnikom administracy jno-politycznym. Regiony wschodnie (od Krosna i Rzeszowa
na wschód) b y ł y terenem ś c i e r a n i a się i mieszania
w p ł y w ó w k u l t u r o w y c h polskich i ruskich, w t y m też
kościoła łacińskiego i greckiego. Różnice u w i d o c z n i ł y
się przede wszystkim w stylu o b i e k t ó w sakralnych.
Z kolei na zachodzie, na pograniczu ze Ś l ą s k i e m , K r a ­
kowiacy zapożyczali n i e k t ó r e f o r m y architektoniczne
zaś na p ó ł n o c n y m brzegu Wisły bogata krakowska
k u l t u r a ludowa była atrakcyjna dla ludności z po­
ł u d n i o w y c h o b s z a r ó w Kielecczyzny m a j ą c e j j u ż z w i ą ­
zki z P o l s k ą ś r o d k o w ą .
W rejonach g ó r s k i c h pewien w p ł y w na k s z t a ł t o ­
wanie się budownictwa w y w i e r a ł y czynniki atmosfe­
ryczne. Chodzi t u np. o t a k i u k ł a d zagrody, w k t ó r y m
dom jest chroniony od silnych zachodnich w i a t r ó w
przez odpowiednie ustawienie b u d y n k ó w gospodarczych
(Sądeckie, Podhale), ewentualnie otaczanie całego do­
m u l u b jego n i e k t ó r y c h części (przede wszystkim
mieszkalnych) d o d a t k o w ą ś c i a n k ą z desek. P r z e s t r z e ń
pomiędzy ś c i a n a m i w ł a ś c i w y m i , a ś c i a n k ą o c h r o n n ą ,
u s t a w i o n ą w odległości do jednego metra z a p e ł n i a n o
m a t e r i a ł a m i izolacyjnymi (liście, słoma, siano), ewen­
tualnie p r z e s t r z e ń ta służyła za s k ł a d drzewa i z b ę d ­
nych s p r z ę t ó w .
I s t o t n ą r o l ę w historii ludowego budownictwa ode­
grali właściciele ziemscy w okresie feudalnym. Wsie,
k t ó r e b y ł y w ł a s n o ś c i ą k r ó l a l u b kościoła m i a ł y w i ę k s z e
swobody budowlane, natomiast p r y w a t n i właściciele
(szlachta) narzucali często sposób budowy i rodzaj
rozplanowania domu, ograniczając najczęściej do m i ­
n i m u m potrzeby mieszkaniowe i gospodarcze c h ł o p a .
Zanim przejdziemy do o m ó w i e n i a
najistotniejszej
kwestii w badaniach nad a r c h i t e k t u r ą l u d o w ą , j a k ą
jest rozplanowanie domu, należy p o k r ó t c e w s p o m n i e ć
o n i e k t ó r y c h w a ż n i e j s z y c h sprawach z zakresu kons­
t r u k c j i ś c i a n i d a c h ó w , m a t e r i a ł u budowlanego, for­
my zagrody, czy też i n n y c h z a g a d n i e ń
związanych
z domem.
K s z t a ł t zagrody i ilość b u d y n k ó w o t a c z a j ą c y c h pod­
wórze, lub na n i m stojących, jest s p r a w ą t y l k o pozor­
nie ł a t w ą do ustalenia, b o w i e m m i ę d z y X V I I I a X X

w i e k i e m zaszły r ó ż n o r a k i e zmiany. Z powodu szczup­
łości miejsca ograniczymy się t y l k o do k r ó t k i e g o zre­
lacjonowania stanu z p r z e ł o m u X I X i X X w.
Na p r z e w a ż a j ą c e j części t e r e n ó w nizinnych typowa
b y ł a zagroda ^ i e l o b u d y n k o w a z l u ź n y m u k ł a d e m bu­
d y n k ó w . W jej s k ł a d w c h o d z i ł y dom z k o m o r ą , sto­
doła, stajnia, nieraz spichlerz. Często stajnia b y w a ł a
w ł ą c z o n a w o b r ę b domu, do k t ó r e g o dostawiano też
boisko i w o z o w n i ę .
W n i e k t ó r y c h rejonach powszechne b y ł y zagrody
czworoboczne z p o d w ó r z e m z a m k n i ę t y m z wszystkich
stron. M o ż n a w y m i e n i ć trzy rejony w y s t ę p o w a n i a tych
z a g r ó d : k r a k o w s k i (w okolicy K r a k o w a , Olkusza, Mie­
chowa i Włoszczowej), p o d h a l a ń s k i oraz rzeszowski .
W z w i ą z k u z t y m , że ten t y p zagrody znany jest w
Polsce ś r o d k o w e j i wschodniej, m o ż e m y jedynie po8

1

168

C

5

%

/Mm

I I . 3. Plany b o j k a w s k i c h c h a ł u p centralnych:
A — 1792 r., O r a w c z y k ; B — pocz. X I X w.,
Lichobory.

�I I . 4. Bojkowska zagroda jednobudynkowa, pocz. X X w., Czarna k. Ustrzyk
Dolnych.

wiedzieć, że z a r ó w n o pod Krakowem, j a k i pod Rze­
szowem wiąże się on z dobrymi glebami lub bogatszy­
mi gospodarstwami. Jest to też tradycyjny sposób b u ­
dowy, poświadczony wielokrotnie w ź r ó d ł a c h a r c h i w a l ­
nych z X V I I I w . Natomiast na Podhalu jest to for­
ma n i e w ą t p l i w i e młodsza, mniej powszechna, a jej po­
chodzenie jest dotychczas niejasne.
9

W całym górskim paśmie Beskidów dominowała
zagroda jednobudynkowa ( i l . 4, 5), poza k t ó r ą pozo­
stawał, jako osobny budyneczek, m a ł y spichlerz, często
ustawiony na kamiennej piwnicy. Natomiast w oko­
licy górskiej w rejonie Nowego Sącza notujemy jako
powszechny t y p z a g r o d ę w i e l o b u d y n k o w ą ( i l . 6). B y ł
to teren bardzo wczesnego (od X I I I w.) polskiego osad­
nictwa p ł y n ą c e g o z centrum Krakowskiego. Z kolei
niektóre elementy, j a k np. p o ł ą c z e n i e stodoły ze staj­
nią, są t u podobne do budownictwa Podhala.
Jednobudynkowa zagroda w wersji
biedniackiej,
a przynajmniej mniej z a m o ż n e j , często b y ł a t e ż na
nizinnych terenach.
Podstawowym m a t e r i a ł e m
budowlanym w X I X
i na p o c z ą t k u X X w . b y ł o drewno. Do przeszłości na­
leżą ściany plecione z gałęzi, chociaż w starych sto­
dołach m o ż n a je o b s e r w o w a ć do dziś. W y r a ź n e są
przy t y m dwie przyczyny zachowania tego sposobu
budowy. J e d n ą jest b r a k l a s ó w (np. na w s c h ó d od
Lublina, na p ó ł n o c od Krakowa), d r u g ą zaś obfitość
w i k l i n y p o r a s t a j ą c e j brzegi rzek, l u b drzew wierzbo­
wych, k t ó r y c h gałęzie s t a n o w i ł y dobry m a t e r i a ł do
wyplatania ścian. R z ę d y wierzb sadzonych na polach
i przy domach s t a n o w i ą do dziś charakterystyczny rys
polskiego wiejskiego krajobrazu.
Domy o ś c i a n a c h plecionych z chrustu nie b y ł y
dawniej r z a d k o ś c i ą ani w skali całego k r a j u ,
ani
też na nizinnych obszarach p o ł o ż o n y c h na północ od
Krakowa.
Na
podstawie
materiałów
archiwalnych
z X V I I I w . wiemy, że w p o b l i ż u K r a k o w a b y ł y liczne
wsie, w k t ó r y c h nie t y l k o niemal wszystkie domy, ale
r ó w n i e ż karczmy i dworskie b u d y n k i gospodarcze m i a ­
ły ś c i a n y plecione z chrustu i oblepione z obu stron
gliną. W n i e k t ó r y c h regionach (np. okolice P i ń c z o w a
i Proszowic na p ó ł n o c n y w s c h ó d od K r a k o w a oraz
okolice D ą b r o w y Tarnowskiej nad W i s ł ą i Dunajcem)
l e

wiele takich o b i e k t ó w p r z e t r w a ł o do p o c z ą t k u X X
w.
B y ł y to r e l i k t y feudalnych s t o s u n k ó w społecz­
nych, kiedy to właścicielowi wsi nie opłacało się i n ­
w e s t o w a ć w budownictwo chłopskie. Zjawisko
dłuż­
szego przetrwania c h a ł u p z chrustu należy b e z w z g l ę ­
dnie łączyć z b r a k i e m l a s ó w lub bardzo d a w n y m ich
wytrzebieniem ( i l . 1), co z kolei p o k r y w a się z d o b r ą
g l e b ą oraz g ę s t y m zaludnieniem od zarania dziejów.
Natomiast m o ż n a , z d u ż ą dozą pewności, w y k l u c z y ć
istnienie dawniej c h a ł u p z chrustu na terenach g ó r s ­
k i c h oraz w z w a r t y m kompleksie starodawnych puszcz
w w i d ł a c h Wisły i Sanu (tzw. Puszcza Sandomierska).
Czy w przeszłości budowano domy lub budynki
gospodarcze z samej gliny — trudno powiedzieć. W y ­
daje się, że na terenach, gdzie b r a k o w a ł o drewna,
a stosowano ściany c h r u ś c i a n e , m o g ł y
występować
r ó w n i e ż domy m a j ą c e ściany ubijane z gliny. Oczy­
wiście pod w a r u n k i e m , że w okolicy w y s t ę p o w a ł y zło­
ża dobrej
gliny.
Tylko
jedna
pisana
informacja
z k o ń c a X I X w. podaje, że w k i l k u wsiach pod M i e ­
chowem budowano domy bite z g l i n y . Nie u p o w a ż ­
nia to jednak do szerszych uogólnień, t y m bardziej
że mogło to b y ć lokalne p o p a ń s z c z y ź n i a n e zjawisko.
K a m i e ń jako tworzywo budowlane nie m i a ł w Pol­
sce
p o ł u d n i o w e j zbyt dużego zastosowania ( i l . 7).
W g ó r a c h u ż y w a n o go na p o d m u r ó w k i i piwnice, zaś
na terenach b e z l e ś n y c h stawiano niekiedy w okresie
feudalnym całe domy z kamienia (okolice Proszowic,
Jędrzejowa,
P i ń c z o w a ) . W większości budowali
je
właściciele ziemscy, k t ó r z y czasami m i e w a l i ambicje
ulepszania w y g l ą d u swych w s i , albo
kalkulowali
opłacalność jednorazowego w y d a t k u na b u d o w ę t r w a ­
łego domu. Trzeba p a m i ę t a ć , że do k o ń c a okresu feu­
dalnego b y ł o w zwyczaju, iż kosztami budowy i kon­
serwacji b u d y n k ó w wiejskich obciążony był dwór.
Z w y j ą t k i e m zachodnich k r a ń c ó w regionu k r a ­
kowskiego (okolice Oświęcimia, Wadowic),
gdzie w
drugiej połowie X I X w: buduje się pod w p ł y w e m
ś l ą s k i m domy ceglane, wszędzie indziej do końca X I X
w. domy murowane przyjmowane są z niechęcią i t r a k ­
towane jako biedniackie. Jedynie w północno-zachod­
nich partiach omawianego terenu w y s t ę p u j ą
często
stare murowane b u d y n k i inwentarskie, co wiązało się
1 1

1 2

1 3

169

�Zagroda ł e m k o w s k a : i l . 5 — jednobudynkowa, K r z y w a k . G ł a d y s z o w a ;
— wielobudynkowa, 1793 r., Bogusza k. Nowego Sącza.

z ł a t w o d o s t ę p n y m m a t e r i a ł e m b u d o w l a n y m (głazy na­
rzutowe leżące na ' polach), a j e d n o c z e ś n i e b r a k i e m
większych skupisk leśnych.
Ś c i a n y b u d y n k ó w d r e w n i a n y c h konstruowano w
sposób dwojaki. B e l k i na n a r o ż a c h k r z y ż o w a n o i ł ą ­
czono mniej lub więcej s k o m p l i k o w a n y m systemem
zacięć, albo na n a r o ż n i k a c h stawiano słupy, w k t ó r e
wpuszczano k o ń c e belek. Obie konstrukcje znane są
w Polsce od czasów przedhistorycznych. W Polsce po­
ł u d n i o w e j technika w ę g ł o w a b y ł a jednak powszech­
niejsza, natomiast t e c h n i k ę s ł u p o w ą stosowano g ł ó w n i e
na p ó ł n o c n y m , b e z l e ś n y m , brzegu Wisły oraz na wscho­
dzie w okolicy P r z e m y ś l a . W a r t o n a d m i e n i ć , że do
końca X I X w. p r z e t r w a ł a archaiczna technika w k o p y ­
wania s ł u p ó w w ziemię w budynkach mieszkalnych
(il. 8), a w stodołach nawet w okresie m i ę d z y w o j e n ­
nym, i to tam, gdzie w y b i t n e t r u d n o ś c i m a t e r i a ł o w e
były p r z y c z y n ą stosowania p r y m i t y w n e j plecionki z ga­
łęzi z a s t ę p u j ą c e j
ściany drewniane, a
jednocześnie
u ż y w a n o konstrukcji na sochy i ś l e m i ę (pogranicze
na wschód od Lublina, tereny na l e w y m brzegu Wisły).
1 4

Problem konstrukcji d a c h ó w na o m a w i a n y m te­
renie ogranicza się — uogólniając — do n a s t ę p u j ą ­
cych z a g a d n i e ń :
— dachy k r o k w i o w e z bantami
— dachy k r o k w i o w e bez b a n t ó w
— dachy z k o n s t r u k c j ą na sochy i ślemię
— dachy m a j ą c e
konstrukcję
n o ś n ą n i e z a l e ż n ą od
ścian.
Bezwzględnie najpowszechniejsze
b y ł y te dachy,
w k t ó r y c h k r o k w i e łączono p o p r z e c z n ą b e l e c z k ą zwa­
n ą z niemiecka bantem. W Beskidzie N i s k i m i w
170

il. 6

Bieszczadach, gdzie stawiano bardzo wysokie dachy,
często nie stosowano b a n t ó w . B y ł b y to zatem relikt
dawnego p r y m i t y w n e g o budownictwa, k t ó r y zachował
się — zgodnie z p r a w a m i rozwoju — na terenach za­
cofanych p o d w z g l ę d e m k u l t u r o w y m .
Natomiast konstrukcja na sochy, k t ó r a w przesz­
łości b y ł a znana prawdopodobnie na większości tere­
n ó w Polski, z a c h o w a ł a się do X X w. (głównie w sto­
dołach) na Ś l ą s k u i p r z y l e g ł e j części t e r e n ó w na le­
w y m brzegu Wisły oraz w b e z l e ś n y c h regionach na
wschodnim pograniczu. Nie b y ł o j e j natomiast na n i ­
zinnych obszarach p o m i ę d z y W i s ł ą a Sanem (Puszcza
Sandomierska), na terenach p o d g ó r s k i c h i górskich.
Jedyne o d s t ę p s t w o od tej zasady s t a n o w i ł y do końca
X I X w . s z a ł a s y pasterskie, m i ę d z y k t ó r y m i zdarzały
się obiekty z dachami w s p a r t y m i na sochach. Być
może, że b y ł to r e l i k t z w i ą z a n y z d a w n ą n a p ł y w o w ą
l u d n o ś c i ą p a s t e r s k ą , jako że po p o ł u d n i o w e j stronie
K a r p a t szałasy na sochach b y ł y zjawiskiem popular­
n y m . W y r a ż o n a hipoteza znajduje uzasadnienie w tym,
że w s z a ł a s a c h sochy b y w a ł y na z e w n ą t r z budynku,
podobnie j a k w b u d o w n i c t w i e mieszkalnym na Węg­
rzech i w p o ł u d n i o w e j Słowacji, podczas gdy w Pol­
sce w obiektach wiejskich na terenach nizinnych so­
chy ustawiano zawsze w e w n ą t r z b u d y n k u .
1 5

N a l e ż y jeszcze n a d m i e n i ć , że w y ł ą c z n i e w k i l k u
wsiach położonych na północ od K r a k o w a znajdujemy
sochy w budynkach mieszkalnych z k o ń c a X I X w.
M a r i a n Pokropek podaje, że dla s z a ł a s ó w paster­
skich oraz w b u d o w n i c t w i e gospodarczym p o ł u d n i o w e j
Polski t y p o w a b y ł a konstrukcja na półsochy szczyto­
w e ' . Przyznam jednak, że ten w a r i a n t architekto1

�niczny, poza nielicznymi p r z y k ł a d a m i d o t y c z ą c y m i b u ­
dynków gospodarczych, jest m i z terenu p o ł u d n i o w e j
Polski nieznany. B y ć może, że M . Pokropek zawie­
rzył błędnej informacji Bruno Schiera
Regiony, w k t ó r y c h w y s t ę p u j e konstrukcja na so­
chy, p o k r y w a j ą się w większości w y p a d k ó w z zasię­
giem stodół p o l i g o n a l n y c h . To zaś naszym zdaniem
rzutuje na kwestie genetyczne. Biorąc za p o d s t a w ę
teorię Kazimierza Moszyńskiego i wypowiedzi Ema­
nuela B a l a ś a
m o ż n a sądzić, że konstrukcja sochowa
umożliwiała stawianie b u d y n k ó w o lekkich plecionych
ścianach, k t ó r e same nie u t r z y m a ł y b y c i ę ż a r u dachu.
W t y m przypadku inaczej (aniżeli w konstrukcji k r o k ­
wiowej z płatwią) r o z k ł a d a j ą się siły ciążenia i roz­
pierania ś c i a n . W y r a ż o n a hipoteza znajduje t e ż uza­
sadnienie w pewnych nazwach ludowych, w k t ó r y c h
termin „kosz" odnosi się do ś c i a n z bali drewnianycn
(Śląsk). Historyczność tej nazwy p o ś w i a d c z o n a jest dla
okolic Krakowa w odniesieniu do stodół z X V I w . .
Do konstrukcji dachowej n a l e ż y t e ż zaliczyć tzw.
konstrukcję „przysłupową", przy zastosowaniu k t ó r e j
dach jest podparty szeregiem s ł u p ó w ustawionych przy
ścianach i nie obciąża ich. Praktycznie m o ż n a roze­
brać ściany domu nie n a r u s z a j ą c dachu ,
ls

1 9

20

a l

22

Konstrukcja ta znana jest przede wszystkim w po­
ł u d n i o w e j Polsce p o c z y n a j ą c od Dolnego Śląska, a k o ń ­
cząc na wschodnim
pograniczu w okolicy P r z e m y ś l a .
W y s t ę p u j e z a r ó w n o w budownictwie wiejskim, j a k
i miejskim. W z w i ą z k u z t y m , że konstrukcja „ p r z y ­
s ł u p o w ą " znana jest r ó w n i e ż u naszych zachodnich
i p o ł u d n i o w o - z a c h o d n i c h s ą s i a d ó w , Franciszek Kotula
w y s t ą p i ł z k o n c e p c j ą , że została ona w X I V w. prze­
niesiona przez o s a d n i k ó w ś l ą s k o - ł u ż y c k i c h we wschod­
nie okolice Rzeszowa
S ł u s z n e j k r y t y c e p o d d a ł ten
pogląd Stefan L e w . Sam jednak w y r a z i ł — wprawdzie
dość ostrożnie — opinię, j a k o b y i s t n i a ł a zbieżność po­
m i ę d z y zasięgiem k o n s t r u k c j i p r z y s ł u p o w e j z obszarem
państwa Chorwatów w V I I — V I I I w .
Na pewno pro­
blem ten wymaga jeszcze dalszych b a d a ń , ale kto wie,
czy genezy nie należy s z u k a ć •— podobnie j a k w kons­
t r u k c j i -na sochy — w praktycznej potrzebie unieza­
leżnienia ciężkiego dachu od słabej i lekkiej budowy
ś c i a n plecionych z chrustu.
P o m i j a j ą c wiele innych i n t e r e s u j ą c y c h szczegółów
przejdziemy do o m ó w i e n i a zagadnienia rozplanowania
domu.
Poszczególne pomieszczenia w b u d y n k u m a j ą różne
funkcje, k t ó r e m o g ą b y ć trojakie: mieszkalne, s c h ó w 23

24

2 5

I I . 7. Stary dom z kamieni, M i e r z w i n k. J ę d r z e j o w a . I I . 8. C h a ł u p a ze s ł u p a m i
n a r o ż n y m i w k o p a n y m i w ziemię, ok. 1892 r., P r z e s ł a w i c e k. Proszowic.

�Grupa

„a"

Jednym z podstawowych r o z p l a n o w a ń w tej grupie
jest dom, w k t ó r y m jedno w n ę t r z e mieszkalne znaj­
duje się m i ę d z y sienią a k o m o r ą ( i l . 2, 10 e-g). Ze
w z g l ę d u na ś r o d k o w e położenie izby znany on jest
w nowszej literaturze pod u m o w n ą n a z w ą
„dom
centralny", w starszej zaś o k r e ś l a n y jest jako typ
śląsko-spiski.
Kwestia powstania k o m o r y za izbą jest ciągle nie­
w y j a ś n i o n a . K . M o s z y ń s k i w y s u n ą ł hipotezę, że k o ­
mora m o g ł a p o j a w i ć się w w y n i k u poprzecznego po­
działu i z b y . P o w o ł u j e się on przy t y m na p r z y k ł a d y
d o m ó w fińskich i czeremiskich. Teoretycznie hipoteza
ta jest m o ż l i w a do przyjęcia, ale p r z y k ł a d ó w , k t ó r y m i
p o s ł u g i w a ł się M o s z y ń s k i nie m o ż n a d o s t o s o w a ć do
c h a ł u p y polskiej. Natomiast godne z a u w a ż e n i a s ą pew­
ne fakty.
26

II.

9.

Chałupa o układzie:
stajnia-sień-izba-komora,
ok. 1880 r., Ł o n i o w a k. Brzeska.
i

kowe oraz inwentarskie. S t ą d więc program domu
rzutuje w sposób zasadniczy na w y g l ą d i rozplanowa­
nie całej zagrody.
R o z r ó ż n i a m y k i l k a t y p ó w i bardzo wiele odmian
domów. Generalnie rzecz biorąc, n a l e ż y w y o d r ę b n i ć
trzy zasadnicze grupy, w k t ó r y c h domy m a j ą :
a. wszystkie pomieszczenia ułożone w j e d n y m szeregu
wzdłuż grzbietu dachu (tzw. jednotrakt),
b. po obu stronach sieni s ą co najmniej po dwa po­
mieszczenia ułożone obok siebie, r ó w n o l e g l e do
grzbietu dachu (tzw. d w u t r a k t j ,
c. po jednej stronie sieni są pomieszczenia (lub t y l k o
jedno) jak w punkcie „a", a po drugiej stronie są
co najmniej dwa pomieszczenia ułożone obok sie­
bie, r ó w n o l e g l e do grzbietu dachu (tzw. p ó ł t o r a trakt).
W k a ż d e j z t y c h grup spotykamy liczne w a r i a n t y
polegające na r ó ż n e j ilości pomieszczeń (od trzech do
dziewięciu) i ich przeznaczeniu. Celem uzyskania j a ś ­
niejszego obrazu o m ó w i m y t y l k o podstawowe i w a ż ­
niejsze typy, k t ó r e s t a ł y się p u n k t e m w y j ś c i o w y m dla
uformowania rozlicznych odmian.

K m m
1 S i

1

1

l l
3

I

10

A
0

Pierwszy: w X V I I I i X I X w . spotykamy na tere­
nie Polski p o ł u d n i o w e j i ś r o d k o w e j m a ł e domy złożo­
ne z izby i komory, przy czym w e j ś c i e do komory
było z izby l u b z pola. Sieni nie b y ł o ( i l . lOc).
D r u g i : znanych jest szereg p r z y p a d k ó w , gdy do
domu m a j ą c e g o sień i izbę w p ó ź n i e j s z y m czasie do­
stawiono k o m o r ę . T w o r z y ł się w ó w c z a s p l a n : sień —
izba — komora.
Trzeci: w bardzo r ó ż n y c h i odległych od siebie
regionach Polski w y s t ę p u j ą dość licznie domy, które
przy węższej, szczytowej ś c i a n i e izby, m a j ą skróconą
k o m o r ę n a k r y t ą wraz z c a ł y m domem j e d n o l i t y m da­
chem.
Czwarty: w domach ł e m k o w s k i c h w Beskidzie
N i s k i m częste s ą k o m o r y przy szczycie budynku.
W większości p r z y p a d k ó w k o m o r y nie s ą związane
konstrukcyjnie z r e s z t ą b u d y n k u i nakryte s ą osob­
n y m daszkiem. A często s p r a w i a j ą w r a ż e n i e p r y m i ­
t y w n y c h szop, m i m o że stawiane b y ł y jednocześnie
z c a ł y m obiektem.
Zatem s k ł o n n y jestem u w a ż a ć , że w typie domu
centralnego geneza k o m o r y t k w i nie w podziale we­
w n ę t r z n y m izby, lecz w dobudowaniu do niej komory.
Komora m o g ł a się też r o z w i n ą ć z p r y m i t y w n e j szopy.
Trzeba t e ż w z i ą ć pod u w a g ę w i e l k o ś ć średniowiecz­
nych jedno- czy d w u w n ę t r z n y c h d o m ó w , w których
ewentualnie m i a ł o b y się d o k o n a ć wydzielenie komory.
W izbie o w y m i a r a c h 4 X 4 m albo 4 X 5 m po prostu
nie było na to miejsca. T y m bardziej, że czy to na
ś r o d k u , czy t e ż w rogu, m u s i a ł o b y b y ć jeszcze miejsce
na ogień l u b piec.
Na k o r z y ś ć hipotezy M o s z y ń s k i e g o m o ż n a by wy­
s u n ą ć t a k i argument j a k to, że w szeregu starych
d o m ó w w e j ś c i e do k o m o r y prowadzi t y l k o z izby.
Jest to jednak d o w ó d słaby, bowiem nie znamy cha­
ł u p starszych n i ż X V I I I - w i e c z n e . M o ż e m y natomiast
s t w i e r d z i ć , że jednakowo liczne są w a r i a n t y , w któ­
r y c h w e j ś c i e do k o m o r y prowadzi t y l k o z izby, z izby
i p o d w ó r z a l u b ogrodu, albo t y l k o z z e w n ą t r z .
Bezsporny jest t y l k o jeden fakt, że historycznie
starsze s ą centralne domy, do k t ó r y c h wejście do sie­
n i umieszczone jest w ś c i a n i e szczytowej ( i l . lOe). Ale
to j u ż jest inna kwestia, k t ó r a z r e s z t ą — moim zda­
niem — nie ma w p ł y w u na typologię.

1

n

srjs["i|K

27

KM

Omawiany centralny dom ma w Polsce szeroki
zasięg geograficzny. Sięga on od morza Bałtyckiego
a ż po T a t r y , ale t r z y m a się g ł ó w n i e lewego brzegu
Wisły, dopiero w Polsce p o ł u d n i o w e j przechodzi na
p r a w y b r z e g . D o m centralny n a l e ż y u z n a ć za jeden
z charakterystycznych t y p ó w r o z p l a n o w a ń dla Polski.
Spotykamy go w p r a w d z i e na S ł o w a c j i (na pograni­
czu z P o l s k ą ) oraz w Karpatach Wschodnich i na Rusi
Zakarpackiej ( i l . 3), ale n a l e ż y go t a m t r a k t o w a ć jako
28

II.

10. Rozwój domu charakterystycznego dla
poŁ i l e w o b r z e ż n e g o zlewiska Wisły.

172

Polski

�element kulturowy przeniesiony z t e r e n ó w etnicznie
polskich. Droga przesuwania się tej c h a ł u p y w kie­
runku wschodnim mogła przebiegać po Podkarpaciu,
mimo że na t y m terenie t y p ten w czystej formie
spotykany jest dość rzadko. Podany zasięg w y s t ę p o ­
wania tego domu najdobitniej świadczy, że n a j w y ż s z y
już czas zaprzestać u ż y w a n i a t e r m i n u : t y p ś l ą s k o -spiski, która to nazwa pojawia się jeszcze nawet w
najnowszych opracowaniach budownictwa.
Dom złożony z sieni — izby •— k o m o r y ( i l . 2, 10 e-g)
jest bez wątpienia bardzo starym typem, ale u k s z t a ł ­
tował się już w czasach historycznych, b y ć m o ż e m i ę ­
dzy X I V a X V wiekiem, skoro w k o ń c u X V I stule­
cia znajdujemy go już w K a r p a t a c h . Ze w z g l ę d u
na specyficzność tej formy p l a n u oraz p o w s z e c h n o ś ć
występowania w Polsce, w ż a d n y m w y p a d k u nie m o ż ­
na się zgodzić z poglądem, że dom ten m ó g ł nieza­
leżnie powstać i rozwinąć się w K a r p a t a c h . B i o r ą c
pod uwagę, że nie jest on znany ani na W ę g r z e c h
ani w Rumunii, musimy p r z y j ą ć jego p o l s k ą prowe­
niencję w Karpatach Wschodnich. Tereny te w e s z ł y
w skład państwa polskiego w 1340 r., po k t ó r y m to
fakcie nastąpiła w X I V i X V w . silna kolonizacja p o l ­
skim elementem etnicznym. M o ż n a p r z y p u s z c z a ć , że
osadnicy ponieśli ze sobą z n a j o m o ś ć pewnych t y p ó w
budynków, lub inaczej m ó w i ą c — pewnych w z o r c ó w
architektonicznych, w k t ó r y c h j u ż na miejscu roz­
winęły się dodatkowe detale architektoniczne (np. spe­
cyficzny podcień z półścianką).
29

30

Hipoteza nasza o prawdopodobnym ś r e d n i o w i e c z ­
nym rodowodzie domu centralnego znajduje
również
oparcie we wnioskach w y c i ą g n i ę t y c h przez D . Stranską, która była zdania, że dom ten został przeniesiony
w rejon Spiskiej M a g u r y (na Słowacji) na p r z e ł o m i e
XVI i X V I I w i e k u . To zaś z kolei zgodne jest
z tym co podkreśla W i t o l d Krassowski, iż na Polskiej
Orawie zasiedlonej przez polskich c h ł o p ó w w t y m
samym czasie, dom ma zasadniczy u k ł a d podobny do
tego jak wskazano w y ż e j . W ą t p l i w e s ą natomiast su­
gestie Krassowskiego, że dom centralny m ó g ł się w i ą ­
zać z gospodarstwami m a ł o r o l n y m i . Przeczy t e m u olb­
rzymi zasięg geograficzny . Jego p o p u l a r n o ś ć w prze­
ciągu wielu stuleci r o z p a t r y w a ł b y m raczej w kategor­
iach funkcjonalnych. Z a s p a k a j a ł on bowiem w przesz­
3 1

82

łości m i n i m u m
potrzeb, s t a n o w i ł z w a r t y kompleks
m i e s z k a l n o - s c h ó w k o w y , a jednocześnie jako t y p b u ­
d y n k u mógł b y ć propagowany na drodze administra­
cyjnej ze w z g l ę d u na stosunkowo m a ł e zużycie su­
rowca budowlanego.
W Polsce p o ł u d n i o w e j z geograficznym zasięgiem
domu centralnego w i ą ż e się budynek złożony ze staj­
ni — sieni — izby — k o m o r y . Różni się więc od
pierwszego t y m , że pod jednym dachem znajduje się
też pomieszczenie dla z w i e r z ą t ( i l . 10 m oraz 9, 11).
We wschodniej części Polski dom ten rzadko w y s t ę ­
puje, podobnie j a k centralny t y p . Jeśli go już znajdu­
jemy, to raczej w p o d g ó r s k i m pasie p o m i ę d z y miasta­
m i N o w y Sącz •— Lesko.
Obecnie p l a n ten n a l e ż y u z n a ć za tradycyjny spo­
sób budowy, ale też m o ż n a przyjąć, że w drugiej po­
łowie X I X w. r o z p o w s z e c h n i ł się on w gospodarstwach
ś r e d n i o z a m o ż n y c h . Proces łączenia stajni (która w c z e ś ­
niej m u s i a ł a stać osobno) z b u d y n k i e m mieszkalnym
jest prawdopodobnie w y n i k i e m zmian, j a k i e n a s t ą p i ł y
na w s i po l i k w i d a c j i s t o s u n k ó w feudalnych. Dawniej
bydło, woły, konie b y ł y najczęściej w ł a s n o ś c i ą dworu.
Po u w ł a s z c z e n i u zmienił się stosunek chłopa do zwie­
r z ą t s t a n o w i ą c y c h teraz jego w ł a s n o ś ć . W y s t ą p i ł a s i l ­
niej chęć ochrony i opieki m a j ą t k u . Było to n a j ł a t ­
wiejsze w ó w c z a s , gdy z w i e r z ę t a z n a j d o w a ł y się pod
jednym dachem z ludźmi.
3 3

Wskutek zmiany stajni na d r u g ą izbę lub dobudowywanie drugiej izby obok sieni domu centralnego
(il. 10 e-g), co nie jest teoretycznym wywodem, lecz
faktem sprawdzonym wielokrotnie w terenie, powsta­
w a ł y kolejne odmiany ( i l . 10 n, o) znane w y ł ą c z n i e w
zachodniej części omawianego terenu oraz w Polsce
ś r o d k o w e j . D o m z dwiema izbami i k o m o r ą jest zja­
w i s k i e m stosunkowo m ł o d y m . Plan ten znany
jest
wprawdzie z pierwszej p o ł o w y X V I I I w. w odniesie­
n i u do karczm, b r o w a r ó w i b u d y n k ó w folwarcznych,
ale u c h ł o p ó w r o z p o w s z e c h n i ł się dopiero w drugiej
połowie X I X w. Z całą p e w n o ś c i ą było tak u górali
pod T a t r a m i , na co znajdujemy liczne dowody w źród­
ł a c h a r c h i w a l n y c h ( i l . 12).
D r u g i m podstawowym w typologii ludowego b u ­
downictwa rozplanowaniem jest dom, w k t ó r y m sień
oddziela izbę od komory, czyli t y p s y m e t r y c z n o - t r ó j -

173

�w n ę t r z n y ( i l . 13 b). Jest to u k ł a d częsty u S ł o w i a n ,
a dawniej m i a ł w y s t ę p o w a ć r ó w n i e ż na większości te­
r e n ó w A u s t r i i . Z n a j ą go też W ę g r z y . P o w s t a ł on
ze zrośnięcia się izby ze spichlerzem . W Polsce p r o ­
ces ten n a s t ę p o w a ł j u ż zapewne w X I V w., jeśli nie
wcześniej. Przypuszczenie to opieramy na fakcie, że
już od p o c z ą t k u X V w . znajdujemy w ź r ó d ł a c h pisa­
nych w i a d o m o ś c i o domach, m.in. c h ł o p s k i c h , w k t ó ­
rych pod j e d n y m dachem b y ł a izba, sień, komnata,
kiedy indziej spichlerz. Np. jeden z z a p i s ó w infor­
muje, że „...quod habet sibi stubam novam construere... et granarium... et p a l a t i u m inter stubam et granarium..." (1408 r.), drugi z a ś „...dieto kmetho stubam
i n recedendo p a r u i t de caminata..." (1436 r . ) . P a t r z ą c
u w a ż n i e na obie cytowane informacje, d o s t r z e ż e m y ,
że dotyczą one wprawdzie jednego rodzaju b u d y n k u
pod w z g l ę d e m typologicznym (typ s y m e t r y e z n o - t r ó j w n ę t r z n y ) , ale też d w ó c h odmian z p u n k t u widzenia
funkcji pomieszczeń i systemu u r z ą d z e ń ogniowych.
N i k t już w zasadzie nie kwestionuje tezy o zras­
taniu się izby ze spichlerzem, o czym w y r a ź n i e m ó w i
zapis pierwszy. Natomiast druga notatka
stwierdza
istnienie komnaty, w k t ó r e j z n a t u r y rzeczy m u s i a ł y
być u r z ą d z e n i a ogniowe. Trudno p r z e s ą d z a ć , czy w ta­
k i m przypadku m a m y do czynienia z p r z y k ł a d e m ewo­
l u c j i b u d y n k u i d ą c e j w k i e r u n k u t y l k o zmian f u n k c j i
(ze spichlerza — k o m o r y na izbę), czy t e ż z r ó w n o ­
ległym istnieniem d w ó c h w a r i a n t ó w tego samego typu.
W z w i ą z k u z t y m , że zapis z 1436 r. odnosi się do
budynku kmiecia, m ó g ł b y on t y l k o do pewnego stop­
nia p o t w i e r d z a ć h i p o t e z ę Zygmunta G l o g e r a .
3 1

3 S

36

8 7

88

Jest charakterystyczne, że w Polsce p o ł u d n i o w e j ,
na l e w y m brzegu Wisły (centrum regionu K r a k o w s k i e ­
go), c h a ł u p a z izbą — sienią — k o m o r ą b y ł a w p r a w ­
dzie znana od bardzo dawna, ale prawdopodobnie nie
s t a n o w i ł a t y p u d o m i n u j ą c e g o ( i l . 14). Natomiast sym e t r y c z n o - t r ó j w n ę t r z n y t y p b y ł powszechny na w s c h ó d
od Wisły i Dunajca, gdzie s t a n o w i ł p u n k t w y j ś c i a dla
licznych odmian ( i l . 13 d-f), k t ó r e r ó w n i e ż b y ł y częst­
sze na wschodzie.

174

Grupa

„b"

Istnieje t u szereg odmian, w k t ó r y c h m a m y po­
mieszczenia
mieszkalne,
schówkowe
i
inwentarskie
(stajnie, chlewy, boisko, sąsiek) pod j e d n y m dachem,
albo też inwentarskie s ą w y ł ą c z o n e . W ó w c z a s w domu
z n a j d u j ą się w y ł ą c z n i e izby i komory.
Chronologicznie n a j m ł o d s z e s ą domy z a w i e r a j ą c e
np. cztery izby ( i l . 15). Natomiast w wersji chronolo­
gicznie najstarszej b y ł a z jednej strony sieni izba i k o ­
mora, z drugiej zaś stajnia i komora ( i l . 13 1).
Rozprzestrzenienie d o m ó w z g r u p y „ b " jest w po­
ł u d n i o w e j Polsce szerokie. W y o d r ę b n i a j ą się jednak
cztery regiony. Jeden s t a n o w i ą okolice K r a k o w a , drugi
Podhale (na zachodzie), trzeci okolice Rzeszowa (na
wschodzie), a do czwartego n a l e ż ą wsie w górach
Beskidu Niskiego (na wschodzie).
Wyszczególnienie
t y c h r e g i o n ó w jest konieczne, b o w i e m domy, o k t ó ­
r y c h mowa, w k a ż d y m z nich m a j ą inne c e c h y .
Z a s i ę g tego t y p u w okolicy K r a k o w a jest bardzo
z w a r t y i w i d a ć w y r a ź n i e , że omawiany dom ekspan­
d u j ą c spod K r a k o w a w y p a r ł na dość znacznym obsza­
rze domy z grupy „a". N a l e ż ą sądzić, że w najbliż­
szym s ą s i e d z t w i e tego dużego miasta i pod jego w p ł y ­
w e m p o w s t a ł ten plan. T r u d n o jednak rozstrzygnąć
kiedy to się stało. W k a ż d y m razie w k o ń c u X V I I w.
były j u ż we wsiach domy z dwoma pomieszczeniami
po obu stronach s i e n i . Dopiero jednak na koniec
X V I I I l u b p o c z ą t e k X I X w i e k u p r z y p a d ł o szerokie
upowszechnienie się tej formy, a w n i e k t ó r y c h wsiach
dopiero po pierwszej w o j n i e ś w i a t o w e j .
Jeżeli chodzi o Podhale oraz g ó r a l s k i e wsie w oko­
licy Ż y w c a i Cieszyna to w i d a ć , że k o m o r y równo­
ległe do izb p o w s t a ł y przez dostawienie i c h do budyn­
ków, k t ó r e w c z e ś n i e j m i a ł y t y l k o izbę c z a r n ą z pie­
cem, sień i izbę b i a ł ą (wcześniej k o m o r ę ) bez pieca
(il. 12 B). M a t e r i a ł y archiwalne d o w o d z ą , że na po­
c z ą t k u X I X w . t y l k o nieliczni g ó r a l e na Podhalu mie­
l i domy z dwiema izbami i dwiema k o m o r a m i . Do­
piero po l i k w i d a c j i s t o s u n k ó w feudalnych w połowie
X I X w., a zwłaszcza „ o d k r y c i u " gór przez mieszkań89

40

41

�ców dużych miast na początku drugiej połowy u b i e g ł e ­
go stulecia proces rozbudowy d o m ó w p r z y b r a ł na sile.
W Beskidzie Ś l ą s k i m proces ten przebiegał podobnie,
ale kilkadziesiąt lat p ó ź n i e j .
Mało prawdopodobne jest, by rozwój d o m ó w na
Podhalu o d b y w a ł się pod w p ł y w e m wzoru b u d y n k ó w
z okolic Krakowa, choćby dlatego, że w programie
domu góralskiego pomieszczenia inwentarskie pozosta­
wały poza o b r ę b e m mieszkania. Poza t y m system roz­
wijania budynku przez dostawianie szop (zmieniają­
cych się później w komorę) był w X I X w. obcy (lub
zapomniany) mieszkańcom nizin. Znany b y ł natomiast
prawie we wszystkich góralskich grupach etnograficz­
nych, w t y m też na sąsiedniej Słowacji.
42

Trzeci region określony jako okolice Rzeszowa
obejmuje faktycznie obszary Podkarpacia w rejonie
miast: Krosno, Sanok, Brzozów, S t r z y ż ó w oraz pas
urodzajnych nizin w okolicy Rzeszowa, Ł a ń c u t a i Prze­
worska. Są to obszary znacznie w c z e ś n i e j zasiedlone
(XIV w.) aniżeli tereny leżące na północ i p o ł u d n i e
od nich. W kolonizacji ich oprócz elementu polskiego
brali udział r ó w n i e ż osadnicy ś l ą s k o - ł u ż y c c y i nie­
mieccy.
W tych okolicach domy z dwiema p a r a m i pomiesz­
czeń po obu stronach sieni r ó ż n i ą się w n i e k t ó r y c h
szczegółach architektonicznych od d o m ó w k r a k o w s k i c h
(por. 11. 15, 17), nie s t a n o w i ą jednak o d r ę b n e g o w a r ­
iantu pod w z g l ę d e m
typologicznym. W y o d r ę b n i e n i e
domów tego regionu ma jednak swoje uzasadnienie,
bowiem r o z w ó j ich w i ą ż e się z domami grupy „ c "
(vide niżej), czego nie stwierdzono dotychczas w oko­
licy Krakowa. Ponadto niewykluczone, że r o z w ó j ten
pozostawał w zależności od domu złożonego z izby —
sieni — stajni, k t ó r y w y s t ę p u j e t u znacznie częściej,
aniżeli za Wisłą na zachodzie. Natomiast w p ł y w pieca
na powstanie i r o z w ó j komory w z d ł u ż izby m ó g ł b y ć
podobny w obu regionach.
Czwarty w y o d r ę b n i o n y rejon to g ó r y : Beskid N i s k i
i Bieszczady z a m i e s z k a ł e przez g r u p ę
etnograficzną
Ł e m k ó w i Bojków. T u r ó w n i e ż dom r o z w i n ą ł się na
podobnych zasadach j a k w okolicy Rzeszowa,
ale
potrzeby gospodarcze d y k t o w a ł y obszerniejszy r o z w ó j
części
inwentarskiej
niż mieszkalnej. Domy
łem­
kowskie ( i l . 5) r ó ż n i ą się t e ż w sposób zasadniczy
w wielu szczegółach k o n s t r u k c y j n y c h (dach, p r z y b u ­
dówki).

II.

15. C h a ł u p a

W t y m czasie, gdy osadnicy r u s k o - w o ł o s c y osiedla­
l i się w dolinach B e s k i d ó w i s t n i a ł y j u ż prawie wszyst­
kie wsie rolnicze na Podkarpaciu. Można więc sądzić,
że ludzie p r o w a d z ą c y dotychczas koczowniczy t r y b ży­
cia nie posiadali wypracowanych w ł a s n y c h f o r m do­
m ó w . Zapożyczyli więc od r o l n i k ó w dwa podstawowe
typy:
izba — sień •— komora
izba — sień — stajnia
a n a s t ę p n i e dostosowali do w ł a s n y c h potrzeb. Nieogra­
niczone w praktyce możliwości m a t e r i a ł o w e (drewno)
u ł a t w i a ł y r o z w ó j tutejszego budownictwa.
Natomiast trzecia podstawowa forma wyjściowa,
t j . c h a ł u p a centralna (sień — izba — komora) bardzo
rzadko w y s t ę p u j e t u w czystej postaci (przynajmniej
obecnie). Dość liczne są jednak domy bardziej r o z w i ­
n i ę t e przez dodanie za k o m o r ą innych pomieszczeń
gospodarczych (np. stajni, chlewa, boiska, sąsieka •—
i l . 10 j ) . W i d a ć więc, że i trzecia podstawowa forma
typowa dla zachodniej części omawianego terenu zo­
s t a ł a na obszary wschodnie przeniesiona i już na
miejscu r o z w i n ę ł a się w części gospodarczej.
Warto zwrócić u w a g ę , że w Beskidzie wszystkie
nazwy odnoszące się do b u d y n k u mieszkalno-gospodarczego są w y r a ź n i e zapożyczone od dawniej osiadłych
r o l n i k ó w . Nawet w t a k i m szczególe j a k piec obserwu­
jemy, że t y l k o miejsce, na k t ó r y m płonie ogień, za­
chowało nazwę („watra") właściwą ludom związanym
z m i g r a c j a m i pasterskimi, pozostałe zaś części pieca
m a j ą nazwy pierwotnie polskie.
Do grupy o b i e k t ó w t r ó j w n ę t r z n y c h należy r ó w ­
nież c h a ł u p a ze s t a j n i ą ( i l . 13 g). Jest ona p o ś w i a d ­
czona w Polsce ś r o d k o w e j j u ż w X V w., a prawdo­
podobnie w t y m samym czasie b y ł a znana t a k ż e na
omawianym przez nas t e r e n i e . Nie w i e m y jednak
nic o częstotliwości jej w y s t ę p o w a n i a . B r a k również
w i a d o m o ś c i o niej w n a s t ę p n y c h stuleciach. Natomiast
jej rozpowszechnienia w XDC i X X w. było bardzo
szerokie. Spotyka się j ą w p ó ł n o c n o - z a c h o d n i e j części
omawianego terenu we wsiach m a ł o z a m o ż n y c h (piasz­
czyste i kamieniste gleby) oraz na c a ł y m Podkarpaciu,
szczególnie na w s c h ó d od Dunajca, gdzie wariant
z dwiema izbami w amfiladzie ( i l . 13 h, 18) tworzy
zwarte skupisko i w s p ó ł w y s t ę p u j e z w y k l e z domami
t y p u : izba — sień •— komora.

d w u t r a k t o w a czteroizbowa, z k o m o r a m i po bakach,
Złotniki k. Proszowic.

43

1875 r.,

175

�Dotychczasowe badania w odniesieniu do Polski
nie p o z w a l a j ą jeszcze na kategoryczne stwierdzenie autochtonizmu l u b przeszczepienia domu t r ó j w n ę t r z n e g o
ze stajnią z i n n y c h t e r e n ó w . M ó g ł b y się on w i ą z a ć
z kolonizacją n i e m i e c k ą , j a k sugerowali to niemieccy
i i n n i badacze . Obecnie jednak teoria niemieckiego
pochodzenia domu ze s t a j n i ą ( „ W o h n s t a l l h a u s " ) jest coraz częściej k w e s t i o n o w a n a , chociaż — trzeba p r z y znać — bez mocnych d o w o d ó w .
44

45

G r u p a „c
Współczesne m a t e r i a ł y etnograficzne w y k a z u j ą , że
w domadh ze s t a j n i ą dokonywano często p o d z i a ł u izby
równolegle z piecem, szczególnie w ó w c z a s , gdy piec
był o d s u n i ę t y od rogu ( i l . 13 g, j ) . Ewolucja taka w y n i k ł a po prostu z konieczności posiadania komory,
w k t ó r e j przechowywano ziemniaki, k a p u s t ę , odzież
itp.
Można sądzić, że t ą d r o g ą o d b y ł a się r ó w n i e ż w
przeszłości ewolucja domu ze s t a j n i ą i dzięki temu

176

u f o r m o w a ł się mieszany t y p domu z k o m o r ą i izbą po
jednej stronie sieni oraz s t a j n i ą po drugiej (11. 13 j ,
19). U k s z t a ł t o w a n i e się tej odmiany n a s t ą p i ł o dawno,
skoro znane nam obiekty z pierwszej i drugiej poł o w y X V I I w . b y ł y w ten sposób b u d o w a n e . To
z kolei musi u t w i e r d z a ć w przekonaniu, że t y p domu:
izba — sień — stajnia znany b y ł od bardzo dawna,
We wschodniej części omawianego terenu często
w i d u j e się p o d z i a ł p o d ł u ż n y w gospodarczej części do­
m u ( i l . 13 d—f). Jest to r ó w n i e ż w y n i k ewolucji, ale
domu t y p u komorowego ( i l . 13 b). N a l e ż y przy okazji
n a d m i e n i ć , że na Podkarpaciu (na w s c h ó d od D u n a j ca) w domach t r ó j w n ę t r z n y c h z k o m o r ą ( i l . 13 b) bydło
trzymano w izbie. Z j a w i s k o to b y ł o dość powszechne
jeszcze na p o c z ą t k u X X w., chociaż j u ż w X I X w.
starano się p o d w ó j n ą f u n k c j ę izby o g r a n i c z y ć wyłącznie do mieszkalnej (bardzo rzadko w X V I I I w.). Jeśli
nie posiadano osobnego b u d y n k u dla z w i e r z ą t , w ó w czas robiono s t a j n i ę z dawnej komory, l u b j e j części
( i l . 13 d, e). W t ó r n i e w i ę c zmieniano k o m o r o w y typ
46

�I I . 16. C h a ł u p a p o g ó r z a ń s k a , d w u t r a k t o w a , w e w n ą t r z dwie izby, sień, komora i stajnia, k o ­
niec X I X w., Borek k. Krosna. I I . 17. C h a ł u p a d w u t r a k t o w a ze s t a j n i ą i w o z o w n i ą z boków,
1849 r., Liszki k. K r a k o w a . I I . 18. C h a ł u p a za c h o d n i o - p o g ó r z a ń s k a , przed 1830 r., Szerzyny k.
Jasła.

domu' na t y p chlewowy lub chlewowo-komorowy. Jest
to oczywiście t y l k o p r z y k ł a d współczesnego powstawa­
nia domu ze stajnią poprzez z m i a n ę f u n k c j i n i e k t ó r y c h
pomieszczeń ( i l . 21).
R ó w n i e ż z domu t r ó j w n ę t r z n e g o z k o m o r ą wywodzi
się dom z izbą i k o m o r ą po jednej stronie sieni oraz
izbą po drugiej stronie ( i l . 13 k ) . W y s t ę p u j e on na
Podkarpaciu na zachód od Dunajca, a w pierwszej
połowie X V I I I w. b y w a ł r ó w n i e ż w okolicy K r a k o w a
(il. 20). Zapisy archiwalne p o z w a l a j ą s t w i e r d z i ć , że zna­
no t ę o d m i a n ę na wsi j u ż w X V I I w., zaś w budow­
nictwie folwarcznym dla Krakowskiego i Mazowsza
poświadczona ona jest w w i e k u X V I " .
Na terenach położonych na w s c h ó d od Dunajca
stare domy z grupy „ b " i „ c " w y s t ę p u j ą z w y k l e w
przemieszaniu w tych samych wsiach, co dowodzi ich
wzajemnego z w i ą z k u . Uogólniając, nie b y ł o icth jednak
dawniej w w i d ł a c h Wisły i Sanu na terenie Puszczy
Sandomierskiej oraz na terenach leżących p o m i ę d z y
Wisłą (w okolicy Lublina) a Bugiem, gdzie do lat
1920-tych powszechne b y ł y domy złożone z izby - sieni — k o m o r y .
4 8

Natomiast na zachodzie sytuacja jest inna. Z n a j ­
dujemy t u zaledwie k i l k a odmian p l a n ó w z grupy „c",
przede w s z y s t k i m na p r a w y m brzegu Wisły ( p o m i ę ­
dzy O ś w i ę c i m i e m a K r a k o w e m ) oraz we wsiach pod­
górskich. Zasięg geograficzny p l a n ó w „ c " nie jest prze­
mieszany z p l a n a m i grupy „ b " na c a ł y m obszarze
jego w y s t ę p o w a n i a , t y l k o na jego k r a w ę d z i p o ł u d n i o ­
wej. M o ż n a więc sądzić, że na t y m terenie plany g r u ­
py »c" p o w s t a ł y w w y n i k u k r z y ż o w a n i a się starego
u k ł a d u „ a " z p ó ź n i e j p o w s t a ł y m u k ł a d e m „ b " . Nieste­
ty, trudno określić, kiedy doszło do takiej k r z y ż ó w k i .
Kończąc n a l e ż y s t w i e r d z i ć , że w ś w i e t l e znanych
nam m a t e r i a ł ó w w i d a ć , że dom w i e j s k i w p o ł u d n i o ­
wej Polsce p r z e c h o d z i ł p e ł n ą d r o g ę rozwoju, poczy­
nając od b u d y n k u j e d n o w n ę t r z n e g o ( p o r ó w n a j sche­
maty rozwoju, i l . 10, 12, 13 oraz i l . 22, 23). B r a k bogat­
szych źródeł archeologicznych dla tej części naszego
k r a j u zmusza do p o s ł u ż e n i a się m a t e r i a ł a m i archeolo­
gicznymi z i n n y c h t e r e n ó w .
Z w y k o p a l i s k archeologicznych w G d a ń s k u wiemy,
że 10 proc. d o m ó w (13 szt.) z X I I — X I I I w. p o s i a d a ł o
dwa l u b w i ę c e j pomieszczeń. Sporadycznie z d a r z a ł y
się dwuizbowe (lub d w u w n ę t r z n e ) domy w Radomiu
( V I I I — I X / X w.), w Opolu ( X I I w.), Santku ( X / X I

w.), Wolinie ( X I I w.) oraz c z t e r o w n ę t r z n y w Cieszacinie ( X I I w . ) .
D w u w n ę t r z n e domy b y ł y r ó w n i e ż w Giitzkow na
zachód od Odry, na Rusi w X I — X I I w. (Nowgorod,
Stara Ladoga, Biełgorod, Biełooziero, B e r d y c z ó w ) , na
Słowacji ( Z ś b l a c a n y )
i w i n n y c h regionach. W t y m
samym czasie w y k s z t a ł c a ł o się j u ż podcienie w w ę ż ­
szej ścianie z w r ó c o n e j do ulicy, pod k t ó r y m wchodziło
się do w n ę t r z a domu (np. Wolin, Szczecin) . Nie ulega
więc w ą t p l i w o ś c i , że u m i e j ę t n o ś ć konstruowania do­
m ó w m a j ą c y c h więcej niż jedno w n ę t r z e znana b y ł a
S ł o w i a n o m j u ż dawno. Co w i ę c e j , wykopaliska w
miejscowości L e v y Hradec pod P r a g ą ( I X w.) oraz w
Biełooziero i Biełgorod na Rusi ( X I — X I I w.) p o ś w i a d ­
czają istnienie d o m ó w , w k t ó r y c h sień oddziela dwie
izby l u b izbę od k o m o r y . Wszystko to nie świadczy
jednak o częstszym w y s t ę p o w a n i u d o m ó w d w u w n ę t r z nych. W r ę c z przeciwnie, na pewno powszechne były
b u d y n k i j e d n o w n ę t r z n e , ale od znajomości pewnego
f a k t u kulturowego (tzn. b u d y n k u d w u w n ę t r z n e g o ) do
jego rozpowszechnienia b y ł t y l k o jeden krok. Koniecz­
ny do tego b y ł j a k i ś impuls, k t ó r y w a r u n k o w a ł b y
zmiany w zakresie ludzkich potrzeb. Jest oczywiste,
że zmiany te d o k o n y w a ł y się najpierw w warstwach
uprzywilejowanych i w grodach. Przyczyny zaś w p r o ­
wadzania nowości b y ł y różne. Sądzę, że nie m o ż n a
l e k c e w a ż y ć takiego f a k t u j a k wchodzenie jakiegoś k r a ­
j u w orbitę zainteresowań międzypaństwowych, jak
wytwarzanie się wyspecjalizowanych grup rządzących,
k t ó r y c h zabudowania m u s i a ł y się różnić na korzyść
od m i e s z k a ń ogółu ludności, czy też powstanie licz­
nych k l a s z t o r ó w , k t ó r e w o w y m czasie były źródłem
p o s t ę p u gospodarczego. Ten zaś już bezpośrednio w a ­
r u n k o w a ł z m i a n ę potrzeb w zakresie budownictwa
mieszkalnego i gospodarczego. K o n k r e t n y m ś l a d e m te­
go są liczne w i a d o m o ś c i o oborach i chlewach dla
z w i e r z ą t , p o c h o d z ą c e ze źródeł pisanych w X I V w .
4 9

50

6 1

52

6 3

5 4

Wczesne ś r e d n i o w i e c z e wniosło duże zmiany w za­
kresie gospodarki hodowlanej i rolnej łącznie z popu­
l a r y z a c j ą p ł u g a i t r ó j p o l o w e g o systemu upraw. W X I V
wieku, i to w pierwszej jego p o ł o w i e n a s t ą p i ł o u nas
umocnienie się w ł a d z y p a ń s t w o w e j i silne ruchy m i ­
gracyjne ludności polskiej p o m i ę d z y
poszczególnymi
dzielnicami p a ń s t w a , szczególnie z Polski ś r o d k o w e j
i p o ł u d n i o w e j w k i e r u n k u p o ł u d n i o w o - w s c h o d n i m . Na­
s t ą p i ł t e ż znaczny n a p ł y w obcego elementu koloniza-

177

�I I . 19. C h a ł u p a d o l i n i a ń s k a , półtoratraktowa, ok. 1900 r., Paszo­
w a k. Ustrzyk Dolnych.

cyjnego (w t y m też N i e m c ó w ) do regionu Podkarpa­
cia, rozwój rzemiosła, a zwłaszcza wzrost w y d a j n o ś c i
w uprawie zbóż. Wszystko to sprzyjało rozprzestrze­
nianiu się pewnych w z o r c ó w architektonicznych (tym
bardziej, że nie z m i e n i a ł y się zasady
konstrukcji),
a jednocześnie r z u t o w a ł o na zmiany w zakresie pot­
rzeb mieszkalnych i gospodarczych.
Rzeczą c h a r a k t e r y s t y c z n ą jest, że nie m o ż n a do­
s z u k a ć się bezspornych d o w o d ó w w p ł y w u ś r e d n i o w i e c z ­
nej kolonizacji niemieckiej na budownictwo w oma­
w i a n y m rejonie Polski. W większości osadnicy niemiec­
cy przychodzili z zachodu, ale Spisz, Podhale oraz nie­
k t ó r e beskidzkie wsie b y ł y kolonizowane m.in. przez
N i e m c ó w i d ą c y c h z p o ł u d n i o w e g o Spiszą. Jednak w s z ę ­
dzie tam do p o c z ą t k ó w X I X w. budownictwo ludowe
było bardziej p r y m i t y w n e aniżeli w rolniczych wsiach
nizinnych.

Sądzę, że do k o ń c a ś r e d n i o w i e c z a powszechne były
u c h ł o p ó w domy j e d n o w n ę t r z n e i d w u w n ę t r z n e , przy
czym te drugie p r z e t r w a ł y dość licznie aż do na­
szych czasów. A l e już przy k o ń c u x r v w. (a w wars­
t w i e szlacheckiej zapewne wcześniej) m u s i a ł y pojawić
się na wsi domy złożone z trzech pomieszczeń.
I c h program funkcjonalny b y ł z w i ę k s z o n y i do­
stosowany w p ó ź n e j fazie ś r e d n i o w i e c z a do potrzeb
ludzkich, k t ó r e b y ł y już inne, aniżeli w okresie X—
— X I I I w.
B r a k liczniejszych ś l a d ó w archeologicznych na na­
szym terenie nie m o ż e b y ć bezspornym dowodem, że
w X I V w . nie było d o m ó w w i e l o w n ę t r z n y c h . Natomiast
trzeba z a k ł a d a ć , że f a k t rozpowszechniania się domów
t r ó j w n ę t r z n y c h m u s i a ł w y p r z e d z a ć w czasie pojawie­
nie się o nich pierwszych informacji pisanych pocho­
d z ą c y c h z p o c z ą t k u X V w.

PRZYPISY
1

S. Zachorowski, Węgierskie
i polskie
osadnictwo
na Spiszu do poł. XIV w., „ R o z p r a w y A k a d e m i i U m i e ­
jętności", t. X X V I I , K r a k ó w 1909, s. 51, 234.
A . Fastnacht, Osadnictwo
ziemi sanockiej
w la­
tach 1340—1650, W r o c ł a w 1962, passim; K . Pieradzka,
Na szlakach
Łemkowszczyzny,
K r a k ó w 1939, passim;
D. Krandzalov, Znaczenie
i charakter
wpływów
ru­
muńskich
w Karpatach
Zachodnich
ze
szczególnym
uwzględnieniem
Wołoszczyzny
Morawskiej,
(w:)
Pas­
terstwo Tatr Polskich
i Podhala, t. V, W r o c ł a w — W a r ­
s z a w a — K r a k ó w 1963, s. 179, 209; K . Dobrowolski, Dwa
studia nad powstaniem
kultury
ludowej
w
Karpatach
zachodnich, K r a k ó w 1938, passim.
J. S. B y s t r o ń , Ugrupowania
etniczne ludu
polskie­
go, K r a k ó w 1925; R. Reinfuss, Łemkowie
jako
grupa
etnograficzna,
„ P r a c e i M a t e r i a ł y Etnograficzne", t.
V I I , 1948/49; R. Reinfuss, Pogranicze
krakowsko-góralskie w świetle
dawnych i najnowszych
badań
etnogra­
ficznych,
„ L u d " , t. 36, 1946; J. Czajkowski,
Historycz­
ne i etniczne podstawy
kształtowania
się grup
etno­
graficznych
w południowej
części woj.
rzeszowskiego,
„ M a t e r i a ł y Muzeum B u d o w n i c t w a Ludowego w Sano­
k u " , n r 9, 1969.
N . N . Gracjanskaja, lipy
krestajanskogo
żiliszcza ukraińskich
Karpat
XIX
•— nacz. XX ww.
(w:)
L'idove
stavitel'stvo
v karpatskoj
oblasti,
Bratislava
1974, s. 143 stwierdza, że b y ł to w X V I I I — X I X w.
najbardziej rozprzestrzeniony t y p domu, a j e d n o c z e ś ­
nie na tej samej stronie oświadcza, że domy t r ó j w n ę t r z ne w u k r a i ń s k i c h Karpatach r o z w i n ę ł y się przez we­
w n ę t r z n e p o d z i a ł y d o m ó w d w u w n ę t r z n y c h . Nie ma na
to jednak ż a d n y c h d o w o d ó w .
J. Czajkowski,
Budownictwo
wiejskie
między
Białą a Popradem,
„Rocznik Muzeum Etnograficznego
w Krakowie", t. I , 1966, s. 159.
* J. Czajkowski, Ze studiów
nad
budownictwem
ludowym w Krakowskiem,
„ L u d " , t. 61, 1977 s. 99.
8

8

4

5

178

7

J. Czajkowski, Budownictwo
wiejskie
w północ­
nej części
Krakowskiego
w XVIII
wieku,
„Rocznik
Muzeum Etnograficznego w K r a k o w i e " , t. V, 1974, s.
76—78. Z a u w a ż y ł to j u ż przed p r z e s z ł o 100 laty autor
opisujący w i e ś K r u s z y n ę k o ł o Radomska. Pisał on:
„ D o m y mieszkalne po w i ę k s z e j części ... zabudowano
w j e d n ą linię ... w c a ł y m u r z ą d z e n i u i fizjonomii wsi
w i d a ć r ę k ę o r g a n i z a c y j n ą jednego z dziedziców, któ­
r y ... wsie d o p r o w a d z a ł do p o r z ą d k u . Obecnie ... w mia­
r ę starzenia się d a c h ó w , w ł o ś c i a n i e s p r z e d a j ą dachów­
k ę i p r z y k r y w a j ą domy gontami l u b s ł o m ą ; w miarę
zaś potrzeby przebudowania, rozdzielają się i budują
pojedyncze mieszkania" (Encyklopedia Rolnicza, 1874,
t. I I , s. 1087).
8

J. Czajkowski, Z b a d a ń nad budownictwem
wiejs­
kim w powiecie olkuskim;
„Rocznik Muzeum Etnogra­
ficznego w K r a k o w i e " , t. I I , 1967, s. 78; J. Czajkowski,
Budownictwo
wiejskie
w
Krakowskiem,
„Materiały
Muzeum B u d o w n i c t w a Ludowego w Sanoku", 1975, nr
21; F. Kotula, Typy wiejskich
drewnianych
budynków
na Pogórzu
w województwie
rzeszowskim,
„Ochrona
Z a b y t k ó w " , 1958, z. 1—2.
* J. Czajkowski, Budownictwo
wiejskie
w północ­
nej części Krakowskiego
w XVIII
wieku, op. c i t , s.
35, 37—42.
1 0

Ibid., s. 59—62. K . Moszyński, Kultura
ludowa
Słowian,
K r a k ó w 1929, t. 1, s. 492; K . Liske, Cudzo­
ziemcy w Polsce, L w ó w 1876, s. 312, relacja niemiec­
kiego p o d r ó ż n i k a Józefa Kauscha z 1794 r.; Inwentarze
dóbr szlacheckich
powiatu
kaliskiego,
w y d . W. Rusiń­
ski, t. I (od X V I do p o ł o w y X V I I I wieku), Wrocław
1956, passim; Materiały
do dziejów
chłopa
wielkopol­
skiego w drugiej
połowie
XVIII
wieku, wyd. J. Deresiewicz, t. I i I I , W r o c ł a w 1956, passim; M . Pokropek, Budownictwo
Ludowe
w Polsce, Warszawa 1976,
s. 90.

�I I . 20. C h a ł u p a p ó ł t o r a t r a k t o w a ,
X I X w., Jaszczew k. Krosna.

1 1

Najwięcej
zebranych m a t e r i a ł ó w
źródłowych
znajduje się w pracy J. Czajkowskiego,
Budownictwo
wiejskie
w północnej
części
Krakowskiego
w
XVIII
wieku, op. cit., s. 56—62 oraz aneks, passim.
S. Ciszewski, Bitka,
Lepianka,
Ziemianka,
Murowanka, „Wisła", t. I I , 1888, s. 366—368.
Np. ksiądz Sebastian Sierakowski z d u m ą pisał
w swym dziele w y d a n y m w 1812 r., że w y b u d o w a ł
już 18 murowanych d o m ó w w miejsce powszechnie
stosowanej konstrukcji s ł u p o w e j ze ś c i a n a m i plecio­
n y m i z chrustu (Architektura
obeymuiąca
wszelki
ga­
tunek murowania i budowania, t. 1, s. 255).
J. Czajkowski, Rozplanowanie
chałup
w
rejonie
przemyskim,
„ M a t e r i a ł y Muzeum B u d o w n i c t w a L u d o ­
wego w Sanoku", 1974, nr 19, s. 14.
J. Czajkowski, Wiejskie
budownictwo
mieszkal­
ne w Beskidzie
Niskim
i na przyległym
Pogórzu,
„Rocznik m u z e ó w w o j e w ó d z t w a rzeszowskiego", t. I I ,
1969, s. 158.
M . Pokropek, op. cit., s. 100.
B. Schier, Hauslandschaften
und
Kulturbewegun­
gen im östlichen
Mitteleuropa,
Reichenberg 1932, s. 49.
J. Czajkowski, Konstrukcja
sochowo-ślemieniowa
w budownictwie
wiejskim
na terenie Polski,
„Rocznik
Muzeum Etnograficznego w Krakowie, t. 4, 1972, passim.
K . M o s z y ń s k i , op. cit., s. 472; E. B a ł a ś , Vznik
a vyvoj
polygonälnich
stodol, „ C e s k o s l o v e n s k a Etno­
grafie", 1961, z. 3, s. 305—309.
J. Czajkowski, Konstrukcja
na sochy w
budow­
nictwie wiejskim
w Polsce (w:) L'idove
stavitel'stvo..,
op. cit., s. 174—175.
Z. Gloger, Budownictwo
drzewne
i
wyroby
z drzewa w dawnej Polsce, Warszawa 1909, t. 2, s. 123,
1 8

1 8

1 4

1 5

1 6

1 7

1 8

1 9

8 0

8 1

I I . 21. C h a ł u p a

Inwentarz
dworu w Modlnicy,
1582 r.: „stodoła w gum­
nie dosyć wielka o trzech k o s z a c h albo zasiekach".
M . Pokropek, op. cit., s. 90 k w a l i f i k u j e wspom­
n i a n ą k o n s t r u k c j ę do „ s y s t e m u w ę g ł o w e g o i ł ą t k o w e ­
go" s t a j ą c w sprzeczności z w ł a s n y m opisem infor­
m u j ą c y m , że na niej opiera się dach, a w sprawie
jej genezy o d w o ł u j e się do koncepcji F. K o t u l i (v.
przyp. 24), nie zaś do nowszego opracowania tego te­
matu przez L w a (v. przyp. 25).
K . Moszyński, op. cit., s. 498; B. Schier, op.
cit.; H . Richter, Formen
und Entstehung
des
Umgebindes, „ S c h l e s i s c h e B l ä t e r für Volkskunde", 1941, z.
2, s. 72—&lt;84; E. Deutschmann, Lausitzer
Holzbaukunst,
Bautzen 1959.
F. Kotula, op. cit., s. 40-^42; F. Kotula,
Pocho­
dzenie domów przysłupowych
w Rzeszowskiem,
„Kwar­
t a l n i k H i s t o r i i K u l t u r y Materialnej", 1957, nr 3/4, s.
551—562.
S. Lew, Dom przysłupowy
w górnym
i
środko­
wym
dorzeczu
Sanu, „ L u d " , 1966, t. L , s. 473-479
i 515.
K . M o s z y ń s k i , op. cit., s. 548.
Dla informacji w a r t o podać, że wiele zachowa­
nych najstarszych o b i e k t ó w (np. z r o k u 1729, 1770,
1770, 1815, 1833 i in.) posiada dwa wejścia do komory,
czasem t y l k o t r a f i a j ą się bardzo stare domy (np. z 1795,
1828 r.), w k t ó r y c h jest wejście t y l k o z izby. M a t e r i a ł y
archiwalne z X V I I I w . w y k a z u j ą , że większość d o m ó w
ma p o d w ó j n e d r z w i . Por. J. Czajkowski,
Budownictwo
wiejskie
w okolicy Częstochowy
w połowie XVIII
wie­
ku, „Pol. Szt. Lud.", R. X X V , 1971 nr 2, s. 105—106
oraz J. Czajkowski, Budownictwo
wsi Kołomia
(pow.
W ł o c ł a w e k ) w 1787 r., „Pol. Szt. Lud.", R. X X I V ,
8 2

8 8

2 4

2 5

8 6

2 7

p ó ł t o r a t r a k t o w a ze s t a j n i ą przy kuchni, 1. poł. X I X w.,
j e d n o w n ę t r z n a , pocz. X X w., Zawoja k. Suchej

L i s z k i k. K r a k o w a .
Beskidzkiej.

I I . 22.

Chałupa

179

�1970 nr 2, s. 110—111; S. Rosiński, Osadnictwo
i bu­
downictwo
na obszarze puszczy kozienickiej,
„Rocznik
Muzeum Narodowego Rolnictwa w Szreniawie", 1976,
t. I X , s. 33—37; H . Ś w i ą t k o w s k i , Łowickie
chałupy
XIX
i pierwszej
połowy
XX wieku, ibid., s. 57—59.
R. Reinfuss, Z badań nad budownictwem
ludo­
wym
w województwie
kieleckim,
„Pol. Szt.
Lud.",
R. X X V , 1971 nr 2, s. 73. J. Czajkowski,
Budownictwo
wiejskie
w Krakowskiem...,
op. cit.
H . I . Bidermann, Die ungarischen
Ruthenen,
ihr
Wohngebiet, ihr Erwerb
und ihre Geschichte,
Insbruck
1862, s. 85—86.
Bor. przyp. 4. R ó w n i e ż D. Stranska, Lidove
stavby na Spiske
Magurę,
Praha 1936, s. 10, sądziła, że
ten typ m o ż e mieć albo p o l s k ą albo r u s k ą prowenien­
cją. Ta druga wersja musi być b ł ę d n a , bowiem rusko-wołoskie osadnictwo z k o ń c a ś r e d n i o w i e c z a nie m o g ł o
mieć w p e ł n i u k s z t a ł t o w a n y c h już t y p ó w b u d y n k ó w
mieszkalnych, a raczej nawet nie miało, z w y j ą t k i e m
bardzo p r y m i t y w n y c h form.
D. Stranska, op. cit.
W. Krassowski, Chałupa
polska
na
przełomie
XVI
i XVII
wieku,
„Pol. Szt. L u d . " , R. V I I , 1953,
nr 4—5, s. 285.
J. Czajkowski, Ze studiów
nad
budownictwem
ludowym w Krakowskiem,
„ L u d " , 1977, t. 61, s. 104.
N . M . Listowa, Kriestjanskoje
żiliszcze
Germanii,
Austrii
i Szwejcarii
w XIX w. (w:) Tipy selskogo
ziliszcza w stranach zarubieżnoj
Ewropy,
Moskwa 1968,
s. 212.
J. Toth, Nepi ipitószetiink
Hagyomdnyai,
Budapest 1961, s. 174, i l . 281.
Znakomity historyk ś r e d n i o w i e c z a ,
Kazimierz
Tymieniecki podaje d u ż ą ilość p r z y k ł a d ó w z lat 1408—
—1458, k t ó r e p o t w i e r d z a j ą tezę polskich e t n o g r a f ó w
(K. Tymieniecki, Procesy
twórcze
formowania
się spo­
łeczeństwa
polskiego
w wiekach
średnich,
Warszawa
1921, s. 237—239). Por. też T. L a l i k , Zagroda na
Ma­
zowszu w XV w., „ K w a r t a l n i k H i s t o r i i K u l t u r y M a ­
terialnej", 1957, n r 3/4, s. 483—493. W Polsce po raz
pierwszy zwrócił na to u w a g ę L u d w i k Puszet, Studya
nad polskiem
budownictwem
drewnianem,
I , Chata,
K r a k ó w 1903, s. 45—47, a n a s t ę p n i e u z n a ł to i p o p a r ł
dowodami K . Moszyński, op. cit., a za n i m w i e l u i n ­
nych badaczy.
K . Tymieniecki, op. cit., s. 239, przyp. 80 i 85.
Z. Gloger, op. cit., s. 173.
Por. J. Czajkowski, Wiejskie
budownictwo
miesz­
kalne..., op. cit., passim; R. Reinfuss, Budownictwo
lu­
dowe na zachodniej Łemkówszyźnie,
„Lud", 1934, t. 33,
passim.
P o ś w i a d c z a j ą to m a t e r i a ł y archiwalne, k t ó r e p u ­
blikuje J. B i e n i a r z ó w n a , O chłopskie
prawa,
Kraków
1954, s. 231. Ten sam t y p w budynkach dworskich ma
jeszcze s t a r s z ą t r a d y c j ę , co najmniej s z e s n a s t o w i e c z n ą .
Bogate m a t e r i a ł y archiwalne d o t y c z ą c e tego te­
matu publikuje J. Czajkowski, Budownictwo
wiejskie
w Krakowskiem,
op. cit.
M . Pokropek, op. cit., s. 62.
K . Tymieniecki, op. cit., s. 241. Natomiast no­
2 8

2 8

8 0

8 1

8 2

8 3

8 4

8 5

8 4

8 7

3 8

8 9

4 0

4 1

4 2

4 8

II.
Opra. rys.,

180

tatka s ą d o w a z 1471 r. p o ś w i a d c z a z a m k n i ę t e pomiesz­
czenie dla b y d ł a pod n a z w ą „ o b o r a " w okolicy Krosna
(Księgi
sądowe
wiejskie,
w y d . B. Ulanowski, K r a k ó w
1921 t. I s. 255.
B.'Schier, op. cit., s. 177—178. V. P r a ź a k , K problemytice
zakladnich
pudorysnych
typu lidovych
staveb
w Ceskoslovensku,
„Ceskoslovenska
Etnografie",
1958, nr 4, s. 338—345.
45 v . Frolec, Pfispevek
k
moravsko-slovenskym
vztahom v lidovsm
stavitelstvi
na üzemi Bilych
Kar­
pat, „ S l o v e n s k y Narodopis", 1966, nr 2, s. 300; V. Fro­
lec, Lidova
architektura
na Morave
a ve
Slezsku,
Brno 1974, s. 34—35; J. Vafeka, Kulturni
vztahy v lidovem
stavitelstvi
slovenskych
Karpat
ze
zfetelem
k byvale nemecke diasporę
(w:) L'udove
stavitel'stvo...,
op. cit., s. 62. Ostatni autor p o w o ł u j e się w swoich
wywodach na w y n i k i w s p ó ł c z e s n y c h b a d a ń niemiec­
k i c h H . Rieda, G. Eitzena i K . Baumgartena.
Tego rodzaju p o d z i a ł ma dom ze w s i Dąbrówka,
k t ó r e g o część mieszkalna z k o m o r ą pochodzi z 1681 r.
(obecnie w skansenie w Sanoku). M i a ł go również, już
n i e i s t n i e j ą c y , dom z pierwszej p o ł o w y X V I I w . w Pniowie koło G l i w i c . Istnienie k o m o r y za izbą w okolicy
Krosna p o ś w i a d c z a notatka s ą d o w a z 1645 r. (B. Ula­
nowski, op. cit., s. 60 i 61).
W ź r ó d ł a c h a r c h i w a l n y c h z 1692 r. znajdujemy
opis takiej c h a ł u p y w Koniuszowej koło Nowego Są­
cza, natomiast Z. Gloger, op. cit., s. 62 i 226 podaje
analogiczne opisy drewnianych folwarcznych budyn­
ków z X V I w.
Jak w y k a z u j ą badania, na w y m i e n i o n y c h obsza­
rach c h a ł u p a złożona z izby — sieni — komory roz­
p o w s z e c h n i ł a się dość późno, b y ć m o ż e w X V I I I w.
W c z e ś n i e j zaś d o m i n o w a ł y t u f o r m y prymitywniejsze.
Por. Z. Staszczak, B u d o w n i c t w o c h ł o p s k i e w woj. lu­
belskim (w X I X i X X wieku), „ P r a c e i M a t e r i a ł y Et­
nograficzne", 1963, t. X X I V , s. 152 oraz J. Furdyna,
Plan budynku
mieszkalnego
Lasowiaków
od
połowy
wieku
XIX
po czasy dzisiejsze,
„ L u d " , 1975, t. 59,
s. 116.
R. Barnycz-Gupieniec, Drewniane
budownictwo
mieszkalne
w Gdańsku
X—XIII
wieku,
G d a ń s k 1974,
s. 17, 25. A . Ż a k i , Archeologia
Małopolski
wczesno­
średniowiecznej,
Wrocław-Warszawa.-Kraków-Gdańsk
1974, s. 94.
J. Kostrzewski, Budynki
mieszkalne
(w:) Słownik
starożytności
słowiańskich,
W r o c ł a w — Warszawa —
K r a k ó w 1961, t. I , s. 184; P. J. Zasurcew, Ziliszcza
driewniego
Nowgoroda,
„ M a t e r i a ł y i issliedowanija po
archeologii SSSR", 1963, nr 123, s. 61.
J. J a n ć a f , K vyvoji
sideł a bydleni
v Bilach
Karpatach
(w:) L'idove
stavitel'stvo
op. c i i , s. 213.
Z. Radacki, Tradycyjne
budownictwo
wiejskie
w województwie
szczecińskim,
„Szczecin" — Miesięcz­
n i k Pomorza Zachodniego, z. 8—9, 1959, s. 117.
W. Hensel, Słowiańszczyzna
wczesnośrednio­
wieczna, w y d . I I , Warszawa 1956, s. 363; J. Kostrzewski,
op. cit.
Zarys
historii
gospodarstwa
wiejskiego
w Pol­
sce, t. I , Warszawa 1964, s. 355.
4 4

4 6

4 7

4 8

4 8

5 0

6 1

5 2

5 3

54

23.

Z a e h o d n i o p o g ó r z a ń s k i biedniaoki dom (sień
w amfiladzie), koniec X I X w .

map

oraz lot.

(z wyj.

U . 11) J .

Czajkowski

I I . 11

i

2

izby

Archiwum M B L Sanok

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="6414" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="6394">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/f31f1aab3bd5d3fd24f70f05c8c95d58.pdf</src>
        <authentication>763fa317b77169a40685f384d4fc30c2</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76429">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5105</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76430">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76431">
                <text>2004</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76432">
                <text>muzea skansenowskie</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76433">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4736</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76434">
                <text>A propos Hazeliusa i Skansenu / LUD 2004 t.88</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76435">
                <text>LUD 2004 t.88, s.275-292</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76436">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76437">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76438">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76439">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="76440">
                <text>Lud, t. 88, 2004

II. POGLĄDY I OPINIE

JERZY CZAJKOWSKI
Sanok

A

PROPOS HAZELIUSA

I SKANSENU

W 87. tomie "Ludu" ukazał się artykuł Waldemara Kopczyńskiego mający
stanowić zarys biografii Artura Hazeliusa, twórcy Muzeum Nordycznego i Skansenu w Sztokholmie!. Była po temu okazja, bowiem w 2001 roku upłynęło 100
lat od chwili jego śmierci.
Autor podzielił artykuł na 3 rozdziały, przy czym tytuł pierwszego rozdziału jest
nieco prowokujący: "Artur Hazelius nieznany w Polsce?". Chciałoby się zapytać, komu nieznany i w jakim zakresie. Chyba nie Autorowi, który pretenduje do
miana znawcy problemu. A zatem ...? O Hazeliusie zwykle mówimy, czy piszemy w kategoriach literatury popularnej, czasami popularno-naukowej. Wynika to
z charakteru opracowań, którym niekiedy nie można doczepić etykietki publikacji
naukowej, a także bogactwa literatury, która towarzyszy większości publikowanych prac z zakresu muzealnictwa skansenowskiego, odpowiednio je też kwalifikując. Upływ czasu powoduje, że prace się starzeją, że do pewnych poglądów,
szczególnie historycznych, musimy wprowadzać korekty, ale nie dyskwaiifikuje
to dotychczasowych opracowań2• Przestarzała bibliografia zawsze pozostaje źródłem, szczególnie, gdy nie dysponujemy nowszą3.

I W. Kopczyński,
Artur Immanuel Haze/ius (/833-1901) - twórca Nordiska museet i Skansenu
w Sztokholmie. Kształtowanie podstaw instytucjonalnych w muzealnictwie etnograficznym Szwecji
w drugiej połowie XIX wieku, "Lud", t. 87,2003, s. 63-82.
l Np. Muzea skansenowskie
w Polsce, red. F. Midura, Biblioteka MNR w Szreniawie, Poznań
1979, ss. 270. Open-Air Museums in Poland, red J. Czajkowski, Biblioteka MNR w Szreniawie
i MBL w Sanoku, Poznań 1981, ss. 314; J. Czajkowski, Muzea na wolnym powietrzu w Europie.
Rzeszów-Sanok 1984, ss. 432.
) Tamże, oraz: A. Spiss, Muzea etnograficzne na wolnym powietrzu w Europie, Ośrodek Dokumentacji Zabytków. Biblioteka Muzealnictwa i Ochrony Zabytków, Seria C, Studia i Materiałyt. II, Warszawa 1985.

�Jerzy Czajkowski

276

Większość autorów w sposób ogólnikowy i schematyczny traktuje początki idei muzealnictwa na wolnym powietrzu, powtarzając bezkrytycznie pewne
wiadomości. Zwykle są one ograniczone do minimum, ale w opracowaniach,
które nie mają charakteru historycznego, nie są wymagane ani konieczne.
Wymieniając nazwisko twórcy pierwszego Skansenu w Europie i okolicznościjego powstania, wprowadzamy czytelnika, czy też osobę zwiedzającą jakieś muzeum na wolnym powietrzu,
w tak zwaną ahnosferę epoki. Jest jednak oczywiste, że im bardziej oddalamy
się w czasie od pewnych zdarzeń, tym
mniej i rzadziej o nich mówimy. Czasem
jest to potrzebne, aby lepiej lub słuszniej ocenić miejsce, zdarzenia czy ludzi.
Ryc. 1. Artur Hazelius. Rysunek N. KjellberDotyczy to również dr. Artura Hazeliuga (Nordiska museet). Wg Gosta Berg, Karlin
sa (Ryc. l ). W tym przypadku nie pound Hazelius, 1986.
trzebujemy dokonywać oceny działalności, bowiem świadczy o tym ogólnoświatowy prąd kulturotwórczy, któremu On
nadał bieg. Powinniśmy natomiast poznać wszystkie realia, które towarzyszyły
narodzinom idei ijej rozwojowi. Hazeliusowi - jak można sądzić - na pewno
nie zaświtała nawet myśl, że muzeum, któremu dał początek, będzie rocznie gościć przeszło dwa miliony zwiedzających4, zapewne nie sądził też, iż konkretne
działanie, jakiego się podjął, zamieni się w ideę o wartościach humanistycznych
w globalnych rozmiarach, którą w samej Europie realizuje się w przeszło 2200
wsiach i miastach oraz w dużej, nieznanej liczbie miejscowości na wszystkich
kontynentach5.
Przeszło 20 lat temu napisałem, że "nie wiemy, czy i najakie trudności natrafiał Hazelius w realizacji swojego pomysłu". I nadal podtrzymuję to twierdzenie6,
chociaż może nie w całej rozciągłości, bowiem dziś wiedza na tematy skansenowskie jest znacznie bogatsza. Wiadomo powszechnie, że w archiwum Nordiska museet w Sztokholmie są różne dokumenty, ale ich studiowanie w szwedzkim archiwum dostępne jest jedynie dla wybrańców. Bliskie podjęcie się - jeśli
'",i;.1',-,

Baken om Skansen, red. N.E. Baehrendtz, Stockholm 1980, s. 242-247.
J. Czajkowski, Muzea ... , op. cit., s. 20, 313-329.
6 Sam Hazelius nie krył się z trudnościami, zwłaszcza finansowymi, bowiem bazował na prywatnych fundacjach i donacjach.
4

5

�A

propos Hazeliusa i Skansenu

277

dobrze rozumiem słowa Waldemara Kopczyńskiego7takiej kwerendy dobrze
rokuje polskiej skansenologii. Szkoda, że już w 87. tomie "Ludu" nie znalazło się
miejsce dla kilku interesujących dokumentów, choćby wykazy podróży po kraju
i po całej Skandynawii, o których Autor wzmiankuje w sposób zupełnie ogólny
lub zapisane wrażenia Hazeliusa ze spotkań z ludźmi, z pobytu na światowych
wystawach itp. Bardzo użyteczne byłoby wykorzystanie materiałów zebranych
w pracy Arvida Breckstr6ma, której nie znałem wcześniej, a jest ona kopalnią
wiedzy o działaniach Hazeliusa w ciągu całego 1891 rokus. Pomijam fakt, że pomogłaby lepiej zrozumieć osobowość Hazeliusa, ale istotna jest ze względu na
problematykę czasu powstania samej koncepcji idei, o której mówimy. Doskonałą charakterystykę znajdujemy też w znanej Autorowi pracy Bringeusa9, który
przytacza między innymi wypowiedź Hazeliusa z 1898 roku na temat muzeum na
wolnym powietrzu lO. Warto też wziąć pod uwagę słowa Bengtssonal', odszukać
źródło jego informacji i ewentualnie wyjaśnić tę kwestię, tak jak i szczegóły techniczne, dokumentacyjne i finansowe związane z przenoszeniem pierwszych obiektów. Jeśli Autor - poprzez swoje studia archiwalne - pomoże je zrozumieć,
wówczas nie będzie podstaw do pisania, że [dotychczas!] nieznane są trudności
towarzyszące akcjom przejmowania i translokacji budynków do muzeuml2,
a ogólnoeuropejskiej muzeologii dostarczone będą historyczne dowody na przebieg prac w początkowym okresie. Każdy organizator muzeum na wolnym powietrzu napotyka na różne trudności, o czym się przekonujemy, gdy rozpoczynamy realizację takiej placówki.
Stwierdzenie, że z listów, notatek i wspomnień "dowiadujemy się szczegółowo
o planach i realizacji Skansenu" (s. 63) nabiera cech realnych wtedy, gdy dotyczy określonych prac. Sam Autor zwraca uwagę na "troskę i zarazem obawy
o powstanie Skansenu" (s. 75), wyrażone w liście Hazeliusa publikowanym przez
F. B66ka13• W innym miejscu stwierdza też, że "zakup terenu pod muzeum Skansen nie był przedsięwzięciem łatwym" (s. 76). W związku z tym nie ma przesady, jeśli się informuje, że trudności musiały mieć miejsce, szczególnie przy całkowicie eksperymentalnej organizacji obiektu.

Aby uniknąć ewentualnych nieporozumień będę dalej używał określenia: Autor.
A. Breckstrom, "Lat dina portar up" Glimtar av Skansen under F6delsearet. "Fataburen".
Nordiska museets och Skansens Arsbok, Stockholm 1942, s. 109-128.
9 N.-A. Bringeus, Artur Hazelius och Nordiska museet. "Fataburen", 1972, Uddevallas, s. 7-30.
IQ Ibidem, s. 20.
II J. Czajkowski, Muzea ... , s. 16, przyp. 21. Bengt Bengtsson, dyrektor "Kulturen" w Lund
w 1965, w tymże roku z okazji otwarcia "Das Schleswig-Holsteinische Freilichtmuseum" wygłosił
referat Ursprung und Idee des europiiischen Freilichtmuseums. opublikowany w "Berichte aus dem
Schleswig-Holsteinischen Freilichtmuseums", Heft 3--4, Neumiinster 1967, s. 3-14.
12 Myślę, że wszyscy organizatorzy
muzeów na wolnym powietrzu potrafią zrozumieć trudności związane z organizacją ibudową muzeum.
J)
F. Book, Artur Hazelius. En levnadsteckning. Stockholm 1923. Cyt. za W. Kopczyńskim,
op. cit., s. 75.
1

8

�278

Jerzy Czajkowski

W rozpowszechnianiu idei Hazeliusa od samego początku ważną rolę odgrywały informacje przekazywane przez popularne gazety i różne czasopisma, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Nie słyszałem jednak, aby ktoś podjął się trudu
zebrania i oceny wartości takiego materiału. Należy się liczyć z dużymi trudnościami, chcąc np. w Szczecinie znaleźć stuletnie gazety z Krakowa, Lwowa czy
Warszawy. Napomykam jednak o tym, bowiem warto i trzeba pamiętać, że u nas
pisano na ten temat od początku XX wieku'4. Nie zawsze to, co było publikowane w gazetach lub czasopismach należy uznawać za literaturę "niefachową",
ajeśli nawet, to nie możnajednakjej nie dostrzegać i nie doceniać, bowiem dzięki gazetowym artykułom popularyzowano problem ochrony zabytków budownictwa, w tym również potrzebę tworzenia muzeów na wzór sztokholmskiego Skansenu. Jest to uwaga ogólna i w żadnym razie nie odnosi się do Autora.
Piszący nieraz popełniają błędy, szczególnie, gdy nie korzystają z bezpośrednich źródeł. Autor ma więc rację, zauważając, iż śp. Andrzej Gólski o 10 lat przyspieszył śmierć Hazeliusa15• Nawet przy dużej dozie dobrej woli nie można tego
szczegółu uznać za pomyłkę. Brak przypisu uniemożliwia jednak, zarówno Autorowi jak i mnie, wyszukanie źródła, a w żadnym ze znanych polskich i zagranicznych wydawnictw nie znajdujemy takiego lapsusu.
Lektura opracowania A. Gólskiego nie nasunęła Autorowi żadnych innych zastrzeżeń, gdyż w gruncie rzeczy jest to popularny, ale dobrze napisany artykuł.
Oparł się on m.in. na znacznie wcześniej opublikowanej pracy Kazimiery Zawistowicz-Adamskiejl6, skąd przeniósł informację do swego opracowania o zakupie pierwszego obiektu "w miejscowości Mora"I? Ten szczegół w pracy Gólskiego Autor pominął milczeniem, aby tym silniej uwypuklić, że to ja właśnie wprowadzam "nieścisłe nazewnictwo", bowiem - jak pisze - "Mora to nie nazwa
farmy, to nazwa miejscowości!"'8. Ja w istocie napisałem " ...zakupił Hazelius farmę Mora ..."19. Jeśli jest tu błąd, to przYpatrzmy się, jak funkcjonował ten błędny
termin w naszej, i nie tylko, literaturze przedwojennej, a nawet po IIwojnie światowej. St.M. Sawicka (przyp. 12) w doskonałym merytorycznie opracowaniu pisała, że Hazelius zebrał potrzebne fundusze "...by zakupić w r. 1885 kilka budyn14 Np. J. Petrażycka- Tomicka, Szkice skandynawskie,
Lwów 1913, s. 18-36 (precyzyjne opisy
muzeów w Sztokholmie, Oslo i Lyngby); M. Flasiński, Muzeum Północne i Skansen w Sztokholmie.
"Młoda Polska" nr 24, 1924, s. 3-4; M. Morelowski, Kraków i "Skansen ", "Czas" nr 136 i 137
z dn. 17 i 19 VI 1927; T. Seweryn, Wzorowe osiedla muzealne, "Kuryer Literacko-Naukowy" nr 29,
z dn. 18 VII 1927; St.M. Sawicka, Skansen - Szwecja w miniaturze, "Arkady", R. Y, Warszawa
1939, styczeń nr 1, s.3l-41.
IS A. Gólski, Zarys historyczny powstania
muzeów skansenowskich w Europie i ich klasyfikacja,
w: Muzea skansenowskie w Polsce, Poznań 1972, s. 18.
16 K. Zawistowicz-Adamska,
Park etnograficzny - muzeum pod otwartym niebem, "Łódzkie
Studia Etnograficzne", t. I, Łódź 1959, s. 7-19.
17 Ibidem, s. 17, Gólski op. cit., s. 8.
18 W. Kopczyński,
s. 64.
19 1. Czajkowski,
op. cit., s. 254.

�A

propos Hazeliusa i Skansenu

279

ków... w fermie (!) Mora w Dalekarlii", ale w podpisie pod zdjęciem podała: "Podwórzec fermy z Mora ..."2o.Jeszcze w 1957 roku Natalia Czechowiczowa odnotowała, cyt.: "W r. 1885 Hazelius, dzięki poparciu społeczeństwa, miał możność sprowadzić do Djiirgardenu części zabytkowej fermy Mora ... "21. Być może,
iż Autorowi nie dane było zapoznać się z tym opracowaniem, bo inaczej dostrzegłby, że w jednym zdaniu jest kilka błędów. Natomiast korzystając z opracowania
Alfreda Zaręby, Autor również przeoczył, co napisał on przed pół wiekiem,
a mianowicie, iż Hazelius kupił ". ..chatę z miejscowości Mora w środkowej Szwecji ...''22.Do A. Zaręby wrócimy jeszcze niżej.
Przyjrzyjmy się także temu, co znajdujemy w opracowaniach szwedzkich, również w wydawnictwach publikowanych w Szwecji w języku niemieckim i angielskim. W przewodniku w języku niemieckim: "Moragarden. Der Morahof ist aus
Hausem der Gegend von Mora ... zusammengestellt. Der Hofhat zwei ohnhauser
eines flir den Bauern, das sogenannte Morahaus ..."23,a w innym przewodniku
do tych samych słów dodano: " ...aus dem Dorf Ostnor (das erste Gebiiuden
Skansens ...)"24.Przewodnik w języku angielskim na s. 5-6: "In ... 1891...The Mora
farmhouse was moved ... "25.W popularnym opracowaniu monograficznym w języku angielskim czytamy: "The Mora farm is made up ofbuildings ... from the
parish of Mora" (s. 2), a dalej "The farmhouse of the Mora farm comes from
Bulla's farm in the village ofOstnor. .. 4 kilometres north-west ofMora" (s. 3),
a pod koniec (s. 21) czytamy: "The house from Mora, known in literature as the
«Mora cottage» (Morastugan) was moved from Bulla's farm in the village of
Ostnor ... "26.Podobne informacje znajdujemy w źródłowym wydawnictwie Skansens hus och gardar7 (s. 343 i n.), zaś w dziele redagowanym przez Nilsa Erika
Baehrendtza, na którego Autor się powołuje, jeden z akapitów zaczyna się od
słów: "Ostnorsstugan, eller Morastugan"28, a według słownika szwedzkie elier
oznacza polskie albo.
Osada Ostnor wymieniona została również przez wybitnego znawcę muzealnictwa skansenowskiego w Szwecji, Rolanda Anderssona, w jego monografii
o muzeach na wolnym powietrzu w Dalarna29. Autor nie powołuje się jednak na
tę monografię, gdzie na s. 10 czytamy: ,,1891 oppnades Skansen. Hit hade da en
St.M. Sawicka, s. 32, 39 i n.
N. Czechowiczowa, Z dziejów skansenu w Polsce, "Muzealnictwo", 1957, nr 6, s.IO.
22 A. Zaręba, Uwagi a muzeach skandynawskich,
"Lud", t. 41, cz. 2,1954, s. 1139.
23 Skansen Gebiiude und TIere ein kurzer Fiihrer, Stockholm 1974, s. 21.
24 Skansen, Halmstad 1991, s. 22.
25 A. Biornstad,
Skansen Stockholm Sweden, Boras 1991.
26 M. Rehnberg, The Morajarm,
M. Janson ed., Stockholm 1975, ss.24.
27 1. Arno-Berg,
A. Biornstad (red), wyd. Nordiska museet Skansen, Jokoping 1980,
ss. 944.
28 N.E. Baehrendtz (red.), Baken om Skansen, 1980, s. 27. A. Biornstad,
Skansen Stockholm
Sweden, Boras 1991. M. Rehnberg, ss. 24.
29 R. Andersson, Hembygdsgardar
Dalarna, Falun 1978, ss. 206.
20
21

�Jerzy Czajkowski

280

stuga fran Ostnor i Mora flyttats och inretts"3o. Dodajmy jeszcze, że w artykule
opublikowanym w Polsce w 1985 roku na temat muzeów w Dalarna tenże Roland Andersson napisał o otwarciu Skansenu i dodał: "Vnter den Hausern gab es
ein einfaches Haus aus Mora in Dalarna ..."31.Z wielu innych wybieram jeszcze
artykuł dyrektora muzeum "Kulturen" w Lund, Bengta Bengtssona, który pisał
w 1965 roku: "Der erste Einkaufwurde im Jahre 1885 vollzogen, aIs ein Wohnhau s von Mora in Dalecarlia gekauft wurde"32. Z tej właśnie pracy przejąłem
nazwę wsi Mora.
Sądzę, że porównanie sporej garści szczegółów wyjaśnia wszystko, zwłaszcza
gdy uwzględni się to, co Autor pisze (s.75), że sam Hazelius pewnego razu powiedział do idącego z nim Holmstroma: "Popatrz! Tutaj będziemy mieć chałupę
z Mora, tutaj z Blekinge, a tam z Bollnas"33 (podkreśl. moje).
W świetle powyższych danych zarzut o wprowadzaniu przeze mnie nieścisłego nazewnictwa należy traktować co najwyżej dyskusyjnie. Dobrze byłoby zaś
wyjaśnić, że Mora była starą wsią kościelną i że była w niej gmina administracyjna, stąd prawdopodobnie dwoistość znaczenia. Obserwujemy to również
w innych miejscowościach Szwecji. Dodajmy, że w samej Mora powstało w 1905
roku. Stowarzyszenie "Przyjaciół rodzimej kultury w Mora" założone przez Andersa Zorna i jego żonę imieniem Emma34.Umożliwiło to zorganizowanie w Mora
w latach 1911-1919 i 1929-1930 muzeum na wolnym powietrzu. Znajduje się tam
39 obiektów przeniesionych z całej parafii. Ponadto 4 bardzo stare obiekty objęto
opieką in situ35•
W jednym wypadku Autor odwołuje się do archiwum sztokholmskiego, wspominając o pamiętniku z podróży (s. 68) z opisem zagrody wiejskiej. Poza tym
wszystkie fakty w artykule Autora - interesujące zresztą i pożyteczne - zostały zaczerpnięte wyłącznie z literatury, którąjednak należałoby rozszerzyć. Jedną
z istotnych pozycji, które powinny się tu znaleźć, jest - wspomniana już - praca B. Bengtssona36, w której znajdujemy wspomnienia o marzeniach, jakie miał
mieć Hazelius, rozmawiając z przyjaciółmi. Trudno rozstrzygnąć, w jakim stopniu
jest to materiał wiarygodny, brak bowiem źródła. Inny wybitny znawca, Gosta
Berg ze Sztokholmu, opublikował wyśmienity artykuł o Karlinie i Hazeliusie37.
Zawiera on wiele szczegółów dotyczących biografii Artura Hazeliusa, m.in. sto30
31

Ibidem, s. 10.
R. Andersson, Freilichtmuseen in Dalarna (Schweden), ,,Acta Scansenologica", t. 4, Sanok 1986,

s.67.
B. Bengtsson, op. cit., s. 6.
Kopczyński, op. cit., s. 75.
34 R. Andersson, Freilichtmuseen
op. cit., s. 68.
35 R. Andersson,Hembygdsgardar
, op. cit., s. 124-129. G. Boethius, Viigledning.fOrbesokande i Zorns Gammelgard pa skeriol, bmd, ss. 23.
36Ursprung und Idee des europiiischen Freilichtmuseums. "Berichte aus dem Schleswig-Holsteinischen Freilichtmuseum",
1967, z. 3-4.
37 G. Berg, Karlin und Hazelius. "Acta Scansenologica",
t. 4, Sanok 1986, s. 9-23.
32

33W.

�A

propos Hazeliusa i Skansenu

281

sunków rodzinnych i szkolno-uniwersyteckich,
planów muzealnych w ogóle,
a także uwag o muzeum na wolnym powietrzu38. Obaj z Karlinem często kontaktowali się ze sobą.
Z literatury duńskiej godny polecenia i łatwo dostępny jest artykuł Holgera
Rasmussena39 oraz duże i bardzo dobre opracowanie Petera Michelsena o głównym duńskim muzeum na wolnym powietrzu40. Uwzględnienie historii tegoż muzeumjest szczególnie ważne, bowiem jego twórca, Bernhard Olsen, spotykał się
z Hazeliusem i też rościł sobie prawa do palmy pierwszeństwa w realizacji idei
muzeów na wolnym powietrzu. Jest to bardzo wdzięczny temat do ostatecznego
wyjaśnienia w naszej literaturze naukowej. Powyższe nazwiska i tytuły są tylko
przykładowe.
Wiele bardzo wczesnych szczegółów odnoszących się do początków kształtowania się idei muzealnictwa na wolnym powietrzu znacznie wyprzedza okres,
kiedy zaczęto o tym myśleć realistycznie, dyskutować, a następnie działać. Odkrywcze to nie jest, bo historycy muzealnictwa wiedzą o tym od dawna41. Niezrozumiałe natomiast jest, co Autor ma na myśli, mówiąc o wpływie "okresu
wielkiego przełomu w technikach tworzenia obrazu" (s. 64). Ta górnolotnie sformułowana myśl nie wiąże się bezpośrednio ani z Janem (!) Bujakiem42, ani
z realizacją idei Hazeliusa. Chyba, że się znowu mylę.
Jeśli już wspomniałem o tej drobnej pomyłce z imieniem Jana Bujaka, przychodzi mi na myśl potrzeba sprostowania, również omyłkowo podanego przez
Autora, nazwiska Bogdana Tretera (zmienionego na B. Tretet), który był autorem niewielkiego opracowania o Muzeach pod otwartym niebem (s. l 95-203)43.
Słuszna uwaga, że w artykule mylnie podano, iż Hazelius był lekarzem, nie może
jednak odnosić się do Tretera, bowiem Autor przeoczył przypis nr l na s.197,
w którym wyraźnie zaznaczono, że "Początek tego rozdziału aż do nin. odnośnika pochodzi od Redakcji". Błąd jest istotny, ale kto go zrobił - nie wiadomo.
Z pewnym zdziwieniem przeczytałem fragment (s. 64), że M. Pokropek
w swojej pracy "niewiele uwagi poświęca" zasługom Hazeliusa44. Zapewne nie
warto polemizować, ale - moim zdaniem - profesor Pokropek nie pisał o dokonaniach Artura Hazeliusa, lecz o polskim budownictwie drewnianym i w tym
kontekście nie można by mieć mu za złe, gdyby w ogóle nie wspomniał nazwiska
twórcy Skansenu. Sądzę, że Autor nie przeczytał do końca akapitu, gdzie ten
Ibidem, s. 14-16.
H. Rasmussen, Przyczynek do historii nordyckich muzeów etnograficznych i na otwartym
powietrzu, ibidem, s. 29--41.
40 P. Michelsen, Frilandsmuseet. The Danish MlISeum Village at Sorgen/ri, The National Museum
ofDenmark 1973, ss. 238.
41 Np. 1. Berg, Driiktdockor
- Hazelius' och andras. "Fataburen", Uddevalla 1980, s. 9-37.
42 Autor ma na myśli Jana Bujaka (a nie A. Bujaka), który opublikował
Muzealnictwo etnograficzne w Polsce (do roku 1939), ZNUJ, Prace Etnograficzne nr 8, Warszawa-Kraków 1975.
4J Muzealnictwo, red. S. Komornicki i T. Dobrowolski, Kraków 1947.
44 M. Pokropek, Budownictwo
ludowe w Polsce, Warszawa 1976, s. 138.
J8
J9

�282

Jerzy Czajkowski

wybitny znawca budownictwa, sztuki i kultury ludowej napisał: "Muzeum to (chodzi o Skansen - J.e.) dało także (!- J.C.) początek świadomej i celowej działalności na polu ochrony zabytków architektury przez przenoszenie obiektów na
teren muzeów, zabezpieczanie ich przed zniszczeniem, a nadto udostępnianie
zwiedzającym".
- Czyż może być większa pochwała Człowieka i jego Dzieła?
W obszernym opracowaniu Anny Drzewieckiej-Banaszek na temat etnologii
szwedzkiej Autor nie znalazł nic godnego uwagi, co może być zrozumiałe, bowiem problem Skansenu nie był dla niej tematem zasadniczym, natomiast zauważył,
i słusznie, że lOwroku 1890 Hazelius założył muzeum pod gołym niebem - Skansen ..."45.Należy przyznać rację Autorowi, bowiem dopiero w następnym roku
nastąpił zakup terenu, przeniesienie pierwszych budynków i otwarcie nowej placówki. Jednak istnieje błąd w pracy, który uszedł uwagi Autora lub przeszedł on
nad nim do porządku dziennego. Otóż na s.73 A. Drzewiecka jeszcze raz pisze:
"Przy Nordiska Museet zostało zorganizowane w 1881 r. [...] muzeum na otwartym powietrzu - Skansen ...". Jest to oczywiście chochlik drukarski, ale błąd
pozostaje błędem i powinien być zauważany przez wszystkich.
Wracając do Alfreda Zaręby, Autor pisze na s. 64, że Zaręba pisze w swym
artykule, iż "terytorialnie Skansen rozrósł się dzięki staraniom następców Hazeliusa"46. I dodaje natychmiast od siebie: "To jednak właśnie dzięki staraniom
i niebywałemu poświęceniu samego Hazeliusa Skansen poszerzył swój areał"
(s. 64). Skonfrontujmy zacytowaną przez Autora wypowiedź Zaręby zjego własnym tekstem. Zaręba pisał: "Skansen [...] staraniem następców Hazeliusa rozrósł się terytorialnie i rozwinął tematycznie". Już na pierwszy rzut oka widać, że
Autor przerobił szyk zdania, a przez odrzucenie dwóch ostatnich słów ("rozwinął
tematycznie") wypaczył treść całej wypowiedzi. Jeśli się uwzględni, że Hazelius
pozostawił po sobie 22 obiekty, a obecnie jest ich ponad 150, pozostaje nam stwierdzić, że dzięki wysiłkom organizacyjnym i finansowym Hazelius zapewnił potomnym właściwy obszar terenu do pełnej rozbudowy muzeum, którego był pomysłodawcą i twórcą.
Jest kwestią bezdyskusyjną, że Hazelius wykupił w latach 1891, 1892, 1896,
1897, 1898 i 1901 zdecydowaną większość obszaru Skansenu, ale niewielkie fragmenty na obrzeżach nabywano jeszcze w latach 1929, 1934, 1955 i 197947.Tych
szczegółów nie ma w pracy Autora, co także jest zrozumiałe, bowiem ogranicza
się on do relacji związanej z osobą Artura Hazeliusa, ale czasami powstają przez
to niedomówienia.

45 A. Drzewiecka-Banaszek,
Etnologia w Szwecji. Zarys rozwoju i współczesna organizacja,
"Lud", t. 63, 1979, s. 61.
46 A. Zaręba, op. cit., s. 1147.
47 Skansens hus och gardar, op. cit., s. 19, mapa ilustrująca zakup gruntów Skansenu do 1979 r.

�A

propos Hazeliusa i Skansenu

283

Przyjrzyjmy się jeszcze początkowemu rozwojowi Skansenu pod względem
przyrostu ilości obiektów, najlepiej w układzie chronologicznym. Jak nas informuje sam Hazelius48, pierwsza część terenu została wykupiona 2 marca 1891 roku
i natychmiast rozpoczęto prace budowlane49, stawiając:
Rok 1891: - Dom chłopski, Morastugan, z Ostnor50, par. Mora (Dalarna), 1. poło
XVIII W. (ryc. 2/1).
- Dom z Kyrkult (Blekinge), XVII-XVIII W. Jako typ znany w XIV
wieku (ryc. 3).
- Dom z Kallmora, par. Orsa (Dalarna), kamieniarza, jednownętrzny, zrębowy, koniec XVIII wieku.
- Dom z Katen (zach. Blekinge),jednownętrzny,
z kamieni. Kopia
wg wzoru z XIX W.
- Chata węglarza. Kopia.
- Obóz lapoński (Jamtland). Kopie.
Rok 1892: - Dom chłopski zw. Bollnasstugan, z osady Herte, par. Bollnas (Halsingiand), XVIII wiek.
- Dzwonnica z Hasjo (Jamtland), wolno stojąca, wys. 21 m. Kopia
wg oryginału z 1778 roku.
- Wieża nazwana "Bredablick", zbudowana w 1874-76, zakupiona
wraz z częścią terenu muzeum w 1892 roku.
- Szopa na siano (Dalarna).
Rok 1893: - Piętrowy spichlerz z Bjorkvik, par. Ostra Ryd (Ostergotland). Kopia, XVII wiek.
Rok 1894: - Szopa zrębowa na siano z Nederkalix (Norrboten).
- Dzwonnica słupowa z Hallestad (Ostergotland), wys. 40,5 m, 1733
rok.
Rok 1895: - Piętrowy budynek zrębowy z Forsa (Halsingiand), do obróbki lnu,
l. poł. XIX wieku.
Rok 1896: - Czworoboczna zagroda z Oktorp (Halland), XVIII wiek (ryc. 4).
- Altana ogrodowa filozofa Emanuela Swedenborga, Sztokholm,
XVIII wiek.
Rok 1897: - Spichlerz z Farnas (Dalarna), włączony do zagrody Mora, 1595
rok.
Rok 1898:- Dom zrębowy z kamienną stodołą z osady Homborga (Vastergotland).
Rok 1899: - Spichlerz piętrowy z Vensjogle, gm.Virserum (Smaland), koniec XVI
wieku.

48 A. Hazelius, Ur Nordiska museets historia, "Meddelanden
fran Nordiska museet 1898", wyd.
Artur Hazelius, Stockholm 1900, s. 271-400.
Ibidem, s. 282, 283.
50 Nazwy miejscowości
w pierwszym przypadku.

4.

�284

Jerzy Czajkowski

Rok 1900: - Wiatrak z Gamiegarden, gm. Frammestad (Vasterg6tland), 1750 r.,
przebudowany w 1828 roku.
- Altana ogrodowa z ul. Belmansgatan, Sztokholm, ok. 1700 rok.
Rok 1901: - Spichlerz piętrowy z Vastveit, (Telemark, Norwegia), pocz. XIV
wieku.
Jak widać z powyższego zestawienia, w czasie otwarcia muzeum Hazelius udostępnił zwiedzającym dom z Ostnor, który wszedł później w skład zagrody z Mora
(ryc. 2), dom z Kyrkult (ryc. 3), prezentujący południowo-szwedzką linię rozwojowąjednownętrznego mieszkania (tzw. ryggasstuga) ze spichlerzami po bokach51
orazjednownętrzny dom postawiony na terenie Skansenu z głazów polodowcowych, na przykładzie którego pokazano proletariacki sposób budowy w XIX wieku52• Szałasy: węglarza i lapońskie oraz cały obóz lapoński stanowiły uzupełnienie pierwszej ekspozycji. Ten ostatni znajdujemy na ilustracji umieszczonej w"Ny
Illustrerad Tidning" z dnia 31 października 1891 roku, gdzie, oprócz namiotów ze
skór, pokazano trzy zrębowe spichlerzyki umieszczone na słupach, wysoko nad
ziemią, czółna, a nawet wzgórze ofiarne53•
Zwróćmy uwagę, że zakup terenu pod muzeum, rozbiórka i przewiezienie
z dość odległych stron dwóch domów, następnie budowa wszystkich pięciu obiektów musiała się dokonywać w niezwykle szybkim tempie. Dobór obiektów wydaje się dość przypadkowy, takjakby Hazelius się spieszył. Może chodziło o rzeczywiste opanowanie terenu przez jego zabudowę. Byłoby wielce pożyteczne, gdyby
udało się znaleźć wytłumaczenie tego w archiwum Nordiska museet lub w szwedzkiej literaturze. Autor, powołując się na O. Wetterberga54 pisze, że "projekt Skansenu Artura Hazeliusa był iskrą zapalną" w muzealnictwie (s. 76). Jeśli sięjednak
weźmie pod uwagę, że były różne tlUdności, że pierwsza ekspozycja nosi cechy
przypadkowości, wówczas powstaje pytanie, czy można uznać, że Wetterberga
"projekt" odnosi się do dokumentu wyrażonego na papierze, czy raczej był to
skonkretyzowany pomysł Hazeliusa. Czy nie słuszniej byłoby rozważyć, że dopiero pokazanie w czasie otwarcia wyposażonych domów z Ostnor/Mora,
z Kyrkult i obozu lapońskiego z Lapończykami z Kallmora mogło być tą iskrą
zapalną, tym bardziej, że Hazelius już wcześniej nie krył swoich planów pokazania kultury Szwecji poprzez ekspozycję muzeologiczną na Skansenie, ale o projekcie studyjnym czy realizacyjnym dotychczas nie posiadamy informacji.
W dalszych latach przenosił Hazelius dużej klasy zabytki, jak np. zagrodę
z Oktorp (ryc. 5), spichlerze z VirselUm, Farnas i Vensj6gle, ajednocześnie budował kopie spichlerza z Bj6rkvik i dzwonnicy z Hasj6. Z bardzo dużej odlegości,
z gór Telemarku w Norwegii, przeniósł spichlerz z początku XIV wieku, sprzed
SI Skansens hus och gardar, op. cit., s. 131-143. Tu z jednej strony jest piętrowy ,,10ft" z izbą
letnią na parterze, a po drugiej ,,10ft" gospodarczy, rodzaj komory.
52 Ibidem, s. 125.
53 A. Breckstr6m,
op. cit., s. 115, ryc. 2.
54 O. Wetterberg, Sam/undet utveck/ar byggnadsku/turen,
"Bygd och Natur", 1991.

�A

propos Hazeliusa i Skansenu

285

-"[OJ
,.'
"

o

s

ro

~

7

71le Mora farm: I. the farmhouse from Ostnor. 2. stable
from BergkarlUs. 3. Back Mats' cottage from Venjan. 4.
the house from Malung. 5. storehouse from Bergkarliis. 6.
store from Fiirniis. 7. store from 50s, 8. bamfrom Vika,
9.fodder-Jforefrom
Noret. 10. cowshed/rom Noret, II.
dWlg-heap from Noret. 12. storehouse with a cellar from
Noret, 13. wellfrolllOstnor,

Ryc. 2. Zagroda w Skansenie prezentująca typowy układ obiektów we wsi
Mora, Dalarna.Według Arno-Berg L, A. Biornstad (red), Skansens hus och
gardaI', 1980.

�286

Jerzy Czajkowski

okresu czarnej śmierci, który upatrzył sobie w czasie podróży po Norwegii w 1874
rokU55,a myślał także o średniowiecznym, norweskim kościele z Borgund56. Ta
kwestia wiąże się ze skandynawizmem (panskandynawizmem) Hazeliusa57 wynikającym z Unii Personalnej Szwecji z Norwegią, na którą w owym czasie wielu Norwegów patrzyło już okiem niechętnym. Idea ta rozwijała się w XIX wieku,
ale korzeniami sięgała głęboko w historyczną przeszłość całej Skandynawii58.
W XIX wieku była ona w Szwecji odpowiednikiem panslawizmu europejskiego,
stanowiącego polityczną koncepcję carskiej Rosji. Z informacji Autora59 wynika,
że w biografii Hazeliusa problem ten może być marginalny, nie mniej - jak sądzę - warto poświęcić mu więcej uwagi.
Zestawienie obiektów przenoszonych przez Hazeliusa rzuca nieco światła tylko na wstępny okres istnienia muzeum. Rozważmy to na przykładzie jednej zagrody i to tej, której miano pojawia się na wielu stronach niniejszego komentarza.
Pamiętamy, że Hazelius na pierwszym miejscu wymienił chałupę z Mora, gdy
mówił o tym do Holmstroma. I tę chałupę, z sąsiedniego Ostnor, jako pierwszą
przeniósł do muzeum (ryc. 2/1). Pochodzi ona z XVIII wieku. Jest w niej duża
izba, sień z boku z wejściem z pola w dłuższej ścianie. W tylnej części sieni jest
od początku wydzielona komora z wejściem z izby. Boczna ściana pieca usytuowanego w izbie ogrzewa komorę. Następny obiekt do tej zagrody został przeniesiony dopiero w 1897 roku. Był nim spichlerz z Farnas (ryc. 2/6) z 1595 roku.
Z nieznanych nam przyczyn nastąpiła trzydziestoletnia przerwa w rozbudowie zagrody Mora. Dokończono ją w latach 1926-1930. W tym okresie przeniesiono:
stajnię dla koni (ryc. 2/2) i piętrowy 10ftz 1574 roku (ryc. 2/5) z Bergkarlas, dwuwnętrzny budynek z Malung z 1585 roku (ryc. 2/4) oraz spichlerz z Sas (ryc. 2/7)
z 1589 roku. Wszystkie te budynki tworzą ścianę wschodnią zagrody z bramą
w środku. W ścianie południowej jest dwuwnętrzna stodoła z Vika (ryc. 2/8), obok
szopa na siano, przy niej brama i stajnia (ryc. 2/1 O)- wszystkie z Noret. W ścianie zachodniej jest również brama i podpiwniczony budyneczek z Noret (ryc. 2/12),
a pod kątem prostym do budynku z Ostnor ustawiono drugi dom z XVIII wieku.
z takim samym programem wnętrza (ryc. 2/3), ale przeniesiony z Knas, parafia
Venjan. Opisana w skrócie zagroda jest odtworzeniem przeciętnej zagrody ze wsi
Mora, co też tłumaczy jej muzealną nazwę60.
W ostatnich latach dość często debatowano w Polsce, i nie tylko, nad budowaniem kopii obiektów zabytkowych lub odtwarzaniem nieistniejących już budynSkansens hus och gardar, op. cit., s. 505.
A. Hazelius, Ur Nordiska ... , op. cit., s. 282.
57 Autor wspomina
wprawdzie o "skandynawizmie" Hazeliusa, ale nie tłumaczy istoty rzeczy.
58 L Andersson, Dzieje Szwecji, przełożył S. Piekarczyk, Warszawa 1967, s. 71-75.
59 W. Kopczyński,
op. cit., s. 69.
60 A. Breckstrom,
op. cit., s. 117, w opisie budynku (por. ryc. 3), wykonanym 3 pażdziemika
1891, czytamy: "Nordiska museets svenska byggnader pa Skansen a Djurgarden: Hogstuga fran
Mora. [...]. Budynki dla bydła omawia szczegółowo Mats Janson, Hus far fii, "Fataburen 1986",
Husdjuren och vi, s. 175-190.
55

56

�A

propos Hazeliusa i Skansenu

287

Ryc. 3. Sztokholm, Skansen. Mieszkalna część zagrody z Kyrkhult, Blekinge, XVII-XVIII
Fot. 1. Czajkowski, 1976.

Ryc. 4. Mieszkalna część zagrody z Oktorp, Halland, XVIII wiek. Fot. 1. Czajkowski,

wiek.

1976.

�288

Jerzy Czajkowski

ków. Jak widać z przedstawionych materiałów, Hazelius od początku traktował
jednakowo zabytki w terenie i ich kopie. Świadczą o tym budowane w Skansenie kopie obiektów oryginalnych, mimo że w wielu wsiach musiały w owym czasie jeszcze istnieć analogiczne budynki. W każdym razie wyprzedził on w myśleniu europejskich naśladowców o dobre 50 lat. Warto ten szczegół szerzej wyjaśnić na podstawie odpowiednich materiałów źródłowych61, jeśli coś na ten temat
pozostało po wielkim twórcy, np. dokumentacje techniczne kopiowanych budynków lub teksty opublikowane. Być może problem ten wynikał z założenia programowego, aby na obszarze Skansenu pokazać Szwecję w miniaturze62• Tym można tłumaczyć istnienie w Skansenie obiektów odbiegających od tradycyjnej architektury wiejskiej, a także ogrodu zoologicznego, ogrodu różanego ze 150
gatunkami róż, odrębnego ogrodu zielarskiego czy też datowanych kamieni milowych oraz kamieni z napisami runicznymi63• Duża ilość zieleni, szczególnie różnorodność uprawianych kwiatów, stanowi wybijającą się cechę Skansenu, której
podstawę znajdujemy w przemyśleniach Hazeliusa. Uważał on, że ogródki kwiatowe i jarzynowe powinny towarzyszyć budynkom mieszkalnym64• Sądzę, że
rozwiązania tej kwestii można szukać w opracowaniu pierwszych lat historii
Nordycznego Muzeum, autorstwa samego Hazeliusa65• Dzieło to nie zostało przez
Autora uwzględnione, a stanowi jedno z najważniejszych źródeł do opracowania
biografii twórcy Skansenu. Jest tu, między innymi, cały rozdział zatytułowany
Friluftsmuseet pa Skansen66, w którym Hazelius omawia problem muzeum na
wolnym powietrzu i kolejne zakupy budynków w poszczególnych latach. Na początku rozdziału poinformował, że zakupił dom (hogstuga) w parafii Mora w 1885
roku, który w 1891 roku został przeniesiony do Skansenu. To osobiste stwierdzenie Hazeliusa jest historycznym udokumentowaniem pomysłu utworzenia muzeum
na wolnym powietrzu, chociaż już rok wcześniej (1884) pisał w swoim dzienniku
o potrzebie przeniesienia do Sztokholmu dzwonnicy z Hasj667• Również Marta
Hofmann z Norsk Folkemuseum wskazuje, że w tym właśnie czasie mogła
w umyśle Hazeliusa narodzić się myśl stworzenia nowego rodzaju muzeum68• Niewykluczone, iżjego autorstwa jest też szwedzka nazwafriluftsmuseet, którąjuż
Par.: B. Stoklund, !den am ettfriluftsmuseum,
in: "Kulturen 2001", Lund 2001, s. 10-27.
Por. St.M. Sawicka, op. cit., (przyp. 12); W. Kopczyński, s. 76; za G. Berg, Artur Hazelius.
Mannen och hans verk, Stockholm 1933, s. 106.
63 Por.: Bake om Skansen, op. cit., passim.
64 Sune Zachrisson, Den kultiverade naturen, "Fataburen
1987", Uddevalla 1988, s. 9-16, oraz
Mats O. Janson, Triidgardar po. Skansen, ibidem, s. 17-51.
65 A. Hazelius, Ur Nordiska museets historia, "Meddelanden ... 1898", op. cit., s. 271-400. (Dzieło
to doszło do moich rąk wiele lat po opracowaniu Muzeów na wolnym powietrzu w Europie, stąd nie
ma go w zamieszczonej tam bibliografii).
66 Ibidem, s. 282-292.
Por. też B. Stoklund, fden. .. , op. cit.
67 G. Berg, Karlin ... , op. cit.,s. 16.
68 M. Hofmann, Zur Geschichte des Norsk Folkemuseum.
in: Tagungsbericht Oslo Report oJthe
Conference 1980, Oslo 1982, s. 97.
61

62

�A

propos Hazeliusa i Skansenu

289

w latach osiemdziesiątych XIX wieku znano w określonych kręgach69• Później
przyjęto ją powszechnie w Europie.
Na zakończenie należałoby przytoczyć jeszcze jedno krytyczne zdanie Autora, a mianowicie: "Ten krótki przegląd informacji o A. Hazeliusie ijego działalności zaczerpnięty z polskiej literatury etnograficznej i muzealnej, wskazuje,jak często,
pisząc o nim, popełniano błędy" i dalej, że "postać Hazeliusa wymaga w Polsce
nowego przedstawienia" (s. 66).
Jak widać z całego mojego tekstu, nie z wszystkimi wnioskami Autora mogłem się zgodzić albo traktowałem je polemicznie. W miarę pogłębiania badań
inaczej postrzega się przedmiot dociekań, często ostrożniej formułuje się własne
zdanie, co jest prawem każdego badacza. Ale tym razem stwierdzam, że ostatnie zacytowane słowa, stanowiące kwintesencję dywagacji Autora, w całej rozciągłości nie odpowiadają prawdzie. Dotąd nikt w Polsce nie opracowywał biografii Hazeliusa, bowiem - jak sądzę - nikt nie czuł się na siłach, nie mówiąc
o braku dostępu do źródeł i poważnej literatury na temat osoby twórcy Skansenu. Niewątpliwie bariera językowa stanowiła istotną przeszkodę. Można więc
dopiero od Autora oczekiwać pierwszej poważnej redakcji takiej pracy. Jeśli oparta zostanie na rzeczywistych badaniach archiwalnych i międzynarodowej literaturze - przyniesie pożądane efekty. Stąd też omówiony artykuł Autora, jak
i obecne uwagi, potraktujmy jako pierwsze głosy w dyskusji, które mogą być pomocne w opracowaniu poważnej monografii.
Pozostaje jednak problem rzeczywistego poznania polskiej literatury fachowej,
a nie czerpania wiedzy z ośmiu przypadkowo dobranych opracowań, nie w pełni
zresztą wykorzystanych przez Autora.
A o wytykanych wzajemnych błędach lepiej nie wspominać.

BIBLIOGRAFIA
Andersson

I.

1967
Andersson

Dzieje Szwecji, przełożył S. Piekarczyk,

1978
1986
Arn6-Berg

Warszawa,

ss. 361.

R.

Hembygdsgardar Dalarna, Falun, ss. 206.
Freilichtmuseen in Dalarna (Schweden), ,,Acta Scansenologica",
ss. 65-99.
I., Biornstad

1980

t. 4, Sanok,

A. [red.]

Skansens hus och gardar, Nordiska

museet

Skansen,

Jonkoping,

ss. 944.

B::eckstrom A.

1942

69

"Lat dina portar up" Glimtar av Skansen under Fadelsearet, "Fataburen"
Nordiska museets och Skansens "Arsbok 1942, Stockholm", ss. 109-128.

B. Stoklund, [den ... , op. cit.

�290

Jerzy Czajkowski

Bengtsson B.
1967
Ursprung und Idee des europiiischen Freilichtmuseums, "Berichte aus
dem Schleswig-Holsteinischen Freilichtmuseums", Neumunster, Heft 3--4,
s.3-14.
BergG.
1933
Artur Hazelius. Mannen och hans verk, Stockholm.
BergG.
1986
Karlin und Hazelius, "Acta Scansenologica", Sanok, t. 4, ss. 9-23.
BergJ.
1980
Driiktdockor - Hazelius och andras, "Fataburen", Uddevalla, ss. 9-37.
Baehrendtz N.l. ed.
1980
Boken om Skansen, Stockholm, ss. 256.
Biornstad A.
1991
Skansen Stockholm Sweden, [Informator] Boras, ss. 24.
Boethius G.
Viigledning jOr besokande i Zorns Gammelgard pa skeriol, [Informator]
bmd., ss. 23.
Bringeus N.-A.
1972
Artur Hazelius och Nordiska museet, "Fataburen", Uddevalla, ss. 7-32.
Bujak J.
1975
Muzealnictwo etnograficzne w Polsce (do roku 1939), "Zeszyty Naukowe
UJ", Prace Etnograficzne, zeszyt 8, ss. 160.
BookE
Artur Hazelius. En levnadsteckning, Stockholm.
1923
CiołekG.
Skandynawskie muzea pod otwartym niebem (Finlandia, Szwecja, Norwe1938
gia, Dania), "Biuletyn Historii Sztuki i Kultury", nr l, ss. 44-56.
Czajkowski J.
1984
Muzea na wolnym powietrzu w Europie, Rzeszów-Sanok, ss. 432.
1985
Die Skansenmuseen in den slawischen landem, "Ethnologia Slavica", Bratislava, t. 17, ss. 97-117.
1995
Z historii muzealnictwa skansenowskiego w Europie, "Lud", t. 78, ss. 81-95.
Czechowiczowa N.
1957
Z dziejów skansenu w Polsce, "Muzealnictwo" nr 6, ss. 10-28.
Drzewiecka-Banaszek A.
1979
Etnologia w Szwecji. Zarys rozwoju i współczesna organizacja, "Lud",
t. 63, ss. 57-90.
Edenheim R. (red.)
1991
Skansen, Halmstad, ss. 66.
Flasiński M.
1924
Muzeum Północne i Skansen w Sztokholmie, "Młoda Polska", nr 24, 1924,
ss. 3--4.
GÓlskiA.
Zarys historyczny powstania muzeów skansenowskich w Europie i ich kla1972
syfikacja, w: Muzea skansenowskie w Polsce, Poznań, ss. 7-37.
Hazelius A.
1900
Nordiska museets historia, "Meddelanden fran Nordiska museet 1898", wyd.
Artur Hazelius, Stockholm, ss. 271--400.
Hegard T.
Romantik og fortidsvern. Historien om de f¢rste friluftsmuseene i Norwege,
1984
Universitetsvorlaget AS, ss. 280.

�A propos Hazeliusa i Skansenu
HofmanM.
1980

291

Zur Geschichte des Norsk Folkemuseum, in: Tagungsbericht Oslo Report of
the Conference 1980, Verband europiiischer Freilichtmuseen, Oslo, ss. 102.

Janson M.
1986

Husfor jii, "Fataburen", Uddevalla, ss. 175-190.

Janson M. O.
1987
Triidgardar pa Skansen, "Fataburen", Uddevalla 1988, ss. 17-51.
Kopczyński W.
2003
Artur Immanuel Hazelius (1833-1901) - twórca Nordiska museet i Skansenu w Sztokholmie. Ksztaltowanie podstaw instytucjonalnych w muzealnictwie etnograficznym w Szwecji w drugiej połowie XIX wieku, "Lud",
t. 87, s. 63-82.
Michelsen P.
Frilandsmuseet. The Danish Museum Village at Sorgenfri, The National Mu1973
seum ofDenmark, Copenhagen, ss. 238.
Morelowski M.,
1927
Kraków i "Skansen ", "Czas", nr 136 i 137 z dn. 17 i 19 VI 1927.
Muzealnictwo
1947
Muzealnictwo, red. S. Komornicki i T. Dobrowolski, Kraków.
Muzea
1972
Muzea skansenowskie w Polsce, Biblioteka Muzeum Rolnictwa w Szreniawie, Poznań, ss. 309.
Muzea
Muzea skansenowskie w Polsce, red. F. Midura, Biblioteka Muzeum Naro1979
dowego w Szreniawie, Poznań, ss. 270.
Open-Air
1981
Open-Air Museums in Poland, red. J. Czajkowski. Biblioteka Muzeum Narodowego w Szreniawie i Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku, Poznań,
ss.313.
Petrażycka- Tomicka J.
1913
Szkice skandynawskie, Lwów.
Pokropek M.
1976
Budownictwo ludowe w Polsce, Warszawa.
Rasmussen H.
1986
Przyczynek do historii nordyckich muzeów etnograficznych i na otwartym
powietrzu, "Acta Scansenologica", Sanok, t. 4, ss. 29-41.
Rehnberg M.
The Morafarm, Mats Janson (ed.), Stockholm, ss. 24.
1973
Sawicka St.
Skansen - Szwecja w miniaturze, "Arkady", R.V, nr l, s. 31-41.
1939
Seweryn T.
Wzorowe osiedla muzealne, "Kuryer Literacko-Naukowy", nr 29, z dn. 18 VII.
1927
Spiss A.
Muzea etnograficzne na wolnym powietrzu w Europie, Ośrodek Dokumen1986
tacji Zabytków. Biblioteka Muzealnictwa i Ochrony Zabytków. Seria C, Studia i Materiały - t. II, ss. 162 + 80 ilustr.
Stoklund B.
1den om ettfriluftsmuseum, in: "Kulturen 2001", Lund, ss. 10-27.
2001
Treter B.
1947
Muzea pod otwartym niebem, w: Muzealnictwo, red. S. Komornicki i T. Dobrowolski, Kraków, ss. 195-203.

�292

Jerzy Czajkowski

Wetterberg O.
1991
Samfundet utvecklar byggnadskulturen, "Bygd och Natur".
Zawistowicz-Adamska K.
1959
Park Etnograficzny - muzeum pod otwartym niebem. "Łódzkie Studia Etnograficzne", t. I, s. 7-19.
Zaręba A.
1954
Uwagi o muzeach skandynawskich. "Lud", t. 41, cz. 2, s. 1134-1163.
Zippe1ius A.
1973
Handbuch der europiiischen Freilichtmuseen.
Verband europaischen
Freilichtmuseen. Fuhrer und Schriften des Rheinischen Freilichtmuseums und
Landesmuseum fUrVolkskunde in Kommern Nr. 7, ss. 327.
1987
Zur friihen Geschichte der Freilichtmuseen in der Schweiz und Osterreich.
"Freudenkreis Blatter" nr 25, ss. 9-29.

Sprostowanie
W artykule J. Czajkowskiego "Dach z koszyczkiem w dawnym polskim budownictwie"
("Lud" t. 87,2003, s. 153 i 154) wystąpił błędny zapis: "kozśbok" zamiast "kozubok".
Przepraszamy.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="6662" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="6642">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/1aa9d500e068a9dbfd3afd3937f2c026.pdf</src>
        <authentication>9d2f4bdf1a7b5e9f6acf1fc70159778e</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79420">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2105</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79421">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79422">
                <text>muzealnictwo etnograficzne</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="79423">
                <text>Europa - muzea skansenowskie</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="79424">
                <text>skanseny</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79425">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:1954</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79426">
                <text>Z historii muzealnictwa skansenowskiego w Europie / LUD 1995 t.78</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79427">
                <text>LUD 1995 t.78, s.81-96</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79428">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79429">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79430">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79431">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="79432">
                <text>Lud, t. 78, 1995

JERZY CZAJKOWSKI
M uzeum Budownictwa Ludowego
Sanok

Z HISTORII

MUZEALNICTWA

SKANSENOWSKIEGO

W EUROPIE

Przyjmuje się powszechnie, że w roku 1891 narodził się nowy rodzaj
muzeum, tj. muzeum na wolnym powietrzu 1. Wtedy to, 11 października Artur
Hazelius udostępnił szerokiej publiczności pierwsze obiekty przeniesione
z odległych prowincji Dalarna i Blekinge na wyspę Djurgarden w Sztokholmie.
Stosownie do tej daty rok 1991 był rokiem jubileuszowym w stolicy Szwecji.
W samym Skansenie we wrześniu tegoż roku miała miejsce Konferencja
Związku Europejskich Muzeów na Wolnym Powietrzu, w czasie której
uwypuklono historyczne znaczenie zdarzenia sprzed stu laty. Zwróćmy uwagę,
że do narodzenia się idei i wprowadzenia jej w czyn doszło w okresie
ożywionych działań kulturalnych w całej Europie. Przed i po otwarciu Skansenu organizuje się liczne etnograficzne wystawy lokalne, regionalne i międzynarodowe z, powstają nowe muzea etnograficzne i stowarzyszenia, jak np.
towarzystwa ludoznawcze w Austrii czy w Polsce. Musimy jednak pamiętać, że
zakupu pierwszego obiektu Hazelius dokonał już w 1885 roku. A zatem,
znacznie wcześniej i pod wpływem określonych faktów, bliskich Arturowi
Hazeliusowi, mogła powstać w jego umyśle idea organizacji muzeum pod
otwartym niebem. Zwróciła na to uwagę również autorka obszernego opracowania, Tonte Hegard 3. Wiadomo, że już w 1844 roku założono w Norwegii
Towarzystwo Ochrony Zabytków, którego zainteresowania zwróciły się przede
wszystkim w kierunku zabytków wiejskich. W latach 50. norweski etnolog,
Eiler Sund, zajął się architekturą ludową i w 1861 roku opublikował pięć
opracowań poświęconych temu tematowi. W 1855 roku norweski handlowiec,
Thomas Johannessen Heftye, wzniósł dom w Sarabniten, który był kopią
I Por.: B. Benggtsson,
Ursprung und Idee des europaischen Freilichtmuseums, "Berichte aus
dem Schleswig-Holsteinischen Freilichtmuseum"
1967, z. 3 - 4, s. 6; J. Czajkowski, Muzea na
wolnym powietrzu w Europie, Rzeszów - Sanok ~984, s. 14.
2 A. Zippelius,
Zur friihen Geschichte der Freilichtmuseen in der Schweiz und Osterreich,
"Freudenkreis Bliitter" 25, 1988, s. 9 i n.; C. Ahrens, Archaologische Rekonstruktionen, "By og
Bygd", Norsk Folkemuseums arbok 1987 - 88, Oslo 1988, s. 21- 22.
3 T. Hegard,
Romantikk og fortidsvern. Historien om de forste friluftsmuseene i Norwege,
Universitetsforlaget AS 1984.

6 -

Lud

t.

LXXVIII

�82
zagrody z Osterdalen. Stopniowo dostawiał nowo budowane magazyny i lofty,
które były oparte na wzorach z Telemarku. Wokół swoich zabudowall
pozwolił utrzymać wiejskie budynki, aby w ten sposób zachować środowisko.
Jego dwie farmy wzniesione w Frognerseteren w latach 60. XIX wieku były od
początku powszechnie dostępne. A miał co ludziom pokazywać, był bowiem
zapalonym zbieraczem antyków. Dodajmy też, że nieobce mu były kwestie
związane z renowacją i przeniesieniem kościoła z Gol, który - jak wiadomo - znalazł się ostatecznie w kolekcji króla Oskara II.
Bez wątpienia istotne znaczenie dla uformowania idei muzeum na wolnym
powietrzu miała wypowiedź dyrektora muzeum etnograficznego przy uniwersytecie w Kristianii (Oslo), profesora Yngwara Nielsena. W jednym z listów
pisał on w 1879 roku, że z naukowego punktu widzenia byłoby słuszne zebrać
w Kristianii stare domy z różnych dzielnic kraju. W rok póżniej myśl ta
ukazała się drukiem na łamach "Morgenbladet"4.
Warto zwrócić uwagę na pewną zbieżność dat, bowiem duńscy badacze
uważają, że główną przyczyną inspiracji Bernharda Olsena była wystawa
etnograficzna w 1879 roku w Kopenhadze, ale on sam podkreślał ważność
Powszechnej Wystawy Londyńskiej w 1851 roku, która - jak twierdził stanowiła istotne źródło dla narodzin samej idei muzeum na wolnym powietrzu.
Niewątpliwie należy liczyć się z wzajemnymi wpływami różnych koncepcji
wystawienniczych na europejskich muzeologów omawianego okresu, bowiem
każda poważniejsza wystawa była dużym wydarzeniem kulturalnym. Tak było
z wystawą w Paryżu w 1867 i 1878 roku, w Wiedniu w 1873 roku, czy
wspomnianą wystawą w Kopenhadze. Metoda eksponowania wnętrz mieszkalnych zastosowana przez Hazeliusa w 1874 roku w Muzeum Nordycznym była
już wcześniej stosowana na innych wystawach. Wspominam o 'tym, bowiem
w metodzie tej znajdują się pewne elementy ekspozycji praktykowane w muzeach na wolnym powietrzu. Brak tu jednak elementu ochrony samych obiektów
architektury, z czym zetknął się Hazelius w 1890 roku na półwyspie Bygd0Y
(Oslo), gdzie zgromadzono kolekcję budynków króla Oskara 115.
Wszystko to świadczy, że miejsce, czas i okoliczności narodzenia się idei
muzeów pod otwartym niebem nie są ani jednoznaczne, ani proste. Wydaje się,
że w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zarówno w Norwegii, jak
i w Szwecji, a po 1880 roku również w innych krajach wytworzyła się
specyficzna atmosfera, której efektem było powstanie omawianej idei. Istnienie
idei niczego jeszcze nie rozwiązywało. Dopiero jej realizacja, nadanie zamierzonej formy wraz z programem działania, było niezbędne dla naukowej i społecznej akceptacji nowego rodzaju muzealnictwa. Tym, który wprowadził ideę
4

5

Ibid., s. 239.
Por.: ibid., s. 2łO, il. 97 i 98.

�83
w czyn był na pewno Artur Hazelius. Inni byli w zasadzie jego naśladowcami
lub rozwijali głównie myśli Hazeliusa. Z biegiem czasu na pewno wiele się
zmieniło. Między innymi powstały "muzea na wolnym powietrzu" chroniące
zabytki techniki naziemnej i podziemnej, których nie przewidział twórca idei,
ale priorytety pozostały te same.
Cały, już przeszło sto lat trwający okres rozwoju muzealnictwa skansenowskiego w Europie, poczynając od oficjalnego otwarcia w 1891 roku "Skansenu"
w Sztokholmie, można podzielić na kilka podokresów. Pomijając lokalne
uwarunkowania, wyróżnia się trzy główne. Pierwszy, od otwarcia ,,Skansenu"
do 1918 roku, a więc do końca I wojny światowej. Drugi, od 1919 roku do 1958
roku i trzeci trwający do dziś.
Co kryje się za takim podziałem? Jest niewątpliwe, że otwarcie "Skansenu"
odbiło się szerokim echem w większości krajów Europy. Uwidoczniło się to
w publikacjach z tego okresu oraz podejmowanych działaniach na różnych
wystawach gospodarczych (np. Łotwa 1896, Węgry 1896, Polska 1894, 1906,
Rumunia 1905, Serbia koniec XIX wieku i in.). Początkowo jednak, głównie
w dwóch krajach, idea skansenowska uzyskała dość powszechną akceptację.
Była to Norwegia, w której do końca 1918 roku powstało 50 muzealnych
placówek nowego typu oraz Szwecja, gdzie założono co najmniej 31 takich
muzeów. Posiadają one udokumentowaną
datę założenia lub otwarcia.
W Szwecji do najważniejszych z tego okresu należy zaliczyć muzeum w Lund
(1891), Leksand (I 899}, Eskilstuna (1903), Jonkoping (1901), Bunge (1906),
Gagnef (1906), Ostersund, Granna, Hornosand i Alvdalen (19l2), Mora (1914)
i inne. Zakładano je z inicjatywy osób prywatnych, stowarzyszeń regionalnych
czy urzędów administracyjnych niektórych miejscowości. Intencją twórców
muzeów było przede wszystkim zebranie budynków jak naj starszych. Tak
postępował Anders Zorn w Mora, Ottilia Adelberg w Gagnef, czy też Theodor
Erlandson w Bunge na Gotlandii. Budynki z XVIII wieku są w tych i innych
muzeach dość pospolite, ale zdarzają się też obiekty średniowieczne lub
o cechach z tego okresu (np. w Bunge, w Orebro). Ich uratowanie od
zniszczenia ma ponadnarodowe znaczenie.
Powstawanie pierwszych muzeów na wolnym powietrzu w Norwegii
splotło się z procesem przekształcania kraju pod względem politycznym,
gospodarczym i społecznym, a szczególnie narastaniem poczucia świadomości
narodowej 6. Stąd zamiana królewskiej kolekcji budynków na półwyspie
Bygd0Y (Oslo) - z inicjatywy Hansa Jacoba Aall'a - na muzeum publiczne
(l 894} może być uznana za norweską odpowiedź na otwarcie muzeum
w Sztokholmie. Trzeba pamiętać, że Hazelius już wcześniej przejawiał tendencje panskandynawskie (Muzeum Nordyczne, 1872) i swobodnie penetrował
6 F. Valen,
Die Sandvigschen
1969· 1973. s. 2R2.

Samm/ungen

auf Maihaugen

-

Norwegen,

.,Cibinium"

�84
tereny norweskie 7. Muzeum w Oslo szybko zostało poszerzone i w 1902 roku
otwarto je dla publiczności. Wkrótce (1904) otwarto drugie największe
muzeum na wolnym powietrzu w Norwegii, w Lillehammer. Stało się to za
przyczyną lekarza, Andersa Sandviga, który od 1894 roku zaczął gromadzić
budynki, naprzód dla siebie, a później już jako dyrektor dla muzeum pod
zarządem miejskim.
Wspomniana wyżej liczba 50 muzeów (tych, których znane są nam daty
założenia) z początkowego okresu szerzenia się idei jest imponująca. Tylko dla
przykładu wymienimy niektóre: w Kristiansund 1894, w Sandefjord 1896,
w Nesbyen 1899, w Fagernes 1901, w Hamar 1902. Większość muzeów
powstała w południowej części kraju, ale niektóre z nich powoływano do życia
bardzo daleko na północy (Mosjoen, prowincja Nordland, 1909 rok).
Dużo muzeów norweskich tworzono z obiektów in situ, chroniąc w ten
sposób zabytki architektury w ich własnym środowisku. Szereg obiektów in
situ ma charakter skansenowski, ale związane są one z postaciami słynnych
Norwegów, którzy w nich rodzili się lub mieszkali. Muzea te mają więc też
charakter biograficzny.
Spośród czterech duńskich muzeów na wolnym powietrzu, które powstały
w tym pierwszym okresie, do najważniejszych - i to w skali europejskiej
- należą muzea: w Lyngby pod Kopenhagą oraz w Arhus. Historia tego
pierwszego sięga roku 1897, kiedy to Bernhard Olsen przeniósł dwa domy do
parku przy zamku w Rosenberg. W 1901 roku translokowano je ponownie na
obecne miejsce do Lyngby. Warto zwrócić uwagę, że pierwsze budynki
przenoszono między innymi z terenów południowej Szwecji, które do 1658
roku należały do królestwa Danii oraz ze Szlezwiku utraconego przez Danię
w 1864 roku po przegranej wojnie prusko-duńskiej8.
Drugim muzeum było "Den Gamie By" (Stare miasto), którego powstanie
wiąże się z osobą Petera Holm'a i dużą wystawą przemysłową jaka miała
miejsce w 1909 roku. Oficjalnie muzeum powstało w 1914 roku i prezentuje
kulturę duńskiego mieszczaństwa. Muzeum to jest dużym osiągnięciem naukowym i organizacyjnym muzealnictwa duńskiego i stanowi powód jego dumy,
tak jak muzeum "Seurasaari" (1909) jest chlubą Finów, zwłaszcza, że Finowie
w tym czasie nie mieli własnego państwa. Poprzez organizację wspomnianego
muzeum, którego twórcą był Axel Olai Keikel, znany badacz fińskiej kultury
ludowej, Finowie pokazali, że istnieją jako naród i mają własną kulturę 9.
W tym czasie na terenie Finlandii były jeszcze 4 inne placówki, w tym
w szwedzkiej strefie językowej. W momencie powstawania (Turku, Kuopio)
były one bardziej szwedzkie niż fińskie.

7

Poznań
8
9

J. Czajkowski, At outline of skansen museology in Europe, w: Open-air museums in Poland,
1981, s. 14.
P. Michelsen, Frilandsmuseet. The Danish Museum Village al Sorgenfri, Copenhagen 1973.
J. Czajkowski, Muzea ... , op. cit., s. 160.

�85
Podobne znaczenie jak "Seurasaari" dla Finów miało muzeum we Wdzydzach (1906) na polskim Pomorzu. Założył je Izydor Gulgowski, nauczyciel,
który w ten sposób chciał udowodnić, że Kaszubi jako polska grupa etniczna
istnieją, pomimo od wielu lat trwającej akcji germanizacyjnej. Łączyło się to
z szeroką działalnością naukową i społeczno-polityczną
Gulgowskiego oraz
jego żony Teodory z domu Fethke 10.
Jedno muzeum na wolnym powietrzu powstało w pierwszym okresie
również w Holandii, w Arnhem. Jest zastanawiające, dlaczego założono je dość
późno, bo dopiero w 1912 roku, skoro sama idea organizacji ekspozycji wnętrz
znana była znacznie wcześniej. Holendrzy już w 1875 roku na światowej
wystawie w Paryżu eksponowali wnętrze chłopskiej izby z Hindellopen, zaś
w 188~ na gospodarczej wystawie w Amsterdamie pokazali około 20 domów
z Indonezji, które po dwóch latach przenieśli do Leidy, gdzie przetrwały aż do
1903 roku.
Również kajzerowskim Niemcom nieobce były w końcu XIX wieku idee
nowego rodzaju muzealnictwa, czego dowodem jest przeniesienie w 1899 roku
z Os ten feld do Husum (Fryzja) dolnosaskiego domu halowego z pierwszej
połowy XVII wieku. Podobnie jak we Wdzydzach w Polsce, tę pierwszą akcję
skansenowską przeprowadził miejscowy nauczyciel i regionalista Magnus Vol3.
Niedługo po nim z projektem stworzenia centralnego skansenu w okolicy
Berlina wystąpił Otto Laufer 11. Do realizacji jednak nie doszło.
W 1907 roku powstają w Niemczech trzy placówki, z tego dwie W prowincji
Szlezwik-Holsztyn (Meldorf, Keitum) oraz jedna w Dolnej Saksonii (Wilsede).
Były to niewielkie muzea, ważne jednak było przede wszystkim rozpowszechnienie się idei ochrony lokalnej kultury ludowej przez organizację muzeów
w obiektach przenoszonych (Meldorf, Wilsede), lub zachowanych in situ jak
w starofryzyjskim domu w Keitum na wyspie Sylt.
W Dolnej Saksonii powstało na początku XX wieku jeszcze kilka innych
muzeów, które zaliczamy do grupy muzeów na wolnym powietrzu. W miejskim
parku w Speckenbiittel zorganizowano w 1909 roku muzeum, do którego
przeniesiono 8 różnych obiektów oraz zrekonstruowano na podstawie wykopalisk archeologicznych wczesnośredniowieczny dom halowy. W 1910 roku
otwarto muzeum w Bad Zwischenahn nad jeziorem o tej samej nazwie.
W następnych dwóch latach powstają dwa kolejne muzea. W Diesdorf, na
zachód od Kassel, z inicjatywy dr. Schulza zorganizowano (1911) placówkę,
w której obecnie jest 8 obiektów. Natomiast w Rudolstadt w Turyngii
inicjatorem muzeum był fabrykant Adolf Richter. Założono je w 1912
a otwarto w 1914 roku. Na obszarze pół hektara znajdują się 3 budynki, w tym
domy z 1667 i 1700 roku.
Por.: R. Ostrowska, I. Trojanowska, Bedeker Kaszubskir Gdańsk 1978, s. t 40 i n.
U. Steinmann, Zur Errichtung eines zentralen Freilichtmuseums in Berlin, "Ethnographica"
1Il- IV, Brno 1961 - 1963, s. 553 - 559.
10

11

�86
Owocny był również rok 1913, w którym odnotowano powstanie dwóch
dalszych dolnosaksońskich
placówek: w Bergen i w Scheessel oraz na
fryzyjskiej wyspie Stade.
Wspomnieć należy również muzeum w Bielefeld w Północnej Westfalii Nadrenii (1917). Wprawdzie jest to niewielka placówka (4 obiekty), ale przeniesiony tam dolnoniemiecki dom halowy z około 1550 roku należy do naj starszych
tego rodzaju zachowanych obiektów 12. Nie trzeba dodawać jak ważne dla celów
badawczych ma zachowanie obiektu sprzed wojny trzydziestoletniej.
Wszystkie powyższe placówki spełniają istotną rolę w rozwoju i funkcjonowaniu patriotyzmu lokalnego, ale żadna z nich nie uzyskała tego
znaczenia muzealnego, które już później przypisano muzeum na wolnym
powietrzu w Konigsberg w Prusach Wschodnich. Decyzję o jego budowie
podjęto w 1909 roku, a w 1913 roku otwarto dla publiczności 13. Jednym ze
zwolenników i organizatorem muzeum był konserwator dla Prus Wschodnich,
Richard Dethlefsten, któremu znany był Skansen w Sztokholmie. Już przed
drugą wojną światową muzeum to określano jako "National-Oenkmal" 14,
a "OstpreuJ3enblatt" z 9 maja 1964 roku, pisząc o muzeum w Olsztynku,
zaopatruje artykuł tytułem: "Das ostpreuJ3ische Heimatmuseum - Es war das
erste deutsche Freiluftmuseum". Sądzę, że należy właściwie określić tę placówkę, którą w latach 1938 - 1943 przeniesiono do Olsztynka. Już A. Zippelius
odniósł się krytycznie do faktu, że zamiast oryginalnych obiektów ustawiono
w nim kopie. Jest on również ostrożny w nazwaniu tej placówki, pisze bowiem
o niej jako o: "Das erste grof3ere Freilichtmuseum in dem Gebiet des friiheren
Deutschen Reiches ... ", a budynki określa jako "... aus verschiedenen Landschaften Ostpreuf3ens und Litauens" 1 5. E. Riemann, który bardzo pozytywnie
pisze o powojennej rozbudowie muzeum przez Polaków ma lekką pretensję do
Zippeliusa
za takie ujęcie problemu 16. Rzeczywistość
jest prosta.
W Konigsberg muzeum zostało zainicjowane i zorganizowane przez Niemców.
Żaden jednak z budynków reprezentujących kulturę ludową nie nosił wyraźnych cech niemieckich czy pruskich. W niektórych jedynie występują fragmenty konstrukcji fachwerkowej, którą - jak wiadomo - spotyka się też na
północy Polski. I nikt nie kwestionuje, że jest ona efektem wpływów kulturowych niemieckich. Budynki, o których mowa, były budowane według reguł
technicznych uznawanych przez ludność litewską, warmińską i mazurską.
12 Par. A. Zippelius, Freilichtmuseen in Deutschland, HB Verlag, Hamburg
1982; Museen und
Sammlungen in Schleswig-Holstein, wyd. 6, Wachholtz Verlag, Neumiinster 1986; K. V. Riedel,
Museen und Sammlungen. Siidliche Nordseeland im Nordwesten, wyd. 4, Oldenburg.
13 R. Dethlefsen,
Fuhrer durch das OstpreujJische Heimatmuseum. Konigsberg 1913.
14 "Bremer
Nachrichten" z 15.11.1938, nr 315.
15 A. Zippelius, Handbuch der europiiischen Freilichtmuseum, Rheinland Verlag, KaIn 1974, s. 61.
16 E. Riemann,
Das Freilichtmuseum in Hohenstein/Olsztynek,
"Jahrbuch fiir ostdeutsche
Volkskunde" t. 18, 1975, N. G. Elwert Verlag, Marburg, s. 10.

�87
W dotychczasowych uwagach omówiono konkretne realizacje skansenowskie w siedmiu krajach. Powstały w nich 104 mniejsze. lub większe muzea.
W niektórych krajach (np. Austria, Szwajcaria, Węgry, Czechosłowacja,
Estonia) z różnych przyczyn nie doszło do powstania muzeów na wolnym
powietrzu, ale pomysłów nie brakowało 17. Często były one efektem wystaw
gospodarczych i etnograficznych.
Pierwsza wojna światowa zmieniła wygląd polityczny Europy. Na pewno
w czasie jej trwania w większości krajów nie było możliwości tworzenia
nowych muzeów na wolnym powietrzu.
W okresie międzywojennego dwudziestolecia powstało w Europie co
najmniej 227 muzeów na wolnym powietrzu. Zdecydowanie dominowała
Szwecja ze swoimi t 35 nowymi muzeami. Wśród nich można wyróżnić' dużą
obecnie placówkę w S6dertalje (1927), Norrboda (1927) czy Uppsali '(1931),
a z mniejszych muzea w Lulea (1921) czy w Jukkasjarvi koło Kiruny (oba
położone są za kołem polarnym). Szczególna uwaga należy się dwóm innym
muzeom. Jednym z nich jest muzeum górnicze w Ludvika (Dalarna), którego
utworzenia podjęło się w 1920 roku stowarzyszenie miłośników regionu 18.
Szwedzi udowodnili, zresztą nie po raz pierwszy, że ochronę zabytków techniki
przemysłowej można prowadzić podobnymi metodami do stosowanych w etnograficznych skansenach.
Drugie muzeum o specjalnych walorach to zagroda Ostarp, którą Georg
Karlin z Lund wykupił w 1924 roku i chciał prowadzić na niej gospodarkę
metodami tradycyjnymi.
Wyjątkową aktywność w zakresie tworzenia muzeów na wolnym powietrzu
w okresie międzywojennym wykazało również społeczeństwo norweskie. Z tego okresu znamy daty powstania 60 placówek, a może ich być znacznie więcej.
Jest charakterystyczne, że nowe placówki powoływano do życia we wszystkich
prowincjach zarówno południowych, jak i tych położonych na dalekiej
północy, na przykład w Nordland i w Finnmark. Do większych muzeów
posiadających po około 30 obiektów należy zaliczyć placówki w Kongsberg
w prowincji Buskerud (1924) i w Asestrande w prowincji More-Romsdal (1931).
Interesujące jest również muzeum w R0ros w prowincji Sor-Trondelag,
w którym prezentowane jest życie tamtejszych górników, góralskich farmerów
i Lapończyków.
17 Por.: J. Czajkowski,
Die Skansenmuseen in den slawischen Landern, "Ethnologia Slavica"
17, 1985, s. 97· 117; tenże, Muzea ... , op. cit., s. 21 - 26; A. Zippelius, Zur friihen Geschichte der
Freilichlmuseen in der Schwei:: und Osterreich, "F reudenkreis Bliitter" 25, 1988, s. 9 - 26; I. Balassa,
Die Geschichte der ungarischen Freilichtmuseen, w: TagungsiJericht Ungarn. Report ofthe Conference Hungary 1982, Szentendn: 1984, s. 65 i n.; H. Johnova, PróiJy zorganizowania w Czechoslowacji
muzeum typu skansenowskiego, "Etnografia Polska" l. 6, 1962, s. 408.
18 R. Andersson, Freilichtmuseell ill Dalarna (Schweden),
"Acta Scansenologica" t. 4, 1986,
s.92-94.

l.

�88
Nie wiemy dokładnie ile' muzeów powstało w rzeczywistości w Finlandii
w latach 1919 -1939. Był to niewątpliwie dobry okres dla muzealnictwa
fińskiego, które w 1923 roku zyskało swoje przedstawicielstwo w postaci
Związku Muzeów Fińskich. Wśród 12 placówek, których daty powstania są
znane, znajduje się słynne Muzeum Rzemiosła w Turku powołane do życia
w 1937 roku w zachowanym in situ zespole budynków z 1770-1820 roku.
W zespole tym znajdują się wyłącznie małe, robotniczo-rzemieślnicze domki,
a w nich około 30 różnych warsztatów. Pozostałe muzea mają charakter
lokalny i z reguły są niewielkie.
Spośród innych krajów, w których powstawały i rozwijały się muzea
skansenowskie w okresie międzywojennym (Dania, Niemcy, Islandia, Wielka
Brytania, Jugosławia, Łotwa, Polska, Rumunia, Rosja, Czechosłowacja i Węgry), wyróżnić należy tylko niektóre. Do powstania dużych muzeów dochodzi
na Łotwie (Ryga 1924) i w Rumunii (Bukareszt 1936). Powstaje plan dużego
centralnego muzeum na wolnym powietrzu w Czechosłowacji (1929), ale
realizuje się tylko muzeum w Rożnowie na Morawach według koncepcji sprzed
I wojny Bohumira laronka.
Bardzo interesująca pod względem koncepcyjnym jest placówka w Cregneash na wyspie Man w Wielkiej Brytanii (1938). Jej novum polega na tym, że
za muzeum uznano część osiedla z ośmioma obiektami wraz z łąkami i polami
o powierzchni 100 ha 19. Tę cechę znajdziemy w znacznie później powstałym
muzeum w Auchindrain w Szkocji.
W 1934 roku w Niemczech wystąpiono z projektem stworzenia muzeum na
wolnym powietrzu w Berlinie celem uczczenia 45-letniej rocznicy urodzin
Adolfa Hitlera. Na całe szczęście skończyło się tylko na kiepskim projekcie,
który przewidywał, że każda prowincja Rzeszy ofiaruje i sprowadzi jedną
zagrodę wiejską typową dla regionu 20. Wśród kilku małych placówek tego
okresu na uwagę zasługuje "M useumsdorf' w Cloppenburg założone przez
H. Ottenjanna w 1934 roku i po dwóch latach otwarte. Jest to muzeum wsi
dolnosaksońskiej
prezentujące różne formy domów dolnoniemieckich typu
halowego oraz domów fryzyjskich typu "Gulf' 21 .
Wybuch II wojny światowej spowodował w większości krajów zastój
w rozwoju muzeów skansenowskich. Jedynie w Szwecji, która pozostała
neutralna, a w małym stopniu też w Norwegii i Finlandii, widać kontynuację
przedwojennej aktywności muzealnej. Korzystniejsze warunki aniżeli gdzie
indziej miały muzea w Arnhem w Holandii i Odense w Danii, a także duńskie
centralne muzeum na wolnym powietrzu w Lyngby pod Kopenhagą, które
A Guide to the Manx Open-Air Folk Museum Cregneash, Douglas 1977.
S. M. Sawicka, Skansen - Szwecja w miniaturze, "Arkady", Warszawa 1939, nr I, s. 40.
21 H. Keiser, E. Ottenjann,
Museumsdorf Cloppenburg. Niedersachsisches Freilichtmuseum,
wyd. 8, 1988.
19

20

�89
rozwijały się w tym czasie. Muzeum w Lyngby stało Się ośrodkiem kultywowania tradycji i patriotyzmu 22.
W pierwszych latach po wojnie kraje europejskie musiały odbudować swe
wsie i miasta z ruin, rozwijać gospodarkę, a mimo to w wielu z nich
poświęcono sporo uwagi ochronie zabytków, w tym też organizowaniu
skansenów. Świadczą o tym: w Danii otwarcie 22.06.1946 roku muzeum
w Odense, w Wielkiej Brytanii rozpoczęcie w tym samym roku organizacji
muzeum SL Fagans (Walia), które po dwóch latach otwarto dla zwiedzających.
W Finlandii w 1947 i 1950 założone zostają lokalne skanseny w Pyhiijoki
i w Hanho, w Rumunii od 1948 przystąpiono do energicznej rozbudowy
"Muzeum Satului" w Bukareszcie, a w Jugosławii w 1949 roku wydane zostało
specjalne zarządzenie Ministerstwa Nauki i Kultury mające na celu rozwój
parków etnograficznych na wzór Skansenu w Sztokholmie.
Od 29.06. do 3.07.1948 roku w Ecole du Louvre w Paryżu odbyła się
Pierwsza Konferencja Międzynarodowej Rady Muzealnej, na której powołano
do życia ICOM (International Counsil of Museum). W czasie tego posiedzenia
wygłoszono również referat na temat muzeów na wolnym powietrzu.
Oficjalnie zajęte po raz pierwszy stanowisko w kwestii muzeów na wolnym
powietrzu zawdzięczamy Walnemu Zgromadzeniu Międzynarodowej
Rady
M uzeów w Genewie 9.07.1956. Nie sprecyzowano tam jeszcze definicji, ale
uznano dotychczasową działalność istniejących muzeów na wolnym powietrzu
i podjęto uchwałę o konieczności zorganizowania sesji naukowej w celu ich
rozpropagowania. Dokładnie w rok później, na konferencji w Kopenhadze,
Sorgenfri, Aarhus i Sztokholmie spotkało się 24 przedstawicieli z 13, państw
(głównie zachodnioeuropejskich),
którzy m.in. wyrazili swoje poglądy na
kwestię przenoszenia zabytków architektury do muzeów. W opracowanej
"Deklaracji" zdefiniowano pojęcie muzeum na wolnym powietrzu oraz określono jego cele23.
Publikacja "Deklaracji" w różnych państwach, w tym też w "ICOM News"
(t. 11, nr I) w Paryżu w 1958 roku oznaczająca podanie do publicznej wiadomości zasad organizowania i budowy muzeów na wolnym powietrzu, zamyka
pewien okres w rozwoju muzealnictwa skansenowskiego. W jego końcowej fazie
powstało bardzo dużo muzeów, najwięcej w Szwecji, Norwegii i Finlandii.
Ważniejszym jednak było, że szereg muzeów na wolnym powietrzu założono
w tych krajach, w których dotychczs ich nie było (Austria, Belgia, Bułgaria i in.).
W tym czasie powstało szereg placówek ważnych ze względu na wytyczenie
nowych kierunków pracy, metod konserwatorskich,
rozwoju naukowych
kryteriów badań itp. Nie od rzeczy będzie posłużyć się kilkoma przykładami.
Na len temat patrz: J. Czajkowski, Muzea ... , op. cit., s. 33-34, 152-153, 157.
Treść "Deklaracji" podaje m.in. A. Zippelius, w: Handbuch ... , op. cit., s. 30- 39. Krytyczny
stosunek do ,.Deklaracji" zawar! w swym opracowaniu: J. Czajkowski, Muzea ... , op. cit., s. 67 -72.
22

23

�90
Na rok 1949 przypada założenie muzeum "Gamia Link6ping" w południowej Szwecji. Jest ono dowodem wielkiej troski władz miasta Link6ping
o własne zabytki architektury z XVII - XIX wieku. Konieczność modernizacji
miasta wymagała usunięcia wielu zabytków. W związku z tym na obrzeżu
miasta wydzielono plac o powierzchni 4 ha i stworzono tu stare miasto z jego
dawną nawierzchnią ulic, ogrodami, fontannami, pomnikami. Szereg przeniesionych obiektów jest nadal zamieszkałych przez swych właścicieli. Twórcą
tego wspaniałego miasta był Lenart Sj6berg24.
W Republice Federalnej Niemiec do przodujących muzeów z tego okresu
należy placówka w Kommern (1958). Swoją wysoką pozycję zawdzięcza nie
tylko interesującej ekspozycji zabytkowych obiektów zebranych w czterech
grupach, ale również licznym pracom teoretycznym, których twórcą był
wieloletni dyrektor tego muzeum Adelhart Zippelius 25. Jemu należy przypisać
rozbudowę Związku Europejskich Muzeów na Wolnym Powietrzu i rozwinięcie współpracy międzynarodowej
w Związku 211,a tym samym silne
oddziaływanie na rozwój muzeów skansenowskich w różnych krajach.
Swego rodzaju analogię do muzeum w Kommern stanowi Muzeum
Budownictwa Ludowego w Sanoku (1958), które rozwinęło na szeroką skalę
prace teoretyczne i konserwatorskie
w zakresie muzealnictwa skansenowskiego. Korzystali z nich niejednokrotnie skansenolodzy polscy i niektórych
sąsiednich krajów27.
W 1953 roku założono w Bokrijk w Belgii flamandzkie muzeum na wolnym
powietrzu. Jego twórcą był dr 1. Weyns, który - wraz z prof. dr. A.
Kamphausenem z Kilonii - był inicjatorem powołania do życia (t 966) "Grupy
roboczej europejskich muzeów na wolnym powietrzu"28. Weyns posłużył się
materiałami ikonograficznymi z XVI wieku, m.in. obrazami Piotra Breughla,
w celu rekonstruowania wyglądu wnętrz z XV i XVI stulecia w prowadzonym
przez siebie muzeum na wolnym powietrzu. Trzeba przyznać, że wykonane
w ten sposób urządzenia wnętrz doskonale oddają atmosferę ówczesnych
domów.
Do grupy ważniejszych muzeów wspomnianego okresu należy też zaliczyć
placówkę w Holywood koło Belfastu. Została ona założona przez rząd
Północnej Irlandii w 1958 roku. Rekonstruuje się tu różne formy osadnicze:
nizinne i górskie, i odpowiednio do tego przenosi się budynki parterowe,
piętrowe oraz obiekty przemysłowe.
Tych kilka przykładów nie wyczerpuje długiej listy muzeów na wolnym
B. Cnattingius, B. Lundberg, Gamla Link6ping, Linkoping 1976, s. 52.
A. Zippelius, 25-lecie Deklaracji /COM o muzeach na wolnym powietrzu - próba bilansll,
"Acta Scansenologica" 1985, t. 3, s. 9 - 13.
26 J. Czajkowski,
/0 lat Związku Europejskich Muzeów IW Wolnym Powietrzu. ibid., s. 19 - 39.
27 Por.: Muzea skansenowskie
w Polsce, Poznań
1979.'
28 Tagungsberichte
1966 -/972, Koln 1973, s. 7.
24
25

�91
powietrzu, które powstały do końca 1958 roku. Założono bowiem szereg
małych lokalnych placówek w wielu krajach całej Europy, czego przykładem
jest Islandia, w której idea organizowania małych muzeów z budynków in situ
sięga czasów przedwojennych. Jednak pierwsze działania w tym kierunku
odnotowujemy dopiero w 1943 roku. Wtedy to właściciel zagrody Busterfell
(południowo-wschodnia
Islandia), której historyczne istnienie potwierdzone
jest w 1532 roku, sprzedał ją państwu z przeznaczeniem na ekspozycję
muzealną·
W 1946 roku opieką konserwatorską
ill situ objęto
zagrodę Keldur
(południowa Islandia). Zwiedzającym udostępniono ją w 1954 roku. W 1947
roku Muzeum Narodowe roztoczyło pieczę nad zagrodą Glaumbaer (in situ,
północna Islandia), z kolei w 1955 roku podjęto prace konserwatorskie przy
zagrodzie Grenjadarstadur (północna Islandia, in situ), której zwiedzanie stało
się możliwe w 1958 roku. W tej samej części kraju leży też zagroda Laufas,
którą zamieniono na muzeum w 1958 roku.
Jedynym większym muzeum skansenowskim jest placówka na wolnym
powietrzu w Reykjaviku, której zalążkiem stała się zagroda Arbaer in situ. Jej
historia sięga 1466 roku O). Ostatni mieszkaniec opuścił ją w 1948 roku. 16.04.
1957 roku założono tu muzeum, które otwarto 22.05.1957 roku. Obok niej
ustawiono 23 przeniesione różne budynki.
W następnym już okresie powstały jeszcze dwa muzea: jedno w Reykjaskoli
(północno-zachodnia Islandia) w 1967, drugie w Skogar (południowa Islandia)
w 1969 roku29.
Przejście do kolejnego etapu rozwoju muzealnictwa skansenowskiego
w Europie odbyło się w sposób niedostrzegalny, a konkretna data jest
szczegółem umownym. Pierwsze lata tego etapu zaowocowały licznymi konferencjami w różnych krajach i międzynarodowymi spotkaniami specjalistów
różnych dyscyplin nauki. W czasie tych konferencji omawiano problemy
muzeów skansenowskich, głoszono różne poglądy na tworzenie muzeów na
wolnym powietrzu, nie zawsze zgodne z ideą Artura Hazeliusa i sensownymi
zasadami ochrony zabytków. I tak na przykład Generalna Konferencja ICOM
w Sztokholmie w 1959 roku między innymi zawęziła kryteria doboru budynków do ich wartości historycznej, a tzw. Karta Wenecka, będąca wynikiem II
Międzynarodowego Kongresu Architektury i Techników Zabytków (25 - 31.05.
1964, Wenecja) ogranicza translokację obiektów zabytkowych w sposób
istotny; natomiast uczestnicy analogicznego spotkania w Płowdiw w Bułgarii
(24.09.1975) dość ostrożnie przyznają muzeom na wolnym powietrzu tylko
Informacje dotyczące islandzkich muzeów pochodzą z opracowania Stanisława Bartoszka,
muzea kultury ludowej .•Acta Scansenologica" t. 6, ł980, s. 244-267. Wskazują one, że
społeczeństwo Islandii jest zainteresowane ratowaniem zabytków swojej przeszłości. Jest to
szczególnie trudne, bowiem tam.1ejsze budynki zbudowane są z torfu.
29

Islandzkie

�92
pewne prawa w zakresie dokumentacyjno-wychowawczym
30. Zwróćmy uwagę,
że wszystkie te postanowienia i uchwały podejmowane były w okresie wręcz
żywiołowego rozwoju muzeów skansenowskich i to bardzo różnych typów.
Świadczą też o tym, że w pewnych kręgach konserwatorów, architektów
i historyków sztuki nie w pełni rozumiano sens idei Hazeliusa, że uznawano
muzeum na wolnym powietrzu jako miejsce azylu dla rzeczy starych, z którymi
nie bardzo wiadomo, co należy zrobić. W kręgach muzealnych w większości
krajów przeważało już zdanie o potrzebie celowego projektowania muzeów na
wolnym powietrzu i przenoszenia do nich obiektów nie tylko zabytkowych, ale
również typowych. Zyskało to akceptację uczestników konferencji ICOMOS
w 1977 roku na Węgrzech 31, bowiem w pełni odpowiadało rzeczywistości.
Niezwykle istotne dla utrzymania i powstawania muzeów na wolnym powietrzu oraz teoretycznego rozwoju tego rodzaju muzealnictwa było powołanie
do życia w Helsinkach 7 lipca 1972 roku Związku Europejskich Muzeów na
Wolnym Powietrzu, który od tej pory, regularnie co dwa lata organizuje
spotkania swoich członków w różnych krajach. W 1986 roku spotkanie takie
miało miejsce w Polsce, a około stu jego uczestników uzyskało możność
poznania muzeów na wolnym powietrzu w Radomiu, Nowym Sączu i Sanoku
oraz szeregu obiektów drewnianych in situ w okolicy Zakopanego. Efektem
międzynarodowych spotkań są bezpośrednie wymiany poglądów na określone
tematy oraz drukowane sprawozdania z posiedzeń, dostępne dla każdego
zainteresowanego problemami muzeów na wolnym powietrzu. Liczba tych
muzeów poważnie wzrosła po 1958 roku, w niektórych krajach wielokrotnie.
Nie da się więc wszystkich scharakteryzować,
tylko wybijające się można
wymienić. Do takich należą muzea: w Beamish Hall (1968) i w Ironbridge
(1968) w Anglii, w Rumsiskes na Litwie (1966), w Grossgmain (1978), w Maria
Sa al (1968) i w Stiibing (1962) w Austrii. W Polsce do wybitniejszych muzeów
z tego okresu należą placówki w Lublinie (1976), Opolu (1961), Ciechanowcu
(1971); w Rumunii w Bujoreni (1966), Gole~ti (1966), Baia Mare (1977); w Rosji
muzeum w Archangielsku; na Słowacji w Banskej Stiavnicy (1965), Vychylovce
(1973), Zubercu (1967); na Ukrainie we Lwowie (1967) i Kijowie (1971); na
Węgrzech w Szentendre (1967), Zaleegerszeg (1966), Sombathely (1968).
W Szwajcarii istnieje tylko jedno duże muzeum na wolnym powietrzu
w Ballenberg założone dopiero w 1968 roku, chociaż sama myśl o nim rzucona
została 30 lat wcześniej. W muzeum tym zgromadzono już około 70 obiektów,
z których wiele sięga początku XVII wieku, a jeden dom datowany jest nawet
na 1568 rok 32.
Szerzej: J. Czajkowski, Muzea ... , op. cit., s. 71 - 75.
Falusi miiemLeki egyiittesek vUelme [COMaS konferencja Budapest-Szombathely
1977.
junius 23 - 29, Budapest 1980, s. 3 - 230.
32 Fiihrer durch das Schweizerische
Freilichtmuseum Bal/enberg, red. D. Meili, wspó1pr.
M. Gschwendt, Ch. Schlitt, Brienz 1985.
30

31

�93
W Niemczech Wschodnich (dawna NRD) rozwój muzealnictwa skansenowskiego nie nabrał takiego impetu jak na zachodzie, stąd należy tę część
kraju wyodrębnić. Do najwybitniejszych należy tu muzeum na wolnym
powietrzu w Schwerin-Muef3, którego zasadnicza wartość polega na tym, że
spośród 15 znajdujących się tu obiektów 14 jest na swoim starym miejscu 33.
Druga znaczniejsza placówka znajduje się w Seiffen. Założono ją w 1972 roku.
Zgromadzono w niej szereg obiektów, przeważnie z XVIII wieku. Jest tu też
stacja trafo (rozdzielnia elektryczna) z 1912 roku, która zapewne stanowi
jedyny w Europie tego rodzaju obiekt techniczny, który uznany został za
zabytek.
Natomiast w zachodnich Niemczech powstały po 1958 roku aż 54 muzea
na wolnym powietrzu, z tego 20 w Bawarii i 10 w Nadrenii-Westfalii. Jest to
dowodem niewątpliwej troski władz prowincji o zabytki, ale również społecznych dążeń do ratowania wszystkiego, co świadczy o przeszłości 34. Jest
oczywiste, że - jak wszędzie - w takiej liczbie nowo powstałych placówek są
muzea różnej wielkości i znaczenia. Dla przykładu wymieńmy największe, i te,
które prowadzą poważną pracę naukową i dydaktyczną. Są to: muzeum na
wolnym powietrzu w Molfsee koło Kilonii (1960), w Detmold (1966) i w Hagen
(1960) w prowincji Północna Nadrenia-Westfalia,
w Neu-Anspach (1973)
i w Sobernheim (1973) w Hesji oraz bawarskie placówki w Bad Windsheim
(1976), Gro13weil (1972) czy też w Perschen (1961). Nie miejsce tu na ich
opisywanie, ale każda z nich - a szczególnie muzeum w Detmold - może
służyć za wzór innym muzeom europejskim.
Osobny problem jawi się w Berlinie, w którym odkryto dużą powierzchniowo pozostałość po słowiańskiej osadzie z 1200-1220 roku z bogatymi
znaleziskami różnych przedmiotów, narzędzi, zbiorów, dekoracji, a także
resztki budynków mieszkalnych i gospodarczych. Na ich podstawie zrekonstruowano wygląd owalnej wsi zabudowanej zagrodami wielobudynkowymi 35.
Oficjalnie placówkę tę założono w 1975 roku i nazwano "Museumdorf
Diippel". Jest to zatem archeologiczne muzeum na wolnym powietrzu, jedno
z wielu w Europie, które można porównać z polskim muzeum w Biskupinie.
Do krajów, a których jeszcze nie wspomniano należy Francja. Do
niedawna muzeów na wolnym powietrzu wcale tam nie było, jakkolwiek
sama idea tego rodzaju muzealnictwa znana była już w latach 30. Powstały
nawet plany zorganizowania takiej placówki, których autorem był Georges
Henri Riviere. Do realizacji nigdy jednak nie doszło. Po przeszło 30 latach
R. Wendt, Freilichtmuseum Schwerin-Muess, Ludwigslust 1985.
Por.: 10 Jahre Museumsarbeit in Bayern. Abteilung Nichtstaatliche Museen 1976 -1986,
Straubing 1986; Museumsmagazin. Aus Museen und Sammlungen in Baden-Wiirttemberg, 2, 1984; 3,
1985, Konrad Theiss Verlag, Stuttgart.
35 A. von Miiller, Museumsdorf
Diippel, Berlin 1981.
J3

34

�94
Riviere wystąpił z koncepcją organizacji muzeów, które obejmowałyby swym
zasięgiem duże tereny i dążyłyby do zachowania pewnego obszaru kulturowego z jego zabytkami 36. Pierwsze takie muzeum pod nazwą "Ecomusee
d'Quessant" zorganizowano w 1968 roku, a w następnym "Ecomusee des
Monts d'Arree" oraz "Ecomusee de Saint-Degan - Nature et traditions du
pays d' Auray". Dwa pierwsze znajdują się w departamencie Finistere, trzecie
zaś w Morbihan. Ta koncepcja została szybko zaakceptowana przez społeczeństwo francuskie, o czym świadczą liczne następne ekomuzea, które powołano
do życia na terenie całej Francji w latach 1970-1986. Jedynym muzeum na
wolnym powietrzu, w sensie powszechnie znanym, jest "Ecomusee de HauteAlsace" w Ungersheim, department Haut-Rhin, które założono w 1980 roku,
a po czterech latach oddano do zwiedzania 37.
Kończąc powyższy szkic, w którym jedynie zasygnalizowano wybrane
problemy z rozwoju muzealnictwa skansenowskiego, chcę zwrócić uwagę na
konkretne efekty. Łącznie powstało dotychczas około 2100 muzeów na
wolnym powietrzu w Europie38. Oczywiście są wśród nich placówki duże
liczące 100, 200 i więcej obiektów lub mające w programie budowę tylu
budynków; są też lokalne muzea, w których chroni się jeden lub kilka zabytkowych obiektów, jak to jest często w Skandynawii. Przykładem może być prowincja Dalarna na północy Szwecji. Jak pisze Roland Andersson o muzeach na
wolnym powietrzu w tej prowincji, jest ich tam ogółem 50. Chroni się w nich
około 710 obiektów, z których 560 zostało translokowanych, a 150 znajduje
się na swoim pierwotnym miejscu. Tylko w trzech muzeach jest więcej niż
30 budynków, w dziesięciu więcej niż 20, w pozostałych liczby te są różne
i mniejsze od wskazanych 39.
Trudno jest zebrać podobne dane z całej Europy. Gdyby jednak przyjąć,
że przeciętnie w każdym muzeum chroni się tylko 10 obiektów to wówczas
we wszystkich razem byłoby ich około 21000. Pomijając wszystkie inne
aspekty dotyczące istnienia muzeów na wolnym powietrzu, już ta olbrzymia
liczba chronionych obiektów stanowi o użyteczności społecznej i naukowej
tych muzeów. Jest to bowiem olbrzymia baza badawcza dla tych, którzy
w przyszłości będą się zajmować problemami architektury ludowej czy
drewnianej.
36 W. von Hinten, Zur KonzepLion des ..Ecomusee·· in Frankreich, "Acta Scansenologica"
t. 3,
1985, s. 45 - 46.
37 Neuer Platz fur alt e Hauser, "Frankfurter
Allgemeine Zeitung" z 20.03.1986, nr 67. Przy
opisie francuskich muzeów pomocne były różne prospekty i oficjalna lista francuskich ekomuzeów,
którą otrzymałem z muzeum w Ungersheim.
38 W opracowaniu,
które ukazało się w 1984 roku (Muzea ... , op. cit., S. 20) podałcm nieco
mniejszą liczbę muzeów. Różnica spowodowana została przcde wszystkim powołaniem do życia
nowych muzeów.
39 Por.: R. Andersson,
op. cit., s. 74.

�95
Zwróćmy jeszcze uwagę, że idea Hazeliusa tylko w kilku krajach Europy
nie znalazła większego uznania, albo też nie wiadomo szerzej o organizowaniu
tam dotychczas muzeów na wolnym powietrzu. Są to: Grecja, Albania,
Włochy, Portugalia i Hiszpania. W tym ostatnim kraju istnieje wprawdzie od
1929 roku "Pueblo Espanol" w Barcelonie, ale nie może ono być uznane na
muzeum na wolnym powietrzu, bowiem daleko odbiega od kryteriów powszechnie przyjętych przy organizacji omawianych muzeów 40. Z pozostałych
- w Albanii jakby nie doceniano muzeów na wolnym powietrzu, a w innych
krajach na plan pierwszy wysuwa się wysokiej klasy zabytki z dawnych epok.
Niewykluczone, iż pewne znaczenie ma fakt, że w krajach tych nie ma
budownictwa drewnianego, a budownictwo murowane jest trwalsze. Trudniej
też przenosić takie budynki. Pozostaje jednak idea ochrony budynków na
pierwotnym miejscu, ich konserwacja, wyposażenie wnętrz i funkcjonowanie
ich jako muzeów. Wydaje się, że organizacja tak pomyślanych muzeów jest
tylko kwestią czasu w wymienionych krajach, zależni~ od społecznego dojrzewania i turystycznego zapotrzebowania.

Jerzy Czajkowski
ON THE HISTORY

OF OPEN

AIR MUSEUMS

IN EUROPE

(Summary)
The first open air museum in Europe was officially opened in 1891 when Arthur Hazelius,
a Swedish scientist, opened an architectural exhibition on the island of Djiirgarden in Stockholm.
The exhibits were transferred to the island from various places. Very quickly others followed
Hazelius's idea - in Denmark, Germany, Finland, Holland, and, first of all, in Norway. By the end
of 1918 over 100 open air museums were opened in these countries. Approximately 230 open air
museums were opened in the five countries mentioned above and in Estonia, Great Britain,
Yugoslavia, Latvia, Poland, Russia, Czechoslovakia, Hungary in the interwar period. Over 260
open air museums were opened between 1910 and 1958.
The idea of open air museums was substantiated in the world after 1958, when in 1956 and
1957 the International Council on Museums (lCOM) recognized museums of this type and when in
1958 the principles of organizing open air museums were published.
Transi.
40

Por.:

M. Kurzątkowski,

"Pueblo

paraskansenowskich,
"Acta Scansenologica"
Espaiiol" I\' Barce/unie, ibid., s. 171 i n.

Z. Nadstoga

IV Barcelonie
i kilka uwag o zjawiskach
t. 2, 1981, s. 161 i n. oraz P. Worytkiewicz, ..Pueblo

Espaiiol"

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="8450" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="8429">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/d856eaeb4bcd0172b1053270c85c9d36.pdf</src>
        <authentication>eb94cdb06427f01801dd261763057e87</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100961">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4589</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100962">
                <text>1973</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100963">
                <text>malarstwo ludowe</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="100964">
                <text>Krakowskie - sztuka ludowa</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100965">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4262</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100966">
                <text>Źródła malarstwa ludowego w krakowskiem / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1973 t.27 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100967">
                <text>Polska Sztuka Ludowa 1973 t.27 z.3; s.171-179</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100968">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100969">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100971">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100973">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100982">
                <text>R

H

I

W

U

M

О

н

R

N

Jerzy Czajkowski

ZRODŁA

D O MALARSTWA

LUDOWEGO

Dawna twórczość malarska należy do grupy stosun­
kowo słabo zbadanych dziedzin sztuki ludowej. Stało się tak
nie dlatego, że brak jest o b i e k t ó w do b a d a ń , ale przede
wszystkim z tego powodu, iż obrazy na p ł ó t n i e , papierze
czy rzadziej na blasze z reguły nie b y ł y sygnowane ani da­
towane ( i l . 1). Chronologię o b i e k t ó w zebranych w muzeach
opiera się głównie na wiadomościach uzyskanych od ostat­
nich właścicieli, k t ó r z y bardzo rzadko m o g ą udzielić praw­
dziwie rzetelnych danych, p o z w a l a j ą c y c h ściścle d a t o w a ć
stare obraz}-.
Analiza treści, stylu i techniki wykonania pozwala na
ewentualno wysuwanie hipotez d o t y c z ą c y c h w s p ó l n o t y
warsztatowej pewnych grup okazów, ale przy nieznajomości
o ś r o d k a produkcji nie daje możliwości zlokalizowania ich
proweniencji. S t ą d też cenne są nawet drobne wzmianki

W

KRAKOWSKIEM

źródłowe, k t ó r e d o r z u c a j ą nieco informacji do historii ludo­
wego malarstwa.
Zarówno w Wojewódzkim Archiwum Państwowym
w Krakowie, j a k i w zbiorach innych instytucji, zachowało
się nieco d o k u m e n t ó w z tego zakresu, k t ó r e wykorzystywali
już różni a u t o r z y . Rozpatrywano jo jednak pod k ą t e m
malarstwa w ogóle, a nie ludowego.
W przeciwieństwie do innych cechów, k t ó r y c h dzieje
zostały poznane, cech malarski w Krakowie nie doczekał się
do tej pory pełnego opracowania. P r z y c z y n ą tego jest niewiel­
ka — j a k dotychczas — liczba znanych d o k u m e n t ó w .
Najstarsza w i a d o m o ś ć o istnieniu w Krakowie cechu
skupiającego malarzy i goldszlagierów dotyczy roku 1490.
D a t a t a z o s t a ł a wymieniona w późniejszym o lat 80 przy­
wileju Zygmunta Augusta z dnia 1 . V I I . 1570 г., k t ó r e g o
1

П. 1. Wjazd Jezusa do Jerozolimy, ol./pł. W y k . A n t o n i Krząstkiowicz w Żywcu 1851 r.

l^JLŁi-H ^ {.iłiiV*i

п Л t- l i J»XAŁŁJKL..
171

�kopio znajdujemy w P a ń s t w o w y m A r c h i w u m W o j e w ó d z k i m
w K r a k o w i e . Najbardziej interesujący nas fragment tego
dokumentu b r z m i :
, A iż nas też dochodzi pewna wiadomość tego, że
sioła cudzoziemców z inszych p a ń s t w i królestw podano
nasze r o z m a i t ą r o b o t ą ich rzemiosłu należącą n a d j e ż d ż a j ą
k u wielkiemu zepsowaniu ich i nie malej szkodzie. Dlatego
m y , aby w rzemiośle swoim bez u t r a t y żyli, na ż ą d a n i e t y c h
to goldszlagicrom i malarzom niniejszym listem i m t ę pre­
r o g a t y w ę dajemy, aby ż a d e n cudzoziemiec z inszych p a ń s t w
i królestw nie siniał się w a ż y ć na gołdszłagiery i malarze
krakowskie, roboty żadnej wozić, ani p r z e d a w a ć , a zwłaszcza
abszlagu. feingoltu, gwiszgultu, srebra bitego..."
W dniu 5.111.1581 r. malarze krakowscy u z y s k u j ą po­
twierdzenie swego przywileju przez króla Stefana . Z do­
k u m e n t u tego wybieramy najciekawsze dla nas fragmenty:
kto chce zostać mistrzem ... ma sporządzić meistersztuk, jako t o : obraz Najświętszej M a r y i Panny z Dzieciąt­
kiem Jezus, po w t ó r e obraz Zbawiciela świata, po trzecio
S. Jerzego na koniu, k t ó r e to sztuki majstrowie oglądać
m a j ą , dla przekonania się, czyli on w przyszłości może t u
zostać mistrzem i ich rzemiosło sobie o b r a ć . W s z a k ż e nie
należy w t y m względzie zbyt wiele w y m a g a ć od biednych
towarzyszy...'-.
...Ktoby nie mial prawa miejskiego albo cechowego,
gdziekolwiek by mieszkał, czy na Stradomiu. na Kazimie­
rzu lub na Klcparzu, temu nie m a j ą pozwolić roboty swe
p r z e d a w a ć z n a s z ą p o m o c ą w mieście, ale t y l k o w czasio
j a r m a r k u , kiedy k a ż d e m u to jest wolno.
Jeżeliby kto przywiózł tablice, chusty lub papiery ma­
lowane, k t ó r e by przynosiły uszczerbek rzemiosłowi, na ten
czas ecohmistrzo z naszymi sługami m o g ą takowe pozabie­
rać, oprócz j a r m a r k u , a zaś drobno przedmioty malowane,
k t ó r e nie p r z y n o s z ą uszczerbku w rzemiosło to wolno prze­
d a w a ć w dnie targowe..." .
W 1638 r. W ł a d y s ł a w I V potwierdza dawne ustawy
cechowe malarzy z nowo przydanymi a r t y k u ł a m i , z k t ó ­
rych wybieramy dwa k r ó t k i e a k a p i t y :
„ . . . k t ó r y by towarzysz (malarski) cłieiał mistrzem kra­
kowskim zostać ... ma sztuki robić naznaczono według
przywileju, to jest: K r u c y f i k s , P. Maryc w drodze do E g i p t u ,
S. Jerzego na koniu...
I t e m . J e ś l i b y n i e d o s k o n a ł y b y ł w sztuce malarskiej, ma
być wodle uznania m i s t r z ó w karany, od każdej sztuki dwa
talary i kolacją p o d ł u g p r z e m o ż e n i a swego ...A jeśliby się
takowy towarzyszem b ę d ą c p a r t a n i n ą bawił, albo mistrzom
przeszkodę czynił ... t a k i ma b y ć karan d w u d z i e s t ą tala­
rów..."
W 1783 r. powstaje nowy statut cechu malarzy kra­
kowskich, k t ó r y król S t a n i s ł a w August zatwierdził w dniu
13.111.1784 г.? Czytamy tam m . i n . :
„7. Uczeń zostawszy czeladnikiem i towarzyszem ma
rok u swego magistra robić..., zaś po wyjściu roku ma pójść
na wydoskonalenie lepsze siebie do g ł ó w n y c h miast na lat 2
i stanowić się nie ma, p ó k i t y c h lat dwóch nie odbędzio lub
z przyczyn t y c h samy eh słusznych d w ó c h lat u magistra t u ­
tejszego aktualnie za towarzysza nie w y r o b i .
8. Ż a d e n z t o w a r z y s z ó w nie ma się żadnej roboty podej­
m o w a ć na swoją s t r o n ę . . .
2

1

5

6

17. Żaden z p a n ó w magistrów nie ma obrazów po mieście
i wszelkich domach i miejscach na przedaj roznosić, lecz je
w domu ma p r z e d a w a ć , gdyż s t ą d wielka h a ń b a dla kon­
gregacji dzieje się...
19. Aże jako wyżej dawnemi ordynacjami i ich kon­
firmacjami ostrzeżono jest, by się n i k t tej professyi i sztuce
przeszkadzać nie ważył..., aby ż a d e n innej kondycyi czło­
wiek, w tej kongregacyi wpisany nie b ę d ą c , ż a d n y m prot•'katem, sposobem i t y t u ł e m , t a k w nanoszeniu, robieniu,
przywożeniu z p a r t y k u l a r n y c h miast krajowych wszelkich
172
T

r o b ó t malarskich, k t ó r e się r ó ż n y m i kolorami, farbami, zło­
tem, srybrom, lakierowaniem, klijern lub olejem robią, t u
do miasta K r a k o w a jako i przedmieścia jego na przedaj
nanosić, nawozić pod jakimkolwiek pretekstem, na zniszezenio i zrujnowanie mieszczan krakowskich ... nie ważył...,
wyjąwszy virtuosos viros obrazy i portrety m a l u j ą c y c h ,
i ci prostych r o b ó t robić nie m a j ą , ani w nich przeszkadzać...
malarzom krakowskim nie b ę d ą powinni..."
Nieco wcześniejsze od ostatniego dokumentu jest za­
rządzenie rektora U J Stanisława Filipowicza wydane po­
między 1747 a 1758 r. Przytaczamy je na k o ń c u zestawienia.,
g d y ż nie ma ono już, jak wszystkie powyższe, charakteru
statutu. Jest to rozporządzenie ..O p o r z ą d k u między panami
magistrami w podejmowaniu się roboty malarskiej", w k t ó ­
r y m przeciwstawiona została pracom artystycznym „...in­
sza i najpodlejsza robota klijowana, czyli to na płótnie,
czyli to na drewnie..." . Między i n n y m i rektor nakazuje:
7

„...aby panowie magistrowie kunsztu malarskiego,
k t ó r z y w malowaniu obrazów, l a n c z a w t ó w (!), kopersztychów i w t y m podobnych inwencyj m a j ą biegłość i dosko­
nałość t ą ż s a m ą s z t u k ą i r o b o t ą , aby się bawili i nią się kontentowali, k t ó r z y zaś r o b o t ą złocenia i chińszczyznę p r a k t y ­
k o w a ć u m i e j ą tąż s a m ą s z t u k ą aby się bawili i n i ą się kontentowali do inszej nie rzucając się, k t ó r z y zaś na ostatek
t y l k o do samej roboty klijowanej są sposobni żadnej innej
p o d e j m o w a ć się nie p o w i n n i . . . "
8

Oprócz podanych wyżej d o k u m e n t ó w istnieje jeszcze
k i l k a innych, k t ó r y c h treść lub fragmenty podamy w trakcie
omawiania poszczególnych z a g a d n i e ń .
Nie ulega wątpliwości, że krakowski cech malarzy sku­
piający jednocześnie pozlotników i szklarzy, a w późniejszym
okresie również szpalerników, istniał już w X V w. Jak do­
w o d z ą wykazy sporządzone, przez W. (J ąsiorowskiego
i E . Rastawieckiego, w cechu krakowskim rejestrowani byli
malarze w y w o d z ą c y się rodem z najrozmaitszych miast nie­
mal z całej Polski i z zagranicy . W X V I I i X V I I I w. nie­
k t ó r z y malarze rekrutowali się również z podkrakowskich
wsi, jak np. Marcin Chochelek syn m ł y n a r z a z Luborzycy,
wyzwolony na towarzysza w 1624 r „ Stanisław Derysarz
z Iwkowej wyzwolony w 1784 r. i i n n i " .
5

1

Statut cechu malarzy był analogiczny jak w innych
cechach. Ulegał on jednak ciągłym korektom, j a k świadczą
0 t y m m.in. tzw. majstersztyki, k t ó r e malarz-czeladnik m i a ł
w y k o n a ć przy przyjęciu go na mistrza. W 1581 r. obowią­
z y w a ł y 3 obrazy, t j . N M P z Dzieciątkiem,-Zbawiciela ś w i a t a
1 św. Jerzego. Natomiast w 1638 r. pozostał t y l k o św. Jerzy,
a w miejsce dwu pierwszych obowiązywał U k r z y ż o w a n y
i Ucieczka do Egiptu (oba dok. cyt. wyżej). Jest to w za­
sadzie kwestia marginesowa, o tyło jednak interesująca, że
p o s t a ć św. Jerzego obca jest polskiemu malarstwu ludowemu
na płótnie i papierze, chociaż w y s t ę p u j e w grafice ludowej.
Majstersztyki obowiązywały ogół nowo kreowanych
mistrzów, m o ż n a się było jednali niekiedy od nich w y k u p i ć ,
a np. w przypadku, gdy czeladnik był synem malarza, robił
on czasami t y l k o jeden obraz majstorsztykowy albo w ogól o
nie p r z e d s t a w i a ł żadnego dowodu swoich umiejętności.
W ten sposób zdarzało się, że mistrzem zostawał człowiek
dość słabo znający swój fach, ewentualnie mało uzdolniony,
T a k i zaś mógł p r a c o w a ć wyłącznie dla. mniej wybrednych
odbiorców. I n t e r e s u j ą c y przy t y m jest jeden zwrot w przy­
wileju króla Stefana, informujący, że od biednych towarzy­
szy przy prz3'jmowaniu ich na mistrza „nie należy w t y m
względzie zbyt wiele w y m a g a ć " . Jest oczywiste, iż tego ro­
dzaju zwrot nie mógł pochodzić od króla, lecz b y ł sformuło­
waniem przedstawionym przez cech. To zaś oznaczało, że
sami mistrzowie cechowi dopuszczali istnienie dwu r ó ż n y c h
n u r t ó w malarstwa: jednego, w ramach k t ó r e g o tworzono
dzieła przynajmniej poprawne, i drugiego będącego za-

�I I . 2. Śmierć

Św. Józefa,

ol./pl. 1864 r. K r a k ó w — P l u s z ó w .

pewno na u s ł u g a c h ludzi m a l o z a m o ż n y c h . Ten drugi n u r t
m i a ł b y więc charakter ludowy, a jego początki - - jak wy­
n i k a z dokumentu — sięgają X V I w. Przypuszczenie to
znajduje zresztą potwierdzenie w t y m samym przywileju
z 1581 г., w k t ó r y m jest mowa o sprzedaży biblie, chust lub
papierów malowanych, k t ó r o nawet w fhritiit tandetnej
mogły być sprzedawane, ale wyłącznie na jm-tiuuvti. Nie ma
t u wprawdzie m o w y o obrazach, zaś pod o!:-. .&gt;! . . v m tablie,
chust czy p a p i e r ó w malowanych mogły k r , {• ,-ię uiż.no wyro­
by. W ą t p l i w e jednak, b y mogły to być np. koilryny deko­
racyjne, g d y ż do 1603 r. k o ł t r y n i a r z o mieli osobny cech,
k t ó r y zapewne sam regulował swoje sprawy, a poza t y m
papierowe k o l t r y n y — jak twierdzi Jan P a c h o ń s k i — roz­
powszechniły się dopiero w końcu panowania Augusta I I I .
Jest oczywiste, że w cechu malarskim zrzeszającym za­
r ó w n o a r t y s t ó w wysoliiej klasy, jak i bardzo miernych rze­
mieślników, nie mogło b y ć nigdy jednomyślności. Dopiero
jednak w 1745 r. doszło do pierwszego r o z ł a m u , kiedy to 12
malarzy p o d d a ł o się pod p r o t e k c j ę Akademii K r a k o w s k i e j .

Pomijam tu wszystkie; perypetie cechu i t y c h kilkunastu ma­
larzy, k t ó r z y woleli zwierzchnictwo Akademii, gdyż t y m i
sprawami zajęła się już M . C b a m c ó w n a . D l a nas natomiast
istotniejszy jest fakt, że nawet ci malarze, nad k t ó r y m i
m i a ł a roztoczyć opiekę Akademia, reprezentowali bardzo
zróżnicowań)' poziom. W y n i k a to jasno z wypowiedzi rek­
tora Filipowicza, k t ó r y odróżnia p o d ł ą r o b o t ę klejową od
innych doskonalszych sztuk, a ponadto p o d k r e ś l a on, że
wśród malarzy są taey, k t ó r z y są zdolni t y l k o do r o b ó t kle­
jowych.

11

1 2

13

Można sądzić, że już co najmniej od poł. X V I I I w.
plobejski n u r t malarstwa stale p r z y b i e r a ł na sile. Wyrazom
tego jest nowy statut cechu malarzy z 1783 г., w k t ó r y m
zastrzega się, by malarze a r t y ś c i — virtuosos viros -— nie
przeszkadzali i n n y m w w y k o n y w a n i u prostych r o b ó t . A ja­
kie to mogły b y ć roboty wyraził najlepiej sam Hugo Koł­
łątaj stwierdzając, że krakowscy malarze u m i e j ą jedynie
„ r a m y złocić i karety p o k o s t o w a ć lub ś w i ę t y c h P a ń s k i c h
z k r z y w y m i g ę b a m i m a l o w a ć " (1780 г . ) . к Trzeba p r z y z n a ć ,

173

�że H . K o ł ł ą t a j , k t ó r y akurat powrócił z Włoch i sam znał się
na malarstwie, miał pełne prawo w y r a ż a ć t a k ą opinię (po­
m i j a m y t y l k o , czy miał prawo uogólniać), g d y ż cech kra­
kowski p r z y j m o w a ł w t y m czasie za m i s t r z ó w malarzy da­
lekich od doskonałości. I t a k np. w 1747 r. cech przyjmuje
do swgo grona Mikołaja Stojkowskiego, w zasadzie samouka,
zastrzegając jedynie, b y „wielkich r o b ó t nie p o d e j m o w a ł " .
Walentego K a m i ń s k i e g o uznano za magistra sztuki malar­
skiej w 1776 r „ ale jednocześnie cech postanawia, że winien
się on t y l k o klejową r o b o t ą z a j m o w a ć . Charakterystyczny
jest p r z y k ł a d malarza Popławskiego, k t ó r y m a l o w a ł w koś­
ciele O.O. D o m i n i k a n ó w i K a r m e l i t ó w , w kościele N M P
w r y n k u , czy t e ż u św. Tomasza. T e m u ż to Pop­
ł a w s k i e m u zakazano w 1766 r. „nosić, p r e z e n t o w a ć i sprze­
d a w a ć obrazów źle malowanych". Natomiast Józefa Jac­
kowskiego, k t ó r y wszedł do cechu w 1788 r. a zmarł 20 lat
później, cech skazał w 1794 r. na oddanie dwóch świec półfuntowych „ z a odmalowanie obrazów w niczom nie podob­
nych do ludzkiego w y o b r a ż e n i a " .
13

P r z y k ł a d y powyższe dowodzą, że w 2. poł. X V I I I w .
cech malarski b y ł j u ż p r z e ż y t k i e m . Główny trzon jego sta­
t u t u wypracowany w czasach średniowiecznych nie mógł
zadowolić wszystkich zrzeszonych, k t ó r z y prawdopodobnie
w sposób ś w i a d o m y dzielili się na dwie grupy, wykorzystu­
jące jednak takie samo zapotrzebowanie społeczne. Nie­
wątpliwie, przy podziało t y m d e c y d u j ą c ą rolę o d g r y w a ł y
zdolności i umiejętności. Gdyby jednak nie istnieli odbiorcy
obrazów „źle malowanych", nie b y ł o b y jednego z proble­
m ó w (jakości towaru) w a l k i w e w n ą t r z c e c h o w e j , k t ó r a do­
p r o w a d z i ł a w 1745 r. do k r ó t k o t r w a ł e g o oddzielenia się
z cechu grupy malarzy. D ł u g o t r w a ł a walka uwieńczona zo­
s t a ł a sukcesem w 1818 г., kiedy to p o w s t a ł a w ramach
Uniwersytetu Jagielońskiego Regularna Szkoła Sztuk P i ę k ­
nych, chociaż nie zniesiono jeszcze przymależnośei a r t y s t ó w 1 6

r

malarzy do cechu skupiającego w o w y m czasie zarówno kra­
kowskich malarzy, j a k i rzemieślników-malarzy oraz lakier­
ników. P o w o ł a n i e Szkoły Sztuk P i ę k n y c h wzmogło jednak
a k t y w n o ś ć a r t y s t ó w - m a l a r z y , k t ó r z y spowodowali, że w
1820 r. Zgromadzenie R e p r e z e n t a n t ó w K r a j u Krakowskiego
rozwiązało cech. Formalna likwidacja organizacji cechowej
musiała jednak s p o t k a ć się z n a t u r a l n y m oporem ze strony
większości jej członków. Dowodzi tego list Michała Stacho­
wicza, Józefa Rybkiewicza i Jana Zamojskiego skierowany
dnia 29.XII.1821 r. do Senatu R z ą d z ą c e g o Rzeczypospoli­
tej K r a k o w s k i e j z p r o ś b ą o egzekwowanie u c h w a ł y z 1820 r.
oraz drugi list o podobnej treści z dnia 19.IV. 1822 r. Wresz­
cie w 1825 r. doszło do ostatecznego wyłączenia a r t y s t ó w malarzy z cechu, w k t ó r y m zgrupowali się j u ż wyłącznie
rzemieślnicy. Nie wykluczone, że pozostali w n i m również
malarze obrazów ludowych, chociaż bezpośredniego dowodu
na to nie mamy. W liście starszych Zgromadzenia skiero­
wanym do Senatu duia 26.VI.1827 r. jest wprawdzie mowa
o malowaniu i malarzach, ale m o ż e t u chodzić z a r ó w n o
o malarzy ścian, j a k i m e b l i . Jedno zdaje się n i e w ą t p l i w e ,
bez względu na to, czy malarze p r o d u k u j ą c y obrazy dla
najszerszych mas b y l i zrzeszeni, czy też pozostali poza Zgro­
madzeniem — uzyskali oni od momentu w y ł ą c z e n i a się ma­
larzy virtuosos viros pełnię swobody, k t ó r e j nie m o g ł y krę­
p o w a ć j u ż ż a d n e przepisy i u c h w a ł y . B y ł to okres masowego
rozwoju malarstwa ludowego w Krakowie, a prawdopodob­
nie również w miejscowościach podkrakowskich, d o k ą d
mogli się rozejść malarze o słabszych kwalifikacjach, sku­
pieni dotychczas w warsztatach swych mistrzów.
17

18

W przytoczonych na wstępie fragmentach d o k u m e n t ó w
uwidacznia się jeszcze jeden problem, k t ó r y do tej pory nie
został poruszony, a mianowicie handel obrazami. W wiekach
ubiegłych obrazy zamawiano zwykle bezpośrednio u mis­
trza w warsztacie. Obok tego praktykowano o b w o ź n y handel

�w y t w o r a m i sztuki malarskiej, co zostało m . i n . w y p u n k t o ­
wane w przywileju z 1570 r. Mimo iż z dokumentu tego nie
m o ż e m y wnioskować, aby b y ł a t a m mowa o malarstwie l u ­
dowym, to jednak interesujący jest fakt, jak daleko sięgają
tradycje takiego handlu.
Jak nierealny b y ł całkowity zakaz handlu obwoźnego
w przywileju Z y g m u n t a Augusta świadczy najlepiej do­
kument z 1581 г., w k t ó r y m całkowicie świadomie dopusz­
czono zarówno rodzimy, j a k i obcy element do handlu wy­
tworami sztuki, ograniczając t y l k o jego powszechność do
dni jarmarcznych, „ k i e d y k a ż d e m u to jest wolno". Podobnie
zresztą p o s t ę p o w a n o i w innych cechach, np. przy handlu
wyrobami stolarskimi pochodzenia wiejskiego, k t ó r e wolno
było s p r z e d a w a ć ich producentom w dnie targowe i jarmar­
czne. '
1

W wieku X V I I i X V I I I m o ż n a było również n a b y w a ć
obrazy w sklepach handlarzy, przy czym w n i e k t ó r y c h z nicłi
sprzedawano również obrazy dwustronne. Informacja t a
podana przez J . P a o h o ń s k i e g o jest o tyle interesująca, że
dwustronnie malowane obrazy na blasze produkowali rów­
nież w 1. pol. X I X w. malarze l u d o w i .
20

21

W połowie X V I I I w. handel o b n o ś n y musiał b y ć zja­
wiskiem dość c z ę s t y m , skoro omawiano go na jednej sesji
cechu w dniu 19.V.1766 r. Zakazano przy t y m „nosić, pre­
z e n t o w a ć i p r z e d a w a ć obrazów źle malowanych, osobliwie
P o p ł a w s k i e m u " , o k t ó r y m w s p o m i n a l i ś m y już w y ż e j . Bar­
dzo silnie uwypuklona została sprawa handlu w statucie
z 1783 r. K r a k o w s k i cech malarski rozciągał zakaz handlu
nie t y l k o na obszar miasta, ale wszystkicłi miejsc, co t y l k o
dowodzi, że niehonorowy dla tutejszego cechu handel poza
m u r a m i pracowni musiał b y ć na p o r z ą d k u dziennym. B y ł
to jednak — j a k wiemy — okres rozpadu organizacji cecho­
wej, k t ó r a nie b y ł a j u ż w stanie przeciwdziałać konsekwent­
nie rozwojowi takiego handlu, t y m bardziej, że uprawiali go
z a r ó w n o członkowie samego cechu, j a k i różnego rodzaju
„ p a r t a c z e " i „przeszkodnicy . Obraz Canaletta Ulica Mio­
dowa w Warszawie, czy też p o s t a ć wędrownego o b r a ź n i k a
z akwareli Norblina lub K . W . Kiclisińskiego potwierdzają,
że w o w y m czasie łiandel obnośny — i to obrazami ludowymi
— b y ł już w Polsce zjawiskiem powszechnym. N a d m i e ń r n y ,
że dla Krakowskiego p o s t a ć wędrownego handlarza obrazami
chodzącego po wsiacłi poświadczona została źródłowo
w 1736 r .

t y m n a d m i e n i ć , że w n i e k t ó r y c h przypadka cl i nie podano
treści, w y m i e n i a j ą c t y l k o liczbę i cenę. N p . w taksie po
zmarłej pani Optołowiczowej (kon. X V I I I w.) zanotowano
m . i n . „ o b r a z k ó w p ó ł a r k u s z o w y c h za szkłem s z e ś ć " o war­
tości 1 zł 6 gr, w innej zaś taksie (1787 г.), przy której nio
podano nazwiska byłego właściciela wymieniono szczegó­
łowo 13 obrazów, a na k o ń c u podano „ 2 2 m a ł y c h o b r a z k ó w
w cenie 6 zł 6 gr".
Z wymienionych obrazów t y l k o przedstawienie M a t k i
Boskiej Częstochowskiej powtarza się pięciokrotnie, pozo­
stałe zaś zanotowane są przeważnie jeden, a czasem dwa
razy.
W wielu wypadkach przy temacie obrazu podawano, że
jest malowany na płótnie, lub na papierze, natomiast prawie
zawsze zaznaezano wartość obiektu w momencie spisu.
Pozwala to na wyciągnięcie pewnych w n i o s k ó w ; obrazy na
płótnie b y ł y daleko droższe, a cena ich w a h a ł a się w grani­
cach 1 do 8 zł, z t y m że najczęściej w a r t o ś c i o w a n o 2 do 4 zł.
Natomiast wycena obrazów papierowych nie sięgała wyso­
kości 1 zł, a nieraz miała w a r t o ś ć t y l k o jednego do p ó ł t o r a
łokcia lnianego p ł ó t n a . s Dlatego t e ż w t y c h przypadkach,
w k t ó r y c h przy wymienionych obrazach podawano w y c e n ę ,
a nie pisano na czym jest malowany, ł a t w o samemu postawić
odpowiedni wniosek.
W inwentarzu po Błażeju K o z ł o w s k i m spisanym 12 X l
1751 i', znajdujemy obraz papierowy z namalowanym św.
Janem Nepomucenem (wart. 15 gr). Data śmierci Kozłow­
skiego pozwala na stwierdzenie, że tego rodzaju obrazy ro­
biono w Krakowie j u ż co najmniej w połowie X V I I I w.,
a prawdopodobnie nawet wcześniej, skoro w Częstochowie
analogiczne poświadczone są dokumentem z 1718 r .
Kwestia lokalizacji warsztatu pozostaje w t y m w y p a d k u
bez znaczenia, jako że i K r a k ó w b y ł p o w a ż n y m ośrodkiem
k u l t o w y m i handlowym, zaś użycie tańszego m a t e r i a ł u do
2

2 6

I I . 5. Św. Rozalin, oł./pł. W y k . 1831 r. Andrzej Madalski.
Żywiec.

22

2 3

I n n y rodzaj d o k u m e n t ó w , k t ó r e znajdują się w archi­
w u m krakowskim, s t a n o w i ą inwentarze ł u b „ t a k s y " obra­
zów po z m a r ł y c h m i e s z k a ń c a c h K r a k o w a . « Charakterys­
tyczno, że w dokumentach tycłi prawie wyłącznie mowa jest
o obrazach, a ich w a r t o ś ć jest często zupełnie znikoma.
Podane t a m pełne nazwy t e m a t ó w o r i e n t u j ą nas, że w X V I I I
w. spotykano w krakowskich domach obrazy o n a s t ę p u j ą c e j
t r e ś c i : Najświętsza Panna Częstochowska,
Najświętsza
Panna R ó ż a ń c o w a z s u k i e n k ą w y k l e j a n ą papierem, Naj­
świętsza Panna R ó ż a ń c o w a z papieru tłoczona, Najświętsza
Panna z s u k i e n k ą , N a j ś w i ę t s z a Panna z s u k i e n k ą p ł a t k o w ą .
Najświętsza Maria Panna z niebieskimi ramami i sukienki;.
Najświętsza Panna trzymająca. Pana Jezusa śpiącego,
Najświętsza Panna zwana Majoris, Najświętsza Panna Pias­
kowa, Najświętsza Panna Dzikowska, obraz tłoczony M a t k i
Boskiej, Pan Jezus u k r z y ż o w a n y , Pan Jezus u k r z y ż o w a n y
z osobami, (Chrystus) M i ł a t y ń s k i , Z a ś l u b i n y Najświętszej
Panny ze św. J ó z e f e m , Ucieczka do E g i p t u , Boże narodze­
nie, Historia Tobiasza, Salvator (Mundi), Obrazek św. K a n i e ­
go i n figura gibs, Maria Magdalena, św. św. Agnieszka, Anna,
E l ż b i e t a , Tekla, Teresa, Franciszek Seraficzny, Jerzy, Kazi­
mierz, Michał, Mikołaj, Jan Nepomucen, Sebastian,Tomasz.
2

Zestawienie powyższe, obejmujące 35 t e m a t ó w , w y ­
kazuje dość obszerny wachlarz ikonograficzny, t y m bar­
dziej, że s k ł a d a się n a ń t y l k o 7 inwentarzy. N a l e ż y przy
175

�I I . 6. Salvator Mundi, ol./pl. VV'yk. 1835 r. Andrzej Madalski. Żywiec.

produkcji miało walor finansowy dla d w u stron: sprzedają­
cego i k u p u j ą c e g o .
Również J. P a c h o ń s k i potwierdza wykonywanie w K r a ­
kowie obrazów papierowych. Nio precyzuje jednak, ezy
chodzi o X V I I czy X V I I I w i e k .
Szukając historycznej
daty zastosowania papieru do malowania obrazów, nie na­
leży p o m i j a ć wzmianki o „ p a p i e r a c h malowanych" w cyto­
w a n y m na wstępie przywileju z 1581 r. Zastrzegam się jed­
nak, żo nie k ł a d ę znaku r ó w n a n i a p o m i ę d z y obrazami,
o k t ó r e w t y m w y p a d k u chodzi, a informacją z X V I w.
Jak donoszą różno wiadomości źródłowe, obrazy na
papierze b y ł y znane około poł. X V I I I w. również w innych
regionach. To zagadnienie pozostaje jednak poza ramami
niniejszego szkicu.
Ze wspomnianych inwentarzy m o ż e m y zaczerpnąć
jeszcze j e d n ą informację. Dotyczy ona terminologii stoso­
wanej przez ówczesnych malarzy. Mamy więc obrazy „ar­
kuszowe, półarkuszowo, łokciowe, półłokciowo, połowiczne,
ć w i a r t k o w e i p ó ł ć w i a r t k o w o " , a ponadto obrazy z papieru,
tłoczone. Cały zestaw powyższych nazw m o ż n a odnieść do
p r z y j ę t y c h w X V I I I w. typowych w y m i a r ó w obrazów, za­
r ó w n o papierowych, jak i p ł ó c i e n n y c h . Natomiast dwie
informacje z k o ń c a X V I I I w. o obrazach tłoczonych z pa­
pieru d o t y e z ą techniki wykonania. W jednym wypadku
27

28

29

176

zapis b r z m i : „ o b r a z tłoczony z papieru M a t k i Boskiej"^
w drugim zaś „ o b r a z ( N . P. Różańcowej) z papieru tłoczo­
n ą " . Podana cena tego ostatniego w y n o s z ą c a 4 zł dowodzi,
żo był to obi-az dość drogi, ale nie przyczynia się do wyjaś­
nienia sposobu wykonania. Trudno p r z y p u s z c z a ć , by cho­
dziło t u o papier, na k t ó r y m wytłoczono — w sensie dosłow­
nym
• obraz lub przynajmniej jego k o n t u r y . B y ć m o ż e ,
że chodzi o obrazy o powierzchni reliefowej wykonanej
z masy np. gipsowej, w y t ł a c z a n e j przy pomocy jakiejś
formy. Jest to o tyle prawdopodobne, że w i n n y m spisie
znajdujemy n o t a t k ę m ó w i ą c ą o trzech „ o b r a z e c z k a c h gip­
sowych", a poza t y m o gipsowym krucyfiksie i t a k i m ż o
obrazie św. Kantego.
N a marginesie n a d m i e n i ę , że w d w u taksach (z 1786 r.
i ok. 1796 r.) znajdujemy wzmianki o obrazach na szkle.
W pierwszej wykazano „2 obrazy na szkło wysrebrzone
z kopersztyehami w y s t r z y g a n y m i " za cenę 4 zł, w drugiej
„ o b r a z k ó w zwierciadłowych cztery po gr 12". Nic są (o
jedyne informacje o obrazkach na szkle w Krakowskiem,
g d y ż w pobliskim Sławkowie b y ł y w 1779 r.: „ o b r a z na szkle
malowany m a ł y , Pana Jezusa z z w i ą z a n y m i r ę k a m i w czer­
wonej koronie, obraz na szkle zwierciadłowym malowany
Pana Jezusa U k r z y ż o w a n e g o , obraz N . P. Częstochowskiej
na zwierciadle, p o t ł u c z o n y " , эо zaś we dworze w Parczach

�I I . 7. M . Boska"z Dzieciątkiem, ol./pl. W y k . 1830 r. Andrzej Madalski. Żywiec.

Górnych pod Olkuszem były w 1758 r. 2 obrazki zwiercia­
d l a n e . Informacje te t r a k t u j ę jako drobne uzupełnienie do
dotychczasowych wiadomości na ten temat.
N a zakończenie c h c i a ł b y m dorzucić k i l k a nie publi­
kowanych jeszcze, a niedawno odkrytych nazwisk malarzy
w regionie krakowskim.
Z pracy Tadeusza Seweryna znamy szereg nazwisk
z ośrodków malarskich w K a l w a r i i Zebrzydowskiej, Żabnie,
N o w y m Targu, Krakowie i o k o l i c y . W ostatnich latach
jedno nazwisko malarza pochodzącego ze wsi Borowiec w
powiecie chrzanowskim dorzuciła Maria P r z e ź d z i e c k a ,
a Ewa Śnieżyńska-Stolot ustaliła pięć nazwisk malarzy
z rejonu M y ś l e n i c ; zaznaczyła ona jednak, że prace wszyst­
kich znanych jej twórców nie m a j ą charakteru ludowego,
a zbliżają się do oficjalnej sztuki X I X w. Niedaleko odbiega
od nich również Andrzej Kowalczyk z Woźnik pow. Wado­
wice (1874—1955), k t ó r y będąc samoukiem doszedł do
znacznej perfekcji w wykonywanych przez siebie obrazach.
W sumie lista znanych nazwisk malarzy ludowych lub pra­
c u j ą c y c h na potrzeby wsi w okresie X I X i na p o c z ą t k u X X
w. jest dość skromna.
R ó w n i e ż ubogie jest uzupełnienie do tej listy, a skła­
d a j ą się n a ń : Mateusz Budzaszek, rolnik z Liszek pod K r a ­
kowem żyjący w X I X w., J . Tarnowski, k t ó r y posiadał swój
31

32

33

34

35

warsztat w Zebrzydowicach (prawdopodobnie pod K a l ­
warią) w 2. pol. ubiegłego stulecia, Micłial Andrzej Stan­
kiewicz pracujący w okolicy K r a k o w a w k o ń c u X I X w.
oraz A n t o n i Komenda z Igołomii-Odwiśla, organista i rol­
nik, z m a r ł y w czasie I I wojny światowej w wieku ok. 70 lat.
Najbardziej autentycznym t w ó r c ą l u d o w y m b y ł Ma­
teusz Budzaszek, k t ó r y urodził się. 17 I X 1836 г., a z m a r ł
ok. 1894 r .
Z relacji
wnuka, Kazimierza Budzaszka,
wiemy, że Mateusz lubił s t r u g a ć różne drobno przedmioty
o charakterze dekoracyjnym do u ż y t k u domowego, a ponad­
to miał w y k o n a ć k i l k a o b r a z ó w o tematyce religijnej. Jeden
t a k i obraz zachował się w domu informatora (obecnie włas­
ność Muzeum Etnograficznego w Krakowie). W obrazie t y m
papierowe tło jest malowane olejno w k w i a t y , na n i m zaś
nabite są trzy polichromowane płaskorzeźby, t w o r z ą c e
k o m p o z y c j ę M a t k i Boskiej R ó ż a ń c o w e j adorowanej przez
postacie zakonnika i zakonnicy ( i l . 3). W okolicy Liszek
znajdują się jeszcze inno analogicznie wykonano o b r a z y ,
co do k t ó r y c h m o ż n a by ewentualnie p r z y p u s z c z a ć , żo wy­
konał je Budzaszek. J e ś l i b y sądzić na podstawio nielicznych
okazów, to ograniczał się on jedynie do malowania t ł a dla
głównego tematu j a k i m b y ł y p ł a s k o r z e ź b y .
R ó w n i e ż osoba J. Tarnowskiego znana jest z jednego
obrazu, k t ó r y autor na odwrociu podpisał i d a t o w a ł (1789
3 6

37

177

�38

г . ) . S ą d z ą c z tego jedynego p r z y k ł a d u , b y ł to słaby ma­
larz o tendencjach realistycznych, m a l u j ą c y na poziomie
kiepskiej amatorszczyzny. Ten sam poziom i kierunek re­
p r e z e n t o w a ł A n t o n i Komenda, k t ó r y w zakresie r z e ź b y
osiągnął wysoki stopień rzemieślniczego kunsztu.
Ostatni z wymienionych, Michał Andrzej Stankiewicz,
pochodził z rodziny, w k t ó r e j sztuka malarska przechodziła
z ojca na s y n ó w . Protoplasta rodziny, prawdopodobnie ma­
larz, osiedlił się w Oświęcimiu zapewne na p o c z ą t k u X I X w.,
albowiem w starszych księgach parafialnych nie ma zupełnie
tego nazwiska. Michał Andrzej ur. 1 I X 1855 r. w Oświę­
cimiu.
Jego ojcem b y ł Jan Stankiewicz, najprawdopo­
dobniej ten sam malarz, k t ó r y w 1858 r. pozostawił po sobie
obraz w T r z e m e ś n i pow. M y ś l e n i c e . Michał Andrzej Stan­
kiewicz żył k r ó t k o ; z m a r ł on 6 V I I I 1899 r. w Rybnej pow.
K r a k ó w , 1 gdzie zapewne od niedawna p r z e b y w a ł , jako że
z p o c z ą t k i e m owego r o k u m a l o w a ł obrazy po wiejskich do­
mach w Czernicłiowie (na p r z y s i ó ł k u Zakamycze) i sąsied­
nich Rusocicach. Znanych jest w chwili obecnej 6 o b r a z ó w
tego a r t y s t y , z tego t y l k o 2 są datowane (1899 г.). Ze względu
na bliskie sąsiedztwo wszystkich d o m ó w , w k t ó r y c h znaj­
d u j ą się obrazy, m a m y prawo sądzić, że p o w s t a ł y w t y m
samym okresie. Obrazy Michała Andrzeja Stankiewicza do­
w o d z ą , że b y ł on malarzem r e a l i s t ą o p e r u j ą c y m d u ż ą s k a l ą
k o l o r y s t y c z n ą . W poszukiwaniu zarobku nie w z d r a g a ł się
on przed w y k o n y w a n i o m obrazów do chłopskich d o m ó w .
W n i e k t ó r y c h jego pracach widoczne są jeszcze reminiscencje
dawnego malarstwa cechowego, a najlepszym tego przy­
k ł a d e m jest Adoracja Najświętszego Sakramentu ( i l . 3)
39

40

4

z f a n t a z y j n ą d e k o r a c j ą k w i a t o w o - l i s t n ą wokół monstrancji
Natomiast w obrazie M . B . Częstochowskiej do „ l u d o w y c h "
cech malarskich m o ż n a by zaliczyć sztywność i sztuczność
sfałdowań szaty, a szczególnie tradycyjnie l u d o w ą z ę b a t ą
aureolę z d e k o r a c j ą g r z e b y k o w ą .
Dodajmy t e ż , że w X I X w „ i wcześniej, istniał ośrodek
malarski w Ż y w c u . Z zachowanych w miejscowym muzeum
o b r a z ó w znamy dwa nazwiska tamtejszych malarzy, a t o :
Andrzeja Madalskiego i Antoniego K r z ą s t k i e w i c z a . Obaj
podpisywali i datowali swoje obrazy. Z prac Madalskiego
muzeum posiada: św. R o z a l i ę (1831 г.), Zbawiciela ś w i a t a
(1835 г.), M a t k ę B o s k ą z D z i e c i ą t k i e m (1836 r.) i Męczeństwo
św. Jana B a p t y s t y (1842 г.). Natomiast po K r z ą s t k i e w i c z u
p o z o s t a ł obraz W j a z d Jezusa do Jerozolimy (1851 r.)
i Śmierć św. Józefa (1854 г.). Wszystkie te prace m a j ą cha­
rakter malarstwa cechowego ( i l . 3,5-7), bogatego kolorystycz­
nie i światłocieniowego. N i e w ą t p l i w i e Madalski b y ł znacznie
lepszym mistrzem pędzla niż K r z ą s t k i e w i c z , w k t ó r e g o pra­
cach w i d a ć liczne uproszczenia i p e w n ą n i e p o r a d n o ś ć . N i o
ma to jednak nio wspólnego z „ l u d o w o ś c i ą " . Natomiast
istnienie profesjonalnego o ś r o d k a malarskiego w Ż y w c u po­
zwala spodziewać się na t y m terenie również lokalnego ma­
larskiego warsztatu ludowego.
K i l k a wymienionych wyżej nazwisk ś w i a d c z y , że ma­
larstwo z ukierunkowaniem na l u d n o ś ć wiejską, m a ł o ­
m i a s t e c z k o w ą lub p o d m i e j s k ą istniało w K r a k o w i e i w K r a ­
kowskiem jeszcze na przełomie X I X i X X w. P o p y t zaś na
obrazy malowane, i to o cechach ludowych, t r w a ł do I wojny
ś w i a t o w e j , a w poszczególnych przypadkach nawet d ł u ż e j .

P R Z Y . I.4SY

1 E . Rastawiecki, Słownik malarzów polskich tudzież
w Polsce osiadłych lub czasowo w niej przebywających,
t . 1—3,
Warszawa 1850, 1851, 1857; W . Gąsiorowski, Cechy kra­
kowskie, K r a k ó w 1860, Malarze krakowscy, z. 1: M . Chamcówna, Walka malarzy krakowskich o wyzwolenie spod praw ce­
chowych, „ B i u l e t y n H i s t o r i i S z t u k i " R . X V I , 1954, nr 2.
A P K r . , Acta contuberniorum Grac, nr 3069, kopia
w y k . 19 I V 1816 r.
Przywilej ton publikuje E . Rastawiecki, op. cit., t . 1,
s. 293—296, z k t ó r e g o wybieramy odpowiednie akapity.
T a m ż e , s. 298—-299.
s T a m ż e , s. 304.
в T a m ż e , s. 311- -312.
A P K r . , Acta contuberniorum Grac, nr 3068.
M . C h a m c ó w n a , op. cit., s. 215.
W . Gąsiorowski, op. c i t . , passim; E . Rastp.wieeki,
op. cit., passim.
W . Gąsiorowski, op. cit., s. 22, 26; S. S z y m a ń s k i ,
Historyczne uwarunkowanie polskiej sztuki ludowej XIX
wieku, „ L u d " , t . 54, 1970, s. 62.
J . P a c h o ń s k i , Zmierzch sławetnych, K r a k ó w 1956,
s. 4 1 1 , przyp. 3.
T a m ż e , s. 413.
&gt; M . C h a m c ó w n a , op. cit., s. 215.
1 T a m ż e , s. 224—225; Problem „źle m a l o w a n y c h "
lub „ b r z y d k i c h " o b r a z ó w w y s t ę p o w a ł prawdopodobnie we
wszystkich cechach malarskich, czego p r z y k ł a d o m jest Czę­
stochowa (por. A. Kunozviiska-Iraoka, Obrazy częstochowskie,
„ P o l s k a Sztuka Ludowa'", R. X X , 1966, nr 2, s. 78).
W . Gąsiorowski, op. cit., passim.
'&gt;« W . Prokesch, Z dziejów krakowskiej szkoły sztuk pięk­
nych, K r a k ó w 1917, s. 7.
D o najwyższego Senatu rządzącego Rzeczypospoli­
tej Krakowskiej. Michał Stachowicz, J ó z e f Rybkiewicz i J a n
Zamojski imieniem swem i i n n y c h członków malarzy kra­
kowskich proszą o rozwiązanie Zgromadzenia malarskiego.
2

3

4

7

8
9

1 0

1 1

1 2

3

4

1 5

1 7

178

T

Gdy W ys. Zgromadzenie R e p r e z e n t a n t ó w K r a j u K r a ­
kowskiego w r. z. 1820 u c h w a ł ą swą rozwiązało Zgromadze­
nie Malarzy K r a k o w s k i c h (co b y ł j u ż dawniej Sejm Cztero­
letni K o n s t y t u c y j n y u c z y n i ł i t y l k o n a d u ż y c i e t r w a ł o ) , skoro
jednak Zgromadzenie takowe Malarzy, m i m o rządowego roz­
p o r z ą d z e n i a t r w a d o t ą d jeszcze, zaczom podpisani posłuszni
ś w i a t ł y m ustawom ojcowskiego r z ą d u w gorliwości o ich
dopełnienie, dopraszamy się najpokorniej, by N a j w y ż s z y
Senat w m y ś l powołanej u c h w a ł y r a c z y ł n a k a z a ć ostatecz­
nie, aby malarze ze związku swego zupełnie się rozeszli
i więcej żadnego Zgromadzenia nie składali — przy rozpo­
r z ą d z e n i u , b y w miejscu dotychczasowych wyzwolin ucz­
niowie, m a j ą c y się wyzwolić, popisywali się swą z d a t n o ś c i ą
i talentem przed Uniwersytetem J a g i o l o ń s k i m jako naj­
właściwszym z n a w c ą i sędzią, i by t y l k o od tegoż Uniwersy­
t e t u dyplomata brali — przez co u c h y l i się jarzmo t a m u j ą c o
wzrost sztuki, przy wzbudzeniu emulacji, k u sławie Narodu
— zostajemy z n a j g ł ę b s z y m uszanowaniem, 2 9 X 1 1 1821,
Michał Stachowicz, Józef Rybkiewicz, Jan Zamojski ( A P K r . ,
Acta contuberniorum Grac, nr 3068).
Do wydziału Spraw W e w n ę t r z n y c h i Policji w Sena­
cie R z ą d z ą c y m . Ody p u n k t prawa 19. ...opiewa, iż nie wolno
nikomu, k t o nie jest w Zgromadzeniu w y r a b i a ć sztuki ma­
larskiej, locz nie dosyć, żo nasza czeladź, chłopcy, pomoc­
nicy czyli w y r o b n i k i , k t ó r z y sami n a z y w a j ą się malarzami,
odbierają nam roboty i sposób utrzymania życia, ale nawet
inszo Zgromadzenia, k t ó r z y nie dosyć, że swoje rzemiosło
robią, p o d e j m u j ą się r o b ó t malarskich, a przez to upada nam
całkowicie sposób utrzymania się z familią..., a t a k i e m s ą :
1. stolarze p o d e j m u j ą się kolorować i lakierować stołków,
kanap, stolików, k o m ó d i szaf do sukien i t . podobnych,
2. szklarze p o d e j m u j ą się kolorować okien, drzwi i t d .
3. blacharze — d a c h ó w , rynien,
4. murarze p o d e j m u j ą się m a l o w a ć pokoi, okien i drzwi,
a któro tylko babrzą,
5. tapicerze na sprzedaż lakierują stołki, kanapy i t d . , k t ó ­
rzy nio m a j ą nawet swego' lakieru. K t ó r z y to przeszkodnicy
- - p o d e j m u j ą się i malarskich r o b ó t i tc niedoskonało wy18

�rabiają, publiczność t y l k o o s z u k a n ą bywa. a dla Zgroma­
dzenia Malarzy s t ą d zaplucie i wstyd. ( A P K r . , Acta contuherniorum Crac, nr 3068).
" J . Bioniarzówna, O chłopskie prawa, K r a k ó w 1954,
s. 215—219.
J . P a c h o ń s k i , op. cit., s. 414.
1 D w a tego rodzaju eksponaty są obecnie w posiada­
niu Muzeum Etnograficznego w Krakowie.
A . Ryszkiewicz, Początki handlu obrazami w śro­
dowisku warszawskim, W r o c ł a w 1955, s. 13; St. Błaszczyk,
Drzeworyty wielkopolskie, „ P o l s k a Sztuka L u d o w a " , R. X X V ,
1971, nr 3. s. 145.
S. Szczotka, Żywot zbójnicki Józefa
Baczyńskiego
zwanego Skawickim, „ L u d " , t . 34, 1936, s. 169.
A P K r . , Acta contuberniorim Crac, nr. 3068.
R ó w n i o niską cenę obrazu podaje A m b r o ż y Gra­
bowski. Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, w y d . S.Es­
treicher, K r a k ó w 1909, t . 2, s. 349. Zgodne, to jest t a k ż e
z w y c e n ą obrazów papierowych w ośrodku częstochowskim.
Tor. A . Jaśkiewicz, Rysunki i artykuły malarza Adriana
Głębockiego źródłem, do poznania, dewocyjnej sztuki często­
chowskiej,, Polska Sztuka L u d o w a " , l i . X X I I I , 1969, nr 3/4.
s. 231.
A . K u n c z y ń s k a - I r a c k a , Kilka uwag w sprawie ma­
larstwa w Częstochowie i Skulsku, „ P o l s k a Sztuka L u d o w a "
I i . X X I I I , 1969, nr 3/4, s. 234.
J. P a c h o ń s k i , op. cit., s. 414.
A . K u n c z y ń s k a - I r a c k a , op. cit., R. Reinfuss, Dewocyjna grafika, jarmarczna jako źródło inspiracji dła malarstwa
ludowego, art. (w:) Granice sztuki, Warszawa 1972, s. 203;
Materiały do dziejów chłopa wielkopolskiego w drugiej polowie
XVIII
wieku, w y d . J. Deresiewicz, W r o c ł a w 1956, t. 2,
s. 227.
* Świadczą toż o t y m analogiczne nazwy stosowane
przez malarzy w Częstochowie (A. Jaśkiewicz, Materiały do
historii cechowego rzemiosła artystycznego XVIII
i pierwszej
2 0
2

2 2

2 3

2 4

2 5

2 6

2 7

2 8

2

polowy XTX w. w Nowej Częstochowie, „Archiwa, Biblioteki
i Muzea Kościelne", L u b l i n 1963, t. 6, s. 246—247).
5» A P K r . , Castr. Crac. rei., t . 211, s. 4 7 1 ; Regestr rzeczy
wszelkich ruchomych po śmieci -— pana Antoniego Gołębiow­
skiego — spisany 20 X 1779 r.
3i T a m ż e , t . 191, s. 1999: Inwentarz d ó b r wsi Parcz
Górnych .
T . Seweryn, Polskie malarstwo ludowe, K r a k ó w 1937
passim.
M . Przeździecka, Sztuka i zwyczaje (w:) Ziemia
chrzanowska i Jaworzno, K r a k ó w 1969, s. 399.
E . Śnieżyńska-Stolot, Rzeźba i malarstwo (w:) Mono­
grafia powiatu myślenickiego, t . 2, „ K u l t u r a ludowa", red.
R. Reinfuss, K r a k ó w 1970, s. 348 351.
I . Ł o p u s z a ń s k a , Andrzej Kou:alczyk — twórca ludowy
z Woźnik, „ P o l s k a Sztuka L u d o w a " , R. X X I V , 1970 nr 2.
D a t ę urodzenia ustalono na podstawie Liber Nat o r u m , t . I I , s. 70 w Urzędzie Parafialnym w Liszkach. Nie
ma natomiast, żadnej adnotacji w Liber Mortuorum, m i m o
iż — w g relacji jego wnuka, żyjącego obecnie Kazimierza
Budzaszka, lat 63 — zinarl on w tej samej miojscowości
w wieku ok. 58 lat. K . Budzaszek nie znał swego dziadka,
z a p a m i ę t a ł natomiast jego żonę F r a n c i s z k ę , k t ó r a z m a r ł a
w 1917 г., a w L i b . Mort. podano, iż b y ł a ona w d o w ą po
Mateuszu.
N p . u kierownika szkoły w Mnikowie znajduje się
obraz z t ł e m krajobrazowym. Okaz ten został przeniesiony
do Mnikowa z Liszek.
Własność Muzeum Etnograficznego w K r a k o w i e
nr inw. 35494.
U r z ą d Paraf, w Oświęcimiu, L i b . Nat., t . 3, s. 117;
zapisano t u , że ojciec Michała Andrzeja, Jan Stankiewicz
( „ p i c t o r " ) jest synem Benedykta.
» E . Śnieżyńska-Stolot, op. cit., s. 351.
&gt; Urząd Paraf, w Rybnej, L i b . Mort., t . V , s. 86; po­
dano t u , że b y ł to „ p i c t o r - a r t i f e x " , k t ó r y z m a r ł na apoploksję.
5 2

3 3

3 4

3 5

3 6

3 7

3 8

3 9

4

4

Fot .7. Czajkowski — il. 1, 5—7; J . Kubiena — il. 2—i.
Obrazy ze zbiorów: Muzeum w Żywcu — il. 1. 5—7, Muzeum Etnograficznego w Krakowie — il. 2. W l . prywatna — il. 3, 4.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="8452" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="8431">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/b74cb1ea24724c81f4fafe1f2efa94ef.pdf</src>
        <authentication>ae48b58c09d39cc82b6e20885167d5ae</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100984">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3772</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100985">
                <text>1961</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100986">
                <text>garncarstwo</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100987">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3541</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100989">
                <text>Ostatni garncarz Bardiowa/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1961 t.15 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100991">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1961 t.15 z.1, s. 24-26</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100993">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100995">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100997">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="100999">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="101001">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="101004">
                <text>11. 1. Jan Franković:
„Niedźwiedź", wys. 13 cm.

Jerzy

OSTATNI

GARNCARZ

Czajkowski

BARDIOWA

Na d a w n y m szlaku polsko-węgierskim, n a terenie
płn.-wsch. Słowacji, leży niewielkie zabytkowe m i a ­
steczko — Bardiów (Bardejov), które odegrało ważną
rolę w rozwoju k u l t u r y ludowej Słowacji, a także
sąsiednich terenów Polski. Na targach bardiowskich
stykali się ze sobą przedstawiciele różnych grup
regionalnych z obu stron Karpat.

naczyń, pochodzi spod Bardiowa. Jest to glina średniotłusta, n i e wymagająca schudzania. Wykopywano ją
zawsze w jesieni, przez zimę mrożono n a polu, a na
wiosnę zwożono do domu, gdzie p o rozmarznięciu
deptano nogami przerabiając w ten sposób na ciasto
garncarskie; następnie oczyszczano z k a m i e n i , lale­
czek marglowych i t p .

W Bardiowie było ongiś przeszło 50 różnych ce­
chów, a między n i m i również cech garncarski, po
którym została tylko pamiątka w nazwie u l i c y :
Hrnćarska (obecna u l . Preszowska) i ostatni pracu­
jący garncarz — Jan Franković. Nazwanie jednej
z ulic, znajdującej się poza m u r a m i starego miasta,
Garncarską n i e jest dziełem przypadku. Właśnie t u
mieli swe pracownie i siedziby d a w n i garncarze,
którym ze względów przeciwpożarowych n i e pozwa­
lano osiedlać się w obrębie murów.

M o t y w y zdobnicze wypracowywał każdy garncarz
dla siebie s a m — l u b czerpał z tradycji rodzinnej.
Czasami jednak — według słów garncarza — pod­
patrywano n a targach zdobienia stosowane przez i n ­
nych garncarzy, przenosząc je następnie w nieco
zmienionej formie n a własne wyroby.
Garncarze bardiowsey zbywali swe produkty na
miejscu l u b , częściej, rozwozili daleko po Słowacji
i Polsce. Przed wybuchem I w o j n y światowej odwie­
dzali o n i targi w Koszycach, Preszowie, Sabinowie,
K u r i m i e , Zborowie, Świdniku i Stropkowie — a więc
obejmowali s w y m zasięgiem całą wschodnią Sło­
wację. N a terenie Polski zaś sprzedawali wyroby
w K r y n i c y (gdzie z kolei zaopatrywali się w sól,
używaną m . i n . przy p r o d u k c j i naczyń), w Muszynie,
Tyliczu, Z d y n i , Żmigrodzie i prawdopdobnie w Uściu
G o r l i c k i m ; była t o więc ekspansja n a teren i m naj­
bliższy, czyli południową część województwa rzeszow­
skiego i częściowo krakowskiego.

Z rozmowy przeprowadzonej z Janem Frarikovićem dowiadujemy się, że był on ostatnim „cechmajstrem", a cech garncarski istniał w Bardiowie do
roku 1928. Bardiów był bardzo żywym ośrodkiein
garncarskim, czego dowodzi długa lista garncarzy
pracujących w ostatnim półwieczu, których doskonale
zapamiętał Jan Franković. B y l i t o : Georgius H a r nyak (t 1914), Matias Franković (f 1917), Alojz Fran­
towie (t 1917), Jan Mochnacky ( t 1918), Jan Kohel
(t 1923), K a r o l Tarćaba (f 1932), A n d r e j Tarćaba
( t 1932) i Jan Franković-ojciec ( t 1943).
Garncarze c i w y r a b i a l i różnego rodzaju garnki,
dzbany, czary, talerze, miski, tace, świeczniki, f o r m y
do pieczenia oraz malowane i glazurowane zabawki
(koniki, postacie ludzkie, „niedźwiedzie", talerzyki,
dzbanuszki). Georgius Harnyalk oraz Matias i Jan
Franković w y r a b i a l i również zdobione kafle, a dziad
obecnego garncarza, Matias Franković, przed I wojną
światową wykonywał m . i n . siwaki.
Żelazista glina, której używano dawniej i której
używa do dziś Jan Franković do w y r o b u swych
24

Wytyczenie po I w o j n i e granicy polsko-czechosło­
wackiej zamyka przed garncarzami bardiowskimi pol­
ski rynek zbytu, co przyczynia się m. i n . do&gt; obni­
żenia p r o d u k c j i i coraz szybszego zaniku w i e l u pra­
cowni. W okresie międzywojennym garncarze Bardio­
w a trzymają się starych miejsc targowych n a Sło­
wacji, a prócz tego wzmaga się domokrążny handel
po wsiach mający n a celu przynajmniej częściowe
wynagrodzenie u t r a t y r y n k u polskiego. Po I wojnie
spada jednak cena produktów glinianych. Przedtem,
zarówno na Słowacji j a k i w Polsce, sprzedawano
garnki, dzbanki i t p . za pieniądze l u b zboże, co nawet

�Jan Franković: II. 2, 3, 4. Garnuszki, wys. 12,3 cm, 12,5 cm,
12,5 cm. II. 5. Skarbonka, wys. 7,5 cm.

znalazło swój oddźwięk w nazwaniach niektórych
typów naczyń (np. „grajcarnik"). Przy w y m i a n i e na­
turalnej m i e r n i k i e m była objętość
sprzedawanego
naczynia, którym odmierzano zboże. E k w i w a l e n t b y l
różny i zależny o d rodzaju zboża. I tak, za 1 garnek
otrzymywano — 3 garnki owsa l u b 2 g a r n k i żyta
czy też jęczmienia, ewentualnie 1 garnek pszenicy.
Przejdźmy teraz do osoby Jana Frankovića, ostat­
niego majstra garncarskiego w Bardiowie. Liczy on
sobie 56 lat i gdy kiedyś przestanie produkować, wów­
czas garncarstwo bardiowskie zginie bezapelacyjnie.
Tym większą będzie t o szkodą, że trzyma się on t r a ­
dycyjnych f o r m i technik zdobniczych. Franković
pracuje na własny rachunek, ale całą produkcję sprze­
daje przez U L U V , gdyż, j a k wszyscy i n n i , jest jego

członkiem. M i m o tego jest on jednym z niewielu
garncarzy w Czechach i na Słowacji, którzy uchronili
— przynajmniej n a razie — swoją produkcję przed
narzucaniem gotowych wzorów ze strony U L U V - u .
Szeroki
jest asortyment wyrobów
Frankovića.
Wśród garnków do najpospolitszych należą: źidlovy—
/t 1, halva — /2 1, triżidkwy — ok. 1 1, strednićek —
2 1, spodnik — 2,5 1, n a d r u h u — 3 1, grajcarnik —
4 1. Z wyjątkiem „żidlovego" i „halvy" (używanej na
masło), pozostałe służą przeważnie na mleko. Dziś
Franković rzadko już w y r a b i a duże n i e zdobione
naczynia zwane „turak", o pojemności 15—20 1, które
spełniały po części rolę naczyń zasobowych. Oprócz
wyżej wymienionych robi jeszcze wazy dwuuszne
z n a k r y w k a m i , podobne w kształcie do fabrycznych,
1

1

25

�misy, doniczki różnych rozmiarów i — jako zabaw­
ki — malutkie dzbanuszki i talerzyki. Te ostatnie
służą również do dekoracji ścian. W t y m celu mają
przy dnie wyrobione m a l u t k i e uszko do przewlecze­
nia sznurka. Ponadto dziś jeszcze produkuje Franković dużo „niedźwiedzi" (11. 1). Są to dwudzielne
naczynia (wys. od k i l k u do kilkudziesięciu cm), przed­
stawiające siedzącą postać z kędzierzawą głową, która

26

stanowi przykrywkę małego naczyńka, mogącego słu­
żyć np. na pieprz czy sól l u b wyłącznie jako deko­
racja. Poza „turakiem", wszystkie naczynia są na
ogół malowane i glazurowane. Do malowania Franković używa najczęściej polew w kolorach: brązo­
w y m , zielonym, białym i niebieskim, stosując prze­
ważnie k i l k a kolorów n a j e d n y m egzemplarzu. Bardzo
częstym elementem zdobniczym jest u Frankovića

�9

10

„kropka" — odmiennego k o l o r u niż tło. Występuje
targach polskich, gdzie stykali się z naszymi garn­
carzami, a z drugiej, że garncarze np. kołaczyccy jeź­
ona w układzie szeregowym
( i i , 2, 5), rzędowym
(ii. 3, 8) l u b ułożona w kółko tworzy k w i a t e k (ił. 2, dzili ze s w y m towarem aż n a „Węgry", możliwe są
wzajemne infiltracje. Nawiązuje do tego wspomniana
4, 7, 9). Często rozrasta się do dużych białych względ­
informacja Frankovića o podpatrywaniu zdobień.
nie oliwkowych placków (ił. 7, 8) wielkości pięciogroszowej monety, co przypomina ozdoby naczyń
D w i e w o j n y światowe spowodowały, że dziś mało
z Lążka czy Kołaczyc. Poza częstymi „jodełkami"
znajdziemy starej słowackiej ceramiki na Rzeszowszczyźnie, a proweniencje j e j t r u d n o ustalić, gdyż
(il. 3, 4, 5, 7) można spotkać n a jego wyrobach
w pamięci ludzkiej zacierają się już wydarzenia
również inne m o t y w y roślinne (il. 6), a n a dnach mis
sprzed pół w i e k u . Dlatego też informacje zaczerp­
i talerzyków występuje z reguły wróblowaty ptaszek
nięte w pracowni ostatniego garncarza bardiowskiego,
(il. 6, 7).
wraz z wykazem targowisk w Polsce, na których garn­
Celem tego krótkiego artykułu jest zwrócenie u w a ­
carze bardiowscy sprzedawali swe wyroby, stanowi
gi badających ceramikę w płd.-wsch. Polsce n a moż­
ciekawy przyczynek do stosunków kulturalnych mię­
liwości pokrewieństwa pewnych f o r m naczyń i ozdób
dzy Polakami i Łemkami z jednej, a Słowakami
po obu stronach Karpat. Biorąc p o d uwagę fakt,
i
Łemakami z drugiej strony.
że z jednej strony garncarze bardiowscy b y w a l i n a
Fot.

Paul Henri

Michał

Maśliński.

Stahl

S Ł O Ń C E ,
K S I Ę Ż Y C
W LUDOWYM ZDOBNICTWIE
Niebo stanowiło w zamierzchłych czasach ludzkości
przedmiot szczególnego zainteresowania. Zachodzące
na nim zjawiska wiązały się bezpośrednio z życiem
człowieka. Słońce i księżyc, źródła światła Czy ciepła
przejawiające się w regularnych r y t m a c h czasu, dzia­
łały silnie na wyobraźnię. Deszcze i burze z grzmo­
tami, piorunami i wichurą bywały powodem niepo­

I
G W I A Z D Y
R U M U Ń S K I M XIX W.

koju, czasem — nadziei. Dla zjawisk tych znajdowano
naiwne, uproszczone wytłumaczenia. Znamy je dziś
pod postacią baśni, ale w istocie rzeczy są to r e m i ­
niscencje pseudowiedzy
z dawnych czasów. Roz­
powszechnione' było wówczas upodobnianie gwiazd
i planet d o istot żyjących. Wierzenia takie odzwier­
ciedlał również f o l k l o r rumuński, łącząc pozostałości
27

�pła. Pojawia się i znika w regularnych odstępach
czasu, dąży zawsze tą samą drogą; dzięki n i e m u doj­
rzewają plony. Ze słońcem więc związane były liczne
obrzędy rolnicze, a jego k u l t należał do największych
w historii ludzkości, występując zarówno w społeczeń­
stwach pierwotnych j a k i bardziej zaawansowanych
kulturowo. W R u m u n i i k u l t ten sięga czasów pre­
historycznych, a z okresu tworzenia się l u d u rumuń­
skiego znane n a m są pozostałe w różnych miejsco­
wościach liczne reliefy mityczne świadczące o ist­
nieniu zorganizowanego k u l t u . Jeszcze w X I X w i e k u
mówiono o „świętym słońcu", występującym w baś­
niach, zwyczajach i to n a m tłumaczy, że było ono
także j e d n y m z elementów w zdobnictwie ludowym.
Jakie jest oblicze słońca? Przypuszczano, że ma
ono t w a r z i postać ludzką, a mieszka gdzieś na końcu
świata, w w i e l k i m pałacu n a niebie. A b y jego cha­
rakter antropomorficzny był jeszcze wyraźniejszy,
przypisywano m u matkę, siostrę (księżyc), uczucia
ludzkie (miłość, zazdrość, pragnienia, chęć zemsty).
Gdy budzi się rano, sięga po promienie, które Wkłada
na głowę, i wchodzi na niebo. B y się n i e zmęczyć —
jedzie rydwanem, ciągnionym przez cztery białe konie.
W południe — zatrzymuje się na k i l k a c h w i l , by
spożyć maleńką kromkę chleba, błogosławi i wypija
szklankę w i n a . A więc i ludzie p o w i n n i wtedy przer­
wać swoją pracę, b y się posilić. Potem idzie ono
ułożyć się do snu w s w o i m pałacu, gdzie obmywa
swą t w a r z zmroczoną w i d o k i e m zła, dostrzeżonego
w ciągu d n i a wśród ludzi na ziemi. Świadczy o t y m
jego oblicze zamglone w c h w i l i zachodu.
2

II. 1. Relief mityczny
znaleziony
U góry — słońce i księżyc.

w

Siedmiogrodzie.

kultów pogańskich, które t u niegdyś panowały, z ele­
mentami chrześcijańskimi. Nie tworzą one zespołu
jednorodnego, ponieważ z dawnych wierzeń zacho­
wały się tylko luźne u r y w k i znane poszczególnym
ludziom t y l k o w poszczególnych fragmentach. Folk­
loryści zarejestrowali i o p u b l i k o w a l i sporą i c h ilość.
Inaczej przedstawia się sytuacja w zakresie plastycz­
nych wyobrażeń gwiazd. Stwierdzono, że występowały
one w rumuńskim zdobnictwie ludowym, ale nie zo­
stało jeszcze należycie zbadane i wyjaśnione •— gdzie,
W jakich dziedzinach sztuki ludowej i w j a k i c h for­
mach oraz j a k często się je spotyka i j a k a jest ich
geneza. Dokładna
analiza
zdobnictwa
ludowego,
uwzględniająca przy t y m jego związek z l u d o w y m i
koncepcjami kosmogonicznymi, stanowi dziś d l a nas
cenny materiał dokumentujący wiedzę o przeszłości.
Twarde w a r u n k i prymitywnego życia przyczyniły
się do utrzymania wśród chłopów rumuńskich w i e l u
elementów archaicznych, które rzucają światło na
odległą przeszłość. Dopiero w X X w., zwłaszcza
w ostatnich latach, dzięki l i k w i d a c j i analfabetyzmu,
dzięki radiofonizacji i elektryfikacji rozpowszechnia
się n a w s i szeroko naukowa wiedza o świecie.

a) Najprostszym przedstawieniem słońca w rumuń­
skiej sztuce ludowej jest koło. Znajduje się j e na dnie
talerzy ceramicznych, w motywach snycerskich, na
wrotach, kufrach, przedmiotach użytkowych, na pom­
nikach w o t y w n y c h . Na ścianach dawnych domów
Wołoszczyzny, Oltenii — występuje na reliefach w
glinie. Prostota m o t y w u tłumaczy jego szerokie sto­
sowanie nawet wtedy, gdy bezpośrednim źródłem
nie był mityczny k u l t słońca.

Słońce uważane było za pierwsze wśród ciał nie­
bieskich. „Słońce jest największe. Ono jest naszym
ojcem" . Słońce jest głównym źródłem światła i cie-

b) Do koła dodawane są elementy amtropomorficzne. Rysuje się więc oczy, usta, nos, czasem b r w i . Na
dawnym
pomniku wotywnym
na
Wołoszczyźnie
(wzniesionym w I poł. X I X w.) twarz słońca, rzeź­
biona W c e n t r u m pomnika, posiada nawet dwoje uszu.
Przedstawienia antropomorficzne są realizowane nie­
raz n a t y n k u ścian domów n a Wołoszczyźnie i Olte­
n i i , n a wrotach, n a przedmiotach użytkowych. Naj­
częściej spotyka się j e n a pomnikach wotywnych
umieszczonych wzdłuż dróg l u b na cmentarzach; czę­
sto pod względem powszechności konkurują z krzyżem.
Siedmiogrodzkie ikony n a szkle przedstawiają także
miasto słońca, zwłaszcza w obrazach świętej pary
cesarskiej —&gt; Konstantyna i Heleny, podtrzymujących
krzyż, oraz w obrazach przedstawiających Sąd Osta­
teczny, Adama i Ewę. W ksylografii siedmiogrodzkiej

łon I . Ionica, Dragus, U n sat d i n Tara O l t u l u i
(Faragas). Manifestari spirituale, Reprezentarea cerul u i . Bucuresfi 1944, s. 16.

Najlepszy opis gwiazd jest opublikowany przez
Tudor Pamfile: Cerul si podoabele lui, dupa credintełe poporului
romin, Bucuresti 1915.

Zagadnienie wydaje n a m się t y m bardziej intere­
sujące, że pewne analogie znajdą się także w ludowej
sztuce polskiej.
Słońce

1

1

28

2

�0 tematyce religijnej znany jest również ten motyw.
Przedstawienie antropomorficzne słońca przetrwało
zatem prawdopodobnie od czasów, gdy gwiazdy w y ­
obrażano sobie j a k o istoty ludzkie.
c) Wewnątrz koła środek zaznacza się p u n k t e m
lub drugim kołem. Dokoła wyrastają proste promie­
nie. Ich liczba jest zmienna; czasem są t y l k o cztery
promienie, stanowiące krzyż wpisany w koło — mo­
tyw związany z d a w n y m symbolem męczeństwa. N a j ­
częściej spotyka się koła o sześciu promieniach, które
wykonuje się łatwo, odległość między promieniami
jest taka sama j a k długość promienia. Rozpowszech­
niony jest także m o t y w koła o ośmiu promieniach.
Niejednokrotnie pojawia się k i l k a kół koncentrycz­
nych. Te formy słońca występują najczęściej w r u ­
muńskiej sztuce ludowej, zwłaszcza w snycerce. Znaj­
duje się je również n a słupach, na d r z w i a c h domów
1 na wrotach. Na drzwiach wejściowych dawnych
kościołów d r e w n i a n y c h motyw pojawia się jedno-

razowo l u b wielokrotnie, tworząc razem z motywem
sznura dekorację bardzo rozpowszechnioną. Równie
ważne jest jego miejsce w e wnętrzu domów, gdzie —
występując z krzyżem, z krótkimi napisami, z rzęda­
mi powtarzanych motywów ułożonych w l i n i i pro­
stej — zajmuje środek sufitu. Krótko mówiąc — jest
to dekoracja bardzo rozpowszechniona i — w prze­
szłości — związana z różnymi p r a k t y k a m i magicz­
nymi .
Na drobnych ozdobach metalowych stroju górali ,
podobnie j a k na przedmiotach użytkowych w drze­
wie, słońce występuje często. Na widłach siedmio­
grodzkich występuje nawet w rytmie motywów po­
wtarzających się pięcio- czy ośmiokrotnie.
Na meblach, zwłaszcza na skrzyniach, stołach i pół­
kach — słońce zajmuje miejsce centralne. I znowu
p o m n i k i wotywne wyróżniają się częstym stosowa­
niem tego m o t y w u ; nieraz dziesiątki symboli słonecz­
nych zdobią jeden pomnik. Sam p o m n i k otrzymuje

Piękne okazy z U k r a i n y zakarpackiej są repro­
dukowane w : P. I . Makusenko i Z. I . Petrova (Narodnaia Arhitektura
Zakarpatia,
K i e v 1956, i l . 39, 40,
45, 46 itd.); Irena Czarnecka (Polska Sztuka
Ludo­
wa, Warszawa 1957).
Adam Fischer (Les elements des croyances
dans
l'ornamentation populaire
polonaise, Paris 1928) syg­
nalizuje je w Polsce (s. 109); St. Barabasz
(Sztuka
Ludowa na Podhalu, Lwów—'Warszawa 1928) repro­
dukuje dużą i c h ilość; E. Z. Blomqvist
(Krestianskie
postroiki russkih, ukraintev i belorusov, Moscva 1956)

notuje j e zwłaszcza na Ukrainie. A l e ta sama deko­
racja charakteryzuje również architekturę ludów
wschodniej Europy. Jest ona znana również wśród
Saksończyków siedmiogrodzkich; jeszcze w 1718 roku
pewna stara kobieta została skazana za odprawianie
czarodziejskich p r a k t y k przed omawianą dekoracją.
I c h formy są podobne do f o r m występujących
w Karpatach zachodnich (vide: Włodzimierz Anto­
niewicz, Les agrafes portees
par les
montagnards
des Carpathes Occidentales,
Paris 1928).

3

3

4

4

5

5

�czasem formę słońca, zwłaszcza n a południu k r a j u ,
podobnie j a k p o m n i k i drewniane w Bułgarii czy
Jugosławii.
d) We wnętrzu koła promienie są zagięte — m o t y w
sugerujący ruch słońca. Czasami koło wcale nie w y ­
stępuje, a t y l k o promienie wychodzą z p u n k t u cen­
tralnego. Ilość promieni jest różna: w, rumuńskiej
sztuce ludowej najczęściej spotyka się dużą ich ilość.
Na wrotach, n a wejściach do domów i kościołów, n a
filarach, na przedmiotach użytkowych — f o r m y o d u ­
żej ilości p r o m i e n i są bardzo powszechne. M o t y w
w tej postaci n i e występuje t a k często — ze względu
na techniczne trudności wykonania — j a k forma
o promieniach prostych, natomiast jest bardzo roz­
powszechniony
w
pisankach wielkanocnych, gdzie
technika ułatwia r y s u n e k . Spotyka się go także
w ikonach.
6

7

e) Drugą formą ściśle związaną ze słońcem, choć
nie tak często spotykaną, jest k w i a t słonecznika. Mó­
wią, że kiedyś pewna młoda dziewczyna zakochała
się w słońcu. Dzięki okolicznościom, których szcze­
góły zmieniają się w różnych opowiadaniach, prze­
mieniła się ona w roślinę. A l e kochając nadal słoń­
ce, spoglądała nań przez d n i całe. K w i a t słonecznika,
okrągły, obramowany małymi żółtymi płatkami, przy­
pomina zresztą słońce. Wieśniacy przedstawiają go
na tkaninach i ¡ná naczyniach ceramicznych. Czasem
wprowadzają elementy antropomorficzne i w t e d y
trudno go odróżnić od słońca.
f) Także koń związany jest ze słońcem. Według
opowiadań — leci on zaprzężony do słonecznego r y d ­

II. 4. Symbol
słońca rzeźbiony
czerpaka (region
Hunedoara).

n!a

uchwycie

wanu. Z tej starożytnej w i a r y , podtrzymywanej do
X I X w . w folklorze bałkańskim i rumuńskim, naro­
dziły się piękne legendy. Cudowny koń unosi swego
pana-bohatera w niebiosa, w odległe światy; prze­
mawia doznaje ludzkich uczuć, ostrzega swego pana
przed niebezpieczeństwem . Są to zawsze konie białe,
które wiozą św. Eliasza w r y d w a n i e ponad chmura­
m i . Koń jest więc przedstawiany w w i e l u dziedzi­
nach sztuki, ale jest t o m o t y w bardziej skompliko­
wany, związany z szeregiem innych problemów.
a

Księżyc
Słońce było postacią męską
—
„święty-słońce".
Księżyc, przeciwnie, jest kobietą — „świętą^księżyc".
W opowiadaniach występuje on rzadziej niż słońce
i zawsze w związku ze słońcem. Natomiast obecność
księżyca wiąże się z działaniami o charakterze ma­
gicznym. O d niepamiętnych czasów łączono jego dzia­
łanie z różnymi c y k l a m i życia roślinnego l u b zwierzę­
cego. Przypisywano m u bezpośredni wpływ n a uro­
dzaj czy na rozwój. A l e moc jego czasem słabnie —
wtedy, gdy fantastyczne zwierzęta, zwane „vircolaći",
rzucają się nań, by wyssać jego krew. Wygląd tych
fantastycznych zwierząt jest niejasny; wyobraża się
je jako w i e l k i e dżdżownice, które mogą być czasem
mylone z fruwającymi smokami. „Viroolaći" nie ata­
kują księżyca podczas pełni, t y l k o w innych jego
fazach, zwłaszcza wtedy, g d y zmniejsza się on pod­
czas zaćmień. Związek księżyca z urodzajem narzucał
pewne p r a w a praktycznemu życiu w s i ; nie należało
Por. Romulus Vulcanescu, Functiunea
magica
a troitei, opublikowane w „Cercetari Polclorice; Bucuresti 1947.
Por. A r t u r Gorovei, Ouale de Pasti, Bucuresti,
1937. Często m o t y w y są identyczne do tych, które
opublikowała M a r i a Przeździecka w a r t y k u l e Pisanki
w
Radomskiem
(„Polska Sztuka Ludowa", 1956,
n r 4—5), zwłaszcza Tablica I , n r 1—fi; Tablica III,
n r 7, 8, 21, 22, i t p .
Por. Jean Muslea, Le cheval merveilleux
dans
l'épopée populaire,
Paris 1924.
6

7

l i . 5. Symbol słońca na wrotach
starego
kościoła drewnianego
(region
Cluj).

30

8

�ani przystępować do prac siewnych, ani kastrować
świń inaczej j a k przy pełni księżyca. Drzewo po­
trzebne do budowy musiało być także brane w czasie
pełni, jeśli się miało uniknąć robaków drzewnych.
Księżyc wyobrażany jest zawsze jako „nów". Reszta
tarczy księżycowej, także uwzględniana, pozostaje
w cieniu. Wizerunek księżyca, w przeciwieństwie do
słońca, występuje na ikonach siedmiogrodzkich m a ­
lowanych na szkle. Podobne w i z e r u n k i imożna za­
uważyć w malarstwie ściennym w kościołach. Rzadko
pojawia się księżyc na w i e l k i c h naczyniach ceramicz­
nych. Jeszcze rzadziej przedstawiane są „vircolaći",
ponieważ artystom nie jest znany i c h dokładny w y ­
gląd, mylony często ze smokiem, a także dlatego,
że nie odgrywają one żadnej istotnej r o l i w magii.
Gwiazdy

a) Gwiazda betlejemska towarzysząca narodzinom
Jezusa Chrystusa jest j e d n y m z najważniejszych ele­
mentów związanych z ehrystianizmem. Chodzili z nią
niegdyś kolędnicy w czasie Bożego
Narodzenia .
Okrągła część środkowa gwiazdy, ze sceną Narodzin
Jezusa, otoczona jest promieniami z drzewa i papieru.
Wstążki z kolorowego papieru łączą szczyty promieni.
Mała zapalona świeczka oświetla scenę środkową.
Dzwoneczek zawieszony n a gwieździe towarzyszy swy­
mi dźwiękami śpiewom dzieci.
Chodzi t u więc
o gwiazdę rozpowszechnioną w europejskiej sztuce
ludowej i znaną w formach prawie identycznych
także w Polsce.
9

Gwiazda jest często stosowana jako symbol umiesz­
czany na różnych przedmiotach. Rysowana przez garn­
carza na ceramicznych talerzach (zwłaszcza na Woloszczyźnie i w Oltenii), stanowi ona często m o t y w
dominujący. Garncarze z Oltenii umieszczają gwiazdę
na części centralnej talerzy, p r z y czym jej forma
bywa bardzo rozmaita . Wykonana w kolorze, ukształ­
towana z kropek, l i n i i prostych, l i n i i krzywych, f a l i ­
stych, podwojonych niekiedy k r o p k a m i — gwiazda
10

Podobna jest reprodukowana przez Irenę Czar­
necką (op. cit., i l . 194).
Por. Paul Petrescu i Paul Stahl, Cerámica din
Hurez, Bucuresti 1956.
Por. Corina Niculesou, Decorul minastirii
Neamt
in legatura cu cerámica monumentala
din
Moldova
in secolul al XV lea, Studii si Cercetari de Istoria
Artei", n r 1—2, Bucuresti 1955.
10

11

u

Czasem technika samego konturu w „sgraffito", ma­

Gdy zapada noc, gwiazdy ukazują się w nieskoń­
czonej ilości. Są one zorganizowane w różne znane
ludziom układy, z których każdy ma swoją nazwę
i swoją legendę. Wyobraźnia l u d o w a rozwinęła się
bujnie w tej dziedzinie i stworzyła pełne u r o k u opo­
wieści. Gwiazdy często wiązano z ludźmi; tak po­
wszechna dawniej wiara, że każdy człowiek ma
swoją własną gwiazdę — panowała także u R u m u ­
nów. Gdy gwiazda t a spadała, człowiek, z którym
była związana — umierał. W zodiakach i kalenda­
rzach niegdyś drukowanych przypisywano gwiazdom
wielkie znaczenie. Spotyka się je więc często w iko­
nografii ludowej, ale i c h oblicze jest rozmaite.

9

p o k r y w a czasem nawet całą powierzchnię naczynia.
Niejednokrotnie różne m o t y w y geometryczne zesta­
wiane są w taki sposób, że sugerują obraz gwiazdy.
Często w Oltenii występuje m o t y w przypominający
gwiazdę noszoną przez kolędników, można t u dostrzec
tak samo część centralną, promienie, wstążki papie­
rowe.
Badania archeologiczne
wykazują istnienie
gwiazdy w średniowiecznej ceramice miejskiej na
Mołdawii i Wołoszczyźnie. W dekoracyjnych tarczach
na dawnych pomnikach religijnych gwiazda wyko­
rzystywana jest najczęściej w ornamencie . „Aster" —
roślina, której nazwa i kształt przypominają gwiaz­
dę — występował także w średniowiecznej ceramice
rumuńskiej, pochodzenie jego jest związane z cera­
miką bizantyjską; m o t y w t e n po dziś dzień utrzy­
muje się na północy Siedmiogrodu.

jąca to samo pochodzenie
l i . 6. Krzyż wotywny
ca (region

bizantyjskie, daje
zdobiony

Hunedoara).

motywami

się za­
słoń­

�księżyc i

Venus.

uważyć na naczyniach X I X w . . Gwiazda może być
także wykonana w reliefowych aplikacjach n a d u ­
żych naczyniach z Wołoszczyzny i O l t e n i i . Na suficie
dawnych kościołów drewnianych północnego Siedmio­
grodu element dekoracyjny stanowią gwiazdy o for­
mach podobnych d o tych, które stosowano w cera­
mice (miejscowej. Wizerunki ich, podobnie j a k wize­
r u n k i aniołów, występują w niebiańskiej hierarchii.
1 2

W ikonach przedstawiających Narodziny gwiazda
zajmuje zawsze miejsce poczesne. Na ikonach sied­
miogrodzkich, malowanych na szkle, gwiazda przy­
biera charakter antropomorficzny; dotyczy t o przede
wszystkim oka. Gwiazda f i g u r u j e także n a w i e l k a ­
nocnych pisankach. Natomiast w snycerce stosowana
jest nieporównanie rzadziej niż słońce. I przeciwnie —
na tkaninie we wszystkich regionach R u m u n i i sto­
suje się ją często, zwłaszcza n a koszulach, a także
na ubiorach ze skór baranich .
13

Wspomnijmy także o łączeniu gwiazdy z postacią
M a t k i Boskiej (chodzi o gwiazdę poranną, Venus).
Na ikonach siedmiogrodzkich M a t k a Boska ma gwiaz­
dę na szacie l u b na czole; to ostatnie przedstawienie
jest związane z kościelnym malarstwem ściennym.
b) W czasie lata n a niebie można zauważyć lśniący
szlak, zwany przez wieśniaków „mleczną drogą". Rów­
nież i z t y m zjawiskiem wiążą się liczne podania.
Wszystkie one są zgodne w stwierdzeniu, że jest to
droga, która prowadzi do raju. Tędy — Św. Eliasz
przejeżdża na swym rydwanie; to zawsze tutaj —
pasterz przechyli swoje w i a d r a z mlekiem (dla poPor. Paul Stahl i Paul Petrescu, Ceramica
smaltuita romineasca din Transilvania
Studii si Cercetari
de Istoria A r t e i " , n r 1—2, Bucurestl 1956.
12

32

SÊmÊÊÊÊum

wodów różnie wyjaśnianych w różnych legendach);
jest to na koniec droga, którą dusze zmarłych podą­
żają do nieba. W g t r a d y c j i ludowej droga mleczna
była przewodnikiem d l a zbiegów z n i e w o l i tureckiej,
powracających d o R u m u n i i .
Droga mleczna często jest przedstawiana na p i ­
sankach w i e l k a n o c n y c h z w y k l e w t a k i sposób, że
przypomina labirynt, a białe k r o p k i symbolizujące
gwiazdy wypełniają wnętrze m o t y w u . Częste wystę­
powanie i c h na pisankach w y w o d z i się prawdopo­
dobnie z odległego w czasie k u l t u przodków. Ten
sam m o t y w można odnaleźć n a l u d o w y c h wyrobach
garncarskich, zwłaszcza n a w y k o n y w a n y c h z okazji
„mosi"
(święto przodków)
naczyniach, w których
składa się ofiarę d l a zmarłych, zapewne w t y m celu,
aby się dostać do nieba i n i e zabłądzić w drodze.
14

c) Ostatnia f o r m a m o t y w u — t o k i l k a gwiazd w y ­
obrażających niebo, zwłaszcza n a ikonach przedsta­
wiających św. Eliasza, Zaśnięcie Panny M a r i i , czasem
Marię opłakującą, Jezusa ukrzyżowanego i t p . Na pom­
nikach w o t y w n y c h , które ciągną się wzdłuż dróg lub
wypełniają cmentarze Oltenii, występują także gwiaz­
dy mające podobny sens symboliczny (niebo).
*

Zwięzłe t u z konieczności omówienie występujących
w sztuce ludowej motywów gwiazd — nie wyczer­
puje oczywiście tematu, t a k jeśli chodzi o obiekty,
na których m o t y w y te spotykamy, j a k i samą deko­
rację, pozwala jednak wyprowadzić k i l k a wniosków.
Najciekawsze
przykłady reprodukuje D i m i t r i e
Comsa, Din ornamentica
romina, Sifoiu 1904.
Po raz pierwszy odnotowuje ją Tudor Pamfile
(op. cit.).
13

14

�U. 9. Ceramika zdobiona motywem gwiazdy (region
Pitesti).
II. 10. Ceramika
sprzedawana z okazji święta przodków.
Dzban środkowy zdobiony motywem
„mlecznej drogi"
(re­
gion Pitesti).
Pierwszy, który się narzuca — to szerokie zastosowa­
nie omawianych motywów. Stwierdziliśmy, że wystę­
pują one prawie w e wszystkich dziedzinach rumuń­
skiej szituki ludowej. I c h rola jest więc znaczna,
zwłaszcza — m o t y w u słońca (spotykanego
przede
wszystkim w snycerce) i ,gwiazd ( w ceramice, pisan­
kach i tkaninie).
Drugi wniosek dotyczy problemu pochodzenia ele­
mentów zdobniczych w dawnej sztuce ludowej. Moż­
na stwierdzić, że wykorzystywane dziś jedynie d l a
ich walorów dekoracyjnych były niegdyś związane
z koncepcjami kosmogonicznymi. Wyobrażenia słoń­
ca, księżyca, gwiazd utożsamiano zapewne z fanta­
stycznymi postaciami z f o l k l o r u {co zaznaczyliśmy
w punktach zasadniczych). Ten ścisły związek między
koncepcją kosmogoniezną i sztuką (zjawisko notowane
często także w sztuce i n n y c h krajów) jest n o r m a l n y ;
w każdym okresie historycznym istniała pewna k o n ­
cepcja kosmogoniezną i sztuka odpowiadająca rozwo­
jowi sił produkcyjnych i ustrojowi społecznemu. Otóż
aż do X I X w . miasteczka rumuńskie czasem zacho­
wywały jeszcze ślady organizacji pierwotnej. A l e
przemiany ekonomiczno-społeczne doprowadziły do
szybkiego przeobrażenia umysłowości ludzi, ślady
przeszłości zanikają i ludzie coraz m n i e j pamiętają,
dlaczego stosują pewien m o t y w . To zjawisko po­
twierdza się wielokrotnie, jest ono charakterystyczne
na ogól d l a całej sztuki ludowej narodów europej­
skich.
Ograniczeni tematem niniejszego artykułu inie mog­
liśmy zaznaczyć podobieństw między sztuką ludową
a dawną sztuką kultową. Zabobony przeszłości ogar­
niały nie t y l k o część społeczeństwa, ale wszystkie
klasy. Wiara w gwiazdy, datująca się od czasów sta­
rożytnych, odgrywała poważną rolę w kosmogonieznej
myśli wieków m i n i o n y c h ; znały ją największe religie.
Wiara w gwiazdy i w ich wpływ na życie ludzkie
istniała u wieśniaków, ale także i u mnichów, kup­
ców, u szlachty, j a k o t y m świadczą liczne zachowane
ślady przeszłości. K r o n i k i zwykle wzmiankują poja­

wianie się różnych gwiazd jako znaków poprzedza­
jących pewne wydarzenia na ziemi. Powszechnie uży­
wane zodiaki, później utrzymały się wśród ludu. Jesz­
cze kilkadziesiąt l a t temu wróżbici w o z i l i swoje
zodiaki po j a r m a r k a c h wiejskich. Drukowane kalen­
darze notowały zawsze położenie gwiazd i wskazy­
wały i c h wpływ n a życie ludzi. Na zdobiących je
obrazkach często figurowało słońce z przeciwstawnym
m u księżycem i gwiazdy; niejednokrotnie posiadały
one elementy antropomorficzne.
Gwiazdy występowały w malarstwie ściennym w i e l ­
kich kościołów, budowanych z kamienia przez boja­
rów l u b wojewodów rumuńskich; odnaleźć t u można
prawie wszystkie f o r m y opisane w sztuce ludowej.
Plafon środkowy kościoła przedstawiał niebo usiane
gwiazdami; stosowane były one także w ikonach.
Wiemy też z najdawniejszych informacji, że słońce
figurowało jako m o t y w podstawowy w rzeźbionych
dekoracjach mebli. Wolno więc powiedzieć, że słońce
było motywem dominującym n i e tylko w sztuce l u ­
dowej, ale w ogóle w rumuńskim rzeźbiarstwie w
drzewie.
Na dawnych monetach, podobnie j a k ma pieczęciach
Wołoszczyzny i Mołdawii, gwiazdy występowały jako
znaki heraldyczne. Wśród najbardziej interesujących
dzieł sztuki rumuńskiej, przedstawiających
sceny
podobne do tych, które malowano na ikonach l u b
na malowidłach ściennych — również tkaniny zdo­
biono w gwiazdy oraz słońca i księżyce, j a k zwykle
sobie przeciwstawne. M o w a t u o tkaninach, które
w X I V i X V w . zdobiły wnętrza pałacowe w Moł­
d a w i i . Kamienne krzyże strzegące dróg i upamiętnia­
jące jakąś zmarłą osobę, wydarzenie lufo oznaczające
drogę redyku, mają t a k j a k i krzyże n a cmentarzach
podobne f o r m y zdobnicze — zarówno na obiektach
stawianych przez l u d j a k i przez szlachtę. I znowu
gwiazdy zajmują poczesne miejsce. B y nie przeciągać
w y w o d u — kończymy przypominając jeszcze fakt
o dużym znaczeniu, który przyczynił się do pod­
trzymania omawianych motywów w Rumunii. Chodzi
mianowicie o powtarzanie się omówionych moty-

33

�II. 11. Pisanki
z motywami
i „mlecznej
drogi".

wów w sztuce wszystkich narodów europejskich.
Ograniczając 'się do narodów sąsiadujących z R u ­
munią l u b współmieszkających n a t y m samym tery­
torium zaznaczamy w t y m zakresie podobieństwa,
np. między sztuką rumuńską a sztuką Słowian czy
ludów germańskich. Odnajduje się t a m większość
form notowanych u Rumunów.
Także i t y m razem — n i e wierzymy w proste n a ­
śladownictwo sztuki jednego narodu przez drugi.
Przypominamy, że omawiane motywy są w rzeczy­

Zofia

Barbara

LUDOWE

słońca

wistości elementami pewnej ideologii, podobne kon­
cepcje kosmogoniczne
tłumaczą podobne
elementy
zdobnicze. Mogą też one odpowiadać określonemu mo­
mentowi rozwoju społeczeństwa i sposobowi pro­
dukcji. G d y w sposobie p r o d u k c j i zajdą zmiany —
wcześniej czy później ulega przeobrażeniu sama treść
motywów i ogólny wygląd sztuki l u d o w e j ; to n a m tłu­
maczy, dlaczego sztuka l u d o w a różnych narodów
europejskich r o z w i j a się często w analogicznych kie­
runkach.

Głowa

ZDOBNICTWO

ŻELAZA

W PO W.

OPOCZNO

Na terenie powiatu Opoczno zdobnictwo w me­
talu n i e jest t a k bogate j a k np. w tkactwie czy hafciarstwie. Spotykamy j e t y l k o na okuciach d r z w i
i wozów, a wyjątkowo na zakończeniach krzyżów
i przydrożnych kapliczek .
Jedną z najprymitywniejszych f o r m ozdobnych okuć
do d r z w i jest skobel ( i l . 1), zapewne dawniej bardziej
rozpowszechniony, obecnie
już zanikający, skoro
udało się go znaleźć t y l k o raz — w miejscowości
Brudzewice u Piotra Piątkowskiego. Na frontowej
ścianie sztabki skobla w y k u t y jest wzór w postaci
dwu l i n i i równoległych i przeprowadzonej
między
n i m i l i n i i łamanej. Skobel został wykonany przez
miejscowego kowala Stanisława Pasieczyńskiego.

Przy drzwiach starszych chałup spotyka się jeszcze
dosyć często p r y m i t y w n e z a m k i żelazne. Zamek taki
składa się z wykładki z uchwyitem, przybitej po ze­
wnętrznej stronie d r z w i , i mechanizmu dźwigniowego,
znajdującego się od strony sieni. Wykładka dzieli
się n a d w i e tarcze, większą — górną, i mniejszą —
dolną, połączone przy pomocy zgiętej dwukrotnie
pod kątem prostym okrągławej
sztabki żelaznej.
W tarczy górnej znajduje się otwór, przez który prze­
chodzi krótka dźwignia. Przez j e j naciśnięcie podnosi
się przymocowane p o drugiej stronie d r z w i żelazne
ramię, pełniące rolę zapory. Wykładka widoczna po
zewnętrznej stronie d r z w i b y w a przeważnie wyko-

Powyższe opracowanie dokonane zostało n a pod­
stawie materiałów znajdujących się w a r c h i w u m

Sekcji Badania Plastyki L/udowej
PAN, zebranych w 1949 r.

1

1

34

I n s t y t u t u Sztuki

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9511" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9489">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/00f146ff0589984d00621163f27d92de.pdf</src>
        <authentication>86cfb8c0a42750369a9ad28e06e13b01</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113251">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4033</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113252">
                <text>1961</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113253">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3771</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113254">
                <text>Zagroda wydlużona typu bielsko-hajnowskiego / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1961 t.15 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113255">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1961 t.15 z.3, s.153-164</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113256">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113257">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113258">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113259">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113260">
                <text>Jerzy

Czajkowski

ZAGRODA

WYDŁUŻONA

TYPU

Badania terenowe nad budownictwem ludowym
na obszarze województw lubelskiego i białostockiego
wykazały, że na wschodnich rubieżach naszego kra­
ju, zamieszkały przez Polaków, a dawniej również
częściowo przez Białorusinów i Ukraińców, istnieją
różnorakie formy budynków mieszkalnych i zagród.
Często spotyka się tu chałupę o planie symetryeznodwuizbowym (z sienią umieszczoną centralnie), którą
znamy z innych terenów Polski, ale .powszechnie pa­
nującym typem jest zagroda wielobudynkowa z bu­
dynkiem mieszkalnym tzw. „trojakiem" lub „czwo­
rakiem" (sień i 2 izby z boku lub ezterownętrzowe
mieszkanie z pomieszczeniami dokoła centralnie usy­
tuowanych urządzeń ogniowych); tein typ budownic­
twa szerokim pasem przechodzi przez całe Podlasie
Północne i Wschodnie, a na południu obejmuje swyim
zasięgiem północne obszary Lubelszczyzny. Zetkniemy
się tu również z formami lokalnymi, jak np. dom
z wnęką narożną w okolicach Włodawy, Parczewa
i Radzynia Podlaskiego lub dom mający komorę
wbudowaną w sień, która uzyskuje przez to kształt
litery L (ok. Parczewa i Białej Podlaskiej).
W czasie badań prowadzonych przez Sekcję Ba­
dania Sztuki Ludowej Instytutu Sztuki PAN w Kra­
kowie stwierdzono, że zwarty zasięg „trojaka"
i „czworaka" jest w dwu powiatach poprzerywany
zupełnie różnym od nich typem zagrody drewnianej,
która w swym wzdłużnym wymiarze nie znajduje
analogii na innych terenach Polski. Poza terenem
powiatu bielskiego i hajnowskiego znajdujemy wpraw­
dzie zagrody mające pod jedną kalenicą część miesz­
kalną ze stajniami i chlewiami &lt;Buksztele, pow. Bia­
łystok, Nowy Dwór, pow. Dąbrowa, Bogusza, pow.
Sokółka), ale występują one tylko sporadycznie i są
wynikiem ubóstwa, a nie odrębnym typem zabudowy.
Spotykamy je również na Lubelszczyźnie w okoli­
cach Parczewa. Włodawy, Piszcząca, ale i tych rów­
nież nie można brać w rachubę, gdyż są wynikiem
warunków lokalnych i zasięg ich nie ma połączenia
z Podlasiem Wschodnim. Mają one zresztą inny pro­
gram wnętrza.

B I E L S K O - H AJ N O W S K I E G O

gwałtownie kilkanaście kilometrów za miastem, w sa­
mym środku powiatu. Linia zasięgu zgadza się tu
dość dokładnie z wytyczoną przez B. Zaborskiego
granicą wsi typu szeregówki «. W powiecie hajnowskim występowała interesująca nas zagroda na terenie
całego powiatu. Tak więc północna i południowa
granica zagrody wydłużonej zamyka się w granicach
powiatów, a ściślej — między rzekami Narew i Nu­
rzec, w nielicznych tylko wypadkach przekraczając je.
Granicy wschodniej nie można w tej chwili do­
kładnie ustalić. Nie ulega jednak wątpliwości, że
teren, na którym ten rodzaj budownictwa występuje
u nas, jest tylko częścią większego obszaru położo­
nego poza wschodnimi granicami Polski.
Bielsko-hajnowska zagroda wydłużona tonie w mo­
rzu gospodarstw wielobudynkowych ze wspomnianym
już „trojakiem" lub „czworakiem". Taka zabudowa
jest jednak zjawiskiem nowszym we wsiach, w któ­
rych dawniej dominował typ zagrody wydłużonej.
Czy znaczy to, że zagroda ta stanowiła jedyną tra­
dycyjną formę zabudowy w tych wsiach? Okazuje się,
że nie. W tych samych wsiach (np. Hołody, pow.
Bielsk Podl.) bywały również lub nawet pozostały
gdzieniegdzie stare zagrody z okólnikiem, które w
swoim charakterze są przecież różne od zagrody
jedno- lub wielobudynkowej, luźnej.

II. Ł Rozmieszczenie zagród wydłużonych na terenie
pow. bielskiego i hajnowskiego.
1. Miejscowości podane dla orientacji.
U. Budynek z różnymi pomieszczeniami po obu stro­
nach części mieszkalnej.
III. Budynek, w którym pomieszczenia gospodarcze są

SŁS
V. Granica
VI. Granica

****
państwa.
powiatu.

Badania wykazały, że charakterystyczna, długa za­
groda występuje tylko na Białostocczyznie w dwu
powiatach: Bielsk Podlaski i Hajnówka (il. 1, mapa).
W powiecie bielskim jej zasięg zachodni urywa się

\PLUTXCZEI

Isft
HiiSriKi
UDUOBEKESOUO

&gt; B. Zaborski, O kształtach wsi w Polsce i ich
rozmieszczeniu, Kraków 1926, mapa kolorowa. Jak
wynika z danych terenowych, istoieje prawdopodo-

KUIERUC*

B/RtawEzn
y'

CV J

/

RnamEszczcwE
zRERÓa
unDtużamcH

- u
-

•
£W«

J CZRJHDUSKt

III

- 'y

/

�-HM

pr-f-f—f-f-

1—ft

II. 2 O, b. Zagroda bud. ok. 1896 r. w Białowieży,

przewieziona w 1900 r. do Plulycz, pow. Bielsk

Zagroda z okólnikiem nie jest wcale na Podlasiu
rzadkością i występuje w trzech wariantach: a) okól­
nik gospodarczy, zamknięty, usytuowany za domem,
który stoi wzdłuż drogi (do tego wariantu należy
okólnik z Holodów budowany w 1861 r.), b) okólnik
gospodarczy, zamknięty, oddzielony od budynku miesz­
kalnego drogą (np. Wy nalew. pow. Parczew) lub
c) Okólnik w kształcie czworoboku, którego jeden
bok stanowi budynek mieszkalny (nip. Lisiowólka,
pow. Radzyń Podl.). Trudno w tej chwili definitywnie
mzstrzygnąć, czy między zagrodą wydłużoną a okólnrikową zachodzi różnica chronologiczna. Istnienie do
dziś zagród wydłużonych typu bielsko-hajwowskiego,
datowanych na rok ok. 1830 {Grabowiec), ok. 1835
(Wiercień), ok. 1855 (Trześcianka). 1859 (Krzywa)
i ok. 1865 (Nowoberezowo) — każe uważać ten typ
za dawny. Starzy informatorzy wielokrotnie podkre­
ślają, że właśnie takie zagrody były powszechne za
czasów pańszczyzny. Jest więc prawdopodobne, że
zarówno typ .zagrody z okólnikiem, jak i zagroda
wydłużona są formami dawnymi, a typ pierwszy
należy traktować jako wyraz szczególnego bogactwa,
jeszcze przed uwłaszczeniem chłopów. Świadczy o tym
m. im. przykład wsi Pdbikry &lt;pow. Bielsk Podl.),
w której tylko kilku najzamożniejszych gospodarzy
posiadało okólniki. Sądząc z powyższego, trzeba uznać
okólnik na Podlasiu —^ zwłaszcza wschodnim — za
typ dość dawny, ale nie powszechny, a przy tym
zapożyczony z terenów sąsiednich, zachodnich, czy
południowo-zachodnich. gdzie występuje o wiele częiciej.
Zagroda wydłużona jest ściśle związana z sied­
liskiem, które było długie i wąskie. Szerokość jego
rzadko dochodziła 30 m, a częsito wahała się w gra­

Podl.

nicach 8—20 m. Liczby te dotyczą siedlisk poukazowych. a więc tych. które nie uległy jeszcze roz­
drobnieniu. Ponieważ często okna w szczycie domu
musiały wychodzić na ulicę, więc przy rodzinnych
podziałach siedlisko cięto prostopadle do drogi.
W tych warunkach (przed i po uwłaszczeniu) zagro­
da nie mogła w żaden sposób rozwijać się równo­
legle do ulicy. Co najwyżej, gdy siedlisko było jeszcze
dość szerokie, stodoła stojąca osobno była czasami
ustawiana na końcu siedliska, w poprzek. Z reguły
jednak — również przed uwłaszczeniem — stała ona
na jednej linii z budynkiem igłównym, będąc od niego
oddalona o kilkadziesiąt metrów. Niewielka szero­
kość siedliska jest niewątpliwie ważnym powodem,
ale chyba nie jedynym, który by mógł wpłynąć na
wykształcenie się tego rodzaju zagrody na omawia­
nym terenie. Nie może wchodzić w grę również fak­
tyczna oszczędność drzewa przy dostawianiu do sie­
bie budynków gospodarczych, gdyż dawniej Podlasie
Wschodnie nie było w nie zbyt ubogie. Zresztą wsie
sąsiednie, mające odmienną zabudowę, są tego po­
twierdzeniem.
Zanim przystąpimy do omówienia tego budownic­
twa na szerszym tle — zajmiemy się uprzednio ana­
lizą typologiczną i konstrukcyjną.
W obrębie zagród wydłużonych można wyróżnić
kilka wariantów, w zależności od sposobu rozplano­
wania wnętrz w budynku głównym. Są to: 1) budy­
nek, w którym pomieszczenia gospodarcze są tylko
po jednej stronie części mieszkalnej (taibl. I ) ; 2) bu­
dynek z różnymi pomieszczeniami po obu stronach
części mieszkalnej (tabl. I I . 1—9); 3) budynek z „pristienkiem" (tabl. III).

- •

S£ Tft£l&amp;
Nowoberezowo,
Hajnówka.

pow.

�Wariant drugi zagrody wydłużonej rozprzestrze­
niony jest na całym terenie d prawdopodobnie w tej
formie .przechodzi granicę wschodnią.
Najprostszą
formę tego budynku znajdujemy we wsiach: Nowoberezowo (tabl. I I , 6), Dasze (tabl. I I , 9) i Jelonka
(tabl. I I , 8). W Nowóberezowie plan taki miały domy
pastucha i kościelnego; należały więc do biedoty
wiejskiej. Do tejże klasy należy zaliczyć również
plany ze wsi Dasze i Jelonka. Jeśli chodzi o Dasze
jest to pewne, gdyż znane są tu domy z programem

wnętrz bardziej rozwiniętym (tabl. I , 2 i 5) lub po­
dobnym do dawnego typu zagrody z Rybolów (tabl.
I I . 7). Kontynuacją tego prostego planu są: zagroda
Marii Gregorula z Trześcianki z ok. 1885 r., należąca
niegdyś do bogatego niewątpliwie gospodarza (tabl. I I .
3), oraz zagroda Marii Horydiuk ze wsi Ogrodniki,
pochodząca z 1894 r. (tabl. I I , 4). O zamożności pier­
wotnych właścicieli świadczą tu dwie komory i kilka
chlewów. Charakterystyczne dla tych domów są tylko
sień i komora po jednej stronie „chaty" (izby) i długi
sznur pomieszczeń gospodarczych po drugiej. Jako
następne ogniwo w łańcuchu rozwojowym można by
wskazać domy: Michała Firsa z Nowoberezowa z ok.
1865 r. (tabl. I I , 1), Stefanii Jakoniuk z Holodów
z 1885 r. (tabl. I I . 2) i Jana Iwaniuka z Plutycz
z 1900 r, (tabl. I I , 11). Dalszy rozwój ich .polega na
wydłużeniu budynku po obu stronach izby.
Trzecim wariantem zagrody wydłużonej jest r jak już zaznaczono — budynek z „pristienkiem",
który spełnia rolę komory, składu itp., przy czym
z zasady posiada wejście wiodące z zewnątrz (tabl. I I I ,
1—5). „Pristienetk" jest to nazwa ukraińska, z którą
spotykamy się również w ptn.-wsch. Lubelszczyźnie.
Tam jednak „pristienek" nie jest dobudówką ze­
wnętrzną, lecz ciemną, wąską komorą w obrębie
budynku o planie półtora traktowym. Na Podlasiu
Wschodnim, w okolicach Bielska Podlaskiego i Haj­
nówki, nazwa ta oznacza pomieszczenie magazynowe
przy ścianie „chaty", do którego z reguły nic nie
dostawiano (tabl. I I I , 1—2, 4—5). Tylko w Nowóbe­
rezowie znaleziono zagrodę (tabl. I I I . 3), w której
„pristienek" oddzielony jest od „chaty" pomieszcze­
niem zwanym „kładówką" lub „składówką" (rosyj­
skie: fcładowaja = komora). Wszystkie znane zagrody
z „pristienkiem" posiadały jedną lub dwie komory
1 po kilka chlewów, co pozwala sądzić, że zagroda
z „pristienkiem" cechowała gospodarstwa bogate.
Zwróćmy jeszcze uwagę na tablicę IV, gdzie przed­
stawione są plany następujących obiektów z Augu­
stowa: dwóch zagród niezbyt bogatych (tabl. IV,
2 i 3) i dwóch gospodarstw zamożnych (tabl. IV,
1 i 4). Niestety, są to plany rysowane według infor­
macji ustnej, gdyż ani jeden stary dom tego rodzaju
do dziś się już nie zachował. Zasadą w tych planach
jest stawianie „pristienka" od ulicy (podobnie jak
w innych wsiach) i zwężenie go, względnie chlewów,
w stosunku do szerokości ściany szczytowej izby.
Przyczyną zwężenia pomieszczeń gospodarczych jest
chęć uzyskania miejsca na dodatkowe okno (w celu
lepszego oświetlenia izby i uzyskania widoku na
drogę). Plany powyższe, jakkolwiek nie posiadają po­
twierdzenia w materiale zabytkowym, wydają się
zupełnie wiarygodne, tym bardziej że budynki z cof­
niętymi chlewami są znane na tym terenie (Łuka,
Grabowiec), a na północnej Lubelszczyźnie występuje
dom z wnęką narożną, powstałą przez skrócenie ko­
mory, i z oknami w izbie umieszczonymi podobnie
jak to przedstawiono na planach z Augustowa.

K. Pietkiewicz, Polesie łęczyckie,
cz I Kra­
ków 1928, s. 226; K. Moszyński, Polesie Wschodnie,
Warszawa 1928, s. 116 i 119.

« Wytłumaczenie to podaje w swych materiałach
terenowych mgr Z. Cieśla-Reinfussowa (Arch. IS PAN
w Krakowie. Teka CLXXX a, 301).

Typ pierwszy oparty jest na planie jednotraktowym: „chata" czyli izba, sień, dalej komora i kilka
Chlewów (tabl. I , 5) lub, częściej, na planie półtoratraktowym, gdzie z „chaty" wydzielona jest w kie­
runku wzdłużnym mniejsza izdebka, zwana „wałkierzem", a część sieni jest oddzielona trwałą ścianką
i zamieniona na komorę, zwaną czasami „sieńcy".
Nazwę tę stosuje się również na Polesiu, ale w odnie­
sieniu do właściwej sieni*. Zasadą jest, że z sieni
naprzeciwko wejścia do „chaty" (izby) są drzwi do
komory ułożonej poprzecznie w stosunku do linii
budynku, a za nią szereg „chlewów". W starej za­
grodzie z Wiercienia brak jest komory ułożonej w po­
przek budynku, natomiast w tym samym miejscu
znajduje się stodoła (tabl. I . 6). Układ taki na tym
terenie jest czymś wyjątkowym, z tego więc względu
nie będziemy się nim szerzej zajmowali, podobnie
zresztą jak przypadkowym występowaniem, wnęki
gospodarczej (tabl. I . 4), która powstała przez zabu­
dowanie małymi chlewikami wolnej przestrzeni mię­
dzy cofniętą na tym odcinku ścianą pomieszczeń
gospodarczych — a krawędzią strzechy.
Szukając genezy opisanego wyżej wariantu pierw­
szego można wysunąć dwie możliwości: albo forma
ta powstała drogą rozwoju części mieszkalnej w obrę­
bie pierwotnego budynku o jednej izbie, albo przez
skrzyżowanie powszechnego na Podlasiu „trojaka"
i „czworaka" z wydłużoną zagrodą jedmotraktową,
o której będzie mowa niżej. Za przyjęciem drugiej
możliwości przemawia zasięg występowania intere­
sującego tu nas wariantu, który spotyka się głównie
w zachodniej części objętego tą pracą obszaru, a więc
tam, gdzie jednotraktowa zagroda wydłużona ze­
tknęła się bezpośrednio z chałupami typu „trojaków"
lub „czworaków". Jak wskazują na to daty najstar­
szych budynków należących do tej odmiany (1830,
1835), proces zmieszania się obu typów musiał odbyć
się wcześniej, z czego z kolei wypływa wniosek, że
jednotraktowa zagroda wydłużona, w formie w pełni
wykształconej, istnieć tu musiała już znacznie daw­
niej.
• Inne plany domów ,na omawianym terenie należą
do drugiego wariantu: budynek z różnymi pomiesz­
czeniami po obu stronach części mieszkalnej. Ze
względu jednak na istnienie w niektórych wsiach
charakterystycznego „pristienka",
plany posiadają­
cych go budynków omówimy osobno.

3

155

�Zasięg „pristienka" na mapie jest dość zwarty,
jednak zbyt mała ilość punktów, w których wystę­
puje, i brak wiadomości z obszarów położonych na
wschód od granicy — nie pozwala na snucie żadnych
wniosków na temat jego genezy.
Przypadek indywidualny, nie mający analogii w
zebranym dotychczas materiale, stanowi chałupa
zinwentaryzowana w Plutyczach (pow. Bielsk Podl. il. 2 a, b). Zbudowana w 1896 r. w Białowieży, po256

siadała ona pierwotnie plan, którego rekonstrukcja
podana jest na tabl. I I , 10. Uderzające tu jest, zu­
pełnie dla tego terenu nietypowe, usytuowanie dwu
izb mieszkalnych w amfiladzie po jednej stronie
sieni umieszczonej pośrodku budynku. Po przenie­
sieniu chałupy do Plutycz w 1900 r. okazało się, że
dla nowego nabywcy, który posiadał 16 ha ziemi
i kilka sztuk bydła, chałupa ta była za mała. Dobu­
dował on więc trzy chlewy i szopę. Dalsza przeróbka

�budynku nastąpiła w związku z podziałem własności
między dwóch spadkobierców. Ażeby uzyskać drugie
mieszkanie, przerobiono wówczas pierwotną komorę
na izbę, „pristienek" na sień — i w ten sposób powstał
budynek o planie przedstawionym na tabl. I I , 11.
Ogólną cechą zagrody wydłużonej typu bielskohajnowskiego we Wszystkich jej wariantach, z wy­
jątkiem budynków biedniackich, jest jej nieproporcjo­
nalna długość w stosunku do szerokości. Przeciętna
długość osi całego budynku waha się w granicach
25-30 m, przy szerokości ok. 5 m. Zagroda Zofii
Kućko w Nowoberezowie ma obecnie 26,8 m, ale
dawniej była dłuższa o kilka chlewów, a więc miała
przypuszczalnie ok. 35 ,m. Rekord długości bije za­
groda Jana Iwaniuka w Plutyczach, mierząca 42 m,
informacje zaś z Nowoberezowa mówią o budynkach
45-metrowych. Trzeba dodać, że długość zagrody za­
leżała w dużej mierze od ilości sztuk bydła, gdyż
było podobno zasadą, aby każda krowa miała własny
„chlew" *. Ta okoliczność jeszcze raz wskazuje na
zależność tego rodzaju budownictwa od stanu ma­
jątkowego właścicieli.
Jak już wspomniano — ze względu na wąski
kształt siedliska budynki sytuowano zawsze szczytem
do drogi. Ona więc, a nie strony świata, wyznaczała
zagrodzie kierunek. Budynek główny stawiano z za­
sady tuż przy drodze, co najwyżej kilka metrów
od niej. Między ulicą a domem ogródków dawniej
nie było.
Dokonana .powyżej analiza dotyczy w rzeczywi­
stości jednego budynku z całego obejścia, na które
składa się również stodoła, zwana „kłonią", mająca
u bardzo zamożnych 2 „roki" i 3 „storony", czyli
sąsieki (il. 3). Stodołę lokowano z reguły na osi
głównego budynku, w dość znacznej od niego odleg­
łości. Pomiędzy „kłonią" a głównym budynkiem
bywały (ale nie zawsze) stawiane osobno spichlerze.
Szczególna długość głównego budynku, jak również
całość zabudowań ustawionych wzdłuż jednej linii,
usprawiedliwia stosowany tu termin: zagroda wy­
dłużona.
Przechodząc dó opisu konstrukcji zacznijmy od
podwalin. Pierwszy wieniec zrębu leżał na dużych
kamieniach narożnych, między którymi ułożone były
mniejsze kamienie. Układano je bez zaprawy na ziemi
lub osadzano na glinie, ale z zasady obsypywano
je od wewnątrz gliną, która stanowiła jednocześnie
podłogę domu . Zwózka kamieni, gliny i drzewa
była pracą ciężką i pochłaniającą dużo czasu. Dla­
tego przy czynności tej stosowano do niedawna .,!!&lt;&gt;kę", tj. pomoc sąsiedzką (Augustowo). Bale pierw5

i Według informacji ustnych, w Nowoberezowie
1 Husakach obornik wyrzucano z „chlewów" tylko
2 razv do roku: na wiosnę i w jesieni. W między­
czasie gromadził się on w chlewie, który w tym

R
S U a S i T S K 0&gt; ^ r o w a S
db dołu po deskach. Jakkolwiek sposób to niehigie-

II. 8. Piec w izbie Mikołaja Moroza, wyk. ok. 1885 r.
Nowoberezowo. pow. Hajnówka.

szego wieńca, zwane tu „podrubami", były z reguły
sosnowe, grube na 8—10 cali. Bardzo rzadko używano
dębiny, gdyż, jak powiadają, „trzyma ona wilgoć".
Podwaliny (podruby) zawsze wiązano odmiennie od
pozostałych wieńców ściany. Łączono je bądź „na
palec" (il. 7), bądź też ma .pojedynczy skos z teblem
W środku. W czasie wiązania podwalin — w jeden
z jej węgłów wkładano na szczęście drobne monety
HO—20 kopiejek) i trochę święconego ziela (Augustowo, Trześcianka), a pop po odprawieniu specjal­
nego nabożeństwa święcił budowę. Według infor­
macji z Nowoberezowa, pieniądze obiegowe nie były
konieczne, wystarczały jakieś stare, bezwartościowe
monety.
Ściany budowano z „deli", czyli bierwion sosno­
wych, dawniej łupanych klinami, szpary zaś utykano
mchem. Grubość belek ściany wynosiła 4—6 cali,
przy wysokości bala dochodzącej nieraz do 13 cali.
Mieszkalna część budynku z sienią i komorą była
z reguły wiązana na węgieł, ciągnące się zaś sznurem
chlewy (il, 5) — najczęściej w słupy. Dzięki kon­
strukcji słupowej, którą często stosowano dla gospo­
darczej części budynku, mógł on być wydłużony
tak daleko jak na to pozwalały warunki lokalne,
a wymagały cele gospodarcze. We wsiach z zabudową
ciepłą temperaturę, co było ważne zwłaszcza w zimie.
Kto wie, czy Wkopane chlewy nie są reliktami po­
dobnych mieszkań, które Kraszewski oglądał na piń­
skim Polesiu jeszcze w połowie X I X w. (K. Moszyń­
ski. Polesie Wschodnie, cyt. wyd., s. 113, przyp. 4).
* Drewniane podłogi były w końcu X I X w. rzad­
kością, częściej tylko spotykało się je w komorach,
w których przechowywano produkty podatne na pleś­
nienie. Masowo zaczęto podłogi układać po 1918 r.,
po powrocie z Rosji. Jednak i dziś jeszcze polepa
bardzo często występuje we wszystkich izbach.
157

��typu bielsko-hajnowskiego występuje wyłącznie wę­
gieł „na rybi ogon", przy czym „rybi ogon" z zam­
kiem, zwany tu węgłem „francuskim", znajdujemy
w domach budowanych dopiero po I wojnie świa­
towej. Ani razu nie stwierdzono tu w czasie badań
istnienia węgła „na obłap", choć prawdopodobnie
dawniej był znany. Zaginął jednak tak dawno, że
nawet znaleziony w Nowoberezowie spichlerz z epoki
napoleońskiej posiada już zrąb wiązany „na rybi
ogon". Dodajmy, że na sąsiednich terenach Grodzieńszczyzny i płd.-zach. Białorusi węgieł „na obłap"
powszechny jest do dziś. z czego możemy wniosko­
wać, że zmiana w sposobie wiązania belek musiała
na Podlasiu Wschodnim nastąpić pod wpływem wzo­
rów idących z Zachodu, ściślej z Mazowsza. Na
podstawie bardzo
niejasnych wypowiedzi można
przypuszczać, że mógł tu być również znany węgiel
nakładkowy. Niestety, żadnych na to dowodów nie
posiadamy.
Między poszczególne wieńce zrębu oraz w same
węgły wbijano drewniane kołki, tzw. „teble", które
wzmacniały zrąb i przeciwstawiały się wyginaniu
bali na boki. Cieśle rozbierający stare zagrody stwier­
dzali czasem, że zamiast drewnianych tebli w otwo­
rach między belkami tkwią kamienne, podlugowate
otoczaki (Nowoberezowo. Luka). Fakt ten dlatego
zadziwia, że na omawianym terenie znalezienie od­
powiednich otoczaków na pewno nie przychodziło
z łatwością.
Otwory okienne wycinano w zrębie na wysokość
2, a najwyżej 3 bali, kryjąc często lico przeciętych
drzew przybitą deską. Okienka starych domów osa­
dzano w przybitej do ściany ramie. Z trzech okien,
które z reguły posiadała „chata", do otwierania słu­
żyło ewentualnie jedno. Otwór okienny był zwykle
bardzo mały. Najmniejsze, z 4 szybkami, posiadały
światło ok. 40 X 40 cm, częściej jednak były nieco
większe (60 X 40 cm lub 65 X 50 cm) i miały 4 db
B szybek. W starym domu Nikifora Iwaniuka z Plutycz zachowały się do dziś okienka, których wymiar
łącznie z ramami wynosi 43 X 53 om (il. 4). Przy­
kładem trzymania się tradycji może też być dom
Onikieja. Bustowicza w Augustowie. Właściciel sta­
wiał go w 1918 r. na starą modę (w miejsce podob­
nego, spalonego w 1918 r.). z pozostawieniem malut­
kich, nie otwieranych okienek. Większe wymiary
okien zaczęto stosować jeszcze przed I wojną świato­
wą. Były one jednak wciąż 6-szybkowe. Tzw. okna
„weneckie", t j . 3-szybowe, z ramą środkową w kształ­
cie litery T, sporadycznie spotykane na początku
bieżącego stulecia, rozpowszechniają się dopiero w
okresie międzywojennym. Są to już naturalnie okna
na zawiasach, można je w każdej chwili otworzyć,
co nie przeszkadza, że i dziś jeszcze okna te naj­
częściej pozostają przez cały rok zamknięte.
W pomieszczeniach gospodarczych okno reduko­
wało się do niewielkiego „śparowatego" świetlika,
wyciętego na styku dwu belek zrębu. Najczęściej
były to wycięcia w kształcie prostokąta, trójkąta lub
dwóch przylegających do siebie trójkątów, zrobione
w górnej lub dolnej partii jednej z belek. Rzadziej

II. 13. Dom nr 125 bud. w latach w
międzywojennych.
Plutycze. pow. Bielsk Podl. II. 14. Zagroda J. Poplaw-

zdarzały się okienka złożone z dwóch wycięć, wyko­
nanych w obu stykających się ze sobą belkach; po­
siadały one np. kształt dwu rombów, złożonych każ­
dy z dwu trójkątów &lt;il. 6).
Konstrukcja odrzwi starych domów występuje w
postaci dwojakiej. W jednej tzw. „uszaki", czyli
słupy drzwiowe, wpuszczone są całą szerokością
w podwalinę i ocap, w drugiej zaś wpuszczone są
czopem w próg, a całą szerokością w ocap. Te dwie
formy występują najczęściej. Raczej rzadko spotyka
się stare domy, w których „uszaki" i ocap byłyby
ścinane skośnie. Wewnętrzne wymiary odrzwi starych
domów były o wiele niniejsze od dzisiejszych. Często
wysokość ich nie przekraczała 150 cm, przy szero­
kości 85—95 cm. Odrzwia do chlewów bywały jeszcze
mniejsze. Należy zwrócić uwagę, że w starym bu­
downictwie omawianych tu okolic niczym nie pod159

�K O |—
S

—

|
T

CH

Tabl. /

KO
CHL

KO

CH

CHL

CHL CHL

CHL CHL

S

KO

CHL

1. Augustów

(Bielsk), plan zagr. Onikieja

Busiowicza,

1_ J L . ^ . j

u.
r

CM

W

KO

KO
KO

ST

SD

CHL

sz

SD

CHL

É i

s

|

1

. J1
Tabl. I

zffssasr/s tzsutanz
za.gr. bud. ok. 1835 r.
Legenda: Ch = „chata" (izba), W = wałkierz, S = sień,
_ Y = sieńcy, Ko = komora, St = stajnia, Skl - składówka, Chi = chlew, Sd - stodoła, Sz = szopa,
A = ..świetnik".
S

Tabl. U
1. Nowoberezowo (Hajnówka), plan zagr. Michała Firsa, bud. ok. 1865 r., przewiezionej z sąsiedniej wsi

Tabl. II

i

CH

s

.1

tJS U: ,r*f

i no

M

r S " T"
KO

CH
L

1

CHL

KO

CHL

Ł

_

CHI.

5

5

::i

[

iO

i

CH

T3
"1
„1

CH

S

CH

CHL

I KO

m

,_L
I

KO

5

plan zagr. bud.

Tabl. III
(Bielsk), plan zagr. bud. 1859 r. 2. Hółody

I. Krzywa

s

S

U

"W
CH

]

j

Tabl. I I I

L1.-.1

i

(Hajnówka),

L .

r

&lt;^s

plan starej zagrody. 6. Nowo-

Legenda: Ch = „chata" (izba), I = izdebka, S = sień,
Ko = komora, St = stajnia, CM = Chlew, D = dre­
wutnia, S = szopa, A - „śmietnik", Pr = „pristienek".

KO

lJ...ll_.l.j

CM

a » ¿ra*

Ü. Ogrodniki (Bielsk),

1914 r. 10. Białowieża

i

CHL

msvrsgsst

l KO

CHI

CHL

CHL

¡s* . T S J S L ^ M i s S i r ? ł
íer?, Chi = chleto,

= seopa, A =&gt; „śtinetmk".

Tab!. ÍV
í. 4. A «
o ÍBfclsfcj, plany dawnych zagród gospo­
darzy zamożnych. 2, .?. Augustowa (Bielsk), plany daw­
nych zagród gospodarzy uboższych.
Legenda: Ch = „chata" (izba). W = wałkierz. Sw =
świetliczka, S = sień, S-Y = sieńcy, Pr
„pristie­
nek", Ko = komora, Chi - chlew.
O

W

CHL

!

Tabl. I V

w'"
PR

c

- .

s

,

l

_

11&lt; O CHL

l

CHL CHL CHL

PR

CH

,_BL

,

_

^ KO

ŚP

CHL

CHL

CHL

CHL

CHL

CHL

KO
CH

,11111

U

J

CHL CHL

5Z

CH ^

s.
Í60

KO

£

1

t í '

5

1

SW

L ±,_,J_ ±

.1

�fi. 25. Siara zagroda P. Aleksiejczuka. Ryboły, pow. Bielsk Podl.

kreśUmo ważności drzwi zewnętrznych prowadzących
do części mieszkalnej. Stąd też w zagrodzie bielskohajnowskiej rzadko można spotkać drzwi o ozdobnie
rozwiązanej powierzchni. Z reguły tafle drzwiowe
były zbijane z 2 lub 3 desek i zawieszone na prostych
zawiasach żelaznych, kowalskiej roboty. Ciekawy jest
fakt, że mimo ogólnego konserwatyzmu, który cechuje
omawiane tu budownictwo, nie natrafiono ani razu
na drzwi do sieni, iaby lub komory, które by obra­
cały się na biegunach lub posiadały drewniane zamki
kłodowe. W niektórych tylko wioskach osiemdzie­
sięcioletni starcy przypominają sobie ich istnienie.
W Luce — wg ustnej relacji — dolny koniec bieguna
drzwi wykonany był w postaci żelaznego trzpienia
obracającego się na podłożonym kamieniu.
TV Starym budownictwie „połap" (Husaki), Czyli
powałę, posiadają wszystkie .pomieszczenia budynku,
prócz sieni. Oparcie dla powały stanowią „balki",
tj. tragarze (zwykle 3), biegnące w poprzek budynku.
Końcami są one wpuszczone między „oszwę" , czyli
najwyższą, a przedostatnią belkę zrębu. W izbie po­
wszechnie występował sosrąb zwany tu „tramem"
(tram). Nawet w starych obiektach, liczących ponad
sto lat. występuje on w postaci jak gdyby zrege­
nerowanej. Zamiast potężnej belki — jest to tylko
deska gruba nu 8 cm. W starych domach, ze względu
na wrastanie kamieni podwalinowych w ziemię,
a tym samym i obniżanie się poziomu powały, „tram"
bywał nieraz usuwany. Np. w Nowoberezowie, w do­
mu Zofii Kućko, budowanym przed 1875 r., „tram"
usunięto w 1932 r. Na konieczność tego zabiegu
wskazuje wysokość izby, wynosząca dziś 193 cm. Jeśli
odejmiemy od tego ok. 20 om grubości tragarzy
8

6

Przy okazji zwróćmy uwagę, że zarówno tu
używana nazwa „oszew", jak i na Polesiu nazwa
„zwiaź" (K. Moszyński, Polesie Wschodnie, cyt. wyd.,
s. 117) oznaczają to samo: coś zszywającego, wiążą­
cego. I w istocie, ostatni wieniec zrębu spięty jest
zazwyczaj na węgłach mocniej, p r z e z całą ścianę. Nazwa „oszew" używana jest często na

figlJL

i 8 cm grubości ..tramu" — łatwo stwierdzimy prak­
tyczną stronę operacji. W nowych budynkach oma­
wianego typu tramów już nie stosowano.
W starych domach sień nie posiadała powały,
co wiązało się z tym, że były to chaty kurne. Jeśli
w momencie budowy domu Dostawiono piec z ko­
minem wyprowadzonym nad dach, wówczas w sieni
od razu kładziono powałę. Dość trudno jest już
obecnie ustalić, kiedy na tym terenie rozpoczął eię
zanik chat dymnych. W Łuce tradycja chat kurnych
jest żywa i domy dymne były tam jeszcze prawdo­
podobnie na początku bieżącego stulecia. W Kolo­
diach pamiętają je jeszcze najstarsi ludzie, w Ogrod­
nikach zaś najstarsze pokolenie zna je tylko z opo­
wiadań rodziców. W innych wsiach, np. w Trzciance,
nikt nie słyszał już o kurnych piecach, mimo iż
widywano je we wsiach sąsiednich. Niewątpliwy
jest fakt, że chaty kurne zachowały się najdłużej
u właścicieli uboższych (Husaki). Z informacji tere­
nowych można wywnioskować, że likwidację kurnych
pieców rozpoczęto w wieku X I X , ale jeszcze przed
uwłaszczeniem chłopów. Trudno w tej chwili wy­
jaśnić przyczyny tak wczesnego zaniku kurnych do¬
mów na tym terenie. Być może. jest to wpływ oko­
licznych zaścianków szlacheckich lub też skutek
jakichś nieznanych nam na razie iprzepisów adiministracyjnych.
Dym w kurnych chatach uchodził otworem w po­
wale; w razie potrzeby otwór zatykano szmatami,
czyli tzw. „bafbą" (Hołody) lub „onuczką" (Ogrodniki). Część dymu uchodziła również przez otwarte
drzwi do sieni, a stąd na strych. Mimo że w czasie
badań nie natrafiono na wiadomość, by dym uchoPodlasiu Wsch.. a jednak nie została zanotowana ani
w słowniku Karłowicza, ani też u Brucknera czy
Glogera. Tylko Linde pod hasłem szyć podaje: „na
statkach szycie, bale poboczne, z których się boki
statku składają", oraz „szycie u statków rzecznych
bywa dębowe,, sosnowe".

161

�dzii tylko przez sień lub otworem w ścianie do
sieni, to jednak można przypuszczać, że i tak by­
wało. Wskazuje na to jeden ze sposobów budowy
kanałów dymnych, których kierunek jest nie piono­
wy, lecz poziomy — do sieni, w której ma połączenie
z kominem. Sam komin był wypleciony z chrustu,
a nawet korzeni (Augustowo), na oże-browaniu z kilku
grubych żerdzi. Całość z obu stron' wylepiano gliną.
Rzadziej stosowało się ©żebrowanie z poprzecznymi
drążkami okręconymi kalaną słomą. Taki komin za­
chował się w Plutyczach, w chacie Nikifora Iwanduka.
kominy zaś z chrustu można spotkać równie często
jak stare piece. Dawne, do dziś zachowane kominy
są umiejscawiane bądź nad kapą pieca i wówczas
ich drewniana konstrukcja wspiera się na powale,
bądź też w sieni aa podłodze, W tym wypadku kanai
dymny ma początkowo kierunek poziomy (przez
ścianę), a następnie pod kątem prostym przechodzi
w pion kominowy; podstawa komina, oblepiona gru­
bo gliną, posiada na wysokości powały otwór, przez
który widać niebo. Tak konstruowane kominy, jak
również z tradycyjnego materiału, budowano w do­
mach jeszcze po I wojnie światowej.
Ze zrozumiałych powodów nie zachował się na
omawianym terenie ani jeden piec kumy. Łatwo
jednak (można je sobie wyobrazić, gdy się obejrzy
szereg istniejących i używanych do dziś pieców bu­
dowanych przed 70, 80 laty (ii. 8). Poza istnieniem
„kapelusza" (Trześcianka), czyli kapy, którą dym
odprowadzany jest do komina, nie różnią się one
znacznie od kurnych pieców z terenu Karpat czy
Pogórza. Wykonane z bitej gliny na ramie z bierwion,
posiadają nalepę, olbrzymi piec chlebowy, na którym
się sypia i szeroki przypiecek. Nalepa jest zazwy­
czaj nisko osadzona. Bywały nalepy oparte na 4 drew­
nianych nogach. Piece z kuchnią posiadającą blachy
są nabytkiem stosunkowo późnym. Po I wojnie świa­
towej były jeszcze rzadkością. Stare przyzwyczajenie
gotowania w piecu chlebowym jest jeszcze dziś 'bar­
dzo silne. Często, mając kuchnię, gotują w piecu
chlebowym, zostawiając w nim strawę przez cały
dzień. Powszechnie zetknąć £ię z tym można w Nowoberezowic.
Według informacji uzyskanych w Grabowcu, Plutyczach i Hołodach, w starych domach oprócz głów­
nego pieca była często .w rogu przy drzwiach nalepa
z kapą, zwana „świetnikiem" (Hołody) i służąca do
oświetlania izby płonącym na niej łuczywem oraz
do małego gotowania, czy odgrzewania uprzednio
ugotowanego pożywienia. Dym ze „świetnika" od­
prowadzany był kapą do sieni, skąd swobodnie prze­
dostawał się na strych (brak powały w sieni), „Swietnik" nie miał połączenia z kominem, „Swietnik"
w formie nalepy jest rozwiniętą formą powszechnego
dawniej w Polsce, na Białorusi, Litwie, Polesiu etc.
tzw. „świecaka", który w miejsce kapy „świetnika"

miał rurę płócienną, oblepioną z obu stron gliną;
łuczywo płonęło na zawieszonej na łańcuszkach że­
laznej kracie, czy blasze.. Sprzęt ten zawieszony był
w tym samym miejscu, w którym w izbie naszej
zagrody stał „świetnik" (tabl. I , 4, I I , 2, I I I , 5),
Stare zagrody typu bielsko-najnowskiego kryto
wyłącznie dachami czterospadowymi. Bryła takiego
dachu, który rzadko już można spotkać na starych
zabudowaniach {% wyjątkiem stodół), dominuje nad
całym budynkiem. Stosunek jego do widocznej części
zrębu ma się mniej więcej tak, jak 1,5:1, a nawet
2 : 1 . Naturalną jednak koleją rzeczy w rozwoju
budownictwa ludowego jest obniżanie dachu, a pod­
wyższanie zrębu, co na omawianym terenie zaczyna
następować już w końcu X I X wieku. Proces ten
łączy się ze zmianami dotyczącymi formy dachu.
Niełatwo jest, nawet dla tych kilkunastu wsi, podać
jakąś jedną datę wiążącą się ze stosowaniem nowych
form dachów. Daje się zaobserwować, że stosunkowo
rzadko spotykane dachy .przyczółkowe wyprzedziły
w niektórych wsiach dość znacznie dachy dwuspa­
dowe. Jest prawdopodobne, że pojawienie się dachu
przyczółkowego nastąpiło miedfcy rokiem 1890 a 1900,
a w każdym razie nie wcześniej. Natomiast dachy
dwuspadowe, które najczęściej dziś spotykamy, znaj­
dują zastosowanie w różnych okrasach czasu. Bardzo
wcześnie, bo już ok. 1900 r. pojawiają się w Husakach, nieco później w Nowoberezowie i Trześciancc,
a np. w Daszach dopięto po I wojnie światowej
i w tym okresie rozpowszechniają się na całym te­
renie. Wiąże się to z odbudową spalonych W czasie
wojny zagród.
Wysokość i kąt spadu dachu zależne są od pokry­
cia. Cieśle wiejscy biorą to pod uwagę, a sposób,
w jaki obliczają odpowiednie dane, ilustruje wypo­
wiedź starego cieśli z Łuki — Tymoteusza Charkiewicza: „stawiając krokwie na domu szerokim 10 ar­
szynów, odrzucamy \U z szerokości domu; długość
krokwi wyniesie więc 7,5 ansz.; to pod pokrycie sło­
miane. Jeśli kryjemy blachą, wówczas odrzucamy
Vs szerokości, długość krokwi wyniesie więc 6,7 arsz.;
gdy zaś pokrywamy dachówką, wtedy dodajemy do
ostatniego ok. Vs artte. więcej, gdyż dachówka na­
siąka wodą".
Tradycyjną konstrukcją dachu była w zagrodzie
wydłużonej konstrukcja krokwiowb-bantowa i .pozo­
stała ona niezmieniona do dziś. (Nie bierzemy pod
uwagę pomocniczej konstrukcji stolcowej, któiia bywa
stosowana w związku z innym pokryciem w nowych
domach.) Nastąpiła natomiast zmiana w sposobie
umocowania krokwi u dołu. Dawniej krokiew opie­
rała się wyciętą Stopką w gnieździe „oszwy", tj. naj­
wyższej belki zrębu, która leżała w linii całej ściany
i pełniła funkcję płaitwi. Końce krokwi spływały
poza ,„os!wę", tworząc „kapiera" (Augustowo) czyli
okap. Już przed I wojną światową zaczęto stosować

' Różne typy świecaków omawia E. Frankowski,
Jak lud nasz oświetlał chaty, „Ziemia", 1913, IV, 165.
Między innymi podaje, że we wsi SnodowiCze, pcw.
owrucki, sprzęt ten nazywano „świetaczem". W po­
wiecie mołoryckim k/Brześcia znane były świecaki

przenośne w postaci drewnianej podstawka oblepio­
nej gliną (L, A. Mołczanowa K woprosu o razwM
bielormkogo krestjamkogo żiliszcza, . 556, art, za­
mieszczony w pracy zbiorowej Waprosy etniczeskoj
istorii narodów pribaltiki, Moskwa 1959).

!

162

7

s

�„murłatę" (Augustowo), leżącą na wypuszczonych
końcach tragarzy.
Sposób umieszczenia na niej
krokwi byi teki sam jak na „Osawi". W związku
z „murłatą" daje się zaobserwować ciekawe zja­
wisko, z którym można się było spotkać również
po I Wojnie światowej. Otóż „murlata" jest na
swoim miejscu, ale krokwie nadal opierają się na
„oszwi". Robi się to — jak mówią — „dla lepszego
zachowania ciepła" (Augustowo). W okresie między­
wojennym zaczęto stawiać krokwie wprost na koń­
cach tragarzy. Właściciele narzekają jednak, gdyż
końce tragarzy szybko gniją i łamią się, co pociąga
za sobą niszczenie dachu. Jednym ze sposobów ochro­
ny zrębu przed deszczem jest przedłużanie okapu
za pomocą przypustnic. Jednak ma omawianym tere­
nie stosowania tego sposobu nie stwierdzono.
Wszystkie budynki kryte były dawniej wyłącznie
słomą. Bardzo rzadko zdarzało się, ażeby chałupa
pokryta była gontem; na to mogli sobie pozwolić
wyjątkowi bogacze (Trześcian.ka). Wraz z nowymi
formami dachu, a przede wszystkim z formą dwu­
spadową, wchodzi w użycie — zreslztą sporadycz­
nie — dachówka (Augustowo — 1895 r., Husaki —
ok. 1900 r„ Nowoberezowo — 1908 r.). Krycie słomą
było wszędzie jednolite. Oały dach pokrywano gład­
ko „ławczaikami" .(Augustowo), „kulikami" (Plutycze), a naroża terasowato „ostryszancami" *. Z tych
ostatnich wykonywano też krawędź okapową dachu.
Na kalenicy — na „kuliki" kładziono warstwę „ostrySEanców", a na .nie „pokot" (Plutycze), t j . targaną
słomę, którą przyciskano kocami lub kozłami
i „opowsinami" (Nowoberezowo), czyli drągami leżą­
cymi n.a kozłach i wspierającymi się na wbitych
w nie kołkach. Po każdej stronie dachu są po dwie
„opowsiny". W Dasizach i Grabowcu do dziś stosują
leż rodzaj ramy (mie jarzma) przyciskającej kozły.

J.
• WEŁNO

;

/

/

'S

' »W&gt;0DK0
/

/

/

4

8

Warto zwrócić uwagę, że na Polesiu Wschodnim
te same snopki zwane są „kuli" (K. Moszyńska, Po­
lesie Wschodnie, cyt. wyd., s. 108).

• MOHYLEW

.'•NOWOGRÓDEK

/&gt; s'
/&gt; Ś '

-

•80B»UJ&lt;&gt;K

U. 16. Powiązania kulturowe Podlasia Wsch. z Biało­
rusią i Polesiem. Opr. J. Czajkowski. 1. Kierunki wy­
stępowania nazwy „kłonią", ,Mlurua". 2. Kierunki wy­
stępowania nazwy ..tok". 3. Kierunki
występowania
zagrody wydłużonej. 4. Granica państwa. 5. Obszar
występowania zagrody wydłużonej w Polsce.

8

W starej zagrodzie typu
bielsko-hajnowskiego
zręby były z zasady nie zdobione. Co najwyżej,
część mieszkalna była pobielana białą glinką (Trze­
ścianka, Nowoberezowo). Niebielenie ścian budynku
lub pobielanie tylko małej części wynika z ich dużej
powierzchni. Tylko odnośnie do wsi Daslze stwier­
dzono, że chałupy były dawniej .pobielane, ale tu
właśnie są one o wiele mniejsze niż w innych
wsiach. Czasami w zagrodach z końca X I X w. tra­
fiały się, czy też trafiają do dziś, podokienniiki w
formie deski z wycinanymi na jej powierzchni trój­
kątnymi lub prostokątnymi zębami, albo w postaci
profilowanej w przekroju beleczki (Grabowiec, Plu­
tycze). Podokienniki, choćby w najprostszej swej
formie, .pojawiają się jednak późno, dopiero z no­
wymi, o większych rozmiarach oknami. Równie rzad­
ko jak podokienniki stosowane było dawniej ozda­
bianie węgłów za .pomocą kożuchowania. Zanoto­
wane stare formy należą do bardzo prostych (il. 9),
czasami jednak zdarzało się, że były nawet malo-

#WITE8SK

wane. Prosta pierwotnie forma kożuchowania świad­
czy, że początkowo nie było ono wynikiem dbałości
0 .estetykę, lecz po prostu zabezpieczeniem lica węgła
przed działaniem szkodliwych warunków atmosfe­
rycznych (słońce, woda, mróz). Pojawienie się na
zagrodzie wydłużonej innych dachów niż czterospa­
dowe pozwala na ozdobne traktowanie szczytów.
Znajdują wówczas zastosowanie koronkowe wiatrowmice (ii. 10), sterczyny dachowe, szparogi, wzorzyste
układanie deseczek szczytowych itp.
Przykładem
pięknego i wcale nie przeładowanego szczytu może
być przyczółkowy dach na zagrodzie Jana Iwaniuka
w Plutyczach (ii, 11). Aczkolwiek niewielki, lecz dość
mocno grawitujący do ziemi słomiany przyczółek
odciąża wzorzysty fragment szczytu i pięknie roz­
winięte szparogi. Ozdobny charakter mają również
zanotowane m. in. w Hołodach okienka szczytowe
w formie doniczki z drzewkiem lub doniczki z krzy­
żem (il. 12).
Wiąże się to z ogólną tendencją dekorowania
budynków, która następuje po I wojnie światowej
1 szybko się rozpowszechnia. Ludność Podlasia reemigrująca z Rosji przynosa stamtąd bogate wzory
omamentacyjnego zdobienia domów. Stąd też budow­
nictwo z okresu międzywojennego cechuje kolor
i snycerka, stosowane często do przesady. Kożucho­
wania, ściany, okiennice, nawet szczyty maluje się
różnymi kolorami, wprowadza się ażurowe nad­
okienniki, wiatrownice itp. (il. 13), Przesada — jak
» Terasowate pokrywanie naroży ma niewątpliwie
na celu upiększenie biyły dachowej, ale z punktu
widzenia technicznego chodzi o mocniejsze zabezpie­
czenie naroży, które bardziej od' połaci dachowych
są narażone na zniszczenie.
163

�we wszystkim — podraża niezmiernie koszta budo­
wy. Łatwo więc odróżnić domy .gospodarzy zamoż­
niejszych od uboższych (il. 14). Sami właściciele
stwierdzają, że od strony praktycznej jest ono nie­
konieczne. Ten pogląd, utrwalający się zwłaszcza
po I I wojnie światowej, jest powodem zamierania
zdobnictwa, a szczególnie — przeładowanego. Do
rzadkości należą także budynki stawiane po 1945 r.,
które w zdobnictwie kontynuowałyby tradycje wy­
rosłe po I wojnie światowej. Wyjątkiem jest tu jed­
nak wieś Plutycze, gdzie zanotowano niezmiernie
bogate zdobnictwo na domach budowanych w ostat­
nich już latach.
Przejdźmy temz do omówientia zagrody wydłużo­
nej typu bielBko-hajnowsIkiego — na szerszym tle.
Występowała ona na terenie zamieszkiwanym przez
ludność ukraińską wykazującą silne wpływy biało­
ruskie. Stąd też nie spotykamy jej właściwie, a przy­
najmniej w tej charakterystycznej, bardzo wydłu­
żonej formie, we wsiach polskich. Trzeba jednak
zaznaczyć, że w pewnych wsiach ukraińskich na
tym terenie typowe były obejścia o zabudowie luźnej,
z budynkiem mieszkalnym tzw. „trojakiem" lub czwo­
rakiem, które rozpowszechnione są w okolicznych
wsiach polskich; należy to tłumaczyć wpływem z na­
szych terenów.
Zagroda wydłużona na terenie polskim wiąże się
terytorialnie z większym obszarem Białorusi i Po­
lesia, pod względem zaś kulturowym
.powiaty
Bielsk Podl. i Hajnówka wykazują pokrewieństwo
(gdy nie bierzemy pod uwagę strony zachodniej) —
z Wileńskiem, Witebskiem, Mohylewskiem, Mozyrskiem oraz Ukrainą (v.mapa —s. 163). Interesujące nas
tu związki w zakresie budownictwa najszerzej prze­
jawiają się w nazwaniu „kłonią", „Mumią" — budyn­
ku gospodarczego służącego do młócenia i przechowywanda zboża , nazwa zaś „tok", pospolita na
Podlasiu Wschodnim i oznaczająca tu boisko w sto­
dole, znana jest w okolicach WHeńszczyzny, Witebsaczyzny i w Mińskiem, jak również w dawnym .po­
wiecie brzeskim . Wspomniana już wyżej nazwa

„kulik" — snopek do gładkiego .pokrywania dachu na Polesiu brzmi: „kuli". Powszechne też dla całej
Białorusi i Polesia jest nazwanie izby mieszkalnej
„chatą" «. a na Polesiu Zahoryriskim — jak podaje
Moszyński » — wszystkie pomieszczenia dla zwierząt
noszą wspólną nazwę „chlewów", podobnie jak
u nas. Przytoczone podobieństwa nazw są tylko
jednym z wielu dowodów więzi kulturowych wszyst­
kich tych terenów. Sama zagroda wydłużona ma
jednak zasięg mniejszy. K. Moszyński podaje, że nie­
znaczną odmianę zagród bielskich [bielsko-hajnowskich
• J. C] spotyka się w Prużańskiem, a i na
Polesiu Słonimskim stoją one pod jednym dachem .
Z badań przeprowadzonych w latach 1935 i 1936
przez Zakład Architektury Polskiej i Historii Sztuki
Politechniki Warszawskiej wiemy, że na Polesiu —
w powiatach .Pińsk, Łuniniee i Stołki — typowa jest
zagroda budowana poprzecznie w stosunku do drogi,
a wszystkie budynki gospodarcze — oprócz sto­
doły — stoją wraz z domem w jednej linii. Stodoła
natomiast zamyka siedlisko w poprfcek i jest o kil­
kadziesiąt metrów oddalona od zagrody . Najdal­
szymi punktami zasięgu .podobnej zagrody mają być
okolice Rzeczycy i Mozyra
Rosyjska etnografka
L. A. Mołczanowa w artykule „K woprosu o razwitii
biełoruskogo krestjanskogo żilisizcza" podaje plany,
fotografie i rysunki zagród z rejonu Brześcia i Grod­
na które można by wprawdzie zaklasyfikować do
omówionego typu zagrody, ale które bardziej przy­
pominają mało rozwiniętą formę ze wsi Dasze i Ryboły (il. 15), aniżeli np. zabudowę z Flutycz (ii. 2).
Zresztą są ono Już formą późniejszą, wyrosłą z Chaty
jednoizbowej, która dominowała dawniej zarówno
na Polesiu iak i na całej Białorusi
Sadzać z .przedplanów oraz wie­
lokrotnych podkreśleń K. Moszyńskiego o dającym
s ę aktualnie zaobserwować na Polesiu zrastaniu
chaty z kl€cU| ™~ można wnioskować, że wydłużona
zagroda poleska jest tworem późnym, najprawdopo­
dobniej z drugiej Dołowy X I X stulecia W orzeciwieństfwie &lt;Jb hielsko-hajnowskiej zagrody wydłu-

« Por. K. Moszyński, O kulturze ludowej poludniowo-środkowego
Polesia, s. 120 (odb. bez daty).

» K. Moszyński, O kulturze ludowej południowośrodkowego Polesia, cyt. wyd., s. 129 i 130. Obok tej
nazwy, szeroko na Polesiu znany jest termin „odryny"

10

11

u

» Por. K. Moszyński, Polesie Wschodnie, cyt. wyd.,
s. 106 i 107, przyp. 2,
12 Jw.

I5

16

18

19

f

15

K. Moszyński, Polesie Wschodnie, cyt. wyd.
" Z. Dmochowski. Ze studiów nad poleskim bu­
downictwem drzewnym, „Biul. Hist. Szłt. i Kult.",
1937, nr 2, s. 165 i nast.

mmmmm

w I r ^ J ^ e f i o Z r ^ e Ż

s ^ i a u h m :

S Ł ' S £

ass

że chata z klecią stoi osobno, a inne zabudowania

Na terenie polskim zaobserwować już tego nie można,
ale na Białorusi i Polesiu do niedawna były jeszcze
małe jednownętrzowe chałupki, zwane ..chatami''.

164

Polesiu Rzeczyckim K. Pietkiewicz, który daje jego
obraz z lat 1SB3—-1880.
» L. A. Mołczanowa, op. cit.
1» Jw., s. 552: por. K. Moszyński, Polesie Wschod­
nie, cyt, wyd., s. 116, prżyp. 3.
Z. Dmochowski, op. cit.

�żonej, poleskie zabudowania mają często bieg ścian
nierówny i różne poziomy kalenic kilkunastu dasz­
ków (dwuspadowych), nakrywających — każdy osob­
no - stojące pod nimi budynki. Zarówno omówiona
zagroda podlaska, jak i wspomniana poleska (z pow.
Pińsk, Łuniniec i Stolin) budowane są na długim
i wąskiim siedlisku. W jednym i w drugim wypadku
stoją one szczytem do ulicy, ale gdy na Podlasiu
okna są, lecz nie zawsze od ulicy, to na Polesiu jest
to regułą, albowiem zagroda rozbudowuje się od
ulicy w głąb siedliska, pozostawiając „chatę" zawsze
przy drodze.
Jak daleko na wschód sięga zagroda bielsko-hajnowska — tego dokładnie nie wiemy. Najprawdo­
podobniej jednak — nie dalej niż do wspomnianych
przez K. Moszyńskiego okolic Prużany i Słonima '.
2

21

K. Moszyński. Polesie Wschodnie, cyt.
s. 122, przyp. 2.

wyd.,

Taka lokalizacja opisanego obejścia pozwalałaby na
postawienie hipotezy, że przypuszczalnie Podlasie
między Narwią i Nurcem wytworzyło własny typ
budownictwa, którego odbiciem byłaby rozwijająca
się i zrastająca od niedawna zagroda znad prypeckiego Polesia. W niej właśnie trzeba by się dopatry­
wać .pierwotnego obrazu zagrody wydłużonej bielskohajnowskiej. której kondensacja musiała nastąpić
o wiele wcześniej, tym bardziej że tereny te w
X V I wieku były już gęsto zaludnione , a co za
tym idzie — wyżej stojące pod względem kultural­
nym od zachodnich terenów Białorusi i Polesia, na
których — jak wspomniano r— do końca X V I I I w.
powszechne były jednoizbowe chaty pozbawione na­
wet sieni.
22

U j . Topolski i J. Wiśniewski, Lustracje
woje­
wództwa podlaskiego 1570 i 1576, Wrocław—Warsza­
wa 1959, Mapa Królewszczyzn oprać, przez J. Humickiego.

Fot Jan Swiderski — il. 3—5, 9—11, 13—15. Rys.: Jerzy Czajkowski — il. 1, 6, 7, 16 (ze szkiców Zofii Rein¬
fuss). tabl. I—IV; Maria Czarnecka — il. 2 a, b (wg inwent. wyk. przez M. Pawlickiego), 8, 12 (wg inwent.
&lt;vyk. przez L . Nowosielskiego).

1

Ewa

Fryś-Pietraszkowa

M A Z E R O W A N E

K U F R Y

Dekoracja malarska ludowych kufrów nie rozwi­
nęła się na terenie Polski tak bogato jak dekoracja
skrzyń na ubranie. Za przyczynę tego trzeba praw­
dopodobnie uznać okoliczność, że kufry zaczęto wyra­
biać znacznie później niż skrzynie , dostosowane
więc były do zmienionych potrzeb estetycznych od­
biorców. Najczęściej kufry malowano gładko na jeden
kolor, zwykle zielony lub brązowy w różnych odcie­
niach. Do wyjątków należą kufry malowane wielo­
barwnie, jak np. kufer z Kawęczyna, pow. Zamość,
który ozdobiono na licu i wieku kwiatową dekoracją,
typową dla skrzyń z tego terenu, kufer pyrzycki
z Muzeum w Szczecinie, datowany na rok 1858 ,
1

J

1

R. Reinfuss. Ludowe skrzynie malowane, War­
szawa 1954, s. 15; E. Fryś, Ludowe kufry okuwane,
„Polska Sztuka Ludowa", 1959, nr 1—2, s. 46.

P O D L A S K I E

czy kuferek z Nowoberezowa, pow.
Hajnówka,
o skromnej, dwupolowej malaturze roślinnej. Wiado­
mości o wykonywaniu z początkiem X X wieku kuf­
rów wielobarwnych zanotowano m. in. w miejsco­
wościach Kamionka, pow. Starogard Gdański, Sejny,
pow. Suwałki, Braniewo. Specyficzną grupę stanowią
spotylkane we wschodniej części Białostockiego kufry
malowane techniką stempelkową, które wyrabiano
w Sokółce. Zasięg ich graniczy z zasięgiem kufrów
wileńskich i .poleskich'.
Dość dużą grupę w obrębie kufrów zdobionych
tworzą kufry tzw. „mazerowane", względnie k a d r o ­
wane". Technika mazerowania uważana jest przez
* A. Dobrowolska, Meble
ludowe zachodnio­
pomorskie. „Pol. Sat. Lud", 1950, nr 1-6, s. 58.
3 W. Dynowski, Barwne kufry chłopskie z okolic
Wileńszczyzny i Polesia, Wilno 1934.
165

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9551" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9529">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/b0f2db18c55866e6df5030324a3b6969.pdf</src>
        <authentication>f77328c229f678ad859c0f386057f6d9</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113764">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4048</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="113765">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113766">
                <text>1955</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113767">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3784</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113768">
                <text>Ozdobne drabinki do kwiatów / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1955 t.9 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113769">
                <text>Polska Sztuka Ludowa 1955 t.9 z.2; s.100-103</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113770">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113771">
                <text>Państwowy Instytut Sztuki</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113772">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="113773">
                <text>O Z D O B N E

D R A B I N K I

D O

K W I A T Ó W

JERZY

Zarówno w małych miastach, jak i na wsiach
istnieje zwyczaj dekorowania okien kwiatami. Uzu­
pełnieniem dekoracji, którą w głównej mierze sta­
nowi sama roślina, jest przeważnie ozdobny wazonik
oraz podpórka, która — zamiast prostego patyka —
przybiera czasem postać pięknie wykonanej drabinki.
100

CZAJKOWSKI

Drabinki takie, występujące na różnych terenach
Polski, a zwłaszcza Małopolski, uchodziły jakoś uwagi
etnografów, którzy nie interesowali się nimi i nie
notowali ich w publikowanych przez siebie mate­
riałach. Nielepiej przedstawiają się też zbiory mu­
zealne w tym zakresie.

�Wyjątek stanowi Muzeum Etnograficzne w Krako­
wie, które jest w posiadaniu serii drabinek, składa­
jącej się z 6 sztuk.
Drabinki te wykonane zostały po I I wojnie świato­
wej i są dziełem Tadeusza Obrzuda z Podegrodzia
(pow. Nowy Sącz), znanego rzeźbiarza ludowego, któ­
ry już niejednokrotnie wystawiał swoje rzeźby w
okresie międzywojennym.
Do rzeźb Obrzuda należą kapliczki z postaciami
Chrystusa Frasobliwego, św. Jana Nepomucena, kilka

figurek Chrystusa upadającego pod krzyżem, płasko­
rzeźba — chusta św. Weroniki i inne. Sporo tych
rzeźb znajduje się w zbiorach Muzeum Etnograficz­
nego w Krakowie.
W r. 1940 wywieziono Obrzuda na roboty do Nie­
miec, gdzie przebywał 5 lat. W ciągu tego okresu
wyrzeźbił on mnóstwo różnych figurek. Szczególnym
uznaniem ludności niemieckiej (tam, gdzie przebywał)
cieszyły się butelki z Bożą Męką. Za pieniądze uzyekane drogą sprzedaży swych wyrobów Obrzud za­
kupywał narzędzia rzeźbiarskie, które niestety zo101

�z drzewa bukowego), natomiast poprzeczki — z drze­
wa bukowego.
Na pierwszy rzut oka wszystkie drabinki są do
siebie podobne. Przypatrzywszy się im jednak dokład­
nie, stwierdzamy, że poprzeczki różnią się między
sobą bardzo, jeśli nie w całości, to przynajmniej
w szczegółach. Natomiast listwy boczne są we wszyst­
kich drabinkach identyczne. Rozchodzą się one nieco
od dołu ku górze, nadając drabince kształt wydłużo­
nego trapezu, zwróconego szerszą podstawą ku górze.
Krawędzie listew bocznych są dla ozdoby skośnie
pozacinane w karby biegnące z dołu do góry i na od­
wrót. Forma poprzeczek rozwiązana jest dwojako. Są
one bądź to proste w swej zasadniczej linii, bądź
też lekko półokrągłe. Krawędzie ich są wycinane
w ząbki, półkola, karbowane łuki itp.
Najwięcej jednak inwencji artystycznej włożył
rzeźbiarz w rozwiązanie powierzchni poprzeczek. Są
one ażurowane, przy czym motywy, które tu zna­
lazły zastosowanie, można podzielić na trzy grupy.
Jedną stanowią motywy w postaci małych, okrąg­
łych otworków, układanych w koła, krzyże, linie pro­
ste, ośmio- i jedenastoramiennych gwiazdek lub nie
dających się ściśle określić wycięć o formach ab­
strakcyjnych.
Drugą grupę tworzą starannie wykonane motywy
roślinne, na które składają się czterolistne rozetki,
gałązki z listkami, grzyby, liście i owoce dębu oraz
drzewka, zwykle po trzy, z których środkowe jest
wyższe od dwóch bocznych. Wzajemne proporcje po­
szczególnych motywów roślinnych traktowane są przez
rzeźbiarza zupełnie swobodnie. I tak np. kwiatki,
drzewa, grzyby, żołędzie mają prawie jednakową
wielkość, o której decydują rozmiary zdobionej po­
wierzchni.
Osobno wspomnieć należy o ładnie wyciętych ser­
duszkach i innych motywach (jak kapelusz góralski
ze skrzyżowanymi ciupagami), którymi Obrzud ozdo­
bił jedną z drabinek.
W dwóch wypadkach rzeźbiarz nie zadowolił się
motywami geometrycznymi i roślinnymi, ale dodat­
kowo dał po dwie krokiewki, przy czym na jednej
parze ustawił dwa malowane ptaszki, w rozwidleniu
drugiej natomiast umieścił gniazdo, a w nim dwa
bociany, dość wiernie wykonane i pomalowane.

stały mu skradzione, gdy wracał do kraju. Po po­
wrocie osiedlił się on w Lubezie pod Grodkowem, na
Śląsku Opolskim, gdzie w dalszym ciągu pracuje nad
rzeźbami o tematyce zarówno religijnej, jak i świec­
kiej.
Wróćmy jednak do wspomnianych drabinek. Każda
z nich składa się z dwóch listewek połączonych k i l ­
koma poprzeczkami. Wysokość drabinek waha się w
granicach 46—51 cm, a tylko jedna z nich ma 32 cm
wysokości. Do wyrobu drabinek Obrzud użył dwóch
rodzajów drzewa. Listewki boczne zrobił z drzewa
dębowego (poza jedną, która w całości wykonana jest
102

Prócz rzeźbiarskiej występuje na drabinkach de­
koracja malarska, głównie na niektórych motywach
roślinnych oraz wyżej wspomnianych ptaszkach i bo­
cianach. Pomalowane zostały również zakończenia
bocznych listewek niektórych drabinek, jedna z po­
przeczek oraz krokiewki — farbami olejnymi kolorów
białego, czerwonego, zielonego, niebieskiego i brą­
zowego.
Brak zainteresowania tymi drobnymi, ale cieka­
wymi okazami ludowego zdobnictwa powoduje, że
szukając analogii dla opisywanych tu drabinek, nie
znajdujemy ich na naszych terenach, tylko za Kar­
patami — na WęgrzechTamtejsze drabinki w ogól­
nym kształcie zbliżone do wykonanych przez Obrzuda, są jednak znacznie bogatsze. Podobnie jak u rzeź-

Malonyay Dezsó: A magyar nép müvészete. Bu­
dapeszt, 1909, t. I I I , s. 179.
1

�biarza podegrodzkiego, znalazły tam zastosowanie
motywy geometryczne, abstrakcyjne, roślinne i zwierzęce oraz — czego nie ma u Obrzuda — postacie

ludzkie. Większość drabinek węgierskich ozdobiona
jest nieznanymi Obrzudowi dzwonęczkowatymi w i siorkami.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9985" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9963">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/5e639f9e23ee52c6041235a53c4ac495.pdf</src>
        <authentication>1d7aaab5d577ec346306b06973ff6381</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118799">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4746</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118800">
                <text>1970</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118801">
                <text>budownictwo ludowe</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118802">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4404</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118803">
                <text>Budownictwo wsi Kołomia (pow.Włoclawek) w 1787 r. / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1970 t.24 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118804">
                <text>Polska Sztuka Ludowa 1970 t.24 z.2; s.109-119</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118805">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118806">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118807">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118808">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118809">
                <text>/

Z

A R C H I W U M

H I S T O R Y C Z N E G O

II. 1. Prawdopodobny
obraz wsi Kołomii w 1787 r.
Legenda:
figura czarna — dom, fig. pusta — stodoła,
fig. z krzyżem
prostym
— szopa, z krzyżem
chlew, z przekątną
— obora, z kreskami skośnymi
— wozownia, kółko czarne — studnia, kreski przeryw.

BUDOWNICTWO

WSI

KOŁOMIA

Zabudowania chłopskie liczące sobie około sto lat
u w a ż a m y zwykle za bardzo stare. B u d y n k ó w takich nie
ma już zbyt w i e l u w Polsce, a szczególnie w jej zachod­
niej części. Badaczom architektury ludowej nie zawsze
jednak okazy stuletnie w y s t a r c z a j ą do w ł a ś c i w e g o for­
m u ł o w a n i a w n i o s k ó w . Nie m a j ą c zaś oryginalnego star­
szego m a t e r i a ł u dowodowego zmuszeni są
ograniczać
swe wypowiedzi.
J e d n ą z dróg p o g ł ę b i a n i a naszej wiedzy w t y m za­
kresie są badania archiwalne. Jak w i d a ć na p r z y k ł a d a c h
prac n i e k t ó r y c h e t n o g r a f ó w ,
przynoszą
one
znaczne
efekty .
Poszukując w Archiwum
P a ń s t w o w y m na Wawelu
m a t e r i a ł ó w ź r ó d ł o w y c h do budownictwa ludowego na­
t k n ą ł e m się na inwentarz kujawskiej wsi K o ł o m i i le­
żącej na p o ł u d n i o w y c h k r a ń c a c h powiatu w ł o c ł a w s k i e g o .
Dokument ten został sporządzony w k o ń c u 1787 r. Jego
w a r t o ś ć n a u k o w ą podnosi fakt, iż zawiera on nie tylko
opisy z a b u d o w a ń dworskich, folwarcznych, ale r ó w n i e ż
bardzo d o k ł a d n i e omawia stan budownictwa c h ł o p s k i e ­
go. Gdyby inwentarz ten był znany M a r i i Fryczowej,
zapewne n i e k t ó r e w y s u n i ę t e przez n i ą w n i o s k i , doty­
czące dawnego budownictwa wiejskiego na Kujawach,
mogłyby ulec korektom, a m o ż e nawet zmianom.
1

2

3

Omawiany inwentarz s k ł a d a
się z trzech
części.
Pierwsza i trzecia p o ś w i ę c o n a jest opisowi dworu, g r u n ­
t ó w i o b i e k t ó w gospodarczych do niego n a l e ż ą c y c h (la­
mus, studnia, stajnie, wozownia, browar, ozd czyli su­
szarnia, stodoły, spichlerze, chlewy, obora, owczarnia,
k u r n i k i ) . W drugiej zaś — najobszerniejszej — w y m i e ­
niono wszystkie b u d y n k i chłopskie w kolejności ich usy­
tuowania, od p o c z ą t k u do k o ń c a wsi. Podane tam liczne
szczegóły, np. rozplanowanie c h a ł u p , sytuacja w stosun­
ku do drogi lub b u d y n k ó w
sąsiednich,
m a t e r i a ł itp.
pozwalają na przeprowadzenie p r ó b y odtworzenia p e ł ­
nego obrazu zabudowy wsi w k o ń c u X V I I I w i e k u .
W t y m czasie w i e ś z a m i e s z k i w a ł o 30 rodzin s k ł a d a ­
jących się z 1 do 10 osób. Ł ą c z n i e było 114 m i e s z k a ń ­
ców, wliczając w to r ó w n i e ż służbę w liczbie 15 osób
zatrudnionych u bogatszych gospodarzy.
U s c h y ł k u okresu feudalnego Kołomia b y ł a wsią bar­
dzo mocno z r ó ż n i c o w a n ą pod w z g l ę d e m socjalnym. Pod­
s t a w o w ą j e d n o s t k ą były gospodarstwa półrolnicze, k t ó ­
re w inwentarzu są wymienione 13 razy. Z tych obo­
w i ą z y w a ł a p a ń s z c z y z n a w formie 7 dni pracy r ę c z n e j
w k a ż d y m tygodniu lub trzy dni pracy b y d ł e m . Gospo­
darstw zagrodniczych było trzy. Odrabiano z nich p a ń ­
szczyznę w postaci r ę c z n e j przez trzy do czterech dni
w tygodniu. J a k ą ilość pracy w i n n i b y l i dworowi ko­
mornicy, k t ó r y c h było sześciu, tego inwentarz nie p r e ­
cyzuje.

(PO W.

WŁOCŁAWEK)

W

1787

skośnym
— ogród.

ROKU

Oprócz
wyżej
wymienionych był we w s i kowal,
szewc, karczmarz, w ł o d a r z i ekonom. Wszyscy oni ze
w z g l ę d u na 'swe funkcje (ekonom, włodarz) lub rze­
mieślnicze zawody (kowal, szewc, do pewnego stopnia
karczmarz) nie odrabiali z w y k ł e j pańszczyzny.
Jak w y n i k a z opisów w inwentarzu, w i e ś m i a ł a u k ł a d
n i w o w y regularny. Chłopi posiadali swe role w „ t r z e c h
polach" czyli niwach, a ponadto do k a ż d e g o domu na­
leżał ogród. Jak wielka była powierzchnia c h ł o p s k i c h
pól i ogrodów, tego inwentaryzatorzy nie podali. Ogrody
były zwykle z tyłu b u d y n k u mieszkalnego, chociaż w y ­
korzystywano w t y m celu r ó w n i e ż niewielkie przestrze­
nie p o m i ę d z y r ó ż n y m i obiektami, a t a k ż e przy drodze.
Wydaje się, że w ogólności ogrody w c h o d z i ł y w skład
dodatkowej n i w y domowej ciągnącej się po obu stronach
drogi.
Z a r ó w n o to ostatnie, j a k i podana w inwentarzu l o ­
kalizacja wszystkich b u d y n k ó w , pozwala na stwierdze­
nie ulicowego k s z t a ł t u wsi o o g ó l n y m k i e r u n k u p o ł u d ­
nie — północ (ił. 1). P o r ó w n u j ą c opis w s i i okolicy
ze zdjęciem topograficznym z 1930 r. w i d a ć , że w m i ę ­
dzyczasie uległy zmianom drogi; tam, gdzie były daw­
niej ł ą k i i błonia p o z a k ł a d a n o osady (Błonie, Narty);
p e w n y m korektom uległy
lokalizacje w s i , zapewne w
w y n i k u p r o c e s ó w regulacyjnych.
Stąd
w ł a ś n i e obraz
K o ł o m i i i okolicy, j a k i uzyskujemy w czasie studiowa­
nia inwentarza, p o k r y w a się t y l k o częściowo ze stanem
w s p ó ł c z e s n y m ( i l . 2).
W X V I I I w i e k u poszczególne zagrody
następowały
jedna po drugiej, przy czym wszystkie obiekty mieszkal­
ne stały po lewej stronie drogi. Jedynie na samym po­
czątku wsi (idąc od dworu) były po prawej stronie ulicy
dwa budynki mieszkalne i karczma. M o ż n a przypusz­
czać, że stały one jeszcze na gruncie dworskim, gdyż
b y ł a to c h a ł u p a kowalska, n a s t ę p n i e komornicza, m a j ą c a
charakter czworaka oraz trzecia w kolejności karczma
z w j a z d o w ą sienią. Za w y r a ż o n y m przypuszczeniem zdaje
się p r z e m a w i a ć r ó w n i e ż kolejna numeracja w inwenta­
rzu wszystkich c h a ł u p chłopskich, oprócz trzech wspom­
nianych b u d y n k ó w .
W k o ń c u X V I I I w., a zapewne też i w c z e ś n i e j , zagro­
dy w K o ł o m i i były t y p u wielobudynkowego (ryc. 3).
Miały one jednak dwojaki charakter. W j e d n y m w y p a d ­
k u całość zagrody była po jednej (lewej) stronie drogi
(takich zagród było B), a w ó w c z a s dom stał w głębi
p o d w ó r z a , zaś stodoła przy drodze. W d r u g i m w y p a d k u
dom był sytuowany po lewej stronie drogi, prawdopo­
dobnie blisko niej, natomiast zabudowania gospodarcze
naprzeciwko, za drogą. Takich zagród było we wsi 7.
Gospodarstwa wielobudynkowe były

półrolnicze,

na-

109

�I/MIELNO

II. 2. Szkic sytuacyjny
okolicy wsi Kołomii
w 1930 r.
II. 3. Przykłady
zagród w Kołomii w 1787 r. II. 4. Plany
budynków
mieszkalnych
w Kołomii w 1787 r.

tomiast zagrodnicy m i e l i tylko c h a ł u p ę i przystawiony
do niej chlewik. Do tego zagadnienia w r ó c ę jeszcze niżej.
W skład zagrody wielobudynkowej wchodziła cha­
łupa, stodoła, chlewy, obora, czasem szopa, a w dwu
wypadkach studnia z ż u r a w i e m (w gospodarstwach po­
łożonych p o ś r o d k u wsi). Można się domyślać, że wszyscy
m i e s z k a ń c y czerpali s t ą d w o d ę .
Jak m o ż n a sądzić z opisów, ustawienie c h a ł u p y i sto­
doły w y z n a c z a ł o obszar p o d w ó r z a , na k t ó r y m stały inne

110

obiekty gospodarcze. Ilość tych ostatnich .w poszczegól­
nych zagrodach nie była jednakowa. N i e k t ó r y m wystar­
czała jedna obora i chlewik na pomieszczenie zwierząt,
i n n i m i e w a l i po dwie obory. W y t ł u m a c z e n i a tego faktu
w inwentarzu nie znajdujemy. M o ż n a się jednak d o m y ś ­
lać, że w y n i k a ł o to zapewne z różnic w ilości hodo­
wanych zwierząt.
Każdy rolnik rozporządzał dworską
„załogą" złożoną z d w ó c h l u b czterech w o ł ó w i krowy,
niekiedy też świni. Dla nich więc m u s i a ł mieć p r z y n a j ­
mniej j e d n ą oborę i chlewik. Jeśli zaś hodowano jeszcze
w ł a s n e bydło i nierogaciznę, wtedy z konieczności z w i ę k ­
szano ilość b u d y n k ó w gospodarczych.
Jak p o w i e d z i a ł e m w y ż e j , b u d y n k i mieszkalne l o k a l i ­
zowano zawsze r ó w n o l e g l e do drogi. Rozplanowanie ich
było w większości jednolite. Na łączną s u m ę d z i e w i ę t ­
nastu d o m ó w , w dwunastu b y ł a t y l k o jedna, centralnie
usytuowana izba, m a j ą c a po bokach sień i k o m o r ę
(ryc. 4/3—5). Wejście do sieni było prawdopodobnie w
dłuższej ścianie budynku. P o m i ę d z y izbą i k o m o r ą było
przejście w e w n ę t r z n e , a ponadto komora m i a ł a d r z w i na
ogród, w sporadycznych zaś wypadkach na p o d w ó r z e ,
ewentualnie na ogród i p o d w ó r z e . Dość często do jed­
nego z węższych b o k ó w c h a ł u p y był przystawiony chle­
w i k . P o w y ż s z e c h a ł u p y n a l e ż a ł y do p ó ł r o l n i k ó w . W ta­
kiej mieszkał r ó w n i e ż d w o r s k i ekonom i niejaki „ p a n "
Kotliński, k t ó r y nie o d r a b i a ł pańszczyzny. Z pięciu po­
zostałych d o m ó w jeden był t a k i sam j a k opisano, z t y m
że po przeciwnej stronie sieni z n a j d o w a ł a się druga
izba; w t y m domu z a m i e s z k i w a ł y dwie rodziny zagrodnicze. Natomiast cztery inne b u n d y k i mieszkalne b y ł y
„ p o d w ó j n e " , czyli z a w i e r a ł y
po
dwie sienie, komory
i izby. W j e d n y m z nich była tylko jedna sień ( i l . 4—6,
7). M i m o iż w inwentarzu nie jest powiedziane, jaka
jest kolejność pomieszczeń, jednak analiza u k ł a d u w e j ś ć
pozwala na stwierdzenie, że domy p o d w ó j n e posiadały
sienie w ś r o d k o w e j części budynku. To zaś z kolei po­
zwala w n i o s k o w a ć , że domy pojedyncze złożone z izby,
komory i sieni p o s i a d a ł y wejście do sieni od strony
w z d ł u ż n e j , a nie od szczytu.

�We wszystkich domach p o d w ó j n y c h w jednej polo­
wie z a m i e s z k i w a ł p ó ł r o l m k , do k t ó r e g o należały pozo­
stałe w zagrodzie b u d y n k i gospodarcze, w drugiej zaś
połowie zagrodnik, komornicy, szewc lub w ł o d a r z . I n ­
wentarz nie podaje niestety przyczyn budowy d o m ó w
p o d w ó j n y c h . Być może, iż właścicielowi wsi, k t ó r y sta­
wiał chłopom domy, chodziło o p e w n ą oszczędność drew­
na z u ż y w a n e g o na b u d o w ę . B r a k nazwisk m i e s z k a ń c ó w
nie pozwala też na stwierdzenie, czy przypadkiem w do­
mach tych nie z a m i e s z k i w a ł y rodziny
spokrewnione.
Wprawdzie w trzeciej części inwentarza, przy okazji
opisu dworskich pól, znajdujemy k i l k a nazwisk c h ł o p ­
skich, ale we wszystkich wypadkach dotyczą one tylko
gospodarzy zagród półrolniczych.
Odmiennie od opisanych w y g l ą d a ł a stojąca na brzegu
wsi c h a ł u p a komornicza na cztery rodziny, z k t ó r y c h
k a ż d a z a j m o w a ł a j e d n ą izbę. Cała c h a ł u p a m i a ł a plan
d w u t r a k t o w y z sienią w ś r o d k u ( i l . 4—1). Przed frontem
budynku było podcienie zwane „ w y s t a w ą " , którego nie
znajdujemy w ż a d n e j innej chałupie. W jednym miejscu
pod podcieniem był przystawiony m a ł y chlewik.
Dokonana p o w y ż e j analiza prowadzi do w n i o s k u , że
w k o ń c u X V I I I w. w Kołomii zasadniczy program poje­
dynczej c h a ł u p y był taki, j a k i posiadali półrolnicy, tzn.
izba p o m i ę d z y sienią i k o m o r ą . Analogiczny plan — jako
powszechny na Kujawach — r e j e s t r o w a ł Oskar K o l ­
berg , z t y m że podawane przez niego p r z y k ł a d y są
w ą s k o f r o n t o w e i nie m a j ą wyjścia z komory na ze­
w n ą t r z . Rozbieżności te w y n i k a j ą zapewne stąd, iż ma­
teriał, na k t ó r y m oparł się Oskar Kolberg, pochodzi
z innego obszaru Kujaw.
Natomiast Maria Fryczowa,
autorka pracy o budownictwie l u d o w y m K u j a w , nie
podaje nawet, czy w badaniach swoich nad t y m zagad­
nieniem n a t k n ę ł a się na t r a d y c j ę c h a ł u p z centralnie
u s y t u o w a n ą izbą. Jest w ą t p l i w e , by zaginęła ona c a ł k o ­
wicie, skoro zaledwie sto lat dzieli nas od czasu, gdy
Oskar Kolberg p r o w a d z i ł tam swe badania.
O ile plany c h a ł u p
zostały w inwentarzu podane
jasno, o tyle opisy dotyczące konstrukcji ścian budyn­
4

5

1

_.

\
r

w

7

/

S n
J

^

K \

6

/

WYSTAWA

/

k ó w mieszkalnych są dość trudne do zrozumienia. Pew­
ne jest, że wszystkie domy stały na przyciesiach. K i l k a
z wymienionych w inwentarzu c h a ł u p m i a ł o zapewne
k o n s t r u k c j ę s u m i k o w o - ł ą t k o w ą , na co zdaje się wskazy­
w a ć zwrot „ c h a ł u p a w dyle i słupy na przyciesiach",
przy czym pod s ł o w e m „ d y l e " należy r o z u m i e ć , iż ma­
teriał użyty do budowy nie podlegał o b r ó b c e ciesielskiej.
P r z e w a ż a j ą c a większość
b u d y n k ó w , szczególnie gospo­
darczych, była stawiana w ł a ś n i e z dyli. Jedna z c h a ł u p ,
określona jako stara, m i a ł a k o n s t r u k c j ę z r ę b o w o - w ę g ł o w ą ; informuje o t y m jej opis, m ó w i ą c y , iż jest ona
„z drzewa rzniętego po jednej stronie, po drugiej stronie
z drzewa ł u p a n e g o w zamek stawiana, przyciesi innych
potrzebuje".
Natomiast zdecydowana większość została
w inwentarzu opisana jako c h a ł u p a „na szachulec w za­
mek", lub „z szachulcu w zamek" stawiana. A n a l i z u j ą c
wszystkie tego rodzaju opisy, k t ó r e w c a ł y m inwentarzu
w y s t ę p u j ą r ó w n i e ż często w gospodarczych
budynkach
dworskich, m o ż n a w y w n i o s k o w a ć , że chodzi t u o kon­
s t r u k c j ę szkieletową, przy czym pod s ł o w e m „ z a m e k "
należałoby rozumieć sposób w i ą z a n i a ze sobą d w u prze­
ciwstawnie b i e g n ą c y c h beleczek na zasadzie zacinania,
a nie wpuszczania na czop. Puste płaszczyzny szkieletu
były zapewne w y p e ł n i a n e gliną m i e s z a n ą ze słomą, lub
d r ą ż k a m i oplecionymi słomą i obrzuconymi g l i n ą ; tech­
n i k i te do dziś w y s t ę p u j ą na K u j a w a c h . Ten rodzaj
budowy ścian p r a k t y k o w a n y był w X V I I I . dość czę­
sto na terenie Polski zachodniej. W r ó ż n y c h regionach
bywały, podobnie
jak w Kołomii, wsie, w k t ó r y c h
wszystkie b u d y n k i mieszkalne stawiano „w szachulec".
Wspomniane w y ż e j „ d y l e " były u ż y w a n e powszechnie
r ó w n i e ż do konstrukcji p o w a ł y („posowy") nad izbą i ko­
m o r ą . P r z e w a ż n i e stosowano dyle „ d a r t e " lub „ ł u p a n e " ,
a zatem półbale. W jednym tylko w y p a d k u zostało w
inwentarzu
powiedziane,
że p o w a ł a jest z „blochów
rzniętych".
Dotyczy to tej samej c h a ł u p y , w k t ó r e j
ściany m i a ł y k o n s t r u k c j ę z r ę b o w o - w ę g ł o w ą . P o w a ł ę nad
sienią wykonywano z r e g u ł y byle jak; b ą d ź to z rzad­
ko kładzonych dyli, bądź też z żerdzi lub p a t y k ó w .

T

st

Sz

|

s

K

- J

1

/ K

L

1

/K

S)

K

u

_
m

�Niekiedy tylko część sieni — tak jak to b y w a i dzisiaj
w starych domach — m i e w a ł a p o w a ł ę .
W z w i ą z k u z t y m , że w inwentarzu ani razu nie jest
wymieniona podłoga z desek w budynkach chłopskich,
m o ż e m y p r z y p u s z c z a ć , iż w owym czasie jeszcze jej nie
stosowano.
Omawiany Inwentarz dostarcza nam dalszych szcze­
gółów dotyczących w y g l ą d u c h a ł u p wiejskich. Podobnie
j a k nie było w nich drewnianej podłogi, tak samo nie
u ż y w a n o w ogóle z a w i a s ó w żelaznych. Wszystkie drzwi,
z a r ó w n o w o b r ę b i e domu, jak i o b i e k t ó w gospodarczych,
o b r a c a ł y się na biegunach. M a t e r i a ł e m , z k t ó r e g o w y ­
konywano drzwi, były p r z e w a ż n i e tarcice, deski ł u p a ­
ne l u b ciosane, a niekiedy r ó w n i e ż dyle. Te
ostatnie
z d a r z a ł y się z a r ó w n o przy wejściu' do izby, j a k i do
obory.
W celu z a m k n i ę c i a drzwi zaopatrywano je w skob­
le, w r z e c i ą d z e i haczyki (te ostatnie rzadko), zaś przy
drzwiach sieni (czasem też izb, k o m ó r i obór) zamiast
nich stosowano k l a m k i drewniane i zapory.
Izby b y ł y opatrywane j e d n y m l u b dwoma oknami,
przy czym szyby oprawiano tylko w drewno, co r ó w ­
nież m i a ł o miejsce w b u d y n k u dworskim.
Inwentarz dostarcza nam r ó w n i e ż k i l k u szczegółów
dotyczących u r z ą d z e ń ogniowych. S k ł a d a ł y się na nie;
k o m i n w i e l k i , kominek l u b k o m i n m a ł y oraz piec. O p i ­
sy tych e l e m e n t ó w są niezwykle lakoniczne. Np. co się
tyczy k o m i n a wielkiego, k t ó r y w inwentarzu został za­
notowany w pięciu c h a ł u p a c h i karczmie, m o ż e m y do­
m y ś l a ć się, że chodzi t u o k o m i n tzw. sztagowy do od­
prowadzania dymu ponad dach c h a ł u p y . Należałoby tak
sądzić na podstawie opisu dworskiego browaru, gdzie
iw sieni stał „komin w i e l k i na słupach". W p o z o s t a ł y c h
c h a ł u p a c h wiejskich brak było tego komina, co s k ł a n i a
do p r z y p u s z c z e ń ,
że były one co najmniej p ó ł d y m n e .
Natomiast w k a ż d e j izbie stał duży
piec
piekarski
(wprawdzie nie ma takiego
o k r e ś l e n i a w inwentarzu)
z trzonem do gotowania zwanym „ k o m i n k i e m " przed
czeluściami pieca. Budowano je p r z e w a ż n i e z gliny, cza­
sem z gliny i kamienia, a sporadycznie z cegły. W k a r ­
czmie oraz c h a ł u p i e kowalskiej stały piece kaflowe, k t ó ­
re ponadto różniły się od innych t y m , że były o „ d w ó c h
skrzyniach". Najpewniej były to dwa p r o s t o k ą t n e blo­
k i , jeden w i ę k s z y (dolny), drugi mniejszy (górny), na­
łożone na siebie. W j e d n y m z pokoi dworskich piec
m i a ł nawet trzy „ s k r z y n i e " z kafli białych malowanych
iw niebieskie k w i a t k i .
8

Elementem, na k t ó r y inwentaryzatorzy prawie
nie
zwracali uwagi był dach; brak jest jakichkolwiek da­
nych o jego k o n s t r u k c j i i kształcie, a o pokryciu jest
mowa tylko k i l k a razy. K u ź n i a oraz czworak zamiesz­
kały przez k o m o r n i k ó w były pokryte dranicami, k t ó r y c h
w obrębie f o l w a r k u użyto na dachu w o ł o w n i i gorzelni.
Sam dwór był pobity gontami, zaś inne b u d y n k i dwor­
skie, a najprawdopodobniej i wszystkie chłopskie, po­
szywano słomą.
Jeśli idzie o b u d y n k i gospodarcze, inwentarz zawiera
p a w n ą ilość danych o stodołach, oborach, chlewikach
czy szopach, co pozwala na ogólne zorientowanie
się
w sposobie ich budowy.
Stodoły m i e l i wyłącznie p ó ł r o l n i c y ; w y n i k a ł o to za­
pewne z faktu, iż t y l k o oni posiadali d o s t a t e c z n ą ilość
ziemi, dającą w i ę k s z e zbiory zbóż.
Wszystkie stodoły były stawiane na planie prosto­
k ą t a i — jak w y n i k a p o ś r e d n i o z opisów — p o s i a d a ł y
one jedno klepisko z dwoma s ą s i e k a m i po bokach. N a ­
tomiast z czterech dworskich stodół dwie m i a ł y po trzy
sąsieki i ' dwa klepiska. Z a r ó w n o dworskie, jak i c h ł o p ­
skie, m i a ł y j e d n o l i t ą b u d o w ę ścian „z d y l i ,w słupy w

112

ziemię wkopywane", bez przyciesi. Podobnie konstruo­
wano też chlewiki, obory i szopy, ale często z drewna
w gorszym gatunku. W sporadycznych wypadkach chle­
w i k i czy obory m i a ł y ściany wyplatane z chrustu; n i g ­
dy jednak nie zdarzało się to w gospodarstwach półrolniczych.
* W sprawie k s z t a ł t u d a c h ó w na budynkach gospodar ,
czych k r y t y c h z r e g u ł y słomą nie mamy ż a d n y c h da­
nych. W n i e k t ó r y c h jednak wypadkach m o ż n a się do-,
m y ś l a ć na podstawie pewnych e l e m e n t ó w k o n s t r u k c y j ­
nych, że były one dwuspadowe.
T y m i elementami są
często wymienione w inwentarzu liczby soch w stodo­
ł a c h i oborach, a w y j ą t k o w o r ó w n i e ż w szopach. Oka­
zuje się, że w Kołomii w k o ń c u X V I I I w . stodoły b u ­
dowano z r e g u ł y z sochami. Z m a t e r i a ł ó w w y n i k a ,
że
chłopskie b u d y n k i tego rodzaju p o s i a d a ł y dwie, trzy,
cztery, a niekiedy sześć soch. W stodołach dworskich
praktykowano ustawianie czterech,
ośmiu,
a
nawet
dziewięciu soch. Jest pewne, że w d w u ostatnich w y p a i k a c h m u s i a ł y być dachy dwuspadowe. To samo od­
nosi się do c h ł o p s k e j stodoły z sześcioma sochami.
Niezbyt z r o z u m i a ł e są opisy stodół, w k t ó r y c h w y ­
mieniono t y l k o trzy sochy. N i e p a r z y s t o ś ć w s k a z y w a ł a b y
może na to, iż jeden z sąsieków b y ł dłuższy i w n i m
stały dwie sochy, podczas gdy po przeciwnej
stronie,
zapewne mniejszej, b y ł a tylko jedna socha.
-iegułą było r ó w n i e ż stosowanie konstrukcji socłjowej przy budowaniu obór. Dworska obora
posiadała
pięć soch, natomiast chłopskie od d w u do czterech.
Dokonana analiza tekstu inwentarza
pozwala
na
stwierdzenie, że budownictwo wiejskie w
Kołomii
w końcu X V I I I w. nosiło wszelkie cechy architektury
tradycyjnej, w k t ó r e j konstrukcja b y ł a oparta w y ł ą c z ­
nie na materiale drewnianym.
M i m o iż dokument ten nie we wszystkich szczegó­
ł a c h jest całkowicie jasny, że w opisach są — w na­
szym obecnym pojmowaniu — spore l u k i , to jednak ze
w z g l ę d u na s w ą n a u k o w ą w a r t o ś ć wymaga opublikowa­
nia go w całości. Konieczność łatwiejszego i szybszego
zrozumienia tekstu s p o w o d o w a ł a
zastosowanie w s p ó ł ­
czesnej pisowni,
zgodnie zresztą z o g ó l n y m i zasadami
instrukcji wydawniczej .
Załączone do tekstu komentarza szkice s t a n o w i ą r y ­
s u n k o w ą p r ó b ę zrekonstruowania
osiemnastowiecznego
w y g l ą d u wsi, zagród i rozplanowania poszczególnych bu­
d y n k ó w . I n n y c h p r ó b rekonstrukcji pewnych szczegółów
nie p r z e p r o w a d z a ł e m , gdyż p r z e k r a c z a ł o b y to możliwości
w y n i k a j ą c e z tekstu inwentarza.
7

9

Stan dóbr wsi K o ł o m i a
zwanej
w
województwie
Brzeskim K u j a w s k i m a powiecie
K o w a l s k i m leżącej,
w ciągu kondescensyi na gruncie rzeczonych dóbr dnia
24-go miesiąca stycznia, Roku P a ń s k i e g o
1788-go
na
twierdzy w y r o k u Najjaśniejszego T r y b u n a ł u Koronnego
Piotrkowskiego, w p o n i e d z i a ł e k po święcie Narodzenia
N a j ś w i ę t s z e j M a r i i Panny najbliższy, czyli dnia 10-go,
m i e s i ą c a września, r o k u dopiero zeszłego 1787-go zapad­
łego rozpoczęwszy przez s ą d pisarstwa ziemskiego gnieź­
nieńskiego k u ustanowieniu szacunku tychże dóbr spi­
sany i r ę k ą tegoż s ą d u podpisany.
[Zabudowania dworskie]
N a j p r z ó d idąc do d w o r u jest p o d w ó r z e częścią p ł o ­
tem, częścią ż e r d z i a m i grodzone, na k t ó r e wchodząc są
w r o t a dobre z ł a t ó w r z n i ę t y c h wyrabiane, przy k t ó r y c h
wrotach słupy cztery stoją; p r z y c h o d z ą c zaś do dworu,
wedle k t ó r e g o bindarz w słupy w ziemię wkopywane
p r ę t a m i wprost stojącemi w w i e l u miejscach w y j ę t e m i
przeplatany znajduje się; w c h o d z ą c do sieni są
drzwi,

�jest zamek francuski stary bez antaby, w sieni podłoga'
i posowa z tarcic starych. Z tej sieni w c h o d z ą c do po­
k o j u po prawej stronie d r z w i s t o l a r s k ą r o b o t ą na za­
wiasach z haczykiem i skublem żelaznem, t a k ż e z g a ł k ą
żelazną m o s i ą d z e m o b w i e d z i o n ą , w k t ó r y m pokoju jest
okien 2 w drzewo oprawnych i szkło okienne z tarcic
z szrubami ż e l a z n e m i i zawiasami. Z tego pokoju p i e r w ­
szego do drugiego idąc, drzwi na zawiasach i skoblem
i w r z e c i ą d z e m ż e l a z n e m t a k ż e s t o l a r s k ą r o b o t ą ; w tych
d w ó c h pokojach osobne są k o m i n k i . Piec zaś jeden w
kafle białe o 3-ech skrzyniach w niebieskie k w i a t k i już
mocno nadrujnowany, podłogi i posowy z tarcic z belka­
m i trzema; z tego więc pokoju idąc na l e w ą r ę k ę , gdzie
przed t y m była sionka jest pokoik ciemny, do k t ó r e g o
drzwi na zawiasach [ze] skoblem i w r z e c i ą d z e m żelaz­
nemi. Z tego znowu pokoiku ciemnego są d r z w i do ko­
mory, w tyle tego d w o r k u w słupy i dyle ł u p a n e na
przyciesiach przystawionej. W tej
więc komorze tak
podłoga jako i posowa r ó w n i e ż z d y l ó w ł u p a n y c h , d r z w i
dwoje, jedne stare p o d w ó j n e z zawiasami
żelaznemi,
przy k t ó r y c h lubo jest zamek, ale zły i te drzwi na ten
to zamek nie z a m y k a j ą się t y l k o na zaporę d r e w n i a n ą .
Drugie także stare na zawiasach żelaznych, u k t ó r y c h
w r z e c i ą d z z dwiema skublami. W r a c a j ą c się przez po­
koje i sień, po prawej stronie jest kuchnia, do k t ó r e j
drzwi złe na zawiasach z skoblem i w r z e c i ą d z e m żelaz­
nemi. W kuchni jest k o m i n w i e l k i z pruska stawiany,
wierzchem
nadmurowany,
dobry.
Wychodząc
zaś
z kuchni, na p r a w ą r ę k ę izba czeladna, do k t ó r e j drzwi
na zawiasach z skoblem i w r z e c i ą d z e m żelaznemi, okna'
dwa proste, w k t ó r y c h siedm szyb złych. W tej izbie
podłoga zła, posowa z tarcic, piec z cegły, kominek z
gliny 1 kamieni p r o s t ą r o b o t ą stawiany, z k t ó r e j iz­
by komora, d r z w i do niej na
zawiasach z skoblem
i w r z e c i ą d z e m ż e l a z n e m i . W tej komorze nie masz pod­
łogi i okna tylko posowa z tarcic. Ten cały dworek po­
bity guntami mocno nadrujnowany, g d y ż pod n i m dla
starości przyciesi pognieły, a słupy w n i e k t ó r y c h m i e j ­
scach osobliwie przy drzwiach pokojowych p o w y p r z a ł y
się. Pod t y m dworem jest sklep murowany i w dwóch
przedziałach cegłą r ó w n i e ż sklepiony, w k t ó r y m powia­
dają, że bywa woda. Naprzeciw dworku tegoż jest lamus
na przyciesiach w blochy r z n i ę t e na szachulec stawia­
ny z dwiema schowaniami, drzwi do niego dwoje
na
zawiasach z w r z e c i ą d z a m i i skoblami żelaznemi. U jed­
nych drzwi zamek z kluczem. Posowa w tych schowaniąch z tarcic. Podłogi z d y l i . Lamus ten dawniej gon­
tami pobity, a teraz na tych gontach snopkami poszy­
ty. Blisko tego lamusu jest studnia cembrowana, nad
którą daszek zupełnie zrujnowany. W t y m ż e p o d w ó r z u
po lewej stronie o b r a c a j ą c się jest stajnia pojedyncza
z wozownią, już nadrujnowana, w przyciesiach i blochach reparacyi mocnej p o t r z e b u j ą c a . U drzwi m n i e j ­
szych do stajni jest skobel z w r z e c i ą d z e m na biegunach.
Do wozowni
drzwi
popsute
także
na
biegunach.
Dach snopkami poszyty, ale i ten zły, jeden sczyt t a r ­
cicami zabity, lecz w n i m k i l k u tarcic brakuje, a drugr
snopkami zaszyty. Ta cała stajnia z w o z o w n i ą stawiana
w blochy na szachulec. Dalej idąc jest browar, do k t ó r e ­
go wchodząc są drzwi na biegunie, w k t ó r y c h w r z e c i ą dzy [i] skobel są, t a k ż e drugie d r z w i na tył na biegunie
bez skubła i w r z e c i ą d z a , tylko na zaporę d r e w n i a n ą za­
mykają się. Z sieni do izby w c h o d z ą c d r z w i na zawia­
sach z skoblem i w r z e c i ą d z e m , k l a m k ą i haczykiem że­
laznem^ w k t ó r e j izbie piec w zielone kafle o dwóch
skrzyniach, zły, kominek prosty z gliny lepiony, okien
3 w drzewo oprawne, złe, w k t ó r y c h szyb w i e l u b r a k u ­
je. W tej izbie, sieni i komorze jest posowa z tarcic, sta­
ra. D r z w i do komory na zawiasach z skoblem i wrze-,

ciądzem żelaznemi, drugie d r z w i z komory na p o d w ó r z e
na biegunach [z] z a p o r ą d r e w n i a n ą . W izbie pod belka­
m i pięciu jest p o d c i ą g , w sieni zaś k o m i n w i e l k i na słu­
pach stojący. Ten cały budynek, na k t ó r y m dach s ł o ­
miany, lubo w blochy na szachulec stawiany, z g r u n t u
zły i koniecznie nowego (ponieważ przyciesi z s ł u p a m i
w ziemię wklęsły) potrzeba, w k t ó r y m browarze takowe
znajdują się statki: kocieł p ó ł t o r y beczki w sobie t r z y ­
mający znacznie ł a t a n y , k a d ź jedna z g r u n t u zła, pół-,
kadek jeden t a k ż e zły, drybasy dwa dobre, m i a r k a do
mierzenie piwa, beczek p i w n y c h d w a n a ś c i e i sadek je­
den.
Blisko tego browaru jest sadzawka, a dalej idąc za
wspomniany browar jest ozd w zamek ze starego drze­
wa stawiany, dach na n i m dobry, z tarcic.
Drzwi
u tego ozdu na biegunach {z] skoblem i w r z e c i ą d z e m
żelaznym. Piec suszarni z cegły stawiany dobry.
Od tego ozdu idąc w p r a w ą
r ę k ę jest budynek
z szachulca w zamek na gorzelnię stawiany, dranicami
pobity, o d w ó c h izbach i o d w ó c h komorach z sienią,
bez komina, bez pieców i k o m i n k ó w , okien, podłóg i po­
sowy, wcale nie zamieszkalny, do k t ó r e g o wejścia sześ­
cioro r a c h u j ą c i w e w n ą t r z . Ten budynek lubo przez ś w i ę ­
tej p a m i ę c i Imei pana Franciszka Głębockiego j a k I m ć
pan Chorąży Rudnicki
przytomny p o w i a d a ł stawiany
i jednak dobry, drzewo zdrowe i wcale ozdobny, u k t ó ­
rego budynku obydwa sczyty tarcicami zabite. Za t y m
także budynkiem jest sadzawka, a dalej znowu i d ą c jest
inny budynek z dwoma przegrodami w blochy r ó w n i e ż
rznięte, w szachulec, na w o ł o w n i ę stawiany, dranicami
pobity. Ten budynek r ó w n i e ż jak powyższy bez p o d ł o ­
gi, posowy, p r ó ż n o stoi i lubo tak
doskonale jako
i pierwszy postawiony, j e d n a k o w o ż już w j e d n y m k o ń ­
cu poprzycznia p r z y c i e ś zgniła.
Blisko tych b u d y n k ó w jest ogród w a r z y w n y i
od
chmiel [s] n i e w i e l k i , przy k t ó r y m ogrodzie jest stodoła
o czterech sochach, o jednym klepisku, w słupy w zie­
m i ę wkopywane, w p ł a t y i w dyle stawiana stare; po
prawej ręce tak w s ł u p a c h jako i w poszyciu mocnej
potrzebuje [poprawy]. U w r ó t wchodnich na biegunach
b ę d ą c y c h żelazny w r z e c i ą d z , u wychodnich na
pole
drewniana zapora. Oboje w r o t a z dylów ciesanych tak­
że niedobre. Około tej stodoły jest ogród w i ę k s z y nad
pierwszy, na k t ó r y m znajduje się k i l k a drew ś l i w k o ­
wych. Przy t y m ogrodzie jest spichlirz o 3 sypaniach,
w zamek w szachulec stawiany, lecz bardzo stary i dla­
tego nie tylko mocno pochylony, lecz i w ziemię z przyciesiami w k l ę s ł y . D r z w i do niego dwoje, jedne na dole,
drugie na górze, do k t ó r y c h po schodach złych iść po­
trzeba. Te oboje drzwi są z tarcic na zawiasach, z skob­
lami i w r z e c i ą d z a m i żelaznemi. W t y m spieklerzu [s]
są podłogi i posowy z tarcic, stare, w k t ó r y c h są dziu­
ry, a pod po[d]ciągiem i balkami podpory. Na t y m ca­
ł y m spiechrzu [s] jest dach snopkami poszyty, zaraz zaś
przy ścianie tego spichrza jest przystawiona stajenka
na ośm koni, z dylów ł u p a n y c h w ziemię słupy w k o p y ­
wane. D r z w i do niej z skoblem i w r z e c i ą d z e m , p o d ł o g a
w tej stajence r ó w n i e ż z d y l ó w ł u p a n y c h , posowy w niej
niemasz tylko drągi na balkach położone, snopkami po­
szyta.
Niedaleko tego spichrza starego
jest wybudowany
chlew r ó w n i e ż w dyle ł u p a n e i słupy w ziemię
wko­
pywane, w trzech przegrodach, nie w i e l k i ; w
jednej
przegrodzie świnie, a w drugiej i trzeciej ź r e b c e stawają, u k t ó r e g o drzwi wszystkie na biegunach, u jednych
tylko skubel i w r z e c i ą d z żelazne; w j e d n y m chlewiku
podłoga z dyli położona. Ten zaś cały chlew snopkami
poszyty.

113

�Za temi chlewami jest obora niezła. Słupy w ziemię
wkopywane i w dyle obrabiane, na sochach pięciu po­
stawiona, snopkami poszyta, drzwi jedne na biegunach
z skoblem i w r z e c i ą d z e m żelaznemi.
Za o b o r ą w gumnie jest stodół 3. Wszystkie w słu­
py w ziemię wkopywane i w dyle stawiane,
jedna
o 4-ch sochach o j e d n y m klepisku. Wrót do niej dwoje,
u wchodnich w r ó t skobel z w r z e c i ą d z e m żelaznemi, u
tylnych zaś zapory drewniane. Ta pierwsza stodoła je­
szcze niezła, druga o d w ó c h klepiskach, w k t ó r e j sochów
9. Na tej stodole poszycie dobre i lubo 4-ma b a l k a m i do
sochów w e w n t ą r z z w i ą z a n a , j e d n a k o w o ż słupy mocno
się pochyliły, przeto koniecznej
reparacyi
potrzebuje.
Trzecia r ó w n i e ż o dwóch klepiskach lecz jeszcze dosko­
nalszej aniżeli dopiero wspomniana potrzebuje repara­
cyi, gdyż lubo jest o ś m w niej sochów, te j e d n a k o w o ż
zupełnie p o u g n i e w a ł y i koniecznym upadkiem w w i ę k ­
szej połowie grozi. Przy
tych
stodołach
jest
duży
spichrz nowo w zamek na szachulec z drzewa tartego
o dwóch kondygnacjach wspaniale i gruntownie posta­
wiony, dach snopkami poszyty, dobry, u k t ó r e g o spich­
rza drzwi na zawiasach, skobel, w r z e c i ą d z e
żelazne,
k ł ó d k a do zamykania; podłoga, posowa z tarcic, dobre;
na pierwszej kondygnacyi jest p r z e g r ó d
do
sypania
zboża cztery, na górze schody z tarcic robione, dobre,
na k t ó r e j r ó w n i e ż p r z e g r ó d jest cztery.
Niedaleko tegoż spichrza jest owczarnia dobra
na
przyciesiach w s ł u p y i szachulec stawiana,
długa
na
przęseł sześć, drzwi z tarcic dwoje wielkich, trzecie w
owczarni, komora sypialna dla owczarka", u d r z w i w i e l ­
kich i u jednych m a ł y c h skoble i w r z e c i ą d z e żelazne;
poszycie z s n o p k ó w potrzebuje poprawy.
Te całe gumna
płotkami
ciesanymi wygrodzone,
z k t ó r y c h w y c h o d z ą c między opłotki k u wsi c i ą g n ą c e się
były wrota z p ł a t ó w t a k ż e ciesanych zrobione, lecz te­
raz zagrodzone, za k t ó r y m i idąc drogą na wieś, k t ó r a
idzie od Lubnia, jest ogród dworski za dworem, na k t ó ­
r y m znajduje się kilkadziesiąt drzew, częścią ś l i w k o ­
wych, częścią gruszkowych, częścią j a b ł o n k o w y c h .
Przy t y m ogrodzie niedaleko dworu jest k a r m n i k na
4-ch s ł u p a c h w dyle ł u p a n e stawiane, lecz reparacyi
p o t r z e b u j ą c y , przy k t ó r y m t a k ż e stoją k u r n i k i dla dro­
b i a z g ó w ; w pięciu przegrodach w tych jest d r z w i pięć na
biegunach, u dwojga drzwi są skoble i w r z e c i ą d z e że­
lazne, poszycie [z] s n o p k ó w dobre.
B u d y n k i wiejskie
[1] A n a j p r z ó d
idąc drogą do Lubnia na wieś, po
prawej ręce jest c h a ł u p a w szachulec stawiana niezła,
oprócz przyciesi, k t ó r e już n a d p r ó c h n i a ł e , dach na niej
poprawy w poszyciu potrzebuje, drzwi w tej c h a ł u p i e
czworo, wszystkie z tarcic na biegunach, u trojga są
skoble i w r z e c i ą d z e żelazne. U pierwszych wchodnich
klamka drewniana, kominek prosty z gliny i piec r ó w ­
nież, okien w izbie dwa w drewno oprawne, posowa nad
k o m o r ą i i z b ą z dylów obrabianych, nad sienią także
z d y l i ale niecała. K o m i n w i e l k i dobry, w t y m domu
m i e s z k a j ą A u g u s t y n i Katarzyna m a ł ż o n k o w i e , kowale.
Dzieci m a j ą dwoje: M a g d a l e n ę i M a r i a n n ę ; poddani
kołomyjscy. Do tej c h a ł u p y jest ogród przyzwoity.
[2] Dalej i d ą c na tejże samej ręce jest c h a ł u p a
o czterech izbach z w y s t a w ą , z szachulcu w zamek sta­
wiana. W c h o d z ą c do sieni drzwi pierwsze z desek cie­
sanych na biegunach bez żelastwa, idąc dalej izdebek
cztery, u k t ó r y c h drzwi z tarcic z skoblami i w r z e c i ą dzami. W tych izdebkach k o m i n k ó w 4, pieców 2. K o ­
m i n w i e l k i na g ó r ę wywiedziony, dobry, posowa w s z ę ­

114

dzie z dyli, nad w y s t a w ą zaś niemasz posowy, a w sie­
ni zła posowa. Dach z dranic jeszcze niezły, sczyty s ł o ­
m ą zasfzjywane, poprawy
w poszyciu p o t r z e b u j ą . W
tych izdebkach n a s t ę p u j ą c y ludzie m i e s z k a j ą : w jednej
sworz i m i e n i e m Tomasz, l u ź n y ; w drugiej skotarz Ja­
centy, żona jego Felicianna, m a j ą
dzieci troje: syna
i dwie córki, z k t ó r y c h synowi imię Szymon, a c ó r k o m ,
jednej Zuzanna, a drugiej Józefa, poddani z Kołomii.
W trzeciej izdebce Wojciech bednarz,
żona jego Ewa,
poddani z Kołomii, m a j ą j e d n ą c ó r k ę i m i e n i e m Teresa.
Sama bednarka robi komorne. W czwartej izdebce mie­
szka Marianna Józefowa, poddana, dzieci niema, r o b i k o ­
morne, m ą ż jej na preczce [?] jest. T a k ż e pod
samą
w y s t a w ą chlew dla świni, z bloszków postawiony, lecz
na n i m kozłów niemasz tylko b a r ł o g i e m przykryty.~Przy
t y m budynku jest szopa w słupy i dyle stawiana, dach
ze słomy potrzebuje
poprawy,
drzwi na
biegunach
z ciesanych desek. Ludzie w tej c h a ł u p i e p o c z w ó r n e j
mieszkający m a j ą swoje ogrody.
[3] I d ą c dalej t ą drogą, r ó w n i e ż po prawej r ę c e jest
gościniec z stajnią wjez[d]ną. Wchodząc do sieni drzwi
z tarcic na biegunach, z tej sieni jest kuchnia p ł a t a m i
lecz już niezdrowemi obita, u niej drzwi z tarcic do
izby wielkiej na biegunach
z skoblem,
wrzeciądzem
i haczykiem żelaznemi. Wszedłszy do izby po lewej stro­
nie k o m i n z gliny ulepiony, przy k t ó r y m piec z kafli
prostych o skrzyniach d w ó c h gliną z wierzchu oble­
piony, zły, okien w izbie dwa w drewno oprawne, jedno
0 d w ó c h kwaterach, drugie o jednej, w k t ó r e j szyb bra­
kuje. Posowa zła, stara, z tarcic. Ściana ryszpami u j ę ­
ta. Wspod [s] izby pod belkami podciąg.
Wychodząc
z izby do komory drzwi z tarcic na zawiasach, z komo­
r y zaś inne drzwi na p o d w ó r z e na biegunach z wrze­
ciądzem i skrobiami żelaznymi. Posowa na tej komorze
z dyli ł u p a n y c h , lecz w i e l u dyli brakuje. Jest także w
t y m gościeńcu izdebka, do k t ó r e j d r z w i na biegunach
z skoblami, haczykiem żelaznemi. W tej izdebce piec
1 kominek prosty z gliny, okno jedno m a ł e . Na izdebce
posowa z tarcic. W izbie wielkiej szynkownej siedzi Ż y d
trunek szynkujący, a w izdebce mieszka N o w i c k i k u ­
charz W I m ć Pana Rudnickiego. Ten cały
gościeniec
mieszkalny jest postawiony z rzniętego drzewa w za­
mek na szachulec,
słomą
pokryty,
lecz reparacyi
w przyciesiach potrzebuje. Wychodząc zaś z tej izdebki,
gdzie kucharz N o w i c k i mieszka są d r z w i do stajni
wjez[d]nej m a ł e na biegunach. W tej stajni jest dwoje
wrót na przestrzał, lecz zupełnie złe, dach na stajni
z dranic, lecz r ó w n i e ż zupełnie zły, w szczyty jeden sło­
m ą poszyty, drugi tarcicami zabity, lecz i te koniecznej
reparacyi p o t r z e b u j ą .
Zgoła ta cała stajnia w drzewo
r z n i ę t e na szachulec z ryszpami p o d w ó j n e m i
po m a j strowsku stawiana, jeżeli nie będzie przyciesiami i da­
chem opatrzona, chociaż w ś c i a n a c h drzewo jeszcze zu­
p e ł n i e dobre, upadnie. Za k o m o r ą tego gościeńca
jest
ogródek m a ł y , ogrodzony, do kucharza należący. Jest
także inny ogród większy do karczmarza należący, blis­
ko dworu leżący.
{4] I d ą c dalej tąż drogą do L u b n i a na w i e ś jest po
lewej ręce k u ź n i a o s ł u p a c h 4-ch, z w y s t a w ą na dwóch
s ł u p a c h stojącą, z k o m i n e m w niej do roboty kowalskiej
potrzebnym. Dach ze szczytem dranicami pobity potrze­
buje z g r u n t u poprawy. D r z w i do niej jedne z tarcic
z skoblem i w r z e c i ą d z e m żelaznemi. 'Ta k u ź n i a z szachulca. Po prawej stronie wspomnianej po wyż[ej] dro­
gi są chlewy pod j e d n y m dachem s ł o m i a n y m w dwóch
przegrodach, kowalskie. Przy tych chlewach jest stodo­
ła nowa w słupy w ziemię wkopywane i w dyle ł u p a ­
ne postawiona przez tegoż kowala.

�[5] Dalej tąż drogą do L u b n i a p o s t ę p u j ą c na lewej
r ę c e jest c h a ł u p a o jednej izbie ze wszystkim z a m k n i ę ­
ciem dobra, z sienią i k o m o r ą , z kominem, k o m i n k i e m
p r o s t ą r o b o t ą w glinę, t a k ż e z piecem w cegłę stawia­
nym, po jednej tylko stronie blochy w ś c i a n a c h są t r o ­
chę w y p r ę ż o n e . Do tej w i ę c w c h o d z ą c drzwi z tarcic na
biegunach o d r e w n i a n y m z a m k n i ę c i u z e w n ą t r z ,
wew­
n ą t r z zaś są skoble i w r z e c i ą d z żelazne. W c h o d z ą c do izby
drzwi z tarcic,
drugie d r z w i
u komory z skoblami
i w r z e c i ą d z e m żelaznemi, wszystkie na biegunach. Posowa z d y l i dartych, g ó r a zamykana, drzwi u niej z dy­
l i dartych na biegunach z w r z e c i ą d z e m i skoblami że­
laznemi. Ta c h a ł u p a ma poszycie dobre. Okno w izbie
jedno w drzewo oprawne. Przy tej c h a ł u p i e , z komory
w y c h o d z ą c drzwiami ku drodze do K ą t ó w idącej jest
ogród do tej c h a ł u p y należący. W tej mieszka pan M o ­
rawski, ekonom. Przy tejże samej c h a ł u p i e jest w tyle
chlew z chrustu przystawiony, r ó w n i e ż do tej c h a ł u p y
należący. Naprzeciwko stojąca stodoła cała stara, w
słupy i darte dyle o d w ó c h sochach, dach i sczyty sta­
re p o t r z e b u j ą koniecznej poprawy w poszyciu. W r ó t do
tej stodoły dwoje, u jednych jest żelastwo, u drugich
z a m k n i ę c i e drewniane. Na prawej r ę c e tej stodoły jest
także obora niezła, o d w ó c h sochach, do niej drzwi na
biegunach bez ż e l a s t w a . Przy
niej
ż a d n e j szopy nie
masz.
[6] Po tejże samej ręce jest druga c h a ł u p a , do k t ó r e j
wchodząc drzwi z tarcic na 'biegunach z k l a m k ą drew­
n i a n ą , bez ż e l a s t w a . Z sieni idąc do izby drzwi z tarcic
na biegunach z haczykiem i skoblami ż e l a z n e m i . U k o ­
mory d r z w i ze wszystkim jako u izby, posowa na izbie
i kumorze z d y l i dartych, już starych, cała, na sieni zaś
brakuje w trzeciej części posowy. Przyciesi po[d] t ą ż
c h a ł u p ą są nadgniłe. Stawiana z drzewa rzniętego w
słupy. W izbie okno jedno w drzewo oprawne, a w d r u ­
gim tylko trzy szyby, reszta zaś okna d e s k ą zabita. K o ­
min w i e l k i i m a ł y z gliny, dobre, piec z k a f l i proste
0 d w ó c h skrzyniach. W y c h o d z ą c z komory są
drzwi
z tarcic na biegunach na ogród kowalski. U tej c h a ł u p y
dach w poszyciu potrzebuje poprawy. Mieszkają w niej
pracowici Jan z J a d w i g ą m a ł ż o n k ą . Mają s y n ó w dwóch:
Tomasza w jedenastym, Norberta w p i ą t y m roku, córek
dwie: K a t a r z y n ę w trzynastym, M a r i a n n ę , cl w dwuna­
stym roku [s]; poddani kołomyjscy, załogę t a k o w ą m a j ą
p a ń s k ą : w o ł ó w 4, ś w i n i ę 1, k o s ę t r a w n ą , p ł u g , radio
1 wóz, k r o w y zaś p a ń s k i e j nie masz, sierpa, r y d l a i sie­
kiery nie ma.
Zaciąg r o b i ą takowy, w k a ż d y tydzień
siedm dni r ę c z n ą lub dni trzy b y d ł e m , a jeden dzień
ręczną. Role m a j ą w trzy pola i ogród do tej c h a ł u p y
przyzwoity. Jest t a k ż e do tej c h a ł u p y stodoła
niezła
z dylów w słupy w ziemię wkopywane o jednym k l e ­
pisku, naprzeciwko tej, to jest po prawej r ę c e drogi
z Lubnia idącej stojąca. W niej w r ó t dwoje z desek ł u ­
panych na biegunach, u jednych w r z e c i ą d z i skobli ż e ­
lazne, u drugich drewniane z a m k n i ę c i e . Są t a k ż e
do
tej chałupy dwa c h l e w i k i w okólni, przy k t ó r y c h jest
szopa i trzeci chlewik na boku postawiony. Te chlewki
szopa są stawiane w słupy w ziemię wkopywane i w
dyle ł u p a n e , wszystkie dobre. D r z w i u tych c h l e w ó w
z ł u p a n y c h desek na biegunach, bez ż e l a s t w a . C i gospo­
darstwo m a j ą poddanego k o ł o m y j s k i e g o imieniem F r a n ­
ciszka.
1

17] Niedaleko znowu tej c h a ł u p y , po tej samej lewej
.ce jest c h a ł u p a trzecia niezła, na przyciesiach w słupy
stawiana. W c h o d z ą c
do sieni jest izdebka m a ł a po le­
wej ręce, u k t ó r e j są drzwi z dyli na biegunach z wrze3dzem, haczykiem i skoblami żelaznemi. W tej izdeblest piec i kominek z gliny postawiony. Posowa z dy­
re

C1

c e

l i ł u p a n y c h , bez podłogi, okno jedno złe. Mieszka w nie}
Jan Mularczyk zagrodnik i Barbara m a ł ż o n k o w i e , pod­
dani kołomyjscy. M a j ą dwoje dzieci, syna i córkę. Sy­
nowi i m i ę Kazimierz, ten r o k u jeszcze nie ma, c ó r a K a ­
tarzyna, k t ó r a ma rok trzeci. M a ten zagrodnik k r o w ę
i n w e n t a r s k ą , k t ó r ą jako sam w y z n a ł dał m u I m ć pan
Rudnicki. Z sieni idąc do izby d r z w i na biegunach i do
komory d r z w i p o d o b n i e ż . W izbie jest jedno okno, piec
i kominek z gliny i kamieni, dobry. Posowa na izbie
i komorze z d y l i . Obok tej c h a ł u p y ogród, n a l e ż y do i z ­
debki zagrodnika. W tej izbie mieszka Józef Chajduk
z żoną, poddany W I m ć pana Rudnickiego. Ż o n a jego
robi komorne. Przy tej c h a ł u p i e jest chlewik
mały
z chrustu grodzony przystawiony, niezły, a drugi obok
niego t a k ż e z chrustu, lecz zły i bez z a m k n i ę c i a . Za tą
zaś c h a ł u p ą ogród z n a j d u j ą c y się do Chajduka żony na­
leży.
[8] Po tejże samej ręce czwarta c h a ł u p a
stara,
z drzawa rzniętego po jednej stronie, po drugiej stro­
nie z drzewa ł u p a n e g o , w zamek stawiana, przyciesi i n ­
szych potrzebuje. Dach i sczyty stare, ale dobre. Wcho­
dząc do sieni drzwi z tarcic na biegunach bez ż e l a s t w a .
W izbie okien dwa w drewno oprawne, lecz szybów w
nich brakuje, kominek i piec dobry z gliny i
cegły
stawiany p r o s t ą robotą. Z izby do komory idąc drzwi z
tarcic na biegunach z ż e l a s t w e m , z komory t a k ż e na
ogród drzwi na biegunach z tarcic z z a p o r ą drewnia­
ną. Na izbie i komorze posowa z blochów r z n i ę t y c h , na
sieni zaś z żerdzi. Na górze jest schowanie osobne, do
k t ó r e g o po drabce z sieni się wchodzi. Ogród do tej
c h a ł u p y za t ą ż c h a ł u p ą z n a j d u j ą c y się należy. Miesz­
k a j ą w tej c h a ł u p i e pracowity Szymon po z m a r ł y m o j ­
cu z m a t k ą M a r i a n n ą i siostrą T e r e s ą
gospodarujący,
półrolnik, poddani k o ł o m y j s c y . Jest do tej c h a ł u p y na­
przeciwko za drogą stodoła o j e d n y m klepisku o sześ­
ciu sochach, niezła. Wrót u niej dwoje na biegunach
z ciesanych desek,
jedne z ż e l a s t w e m do z a m k n i ę c i a ,
a drugie z drewnianym z a m k n i ę c i e m . Przy stodole jest
ogródek mniejszy, a za c h a ł u p ą w i ę k s z y .
Przy tejże
stodole ma s t u d n i ę z ż ó r a w i e m . W y c h o d z ą c zaś ze sto­
doły po lewej ręce ma szopę w dyle i s ł u p y s t a w i a n ą
0 trzech sochach, z dachem z u p e ł n i e dobryfm]. D r z w i
do niej na biegunach z desek dartych bez
żelastwa.
W y c h o d z ą c z tej szopy k u c h a ł u p i e , po lewej r ę c e jest
wozownia, przy k t ó r e j przybudowane są obora i chlewy.
U tych, drzwi z desek na biegunach bez ż e l a s t w a . Na
tych budynkach dach dobry. Z a k ł a d ma takowy p a ń s k i :
wołów cztery, k r o w ę j e d n ą , ś w i n i ę j e d n ą , k o s ę t r a w n ą ,
p ł u g , wóz, r a d ł o , sierp, rydel, s i e k i e r ę .
Rolę r ó w n i e ż
tak jak i pierwszy i tęż s a m ą p a ń s z c z y z n ę robi. Parob­
ka ma brata rodzonego imieniem Macieja i Jana c h ł o p ­
ca do poganiania, poddanych k o ł o m y j s k i c h , dziewczynę
zaś imieniem T e r e s ę , luźną.
[9] Po tejże samej połaci jest c h a ł u p a p i ą t a , tak jak
pierwsza stawiana. Przyciesi nowych potrzebuje i po­
p r a w y dachu. Przy tej c h a ł u p i e chlewik m a ł y z żerdzi
1 d y l i k ó w stawiany, na n i m dach dobry, drzwiczki z de­
sek ł u p a n y c h , z a m k n i ę c i e drewniane. I d ą c do sieni drzwi
z tarcic na biegunach z zaporą i k l a m k ą d r e w n i a n ą , bez
żelastwa. Posowa nad sienią z d r ą g ó w i dylików. K o m i n
dobry. W sieni drabka na górę. I d ą c do izby drzwi z
tarcic na biegunach z haczykiem i skoblami ż e l a z n e m i
z k l a m k ą d r e w n i a n ą . W tej izbie okno jedno, kominek
jeden z gliny, piec z cegły prosto stawiany. Z izby do
komory drzwi z tarcic na biegunach z ż e l a s t w e m .
Na
izbie i komorze posowa z dyli starych. Ogród zaraz za
c h a ł u p ą do tej c h a ł u p y należy. W niej m i e s z k a j ą pra­
cowici A n t o n i
z F r a n c i s z k ą , m a ł ż o n k o w i e , półrolnicy,

115

�poddani kołomyjscy. M a j ą 2 synów, z nich jednemu imię
Tomas[z], ten ma 3-ci rok, drugiemu i m i ę Franciszek,
ten się urodził na p o c z ą t k u t e r a ź n i e j s z e j kondescensyi.
Do tej c h a ł u p y naprzeciwko należy stodoła w
dyle
i słupy w ziemię wkopywane stawiana, na d w ó c h so­
chach, o j e d n y m klepisku, dobra. W r ó t z desek ł u p a ­
nych dwie, przy k t ó r y c h jest żelastwo. W y c h o d z ą c ze
stodoły, po prawej ręce stoi obora dobra, drzwi do niej
z tarcic na biegunach, bez ż e l a s t w a . Przeciwko tej obo­
rze, na drugiej stronie jest znowu obora dobra w dyle
i slupy, bez sochów, drzwi w niej z desek na biegu­
nach, bez ż e l a s t w a . Przy stodole ma o g r ó d e k m a ł y do
sadzenia, a drugi większy za c h a ł u p ą . Ma t a k ą załogę
p a ń s k ą jako i Szymon i tenże sam zaciąg r o b i co i pier­
wsi, ale powiada, że tyle r o l i nie ma co inni. Utrzymuje
t a k o w ą czeladź: Wojciecha brata siwego, ojca
swego
i F r a n c i s z k ę dziewkę, wszystkich poddanych k o ł o m y j skich.
[10] Do tej c h a ł u p y idąc jest niedaleko szósta cha­
ł u p a z szachulca w zamek stawiana. Dach i sczyty do­
bre. Przy niej chlewik, k t ó r y w poszyciu naprawy po­
trzebuje. Wchodząc do sieni drzwi na biegunach z tarcic
z k l a m k ą i z a p o r ą drewnianemi, nad k t ó r ą nie masz posowy tylko z d r ą g ó w . K o m i n w i e l k i dobry. Idąc do izby
po prawej stronie jest drabka, po k t ó r e j na g ó r ę wcho­
dzą. D r z w i z tarcic na biegunach, bez ż e l a s t w a . W izbie
tej okien dwa, piec i komin prosty. Posowa na izbie
i komorze z d y l i ł u p a n y c h . Do komory w c h o d z ą c
są
drzwi z tarcic na biegunach, przy k t ó r y c h w r z e c i ą d z
z skoblami ż e l a z n y m i , z komory na ogród są drzwi, przy
tych t a k ż e są skubie z w r z e c i ą d z e m żelazne, ogród zaś
zaraz za c h a ł u p ą . W tej c h a ł u p i e m i e s z k a j ą pracowity
Jan z K a t a r z y n ą m a ł ż o n k o w i e , półrolnicy. Mają s y n ó w
p i ę c i u ; Jana, Andrzeja, Wojciecha — dorosłych,
Jana
drugiego ś r e d n i a k a , Józefa w pierwszym roku. Andrzej
we wsi służy u Macieja gospodarza; córek cztery: Elż­
bietę, A g n i e s z k ę , T e k l ę , M a r i a n n ę .
Z tych
Elżbieta
ś r e d n i a c z k a , inne zaś trzy mniejsze. Do tej c h a ł u p y ma
stodołę naprzeciwko w dyle i słupy o 3 sochach posta­
wiona. Dach na niej dobry, w r ó t dwoje, przy jednych
z a m k n i ę c i e żelazne, przy drugich drewniane. W y c h o d z ą c
z stodoły po prawej stronie, gdzie przed t y m szopa b y ­
ła, do teraz tylko z r ą b stoi nowo postawiony na chlew
bez sochów. Ci gospodarze poddani kołomyjscy m a j ą
r ó w n ą ż załogę jako i Szymon, po i n n y m gospodarzu
dawno o d e b r a n ą , rolę r ó w n i e ż jako i i n n i półrolnicy w
trzy pola i jednakowy zaciąg robią.
[11] Po tej samej ręce jest c h a ł u p a siódma z drzewa
tartego w s ł u p y na przyciesiach stawiana, przyciesi i n ­
nych p o t r z e b u j ą c a . Dach na niej niezły. Wchodząc do
sieni są drzwi na biegunach z tarcic z w r z e c i ą d z e m [i]
skoblem żelaznemi. Wszedłszy do sieni, po lewej stro­
nie k o m i n w i e l k i dobry, po prawej stronie drabka na
górę. Na podsieniu i nasieniu [s] posowa z d r ą g ó w i dy­
l i . Idąc do izby d r z w i na biegunach z skoblem i wrze­
ciądzem żelaznemi. Wszedłszy do izby, po lewej stronie
kominek prosty z gliny lepiony, piec z cegły dobry, okno
jedno w drzewo oprawne. Do komory d r z w i z tarcic na
biegunach z w r z e c i ą d z e m żelaznym, bez skobla. Poso­
wa na izbie i komorze z dyli ł u p a n y c h . Z komory drzwi
na ogród do tej c h a ł u p y należący, bez ż e l a s t w a z zapo­
rą tylko d r e w n i a n ą . Naprzeciwko tej c h a ł u p y , za dro­
gą, po prawej ręce jest stodółka w dyle darte i w słu­
py w ziemię wkopywane, o trzech sochach postawiona,
o jednym klepisku. Wrota do niej z desek ciesanych,
przy jednych
jest żelazne
zamknięcie, przy drugich
drewniane. Ta stodoła tak w drzewie jako też w poszy­
ciu mocnego potrzebuje zaratowania. Idąc z tej stodoły,

116

po lewej ręce obora o czterech s ł u p a c h z p ł a t ó w i d y l i
przeplatana, u k t ó r y c h drzwi z dyli ł u p a n y . h na biegu­
nach, z a m k n i ę c i e drwniane. Ta obora stoi na sochach
dwóch, w k t ó r e j ściana od pola z dyli r ó w n i e ż ł u p a ­
nych.
Obok tej obory jest chlewik ś w i ń s k i w d y l i k i
stawiany dobry;
z tej w y c h o d z ą c jest ogród naprze­
ciwko przy stodole, d r ą g a m i i chrustem ogrodzony. Ten
plac posiada pracowity Tomasz i Agnieszka m a ł ż o n k o ­
wie, poddani kołomyjscy. Dzieci m a j ą troje: d w ó c h sy­
n ó w , Andrzeja, k t ó r y już jest dorosły parobek i Janak t ó r y ma lat j e d e n a ś c i e , c ó r k ę j e d n ą M a r i a n n ę d z i e w k ę
dorosłą. T ę s a m ą załogę m a j ą i role w trzy pola jako
i pierwsi i tyleż pańszczyzny o d b y w a j ą .
[12] T ą s a m ą s t r o n ą idąc, po lewej ręce jest c h a ł u p a
ó s m a stara, z dyli na przyciesiach w słupy
stawiana.
Dach na niej poprawiony, lecz ta cala c h a ł u p a , ponie­
waż s ł u p y i przyciesi pogniły, nowego pobudowania po­
trzebuje. Wchodząc do sieni drzwi z desek ł u p a n y c h na
biegunach z w r z e c i ą d z e m i skoblami ż e l a z n e m i . Idąc
zaś z sieni do izby, po prawej stronie drabka na górę.
Posowa nad sienią z d r ą g ó w i p i a t ó w . Są drzwi do izby
na biegunach, r ó w n i e ż z desek ł u p a n y c h ,
z
klamką
d r e w n i a n ą , haczykiem i skoblem żelaznemi. W tej izbie
jest kominek z piecem z gliny, okno jedno. I d ą c z izby
do komory, drzwi z ł u p a n y c h desek,
słomą oplecione,
na biegunach, z w r z e c i ą d z e m i skoblami żelaznemi. Po­
sowa na izbie i komorze z p ł a t ó w dartych. Z komory
zaś drzwi z desek ciesanych na biegunach, z skoblami
i w r z e c i ą d z a m i ż e l a z n e m i . Za tą zaraz c h a ł u p ą jest og­
ród do placu przyzwoity, naprzeciwko zaś do rzeczone­
go placu jest stodoła o trzech sochach w dyle i s ł u p y ,
0 j e d n y m klepisku, dobra. W r ó t dwoje z desek ł u p a n y c h
na biegunach z w r z e c i ą d z a m i i skoblami. I d ą c ze stodo­
ły, po lewej ręce jest szopa, drzwi do niej z desek ł u ­
panych z w r z e c i ą d z e m i skoblem żelaznemi. Przy tej
szopie obora dostatnia o czterech sochach w dyle i słu­
py stawiana, z dachem dobrym. D r z w i dwoje na bie­
gunach z desek bez ż e l a s t w a , przy k t ó r e j oborze ogró­
dek d r ą g a m i i chrustem ogrodzony. Na t y m zaś ogro­
dzie studnia z ż u r a w i e m . Jest t a k ż e przy tej chałupie
chlew z drzwiami dwiema na biegunach o czterech słu­
pach w d y l i k i stawiany, dobry. P o s i a d a j ą ten plac pra­
cowici Bazyli i Franciszka m a ł ż o n k o w i e , poddani ko­
łomyjscy. Mają dzieci dwoje m a ł y c h , jednego syna imie­
niem Jana, k t ó r e m u rok trzeci, c ó r k ę B a r b a r ę ,
która
dopiero dziesiąty tydzień m i n ą ł jak się urodziła. Ma ten
gospodarz parobka luźnego, ś r e d n i a k a , brata swego ro­
dzonego imieniem S t a n i s ł a w a . Z a k ł a d
taki
ma
jaki
1 pierwsi i rolę takież w trzy pola i r ó w n ą
odbywają.

pańszczyznę

[13] Po tej samej lewej ręce jest c h a ł u p a dziewiąta
z drzewa dartego z szachulcu stawiana, przyciesi nowych
koniecznie potrzebuje, poszycie poprawy wymaga. D r z w i
do sieni z tarcic na biegunach, z z a p o r ą (i) k l a m k ą
d r e w n i a n ą . I d ą c do izby, na prawej ręce drabka na gó­
rę. Nad sienią posowa z d y l i rzadko kładziona. K o m i n
w i e l k i dobry. Do izby drzwi z tarcic na
biegunach
z k l a m k a m i drewnianemi, z haczykiem i skoblami ż e ­
laznemi, przy k t ó r y c h na lewej ręce kominek
i piec
z gliny i kamieni, okno jedno. D r z w i do komory z tar­
cic także na biegunach z skoblami i w r z e c i ą d z e m żelaz­
nemi. Poscwa na izbie i komorze z d y l i . Z tej komory,
na ogród do tej c h a ł u p y należący, drzwi na biegunach
z skoblami i w r z e c i ą d z e m . Naprzeciwko dopiero w y p i ­
sanej c h a ł u p y stodoła o j e d n y m klepisku w słupy w zie­
mię wkopywane i dyle, dobra, u k t ó r e j w r ó t dwoje z de­
sek ł u p a n y c h na biegunach.
U jednych w r ó t skoble
i w r z e c i ą d z żelazne. W y c h o d z ą c ze stodoły, po
lewej

�stronie o b ó r k a o sochach trzech, w slupy i dyle, dobra.
D r z w i dwoje z desek ł u p a n y c h na biegunach, bez ż e ­
lastwa, przy k t ó r e j ogród m a ł y ż e r d z i a m i i chrustem
grodzony. Jest t a k ż e przy tej chałupie dla świni chle­
w i k m a ł y przystawiony. P o s i a d a j ą to zabudowanie pra­
cowici P a w e ł kołodziej lecz rolę półrolniczą obsiewający
z Małgorzatą małżonkowie,
oboje poddani kołomyjscy.
Nie m a j ą nic dzieci. Chowa p a r o b k ó w dwóch ten gospo­
darz, jednego imieniem Ł u k a s z a , a drugiego Mateusza,
o b y d w ó c h poddanych k o ł o m y j s k i c h . Załogę m a j ą p a ń s k ą
tak jak i pierwsi, p r ó c z r y d l a i siekiery. Role r ó w n i e
tak jak pierwsi w trzy pola i takiż zaciąg robią.
[14] T ą s a m ą idąc połacią
jest c h a ł u p a
dziesiąta
0 dwóch sieniach, o d w ó c h izbach i dwóch komorach,
dobra. Okien w o b y d w ó c h izbach dwa, nawe. W poszy­
ciu jednak poprawy potrzebuje. W tej c h a ł u p i e
jest
drzwi ośm na biegunach, z ż e l a s t w e m do z a m k n i ę c i a .
W jednej
połowie
mieszka
pracowity Jan półrolnik
1 Agnieszka m a ł ż o n k o w i e , poddani
kołomyjscy.
Mają
dzieci czworo: dwóch s y n ó w i dwie córki. Jednemu sy­
nowi i m i ę Wincenty, k t ó r y ma piąty rok, drugiemu J ó ­
zef, k t ó r y kończy rok drugi, c ó r k o m zaś jednej imię M a ­
rianna, k t ó r a ma lat dziewięć, drugiej M a ł g o r z a t a , k t ó r a
ma lat ośm. C h o w a j ą parobka luźnego, d z i e w k ę Elżbietę
p o d d a n ą . Do tej c h a ł u p y m a j ą z a k ł a d p a ń s k i takowy:
cztery woły, k r o w ę j e d n ą , wóz, p ł u g , r a d ł o , kosę,
świń
nie m a j ą , siekiery i sierpa nie masz. Naprzeciwko
za
drogą jest stodoła o d w ó c h sochach, w dyle i słupy w
ziemię wkopywane, o j e d n y m klepisku, dobra; w dachu
tylko potrzebuje poprawy; z dwojgiem w r ó t , przy k t ó ­
rych u jednych z a m k n i ę c i e żelazne, przy drugich drew­
niane. Wychodząc ze stodoły, po lewej stronie jest obo­
ra o sochach trzech, w dyle i słupy w ziemię w k o p y w a ­
ne stawiana, o drzwiach jednych na biegunach, niezła.
Ogródek m a ł y przy stodole na sadzenie i warzywo, og­
rodzony z p o d w ó r k i e m d r ą g a m i . Ten gospodarz ma w
trzy pola role tak jako insi i robi jednakowy zaciąg.
W drugiej zaś połowie tej c h a ł u p y siedzi B a r t ł o m i e j za­
grodnik z żoną J u l i a n n ą . Mają dzieci pięcioro, trzech
synów, dwie córki. Z s y n ó w jednemu i m i ę Jan, ten ma
lat trzy, drugiemu Sylwester, trzeciemu Tomasz; ci obaj
bliźniaki, mają niedziel cztery. C ó r k o m zaś pierwszej
Marianna, ta ma lat ośm, drugiej Apolonia, ta ma lat
pięć. Robi ten zagrodnik ręczną od Św. Michała do św.
Jakuba dni trzy, a od ś w . Jakuba do Św. M i c h a ł a dni
cztery; ci ludzie są poddani kołomyjscy.
[15] Po tejże samej stronie jest c h a ł u p a p o d w ó j n a
jedenasta, nowa, w drzewo r z n i ę t e , na przyciesiach, w
słupy, o dwóch sieniach, o c w ó c h izbach i dwóch komo­
rach, o ośmiu drzwiach i dwóch kominkach, o dwóch
piecach z gliny robionych, stawiana, dobra. W jednej
polowie mieszka pracowity Jan. k t ó r y przed Gody
za
parobka służył i Lileja [s] m a ł ż o n k o w i e niedawno oże­
nieni, poddani kołomyjscy. Ci dotychczas żadnego zacią­
gu nie robią. W t y m więc ich pomieszkaniu u jednych
tylko drzwi izdebnych jest wrzeciądz, haczyk i skobleżelazne, inne zaś drzwi z k l a m k a m i tylko drewnianemi
na biegunach. W t y m zaś c a ł y m domu, tak na sieni j a ­
ko też i na izbach i komorach posowa z dylów ł u p a ­
nych położona. W tej samej także połowie wraz z po­
wyższym p r a c o w i t y m Janem mieszka w ł o d a r z imieniem
Andrzej z M a r i a n n ą żoną, oboje poddani kołomyjscy.
W drugiej zaś połowie mieszka pracowity Michał z K a ­
tarzyną m a ł ż o n k o w i e , półrolnicy,
poddani kołomyjscy.
Dzieci m a j ą dwoje, c ó r k ę J a d w i g ę w r o k u dziesiątym
i syna P a w ł a w roku d z i e w i ą t y m .
Chowają
parobka
S t a n i s ł a w a , poddanego kołomyjskiego. W tej połowie są
trojga drzwi żelazne z a m k n i ę c i a , to jest u drzwi iz­
u

debnych haczyk z skoblami, u drzwi zaś izby do koma?
ry i z komory na ogród w r z e c i ą d z e i skoble. Za tąż za­
raz c h a ł u p ą jest ogród do tego półrolniczego placu. Prze­
ciwko zaś tego domu stodoła o d w ó c h sochach, o jed­
nym klepisku w dyle i slupy, nowa. U niej w r ó t dwo­
je z desek ciesanych na biegunach, u jednych wrze­
ciądz z skoblami żelaznymi, u drugich z a m k n i ę c i e drew­
niane. I d ą c ze stodoły, po lewej ręce o b ó r k a na sochach
dwóch w dyle i słupy stawiana, dobra. D r z w i jedne na
biegunach z z a m k n i ę c i e m drewnianym, za k t ó r ą o b ó r k ą
jest ogródek do tejże c h a ł u p y
należący z p o d w ó r k i e m
ż e r d z i a m i ogrodzony. Jest t a k ż e dla ś w i n i przystawiony
chlewik przy oborze w d y l i k i . Z a k ł a d zaś p a ń s k i ten
gospodarz ma takowy: k r o w ę j e d n ą , w o ł ó w p a r ę p a ń ­
skich, p ł u g , r a d ł o , wóz, siekierę, kosę t r a w n ą ; ś w i n i nie
ma, rydla nie ma, sierpa nie ma, r o l ę zaś w trzy pola,
takież same ma jak i drudzy i ten sam zaciąg robi.
[16] Po tejże samej połaci jest c h a ł u p a w dyle i słu­
py na przyciesiach stawiana, dwunasta, stara,
mocnej
reparacyi w przyciesiach i s ł u p a c h potrzebuje. W c h o d z ą c
do sieni, d r z w i na biegunach z desek ciesanych z za­
porą i k l a m k ą d r e w n i a n ą ; w sieni drabka na górę. Z tej
sieni drzwi do izby tak j a k i pierwsze z desek bez ha­
czyka z skoblami tylko żelaznemi. W izbie okien dwa,
piec i kominek z gliny, dobry. Do komory d r z w i z desek
ciesanych na biegunach z w r z e c i ą d z e m i skoblami ż e l a z ­
nemi. Posowa nad sienią i k o m o r ą z d y l i starych. Z k o ­
mory drzwi na biegunie z desek z w r z e c i ą d z e m i skob­
lami na ogród do tej c h a ł u p y należący, ż e r d z i a m i ogro­
dzony, także i na p o d w ó r z e c , w k t ó r y m jest o b ó r k a o
sochach dwóch w dyle i słupy stawiana. D r z w i u niej
jedne na biegunie z desek ciesanych, złe. I c h l e w i k i przy
chałupie dwa, jeden bez poszycia, drugi lepszy. Naprze­
ciwko stodoła w dyle i s ł u p y stawiana o sochach czte­
rech, zła, wiele naprawy potrzebuje, o j e d n y m klepisku.
W r ó t do niej dwoje z desek ciesanych
na biegunach,
u obojga skoble i w r z e c i ą d z e żelazne. I d ą c ze stodoły,
po prawej stronie jest obora w dyle i s ł u p y ; ta niezła.
D r z w i u niej jedne na biegunach, z desek. P o s i a d a j ą ten
plac pracowici Maciej z M a r i a n n ą , półrolnicy, poddani
kołomyjscy. Mają j e d n ą c ó r k ę F r a n c i s z k ę dorosłą dziew­
kę przy sobie, a druga Magdalena poszła za m ą ż do
Kamiennej. C h o w a j ą parobka J ę d r z e j a , poddanego ko­
łomyjskiego. Z a k ł a d m a j ą doskonały, tak jak p i e r w s i
i role w trzy pola, robią takiż zaciąg j a k i i n n i .
[17] Po tej samej ręce jest c h a ł u p a trzynasta,
pod­
wójna, nowa, o ośmiu drzwiach, o jednej sieni, o d w ó c h
izbach, o dwóch komorach, o d w ó c h oknach, o d w ó c h
piecach i kominkach z gliny. Z drzewa r z n i ę t e g o częś­
cią w szachulec, częścią w słupy na przyciesiach sta­
wiana. W jednej połowie mieszka pracowity B a r t ł o ­
miej półrolnik
z Katarzyną
małżonkowie,
poddani
kołomyjscy.
Mają
córkę jedną imieniem M a r i a n n ę
w drugim r o k u ;
chowa parobka
i m i e n i e m Macieja
i dziewkę M a ł g o r z a t ę , r ó w n i e ż poddanych k o ł o m y j s k i c h .
W tej połowie jest u drzwi izdebnych w r z e c i ą d z , haczyk
z skoblami żelaznemi i u d r z w i tak z izby do k o m o r y
jako też z komory na p o d w ó r e k , u k a ż d y c h w r z e c i ą d z
z skoblami. Za tą c h a ł u p ą jest ogród od domu ż e r d z i a ­
m i , a od łąki chrustem ogrodzony, do tego placu nale­
żący. Naprzeciwko, za d r o g ą jest stodoła nowa o jed­
nym klepisku, na trzech sochach w dyle i s ł u p y stawia­
na. W tej jest w r ó t dwoje z desek, u jednych żelazne,
u drugich drewniane z a m k n i ę c i e . I d ą c ze stodoły, po le­
wej stronie obora w dyle i słupy, o sochach czterech.
D r z w i z desek dwoje, bez ż e l a s t w a na biegunach. Dach
na tej oborze dobry, lecz w s ł u p a c h ten budynek po­
p r a w y potrzebuje. Jest t a k ż e przy tej oborze
ogródek

117

�ż e r d z i a m i ogrodzony, a przy samej c h a ł u p i e jest chlewik
ś w i ń s k i w d y l i k i przystawiony; ten poprawy potrzebu­
je. W drugiej połowie tej c h a ł u p y mieszka szewc imie­
niem Jan z żoną K a t a r z y n ą , poddani kołomyjscy. Mają
dwie córki, jednej i m i ę Marianna, ta ma lat 4, drugiej
imię Apolonia, ta jest w drugim roku. W tej więc p o ł o ­
wie drugiej, u jednych d r z w i u izby jest w r z e c i ą d z , ha­
czyk i skoble żelazne, u innych zaś drzwi tylko k l a m k i
drewniane. Na t y m c a ł y m domostwie posowa z starych
d y l ó w położona. Do tej drugiej połowy należy chlewik
ś w i ń s k i w d y l i k i i słupy postawiony dobry. Namieniony gospodarz B a r t ł o m i e j ma d w o r s k ą załogę w inwen­
tarzu t a k i m jak i pierwsi, role także w trzy pola i ten
sam zaciąg r o b i .
[18] R ó w n i e ż po tej samej ręce jest c h a ł u p a czterna­
sta w słupy na przyciesiach stawiana, zupełnie zła z da­
chem, nowego pobudowania potrzebuje. D r z w i u niej
czworo na biegunach z desek ciesanych. W sieni drabka
na górę, k o m i n w i e l k i ma opatrzenie gliną, dobrą. W iz­
bie kominek i piec z cegły dobry, okna dwa złe. I d ą c
z izby do komory drzwi bez s k u b i ą z w r z e c i ą d z e m . Z
komory drzwi na p o d w ó r e k , u k t ó r y c h jest w r z e c i ą d z
i skobel. Na t y m p o d w ó r k u obora o sochach d w ó c h
w
dyle i słupy dobra. D r z w i u niej jedne na biegunach
bez ż e l a s t w a . Za tą oborą i c h a ł u p ą jest ogród do tego
placu, przyzwoity, d r ą g a m i ogrodzony. Naprzeciwko tej
c h a ł u p y jest stodoła o trzech sochach, jednym klepisku,
w słupy i dyle stawiana, dobra. U niej w r ó t
dwoje
z desek ciesanych, przy jednych żelazne, przy drugich
drewniane z a m k n i ę c i e .
Przy stodole o g r ó d e k d r ą g a m i
wygrodzony. Jest t a k ż e przy tej c h a ł u p i e chlewik ś w i ń ­
ski w d y l i k i przystawiony, poprawy potrzebuje.
Ten
plac p o s i a d a j ą pracowici Walenty i Petronela m a ł ż o n ­
kowie, poddani k o ł o m y j s c y . M a j ą syna jednego A n t o ­
niego, parobka dorosłego i d z i e w k ę ś r e d n i a c z k ę , luźną.
M a j ą z a k ł a d p a ń s k i doskonały i rolę w trzy pola, tak
jak i pierwsi, ten sam zaciąg r o b i ą co pierwsi.
[19] Po tej samej t a k ż e połaci jest c h a ł u p a p i ę t n a s t a ,
p o d w ó j n a z dwiema sieniami, izbami, komorami, nowa,
z drzewa r z n i ę t e g o na szachulec w
zamek stawiana.
D r z w i u niej ośm na biegunach, okien w d w ó c h izbach
dwa. K o m i n w i e l k i jeden, k o m i n k i m a ł e z gliny i piece
z kamieni i gliny dwa, lepione. Posowa na t y m całym
dorrki z dyli ł u p a n y c h . W jednej połowie m i e s z k a j ą pra­
cowici Mikołaj z Ł u c j ą m a ł ż o n k o w i e , półrolnicy, podda­
ni kołomyjscy. S y n ó w m a j ą trzech: W a w r z y ń c a w roku
jedenastym, Wojciecha w p i ą t y m , Mateusza w trzecim
i c ó r k ę j e d n ą imieniem T e k l ę w drugim roku. C h o w a j ą
parobka Marcina, poddanego kołomyjskiego. Ogród ma­
j ą przy c h a ł u p i e chrustem i ż e r d z i a m i ogrodzony. Na­
przeciwko za drogą tyle razy w s p o m n i a n ą
z Lubnia
i d ą c ą jest do tej c h a ł u p y
stodoła o trzech sochach,
0 j e d n y m klepisku w dyle i słupy stawiana, nowa. W r ó t
u niej dwoje z desek ciesanych na biegunach; u jednych
w r ó t z a m k n i ę c i e żelazne, u drugich drewniane. I d ą c ze
stodoły, obora nowa o sochach trzech, d r z w i dwoje na
biegunach; ogródek przy niej
ogrodzony
żerdziami
1 chrustem.
Z a k ł a d ma dworski takowy: p a r ę wołów,
wolcu trzeciego za k r o w ę , p ł u ż n e żelaza, r a d l i c ę , siekie­
rę, kosę t r a w n ą i role w trzy pola tak jak i i n n i i ten
sam zaciąg r o b i jako i pierwsi. Ma t a k ż e ten gospodarz
chlewik dla świni w dyle i słupy postawiony,
dobry,
t a k ż e d r u g ą stodołę na trzech sochach w dyle i s ł u p y
p o s t a w i o n ą , lecz mocnej reparacyi, p o n i e w a ż się słupy
w niej pochyliły, p o t r z e b u j ą c a . W drugiej połowie sie­
dzi pracowity Piotr, ż e b r a k stary, poddany k o ł o m y j s k i ,
ten nic nie robi. T a k ż e w tej połowie samej siedzi p r a ­
cowita Marianna komornica, W I m ć pana Rudnickiego

118

poddana, od k t ó r e j m ą ż odszedł; ta komornica ma ogród
na k o ń c u wsd k u Imięlinu.
[20] Dalej po tejże samej lewej ręce jest c h a ł u p a sze
snasta ostatnia, z szachulcu w zamek stawiana, dobra,
w poszyciu tylko poprawy potrzebuje. D r z w i u niej
czworo na biegunach. Okna dwa, jedno w i ę k s z e dobre,
drugie m a ł e złe. Kominek i piec dobre. W tej chałupie
mieszka Józef wdowiec w i e k u podeszłego, poddany koło­
myjski i pan J ę d r z e j K o t l i ń s k i z żoną za pozwoleniem
W I m ć pana Rudnickiego. Ten Józef ż a d n e g o zaciągu nie
robi, ż e b r a n i n ą się bawi, ani też p a ń s t w o K o t l i ń s c y z tego
domu nic nie płacą. Do tego placu jest stodoła w dyle
i słupy na sochach dwóch, z g r u n t u zła. Obora zaś na
trzech sochach w p ł a t y , dobra. Ogrody do tego placu na­
leżące o b s i e w a j ą : Jan szewc, Wojciech przekrzta, Ma­
rianna komornica i Antoniowa komornica, t a k ż e Jacenty
pasterz. Wszyscy zaś zwyż w y ż e j w y r a ż e n i półrolnicy,
prócz wypisanej p a ń s z c z y z n y , o d p r a w u j ą takie p o w i n n o ś ­
ci: daje z nich k a ż d y na święto św. Marcina po dwa ka­
płony, a zaś na ś w i ę t a wielkanocne po dwa m ę d l e jaj,
oprządzają prócz tego k a ż d y z nich po pół sztuki p r z ę ­
dzy, chodzą do obierania warzywa, do sadzenia kapusty,
do jej wycinania, szatkowania i siekania, t a k ż e p l e ć po­
w i n n i proso i len.
Obrachunek i rozmiar pola ozimego k u

Kątom

Zacząwszy od wsi ł ą k i Olszowiec zwanej najprzód
k a w a l c ó w p o d ł u ż n y c h przy przypadku Mikołaja J ę d r z e j ­
czaka wszerz p ó ł t o r a k ó w [ p ó ł t o r a k ó w — dalej: p - k ó w ,
J. C ] U , a w z d ł u ż p r ę t ó w [ p r ę t ó w — dalej: pr., J. C ]
9, zaś od granicy imielskiej i strugi w pierwszym staju
wszerz aż do płosy M i c h a ł o w e j p - k ó w 30 i 72- W drugim
staju p o d o b n i e ż wszerz p - k ó w 133, a w z d ł u ż pr. 28.
W trzecim staju p - k ó w 132, a w z d ł u ż aż do drogi G ó r n a
zwanej pr. 31. W czwartym staju za tąż drogą wszerz
p - k ó w 131, a w z d ł u ż pr. 19 i 'A- W p i ą t y m staju wszerz
p - k ó w 132, a w z d ł u ż aż do drogi z K o ł o m i i do K ą t i d ą ­
cej pr. 24. W drugim miejscu zacząwszy od tejże samej
granicy i strugi, a płosy B a r t ł o m i e j a Marciniaka wszerz
aż do płosy Jana Kusego w pierwszym staju od tejże
granicy p - k ó w 71, a w z d ł u ż pr. 29. W drugim
staju
p - k ó w 68, a w z d ł u ż pr. 26. W trzecim staju wszerz p - k ó w
68, a w z d ł u ż aż do drogi G ó r n a zwanej pr. 32. W czwar­
t y m staju za tąż drogą wszerz p - k ó w 64, a w z d ł u ż pr.
20. W p i ą t y m staju wszerz p - k ó w 60, a w z d ł u ż aż do
drogi z Kołomii do K ą t idącej pr. 21 i
W trzecim
miejscu k u K ą t o m od tejże samej granicy zacząwszy od
płosy Tomasza Musialika aż do płosy Jana Gajewskiego
w pierwszym staju wszerz p - k ó w 60, a w z d ł u ż pr. 21.
W drugim staju p - k ó w 64, a w z d ł u ż pr. 20. W trzecim
staju, k t ó r e teraz nie siane p - k ó w 61, a w z d ł u ż aż do
drogi G ó r n a zwanej pr. 29 i / 2- W czwartym staju za tąż
drogą G ó r n ą wszerz n a j p r z ó d nie sianego p - k ó w 29,
a zaś zasianego p - k ó w 32, a w z d ł u ż pr. 24. W p i ą t y m
staju wszerz t a k ż e nie sianych p - k ó w 51, a w z d ł u ż aż
do drogi z K o ł o m i i do K ą t i d ą c e j pr. 28 i / . Jest za
t y m p o d ł u g wyższego obrachunku w t y m polu ozimym
zasianych p - k ó w 1161, k a w a l c ó w także zasianych 11, nie
zasianych zaś p - k ó w 141.
i l

l

2

Pole na j a r z y n ę zostawione
Zacząwszy od granicy W o l i P i ó r o w e j i drożyska
w K o ł o m i i do Kamiennej idącego n a j p r z ó d zaoranego
w p r z e s z ł y m r o k u wszerz p - k ó w 16, a w z d ł u ż pr. 23.
Dalej ponad t y m ż e d r o ż y s k i e m k u wsi K o ł o m i i za otłoczonego [s] wszerz pr. 20, a w z d ł u ż pr. do krzewiny 21.
W drugim staju tegoż o t ł o k u [s] wszerz pr. 12, a w z d ł u ż
pr. 29 i V2- W trzecim staju r ó w n e g o ż otłogu wszerz pr.

�14, a w z d ł u ż aż do r o w u i granicy W o l i P i ó r o w e j pr. 26.
W d r u g i m miejscu zacząwszy od r o w u czyli granicy Woli
P i ó r o w e j i k r z e w i n y w pierwszym staju wszerz p - k ó w
aż do miedzy 172, a w z d ł u ż pr. 33. W d r u g i m staju 202,
a w z d ł u ż pr. 24. W trzecim staju p - k ó w 202, a w z d ł u ż
aż do samych p ł o t ó w pod wsią K o ł o m i ą b ę d ą c y c h pr.
30 i V2- K a w a l c ó w iw t y m ż e samym staju p - k ó w 14,
a w z d ł u ż pr. 6. W drugim miejscu k a w a l c ó w przy sa­
mych p ł o t a c h i drodze z K o ł o m i i do W o l i
Piórowej
p - k ó w 19. W trzecim miejscu zacząwszy od wsi K o ł o m i i
za s t o d o ł a m i c h ł o p s k i e m i i miedzy t e ż f o l w a r k i rozdzie­
lającej wszerz aż do płosy Tomasza Musialika p - k ó w 49,
a w z d ł u ż pr. 29. W drugim staju p - k ó w 46, a w z d ł u ż
pr. 35. W trzecim staju p - k ó w 48, a w z d ł u ż pr. 32 i / .
W czwartym staju p - k ó w 48, a w z d ł u ż pr. 25. W p i ą t y m
staju p - k ó w 49, a w z d ł u ż pr. 25. W szóstym staju p - k ó w
18, a w z d ł u ż aż do r o w u ciągnącego się od stawku W o l i
P i ó r o w e j przez role k o ł o m y j s k i e pr. 23. W s i ó d m y m sta­
j u za ~tymże rowem wszerz p - k ó w 19, a w z d ł u ż pr. 25.
W ó s m y m staju p - k ó w 36, a w z d ł u ż pr. aż do drogi
z Woli P i ó r o w e j do Imielna idącej 23. W d z i e w i ą t y m
staju za tąż drogą p - k ó w 22 i s k ł a d ó w 12, a w z d ł u ż
pr. 32. W dziesiątym staju p - k ó w 50, a wzdłuż pr. 39.
W jedenastym staju p - k ó w 40, a w z d ł u ż pr. 35 i Va.
W dwunastym staju p - k ó w 37, a w z d ł u ż aż do drogi
•e W o l i P i ó r o w e j do K u t n a i d ą c e j pr. 37. W trzynastym
staju za tąż drogą p - k ó w otłogiem leżących 23, a w z d ł u ż
aż do ł ą k i pr. 37. W czwartym miejscu zacząwszy od
borku i płosy Mikołaja J ę d r z e j c z a k a otłogu wszerz p - k ó w
22, a w z d ł u ż pr. 20. W drugim staju tegoż otłogu aż do
drożyska, k t ó r e idzie z K o ł o m i i do lasu kołomyjskiego
p - k ó w 61, a w z d ł u ż pr. 28. W trzecim staju tegoż otłogu
p - k ó w 93, a w z d ł u ż aż do drogi z Imielna do W o l i P i ó ­
rowej idącej pr. 33. W czwartym staju za tąż drogą
p - k ó w 111, a w z d ł u ż pr. 32 i / . W p i ą t y m staju p - k ó w
111, a w z d ł u ż pr. 37. W szóstym staju p - k ó w 108,
a w z d ł u ż pr. 27 i 72- W s i ó d m y m staju p - k ó w 73,
a w z d ł u ż pr. aż do ł ą k i Narty zwanej 33. W ó s m y m
staju za tąż ł ą k ą p - k ó w 35, a w z d ł u ż pr. 22. W dzie­
w i ą t y m staju p - k ó w 104, a wzdłuż pod same stodoły
chłopskie pr. 33. W p i ą t y m miejscu nad ł ą k ą N a r t a m i
i płosą Mikołaja J ę d r z e j c z a k a p ł o s k a dwojgi staj [ss],
każde staje po cztery s k ł a d y w sobie m a j ą c e , pierwszego
staja od f o l w a r k u p a ń s k i e g o w z d ł u ż pr. 24. Drugiego
także w z d ł u ż pr. 25. T ę p ł o s k ę obsiewał przedtem pan
Latecki, a teraz d w ó r ją obsiewa. W szóstym miejscu
zacząwszy od drogi z K o ł o m i i do Imielna idącej i dro­
żyska t a k ż e z K o ł o m i i do lasu kołomyjskiego idącego
aż do łąki Narty zwanej p - k ó w 101, a w z d ł u ż pr. 28.
A w drugim staju p - k ó w 94, a w z d ł u ż aż do granicy
i łąki imielskiej pr. 17 i " . W t y m więc polu jest g r u n ­
i

2

i

2

tu ornego i na j a r z y n ę u ż y w a n e g o 2030, k a w a l c ó w także
u ż y w a n y c h 33, a otłogu na szerz r a c h u j ą c pr. 46 j e d n y m
stajem.
Pole na ugór zostawione
Zacząwszy od krzewiny i do drogi z K ą t do K o ł o m i i
idącej wszerz aż do płosy Jana Gajewskiego w p i e r w ­
szym staju od tej drogi p - k ó w 116, a w z d ł u ż pr. 31 i 'A.
W drugim staju p - k ó w 80, a w z d ł u ż pr. 32. W trzecim
staju p - k ó w 16, a w z d ł u ż pr. 21. W drugim miejscu pod
tąż s a m ą drogą z K ą t do K o ł o m i i idącą zacząwszy od płosy
Jana P ł ó c i e n n i c z k a k u wsi aż do łąki Olszowiec .zwanej, w
pierwszym staju od tejże drogi wszerz p - k ó w 134, w z d ł u ż
pr. 29. W drugim staju p - k ó w 127, a w z d ł u ż pr. 29.
W trzecim staju p - k ó w 90, a w z d ł u ż pr. 28 i
Przy
t y m staju poprzecznych k a w a l c ó w p - k ó w 31, a w z d ł u ż
pr. 6. W czwartym staju p - k ó w 108, a w z d ł u ż pr. 26.
W p i ą t y m staju p - k ó w 70, a w z d ł u ż pr. 24 i f . W szós­
t y m staju p - k ó w 40, a w z d ł u ż aż do smugu czyli ł ą k i
Olszowiec zwanej pr. 26 i Va. W trzecim miejscu polko
Ż u ł a w e j [s] zwane zacząwszy od krzewiny aż do r o l i
kowalskiej, w pierwszym staju
wszerz p - k ó w
23,
a wzdłuż pr. 30. W d r u g i m staju wszerz p - k ó w 34,
a w z d ł u ż aż do łąki Olszowiec zwanej pr. 22 i
W czwartym miejscu zacząwszy od ł ą k i Olszowiec zwa­
nej polko k u błoniom między p ł o s a m i z prawej r ę k i
Walentego D o m a g a ł y z lewej Szymona Kmieciaka wszerz
p - k ó w 48, a w z d ł u ż pr. 18 i */2- W d r u g i m staju aż do
lasu ku błoniom wszerz p - k ó w 49, a w z d ł u ż pr. 27
W p i ą t y m miejscu zacząwszy od smugu Olszowiec zwa­
nego i płosy Jana Kaczmarka wszerz k u wsi K o ł o m i i aż
do granicy W o l f P i ó r o w e j p - k ó w 130, a w z d ł u ż aż do
drogi z Lubnia do K o ł o m i i i d ą c e j pr. 20. W d r u g i m
staju za tąż drogą wszerz p - k ó w 100, a w z d ł u ż pr. 28
i Va. W trzecim staju aż do krzewiny k u b ł o n i o m i d ą c e j
wszerz p - k ó w 80, a w z d ł u ż pr. 30. W szóstym miejscu
zacząwszy od gorzelni n a j p r z ó d k a w a l c ó w wszerz 14,
a w z d ł u ż pr. t a k ż e 14. I d ą c dalej w t y m ż e samym staju
wszerz aż do drogi z L u b n i a do K o ł o m i i i d ą c e j czyli
granicy W o l i P i ó r o w e j p - k ó w 71, a w z d ł u ż pr. 23 i V2W drugim staju wszerz p - k ó w B I , a w z d ł u ż pr. 34.
W trzecim staju wszerz p - k ó w 64, a w z d ł u ż aż do opłot­
ków i drogi z Kołomii do L u b n i a idącej pr. 25 i 'AW s i ó d m y m miejscu zacząwszy od p o d w ó r z a p a ń s k i e g o
i drogi z p o d w ó r z a na w i e ś idącej aż do ogroda p a ń ­
skiego na wsi przy c h a ł u p i e pierwszej za k u ź n i ą , w k t ó ­
rej Morawski ekonom mieszka p - k ó w 61, a w z d ł u ż za­
cząwszy od drogi za wsią k u d w o r o w i idącej aż do łąki
Olszowiec zwanej pr. 33. W t y m przeto polu jest p - k ó w
całnich 1534, k a w a l c ó w 46.
l

2

Jerzy

2

Czajkowski

PRZYPISY

1 J. Burszta, Dawne
budownictwo „na sochy" w
Wielkopolsce,
„ K w a r t a l n i k Historii K u l t u r y Material­
nej", 1957, nr 3/4.
2 A P K r . , Castr. Crac. rei., t. 219: 17B8 r., s. 1103—
1138.
3 M . Fryczowa, Tradycyjne
budownictwo
ludowe
Kujaw, T o r u ń 1961.
4 O. Kolberg, Lud, jego zwyczaje, sposób życia,
mo­
wa, podania, przysłowia,
obrzędy,
gusła, zabawy,
pieś­
ni, muzyka
i tańce. Ser. III i IV, Kujawy,
Warszawa

Rys.

5 M . Fryczowa, op. cit., rozdz. I I I .
6 Ibidem, s. 45.
7 Por. np.: Materiały
do dziejów
chłopa
wielkopol­
skiego w drugiej połowie
XVIII
wieku, W r o c ł a w 1956,
t. I I , s. 291—293.
8 Por. K . K w a ś n i e w s k i , Paleniska i piece w
polskim
budownictwie
ludowym,
Wrocław—Warszawa—Kraków
1963, s. 57, mapa 4.
9 Instrukcja
wydawnicza
dla źródeł
historycznych
od połowy XVI do połowy XIX wieku, Red, K. Lepszy,
W r o c ł a w 1953.

autor.

119

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10028" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10006">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/4a62e870baa132610b3646f0a102a45b.pdf</src>
        <authentication>1fe9b514aefb7b52e54fbe1967646686</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119265">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4714</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119266">
                <text>1964</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119267">
                <text>budownictwo ludowe</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="119268">
                <text>Podkarpacie - sztuka ludowa</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="119269">
                <text>tkactwo, kultura materialna</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119270">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4376</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119271">
                <text>Chałupa tkacka z okolic Krosna/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1964 t.18 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119272">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1964 t.18 z.2; s.79-86</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119273">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119274">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119275">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119276">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119277">
                <text>Jerzy

Czajkowski

C H A Ł U P A

T K A C K A

Z

K R O S N A

O K O L I C

Szeroki pas P o g ó r z a w z d ł u ż c a ł e g o ł u k u K a r p a t
b y ł z dawien dawna bastionem domowego p r z e m y s ł u
t k a c k i e g o . W y r a ź n a przewaga t k a c t w a nad i n n y m i
p r z e m y s ł a m i w i e j s k i m i z a z n a c z a ł a się .także w nie­
k t ó r y c h okolicach na P o g ó r z u rzeszowskim. T k a c t w o
b y ł o t u rozpowszechniono r ó w n i e ż w miastach, w ś r ó d
k t ó r y c h 'szczególniejsze znaczenie m i a ł y : D ę b o w i e c ,
Gorlice, Ż m i g r ó d , Osiek, J a s ł o , Dębica, Biecz i Prze­
w o r s k . M n i e j s z ą r o l ę w p r o d u k c j i tkackiej o d g r y ­
w a ł o Krosno, choć i t u od r o k u 1501 i s t n i a ł cech
t k a c k i . Miasto to, l e ż ą c e p r z y g ł ó w n y m trakcie ł ą ­
czącym Polskę z Rusią i Węgrami, mniejszą wagę
p r z y w i ą z y w a ł o do p r o d u k c j i tkackiej, c z e r p i ą c w i ę k ­
sze zyski z Jh.9nd.l1j p ł ó t n e m t y m bardziej że m i a ł o
pod swoim bokiem k i l k a w s i , k t ó r y c h m i e s z k a ń c y od
bardzo dawna zaimowali sie t k a c t w e m na 'skale rarze
1

2

II. 1. Dom z 1770 r.,
Eugeniusz
Winiarski.

Korczyna.

pow.

Krosno.

Wł.

3

KrLhJnta
Wala T &lt; L h n r = L
Odrzvknń' T « k r J n i '
TTrnćoipnWri W v ? n p i TVi7rtp Twnnir7 i in * N i e w a t t i l i
a

HL, ^

^ l , r ^ Z ^ ^ r I ^ ^ ^ ^

Króle

z
, r i f /1Zi
-7 T i r
J^T™;£,
kancy Ł K " « z y n y ] od n a j a a ™ ^ z y c n j z a o w za m u j ą się t k a c t w e m i mimo u p a d k u tego r ę k o d z i e ł a znaj­
duje się t u 40S w a r s z t a t ó w i 316 krosien. P r ó c z tego
w n a j b l i ż s z e j okolicy jest 204 w a r s z t a t ó w i 408 k r o fZ'
f ^!
» K o f r a y o a w y r a b i a ł a tygodniowo
1000 szt. p ł ó t n a po 60 l o k a , a okolica po 500 sztuk... .
Owa zdecydowana przewaga t k a c t w a _ korczynskiego
nad p r o d u k c j ą okoliczną zaznacza się r ó w n i e ż w
c h w i l i obecnej, m i m o znacznego zaniku tego rze¬
miosła.
Przeprowadzone badania t e r e n o w e nad architek­
t u r ą l u d o w ą P o g ó r z a w y k a z a ł y , że w k i l k u z w y ż e j
j u ż wspomnianych w s i (Korczyna, K o m b o r n i a , Wola
Komborska, O d r z y k o ń ) istnieje silna w s p ó ł z a l e ż n o ś ć
m i ę d z y zawodowo t r a k t o w a n y m r z e m i o s ł e m t k a c k i m
a rozplanowaniem w n ę t r z a c h a ł u p y . W innych wsiach
s ą s i a d u j ą c y c h z K o r c z y n ą czy K o m b o r n i a , np. w
Iskrzyni, K r o ś c i e n k u t u b dalej p o ł o ż o n y m I w o n i c z u ,
uprawianie t k a c t w a nie w y w a r ł o w p ł y w u na w y g l ą d
z a r ó w n o w e w n ę t r z n y jak i z e w n ę t r z n y c h a ł u p y Podobnio jest w d z i e s i ą t k a c h innych w s i na P o g ó r z u
„ _ „ , . r , i v k t ó r y c h l u d n o ś ć w mnieiszvm l u b w i e k szym stopniu .trudniła się t k a c t w e m
Charakterystyczny dla c h a ł u p y tkackiej z okolic
Krosna, na k t ó r ą w dotychczasowej l i t e r a t u r z e etno­
graficznej nie z w r ó c o n o baczniejszej uwagi, jest c z ę ­
sto niezmiernie r o z w i n i ę t y plan c h a ł u p y , przy czym
n a l e ż y p o d k r e ś l i ć swoiste nazewnictwo, bowiem d r u g ą
izbę, zwykle m n i e j s z ą , zwano „ w a r s z t a t e m " ' . Do za­
gadnienia tego w r ó c i m y jeszcze w r o z w a ż a n i a c h k o ń ­
cowych.
C h a ł u p y z Korczyny, K o m b o r n i , W o l i Komborskiej
i Odrzykonia są warte uwagi, dlatego że zachowane
fi

W

]

s

a

m

9

7

r 7 P

n

t

t

1

obiekty stosunkowo często m a j ą ponad 100 lat, a w
k i l k u wypadkach sięgają l u b n a w e t p r z e k r a c z a j ą
okres d w u w i e k ó w . P o d o b i e ń s t w o , a nawet identycz­
ność r o z k ł a d u w n ę t r z c h a ł u p w tych czterech wsiach,
bez w z g l ę d u na ich w i e k , pozwala p r z y p u s z c z a ć , że
istnieje j a k i ś w s p ó l n y czynnik k s z t a ł t u j ą c y plan —
nazwijmy
ją skrótowo — korczyńskiej
chałupy,
k t ó r a w y s t ę p u j e w trzech zasadniczych odmianach,
a mianowicie: 1. na planie d w u t r a k t o w y m , 2. na pla­
nie p ó ł t o r a t r a k t u mieszkalnego, 3. na planie p ó ł ­
t o r a t r a k t u gospodarczego.
Stosunkowo najprostsza — nie b i o r ą c pod u w a g ę
t y p u biedniackiego (tabl. l/l) — jest c h a ł u p a na p l a ­
nie p ó ł t o r a t r a k t u gospodarczego (tabl. 1/3). Ma ona
dwie izby w amfiladzie, oddzielone s z e r o k ą sienią
od stajni i komory. T y p ten, powszechny w p ó ł n o c n e j
części pow. gorlickiego, n a l e ż y t u do r z a d k o ś c i . Po­
w s t a ł on najprawdopodobniej w ó w c z a s , gdy z k o m o ­
r y , k t ó r a z a j m o w a ł a całą szerokość c h a ł u p y po d r u ­
giej stronie sieni, wydzielono osobne pomieszczenie
dla b y d ł a trzymanego uprzednio w pierwszej ( d y m ­
nej) izbie Supozycja p o w y ż s z a nie z n a j d u j ą c a po¬
twierdzenia w omawianych wsiach •
te?o rfłrfysiu inr?vkładaich z terenu o n w £orlickio£o
t a r ^ w T k i ^ n f W T ł M P * * W . d v r 7 n n ś ć wvsteno '
wLa
„lunraUkł,, r J L r t n r ™ * / n
r,ÓW
nd
a

pytkackierPOTzedł tu inTądrogą
Jeśli przyjmiemy, że starszy (choć nie p i e r w o t n y )
podział c h a ł u p y z a s a d z a ł się na planie: izba — izba —
sień — komora, w ó w c z a s prawdopodobne stanie się
przypuszczenie, że po u s u n i ę c i u b y d ł a z pierwszej
izby do k o m o r y po drugiej .stronie sieni, wydzielono
z tej izby m a ł ą k o m ó r k ę z w e j ś c i e m z sieni. T y p ten
doskonale prezentuje c h a ł u p a z W o l i Komborskiej
z 1809 r. (tabl. 1/2) oraz z K o m b o r n i
z 1860 r.
(tabl. 1/5). O d m i a n ą jego jest w y d ł u ż e n i e k o m o r y aż
do ściany szczytowej, przez co skraca się r ó w n i e ż izbę
drugą
„ w a r s z t a t " . W a r i a n t ten w y s t ę p u j e z a r ó w n o
w planie p ó ł t o r a t r a k t o w y m (tabl I I / 5 ) j a k i d w u t r a k t o w y m (tabl I I / l ) przy czym niekiedy, zamiast
iednpi d ł u s i a i k n m o r v sa na t v m samvm mieiscu
dwie k r ó t s z e (tabl. 1/7, I I / 2 , 3) b ą d ź z a m f i l a d o w y m

79

�T

T
i

St

, W,

»

3

/

5 |i

'

Ko

r

1 Wr
i

i

u

-

^

j

—

„
Ko

i

—

i

St
Ko

4 —

B

|

n

) s v

s

&lt;(
5

/

Ko

f
|

L

J

Wy

X

U - i -

Tablica
u k ł a d e m d r z w i k o m ó r (tabl. II/3), toądź też z u p e ł n i e
niezależne od siebie (tabl. 1/7, II/2).
C h a ł u p a na planie d w u t r a k t o w y m w y s t ę p u j e w
d w u zasadniczo r ó ż n y c h odmianach. Pierwsza cha­
rakteryzuje się istnieniem d w u izb w
amfiladżie
(tabl. 1/4, 6, 7, 8, I I / l , 3), druga natomiast jest k l a ­
sycznym d w u t r a k t e m , m a j ą c y m po dwa r ó ż n e po­
mieszczenia po obu stronach sierli (tabl. II/4).
Odmiana druga, m i m o że jest reprezentowana
przez obiekt p o c h o d z ą c y z r o k u 1840 (tabl. II/4)
interesuje nas t y l k o marginesowo (ze w z g l ę d u na
nazewnictwo), gdyż pozostaje w sferze szerokiego za­
s ię gu .typowego planu dw.utraktowego, a w omawia­
nych wsiach (oprócz Odrzykonia) w y s t ę p o w a ł a rza­
dziej. Natomiast pierwsza odmiana jest t u powszech­
na. Powstanie jej m o ż n a by t ł u m a c z y ć w z a j e m n y m i
w p ł y w a m i o m ó w i o n e g o w y ż e j p ó ł t o r a t r a k t u gospo­
darczego i p ó ł t o r a k Lr a k t u mieszkalnego {por. tabl. 1/3
i 2 oraz t a b l . 1/5 i II/6), czego nie zmienia fakt istnie­
nia drobnych różnic, jak np. wydzielenie jednej ko­
m o r y obok izby (tabl. 1/4, 6), s k r ó c e n i e „ w a r s z t a t u "
na rzecz k o m o r y (tabl. II '3) oraz amfiladowy u k ł a d
k o m ó r w z d ł u ż części mieszkalnej (tabl. U/2, 3), lub
wre-szcie zaprojektowanie jednej d ł u g i e j k o m o r y za­
miast d w u k r ó t k i c h (tabl I I / l )
r

P o w y ż s z a p r ó b a genetycznego n a ś w i e t l e n i a rozwo­
j u c h a ł u p y tkackiej nie idzie w parze z m o ż l i w o ś c i ą
chronologicznego o k r e ś l e n i a powstania poszczególnych
odmian. Musiało się to stać dość dawno, jeśli zacho­
w a n y obiekt z poł. X V I I I w. (tabl. 1/6 oraz i i . 2) sta­
nowi już z w a r t ą i d o s k o n a l ą k o n s t r u k c j ę , k t ó r a prze­
t r w a ł a bez zmian w c h a ł u p a c h budowanych na t y m
planie jeszcze na p o c z ą t k u X X w.
Możliwe, że badania archiwalne pozwolą przy­
najmniej w części w y j a ś n i ć to zjawisko, chociaż do­

80

tychczasowe poszukiwania nie d a ł y p o ż ą d a n y c h
ników.

l
wy­

Opisywana t u c h a ł u p a t k a c k a b y ł a budowana
z drzewa j o d ł o w e g o ; w 2. poł. X I X w. często jeszcze
z hali o k r ą g ł y c h l u b przecinanych na pół, w cza­
sach nowszych z b i e r w i o n o przekroju p r o s t o k ą t n y m .
N a r o ż n i k i c h a ł u p y w i ą z a n o „ n a o b ł a p " . T y l k o nie­
liczne b u d y n k i m a j ą w ę g i e ł „na r y b i ogon", przy
czym najstarszy z. zanotowanych :w c h a ł u p a c h tego
t y p u pochodzi z 1846 r. C i ę t y jest on jednak dość nie­
zręcznie, co wskazuje być m o ż e na b r a k w p r a w y
cieśli meprzyzwyczajonego jeszcze ido tego rodzaju
zaciosów. Nieco częściej spotykamy węgieł „ n a r y b i
ogon* w c h a ł u p a c h budowanych pod koniec X I X
stulecia C e c h ą starych c h a ł u p k t ó r e z a c h o w a ł y się
do c h w i l i obecnej,
całości bielone zręby. C z ę ­
1

ściej jednak spotyka się b u d y n k i mieszkalne zapusz¬
czone rnoa na b r ą z o w o l u b czarno z Dobielonvmi
w ę g ł a m i i szparami m i ę d z y •poszczególnymi b i e r w l o nami ( i l 5)
Z r ą b c h a ł u p y n a k r y t y jest czterospadowym da­
chem, poszytym terasowato s ł o m ą ze wzmocnionymi
n a r o ż a m i " . Kalenica o b ł o ż o n a jest m i e r z w ą i p r z y ­
ciśnięta „ k o ź l i n a m i " . Dachy d o m ó w .nowszych (2. poł.
X I X w.) zaopatrzone s ą często w „ w i a t r a k " (ił, 6),
t j . duży, p r o s t o k ą t n y o t w ó r , przez k t ó r y wrzuca się
na strych s ł o m ę l u b siano " .
Dachy są z r e g u ł y 2 do 2,5 raza wyższe od w i ­
docznej części z r ę b u . Znaczna ich w y s o k o ś ć i o s t r o ś ć
spadu połaci dachowych nie jest jednak c e c h ą cha­
r a k t e r y s t y c z n ą c h a ł u p y tkackiej, g d y ż takie proporcje
są t u powszechne i to w bardzo szerokim zasięgu.
W konstrukcji dachowej typowe jest u k ł a d a n i e p ł a t w i w jednej l i n i i ze z r ę b e m .

�Tabitca 1
Legenda:

Wr • • warsztat, l — izba,
• komora, i' - • sień,

Ko
st
I

stajnia,
zim

W —

.S'

izba zimno.

1 — Korczyna-Zawiśle,
plan chałupy
(rekonstrukcja
stanu pierwotnego),
bud. w ¡846 T. Wl.
Maria
Cieplik.
Z — Wola Komborska,
plan chałupy
nr 9, bud. ok.
1800 r. (wym.: dl. Wr i I — 7,8 m, S — 3 m,
St — 3,8 m). Wl. Antoni
Długosz.
3 — Kom.bornia,
plan chałupy
bud. ok. 1820 r. Wl.
Franciszek
Kwalek.
4 — Wota Komborska,
plan zagrody nr 9 bud.
w
1829 r. (wym.: szer. B — 6,2 m, Ko — 1,7 m;
dł. Wr — 3,8 m, I — 4,5 m, S — 2,fi m, St —
3,3 m, B — 3,0 m). Wl. Władysław
Krzysik,
5 — Kombornia,
plan zagrody nr 166, bud. ok. 1860 r.
(wym.: szer. 5,5 m, dl. Wr — 2,5 m, I — 4.6 m,
S — 2,1 m, St — 3,5 ni, Ii — 3.0 m). Wl.
Halina
Surmacz.
6 — Korczyna-Zawiśle,
plan chałupy
nr 430,
bud.
w 1756 r., Ko i St zostały
zburzone
(wym.
zachowanej części: szer. 6,0 m i dł. 10,0 m).
Wl
Andrzej
Wilusz.
7 — Korczyna-Górna
Wieś,
plan chałupy
bud.
w
1770 T. (cześć gospodarcza
została obecnie
częś­
ciowo przerobiona).
WL Jakub
Urbanek.
S — Korczyna,
plan typowego domu tkacza wg
ma­
teriałów
inż.
Baruta.

II. 2, 3. Dom. z 1756 r. (całość i fragment),
pow, Krosno. Wl Andrzej
Wilusz.
3

"y'-

boisko.

Korczyna,

Charakterystyczne dla c h a ł u p y tkucklc-j jest u k ł a ­
danie p o w a ł y w izbic na wyżs/.yru poziomic aniżeli
w „ w a r s z t a c i e " . R ó ż n i c a w poziomie powal docho­
dząca w starych domach niejednokrotnie do pół me­
t r a jest rzeczą normalna, p o w s z e c h n ą d a w n i e j nie
t y l k o na t y m terenie. Wiąże się ona z k u m o ś r i ą cha­
łup, k t ó r e j u ż po I wojnie ś w i a t o w e j s p o t k a ć t u m o ż ­
na b y ł a bardzo rzadko, a sporadvcznie t r a f i a ł y sic
jeszcze oo r o k u 1955 Pierwsza izb-i w k t ó ^ e i kortc e n t r o w a ł o się życie m i e s z k a ń c ó w , b y ł a dymna. Po­
ziom r&gt;owałv bvł w n i c i w ^ ż s z r co p o z w r l ^ ł o n?
swobodniejsze, unoszeni tuchodzącego przei

J

v m T

,ij

niprwotnic

l f i v i d l ' n l o v v otwó^

w C'r t''
,

,

o J L r f ń « - » * W H uow-.lv »

D-uc'.

V

t o m u t r z y m a n a ciepta
s y t u a c j ę obserwujemy

MU ,m

w

l f t
f
n
sunku do komory czy u-/ sic ni .
n

izb"

wa s z a a

.o^n.e/. po dru

Z a S

oo"'"lc

'

a b n ,

, &gt;l..
'

! o n

nom0 l l

su-

( !

&gt;

C h a r a k t e r y s t y c z n ą roehą kurnych r h a ł u p były pol c n ł c b i e g n ą c e wzdłuż ś « p : &gt; d "afitem. Ilość ich
dochodziła czasem do «. jak nj&gt;. w c h a ł u p a A n d r / r
Wilusza z Korczyny Ijudow..!-.!.-] w 17M;
¡i'.. ?.Y.
parami obiogają one Uh", dnokoł.-.. nv-„ikif
.a,-.
było stosowanie p o j c d &gt; : u / y r h połcia bu-unącyc h A
- okół izby. T a k i u k ł a d m,i mio.wcp w c h a ł u p i e St. Wawrzykowicza z K o r a b o m i .
bmlow;.ticj
w
o-tMnim
ć w i e r ć w i e c z u X V I I I M - i l n i a ( i l . K Naia'o&gt;c;-l za­
k ł a d a n o 4 polonie, po 2 w ' d ł u ż
równolr-łych
7 linia kn1nnicv Pndnh^r, ,ak ws.-H.-ir noteni.- M i ^ v
ły do suszenia drew, a !akżc - ^ h i i a i y ! l a k - . .
w ogóle.
:

K o r c z y ń s k a tha«u|&gt;d u v . u a
wy­
g l ą d e m z e w n ę l r / . n y m od c h a ł u p wsi oko;U :nyc;i prze­
de wszystkim ilością okien, (o jest lU-luiaiius kuf.^-kw e n c j ą 2 izb w amfaaJzic; WHŻ&gt;.iit.-j&gt;z.ynł atol: f;.k-

�Legenda:

Wr — warsztat, I - izba,
iz — izdebka, Ko komoro,
S - sień, St — stajnia,
B - boisko.

1 — Kombornia,
(wym.: szer.
3,6 m, I —
3,9 m). Wł.
2 — Kombornia,
Stanisław

plan zagrody nr 3, bud. w 1834 r.
Wr ~ 5,6 m, Ko — 1,5 m; dl. W r —
5,0 m, S — 3,0 m , St — 4,5 m B —
Zofia KtapfcoWi.
plan chałupy
bud. w 1781 r. Wł.
Krzysik.

Kombornia
plan chałupy
ew. ok 1780 r
iel

6

a

tr0m

nr 134, bud. ok. 1800 r.,

? / , H T? u ici £,
r ° \ Vlan
zagrody
nr 411, bud. ok. 1840 r. Wł. Jan
Urbanek.
Kombornia,
plan chałupy nr 93, bvd. ok. 1850 r.
(wym.: szer. 7,0 m; dl Wr — 3,5 m, I — 4,8 m,
S — 2,7 m, St — 3,7 m). Wł. Wojciech
Preisner.
Odrzykoń,
plan chałupy
nr 199, bud. w 1874 r.,
komora dostawiona
później,
gdy pierwotną
ko­
morą zamieniono na izbę. Wl. Jan
Preisner.
Czarnorzeki,
typowy plan starych
zagród.
Korczyna,
plan chałupy
bud. w 1780 r. Wł. Ka­
rol W i n i a r s k i .
G

r a

W-

82
ZI

�tern jest funkcja drugiej izby, k t ó r a — j a k j u ż w y ż e j
wspomniano — jest miejscem pracy.
Stojące t u
warsztaty -tkackie (często po 2, nawet 3 w jednej izbie)
w y m a g a ł y odpowiedniego o ś w i e t l e n i a . Ś w i a t ł o dzienne,
p r z e n i k a j ą c e do „ w a r s z t a t u " , uzależnione jest od
usytuowania c h a ł u p y w stosunku do stron ś w i a t a .
Z obserwacji terenowej w y n i k a , ż e c h a ł u p y tkackie
m a j ą lokalizację f r o n t e m na p o ł u d n i e , b ą d ź też skie­
rowane są szczytem „ w a r s z t a t u " na p o ł u d n i e . A n a l i ­
za 40 o b i e k t ó w wykazuje, że z a r ó w n o w c h a ł u p a c h
najstarszych j a k i nowszych p r z e w a ż a 5 o k i e n z tego
2 w pierwszej izbie i 3 w drugiej. Na drugim miejscu
w zesta.wieniu jest 6 oki sn z tego ponownie
2
oierwszei izbie i a ż 4 w druffiei Jeśli w drusiei izbie
znaiduia sie 3 okna to 2 z nich sa w ścianie &lt;57C7Vfo
w e i trzecie zaś w W ł a d k u ™ * t u « w n i » r h J L v
a

frontom na n o ł u d m e
JndniP
wfiwr

hih

Crfv

' lL

nd

»«
ft t

?a*n(iii

rftumł**7ki™,«7W

„' ! , »
?

m

n»

™

I^TnnJ„HnLr "
!H 711 ,'
a

" rip n k n n , 7 , 1 * , « T i .
W

,v

, ™ 7 7 n
z

a

e

w

m

a

i

l

sobie j a k n a j w i ę k s z ą i l o i ć ś w i a t ł a
P
Nie l e k c e w a ż o n o jednak r ó w n i e ż ś w i a t ł a p ó ł n o c ­
nego, o czym ś w i a d c z y spory odsetek c h a ł u p z 4 o k ­
nami w „ w a r s z t a c i e " . W takich wypadkach umiesz­
czano 2 okna w ś c i a n i e szczytowej, 2 p o z o s t a ł e zaś
w ś c i a n a c h d ł u ż s z y c h c h a ł u p y . P o s t ę p o w a n i e podobne
przy 3 oknach w „ w a r s z t a c i e " b y ł o zjawiskiem w y ­
j ą t k o w y m (tabl. 1/3). Jeszcze dziś m o ż n a znaleźć cha­
ł u p y , w k t ó r y c h ilość okien w „ w a r s z t a c i e " odbiega
od p r z e c i ę t n e j liczby. N p . dwie stare c h a ł u p y tkackie
w Korczynie i W o l i K o m b o r s k i e j m a j ą w „ w a r s z t a c i e "
aż 7 okien, z tego 3 w ścianie szczytowej i po 2 w
ś c i a n a c h dłuższych. »
Zaopatrywanie w okno l u b okna ściany północnej
czy wschodniej m i a ł o prawdopodobnie sens szczegól­
nie w ó w c z a s , gdy w izbie b y ł y ustawione 2 lub 3
warsztaty tkackie. W i ę k s z a ilość okien w starych

c h a ł u p a c h b y ł a konieczna r ó w n i e ż ze w z g l ę d u na ich
w y m i a r y , k t ó r e w a h a ł y się w granicach 40X30 cm. »
I n t e r e s u j ą c y jest fakt, że w ł a ś n i e w najstarszych
zachowanych obiektach (budynek n r 430 w Korczynie
z 1756 r., budynek nr 410 w Korczynie z 1770 r.,
budynek K a r o l a Winiarskiego w Korczynie z 1730 r.)
„ w a r s z t a t " ma aż 4 okna. Prawdopodobnie szczegół
ten z w i ą z a n y jest z istnieniem w n i m k i l k u warszta­
t ó w , k t ó r e w X I X w . zaczęto r e d u k o w a ć , gdy nie b y ł o
j u ż tak szerokiego zbytu na s a m o d z i a ł o w e p ł ó t n a .
1 B

Inne szczegóły z w i ą z a n e z b u d o w ą c h a ł u p y (tip.
łączenie k r o k w i , k o n s t r u k c j a drzwi, odrzwi, okien itp.),
k t ó r e nie są typowe dla k o r c z y ń s k i e j c h a ł u p y tkac­
kiej, lecz są powszechne w szerszym p r o m i e n i u , nie
b ę d ą t u omawiane.
Z w r ó ć m y jeszcze u w a g ę
na zagadnienie, k t ó r e
t y l k o wspomniane zostało na p o c z ą t k u , a mianowicie
na n o m e n k l a t u r ę drugiego pomieszczenia mieszkalne­
go. Nazywanie go „ w a r s z t a t e m " p r z e t r w a ł o powszech­
nie do c h w i l i obecnej, m i m o ż e często w domu od
dawna nie m a już w a r s z t a t ó w t k a c k i c h , co w i ę c e j ,
w nowych domach dwuizbowych drugie pomieszczenie
nazywane jest „ w a r s z t a t e m " nawet w ó w c z a s , gdy jego
m i e s z k a ń c y nigdy b e z p o ś r e d n i o nie z e t k n ę l i się z t y m
n a r z ę d z i e m produkcji.
Zasięg nazwy „ w a r s z t a t " w y k r a c z a poza wsie: K o r ­
czyna, Komboraia, Wola Komborska i O d r z y k o ń ;
znajdujemy ją r ó w n i e ż w K r o ś c i e n k u W y ż n e m , Czarnorzekach i B i a ł o b r z e g a c h . " D l a K r o ś c i e n k a , k t ó r e
b y ł o pierwotnie o s a d ą czysto n i e m i e c k ą , charaktery­
styczny jest u k ł a d w n ę t r z pokazany na tabl. I I / 4 ,
a w i ę c nietypowy dla omawianej c h a ł u p y tkackiej.
M i m o to izba mniejsza b y w a t u nazywana „ w a r s z t a ­
tem". O k r e ś l e n i e to zostało t u przeniesione z Korczy­
ny i miesza się z terminem „ i z d e b k a " , powszechnie
spotykanym we wsiach l e ż ą c y c h na
p o ł u d n i e od
Krosna,

11. 4. Dom z 1846 r.,
Korczy­
na, pow. Krosno.
W i . Maria
Cieplik,
83

�7

Bardziej i n t e r e s u j ą c e jest przeniesienie tej nazwy
do Czarnorzek, wsi leżącej na obszarze zamieszka­
n y m przez tzw. Z a m i e s z a ń c ó w , t j . l u d n o ś ć m i e s z a n ą
p o l s k o - r u s k ą . W czasie b a d a ń znaleziono w tej w s i
tylko jedną chałupę z układem wnętrz odpowiadają­
cym planowi na tabl. 1/4, a j e d n o c z e ś n i e stwierdzo­
no, że t y p o w y m rozplanowaniem w n ę t r z a c h a ł u p y w
Czarnorzekach jest z w y k ł y d w u t r a k t (tabl. II/7) z izbą
i „ w a r s z t a t e m " po jednej stronie sieni oraz s t a j n i ą
i k o m o r ą po drugiej. Szeroka wjazdowa sień p e ł n i ł a
(i pełni) z b r a k u stodoły j e d n o c z e ś n i e f u n k c j ę boiska,
natomiast w Korczynie, K o m b o r n i i t d . oprócz b u ­
dynku mieszkalnego, ze s t a j n i ą pod jednym dachem,
w s k ł a d starej zagrody wchodziła
często stodoła
z dwoma „ p r z y c z ó ł k a m i " , t j . s ą s i e k a m i , czasem spich­
lerz z oborą.
18

18

Tych p a r ę uwag orientuje, że nie ma w ł a ś c i w i e
ż a d n e g o p o d o b i e ń s t w a między budownictwem K o r ­
czyny, K o m b o r n i i t d . a budownictwem Czarnorzek,
podobnie jak nie ma m i ę d z y n i m i analogii osadni­
czych, Czarnorzeki założone zostały później niż K o m ­
bornia (2. pol. X I V w.) czy Korczyna (koniec X I V w.)
i z całą p e w n o ś c i ą p r z e w a ż a ł t u p o c z ą t k o w o element
ruski (podobnie jak w innych wsiach „ Z a m i e s z a ń c ó w " ) ,
skoro w 1600 r. wybudowano t u cerkiew, a nie kościół.
B y ć może, że o d r ę b n o ś ć etniczna Czarnorzeczan j u ż
w ó w c z a s zaznaczała się w pełni w y k s z t a ł c o n y m d w u t r a k t o w y m planem zagrody
chałupy z sieniąboiskiem. M o ż n a w n i o s k o w a ć o t y m na tej podstawie,
że t y p ton (odnośnie do starych d o m ó w ) do dziś jost
oow^zfchtiv i i^dvnv fnalozY t u wvk3uczvć dom M a r i i
Kwolek
fcVórv
l L n n o w v / i a k również
u

m

nf

nv

„

P

hvł L n a Z

™

*

.

n

Jńwr-L

;»

„„

n

L

ZZjr™,&gt;

i

m

l

r

„

T „ L i

KnrU^

iThv

l -Z!;?
•„,
Jl
1 ^ 7 ^ ^ ™ » ™ ^
wiający jest w t y m wypadKu tylKo la-Kt
«°™j*°
zaniku w ł a s n e j nazwy na drugie pomieszczenie miesz­
kalne, co ewentualnie m o ż n a by t ł u m a c z y ć t y m ze
pierwotnie było ono c i e m n ą k o m o r ą M o r ą zamienio¬
no na miejsce pracy, czyli „ w a r s z t a t . P o c h o d z ą c a
t

c a

z Korczyny nazwa m o g ł a zostać uznana za „ s z l a c h e t ­
niejszą", gdyż Korczyna b y ł a w stosunku do Czar­
norzek miasteczkiem i p u n k t e m h a n d l o w y m " . Naz­
wa ta została p r z y j ę t a w Czarnorzekach z a r ó w n o
przez l u d n o ś ć polską, jak i r u s k ą (50°/»), m i m o że ci
ostatni nie zajmowali się tkactwem » .
R o z w a ż a n i a dotychczasowe w m a ł y m t y l k o stop­
niu n a ś w i e t l a j ą g e n e t y c z n ą s t r o n ę zagadnienia i to
t y l k o z technicznego p u n k t u widzenia, a nie histo­
rycznego, bez k t ó r e g o trudno jest r o z w i ą z a ć ten
problem. Niestety, brak danych ź r ó d ł o w y c h zmusza
do u ż y w a n i a t r y b u p o p u s z c z a j ą c e g o . N i e w ą t p l i w e
jest t y l k o , że teren, na k t ó r y m w y s t ę p u j e omawia­
na c h a ł u p a tkacka, b y ł bardzo silnio skolonizowany
przez o s a d n i k ó w niemieckich. W t y m samym mniej
w i ę c e j czasie, :za panowania Kazimierza Wielkiego,
p o w s t a j ą jako osady niemieckie K r o ś c i e n k o i K o m ­
bornia. W k r ó t c e w pobliżu K o m b o r n i wyrasta Wola
Komborska (1457 r.), a pod zamkiem o d r z y k o ń s k i m
(kamienieckim) wieś Eremberg, k t ó r a w 1446 r "wra­
ca TUŻ do swei pierwotnie Dolski&amp;i nazwy — Odrzv
k o ń * Kombornia nnezatkowo r ó w n i e ż m i a ł a n a z w ę
czysto niemiecka * Odnośnie « do K r o ś e i e n k a dn
skonałvm
świadeetwem
etnirmei
nr7vnale&gt;rinśri
osadników » l i t h l i ™ ń w
n r ^
7 a

7

niemieckimi'
T u też t k w i zagadka powstania o ś r o d k a tkackie­
go, a oo za t y m idzie i c h a ł u p y tkackiej z amfilad o w y m u k ł a d e m izb. M o ż n a p r z y p u s z c z a ć , że w ł a ś n i e
k o r c z y ń s k a grupa osadnicza p r z y n i o s ł a ze sobą do­
s k o n a ł ą z n a j o m o ś ć tkactwa, gdyż pobliskie Krosno
ani w c z e ś n i e j , ani później nie o d g r y w a ł o w tej dzie­
dzinie d o m i n u j ą c e j r o l i . Ś w i a d e c t w o dobrej znajo­
mości tkactwa w ś r ó d niemieckich k o l o n i s t ó w daje
już w X V I w . M a r c i n Bielski pisząc:
ale że b y ł
l u d gruby, nie waleczny, o b r ó c o n o ie do roley, do
k r o w , bo sery dobrze czynią, zwłaszcza w Spiszu
y na P o d g ó r z u , drudzy też k ą d z i e l dobrze p r z ę d ą ,
y przetoż płócien z P o d g ó r z a u nas n a y w i ę c e y " .
M

II. 5. Dom z okresu
między
1780—1800
r.,
Komoornia,
pow. Krosno.
Wł.
Stanisław
Wawrzykowicz.

t

i

�S ł o w a te, p e ł n e p o c h w a ł y dla t k a c t w a na P o g ó r z u ,
m u s z ą odnosić się i do naszej Korczyny.
J e ś l i dostrzegamy w p ł y w elementu obcego na roz­
w ó j tkactwa, to nie stwierdzamy tego zjawiska w
odniesieniu do c h a ł u p y tkackiej. P r z e m a w i a j ą za t y m
fakty, że osadnicy niemieccy, k t ó r z y przez dość długi
okres czasu t w o r z y l i z w a r t ą g r u p ę społeczną (o czym
ś w i a d c z y u ż y w a n i e jeszcze w p o ł o w i e X V I w . nie­
mieckiego j ę z y k a ) , m i e l i czas na zakorzenienie w ł a s ­
nego s t y l u budownictwa, a nawet na narzucenie go
kmieciom polskim, co się jednak nie s t a ł o . W r ę c z
przeciwnie, koloniści p o l o n i z u j ą się w całej swej m a ­
sie, p r z y j m u j ą c miejscowe zwyczaje i tradycje.
Można p r z y p u s z c z a ć , że c h a ł u p y tkackie z wczes­
nego okresu pokolonizacyjnego p o s i a d a ł y t y l k o j e d n ą
izbę m i e s z k a l n ą , a r o z w ó j w e w n ę t r z n y c h a ł u p y w
k i e r u n k u w z d ł u ż n y m zaczął się od sztucznych prze­
działów poprzecznych izby, m a j ą c y c h na celu oddzie­
lenie p r a c u j ą c y c h tkaczy od b y d ł a s t o j ą c e g o w izbie
i — co w a ż n i e j s z e — od dymnego pieca. Przypusz­
czenie t a k i e potwierdzają, i s t n i e j ą c e dziś jeszcze cha­
łupy, dawniej dymne, w k t ó r y c h dokonano p o d z i a ł u
pierwotnie jednego pomieszczenia (izba, piekarnia)
na k u c h n i ę (izba) i i z d e b k ę . T a k i proces rozwojowy
m o ż n a często z a o b s e r w o w a ć we wsiach p o w i a t u gor­
lickiego, jasielskiego i tarnowskiego. W tak p o w s t a ł e j
c h a ł u p i e o d w u izbach m ó g ł n a s t ą p i ć dalszy r o z w ó j
w n ę t r z a , scharakteryzowany
początku.
Analogicznie do c h a ł u p y k o r c z y ń s k i e j ,
budynki
mieszkalne z dwiema izbami w u k ł a d z i e a m f i ł a d o w y m , w z d ł u ż k t ó r y c h biegnie komora, w y s t ę p u j ą
r ó w n i e ż n a Ł e m k o w s z c z y ź n i e gorlickiej (np. w i e ś
P ę t n a , M a ł a s t ó w , Ropica G ó r n a ) , a sporadycznie w
Sanocktem i Brzozowskiem (np. B l i z n o ) " . Co do wsi
Blizne m o ż n a p r z y p u s z c z a ć , że p o d o b i e ń s t w o w roz­
planowaniu w n ę t r z a jest w y n i k i e m bliskiego jej s ą ­
siedztwa z wsiami t k a c k i m i spod Krosna. W innych
jednak wsiach, a szczególnie u Ł e m k ó w gorlickich,
c h a ł u p y takie s ą w y t w o r e m miejscowym, chronolo­
gicznie p ó ź n i e j s z y m (2. pol. X I X w.), w y r o s ł y m na
gruncie ewolucji. W s k a z y w a ł o b y to, że r ó w n i e ż cha­
ł u p a k o r c z y ń s k a m o g ł a r o z w i n ą ć się samoistnie na
Kruncie rodzi m y m
bez u d z i a ł u w o ł v w ó w obcych
Dotvczv to szczLólnie ewentualnego
Niemk o l o n i s t ó w , k t ó r z y mogli p r z e n i e ś ć n i e k t ó r e

LTWU

C7f&gt;7ft?ółv i r c h i t p k t r i n i r 7 n p
,11

ze

twJnrvrh

tfarwh

, dvh
a

f i I p „ T

pozwairnrprzTp™

frm
Rrnk

L^Zfńi

9 i7"hv w
iPrtnak-

'Ymfilir^ipł
riarwrf.

dn

^rr^Zch

II. 6. Dom z 1810 r., Krościenko
Wł. Jan
Podkul.

Wyżne,

pou&gt;.

Krosno.

natomiast zwrócić u w a g ę , że np. stare c h a ł u p y t k a ­
czy ł u ż y c k i c h p o s i a d a ł y t y l k o j e d n ą i z b ę . Tak sa­
mo było na D o l n y m Ś l ą s k u , gdzie w jednej izbic
opatrzonej wieloma oknami s t a ł o .kilka w a r s z t a t ó w
tkackich .
Nomenklatura
architektoniczna
w
Korczynie,
K o m b o r n i i t d . jest w y r a ź n i e jednoznaczna; nazwy
w rodzaju „ p r z y c z ó ł e k " (sąsiek), „boisko", „ s p o d e k "
(podwalina), p o g r ó d k a " , „ d y m n i k " , „ p i ę t k a " (kołek
w b i t y w k r o k i e w pod p i e r w s z ą l i s t w ą ) , „ z a t y l n i k "
(szczyt przy domu dwuspadowym), „koźliny", „ k a l e ­
nica" lub
wierzb"
oosadzka" (nłaszczyzna pieca
chlebowego) , „ n a l e p a " , „ w i a t r a k " , „ z a w ó j " (zasu! S

2B

3U

(bant) SQ dość j n o c n v m do™
w o dcm że we wsiach p i e r w o t n i e niemieckich b u d o w ­
nictwo miało wszelkie cechy r o d z i m e .
R e a s u m u j ą c wszystko, co zostało t u powiedziano
na temat c h a ł u p y tkackiej z okolic Krosna, n a l e ż y
s t w i e r d z i ć , że wsie: Korczyna, K o m b o r n i a,
Wola
Komborska, O d r z y k o ń , zasiedlone kolonistami nie­
m i e c k i m i , r o z w i n ę ł y na s k a l ę z a w o d o w ą domowy
p r z e m y s ł t k a c k i , k t ó r y to czynnik z a w a ż y ł na k s z t a ł ­
t o w a n i u się w n ę t r z a c h a ł u p y z osobną izbą do p r a ­
cy z w a n ą powszechnie warsztatem" Nazwa ta prze­
n i k n ę ł a do k i l k u s ą s i e d n i c h wsi. O m ó w i o n y t y p cha­
ł u p y r o z w i n ą ł się na polskim terenie, o czym ś w i a d ­
czy z i r ó w n o nazewnictwo j a k i o ó l n e p o d o b i e ń s t w o
szczegółów technicznych na c a ł y m obszarze P o g ó r z a .
3l

ff

Warto

PRZYPISY
1

Por. Madurowicz j P o d r a ż a , Regiony
gospodar­
Małopolski
zachodniej
w
drugiej
polowie
w., K r a k ó w — W r o c ł a w 1958, s. 112.
Jw.
Wł. Sarna, Opis p o w i a t u krośnieńskiego,
Prze­
m y ś l 1898, s. 245.
Madurowicz i P o d r a ż a , op. cit., na s. 112 poda­
ją, że do n a j w a ż n i e j s z y c h w s i tkackich w w o j . rze­
szowskim n a l e ż ą : Libusza, Korczyna, Komborni a, S ę ­
kowa, Siary, Rzepiennik, Olszyny, Czechowice, L u b eza i Ryglice.
To samo znajdujemy r ó w n i e ż u Wł. Sarny, op.
cit., s. 355—356.

cze
XVIII
2

3

4

5

6

Szkic niniejszy oparto na m a t e r i a ł a c h a r c h i ­
w a l n y c h IS P A N w Krakowie, zebranych w czasie
b a d a ń w 1959 r.
' Br. Gustawowicz w szkicu O ludzie
Podduklańakim w ogólności,
a Iiooniczanach
w
szczególności,
L w ó w 1900, osobna odb. z „ L u d u " , t. V I , s. 19 p i ­
sze: „...w Iwoniczu p r a w i e k a ż d y gospodarz zna się
na tkactwie".
Brzmienie ludowe: warsztat, warstat, wasztat.
B r a k d o w o d ó w na o m a w i a n y m terenie o d n o ś ­
nie do podanej hipotezy jest całkowicie z r o z u m i a ł y ,
jeśli w e ź m i e m y pod u w a g ę s p o r a d y c z n o ś ć w y s t ę p o ­
wania tego Todzaju c h a ł u p y .
8

a

85

�w Por. J. Czajkowski, Zagroda wydłużona
typu
bielsko-hajnowskiego,
„ P o l s k a Sztuka Ludowa", 1961,
nr 3, s. 163, przyp. 9.
O t w ó r ten w terminologii ludowej omawianych
wsi b y w a nazywany r ó w n i e ż „ w y g l ą d e m " , „facja­
tom", „ f a c y j a t e m " . Geneza „ w i a t r a k u " łączy s i z po­
w a ł ą w sieni. W czasach k i e d y nie było tam p o w a ł y ,
s ł o m ę podawano przez sień. Z chwilą l i k w i d a c j i k u r ­
nych p i e c ó w i niestosowania m ł o c k i w sieni, zaczęto
t u kłaść p o w a ł ę . T y m s a m y m w i ę c n i e m o ż l i w e stało
się podawanie .słomy przez sień..
W c h a ł u p i e z 175e r. „ d y m n i k " jest w y c i ę t y
nad drzwiami do sieni. Pierwotnie nie b y ł o go w
ogóle. 'Należy p r z y p u s z c z a ć , że w y c i ę t o go dlatego,
by zapobiec zbyt częstemu, zwłaszcza w zimie, o t w i e ­
r a n i u d r z w i do sieni celem wypuszczenia dymu.
W y s o k o ś ć p o w a ł w poszczególnych c h a ł u p a c h
jest bardzo z r ó ż n i c o w a n a , np. w c h a ł u p i e z 1834 r.
dla W r — 2,3 m . I — 2,8 m , S — 3,0 m, St — 2,1 m ;
w c h a ł u p i e z 1850 r. dla W r — 2,4 m , I — 2,5 m ,
S — 2,7 m , St — 2,0 m ; w c h a ł u p i e z 1863 r. dla
W r — 2,3 m , I — 2,6 m , S — 2,8 m , St — 2,3 m ; w
c h a ł u p i e z 1860 r. dla W r — 2,55 .m, I — 2,55 m, S —
2,5 m, St — 1,9 m . We wszystkich przypadkach po­
w a ł ę w sieni z a k ł a d a n o p ó ź n i e j .
" W i a d o m o ś ć t ę p o d a ł doc. Fr. K o t u l a w refe­
racie T y p y c h a ł u p na Rzeszowszczyźnie,
wygłoszo­
n y m na Zjeździe P T L w Ł a ń c u c i e dn. 29.IX.1962 r.
" Np. w c h a ł u p i e Andrzeja Wilusza w Korczy­
nie, budowanej w 1756 r., okna szczytowe m a j ą w y ­
miar 44 X 37 cm oraz 4 3 X 3 9 cm, zaś w ś c i a n a c h
dłuższych 60 X 50 cm, ale wszystkie już p o w i ę k s z a ­
ne. W bardzo -starym domu Rozalii Szender w K o r ­
czynie — Podzamczu 2 okienka w „ w a r s z t a c i e " są
sześcioszybkowe i m a j ą w y m i a r 55 X 49 om, zaś
szczytowe jest jednoszybkowe o w y m i a r z e 34 X 30 cm.
W c h a ł u p i e K a r o l a Winiarskiego w Korczynie budo­
wanej w 1780 r. w ś c i a n a c h k r ó t s z y c h „ w a r s z t a t u "
b y ł y dawniej okienka na s z e r o k o ś ć belki, r z u c a j ą c e
snop ś w i a t ł a na osnowę, założoną na warsztacie
tkaekim.
» Do upadku r ę k o d z i e l n i c t w a p r z y c z y n i ł a się
znacznie konkurencja zagranicznych fabryk
(Słownik
Geograficzny
Królestwa
Polskiego
i innych
krajów
siotoia-ńskicK, t. I V , Warszawa 1883, s. 398, h a s ł o :
Korczyna).
« O d n o ś n i e do wsi Białobrzegi nie m o g ę nic po­
wiedzieć, gdyż nie prowadzono ,t"u b a d a ń , natomiast
Wł. Sarna (Opis p o w i a t u k r o ś n i e ń s k i e g o , op.
eit,
s. 71) pisze, że d r u g ą izbę n a z y w a j ą t u „ w a r s z t a t e m " .
L u d n o ś ć tutejsza nie z a j m o w a ł a się tkactwem, a g ł ó w ­
nie — poza u p r a w ą r o l i — m u l a r s t w e m i strycharstwem. W 1898 r. b y ł t u t y l k o 1 tkacz (s. 342).
" Jest to c h a ł u p a n a l e ż ą c a do M a r i i Kwolek, w y ­
budowana w 1888 r.
"&gt; W Czarnorzekach d a w n ą z a g r o d ę s t a n o w i ł t y l ­
ko 1 budynek, z konieczności w i ę c m ł ó c o n o w sieni.
» O d n o ś n i e do Korczyny nie u d a ł o się znaleźć
w i a d o m o ś c i czy p o s i a d a ł a ona prawa miejskie. A r c t
w Nowoczesnej
Encyklopedii Ilustrowanej, Warszawa
1938, s. 658, nazywa j ą miasteczkiem. To samo znaj­
dujemy w Wielkiej ilustrowanej
encyklopedii
po­
wszechnej, w y d . „Gutewberg", K r a k ó w (1930), t. X X
(uzupełniający). Wł. Sarna, op. c i t , na s. 2 pisze: „ w
powiecie k r o ś n i e ń s k i m leżą 3 miasta: Krosno, Dukla,
Korczyna i jedno miasteczko: Jedlicze". W innych
11

?

1 1

1 !

J

Fot. Jerzy

Czajkowski

miejscach nazywa ją miasteczkiem. Jako o miasteczku
podana jest o Korczynie w i a d o m o ś ć w
Słowniku
Geograficznym
(1883), s. 398, natomiast Encyklopedia
Powszechna,
w y d . Orgelbranda, Warszawa 1864, s. 485
w y m i e n i a j ą jako wieś. W dokumencie z 1628 t.
(Transakcja rozgraniczenia Korczyny z K r o ś c i e n k i e m ,
Teka Scfiineidra, n r 777, A r c h . P a ń s t w , na Wawelu)
r ó w n i e ż w y s t ę p u j e j a k o wieś. Jako w i e ś wymieniona
jest t a k ż e w w y d a n y m przed I I w o j n ą ś w i a t o w ą
Skorowidzu
Miejscowości Rzeczypospolitej Polskiej
z oznaczeniem
terytorialnie
im
właściwych
władz
i urządzeń komunikacyjnych,
P r z e m y ś l [po 1931], s. 755.
B y ć m o ż e , że Korczyna zawdzięcza n a z w ę miasteczka
w y j ą t k o w o d u ż e j ilości m i e s z k a ń c ó w (kon. X I X
i pocz. X X w . — ok. 5000 m i e s z k a ń c ó w ) i uznaniu
jej przez s ą s i e d n i e wioski za p u n k t n a n d l o w y , do
czego n i e w ą t p l i w i e p r z y c z y n i ł się r o z k w i t tutejszego
tkactwa.
" W Czarnorzekach i s t n i a ł bardzo w y r a ź n y po­
dział pracy m i ę d z y l u d n o ś c i ą p o l s k ą i r u s k ą . Rusini
zajmowali się u p r a w ą l n u i jego p r z e r ó b k ą , natomiast
tkaniem t r u d n i l i się p r z e w a ż n i e Polacy. Rusini zaj­
m o w a l i się na s z e r o k ą s k a l ę — oprócz gospodarki
rolnej — d o m o w y m p r z e m y s ł e m d r z e w n y m . Po­
wszechnie też zajmowano s i ę t u o b r ó b k ą kamienia
(żarna, osełki itp.).
O d r z y k o ń pojawia się w i r ó d ł a o h z 1392 r.,
a w niemieckim brzmieniu w 1410 r. (por. A . Fast¬
nacht, Osadnictwo ziemi sanockiej w latach 1340—1650,
W r o c ł a w 1962, s. 125).
P o c z ą t k o w o Kalbornya, Kalnborna, K a l m b o r nia, później Komborna, wreszcie K o m b o r n i a (Wł. Sar­
na, op. cit., s. 359—360; A. J a b ł o n o w s k i , Polska XVI w.
pod względem
geograficzno-statystycznym,
„Źródła
Dziejowe", t . X V I I I , cz. I , Warszawa 1902, s. 147.
"
Wł. Sarna, op. cit., s. 362.
« Niemiecka nazwa Korczyny b r z m i a ł a w 1410 r.
Kotkenhaw, a w 1419—1452 r. Kockenhaw
(por.
A . Fastnacht, op. cit., s. 127), ś r e d n i o w i e c z n e
zaś
brzmienie (Kotthczma, Kothczyna) z a c h o w a ł o się do
c h w i l i obecnej (Kotczyna). Jako Kotczyna w y s t ę p u j e
już w 1515 r. (A. J a b ł o n o w s k i , op. cit., s. 147), a na­
s t ę p n i e w c y t o w a n y m w y ż e j dokumencie z 1628 r.
i to z a r ó w n o w t e k ś c i e pisanym po polsku, j a k i po
ładnie.
„Kronika
Polska"
Marcina
Bielskiego,
Warsza­
wa 1829, K s i ę g a I , s. 142, Z b i ó r Pisarzów
Polskich,
cz. 4, tom X I .
» W e d ł u g m a t e r i a ł ó w archiwalnych Muzeum B u ­
d o w n i c t w a Ludowego w Sanoku. We wsi Blizne, pcw.
Brzozów, jest k i l k a c h a ł u p , w t y m jedna nawet
z 1820 r. o planie podobnym do przedstawionego na
Tabl. I I / 5 . B y ć może, że . ą one wzorowane na c h a ł u ­
pie k o r c z y ń s k i e j , w ż a d n y m w y p a d k u odwrotnie.
Eberhard Deutsehmann, Lausitzer
Holzbau¬
kunst, Bautzen 1959, s. 63.
Wg relacji mgr H . Bittner-Szewczykowej, k t ó r a
p r o w a d z i ł a badania nad tkactwem l u d o w y m na D o l ­
nym Śląsku.
° W Korczynie „ p o s a d z k ę " n a z y w a j ą
również
„watrą".
Istnieje wprawdzie
k i l k a nazw jak
„trom",
„szorc", „spichrz", „ t r a g a r z " , pochodzenia niemieckie­
go, ale są one rozpowszechnione na c a ł y m obszarze
P o g ó r z a , wobec czego m a j ą związek nie t y l k o z cha­
ł u p ą t k a c k ą z okolic Krosna.

— i i . 2—4; Jan Swiderski

2 1

2 3

S

2 8

2U

s

3 1

— U. 1, 5, 6. Rys. Jerzy

Czajkowski

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10037" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10015">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/f845abb6ad5e1ed1d25dfab09e69447b.pdf</src>
        <authentication>8edd4bc155fa667c8fb45947d0c83a1e</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119371">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5073</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119372">
                <text>2003</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119373">
                <text>budownictwo ludowe</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119374">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4706</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119375">
                <text>Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie / LUD 2003 t.87</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119376">
                <text>LUD 2003 t.87, s.111-172</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119377">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119378">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119379">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119380">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119381">
                <text>Lud, t. 87,2003

JERZY CZAJKOWSKI
Sanok

DACH Z "KOSZYCZKIEM"
W DAWNYM POLSKIM BUDOWNICTWIE

Tytułem wstępu
W zbiorze referatów, wygłoszonych na naukowej konferencji w Svidniku
w dniach 9-10 września 1999 roku: Tradźcie stavitel'stva a byvania na 810vensku, wydanym w 1999 roku, znalazł się m.in. referat Henryka Olszańskiego Budownictwo chłopskie na pograniczu polsko-ruskim na Podkarpaciu.
Wzajemne powiązania i różnice'. Nie chodzi o sam referat, który jest dość
ogólnikowy, ale o jedną z publikowanych fotografii (ibidem, s. 48) z następującym podpisem: "Koszyczek" na dachu łemkowskiej chałupy. Grab k. No-

wego Żmigrodu. "Kośicek" na streche lemkovskeho domu. Grab pri Novom
Zmigrode. Foto R. Reinfuss. Jest to oczywiście zdjęcie wykonane przez Romana Reinfussa, które przez niego samego było kilkakrotnie publikowane
(1934, s. 98, ryc. 8; 1947, s. 194, tab!. 11/5 oraz s. 198; 1998, fot. 19). Wszędzie w podpisach wymieniona jest wieś Biała Woda, która znajduje się na
tzw. Rusi Szlachtowskiej w pobliżu Szczawnicy. Być może, wskutek mimowolnej pomyłki autora referatu, w podpisie pod zdjęciem (tu: ryc. 1) znalazła
się miejscowość Grab koło Nowego Żmigrodu. Gdyby Biała Woda i Grab
leżały w pobliżu siebie, pomyłka nie miałaby większego znaczenia, ale wsie
te oddalone są od siebie przeszło 60 km w prostej linii.
Według Reinfussa, który prowadził swoje badania na początku lat 30., dachy z koszyczkami widywało się w sąsiednich wsiach: Szlachtowa, Biała
Woda, Jaworki, także w Beskidzie Sądeckim w Wierchomli Wielkiej i w Uhryniu (1947, s. 198, oraz 1934, mapa 2). Ponadto w tamtych czasach istniała
jedna chałupa na Łęgach, przysiółku wsi Ropy, nad rzeką a tej samej nazwie,
która na obu szczytach dachu posiadała dobrze zachowane koszyczki. Praw-

l Zamieszczony
w: Tradicie stavitel stva a byvania na Slovensku, red. M. Sopoliga, Bratislava-Svidnik 1999, s. 35-49.

�112

Jerzy Czajkowski

dopodobnie był to wypadek szczególny, bowiem w innych chałupach w Ropie tej ozdoby dachu nie było. Ropę od Grabu dzieli ok.
35 km w prostej linii, z dziesiątkami wsi,
w których nigdy nie konstruowano koszyczków przy dachach. Dotyczy to również obszaru północnej Słowacji, od Spisza po wschodnią granicę. W tym rejonie koszyczków nie
było. Stąd też przypadkowe oznaczenie Grabu jako wsi, w której był dach z koszyczkiem,
musi wprowadzić w błąd, szczególnie przyszłe pokolenia badaczy, może też sugerować,
że na obszarach pomiędzy Białą Wodą i Ropą
a Grabem były inne wsie, w których stosowano koszyczki w szczytach dachów. Do tego zagadnienia wrócimy niżej.
Ryc. \. Biała Woda k. Szczawnicy.
Fot. R. Reinfuss.

Chałupa z Wierchomli
W związku ze zniszczeniem dużej liczby budynków w czasie i po Akcji
"Wisła" w 1947 roku mogły zniknąć takie, które miały dachy z koszyczkami,
chociaż R. Reinfuss w żadnym miejscu nie stwierdza, że koszyczki we wsiach
po stronie polskiej były zjawiskiem pospolitym. Być może, iż jako jedyna
zachowała się chałupa Jana Durlaka w Wierchomli Wielkiej, którą fotografowałem w 1962 roku (Czajkowski, 1969, ilustr. 59). W 1966 roku została ona
na zlecenie Muzeum Budownictwa Ludowego zinwentaryzowana z myślą o ewentualnym przeniesieniu do Parku Etnograficznego w Sanoku. Ostatecznie budynek dostał się do skansenu w Nowym Sączu (Kroh, 1995, s. 23).
Ze względu na to, że obiektu tego do-tychczas szerzej nie omawiano, a był
typowy w budownictwie wsi w Beskidzie Sądeckim (Czajkowski, 1966, mapa
na s. 171), warto go pokrótce omówić na podstawie terenowej inwentaryzacji
W. Niezgody z 1966 roku. Wykonany został rzut chałupy, przekrój podłużny
i fragment przekroju szczytu dachu (ryc. 2 a, b, c). Dom zbudowano w 1899
roku2 na planie prostokąta. Składa się on z dwóch izb rozdzielonych sienią, która
została wbudowana na słupy pomiędzy węgłowanymi zrębami wspomnianych
izb. Do sieni prowadzi jedno wejście w ścianie frontowej. W sieni, naprzeciwko siebie, są wejścia do izb. Izba z prawej strony, od wschodu, była po2 Taką datę ustaliłem, gdy obiekt fotografowałem
i takie datowanie przyjęło Muzeum w Nowym Sączu (Kroh, 1995, s. 23), natomiast Niezgoda odczytał rok jako 1822.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

113

czątkowo tzw. zimną izbą pozbawioną urządzeń ogniowych, z przeciwnej strony była pierwotnie kuma piekarnia, o czym świadczą dwa polenie przy ścianie
działowej z sienią oraz otwór w powale (zaznaczony na rysunku), którym uchodził dym na strych. W piekarni są dwa okna, jedno w ścianie przy piecu, drugie
w ścianie frontowej. To okno jest odsunięte nieco na bok, co dowodzi, że przy
tej ścianie stało niegdyś bydło. Okno przy piecu jest mniejsze (55 x 65 cm) od
pozostałych i ma futryny słupowe. Inne okna posiadają opaski nabite wprost na
belki zrębu. W 1911 roku lokalizacj a domu w zagrodzie została zmieniona. Przy
tej okazji dokonano pewnych zmian, prawdopodobnie wówczas przed wejściem
do sieni ustawiono ganek, zimną izbę zaopatrzono w piec, a w piekarni wycięto otwór wejściowy w ścianie szczytowej do przystawionej komory. Natomiast na pewno zachowano tradycyjne powały, w piekarni z półokrąglaków
podpartych jednym tragarzem na środku, zaś w izbie z desek układanych na
zakładkę na trzech tragarzach. Różnice te były zgodne z lokalnymi zwyczajami budowlanymi.
Chałupę nakrywał trój spadowy dach, pierwotnie kryty gontem. Szczyt nad
izbą był dawniej obity gontem, u dołu opatrzony daszkiem okapowym, u góry
koszyczkiem z gontów (ryc. 3). Celem koszyczka była ochrona dymnika przed
deszczem. Ten właśnie drobny detal architektoniczny zachował się na omawianej chałupie. Nie wiemy, czy było w Wierchomli więcej takich budynków, bowiem drugi podobny koszyczek z tej wsi opublikował R. Reinfuss
dopiero w 1998 roku (s. 10). Według niego domy z koszyczkami znajdowały
się w kilku wsiach w Beskidzie Sądeckim. Sugerował on wprawdzie, że nie-

A

I

~
I

Ryc. 2. Wierchomla Wielka k. Krynicy. Rys. W. Niezgoda.

�114

Jerzy Czajkowski

gdyś koszyczki mogły sięgać na wschód do rzeki Ropy, czego dowodem byłaby chałupa "na Łęgach" we wsi Ropa (Reinfuss, 1934, s. 98 i 111). Faktycznych dowodów jednak brak.

"Koszyczki" w Polsce
Spróbujmy teraz zestawić wszystkie materiały informujące o budynkach
w Polsce, w których sąjeszcze lub były onegdaj koszyczki. Nie ma u nas ani
jednego opracowania, w którym by omawiano to zagadnienie w sposób ogólny
w jakimkolwiek z regionów. Wiadomości są rozproszone i uwzględniają pojedyncze przykłady, zwykle z obszaru południowej Polski (mapa 1). W porównaniu z naszymi sąsiadami południowymi, a także z Niemcami, było to u nas
zjawisko marginalne. W tym szkicu nie będziemy robić głębszych porównań
z sąsiadami, ale nie zrezygnujemy ze stosownych odniesień. Na wstępie musimy napomknąć o początkach zainteresowań omawianym szczegółem architektonicznym, co zresztą wiąże się z ogólnym rozwojem badań nad budownictwem ludowym. Z opracowania L. Puszeta (1903, s. 81) dowiadujemy się,
że wiadomość o dachach z koszyczkami w węgierskim regionie Szatmar została opublikowana w Wiedniu w 1866 roku, co wykorzystał natychmiast
R. Hennig3, który stwierdził, że koszyczki takie znane są z terenu Śląska.
Z którego, tego nie wiemy, ale możemy sądzić, że z ówczesnego niemieckiego Śląska. Może chodziło o kościół, który Hennig zamieścił w swym opracowaniu (1882) z podpisem, że obiekt pochodzi ze wsi Luboml (Lubomia koło
Wodzisławia na Górnym Śląsku [ryc. 4]). Z tej samej pracy zaczerpnął Mokłowski rysunek kościoła, w którym znajdujemy aż dwa koszyczki. Większy,
zbudowany z sześciu rzędów gontów, jest nad przednim szczytem nawy, drugi zaś na szczycie przedsionka (Mokłowski, 1903, s. 373). W pierwszym koszyczku, zanim zbudowano w XVII wieku osobną dzwonnicę, wisiał dzwon
(Matuszczak, 1989, s. 25-26). Kryje się w tym sugestia, że już w XVII stuleciu kościół posiadał koszyczek, czego nie możemy być zupełnie pewni, kościół ten bowiem rozebrano przeszło sto lat temu. Brak obiektu zmniejsza
wiarygodność informacji. Wyjaśnienia szukamy zatem w samej Lubomii.
Istnieje tam obecnie neogotycki, ceglany kościół. Zbudowano go w 1887
roku, taką też datę nosi duży krzyż z neogotyckimi ozdobami, ustawiony przed
frontem, na osi obiektu. Rok wcześniej rozebrano starą drewnianą świątynię
z 1516 roku (Siemko, 2001, s. 88)4, która była nakryta dachem gontowym

R. Hennig, Das deutsche Haus, Strassburg 1882.
Data ta podana jest przez dwóch autorów: H. Lutsch, Verzeichnis der Kunstdenkmiiler der
Provinz Schlesien, Bd. 1-5, Breslau 1886-1903; H. Neuling, Schlesiens Kirchorte und ihre Kirchlichen Stiftungen bis zum Ausgange des Mittelalters, Breslau 1902.
3

4

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

Ryc. 3. Wierchom la Wlk. Łemkowski dom z 1899 r.
Fot. J. Czajkowski.

Mapa 1. Występowanie koszyczków-kozubków w południowej Polsce w XIX-XX w.
Oprac. J. Czajkowski.

115

�116

Jerzy Czajkowski

z widocznym jednym koszyczkiem nad tylnym szczytem nawy (zob. ryc. 40).
A zatem ilustracja publikowana przez Henniga, Puszeta i Mokłowskiego nie
dotyczy kościoła z Lubomii tylko obiektu z sąsiedniej wsi Syryni, w której
stał drewniany kościół pod wezwaniem św. Michała. W 1938 roku przeniesiono go do Parku Kościuszki w Katowicach. Obiekt ten posiada dwa koszyczki podobne do tych na obiekcie z Lubomii. Uwzględniając prostotę rysunku w publikacji Mokłowskiego, można i należy przyjąć, że jest to ten sam
kościół (por. ilustr. 4, 36 i 40). Jest bardzo prawdopodobne, że Hennig pomylił wsie, zwłaszcza że w pobliskich Markowicach i Pstrążnem były również
kościoły z koszyczkami. Do tego jeszcze wrócimy.
Rok wcześniej przed publikacją Henniga, ukazał się w "Tygodniku Illustrowanym", t. XII (1881), rysunek Głębockiego, przedstawiający wąskofrontowy dom z Częstochowy z podcieniem na trzech słupach i koszyczkiem
w szczycie dachu (ryc. 5; por. z ryc. 10). Wiadomość tę podali, za "Tygodnikiem", zarówno Puszet (1903, s. 81),jak i A. Bachmann (1929, s. 52). Mniej
więcej w tym samym czasie Jan Matejko rysował z natury zabudowę Muszyny nad Popradem. Na niektórych obiektach (ryc. 6) widać dekoracyjne koszyczki ze sterczynami (Budownictwo, 1905). Natomiast Juliusz Kossak na
rysunku pod nazwą "Wylew Wisły pod Warszawą" (ryc. 7) uwypuklił dach
karczmy z gontowym koszyczkiem (Skowronek, 1989). Przykładem karczmy
na Podkarpaciu, w której do niedawna zachował się koszyczek, był obiekt
w Andrychowie koło Wadowic. Jego zdjęcie znajdujemy w dwóch publikacjach (Krassowski, 1961 i Moskała, 1968), ale bez słowa informacji. Można
jedynie domniemywać, że budynek mógł pochodzić z XIX wieku, ewentualnie sprzed I wojny światowej. Z. Gloger natomiast zamieścił w swojej pracy
rysunek (z 1883 roku) drewnianego dworu w Stopnicy (ryc. 8), w Kieleckiem
(t. l, 1907, s. 370). Na ściętych, górnych częściach dachu, sprawiających wrażenie naczółków, znajdują się ozdoby w formie koszyczków (na rysunku widać
tylko jeden bok dachu)5. W swoim dziele Gloger podaje jeszcze drugi przykład "domu mieszczańskiego z podgórza karpackiego" z koszyczkiem6 (ibidem, s. 227). W tym przypadku jest on umieszczony na szczycie dachu izdebki
znajdującej się na strychu (ryc. 9). Szczegóły konstrukcyjne i dekoracyjne wskazują, że dom ten stawiali cieśle znający styl "zakopiański", co dowodzi, że budynek powstał na początku XX wieku. Do Podgórza karpackiego zaliczymy
też miasteczko Ciężkowice nad Białą, gdzie w 1930 roku był dom wąskofrontowy, podcieniowy, z dużym koszyczkiem od rynku lub ulicy (Sas Zubrzycki,
ryc. 49). Ten budynek nie miał zapewne nic wspólnego z budownictwem zakopiańskim (ryc. 10).
s Ze słów Glogera (1907, t. 2, s. 124) można by się domyślać, że koszyczki były pospolite, ale
faktycznie odwołuje się on do Puszeta.
6 Z braku dokładniejszego
określenia miejsca zaznaczyłem symbolicznie na mapie punkt
w Myślenicach, ponieważ obiekt na rysunku ma cechy domu podhalańskiego.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

Ryc. 4. Kościół w Lubomii.
Wg rys. R. Henniga i K. Mokłowskiego.

Ryc. 5. Częstochowa.
Rys. wg K. Mokłowskiego.

Ryc. 6. Muszyna. Rys. 1. Matejko.

117

�118

Jerzy Czajkowski

Ryc. 7. Warszawa. Fragment obrazu 1. Kossaka
"Wylew pod Warszawą".

Ryc. 8. Stopnica, dworek. Rys. wg Z. Glogera z 1883 r.

Ryc. 9. Podgórze Karpackie.
Rys. wg Z. Glogera.

Ryc. 10. Ciężkowice. Rys. wg O. Kolberga.

Ryc. II. Wola Rasztowska.
Rys. wg O. Kolberga.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

119

Na uwagę zasługuje również rysunek w dziele Oskara Kolberga. Przedstawia on zagrodę ze zrębowym domem krytym słomą ze wsi Wola Rasztowska
pod Radzyminem, ok. 30 km na północ od Warszawy. Z widocznej strony
dach słomiany posiada pionowy, odeskowany szczyt wykończony dużym koszyczkiem z dwóch szarów (rzędów) słomy (Kolberg, 1887, po s. 40). Jego
konstrukcja nie jest widoczna, ale można się domyślać, że snopki słomy przymocowane do łukowato wygiętych łat osłaniają nie odeskowany fragment narożnika szczytu (ryc. 11). W literaturze etnograficznej znajdujemy jeszcze drugi
przykład słomianego koszyczka, tym razem z okolic Potylicza koło Rawy
Ruskiej. Ten koszyczek jest przedłużeniem kalenicy osłaniającej końcówki
krokwi szczytowych. Między nimi jest zwykle niewielki, nie zamknięty trójkąt, stanowiący naturalny dymnik. Nie wiadomo, czy było to w podanej wsi
pojedyncze rozwiązanie, czy też było takich chałup więcej (Gajkowa, 1947,
ryc. 21). Na marginesie dodajmy, że we wsiach Miletin (Frolec, 1968) i Trebsin w północnych Czechach (i nie tylko) zarejestrowano drewniane budynki,
których dachy pokryto słomą, a nad mieszkalnym szczytem dominował słomiany koszyczek z drewnianą, półokrągłą podbitką. Tego rodzaju dno czy
podbitka była w Czechach często spotykana. Służyła do wypisania na niej
daty budowy obiektu, jego fundatorów i ewentualnie pobożnej inwokacji.

"Koszyczki"

w poludniowej Polsce

Zebrane dotychczas materiały dotyczące domów z koszyczkami w Polsce
pozwalają wyróżnić cztery obszary ich występowania, a mianowicie:
l. Obszar górski od Beskidu Sądeckiego po Beskid Śląski,
2. Obszar Śląska Górnego i Opolskiego,
3. Obszar Opolszczyzny północnej,
4. Sudety.
Obszar 1. Do obszaru tego należą również wsie łemkowskie z Sądecczyzny, które omówiono na wstępie. Dodajmy do tego kapliczkę w Białej Wodzie z gontowym dachem, z dużym trój rzędowym koszyczkiem nad czołem
obiektu, nieporęcznie wykończonym sterczyną w postaci bani (Wiktor, 1956,
ilustr. nie num.). Kapliczka ta nawiązuje do bramy cmentarnej w Witanowej
na Orawie słowackiej, zbudowanej jak kapliczka, z dachem gontowym z wypukłym koszyczkiem, ale bez sterczyny (Matlakowski, 1892, tabI. II 28). Inne
rysunki Matlakowskiego ze Spisza (wsie Łapsze Niżne i Wyżne) albo budynków przy drodze między Dzianiszem a Chochołowem (Matlakowski, 1892,
tabI. 11/21, 27; tabI. XXl4) są przykładami pięknych rozwiązań dekoracyjnych o wyraźnie podhalańskim charakterze (ryc. 12). Dodajmy do tego przykłady innej w stylu, niż na Podhalu, architektury w Krempachach. Było tu
przed pół wiekiem sporo domów drewnianych i murowanych, często z czte-

�120

Jerzy Czajkowski

rema oknami od ulicy i dekoracyjnie rozwiązanymi szczytami dachów na podobieństwo architektury Spisza słowackiego. Jak dowodzą fotografie Mariana Komeckiego z 1952 roku (Komecki, 1994, s. 44, 45) miały one koszyczki
ze sterczynami (ryc. 13). Bardzo podobne dokumentował Stanisław Barabasz
w miastach spiskich na Słowacji (Barabasz, 1928, tabl. III). Na Podhalu
w końcu XIX wieku trafiały się gdzieniegdzie domy z dekoracyjnym koszyczkiem, np. w Chochołowie, w Zakopanem w domu Tadziaka, czy na niewielkim budynku młyna niejakiego Stopki. Wszystko to było przed ponad 110
laty7. Objazd po Spiszu dokonany w lutym 2002 roku pozwolił na obejrzenie
kilku starych domów i jednocześnie stwierdzenie, że koszyczki znikły z krajobrazu polskiego Spisza, tak jak to się stało już dawno w Nowym Targu.
Zdjęcie Bronisławy Kondratowiczowej z początku XX wieku prezentuje ulicę jak na Spiszu słowackim, z rzędem domów z półszczytowymi góralskimi
dachami wraz z koszyczkami i sterczynami (Mokłowski, 1903, s. 464),
z czego nie został nawet jeden świadek.
W architekturze projektowanej8 według stylu szwajcarskiego i jednocześnie zakopiańskiego koszyczki pojawiły się naj prawdopodobniej w 1891-1892 roku Musiały być zaplanowane dla Zakładu Wodoleczniczego "Hygea", który powstał w 1890-1892 roku przy ul. Krupówki. Jednocześnie warszawski architekt Józef Pius Dziekoński zaprojektował pierwszy budynek dla
Muzeum Tatrzańskiego z kilkoma koszyczkami. W tym samym roku Stanisław
Witkiewicz przygotował projekt dla "Koliby", której budowę wraz z koszyczkami zakończono w 1894 roku.
Dwa lata wcześniej jej plany
przedstawiono na wystawie we
Lwowie. Zwróćmy uwagę, że
"Koliba" przechodziła przez różne stadia przebudowy i rozbudowy (Pawlikowski, 1931, ryc. 11),
a mimo tego do dzisiaj zachowaa
ła ozdobne koszyczki (Jabłońska,
Moździerz, 1994). S. Witkiewicz
był też projektantem willi "Pod
Jedlami" w 1896 roku (Eliasz
Radzikowski, 190 I, s. 222-223),
Ryc. 12. Koszyczki z Podhala (a) i Spisza (b).
w której również uźył koszyczRys. wg W. Matlakowskiego.
ków. Wzory były czerpane za-

7 Jest zastanawiające,
że Z. Moździerz w artykule Budownictwo ludowe na Podtatrzu, "Teki KonseJWatorskie" IX, Kraków 1999, s. 115-137, ani słowem nie wspomina o koszyczkach dachowych.
8 Chciałbym zwrócić uwagę na inny artykuł Z. Moździerza, Styl zakopiańsla' w architekturze, w: Regionalizm-Region~Podhale,
Zakopane 1995, s. 22-51, w którym autor nie porusza tego tematu.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

równo z budownictwa ludowego
na Podhalu (ryc. 12 a, b) jak również ze Słowacji, o czym przekonują opracowania Matlakowskiego (1982) i Barabasza (1928).
Pocztówki z lat 80. XIX wieku
oraz z okresu między wielkimi
wojnami poświadczają, że również
w Tatrach słowackich projektowano w owych czasach prywatne wille z dachami opatrzonymi ozdobnymi koszyczkami (Gaspar, ilustr.
12, 80, 82, 110, 158, 239, 250).
I odwrotnie, architektura projekto-

121

Ryc. 13. Krempachy na Spiszu. Fot. M. Komecki.

wana (ryc. 14) po obu stronach
granicy musiała wpływać na budownictwo lokalne. Warto też zauważyć, że właśnie z zakopiańską socjetą był związany Władysław Ekielski, który był redaktorem opublikowanych w 1915 roku projektów domów wiejskich w miejsce uległych zniszczeniu w czasie wojny. Między innymi znalazł się tu projekt
domu jednorodzinnego, którego fasada przejęta została z ówczesnych domów
podhalańskich, a na obu szczytach znajdują się małe koszyczki ze sterczynami
(Odbudowa, 1915, cz. 3, typ III, tabUS). Na Orawie północnej, czyli polskiej,
koszyczki stosowano w Jabłonce, Podwilku, Podsarniu, Podszklu, Piekielniku,
Harkabuzie i Zubrzycy Górnej. Mogły występować również w okolicznych
wsiach. Oczywiście, dziś nikt nie jest w stanie powiedzieć o ich nasileniu
w poszczególnych wsiach. Wydaje się, że nie było to zjawisko tak powszechne
jak na Orawie południowej. Sto Barabasz i R. Reinfuss odnotowali je w dachach czterospadowych (Podwilk,
Podsarnie, Harkabuz), analogiczne
z bardzo niewielkim obniżeniem
połaci szczytowych
(Podwilk),
a także na dachach półszczytowo-przyczółkowych. Natomiast Sas
Zubrzycki pozostawił
rysunek
chłopskiej chałupy w Zubrzycy
Górnej ze ścianą szczytową zabezpieczoną okapem z czterech rzędów gontów i koszyczkiem pod
kalenicą z pięciu rzędów gontów
(Sas Zubrzycki, s. 133, rys. 185).
Pokrycie tych dachów na Orawie
Ryc. 14. Zakopane, willa "Cicha".
mogło być słomiane, gontowe lub
Fot. 1. Czajkowski.

�Jerzy Czajkowski

122

kombinowane, ale koszyczek pozostawał gontowy (ryc. 15). Kilka wspomnianych wersji znajdujemy w Orawskim Parku Etnograficznym. Wzorcowy pod
każdym względem jest dworek Moniaków z Zubrzycy Górnej. Jego lewe skrzydło zbudowano w XVII wieku, prawe zaś w 1784 roku. Być może, iż w trakcie rozbudowy, gdy musiano zmieniać dach, zastosowano dekoracyjne koszyczki. Z XVIII wieku pochodził również dom z Podwilka z polskim łamanym dachem. Nie ma on koszyczków przy kalenicy, natomiast podobne do
nich są półokrągłe pokrycia lukarnów w dolnej partii dachu (Jostowa, 1977;
Pokropek, 1955, ilu str. 179-182). Analogiczne były na dachach w Podsarniu
(ryc. 15 a), na budynku mieszkalnym Ignacego Kapuściaka budowanym
w 1859 roku przez jego antenata Jana Kapuściaka (ryc. 15 d). Nad lukarnami
i bocznymi połaciami były tu koszyczki (Barabasz, 1928, Orawa, tabl. IIII).
Inne budynki, które jeszcze niedawno stały na swych siedliskach, np. dom
nr 213 w Piekielniku, datowany na 1819 rok (Menel, 1980, s. 432, fot. 1095),
poświadczają odległy czas niewątpliwego zapożyczenia. W liście do autora
dr Jifi Langer z Roznova pod Radhostem informuje, że czterospadowe dachy
gontowe z koszyczkami-dymnikami
widział w Bude~ti, ok. 20 km na zachód
od Sighetu Marmatiei, a także w budynkach ze wsi Barsana w dolinie rzeki
Izy, 18 km od Sighet, co znajduje potwierdzenie w literaturze rumuńskieY
I tu niewątpliwie pełniły funkcję podkalenicowych dymników w dachach czterospadowych.
Na północno-zachodnim
obrzeżu Orawy znajdują się dwie wsie: Białka
i Zawoja. Z wsi podbabiogórskich Zawoja powstała najpóźniej, w pierwszej
połowie XVII wieku, a Białka około sto lat wcześniej. Podaję te historyczne
szczegóły, bowiem w tym kontekście istotne są słowa Anny Kutrzebianki, że
"charakterystyczną cechą dachów, choć też podobno nietutejszą i spotykaną
przede wszystkim w najbliższych wsiach na północ od Zawoi, jest wysunięcie półstożkowatego daszka goncianego wspartego często na specjalnej podstawce i nóżce drewnianej" (Kutrzebianka, 1931, s. 43). Wiele wskazuje, że
w pierwszej fazie osadnictwa Zawoi miał swój udział wołoski element etniczny, który raczej korzystał z doświadczeń budowlanych okolicznej, wcześniej osiadłej ludności, a nie przynosił własne wzory. W pewnym momencie,
zapewne dość późno, zapożyczony został wzór koszyczka od górali orawskich.
U Babiogórców był on bardzo skromny (ryc. 16 a-c), ograniczony do kilku
(Zawoja), najwyżej kilkunastu (Białka) gontów u dołu sterczyny. Częstotliwość występowania koszyczka w powyższych wsiach nie była zapewne duża.
Można tak sądzić z przytoczonej wyżej opinii A. Kutrzebianki. 40 lat później
Z. Milczanowski pisał, że "na dachach domów w rejonie babiogórskim spotkać jeszcze można tzw. koszyczek" (Budownictwo, 1983, s. 266), natomiast

9

A. Panoiu, Din arhitectura lemnui fn Romdnia, Bucure~li 1977, s. 64.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

d

Ryc. 15. Koszyczki z Orawy: a,d) Podsarnie, b,c) Podwilk, z 1859 r. (wg S. Barabasza).

Ryc. 16. Koszyczki spod Babiej Góry: a) Białka, b,c) Zawoja (wg A. Kutrzebianki).

123

�Jerzy Czajkowski

124

EJ. Sadowska (1996, s. 184) - zdaje się
z przesadą - infonnuje, że "są też bardzo
charakterystyczne
koszyczki ... półokrągłe
daszki w szczycie". Wielki wybór rysunków
z natury takich właśnie szczytów w Zawoi
dał Jan Sas Zubrzycki w pracy Cieślictwo
Polskie. Autor ten rzeczywiście zamieścił
w swym opracowaniu rysunki kilku koszyczków, wśród których tylko jeden jest z Zawoi-Wilcznej, pozostałe zaś z Istebnej, Wisły,
Zubrzycy Górnej, Ciężkowic i Zakopanego
Ryc. 17. Zakopane.
(Sas Zubrzycki, 1931, ilustr. 49, 185,202,
Rys. wg 1. Sasa Zubrzyckiego.
229, 234, 242). Niepowtarzalne jest zdobnictwo całego szczytu na budynku z Zakopanego, bowiem oprócz czterorzędowego koszyczka ze sterczyną przypominającą pióropusz, cała dekoracja
pełna jest symboliki (tu: ryc. 17).
Milczanowski (1983, s. 266) nadmienia również, że koszyczek jest "szczególnie typowy dla Żywiecczyzny". W stwierdzeniu tym brak jednak konkretnych wskazań. Przeciwstawna temu jest anonimowa infonnacja z ok. 1950
roku zawarta w krótkim opracowaniu budownictwa w dolinie Soły. Czytamy
w nim, że "Należy jeszcze wymienić dziś już nie spotykany półstożkowy daszek w górnej części szczytu zrobiony z gontów, zw. gołębnikiem albo banią "l0. Niektórzy z penetrujących znajdowali jednak pojedyncze przykłady
koszyczków. Nie wpadły one w oczy tak uważnemu badaczowi jak Seweryn
Udziela (1931), a jednak Z. Szewczyk sfotografował w 1946 roku koszyczek
z dwóch rzędów gontów we wsi Radziechowy, zaś w Jeleśni w późniejszych
latach istniał dom ze szczytami łamanymi, na których były bardzo płaskie
i skośnie usytuowane koszyczki, a ponadto na dachu wyżki - izdebki na strychu tegoż budynku był mały koszyczek. Po 1960 roku J. Kurkiewicz sfotografował dom z koszyczkiem w Cięcinie koło Mi1ówki II. Jeden przykład koszyczka z Koszarawy opublikował M. Pokropek (Budownictwo, 1976, ilustr. 29).
Budynek nakryty jest dachem przyczółkowym, przy czym przyczółek został
wyjątkowo wysoko podciągnięty. Maleńki szczycik pod koszyczkiem wypełniały promienie słońca. Tych kilka podanych przykładów nie neguje faktu, iż
zanik koszyczków w Żywieckiem musiał jednak być szybki, skoro nie znajdujemy o nich wzmianki w pracy poświęconej góralom Beskidu Żywieckiego (Ja-

10

Archiwum Muzeum Etnograficznego

w Krakowie, Dawne budownictwo ludowe w dolinie

Soły, msp. Nr 11553.
II Wszystkie
3 zdjęcia w Arch. Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Wydaje się, że zdjęcie
z Cięciny (1II/56050) jest mylnie podpisane, bowiem dom nie jest podobny do żywieckich, lecz do
spiskich budynków.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

125

giełła, 1991, s. 49-72), a indagowana o nie rodowita Żywczanka, była dyrektor muzeum w Żywcu, mgr Magdalena Meres pamięta je, ale nie określa wsi.
Beskid Żywiecki oddziela Babią Górę od Beskidu Śląskiego. Informacje
o koszyczkach w architekturze ludowej tego ostatniego regionu dotyczą tylko
kilku wsi: Wisły, Brennej i Istebnej. Oczywiście, w grę wchodzą liczne przysiółki, do których od wielu lat nikt nie zaglądał. Prawdopodobnie i w samym
Cieszynie po stronie polskiej musiały dawniej być stosowane (Gładyszowa,
1978, s. 60), ale informacje nie są zbyt jasne. W okresie międzywojennym
zwrócili na nie uwagę Tadeusz Dobrowolski i Mieczysław Gładysz. Dobrowolski pisał, że jest jeszcze sporo chat z kozubem i sugerował przy tym, że
kozub jest starszą formą zakończenia szczytu zastępowanego niewielkim naczółkiem (1931, s. 97). Natomiast Gładysz opublikował kilka różnych odmian kozubków. Np. w chałupach z Istebnej z 1865 i 1868 roku były szczyty
w połowie wysokości przedzielone daszkiem z dwóch rzędów gontów, a nad
nim dopiero koszyczek (ryc. 18 a, b). Podobną rozbudowę szczytu z uwydatnieniem zarówno izdebki na pięterku i dekoracyjnego koszyczka pod kalenicą widzimy w bardzo starym obiekcie (1828 roku) z Istebnej-Jasnowic (Gładysz, 1959, s. 493). Odnotował to również Ludwik Dubiel w Istebnej (Dubiel, 1957, ilustr. 3). Inne przykłady z przysiółków, np. z Połomu z końca
XVIII wieku oraz z 1865 roku (ryc. 18 d, e) wskazują na stosowanie form

Ryc. 18. Szczyty domów z koszyczkami z Beskidu Śląskiego. Rys. wg M. Gładysza.

�Jerzy Czajkowski

126

prostszych. Widać to w pracach innych autorów w odniesieniu do Istebnej i Brennej
(Gładyszowa, 1976, t. 1, s. 302; 1978, s. 31;
Sas Zubrzycki, 1930, s. 169), zaś w odniesieniu do Istebnej (ryc. 19) także Gładysz
(1935, tab!. XVIII) i Ciołek (1948, ilustr. 46,
47; 1984, t. 2, ilustr. 215). Dekoracyjną stronę całego szczytu podkreślają równoległe
pionowe i poziome listwy, co zresztą jest
Ryc. 19. Istebna. Rys. wg M. Gładysza.
zjawiskiem dość częstym. W czerwcu 2002
roku przejechałem wzdłuż głównej drogi
całą Wisłę i w rezultacie znalazłem jeden stary dom z gankiem przed wejściem do sieni. W dwuspadowym daszku od frontu tkwił tam mały, niepozorny
koszyczek. Dom ten stoi w pobliżu wielkiego nowobogackiego hotelu o nazwie Bavaria. Natomiast indagowany n-letni cieśla, który zapamiętał kurne
domy z czasów swego dzieciństwa, stwierdza kategorycznie, że gdy on zaczął
parać się ciesiołką, nikt już nie konstruował kozubków. W związku z tym, że
miało to miejsce już po II wojnie światowej, zbiega się to z zakazem budowy
domów drewnianych.
Obszar 2. W obrębie aglomeracji śląskiej znajdujemy kilka miejscowości,
w których dachy domów były niegdyś ozdabiane koszyczkami. Gładyszowa
wymienia w tym kontekście Mysłowice, Gorzów Śląski, Cieszyn i Pilchowice (Gładyszowa, 1978, s. 60). Dodajmy też, że Bachmann, opierając się na
rysunkach w pracy Kłosa, wzmiankuje o Czeladzi koło Będzina, gdzie koszyczek miał być na budynku wójtostwa oraz o Sławkowie w powiecie olkuskim. Dotyczy to budynków publikowanych w 1916 rokul2• W samym Będzinie na przełomie XIX i XX wieku również były koszyczki. Mały rysunek szczytu z zarysem koszyczka, opublikowany przez T. Mokłowskiego na podstawie
zdjęcia B. Kondratowiczowej, znajdujemy w jego pracy (Mokłowski, 1903,
ryc. 328/1).
Rejestracja takich szczegółów przed stu laty była nieraz dziełem przypadku, możemy jednak przypuszczać, że w okolicy było więcej osad, w których
dachy domów miały dodane koszyczki. Nikt nie odnotował ich w owym czasie we wsi Panewniki, która obecnie stanowi odległe przedmieście Katowic,
koło Ligoty. Koszyczki musiały tu być nierzadkie, skoro utrzymały się do drugiej połowy XX wieku. Dwa z nich zostały opublikowane, a trzeci obiekt znalazł się w Górnośląskim Parku Etnograficznym. W 1958 roku Ignacy Tłoczek
(1958, fot. 27) zamieścił zdjęcie chałupy z dachem przyczółkowo-półszczytowym wykończonym u góry mocno uwypuklonym koszyczkiem z desek lub
12 Cyt. za Bachmannem:
Warszawa 1916.

J. Kłos, Budownictwo wiejskie i małomiasteczkowe

w Polsce, album,

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

127

Ryc. 20. Panewniki. Rys. wg 1. Tłoczka.

Ryc.21. Panewniki, ob. w Gómośląskinl
Parku Etnograficznym.
Fot. Archiwum GPE.

Ryc. 22. Sośnicowice.
Fot. St. Deptuszewski.

�128

Jerzy Czajkowski

gontów (ryc. 20). Swoją formą wyróżniał się wśród innych na terenie Polski
i przypominał konstrukcje czeskie. Zupełnie inną budowę miał koszyczek, też
zPanewników, opublikowanyprzezM.
Bytnar-Suboczową(1963,
s. 47). Był on
schowany pomiędzy wysuniętymi poza szczyt połaciami dwuspadowego dachu i prawdopodobnie pokryty słomą. Tu też z łatwością doszukalibyśmy się
podobieństwa do niektórych form czeskich i tych z Opolszczyzny. Natomiast
obiekt z połowy XIX wieku, przeniesiony do Muzeum w Chorzowie, ma wygląd zbliżony do domów górali śląskich, z dachem gontowym z dużym okapem szczytowym i niewielkim gontowym koszyczkiem obejmującym brzegi
dachu (ryc. 21). Dodajmy, że jeszcze drugim śląskim obiektem, który znalazł
miejsce w Muzeum, jest spichlerz plebański ze Śmiłowic, którego dach opatrzony jest dwoma koszyczkami podobnymi do tychże w chałupie ze wsi Panewniki.
Pilchowice, wspomniane przez Gładyszową, leżą na południe od Gliwic,
a na zachód od Knurowa, natomiast lO kilometrów na zachód od Gliwic znajdują się Sośnicowice. Zachował się tu dom z 1726 roku'J, zbudowany jako
drewniany warsztat kołodziejski; obecnie częściowo murowany, ma charakter małomiasteczkowy (ryc. 22). Nakryty jest olbrzymim gontowym dachem
z małym koszyczkiem pod kalenicą, z dwóch rzędów gontówl4 (Katalog, 1966,
VI, z. 5 oraz Gładysz, 1959, s. 453). Obok Sośnicowic jest wieś Łącza, gdzie
również mogły być domy z koszyczkami (Bytnar-Suboczowa,
s. 48)15.
Na południowym brzegu Gliwic znajduje się wieś Bojków, z której znany
jest stary, zrębowy chłopski dom z dwuspadowym dachem, krytym słomą'6.
Jedynie trój rzędowy, szczytowy okap i wysoko nad nim umieszczony mały
koszyczek ze sterczyną są wykonane z gontów (Wesołowska, 1985, ilustr. 73).
Autorka ta jest zdania, że budownictwo śląskie było staranniejsze pod względem wystroju architektonicznego od zabudowy sąsiadów ze wschodu i północy, a przejawiało się to m.in. w kształtach dachów "z typowym naczółkiem, który w rejonach południowych przybrał formę tzw. kozubka" (Wesołowska, 1985, s. 677). Z twierdzeniem ujętym w cudzysłów można dyskutować,
sądzę jednak, że stosowniej będzie, jeśli zainteresowany czytelnik zwróci na
to uwagę po omówieniu budownictwa z północnej części Opolszczyzny.
Między wysoko uprzemysłowionym regionem Śląska a jego górską częścią budownictwo ludowe zanikło szybko po 1945 roku. Stąd też przetrwanie
13 Infonnacja
w Katalogu, t. VI, z. 5, s. 85 podaje datę jak wyżej, natomiast pod zdjęciem:
Gładysz. 1959, s. 453, koniec XVIII wieku.
14 W Katalogu, s. 85 jest mylne określenie, że dach jest z naczółkiem.
15 W opisie M. Bytnar-Suboczowej
mógł powstać błąd, bowiem w Opolskiem nie ma w ogóle
wsi o nazwie Łącza. W sąsiedztwie Domaradzajest wieś Ładza, ale o takiej autorka nie wspomina.
Leży ona między wsiami, w których do niedawna było wiele domów z koszyczkami, natomiast
koło Gliwic, a nie Opola, jest wieś Łącza, w okolicy której również występowały koszyczki.
16 Zapewne koszyczków
nie było zbyt wiele, skoro uszły uwadze L. Dubiela, Tradycyjna zagroda chłopska w powiecie gliwickim, "Zaranie Śląskie" 1959, nr I, s. 63-82.

�Dach z .,k(lszyczkiem" w dawnym rolskim budownictwie

Ryc. 23. Katowice. Kościół z 15 JOr.

m przeniesiony

129

z Syryni. Fot. 1. Matuszczak.

~'::....•,..

,'.'

_ ...-,

...•.....

.......•

Ryc. 24. Lubomia, kościół z 1516 r. Rys. wg Siemka.

�130

Jerzy Czajkowski

do 1975 roku starego, dwutraktowego domu we wsi Grzawa pod Pszczyną
należy uznać za ewenement. Został on przeniesiony do muzeum na wolnym
powietrzu w Pszczynie. Dom wybudowano w 1831 roku. Nakryty jest wysokim, dwuspadowym,
gontowym dachem z dużymi okapami bocznymi.
Z prawej strony jest niewielki koszyczek z pazdurem (Spyra, 1988, s. 6-7).
Budynek ten potwierdza słuszność obserwacji Gustawa Morcinka, który w swojej monografii o Śląsku pokazał dwa obiekty jako reprezentatywne dla lokalnego budownictwa, tj. domy z koszyczkami. Jeden, z powiatu pszczyńskiego,
stanowi chałupa z dachem słomianym, półszczytowo-przyczółkowym.
Sam
przyczółek jest pokryty terasowato słomą, a nad nim gontowy koszyczek ze
sterczyną. Drugi dom jest z powiatu rybnickiego. Różni się od poprzedniego
brakiem przyczółka, w miejscu którego jest okapowy szczytowy daszek,
a nad szczytem góruje mały koszyczek (Morcinek, s. 123 i 137)17. Istotnajest
uwaga Tadeusza Dobrowolskiego, który stwierdził zasięg kozuba "na Górnym Śląsku, poprzez powiat pszczyński aż po Mysłowice" (1931, s. 97). To
pozwala nam wnioskować, że w tym regionie koszyczki zniknęły dopiero po
drugiej wojnie światowej.
Wróćmy teraz do początku artykułu, gdzie jest mowa o informacji Henniga i Mokłowskiego na temat kościoła w Lubomii pod Wodzisławiem18, w którym szczyt nawy i przedsionka opatrzony był koszyczkami (ryc. 23). Obiekt
ten - jak wzmiankowałem - został rozebrany na miejscu, ale zachowała
się jego fotografia i rysunek (Siemko, ilustr. 84, 85), które w niczym nie przypominają architektury kościoła z prac wymienionych autorów. Widać na nich
obiekt z dookolnym podcieniem, z bezwieżowym dachem nad nawą i koszyczkiem osłaniającym szczyt na styku z prezbiterium (ryc. 24). Natomiast rysunek kościoła publikowany przez Henniga i Mokłowskiego jest obiektem przeniesionym z Syryni do Katowic (ryc. 4, 23). Końce jego kalenic opatrzone są
kilkoma stożkowatymi koszyczkami. Również na dachu kościoła w Michalicach znajdujemy duży koszyczek będący przedłużeniem kalenicyl9. Do tego
wrócimy osobno. Dodatkowym potwierdzeniem stosowania w Lubomii koszyczków w obiektach wiejskich jest - potwierdzona w badaniach Polskiego Atlasu Etnograficznego - chałupa z dachem dwuspadowym krytym słomą z resztkami koszyczka i pazdurem (Bogdanowicz, 1985, s. 208). Lubomia
wraz z innymi wsiami stanowi grupę nadodrzańską, w której znane były koszyczki. W połowie XX wieku we wsi Turze nad Odrą stała jeszcze duża chałupa pełnorolnego cWopa. Zbudowana była w drugiej połowie XIX wieku.
Zrąb pokryty był dwuspadowym dachem z koszyczkiem pod kalenicą (GłaNa mapie symbolicznie oznaczyłem dane G. Morcinka punktami miast: Pszczyna i Rybnik.
Wyjaśnienia na temat Lubomii i Syryni, patrz niżej.
19 Nie wiadomo, czy kościół od samego początku opatrzony był w powyższy koszyczek. Mógł
go otrzymać przy okazji kolejnych zmian pokrycia dachu. W latach 1731-1863 był on pięciokrotnie naprawiany (Degen, 1939, s. 111).
17
18

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

131

dyszowa, 1976, ryc. 19). Zupełnie podobny dom, ale zapewne starszy o kilkadziesiąt lat, zachował się w Kuźni Raciborskiej (Gładyszowa, 1978, s. 57).
Z opisu wynika, że miał koszyczki z obu stron dachu (Katalog, 1967, t. VII,
z. 13, s. 20). W Przewozie na lewym brzegu Odry, po przeciwnej stronie Kuźni Raciborskiej, stała olbrzymia zrębowa karczma, zbudowana w 1858 roku.
Z jednej strony szczyt zwieńczony był małym koszyczkiem. Obiekt został
przejęty i przeniesiony do Bierkowic przez Muzeum Wsi Opolskiej (Gil, Pilarski, 1970). E. Gil w swoim opracowaniu pisał przed laty, że koszyczki
występowały w Raciborskiem, Kozielskiem i Opolskiem (Gil, 1985, s. 97).
M. Bytnar-Suboczowa (1963, s. 51) napomyka w tej kwestii też o miasteczku Głogówek koło Prudnika, ale bez jakichkolwiek szczegółów.
Nadmieniam, że nie mam pełnego rozeznania w opublikowanych niemieckich materiałach dotyczących Śląska i Opolszczyzny oraz będących w zbiorach prywatnych, a można się liczyć z nieznanymi dotychczas fotografiami
i opisami wsi oraz budynków. Przykładem może być wydane przed drugą wojną
światową opracowanie górnośląskiego budownictwa, gdzie znajdujemy fotografię sprzed 1937 roku. Jest na niej dom zrębowy z 1817 roku, kryty gontem, z okapem nad ścianą szczytową, z małym koszyczkiem u góry z dwóch
rzędów gontów (ryc. 25). Opisany obiekt znajdował się we wsi Kotlarnia (niem.
Jacobswaldc) powiat Koźle, położonej w połowie drogi między Kędzierzynem a Gliwicami20• Z powodu konstrukcji, materiału, a także podziału wewnętrznego, budynek robi wrażenie domu górali śląskich. Z miasta Koźle pochodzi zdjęcie szczytu domu z koszyczkiem wykonane w 1967 roku, natomiast

Ryc. 25. Kotlarnia. Wg H.J. Helmigk.

lO H.J. Helmigk, Oberschlesische
Landbaukunst um 1800, Berlin 1937, s. 22. Na s..21-22 autor
zajmuje się problemem niemieckości dachu dwuspadowego.

�Jerzy Czajkowski

132

ok. 1935 roku zrobiono zdjęcie domu w Strzybniku, 8 km na północ od Raciborza. Dom ma charakter biedniacki, pokryty jest słomą, a koszyczek wykonano z
dwóch rzędów gontów. Z tego samego roku mamy fotografię domu
z Kuźni Raciborskiej z analogicznym koszyczkiem21. Dwa zdjęcia domów ze
wsi Niwki (12 km na wschód od Opola) dowodzą, że i w tej okolicy konstruowano małe, półstożkowe koszyczki. Nie wiemy jednak, czy były one tu typowe. Warto napomknąć, że była to wieś czysto polska, założona w ramach kolonizacji fryderycjańskiej w 1770 roku, a jej mieszkańcy przybyli z sąsiednich
wsi22• Ze względu na to, że pomiędzy rozprzestrzenieniem domów z koszyczkami a etnicznym pochodzeniem ludności mógłby zachodzić związek, podam
przykładowo grupę wsi zamieszkałych przez ludność polską lub mieszaną. Traktuję rzecz warunkowo, bowiem wiadomości o koszyczkach jest mniej aniżeli
o demograficznej sytuacji północnej i środkowej części Opolszczyzny (tab. l).
Tabela 1. Skład narodowościowy wsi w północnej i środkowej części Opolszczyzny
(według Powiat opolski. Szkice monograficzne, red. nauk. J. Madeja, Opole 1969).
Wieś

Chróścice
Chróścice
Czarnowąsy
Czarnowąsy
Dąbrówka Dolna
Dąbrówka Dolna
Dąbrówka Dolna
Dąbrówka Dolna
Domaradz
Domaradz. Kuźnia
Domaradz. Kuźnia
Domaradz. Kuźnia
Domecko
Domecko
Domecko
Falkowice
Kaniów

Rok

1925
1945
1910
1925
1890
1900
1910
1925
1925
1890
1900
1910
1890
1900
1910
1900
1910

Ludność
polska

Ludność
niemiecka

2696
2556
1829
502
461
525
497
16
2147
384
403
390
926
872
939
1046
543

233
53
222
458
66
38
35
43
115
31
14

Ludność
mówiąca
językiem polskim
i niemieckim

Ludność
mówiąca
mnym
językiem

-

-

-

-

14

-

1361
133

-

-

6

-

355
-

33
21
27
16
19

-

i

-

51
-

23
-

I

-

24
-

-

-

-

-

-

-

-

-

-

21 Ostatnie fotografie pochodzą z archiwum Muzeum Wsi Opolskiej, podobnie jak fotografie
z przeszło 20 wsi obecnych powiatów: opolskiego, namysłowskiego, oleskiego i kluczborskiego.
Za możliwość ich wykorzystania dziękuję dyrektorowi muzeum, Panu mgr. Jarosławowi Gałęzie.
22 Powiat opolski. Szkice monograficzne,
red. naukowy 1. Madeja, Instytut Naukowy w Opolu,
Opole 1969, s. 386.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

133

Obszar 3. Okolice Koźla zapewne stanowiły dawniej pomost łączący przynajmniej pod niektórymi względami - budownictwo zachodniej części
Górnego Śląska z południową i wschodnią częścią Opolszczyzny (Gil, 1985,
s. 33 i in.). Budownictwo tych terenów nie jest w pełni opracowane, stąd dopiero z północnej części Opolszczyzny, w rejonie pomiędzy Opolem a Brzegiem, Namysłowem i Kluczborkiem znamy grupę osad, o których wiadomo
co nieco na temat budownictwa. Generalnie można te osady podzielić na dwie
grupy, południową i północną. W południowej grupie wsie rozłożyły się wzdłuż
drogi nad Odrą, na krawędzi Borów Stobrawskich. Są to: 1. Niwki, 2. Czarnowąsy, 3. Dobrzeń Wielki, 4. Chróścice, 5. Stare Siołkowice, 6. Nowe Siołkowice, 7. Popielów, 8. Stobrawa. Kilka dalszych wsi jest efektem kolonizacji puszczy, a mianowicie: 9. Ładza, 10. Kaniów, 11. Kup, 12. Brynica. Wsi
śródleśnych jest więcej, ale nie posiadamy żadnych danych do budownictwa.
Biorąc pod uwagę nowy podział administracyjny kraju, wymienione wsie,
z wyjątkiem Ładzy, znajdują się w powiecie opolskim, a większość pozostałych weszła w skład powiatu namysłowskiego i również związana jest z Borami Stobrawskimi. Są to: 13. Domaradz, 14. Falkowice, 15. Dąbrowa,
16. Jastrzębie, 17. Lubnów, 18. Domaradzka Kuźnia, 19. Dąbrówka Dolna,
20. Kozuby, 21. Zawiść, 22. Żabiniec, 23. Brzezinki, 24. Domaszewice,

1. Niwki
2. Czamowąsy
3. Dobrzeń Wielki
4. ChróSCice
5. SI. SioIkowice
6. Nowe SioIkowice
7. Popieł6w
8. Stobrawa
9. Ładza
10. Kaniów
11 Kup
12. Brynica
13. Domaradz
14. Fałkowice
15. Dąbrowa
16. Jastrzębie
17. Lubnów
18. Oomaradzka Kuźnia
19. Dąbrówka Dolna
20. Kozuby
21. Zawść
22. Zabiniec
23. Brzezinki
24. Domaszewice
25. Mi_lice
26. Gorzów Śląski

Mapa 2. Wsie w Opolskiem, w których występowały kozubki w szczycie dachu.

�134

Jerzy Czajkowski

25. Michalice (por. mapka 2)23. Z powyższych wsi Żabiniec i Brzezinki znalazły się w powiecie kluczborskim. We wszystkich tych wsiach znajdowano
przed laty domy drewniane z końca XVIII i pierwszej połowy XIX wieku
oraz nowsze murowane, które miały specyficznie ukształtowany narożnik
dachu dwuspadowego, słomianego lub gontowego, stwarzający wrażenie naczółka. Przez niektórych badaczy bywał nawet określany jako dach naczółkowy, przez innych jako dach z kozubkiem, co było równoznaczne z koszyczkiem.
M. Gładyszowa, która wielokrotnie wypowiadała się na temat budownictwa śląskiego, ujęła tę kwestię następująco: "W północnej części Opolszczyznywystępują dachy dwuspadowe z nadwieszonymi połaciami od strony szczytu, który jest ozdobnie szalowany oraz wykończony wąskim przydaszkiem
drewnianym. W części podkalenicowej posiada swoisty rodzaj odchylonego
naczółka, zastępującego południowy kozubek, pokrytego poziomo kładzionymi deskami" (Gładyszowa, 1976, s. 307-308). Opis Gładyszowej jest precyzyjny, ale dodajmy, że pomiędzy prawdziwym naczółkiem a pseudonaczółkiem na chałupach opolskich zachodzi zasadnicza różnica. Naczółekjest zwykłe mocno ścięty do środka, przeważnie pod kątem 45 stopni i dość znacznie
skraca kalenicę, ponadto dolna krawędź naczółka ma swój początek na brzegu dachu. Natomiast kozubki były także równoramienne, ale częściej były
mniej nachylone w kierunku kalenicy (ryc. 26), nieraz tylko do kilkunastu stopni. Jeśli kozubek posiadał ścianki boczne równoległe do dachu, wówczas całą
płaszczyzną odstawał mocno od szczytu (ryc. 27)24. Czoło kozubka z reguły
zbijano z desek układanych poprzecznie, stwarzając tym samym dodatkowe
walory dekoracyjne (Gładyszowa, 1963, s. 382-383; Katalog, 1968, s. 65,
71,89, ilustr. 110-113).
Wśród obiektów, które zostały zarejestrowane, znajdują się też takie, które
wskazują na redukowanie pierwotnej funkcji koszyczka-kozubka,
jaką była
ochrona otworu do odprowadzania dymu w kurnych chałupach. W niektórych budynkach z XIX wieku w Dąbrówce Dolnej lekko nachylony, trójkątny
daszek był ukryty pomiędzy połaciami dachowymi (Gil, Pilarski, 1970). Podobny widoczny jest na fotografii chałupy z wyżej wzmiankowanej wsi Panewniki koło Katowic25, ponadto z Kaniowa26 (ryc. 28), Chróścic27 (ryc. 29) i Czarnowąsów28 koło Opola. W Muzeum Wsi Opolskiej znajdujemy jeszcze jeden
23 W kwietniu 2002 roku dokonano przeglądu większości wymienionych
wsi i stwierdzono całkowity zanik tradycyjnego budownictwa.
24 W latach 60. XX w. analogiczne
koszyczki bywały również w Czechach (Stepanek, 1968,
nr 4). Por. też: 1. Vai'eka, Abbild der ethnischen Prozesse in der Volksarchitektur 8ohmens, "Ethnologia Slavica" tI8, 1986, ilustr. 2, 3.
25 I w tym przypadku znajdujemy analogie w Czechach. Przyp. j.w.
26 Archiwum Muzeum Wsi Opolskiej, karta 455.
27 H.J. Helmigk, op. cit, s. 25, ilustr. 12.
28 Archiwum
Muzeum Wsi Opolskiej, karta 304.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

Ryc. 26. Dąbrówka Dolna.
Fot. 1. Czajkowski.

Ryc. 27. Dąbrówka Dolna. Fot. Arch. MWO.

Ryc. 28. Kaniów. Fol. Arch. MWO.

Ryc. 29. Chróścicc. Fot. wg H.J. Helmigk.

135

�136

Jerzy Czajkowski

Rye. 30. Zabieniec. Fat. A.M. Wołczyk.

Ryc. 3 l. Damaradz.
Fot. Arch. MWO.

Ryc. 32. Zawiść. Fot. Arch. MWO.

Ryc. 33. Domaradzka Kuźnia.
Rys. wg J. Czajkowski.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

137

obiekt mieszkalny, zbudowany w 1850 roku we wsi Kozuby, w sąsiedztwie
wspomnianej Dąbrówki Dolnej. Z dawnego kozubka pozostała trójkątna płaszczyzna z poprzecznie ułożonych desek, równoległa do całego szczytu
i wysunięta ok. 10 cm do przodu. Umożliwiony więc został stały dopływ powietrza na strych. Nastąpiła w ten sposób całkowita zmiana pierwotnej funkcji dawnego koszyczka. Zmiany te w pojedynczych przypadkach następowały już bardzo dawno, czego przykładem może być dom chałupnika w Popielowie z 1783 roku (Gładyszowa, 1978, s. 247-248), czy też wspomniana
chałupa ze wsi Kozuby. Pomijając możliwość wpływów obcych, nie należy
zapominać, co odnośnie Śląska pisał Gładysz, że w XVIII, a także w pierwszej połowie XIX wieku budowano jeszcze chaty kurne, w których dym wychodził na strych (Gładysz, 1959, s. 488). Problem ten podnosi Gil, który przytacza tej samej treści uwagi rosyjskiego podróżnika po Opolszczyźnie w 1840
roku (Gil, 1985, s. 40). A zatem, jakiekolwiek urządzenie, zwane koszyczkiem, kozubkiem lub inaczej związane było pierwotnie z ujściem dymu ze
strychu na zewnątrz. Jak każdy szczegół techniczny, i ten miał prawo być zapożyczany, sam lub z nazwą, mógł też być rozwijany pod względem technicznym w różnych miejscach. Te formy, które występowały w Polsce, znane
są w Czechach i na Słowacji29•
Obecnie stan zachowania w Polsce koszyczków przy obiektach użytkowych
należy uznać za zerowy. W takiej sytuacji materiałem źródłowym są fotografie. Np. z 17 zdjęć z Dąbrówki Dolnej część pochodzi z okresu przedwojennego, w tym kilka z 1939 roku jest autorstwa Niemca Bertelta, inne powojenne wykonane zostały przez S. Bronicza, 1. Michałowskiego czy inż. Basistę.
Na wszystkich są budynki mieszkalne lub mieszkalno-gospodarcze
z widocznymi kozubkampo. Zdjęcie jednej z zagród odpowiada gospodarstwom z Siołkowic (Gładyszowa, 1963, I, s. 381-382), przy czym szczyt domu wykończony jest dużym kozubkiem, który - obrazowo rzecz ujmując - ma kształt
trójkątnej skrzyni nachylonej nieco na kalenicę i odstającej całą swoją szerokością od brzegu dachu (ryc. 27, 30-31).
Powierzchnia kozubka zbita jest z 6 do 9, a czasem znacznie więcej desek.
Ich liczba wpływa na jego wielkość. W związku z tym, że jest to zwykle trójkąt równoramienny, jego wysokość w stosunku do pozostałej części szczytu
ma się jak 1:3, a niekiedy zajmuje górną połowę wysokości szczytu. Istotna
jest również szerokość odchylenia krawędzi dolnej kozubka od pionu, bowiem
zależy od tego wielkość powierzchni szczytu chronionego przed deszczem
(ryc. 32). Szerokość ta rzucała się w oczy w Dąbrówce Dolnej, Domaradzkiej
29 Por. F. Frolec, J. Vafeka, Udowi architektura, Praha 1983, s. 83; L. Stepan, 1. Vafeka, Klic od
domova, Praha 1991, s. 108-110 i in.
J() Nie jest to dużo, bowiem wieś na przełomie XVIII i XIX wieku bardzo szybko się rozwijała.
Jeśli w 1784 roku było 30 zagrodników, to w 1845 roku wieś liczyła już 90 domów (Powiat opolski, op. cit., s. 337). Mimo to zdjęcia świadczą o powszechności budynków z kozubkami.

�138

Jerzy Czajkowski

Kuźni, Lubnowie, Domaradzu. Zdjęcia analogicznych kozubów z lat 1935,
1938, 1939, 1941, 1962 poświadczają ich stosowanie także w Falkowicach
(l), Domaradzu (9), Domaradzkiej Kuźni (3), Zawiści (I ), Dąbrowie (l), Lubnowie (2), Jastrzębiach (l), Domaszowicach (l) i Żabińcu (2) (por. też Katalog, VII, ryc. 110-113). W Domaradzkiej Kuźni zachował się jeden drewniany dom, uznany za zabytkowy, z dwoma kozubkami (ryc. 33).
Przeciwieństwem opisanego jest - wspomniany wyżej - kozubek schowany pod kalenicą i nie wysunięty na zewnątrz. Sprawia to wrażenie skonstruowanego z desek naczółka o małym nachyleniu, chronionego przed deszczem połaciami dwuspadowego dachu. Liczba poprzecznie ułożonych desek
przekracza nieraz 10 sztuk, co wpływa na jego wielkość. Tego rodzaju kozubki poświadczone są zdjęciami z lat 1930-1972 w Dąbrówce Dolnej (5),
(Chróścicach) Chruścicach (3), Domaradzu (2), Domaradzkiej Kuźni, Kaniowie, Czarnowąsach, Popielowie, Brynicy (po I). Liczby te oczywiście nie dowodzą faktycznego stanu tego czy innego zjawiska, które miało większy zasięg. Wydaje się, że taka forma była wynikiem procesu degradacyjnego, który doprowadził do pozorowania kozubka przez układanie desek w poprzek
szczytu pod kalenicą, ale w jednej linii, jak miało to miejsce w wielu zagrodach, np. w Dąbrówce Dolnej, Falkowicach, Lubnowie, Domaradzu, Jagiennem, Zieleńcu, Pokoju, Krzywej Górze, Ładzy, Krogulnej, Bąkowicach, Geli,
Świerczowie, Brynicy i Popielowie (ryc. 34, 35), ewentualnie układanie tychże
desek w pionie z jednoczesnym wysunięciem ich poza linię szczytu (Falkowice, Uszyce, Brzezinki). W niektórych przypadkach widać, że zanik koszyczka spowodowany był przez zmianę funkcji strychu, np. budowanie tam dodatkowych pomieszczeń mieszkalnych.
Obszar 4. Ostatnim regionem, który należałoby omówić, są Sudety, gdzie miały
występować budynki mieszkalne z koszyczkami czy kozubkami. Takie przynajmniej panowało przed przeszło stu laty przekonanie u badaczy niemieckich, austriackich
i węgierskich, na których oparł się Bruno Schier
(1932), a na nich inni, w tym też R. Reinfuss;
opracowując orawskie domy z wyżką napisał,
że koszyczek jest "charakterystyczny dla dawnego budownictwa drewnianego po obu stroi nach zachodnich Karpat i wschodnich Sudetów" (1950, s. 49). Ze słów Schiera wynikało,
że rozprzestrzenienie terenowe dotyczące kukli (koszyczka) było słabo rozeznane, według
Dachlera i Rhamma kukla zajmowała całe
Czechy i Morawy, a w Sudetach ziemie śląRyc. 34. Dąbrówka Dolna.
skie, skąd sięgała w Karpaty (Schier, 1932,
Fot. inż. Basista.
s. 81). Są to jednak ogólniki, które dla roze-

�Dach z ,,koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

139

znania sytuacji w rejonie Karkonoszy i Gór Orlickich po południowej
stronie obecnej granicy polsko-czeskiej niewiele wnoszą. Schiera
szczególnie interesowało pochodzenie nazwy kukli, do której wrócimy niżej. Korzystając z dokładnego współczesnego rozpoznania
tej kwestii przez badaczy czeskich,
możliwe jest wyciągnięcie pewnych wniosków. Istotna jest sytuacja po drugiej stronie granicy.
Ryc. 35. Falkowice. Fot. Arch. MWO.
Na południowy wschód od Kotliny Kłodzkiej wchodzimy w pasmo górskie Jaseniki. Głównie na jego wschodnich zboczach znajdujemy około 10 wsi, w których w drugiej połowie XX wieku występowały domy z kabhncem - koszyczkiem31• Od tej okolicy, w kierunku wschodnim aż do Ostrawy oraz w kierunku zachodnim do południowych
stoków Karkonoszy koszyczków nie odnotowano. Szerokość tego pasa wzdłuż
granicy sięga 30 i więcej kilometrów. Ogólnie rzecz biorąc, zamyka się on
w granicach czeskiego Śląska (plessingerova, Vafeka, 1981, s. 137). Odpowiadający mu obszar po stronie polskiej zaczyna się od lewego brzegu Odry i ciągnie
się do zachodniej granicy państwa.
W 1995 roku ukazała się praca Elżbiety Trockiej-Leszczyńskiej
o budownictwie wiejskim w Sudetach. W tym niezwykle solidnie przygoto,wanym
opracowaniu znajdujemy dwie lapidarne wzmianki na temat kozubk6w oraz
dwa zdjęcia i rysunki mające ilustrować dachy z kozubkami. Autorka wyróżnia m.in.: dachy "dwupołaciowe z kozubkiem, tzn. z półstożkiem podkalenicowym, który na terenie Kotliny Kłodzkiej, gdzie występuje stosunkowo często, przybrał spłaszczoną formę, upodabniając się do naczółka, o innej jednak
konstrukcji (Idzików, Gorzanów, Nowa Bystrzyca, Niemojów, Różanka)" oraz
"mansardowe dwuspadowe z kozubkiem, wznoszone w południowo-wschodniej części Kotliny Kłodzkiej (Nowa Bystrzyca, Różanka, Idzików)" (s. 176).
Termin "kozubek" autorka przejęła z pracy M. Gładyszowej. Stosując w tekście własnym kursywę, sugeruje niejako, że mamy do czynienia z terminem
lokalnym. Dwie ilustracje zamieszczone jako przykłady tychże kozubków
(ilustr. 133 b, d) nie mają z nimi nic wspólnego. Są to popularne naczółki,
którym ścięto górne narożniki, a powstałe w ten sposób małe trójkątne otwory wypełniono deskami. Podobnie postępowano z naczółkami na Górnym Ślą31 Na przedstawionej
mapie znajduje się mniej punktów aniżeli na mapie opracowanej przez
V Frolca (1974, s. 88, mapa 13). Frolec zaznacza jednak, że na początku dwudziestego stulecia
kabi'iniec był znacznie bardziej rozprzestrzeniony. Tego samego zdania jest J. Vareka i tak samo
było na terenach polskich.

�140

Jerzy Czajkowski

sku i w innych regionach, m.in. w Czechach, w bezpośrednim sasiedztwie
z ziemią kłodzką32. Zdaniem autorki jest to "półstożek podkalenicowy". Nic
bardziej mylnego. Warto w tym miejscu przypomnieć lapidame, ale celne określenie Tadeusza Dobrowolskiego, że "kozub jest przyczepiony do prostopadłego szczytu"33. Szczególnie wyraźnie jest to widoczne na jednej z ilustracji
w opracowaniu Malickiego (1936, s. 69, ilustr. 80). Owalny półstożek jest
odsunięty ok. 10 cm od brzegów dachu. Musimy jednak mieć na uwadze, że
słowa Dobrowolskiego odnoszą się wyłącznie do półstożkowych koszyczków
charakterystycznych
na Górnym Śląsku, a nie do nie rozpoznanych kozubków sudeckich.
Wyrażone wyżej krytyczne uwagi odnośnie do kozubków w domach sudeckich mogą okazać się nie w pełni słuszne. Znajdujemy bowiem jedną fotografię domu z miejscowości Karlstal na Śląsku (Haberland, s. 182, ilustr. 87),
tuż przy granicy polsko-czeskiej.
Po 1945 roku była to bardzo mała wieś
o nazwie Orle34, którą włączono w skład Szklarskiej Poręby. Dom, o którym
mowa, był piętrowy, nakryty olbrzymim dwuspadowym, gontowym dachem,
z małym koszyczkiem oraz sterczyną zakończoną kulą. Należy mieć na uwadze, że wieś Karlstal była osadą przemysłową, powstałą w 1754 roku i bardzo
małą, skoro w 1782 roku liczyła tylko 8 domów35. Być może więc, że tylko
jeden rolniczy dom opatrzony był koszyczkiem. Jego wzór mógł zostać przeniesiony ze wsi czeskiej, gdzie występowały domy z kozubkami. Nadmieńmy, że nie ma koszyczków w licznie zachowanych zabytkowych budynkach
na Dolnych i Górnych Łużycach, których architektura jest często podobna do
domów sudeckich36.
Zarówno niemiecki badacz kultury Karl Rhamm, jak i Bruno Schier, który
się na niego powołuje, milczą na temat szczegółowej geografii kozubków
w Sudetach, natomiast Rhamm stwierdza, co jest istotne, że kabfinec jest związany z osadnictwem czeskim (Stepanek, 1968, s. 229), a ściślej, też ze słowackim. Jaśniej ujęli to Plessingerova i Vareka pisząc, że koszyczek nie występował w tych okolicach przygranicznych, które do roku 1945 zamieszkiwali Niemcy (1981, s. 137), tzn. nie występował w czeskich Sudetach. Jeśli
by tak było, to dlaczego koszyczki miałyby występować w dolnośląskiej par32 Por. J. Vajdis, Dfevene stavby na Sumpersku,
"Narodopisne aktuality" R. 23, 1986, nr 3,
ilustr. na s. 162.
33 Tego samego zdania był B. Schier, 1932, s. 89, który pisał "kukła ... ais sełbststiindiger Schindelkranz rein iiusserlich in dem Giebeldreieck angeklebt erscheint".
34 M. Battek, J. Szczepankiewicz,
Słownik nazewnictwa krajoznawczego połsko-niemiecki. niemiecko-połski. Wrocław 1998, s. 78.
35 Słownik geografii turystycznej
Sudetów, t. I: GÓIY Izerskie, red. M. Staffa, PTTK "Kraj",
Kraków 1989, s. 75.
36 Por. Besonders gefiihrdete Kulturdenkmale im Freistaat Sachsen Burgerhiiuser Bauernhiiuser,
Schriftenreihe fUr Baukultur, Architektur, Denkamlptlege Reihe B, hggb. Freistaat Sachsen Staatsministerium des lnnem 1995.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

141

tii Sudetów? A zatem, dopóki nie znajdziemy dalszych przekonywających materiałów lub informacji, dokumentujących konstruowanie kozubka w północnym pasie Sudetów (w Polsce), musimy traktować z rezerwą dotychczasowe
wypowiedzi na temat ich istnienia. Z drugiej strony, trzeba by zapewne być
ostrożnym w uogólnianiu tezy, że tam, gdzie byli Niemcy, nie mogło być koszyczków. Takiemu stanowisku przeczy budownictwo we wsiach spiskich lub
w głębi Słowacji, we wsiach zasiedlonych przez ludność niemiecką, a także
w samych Niemczech, do czego wrócimy w stosownym miejscu.
Zwracałem już uwagę na fakt, że cały obszar Opolszczyzny i Dolnego Śląska poddany został masowej kolonizacji fryderycjańskiej, szczególnie silnej
w hrabstwie Kłodzkim, na Opolszczyźnie i na Górnym Śląsku (mapa 3). Stało się to po 1842 roku, kiedy to Fryderyk II zdobył na Austrii Śląsk. Po obu
stronach Odry powstała olbrzymia liczba kolonii37• Większość stanowiły nowe
wsie, ale wiele kolonii dosiedlano do starych osad. Nie można zatem wykluczyć, że jeśli po północnej stronie Sudetów istniało kiedyś budownictwo tra-

O

~

o:r'''''\!l
.t
tO~

•

• O

_~
0.

J3rulolol----

O

"

Stnrg4w

•

••

~

•

•
ł

•

. :t."".. .: ,
~:

. ... .•.: . ,~-,

Ohl""..
O

:"",:

._

~

110-"9

••

I

'\.

~

O

~

•

• _

\

.łlt

•

• "_I ••

•

.

o

•
•
•

o

miasta orientacyjne

•

osady fryderycjańskie

•

osady przebudowane

w okresie

fryderycjańskim
10

20

lO

40

•

so

Mapa 3. Osadnictwo w okresie fryderycjańskim na Śląsku.
Fragment mapy z: Friedrich Hess, Das Schlesżenbuch, Berlin 1938, s. 10.

37 F. Heiss, Das Schlesżenbuch, Berlin 1938, s. 210. Dobry przegląd tego zagadnienia znajdujemy u Trockiej-Leszczyńskiej,
1995, s. 31-56.

�142

Jerzy Czajkowski

dycyjne, to musiało ono ulec zmianom wraz z upowszechnieniem się planowanego administracyjnie systemu osadnictwa i budownictwa. Fryderycjańskie geometryczne osady były powszechnie znane i naśladowane w innych
państwach. Fryderyk Wielki był przeciwny budownictwu tradycyjnemu, zrt(bowemu ze wzglt(dów oszczt(dnościowych i przeciwpożarowych,
a właśnie
tradycyjne budownictwo dominowało w północnej czt(ści Opolszczyzny zamieszkałej przez ludność polską. Mimo że tu również powstawały liczne osady fryderycjańskie, np. wioska Kup na planie gwiaździstym w centrum Borów Stobrawskich, Kaniów, Niwki, Domaradzka Kużnia, Kały38 i inne, zapewne środowisko geograficzne (odwieczne bory) i demograficzne (ludność
polska) wpłynt(ło na utrzymanie się dawnego sposobu i techniki zabudowy.
Dodajmy, że działo się to na samym pograniczu z państwem polskim. Natomiast Pogórze Sudeckie i same Sudety zawierały jeszcze pewne rezerwy terenowe, a przy tym zakładano konieczność rozwoju przemysłowego i germanizacji Śląska, na co zwróciła uwagę E. Trocka-Leszczyńska
(1995, s. 35 i n.).
Te dwa czynniki mogły spowodować generalne zmiany w zakresie nowej lokalnej architektury. Wskazują na to różnice w wyglądzie zewnętrznym budownictwa po obu stronach granicy.

Wielkość i kształt koszyczków
W rozumowaniu niemieckiego badacza, Bruno Schiera, punktem wyjścia
dla powstania i rozwoju koszyczka na terenie zachodnich Słowian, a ściślej
Czech, było zarzucenie budowy dachów czterospadowych i przyjt(cie pod
wpływem niemieckim w XII wieku (sic!) dachów dwuspadowych. Pozostałością po starszym czterospadowym dachu miałby być koszyczek u szczytu
dachu i okap pomit(dzy szczytem a ścianą (Schier, 1932, s. 91). Trzeba przyznać, że w takim rozumowaniu nie znajdujemy ani przyczyny, ani celu. Zresztą
nie Schier był autorem tej koncepcji. On przejął ją od Karla Rhamma, który
zakładał organiczny związek między kuklą a okapem szczytowym w dachu
dwuspadowym39. Sprzeciwił sit( temu L. Stepanek, który uznał, że oba elementy rozwijały się samodzielnie (1966, s. 441).
Przyjmujemy, że w późniejszych okresach konstrukcja koszyczka nie musiała znajdować wytłumaczenia, była bowiem kontynuacją zwyczaju budowania, tradycją, ale pierwotnym celem była ochrona miejsca ujścia dymu
w narożniku dachu, czyli dymnika, przed opadami atmosferycznymi. Również Kazimierz Moszyński widział związek mit(dzy kuklą czeską i słowacką
Powiat opolski. op. cit., sub voce.
K. Rahmm, Ethnographische Beitriige zur germanisch-slawischen
schweig 1929, s. 227, 229 (zob. Schier, 1932, s. 87).
38

39

Altertumskunde,

Braun-

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

143

a dachem dwuspadowym, a u Słowaków również z dachem przyczółkowym40,
ale nie wyciągał z tego wniosków.
Bruno Schier widział rozwój koszyczka w trzech etapach: 1. powstanie
koszyczka w formie półstożka, 2. rozwinięcie podstawy półokrągłej w eliptyczną, 3. przejście z kształtu eliptycznego w linię prostą (Schier, 1932,
s. 83). Wydaje się, że jest to uproszczony tok myślenia, gdy patrzy się na cały
obszar występowania koszyczka, natomiast możliwy do przyjęcia dla wybranych okolic, w których taki proces rozwojowy miał miejsce. Schier z całą
pewnością znał olbrzymie i zróżnicowane kozuby czeskie, ale pomija je milczeniem. Trzeba jednak podkreślić, że zdawał sobie sprawę z niepełnego rozeznania terenowego, skoro pisał: "Leider ist das Verbreitungebiet der kukla
bis heute noch nicht genau ermittelt. Die folgende Angaben kannen daher nur
Stichpunkte herausgreifen" (1932, s. 81).
Czeski badacz, L. Stepanek, wyróżnił pięć typów koszyczków, które
dla orientacji warto podać: l. mały, stożkowaty, u podstawy półokrągły lub półowalny; 2. duży, stożkowaty, w formie owalny; 3. mały ostrosłupowy lub inaczej piramidalny, niekiedy tak wąski, że nie wychodzi poza linię dachu, lub
przeciwnie: mocno wystający i nabierający czworobocznej formy; 4. duży piramidalny, podłużny; 5. duży piramidalny, czworoboczny (Stepanek, 1968, s. 224;
Plessingerova, Vareka, 1981, s. 139).
Wśród setek znanych i zachowanych do niedawna domów z koszyczkami w Czechach i na Słowacji można dokonywać różnych podziałów i uogólnień, jednym słowem przeprowadzić naukową klasyfikację, która ułatwia
orientację. Materiały z naszego kraju sąjednak zbyt skromne do przeprowadzenia takiej operacji. Można natomiast wymienić te formy, które się gdzieniegdzie zachowały lub znane są z literatury i z fotografii. Najliczniejsze były
formy najprostsze, a wśród nich:
A. Całkiem małe, w postaci półstożka, z jednego rzędu gontów, czasem z kilku rzędów, częściej z kilkunastu sztuk gontów. U dołu tworzy się ząbkowany lub
gładki półklosz, niekiedy z drewnianym dnem. Takie koszyczki zarejestrowano
w Wierchomli Wielkiej (1899), w Nowym Targu, w Krempachach, w Zakopanem i na Podhalu w ogóle, w Białce i Zawoi. Wyróżniający się był koszyczek na
dachu chałupy ze wsi Panewniki, opublikowany przez 1. Tłoczka (ryc. 20).
B. Nieco większy, zrobiony z dwóch rzędów gontów, do którego można zastosować wszystkie powyższe uwagi, odnotowano w willi "Pod Jedlami",
w innych budynkach w Zakopanem, w domu z Podgórza Karpackiego (ryc. 9),
w Muszynie (na rysunku Jana Matejki, ryc. 6), w Piekielniku, w Koszarawie, na
zdjęciach z powiatu pszczyńskiego i rybnickiego, we wsi Turze nad Odrą, ponadto są na budynku w Sośnicowicach (1726) i karczmie z Przewozu (1858).
Zdarzały się w Raciborskiej Kuźni i w Kotlarni pod Koźlem (ryc. 25).
40

K. Moszyński, Kultura ludowa Słowian, t. l, Kraków 1929, s. 489-490.

�Jerzy Czajkowski

144

C. Niewiele większe od koszyczków z grupy drugiej są kozubki zbudowane z trzech rzędów gontów. Odróżniający się od innych jest płaski koszyczek
na kapliczce w Białej Wodzie. W Podwilku był taki koszyczek na dachu czterospadowym, który nad częścią mieszkalną był ok. 1 m obniżony. Nad powstałym małym pionowym trójkątem wisiał niewielki koszyczek. Ponadto były
w Wiśle i w Kuźni Raciborskiej (ryc. 19).
Takie same, ale gabarytowo nieco większe, są koszyczki na chałupie ze wsi
Panewniki i spichlerzu ze Śmiłowiec w chorzowskim muzeum, ponadto przeważały w Istebnej i Wiśle. Niektóre z nich obejmują zewnętrzne brzegi wiatrownic
(ryc. 21), inne w górnej części wchodzą pomiędzy te deski (ryc. 22).
D. Niezbyt często budowano stożkowe koszyczki z czterech lub nawet pięciu rzędów gontów. Były one z reguły szerokie u podstawy. Na rysunku z 1881
roku domu w Częstochowie jest odwrotnie, koszyczek bowiem jest wysoki
i wąski, ale to może (?) wynikać z nieporadności rysowniczej (ryc. 5). Przeciwnie jest na rysunku domu z Ciężkowic. Zachowane zostały właściwe proporcje,
a przy tym koszyczek zajmuje połowę wysokości szczytu. Niewątpliwie duże
rozmiary miał on na dachu karczmy w Warszawie (ryc. 7).
W tym miejscu należy zwrócić uwagę na jeden obiekt, o którym dotychczas nie było mowy, a mianowicie budynek mieszkalny o konstrukcji szkieletowej we wsi Stobrawa w powiecie Brzeg (mapa 2, p. 8). W polskim podziale

Ryc. 36. Stobrawa. Wg H.J. Helmigk.

�Dach z ,,koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

145

administracyjnym Stobrawa i Brzeg znajdują się na Śląsku Opolskim, natomiast w niemieckim był to już Dolny Śląsk. Słuszność niemieckiego podziału potwierdzają dane statystyczne z pierwszej połowy XIX wieku, kiedy to na
892 mieszkańców było tylko 40 katolików, w miejscu zaś był kościół ewangelicki i ewangelicka szkoła, natomiast katolicy mieli swoją parafię w Karłowicach41, położonych w obrębie Borów Stobrawskich, zamieszkałych przez
katolicką ludność polską. Obiekt, o którym mowa (ryc. 36), stanowi przykład
wzajemnych wpływów. Konstrukcja jest wynikiem upowszechniania zakazu
Fryderyka Wielkiego budowy domów z drewna, szczególnie na obszarach
o silnym wylesieniu42, natomiast słomiane pokrycie i koszyczek z pięciu rzędów gontów jest wyrazem oddziaływania ludności polskiej, którą wiele lat
po II wojnie światowej zwykło się nazywać ludnością autochtoniczną. Przykład Stobrawy świadczy, że również w innych pogranicznych wsiach Dolnego Śląska mogły pojawiać się koszyczki.
Na marginesie wyjaśnijmy, że Śląsk w ciągu tysiącletniej historii przeżywał liczne zmiany polityczne i podziały administracyjne. Należał do Polski,
Czech, Austrii, Prus i Niemiec. Pojęcie Śląska Opolskiego utworzono w 1922
roku w Polsce. Obejmowało ono obszar dawnej rejencji opolskiej, która po
plebiscycie w 1921 roku pozostała w Niemczech (Pysiewicz-Jędrusik,
1998,
s. 32-34). W naszym przypadku pokrywa się to z dawnym zasięgiem koszyczka
w konstrukcji dachu na Opolszczyźnie.
E. Wśród wyróżnionych przez L. Step anka znalazła się grupa kozubków
nazwanych piramidalnymi czworobocznymi. Na Opolszczyźnie odpowiadają
im duże kozubki zbijane z desek w formie trójkątnej skrzyni wystającej poza
linię dachu (ryc. 27, 30-32). Można tu zaliczyć także te, w których skrzynia
kozubka mieści się pomiędzy wysuniętymi połaciami dachu (ryc. 33).
F. Natomiast odmienne w budowie były kozubki z Górnego Śląska i Opolszczyzny, w których sam daszek, ułożony skośnie, jest częściowo ukryty pod
kalenicą i nie wystaje poza brzegi dachu (ryc. 28, 29). Nie stanowi on jednak
regionalnej specyfiki, bowiem spotykało się go również w Czechach (Stepanek,
1966, ilustr. 6)43.
G. Odrębny problem stanowią koszyczki na gontowych dachach drewnianych kościołów. Znanych jest siedem obiektów, a więc niewiele. Jeśli jednak
weźmie się pod uwagę, że ich lokalizacja pokrywa się z zasięgiem geograficznym chałup z koszyczkami lub jest im bardzo bliska, wówczas nie można
41 J.G. Knie, Alphabetisch-statistisch-topographische
Ubersicht al/er Dorfer Flecken. Stadte
und andern Orteder Konigl. Preuss. Provinz Schlesien, wyd. l, Breslau 1830, wyd. 21845, s. 660.
42 H.J. Helmigk, Oberschlesische
Landbaukunst um 1800, Berlin 1937, s. 19: " ...seit 1756 die
«feuergefahrliche und holzverwiistende Bauart von geschrotenem Holze» verboten wird" .
4) Por. Też J. Vajdis, Stavebni .... op. cit., ilustr. na s. 207, a w przeciwieństwie
do niej w tej
samej wsi: Kratka okres Zd'iar nad Sazavou, inne domy miały kuldę półstożkową (ibid. iJustr. na
s. 198).

�146

Jerzy Czajkowski

mieć wątpliwości, że chodzi o to samo zjawisko. Potwierdzeniem tego był
w latach 50. minionego stulecia koszyczek na rzymskokatolickim kościele
we wsi Hyncice na czeskim Śląsku (Chybik, s. 231). Dodajmy, że wieś ta
oddalonajest tylko ok. 10 km od granicy koło opolskiego Prudnika, a po stronie czeskiej w tym rejonie było spore zagęszczenie wsi, w których do niedawna przetrwały osiemnastowieczne budynki.
O kościele z Syryni wspominałem już na wstępie. Obiekt pochodzi prawdopodobnie z 1510 roku, ale brak nam potwierdzenia dendrologicznego. Pierwotnie składał się z nawy i prezbiterium. Późnej dostawiono przedsionki
z frontu i z boku, a w XVII wieku osobno stojącą wieżę-dzwonnicę. W szczycie
zachodnim, czyli nad dawnym wejściem do kościoła, jest duży piramidalny
koszyczek z sześciu rzędów gontów (ryc. 23). Ze względu na znaczną wysokość nad wejściem nie mógł pełnić roli ochronnej tegoż wejścia przed opadami atmosferycznymi. Według 1. Matuszczaka przed zbudowaniem wieży
w koszyczku był dzwon (1989, S. 25). Jeśli więc nie pełnił innej funkcji, to ta
wydaje się logiczna. Pewne wątpliwości może budzić czas, w jakim się
to działo, ale jest on zgodny z poglądami czeskich badaczy (l. Vareka,
L. Stepanek).
Analogiczny koszyczek znajdujemy na szczycie nawy kościoła w Michalicach koło Namysłowa (Opolszczyzna). Nakrywa on i chroni przed deszczem
styk kalenicy prezbiterium ze szczytem nawy (ryc. 37). W wersji pierwotnej,
gdy kościół zbudowano (rok 1614), składał się on - jak kościół w Syryniz nawy i prezbiterium,
a wieżę dostawiono
przy wejściu frontowym
w 1730 roku (Matuszczak, 1975, s. 29, ilustr. 51). Szczegółowe badania architektoniczne mogłyby wykazać, czy pierwotnie istniał koszyczek z frontu,
czy z tyłu nawy, tym bardziej, że dach był kilkakrotnie remontowany lub pokrywany nowymi gontami (Degen, 1939, s. 111). Wyjaśnienie takiego szczegółu miałoby istotne znaczenie w badaniach nad pochodzeniem koszyczka.
W Pstrążnej, sąsiadującej od wschodu z Lubomią, był do ok. 1900 roku kościół z 1680 lub 1684 roku44• Trójczęściowy układ (wieża - nawa - prezbiterium) był podobny do kościoła w Michalicach i miał identycznie umiejscowiony duży kozubek chroniący styk dachu prezbiterium ze szczytem nawy
(ryc. 38). P. Siemko zwraca uwagę na ten szczegół, ale niesłusznie nazywa go
naczółkiem (s. 136). Półokrągły daszek, zbudowany z trzech rzędów gontów
na wzór klasycznego koszyczka, osłaniał drzwi do zakrystii45•

44 Daty budowy podają: E. Boidol, Statistik der bestehenden
und nachweisbar bestandenen
Holzkirchen in Ostoberschlesien, "Der Oberschlesier" 1929, Bd.; V. H. Luchs, Die oberschlesischen Holzkirchen und Verwandtes, "Schlesische Provinzialbliitter Riibezahl" 1871, No X. (zob.
P. Siemko).
45 P. Siemko (s. 137) publikuje tę ilustrację według dzieła: Burgemeister
L., Wiggert E., Die
Holzkirchen und Holztiirme der preussischen Ostprovinzen, Berlin 1905.

�Dach z ,,koszyczkiem"

w dawnym

polskim

budownictwie

Ryc .. \? \1ichaliL"c, kośCI\)1 z I () 1.+ r. Wi; [kscna

Ryc. 38. Pstrążna,

kościół

147

i in.

z 16g0 (84?) r. Wg Sicmka.

�Jerzy Czajkowski

148

Ryc. 39 . .lankowice. b,ści(·,1 z \tll-l r. Fot. 1. Matus/uak.

Ryc. 40. Lubliniec, kaplica św. Anny
Fot. 1. Matuszczak.

L.

1653 r.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

149

W Markowicach (obecnie część miasta Raciborza), 3 km od centrum miasta, na wschodnim brzegu Odry, był kościół zbudowany po 1623 roku, a rozebrany w 1874 roku. Architekturą upodabniał się do kościoła w Pstrążnej. Na
dachu nawy nie miał kozubka, lecz sygnaturkę, natomiast nad szczytem bocznego przedsionka był mały koszyczek ze sterczynką (Siemko, ilustr. 107)46.
Osiem kilometrów na południe od centrum Rybnika, we wsi Jankowice,
w 1674 roku zbudowany został zrębowy kościół. Jak podaje 1. Matuszczak
(1989, s. 131-141) jedną z cech kościoła jest dach naczółkowy nad zachodnim szczytem. Podkreśla on też, że w południowej części Górnego Śląska
naczółek był prawie nieznany, natomiast stosowano go na Opolszczyźnie
(s. 139). Rzecz w tym, że w szczycie kościoła w Jankowicach nie ma naczółka, jest natomiast duży, złożony z 12 rzędów gontów i bardzo spłaszczony
kozubek (ryc. 39), który swoim umiejscowieniem
nawiązuje do kościoła
z Syryni. Jego forma nie budzi wątpliwości, bowiem podobne znajdujemy na
dachach chłopskich chałup.
W Lublińcu, 32 km na północ od Tarnowskich Gór, istnieje zrębowa kaplica św. Anny zbudowana w 1653 roku i odbudowana w 1754 roku (ryc. 40).
Nakryta jest dwuspadowym gontowym dachem z okapem nad wejściem
i małym koszyczkiem z dwóch rzędów gontów, jak na dachu wiejskiej chałupy (Matuszczak, 1975, ilustr. 56). Poza tą informacją, brak jakichkolwiek danych.
Na marginesie dodajmy, że koszyczki na dachach cerkiewnych w Maramure~ w Rumunii nie należą do rzadkości. W postaci pełnych stożków nad
nawą i prezbiterium lub półstożka w szczycie przedsionka stanowią elementy
bardziej dekoracyjne niż praktyczne47. Spotyka sięje również w regionie Sa1aj
w północno-zachodniej
Rumunii48. Natomiast w Siedmiogrodzie w regionie
Erd6ly bywały jeszcze w latach 60. na domach.

Nazewnictwo koszyczka
Istotną cechą udokumentowania powyższej kwestii j est analiza nazw. Różnorodność form i konstrukcji koszyczków jest analogiczna do nazewnictwa,
co nie oznacza, że zachodzą między nimi ścisłe związki. Te ostatnie mogą
występować w zakresie terminologii i z tego względu należy rozpatrywać rodzaje nazw na obszarze występowania dawniej koszyczków w Czechach, na
Słowacji i na Morawach, a następnie porównać z nazwami w Polsce.
46 Dane te pochodzą
z dzieła: A. Weitzel, Geschichte des ratiborer Archipresbyterats,
Ratibor 1896.
47 Por. A. Panoiu, Din arhitektura
lemnului fn Romania, Bucure~ti 1977, s. 108, 114, 127, 131,
134.
48 Por. 1. Godea, Monumentede arhitecturii popularii. vol. l, Oradea 1972, ilustr. 4, 13.

�150

lerzy Czajkowski

Dla Czech i Słowacji charakterystyczne było określenie kukla, przy czym
na Słowacji i Morawach również w wersji kuklicka, a ponadto jako typowe
kozub. W Czechach często używano terminu kabhnec, obalka lub vobalka,
w niektórych regionach banka, kukań, sup, lebka, veiice, fabian, jertousek
i inne. Na Słowacji występowały też nazwy kukań (rzadko), stitek, halka
(Prazak, 1961, s. 99), a na Morawach sapko i pasnice49• W Kremnicy koło
Bańskiej Bystrzycy, stanowiącej przed laty niemiecką wyspę językową, używano nazwy TUnnel (Schier, 1932, s. 82), która ma ścisły związek z morawską
"wieżycą", ale jednocześnie - według Schiera - na Spiszu i u innych polskich
górali znana jest nazwa kukla. W jednym zdaniu twierdzi on też, że w Czechach
panuje określenie kabelka, które przejął od czeskiego autora50, a w innym, że
powszechne jest wyrażenie Kappel i Kaulend. Ważne jest to drugie wyrażenie,
bowiem zostało ono w 1672 roku odnotowane w źródłach archiwalnych: "vom
Windt dass [order Keull Endt mit sambt den schindelln heruntergeworffen"
(Archiwum Miejskie w mieście Frydlant, Czechy, Księga rachunkowa VI 96
a - według Schiera, 1932, s. 82, przyp. lOS). Kappel może pochodzić zarówno ze st.czes. kapla 'kaplica', jak i st.-g.-niem. kapella 'kaplica' (Bańkowski, Słownik, t. 1, s. 625), natomiast Keull - Kaulend jest ewidentnie
niemieckie. Jedno czy dwa regionalne określenia w języku niemieckim świadczą, że na tym gruncie architektoniczny "kozubek" był rzeczą nabytą.
Schier w swoich rozważaniach skupił się wyłącznie na kukli i okapie, które jego zdaniem są resztkami szczytowych połaci dachu czterospadowego zredukowanego do dwuspadowego. Podobnego zdania był też V. Frolec (1974,
s. 89). Schier szukał związku między wyrazem kukla a łac. cuculla, cucullus,
tj. "czepiec, kaptur", co rzeczywiście w czes. i słowo jako kukla do pewnego
rodzaju "kaptura" się sprowadza. Stąd też u Reja (1580) kukła to "kaptur
mniszy" (Bańkowski, Słownik, t. 1, s. 848). W analizowanej sytuacji nastąpiło przeniesienie nazwy na rzecz później powstałą, którą należało osłonić. Taka
sama treść kryła się w określeniu obal, obalka, co w słowniku czeskim tłumaczone jest jako "osłona, okładka". Lebka w czes. to tyle co "czaszka" lub
"łeb", a więc też zachodzi podobieństwo do niektórych form kabfińcov, natomiast kukań w czes. oznacza kosz do wylęgu kurcząt, co idealnie pasuje do
polskiego popularnego koszyczka. Różnorodność nazw w Czechach wskazuje, że również określenie kabhnec, pochodne z języka romańskiego (Machek,
s. 233), nie stanowi pierwotnej nazwy omawianego szczegółu architektonicznego.
W polskiej literaturze etnograficznej znajdujemy dwie grupy nazw. Jedną
stanowią wymyślane przez piszących nazwy w rodzaju: półokrągły daszek,
49 Czescy autorzy podają szereg innych jeszcze
nazw. Por. Stepanek, 1968, przyp. 1; Frolec,
1974, s. 113.
so A. lirasek, Osterreich.-ungarische
Monarchie, Band: B6hrnen. I, s. 427.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

151

odchylony naczółek, mała strzeszka, przydaszek, daszek przy kalenicy, półstożkowy daszeczek itp. Do drugiej grupy zaliczymy nazwy regionalne,
a mianowicie: koszyczek - znany we wsiach na zachodniej Łernkowszczyźnie, na Spiszu, Podhalu, Orawie, w Beskidzie Śląskim, u górali babio górskich,
kozub, kozubek - na Podhalu, Górnym Śląsku, południowej Opolszczyźnie,
kłobuk - na Górnym Śląsku, w tym nad Odrą, bębenek i fartuszek u górali
babiogórskich, korona na Górnym Śląsku i w Brennej w Beskidzie Śląskim.
Nazwa koszyczek miała w Polsce naj szerszy zasięg i znajdowała odpowiedniki na Słowacji, gdzie przeplatała się z nazwą kozub, tak jak kłobuk mieszał
się nad Odrą z kołpakiem, a kozubelec z kapturkiem w Istebnej i na Śląsku.
Stąd też nie budzi zdziwienia nazwa bębenek (Zawoja), bo przez swój kształt
kojarzy się zarówno z bębnem, jak i z naczyniem kozubem. Niejasna natomiast
jest nazwa fartuszek w Zawoi, którą - być może - należałoby kojarzyć
z czeskimfertousek, chociaż równie dobrze można nazwać fartuszkiem półkolisty koszyczek z ozdobnie wycinanymi u dołu gontami. Taki detal jak koszyczek czy fartuszek mógł się w Zawoi pojawić dopiero na początku XX wieku,
bowiem w tradycyjnym budownictwie dachy były czterospadowe, a tylko na
Orawie w niektórych bogatszych i starych domach konstruowano malutkie koszyczki w dachach czterospadowych (Pokropek, 1995, ilustr. 177, 179).
Różnorodność nazw we wszystkich trzech krajach dowodzi, że koszyczek
nie wszędzie należy do bardzo starych urządzeń ochronnych, osłaniających
dymnik pod kalenicą przed wpływami atmosferycznymi. Jako zamierzona czy
też przypadkowa konstrukcja powstał dość dawno, ale rozprzestrzeniał się
bardzo długo, docierając do niektórych wsi w Polsce dopiero w końcu XIX,
może nawet dopiero w XX wieku. Generalizując, ważną przeszkodą w rozpowszechnianiu się koszyczka była silnie zakorzeniona tradycja budowy da~hów czterospadowych. Należy jednak mieć na uwadze, że często obniżano
J 20, 30 cm połacie szczytowe, zarówno w dachach słomianych, jak i gontowych, tworząc naturalne dymniki. Później w ich miejscu zaczęły wykształcać
"ię konstrukcje koszyczkowe. Sygnalizuje to M. Messa odnośnie do regionu
Detva na Słowacji, kiedy to domy kurne kryte były słomą51. Już K. Moszyń,ki zauważył, że koszyczek ma związek "z dachem dwuspadkowym ... także
~dachem przyczółkowym"52. Z łączeniem koszyczka z dachem naczółkowym
nożna jednak dyskutować, bowiem w wielu okolicach Polski spotyka się da;hy naczółkowe, a nigdy nie występowały koszyczki. I tak jest też w innych
crajach.

II M. Messa, Hatkory stźpik-dekoratźvno---ochranny
prvok tradicnej l'udovej architektury nietorych regiónov S/ovenska, w: Tradźcie stavite/'stva a bjvania na S/ovensku, Bratislava-Svidnik
999, s. 226-228.
l2 K. Moszyński, op. cit, t. 1, s. 489--490.

�Jerzy Czajkowski

152

Ryc. 41. Zwolen k. Bańskicj Bystrzycy. Wg. Ragać.

Czescy badacze przyjmują kształt dwuspadowy dachu jako wyraz wpływów gotyku na budownictwo w końcu XV i w XVI wieku (Plessingerova,
Vareka, 1981, s. 138; 1982, s. 213). Argumentem koronnym jest ilustracja
z 1552-1570 roku w tzw. graduale z Czeskiego Brodu, na której w lewym
dolnym rogu znajduje się podcieniowy budynek z równym (w pionie) szczytem, u góry którego widać sterczynę z małym koszyczkiem (Plessingerova,
Vareka, 1988, s. 64, ilustr. 15). Można by go porównać do rysunku domu
z Ciężkowic (ryc. 10), ale ten ostatni posiadał daszek okapowy w szczycie,
który to detal obcy był czeskiej architekturze. Oczywiście, wspomniany dom
z Czeskiego Brodu jest ważnym, ale tylko pośrednim dowodem, bowiem nieznany jest czas jego budowy. Słuszność dedukcji wspomnianych badaczy potwierdza inny dokument, który nie był dotychczas analizowany. Jest to rycina
części miasta Zwolen na Słowacji, koło Bańskiej Bystrzycy, tzw. "Willembergova veduta" z 1599 roku. Pomijając zamek, na środku znajduje się kościół, ratusz i jeden dom. Natomiast wzdłuż bocznych pierzei widzimy kilka
rzędów domów parterowych i piętrowych ze szczytowymi podcieniami. Szczegóły te są dość dobrze widoczne. Każdy szczyt domu opatrzony jest w trójkątny kozubek, a nad niektórym i są sterczyny. Jest zastanawiające, że na żadnym z dachów nie ma kominów. Wyjątek stanowi, oderwany od ogólnej za-

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

153

budowy, dom koło kościoła, który mógł stanowić, dajmy na to, plebanię (Ragac, s. 34, ilustr. l; tu ryc. 41). Autor artykułu informuje, że w 1575 roku
miasto spłonęło i zostało odbudowane w stylu renesansowym (s. 40). Data ta
jest zbieżna z datą graduału z Czeskiego Brodu. W przypadku Zwolenia zdumiewa powszechność omawianego szczegółu, co wskazywałoby na dawniejsząjego znajomość i zapewne stosowanie. W takiej sytuacji, zachowując krytycyzm, można by informację opartą na obu źródłach zestawiać z datami budowy i remontów kościołów w Syryni, Lubomii, Michalicach,
Pstrążnej,
Markowicach i Jankowcach, a także z czasem budowy kościoła w Kieżmarku.
Tezę badaczy czeskich, zakładającą, iż druga połowa XVI wieku była okresem,
w którym uksztahował się koszyczek, należy uznać. Wprawdzie L. Stepanek
(1968, s. 225) sądził, że nastąpiło to raczej na przełomie XVI i XVII wieku, ale
w 1968 roku nie był jeszcze znany obrazek z graduału i nie był opublikowany
widok Zwolenia z 1599 roku. Trzeba jednak podkreślić, że kościoły w Syryni
i Lubomii zostały zbudowane w 1510 i 1516 roku, a zatem otrzymałyby koszyczki, które - ze względu na formę i wielkość - należy uznać za piramidalne, przy okazji jakichś remontów.
Zastanawiający też jest zbliżony czas pojawienia się kozubków jako elementu
architektonicznego i samej nazwy. Zwróćmy uwagę na semantyczną stronę terminu kozub. Na oznaczenie naczynia z kory stosowano go w 1369 roku (Rymut, 1991, s. 160), a w XV wieku znajdujemy kazub, czyli dymnik nad piecem
kuchennym (Bańkowski, t. l, s. 650), w XVI wieku zaś kazub, kozub jako 'komin, kominek', czyli piec (Sławski, t. III, z. l, s. 35). W 1632 roku kozub jest
poświadczony jako otwór lub przewód, którym uchodzi dym (Słownik polszczyzny ... b, 1978, s. 98). Analogiczne znaczenie miał ten termin na Wołoszczyźnie
Morawskiej. W odniesieniu do tego regionu PraZak był zdania, że półokrągły
kabfinec występował dawniej jedynie w domach bogatszych (1950, s. 33).
Znajomość kozuba jako otworu lub urządzenia do jego zabezpieczania rozchodziła się stopniowo, w miarę porzucania dachów czterospadowych na rzecz
dwuspadowych. Powszechność kozubków w domach miejskich na Słowacji
i w Czechach wskazuje, że w tym środowisku one powstały, a z czasem upowszechniły się w budownictwie wiejskim, zwłaszcza że oprócz funkcji praktycznej pełniły rolę dekoracyjną, która pozostała, gdy wprowadzono kominy.
Znamienny jest zapis polskiego badacza dotyczący Słowacji, w którym
czytamy: "Przy piecu stoi małe ognisko na świecenie łuczywem tzw. kozub,
kozśbo!C' (Bobek, t. l, s. 203). I to mogła być pierwotna funkcja pewnego
urządzenia, którego nazwę kazub przeniesiono na "dymnik nad otevrenym
ohnistem (zpravidla zhotoven z prouti nebo z prken a omazen hlinou)" (Frolec, Vareka, 1983, s. 100). To sarno potwierdza J. Langer, pisząc o dymniku
nad ogniskiem, który wyprowadzał dym na strych53• Natomiast Prazak w od53

Z listu PhDr. 1. Langera esc. do autora.

�154

Jerzy Czajkowski

niesieniu do Orawy pisze, że dawniej w izbie było "ohnisko", "koch" i "kozub"; ognisko i koch (= kapa) już na początku XX wieku przeniesiono do
kuchni utworzonej z tylnej części sieni, a kozub nadal pozostał w izbie i jako
małe ognisko pod kapą służył do oświetlania izby (Prazak, 1961, s. 53,91).
Jozef Vydra podkreśla, że w starodawnych domach orawskich był odrębny
kozśbok, w którym palono łuczywo oświetlające izbę. W domach "kopaniczarskich" na pograniczu Moraw i Słowacji zwano go kozubkiem lub piecka
(Vydra, s. 182, 185). Opisy Bobka i Vydry znajdują w pełni potwierdzenie
w rysunkach w pracy Caplovica dotyczących orawskich wsi Zazriwa-Ustredie oraz Velicna (Caplovic, rys. i ss. nie num.), a także w Sumiacu na południe od Popradu (Foltyn, ilustr. 70). Znajdujemy go też we wsi Bradno
w regionie Gerner na południu Słowacji, co świadczy o szerokim pod względem geograficznym rozprzestrzenieniu tego zjawiska54. Oczywiście, różnorodnych form mogło być więcej, jak np. wnęki w piecu lub odpowiednio obudowane w ścianie izby, czego przykładem jest jeden z domów z Dąbrówki
Dolnej w Muzeum Wsi Opolskiej.
Zamykając kwestię kozuba, który przeszedł wyjątkowo bogate zmiany funkcjonalne, od prostego naczynia z kory, plecionego z łyka koszyka, kobiałki
czy torby, do ptasiego gniazda czy wydrążonego naczynia, a poprzez swoje
derywaty w postaci kozubieć, kozubaty, czyli 'stawać się krzywowypukłym'
uzyskał formę rozwojową w kierunku urządzenia zabezpieczającego sam dymnik, który zresztą w swojej najprostszej postaci trwał nieprzerwanie obok form
wysoce rozwiniętych.
Dokonana analiza wykazała, że koszyczek był związany nie tyle z Małopolską, jak sądzili badacze przed stu laty (Puszet, s. 79), ale z fragmentem
Polski południowej55, głównie górzystej, co wynikało z sąsiedztwa ze Słowacją, Morawami i Czechami, gdzie zabezpieczanie otworu dymnikowego
przed wpływami atmosferycznymi rozwinęło się najbardziej i przyjęło dekoracyjne formy. Chałupa z Wierchomli prezentuje naj uboższy sposób technicznego wykonawstwa, ale przykłady z Górnego Śląska, Beskidu Śląskiego i Opolszczyzny są świadectwem szukania rozwiązań dekoracyjnych, generalnie uboższych jednak od form słowackich i czeskich.
Istotną rolę w połączeniu z koszyczkiem spełniała często sterczyna, tzw.
pazdur, który był jego ozdobnym wykończeniem. Niewątpliwie zamknięcie
granic po pierwszej wojnie światowej między państwami karpackimi wpłynęło ujemnie na dalsze rozpowszechnianie
się dekoracyjnych koszyczków.
Zresztą nie tylko to, nastąpiła bowiem generalna zmiana materiałów budow54 S. Mruskovic, Slovenske muzeum l'udovej architektury
v Martine, .,SlovenskY mirodopis",
1972, nr l, ilustr. 9.
55 Anna Kutrzebianka
w swojej pracy o budownictwie w Zawoi, op. cit, s. 43, napisała, że pół.
stożkowe daszki gonciane lub podobne formy spotyka się przede wszystkim we wsiach na północ
od Zawoi. Niestety, ani ona, ani nikt inny nie sprecyzował, o które wsie chodzi.

�Dach z ,,koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

155

lanych, chociaż one same nie utrudniałyby konstrukcji koszyczków z blachy56,
czy z dachówki, ale po raz któryś dała znać o sobie zasada, że "nowe niszczy
stare".

Zakończenie
Przemiany, jakie zachodzą w architekturze murowanej miast i w budownictwie drewnianym wsi i miasteczek w ostatnich sześćdziesięciu latach, nastąpiły w większości krajów europejskich. Stąd też badania prowadzone przez
liczne instytucje nad tymi tematami mają zawsze ogromne znaczenie, bo pozwalają zebrać w archiwach i muzeach materiały, których wartość będzie
wzrastała w postępie geometrycznym. W niektórych kwestiach badania sąjuż
mocno spóźnione, a przykładem tego jest omawiany temat. Szczątkowy materiał, którym dysponujemy, nie pozwala już na historyczną analizę, a znaczne braki są nawet w zakresie geograficznego rozprzestrzenienia poszczególnych odmian. Dzięki bogatym materiałom słowackim i czeskim można lepiej
zrozumieć pewne zagadnienia.
Na Słowacji konstruowano koszyczki w setkach wsi od zachodniej granicy z Morawami po północną granicę z Polską, na wschodzie po Spisz i rzekę
Poprad, Levocske Pohorie, całe Nizke Tatry, Slovenske Rudohorie prawie po
Koszyce, a w części zachodniej wszystkie górskie wsie, m.in. po obu stronach rzeczki Turiec i Hron. W związku z tym, że na Spiszu słowackim koszyczki były zjawiskiem powszechnym zarówno w budownictwie wiejskim,
jak i miejskim, nie dziwi więc, że udekorowano nimi cztery szczyty ewangelickiego kościoła w Kieżmarku, zbudowanego w 1717 roku na planie krzyża.
Dwa z nich są wyraźnie widoczne na zdjęciu z 1923 roku (Vydra, s. 252) oraz
na fotografii wykonanej współcześnie57, natomiast na rysunku - prawdopodobnie sprzed 1914 roku - widać trzy duże, półstożkowe koszyczki zwieńczone krzyżami (Barathova, ilustr. 57). Było ich zawsze cztery i tak jest
w chwili obecnej. W tej samej pracy zamieszczone są ryciny: kolorowa Ludwiga Rohbocka z panoramą Kieżmarku z połowy XIX wieku (ilustr. 7) oraz
czamo--biała, również z połowy XIX wieku (ilustr. 19), na których niektóre
domy zwieńczone są koszyczkami. Ponadto jedna fotografia (ilustr. 35) prezentuje dwa domy renesansowe, zapewne z początku XVIII wieku z niewielkimi koszyczkami na krawędziach dachów. Musiały jednak być powszechne,
56 W maju 2003 roku dokonano przeglądu wsi słowackich Zdiaru n. Hronem, Banskej Bystricy.
Zvolenia, Ruzomberoka, wzdłuż Hronu i aż do Popradu. Stwierdzono całkowity zanik koszyczków
idący w parze z przebudową wsi. Jedynie w Zavadce n. Hronem, Helpie i we wsi Vernar zauważono po kilka, przeważnie starych domów z koszyczkami, niekiedy blaszanymi.
57 A. Kroh, Spisz. Spis. Zips. Szepes, w: Spisz wielokulturowe
dziedzictwo, pod red. A. Kroha,
Sejny 2000, ilustr. po s. 24 (fot. Mikulas Liptak).

�Jerzy Czajkowski

156

"

o

Mapa 4. Mapa zasięgu kukli-koszyczka

na terenie Czech, Słowacji i Polski.

skoro w chwili obecnej zachowały się one w liczbie 7 sztuk na ul. Hradnie
Mesto na domach przeważnie renesansowych oraz 4 na drewnianych budynkach przy ulicy Stary Trh58, a omówiona wyżej ilustracja ze Zwolenia stanowi dowód, że w tym regionie konstruowano je na pewno w 1575 roku, ale nie
jest wykluczone, że wcześniej.
Pomijając pojedyncze przypadki spotykania koszyczków w pozostałych
okolicach, dominowały one we wsiach górskich i podgórskich. Prawie w ogóle
nie było ich u ludności ruskiej, czyli tzw. Łemaków59 i Bojków na Wyżynie
Ondawskiej, u Słowaków Szarysza i ludności nizinnej części Zemplina na
południe od Vihorlatu, przechodzącej w Nizinę Węgierską. Pozbawiona koszyczków była także cała południowa i południowo-zachodnia Słowacja,
w zdecydowanej większości nizinna (mapa 4).
Na północno-wschodnich Morawach, od okolic Zlina (Gotwaldov), wokół Vsetina, Roznova, znajdujemy kilkadziesiąt wsi, gdzie kozubki były zjawiskiem powszechnym. Na północy wsie morawskie łączą się z góralszczyzną śląską (czeską i polską). Wzdłuż granicy z Polską chałupy z koszyczkami
58
59

Stwierdziłem to w czasie objazdu terenowego w maju 2003 roku.
Lemakowie są odpowiednikiem Lemków po polskiej stronie Beskidu Niskiego.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

157

sięgały ziemi kłodzkiej. Może i tam kiedyś występowały, ale obecnie brakuje
na to dowodów.
W głębi Czech kabfiniec występował w całej środkowej części kraju.
J. Vareka zamyka obszar jego rozprzestrzenienia izoglosą przebiegającą od
Jilernnicy u stóp Karkonoszy do SIany na zachód od Pragi, wschodnich obrzeży
miasta Pilzna, na południe do Susic, Tynu nad Wełtawą, do miejscowości.
Homi Cerekev (Plessingerova, Vareka, 1988, s. 57). Ponadto duże zgrupowanie wsi w środkowych Czechach z konstrukcjami kozubków dachowych zawarte było pomiędzy Hradec Kralove, wokół Pardubic, Chrudima i Hlinska
po Usti nad Odrą, HavliclcUv Brod i Zd'ar nad Sazavou. Wymienieni wyżej
badacze dopuszczają występowanie poza wspomnianą izoglosą pojedynczych
budynków z kozubkami, np. w okolicy Domazlic na południowy zachód od
Pilzna. Nie uwzględniają jednak dużej grupy wsi w rejonie Tumova, Liberca
i Semily, a nawet w obrębie Karkonoszy, po stronie czeskiej. Przykładami
mogą być: piętrowe domy we wsiach Prisovice (1804) i Vrchovina koło Liberca, albo dom z 1787 roku w Ponikli koło Semily (Frolec, Vareka, s. 192,
293; Frolec, 1968), piętrowy dom w miasteczku Zelezny Brod koło m. Jablonec nad Nysą (Sas Zubrzycki, s. 160), czy też dom z 1785 roku we wsi Chvalovice koło miasta Znojmo, na południu Czech.
Oprócz opracowań dotyczących Czech i Słowacji, literatura dostarcza nader skromne informacje o stosowaniu omawianego elementu architektonicznego w innych krajach. K. Moszyński, stawiając znak równości między kuklą
w Czechach i na Słowacji, łączy ją bezpośrednio z naczółkiem, co zapewne
wynikało ze słabego w owym czasie rozeznania zasięgu geograficznego tego
szczegółu. Ponadto w niektórych okolicach Czech, wskutek skośnego ścinania szczytu dachu zacierała się różnica między kozubkiem a naczółkiem.
K. Moszyński informuje także, iż koszyczek znany jest z Hanoweru i Westfalii (t. l, 1929, s. 489-490). W dostępnej literaturze fachowej nie znajdujemy potwierdzenia tego, ale nie upoważnia to do kwestionowania tej informacji, tym bardziej, że we Frankonii koszyczek, zwany tam Giebelschopf, ciągle widnieje na szczytach domów w wielu miejscowościach, szczególnie wokół
Norymbergii. Aby nie być gołosłownym: Ammemdorf (Land Furht) - młyn
z 1608 roku; Kirchehrenbach (Land Fohrheim) nad rzeką Regnitz - dom
piętrowy z XVII wieku; HOfen (ob. w granicach Norymbergi) - dom parterowy z drugiej połowy XVII wieku; Rosstai (Land Furth) - olbrzymia piętrowa karczma z końca XVII wieku; Grosshabersdorf (Land Furth) - wielka
gospoda z 1697 roku; ponadto 7 dalszych obiektów z początku XVIII i XIX
wieku (Nagel, 2001, s. 27-145). We wszystkich tych budynkach, które mają
wielopiętrowo rozbudowane funkcjonalne poddasza, u szczytu kalenicy znajduje się malutki, z kilku rzędów dachówek, ,,koszyczek", którego zadaniem
jest osłona wielokrążka, którym opuszczano na dół lub podnoszono do góry
różne ciężary, np. worki z ziarnem. Znane są znacznie starsze obiekty, jak np.

�158

Jerzy Czajkowski

budynek z Obembreit (Land Kitzingen) przeniesiony do muzeum
na wolnym powietrzu w Bad
Windsheim, którego parter z kamienia zbudowano w 1554 roku,
natomiast piętro z dwupoziomowym poddaszem, o konstrukcji
szkieletowej, w latach 1565-1588.
W szczycie od ulicy tego budynku jest mały koszyczek nad otworem transportowym60• Szczegół
ten ze względu na jego usytuowanie pod kalenicą jest formalnie
podobny do niektórych koszyczków czeskich czy polskich, ale
ich funkcje były odmienne. Jego
konstruowanie
w budownictwie
Ryc. 42. Tóvaros, Węgry. Willa z koszyczkiem.
niemieckim zawsze było związane z pokryciem obiektu dachem dwuspadowym. Zwróćmy również uwagę,
że w Gdańsku, na Wyspie Spichrzów nad Starą Motławą, znajdują się 4 murowane spichlerze, które w szczytach od ulicy posiadają duże, piramidalne
"koszyczki" kryte dachówkami. Ich funkcja była identyczna jak w wyżej opisanych budynkach niemieckich61•
Sąjednakjeszcze
inne infonnacje o rzeczywistych koszyczkach. Na przełomie XIX i XX stulecia w miejscowości Tóvaros nad bezimiennym jeziorem, przez które przepływa rzeczka Altai, wpadająca do Dunaju, znajdowała
się wielka murowana willa z różnymi w kształcie koszyczkami62• Z rysunku
wynika, że były one dość duże i wyraźnie zabezpieczały otwory okienne przed
opadami (ryc. 42). Rysunek jest jednak zbyt ogólny, aby można było określić
detale. Dodajmy jeszcze, że jezioro jest na linii Komamo (lO km) - Budapeszt (60 km).
Do niedawna widywało się domy z koszyczkami w Siedmiogrodzie w Rumunii i w najbardziej na północny wschód wysuniętym skrawku Węgier, w prowincji Szabolcs-Szatrnar.
W szeklerskiej wsi esik konstruowano z czterech
rzędów gontów koszyczki na dachach czterospadowych, zaś we wsi Kiikiillo
gontowe dachy miały duże naczółki (!) obniżone pod kalenicą około 60 cm,

60 K. Bedal, Hauser aus Franken, Musewnsfiihrer Friinkisches Freilandmuseum, Bad Windsheim,
1988, s. 120-124. Dalsze materiały znajdzie Czytelnik w różnych numerach "Franken unter einem
Dach", np. 22/2000, 23/2001, Zeitschrift des Vereins Friinkisches Freilandmuseum eV Niimberg.
61 Znajdujemy
je na ilustr. 303 w : M. i A. Szypowscy, Gdańsk. Warszawa 1978.
62 Die osterreichisch-ungarische
Monarchie. Ungarn, IV Band, (po 1898 roku), s. 483.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

159

i zabezpieczone półokrągłym koszyczkiem63 (Tóth, ilustr. 200, 229). Co się
tyczy Węgier, z jednej wsi wspomnianego regionu, Nagyhodos, graniczącą
z Zakarpaciem ukraińskim, przeniesiono budynek mieszkalny do muzeum na
wolnym powietrzu w Sóstó koło Nyiregyhaza. Jego czterospadowy dach in
situ pokryty był słomą lub trzciną i posiadał nad otworem w narożniku dachu
mały koszyczek. Po rekonstrukcji pozostawiono dach w tym samym kształcie
i pokryto gontem. Koszyczek wykonano z trzech rzędów gontówM.
W związku z tym, że na wschodniej Słowacji koszyczek nie był stosowany, wobec tego nie mógł być stamtąd przeniesiony na Węgry. Wytłumaczenia
tego faktu można doszukiwać się w wypowiedzi węgierskiego etnografa, Ivana M. Balassa. Pisał on, że region ten na początku XVIII wieku opustoszał
pod względem demograficznym. W latach 173~ 1790 napłynęły trzy fale osadnictwa niemieckiego do regionu Tokajskiego. Natomiast Słowacy i Karpato-Ukraińcy (?, J.c.) zasiedlili góry Zemplin i Hegyk6z w Abauj65. W skrótowo ujętym tekście nie wszystko jest jasne, ale wynika z niego, że wyłącznie
Słowacy z Gemeru mieli najbliżej do regionu Abauj (na południe od Koszyc)
i mogli przenieść technikę wykonywania koszyczków. Za mało jednak mamy
danych, aby być pewnym takiego rozwoju sytuacji. Co zaś tyczy się występowania koszyczków-kozubków
w innych krajach karpackich, możemy domyślać się, że wiedzę o tym oparto na informacjach sprzed pierwszej wojny światowej, gdy panowały inne realia polityczne. Dotyczy to szczególnie źródeł
austro-węgierskich.
Zdarzające się tu i ówdzie pojedyncze budynki czy wsie, w których koszyczki występują lub występowały, stanowią zjawisko marginalne. Załączona mapa (nr 4) opracowana na podstawie słowackiej, czeskiej i polskiej literatury tematu prezentuje rozprzestrzenienie geograficzne: koszyczka, kukli,
kozubka, kabf'inca w okresie od XVIII do XX wieku, bez względu na różnice
chronologiczne jego występowania i zadokumentowania w poszczególnych
regionach. Ogranicza się ono ściśle do Środkowej Europy i to głównie w obrębie Karpat Zachodnich na Słowacji i w Polsce oraz na dużych obszarach
Wyżyny Czeskiej. Zupełnie pozbawione tego elementu kulturowego na Słowacji są obszary Szarysza, a także dorzecza Torysy, Ondawy z TopIą, Laborca
i Latoricy. Nie miały w tym wypadku znaczenia morfologiczne cechy terenu.
Na Wyżynie Ondawskiej, zamieszkałej przez Łemaków i Bojków, budownictwo drewniane nie miało charakteru reprezentacyjnego. Wąskie jednotrakto-

63 Zamieszczone ilustracje nie pozostawiają w tym względzie żadnych wątpliwości. Jednocześnie nasuwa się na myśl pewne podobieństwo do niektórych rozwiązań konstrukcyjnych na Orawie,jak sądzę, przypadkowe.
64 Sóstói muzeumfalu, przewodnik,
1989, s. 16-17.
65 LM. Balassa, Region Nordostungarn,
w: Das ungarische Freilichtmuseum in Szentendre,
Budapest 1989, s. 69.

�Jerzy Czajkowski

160

we domy pokryte były niskimi, słomianymi dachami. Natomiast nizinny obszar na południe od Vihorlatu poddany był wpływom kultury wę-gierskiej.
Pozbawiona koszyczków była południowa i południowo-zachodnia
Słowacja oraz przeważająca część Moraw, z wyjątkiem górskiego terenu od Zlinu po Ostrawę i góry Hruby Jasenik. Na obszarze Czech kabfiniec występował w całej środkowej części kraju. J. Vareka zamyka jego rozprzestrzenienie
izoglosą przebiegającą od Jilemnicy u stóp Karkonoszy do SIany na zachód
od Pragi, wschodnich obrzeży miasta Pilzna (Plzen), na południe do Susic,
Tynu nad Wełtawą, do miejscowości Homi Cerekev (Plessingerova, Vareka,
1988, s. 57). Ponadto duże zgrupowanie wsi z konstrukcjami kozubków dachowych było w północno-wschodnich Czechach pomiędzy Havlickovym Brodem a Hradec Kralowe. 1. Vareka dopuszcza występowanie poza wspomnianą
izoglosą pojedynczych budynków z kozubkami, co można powiedzieć również
o Słowacji. Nie uwzględnia jednak dość dużej grupy wsi w rejonie Tumova
i Liberca, nawet w obrębie Karkonoszy. Przykładami mogą być: piętrowe domy
we wsiach Ptisovice (18-4) i Vrchovina koło Liberca albo dom z 1787 roku
w Ponikli koło Semily (Folec, Vareka, s. 192, 293; Frolec, 1968) i inne.
Autor artykułu nie rości sobie pretensji do wyczerpania tematu. Wręcz przeciwnie, wypowiedzi z różnych krajów mogą uzupełnić obraz zjawiska, które
w skali europejskiej można analizować tylko w sensie historycznym.

Podpisy pod ilustracjami -

objaśnienia

l. Biała Woda koło Szczawnicy. Łemkowski dom z widocznym koszyczkiem w szczycie. Fot. R. Reinfuss przed 1934 r.
2. WierchomIa Wielka koło Krynicy. Łemkowski dom z 1899 roku. Rys. W. Niezgoda 1966; a. przekrój podłużny, b. rzut przyziemia, c. przekrój podłużny przez szczyt.
3. WierchomIa Wielka koło Krynicy. Łemkowski dom z 1899 roku. Fot. 1. Czajkowski,
1962.
4. Kościół w Lubomii na Górnym Śląsku (wg R. Henniga i K. Mokłowskiego). Faktycznie był to kościół w Syryni koło Lubomii. Na szczytach nawy i przedsionka widoczne są koszyczki (Lubomia, patrz ryc. 24).
5. Częstochowa. Rysunek z 1881 roku domu z podcieniem frontowym i koszyczkiem (wg K. Mokłowskiego).
6. Muszyna. Fragment rysunku Jana Matejki z widocznymi sterczynami i koszyczkiem (wg K. Mokłowskiego).
7. Warszawa. Fragment obrazu J. Kossaka "WyIew pod Warszawą". Szczytowa ściana
karczmy osłonięta gontowym koszyczkiem ze sterczyną.
8. Stopnica woj. świętokrzyskie. Dworek rysowany w 1883 roku z widocznym koszyczkiem nad naczółkiem (wg Z. GIogera).
9. Dom mieszczański z Podgórza Karpackiego (wg Z. GIogera).
10. Ciężkowice, pow. Tarnów. Dom mieszczański, wąskofrontowy, z koszyczkiem
i sterczyną (wg 1. Sasa Zubrzyckiego).
II. Wola Rasztowska, pow. Radzymin. Dom z koszyczkiem kryty słomą (wg O. Kolberga).

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

161

12. Koszyczki z Podhala (a) i Spisza (b) (wg W. Matlakowskiego).
13. Krempachy na Spiszu. Nieistniejący dom z połowy XIX w. (wg fot. M. Korneckiego z 1952 r.).
14. Zakopane. Willa "Cicha", ul. Kościeliska 71, budynek sprzed 1939. Fot. J. Czajkowski, 1985.
15. Przykłady koszyczków z Orawy: a, d) Podsarnie, b, c) Podwilk, z 1859 roku (wg
S. Barabasza).
16. Koszyczki spod Babiej Góry: a) Białka, b, c) Zawoja (wg A. Kutrzebianki).
17. Zakopane. Szczyt domu z koszyczkiem (wg 1. Sasa Zubrzyckiego).
18. Szczyty domów z koszyczkami z Beskidu Śląskiego. Istebna: a) 1865, b) 1868,
c) Wisła-Tokarnia, d) Istebna-Połom, koniec XVIII w. e) 1865, (wg M. Gładysza).
19. Istebna pow. Bielsko-Biała. Koszyczek z trzech rzędów gontów między krokwiami (wg M. Gładysza).
20. Panewniki, pow. Katowice. Koszyczek o eliptycznym kloszu nad dachem przyczółkowo-półszczytowym (wg L Tłoczka).
21. Panewniki, pow. Katowice. Dom z dachem dwuspadowym i koszyczkiem, 1866,
obecnie w Górnośląskim Parku Etnograficznym. Fot. Arch. GPE.
22. Sośnicowice, pow. Gliwice. Dom kołodzieja, 1726. Fot. St. Deptuszewski ok. 1965.
23. Katowice. Kościół (I 5 lO?) przeniesiony z Syryni, pow. Wodzisław. Nad szczytem nawy i frontowym przedsionkiem widoczne koszyczki. Fot. 1. Matuszczak przed 1975.
24. Lubomia, pow. Rybnik. Kościół, 1516. Widok od południa. Koszyczek znajduje
się nad tylnym szczytem nawy (wg Siernka, ilustr. 84).
25. Kotlarnia, pow. Koźle. Dom dwutraktowy, zrębowy, dach z koszyczkiem, 1817
(wg H.J. Helmigk).
26. Dąbrówka Dolna, pow. Namysłów. Dom dwutraktowy, zrębowy, z kozubkiem
z desek, 1827. Obecnie w Muzeum Wsi Opolskiej. Fot. J. Czajkowski 2002.
27. Dąbrówka Dolna, pow. Namysłów. Zagroda wielobudynkowa. Nad częściąmieszkalną kozubek w formie trójkątnej skrzyni, mocno odsunięty od połaci dachu. Fot. Arch.
Muzeum Wsi Opolskiej (dalej: MWO), karta nr 319.
28. Kaniów, pow. Opole. Kozubek nad szczytem chałupy ukryty pod kalenicą. Fot.
ok. 1935. Arch. MWO, karta 455.
29. Chróścice, pow. Opole. Zagroda wiejskiego pastucha. Pod kalenicą ukryty kozubek. Fot. przed 1937 (wg H.J. Helmigk).
30. Zabieniec, pow. Opole. Szczyt dachu z kozubkiem w kształcie trójkątnej skrzyni.
Fot. A.M. Wołczyk 1966. Arch. MWO.
31. Domaradz, pow. Namysłów. Dom zrębowy, dach z kozubkiem w formie trójkątnej skrzyni. Fot. 1935. Arch. MWO, karta 407.
32. Zawiść, pow. Namysłów. Dom zrębowy z dużym odstającym kozubkiem. Fot. ok.
1930. Arch. MWO.
33. Domaradzka Kuźnia, pow. Namysłów. Dom zrębowy in situ, uznany za zabytkowy z kozubkami po obu stronach dachu. Fot. 1. Czajkowski 2002.
34. Falkowice, pow. Namysłów. Dom zrębowy z pozorowanym kozubkiem. Fot. sprzed
1939. Arch. MWO, karta 431.
35. Dąbrówka Dolna, pow. Namysłów. Dom zrębowy z pozorowanym kozubkiem.
Fot. inż. Basista, po 1960. Arch. MWO, karta 338.
36. Stobrawa, pow. Opole. Dom o konstrukcji szkieletowej z dachem dwuspadowym,
;łomianym i kozubkiem z gontów (wg H.J. Helmigk).
37. Michalice, pow. Namysłów. Kościół, 1614. Nad zachodnim szczytem nawy wiioczny duży, piramidalny koszyczek (wg Degen i in., 1939, s. 284).
38. Pstrąźna, pow. Rybnik. Kościół, 1680 lub 1684. Widok od południa. Koszyczek
majdował się nad tylnym szczytem nawy (wg Siernka, ilustr. 154).

�162

Jerzy Czajkowski

39. Jankowice, pow. Rybnik. Kościół, 1674. Nad zachodnim szczytem nawy widoczny mocno spłaszczony kozubek. Fot. 1. Matuszczak przed 1989.
40. Lubliniec. Kaplica św. Anny, 1653, odbudowana 1754. Nad szczytem mały koszyczek. Fot. J. Matuszczak przed 1975.
41. Zwolen koło Bańskiej Bystrzycy, Słowacja. Fragment miasta. 1599 roku. Na dachach wszystkich budynków zaznaczone są kozubki (wg Ragac, ilustr. I na s. 34).
42. Tóvaros, Węgry. Willa z koszyczkami na dachach (1898 r.).

Podpisy pod mapy
Mapa 1. Miejscowości w Polsce, w których stwierdzono architektoniczne "koszyczki" w XIX-XX w. Oprac. 1. Czajkowski.
Wykaz miejscowości:
I. Stopnica,
2. Ciężkowice,
3. Ropa, 4. Uhryń,
5. Muszyna, 6. Wierchomla Wielka, 7. Biała Woda, 8. Jaworki, 9. Szlachtowa, 10. Łapsze Niżne, 11. Łapsze Wyżne, 12. Krempachy, 13. Frydman, 14. Nowy Targ, 15. Zakopane, 16. Chochołów, 17. Jabłonka, 18. Podwilk, 19. Piekielnik, 20. Zubrzyca Górna,
21. Podszkle, 22. Harkabuz, 23. Podsamie, 24. Zawoja, 25. Białka, 26. Podgórze podkarpackie (Myślenice), 27. Andrychów, 28. Koszarawa, 29. Jeleśnia, 30. Radziechowy, 31.
Cięcina, 32. Milówka, 33. Istebna, 34. Wisła-Centrum, 35. Wisła-Połom, 36. Wisła-Tokarnia, 37. Brenna, 38. Cieszyn, 39. pow. Pszczyna (Pszczyna), 40. Grzawa, 41. Mysłowice, 42. Sławków, 43. Będzin, 44. Czeladź, 45. Panewniki, 46. Śmiłowice, 47. Bojków, 48. Pilchowice, 49. Sośnicowice, 50. Łącza, 51. pow. Rybnik (Rybnik), 52. Jankowice, 53. Syrynia, 54. Lubomia, 55. Pstrążna, 56. Markowice, 57. Kuźnia Raciborska,
58. Turze, 59. Kotlarnia, 60. Strzybnik, 61. Przewóz, 62. Koźle, 63. Lubliniec, 64. Częstochowa, 65. Niwki, 66. Czarnowąsy, 67. Dobrzeń Wielki, 68. Chróścice, 69. Stare Siołkowice, 70. Nowe Siołkowice, 71. Popielów, 72. Stobrawa, 73. Kani ów, 74. Kup, 75.
Brynica, 76. Ładza, 77. Domaradz, 78. Domaradzka Kuźnia, 79. Falkowice, 80. Dąbrowa, 81. Jastrzębie, 82. Lubnów, 83. Dąbrówka Dolna, 84. Kozuby, 85. Zawiść, 86. Żabieniec, 87. Brzezinki, 88. Domaszewice, 89. Michalice, 90. Gorzów Śląski, 91. Orle;
poza mapą: 92. Warszawa, 93. Wola Rasztowska pow. Radzymin, 94. Potylicz pow. Rawa
Ruska.
Miejscowości orientacyjne: K - Kłodzko, B - Brzeg, S - Namysłów, L - Kluczbork, O - Opole, R - Racibórz, G - Gliwice, E - Katowice, T - Olkusz, Z Kraków, Y - Wadowice, U - Bielsko-Biała, P - Zakopane, C - Nowy Sącz,
D - Gorlice, H - Tarnów.
Mapa 2. Północna Opolszczyzna. Wsie, w których w 2. połowie XX w. były stare
domy z kozubkami. Opr. J. Czajkowski.
Mapa 3. Osadnictwo fryderycjańskie na Śląsku (Fragment mapy z: Friedrich Heiss,
Das Schlesienbuch, Berlin 1938, s. 10).
Objaśnienia: kółka puste - miasta orientacyjne, kółka pełne - osady fryderycjańskie, półkola pełne - osady fryderycjańskie dodane do starszych wsi.
Mapa 4. Mapa zasięgu kukli-koszyczka na terenie Czech, Słowacji i Polski. Oprac.
J. Czajkowski.
Objaśnienia: punkty czarne - wsie; kółka - punkty orientacyjne. Czechy - I. Usti
nad Łabą. 2. Liberec, 3. Vrchlabi, 4. Melnik, 5. Siany, 6. Praga, 7. Pilzno, 8. Susice, 9.
Tyn nad Wełtawą, 10. Horni Cerekev, 11. Hav\ićkiiv Brod, 12. Hradec KraIove, 13. Ćeska
Tfebova, 14. Brno, 15. Olomouc, 16. Ostrava, 17. Zlin (Gotwaldov). Słowacja - I. Zilina, 2. BratysIava, 3. Nitra, 4. Banska Bystrica, 5. Ruzomberok, 6. Poprad, 7. Nova
Cubovna, 8. Spisska Nova Yes, 9. Kosice, 10. Presov. Polska - I. Kłodzko, 2. Wrocław,

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

163

3. Brzeg, 4. Namysłów, 5. Kluczbork, 6. Opole, 7. Częstochowa, 8. Racibórz, 9. Gliwice,
10. Katowice, II. Pszczyna, 12. Cieszyn, 13. Żywiec, 14. Zakopane, 15. Nowy Sącz, 16.
Gorlice, 17. Tarnów, 18. Kraków, 19. Olkusz. Węgry - I. Nyiregyhaza, 2. Tatabanya.

BIBLIOGRAFIA
Bachmann A.
1929
Dach w budownictwie ludowym, Lwów.
Barabasz Sto
1928
Sztuka ludowa na Podhalu, cz. I i II, Spisz i Orawa, Lwów.
Banithova N.
1989
Keimarskj hrad, Martin.
Bednarik R.
1967
Eudove stavitel'stvo na Kysuciach, Bratislava.
Benia M.
1979
Lohilne dobove formy l'udoveho stavitel'stva a vjber objektov pre region Liptov v Muzeum slovenskej dediny, "Zbornik Slovenskeho Narodneho Muzea"
(dalej: "ZSNM" lub "SSNM") R. 73, Etnografia 20, s. 34-65.
Bobek W.
1937
Lud słowacki, w: Słowacja i Słowacy, pod red. W. Semkowicza, t. 1: Kraj
i lud, s. 179-259.
Bogdanowicz 1.
1995
Dach, w: Komentarze do Polskiego Atlasu Etnograficznego, t. II: Budownictwo, PTL, Wrocław, s. 175-213.
Bogusz W.
1999
Projektowanie architektoniczne i budownictwo regionu. Podręcznik dla
technikum, Warszawa.
Boidol E.
1925
Statistk der bestehenden und nachweisbar bestandenen Holzkirchen in
Ostober-schlesien, "Der Oberschlesier" 1929, Bd. V.
Botik 1.
1999
Tradicie stavitel'stva a byvania v prostredi etnickjch minorit Slovenska,
w: Tradźcie stavitel'stva a byvania na Slovensku, Bratislava-Svidnik, s. 12-34.
Budownictwo ...
1900
Budownictwo drzewne, Wydawnictwo Towarzystwa "Polska Sztuka Stosowana" w Krakowie, red. E. Trojanowski i 1. Warchałowski, Materiały,
z. VI, Kraków.
Burgermeister L., Wiggert E.
1905
Die Holzkirchen und Holzturme der preussischen Ostprovinzen, Berlin.
Bytnar-Suboczowa M.
1963
Główne elementy kultury ludowej na Śląsku, "Prace i Materiały Etnograficzne", t. 23, Wrocław, s. 7-78.
Chybik 1.
1990
Dfevene domovnź stity jeseniskjch lidovych staveb, "Cesky lid", nr 3,
s.228-233.
Ciołek Gerard
1948
Dach chaty w polskim budownictwie wiejskim, cz. II, "Polska Sztuka Ludowa", nr 1, s. 12-19.

�164
1984

Jerzy Czajkowski

Regionalizm w budownictwie wiejskim w Polsce, t. l, s. 210; t. 2, s. 246,
Kraków.

Czajkowski J.
1966
Budownictwo między Białą a Popradem, "Rocznik Muzeum Etnograficznego w Krakowie", t. 1, s. 152-173.
1969
Budownictwo mieszkalne w Beskidzie Niskim i na przyleglym Pogórzu,
"Rocznik Muzeów Województwa Rzeszowskiego" t. II.
2000
Skansen w Zawoi, "Kielecka Teka Skansenowska" t. 1, Kielce, s. 221-227.
Ćaplovic
1977
taro kresaneho dreva Eudova architektura Oravy, Martin.
Danekova D.
1979
Lokalne dobove formy l'udoveho stavitel'stva a vjber obiektov pre region Pohronie v Muzeum slovenskej dediny, ,,ZSNM", R. 73, Etnografia 20, s. 117-159.
Degen K., Bleyl, Werbik v., Focke F.
1938
Bau- und Kunstdenkmiiler des Kreises Namslau, seria: Die Bau- und Kunstdenkmiiler Schlesiens, Breslau.
Dobrowolski T.
1931
Tradycje wołoskie w kulturze artystycznej górali śląskich na podstawie
zbiorów Muzeum Śląskiego w Katowicach i Muzeum Miejskiego w Cieszynie, "Zaranie Śląskie" R. VII, z. 1, s. 86-114.
1948
Sztuka na Śląsku, Kraków-Wrocław.
Dołżycka B.
1995
Formy chałup na obszarach peryferyjnych, w: Komentarze do Polskiego
Atlasu Etnograficznego, t. II: Budownictwo, Wrocław, s. 159-174.
Dubiel L.
1957
Wnętrze domu chłopskiego w Beskidzie Śląskim w latach 1860-1950, "Prace
i Materiały Etnograficzne" t. 10, s. 7-157.
Eliasz Radzikowski 51.
1901
Styl zakopiański, Kraków.
Fo1tyin L.
Volksbaukunst in der Slovakei, Praha.
1960
Frolec V.
1968
Historicke pozadi vyvoje lidoveho stavitelstvi v Moravsko-Panonske oblasti, "Ćeski Lid", nr 5, s. 285-312.
1974
Lidova architektura na Morave a ve Slezsku, Brno.
Eudova stavebna kultUra ajej vjznam na Slovensku pre poznanie kulturneho
1980
ryvoja v Karpatoch, 4, s. 18-21.
Frolec v., Vareka J.
1983
Lidova architektura. Encyklopedie, Praha.
Gajkowa O.
Kultura ludowa okolic Hor i Potylicza, "Prace i Materiały Etnograficzne"
1947
t. 6, s. 38-76.
Gaspar J.
Tatry, Stare pohladnice rozpravuju, Świadectwo dawnych pocztówek.
2002
Gil E.
1985
Z badań Muzeum Wsi Opolskiej nad drewnianym budownictwem ludowym
Opolszczyzny, "Opolski Rocznik Muzealny", t. 8, s. 5-103.
Gil E., Pilarski S.
1970
Budownictwo ludowe Opolszczyzny, Kraków.
Gloger Z.
Budownictwo drzewne i wyroby z drzewa w dawnej Polsce, t. l, Warszawa.
1907

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

1958
Gładysz M.
1935
1958

165

Encyklopedia staropolska, t. 3-4, Warszawa.

Góralskie zdobnictwo drzewne na Śląsku, Kraków.
Kultura ludu śląskiego, w: Górny Śląsk, red. K. Popiołek, M. Suchocki,
Wysłouch, Sto Zajchowska, Cykl: Ziemie Staropolski, Poznań, t. V, cz. 1,
s.454-522.
1971
Tradycyjna kultura Opolszczyzny i jej rola we współczesnym życiu wsi
w: Ogólnopolska Konferencja Muzeów i Parków Etnograficznych, Opole
22-24 września 1970 roku (Referaty i komunikaty), Opole, s. 72-84.
.
Gładyszowa M.
1958
Zarys rozwoju budownictwa ludowego w Siołkawicach Starych w XIX
i XX w., "Etnografia Polska", t. I, s. 200-213.
1963
Budownictwo, w: Stare i Nowe Siołkawice, cz. 1, Biblioteka Etnografii Polskiej nr 8, Ossolineum, s. 349-513.
1976
Budownictwo, w: Etnografia Polski. Przemiany kultury ludowej, red.
M. Biemacka, B. Kopczyńska-Jaworska, A. Kutrzeba-Pojnarowa, W. Paprocka, s. 279-327.
1978
Górnośląskie budownictwo ludowe, Ossolineum.
1984
Budownictwo i struktura osadnicza, w: Tradycja a współczesne przeobrażenia kultury wsi Beskidu Śląskiego, "Etnografia Polska" t. 28, s. 35-70.
Godea I.
1972
Monumente de arhitecturii popularii din nord-vestul Romaniei, vol. I, Oradea.
Haberland M.
1926
Die indogermanischen Volker des Erdteils, w: Illustrierte Volkerkunde in
zwei Biinden, t. II, cz. 2: Europa und Randgebiete, red. G. Buschan, wyd. 2
i 3 Stuttgart.
Heidenreich B.
1998
Górnośląski Park Etnograficzny. Przewodnik, Chorzów.
Hennig R.
1882
Das deutsche Haus, Stral3burg.
Helmigk H.J.
1963
Oberschlesische Landbaukunst um 1800, Berlin.
Jabłońska T., Moździerz Z.
1994
,,Koliba ", pierwszy dom w stylu zakopiańskim, Zakopane.
Hrabetova J.
Polabskfj narodopisne muzeum Prerov nad Labem. Przewodnik, s. 5.
1988
Jagiełła K.
Budownictwo ludowe, w: Górale Beskidu Żywieckiego, red. O. Tylkowa,
1991
s. 49-72, Kraków.
Jostowa W.
Muzeum Orawski Park Etnograficzny. Przewodnik, wyd. III, Kraków.
1977
Kantar J.
1972
Eudove stavitel'stvo a byvane na Orave, w: Eudova kultura w Karpatach,
Bratislava, s. 213-224.
1980
Perspektivy pamiatkovej starostlivosti a l'udowU architekturu, "Pamiatky
Priroda" 4, s. 6-9.
Karłowicz J .
190 I
Słownik gwar polskich, t. 2, Kraków.
Karłowicz 1., Krynicki A., Niedźwiecki W.
1970
Słownik języka polskiego, t. 2, Warszawa.

�166
Katalog ...
1966
1967
1968

Jerzy Czajkowski

Katalog zabytków sztuki w Polsce, t. VI, Województwo katowickie, z. 5:
powiat gliwicki, Warszawa.
Katalog zabytków sztuki w Polsce, t. VII, Województwo opolskie, z. 13:
powiat raciborski. Warszawa.
Katalog zabytków sztuki w Polsce, t. VII, Województwo opolskie, z. 11:
Miasto Opole i powiat opolski, Warszawa.

Kolberg O.
Dzieła wszystkie, t. 26: Mazowsze, cz. III, PTL, Wrocław-Poznań.
1887/1963
Kornecki M.
1994
Kultura artystyczna Zamagurza (w świetle zabytków), "Teki Krakowskie"
I, Kraków, s. 5--48.
Kovacevicova S.
1972
Drevene stavby na Slovensku, "Narodopisny vestnik ceskoslovenskY", VII
1-2.
1976
K problematike iivotneho prostredia robotnikov na Slovensku v minulosti,
"Slovensky mirodopis" (dalej "SN"), nr 1, s. 1-35.
Kovaru V.
1981
A'rchitektonicke a vytvarne prvky lidoveho domu v moravskjch a slezskjch
Karpatech, w: LidovĆl stavebni kultura, Brno, s. 260-271.
Krassowski W.
1961
Architektura drewniana w Polsce, Warszawa.
Kroh M.
1995
Sądecki Park Etnograficzny, Przewodnik, Nowy Sącz.
Kutrzebianka A.
1931
Budownictwo ludowe w Zawoi, Kraków.
Langer J.
Eudove stavitel'stvo severnej casti Gravy, "SSNM", R. 59, Etnografia 6,
1965
s.23-58.
1972
ZvlĆlstnosti tradićneho vyvoja l'udoveho domu v Liptove, "SN" , nr 4, s. 572-599.
1976
Interetnicke vztahy lidoveho domu moravsko-slovensko-polske
kontaktove
zóny, "SN", nr 2, s. 266-278.
1982
K problematice vertikĆllniho vyvoje tradicniho lidoveho domu w zĆlpadnich
Karpatech, w: Eudova stavebni kultura, Brno, s. 131-142.
1996
Co mohou prozradit lidove stavby, Roznov pod Radhostem.
1997
VolnĆla vĆlzanĆlkonstrukce roubeneho domu, w: Evropskj kulturni prostor
-jednota v rozmanitosti, ed. J. Vareka, M. Holubova, L. Petraoova, "Cesky
lid", Suplement 84/1997, s. 150-157.
Langer K.
1955
Atlas l'udovych stavieb, Martin.
Lazistan E., Michalov J.
1983
Drevene stavby na Slovensku, Martin.
Linde B. S.
Słownik języka polskiego, t. 2, Lwów, reprint PIW, 1951.
1855
Luchs H.
1871
Die oberschlesischen Holzkirchen und Verwandtes, "Schlesische ProvinzialbJiitter Riibezahl", No X.
Lutsch H.
1886-1903 Verzeichnis der Kunstdenkmiiler der Provinz Schlesien, Bd. 1-5, Breslau.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

167

Machek V.
1997
EtymologickY slovnźkjazyka ceskeho, reprint z 3. wydania z roku 1971, Praha.
Malicki L.
1936
Zarys kultury materialnej górali śląskich, Katowice.
Matlakowski W.
1892
Budownictwo ludowe na Podhalu, Kraków.
1915
Zdobienie i sprzęt ludu polskiego na Podhalu, Warszawa.
Matuszczak J.
1974
Kościoły drewniane na Śląsku, Ossolineum.
1989
Studia nad kościołami drewnianymi na Górnym Śląsku, "Rocznik Muzeum
Górnośląskiego w Bytomiu", Sztuka, z. 9.
Mencl V.
1980
Lidowi architektura v Ćeskoslovensku, Praha.
Messa M.
1999
Halkovy stl'pik - dekoratźvno-ochranny prvok tradicnej l'udovej architektury niektorjch regiónov Slovenska, w: Tradicie stavitel'stva a byvania
na Slovensku, red. M. Sopoliga, Bratislava-Svidnik, s. 226-228.
Milczanowski Z.
1983
Budownictwo ludowe regionu babiogórskiego, w: Park narodowy na Babiej Górze. Człowiek i przyroda, red. K. Zabierowski, Warszawa-Kraków,
s.260-272.
Mjartan J.
1974
Stavitel'stvo, w: Horehronie, Bratislava, s. 11-77.
Moklowski K.
1903
Sztuka ludowa w Polsce, cz. I: Dzieje mieszkań ludowych, cz. II: Zabytki
sztuki ludowej, Lwów.
Morcinek G.
bd.
Śląsk, seria: Cuda Polski, Wydawnictwo Polskie, Poznań.
Moskala E.
1968
Ziemia wadowicka, Kraków.
Moździerz Z.
1999
Budownictwo ludowe na Podtatrzu, "Teki Krakowskie" IX, Kraków, s. 115-137.
Nagel A.
2001
Dor/er, Hoje, Stuben Spuren vergangener bauerlicher Welten Frankens aus
der Halfie des 20. Jahrhunderts, Fotografien von Friedrich August Nagel
aus dem Nurnberger Umland und der Frankenalb, zusammengestellt und
erliiutert von Konrad Bedal, mit einer biografischen Skizze von Herbert
May, Bad Windsheim.
Narodopisna ...
1895
Narodopisna vjstava Ćeskoslovenskó v Praze 1895, Praha.
Neuling H.
1900
Schlesiens Kirchorte und ihre kirchlichen Stiftungen bis zum Ausgange des
Mittelalters, Breslau.
Odbudowa ...
1915
Odbudowa polskiej wsi. Projekty chat i zagród włościańskich opracowane
przez grono architektów polskich, red. WI. Ekielski, Kraków.
Olejnik J.
1964
Prźspevok k poznaniu l'udoVlłho stavitel'stva v oblasti Spisskej Magury,
"SSNM", R. 59, Etnografia 6, s. 61-86.

�168

Jerzy Czajkowski

Panoiu A.
1977
Din arhitectura lemnului in Romania, Bucure~ti.
Pawlikowski l. G.
1931
O "Styl Zakopiański" w budownictwie Zakopanego i Podhala, "Wierchy"
t. 9, Kraków.
Plessingerova A., Vafeka J.
1981
Zasięg karpackich elementów budownictwa mieszkalnego na terytorium
Moraw zachodnich i Czech, "Etnografia Polska" t. 25, z. 2, s. 133-141.
1982
Objev vyobrazeni ćeskeho roubeneho domu z konce IS. stoleti, "Cesky Lid"
69,4, s. 210-218.
1988
Otazka existence podlomeni a kabf'ince ve śtitu lidoveho domu (Pfispevek
k stanoveni hranice typu lidovych staveb v Ceskoslovensku), "Casopis narodniho muzea", fad historicka 157, 1-2, s. 52-65.
Pokropek M.
1989
Budownictwo ludowe w Polsce, Warszawa.
Pokropek M. i W.
1995
Tradycyjne budownictwo drzewne w Polsce, t. I: Budownictwo ludowe.
Chałupy i ich regionalne zróżnicowanie, Warszawa.
Popiołek F.
1965
Historia osadnictwa w Beskidzie Śląskim, Katowice.
Pass o.
2000
Karpacki Nemci, "Pamiatky a muzea" 4, s. 24-27.
Prazak V.
1950
Valaśskj dum pod Makytou (odtlacok z "Narodopis. Sbornika", rocnik IX),
s.3-96.
1961
K studiu lidove architektury a zpusobu bydleni na Grave, "SN", nr I,
s.46-100.
Puszet L.
1903
Studya nad polskiem budownictwem drewnianem, I: Chata, Kraków.
Pysiewicz-Jędrusik R.
1970
Zmiany granic Śląska w czasie i przestrzeni, w: R. Pysiewicz-Jędrusik,
A. Pustelnik, B. Kanapska, Granice Śląska, Wrocław, s. 6--48.
Ragac R.
2000
Zwolenska radnica v pisomnych prameiioch do konca 16. storoćia,
"Archeologia historica" 25, Banski Bystrica s. 33--41.
Reinfuss R.
1934
Budownictwo ludowe na zachodniej Łemkowszczyźnie, "Lud" t. 33, s. 3-12.
1947
Próba charakterystyki etnograficznej Rusi Szlachtowskiej na podstawie
niektórych elementów kultury materialnej, "Lud" t. 37, s. 160-235.
Orawski dom z ł\o}'żką,"Polska Sztuka Ludowa", R. 4, nr 1-6, s. 36-55.
1950
1971
Łemkowie jako grupa etnograficzna, Sanok.
1998
Zarys kultury materialnej ludności łemkowskiej z dawnego" Kresu muszyńskiego ", MMBLS, nr 34, s. 7-51.
Ripka I.
1981
Terminologia l'udoveho obydlia, w: Ludova staveni kultura, Brno, s. 54-58.
Sadowska E.l.
1995
Tradycyjne budownictwo ludowe Górali Babiogórskich, w: Monografia
Zawoi, Kraków-Zawoja, s. 173-189.
Sas Zubrzycki J.
1930
Cieślictwo polskie, Lwów.

�Dach z ,,koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

Schier B.
1931
Sedlacek 1.
1977
1981

Hauslandschaften
Reichenberg.

und Kulturbewegungen

169
im ostlichen

Mitteleuropa,

Roinovske namesti v 19. stoleti, "SN", nr 3, s. 461-469.
Typy dfevenych domu na roinovskem namessti a jejich zdene ekvivalentny
v 19. stoleti, w: Lidova stavebni kultura, Brno, s. 274-283.

Siemko P.
200 I
Nie zachowane kościoły drewniane Górnego Śląska, Katowice.
Skowronek J.
1989
Od konspiracji do kapitulacji, seria: Dzieje narodu polskiego, Warszawa.
Slovensko ...
1975
Slovensko, Lud. cz.II, red. nauk. Dr. B. Filova, esc., Dr. 1. Mjartan, DrSc
Bratislava.
Sławski F.
1966
Słownik etymologiczny języka polskiego, t. III, z. 1(11), Kraków.
Słownik języka ...
1978
Słownik języka polskiego, red. M. Szymczak, t. 1, Warszawa.
Słownik polszczyzny. ..
1978
Słownik polszczyzny XVI wieku, red. M.R. Mayenowa, t. XI, Ossolineum.
Słownik staropolski ...
1962
Słownik staropolski, red. S. Urbańczyk, t. 3, z. 5 (18), Ossolineum.
Sopoliga M.
1990
Ludova architektura Ukrajincov vjchodneho Slovenska, Svidnik.
1983
Narodne żitła ukrainci shidnai Slowacczini, Prjasziw.
Spyra A.
1980
Stan budowy skansenu "Zagroda Wsi Pszczyńskie/" "Acta Scansenologica", t.l, Sanok, s. 207-209.
1988
Zagroda wsi pszczyńskiej, Przewodnik po skansenie, Pszczyna.
Sztuka ...
Sztuka Stosowana, Wydawnictwo Towarzystwa "Polska Sztuka Stosowa1906
na" w Krakowie, red. E. Trojanowski i J. Warchałowski, Kraków, z. 8-9.
Szyller S.
1915
Tradycya budownictwa ludowego w architekturze polskiej, Warszawa.
Stepan L., Vafeka 1.
1991
Klic od domova, Praha.
Stepanek L.
1966
SlovenskY dum s podlomeni ve stfedoevropske lidove architektufe, "SN",
4, s. 436-447.
1967
K problematice kabfince v Ćeskoslovensku, "Cesky lid" 1968, nr 4, s. 223-230.
Stika J., Langer J.
1988
Ćeskoslovenske muzea v prirode, Martin, Ostrava.
Stranska D.
K otazce zvysenych staveb na Slovensku, ,,sN", nr 1, s. 65-121.
1966
Strelec K.
Typologicke znaky a diferenciacie l'udoveho stavitel'stva v juinych obla1982
stiach stredneho Slovenska v druh ej polowici 19. a zaciatkom 20. storoCia,
"ZSNM", 76, Etnografia 23, s. 117-165.
Tłoczek L
1957
Chałupy polskie, Warszawa.

�170
1958

Jerzy Czajkowski

Polska chałupa na polsko-czechosłowackim pograniczu, "Ćeskoslovenska
Etnografie" l, s. 87-98.
Dom mieszkalny na polskiej wsi, Warszawa.

1989
Toth 1.
1961
Nepi epiteszetiink hagyomanyai, Budapest.
Trocka-Leszczyńska E.
1995
Wiejska zabudowa mieszkaniowa w regionie sudeckim, Wrocław.
Treter M.
1938
Dwór Moniaków w Zubrzycy Górnej, "Wierchy" t. 16, s. 62-70.
Turzo 1.
1963
Z l'udovej architektury Turca (Stity a vstupy), "SSNM", R. VII, Etnografia
4, s. 76-82.
(Ungaro)
1898
Die asterreichisch-ungarische
Monarchie in Wort und Bi/d. Bahmen,
l. Abteilung, Wien.
b.d
Die asterreichisch-ungarische
Monarchie in Wort und Bi/d. Ungarn,
IV Bd., Wien.
Vareka J.
1974
Pfispevek k v);voji dvora na Moravskem Vala.ssku, w: Moravsko-slovenske
vztahy v lidove kultufe, Ostrava, s. 19-24.
1977
Vznik okapove orientace u ćeskeho domu, "SN", nr 3, s 470-473.
Vareka J., P1essingerova A.
1990
Merkmale des Karpatenbauernhauses auf dem Gebiet Westmiihrens und
Bahmens, "Acta Ethnographica Academiae Scientiarum Hungaricae",
1~, s. 289-300.
Vodera S., Skabrada J.
1985
Jihoćeska lidova architektura. Ćeske Budejovice.
Vydra 1.
1958
Eudova architektura na Slovensku, Bratislava.
WeItzel H.
1896
Geschichte des ratiborer Archipresbyterats, Ratibor.
Wesołowska H.
1985
Kultura ludowa, w: Historia Śląska, pod red. Sto Michałkiewicza, t. III,
cz. 2, Ossolineum, s. 667-707.
Wiktor J.
1956
Pieniny i ziemia sądecka, Kraków.
Zawiliński R.
1912
Z kresów polszczyzny, Kraków.
1931
Budownictwo orawskie, "Ziemia" t. 16, nr 8-10, s. 171-174.
Zubercova Z.
1979
Lokalne dobove formy l'udoveho stavitel'stva a vyber objektov pre region
Spiś v Muzeum slovenskiej dediny, "ZSNM" R. 73, Etnografia 20,
s.69-109.

�Dach z "koszyczkiem" w dawnym polskim budownictwie

171

Jerzy Czajkowski
ROOF WITH A "BASKET' IN OLD POLISH HOUSES
(Summary)
The article is the first attempt at a complete analytical discussion of all the articles on
the buildings with a roof featuring the so-called "little basket". So far there has not been
any article in which this problem is discussed generally with reference to any region.
Compared to Poland's southern and western neighbours, interest in this roof type was
negligible, information about it was scarce and only a few examples, mainly from southern Poland, have been discussed. The author presents the onset of interest in this architectural detail, which is connected with the general development of research into folk
building. In the second part of the article the areas in which this type of roof was popular
are described, i.e. l. the mountainous region from the Beskid Sądecki to Beskid Śląski, 2.
Upper Silesia and the Opole Silesia region, 3. northern Opole region and 4. the Sudety.
In the subsequent part the author focuses on the size and shape of baskets and the names
connected with them. The text is a compendium of knowledge on roofs with a "basket"
in Poland. It is based on archives, literature and the investigations conducted by the author and different university centres and museums in Poland.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10058" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10036">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/dda00e998ee5d759db4ba7034e180323.pdf</src>
        <authentication>7d7c05efa3a0a14db0ec609a2cb62212</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119599">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4610</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119600">
                <text>1972</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119601">
                <text>rzeźba ludowa</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="119602">
                <text>Gier, Michał - rzeźbiarz ludowy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119603">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4282</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119604">
                <text>Michal Gier, rzeźbiarz ludowy z Rybnej / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1972 t.26 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119605">
                <text>Polska Sztuka Ludowa 1972 t.26 z.1:s.;33-46</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119606">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119607">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119608">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119609">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="119610">
                <text>Jerzy Czajkowski

MICHAŁ GIER - RZEŹBIARZ LUDOWY Z RYBNEJ
W k o ń c u X I X i na p o c z ą t k u X X w . w zachodniej
części K r a k o w s k i e g o ż y ł a i t w o r z y ł a c a ł a p l e j a d a r z e ź ­
biarzy l u d o w y c h , z k t ó r y c h w i ę k s z o ś ć b y ł a do n i e d a w n a
nieznana. B a d a n i a t e r e n o w e p r o w a d z o n e przez M u z e u m
Etnograficzne w K r a k o w i e w c i ą g u k i l k u ostatnich l a t
pozwoliły na odkrycie nazwisk w i e l u rzeźbiarzy i i c h
p r a c . I t a k n a t e r e n i e p o w . o l k u s k i e g o d z i a ł a ł o 10 t w ó r ­
c ó w , w W a d o w i c k i e m 2 1 , w O ś w i ę c i m s k i e m 3, a w
C h r z a n o w s k i e m 16 *. S p o ś r ó d n i c h w i e l u z a s ł u g u j e n a
opracowanie, a m i ę d z y i n n y m i M i c h a ł Gier.
Rzadko z d a r z a ł o się, b y w k i l k a d z i e s i ą t l a t po ś m i e r ­
ci l u d o w e g o
rzeźbiarza
jego
prace
znajdowano
we
wsiach k i l k u p o w i a t ó w , j a k t o m i a ł o i m a miejsce
w w y p a d k u G i e r a . D o d a j m y jeszcze, ż e d o t y c h c z a s o d ­
n a l e z i o n o p r z e s z ł o 80 r z e ź b t e g o a r t y s t y s t a n o w i ą c y c h
b a z ę m a t e r i a ł o w ą niniejszego opracowania.
Niewiele w i e m y o życiu M i c h a ł a Giera, a te k i l k a
szczegółów, które z a c h o w a ł a tradycja wiejska, w n i e w y ­
starczającym stopniu n a ś w i e t l a jego osobowość. Urodził
s i ę o n 2.X.1853 r . w R y b n e j w p o w . k r a k o w s k i m i t a m
t e ż u m a r ł 19.IV.1929 r . ; p o c h o w a n y z o s t a ł n a m i e j s c o ­
w y m , c m e n t a r z u n a koszt g m i n y . Jego g r o b u nie o p a t r z y ł
nikt najprostszym
nawet
krzyżykiem, m i m o że Gier
przez c a ł e ż y c i e k r z y ż e r z e ź b i ł .
2

T r u d n o dziś określić, w j a k i c h w a r u n k a c h przebie­
gały jego lata dziecinne i m ł o d o ś ć . W i a d o m o t y l k o , ż e
był trzecim z kolei dzieckim w rodzinie, po n i m uro­
d z i ł o s i ę jeszcze d w o j e , o s t a t n i e — w 1863 r . O d t e g o
m o m e n t u u r y w a j ą s i ę zapisy d o t y c z ą c e jego r o d z i c ó w ,
dlatego t e ż nie w i a d o m o , j a k d ł u g o p r z e b y w a ł M i c h a ł
w d o m u s w e g o ojca. P r a w d o p o d o b n i e d o ś ć s z y b k o z a c z ą ł
on
wędrować
o proszonym
chlebie p o okolicznych
wsiach. N a j w c z e ś n i e j s z a znana n a m data p o b y t u w i n ­
n e j m i e j s c o w o ś c i p r z y p a d a n a o k . ,1875 r . ( C z u ł ó w ) . M o ż ­
na p r z y p u s z c z a ć , ż e p r z y c z y n ą o p u s z c z e n i a d o m u b y ł o
u p o ś l e d z e n i e fizyczne r z u t u j ą c e na stosunki
rodzinne.
F i z j o n o m i a a r t y s t y b y ł a s i l n i e zeszpecona n i e n a t u r a l n i e
dużą, w y w i n i ę t ą do g ó r y w a r g ą , od k t ó r e j u z y s k a ł on
przydomek „ M i c h a ł e k w a r g a t y " . B r z y d o t a jego m u s i a ł a
b y ć znaczna, skoro wzdryga.no s i ę j e ś ć z m i s k i , k t ó r e j

poprzednio u ż y w a ł „ M i c h a ł e k " . B u d o w a jego ciała nie
odbiegała jednak od normy. M i m o , że nie b y ł wysokie­
go w z r o s t u , t o j e d n a k n i e b y ł p o k r ę c o n y , j a k p r ó b u j ą
go o p i s y w a ć n i e k i e d y m i e s z k a ń c y w s i , w k t ó r y c h „ M i ­
c h a ł e k " b y w a ł . Jest t o o p i n i a n i e p r a w d z i w a .
Trzeba
w z i ą ć p o d u w a g ę , ż e c i , k t ó r z y z a p a m i ę t a l i Giera, w i ­
d y w a l i g o j u ż j a k o c z ł o w i e k a starszego. Z r e g u ł y , p o z a
charakterystyczną wargą powodującą bełkotliwą wymo­
w ę , i n f o r m a t o r z y n i e p o t r a f i ą p o d a ć k o n k r e t n y c h cech
jego w y g l ą d u , a szczególnie w a d . N i e k t ó r z y ludzie zna­
jący „Michałka" wyrażają się o n i m jako o człowieku
n i e s p e ł n a rozumu, t w i e r d z ą c j e d n o c z e ś n i e , ż e m i m o swe­
go u b ó s t w a b y ł c z ł o w i e k i e m d o b r y m i u c z c i w y m . J a k o
dowód upośledzenia umysłowego podają
przystrajanie
przez „ M i c h a ł k a " swego kapelusza p ę k a m i k o l o r o w y c h
w s t ą ż e k oraz p o w o ł u j ą s i ę n a jego w y p o w i e d ź , ż e w y ­
b i e r a s i ę za W i s ł ę d o n a r z e c z o n e j ( R y b n a ) . W i e l u m i e s z ­
k a ń c ó w rodzinnej w s i r z e ź b i a r z a jest zdania, ż e b y ł o n
w zasadzie z d r ó w , t y l k o „ b r a k o w a ł o m u s i ó d m e j k l e p k i " .
U p o ś l e d z e n i e fizyczne i z w y k ł e klepanie biedy nie
p o z b a w i a ł o go j e d n a k h u m o r u . O d l u d z i n i e s t r o n i ł n a ­
w e t w ó w c z a s , g d y śmieli się z jego n i e u m i e j ę t n e j g r y
na „ o r g a n k a c h " czyli ustnej harmonijce. Z w y k ł przy t y m
m a w i a ć : „ M i c h a ł g r a ł , P a n Jezus s i ę z n i e g o ś m i a ł " . G d y
z a ś z w r a c a n o m u u w a g ę , ż e b y p o s z e d ł d o s z p i t a l a ze
swą brzydką wargą, wówczas odpowiadał: „po Panu B o ­
gu n i e bede p o p r a w i a ł " . S t r o n i ł natomiast
„Michałek"
od pracy, ale wszyscy m u to w y b a c z a l i j a k o c z ł o w i e k o ­
w i , k t ó r e g o t r a k t o w a n o „z p r z y m r u ż e n i e m o k a " . P u n k ­
t e m honoru jego b y ł o o d w d z i ę c z a n i e s i ę t y m , k t ó r z y
p r z y j m o w a l i go n a n o c l e g i d a w a l i s t r a w ę . W s w o i m p o ­
j ę c i u m ó g ł s i ę n a j w ł a ś c i w i e j o d w d z i ę c z y ć przez r z e ź b i e ­
n i e ś w i ę t y c h p a t r o n ó w , co c z y n i ł s z y b k o i z z a p a ł e m .
Niekiedy dostawał z a m ó w i e n i a na rzeźby
określonych
p a t r o n ó w o d l u d z i , k t ó r z y p o s i a d a l i t a k i e same i m i o n a .
Ale i w t y m w y p a d k u g ł ó w n y m wynagrodzeniem b y ł
p o s i ł e k d a w a n y p r z e z p e w i e n o k r e s czasu i k ą t d o s p a ­
nia w k o m o r z e l u b stodole.
W czasie d ł u g i c h l a t s w e g o ż y c i a z a p r z y j a ź n i ł s i ę
„Michałek" prawdopodobnie
tylko z jednym człowie-

I I . 1. W s i e , w k t ó r y c h p r z e b y w a ł M i c h a ł G i e r . I — p o w . O ś w i ę c i m ; I I — p o w . C h r z a n ó w : 1) P ł a z a , 2) B a b i c e ,
3) O l s z y n y , 4) Jainkowlice, 5) i K w a c z a ł a , 6) G r ó j e c , 7) A l w e r n i a , 8) P o r ę b a Ż e g o t y , 9) Z a l a s , 10) M ł y n k a ; I I I — p o w .
W a d o w i c e : 1) S p y t k o w &amp; c e , 2) Z y g o d o w i c e , 3) R y e z ó w , 4) P ó ł w i e ś , 5) Ł ą c z a n y , 6) T ł u c z a ń ; I V — p o w . K r a k ó w :
1) R y b n a , 2) P r z e g i n i a D u c h o w n a , 3) O z u ł ó w e k , 4) C z u ł ó w , 5) M n i i k ó w , 6) O l s z a n i c a .

.3.3

�k i e m . B y ł n i m mieszkaniec
wsi Grójec w
powiecie
chrzanowskim, niejaki S t a n i s ł a w Mirocha. P r z y j a ź ń ta
oparta
była
na
wspólnych
zainteresowaniach,
gdyż
w s p o m n i a n y M i r o c h a , z z a w o d u stolarz, z p a s j ą r z e ź b i ł
figurki r ó ż n y c h ś w i ę t y c h . W p r z e c i w i e ń s t w i e jednak do
G i e r a n i e d a r o w y w a ł s w y c h r z e ź b , lecz s p r z e d a w a ł j e
na o d p u s t a c h w K a l w a r i i Z e b r z y d o w s k i e j . N i e w y k l u ­
czone, ż e obaj r z e ź b i a r z e z n a l i s i ę o d d z i e c k a , g d y ż M i ­
r o c h a u r o d z i ł s i ę w R y b n e j ( w 1864 г.), a o ż e n i ł s i ę
w Grójcu. Michał Gier był dość częstym gościem u Sta­
n i s ł a w a Mirochy. Często razem „ m a j s t r o w a l i przy f i ­
gurkach", wspólnie popijali w ó d k ę , kiedy indziej z n ó w
M i r o c h a r z e ź b i ł , a G i e r w t y m czasie w y g r y w a ł n a h a r ­
m o n i j c e stale t ę s a m ą m e l o d i ę . M i e s z k a ń c y G r ó j c a w y ­
żej o c e n i a j ą prace r z e ź b i a r s k i e G i e r a n i ż f i g u r k i M i r o ­
chy, k t ó r y i c h z d a n i e m nie w y s i l a ł się na realistyczne
wykonawstwo drobnych e l e m e n t ó w .
8

Na

wstępie

wspomniałem,

że

rzeźby

i

wiadomości

0 M i c h a l e Gierze znane s ą na obszarze k i l k u p o w i a t ó w .
W pow. k r a k o w s k i m odnaleziono je w Rybnej, Przegini
Duchownej, Czułowie, C z u ł ó w k u , M n i k o w i e i Olszanicy.
W pow. chrzanowskim prace Giera z n a j d u j ą się (lub
znajdowały) w Babicach, Grójcu, Kwaczale, Zalasiu, P ł a ­
zie, P o r ę b i e , A l w e r n i i , M ł y n e e , O l s z y n a c h i . T a n k o w i c a c h ,
natomiast w W a d o w i c k i e m — w Ł ą c z a n a c h , Tłuczani,
Zygodowicach, P ó ł w s i , Ł ę g u (przys. Ryczowa), Ryczowie
1 Spytkowicach.
Dotychczas
odnaleziono
prace
rzeźbiarza
w
22
wsiach. Nie są to zapewne wszystkie miejscowości, na­
l e ż y j e d n a k s ą d z i ć , ż e te w s i e , k t ó r y c h d o t e j p o r y n i e
przebadano, nie w y k r a c z a j ą poza r a m y t r ó j k ą t a , k t ó r e g o
p o ł u d n i o w y w i e r z c h o ł e k stanowi w i e ś Zygodowice, na
w s c h o d z i e O l s z a n i c a , n a z a c h o d z i e z a ś P ł a z a ( i l . 1). N a
o b r z e ż a c h tego t r ó j k ą t a n i e o d n a l e z i o n o a n i p r a c G i e r a ,
ani też wieści o n i m w tutejszej tradycji. W y m i e n i a n e
w y ż e j w s i e oraz sam K r a k ó w o d w i e d z a n y od czasu do

M i c h a ł G i e r . I I . 2. Koronacja
I I . 3. Adoracja
Matki Boskiej,

czasu przez r z e ź b i a r z a , t o t e n ś w i a t , poza k t ó r y G i e r
j a k s i ę zdaje nie w y c h o d z i ł w c i ą g u c a ł e g o swego ż y ­
cia. N i e w ą t p l i w i e m i e j s c e m , do k t ó r e g o s t a l e w r a c a ł ze
s w o i c h w ę d r ó w e k , b y ł a r o d z i n n a R y b n a , gdzie t e ż do
n i e d a w n a z a c h o w a ł o s i ę n a j w i ę c e j jego prac.
Z informacji w y n i k a , że przed laty nie b y ł o t a m
prawie domu, w k t ó r y m nie z n a j d o w a ł y b y się rzeźbione
p r z e z n i e g o ś w i ą t k i , p o s t a c i e p a t r o n ó w , „ M a r y j k i " czy
pasyjki. Interesujące byłoby wyjaśnienie, jak „Michałek"
d o s z e d ł do u m i e j ę t n o ś c i r z e ź b i e n i a i zdobycia uznania
dla s w y c h prac u m i e s z k a ń c ó w Rybnej i okolicznych
wsi. W e d ł u g jednej, m a ł o prawdopodobnej
informacji ,
był kiedyś w Rybnej rzeźbiarz nazwiskiem Balsamski,
u k t ó r e g o G i e r m i a ł się u c z y ć . Niestety, n i k t w i ę c e j nie
potwierdza istnienia Balsamskiego w e w s i i nie m a też
takiego nazwiska w aktach p a r a f i a l n y c h . W i e l u ludzi
jest n a t o m i a s t zdania, ż e G i e r „ m i a ł t a l e n t sam od sie­
bie". I t o chyba jest najprawdziwsze, podobnie
jak
i w i a d o m o ś ć , że b y ł on a n a l f a b e t ą . Ostatni fakt znajduje
odzwierciedlenie w prawie z u p e ł n y m b r a k u podpisów,
d a t czy i n s k r y p c j i n a r z e ź b a c h G i e r a . T o z a ś z k o l e i
u t r u d n i a ustawienie jego prac w kolejności chronolo­
gicznej, a t y m s a m y m o c e n ę r o z w o j u t w ó r c z e g o r z e ź ­
biarza.
1

5

S ą d z ą c z i n f o r m a c j i terenowych spora ilość rzeźb po­
chodzi z p o c z ą t k u X X w . , n i e k t ó r e z l a t jeszcze p ó ź ­
niejszych, a t y l k o w k i l k u w y p a d k a c h m o ż n a cofnąć się
do l a t 7 0 - t y c h czy 80-tych u b i e g ł e g o w i e k u .
Z a s t a n a w i a j ą c a jest jedna p ł a s k o r z e ź b a M a t k i Bos­
k i e j z D z i e c i ą t k i e m z o k . 1883 г., k t ó r a p o d w z g l ę d e m
t e c h n i c z n y m s t o i n a w y s o k i m p o z i o m i e ( i l . 6). T r z e b a
przy t y m p a m i ę t a ć , że artysta m i a ł w ó w c z a s zaledwie
30 l a t . W e d ł u g i n f o r m a c j i w ł a ś c i c i e l k i , „ M i c h a ł e k " w y ­
k o n a ł p ł a s k o r z e ź b ę n a s p e c j a l n e z a m ó w i e n i e , co m o ż e
j u ż ś w i a d c z y ć o rozgłosie, j a k i m się cieszył j a k o r z e ź ­
biarz. Przez k i l k a d z i e s i ą t lat p ł a s k o r z e ź b a w i s i a ł a
na

Matki
Boskiej,
p ł a s k o r z e ź b a , d r e w n o p o l i c h r . , 23 X 29,5 c m , R y b n a , p o w . K r a k ó w .
o b r a z z d r e w n i a n y m i r z e ź b a m i , p o l i c h r . , o k . 1875 г., 50 X 66,5 c m , C z u ł ó w , p o w . K r a k ó w .

�M i c h a ł G i e r : I I . 4. Matka
Boska
z Dzieciątkiem,
d r e w n o p o l i c h r . , 17,5 X 33 c m , R y b n a , p o w . K r a k ó w . I I . 5.
Uciecz­
ka do Egiptu
i Narodziny
Jezusa,
o b r a z z d r e w n i a n y m i r z e ź b a m i , p o l i o h r . , o k . 1875 г., 50,5 X 68 c m , C z u ł ó w

ścianie nad k o m o d ą , a w i ę c na h o n o r o w y m miejscu.
s z c z e g ó ł o w e g o o m ó w i e n i a j e j jeszcze w r ó c i m y .

Do

Z uzyskanych w i a d o m o ś c i oraz z z a r e j e s t r o w a n y c h
w terenie prac M i c h a ł a G i e r a w y n i k a , że b y ł on r z e ź ­
biarzem niezwykle p ł o d n y m . Prawdopodobnie z o s t a w i ł
po sobie s e t k i r ó ż n y c h r z e ź b , z czego j u ż t y l k o s t o s u n ­
k o w o n i e w i e l k a ilość p o z o s t a ł a na m i e j s c u . T w ó r c z o ś ć
t a odznacza s i ę b o g a t ą t e m a t y k ą . S p o ś r ó d z n a n y c h r z e ź b
pełnych i płaskorzeźb p r z e d s t a w i a j ą c y c h święte posta­
cie k o b i e c e w y m i e ń m y : 1) M a t k ę B o s k ą
Różańcową,
2) M a t k ę B o s k ą z D z i e c i ą t k i e m , 3) S e r c e M a t k i B o s k i e j ,
4) ś w . B a r b a r ę , 5) ś w . Z o f i ę , 6) ś w . S a l o m e e , 7) ś w . T e ­
r e s ę , 8) ś w . M a g d a l e n ę , 9) ś w . R o z a l i ę , 10) ś w . K a t a r z y ­
n ę , 11) ś w . H e l e n ę .
B

Postacie ś w i ę t e m ę s k i e r e p r e z e n t o w a n e są przez na­
stępujące
przedstawienia:
1) C h r y s t u s a
Biczowanego,
2) C h r y s t u s a p r z y s ł u p i e , 3) C h r y s t u s a Z m a r t w y c h w s t a ­
ł e g o , 4) C h r y s t u s a F r a s o b l i w e g o , 5) C h r y s t u s a w O g r ó j ­
cu, 6) Serce Jezusa, 7) U k r z y ż o w a n e g o , 8) ś w . J a n a N e ­
p o m u c e n a , 9) ś w . A n t o n i e g o z D z i e c i ą t k i e m , 10) ś w . F l o ­
r i a n a , 11) ś w . K a z i m i e r z a , 12) ś w . J ó z e f a z D z i e c i ą t k i e m ,
13) ś w . S t a n i s ł a w a , 14) ś w . J a c k a , 15) ś w . F r a n c i s z k a ,
16) ś w . M i k o ł a j a , 17) ś w . J a k u b a , 18) z a k o n n i k a w
ha­
bicie z t r ą b k ą .
W grupowych przedstawieniach tematyka rzeźb ogra­
n i c z o n a j e s t d o : 1) Ś w i ę t e j R o d z i n y , 2) p a s y j e k z M a r i ą
i J a n e m p o d k r z y ż e m , 3) ś w . I z y d o r a z a n i o ł k a m i i w o ­
ł a m i , 4) a n i o ł a z a b i j a j ą c e g o d i a b ł a , 5) s z o p k i .
Jeśli chodzi o p ł a s k o r z e ź b y o charakterze p r z e w a ż ­
nie
dużych
obrazów, to w y s t ę p u j ą
tu
wyobrażenia:
1) S e r c a Jezusa, 2) S e r c a M a t k i B o s k i e j , 3) M a t k i B o s ­
k i e j 2. D z i e c i ą t k i e m , 4) M a t k i B o s k i e j
Szkaplerznej,

5) M a t k i B o s k i e j K a l w a r y j s k i e j , 6) K o r o n a c j i M a t k i B o s ­
k i e j , 7) Ś w i ę t e j R o d z i n y , 8) ś w . J ó z e f a z D z i e c i ą t k i e m ,
9) ś w . A n n y
S a m o t r z e ć , 10) C h r y s t u s a B i c z o w a n e g o ,
11) A d o r a c j i M a t k i B o s k i e j , 12) U c i e c z k i do E g i p t u i 13)
N a r o d z i n Jezusa.
Z zachowanej tradycji wiadomo również, że Gier
r o b i ł niekiedy r z e ź b i o n e l a s k i i t a b a k i e r k i , a czasem w y ­
k o n y w a ł też w i z e r u n k i l u d z i ż y j ą c y c h (np. w a c h m i s t r z a
austriackiego). N i e k t ó r z y starsi m i e s z k a ń c y Rybnej pa­
miętają, jak pewnego razu „Michałek" wyrzeźbił Żyda
— w ł a ś c i c i e l a t a m t e j s z e j k a r c z m y . U k o ń c z o n ą r z e ź b ę za­
w i e s i ł na gałęzi drzewa. O b r a ż o n y karczmarz w n i ó s ł
s k a r g ę d o s ą d u . W czasie r o z p r a w y s ę d z i a z a p y t a ł G i e r a ,
d l a c z e g o t o z r o b i ł , n a co „ M i c h a ł e k " m i a ł o d p o w i e d z i e ć :
„ j a p a n a s ę d z i e g o tez w y ż n ę " . M o ż n a b y s i ę d o m y ś l a ć
że p r z y c z y n ą powieszenia r z e ź b y k a r c z m a r z a na drzewie
b y ł a c h ę ć o ś m i e s z e n i a g o za z ł e t r a k t o w a n i e osoby b i e d ­
nego r z e ź b i a r z a .
G i e r l u b i ł r ó w n i e ż c z e r p a ć t e m a t y z o t a c z a j ą c e g o go
ż y c i a , p r z y c z y m p o d p a t r z o n e sceny s z k i c o w a ł o ł ó w k i e m
na papierze, w d o m u zaś p r z e n o s i ł je na d r e w n o . Jako
p r z y k ł a d m o ż e posłużyć opowiadanie jednej z kobiet
w Rybnej, która widziała Giera rysującego gospodynię
dojącą
k r o w ę oraz dziecko b a w i ą c e się lalką.
Obie
sceny przedstaw '\ p ó ź n i e j G i e r w postaci p ł a s k o r z e ź b .
W Przegini Duchownej
opowiadają
podobną
historię
z rzeźnikiem zabijającym świnię.
Surowcem, z którego „Michałek" w y k o n y w a ł
swe
prace, b y ł o d r e w n o lipowe, a jako n a r z ę d z i u ż y w a ł r ó ż ­
nego r o d z a j u p i ł e c z e k oraz d ł u t e k . Te ostatnie b y ł y n a j ­
prawdopodobniej w ł a s n e j lub kowalskiej roboty. N i m i
to w ł a ś n i e r z e ź b i ł G i e r postacie ś w i ę t y c h w y s o k i e od

35

�12 c m d o o k . 1 m , w w i ę k s z o ś c i j e d n a k t r z y m a ł s i ę
miaru

w

granicach

należy

zaliczyć

stojącym
W

u

Matkę

jej

wypadku

pół

stóp

metra.
Boską

Do

(ok.

(kapliczka

płaskorzeźb

największych
1 m)

w

z

Dzieciątkiem

Przegini

Duchownej).

wielkość

postaci i ich

w skrzyneczce nie n a s t r ę c z a ł y G i e r o w i
ci. W y d a j e
formatu,
nej

się

jak

jednak, że

np.

wy­
rzeźb

żadnych

najwcześniejsze

dwie płaskorzeźby

oprawa
trudnoś­

były

z kapliczki

małego
w

Ryb­

( i l . 2, 4). W p ó ź n i e j s z y c h z a ś l a t a c h s t o s o w a ł o n p r z e ­

ważnie wymiary

w i ę k s z e , takie, jakie m i a ł y obrazy p o w ­

szechnie s p o t y k a n e w
Ze w z g l ę d u

na

wiejskich

domach.

wspomniane wyżej

trudności

usyste­

matyzowania chronologicznego większości prac Giera nie­
ł a t w o jest d o k o n a ć

analizy jego drogi

niewątpliwe, że musiał
w

tej

kilku

mierze
prac

bardziej
pewne,
Matki
nej,

jakichkolwiek

dokładnie
rok

Boskiej

o k . 1883

rzeźbić

z

1875,

dwie

najwcześniejszych
wyrzeźbił
zrobioną

ich
w

Gier

z

po

Babicach

(pewne
1890

ok.

r.)

1881

św. Jana

Czułowa

jako
dato­

wykonaną

stanowić

jest

do
lub

płaskorzeźbę

z kapliczki
tylko

w

to,

że

św.

nie
Jana

mieszkańcy

r. w y r z e ź b i ł

Nepomucena, metrowej

Ryb­

przykłady

figurkę

Niektórzy

R y b n e j s ą z d a n i a , ż e G i e r p r z e d 1890
nież figurę

mniej

grupie tej,
z

wyżej

oraz
r.

odniesieniu
jest

Zygodowie

prawdopodobnie
prac

brak

W

wspomnianą

Dzieciątkiem

mogą

Jest

dziecka, ale
W

prace

г., d w i e m a ł e p ł a s k o r z e ź b y

które

artystycznej.

określony

czas p o w s t a n i a .

zamieścić
ok.

od

danych.

najwcześniejszych

można

wane na

on

rów­

wysokości,

stojącą w kapliczce przy moście. Bardziej jednak

wiary­

godne s ą i n f o r m a c j e m ó w i ą c e , iż G i e r t ę f i g u r k ę

jedynie

poprawiał

Zresztą

i

uzupełniał

brakujące

fragmenty.

M . G i e r . H . 6. Matka
Boska,
p ł a s k o r z e ź b a , d r e w n o p o l i c h r . , ok. 1883 г., 56 X 78 c m , Z y g o d o w i c e , p o w . W a d o w i c e .
I I . 7. Matka
Boska,
d r e w n o p o l i c h r . , w y s . o k . 45 c m , L ą c z a n y , p o w . W a d o w i c e . I I . 8. Matka
Boska,
drewno
p o l i c h r . , w y s . 42 c m , P r z e g i n i a D u c h o w n a , p o w . K r a k ó w . I I . 9. Sw. Wojciech,
d r e w n o p o l i c h r . , 1907 г., w y s . 57,5 c m ,
Ryczów, pow. Wadowice.

36

�r z e ź b a ta o d b i e g a s w o i m c h a r a k t e r e m o d p r a c
w a n y c h przez „ M i c h a ł k a " .

wykony­

Obie m a ł e p ł a s k o r z e ź b y m i e s z c z ą c e s i ę w e w n ę k a c h
wspomnianej k a p l i c z k i s p r a w i a j ą w r a ż e n i e j a k b y spe­
cjalnie do n i c h b y ł y r o b i o n e . J e d n a z n i c h , p r z e d s t a w i a ­
j ą c a k o r o n a c j ę M a t k i B o s k i e j , m a w y m i a r y 23 x 29,5 c m
( i l . 2), d r u g a z a ś , z w y o b r a ż e n i e m M a t k i B o s k i e j z D z i e ­
c i ą t k i e m na r ę k u , m a 17,5 c m s z e r o k o ś c i i 33 c m w y s o ­
k o ś c i ( i l . 3). P r a c e te m a j ą c h a r a k t e r w y p u k ł e g o r e l i e f u
i wykonane są w p ł y t k a c h d r e w n i a n y c h o g r u b o ś c i 2 cm.
W obu d e s k a c h a u t o r p o d k r e ś l i ł o b r a m o w a n i e k r a w ę d z i
przez z a c h o w a n i e w y p u k ł o ś c i w s t o s u n k u d o t ł a . C z e g o ś
podobnego nie z n a j d u j e m y p ó ź n i e j w ż a d n y m ze z n a n y c h
jego o b r a z ó w p ł a s k o r z e ź b i o n y c h , a t o d l a t e g o , ż e s p o s ó b
ich w y k o n a n i a o d b i e g a o d w s p o m n i a n y c h m a ł y c h o b r a z ­
k ó w reliefowych. W s p ó l n y m i e l e m e n t a m i w obu obraz­
kach są podobne k o r o n y n a g ł o w i e M a t k i Boskiej i nad
n i ą . M a j ą one k s z t a ł t p o d o b n y do m i t r y . J e s t t o z r e s z t ą
typ korony, k t ó r y w r ó ż n y c h w e r s j a c h p o w t a r z a się i w
innych pracach Giera. P r z y j m u j ą c , że w y m i e n i o n e obraz­
k i rzeźbił Gier w m ł o d y m w i e k u , w i d a ć , że nie m i a ł
większych trudności, skoro p o s t a ć Chrystusa przedsta­
w i ł w p r o f i l u , z a ś B o g a O j c a w p e ł n y m s k r ę c i e a ż do
frontalnego u k ł a d u t w a r z y . W p r z e c i w i e ń s t w i e do
Ko­
ronacji,
M a t k a Boska z D z i e c i ą t k i e m na drugiej p ł a s ­
korzeźbie ma
charakter bardziej statyczny. Od
góry
i 7 b o k ó w jest otoczona d r a p e r i ą , na k t ó r e j p r y m i t y w n i e
wykonane głębokie ż ł o b k o w a n i a m a j ą n a ś l a d o w a ć swo­
bodne u k ł a d a n i e s i ę t k a n i n y .

kiej

Płaskorzeźba przedstawiająca K o r o n a c j ę M a t k i Bos­
nie w y r ó ż n i a s i ę u j ę c i e m f o r m a l n y m a n i t e ż r o z ­

I I . 10. Sw. Józef
drewno polichr.,

w i ą z a n i e m p l a s t y c z n y m , g d y ż tego r o d z a j u o b r a z k i m a ­
l o w a n e l u b r z e ź b i o n e przez l u d o w y c h t w ó r c ó w w y s t ę p o ­
w a ł y nieraz w X I X w., a poza t y m m a j ą swoje o d z w i e r ­
ciedlenie w l i c z n y c h o l e o d r u k a c h , na k t ó r y c h zapewne
w z o r o w a ł się t a k ż e M i c h a ł Gier. Natomiast płaskorzeźba
M a t k i Boskiej z D z i e c i ą t k i e m wykazuje p e w n ą i n w e n c j ę
t w ó r c y , m i m o że źródło jej t k w i r ó w n i e ż w popularnych
w X I X w. obrazach l u d o w y c h i oleodrukach z przedsta­
w i e n i e m M a t k i Boskiej Gidelskiej. Praca Giera jest w z o ­
r o w a n a na g ó r n e j części takiego obrazu z p o m i n i ę c i e m
drugorzędnych szczegółów.
Obie p ł a s k o r z e ź b y b y ł y kilkakrotnie
przemalowane,
s t ą d ustalenie p i e r w o t n y c h k o l o r ó w n a s t r ę c z a t r u d n o ś ­
c i . N a j p r a w d o p o d o b n i e j p o c z ą t k o w o b y ł y one m a l o w a n e
farbami klejowymi.
Do g r u p y n a j w c z e ś n i e j s z y c h — j a k powiedziano w y ­
żej — należą
dwa
obrazy z C z u ł o w a o w y m i a r a c h
50,5 x 68 c m ( i l . 5) o r a z 50 x 66,5 c m ( i l . 3) p o c h o d z ą c e
z jednego d o m u , gdzie d a w n i e j b y ł y zawieszone na l i ­
s t w i e w r a z z o b r a z a m i o l e o d r u k o w y m i . Obecnie nie m a ­
j ą one j u ż r a m z e w n ę t r z n y c h ze s z k ł e m . J e d e n z t y c h
obrazów zawiera dwa tematy w układzie strefowym, t j .
U c i e c z k ę do E g i p t u i s c e n ę b e t l e j e m s k ą , d r u g i z a ś A d o ­
r a c j ę M a t k i Boskiej w otoczeniu uskrzydlonych g ł ó w e k
aniołków z klęczącymi postaciami zakonnika i zakonni­
cy. W o b u t y c h obrazach — w y k o n a n y c h n i e w ą t p l i w i e
w t y m s a m y m czasie m o ż n a dostrzec z a r ó w n o w i e l e
cech w s p ó l n y c h , j a k i p e w n e o d r ę b n o ś c i . W obu — tło
s t a n o w i m a l a t u r a na papierze n a k l e j o n y m na
deski.
W j e d n y m i d r u g i m o b r a z i e u ż y ł G i e r do m a l o w a n i a
farb olejnych. Podobny jest r ó w n i e ż sposób kolorowej

z Dzieciątkiem,
d r e w n o p o l i c h r . , w y s . 48 c m , A l w e r n i a , p o w . C h r z a n ó w .
o k . 1881 г., w y s . 40 c m , B a b i c e , p o w . C h r z a n ó w .
I I . 12. M a t k o
Boska
p o l i c h r . , 1907 г., w y s . 37,5 c m , Z y g o d o w i e e .

U . 11. Sw.
Różańcowa,

Jan
(?),
drewno

�dekoracji figurek, a w d u ż y m stopniu też styl w y k o n a ­
nia. N i e z m i e r n i e c i e k a w y jest przede w s z y s t k i m obraz
0 p o d w ó j n e j t r e ś c i , ś w i a d c z ą c y o t w ó r c z y m sposobie r o z ­
w i ą z a n i a p r o b l e m ó w k o m p o z y c y j n y c h ( i i . 5). N i e z n a j d u ­
j e m y d o n i e g o ż a d n e j a n a l o g i i , co ś w i a d c z y ł o b y n a k o ­
rzyść inwencji twórczej M i c h a ł a Giera. M o ż n a sądzić, że
k o m p o z y c j a tego obrazu b y ł a w c z e ś n i e j p r z e m y ś l a n a . Po­
t w i e r d z a to z a r ó w n o d w u c z ę ś c i o w a m a l a t u r a tła,
jak
1 p o z i o m a p o p r z e c z k a d z i e l ą c a oba t e m a t y , k t ó r a z o s t a ł a
w y k o r z y s t a n a j a k o p e w n e g o r o d z a j u z a d a s z e n i e n a d sce­
n ą n a r o d z i n Jezusa. R z e ź b i a r s k a t e c h n i k a t e g o o b r a z u
n o s i jeszcze w s z e l k i e c e c h y p r y m i t y w i z m u
ludowego,
w k t ó r y m r u c h j e d n y c h p o s t a c i p r z e p l a t a s i ę ze s z t y w ­
nością innych. Nie ma t u dbałości o szczegóły anato­
m i c z n e , co w p ó ź n i e j s z y c h p r a c a c h t e g o a r t y s t y s t a n i e
się r e g u ł ą .
P r z y p u s z c z a m , ż e o p i s a n a scena b e t l e j e m s k a n i e b y ­
ła p i e r w s z ą tego r o d z a j u p r a c ą . W R y b n e j z a c h o w a ł o się
r ó w n i e ż k i l k a f i g u r e k s z o p k o w y c h w y s . 9—14 o m , b a r ­
dzo p r y m i t y w n y c h , ale j e d n o c z e ś n i e p o d o b n y c h w w y ­
glądzie i technice w y k o n a n i a . G ł ó w n y nacisk położony
w n i c h jest na d e k o r a c j ę m a l a r s k ą ' .
W drugim z wymienionych obrazów —
Adoracji
Matki
Boskiej
( i l . 3) — p r y m i t y w i z m r z e ź b i a r s k i a u t o ­
r a m n i e j s i ę u w y d a t n i a , co w y n i k a z a p e w n e z f a k t u
w z o r o w a n i a tego o b r a z u na p o d o b n y m j u ż i s t n i e j ą c y m .
Gier m i a ł istotnie takie m o ż l i w o ś c i , g d y ż tego rodzaju
przedstawienia, b ę d ą c e k o m p o z y c j ą p ł a s k o r z e ź b na
tle
m a l o w a n y m , w y s t ę p o w a ł y w R y b n e j i okolicy znacznie
w c z e ś n i e j . Inwencja Giera polegała w t y m w y p a d k u
na u p r o s z c z e n i u d e k o r a c j i , czego p r z y c z y n ą b y ł y p r a w ­
dopodobnie jego s k r o m n e m o ż l i w o ś c i w a r s z t a t o w e i za­
8

Michał Gier:
I I . 14. Chrystus

I I . 13.
przed

sób wiedzy r z e ź b i a r s k i e j posiadanej w o w y m
czasie.
Należy zwrócić u w a g ę , że technika w y k o n a n i a
Adoracji
s t a n o w i z a p o w i e d ź coraz szybciej r o z w i j a j ą c y c h się u m i e ­
jętności rzeźbiarskich, które w latach następnych u w i ­
d o c z n i ą s i ę w w i e l u r z e ź b a c h , p ł a s k o r z e ź b a c h czy k o m ­
pozycjach r z e ź b i a r s k o - m a l a r s k i c h .
Niewątpliwie
szczytowym
osiągnięciem
stanie
się
p ł a s k o r z e ź b a , k t ó r ą G i e r w y k o n a ł na z a m ó w i e n i e w Z y g o d o w i c a c h m a j ą c o k . 30 l a t . D o r z e ź b i e n i a p o s ł u ż y ł y m u
z ł ą c z o n e na k o ł k i d w i e l i p o w e deski g r u b o ś c i 6 cm,
z k t ó r y c h w y d o b y ł on mocno w y p u k ł ą postać
Matki
B o s k i e j z D z i e c i ą t k i e m n a r ę k u ( i l . 6). D u ż y f o r m a t o b r a ­
zu i g r u b o ś ć deski p o z w o l i ł y m u na r e a l i s t y c z n e p o ­
t r a k t o w a n i e t w a r z y przedstawionych osób. Z w r a c a j ą przy
tym
u w a g ę oczy, a z w ł a s z c z a m a ł e u s t a o w y r a ź n y m
profilu, które znajdujemy również w później rzeźbionej
postaci M a t k i Boskiej w Ł ą c z a n a c h . „ M i c h a ł e k "
uwy­
d a t n i ł n i e t y l k o g a ł k i oczne, ale w y d o b y ł jeszcze o k r ą g ł y
k s z t a ł t t ę c z ó w k i i ź r e n i c y . L e k k i e u w y p u k l e n i e oczu w i ­
doczne jest j u ż w n a j w c z e ś n i e j s z y c h jego p r a c a c h , m o ż ­
na j e d n a k p r z y p u s z c z a ć , ż e d o p i e r o w y k o n a w s t w o w d u ­
ż y m f o r m a c i e p o z w o l i ł o m u na
opanowanie
techniki
i z e ź b i e n i a oczu, k t ó r e p ó ź n i e j n a w e t w n i e w i e l k i c h r z e ź ­
b a c h b ę d z i e j u ż stale u w y p u k l a ł . W a r t o t e ż z w r ó c i ć u w a ­
g ę na n i e m a l fotograficzne p o d o b i e ń s t w o t w a r z y m a t k i
i d z i e c k a , z c z y m b ę d z i e m y s i ę s p o t y k a ć o d t e g o czasu
w e w s z y s t k i c h r z e ź b a c h g r u p o w y c h . P o n a d t o na obu t w a ­
rzach nie u w i d a c z n i a się r ó ż n i c a w i e k u . W p ó ź n i e j s z y m
o k r e s i e „ M i c h a ł e k " p o t r a f i ł sobie p o r a d z i ć z t y m p r o b ­
lemem n a d a j ą c dzieciom bardziej owalny kształt twarzy.
Płaskorzeźba, o której mowa, była z całą pewnością
w z o r o w a n a b ą d ź na j a k i e j ś d u ż e j r z e ź b i e k o ś c i e l n e j , b ą d ź

Chrystus
przed
Piłatem,
d r e w n o p o l i c h r . , p r z e d 1910 г., w y s . 24 o m , R y c z ó w , p o w . W a d o w i c e .
Piłatem,
d r e w n o p o l i c h r . , pocz. X X w . , w y s . 35 c m , R y b n a , p o w . K r a k ó w . I I . 15. Matka
Boska
z Dzieciątkiem,
d r e w n o p o l i c h r . , w y s . 27,5 c m , Z a l a s , p o w . C h r z a n ó w .

�też na d u ż y m o b r a z i e o l e o d r u k o w y m . W n i o s e k t a k i n a ­
s u w a się n i e o d p a r c i e , j e ś l i z w r ó c i ć u w a g ę n a s p o s ó b w y ­
konania k o r o n na g ł o w i e M a r i i i D z i e c i ą t k a , j a k i na
d e k o r a c j ę szat i k o r o n . N i e w ą t p l i w i e d u ż a p ł a s z c z y z n a
o b i e k t u (56 x 78 c m ) d a w a ł a w i ę k s z ą s w o b o d ę t w ó r c y .
W niektórych partiach p o k r y ł ją Gier swobodnym w y ­
p u k ł y m reliefem o wzorze g e o m e t r y c z n y m i r o ś l i n n y m ,
w innych zaś z a s t o s o w a ł relief w g ł ę b n y . Ten d r u g i j e d ­
nak m a z n a m i o n a p r y m i t y w i z m u , j a k b y b y ł w y k o n a n y
n o ż e m . O w a swego r o d z a j u n i e k o n s e k w e n c j a ś w i a d c z y ­
łaby, że r z e ź b i a r z e k s p e r y m e n t o w a ł , s z u k a ł r ó ż n y c h ś r o d ­
k ó w dotychczas m u o b c y c h . R e l i e f o w e w y p u k ł e d e k o r o ­
w a n i e szat m o t y w a m i r o ś l i n n y m i i g e o m e t r y c z n y m i z n a j ­
d u j e m y jeszcze n a j e d n e j r z e ź b i e w y k o n a n e j k i l k a l u b
kilkanaście lat później. Prawdopodobnie d u ż a
praco­
chłonność p o w o d o w a ł a , że u n i k a ł tego sposobu dekoracji.
P r z y k ł a d e m jej m o ż e b y ć r z e ź b a M a t k i Boskiej z k a p ­
l i c z k i w Ł ą c z a n a c h . Czas p o w s t a n i a r z e ź b y n i e j e s t b l i ­
żej o k r e ś l o n y . S t y l o w o w i ą ż e s i ę o n a z o p i s a n ą w y ż e j
p ł a s k o r z e ź b ą ; ta sama jest p o w a ż n a , t r ó j k ą t n a w k s z t a ł ­
cie t w a r z i a n a l o g i c z n e o z d o b i e n i e w y p u k ł y m r e l i e f e m
b r z e g ó w p ł a s z c z a i s p o d n i e j s z a t y ( i l . 7). H i e r a t y c z n ą p o ­
w a g ę p o d k r e ś l a d o d a t k o w o s z t y w n o ś ć postaci, k t ó r e j nie
narusza l e k k i e s f a ł d o w a n i e d o l n e j p a r t i i s u k n i . R z e ź b a
ta ze w z g l ę d u n a n i e w i e l k ą g r u b o ś ć d e s k i , z k t ó r e j j ą
wykonano, i r ó w n o ścięty rewers jest j e d n o c z e ś n i e p r z y ­
kładem
przejściowej
formy
pomiędzy
płaskorzeźbą
a rzeźbą pełną. Tę s a m ą formę ma rzeźba Madonny
z Dzieciątkiem z Przegini Duchownej, k t ó r a
powstała
p r a w d o p o d o b n i e n a p o c z ą t k u X X w . ( i l . 8), i i n n e . N i e
sądzę jednak, b y G i e r c z ę s t o w y k o n y w a ł f r o n t a l n i e za­
komponowane, bardzo p ł a s k i e , l u ź n o s t o j ą c e r z e ź b y , k t ó ­

M i c h a ł G i e r : I I . 16.
I I . 17. Sw.
Rozalia,

re k o n c e p c y j n i e w i ą z a ł y s i ę z u m i e s z c z a n i e m t a k i c h p r a c
w r a m a c h i t w o r z e n i e m z n i c h o b r a z ó w ( i l . 26).
Reliefowana p ł a s k o r z e ź b a M a t k i Boskiej z Dzieciąt­
k i e m ( i l . 6), b ę d ą c n i e w ą t p l i w i e d u ż y m o s i ą g n i ę c i e m t e c h ­
n i c z n y m Giera, nie otwiera jednak j a k i e g o ś nowego eta­
p u w jego twórczości. W y k a z u j e natomiast możliwości
w y n i k a j ą c e z t a l e n t u a r t y s t y . Z tego samego m n i e j w i ę ­
cej c z a s u p o c h o d z i z B a b i c r z e ź b a ś w . J a n a (?), w y s o ­
k o ś c i 40 c m , k t ó r e j t e c h n i k a r z e ź b i a r s k a j e s t c h a r a k t e ­
r y s t y c z n a d l a p r z e w a ż a j ą c e j c z ę ś c i p r a c G i e r a ( i l . 11).
T y p o w a jest m a ł a g ł o w a ś w i ę t e g o , w ł o s y zaznaczone
d r o b n y m i c i ę c i a m i , g ę s t e , o s t r e ż ł o b k o w a n i e szat, n o
i o c z y w i ś c i e h i e r a t y c z n o ś ć c a ł e j postaci. W r z e ź b i e tej
w y b i j a s i ę s z c z e g ó l n i e b o g a t e s f a ł d o w a n i e szat o z r ó ż n i ­
c o w a n y m r y t m i e , co o b s e r w u j e m y r ó w n i e ż w f i g u r z e ś w .
J ó z e f a z k a p l i c z k i w A l w e r n i i ( i l . 10). T e n o s t a t n i z a ­
c h o w u j ą c s p o k o j n ą p o s t a w ę jest znacznie m n i e j statycz­
n y od ś w . Jana. W dalszej t w ó r c z o ś c i G i e r a w i d o c z n e
są okresy, w k t ó r y c h w y k o n y w a n e przez niego f i g u r k i
p r z y p o m i n a j ą g i p s o w e ( i l . 9, 12). P o t e m z a ś j a k b y c o f a ł
się w technicznych u m i e j ę t n o ś c i a c h , a w ó w c z a s rzeźby
j e g o p r z y b i e r a j ą c h a r a k t e r t y p o w o l u d o w y , czego p r z y ­
k ł a d e m j e s t n i e w i e l k a (24 c m ) f i g u r k a C h r y s t u s a w c i e r ­
niowej koronie, odzianego w d ł u g ą s u k n i ę ,
stojącego
p r z e d P i ł a t e m ( i l . 13). O s z c z ę d n o ś ć ś r o d k ó w w y r a z u w i ­
doczna jest s z c z e g ó l n i e w u k s z t a ł t o w a n i u w ł o s ó w , k t ó r e
w b r e w swoim zwyczajom potraktował rzeźbiarz jako jed­
nolitą m a s ę . Wspomnianego Chrystusa w y k o n a ł
Gier
p r z e d 1910 r. w R y c z o w i e , n a t o m i a s t z n a c z n i e w c z e ś n i e j ­
sza f i g u r k a M a t k i B o s k i e j , w y s o k o ś c i z a l e d w i e 27,5 o m ,
z Jezusem s t o j ą c y m u jej stóp, prezentuje w y ż s z y po­
z i o m t e c h n i k i r z e ź b i a r s k i e j ( i l . 15). I n t e r e s u j ą c e j e s t t u

Sw.
Józef
z Dzieciątkiem,
d r e w n o p o l i c h r . , 1907 г., w y s . 36,5 c m , Z y g o d o w i c e , p o w . W a d o w i c e .
d r e w n o p o l i c h r . , w y s . 46 c m , Ł ę g , p o w . W a d o w i c e . I I . 18. U c h w y t l a s k i z p o s t a c i ą ś w . J a k u ­
ba, d r e w n o , 1928 г., w y s . r z e ź b y 21 c m , R y b n a , p o w . K r a k ó w .

17

39

�z a r ó w n o zachowanie symetrii u k ł a d u całej postaci M a t ­
k i Boskiej, j a k i jej szat, na k t ó r y c h f a ł d y z l e w e j s t r o ­
ny o d p o w i a d a j ą f a ł d o m z p r a w e j . O d p o w i e d n i o w y w a ­
żone proporcje p o w o d u j ą , że wzniesiona r ę k a Jezuska
nie b u r z y zasadniczego u k ł a d u . I d e n t y c z n e p r z e d s t a w i e ­
nie M a t k i B o s k i e j ( w y s . 26 c m ) z J e z u s e m , r ó ż n i ą c e s i ę
od w y ż e j o p i s a n e g o n i e c o t y l k o p r y m i t y w n i e j s z y m
wy­
konaniem, znane jest r ó w n i e ż z Olszanicy, przy czym
m o ż n a j e d a t o w a ć na k o n i e c X I X w .
Z
kapliczki
w Przegini D u c h o w n e j znana jest taka sama k o m p o z y ­
c j a t e m a t u , p o d o b n i e w y k o n a n a w s z c z e g ó ł a c h , ale p o ­
s t a ć M a t k i B o s k i e j m a o k . 1 m w y s o k o ś c i . P r z y k ł a d y te
ś w i a d c z ą , ż e G i e r l u b i ł w i e l o k r o t n i e p o w t a r z a ć te s a m e
t e m a t y bez z m i a n y u k ł a d u , p r o p o r c j i i s z c z e g ó ł ó w
de­
k o r a c y j n y c h . N a d m i e ń m y jeszcze, ż e z R y b n e j z n a m y
p o d o b n ą f i g u r k ę M a t k i B o s k i e j ( w y s . 65 c m ) , a l e
bez
Jezusa . R z e ź b a ta r ó ż n i się od w s p o m n i a n y c h p r e c y ­
zją wykonania, w szczególności — d o k ł a d n i e wycyzelo­
w a n ą t w a r z ą oraz m o c n o p o d k r e ś l o n ą s m u k ł o ś c i ą p o s t a ­
ci. Z w r a c a j ą przy t y m u w a g ę r ę c e , k t ó r e we w s z y s t k i c h
o b i e k t a c h tego r o d z a j u s ą d u ż e i r a c z e j
prymitywnie
rzeźbione.
9

1 0

T r u d n o w y j a ś n i ć , j a k i e b y ł y p r z y c z y n y tego, ż e G i e r
o s i ą g n ą w s z y d o j r z a ł o ś ć r z e ź b i a r s k ą w y k o n y w a ł co p e w i e n
czas p r a c e d o s y ć p r y m i t y w n e . Z t r a d y c j i w i a d o m o , ż e
n i e k i e d y r z e ź b i ł on w e d ł u g w z o r ó w c z e r p a n y c h z m a ­
łych lub dużych o b r a z ó w oleodrukowych, kiedy indziej
zaś p r a c o w a ł tworząc z pamięci. M o ż n a przypuszczać,
że to w ł a ś n i e p o w o d o w a ł o p o w s t a w a n i e z j e d n e j s t r o n y
p o p r a w n y c h p o d w z g l ę d e m r z e m i e ś l n i c z y m , ale
mało
e f e k t o w n y c h f i g u r e k r ó ż n y c h ś w i ę t y c h ( i l . 12, 16), a z d r u ­
giej — r z e ź b o w i e l e bardziej i n t e r e s u j ą c y c h , k t ó r e n o ­

M i c h a ł G i e r : I I . 19. Serce
Matki
Boskiej,
Ew. Zofia
z córkami,
drewno polichr.,

szą znamiona jego w ł a s n e g o stylu. F i g u r k i utrzymane
w typie gipsowych ś w i ę t y c h p o w s t a w a ł y zapewne w ó w ­
czas, g d y r z e ź b i ł o n p o r a z p i e r w s z y j a k i ś t e m a t , p o t e m
z a ś p r a c o w a ł bez p o d k ł a d u w z o r c o w e g o i w t e d y w ł a s n a
fantazja p o d s u w a ł a m u r ó ż n e r o z w i ą z a n i a plastyczne.
S t ą d też w ś r ó d serii p o d o b n y c h r z e ź b z n a j d u j e m y egzem­
plarze r ó ż n i ą c e się od i n n y c h pod w z g l ę d e m
formalnym.
Należy liczyć się z t y m , że gdy Gier osiągnął już
w i e k starszy, w ó w c z a s precyzja w y k o n a n i a m o g ł a u n i e ­
go z a n i k a ć . N i e zawsze b y ł on w t e d y w stanie t r z ę s ą c ą
się r ę k ą c i ą g n ą ć r ó w n e , d ł u g i e cięcia. Niestety, z n a j ­
późniejszego okresu znana jest w ł a ś c i w i e tylko jedna
r z e ź b a . J e s t to l a s k a , k t ó r e j r ę k o j e ś ć s t a n o w i
figurka
ś w . J a k u b a ( i l . 18).
Gier w y r z e ź b i ł ją dla m i e s z k a ń c a
R y b n e j , J a k u b a K r a m a r c z y k a , w o s t a t n i m r o k u swego
ż y c i a . S a m a f i g u r k a m a w y s o k o ś ć 21 c m . P r z e d s t a w i o n y
święty ubrany jest w k a p o t ę i melonik, a pod p a c h ą
t r z y m a k s i ą ż k ę . R z e ź b a jest dość p r y m i t y w n a i p o t w i e r ­
dza t o , co w y ż e j p o w i e d z i a n o o m o ż l i w o ś c i a c h u t r a t y
precyzji w ostatnich latach życia rzeźbiarza.
W ten s p o s ó b s t a r a ł e m się p r z e d s t a w i ć — w m i a r ę
możliwości — najistotniejsze przejawy rozwoju t w ó r c z o ś ­
c i M i c h a ł a G i e r a . N i e d a w a ł o t o j e d n a k s p o s o b n o ś c i do
omówienia wszystkich interesujących
szczegółów
jego
sztuki rzeźbiarskiej. Najlepiej m o ż n a to uczynić analizu­
j ą c n i e k t ó r e t e m a t y w i e l o k r o t n i e przez a r t y s t ę p o w t a ­
rzane. S ą to r z e ź b y p r z e d s t a w i a j ą c e kobiece postacie
ś w i ę t e , a przede w s z y s t k i m tzw. „ M a r y j k i " ( M a t k a Bos­
ka), postacie ś w i ę t e m ę s k i e z n a j c i e k a w s z y m ś w . Janem
N e p o m u c e n e m n a czele, k r u c y f i k s y i p a s y j k i , a p o n a d t o
różne przedstawienia w formie płaskorzeźb i obrazów.
Podstawową

cechą

stylową

„Maryjek"

i

innych

d r e w n o p o l i c h r . , pocz. X X w . , w y s . 42 c m , C z u ł ó w e k , p o w . K r a k ó w . U . 20.
w y s . o k . 30 c m , R y b n a , p o w . K r a k ó w . I I . 2 1 . Sw.
Kazimierz,
drewno
p o l i c h r . , w y s . o k . 45 c m , R y b n a .

�ś w i ę t y c h niewiast r z e ź b i o n y c h przez G i e r a b y ł o w y d ł u ­
ż e n i e p o s t a c i , w k t ó r e j s t o s u n e k w i e l k o ś c i g ł o w y do c a ­
łości da s i ę w y r a z i ć u ł a m k i e m 1/7 l u b 1/8. R z a d z i e j n a ­
tomiast z d a r z a ł y s i ę f i g u r y p r z y s a d z i s t e ( i l . 19), w k t ó ­
rych p o w y ż s z e proporcje u j m u j e się s t o s u n k i e m liczbo­
w y m 6 — i , a w y j ą t k o w o 4,5—1 ( M a t k a B o s k a z n a l e z i o n a
w Grójcu). P r a w i d ł o w e proporcje częściej widoczne są
w p o s t a c i a c h m ę s k i c h . Bez w z g l ę d u j e d n a k n a p r o p o r c j e ,
dla p r a c G i e r a c h a r a k t e r y s t y c z n a j e s t n a o g ó ł z w a r t a
k o m p o z y c j a b r y ł y , co w y s t ę p u j e s z c z e g ó l n i e m o c n o w
rzeźbie ś w . Z o f i i z c ó r k a m i (Rybna). P r a c ę t ę n a l e ż y za­
liczyć do n a j b a r d z i e j u d a n y c h r z e ź b „ M i c h a ł k a " ( i l . 20).
W y d ł u ż e n i a f i g u r y d o k o n y w a ł Gier przez silne p o d ­
niesienie s t a n u . W y s t ę p u j e t o s z c z e g ó l n i e w r z e ź b a c h p o ­
staci k o b i e t f o r m o w a n y c h s t a t y c z n i e z l e k k i m p r z e g i ę ­
c i e m i c h do t y ł u i u w y p u k l e n i e m w c e n t r a l n e j c z ę ś c i
frontalnej. Najcelniejszym p r z y k ł a d e m takiego u j ę c i a jest
rzeźba M a t k i Boskiej R ó ż a ń c o w e j p o c h o d z ą c e j z Ryczow a ( i l . 22) i f i g u r k a ś w . J a n a N e p o m u c e n a z R y b n e j
(il. 24).
Analizując
sposób wykonania
t w a r z y przez
„Mi­
chałka", ł a t w o s t w i e r d z i ć , że s t o s o w a ł on k i l k a w a r i a n ­
tów dających odmienne efekty. W n i e k t ó r y c h twarzach
m o ż n a s i ę d o p a t r y w a ć a n a l o g i i do p e w n y c h r z e ź b k o ś ­
c i e l n y c h ( i l . 8), n a j c z ę ś c i e j j e d n a k r y s y s ą w y r a z i s t e ,
z w ł a s z c z a nos i o c z y ( i l . 10). M i e w a ł G i e r o k r e s y , g d y
o d s t ę p o w a ł od tej zasady i r z e ź b i ł t w a r z e o w y k r o j u
o w a l n y m z p r z y m k n i ę t y m i o c z a m i ( n p . i l . 24). O b l i c z a
te, m i m o w y r a ź n i e z a z n a c z o n y c h r y s ó w , s p r a w i a j ą w r a ­
ż e n i e m a r t w y c h . D o t e j g r u p y r z e ź b n a l e ż y Sw.
Kazi­
mierz i Sw. Zofia
z R y b n e j , Sw. Jan
Nepomucen,
Sw.
Mikołaj
o r a z Zakonnik
z krzyżem i t r ą b k ą z kapliczki

w

K w a c z a l e . Czas i c h p o w s t a n i a j e s t n i e s t e t y

nieznany.

J e ś l i chodzi o p e w n e szczegóły, to w ś r ó d r z e ź b
k i Boskiej i innych świętych

zasadnicze r o z w i ą z a n i a . W j e d n y m z nich autor
głowę
stóp,

rzeźbionej
w

postaci c h u s t ą

drugim

nakrytą.

W

takich

r o n ą (Matka
t ó w (Sw.

Rozalia),

Np.

w

Sw.

pole do

rzeźbie

nieraz

czały

(wys.

50 c m )

ma

głowę

ko­

kwia­

się ściśle s c h e m a t ó w
Boskiej

włosy

z Łączan

długości

Barbara

z Przegini Duchownej

długości

33 c m . W ł o s y

te

nie

lub wiankiem z

c m ) w ł o s y o s i ą g a j ą 38 c m d ł u g o ś c i , Matka
(wys.

ikono­

opadające

dawały
(wys.

Boska
33,5

kaskadą

56

z Kwa-

cm,

58 c m ;

do

głowę

popisu rzeźbiarskiego

Matki

dwa

okrywał

nieraz aż

pozostawiał

przystrajał

Barbara)

trzymając

Duże

opadającą

rozwiązaniu
razach

Boska,

graficznych.
włosy.

zaś

Mat­

niewiast widoczne są

zaś

św.

1908 r . ) —
kryją

całe

plecy l u b z n a c z n ą i c h część, f a k t u r a w ł o s ó w jest d r o b n a
i

gęsta,

a

przeważnie

także

falista

( i l . 25).

Tę

ostatnią

c e c h ę w y d o b y w a ł a r t y s t a przez r y t m poprzecznych w g ł ę ­
bień. Niekiedy
chcąc
nie

dolny brzeg w ł o s ó w

zapewne zaznaczyć

pleców

włosami

wycinał

poszczególne

stanowiło

jedną

on w

pasma.
z cech

zęby,

Okrywa­
stylowych

prac Giera. Niewykluczone, że przeniósł

on ten

z postaci

krzyżem,

która

w s z y s t k i c h znanych p r z y p a d k a c h p o k r y t a jest

jakby

we

św.

Magdaleny

płaszczem z gęstych
Długie,

do

klęczącej

pod

element

włosów.

ramion

doczne są r ó w n i e ż na

sięgające

sfalowane

włosy

większości rzeźb różnych

postaci m ę s k i c h . W jednej z prac p r z e d s t a w i a j ą c e j

Chry­

stusa p r z y s ł u p i e o z d o b i ł G i e r jego g ł o w ę w ł o s a m i ,
re

okrywają

barki,

przy

czym

została powycinana w

trójkątne

Zdaje

w

się,

że

jedynie

dolna

krawędź

wi­

świętych
któ­

włosów

zęby (rzeźba z Łączan).

rzeźbach

wyobrażających

św.

M i c h a ł G i e r : I I . 22. Matka
Boska
Różańcowa,
d r e w n o p o l i c h r . , pocz. X X w . , w y s . 41 c m , R y c z ó w , p o w . W a d o w i c e .
I I . 23. Zakonnik
(?), d r e w n o p o l i c h r . , w y s . 42 c m , K w a c z a ł a , p o w .
Chrzanów.
I I . 24. Sw. Jan
Nepomucen,
drewno
p o l i c h r . , w y s . 45 c m ; I r z e ź b a •— X I X / X X w . , R y b n a ; I I r z e ź b a — Ł ą c z a n y , p o w . W a d o w i c e .

�Jana

odstępował

„Michałek"

od

długich

falistych

sów. W większości s w y c h prac s t a r a ł się on
tył

rzeźby,

stąd

nie

chusty

ściętej

ciach

męskich

bywał

rodzaj

dzimy

w

dbałość

o włosy

trójkątnie

lub wyraźne

czy p ó ł o k r ą g ł o .

odpowiednikiem chust

w

rzeźb

św. Jacka

pokaza­

W

tym

p e l e r y n k i l u b szeroki k o ł n i e r z ,

ubiorach

wło­

wykańczać
posta­
miejscu

który w i ­

i ś w . Jana

Nepo­

mucena.
Inny

charakterystyczny

szczegół k o s t i u m o l o g i c z n y to

kołnierzyk pod szyją, k t ó r y w r z e ź b a c h kobiet jest

czę­

sto z ą b k o w a n y . N i e k i e d y ( n p . w r z e ź b i e ś w . R o z a l i i z Ł ę ­
gu,

i l . 17) j e s t o n

d z i u r k o w a n y , co m a

w a ć haft. O t y m , ż e Gier z w r a c a ł
haftowaną,

świadczą

wszystkie

św. Jana Nepomucena;
ubrany,
tem

oraz

rękawy

ażurowym

zapewne

uwagę

rzeźby

na

przedstawiające

dół komży, w którą
pokrywał

rzeźbiarz

p r z e d s t a w i o n y m przez

wanie drewna. Niewykluczone, że w

imito­

dekorację
święty

jest

bogatym

głębokie

haf­

dziurko­

przypadku

kołnie­

rzyków mógł Gier sięgnąć po wzory z kobiecych koszul
noszonych
rzeźbach

ówcześnie,

tym

bardziej,

m o ż n a by się d o p a t r y w a ć

że

w

również

niektórych
innych

ele­

m e n t ó w stroju ludowego. P r z e w a ż n i e t r z y m a ł się on j e d ­
nak s c h e m a t ó w
obrazki
bogato
zebranie

nadania

24), k i e d y

są

niekiedy

wyciągnięcie
element

sztywną

i

ręki,

wyłącznie

spokojną

postaci. U w i d a c z n i a się to
św. Mikołaja

których

lub

zwykle

k o l a n a i t p . ( i i . 11, 17,

zaś stanowią

nie w przedstawieniach
( i l . 24),

szaty

wynikają

r u c h u przez

uzasadniony

wyrzeźbionej

mucena

rzeźby kościelne

więc

wysunięcie

indziej
nie

stąd

Sute s f a ł d o w a n i a

rzeźbie

szat r ę k a m i ,

dekoracyjny,
stawą

kultowej,

drapowane.

z chęci
19,

n a r z u c o n y c h przez

o treści

powaga

i ś w . Jana

jest

po­

szczegól­

przez

Nepo­

to

jakby

pozorowana.
Osobną
wiano,

grupę

stanowią

rzeźb, których
krucyfiksy

i

do t e j p o r y n i e
pasyjki.

r z e ź b i o n y jest j e d y n i e u k r z y ż o w a n y
zaś pod U r z y ż o w a n y m

stoi M a r i a

dzy n i m i k l ę c z y ś w . M a g d a l e n a
d u ż e ilości k r u c y f i k s ó w
i

to prawdopodobnie

zachowane

i pasyjek

Chrystus, w drugich

(więcej

tych

młodości.

42

mię­

wykonywał
drugich)

Analizując

stwierdzić, że p r a w i e wszystkie

r z e ź b y p o s t a c i n a l e ż ą c y c h do t e j s c e n y m a j ą f o r m ę

I I . 25. S p o s ó b

oma­

pierwszych

ze ś w . J a n e m , a

( i l . 26). G i e r

od wczesnej

okazy m o ż n a

W

potraktowania włosów

w

stan-

d a r y z o w a n ą . K i e d y ona p o w s t a ł a i na c z y m b y ł a w z o ­
r o w a n a , t r u d n o w tej c h w i l i dociec, t a k j a k nie m o ż n a
się k u s i ć o p r ó b ę chronologicznego
usystematyzowania
k r u c y f i k s ó w i pasyjek. Odnosi się t y l k o w r a ż e n i e , że jed­
ne b y ł y s t a r a n n i e j r z e ź b i o n e , z w i ę k s z y m n a k ł a d e m c z a ­
su i p r a c y , i n n e z a ś p o p r o s t u s z y b c i e j .
N i e w ą t p l i w i e G i e r p o ś w i ę c i ł w i ę c e j energii samej po­
staci U k r z y ż o w a n e g o w y d o b y w a j ą c w niej m u s k u l a t u r ę
nóg, r ą k i brzucha. Mocno r o z b u d o w y w a ł r ó w n i e ż klat­
k ę p i e r s i o w ą z a r y s o w u j ą c ż e b r a ż ł o b k o w a n i a m i przecho­
d z ą c y m i t a k ż e przez plecy. C h a r a k t e r y s t y c z n y dla prac
G i e r a jest. s i l n i e z a z n a c z o n y ł u k o d d z i e l a j ą c y
miękką
p a r t i ę b r z u c h a o d ż e b e r oraz s t a r a n n i e
modelowana
d r o b n a t w a r z o o s t r y c h r y s a c h ( i l . 27). Z p r a w e j s t r o n y
przechylonej w t y m k i e r u n k u g ł o w y widoczny jest zaw­
sze j e d e n k o s m y k w ł o s ó w , p o d c z a s g d y r e s z t a w ł o s ó w
z t y ł u g ł o w y jest pofalowana ( t e c h n i k ą o p i s a n ą w y ż e j ) .
G ł o w ę otacza c i e r n i o w a k o r o n a , j a k b y z k i l k u w a ł k ó w ,
z n a b i t y m i kolcami. P e r i s o n i u m jest najczęściej
dopa­
sowane do k s z t a ł t ó w ciała, udrapowane w k i e r u n k u p o ­
z i o m y m i z w i ą z a n e na p r a w y m b o k u w w ę z e ł , spod k t ó ­
rego s p ł y w a j ą aż do k o l a n bogato p o f a ł d o w a n e k o ń c e
przepaski. Sporadycznie o d s t ę p o w a ł Gier od sztywnego
raczej p o w t a r z a n i a r y t m u f a ł d na p e r i s o n i u m . P o ś w i a d ­
cza t o p r z y k ł a d Ukrzyżowanego
z K w a c z a ł y , na k t ó r y m
przepaska b i o d r o w a posiada z a r ó w n o w ę z e ł boczny, j a k
i drugi na ś r o d k u w k s z t a ł c i e k o k a r d y z j e d n y m k o ń c e m
opuszczonym w dół.
W zdecydowanej w i ę k s z o ś c i p r z y p a d k ó w k r z y ż jest
w y k o n a n y z m i ę k k i e g o drewna, sporadycznie z a ś z d ę ­
bowego. K r z y ż osadzony jest — t a k j a k wszystkie inne
rzeźby — w podstawce. W y s o k o ś ć k r z y ż a z p o d s t a w k ą
b y w a r ó ż n a , o d 53 d o 93 c m . K o ń c e j e g o r a m i o n o z d a ­
biał artysta k u l k a m i l u b w y c i n a ł w kształcie trójliścia.
N a p i s I N R I u m i e s z c z a ł G i e r na osobnej p ł y t c e o bardzo
r ó ż n y c h f o r m a c h , zawsze j e d n a k przeniesionych z k o ś ­
cielnych k r z y ż y . D o t y c z y to r ó w n i e ż pasyjek, gdzie w y ­
sokość f i g u r e k u s t a w i o n y c h na podstawce nie przekra­
cza 29 c m . Z n a c z n i e m n i e j s z a j e s t t y l k o p o s t a ć ś w . M a g ­
daleny, k t ó r a k l ę c z y na j e d n y m l u b na obu kolanach.
F i g u r k i M a r i i i ś w . J a n a u s t a w i o n e s ą s z t y w n o , ze w z r o ­
k i e m s k i e r o w a n y m w p r z e s t r z e ń i n i e m a j ą w sobie n i c

rzeźbach Michała

Giera.

�M i c h a ł G i e r : I I . 26. Pasyjka,

d r e w n o p o l i c h r . , pocz. X X w . , w y s . 64 c m , R y b n a , p o w . K r a k ó w .
d r e w n o ze ś l a d a m i p o l i c h r . , pocz. X X w . , w y s . 32,5 c m , R y b n a .

z ekspresji b ó l u . W ł a ś c i w e p r o p o r c j e t y c h r z e ź b b y ł y
na o g ó ł z a c h o w a n e , r y s y t w a r z y o r a z s z a t y m o d e l o w a n e
m i ę k k o . R y t jest t u znacznie p ł y t s z y niż w p o z o s t a ł y c h
r z e ź b a c h , co w y n i k a ł o z s i l n i e j s z e g o s y n t e t y z o w a n i a f o r ­
my.
W trakcie omawiania twórczości M i c h a ł a Giera k i l ­
kakrotnie w s p o m i n a ł e m o p ł a s k o r z e ź b a c h j a k o o d r ę b n e j
formie jego prac. I l o ś ć p ł a s k o r z e ź b , z a r ó w n o z a c h o w a ­
n y c h , j a k i tych, o k t ó r y c h w i e m y , ż e b y ł y , j e s t d a l e k o
mniejsza o d ilości p e ł n y c h r z e ź b . N i e m n i e j ,
kilkanaście
płaskorzeźb ś w i a d c z y , że ten rodzaj prac wcale nie sta­
nowił marginesu twórczości artysty. W s a m y m Ryczowie
b y ł y co n a j m n i e j 4 p ł a s k o r z e ź b i o n e o b r a z y z p r z e d s t a ­
wieniami
M a t k i B o s k i e j i Serca Jezusa, w P r z e g i n i
s t w i e r d z o n o i c h 5, w C z u ł o w i e j e s t j e d n a p ł a s k o r z e ź b a
(oprócz 2 o b r a z ó w opisanych w c z e ś n i e j ) , w k i l k u i n n y c h
wsiach znajdujemy po j e d n y m t a k i m obrazie.
Płaskorzeźby Giera dają się ująć w dwie grupy for­
malne. J e d n ą s t a n o w i ą prace w y k o n a n e w g r u b y m m a ­
teriale d r z e w n y m p o z w a l a j ą c y m na u z y s k i w a n i e bardzo
w y p u k ł e g o l u b w k l ę s ł e g o r e l i e f u ( i l . 6), w d r u g i e j z a ś
grupie mieszczą się prace o bardzo p ł y t k i m , nieraz p ł a s ­

k i m reliefie w y n i k a j ą c y m
0 grubości

I I . 27.

Ukrzyżowany,

z surowca, k t ó r y m b y ł a

kilkunastu milimetrów.

By otrzymać

deska

większe

p ł a s z c z y z n y , s t o s o w a ł G i e r d w i e d e s k i d o s t a w i o n e do s i e ­
bie i ł ą c z o n e k o ł e c z k a m i . Ł ą c z e n i e to b y ł o t a k ścisłe, że
dziś

jeszcze,

kiedy

deski

się popaczyły

i

porozsychały,

nie zawsze jest ono w i d o c z n e na p i e r w s z y r z u t oka.
K o m p o z y c y j n i e p ł a s k o r z e ź b y s ą b a r d z o z w a r t e ( i l . 28,
30), bez w z g l ę d u

na

to, czy t e m a t

pracy

stanowiła

n a p o s t a ć , czy w i ę c e j . W i d a ć t o m i ę d z y i n n y m i n a
korzeźbie
Annę

z

Przegini

Samotrzeć

konwencji,
Wskazuje
koracja

zapewne

Nie można
Chrystusa

29). P r a c a

ta

ujęta.

innej

wypukłej

z

założenia

ozdobienie

natomiast

tego

powstała

rzeźbie.

sukni. De­
uboga,

jej w sposób

powiedzieć

prawdopodobnie

o

w

dysponował

co

w

płasko­

ok.

tym

w

ma­

Babicach
1900

„ M i c h a ł k a " jest najbardziej

Rzeźbiarz

św.

znanej

pierwotnego,

Biczowanego z kapliczki

1 z wszystkich rzeźb
rycznie

na

w

s u k n i jest j e d n a k bardzo

Gier przewidywał

rzeźbie
(il.

mocno

prawdopodobnie

larski.

przedstawiającej

ta, u t r z y m a n a

wzorowana

to charakter

rzeźbiarska

wynikało
którym

była
na

Duchownej

( i l . 30). P r a c a

jed­
płas­

r.

suma­

wypadku

g r u b y m m a t e r i a ł e m , ale p r a w d o p o d o b n i e ś w i a d o m i e

zre-

43

�z y g n o w a ł z możliwości swobodnego w g ł ę b i a n i a się w
t w o r z y w o i plastycznego w y d o b y c i a szczegółów. S w o i m
z w y c z a j e m r e a l i s t y c z n i e p o t r a k t o w a ł g ł o w ę , ale b r y ł ę
k o r p u s u p o z o s t a w i ł w zasadzie n i e r o z p r a c o w a n ą .
P r z y k ł a d e m bardzo p ł a s k i e g o sposobu p o t r a k t o w a n i a
p ł a s k o r z e ź b y jest M a t k a Boska Szkaplerzna
znaleziona
w R y c z o w i e ( i l . 31). A n a l o g i c z n e o b r a z y z n a n e s ą z k a ­
pliczek i d o m ó w p r y w a t n y c h C z u ł o w a , Ryczowa, S p y t k o ­
wic i Przegini Duchownej. Rzeźbiarskie wykonanie te­
go r o d z a j u p r a c o g r a n i c z a ł o s i ę p r z e d e , w s z y s t k i m d o
wyprofilowania
b r z e g ó w oraz bardzo p ł y t k i e g o
wydo­
bycia reliefem w k l ę s ł y m i w y p u k ł y m tych e l e m e n t ó w ,
k t ó r e s k u t k i e m u p r o s z c z e ń nie z a t r a c a ł y realnego cha­
r a k t e r u . A u t o r z d a w a ł sobie s p r a w ę , ż e m o ż e w t e n s p o ­
s ó b p o t r a k t o w a ć p a l c e , r ę c e , w ł o s y czy n a w e t z a ł a m a ­
n i e szat. B a ł s i ę n a t o m i a s t , ż e n i e w y d o b ę d z i e w y p u k ­
ł o ś c i nosa i u s t oraz w k l ę s ł o ś c i o c z o d o ł ó w . S t ą d t e ż t e
partie p o z o s t a w i a ł c a ł k o w i c i e p ł a s k i e , puste, z przezna­
c z e n i e m do u z u p e ł n i e n i a m a l a r s k i e g o . J e s t i n t e r e s u j ą c e ,
ż e t e n r o d z a j p ł a s k o r z e ź b o g r a n i c z a s i ę t y l k o do t r z e c h
t e m a t ó w (tyle znamy), t j . r ó ż n y c h wersji M a t k i Boskiej,
Serca Jezusa i ś w . J ó z e f a z D z i e c i ą t k i e m . M o ż n a b y
przypuszczać, że w z o r e m dla tych prac b y ł y obrazy oleo­
d r u k o w e , co z k o l e i u t r u d n i a ł o u z y s k a n i e p e ł n e j p l a ­
stycznej f o r m y w y r a ż o n e j w m i a r ę m o ż l i w o ś c i r e a l i s t y c z ­
nie, do czego z r e s z t ą k o n s e k w e n t n i e G i e r d ą ż y ł . N i e
m o ż n a jednak w y k l u c z a ć innego p i e r w o w z o r u t y c h ż e
p r a c , j a k i m m o g ł y b y ć p o p u l a r n e za c z a s ó w G i e r a o b r a ­
zy M a t k i B o s k i e j C z ę s t o c h o w s k i e j z p ł a s k o m a l o w a n y m i
t w a r z a m i M a r i i i Jezusa o d z i a n y c h w s z a t y z m a s y p l a ­
stycznej bogato r e l i e f o w a n i j .

prac

Osobnego o m ó w i e n i e
Giera. T y l k o jedna

M i c h a ł G i e r : I I . 28. Matka
1. 29. Chrystus
przed

44

wymaga problem
ze z n a n y c h r z e ź b

Boska,
Piłatem

polichromii
nie została

p r z e z i c h a u t o r a p o m a l o w a n a . J e s t t o l a s k a ze ś w . J a ­
k u b e m ( i l . 18). S ą d z ę , ż e r z e ź b i a r z u c z y n i ł t o r o z m y ś l ­
nie, j a k o ż e f a r b a i t a k z o s t a ł a b y s z y b k o zniszczona
w trakcie u ż y w a n i a l a s k i . Natomiast wszystkie inne
p r a c e s ą p o l i c h r o m o w a n e l u b m a j ą n a sobie ś l a d y f a r b
świadczących o ich d a w n y m z e w n ę t r z n y m
wyglądzie.
K w e s t i a , o k t ó r e j m o w a , nie ł a t w a jest do w y j a ś n i e n i a ,
albowiem w i e l u ludzi o b s e r w o w a ł o , j a k Gier strugał swo­
je r z e ź b y , ale n i k t nie m o ż e z c a ł ą p e w n o ś c i ą s t w i e r d z i ć ,
że w i d z i a ł , j a k on m a l o w a ł . Z d w u m i e j s c o w o ś c i (Czułów, Ryczów) posiadamy nawet informacje, jakoby kto
inny m a l o w a ł surowe rzeźby Giera. Istnieje jednak w i e ­
le p r z e s ł a n e k i d r o b n y c h f a k t ó w , k t ó r e r a z e m z e s t a w i o ­
ne p o z w a l a j ą n a w y s n u c i e w ł a ś c i w e g o w n i o s k u . A oto
one:
n

1) j e d n a z m i e s z k a n e k R y b n e j ( K a t a r z y n a G a u d y n
l a t 80) t w i e r d z i , ż e w i d z i a ł a u G i e r a p ę d z e l k i w ł a s n e j
r o b o t y . P o n a d t o i n f o r m u j e , ż e c h o d z i ł o n do K r a k o w a po
farby, g d y ż na w s i nie m o ż n a b y ł o i c h dostać. Z a k ł a d a ­
j ą c , ż e te dane są p r a w d z i w e , nie m u s i m y i c h k o m e n ­
tować;
2) p o w y ż e j s t w i e r d z i ł e m , ż e w s z y s t k i e p r a c e G i e r a
są malowane. G d y b y p r z y j ą ć , że k t o i n n y je m a l o w a ł ,
w ó w c z a s w ś r ó d dużej ilości zachowanych rzeźb musia­
ł y b y się z n a l e ź ć p r z y n a j m n i e j pojedyncze
egzemplarze
nie malowane;
3) G i e r c z ę s t o p r z e b y w a ł u S t a n i s ł a w a
Mirochy
v/ G r ó j c u , k t ó r y — j a k t o s t w i e r d z o n o — z c a ł ą p e w ­
nością m a l o w a ł swoje f i g u r k i . R z e ź b y M i r o c h y są m a ­
lowane w odmienny sposób niż u Giera. G d y b y więc
„ M i c h a ł e k " nie m a l o w a ł sam, w ó w c z a s
przynajmniej
n i e k t ó r e r z e ź b y n o s i ł y b y n a sobie ś l a d y p ę d z l a M i r o c h y .
N a t o m i a s t nasza analiza p o l i c h r o m i i d o w o d z i , ż e nie w i -

p ł a s k o r z e ź b a , d r e w n o p o l i c h r . , w y m . o b r a z u : 30 X 44,5 c m , P r z e g i n i a D u c h o w n a
w e w n ę c e k a p l i c z k i , p ł a s k o r z e ź b a , d r e w n o p o l i c h r . , o k . 1900 г., B a b i c e .

�dać

nawet

prób

naśladownictwa

stylu

Mirochy

przez

Giera;
4) a n a l i z o w a n e p r a c e „ M i c h a ł k a " p o c h o d z ą z r ó ż n y c h
wsi. M i m o

rzuca

się

dzaj m a l o w a n i a . N i e

to

da

w

oczy

się

analogiczny

styl i

tego w y t ł u m a c z y ć

ro­

tym,

że

autor r z e ź b w y k o n y w a ł j e w j e d n y m m i e j s c u ( t a m ,

gdzie

w t y m czasie p r z e b y w a ł ) , a g d z i e i n d z i e j n o s i ł d o

malo­

wania. J e ś l i b y zaś dekoracje m a l a r s k i e b y ł y d z i e ł e m
n y c h l u d z i (co w y n i k a ł o b y

ze

stałych

wówczas różnice m u s i a ł y b y być

wędrówek

in­

Giera),

widoczne;

5) n i e k t ó r e p r a c e G i e r a b y ł y r z e ź b i o n e z m y ś l ą o m a ­
larskim

wydobyciu

pewnych

szczegółów

(il.

31).

Jest

wątpliwe, by r z e ź b i a r z m ó g ł p o z o s t a w i a ć o k r e ś l o n e
m e n t y do w y k o ń c z e n i a

malarskiego k o m u

frag­

innemu.

Sądzę, że na podstawie p o w y ż s z e g o w y w o d u m o ż e ­
my już twierdzić, że M i c h a ł Gier b ę d ą c
rzeźbiarzem
był jednocześnie m a l a r z e m swoich prac. N a t o m i a s t i n ­
formacje m ó w i ą c e o m a l o w a n i u przez i n n y c h d a d z ą s i ę
w y t ł u m a c z y ć f a k t e m , i ż w i e l e r z e ź b n o s i n a sobie ś l a d y
w t ó r n e g o m a l o w a n i a , co m o g ł o b y ć b ł ę d n i e i n t e r p r e t o ­
w a n e przez n i e k t ó r y c h i n f o r m a t o r ó w , j a k o b y G i e r r z e ź ­
bił, a k t o i n n y m a l o w a ł . P o m i m o to n i e w y k l u c z a m ,
że pojedyncze r z e ź b y m ó g ł m a l o w a ć k t o i n n y . W
za­
kresie a n a l i z o w a n e g o m a t e r i a ł u u w a g a t a d o t y c z y t y l k o
j e d n e j p ł a s k o r z e ź b y z n a l e z i o n e j w Z y g o d o w i c a c h ( i l . 6),
k t ó r ą G i e r r o b i ł na specjalne z a m ó w i e n i e . W y k o n a ł j ą
ze w s z y s t k i m i s z c z e g ó ł a m i p o d w z g l ę d e m r z e ź b i a r s k i m ,
ale p o l i c h r o m i a w y d a j e s i ę p r z e k r a c z a ć j e g o m o ż l i w o ś c i .
Oględziny i sondy w y k a z a ł y , że d r e w n i a n a p o w i e r z c h n i a
obrazu z o s t a ł a
pokryta
gruntem
kredowym,
odkryte
p a r t i e c i a ł a p o c i ą g n i ę t o f a r b ą o l e j n ą , d o szat u ż y t o s r e b ­
ra i złota p ł a t k o w e g o p o ł o ż o n e g o na p u l m e n c i e , z a ś k o ­
rony w y k o n a n o t a k i m
samym srebrem
lazerowanym
kraplakiem. Opisana technika dekoracji powierzchnio­
wej wymaga odpowiedniego p r z y g o t o w a n i a warsztatu, j a ­
k i m z całą p e w n o ś c i ą nie m ó g ł Gier d y s p o n o w a ć .
1 2

N o r m a l n i e stosowana przez G i e r a t e c h n i k a m a l a r s k a
p o l e g a ł a na p o k r y c i u c a ł e j d r e w n i a n e j p o w i e r z c h n i k l e ­
j e m stolarskim, na k t ó r y n a k ł a d a ł on g r u n t olejny, a na­
stępnie m a l o w a ł f a r b ą olejną. W n i e k t ó r y c h
rzeźbach
tylna strona b y ł a bardzo cienko g r u n t o w a n a , a w p e w ­
nych miejscach w ogóle p o z b a w i o n a g r u n t u i m a l o w a ­
na w s p o s ó b o s z c z ę d n y . S p o r a d y c z n i e u ż y w a ł G i e r f a r b
temperowych k ł a d z i o n y c h na cienki g r u n t k r e d o w y (il.
28, 30). N i e b y ł a o b c a r z e ź b i a r z o w i r ó w n i e ż l a z e r u n k o w a t e c h n i k a , co w i d a ć m . i n . n a r z e ź b i e Matki
Boskiej
z Dzieciątkiem
z P r z e g i n i D u c h o w n e j ( i l . 8). R z a d k o j e d ­
n a k poza t w a r z a m i s t o s o w a ł t e n r o d z a j m a l o w a n i a , g d y ż
— j a k m o ż n a s ą d z i ć — b y ł na ogół z w o l e n n i k i e m r ó w ­
nego n a k ł a d a n i a f a r b o z d e c y d o w a n y c h k o l o r a c h , bez
światłocieni. S t ą d biele k o n t r a s t u j ą z b ł ę k i t e m , czerwie­
n i ą czy z i e l e n i ą . G a m a k o l o r y s t y c z n a p a l e t y G i e r a b y ł a
raczej u b o g a i w a r u n k o w a n a b a r w a m i s p o t y k a n y m i n a j powszechniej. Z w y c z a j e m G i e r a b y ł o mocniejsze p o d ­
kreślenie farbą kształtu tych szczegółów, k t ó r e uprzed­
nio w y d o b y ł d ł u t e m , a t a k ż e o k o n t u r o w y w a n i e b r z e g ó w
szat z ł o t ą f a r b ą .
Najciekawsze efekty malarskie o d k r y w a m y jednak
nie w r z e ź b a c h lecz w o b r a z a c h z p ł a s k o r z e ź b a m i p r z y ­
b i t y m i do t ł a . W e w s z y s t k i c h z n a n y c h
przypadkach
o b r a z y te z o s t a ł y w t ó r n i e p r z e m a l o w a n e w c a ł o ś c i l u b
w c z ę ś c i Z m i e n i a ł o to w d u ż y m s t o p n i u p i e r w o t n e z a ­
łożenia kolorystyczne autora. W obrazie p r z e d s t a w i a j ą ­
cym s c e n ę U c i e c z k i do E g i p t u i N a r o d z i n Jezusa p a p i e ­
rowe tło w dolnej części z o s t a ł o przemalowane. T r ó j k ą ­
ty w g ó r n y c h rogach b y ł y srebrne, obecnie są c i e m n o ­
niebieskie. Szaty o s ó b d a w n i e j k o l o r u s r e b r n e g o i z i e ­
lonego p r z e m a l o w a n o n a
pomarańczowo
i
czerwono
( i l . 5). W d r u g i m z o b r a z ó w , k t ó r e g o t e m a t e m j e s t A d o ­
r a c j a ( i l . 3), t ł o s t a n o w i c i e n k i k a r t o n . G i e r p o m a l o w a ł

M i c h a ł G i e r : I I . 30. Sw.
Anna
Samotrzeć,
płaskorzeźba,
d r e w n o p o l i c h r . , w y m . 37 X 49 c m , P r z e g i n i a D u c h o w n a .

j e na k o l o r c i e m n o g r a n a t o w y , obecnie m a ono b a r w ę
u l t r a m a r y n y . Suknia M a t k i Boskiej b y ł a pierwotnie cy­
n o b r o w a , o b e c n i e r ó ż o w a , z a ś j e j szata w i e r z c h n i a i k u ­
l a z i e m s k a (obecnie g r a n a t o w e ) , na k t ó r e j stoi M a t k a
B o s k a , oraz s u k i e n k a Jezusa (obecnie czerwona) b y ł y
srebrne. Gier otoczył M a t k ę B o s k ą jedynie d e k o r a c j ą
z g w i a z d e k , t e n z a ś , k t o obraz o d n a w i a ł , w z b o g a c i ł ca­
ł o ś ć o ż ó ł t ą a u r e o l ę ze z ł o t y m i p r o m i e n i a m i w o k ó ł g ł o ­
w y i całej postaci. Jak w i d a ć w i ę c , różnice kolorystycz­
ne p o m i ę d z y s t a n e m p i e r w o t n y m i o b e c n y m w o b u o b r a ­
z a c h s ą z n a c z n e . R ó w n i e ż o b r a z ze ś w . A n n ą S a m o t r z e ć
( i l . 30) z o s t a ł p r z e m a l o w a n y , parzy c z y m
największych
z m i a n k o l o r ó w d o k o n a n o n a szacie ś w i ę t e j , n a t o m i a s t
f a r b a n a ł o ż o n a po raz d r u g i na dno s k r z y n k i p o o d p a d a ła o d s ł a n i a j ą c m a l a t u r ę tła z i e l o n ą w dolnej, a niebies­
k ą w g ó r n e j p o ł o w i e . N a tle n i e b i e s k i m są d w a zielone
drzewka. Dekorację
uzupełniającą
stanowią
czerwone
i ż ó ł t e faliste p r o m i e n i e na c a ł e j p o w i e r z c h n i o b r a z u
oraz ż ó ł t e k r o p k i ( w g r u p a c h po trzy) obok p n i drzew.
D e k o r a c j a k r o p k o w a w i d o c z n a jest t a k ż e na s u k n i i z e w ­
nętrznej ramie. S u k n i ę podzielił Gier pod w z g l ę d e m ma­
l a r s k i m na trzy części. Ś r o d k o w a , zielona, oddziela b o k i
o k a r m i n o w y m k o l o r z e , na k t ó r y c h d o d a t k o w y element
zdobniczy s t a n o w i ą ł u k i z l i n i i c i ą g ł y c h oraz k r o p e k .
W t r a k c i e o d n a w i a n i a o b r a z u m a l a r z d a ł na cokole n a ­
pis „S. A n n a " , k t ó r e g o p r z e d t e m nie b y ł o . N a j p r a w d o ­
p o d o b n i e j t a k ż e i n w o k a c j a do ś w . J ó z e f a , k t ó r ą z n a j d u ­
j e m y n a k a p l i c z c e ze S p y t k o w i c , p o c h o d z i z o k r e s u r e ­
nowacji malarskiej, gdyż — j a k przypuszczamy — Gier
b y ł a n a l f a b e t ą . Nie m o ż n a w y k l u c z y ć , że w pewnych
w y p a d k a c h m ó g ł o n d a w a ć n a p i s y n a t e j s a m e j zasadzie,
j a k to c z y n i ł N i k i f o r K r y n i c k i na s w y c h obrazkach. Z t e ­
go
rodzaju przerysowanymi prawdopodobnie
literami
( s y m b o l M a r i i ) m a m y do czynienia na szkaplerzach obra­
z u p o c h o d z ą c e g o z R y c z o w a ( i l . 31). P o d o b n i e j e s t z n a ­
p i s e m I N R I na k a ż d y m k r z y ż u .

45

�Dokonana analiza prac M i c h a ł a Giera pozwala wnios­
k o w a ć n i e t y l k o o j e g o t w ó r c z o ś c i a r t y s t y c z n e j , ale t a k ­
ż e o j e g o o s o b o w o ś c i . Ż y c i e p o s t a w i ł o go n a n a j n i ż s z y m
szczeblu w i e j s k i e j d r a b i n y s p o ł e c z n e j . N i e k o r z y s t n e w a ­
r u n k i m a t e r i a l n e nie p o z w o l i ł y m u na p o d n i e s i e n i e się
na w y ż s z y s t o p i e ń w tej h i e r a r c h i i , b y ć m o ż e z r e s z t ą
sam do tego nie d ą ż y ł . P e ł n a swoboda, n i e s k r ę p o w a n i e
żadnymi konwenansami społecznymi i towarzyskimi
od­
p o w i a d a ł y jego usposobieniu, t y m bardziej, że p o s i a d a ł
on b o g a t ą w y o b r a ź n i ę . W y r a z e m tego jest szeroki w a c h ­
larz tematyczny i f o r m a l n y w y k o n a n y c h prac. Dzięki
t w ó r c z e j w y o b r a ź n i nie z a p r z e s t a w a ł szukania n o w y c h
f o r m . Na drodze ciągłych d o ś w i a d c z e ń r z e ź b i a r s k i c h do­
s z e d ł d o d u ż e j p e r f e k c j i r z e m i e ś l n i c z e j , co n i e w ą t p l i w i e
o d p o w i a d a ł o odbiorcom jego sztuki. C z ę s t o j e d n a k od­
s t ę p o w a ł od u t a r t y c h s p o s o b ó w r z e ź b i e n i a , w r a c a j ą c po
o k r e s a c h o d t w a r z a n i a z k o n k r e t n y c h w z o r ó w do k o m p o ­
nowania w e d ł u g swoich pojęć estetycznych. M i m o nie­
w ą t p l i w e j standaryzacji niektórych grup rzeźb, wszyst­
kie prace Giera utrzymane są w konwencji ludowej, a w
większości widoczny jest t a k ż e w ł a s n y styl rzeźbiarza.

M i c h a ł G i e r : I I . 31. Matka
Boska
Szkaplerzna,
r z e ź b a , d r e w n o p o l i c h r . , pooz. X X w . , 5 0 X 6 0 c m ,

płasko­
Ryczów.

P r z e w a ż a j ą c a część życia M i c h a ł a Giera p r z y p a d ł a
na okres silnego z a p o t r z e b o w a n i a w s i na p r z e d m i o t y k u l ­
t u d e w o c y j n e g o . T e n f a k t d e t e r m i n o w a ł do p e w n e g o
stopnia poczynania Giera, a j e d n o c z e ś n i e sprzyjał rozwo­
j o w i jego talentu. O g ó l n i e t w ó r c z o ś ć jego n a l e ż y ocenić
pozytywnie, a z d ł u g i e g o ł a ń c u c h a poszczególnych prac
można w y b r a ć rzeźby i płaskorzeźby o wysokich
walo­
rach artystycznych. T r u d n o się p o k u s i ć o wskazanie
miejsca, j a k i e z a j m u j e G i e r w szeregu X I X - w i e c z n y c h
r z e ź b i a r z y r e g i o n u k r a k o w s k i e g o . B y ł o i c h w i e l u , ale do
tej p o r y w i ę k s z o ś ć nie z o s t a ł a opracowana. R ó ż n o r o d n o ś ć
f o r m i t e m a t ó w oraz t e c h n i k a r z e ź b i a r s k a p o z w a l a j ą j e d ­
nak p r z y p u s z c z a ć , że M i c h a ł Gier zajmie czołową pozy­
cję na liście t w ó r c ó w l u d o w y c h m i n i o n e g o stulecia.

PRZYPISY

1

Z . S z e w c z y k , Badania
terenowe
Muzeum
Etnograjicznego
w Krakowie,
„Rocznik M u z e u m Etnograficznego
w K r a k o w i e " , R. I I : 1967, s. 202—204; M . F r z e ź d z i e c k a ,
Sztuka
i zwyczaje
[ w : ] Ziemia
chrzanowska
i
Jaworzno,
K r a k ó w 1969, s. 399; o r a z w e d ł u g d a n y c h u z y s k a n y c h
w czasie b a d a ń p r o w a d z o n y c h p r z e z M u z . E t n o g r a f i c z n e
w K r a k o w i e w 1968 i 1969 r.
2

W księdze urodzeń i chrztów w parafii
Rybna
o d n o t o w a n o , ż e „ M i c h a e l G i e r z ojca Jana i m a t k i M a ­
r i a n n y de T e k i e l a " u r o d z i ł s i ę 2.X.1853 r . i w t y m
sa­
m y m d n i u z o s t a ł o c h r z c z o n y ( L i b . N a t . et B a p t , R y b n a
I V , s. 132). N a t o m i a s t w k s i ę d z e z g o n ó w z a p i s a n o , ż e
„Michał Gier, smendicuus, syn Jana i M a r i a n n y Tekieli
z R y b n e j " z m a r ł n a p n e u m o n i ę w w i e k u 76 l a t w d n i u
19.IV.1929 r. P o g r z e b o d b y ł s i ę k i l k a d n i p ó ź n i e j ( L i b .
D e f u n c , V , s. 272).
3

Niektóre rzeźby Stanisława Mirochy znajdują
obecnie w M u z . E t n o g r a f i c z n y m w K r a k o w i e .

się

4

Informacji
tej
udzielił
niejaki
Feluś
lat
70
( w 1965 г.), m i e s z k a n i e c R y b n e j , k t ó r y s ł y s z a ł to o d s w e ­
go d z i a d k a .
5

D z i a ł a ł n a t o m i a s t w 1. p o ł . X I X w . w
Rybnej
s n y c e r z K a s p e r z w a n y S z t u k ą , k t ó r e g o d z i e ł e m j e s t zes­
p ó ł 12 a p o s t o ł ó w , f i g u r w i e l k o ś c i o k . 1 m i p o s i a d a j ą ­
cych wszelkie z n a m i o n a l u d o w e j t w ó r c z o ś c i . Obecnie ca­
ły ten z e s p ó l z ł o ż o n y jest na s t r y c h u k o ś c i o ł a w R y b n e j ,
gdzie u l e g a p o w o l n e m u z n i s z c z e n i u . W ą t p l i w e j e s t , b y
M i c h a ł G i e r m ó g ł z n a ć K a s p r a , k t ó r y n a p o c z ą t k u 2. p o ł .

f

X I X w. przebywał w
Czernichowie nad Wisłą
(por.
J . Ł e p k o w s k i , Przegląd
zabytków
przeszłości
z
okolic
Krakowa,
W a r s z a w a 1863, s. 15—16).
W w i e l u wsiach stwierdzono, że p r y w a t n i kolek­
cjonerzy zebrali wiele d z i e s i ą t k ó w rzeźb w y k o n a n y c h
p r z e z M . G i e r a . J a k d u ż o z n a j d u j e s i ę jeszcze w t e r e n i e ,
n i e c h ś w i a d c z y f a k t , iż t y l k o M u z . E t n o g r a f i c z n e w K r a ­
k o w i e w l a t a c h 1968—1969 z a k u p i ł o o d p r y w a t n y c h w ł a ś ­
cicieli lub o t r z y m a ł o w formie
d a r o w i z n y 34 r z e ź b y
i p ł a s k o r z e ź b y Giera.
6

7

O b e c n i e f i g u r k i te s ą w p o s i a d a n i u k r a k o w s k i e ­
fotografika, H e n r y k a Hermanowicza.
D w a t a k i e obrazy posiada K a z i m i e r z Ł ą c k i w Ryb­
nej n r 264, z t e g o j e d e n p r z e d s t a w i a K o r o n a c j ę M a t k i
Boskiej, drugi zaś — A d o r a c j ę M a t k i Boskiej. Natomiast
w Muz. E t n o g r a f i c z n y m w K r a k o w i e znajduje się po­
d o b n ą t e c h n i k ą w y k o n a n y o b r a z Święta
Rodzina.
go a r t .
8

9

R z e ź b a ta przed I w o j n ą ś w i a t o w ą z o s t a ł a prze­
niesiona do M n i k o w a , gdzie obecnie się znajduje.
Również własność Henryka Hermanowicza.
P o d o b n ą laskę, t y l k o z r ę k o j e ś c i ą w postaci św.
Michała, m i a l u ż y w a ć Gier.
l l !

4 1

1 2

S o n d y w y k o n a ł a i o p i n i ę w y d a ł a art.
plastyk
mgr
Zofia
Peszat, k o n s e r w a t o r M u z .
Etnograficznego
w K r a k o w i e . Jeszcze n a p o c z ą t k u X X w . k r ą ż y l i po
w s i a c h „ k o n s e r w a t o r z y " o d n a w i a j ą c y obrazy, k t ó r z y do­
konywali
przemalówek, wstawiali
do r a m
brakujące
szkła, nalepiali p a p i e r o w e ozdoby i t p .

Obiekty ze zbiorów Muz. Etnograficznego w Krakowie - il. 2, 4, 6, 9, 12-19, 22, 24, 26, 31.
Fot. Jacek Kubiena. Rys. autor.
46

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10301" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10279">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/a37529b784367dfc54033a629f27ae6e.pdf</src>
        <authentication>be0504438730434d28af940450f84e13</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122482">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4196</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122483">
                <text>1959</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122484">
                <text>rok obrzędowy - zwyczaje</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="122485">
                <text>karnawał</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="122486">
                <text>kusaki jedlińskie</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="122487">
                <text>Jedlińsk (radomskie) - zwyczaje karnawałowe</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122488">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3913</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122489">
                <text>Jedlińskie kusaki /Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1959 t.13 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122490">
                <text>Polska Sztuka Ludowa 1959 t.13 z.3 ;s.132-140</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122491">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122492">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122493">
                <text>Państwowy Instytut Sztuki</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122494">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="122495">
                <text>Jerzy

Czajkowski

J E D L I Ń S K I E

Ryc.

1.

W
od

„Wójt".

bezpośrednim
Radomia,

osada

—

sąsiedztwie,

'bo

zaledwie

rozłożyła się n a d rzeką

Jedlińsk.

miejscowość

Dziś

jest

ok.

2.500

licząca

to

12 k m

Radomką

nic

nie

mała

znacząca

mieszkańców.

Jedyną

wicza

za

tych

zabójstwo

wie

każde

jem

„ścinania

Zwyczaj

z

1930 r o k u

barokowym
r.

szczytem,

1752 p r z e z

gruntownie

Stanisława

Andrzeja

biskupa krakowskiego, dziedzica
są t r z y
wano

stare

w

domy,

przy

odrestaurowany
Załuskiego,

Jedlińska. P o z a t y m

czym

najstarszy

wybudo­

to

historię

Mikołaj

zaczynającą

(Jedliński)

się

herbu

w

r.

sto

Jedlińsko

magdeburskim
rozwoju
liczy

z

przywilejem

i

prawem

miasteczka

ono zaledwie

d ó w . Częste

jest

ku

XIX

(w

itp. masowe

latach:

rego

ciosem

prawem

(ius gladii).
powolne.

W

cho­

nasilenie notujemy

w

wie­

pożary

Ostatecz­

d l a m i a s t a j e s t u k a z c a r s k i , mocą
w

dniu

n a osadę

o

17/29/.X.1869
nazwie

roku

Jedlińsk,

któ­

zostaje

bez

praw

miejskich .
3

Jedlińsko korzystając
ność przyglądania

z prawa

się e g z e k u c j o m

miecza

miało

moż­

dokonywanym

na

to

dlatego,

pojęciu m i e s z k a ń c ó w

ze

zwycza­

śmierci"

w

o s t a t n i dzień

stale, potem, d o I I w o j n y
Wznowiono

karnawału.

obchodzony

go w

był

d o ok.

światowej,

r . 1950, a l e

tyl­

spotkało

go&gt; d o p i e r o

w

będziemy

starali

d o w i s k a , oglądanego

się

wyjaśnić

w

„kusakami", p r z y

do- o p i s u c a ł e g o w i ­

przez a u t o r a w

czym

„ k u s ą " niedzielą,
wtorkiem.

wszystkich

każdy

r . 1959.
Jedlińsku

dzień z osobna

nazy­

, k u s y m " poniedzi alkiem,

„Kusakami"

przebierańców

charakteryzuje

zwy­

komentarzu

O s t a t n i e t r z y d n i k a r n a w a ł u z w a n e są w

dni

r . 1958

o stałym k o n t y n u o w a n i u . Genezę tego

końcowym. N a razie p r z e j d z i e m y

sym"

1831, 1867, 1874, 1894),
Jedlińska.

czaju

r . 1820
i

egzekucjach
a

się t o z n i e p r z y c h y l n ą postawą ó w c z e s n y c h w ł a d z t e ­

wają

t y m 78 Ż y ­

O

Jedlińsku,

r e n o w y c h . Stąd też p o n o w i o n o

Tempo

powietrza

— hamują r o z w ó j

Jedlińsko

zamienione

bardzo

się

mia­

nieszczęścia, a t a k ż e c h y b a bliskość d u ­

żego R a d o m i a
nym

miecza

na

— Radom

rządzenia

morowego

l e r y , których n a j w i ę k s z e

zakłada

1

504 m i e s z k a ń c ó w , w

epidemie

2

1530. W ó w c z a s

Nabram

swoich gruntach na trakcie Warszawa

ma

Jakuba.

w

t e n , j a k informują,

czasami.

z myślą

r . 1768.

N i e z a w s z e j e d n a k t a k było. M a r n a dziś o s a d a
swoją

ko

dziada

dziecko

że łączą się o n e w

okazałą b u d o w l ą j e s t t u m u r o w a n y kościół z r . 1645
w

KUSAK

w

wzmożona

nazywa
kusy

się

wtorek.

wesołość

„ku­

również

i

Kuse
zabawy,

których p u n k t e m k u l m i n a c y j n y m jest w t o r e k w r a z
„ścięciem ś m i e r c i " . D z i e ń t e n j e s t z w y c z a j o w y m
tem;

wszystkie

nych

godzin

zarówno

prace

są

przerwane,

r a n n y c h przeciągają

dzieci

jak

i

dorosłych

po

a

od

ze

świę­
wczes­

ulicach

tłumy,

przybyłych

często

z o d l e g ł y c h w s i (mp. z B i a ł o b r z e g ó w ) . O ż y w i o n y n a ­
strój w z m a g a j ą

co c h w i l a wesołe u t a r c z k i z

rańcami,

kusakami.

czyzn,

czyli

Zespół

przebie­

przebranych

p r z e w a ż n i e m ł o d y c h , składa się z „pana

d e g o " i „ p a n i m ł o d e j " , chodzących p o d r ę k ę w

męż­
mło­
asy­

ście k a p e l i składającej

się z dwóch

—

trzech

akor­

d w u k r o t n i e , k i e d y t o ścięto za jakąś zbrodnię, k o w a l a

deonistów.

ubrany

w

czarny

frak,

Urbana

białą

zbrodniarzach. W

132

z

Lisowa

s t y c z n i u 1778 r . m i a ł y
oraz

żołnierza

one

Wawrzyńca

miejsce
Scito-

Pan

koszulą

młody
z

wysokim,

jest

staromodnym

kołnierzy-

�kiem o z d o b i o n y m
głowie c z a r n y
kach. P a n i
i welon

p o d szyją

melonik,

młoda

Policzki

Chodząc

od

dopiero

co

sząc p r z y

tym o

datek

darstwo".

Zarówno

0

swoim

jak

w

m a n a sobie

n a głowie.

nowane.

czarnym

a ręce

długą,

i

domu

do

białą

domu

zawartym

informują

„na

nowe

(ubrani

baki

i

pro­
gospo­

normalnie),

wąsy

wymalowane

czarną pastą.
Cztery diabły

u b r a n e dość d o w o l n i e
mają

byle n a

czar­

n a głowach m a s k i z

tka­

niny, z o t w o r a m i n a oczy i u s t a , i dużymi, c z a r n y m i
lub c z e r w o n y m i
czastym

drutem.

gie

(70—80
„klepki",

„taki

rogami. Z

tyłu ogon,

s z p i l k a m i , gwoździami

no

Diabelskimi

cm), drewniane,
które

rozkaz

noszą

rekwizytami
rękach

ze

stanowią

zespół

złożony

spodnie

mają

również
i

z

są

do wnętrz

maskaradzie
w

szy;
u

biorą

granatowe

są

udział

z

i

na

męż­
Twa­

„policjanci"
(wypoży­

czapki

listono­

pocztowe
P.P.

zastą­

„Policjanci"

posterunku

interwencja

w

gumowe

M.O.

Za­

osadzie:

podobnych

w

i

pełną

starszy

od

humoru

postacią

i n n y c h kusaków,

opoczyńską sukmanę, z w y p c h a n y m
brzuchem

krytymi

i

długimi

melonikiem.

jest

wójt,

ubrany

wie­

w

białą

dla dodania po­

lnianymi

włosami,

D l a wzbudzenia

przy­

wesołości

po

s w e g o śledzia w

jeszcze

gdy

atrybu­

je w

większą

któryś

z

więk­

t e n spo­
wesołość

uczestników

do­

nosie.

Oprócz o p i s a n y c h

przebierańców

zawieszone n a
i t p . akcesoria,

druciarz,

cyganie

sznurkach
dalej

dziad

(przy

kosiarz

czym

z

plecionym

z

kosą

szpulki

babą,

cyganka
—

kapeluszu

w

na

od

kominiarz,
za

opłatą

długiej

głowie

białej

—

i

po­

Istotnym

celem

całej

m a s k a r a d y , aż d o c h w i l i

są­

d u n a d śmiercią, j e s t z b i e r a n i e pieniędzy. Są t o bądź
dobrowolnie
zapłata

składane

za w r ó ż b ę

deonach,

datki,

cyganki

bądź

wspomniana

l u b ładną

albo opłaty w y m u s z a n e

żących w y s m a r o w a n i e m

grę n a

już
akor­

przez diabłów

gro­

poczernionymi klepkami, k a ­

nakładane p r z e z w ó j t a i p o l i c j a n t ó w za w y i m a g i ­

nowane

n a poczekaniu

przewinienia,

opłaty

(określenie m o j e —

J . C.) n a k ł a d a n e n a

ce

pojazdy

przez

Jedlińsk

odnoszą
całej

co

pewien

zabawy.

W

zapustowych

w

czas

głównego
od

„celne"

przejeżdżają­

i t p . Zebrane

do

odróżnieniu
innych

n i e są p r z e z n a c z a n e

pieniądze

organizatora

podobnych

okolicach

Polski,

zabaw

pieniądze

n a późniejszą z a b a w ę , l e c z użyt­

k o w a n e n a c e l społeczny. I t a k : d o I I w o j n y
wej

przeznaczano

pożarną. W
roku

zaś

świato­

j e przeważnie n a miejscową

r . 1958 k u p i o n o z a n i e t e l e w i z o r ,

projektuje

się

k u p n o strojów

straż

w tym

dla

zespołu

scenicznego.
Kilka

godzin

trwające

swawole

przebierańców

czej n a b r z u c h u , n o s i d u ż y
pisem: W Ó J T

PFERDOŁA

tekturowy medal

z na­

NIC NIE ZDOŁA .
4

Wójt

przez cały dzień c h o d z i w asyście p o l i c j a n t a i „ s e k w e stratora".

Ten

wymalowane

ostatni

czarną

chą teczkę z

normalnie

wąsy

i

ma

baki,

również

też

„niedźwiedź"

„treserem".

głowę

i

Niedźwiedź

niedźwiedzią.

cuchem, którego d r u g i
•niedźwiednik
on

ubrany
pałeczkę,

na

są

„niedźwied­
ubrany

koniec

Przepasany
trzyma w

na

arenę

łańcuchu

w

białych

ce, u b o k u m a m i e c z .
5

rze,

k a t używał

wiczek.
Nie

Nigdy

wspomina

który

o

zostawił

też

żaden

używał
to

z

ławnicy,

czap­
ręka­

J a n Kloczkowski,
tego.

wyjęty

1920 r .

celu w y k o n a n y m —

ręce

metalowym

drewnianym

Przy
z

zwyczaju,

informatorów.

śladów, b y k a t d o

topora, t y l k o miecz.

z

czarnym

czerwonej
skórkowych

opis

najstarszych

po prostu miecz

najmniej

w

t y m a n i ksiądz
wierszowany

n i e n i e m a żadnych

białą

za­

dwaj

strój p r z e p a s a n y

długich, białych,

tym

bębenek

posta­

państwowym

j e d n a k n i e nakładał n a t w a r z m a s k i .

ok.

drugiej

nowe

D a w n i e j , g d y b y l i t u kuśnie­

łań­

w

szyi,

rękawiczkach,

ręce

W

na

K a t , odziany w czerwony
pasem,

jest

którą

występują

zawieszonym

jednej

n a czerwono.
uderza

jest

Teraz

k a t i śmierć.

ani

w długi b i a ł y kożuch w ł o s e m n a z e w n ą t r z i w
nakładaną

tylko

a pod pa­

„aktami".

tworzą

nik", zwany

ubrany

pastą

śmierci".

cie. Są t o : b u r m i s t r z w t o d z e z godłem

ma

t w a r z w y s m a r o w a n ą czarną pastą, n a p i e r s i a c h , a r a ­

trzyma

i

zawieszony

n i e j a k o w s t ę p e m d o w ł a ś c i w e g o obrzędu, t j . „ścięcia

Ciekawą

Parę

zresztą

s t a n i e śledziem

wy­

padkach.

wagi

twarzą
końcu

grupy ludzi, rozgania

śmiechu,

Po­

repre­

czar­

p i l n o w a n i e , b y któryś z k u s a k ó w n i e posunął się
daleko,

n a której

i

nici

krakowianka

strażackie
i

umalowaną

zarzucając

racji

maskaradach.

którzy

wysmarowane

i

z

Daw­

z

tradycyjnym zwyczaju

wędką,

powodując

huragany

ry

emblematy

miejscowego

i

mruczeniem

także

przedwojennej

sób,

i

daniem p o l i c j i j e s t u t r z y m y w a n i e porządku w

kiem

—

j e s t śledź. R y b a k ,

koszuli

czapy.

a

w

chłopak

oraz

k a b u r y o d p i s t o l e t ó w i pałki

wypożyczone

za

ją

rybaka

o n osobiście

nożyce,

domów.

strażaków)

zdjęte

znakami

b o k u mają

figlach

tem

wróży)

fantastycznie

mundury

miejscowych

na czapkach

pione

zentuje

i

brał s t a l e udział w

t a pozostała

roz­

czterech

K o n n o jeżdżą r ó w n i e ż k r a k o w i a k
ubrani w k r a k o w s k i e stroje.

od

stać

rybak

mają

szpic

ubrani

swego zawodu

był

dłu­

nieraz

czone

Jedlińsku

jeszcze

w

W

w

występuje

l u b n a u k o s . C a ł y dzień j e ż d ż ą n a k o n i a c h , a
próbują w j e ż d ż a ć

ścięte

pan

borcy.

i futrzane

ukarminowane,

baki

jego

„krawcami",

względu

nie wolno

jak i

trzech „ ż y d ó w " z w a n y c h również

z l a m p a s a m i , krótkie k o ­

żuszki w ł o s e m d o w e w n ą t r z
pastą w ą s y

na

T a k niedźwiedź

się d ł u g i m k i j e m .

kol­

są

wysmarowane

w

A n t y c h r y s t a " . Diabłom

czyzn u b r a n y c h w
rze

szyi.

N a u w a g ę zasługuje r ó w n i e ż postać „ r y b a k a " .
niej

naszpikowany

l u b okręcony

mawiać, a p o r o z u m i e w a ć się m o g ą t y l k o
1 na m i g i .
Kozacy

na

chodząc podpierają

sze r o z o c h o c o n e

no ( l u b g r a n a t o w o )

na końcu

wieszony

suknię
ukarmi­

małżeństwie,

pieniężny

mają

rękawicz­

usta obficie

muzykanci

i p a n młody,

motylkiem; na

białych

czym

dawniej

międlicy ,

mieczem
a przed

6

—

Podob­

„egzekucji"

specjalnie

I I wojną

w

mieczem

dług. o k . 80 c m ( p o d o b n o p o c h o d z i
XVII

był

zastąpiony

przy­

wieku).

133

��Śmierć u b r a n a j e s t n a biało. T w a r z
białą

maską

oczodołami

wykonaną
i

z

odstającymi

ma

papieru, z
kośćmi

policzkowymi,

w sumie s p r a w i a w r a ż a n i e „ ś m i e r c i " . W
ma biały płatek, w
przednich

latach

którym

trzymała

ukryty
ona

8

następnie k o s i a r z ( r e p r e z e n t a n t

co

Opisem

śmierci

W

zamykamy

w

późnych

długi

kusy wtorek w

godzinach

A w o j e n n y m czasom c n a b a r d z o r a d a
B o t a m g ł ó w tysiące o d j e j m i e c z a p a d a
O n a bez litości ród l u d z k i z a b i e r a
N i e c h a j ż e n a r e s z c i e s a m a dziś u m i e r a "
P o wysłuchaniu oskarżycieli Sąd w s t a j e , a b u r ­
m i s t r z o d c z y t u j e w y r o k , k t ó r e g o zakończenie b r z m i :

po­

(czasem

dwa)

korowód

postaci

Jedlińsku.

popołudniowych

następuje

„... O t ó ż za t e z b r o d n i e l i c z n e
Z a t e zabójstwa r o z l i c z n e
M y , Sąd, w y r o k w y d a j e m y ,
W imię Boga, Ojca, Syna,
N a śmierć * j ą s k a z u j e m y
N i m m i n i e d r u g a godzina".

najważniejszy m o m e n t : w i d o w i s k o s a m o w s o b i e d r a ­
matyczne,

ale n a s y c o n e

sporą

dozą

komizmu.

remizy strażackiej w y r u s z a pochód p r o w a d z o n y
parę k r a k o w i a k ó w

n a koniach. Za

ta o r k i e s t r a strażacka,

kozacy,

kowóz strażacki

(ale

trumna,

żydzi.

diabły,

bez

beczki),

Pochód

W miejscu, gdzie d a w n i e j
stoły i krzesła,

na których

był

nimi

wóz

z

zdąża

Spod
przez

podąża

Sądem,

n a którym
na

dę­
becz­

Sąd:

wójt i ławnicy. O b o k s t o i k a t . P o l i c j a n t

Po

jedzie

w y d a n i u w y r o k u n a chwilę zabiera

glos

wójt:

„ T e r a z poślijcie p o m i s t r z a k a t a
M a c i e już w y r o k b u r m i s t r z a
A t r a m e n t e m podpisany
N i e c h a j będzie w y k o n a n y " .

„rynek".

ratusz, ustawione

zasiada

mówi:

„... Z e t n i j c i e śmierć srogą, n i c j e j n i e d a r u j c i e . . .

w zanadrzu.
występujących

l u d u ) , który

rękach t r z y ­

jest k o t . W

kota

Z k o l e i z a b i e r a głos p r z e d s t a w i c i e l p r a w a — w ó j t ,

osłoniętą

wpadniętymi

są

burmistrz,

„Bartłomiej"

N a w i d o w n i ę w y s u w a się k a t , d o którego p o l i c j a n t

p r z y p r o w a d z a uwiązaną d o p o w r o z a drżącą ze s t r a c h u

d o p r o w a d z a przerażoną śmierć. W t y m czasie o r k i e s t r a

śmierć, którą obskakują

gra

diabły

i

żydzi.

Przewód sądowy o t w i e r a b u r m i s t r z , oddając głos
pierwszemu o s k a r ż y c i e l o w i — k r a k o w i a k o w i , d a l e j
k r a k o w i a n c e i ż y d o w i . O n i reprezentują
miejscowe
społeczeństwo. P o wysłuchaniu
tychże z w r a c a
się
burmistrz do trzymającego
śmierć n a u w i ę z i p o ­
licjanta:
„Policjancie
Bartłomieju
B o rzecz niesłychana, a b y śmierć b y ł a złapana
Co t o o n a m o c n o spała, ż e się t a k ł a t w o złapać
dała
Czy się w k u s a k i upiła i s w o j ą kosę
W

wierszowanej

odpowiedzi

policjant

że śmierć r z e c z y w i ś c i e upiła się, s w o j ą
w

Tocznem,

zauważył

Ryc.
z

t j . n a p o b l i s k i c h łąkach,

dziad

Kanty.

5.
„Niedźwiedź''
„niedźwiednikiem".

zgubiła".

zgubiła

swe

prze­

śmierci:

Z

kolei

zabiera

głos k a t i w

n i u grozi t y m , którzy źle

długim

przemówie­

postępują:

„ B o j a m i s t r z sprawiedliwości
N i e przepuszczę żadnej z ł o ś c i "
to

znów

usprawiedliwia

się,

że

nie

złości:

7

t a m śpiącą

żałobnego, a p o l i c j a n t kończy

do

T y ś gubiła i niszczyła t o l u d z k i e p l e m i ę
Pustoszałaś, w y l u d n i a ł a ś , tę polską ziemię
P o d d a m y c i ę p o d m i e c z , pójdziesz ze świata
precz".

„ B o g d y b y n i e było k a r y
N i e b y ł o b y i w złem m i a r y "

oświadcza,

kosę
i

marsza

mówienie

lub

poucza

zebranych:

„ N i e c h a j n i e będą
Bo to żywot lada

próżniaki
jaki
1 1

czyni

tego

w

�Ryc.
6. „Kusy"
wtorek.
W
rogu u góry „pani młoda"
ze
partnerem.

N i e c h n i g d y n i e oszukują
Niechaj
uczciwie
pracują"
kończy

zaś

apelem

ale

skierowanym do

rodziców:

z

płachty

nych,

rzucających

Diabły

wkładają

się
śmierć

wszyscy

z

pochwy
dusza
zebra­

pogoń

trumny,

zebrani

za

kotem.

stawiają

i

się k u p l e b a n i i p o p o k r o p e k . M a o n pow­

niem

doktora,

ściąganego

który

wychodzi

w

się

objeżdża

czele

na

lekarskim

trwa

r a d y mają

kitlu,

niemilknącej
zatrzymując

posterunkiem

MO

dla

zameldowa­

śmierci. W r e s z c i e

kat

jadący

białym

koniu

prowadzi

do

teraz n a

remizy.

t y m kończy się t e n k o m i c z n y d r a m a t . T e r a z
nocy

przez

mieszka­

ulicami,

tylko przed

n i a o zgonie

wszystkimi

czele

z księdza

s c e n a p o w t a r z a się p r z e d

aby wydać świadectwo zgonu. Pochód w
wrzawie

na

na

beczkowóz

żydków. Podobna

orkiestrą

ją

skierowują

stać h a r a c z u p i e n i ę ż n e g o

z

ogólna z a b a w a ,
wstęp

n a którą

Na

d o pół­

aktorzy

roku

1959, w

ogólnych

s a c h n i e r ó ż n i się o d t y c h , j a k i e b y ł y
okresie
ksiądz

międzywojennym,
Jan Kloczkowski,

a

nawet

proboszcz

od

czasu,

tutejszej

ścinania śmierci

że

najwcześniejszy

opis

136

gdzie

wspomniany

ksiądz

gdy

parafii
różnice.
zwyczaju

p o c h o d z i w ł a ś n i e o d księdza

k o w s k i e g o , a z n a j d u j e m y g o p o d datą 1860 w
Codziennej,

w

szczegółach

j e d n a k , i to b a r d z o ważnych, w i d z i m y duże
zaznaczyć,

zary­

urządzane

o d i ' . 1839, p o r a z p i e r w s z y j ą oglądał. W
Należy

księdzu

prawie

Pionka,

był

który

jak

podaje
1857".

przed

wiemy

100 l a t y . A l e

dowiedzieć

n i c , co

by

—

t o moż­
wymienia

burmistrzem po r o k u

Kloczkowskiemu
dziś

autor

jak

się o d

nie­

miejscowych

n i e pochodziło

Pod wpływem

wyglą­

też d z i ę k i
od

jego u t w o r u

księdza
tradycja

się d r o b ­

ne

opisu.

różnice w

komentowaniu drukowanego

W r a c a j ą c d o s z c z e g ó ł ó w , z w r ó ć m y u w a g ę , ż e śmierć
nie
a

miała

n a głowie

glinianego*

k a t t y l k o symbolicznie

ciął

garnka z
mieczem

popiołem,

nad

głową.

N a t o m i a s t — t a k w r o k u ubiegłym j a k i p o pierwszej
w o j n i e światowej
garnek

z

mieczem
w

o r a z z a księdza K l e c z k o w s k i e g o

popiołem
w

był

garnek

nieodzowny

rozbijając

i

go.

kat

—

uderzał

Znajdujący

się

n i m p o p i ó ł c z y śledź p o s t n y n a końcu w ę d k i r y ­

b a k a — t o w i d o m e z n a k i w i s z ą c e g o już n a d k a r k i e m
przydługiego
kami

postu. To

religijnymi,

symbole

które

związane

weszły

do

z

prakty­

zwyczajów

i o b r z ę d ó w z a p u s t n y c h n a t e r e n i e całej P o l s k i , łącząc
W

t e n sposób

widowiskami

zwyczaj

najrozmaitsze
Przy

„ścinania

śmierci"

t e g o l u b następnego

z

okresu

innymi

mającymi

formy.

sposobności

zwróćmy

uwagę

na

sam

fakt

ścinania. C z y „ ś m i e r c i " ścinano „ g ł o w ę " — a wówczas

O p i s a n a z a b a w a , którą o g l ą d a ł e m — j a k w s p o m n i a ­
w

sa­

zupełnie zaginęła, a c z a s a m i t y l k o w y c z u w a

maska­

wolny.

łem n a początku —

—

n i e można

ludzi

wierszu,

burmistrza

Kloczkowskiego.

ucieka
w

19

Wiśniewski

mu

kot —

do

tego

Przypuszczenie

na

dał t e n z w y c z a j

w r z a s k l i w y aplauz

teraz

z

gdzie

oprzeć

Dzięki

P o skończonym p r z e m ó w i e n i u w y d o b y w a
a

Prawdopodobnie

na

nazwisko

m i e c z i tnąc n a d g ł o w ą s y m b o l i z u j e j e j ścięcie. Ś m i e r ć
n a ziemię,

opis.

pióra X . J . K l o c z k o w s k i e g o

J.

1 2

śmierci. Ścięciu t o w a r z y s z y

jej

m e g o o k r e s u p o c h o d z i w i e r s z o w a n y o p i s t e g o obrzędu

„Wy ojcowie i w y m a t k i
W y c h o w u j c i e dobrze d z i a t k i ,
Bo j a k w y ich nie skarcicie
Z g i n i e o d m i e c z a i c h życie.
J a i c h za w a s karać będę
G d y s w e g o m i e c z a dobedę.
Spadnie z k a r k u i c h główeczka
J a k o d noża m a k ó w e c z k a " .

pada

treściwy

lewym
swym

daje

Klocz­
Gazecie
krótki,

„kat"

musiałby

dość w y s o k o

ciąć

mieczem

n a d głową,

dla

bezpieczeństwa,

c z y też s ł o w o

„ ś c i n a ć " od­

n o s i się p o p r o s t u d o u d e r z e n i a m i e c z e m
Kloczkowski
czywszy
w

zmusza
musimy

Gazecie Codziennej

[tan. k a t — J . C ]

garnek

upada

w

na

z

popiołem,

rusztowanie [...]" .

nas do

15

zaufania

ustosunkować
mógł

on

nawet

do

styl

mieczem
śmierci
opisu

krytycznie

wierszowanego;

d l a l e p s z e g o układu
w

garnek?

„[...] Skoń­

trup

Potoczny
opisu

w

uderza

rozbija,

m u . Natomiast

się

poetis o m n i a licet, więc
wierszy

allokucją,

który

pisze:

niektórych

swych

wypadkach

�celowo mijać

się

z

prawdą.

Jest

to

tym

bardziej

możliwe, że p r z y p a r o k r o t n y m w s p o r n i n i e n i u o
by r z e c z y w i s t y m

ucinaniu

głowy

nie zapomina

dać: „ A z g ł o w y popiół się p r u s z y " .
tej

głowy

popiół

więc k a t n i e w
Tak czy o w a k

nie

mógłby

szyję,

lecz

się
w

Z

musiał

głowy,

gdyż

śmierć

n i e była

kukłą,

co w y n i k a z a r ó w n o z o p i s ó w j a k i d z i s i e j s z e g o s t a n u
rzeczy.
Żaden z p y t a n y c h i n f o r m a t o r ó w ,
czący

J a n Gołębiewski,

ścinanie o d b y w a ł o
nym

się

podwyższeniu

nie

na

czy

nawet

86 l a t l i ­

przypomina

jakimś

temu

sobie,

podium,

by

drewnia­

podobnym,

w

czym

uwidaczniałby się w y r a ź n y w p ł y w o g l ą d a n y c h n i e g d y ś
egzekucji.

A

jednak

•wi-amo p o m o s t ,

sto l a t temu w

czemu

k o w s k i pisząc w

daje

w

wzmianki

o

jego

śmierć

opisie

wkrótce

po

go t u n i e z n a j d u j e m y ,
pomina go s o b i e
Ważnym
kowski
nak,

stary

jest

i

w

Zwyczaj

roku

opowiadaniach

nie

ma

stawiania

go

1860 zaginąć,

różniącym
o

ich

odbicie w

starych

dzisiejszy

ściętej

saniach.

używano

jednak znalazło s w o j e

wyda­

skoro
przy­

Gołębiowski.

mówi

wtedy

„[...] P o

n a rusztowanie [...]"".

eksportacja

wyraźnie

że

Klecz­

a n i też z t r a d y c j i n i e

szczegółem

od d a w n e g o

stor-

Jan

wierszowanym

rusztowaniu.

musiał w i ę c

Jedlińsku
ks.

Gaziecie Codziennej:

niu d e k r e t u prowadzą
Natomiast

wyraz

zwyczaj

śmierci.
Być

tylko

Klecz­

może

jed­

czasami,

co

opisie, a z k o l e i

informatorów

(Jan

—

Gołę­

b i o w s k i — l a t 86, J a n Jastrzębski

— l a t 87) t w i e r ­

dzących,

na

że

śmierć

gdy były zaspy

wożono

stale

wozie,

tylko

śnieżne, w ó w c z a s u ż y w a n o sań. C z ę ­

sto postępowano t a k m i ę d z y r o k i e m 1900 a 1920.
Z i n n y c h s z c z e g ó ł ó w w a r t o jeszcze z a n o t o w a ć
różnice w

strojach. Np. k a t bywał

stopnia „ c z e r w o n y " ,
mu c z e r w o n y m
którzy

że n a w e t

papierem,

informatorzy .
1 8

Kloczkowski

wspomina

co pamiętają
zaś

jednym

o klękaniu śmierci, c o j e s t t y m
że n i e z a w s z e k a t u
stojącą.

Ostatniej

potwierdzają

było

tego

oklejano

jeszcze

nie­

używały

kołatek.

wypadku

również

prawdopodobniejsze,

wygodnie

wiadomości

jednak

do

b u t y czasami

Diabły
w

dawniej

małe

„ścinać"

śmierć

Kleczkowskiego

nie

informatorzy.
zwró­

cić uwagę n a n i e k t ó r e p o s t a c i e b i o r ą c e u d z i a ł w
łej m a s k a r a d z i e .

Jedne

z

nich

istnieją

chwili, gdy powstał s a m zwyczaj
za chwilę p r z e j d z i e m y ) ,

ca­

zapewne

(do którego

i n n e przechodziły

od

genezy

metamor­

fozę, a jeszcze i n n e są w y r a ź n i e n o w y m

nabytkiem.

Niestety

najważniej­

Kloczkowski

sze postacie.

wymienia

tylko

Są t o : b u r m i s t r z , w ó j t , p o l i c j a n t i k a t .

Innych należy

się

domyślać.

to o d b i c i e

przedstawicieli

go. O n i b y l i n a j w y ż s z y m i

dawnego

prawa

—

miejskie­

stróżami p o r z ą d k u i w

czy­

czaju

z

—

„gonili"

całą

pewnością

uwagę n a antagonizm
kami.

Ma

pierwsi
dzy

on

w

zwy­
latach

i wcześniej.
kozakami i krakowia­

aspekt

polityczny;

przedstawicielami

bo,

gdy

to

dru­

przemocy,

m o g l i symbolizować wolność i walkę. Racławice,

mieli

Głowacki

kowiaka,

a

obchodów
nie

i

silny wpływ
co

'Krakusy

mogli

mieć,

n a upowszechnienie

za

t y m idzie,

maskaradowych

na

i

chyba

postaci

włączenie

kra­

go

do

t a m , gdzie dotychczas

go

było.

Starymi

postaciami

są

najprawdopodobniej

nie­

d ź w i e d ź z n i e d ź w i e d n i k i e m , żydzi, c y g a n i e , d z i a d y
gdyż

odpowiedniki

ich

znajdujemy

l u d o w y c h i n n y c h okolic. Nowością

w

—

zwyczajach

natomiast

wydaje

się k o m i n i a r z , chociaż Jedlińsk j a k o m i a s t o m ó g ł i c h
mieć o d d a w n a .
Teraz
czaju
wet
w

wchodzimy

już

w

genezę

właściwego

zwy­

„ścinania ś m i e r c i " . N i e j e s t w y k l u c z o n e , a n a ­
jest prawdopodobne,

istniejące

które

z

już

czasem

że

dawniej
stały

„ ś c i n a n i e " mogło* w e j ś ć
zwyczaje

się

maskaradowe,

tylko dodatkiem.

Jednak

sam zwyczaj

„ścinania ś m i e r c i " j e s t s t a r s z y n i ż b y się

n a pierwszy

rzut oka wydawała

nie

rozświetla

nia,

gdyż

w

oparta

Kloczkowskiego
X.
z

umieją

rozdział

prawie

twierdzą

za

w

na

ten

wprowadzili
ongiś w
było,

zatem

o

Dekanat

Jedlińsku

pamięć.

wszyscy

Toteż

się

zgodnym

z

zwyczaj

żywą

o

ścina­

Gdyby

jednak

razy

ksiądz

w

Jedlińsku

bezpośrednio

świadkami

chórem

że

wiele

parafię

r . 1778, a l b o

i ze

1911),

n a pamiątkę

już

objął

książki

mieszkańcy

Kloczkowskim,

wspomniany
który

księdza

z

Radomski,

1 9

to

z

—

n a opisie

pochodzących

ich dziadowie

1839, z e t k n ą ł b y

egzekucji

zagadnie­

Jedlińsku z b r o d n i a r z y .

Kloczkowski,
r.

tradycja

stopniu

całości

danych

księdzem

nia

a

jest
(i

J . Wiśniewskiego
którego

Miejscowa

najmniejszym

ze

w

świadkami

nich

pamięcią,

narodzin zwyczaju.

O tym

j e d n a k ksiądz K l o c z k o w s k i n i e w s p o m i n a , m i m o b a r ­
dzo

dokładnego opisu, j a k i

Genezę tego z w y c z a j u
niem

zwyczajów

n a m pozostawił.

można w i ą z a ć

podobnej

treści,

z

powstawa­

które

spotykamy

i n n y c h okolicach Polski. Przecież w

kowie

jeszcze w

XVIII

w. spotykamy

samym
się ze

n i e m b a ł w a n a w końcu k a r n a w a ł u p r z e z
miejscowych

jednak

późniejsza,

w

—

pewnym

cechów ,
2 0

również
sensie

a

—

według

przez żaków .
2 1

jest szeroko

nad

rów n a z w a „ s t r a ż n i k " d l a t e g o ż s a m e g o . P ó ź n o w p r o ­

„ u ś m i e r c e n i e m " przedstawiającej

wadzeni z o s t a l i k o z a c y , k t ó r z y

lenie l u b utopienie. Joachim B i l s k i

Judaszem

w

Wielki

Czwartek,

Kra­
ścina­

czeladników

zdania

Czy n i e

znane

o c z y m ś w i a d c z y słyszana z u s t s t a r s z y c h i n f o r m a t o ­
pew­

twier­

siedemdziesiątych

między

mocny

byli

Bartosz

policjant,

z

j a k mówi
przepędzali

N i e t u w p r a w d z i e miejsce, ale p r z y okazji zwróćmy

weryna

(ci p r a w d z i w i )

że —

oni, czyli

ub. stulecia, a prawdopodobnie

t u jeszcze

jest

miejscowej

p r z e b r a n y c h krakowiaków. T o z k o l e i pozwala

Wchodzi

nazwa

miłością

Kloczkowski:

jest prawdopodobne,

Gołębiowski

stej f o r m i e p r z e s z l i d o z w y c z a j u .
którego

wielką

dobitnie

dzić, ż e k r a k o w i a c y b r a l i udział w o b c h o d z o n y m

w

Skład Sądu j e s t j a s n y : b u r m i s t r z , w ó j t i ł a w n i c y

się

wyraził

T y m bardziej
Jan

tak

Po t y c h d r o b n y c h szczegółach w a r t o j e s z c z e

cieszyli

co

„ Ż e k o z a k p r z y n i e j z nahajką s t o i
Ż e j e j w y m y ś l a kozaczą m o w ą
I że w y w i j a b a t e m n a d głową".

uderzać".
faktycz­

nie

ludności,

ucię­

prószyć;

garnek

nością

do­

samej

r z e c z biorąc, n i e m o g ł o być

nego o d c i n a n i a

jaka-

T.

pastwienie

się

zakończone

go kukły p r z e z
w

Se­

podobne

spa­

„Kronice P o l -

137

�Ryc.
7. „Śmierć"
z ukrytym
Wokół niej „diabły"
i „żydzi".

w płatku
kotem.
Ryc. 8.
„Kozacy".

s k i e j " o p i s u j e b a ł w a n a ze słomy l u b k o n o p i u b r a n e g o

niu

w

w

stare

odzienie,

śpiewali:
potu"

2 2

.

któremu

„śmierć

się

wije

XVII-wieczny

wistości

u

t o p i e n i u żartobliwie

płotu,

bałwan

upersonifikowaną

ta znajduje

przy

jest

zimą

odzwierciedlenie

w

—

aby

w

niedzielę, którą

nia

odbywał

jakowejś

uchwale

Z

n

na

albo

zowią

tą samą inazwą s p o t y k a m y

Podhalu.

Na

Śląsku

zaś

do

Nazwa

dozwalajcie

zwyczaj

śmiercią

kło­

rzeczy­

synodu po­

„nie

się L a e t a r e

zabobonny

p o s t a c i , którą

łuży t o p i ą " .
nież

zwie

się

w

śmiercią.

znańskiego z r . 1420, g d z i e c z y t a m y :
Niedzielą,

szukający
więc

Białą

zwie

postu, w
się

którą

odbywa

„śmiertelną" .
2 i

średnio g d z i e n i e g d z i e

się

Łączący

gaik

się

z

t y m bardziej

uważano ją za s y m b o l z i m y , a w

pod
po

postacią
różnych

Krakowie.

bałwana
figlach

cach Poznańskiego
przebierani
domach

zakutego

w

pierwszej
chodząc

Polnym

kajdany,

którego

niektórych

okoli­

połowie X I X w . po­

w

się cośkolwiek
sąd

w
W

25

uczynku

Mazowszu

sąd n a d mięsopustem

ścinano .

chłopcy

starali

gorącym

Na

czasie

zapustów

po

ukraść. Z ł a p a n e g o na

skazywał

na

ścięcie.

„Zło­

dzieja"

i w

ka­

p e ł n i o n y m k r w i ą b y d l ę c ą ścinano' n a s p e c j a l n y m rusz­

się

rów­

dziś

obrzęd

w

środę o d b y w a n o

wynosze­

topi

kukłą z w a n ą M a r z a n n ą l u b Śmiercią, a c z w a r t ą
dzielę

bałwana
popielcową

się
nie­

topienia,

tym

bezpo­

dowodzi,

przenośni i

że

śmier­

c i , p o z n i s z c z e n i u k t ó r e j t r i u m f u j e w i o s n a , radość

—

u b r a n e g o n a biało, z g a r n k i e m n a g ł o w i e n a ­

towaniu.
nianym

Kat

w

czerwonym

mieczem

„winnego"

w

go

drew­
oblewał

2 e

Ten ostatni zwyczaj
od egzekucji
ranie

uderzał

a rozbijając

krwią .

s k i m . "Pochodzenie
zywałaby

ubiorze

garnek,

j e s t p r a w i e i d e n t y c z n y z jedliń­

jego

łatwiej

dałoby

się

wywieść

dokonywanych n a zbrodniarzach.

na to wcale

złodzieja

i

Wska­

n i e u k r y w a n a i n t e n c j a : uka­

krew

w

garnku. Nie

można

się

j e d n y m s ł o w e m budząca się d o życia p r z y r o d a , którą

j e d n a k z t y m zgodzić, g d y c h o d z i o Jedlińsk. T u ge­

symbolizuje

nezy

w
bol
i

zielony

g a i k . N i e bez znaczenia

też

jest

t y m w y p a d k u u z n a w a n i e k o l o r u zielonego za s y m ­
nadziei,

co

jest

t a k bardzo

dziś, z a r ó w n o n a w s i j a k i w
Ścinanie

śmierci

odosobnionym.
uśmiercano
okolicach

138

w

Polski.

w

maszkarę,
Wyżej

już

jeszcze

których
znane

w
były

Gołębiowski
waniu

szukać
w

ten

p r o s t u personifikacją

wspomniano

sposób
różnych

o

ścina­

Marzannie

lub

podobnych

czy

stworzone

jest

również,

nieskomplikowanym

„śmierć"

„zbrodniarką

w

w

swoim

skazuje

wypadkiem

Jedlińsku n i e j e s t

Zabawy,

jakąś

powszechne
mieście.

należy

b a ł w a n a c h z w i ą z a n y c h z zimą. S t a r y i n f o i r m a t o r , Jam

całej

ścięcie,

ludzkości".

przez
że

na

się

bo

rozumo­
jest

D l a n a s jest

ona

o n a po

z b r o d n i a r k i — z i m y , która nisz­
ziemię
uśmierca

i

słońce
ją

życie.

przez

Jasne

ścięcie.

W

��Strój k a t a w y p o ż y c z o n o z W D K w K i e l c a c h .
W u b . r . n i e p o s i a d a n o c z e r w o n e j c z a p k i , w i ę c zastą­
p i o n o j ą t a k i m ż e b e r e t e m . D a w n i e j k a t m i a ł stoż­
kowatą, w y s o k ą czapkę z t e k t u r y oklejoną
czerwo­
n y m p a p i e r e m . N a końcu b y w a ł p o m p o n z c z e r w o ­
nej wełny l u b papieru.
5

P i s z e o t y m już w r . 1860 X . J . K l o c z k o w s k i
(Gaz. Codz., W a r s z a w a 10/22, N r 50); „ P o w y d a n i u
d e k r e t u p r o w a d z ą śmierć n a r u s z t o w a n i e , w z y w a j ą
kata,
który
wyjmuje
z
pochwy
miecz
(część
zwierzchnią
od
międlicy,
która
się
p i ó r e m z o w i e ) [...]" [ p o d k r . m o j e — J . C J . U ż y ­
wanie
miecza
o d międli
pamięta
bardzo
dobrze
6 6 - l e t n i i n f . A n t o n i Z i e m b i c k i , k t ó r y m ó w i , że g d y
m i a ł 17—18 l a t , w ó w c z a s m i e c z o d m i ę d l i c y zastąpio­
no d r e w n i a n y m mieczem w y s t r u g a n y m przez m i e j ­
scowego stolarza F r a n c i s z k a Skurosza.
6

W i e r s z o w a n y t e k s t j e s t pióra X . J . K ł o c z k o w skiego. Uległ o n t u p e w n y m z m i a n o m d o k o n a n y m
p r z e z o r g a n i z a t o r ó w . W rzeczywistości b r z m i :
7

„Bo

to

sprawa

niesłychana

—

aby

śmierć była
złapana
C z y t o o n a m o c n o spała — że się ł a t w o złapać dała.
C z y się w k u s a k i upiła i s w o j ą kosę zgubiła".
G d y Jedlińsko r z ą d z i ł o się p r a w e m m a g d e b u r ­
s k i m , w ó w c z a s s t a n o w i s k o w ó j t a ( a d v o c a t u s ) było w y ­
b i e r a l n e . Sądził o n s p r a w y k r y m i n a l n e , a sąd t a k i z w a ł
się „ i u d i c i u m a d v o c a t i a l e " .
U X . J . K l o c z k o w s k i e g o c z y t a m y : „ N a ścięcie ją
skazujemy".
U X. J . Kloczkowskiego
czytamy:
8

9

1 0

„ T e r a z poślijcie p o m i s t r z a
M a c i e już w y r o k b u r m i s t r z a
Czarnym węglem podpisany".
U X . J . K l o c z k o w s k i e g o zamiast tego wiersza
j e s t : „ N i e c h a j n i e będą p i j a k i " .
U X . J . Kloczkowskiego zamiast „Wychowujcie
dobrze d z i a t k i " jest: „Karzcie swoje młode d z i a t k i " .
X . J . Wiśniewski, op. c i t .
Jw.
G a z e t a C o d z i e n n a , W a r s z a w a 1860, 10/22, N r 50.
P o r . o p i s X . J . K l o c z k o w s k i e g o z a w a r t y w Dekanacie
Radomskim,
op. cit.
P a t r z p r z y p i s 15.
J a n G o ł ę b i o w s k i — l a t 86, A n t o n i Z i e m b e c k i l a t 66, J a n Jastrzębski — l a t 87.
W i n n e j w e r s j i t w i e r d z ą , że j e s t t o „ b u n t " p r z e ­
ciwko odebraniu i m p r a w miejskich.
J . Pachoński, Zmierzch
sławetnych,
Kraków
1955, s. 354.
Patrz Wystawa Zwyczajów L u d o w y c h w M u ­
z e u m E t n o g r a f i c z n y m w K r a k o w i e urządzona w r . 1958.
C y t . w g : J . S t . Bystroń, Dzieje
obyczajów
w
dawnej
Polsce,
W a r s z a w a 1932, s. 47.
J . S t . Bystroń, Etnografia
Polski,
K r a k ó w 1947,
s. 177 (podkreślenie w tekście m o j e — J . C ) .
Wiedza
o Polsce,
T . I I I , s. 308; J . St. Bystroń,
Etnografia
Polski,
w y d . c y t . , s. 178.
O. K o l b e r g , Mazowsze,
T . I , K r a k ó w 1885, s. 122.
O . K o l b e r g , Lud, S e r i a X , cz. d r u g a , W . Ks.
Poznańskie, K r a k ó w 1876, s. 1 8 9 - 1 9 0 .
P a t r z p r z y p i s 16.
1 1

Ryc.
11. „Ściętą
śmierć"
włożyły
do
trumny.

diabły

1 2

1 3
1 4

wyobrażeniach
opierając

się

ludu

śmierć

na starej

za o k o " — i m y w

jak

ucina

głowę.

świat

maksymie:

żartach m o ż e m y

A

więc
„oko

j e j uciąć g ł o w ę .

1 5
1 6

1 7

„ P o d d a m y cię p o d m i e c z
Pójdziesz ze świata p r e c z " .

1 8

2 7

1 9

2 0

PRZYPISY
Słownik
Geograficzny,
T . I I I , W a r s z a w a 1882,
hasło: Jedlińsk.
X . J . W i ś n i e w s k i , Dekanat
Radomski,
Radom
1911, s. 8 1 . P o d a n a l i c z b a ż y d ó w n i e z g a d z a się ze
w z m i a n k ą n a s. 82, g d z i e a u t o r pisze, że d o r o k u 1830
b y ł o t u t y l k o 5 r o d z i n ż y d o w s k i c h , co
dawałoby
średnią 15,4 o s o b n i k ó w n a jedną rodzinę. T y m b a r ­
d z i e j , ż e — j a k p o d a j e d a l e j — w r . 1879 b y ł o ż y ­
d ó w 334.
J w . , s. 8 1 .
W u b . r . n a p i s b r z m i a ł : „ W ó j t pardoła n i c n i e
zdoła".
1

2

3
4

Fotografował

Jerzy

2 1

2 2

2 3

24

2 5

2 6

2 7

Czajkowski.

�LUDOWY

FERETRON

Z

K R A S N O B R O D U

W kościele p a r a f i a l n y m p o d w e z w a n i e m N . M .
g i p s o w y m . W y m i a r y : 1,2 x 1,8 m . P o d s t a w ę f e r e ­
Panny w K r a s n o b r o d z i e ' p o w . T o m a s z ó w , w o j . l u ­ t r o n u s t a n o w i ł a w a , n a której u s t a w i o n y j e s t p r o ­
belskie) z n a j d u j e się d o dziś w u ż y t k o w a n i u ' z a b y t ­
stokątny, d w u s t r o n n y o b r a z o l e j n y , u j ę t y w b o g a t o
k o w y f e r e t r o n , zasługujący n a u w a g ę z e w z g l ę d u
rzeźbione
obramienie
o motywach
rokai
i fal,
na c i e k a w e r o z w i ą z a n i e f o r m y f e r e t r o n o w e j w o r y ­
z w k o m p o n o w a n y m i w nieregularnych polach orna­
ginalnym, l u d o w y m w y k o n a n i u .
m e n t u płaskorzeźbionymi (bas-relief),
polichromowa­
Brak jest j a k i c h k o l w i e k przekazów a r c h i w a l n y c h
o historii z a b y t k u i o jego autorze. N a podstawie
typowego r o k o k o w e g o o r n a m e n t u n a l e ż y d a t o w a ć iar e t r o n n a drugą p o ł o w ę X V I I I w i e k u , j a k k o l w i e k
w sprzeczności z t y m pozostają d a t y : 1677 —
wyry­
ta w e w n ą t r z ł a w y f e r e t r o n o w e j , i 1692 —
wypisana
farbą olejną n a z e w n ą t r z l a w y , M o ż n a przypuszczać,
że p r z y b u d o w i e f e r e t r o n u z u ż y t k o w a n o starszą ł a w ę
lub też, ż e d a t y m o g ą n a w i ą z y w a ć d o h i s t o r i i c u ­
downego o b r a z u M . B . K r a s n o b r o d z k i e j w ołtarzu
głównym kościoła. O b r a z o b e c n i e w p r a w i o n y w f e ­
retron m a c h a r a k t e r l u d o w y , a l e o b a r d z o s k r o m ­
nej wartości a r t y s t y c z n e j , toteż p o m i n i ę t o g o w d a l ­
szym ciągu o p r a c o w a n i a p o ś w i ę c o n e g o r z e ź b i e f e r e ­
tronu.
Omawiany feretron jest drewniany, dwustronny,
rzeźbiony i p o l i c h r o m o w a n y n a p o k ł a d z i e k r e d o w o -

nymi

scenami

Bolesna
to

i

— w

cyklu

Chwalebna
awersie:

3. N a r o d z e n i e .

pasyjno-maryjnego
Tajemnica

1. Z w i a s t o w a n i e ,

4. O f i a r o w a n i e

w ś r ó d u c z o n y c h , 6. J e z u s
8.

Cierniem

czeniu
sie:

litery

1. U p a d e k

pod

w

2.

Ś w . ) . Są

Nawiedzenie,

świątyni,

5. Jezus

w Ogrójcu, 7. B i c z o w a n i e ,

koronowanie

splecione

(Radosna,

Różańca

(naigrawanie),

imienia

MARYA;

krzyżem,

2.

w

zwień­

w

rewer­

Ukrzyżowanie,

3. Z m a r t w y c h w s t a n i e , 4. W n i e b o w s t ą p i e n i e ( w z w i e ń ­
c z e n i u ) , 5. Z e s ł a n i e D u c h a Ś w i ę t e g o , 6. W n i e b o w z i ę ­
cie,

7. K o r o n a c j a

scenek:

N . M . Panny.

Przeciętny

wymiar

20 x 20 c m .

Sceny awersu

i rewersu

bą. W m i e j s c u N a w i e d z e n i a

n i e pokrywają

się ze s o ­

i Biczowania

po stronie

r e w e r s u znajdują

się m o t y w y

Wniebowstąpienia

ze

awersie

przekomponowane

dowolnie

ornamentalne,

zwieńczenia

rewersu
ze

a
jest

pole
w

splecionymi

141

�Ryc. 3. „Zwiastowanie"
(fragm.
awersu).
Ryc. 4.
„Nawiedzenie"
(fragm.
awersu).
Ryc.
5.
„Na­
rodzenie"
(fragm.
awersu).
Ryc. 6.
„Ofiarowanie
w świątyni"
(fragm.
awersu).
Ryc.
7. „Jezus
wśród uczonych"
(fragm. awersu).
Ryc. 8. „Jezus
w Ogrójcu"
(fragm.
awersu).
Ryc. 9.
„Cierniem
koronowanie"
(naigrawanie).
Ryc.
10.
„Biczo­
wanie"
(fragm.
awersu).

�literami

MARYA.

Dwustronne

nek, n i e p o k r y w a j ą c y c h
klucza
partie
jako

pełną

ażurowość

zamknięte
poła

t y m ze

obramienia.

ornamentem

scenek;

rozmieszczenie

się p r z y

zdobi

je

są
Poza

larskimi,

do

wzmocnienia
o

się

nastawy

w y m . : 0,6 x

1,6

m,

one

feretronu.

Toteż

sce­

M.

wy­

minika,

pewne

niewykorzystane

skośnie

townica n a t l e c i e m n o z i e l o n y m
przyczyniają

sobą,

Boską

wydzieloną

kra­

wo.

efektami

ma­

z boków

Obraz

przedstawiający

środkowy
w

awersie

Scenki

jest

w

listwową

kompozycyjnie

obramienia,

żłobiona

konstrukcyjnego

adorującą. Dzieciątko, w r e w e r s i e

oprawiony

jakkolwiek

z

reszty

związaną

z

płaskorzeźbione w y k o n a n e

feretronu z

jednego

prostej

ornament
ławy

znajduje

feretronowej.

n i m materiało­
są n a k a ż d y m

kawałka
się

też

ramę,

omawianego

m a zdobiona 'jest d r o b n y m , r o k o k o w y m
Podobny

św. D o ­

właściwą

drzewa.

Ra­

ornamentem.
nia

ściankach

�Ryc.
11. Zwieńczenie
sceny
„Cierniem
koronowanie"
z
awersu.
Ryc.
12. „Ukrzyżowanie"
(fragm.
rewersu).
Ryc.
13. „Upadek
pod
krzyżem"
(fragm.
rewersu).
Ryc.
14.
„Zmartwychwstanie"
(fragm.
rewersu).
Ryc. 15. „Wniebowstąpienie"
(fragm.
rewersu).
Ryc. 16. „Zesłanie
Ducha
Świętego"
(fragm.
rewersu).

�Ściśle
nek

inwentaryzacyjny

—

jako

fotograficznej
Pomimo

—

oprawy

tchnie

na

przyjęcie

miast

stylu

ulubionego

z

kwater

jak i

Trójcy

W ujęciu s c e n

przebija

tradycjonalizm

i

w

strona

pola
—

wypad­

zarówno do i d e i
typu
z

scenkami

fla-

malowa­

wokół

ołtarz

po­

Różańcowy

L u b l i n i e — r y c . 19).

duża n a i w n o ś ć

ludowej.

Cykliczna

świeżość

ujęcia

ludowy k l i m a t o m a w i a n e g o
malna

się w

późniejszego
—

Nato­

obramienia

dałoby

(np. w i e l o t o n d o w y

cji właściwa s z t u c e

tym

najtypow-

XVII-wiecznych

obrazkami

z kaplicy Świętej

interpreta­

narracyjność,

składają

się

na

feretronu

jest

for­

czysto l u ­

i

ludowe

zapełnienie

półpostaoiami,
Ducha

z zadziwiającą

mością a r t y s t a

jest

umowne

wprowadzenie

względnie

tylko

całego

i to w

Św.,

traktowa­

głów

pola

u

ujęciu

izofcefalicz-

Wniebowstąpienie).

beztroską c z y w p r o s t

przekracza prawo

kompozycyjne

niż

u

osób

perspektywy,

pierwszoplanowych

mienionych

scenach)

spektywicznego
głów

d o osób w

pośredniego,

Innym

jest

też

l u b półpostaci

sunku

z

(w

dając

o b u wyżej

rodzajem

pierwszego

w

niewielkich

trudno

było

ficzne,

upraszcza

pomieścić
on

— ilość

tów, p o d c z a s
XVIII

gdy

wieku,

polach

mistrz

cechowy,

perspektywiczne
dzięki

one w s c e n a c h
umieszczone

i

zdecydowanie

i

sposób

są

przy

tym

szczególnie
sceny
ilości

dużych

charakterystycznie

w

ludowy.

osób

w

głąb
po­
są

rozmiarów,

pierwśzoplanowo,
zazwyczaj

do

przedmio­

pomniejszanie

zredukowaniu

cyklu stosunkowo

często

s k ą p y m p o l u g ł a d k i e g o tła. G ł ó w n e

ustawione
w

a

istotnie
ikonogra­

—

osób

rozbudowywał

staci.

Właśnie

treści

ograniczając

występujących

raczej

artyście

rozwinięte

je,

poprzez u j ę c i e

czaj w

scenach

zazwy­
postacie

centralnie,
Również

wy­

błędu

niewspółmierna

per­

wielkość

planu —

w

3to-

głębi, j a k b y z p o m i n i ę c i e m

np. w

Ofiarowaniu

i

w

wśród uczonych, gdzie ponadto

staje

ną zatłoczenia

w

kompozycyjnego

planu

scenie

się t o

Jezus

przyczy­

sensie h o r r o r v a -

cui.
Jakkolwiek

poruszone

wymagań

gałyby

sztuki

raczej

ostatecznej
dziej

że

Już

n i e są

twórca

tego

ocenie

—

zawarł

m . i n . właśnie

zagadnienie

w

świe­

okresu

podle­

jednakże

deprecjonujące,

feretronu

walorów,

całe

zasady kompozycji

„uczonej"

negatywnej

ocenie

istotnych

w

tym
nim

du
pól

są

scen

w
bar­

wiele

kompozycyjnych.

odpowiedniego

uproszczenia

p r z e d s t a w i e ń zapisać n a l e ż y n a p l u s k o m ­

pukleniem
kawe

Ponieważ

minimum

w poszczególnych

Przy

nieświado­

pozycji. Jest o n a jasna, zwarta, z o d p o w i e d n i m
Zagadnienia
cyklu

dołu

wyłącznie

W scenach z b i o r o w y c h postaciom w głębi głowy większe

i selekcji

dowa.

i

przez

(Zesłanie

tle

dzieła s z t u k i . T a k ż e

wykonania

tradycyjne

tłumu

głowami

wzglądu

nieregularne

ornamentu

epoce —

ołtarzy

nymi m n i e j s z y m i

nie

nym

założenie

pasyjne

w

ty­

układu

ogólne

f e r e t r o n u nawiązać

mandyzujących
la środkowego

i

ze

w

ludowej

na

scen

tryptykowych,

raźnie

feretro­

XV—XVI-wiecznych.

rokokowego

ku omawianego

całość

sztuce
i

maryjne

wkomponowanie

jakkolwiek właściwe

—

zarówno

w
jak

Cykle

utrzymanej

rokoko

dla tryptyków

utworzone

sce­

dokumentacji

sceny,

tradycjonalizmem

kompozycyjne.

poszczególnych
pełnej

ornamentalnej

cykliczno-narracyjnego,
sze były

przy

pomijamy.

pie obowiązującego
nu

opis

niecelowy

momentów
też

ważniejszych

usiłowania

artysty dostosowania

i poszczególnych

utworzonych

z

treściowo.

postaci

rokokowego

do

uwy­
Cie­
ukła­

nieregularności

o r n a m e n t u . V/ t y m

c e l u często o b c i n a p o s t a c i e , w y p r o w a d z a j ą c j e dość d e ­
koracyjnie z ornamentu
czone
To

pole,

właśnie

sunięte

są

poza

Złocona

wy­

świetność

w

poza
z

najdojrzalszym

gdzie zabudowania

właściwe

przezna­

ornamentem.

pole

scenki

arty­

w tle prze­
zamknięte

w

C.

Zagadnienia

rj.

kompozycję

obserwujemy

stycznie Nawiedzeniu,
motywie

l u b wychodzi

przeplatając

kolorystyczne
oprawa
żywej

rokokowych

polichromii

motywów

podnosi

płaskorzeźbionych

sce-

145

�IB

17

nek.
z

Kolory

dużym

myśl

są

intensywne,

wyczuciem

malarstwo

niełamane,

dekoracyjnym.

miniaturowe, j a k i

kładzione

Przywodzą
znane

na

zdobnic­

t w o l u d o w e i m a l o w a n k i n a szkle. U l u b i o n y m k o l o ­

myślne, p r o s t e

—

pod krzyżem i w
jenie

żołnierzy

w

rodzaju

habitów,

a w

Upadku

Z m a r t w y c h w s t a n i u ubiory i uzbro­

(halabarda,

włócznia)

są w r ę c z

szop­

kowe.

r e m j e s t błękit, o d j a s n e g o d o c i e m n e j u l t r a m a r y n y ,
zieleń, brązy,
Typika

a nawet

róż

kraplakowy.

postaci

J e s t w y b i t n i e l u d o w a . Są o n e krępe, g r u b o k o ś c i ste, o n a d m i e r n i e w i e l k i c h kończynach i o k r ą g ł y c h ,
a n a w e t przypłaszczonych g ł o w a c h . T w a r z e są sze­
rokie, z wystającymi kośćmi p o l i c z k o w y m i i tępymi
n o s a m i . B r a k j e s t j a k i e g o k o l w i e k pogłębienia
psy­
c h o l o g i c z n e g o . Często w i d o c z n e są b ł ę d y w a n a t o ­
m i c z n e j b u d o w i e ciała ( n a j d r a s t y c z n i e j s z e j e s t p r z e ­
łamanie g r z b i e t u o p r a w c y
w
Biczowaniu).
Ruchy
p o s t a c i są n a i w n e , aż m a r i o n e t k o w e , w n i e k t ó r y c h
s c e n a c h , j a k w N a i g r a w a n i u , z b r u t a l i z o w a n e (postać
na p i e r w s z y m p l a n i e z obnażonymi p l e c a m i p o k a z u ­
jąca j ę z y k ) . N a s u w a się t u p o r ó w n a n i e z analogiez.nymł scenami w t r y p t y k a c h X V I - w i e c z n y c h . W sce­
nach
całego c y k l u
zachowane jest
podobieństwo
M a t k i B o s k i e j , św. Józefa i J e z u s a . S z c z e g ó l n i e c h a ­
r a k t e r y s t y c z n a j e s t postać M . B o s k i e j , p r z y p o m i n a j ą ­
ca grubokościstą chłopkę w średnim w i e k u , w y s t ę ­
pująca s t a l e w b ł ę k i t n e j s z a c i e i b i a ł e j chuście, p o d ­
czas
g d y Jezus odziany jest zazwyczaj w
szatę
r ó ż o w ą . U b i o r y o p r a w c ó w u t r z y m a n e są w k o l o r a c h
b r u n a t n y c h . U b i o r y nawiązują p r z y t y m do t r a d y c j i
m i e j s c o w y c h . Wymienić t u należy przede w s z y s t k i m
półdługą białą chustę n a g ł o w i e M . B o s k i e j , z p u n k ­
towanym, b a r w i o n y m szlakiem
sugerującym
haft'.
P o d o b n i e p r z e d s t a w i a się c h u s t a o k r y w a j ą c a
Dzie­
ciątko w s c e n i e O f i a r o w a n i a w ś w i ą t y n i . T a k ż e s z a ­
ta Chrystusa w świątyni 1 w e
Wniebowstąpieniu
p r z y p o m i n a k o s z u l ę w y s z y w a n ą p o d szyją i p r z y
r ę k a w a c h . S z a t y pozostałych osób są b a r d z o n i e w y ­

146

Tło
Na
postaciach
l u d z k i c h k o n c e n t r u j e się
uwaga
a r t y s t y , o g r a n i c z a j ą c e g o d o m i n i m u m r o z b u d o w ę tło,
n a k t ó r y m r o z g r y w a j ą się s c e n y . T ł o j e s t najczę­
ściej g ł a d k i e , i n t e n s y w n i e żółte, p o b o k a c n s t o p n i o ­
w o przechodzące w brązy, c o w p ł y w a n a u w y p u ­
k l e n i e g ł ó w n y c h p o s t a c i p o s z c z e g ó l n y c h scenek, W
k i l k u j e d n a k w y p a d k a c h a r t y s t a w sposób i n t e r e s u ­
jący przeprowadza
o r g a n i z a c j ę tła b a r d z o s k r o m ­
n y m i , chciałoby się p o w i e d z i e ć —
scenograficznymi
środkami. N a przykład żółte b l i k i n a c i e m n y m tle
w N a r o d z e n i u s y m b o l i z u j ą słomę, a w i ę c wnętrze
s z o p k i . D w i e k o l u m i e n k i i a r k a d a -wypełniona błę­
k i t e m z a C h r y s t u s e m w scenie „wśród uczonych"
przedstawiają
w e j ś c i e d o ś w i ą t y n i , a ©kratowane
o k i e n k o n a c i e m n y m t l e N a i g r a w a n i a w s k a z u j e , że
s c e n a r o z g r y w a się w j a k i m ś w n ę t r z u w i ę z i e n n y m
Z a l e d w i e t r z y s c e n y p r z e d s t a w i o n e są n a t l e k r a j ­
o b r a z u . Są t o : M o d l i t w a w O g r ó j c u . U p a d e k pod
k r z y ż e m i U k r z y ż o w a n i e , k t ó r e b a r d z o z y s k u j e właś­
nie przez odpowiednie malarskie
udramatyzowanie
p a r t i i n i e b a ( s t o p n i o w e przejście o d b ł ę k i t u dio c i e m ­
nej
u l t r a m a r y n y , z rozjaśnieniem
na
horyzoncie).
Dzięki
w

omówionym

cyklu

tendencjom

powiedzieć.

Jedynym
w

ne,

drewniane,

są

oknem
Przy
tronu

one

t l e sceny

dla X V I I I

kryte

gontem,

Znamien­
z

dużym

szczeblinkowych

(ty­

wieku).

analizowaniu
daje

szczegółem

Nawiedzenia.

o d r o b n y c h podziałkach

powych

przedmiotów

charakterystycznym

są z a b u d o w a n i a
że

świat

jest t a k u b o g i , że t r u d n o c o k o l w i e k o n i m

formalnych

się z a u w a ż y ć

wiele

cech

braków,

scenek

fere­

nieporadno-

�Ryc.
17. „Wniebowzięcie"
(fragm.
„Koronacja
N. M. Panny"
(fragm.
Ołtarz
z kaplicy
&amp;w. Trójcy
w

rewersu).
rewersu).
Lublinie.

Ryc.
Ryc.

18.
19.

�ści

artystycznych,

zaskakuje
walorami

w

czy

wręcz

zestawieniu

z

prymitywizmu
wysokimi

artystycznymi cyklu i z

nowaniem

rokokowego

—

co

jednocześnie

polichromii
wania

doskonałym

opa­

obramienia.

Na­

a

ornamentu

i

wręcz

otoczenia

położyć

należy

nie tylko

scenograficzne

w

scenkach

na k a r b osobistych

jego

Na­

sztuki.

Daje

leżą

prowincjonal­

nienia

feretron/u o d t y c h w z o r ó w .

nych nagrobkach
sze

są

o

XVI—XVIII-wiecznych,

obramienia,

c y k l u scenek

warsztatów

prowin­

wów.

c j o n a l n y c h głównie n a produkcję w zakresie

elemen­

tów

się

to f a k t e m

prymitywizacją.

nastawienia

architektoniczno-dekoracyjnych

było

większe

zapotrzebowanie,

figuralno-rzeźbiarską

[...]

[...],

niż

wymagającą

wyższych k w a l i f i k a c j i a r t y s t y c z n y c h " .
W

bogatej,

produkcji
go

sztukateryjnej

spotykamy

skiem:

często

koracyjne

się

z

a

wobec

tego

renesansu

ludowej
lubelskie­

analogicznym

zjawi­

ornamentalno-deim

ilościowo

klasycznych

zresztą z d o b n i c t w o

czysto

przy­
ludowe:

Fotografował

i

poza

zasięgiem

roko­

strona

for­
wpły­

t a k dobrze

operuje

n a s c e n k i c y k l u n i e , prze­

n o s i a b s o l u t n i e ż a d n y c h c e c h w s p ó ł c z e s n e j , t a k prze­
cież

sugestywnej

wypadkach
cia

rzeźby

widoczne

rokokowej.
są

uskrzydlonych
za

W

kilku

zapożyczenia

przedstawienie

klęczącą

pominający
była

anielskich.

tak charakterystycznym

MARYA

w

W

także

są

zwieńczeniu

która

w

otoczeniu

Zwiastowaniu

w

swoim

atrybutem

splecione

awersu.

Na

przy­
czasie

malarskim.

litery

imienia

t y m wyczerpać

s k r o m n y zasób m o t y w ó w o b c y c h

scenkach

tylko
sztuki

M . Boską r o z p i ę t y j e s t b a l d a c h i m
kotarę barokową,

Zapożyczeniem

wych

główek

ze

Wniebowzię­

z M . Boską stojącą n a k u l i z i e m s k i e j

b y można

nalepianki itp.

Zagadnienie
jest z b y t
ogólne, a b y
wystarczyło
przytoczone
wytłumaczenie
dotyczące
nagrobków.
Stajemy t u przed problemem naszych l u d o w y c h p r e ­
dyspozycji
do
stylizowania
i
ornamentu
raczej
a b s t r a k c y j n e g o , w y c h o d z ą c e g o chętniej z f o r m r o ­
ślinnych i g e o m e t r y c z n y c h n i ż z j a k i c h k o l w i e k I n ­
nych. W t y m k i e r u n k u nasi twórcy l u d o w i w y k a ­
zują często w y b i t n e u z d o l n i e n i e , k t ó r e n i e r ó w n o ­
waży jednak wrodzonej
nieporadności w
operowa­
niu
formami
f i g u r a l n y m i , a szczególnie
postacią
ludzką. O m a w i a n y
feretron
może właśnie
służyć
za ilustrację p o w y ż s z e g o s t w i e r d z e n i a , z w y r a ź n y m
podkreśleniem, ż e m a m y t u d o c z y n i e n i a z t w ó r c ą
o wyczuciu i wyrobieniu artystycznym O walorach
k o m p o z y c j i w poszczególnych s c e n k a c h o r a z
deko­
r a c y j n e g o p r z e p l a t a n i a j e j o r n a m e n t e m była m o w a
w y ż e j , j a k r ó w n i e ż podkreślano już
dekoracyjność

uzależ­

t u przede

zaś

że artysta, który

współczesnej, n p . t y p o w e

1

p a r z e z ustępującymi
Tu

które

produkcję

częściowo

osiągnięcia

figuralnymi.'

dostarcza

wycinanki,

grupy

również

świetne

idą w

prymitywami'
kładów

prowincjonalnej,

na

na

wielkiej

Cała

pozostaje

rokokowym,

Należą

to

autora,

stopień

ikonograficzne

ornamentalna.

Ciekawe,

ornamentem

wzorach

prześledzić

schematy

malna

czy

uderzające

utarte

Tłuma­

posuniętą

figuralne

wszystkim:

oprawa

daleko

płyty

gdzie „lep­

kowa

niekiedy

niż

bowiem

sugero­

Wszystko

osiągnięć

na

ogólnym.

H . Kozakiewiczowej

się

wyszkolenia

s u w a t o szereg a n a l o g i i o c h a r a k t e r z e
tu uwagi

pomysły

cyklu.

w

ludo­

feretronu.

PRZYPISY
1

trowe
s. 4 1 .

H . K o z a k i e w i c z o w a , Renesansowe
nagrobki
pię­
w Polsce,
B i u l e t y n H i s t o r i i S z t u k i 1955, n r 1,

W z a s a d z i e z d o b n i c t w o s z t u k a t e r y j n e renesansu
l u b e l s k i e g o n a w e t u n i k a m o t y w ó w antropomorfizując y c h c z y animalizujących, posługując się f o r m a m i
g e o m e t r y c z n y m i i roślinnymi. Z podkreślonych p r y m i ­
t y w ó w f i g u r a l n y c h w y m i e n i ć n a l e ż y d e k o r a c j ę sztukateryjną
w Modliborzycach, Janowcu, Rybitwach.
P r o b l e m ludowości r e n e s a n s u l u b e l s k i e g o ,
wymaga­
j ą c y szerszego o m ó w i e n i a , j e s t o b e c n i e o p r a c o w y w a n y
p r z e z a u t o r ó w n i n i e j s z e g o artykułu.

Anatoliusz

2

Czerepiński.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10475" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10453">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/6cb9597a427ea554227ec2cc56dc4282.pdf</src>
        <authentication>66e3e8f2bfba2feac818e9ec94d9bba5</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124673">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4180</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124674">
                <text>1959</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124675">
                <text>rzeźba ludowa</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="124676">
                <text>Zaremba, Franciszek - rzeźbiarz ludowy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124677">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3898</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124678">
                <text>Droga Franciszka Zaremby / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1959 t.13 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124679">
                <text>Polska Sztuka Ludowa 1959 t.13 ,z.1-2; s.66-68</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124680">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124681">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124682">
                <text>Państwowy Instytut Sztuki</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124683">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="124684">
                <text>Jerzy

Ćzajkoioski

D R O G A

F R A N C I S Z K A

Franciszek Zaremba urodził się w roku 1911 we
wsi Szarkówka, odległej o 10 km od Miechowa. Tu
też mieszka obecnie ciesząc się w okolicy sławą
uzdolnionego rzeźbiarza. Chłopięce lata spędził jak
większość jego równieśników: uczęszczał do szkoły
powszechnej w pobliskim Chodowie, a w wolnym
czasie pasł bydło. Od najmłodszych lat posiadał jed­
nak niezwykły pociąg do rzezania kozikiem w drze­
wie różnego rodzaju świątków, lalek i figurek zwie­
rzęcych. W latach szkolnych używał do swoich prac
rzeźbiarskich również takich materiałów, jak glina
i miękki wapienny kamień, a ilustracje ze szkolnych
podręczników były często wzorem jego dziecinnych
rzeźb. Mając 10 lat zaczął rzeźbić figurki do szo­
pek, z których niestety nie zostało już we wsi śladu.
W piętnastym roku życia wykonał swoją najwięk­
szą pracę — ołtarz o charakterze ludowym; do dziś
znajduje się on w miejscowej kaplicy. Zyskał wów­
czas uznanie całej wsi i jednocześnie otrzymał za
swą pracę pierwszą większą zapłatę w kwocie stu
złotych. Rzeźbił go Zaremba „za krowami", mając
jako jedyne narzędzie kozik. Przy pomocy tego ko­
zika powstały zarówno drobne elementy zdobnicze,
jak i kolumny, postacie św. Piotra i Pawła, aniołki
oraz główna płaskorzeźba w środku ołtarza — Chry­
stus z sercem otoczonym cierniową koroną, dziś za­
stąpiony przez -zwyczajny oleodruk. Wszystkie ele­
menty ołtarza pomalowane są farbą lakierową. Prze­

Z A R E M B Y

waża kolcr ciemnozielony. Zarówno całość, jak i po­
szczególne fragmenty ołtarza wcale nie wydają się
dziełem rąk piętnastoletniego chłopca. Sposób po­
traktowania postaci, wzajemne proporcje raczej ka­
załyby domyślać się bardziej wyrobionej ręki i oka.
W domu rodziców młodego rzeźbiarza sytuacja ma­
terialna była ciężka, ojciec nie mógł pozwolić sobie
na posyłanie syna dalej do szkoły. Mimo to chłopak
nie rezygnował; składał pieniądze na dalszą naukę
i w roku 1928 zapisał się na dział rzeźby w Szkole
Przemysłu Artystycznego w Krakowie. Niestety, tyl­
ko dwa miesiące udało mu się pozostawać w szkole.
Po śmierci ojca zmuszony był wrócić do domu.
W rok potem dostał się na naukę do rzeźbiarzakamieniarza, Antoniego Małka w Częstochowie.
Zręczność jego i nadzwyczaj szybkie postępy w pra­
cy wzbudziły zawiść współuczniów i czeladników.
Z powodu intryg i posądzenia o złodziejstwo już po
dwu tygodniach wrócił do domu, gdzie w wolnych
chwilach rzeźbił, coraz bardziej doskonaląc swą rękę.
Powstały w tym czasie rzeźby przedstawiające Koś­
ciuszkę, Sobieskiego, Krakowiaka w stroju regional­
nym i szereg innych prac, zarówno o tematyce
świeckiej, jak i religijnej. Niewiele zachowało się
do dziś z tego okresu, gdyż prace jego spłonęły
wraz z domem w czasie drugiej wojny światowej.
Mała ilość zachowanych rzeźb nie pozwala na
szczegółowe prześledzenie rozwoju rzeźbiarza. Dla

��Ryc. 6. Sw. Paweł, rzeźba z ołtarza w
Szarkówce. Wys. 47 cm. Ryc. 7. Sw. Jan
Chrzciciel. Rzeźba wyk. w 1937 r. Wys.
50 cm.

porównania podaję rzeźby: aniołka, św. Jana Chrzci­
ciela oraz Ursusa łamiącego kark bykowi. Zwłaszcza
ta ostatnia praca wykracza już daleko poza granice
twórczości ludowej.
Za wzór &lt;do niej posłużyła
rzeźbiarzowi pocztówka z dziełem Siemiradzkiego.
Rzeźba ta wykonana w roku 1932 nie zadowala jed­
nak rzeźbiarza ze względu na to, że jest kopią.
W jakiś czas potem, po przeczytaniu „Quo vadis", Za­
remba tworzy własną kompozycję Ursusa, w której
Ligia siedzi na grzbiecie byka, a Ursus łamiący
bykowi kark stoi zwrócony frontem do niego, a nie
jak poprzednio — bokiem. Niestety rzeźba ta spło­
nęła.
Praca zatytułowana „Aniołek" (wykonana przed
rokiem 1930) przedstawia postać chłopięcą w długiej,
powłóczystej sukni, jakby albie, na wierzchu w ko­
szulce przypominającej komżę. Tablica, którą anioł
trzyma w ręku, służy do umocowania kalendarza.
Ślady na plecach „Aniołka" wskazują, że były tam
skrzydła. Całość jest malowana lakierem, podobnie
jak i figura św. Jana Chrzciciela wykonana w ro­
ku 1937 (ryc. 7).
Obecnie Franciszek Zaremba nie zajmuje się drob­
ną rzeźbą, trudni się natomiast stolarką, a rzeźbi
wyłącznie ołtarze do okolicznych kościołów i natu­
ralnej wielkości figury Matki Boskiej (z kamienia),
z których jedna stoi na skraju Szarkówki, druga
zaś we wsi Pstroszyce-Łapsze. Drewniany Chrystus
na krzyżu jego roboty znajduje się przy drodze
w Podleśnej Woli koło Tunelu. Rzeźbiarz twierdzi,
że robił dawniej postacie Chrystusa Frasobliwego,
ale nie wie, gdzie obecnie mogą się znajdować.
W roku 1955 wykonał na zamówienie ołtarz w sty­
lu „gotyckim" do kościoła w Cieślinie (na północ
od Rabsztyna). Jest to jeden z ołtarzy bocznych,
zrobionych na wzór znajdującego się w tym kościele

ołtarza z roku 1930 dłuta Wincentego Bratka z Wol­
bromia. Przed drugą wojną światową robił również
ołtarz do kościoła w Szreniawie. Obecnie zamierza
przystąpić do jego wykończenia. Jeszcze jeden ołtarz,
który wyszedł spod jego dłuta, znajduje się w ka­
plicy w Chodowie.
Pracy przy ołtarzach Zaremba nie od razu podjął
się sam. Początkowo (ok. roku 1930) był on pomoc­
nikiem wspomnianego już Wincentego Bratka z Wol­
bromia, u którego „zapoznał się ze stylami". Reszty
dopełniła literatura fachowa, którą rzeźbiarz sam
zaczął studiować.
W czasie drugiej wojny światowej rzeźbiarz zna­
lazł się w Niemczech. W wolnych od pracy chwilach
wyrabiał on „Męki Pańskie" we .flaszkach, które
cieszyły się dużym popytem u tamtejszej ludności.
Tam też zapoznał się z prawdziwymi rzeźbiarskimi
dłutkami, które w ilości 24 sztuk otrzymał za 4 bo­
chenki chleba. Od tego czasu zarzucił on dłutka
własnej roboty, wyrabiane z gwoździ.
Dzieje rozwoju Franciszka Zaremby stanowią in­
teresujący i dosyć typowy przykład, w jaki sposób
utalentowany rzeźbiarz ludowy i w zasadzie samouk
przechodzi od sztuki ludowej do twórczości o cha­
rakterze
rzemieślniczym.
Podobną drogę odbyło
i odbywa wielu twórców ludowych, których później­
sze prace pozbawione już uroku prymitywu, a nie
posiadające poziomu i mistrzostwa dzieł wychodzą­
cych z rąk artystów wykształconych, zmierzają
w kierunku pewnego szablonu typowego np. dla ka­
mieniarzy produkujących nagrobki. Prace tych rzeź­
biarzy, pozbawione na ogół artystycznego wyrazu,
znajdujemy później jako bezimienne dzieła w wiej­
skich kościołach, przydrożnych kapliczkach czy na
cmentarzach.
Fotografował

Jerzy

Czajkowski

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10514" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10492">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/21cbc0f4e48a339bc4daaaea2df54871.pdf</src>
        <authentication>15bdadf91bde76d1912a1a0e8fecc9db</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125187">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:1622</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125188">
                <text>1977</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125189">
                <text>budownictwo ludowe</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="125190">
                <text>Małopolska- budownictwo ludowe</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125191">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:1501</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125192">
                <text>Ze studiów nad budownictwem ludowym w Krakowskiem / LUD 1977 t.61</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125193">
                <text>LUD 1977 t.61,s.98-110</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125194">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125195">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125196">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125197">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="125198">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="125199">
                <text>Lud, t. 61, 1977

JERZY

CZA.JKOWSKI

ZE STUDIOW NAD BUDOWNICTWEM LUDOWYM
W KRAKOWSKIEM

Przedstawione opracowanie jest skrótem szerszej pracy, w której zawarto cały dostępny materiał faktograficzny pochodzący z badań tereno- •
\-vych różnych instytucji i osób oraz dane z literatury przedmiotu 1. Ograniczone ram\' zmuszają do pewnych uogólnień, które mogą korzystnie
\vpływać na jaśniejszy obraz zagadnienia, ale też mogą wydawać się
słabo podbudowane materiałem dowodowym. Drugie wyjaśnienie dotyczy pojęcia "Krakowskie" użytego w tytule. Najogólniej rzecz biorąc,
chodzi o region etnograficzny, ale jeśli materiał na to pozwala, wykraczam we wszystkich kierunkach poza wspomniany region, a zwłaszcza
ni3. północ i południe. Jest to k(Jnieczne, szczególnie gdy wykreśla się
zasięgi geograficzne oraz w kwestiach rozwojowych, przypuszczalnych
wzajemnych infiltracji i wpływów poszczególnych zjawisk architektonicznych. 'Wykraczanie poza region następuje głównie w trakcie oma\viania planów budynków mieszkalnych i mieszkalno-gospDdarczych. Ponieważ tę ostatnią kwestię uważam za najważniejszą ze względów historycznych, inne zagadnienia scharakteryzuję pokrótce, na tyle jednak, by
zarysował się ogólny obraz. Opuszczę natomiast te problemy, które zostały już opracowane.
Wiadomo, że w Krakowskiem podstawowym m[,teriałem budowlanym
\v XIX i na początku XX w. było drewno. Do przeszłości należy pleciona
konstrukcja ścian, chociaż w starych stodołach można ją obserwować
jeszcze dzisiaj. D(Jmy, czy też inne budynki z chrustu, jakkolwiek nie
powszechne, nie był.y jednak żadnym ewenementem ani w regionie krakowskim, ani też w skali szerszej. Wspominał już o tym Kazimierz Moszyński 2, my zaś wiemy dokładnie, że na początku XX w. były
1 J. Czajkowski,
B'udownictwo
ludowe
w Krakowskiem.
Budownichva
Ludowego w Sanoku", nr 22 (w druku).
2 K. Moszyński,
Kultura
ludowa Słowian,
cz. l, Kraków

"Maleriały

Muzeum

1929, s. 120.

�Ze

studiów

nad

wsią

Ziemi

99

Krakowski.ej

w pobliżu Krakowa całe wsie, w których domy miały sClany z chrustu

3,

na peryferiach zaś przetrwało wiele takich obiektów do początków XX w.
(np. okolice Pinczowa, Dąbrowy Tarnowskiej). Była to pozostałość feudalnych stosunkóvl społecznych, kiedy to właścicielowi wsi nie opłacało się
inwestować w budownictwo chłopskie. Natomiast dłuższe zachowanie się
stodół z chrustu można tłumaczyć z jednej strony brakiem materiału
drzewnego w niektórych okolicach (np. Miechowskie), z drugiej zaś praktvcznością i taniością takiej konstrukcji.
Mało popularny w K,rakowskiem był dawniej kamień jako tworzywo
budowlane. W niektórych okolicach (np. Proszowickie) występują jednak
chłopskie domy kamienne stawiane jeszcze w okresie feudalnym. Okazy
takie są z reguły świadectwem działalności właścicieli ziemskich, którzy
miewali czasami ambicje ulepszania wyglądu swych wsi 4, kiedy indziej
zaś kalkulowali opłacalność jednorazowego wydatku na budowę trwałego
domu. W XVIII w. bowiem powszechny był zwyczaj we wsiach szlacheckich, że kosztami budowy i konserwacji obiektów obciążony był
dwór 5. Nie wykluczone, że w niechęci chłopów do murowanego budownictWa ukryty był również aspekt psychologiczny. Bowiem murowane
czworaki stanowiły widomy znak pańszczyźnianej zależności wsi od dworu. Często domy murowane miały wymyślony plan wnętrza odbiegający
od tradycyjnego, przyjętego w określonej wsi czy oKolicy, lub po prostu
stawiane były dla biedaków.
W północnej części terenu (okol. Proszowic, Jędrzejowa, Pinczowa,
\noszczowej) jeszcze na przełomie XIX i XX w. zaznacza się biedniacki
charakter murowanych domów. Natomiast w zachodniej części (okol. Wado\vic, Oświęcimia) już w latach 1870-tych rozpoczyna się stawiać domy
ceglane, które stanowią wyraz lepszej sytuacji materialnej 6. Rozpowszechnianie się takich domów odbywało się pod wyraźnym wpływem
kultury śląskiej. Przejawem bogactwa w końcu XIX w. były domy murowane również w pobliżu Krakowa, przy czym w niektórych miejscowościach były one już częstym zjawiskiem. Jeśli w Mnikowie w 1893 r.
notowano zaledwie 2 murow.ańce, w Bronowicach tylko 6, to w Morawicy było ich :3(), a w Zabierzowie 327.
3.J.
w

XVIII

Czajkowski,
Budownictwo
wiejskie
w północnej
części
Krakowskiego
wicku.
.,Rocznik Muzeum Etnograficznego
w Krakowie"
1974, t. 5,

's. 59-62.
I S. Sierakowski,
Architektura
obeymuiąca
wszelki
gatunek
murowania
dowania,
t. L Kraków 1812, s. 255.
5 Por.
J. Czajkowski,
Budownictwo
wiejskie ..., s. 73-76.
6 J. Czajkowski,
L. Hajówna, Kultura
ludowa
Starej
Wsi w powlecze
cimskim

w świetle

,.Rocznik MEK"
7 Archiwum

testamenl.ów,

inwentarzy

196R, t. 3, s. 44-·45.
Muzeum Etnograficznego

i innych

aktów

w Krakowie.

prawnych

i bu-

OSWlę-

w XIX

w.

�100

JERZY

CZAJKOWSKI

W zachodnich i północnych regionach Krakowskiego i przvległej części
Kieleckiego mamy do czynienia ze starym budownictwem
murowap.~:.·m
obiektów inwentarskich,
co wiązało się z występującymi
tu licznie głazami narzutowymi
używanymi do budowy, a jednocześnie brakiem większych skupisk leśnych 8. Od drugiej połowy XIX w. tworzywo kamienne
stosowano dość często po pożarach obejmujących większe partie wsi. Był
to niewątpliwie materiał zastępczy, łatwo dostępny i tani. A że po zniesieniu pańszczyzny (chodzi a wsie szlacheckie) chłop musiał sam starć1C
się o materiał budowlany, wobec tego na terenach ubogich w drewno
przyjmował się kamień.
Pozornie dość jasną sprawą jest układ budynków na siecIlisku. r\;e
będę tu szerzej rozwijał tego tematu, powiem jedynie, że \v badaniach
należy odróżniać tradycyjne
i nowsze rozplanowanie
zagród, przy czym
to ostatni,e nawiązuje nieraz do starych form na tym samym terenie, albo
zmienia się całkowicie. Różne typy zagród mieszają się ze sobą w tych
samych wsiach, co nie zawsze jest wynikiem współcześnie zastanego
rozwarstwienia
społecznego wsi. Tylko 100% materiału terenowego rr-.ogłoby zapewnić prawidłowe
wnioski. Zwykle jednak zadowabmy
si",
materiałem
częściowym lub tzw. reprezentacją.
To zaś może prowadzić:
do mylnych interpretacji.
Jeśli dla pewnego ubszaru zostaje określon"
typ zagrody jako panujący i stawia się wnioski natury historyczn(:j. ~rzeba mieć pewność, że wcześniej sytuacja była analogiczna. Wiadomo, i.e
nie zawsze tak było.
Jeśli pominiemy kwestię zmian, jakie miały miejsce w XIX w., możemy powiedzieć, że w Krakowskiem
na przełomie XIX i XX w. b~v'iy
charakterystyczne
przede wszystkim
zagrody wielobudynkowe
luźne,
w niektórych rejonach zagrody zwarte, czworoboczne (pomiędzy' Olkuszem, Miechowem i Włoszczową), które w nieco innej wersji \VystępDwały też na Podhalu (przeważnie nowsze) i czasami na Sądecczyźnie !I.
Poza tym na całym obszarze spotyka się zagrody jednobudynkowe
mające
w większości charakter biedniacki, a przynajmniej
mniej zamożny, czego
nie da się powiedzieć o terenach podgórskich. I tu jednak w ciągu ostatnich stu lat nastąpiły duże zmiany 10,
8 J. Czajkowski,
Z badań nad budownictwem
wiejskim
w powiecie olkuskim.
"Rocznik MEK" 1967, t. 2, s. 87.
9 W. Jostowa,
Z zagadnień budownictwa
podhalańskiego.
"Etnografia Polska"
1961, t. 5, s. 141; R. Reinfuss, Budownictwo
ludowe na zachodniej
ŁemkowszczyŻnie.
"Lud" 1934, t. 33, s. 13; J. Czajkowski, Wiejskie budownictwo
mieszkalne
w Beskidzie
Niskim
i na przyległym
Pogórzu.
"Rocznik muzeów województwa
rzeszowskiego" 1969, t. 2, s. 73.
10 Z. Cieśla-Reinfussowa,
Budownictwo
ludowe, [w;] Monografia
powiatu
lnl!ślenickiego,
t. 2, Kultura
ludowa,
Kraków 1970, s. 30.

�Ze

studiów

nad

budownictwem

ludOwI/m

101

Odnośnie do konstrukcji
ścian należy stwierdzić, że powszechna tu była ich z:'(:bowa forma z węglowaniem
na narożach lub zrębowo-słupowa,
rzadziej sumikowo-łątkowa.
Mimo tych samych cech dotyczących
sposobu
wiązania.
celowo rozgraniczam
dwie ostatnie formy, albowiem w zrębo'xo&lt;lupo\\t;j
występują
jedynie słupy (łątki) narożne
i przy ścianach
sicr,:, naT.'.llniast sumikowo-łątkowa
konstrukcja
charakteryzuje
się zwiękSZj1Dc~ jlości,"! łątek wpuszczonych
w podwaliny. W starych zrębowo-słupo\\')~h
chałupach dębowe słupy były często wkopane w ziemię, podobnie
jak \\' widu stodołach mających ściany plecione z gałęzi. Być może, iż
plEni(;dzy tymi dwoma szczegółami
zachodzi wzajemny
związek.
Nie\\'ątpljviić: wkopy\vanie słupów jest archaiczną
techniką budowlaną,
która
przctr\\'ab
do ok. 1-900 r. na terenach
położonych
na północ od linii
\\'isly w okolicach miast: Proszowice,
Kazimierza
Wielka, Busko, Pińczóv", .J c;drzejów oraz w kierunku
Sandomierza.
Są to tereny
obecnie
niemal bezleśne i o bardzo zagęszczonym
od dawna osadnictwie.
Trudno
jc'd:d,: przesądzić,
czy mimo archaiczności
jest to tu pradawna
t~chnika,
bowie:11 \\' drugiej
połowie
ubiegłego
wieku
wpro\\'adzano
\\' wielu miejscowościach
konstrukcję
sumikowo-łątkową
w miejsce starsZ'".L """,igłowej. Działo się tak prawdopodobnie
z racji wyniszczani:&gt; laSÓW.
a \\'i(;c braku odpowiedniego
drewna
(np. Chomętów
j Podrazie
k. Pińczow&lt;i, Dobrowoda
i Łanice k. Buska, Michałowice
k. Krakowa
i \\'ide in.l. Dopiero badania archiwalne
mogą odpowiednio
naświetlić
tt; k\vesLt;
::-\&lt;: południe od Wisły oraz w zachodniej części Krakowskiegl) konsu'ukc,:&lt;l słupowi.! zdarza się czasami w bardzo starych obiektach mieszkalnych, częściej w stodołach, a pomocniczo w innych budynkach
inwentarskich, .J es t tu jednak nietypowa.
KWf.'stia konstrukcji
dachów w Krakowskiem
jest prosta. Mamy bo\\'jem cJo czynienia wyłącznie
z dwoma zasadniczymi
dawnymi
sposoban~: budO\vy dachów, a to przy pomocy krokwi
połączonych
jętkami,
powszechnych
na całym obszarze, oraz z użyciem soch. Z uwagi na obsz,_',ne O)xclcowanie tej ostatniej konstrukcji
(w którym to artykule
omówione, również poligonalny
system budowy stodół) 11, ograniczymy
się
\\' tym miejscu do ogólnego stwierdzenia,
że sposób budowy na sochy
\\' budynkach
wiejskich był w przeszłości
bardzo szeroko rozpovvszechniony, alt: z wyłączeniem
terenów
podgórskich
i górskich.
Jedyne
odstępstwo od tej zasady stanowiły
do końca XIX w. pasterskie
szałasy,
wśród których bywały obiekty mające dachy wsparte na sochach 12. Nie
11 J. Czajkowski,
Konstrukcja
sochowo-ślemieniowa
w budownictwie
wiejskim
terenie Polski. "Rocznik MEK" 1972, t. 4, s. 67-127.
12 T. P. Szafel',
TatrzU1iskie szałasy pasterskie,
Warszawa 1961. (Maszynopis
pnwielany).

na

�102

JERzY CZAJKOWSK[

wykluczone, że był to relikt związany z dawną ludnością pasterską, jako
że po południowej stronie Karpat częste są do dziś szałasy na sochach.
Może na to wskazywać również stosowanie w szałasach soch lokalizowanych zewnątrz budynku, czego nigdy nie spotkamy w obiektach v:iejskich na nizinnych terenach Polski.
Jedną z najistotniejszych kwestii w budowie dachów na sochy je.st
fakt, iż oprócz stosowania ich w stodołach, rzadziej innych budynkach
gospodarczych, praktykowano
tę konstrukcję również w domach we
wsiach położonych w rejonie Ojcowskiego Parku Narodowego l~.
Do szczególnie ciekawych elementów architektonicznych należy tz\'\!.
przysłupowa konstrukcja, którą pod Łańcutem określają ludow.vnl mianem "na obwiąz". Jest to proste tłumaczenie niemieckiego wyrazu "umbinden" posiadającego dokładnie to samo znaczenie.
Konstrukcja przysłupowa znana jest z okolic Łańcuta, Przemyśla,
Jaślisk, Dolnego Sląska i Łużyc, a Krakowskie jest tylko jednym z ogniw
długiego łańcucha. Obecnie na omawianym terenie niewiele już pozostało
starych budynków z przysłupem. Ale kilka lat temu duża ilość drewnianych domów przy ul. Kazimierza Wielkiego w Krakowie była tak zbudowana. Poza tym znajdowano domy przysłupowe w kilku miejsco\vościach
na zachód od Krakowa (Bronowice, Zabierzów, Kleszczów, Buró\'.'. Liszki), a na wschodzie w Zakliczynie. Prace Franciszka Kotuli i Stefana
Lwa na powyższy temat 14 nie wyjaśniają wszystkich wątpliwości historycznych, a w przypadku Krakowskiego zagadnienie to w ogóle nie
zostało opracowane.
Z pośród wielu innych szczegółów architektonicznych warto z\\Tócić'
uwagę na niektóre, zwłaszcza te, które są prawie nieznane w dotyt:hcz~łsowej literaturze.
I tak, w prawobrzeżnym pasie niziny nadwiślańskiej. od okolic Krakowa aż po Dąbrowę Tarnowską, a na terenie Proszo\,vickiego rÓvl'nież
wzdłuż lewego brzegu Wisły, stodoły posiadają nad wrotami boi:,ka (od
podwórza) tzw. "ganek", wypuszczony do przodu ok. 2 m. Przykldd ,.;t,)doły ze Smęgorzewa pod Dąbrową, zbudowanej w 1864 r., ś\':i~,d(,;z\·.
że "ganek" jest elementem tradycyjnym. Można sądzić jednak, że wzoTern były tu dawne stodoły dworskie, bowiem XVIII-wieczne żródła w\'mieniają dużą ilość takich stodół, m. in. także w północnej części KrClkowskiego li,. Obecnie ganki wykonuje się również w stcldołach m'..&lt;t',)\':::;nych.
1:) J. Czajkowski,
Z badań ..., s. 90.
u F. Kotula, Pochodzenie domów przysŁupowych
w Rzes"Ol:,skiem ... Kw,.l1'talnik Historii Kultury
Materialnej"
1957, nr 3/4, s. 551~562;
S. Lew, Du'!! [JT.;;)J-

sŁupowy

w górnym

i środkowym

dorzeczu

Sanu.

Źródła zawarLe w Archiwum Państwowym
ko podam opis stodoły pod Książem Wielkim
15

"Lud"

1966. '. 50. s. 467-:&gt;23.

w Krakowie. Dla przyk!:Jdu tylw 1784 r.: .....elr.doly w :,:vJ&lt;ldrat

�Ze

studiów

nad

budownictwem

ludowym

103

Z innego rodzaju szczegółem, stanowiącym nowość w ludowym budownictwie Krakowskiego, spotykamy się w kilku wsiach na południe
od Bochni (Ujazd-Dębina, Kierlików, Łąkta Dolna, Łąkta Górna, Trzciana). Tam to pomiędzy rokiem 1914 a 1936 budowano domy drewniane
z podcieniem wnękowym przed środkową izbą. W Ujeździe-Dębinie
autorem tych domów był cieśla Więcław Rdzawa ze wsi Rdzawa k. Bochni. Ze względu na identyczność rozplanowania budynków można sąd?:ić,
że wszystkie domy z wnęką są dziełem jednego majstra.
Powstawanie w XX w. nowej odmiany budynku, odbiegającego od
tradycyjnego planu, wcale nie dziwi, bowiem niemal w tym samym
czasie (1925-1937) w Sądecczyźnie i w okolicy rzeki Białej stawiano
domy z wnęką podobne do znanych z literatury sanockich chałup z podcieniem wnękowym 16. Chałupy spod Bochni, mimo pozornego podobieństwa (w tym jednym szczególe) różnią się zasadniczo od innych domów
z wnęką, gdyż nie stajnia, lecz izba z oknem we wnęce zajmuje środkową część budynku. Natomiast pomiędzy izbą i stajnią jest bezpośrednie
przejście, przez co domy te upodobniają się do XIX-wiecznych chał1lp
spod Starego Sącza czy Krakowa. Przykład wspomnianych domów jest
dowodem ciągłego rozwoju ludowego budownictwa, aż do najnowszych
czasów.
Specyficzny wariant stanowią domy z "przysiadkami". Nie jest to
forma regionalnie krakowska, gdyż tego rodzaju domów najwięcej znajduje się po stronie śląskiej. Są one jednak dość liczne w okolicy Oświęcimia, Wadowic i Andrychowa, przy czym z reguły obiekty te są murow.ane i pochodzą najczęściej z pierwszych dziesiątków lat drugiej polowy
XIX w. W określonym czasie była to dość modna forma, która sporadycznie znalazła swe odbicie także w budownictwie drewnianym. Dwa
takie domy zanotowano w Izdebniku k. Kalwarii Zebrzydowskiej i \v Babicach nad Wisłą. Są to też najdalej na wschód wysunięte wsie, w których je znaleziono. Charakterystyczne, że "przysiadki" stanowią tu jakby szczątkową, zanikową formę.
O domu z "przysiadką" mówi się jako o śląskim ludowym rozwiązaniu architektonicznym. Jeśli chodzi jednak o rejon Oświęcimia i Wadowic, należy jeszcze brać pod uwagę możliwość pośredniego wpływu śląskiego. Natomiast bezpośrednio mógł to być wpływ architektury ma10o ośmiu bojowiskach na 44 sochach, przed dwiema ganki na czterech słupach ..."
(Castr. crac. rel., t. 215A, s. 335) lub w Radziemicach w 1722 r.: "Stodoły, do których wchodząc ganek na słupach słomą poszyty ..." (Castr. crac. rel., t. 146. s. 81).
lB J. Czajkowski,
Budownictwo,
[w:] Nad rzeką Ropą. Zarys ku/rury
ll,dowej
pow. gorlickiego,
Kraków 1965, s. 34 i 38; tegoż, Budownictwo
wiejskie
między
Białą a Popradem.
"Rocznik NIEK" 1966, t. 1, s. 164-165;
Z. Cieśla-Reinfussowa,
Dom z wnęką UJ polskiej
architekturze
ludowej.
"Polska Sztuka Ludowa" 1952,
nr 4-5.

�lO!

JERZY

CZAJKOWSKI

miast.eczkowej z Kęt, gdzie do dziś znajduje się dużo domów z "przysiadkami·' o wyraźnie reprezentacyjnym
charakterze.
Wybrane i omówione dotychczas szczegóły są istotne dla ogólnego
zobrazowania budownictwa, ale najważniejszą cechą jest ilość i układ
budynków w zagrodzie oraz rozkład budynku głównego, tj. chałupy,
'vV której poszczególne pomieszczenia mają różne funkcje. Liczą się przede
wszystkim funkcje pierwotne, które w obrębie domu mogą być trojakie:
mie~zkalne, schówkowe i inwentarskie. Stąd więc program chałupy decyduje w sposób zasadniczy o wyglądzie i rozplanowaniu całej zagrody.
K\\"estii rozplanowania chałupy poświęcimy nieco więcej miejsca.
Gt:neralnie rzecz biorąc, da się chałupy podzielić na trzy grupy: jednotraktowc' półtora trakt owe i dwutraktowe. Badania i materiały publiko\yc:ne pozwoliły ustalić 26 ważniejszych odmian w grupie budynków
jedne,traktowych,
17 w grupie półtoratraktowej
i 7 w dwutraktowej.
Bogc;ctwo odmian wynika ze zróżnicowania funkcji poszczególnych pomie5zczeń.
V,'śród odmian jednotraktowych należy uwypuklić kilka zasadniczych,
które stały się podstawą rozwoju pozostałych wariantów. I tak, do najprostszych należą chałupy tzw. centralne, w których izbel mieści sil;
międz~- komorą i sienią. Są to zarówno szerokofroniowe, jelk i wąskoIrontowe budynki (ryc. 1). Zasięg geograficzny tych chelłup w Polsce by]
jeszcze w XX w. bardzo rozległy, gdyż na północy dochodził do hrzegu
morskiego, a nel południu do Tatr. Mimo, że chałupa centralna wysiqpuje
głównie w lewobrzeżnym zlewisku Wisły, to jednak znajdujemy jćl nad
brzegami rzeki Wieprz 17, w widłach Wisły i Sanu, w Bieszczadach, na
Rusi Zakarpackiej, w rejonie Użhorodu, Wołowca, Rachowa nad Cisą
i \\.-północnej Słowacji 18.

o JEJ
0O

GJG G]Jt~

J

Ryc.

17

;r~re

Geschichte,

przykłady
chałup
Rys. J. Czajkowski

cC'ntralnych.

Z badań nad budownictwem
ludowym
Ludowa" 1971, nr 2, s. 75.

lec·::~: ... Polska Sztuka
le H. I. Bidermann,
lIn('

J

1. Schematyczne

R. Reinfuss.

0 E]

Die

Insbruck

Ungarische

Ruthenien,

1862, s. 85-86;

ihr

w

wojewódzI

Wohngebiet,

P. I. Makusenko,

ihr

wie

kie-

Erwerb

Z. A. Pelrova,

�studiów

Ze

nad

buclownictwem

lO'&gt;

ludowym

Oblcne rozpowszechnienie domu centralnego w Krakowskiem w kon£rontac.1:z plunem dwutraktowym przedstawia bardzo interesujący obraz.
Terenv zajęte przez oba typy rozplanowań wzajemnie się wykluczają,
prz.'· (T.m zasięg chałupy centralnej jest peryferyjny w stosunku do
Krako'.'.,.. Żródła archiwalne dowodzą jednak powszechności chałupy
centralnej niemal na całym terenie zajętym przez dwutrakt. Brak damen tylko do terenów podgórskich, chociaż jak wiadomo nam, chałupa
centr ,,::." była szeroko znana we wsiach podhalańskich, gorczańskich
i pieni~.":~;C;l(ryc. 2). Zdaje się, że na p0czątku XIX w. był to typ domim\.'i&lt;·. () w niektórych wsiach ustępował jedynie przed najprostszym
dome:'n ZiU)::illymtylko z sieni i jednej izby. Tak było np. w Szaflarach

•
•

•

••

•

.--~

..

:t'1'lIISZliw

•

/

.•••••.

/'
.......
"

/

j./;"1t:UlJ,cr:

v

\

v

'"r~L-l:N/CC

_·_-~-vvv

.•

v

..

•

IfSZRNR

.•

.•
.•

.•
"

,

l

R:y.,. _, Rozpowszechnienie

chałupy

.• .•

o. II .•

.•

..

Vv

v
LCGCNDR

••

@3'].

ó

..

-~

I\!J

.l!J

chałup centralnych wokół obszaru
dwutraktowe. Rys .. J. Czajkowski

~@

~o
~CD

lrJiJ .•

GErE

XV.W~EB
EEIil

zajętego

6

v

przez

Zakarpa,tia,
Kijew 1956, s. 9, 16, 17, ryc. 3, 4; N. N. Gracjanskaja Zilisce i chozajstwiennyje
postrojki slovackogo krestjanstva
w XIX-nacale XX gg... Slavianskij etnograficeskij
sbornik". (Moskva) 1960, s. 230-231.
l\'aT(;cI;;a~;(; architektura

�106

JERZY

CZAJKOWSKI

w 1820 r. 19, podczas gdy w Poroninie zdecydowana Wif:;k~zośćgórali miała domy złożone z sieni, izby i komory.
Omówionej chałupie centralnej towarzyszy na całym terenie jej odmiana polegająca na tym, że w miejscu komory znajduje się chlew.
Wiele szczegółów wskazuje na to, że między obu wariantami można postawić znak równości. Jest to istotne, bowiem tworzą '):Ie wspólny krąg
otaczający szczelnie zasięg chałupy dwutraktowej. Zamiana komory na
chlew poświadczona jest źródłowo już w XVIIIw. 20, ale szersze rozpOlvszechnienie tego zjawiska wystąpiło w XIX w., w z\viqzku z ubożer-iem
niektórych grup ludności.
Z geograficznym zasięgiem chałupy centralnej pozosta:ie w wyraźnym
związku chałupa, która oprócz komory, izby i sieni posi"da po drugiej jej
stronie pomieszczenie dla zwierząt (chlew, stajnia, obora). Jest to typ
{ryc. 3) powszechny na etnograficznym pograniczu kra){c'wsko-kieleckim,

[j I{~
J

Ryc. 3. Schematyczne

przykłady chałup jednotrakto\,·yci.
Rys. J. Czajkowski

: I;:,winiętych.

krakowsko-śląskim (po Myszków, Zawiercie) oraz we \\'~r:hodniej cz(;ści
regionu. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że ta chałupa Wto: \\sz~'stkich wsiach,
w których występuje, jest uznana za tradycyjny sposóh rozwiązyw&lt;Jr-iCl
programu, oraz to, że w XVIII w. poświadczona jest dla miejsc')\'/uści,
w których dzisiaj jej nie ma, wówczas możemy zakłada(':, że współczesny
zasięg jest cofnięty w porównaniu z okresami wcześniej:::zqni. Dodajmy,
że w okolicach Myślenic często spotyka się jedną z odmian tej chałupy.
Tym samym krąg zasięgu zwiera się i analogicznie du dn:11u centralnego
zamyka teren, na którym występuje chałupa dwutrakt0\\',: (ryc. 4).
Można przyjąć, że w drugiej połowie XIX w. chdupa ze stajnią
ukształtowała się jako typ domostwa w gospodarstwach średnio-zamożnych. Był to wystarczająco rozwinięty program, który 'ol! pewnym sensie
konkurował z układem dwutraktowym.
Jako trzeci istotny typ w grupie budynków jednotraktowych. ".'1 dodatku w widocznym związku z omówionymi chałupami. pozosta.:e dom
Wojewódzkie Archiwum
Państwowe
w Krakowie
(d21l.'
',':AP Kr.', StaroNowy Targ 14, pl. 31.
20 J. Czajkowski,
Budownictwo
wiejskie
w północnej
c:~."(·i Kraklm'.;kicgo ...,
s. 18, a odnośnie do Kluszkowiec: WAP Kr., St. NT 64, pl. 1.
19

stwo

�studiów

Ze

,

o

"
•

I
I

~.

~ "·'!ys'3,:J;.J

••

"

6

...
i4

o ~ o"

•••.•
0

o

••

~ C4

nad

v
o
O.

&lt;Je

O

budownictwem

llldowym

O

•

O

O

~
-.

"
~

BUSKO

t&lt;l

PROSZOlollC£
v

De

o

o

!1l

KRRKÓW

f'

f:.,.

~
•.·ł·
.0/'
o

8
o
•

•
•

v

.

~"''''''''''''''

.......

..........

-._

•• '

.

,.

/wPOOi-łICE

".

J:_ ..~:':L..£~!£.c:.!..,." .. _ .._'

•

S·1!

i

~. -'_._

••••.••••• ,,:.-....

C

,.
..-

••

t.x.l

v·

5UC"R

v

•

•

żYW/CC

•

o

I!!I

o

.j
/

"-

• v

•

00

v
V

V

v

L/I1RNQWR

v v

v
i...DXNQ':;

v

v

lwI jll~! o
l-ili·n·
l

; li

v

v v
\I

Ryc.

l

lt\

k'

"

•.(,.

.e•....

v.

vv

v
v

I

~

'-'-'-

v v

o

v

o

o ••

..l

o
o

11

•

~

!!!I
III

\I

!

00

i,fZE'SK.Q

o

O

•oe

•

11

UOCJ_JNlr:ł

,. " __:::~ • !9
-

•

•

O

-"'-'"

l!!I

NOHY

rRRG

4. Rozpowszechnienie
chałup jednotraktowych
rozwiniętych
na
centralnych
i dwutraktowych.
Rys. J. Czajkowski

tle

zasięg~i

cha.hl.p

złożony z komory-izby-sieni-izby. Nie ma tu już zwartego zasięgu v,,',\stępowania tych chałup. Wręcz przeciwnie, grupują się one w kilku zamkniętych rejonach, tj. w okolicy Chrzanowa i Olkusza, Jędrzejowa
i Włoszczowej, Bochni i Brzeska oraz na Podhalu. Znajdujemy je też
w okolicach Częstochowy i Kłobucka, a jak wiadomo, chałupa centralne,
i tam była rozpowszechniona (ryc. 4).
Dom z dwiema izbami i komorą jest zjawiskiem stosunkowo młod.,'r.:.
Materiały żródłowe dla Krakowskiego potwierdzają jego; stosowanie ju'l.
w pierwszej połowie XVIII w., ale w minimalnych ilościach. Z początku
tego okresu znane są opisy analogicznych rozplanowań budynkó"v folwarcznych, karczem i browarów. One więc mogły być wzorem dL!
chłopskiego budownictwa, ale źródio zmian ewolucyjnych tkwiło przede

�JERz'Y

CZAJKOWSKI

wszystkim
w zamożnoscl.
Sama zaś ewolucja przebiegała
najprawdopodobniej podwójną
drogą: przez dobudowywanie
drugiej izby do chałupy
centralnej,
albo przez zamianę stajni na izbę. Skutek jednakowy,
ale drogi różne. To tłumaczyłoby
istnienie
kilku oderwanych
od siebie obszarów występowania.
W przypadku
Podhala i wsi pienińskich
jest pewne,
ŻE" rozwój
budynku odbywał się wyłącznie przez dostawianie
drugiej izby
i to głównie w XIX w. Niedwuznacznie
wskazują
na to materiały
archiwalne ~1.
Spośród innych odmian domów w układzie
jednotraktowym
warto
jeszcze zwrócić uwagę na chałupy
z dwiema izbami w amfiladzie
oraz
stajnią po przeciwnej
stronie sieni (ryc. 3). Występują
one w dwu główn\'ch zgrupowaniach,
tj. w północnej
części regionu krakowskiego
i na
pugraniczu
Kieleckiego
oraz na południowym
wschodzie, głównie w pra\vGbrzeżnym
zlewisku Dunajca (ryc. 4).
\V::daje się, że rodowód drugiej izby jest odmienny
w obu regionach.
I\a północy
może się wiązać z dokonaną
przemianą
komory
na izbę
, ....chałupach
omówionych
wyżej, natomiast
w okolicy Dunajca budownictwo nosi szereg cech architektury
zachodniopogórzańskiej·
(z rejonu
Gorlic), gdzie rozwój chałupy następował
prawdopodobnie
przez dobudowanie drugiej izby. W jednym i drugim regionie chałupy
te od dawna
stawiali zamożni rolnicy .
. Chałupy
dwutraktowe
różnią się diametralnie
od jednotraktowych,
gdyż \\" najprostszym
układzie posiadają co najmniej
po dwa pomieszczeni" ułożone parami
po obu stronach
sieni. Istnieje
tu szereg odmian,
\\' któr:,'ch mamy bądź to pomieszczenia
mieszkalne,
schówkowe i in wentarski&lt;.: pod jednym
dachem, bądż też te ostatnie
są wyłqczone.
Kiedy
indziej program
jest wyłącznie
mieszkalny.
Jedną z ciekawszych
odmi&lt;:ll1
stanowią
chałupy
złożone z 6, 8, a nawet 9 pomieszczeń.
W większości
przypadków
były to izby (do 5) i komory (do 4). Charakterystyczny
jest
znsięg tych wielov'.'l1ętrznych
domów, które znajdujemy
głównie w nad,,··jślańskich wsiach w Proszowickiem
(okolice Brzeska Nowego), po drugiej stronie Wisły w rejonie Niepołomic
oraz w pobliżu rzeki Raby, od
Gdowa do Bochni. Z reguły były to wsie bogate, położone na żyznych
gl\:'bach.
liogólniając
kwestię zasięgu wszystkich
odmian planu dwutraktowego
można powiedzieć,
że chałupy te były charakterystyczne
w szeroko pojętf] okolic~c Krakowa
po Olkusz, Miechów na północy, Proszowice
oraz
widły Wisły i Raby na wschodzie,
Myślenice,
Wadowice
na południu,
a wzdłuż południowych
brzegów Wisły do granic Sląska (ryc. 2, 4).
Można suponować,
że wszelkie
przemiany
w rozwoju
budownictwa
el

WAP Kr., SI. NT 14, pl. 31; 64, pl. 1.

�Ze

'tumów

nad

btldownlctwem

ludowym

1O~l

ludowego dokonały si0, najszybciej w okolicy Krakowa. Mogła tu oddziaływać architektura miejska czy pDdmiejska. Wydaje się, że rozprzestrzenienie się planu dwutraktowego przebiegało w dwu etapach. Wcześniej
rozchodziła się i została przyjęta chałupa ze stajnią pod jednym dachem,
później bez tej ostatniej. Dom ze stajnią miał - zdaje się - większą tendencję do rozprzestrzeniania się w kierunku północnym. Silnie zwartv
zasięg wokół Krakowa oraz masowe występowanie tej chałupy w okolicach Wadowic i Oświęcimia mogłoby wskazywać, że w przypadku tych
ostatnich regionów działał odwrotny prąd kulturowy, śląski, który niósł
z sobą analogiczne cechy rozwojowe architektury wiejskiej. Przyponmicć
warto, że właśnie wzdłuż południowych brzegów Wisły utrzymywała się
konstrukcja sochowo-ślemieniowa, poligonalny sposób budowy stod6ł,
które to zjawiska występowały m. in. również na Sląsku. Ponadto przenikonie ludovvych strojów o cechach śląskich na teren Oświęcimskiego
i Wadowickiego świadczy o wschodnim kierunku kulturowych w:pływów
śląskich.
Kiedy doszło do wykształcenia się planu dwutraktowego i jego ekspansji na dalsze tereny? Odpowiedź na to pytanie jest niemożliwa do precyzyjnego określenia. Najwcześniejsza informacja o domu dwutraktowym
pochodzi z końca XVII w. (Bieńczyce, 1697 r.) 22. Zapewne jednak plan,
o którym mowa, znany był wcześniej, ale prawdop{)dobnie dopiero na
koniec XVIII V/., ewentualnie początek XIX stulecia przypadło szerokie
upowszechnienie się tej formy. Źródła nie dostarczają zbyt wielu przykładów tego rodzaju budownictwa u chłopów podkrakowskich. Wręcz przeciwnie, na całym terenie panowała chałupa jednotraktowa o dwu rodzajach planów, a mianowicie centralna o układzie sień-izb a-komora i pochodna od niej: stajnia-sień-izba-komora.
Program dwutraktowy jako
bardziej nowoczesny, spełniający szersze wymogi, wypierał jednotrakt.
który pozostał powszechny na peryferiach ziemi krakowskiej i długo na
góralszczyźnie.
W podhalańskich wsiach, a także na przykładzie szeregu obiektów
mieszkalnych na Źywiecczyźnie widać, że drugi trakt powstawał w XIX w.
przez dostawianie komór wzdłuż izby białej i czarnej lub izby i komory.
Nie znaczy to, że na początku ubiegłego stulecia w ogóle nie było dwutraktowych budynków. Zdarzały się, ale bardzo rzadko i tylko w niektórych wsiach. Np. w Poroninie w 1820 r. pięciu chłopów miało podwójne
komory, u czterech zaś w obrębie domu były trzy izby. W Szaflarach
tylko czterech miało domy z trzema lub czterema pomieszczeniami, w Zaskalu było takich właścicieli pięciu, w Białym Dunajcu czternastu, a w Murzasichlu siedmiu 23. Dane te dowodzą, że na początku XIX w. dwutrakJ. Bleniarz6wna, a chłopskie
,,~WAP Kr., St. NT 14, pl. 31.

22

prawa.

Kraków

1954, s. 231-242.

�no

JERZY

CZAJKOWSKI

towy dom był na Podtatrzu zjawiskiem bardzo rzadkim i pozmeJszym
aniżeli w pobliżu Krakowa. Mało prawdopodobne jest, by rozwój dwutraktu podhalańskiego odbywał się pod wpływem krakowskim, choćby
dlatego, że w programie domu w tym rejonie pomieszczenia inwentarskie
pozostawały poza obrębem mieszkania. Poza tym system rozwijania budynku wszerz przez dostawianie dobudówek (jaty) był w XIX w. obcy
(lub już zapomniany) mieszkańcom nizin, występuje natomiast prawie we
wszystkich góralskich grupach etnograficznych, a między innymi na sąsiedniej Słowacji.
Zrozumienie wielu kwestii w dotychczasowej analizie jest może utrudnione, gdyż z konieczności pominięto olbrzymią większość wariantów i to
zarówno jednotraktowych, jak i dwutraktowych. Nie będziemy również
omawiać szerzej zasygnalizowanej na początku półtoratraktowej formy
rozplanowania. Uogólniając od razu to 'zagadnienie powiemy tylko, że na
omawianym terenie mamy do czynienia przede wszystkim z półtora traktem mieszkalnym, a więc takim rozplanowaniem, w którym po jednej
stronie sieni jest izba i komora (lub 2 izby) ułożone równolegle do kalenicy, po drugiej zaś stronie sieni są pomieszczenia w układzie jednotraktowym. Istnieje szereg odmian tych chałup, zaś ich zasięg geograficzny
pokrywa się w dużym stopniu z rozprzestrzenieniem chałup dwutraktowych, ale wyłącznie na zachodzie i południu. Wyraźna tendencja do
rozwoju i przyjęcia podziału półtoratraktowego uwidoczniła się na obszarach podgórskich. Brak liczniejszych dowodów, na których można by
oprzeć wnioskowanie o wykształceniu się tej formy planu. Można jedynie
przypuszczać, że na omawianym terenie półtoratrakt jest wynikiem
krzyżowania się starego układu jednotraktowego z później powstałym
dwutraktem, a nie na zasadzie stopniowej ewolucji. Do takiej hipotezy
sJdania nas specyficzny zasięg terenowy. Należy jednak zastrzec, że
etnograficzny region Krakowskiego jest za mały, by wysunąć niepodważalne wnioski. Być może, że po porównaniu analogicznych zjawisk w całej południowej Polsce będzie możliwe ich wyjaśnienie. Na razie problem
musi zostać otwarty.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10862" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10840">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/320994074ce34da5eadda19611a8aeef.pdf</src>
        <authentication>7e0198138f85f6abe2a256d0e4ad681b</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129523">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3761</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129524">
                <text>1960</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129525">
                <text>pszczelarstwo</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129526">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3531</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129527">
                <text>Ozdobne ule skrzynkowe/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1960 t.14 z.4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129528">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1960 t.14 z.4, s.206-210</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129529">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129530">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129531">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129532">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="129533">
                <text>Jerzy

Czajkowski

OZDOBNE

II. 1. Ul malowany.
pow.
Brzesko.
Wl.
w
Krakowie.
Z u ż y w a n y c h przez pszczelarzy form u l i — ule
skrzynkowe są formą najmłodszą, k t ó r a w ś r ó d ludu
zaczęła r o z p o w s z e c h n i a ć się dopiero od k o ń c a X I X w .
Zgodnie z n a z w ą , ul taki s k ł a d a się ze skrzynki zbitej
/. desek, posiadającej kształt p r o s t o p a d ł o ś c i a n u zbu­
dowanego na podstawie p r o s t o k ą t n e j , rzadziej k w a ­
dratowej.
Skrzynka ula wzniesiona jest zwykle nad
po­
w i e r z c h n i ę ziemi dzięki czterem niezbyt wysokim
nóżkom, k t ó r e niekiedy zastępują w b i t e w ziemię
p a l i k i lub kamienie. Od g ó r y ule skrzynkowe zabez­
piecza dach najczęściej dwuspadowy; k r a w ę d z i e da­
chu, wypuszczone szeroko na z e w n ą t r z , o c h r a n i a j ą
budyneczek od deszczu. Dachy p r z e w a ż n i e wykony­
wane s ą z desek, często dodatkowo nakrytych p a p ą
lub gontami. Rzadziej użyty jest inny m a t e r i a ł , jak
"blacha, d a c h ó w k a lub słoma, a jeszcze rzadziej —
p ł a t y kory, k t ó r ą często nakrywano ule kłodowe.
O p r ó c z dwuspadowych znajdujemy czasem dachy pół­
o k r ą g ł e lub czterospadowe, jak np. na ulu z Przybysławic.
Podobnie jak to bywa z u l a m i plecionymi ze słomy
lub u l a m i k ł o d o w y m i w y k o n a n y m i z pnia — tak
i ule skrzynkowe są niekiedy traktowane w sposób
dekoracyjny. Idea zdobienia u l i nie jest nowa. W y ­
daje się, że z p o c z ą t k a m i zdobienia m o ż n a z e t k n ą ć
się już przy oznaczaniu w ł a s n o ś c i o w y m barci, prze­
c h o d z ą c y m na ulach kłodowych w mniej lub więcej

206

ULE

SKRZYNKOWE

Przybyslawice,
Muz.
Etnogr.

skomplikowane wzory zdobnicze, co m o ż n a s p o t k a ć
z a r ó w n o na terenie Polski jak i pobliskiej Słowacji.
Jeśli chodzi o ule skrzynkowe, tendencje zdobnicze
w y r a ż a j ą się niekiedy w sposobie traktowania ogól­
nej formy budynku. P r z y k ł a d e m jest np. ul z Przyb y s ł a w i c (pow. Brzesko), k t ó r e m u dano p o s t a ć wieży
z poziomą g a l e r y j k ą umieszczoną w połowie wyso­
kości ( i l . 1), lub m a ł y u l dla k r ó l o w e j , wykonany
przez Franciszka Markowskiego z M r o k o w a (pow.
Garwolin), w k t ó r y m dwuspadowy, ł a m a n y dach autor
z a o p a t r z y ł w w y m y ś l n ą , a ż u r o w a n ą s t e r c z y n ę , a cały
budyneczek w s p a r ł od d o ł u na skomplikowanej pod­
stawie. Przyozdobianie u l i dekoracjami o charakterze
architektonicznym ma u nas dość odległe tradycje.
J u ż w pasiece Jana Dzierżonia, s ł y n n e g o t w ó r c y no­
woczesnego pszczelarstwa, z d a r z a ł y się ule ozdobione
na szczytowych k r a w ę d z i a c h dwuspadowych d a s z k ó w
(podobnie ozdobiony jest współczesny u l z Białego
Boru, pow. Mielec — i l . 2).
Niekiedy zdarza się, że na powierzchni ula w y s t ę ­
p u j ą dekoracje plastyczne wykonane t e c h n i k ą sny­
cerską. Na Podhalu spotyka się obecnie ule skrzyn­
kowe, k t ó r e na ś c i a n k a c h m a j ą w y r y t e cyrklowe ro­
zety i leluje, j a k b y przeniesione bezpośrednio z r y ­
zowanego s o s r ę b u ( i l . 3). Wzory wykonane s ą t u przy
pomocy d ł u t a . Ryt nie jest głęboki, a w z ó r rodzimy,
p o d h a l a ń s k i . Z tego samego terenu znany jest r ó w -

�II. 2. Ul
zdobiony
rzeźbą. 1930 r. Wyk.
Józef Mazur,
Bobro­
wa, pow. Dębica. Wl.
Władysława
Cronia,
Biały Bór, pow. Mie­
lec. II. 3. Ul zdobio­
ny ryzowaniem.
Zaskok,
pow.
Nowy
Targ.
2
nież (reproduKowany w pracy T. Seweryna') u l kło­
dowy z k o ń c a X I X w. z ryzowanymi m o t y w a m i r o ś ­
l i n n y m i i geometrycznymi, co w s k a z y w a ł o b y na ciąg­
łość tradycji w snycerskiej dekoracji powierzchni u l i .
Prócz ozdób plastycznych wykonanych bezpośred­
nio na ścianie ula, spotyka s i ę r ó w n i e ż płaskorzeźbione dekoracje przymocowywane na jego ścianach,
szczególnie z a ś przy otworze w l o t o w y m , czyli tzw.
„oczku". Ozdoby takie dosyć często w y s t ę p u j ą j u ż na
ulach k ł o d o w y c h , czego p r z y k ł a d y znamy z a r ó w n o
z terenu P o l s k i j a k S ł o w a c j i , czy M o r a w . B y w a j ą
wypadki, że — podobnie j a k ornamenty ryzowane —
ozdoby te p r z e c h o d z ą ze starszych u l i k ł o d o w y c h na
skrzynkowe. P r z y k ł a d e m może być nie istniejący j u ż
dziś u l W ł a d y s ł a w a Gronia z Białego Boru, pow.
Mielec ( i l . 2 ) . Ozdoby z tego ula, w postaci d w u
rzeźbionych masek, z n a j d u j ą s i ę dziś w Muzeum" Etno­
graficznym w K r a k o w i e . Rzeźby te s ą bardzo ciekawe
i zasługują na szczegółowy opis. Jedna z nich przed­
stawia twarz „ C h i ń c z y k a " , druga z a ś „Żyda". W y k o n a ł
je Józef Mazur z Bobrowej (pow. Dębica) w roku 1937.
2

3

4

5

G ł o w ę „ C h i ń c z y k a " (wys. 24 cm, szer. 22 cm)
cechuje spłaszczony nos, lekko s k o ś n e oczy, wydatne,
ale płasko cięte usta z widocznymi z ę b a m i i szeroka,
spłaszczona t w a r z o silnie zaznaczonych kościach po­
liczkowych. Realizm r z e ź b y p o w i ę k s z a j ą włosy, w y ­
r a ż o n e d r o b n y m i i gęstymi nacięciami na powierzchni
drewna ( i l . 4).
G ł o w a „Żyda", wykonana — podobnie j a k poprzed­
nia — z drzewa olchowego, potraktowana została
przez r z e ź b i a r z a w sposób nieco groteskowy. Poszcze­
gólne elementy twarzy, jak nos. oczy, usta, s ą p e ł n e
1

T. Seweryn, Ludowa
świecka rzeźba
monumen­
talna, „ P o l s k a Sztuka Ludowa", 1955. nr 2, s. 69, ryc 3.
Jw., s. 71, ryc. 5 1 6.
R. Bednarik,
Slovenske
ule, Bratislava 1957,
a. 104, 120.
Np. pasieka z u l i k ł o d o w y c h ozdobionych mas­
kami w Muzeum w Roznovie
2

ekspresji. D u ż e oczy mają czarne, poszerzone źrenice,
a siłę wzroku s k o n c e n t r o w a n ą w jednym punkcie
podkreślają mocno zaznaczone l u k i b r w i o w e i b r w i .
W olbrzymich, p ó ł r o z w a r t y c h ustach t k w i jeden z ą b .
wykonany z gwoździa. G ó r n ą w a r g ę zdobią sumiaste
wąsy, pomalowane, podobnie jak b r w i . czarna farbą.
Najbardziej w y d a t n y m punktem twarzy jest krogulezy
nos, k t ó r y w swej. podstawie odstaje od twarzy 6 c m .
Jest on dorobiony z innego k a w a ł k a drewna l i i M
Obie głowy przybite były (za u s z y ) do ścian ula.
Zwyczaj przybijania u wlotu do ula figurek wy­
obrażających postacie ludzkie, orła, sowę, gęś. ko­
guta — T. Seweryn tłumaczy chęcią ochrony za war
tości ula przed złodziejami ». Wydaje się jednak, że
oprócz tego rodzaju w y j a ś n i e n i a m o ż n a by w z i ą ć [xxi
uwagę
również
pragnienie
pomnożenia
dobytku
w sposób magiczny; wydaje się to n i e w ą t p l i w e szcze­
gólnie w odniesieniu do postaci koguta, wiadomo bo­
wiem, że w magii ludowej gra on rolę czynnika
w z m a g a j ą c e g o p ł o d n o ś ć ' . Ten sam cel mogło mieć
umieszczanie Wlotu do ula w ś r o d k u między rozwar­
t y m i nogami przybitych na z e w n ą t r z ludzkich postaci.
W czasach dzisiejszych magiczny charakter wspom­
nianych t u w y o b r a ż e ń zupełnie z a t a r ł się w ś w i a d o ­
mości pszczelarzy. Właściciel i ofiarodawca rzeźbio­
nych masek z Białego Boru. W ł a d y s ł a w Gron, i-oltj
ich t ł u m a c z y ł w sposób bardzo prosty: ..podobało mi
się j a k pszczoły wchodziły do gęby''.
Daleko bardziej od u l i zdobionych p r z y pomucy
technik snycerskich rozpowszechnione są na terenie
Polski ule skrzynkowe barwnie malowane. Kiedy lei.
zwyczaj p o j a w i ł się w ś r ó d pszczelarzy, trudno d o k ł a d 5

Odkryty w 1950 r. w czasie badan terenowych,
prowadzonych przez Sekcję Badania F l a s t y K i Luo&lt;&gt;wej IS P A N w Krakowie.

3

4

8

7

T. Seweryn, op

J. Gajek,
L w ó w 1934.

Kogut

clt.. s
w

77
wierzeniach

ludowych.

20-

�H. 4. Głowa Chińczyka.
II. 5.
Głowa
Żyda.
Rzeźby
z ula.
Biały Bór, pow. Mielec.
Wyk.
Józef Mazur. Bobrowa,
pow.
Dębica.

II. 6. Ul malowany. Pielgrzymka,
pow.
II. 7. Ul malowany z pasieki Sebastiana
Jurgów, pow. Nowy Targ.

Gorlice.
Górki.

�I

I

U. 8. Ul malowany.
Skawa
Dolna, pow. Sucha. II. 9. Ul
malowany. Lubla, pow. Strzy­
żów. 11. 10. Ul malowany. Ho­
la, pow. Włodawa.
11. 11. Ul
malowany.
Wandalin,
pow.
Opole Lubelskie.
II. 12. Ul ma­
lowany. Niewino Stare. pow.
Bielsk
Podlaski.

niej określić. Skoro jednak ule skrzynkowe rozpo­
w s z e c h n i a j ą s i ę na wsi dopiero pod koniec ubiegłego
wieku, m o ż n a przypuszczać, że kolorowe zdobnictwo
uli zjawiło się nie wcześniej niż ok. I wojny ś w i a t o ­
wej. Obecnie z malowanymi r ó ż n o b a r w n i e ulami
skrzynkowymi spotykamy s i ę na terenie całej Polski,
zawsze jednak s ą to b ą d ź pojedyncze pasieki ( K r a ­
kowskie, Rzeszowskie e t c ) , b ą d ź nawet pojedyncze
ule w pasiekach. Nigdzie natomiast zwyczaj różno­
barwnego malowania u l i nie p r z y j ą ł s i ę tak szeroko,
a b y ś m y go mogli n a z w a ć powszechnym.
Często m ó w i się o t y m , że malowanie u l i jaskra­
w y m i kolorami ma na celu u ł a t w i a n i e pszczołom tra­
fienia do w ł a ś c i w e g o ula. Czy pszczoły istotnie potrze­
bują tego rodzaju ś r o d k ó w pomocniczych, wydaje się
co najmniej w ą t p l i w e . Skoro pszczoła t r a f i a ł a do swo­
jej barci zagubionej w ś r ó d t y s i ą c a identycznych pra­
wie drzew w puszczy, skoro trafiała do swego ula
w olbrzymich pasiekach podolskich, złożonych cza­
sem z setki i więcej jednakowych p n i , t y m bardziej
potrafi z o r i e n t o w a ć s i ę w o b r ę b i e tych k i l k u u l i
skrzynkowych, k t ó r e s k ł a d a j ą się dziś na p r z e c i ę t n ą
pasiekę. Przeloty pszczoły rzadko p r z e k r a c z a j ą od­
ległość 3—4 k m od ula. Dzięki przeprowadzonym
badaniom nad życiem pszczół wiemy, że posiadają
one d o s k o n a ł ą p a m i ę ć miejsca . że z w r a c a j ą u w a g ę
na znaki orientacyjne, j a k gałęzie, kołki, d e s k i , nie
8

9

8

K . Frisch, Zycie pszczół.
s. 51, 65.
St. Mendrala, Pszczoły,
Warszawa 1947. s. 249.
9

Warszawa [bez daty],

m ó w i ą c j u ż o prawdziwych znakach topograficznych,
jak domy, drzewa i t p .
Większe bodaj znaczenie od orientacji wzrokowej
ma u pszczół doskonale rozwinięty zmysł powonienia.
P o m i j a j ą c jednak to ostatnie, z w r ó ć m y u w a g ę na spo­
sób reagowania pszczół na barwy. Jest dowiedzione,
że w i d z ą one kolory, nieco inaczej jednak n i ż oko
człowieka. Nie r e a g u j ą na fale długości ponad 650 m i l i m i k r o n ó w , natomiast w y c h w y t u j ą fale ultrafioletowe
długości 365—300 m i l i m i k r o n ó w , k t ó r e nie są j u ż do­
s t ę p n e dla oka ludzkiego. W kolorach w y g l ą d a to
n a s t ę p u j ą c o : w i d z ą „[...) na pewno kolor żółty, błę­
k i t n y i biały, przy czym biel o ł o w i a n a wydaje się
pszczołom jako biała l u b jasnoszara, zaś na biel cyn­
kową, t y t a n o w ą i t i t o f a n o w ą reagują tak samo j a k
na niebieskozieloną. Podobnie j a k żółty, w i d z ą t a k ż e
kolor zielony. P o m a r a ń c z o w y i cynober wydaje się
pszczołom jako ś r e d n i o i ciemnobrunatny", kolor czer­
wony widzą jako czarny, a na purpurowoczerwony.
m a j ą c y d o m i e s z k ę niebieskiego i fioletowy
reagują
j a k na ś r e d n i o i ciemnoniebieski, biel zaś w naturze
widzą jako niebieskozieloną .
10

Mając w ten sposób w y ł o ż o n ą reakcję pszczół na
kolory, widzimy, że malowanie u l i może m i e ć pewien
sens racjonalny. Z drugiej strony, nie jest to bez­
względnie konieczne, gdyż — j a k mówi K Frisch —
„zapach jest d l a pszczół bardziej p r z e k o n y w a j ą c y " .
1!

10
11

ich życie

i

Jw., s. 246, 249, 250; K . Frisch. op. cit.. s. 53.
K . Frisch. op. cit.. s. (if).

produkty.

209

�T a k ż e wiele najnowszych p o d r ę c z n i k ó w pszczelarskich
malowanie u w a ż a g ł ó w n i e za sposób konserwacji ula,
n a d a j ą c y m u estetyczny w y g l ą d lub c h r o n i ą c y przed
d z i a ł a n i e m słońca (malowanie na b i a ł o ) .
Obecnie d u ż y procent pszczelarzy ludowych korzy­
sta z l i t e r a t u r y fachowej (periodyki, książki), s t ą d
też p o g l ą d y ich na znaczenie malowanych u l i nie
różnią się zbytnio o d naukowych, tak j a k i metody
hodowlane nowoczesnego, racjonalnego pszczelarstwa.
Charakter malatur na ulach wskazuje ponad w s z e l k ą
w ą t p l i w o ś ć , że na plan pierwszy w y s u w a j ą się tu
momenty estetyczne. W dotychczasowej literaturze
poświęconej sztuce ludowej nie spotykamy pracy po­
święconej malaturom na ulach, m a ł o też uwagi po­
ś w i ę c a n o temu zagadnieniu w czasie b a d a ń tereno­
wych. T y m w i ę k s z ą w a g ę posiadają dla nas m a t e r i a ł y
zebrane z tego zakresu przez Sekcję Badania Plastyki
Ludowej IS P A N w K r a k o w i e (posłużyły one r ó w n i e ż
za o s n o w ę przy opracowaniu niniejszego szkicu).
I2

Na podstawie posiadanych m a t e r i a ł ó w ilustracyj­
nych i opisów, w ś r ó d malowanych u l i skrzynkowych
wydzielić m o ż n a k i l k a grup, różniących się od siebie
sposobem r o z w i ą z a n i a dekoracji malarskiej. Najlicz­
niejszą n i e w ą t p l i w i e
g r u p ę s t a n o w i ą ule, k t ó r y c h
skrzynka posiada ś c i a n y jednolicie pomalowane na
r ó ż n e kolory, np. front na niebiesko, boki na b r ą z o w o
czy biało. W grupie tej odmiennym kolorem pod­
k r e ś l a się k r a w ę d z i e b r y ł y budynku, deseczkę poniżej
„oczka", czasem p r o s t o k ą t n e pola zdobnicze, k t ó r e
s t a n o w i ą pojedyncze ściany, dzieli się na d w i e r ó ż ­
nego koloru
powierzchnie, s t y k a j ą c e się ze sobą
w z d ł u ż p r z e k ą t n i . Trudno jest oczywiście rozstrzygnąć,
w jakiej mierze w tej grupie malownych u l i malatura
w y n i k a z podniet estetycznych, a w jakiej jest w y r a ­
zem potrzeb czysto praktycznych, j a k chęć konserwacji
drewna czy też u ł a t w i e n i e orientacji pszczołom.
D r u g ą g r u p ę s t a n o w i ć b ę d ą ule, na k t ó r y c h po­
wierzchni, zagruntowanej t y m czy i n n y m kolorem,
p o j a w i a j ą się elementy o n i e w ą t p l i w i e dekoracyjnym
charakterze. W ś r ó d tych u l i pewna, dosyć zresztą
p o w a ż n a część zdobiona jest w sposób abstrakcyjny,
przy pomocy rytmicznie rozplanowanych e l e m e n t ó w
geometrycznych. Najprostszym p r z y k ł a d e m z tej grupy
będzie ul z Pielgrzymki (pow. Gorlice), k t ó r e g o po­
wierzchnia pokryta jest w całości
równomiernie
rozłożonymi niebieskimi kropkami ( i l . 6). Z w y k l e de­
koracja w tej grupie u l i bywa jednak bardziej skom­
plikowana, co w y r a ż a się z a r ó w n o przez z r ó ż n i c o w a ­
nie kolorów tła, j a k i przez szerszy wachlarz elemen­
t ó w zdobniczych, w ś r ó d k t ó r y c h obok kropek poja­
w i a j ą się t r ó j k ą t y i półkola ( i l . 7) lub starannie roz­
planowane motywy pasowe złożone z ł u k ó w ( i l . 8),
co upodobnia ten u k ł a d ornamentu do n i e k t ó r y c h
u k ł a d ó w w y s t ę p u j ą c y c h na żelaznych okuciach.

I n n ą g r u p ę s t a n o w i ą ule, na k t ó r y c h powierzchni
znajdujemy m o t y w y r o ś l i n n e lub antropomorficzne.
M o t y w y r o ś l i n n e b y w a j ą b ą d ź silnie zgeometryzowane,
j a k to m o ż n a s t w i e r d z i ć na ścianie ula z L u b l i (pow.
Strzyżów, i l . 9), b ą d ź traktowane w s p o s ó b schema­
tyczny, ale m i m o to z pewnym zacięciem realistycz­
n y m ( i l . 10). Tematyka figuralna z a r ó w n o antropoj a k i zoomorficzna nie b y ł a dotychczas notowana
w m a t e r i a ł a c h d o t y c z ą c y c h u l i malowanych. Raz jeden
tylko na frontowej ścianie ula z Wandalina (pow.
Opole Lubelskie) spotkano kompozycję d e k o r a c y j n ą ,
k t ó r ą s t a n o w i ą d w i e umieszczone nad sobą, w ą s a t e
twarze ludzkie, wykonane w sposób skrajnie sche­
matyczny ( i l . 11).
Czasem zdarza się, że m o t y w y geometryczne oraz
mniej lub więcej dekoracyjnie traktowane motywy
r o ś l i n n e w y s t ę p u j ą na malowanych ulach obok siebie.
Spotykamy się z t y m w pasiece z M r o k o w a (pow.
Garwolin), k t ó r e j ule odznaczały się nie spotykanym
wprost bogactwem malarskiej dekoracji. Pasieka ta
ma zresztą z u p e ł n i e w y j ą t k o w y charakter, podobnie
j a k i jej t w ó r c a , niedawno z m a r ł y Franciszek So­
chacki.
1 3

Z e w n ę t r z n e p o d o b i e ń s t w o ula skrzynkowego do
domu mieszkalnego prowokuje niejako, aby je t y m
bardziej p o d k r e ś l i ć przez odpowiednie malowanie.
S t ą d na ś c i a n a c h u l i spotyka się malowane okna, za­
rysy murowanego fundamentu ( i l . 12), a w wypadkach,
gdy budynek ula wykonany jest w kształcie np. wieży
(il. 1), c a ł e ściany malowane są w sposób m a j ą c y
n a ś l a d o w a ć bloki kamiennego m u r u .
D o b ó r i zestawienie k o l o r ó w zależą od i n d y w i ­
dualnego podejścia pszczelarzy-malarzy. Pytany o to
pszczelarz z Podhala w y r a z i ł się w ten s p o s ó b :
„pszczoły l u b i ą te kolory na ulach, k t ó r e najczęściej
s p o t y k a j ą w przyrodzie". Jest to zupełnie naturalne,
ale niezgodne z i n t e n c j ą : „ m a l u j e m y po to, by
pszczoła ł a t w i e j z n a l a z ł a d r o g ę p o w r o t n ą do ula",
podczas gdy stosowanie k o l o r ó w najczęściej spotyka­
nych w przyrodzie powinno raczej u t r u d n i a ć owadowi
trafienie do swego ula. Sądząc z przeprowadzonych
r o z m ó w i obserwacji, najczęściej stosowanymi kolo­
rami s ą : niebieski, zielony, żółty i , o dziwo, kolor
czerwony, to jest ten, którego pszczoła nie rozpoznaje,
w i d z ą c go jako czarny. Wymienione kolory w y s t ę ­
p u j ą w najrozmaitszych odcieniach. Poza t y m spo­
tykamy kolory: brązowy, biały, czarny, różowy, fio­
letowy i inne.
O b s e r w u j ą c rozwój malatur na ulach skrzynko­
wych, u c h w y c i ć m o ż e m y c i e k a w ą ewolucję, k t ó r e j
proces bynajmniej nie został jeszcze zakończony. W i ­
dzimy bowiem, j a k z prostego pokrywania powierzchni
ula farbą, podyktowanego przede wszystkim momen­
tami praktycznymi, zaczyna p o w s t a w a ć nowa gałąź
ludowej sztuki dekoracyjnej.

12

[Zbiór.] Pszczelarstwo,
Warszawa 1951, s. 71;
rzbior.] Poradnik
Pszczelarza,
Warszawa 1952, s. 135;
M . Janiszewski, Ule i sprzęt pasieczny, Warszawa 1957,
s. 24.

13

W jednym z najbliższych n u m e r ó w p o ś w i ę c i m y
temu t w ó r c y specjalny a r t y k u ł . Red.

Fot: Jerzy Czajkowski — il. 6, 7, 11; Stefan Deptuszewski
— il. 1, 4, 5, 8, 9, 12; Maria Przeździecka
— il. 3, 10,

— il. 2; Michał

Maśliński

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11380" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="11358">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/02a57f68ead248ede6482af45c153bcf.pdf</src>
        <authentication>e7254e6de5d2d8ac759905f3178f76fc</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135570">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4098</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135571">
                <text>1956</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135572">
                <text>wycinanka ludowa</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135573">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3825</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135574">
                <text>Wycinanki kielecko-radomskie / Sztuka Ludowa - Konteksty 1956 t.10 z.4-5</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135575">
                <text>Polska Sztuka Ludowa 1956 t.10 z.4-5 ;s.228-240</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135576">
                <text>Czajkowski, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135577">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135578">
                <text>Państwowy Instytut Sztuki</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135579">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="135580">
                <text>WYCINANKI
( Z materiałom

KIELECKO-RADOMSKIE
zebranych m czasie

badań

terenu)

JERZY

Celem niniejszej pracy jest rozpatrzenie i zanali­
zowanie sztuki wycinankarskiej w tej części woje­
wództwa kieleckiego, którą od strony zachodniej za­
m y k a Nida, od płn.-zach. Radomka, a od strony
wschodniej
— Wisła.
Teren ten w czasie badań prowadzonych przez
Sekcję Badsnia P l a s t y k i Ludowej PIS dostarczył
materiału z około 60 w s i należących d o 7 powiatów
Busko, Kielce, Opatów, Sandomierz, Radom, Stara­
chowice, Kozienice.
Przebadanie t a k dużej ilości w s i pozwala już na
pewne uogólnienia. Analogie i chronologia są t u t a k
bliskie, że wyciągnięte w n i o s k i wydają się słuszne.
Wycinanka papierowa na
terenie
województwa
kieleckiego znana jest od dość dawna, przynajmniej
od 100 l a t . Stwierdzoną datą j e j istnienia są lata
siedemdziesiąte ubiegłego
stulecia.
Siedemdziesiąt
i więcej l a t liczące i n f o r m a t o r k i twierdzą stanowczo,
że i c h m a t k i wykonywały już w y c i n a n k i ; zaznaczają
przy t y m , że dawniej było wycinanek o wiele więcej

Ryc.

228

1. Kolor

niebieski,

CZAJKOWSKI

niż obecnie. Przypuszozać można, że powstanie wy­
c i n a n k i na t y m terenie zbiega się z rozpowszech­
nieniem na w s i kolorowego „glansowanego" papieru.
Ozdabianie wnętrz domów w y c i n a n k a m i było po­
wszechne w całym Kieleckiem i Radomskiem; za­
chodziły t u jedynie różnice ilościowe. We wsiach
p o w i a t u kozienickiego (Radomskie) przed I wojną
światową każdy niemal d o m krył w s w o i m wnętrzu
liczne kolorowe w y c i n a n k i . Natomiast w powiatach
południowo-wschodnich w y c i n a n k a pojawiała się o
wiele rzadziej, względnie była zjawiskiem tak krót­
kotrwałym, że często starzy ludzie mający 70 lat nie
pamiętają j e j .
Pierwsza w o j n a światowa, która w e wszystkich
dziedzinach życia wiejskiego spowodowała olbrzymie
zmiany, i w t y m dziale k u l t u r y ludowej uczyniła
duży w y ł o m Już w pierwszych latach w o j n y w y ­
c i n a n k i zaczęły gwałtownie zanikać. Ostatecznego
ich pogromu dokonano w pierwszych latach po za­
kończeniu I w o j n y światowej, k i e d y t o odradzający
się przemysł zarzucił wieś s w o i m i w y t w o r a m i . Miej-

średnica 20 cm i 34,5 cm. Wyk. Katarzyna
Kozienice,
r. 1953.

Zyzek

lat 60. Strykowice,

pow.

�Ryc. 2. Kolor fioletowy, średnica 17,5 cm. Wyk.
Marla Kowalczyk, lat 52. Wola Solecka,
pow.
Starachowice,
r. 1953.

Ryc. 4. Kolor bordo, średnica 17,5 cm. Wyk.
Janina Żdżalik, lat 25. Strykowice,
pow. Ko­
zienice, r. 1953.

Ryc. 6. Kolor czarny, średnica 18 cm. Wyk. Ma­
ria Swiostek, lat 40. Krzyżanowice, pow. Sta­
rachowice,
r. 1953.

Rys. 3. Kolor czarny, średnica 18 cm. Wyk. Ka­
tarzyna
Zyzek,
lat 60. Strykowice,
pow. Ko­
zienice,
r. 1953.

Ryc. 5. Kolor fioletowy,
średnica 21 cm. Wyk.
Katarzyna
Mroczek.
Brzozowa,
pow. Opatów,
r. 1953.

Ryc. 7. Kolor
czarny, średnica 17,5 cm. Wyk.
Maria
Swiostek,
lat 40. Krzyżanowice, pow.
Starachowice,
r. 1953.

229

�CECYLOWKA
(^BRZOZA
WÓLKA BRZÓZKA L
Ol
JASTRZĘBIA
(fAJASTRZ
R A D

£%

0

JEDONIA

M

MOLENDY
GR

00EK

^

o

W

A

°

A

tór^

SUCHAO

PUŁAWY

WYBRANA
OSTRYKOWiCE
KLONOWEJ BARTODZIEJE
ZAMOSC
TC7ÓW

HODRZEJOWICE
CHOTYZIŁ

O

KRZYŻANOWIC

:?A
WOLA SOLECKA

MIRZEC

O

SADKOWICE
O

MARUSZOW o
R0K6t C)

ODŁAZIE
O
JAWORZE O,.
lACZNA

OSTROW.CC \

O

KIELCE
Ęfi WOLA
S U K b w

CHAŁUPKI

JACMOWA

CISÓW
O

O

BUSKO

O

.OPATÓW

CE.SICE
O
kOPATNO

ZbOTA
O

/RUDKI

.PIŃCZÓW

o g R 0 N l S Ł A W Ó W

DRYGULEC

*BIELINY

GNOJNO

JUDKÓW

O

JEZIORKO

°
*
(WOLA MORAWICKA

BRZOZOWA

MOSTKI

SANJJOMIERZ

SZEWCE

ŚWIĄTNIKI

0

O

DOBRA

SKADLA
C Z Y H A Ł A ) RYTWIANY
oTUCZCPY \S,

SUHSLAWICE
w:

WYCINANKA WE WSCHODNIEJ CZESCI
WOJ. KIELECKIEGO
o NIE ROBIONO WYCINANEK
O ROBIONO WYCINANKI 00 0X 1920 R
O WYCINANKA ISTNIAŁA 00 I WOJNY ŚWIATOWEJ
• WYKONUJE SIE WYCINANKI 00 CZASÓW OBECNYCH

�sce wycinanki zajmują teraz tandetne, papierowe
makatki fabryczne.
Drugim niezmiernie ważnym czynnikiem bezpo­
średnio wpływającym na zanik w y c i n a n k i papiero­
wej jest rozwój amatorszczyzny przejawiający się w
masowym zawieszaniu ścian m a k a t k a m i z różnego
rodzaju kotkami, ptaszkami, k w i a t k a m i itp., r o b i o ­
nymi ze słomy czy kolorowych szmatek l u b m a l o ­
wanymi olejnymi f a r b a m i na tkaninie. M a k a t k i t e ­
go rodzaju wzorowane są n a ręcznych l u b fabrycz­
nych wyrobach miejskich i są klasycznym przykła­
dem inwazji na wieś drobnomieszczańskiego gustu.
W okresie międzywojennym spotykamy się z pró­
bami reaktywizacji w y c i n a n k i ludowej w niektórych
wsiach, gdzie były szkoły. W większości wypadków
próby te nie są udane. Dziewozęta chodzące do szkoły
wykonują wycinanki bądź w ramach godzin szkol­
nych, bądź też — rzadziej — w domu. Z chwilą j e ­
dnak, gdy opuszczą szkołę, zapominają o n i c h z u ­
pełnie lub prawie zupełnie. F a k t ten między i n n y m i
obserwujemy w Czarnoleski, Wilczowoli (pow. K o ­
zienice), czy w Strykowicach (pow. Kozienice), gdzie
od roku 1924 aż do w y b u c h u I I w o j n y światowej
nauczyciel tamtejszy M a r k i e w i c z na lekcjach robót
ręcznych wprowadzał w y k o n y w a n i e wycinanek.
Na podstawie wypowiedzi ustnych sądzić można,
że szkoła na t y m terenie wywarła pewien wpływ
na rozszerzenie się nowego f o r m a t u w y c i n a n k i , a
mianowicie wycinanki k w a d r a t o w e j . Być może, że
i to oddziałało na zamieranie f o r m t r a d y c y j n y c h
tego działu sztuki ludowej. W y c i n a n k i stare (sprzed
I wojny światowej) były przeważnie nieduże, k o ­
liste, natomiast wycinane po I wojnie są znacznie
większe, z całego arkusza „glansowanego papieru''
i przeważnie kwadratowe.
Niektóre w y c i n a n k a r k i
wprost twierdzą, że t a k j e uczono w szkole.
Stare
wycinankarki, względnie te, które przejęły tę sztukę
od swych matek, mają technikę odmienną niż mło­
de, które nauczyły j e j się w szkole.
Szkoła wprowadziła też uprzednie rysowanie wzoru
na złożonym już papierze, podczas gdy dawniej cię­
to przeważnie „na oko", bez rysowania.
Inna różnica między s t a r y m i a młodymi w y c i n a n karkami dotyczy narzędzia pracy: t a m t e posługiwały
się nożycami do strzyżenia owiec, te — często małymi
nożyczkami, a nawet końcem noża l u b żyletką. W y ­
cinanie nożycami do strzyżenia owiec m a tę wyższość
nad narzędziami stosowanymi przez młode pokolenie,
że pozwala pracować o wiele dłużej bez obawy o d gniecenia sobie palców.
Przed pierwszą wojną światową dominowały w w y ­
cinance kielecko-radomskiej m o t y w y abstrakcyjne.

Ryc. 8. Kolor fioletowy, średnica kola 6,5 cm, dłu­
gość wstęg 26 cm. "Wyk. Katarzyna Zyzek, lat 60.
Strykowice,
pow. Kozienice,
r. 1953.

231

�1 \

t*\

ą

C

f

1

/ I

v

\

/

i

/

V

• /
Ryc. 20. Kolor zielony, średnica 37 cm. Wyk.
Bdzikot.
Wybraniec,
pow. Kozienice,
r. 1952.

Ryc. 12. Kolor fioletowy,
średnica 35 cm. Wyk.
Teodozja
Byzdra.
Czarnolas,
pow. Kozienice,
R,
1953.

Ryc. 14. Kolor jasnoniebieski,
średnica 38 cm.
Wyk. Józef Mika, lat 73. Brzoza, pow. Kozienice, r. 1953.

232

Ryc. I I . Koto?- zielony, średnica 35 cm. Wyk.
Bd-zikot.
Wybranice,
pow. Kozienice,
r. 1952.

Ryc. 13. Kolor różowy, średnica 35 cm. Wyk.
Maria Kowalczyk,
lat 52. Wola Solecka, pow.
Starachowice, r. 1953.

Ryc. 15. Kolor
Zuchowska.

czerwony, średnica 35 cm. Wyk.
Jedlanka,
pow.
Kozienice,

�Ryc. 16. Kolor czerwony, średnica 35 cm. Wyk.
Zofia Konofalska, lat 45. Wólka Brzózka, pow.
Kozienice,
r. 1953.

'

r

A

&lt;A
»

* '

P jr \

cc
L
^

i nifAiiiiii

Hk

«»

y

l

i

W

«

j»w|

r

€

lar

&gt;&gt;
. .,11»

|V

#

&lt;«i

&lt;&lt;
• Ą
A

Ryc. 17. Kolor czerwony, średnica 32 cm.. Wyk.
Józefa Jakubczyk,
lat 65. Sadkowice, pow. Starachoioice, r. 1953.

• Vi
% J

Ti*
•fis.

A

V'II
*•-&gt;•

y &gt;
Jl
^Sl

Ryc. 18. Kolor, czarny, średnica 34 cm.
Bronisława Siwielec,
lat 50. Brzozowa,
Opatów.

Wyk.
pow.

Ryc. 19. Kolor
bordo, średnica 35 cm. Wyk.
Maria
Milczyńska.
Zamość, pow.
Kozienice,
r. 1953.

Ryc. 20. Kolor czerwony, średnica 33 cm. Wyk.
Zofia Konofalska, lat 45. Wólka Brzózka, pow.
Kozienice.

Ryc. 21. Kolor pomarańczowy, średnica 34 cm.
Wyk. Kazimiera
Skóra, lat 64. Dąbrowa Jastrząbska, pow. Radom, r. 1953.

�•*V' *
2

«r# ,
J

k

Ryc. 22. Kolor niebieski, średnica 35 cm. Wyk.
Kazimiera
Skóra lat 64. Dąbrowa Jastrząbska,
pow. Radom, r. 1953.

wił--

'

¿Vi.

%*
*•

Ryc. 23. Kolor
Janina Sikora,

*4.

. kj.

•
*A»*#;J

» ,'
4

*

"•
*

czerwony, średnica 37 cm. Wyk.
lat 16. Chotyzie, pow. Staracho­
wice, r. 1953.

' '»¿A'*

Ryc. 24. Kolor fioletowy, średnica 36 cm. Wyk.
Janina
Sikora, lat 16. Chotyzie,
powJ
Stara­
chowice, r. 1953.

Ryc. 25. Kolor czerwony, średnica 35 cm. Wyk.
Janina
Sikora,
lat 16. Chotyzie,
pow. Stara­
chowice, r. 1953.

5|Wc • :&lt;&gt;s&lt;3S

Ryc. 26. Kolor fioletowy, średnica 35 cm. Wyk.
Janina Zdżalik, lat 25. Strykowice,
pow. Ko­
zienice, r. 1953.

234

Ryc. 27. Kolor
bordo, średnica 35 cm. Wyk.
Stanisława Molenda. Czarnolas, pow. Kozienice,
r. 1953.

�V&gt;

&amp;

. •" - „ » r » » » •
-

#i

'j.-*
4^
******
* *.

Ryc. 30. Kolor fioletowy, średnica 35 cm. Wyk.
Janina Podsiedlich, lat 23. Skadla, pow. Busko,
r. 1951.

Wyjątkowo t y l k o spotkać można było m o t y w y r o ­
ślinne oraz częstsze o d n i c h wyobrażenia antropomorficzne zwane powszechnie
„lalkami", l u b j a k
w Modrzejowicach (pow. Radom) — „pannami", czy
zwierzęce, jak kury, k o g u t k i i inne p t a k i . W okresie
międzywojennym „lalki", k u r y , k o g u t k i stały się rza­
dsze, a dziś motywów zwierzęcych prawie całkiem
się nie spotyka.
Miejscem zawieszania wycinanek była i jest zazwy­
czaj ściana główna, naprzeciw d r z w i , pobliże obra­
zów świętych, okien, d r z w i oraz b e l k i stropowe, gdzie
umieszcza się w y c i n a n k i bądź na f r o n t o w y c h licach,
tak aby rzucały się w oczy po wejściu do izby,
bądź też od dołu. W Chotyziach (pow. Staracho­
wice) wieszano j e wokół izby po trzy (000 000
000 000 000). W y c i n a n k i kwadratowe wieszano poje­
dynczo bądź krawędziami zwróconymi równolegle do
krawędzi ścian, bądź też j e d n y m rogiem k u górze.
W t y m d r u g i m w y p a d k u wieszano je rzędem, czyli

-.'«' 'I?»

*

Ryc. 31. Kolor fioletowy, średnica 35 cm. Wyk.
Janina Podsiedlich,
lat 23. Skadla, pow. Busko,
r. 1951

„w ślad", j a k mówią w Brzozowej (pow. Opatów),
tak że stykały się bocznymi rogami.
U l u b i o n y m i k o l o r a m i wycinanek na omawianym
terenie wydają się głównie: czerwony, zielony, nie­
bieski, różowy, co zresztą n i e wyklucza zupełnie
stosowania również i n n y c h kolorów. Zaznaczyć t y l k o
należy, że k o l o r czarny był niezmiernie rzadko uży­
wany i , j a k twierdzą i n f o r m a t o r k i , niemile widziany.
Prawdopodobnie na terenie Kielecczyzny
znane
były również kolorowe w y k l e j a n k i , których ślady
zachowały się do dziś w Sławczynie, pow. Kozieni­
ce (ryc. 29).
Z p u n k t u widzenia f o r m y w y c i n a n k i kielecko-radomskie dzielą się na 3 grupy:
1. o układzie c e n t r a l n y m wieloosiowym,
2. o układzie jednoosiowym,
3. o układzie jednoosiowym r y t m i c z n i e się powta­
rzającym, czyli pasowym.
235

�Grupę wycinanek o układzie centralnym wieloosio­
w y m możemy dla dokładniejszego zanalizowania p o ­
dzielić dodatkowo na dwie podgrupy. W jednej p o d ­
grupie omówimy w y c i n a n k i „typu starego", natomiast
w drugiej w y c i n a n k i „młodsze", przeważnie k w a d r a ­
towe.
Do podgrupy pierwszej należą w y c i a n k i na ogół
niewielkie, o kształcie przeważnie k o l i s t y m . Jest to
właśnie stara wycinanka kielecko-rądomska, która
zaginęła w czasie I w o j n y światowej. Średnica w y ­
cinanek w tej podgrupie wynosi najczęściej 6—17 cm,
nie przekracza zaś 20 cm. Prawie zawsze papier

Ryc. 32. Kolor

Ryc. 33. Kolor
236

fioletowy,

składany był 8 razy, co powodowało wyraźne za­
znaczenie 8 osi, rzadziej zdarzało się składanie w
szesnastkę. Cięcie było t u na ogół dość prymitywne
i grube.
W y c i n a n k i te sugerują, że wykonawczyni brała
wzór z koła do wozu, co zresztą zgodne jest z no­
menklaturą ludową
(„koło", „śpryoha"). Wyraźnie
uwidacznia się to na ryc. 1, 2, 3, 4. Częstymi ele­
mentami w y c i n a n k i występującymi w środku i na
promieniach są ażurowe trójkąty. Brzeg wycinanki
prawie zawsze wykańczają
trójkąty, trapezy itp.

niebieski,
wys. 10,5 cm. Wyk. Krawiec
pow. Kozienice,
r. 1953.

wys. 19 cm. Wyk. Helena

Wilkowa,

lat 63. Czarnolas,

lat 5 7 . Tczów, pow. Kozienice,

r. 1953.

�Ryc. 34. Kolor

niebieski,

wys. 14 cm. Wyk. Maria

Walszczyk,

lat 35. Tczów, pow. Kozienice,

r. 1953.

łnTTnffnF
Ryc. 35. Kolor

czarny,

wys. 16,5 cm. Wyk. Janina

Niezmiernie rzadkie są wśród wycinanek starego t y ­
pu motywy roślinne, mp. liście (ryc. 4 i 8).
Można również spotkać, choć rzadko, w y c i n a n k i
typu ośrodkowego, które nie posiadają f o r m y koła,
ale kształt, np. wieloramiennej gwiazdy czy małych
kwadratów o profilowanych brzegach.
Podsumowując w n i o s k i stwierdzamy, że kieleckoradomska wycinanka ośrodkowa starego t y p u jest
w zasadizc k o l h t a , wzór m a przeważnie abst.-akeyj ry
wykonanie jej cechuje dość znaczny p r y m i t y w i z m .
Dzisiaj wykonują czasami tego rodzaju w y c i n a n k i ,
ale bardzo rzadko i to zazwyczaj na „bawitko", tzn.
dla zabawy.
Podgrupa druga obejmująca w y c i n a n k i młodsze nie
jest już taka jednolita i można wśród niej wyróżnić
trzy odmiany.
W pierwszej wyodrębnimy t u k i l k a wycinanek
z powiatów: radomskiego, kozienickiego, staracho­
wickiego i opatowskiego, w których daje się zau­
ważyć łączenie nowej formy, tzn. dużej k w a d r a t o ­
wej (wg nomenklatury ludowej „kanciaste") i młod­

Zdżalik, lat 25. Strykowice,

pow. Kozienice,

r. 1953.

szych elementów zdobniczych ze starszymi. Wykona­
nie samego wzoru jest niezwykle proste, bez śladów
jakiegokolwiek złagodzenia ostrości zacięć. Bardzo
wyraźnie uwidacznia się to
w d w u wycinankach
zdjętych ze ściany izby. w Wybranicach (pow. K o ­
zienice), a przedstawionych na ryc. 10 i 11. Obie
wykonane zostały z papieru zielonego przez miesz­
kankę Wybranie ob. Bdzikot w r. 1952. W obu też
w i d z i m y bardzo podobny wzór, t j . nie spotykane d a ­
wniej
liście dębowe wierzchołkami skierowane k u
środkowi, skąd w regularnych odstępach wybiegają
krótkie promienie nawiązujące do dawnych „śprych"
od koła. Wycinanka przedstawiona na ryc. 11 ma
w środku dodatkowo przerywany obwód koła i r o ­
zetkę o 8 listkach jako akcent centralny.
Inne w y c i n a n k i w tej grupie, np. fioletowa w y ­
cinanka z Czarnolasu (pow. Kozienice) wykonana
przez Teodozję Byzdrę { r y c 12) oraz druga, w k o ­
lorze różowym (ryc. 13), z W o l i Soleckiej (pow. Sta­
rachowice) wykonana przez Marię Kowalczyk (lat 52)
nie posiadają elementów roślinnych, a całość jest t u

237

�Ryc. 36. Kolor

różowy, wys. 7 cm. Wyk. Maria

Kowalczyk,

niezmiernie uboga pod względem kompozycyjnym.
Wyraźnie uwidaczniają się w nich cztery pola, z któ­
rych każde stanowi d l a siebie zamkniętą całość.
Odmianę drugą w tej podgrupie stanowią z w y ­
jątkiem jednej rozety również w y c i n a n k i „kancia­
ste", które jednak w przeciwieństwie do omówio­
nych poprzednio mają przy nowej formie także nowe
m o t y w y i i n n y układ w z o r u . Wszystkie w y c i n a n k i
(oprócz przedstawionej na ryc. 14) mają kształt k w a ­
dratowy, przy czym część ich posiada jednolitą ramę
zamykającą całość (ryc. 15, 16, 17, 18, 19), w innych
natomiast r a m a t a jest bardzo silnie
profilowana,
skutkiem czego odnosi się wrażenie, że nie części
skrajne, ale środek w y c i n a n k i jest bardziej spoisty
(ryc. 20, 21, 22).
Cechą wszystkich wycinanek tej odmiany jest sto­
sunkowo znaczny ażur oraz (u większości) m o t y w y
roślinne (ryc. 17, 19, 20, 21, 22), najczęściej w postaci

TI

pow. Starachowice,

r. 1953.

liści (ryc. 20, 21, 22); nie wyklucza to jednak mo­
tywów geometrycznych.
Ostatnią odmianę tej podgrupy stanowią
wyci­
nanki (pow. Kozienice i Starachowice) przedstawione
na r y c . 23, 24, 25, 26, 27, 28, 29, o kształcie wyłącz­
nie k w a d r a t o w y m . Ta grupa wycinanek r o b i wraże­
nie „lekkich": jednolita, nieprofilowana rama w
porównaniu do wycinanek wyżej omówionych jest
wąska; niezwykle mocny ażur uzyskują one przez
wprowadzenie m o t y w u nieregularnej siatki l u b ko­
r o n k i , co jest niewątpliwie naśladownictwem współ­
czesnych robótek haftowanych czy koronkarskich.
Na siatkę niejako narzucone są m o t y w y roślinne w
postaci liści dębu, wierzby, kwiatów l u b całych ga­
łązek bzu. Niektóre w y c i n a n k i zamiast liści mają
wycięte nieduże kółka, n a które naklejano mniejsze
kolorowe krążki (ryc. 29).
Interesującym elementem widocznym na jednej
z wycinanek (ryc. 31) a nie spotykanym gdzie i n -

Ryc. 37. Kolor czarny, wysokość 13 cm. Wyk. Janina Żdżalik,
lat 25. Strykowice,
pow. Kozienice,
r. 1953.
Ryc. 38. Kolor niebieski,
wysokość 25 cm. Wyk.
Rozalia
Pyciarz, lat 41. Strykowice,
pow. Kozienice,
r. 1953.

238

lat 52. ' o l a Solecka,

�SIAIAIAIAIAIAIA^
Ryc. 39. Kolor

fioletowy,

Ryc. 40. Kolor

fioletowy,

Ryc. 41. Kolor

fioletowy,

wys. 8 cm. Wyk. Bronisława Siwielec,

wysokość 8 cm. Wyk. Bronisława
r. 1953.

lat 50. Brzozów,

Siwielec,

wysokość 9 cm. Wyk. Bronisława Siwielec,

dziej są jabłka. Wycinankę tę wykonała Janina P o d siedlich ur. w r. 1933 w Skadlach, pow. Busko. W y c i ­
nać nauczyła się w Rączycach i zdobi swoje miesz­
kanie wycinankami o d r o k u 1960. W y c i n a n k i j e j łatwo
odróżnić od innych po wieloramiennych gwiazdach
stanowiących p u n k t środkowy całości.
Bardzo podobne w y c i n a n k i znajdujemy w G n o j nie, pow. Busko, wykonane jednak n i e na miejscu,
ale w Skadlach. W samym Gnojnie n i e pamiętają
w ogóle, by k i e d y k o l w i e k w y k o n y w a n o w y c i n a n k i .
Grupę drugą stanowią w y c i n a n k i
o uk ł a d z i e
j e d n o o s i o w y m .

pow. Opatów,

lat 50. Brzozów,

r. 1953.

pow. Opatów,

lat 50. Brzozów, pow. Opatów, r. 1953.

Należą t u w y c i n a n k i o motywach roślinnych, czyli
tzw. „rózgi" {ryc. 37 i 38). Rysunek i c h jest gruby
i prosty, bez szczegółów. Są t o schematycznie potrak­
towane drzewka o symetrycznym układzie, których
podstawę stanowi odwrócony trapez mający przed­
stawiać doniczkę. Naklejano j e pp o b u stronach
okna. „Rózgi" spotyka się obecnie dość rzadko.
Do trzeciej grupy zaliczymy
w y c i n a n k i
o u k ł a d z i e
p a s o w y m .
Należą t u przede wszystkim w y c i n a n k i o m o t y ­
wach antropomorficznych zwane powszechnie „lal­
k a m i " . Forma t a znana była dawniej n a całym oma-

239

�Ryc.

42. Kolor

czarny, wys. 9 cm, Wyk. Katarzyna
Swiostek,
Krzyżanowice, pow. Starachowice,
r. 1953.

w i a n y m obszarze, ale w czasie pierwszej wojny świa­
towej w znacznej mierze zaginęła, m i m o że do dziś
wiele kobiet umie ją stosować. Na k i l k u okazach,
jakie udało się zebrać w czasie badań terenu, m o ­
żna odróżnić w y c i n a n k i wykonane według „starej
mody" od wycinanek, na których znać wpływy n o w ­
sze — miejskie.
Wykonawczynie
„lalek" przedstawiając
postacie
ludzkie niejednokrotnie starają się podkreślić ich
ubiór i wiek. Rozpoznajemy' wśród nich k i l k u l e t n i e
dzieci (ryc. 34 i 36), dziewczynki (ryc. 34) oraz osoby
dorosłe (ryc. 33 i 35).
Interesujący jest fakt, że w y c i n a n k a r k i dźwiga­
jące na swych barkach szósty i siódmy
krzyżyk
wycinały „lalki" o wyraźnie starszych farmach stroju
(ryc. 32 i 36), młodsze natomiast, j a k Janina Żdżal i k ze Strykowie (pow. Kozienice) lat 28 l u b M a r i a
Walszczak z Tczowa (pow. Kozienice) lat 36, przed­
stawiają postacie męskie w „bryczesach", dzieci zaś
w sukieneezkach sięgających zaledwie kolan (ryc.
34 i 42).
Oprócz wyżej omówionych
wycinanek
antropomorficznych do grupy wycinanek jednoosiowych r y t ­
micznie się powtarzających należą
również
inne
w y c i n a n k i w postaci pasów (ryc. 39, 40, 41). Wzory
są t u najczęściej abstrakcyjne, rzadziej o motywach
roślinnych, n p . w postaci liści dębu. W niektórych
tego rodzaju wycinankach można się dopatrzyć „la­
lek", których kształty jednak uległy t a k daleko po­
suniętej schematyzacji, że słuszniejsze będzie uznać
je za formy abstrakcyjne (ryc. 39). W y c i n a n k i o ukła­
dzie pasowym naklejano pod sufitem wokół całej
izby.

Fotografował

Z40

Jan

lat 56,

Z wycinankami starymi występującymi przed I
wojną światową wiążą się ozdoby
gdzie
indziej
zwane „klapokami" w postaci papierowych, różno­
kolorowych gwiazdek nakładanych na siebie w k i l ­
k u warstwach i spiętych jedną lub dwiema wstęgami
'papierowymi długości 20 — 30 om, spływającymi
k u dołowi. Ozdoby te przyczepiano na ścianach lub
belkach stropowych (ryc. 8).
W y c i n a n k i występujące na terenie radomsko-kieleokim nie wykazują na ogół tego wysokiego poziomu
artystycznego, z j a k i m spotykamy się np. w Opoczyńskiem czy na K u r p i a c h . P r y m i t y w n e dosyć for­
my starszych wycinanek przypominają raczej rów­
nież niezbyt rozwinięte w y c i n a n k i z leżącej po dru­
giej stronie Wisły —• Lubelszczyzny (oczywiście nie
m a m t u na myśli precyzyjnych wycinanek Dobrzyń­
skiego). Jedynie niektóre bardziej
wydoskonalone
formy kwadratowe zdają się j a k gdyby nawiązywać
do w y c i n a n k i opoczyńskiej i sieradzkiej. Oczywiście
trudno byłoby na razie przesądzić czy mamy t u do
czynienia z jakimiś s t a r y m i nawiązaniami, czy z no­
w y m naśladownictwem, czy po prostu z przypadko­
w y m podobieństwem, o które przy niezbyt skompli­
kowanych formach czteroosiowych
nie jest znów
talk trudno.
Wycinanka ludowa na terenie Kielecczyzny zani­
kła, względnie zanika. Pod wpływem fali mody drobnomieszczańskiej, wyrażającej się t a k silnie w de­
koracji wnęjtrz, k o b i e t y wiejskie po prostu wstydzą
się zdobić swe domy w y c i n a n k a m i , bo w oczach wsi
uchodzi t o za śmieszność i zacofanie. Być może, zor­
ganizowanie jakiegoś k o n k u r s u czy serii konkursów
usunęłoby te niesłuszne uprzedzenia i dopomogło
do u t r z y m a n i a przy życiu tej więdnącej gałęzi l u ­
dowej twórczości.

Swiderski.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10690" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10668">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/9097b10bb4599e3e69accc46bc4cc6f5.pdf</src>
        <authentication>9a8314f8715c46b30e0bcbba558d98b2</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="10">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="136967">
                  <text>Barbarzyńca </text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="37">
              <name>Contributor</name>
              <description>An entity responsible for making contributions to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138652">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138653">
                  <text>umowa licencyjna z Wydawcą</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138654">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138655">
                  <text>czasopismo nieregularne</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127386">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5547</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127387">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127388">
                <text>2008</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127389">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:5158</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127390">
                <text>Światy znikąd / Barbarzyńca 2008 nr 1 (11)</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127391">
                <text>Barbarzyńca - pismo antropologiczne</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127392">
                <text>Czapiga, Małgorzata</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127393">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127394">
                <text>Stowarzyszenie Antropologiczne „Archipelagi Kultury” s.53-60</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127395">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="127396">
                <text>Małgorzata

I

A b s o l w e n t k a polonistyki UJ, obecnie doktorantka I roku etnologii i antropologii
kulturowej na UJ. Interesuje się literaturą współczesną, antropologią i teatrem.

C Z a p i g a

Szczególnie zafascynowana Leśmianem i Mądzikiem (Scena Plastyczna K U L ) .
I

U r o d z o n a w Rzeszowie, w y c h o w a n a w Tarnowie, zamieszkała w Krakowie. N i e jada

I

mięsa i boi się w o d n i c y z e studni.

Światy znikąd
Szkic o p e w n e j f i g u r z e i n t e l e k t u a l n e g o d y s k u r s u

Gdyby ludzie robili tylko to, co wyglądało na możliwe, do dzisiaj siedzieliby w jaskiniach.
(Stanisław Lem)

M

agiczne światy, wokół których oscylują
baśnie i bajki, nie są domeną literatury
dla dzieci, ale stanowią temat znacz­
nie obszerniejszy, który zakreśla swe granice
czasowe od starożytności po dzień dzisiejszy
oraz ogarnia swym wpływem wszelkie przeja­
wy ludzkiej działalności. Co więcej, człowiek
przez szereg wieków wierzył w istnienie owych
przestrzeni, w celowość ich kreowania, w koń­
cu ufał ich wielkim twórcom - kreatorom. Być
może wszelka debata o świecie - bez względu
na kulturowy kontekst - musi wspierać się na
figurze utopijnych, odrębnych czy alternatyw­
nych światów.
Pierwszym demiurgiem alternatywnych świa­
tów jako figury filozoficznego dyskursu był za­

1

Zob. M. Geir, Gra jeżynowa

filozofów.

pewne Platon. Jego idealistyczny system był
czymś więcej n i ż pomysłem na wyjaśnienie na­
tury bytu, a ontologia dostarczyła także jednego
z najważniejszych wyobrażeń (może toposu?),
jakie poza macierzystym kontekstem funkcjo­
nuje w refleksji o ludzkiej kondycji . Oczywiście
przed Platonem problemami ontologicznymi
zajmowali się inni filozofowie - choćby Pitago¬
ras czy Demokryt - ale u nich kwestia ta zwią­
zana była ściśle ze światem materialnym. Naukę
Demokryta Platon znał, ale jego pisma zupełnie
przemilczał, 2L Z teoriami Pitagorasa i jego UCZ"
niów sympatyzował i wiele z nich zaczerpnął,
iednak świat idei iest ieeo oryginalnym nroiektem. Filozof szukając źródła pojęć w zbiorze
z którego wykluczył rzeczy, doszeał do tego, ze
1

Od Parmenidesa do Wittgensteina, przeł. J. Sidorek, Warszawa 2000.

m i ) nm mminn

�54

Małgorzata Czapiga

pojęciem musi być inny byt, o innym statusie,
który cechował się będzie stałością, niezmien­
nością i wzorcowością. W swoim wykładzie,
nie troszcząc się o przywoływanie dowodów,
z a ł o ż y ł, że muszą istnieć byty znajdujące się
poza światem empirycznym, i nazwał je ideami.
Kolejno tworzył ich hierarchię, spekulował na
temat ich logicznych powiązań, ale nie potrafd
określić ich natury.
Teoria Platona stwarza zatem odrębny świat,
którego nie należy rozpatrywać w kategoriach
fizykalnych. Wykładając swą teorię, stwarzał
przy okazji pewną metaforyczną strukturę - jak
w baśniach - która ma cechy, jakie mają inne
alternatywne światy, także te literackie. Filozof
ateński działał tu przecież zupełnie jak poeci,
których chciał z państwa wygnać. W dialogu
łon zarzucał im, że wpadają w trans, odrzucając
przy tym rozum, przez co sprowadzają niebez­
pieczeństwo na innych i potrafią tak mówić, aby
uśpić w nich rozum ora.z zdolności krytyczne.
Poezja dotknięta skazą irracjonalności powodu­
je paraliż umysłu, ma w sobie coś z magii, która
por y\V3 i omamia . A przecież jednak Platon
tworząc swój totalitarny system posługuje się
konstrukcia w iakimś stopniu podobna choć za
angażowana w inne interesy L o alternatywny
świat norazać może racjonalnością ale tez siła
sugestii polega na odwadze poetyckiej kreacji
aneln o wyobrażone idealne miejsce odnowied '
nie do szczęśliwego życia.

FOT. PIOTR KASIEWICZ

2

Filozofia zna bardzo wiele przykładów kre­
owania światów, których statusy nie mogą być
rozpatrywane w kategoriach prawdy i fałszu,
g d y ż żadne logiczne i racjonalne przesłanki
nie są w stanie ani jednoznacznie poprzeć tezy
o ich istnieniu, ani bezwarunkowo jej zaprze­
czyć. Nie o falsyfikowalność bowiem chodzi,
lecz konstrukcję, o retoryczny chwyt skuteczny
Platon nie podważa celowości poezji tylko w przypadku,
gdy służy ona filozofii. Pisze o tym w X księdze Państwa.
Później Nietzsche w Narodzinach tragedii z ducha muzyki
2

W ilozoficznym dyskursie. Tak przecież rzecz
ma się z pomysłem odwrócenia trybu myślenia
i efektami takiego rozumowania u Kanta. Nie
tylko na poziomie figur dyskursu analogię z al­
ternatywnym światem idei Platońskich odnaleźć
można w Kaniowskim świecie rzeczy samych
w sobie (Dinge an sich). Kant w całej swojej me­
tafizyce wikła się w szereg antynomii i paradok­
sów, bo z jednej strony z niepodważalną wręcz
stanowczością głosi, że rozum ludzki jest w sta­
nie poznać jedynie fenomeny, a z drugiej chce
wyjść poza ów rozum i objąć rzeczywistość nie
tylko fragmentarycznie, ale całościowo, zbliżając
się ku noumenom Gdy opisuje czyste pojęcia
(idee), jako narzędzia używa przecież intelektu.
postawi postulat odwrócenia wizji Platona - to filozofia
powinna służyć poezji, a nie odwrotnie.

BARBARZYŃCA

1(111 P O D B

�Światy znikąd

55

Jest przekonany do zasadności swoich twier­
dzeń, mimo tego że sprawdzenie istnienia idei
jest niemożliwe, gdyż rozum nie może dosięgnąć
owego celu. Rozum nie może powiedzieć nic
pewnego na temat idei duszy, wszechświata czy
Boga, a mimo to Kant tworzy wizje ich egzy­
stencji. Idee nie mogą być wcielane do doświad­
czenia, zatem twór Kantowski znów będzie miał
wszelkie znamiona magicznego świata, który
jest daleki od materialnej, empirycznie spraw¬
dzalnej rzeczywistości.
P r z y w o ł a n e przypadki stanowią jedynie
ezempla i m o ż n a by je mnożyć, poszukując
analogicznych konceptów i figur dyskursu filo­
zofów w różnych ich wersjach. Właściwie cała
metafizyka podejmuje temat tego, co jest „po
fizyce", po świecie materialnym, i chce opisać
ostateczną rzeczywistość, o której człowiek ma
pojęcie bardzo blade i nieugruntowane w po­
staci doświadczalnych potwierdzeń . Ontologia,
budując swoje twierdzenia w takich dyskursach,
jednocześnie stabilizuje jeden z ważniejszych
toposów w historii intelektualnej, toposów, któ¬
re wcale nie musza^ mieć metafizycznych uza—
sadnień ani być osadzone w iezyku filozofów.
W koncepcjach metafizycznych figura magicz
nych światów ma status twierdzeń o istocie
rzeczy które dla czytelników i użytkowników
tvch systemów niosą także obrazy żviace Doza
wypowiedziami o charakterze twierdzeń onto
logicznych. ^Viara w filozoficzne przestrzenie
3

niezbadane i niepotwierdzone towarzyszy czło
i i i e p u i w i e r u z u i i e towarzyszy c z i u w i e k n w i nd z a w s z e czestn iednak staia sie nne

fionrami w r e f l e k ^ n i

i

n.ih.rdlli Ind.

Magiczne światy wyłaniają się także z dys­
kursów nauki opartej na doświadczeniu i ba­
dającej zjawiska. Fizyk, matematyk, astronom,
Próby uwolnienia się od metafizyki pochodzącej jeszcze
z ducha Platońskiego podejmowano wielokrotnie. Pierw­
szymi, którzy chcieli się wyzwolić od zachodniej metafi­
zyki obecności, byli Freud, Nietzsche i Heidegger, jednak

3

m i ) im mminn

który opowiada o swoim przedmiocie badań,
zamienia go w przedmiot poznania, a więc na­
daje mu status naukowej konstrukcji, nie może
nie ulec presji języka i wymogów opowieści. Jego
prezentacja staje się relacją o światach urojo­
nych, niemożliwych, niedoświadczalnych... Nie
trzeba daleko szukać - weźmy choćby Isaaca
Newtona. Jego skrupulatnie przebadane i spraw¬
dzone poglądy nie były wolne od hipotetycznych
twierdzeń. Z ogromną pewnością wprowadził
pojęcia: przestrzeń absolutna, czas absolutny
i ruch absolutny. Oczywiście istnieją one obok
przestrzeni którą jesteśmy w stanie poznać do¬
świadczalnie jednak mają - zdaniem uczonego
- naturę duchową (!). Metafizyka Newtona mia¬
ła cechy idealistyczne w duchu platońskim Cały
projekt układów inercyjnych" czyli takich na
które nie oddziałuje żadna siłazewnętrzna ma
także znamiona magicznego świata Wmomencie kreowania takich teorii fizyk działa identycz
y

y

nie iak filnznf i nneta — twnrzv n i c z v m nienn
n a r t ę ciekawe t a i e m n i r z e przestrzenie R ó ż n i c a
nniawi sie dnniern w d r n a i m etanie k i e d v N e w

ton hed.ie d L ł do nr.ktvr.nean ^ t n l w . n i ś

ton oęozie aązyi do praktycznego zastosowania
swoicn magicznych światów. faktycznie, po modyti
ji
^ ™ J wizji wyłaniają się z men
prawa dynamiki i hipotezy dalece wykraczające
poza takty empiryczne, które są tundamentem
nauki doświadczalnej sensu stneto.
W i z j ę alternatywnych światów odnajdziemy
tym bardziej w dyskursie nauki współczesnej,
choćby w fizyce kwantowej, której teorie zawsze
wzbudzały wiele emocji. Trafnie jej naturę okre­
ślił Stanisław Lem:
„Są fizycy utrzymujący, że rozumieją to [od­
mianę fizyki kwantowej] tak samo jak rozumie­
ją, czym są kamienie i szafy. W rzeczywistości
rozumieją zgodność teorii z wynikami pomial d e a l l

c

e

swoje krytyki pisali nadal językiem metafizyki pełnym
Platońskich dualizmów. Nowy, wyzwolony spod okowów myślenia Platońskiego język zaproponował dopiero
Jacques Derrida w projekcie dekonstrukcji.

�Małgorzata Czapiga

56
rów. Fizyka, mój drogi, jest wąskim szlakiem
wytyczonym przez czeluście, niedosiężne dla
ludzkiej wyobraźni. Jest to zbiór odpowiedzi na
pytania, które zadajemy światu, a świat udziela
odpowiedzi, pod warunkiem że nie będziemy
mu stawiali innych pytań n i ż te, które wykrzy­
kuje zdrowy rozsądek. Czymże jest zdrowy roz­
sądek? Jest tym, co ogarnia intelekt stojący na
zmysłach takich samych jak zmysły małp. Ów
intelekt chce poznawać świat zgodnie z reguła­
mi ukształtowanymi przez jego ziemską niszę
życiową. Ale świat poza tą niszą, tą wylęgarnią
inteligentnych małpoludów, ma własności, któ­
rych nie można wziąć do ręki zobaczyć ugryźć
usłyszeć, opukać i w ten sposób zawłaszczyć" .'

pewną substancjalność. Spotkania te możemy
właśnie połączyć z teorią Everetta, która mówi,
że komunikacja między światami odbywa się na
dwa sposoby. Pierwszy z nich to „drzwi między
światami", które stwarzają okazję do fizyczne­
go przemieszczenia się z jednej przestrzeni do
drugiej. Przykłady takie w poezji autora Napoju
cienistego odnajdziemy wielokrotnie. Szczegól­
nie późne tomy Leśmiana przynoszą wizję po­
zagrobowych spotkań kochanków:
„Uczył się kochać umarłą, pieścił dłoń,
której nie było,
Całował oczy zamknięte, każdą powiekę
z osobna,
Porozumiewał się z piersią j ak z pełną pieszczot
mogiłą Ale nie wiedział, co czuła, bo nazbyt była
zagrobna" .

4

W fizyce kwantowej pojawiają się nurty, które
wprost mówią o istnieniu światów innych n i ż
nasz materialny i fizykalny świat. W 1956 roku
Hugh Everett sformułował tak zwaną teorię
wielu światów (Many Worlds Theory) , zgod­
nie z którą równolegle mogą istnieć obok siebie
czterowymiarowe materialne struktury czaso­
przestrzenne. Co więcej, między tymi świata­
mi może dochodzić do komunikacji. Teorię tę,
między innymi dzięki obecności analogicznej
figury—wyobrażenia,
można rozpatrywać rów­
nolegle z poezją Bolesława Leśmiana, w której
obok siebie istnieją świat i zaświat. Oba Leśmianowskie światy współistnieją na zasadzie równo­
ległości przy czym drugi niekoniecznie musi być
postrzegany w kategoriach religijnych. W obu
Przestrzeniach zvia zarówno ludzie iak i inne
istotv które oostrzeLne sa w trzech wymiarach
exłvż 'dochodzi do spotkań miedzv wszystkimi
postaciami utworów, zatem muszą one mieć

Drugą możliwością kontaktu między świa­
tami równoległymi są „tunele przestrzenne"
o charakterze „okien między światami", za po­
mocą których zaglądamy w inny świat zaledwie
przez moment. Za odpowiedniki takich momen­
tów w poezji Leśmiana można uznać sytuacje
liryczne, w których pojawia się sen i konanie,
kiedy podmiot nie przekracza jeszcze granicy
świata materialnego. Oczywiście sam Leśmian
nie mógł znać teorii światów równoległych, ale
jego pomysły na kształt wszechświata i założe­
nia Everetta mają wspólne mianowniki. Przede
wszystkim - w obu przypadkach niezbędne było
odniesienie do tak ważnej w dyskursach kultury
europejskiej figury świata alternatywnej Sam
poeta pisał przecież:

S. Lem, Fiasko, Kraków 1999.
Teoria wielu światów posłużyła również do wyjaśnie­
nia możliwości podróży w czasie. Wyobraźmy sobie, że
cofamy się w czasie do momentu, gdy nie ma nas jeszcze
na świecie, i sprawiamy, że nasi rodzice nie spotykają
się nigdy. Czy wobec tego mamy w ogóle prawo istnieć?
Według Everetta, cofając się w czasie, trafiamy do nowego

kontinuum będącego jedynie powieleniem przeszłości
pierwotnej, która już raz się zdarzyła i nie może być zmie­
niona. A zatem podróż w czasie oznacza tu jedynie stwo­
rzenie nowego świata, nie przejście do realnej przeszłości.
Ten pomysł usuwa problem zasady przyczynowości.
B. Leśmian, Rok nieistnienia, [w:] Poezje wybrane, Wroc­
ław 1983, s. 106.

5

4

5

6

6

BARBARZYŃCA

1(111 F-QDB

�Światy znikąd

57
„Większość teorii, które
się formułuje, żeby coś wyka­
zać albo objaśnić, opiera się
i tak na apriorycznym prze­
konaniu, że tak właśnie jest.
I jest to bezsensowny sposób
postępowania, jeśli rzeczy­
wiście chce się dojść do praw­
dy. Nauka postępuje inaczej.
Jej celem jest zrozumienie
świata, jego rzeczywiste po­
znanie. Nauka przeto musi
zakładać, że czymkolwiek
by była owa rzeczywistość
pozostanie taka bez wzdedu
na to co wv l u b i ą będziemy
o nie! myśleć i bez wzdedu
na to co myśleć o mei beda
inni, przekonani przez nas
lub 'nie. Dlatego tez uczeni
nie przywiązują
s cialnei
w a d H o s.tnki n r o w a H ^ n i a
s n o r ó w F l o k w e n c i a i talent
n r . e k n n v w . n i , . L n n ś ć An

FOT. PIOTR KASIEWICZ

„Są inne światy, są niebieskie łąki,
Gdzie się tajemnic rozchylają pąki..." .
7

Obaj twórcy, choć w tak dramatycznie od­
mienny sposób i w innych celach, posługują
się tym samym wyobrażeniem. Istotne jest, by
spostrzec, że świat Everetta jest jak Pascalowski
kosmos, obojętny i aksjologicznie pusty, Leśmianowski świat równoległy natomiast jest kosmo­
sem ludzkiej egzystencji.
Zarówno nauka, jak i poezja wychodzą naj­
częściej od sądów apriorycznych - niezależnych
od doświadczenia, mających źródło w samym
umyśle. Bardzo celnie podsumowuje tę tenden­
cję Einstein - jeden z bohaterów Operacji Proteusz Jamesa P. Hogana, kiedy mówi, że:
B. Leśmian, Z dziennika, cyt. za: P. Łopuszański, Leśmian,
Wrocław 2000, s. 46.
7

mi) eona

BARBARZYŃCA

przeKonywania zaoinoscao
atraKcyjnego przedstawienia spraw

mei nie

mają najmniejszego wpływu na to, czy cos jest
racją, czy tez nią nie jest .
Podobnie rzecz się ma ze wspomnianymi
Leśmianowskimi zaświatami, których wyobra­
żenia spotkamy w wierzeniach religijnych ludów
wszystkich kontynentów. Hinduizm mówi o pię­
ciu niebiańskich rajach, do których może zostać
wysłany cnotliwy Hindus po śmierci. Będzie to
albo niebo Indry - Swarga, gdzie tancerki Apsar
tańczą w takt muzyki Gandharwów, albo niebo
boga Siwy - Kailasa, albo złota siedziba Wisznu
pełna różnokolorowych lotosów, albo wreszcie
krowi świat Kriszny czy niebo Brahmy - Brahmaloka. Mitologia japońska z kolei wspomi­
na, że oprócz nieba istnieje jeszcze podziemie,
s

J.R Hogan, Operacja Proteusz, Warszawa 1994.

�Małgorzata Czapiga

58
które powstało albo przed, albo równocześnie ze
światem. Nosi ono różnorodne nazwy, między
innymi Kraina Ciemności czy Kraina Zakazana.
Chiński podział na jin i jang także przekłada się
na rozwarstwienie wszechświata na niebo i zie­
mię, które współdziałają ze sobą jak oba pier­
wiastki - podstawy kosmicznego porządku i ładu
przyrody. Natomiast religie judeochrześcijańskie
kreują wizję nieba, piekła i czyśćca. Podobnie
w islamie - dla dobrych ludzi nagrodą będzie
życie w raju, a grzeszni i źli zostaną skazani na
wieczne męki w piekle.
Każda religia ma swoje magiczne światy,
co nieuniknione, bo na nich wspiera się każdy
religijny dyskurs. Weryfikowalność ich istnie­
nia możliwa jest jednak wyłącznie w ramach
religijnego paradygmatu. Trzeba zakładać ich
trwanie i wierzyć w nie - niejednokrotnie bez­
warunkowo i bezwzględnie. System rozumowa­
nia wierzących nie może podlegać weryfikacji,
bo pochodzi z logiki specyficznego dyskursu,
kierują nim inne zgoła mechanizmy, co jest j u ż
tematem na osobne rozważania. Z perspektywy
historii kultury i komunikacji istotniejsze jest
to że sa.mo wyobrażenie może się uwolnić od
religijnego kontekstu i funkcjonować w innych
dyskursach . To też jest problem który zasługuje
na odrębne studia
9

Stwarzaniu magicznych światów w każdym
z opisanych przypadków - filozofii, nauki, sztu­
ki i religii - przyświecał jeden cel, mianowicie
dochodzenie do prawdy. Poznanie jest jednak
pewnym procesem p r z e w i d y w a n i a , nie
może być zatem czystą wiedzą, bo trudno wie­
dzieć wszystko o czymś, czego jeszcze nie ma.
Dlatego poznanie jest także wiarą . Przewidy­
wanie w zderzeniu z doświadczeniem albo zo­
staje potwierdzone, albo obalone, jednak szeregu
10

Zob. np. P. Kowalski, Wieczernik «&gt; różnych swoich
postaciach, [w:] tenże, O jednorożcu, Wieczerniku i innych
motywach mniej lub bardziej ważnych, Kraków 2007.
9

twierdzeń niepodobna w ten sposób rozstrzyg­
nąć, zatem uznanie ich prawdziwości zależy
tylko i wyłącznie od naszej wiary (tak właśnie
rzecz się ma z magicznymi światami). Nawet
amerykański pragmatysta William James wy­
powiadał się przeciwko idealizmowi racjonali­
stycznemu i metafizycznemu. William James
Sformułował hasło the will to believe, służące
mu do opisu procesu, w którym człowiek nie
może wyrokować jednoznacznie o danej rzeczy
więc nieuniknione staje się stawianie na wiarę.
Chciałoby się powiedzieć zatem za Jamesem, że
jeśli ktoś nie chce wierzyć w dany magiczny świat
i twierdzi, że takowy nie istnieje, to i tak musi się
odwołać do wiary bo wiedza nie daje mu prze
sianek przemawiaiacvch za iezo nieistnieniem
podobnie jak nie udowadnia ze istnieje
W systemie Św. Tomasza z Akwinu figura
alternatywnych światów została użyta w sposób
specyficzny. Veritas est adaequatio

intellectus

et rei - „prawda jest zgodnością rozumu i rze­
czy". Czy narzędziem poznania może być tylko
i wyłącznie intelekt, który sprawdza się jedynie
w poznaniu nieruchomej materii martwej? Czy
może należy najpierw zweryfikować sens każ­
dej z figur językowej gry filozofów? Ciekawe
stwierdzenie dotyczące przyrównania rozumu
do prawdy zaproponował Mikołaj z Kuzy - in­
telekt ma się do prawdy tak jak wielokąt do koła.
Im więcej katów będzie miał wielokąt tym bar¬
dziej będzie się upodabniał do koła ale kołem
nigdy sienie stanie Najważniejsze zatem nie jest
uchwycenie rezultatów dochodzenia do prawdy,
ale ciadv proces zbliżania sie do niej Wspom
nanv iuz wcześmei Leśmian zderzaiac swoia
koncepcie orawdv z filozofia Henri Beresona
powiedział ze nrawda wcale nie iest czvmś có
dałoby się osiągnąć ale czymś co trzeba reali

W tym punkcie rozchodziły się pragmatyzm i empiryzm, gdyż jeden głosił, że nie ma poznania bez wiary,
a drugi twierdził, że poznanie kończy się tam, gdzie
zaczyna się wiara.
10

BARBARZYŃCA

1(111 F-QDB

�Światy znikąd

59

zować. Poznanie prawdy nie powinno zmierzać
ku tworzeniu systemów metafizycznych czy
dyskursów naukowych, ale zwróceniu się ku sa­
memu procesowi życia. Poeta dokonuje tu zatem
przemieszczenia i postuluje odwrócenie się od
pojmowania prawdy jako wiedzy, a skierowanie
się ku prawdzie jako życiu.
Alternatywne światy są figurami wykorzy­
stywanymi w próbach poszukiwania prawdy
i sposobach jej prezentowania. Takie sfunkcjonalizowanie przejawia się szczególnie dobitnie
w przypadku sztuki, gdzie tworzenie światów
i posługiwanie się nimi może również być próbą
doświadczania wieczności. Poeta jest w jednej
osobie i obserwatorem doświadczalnej rzeczy­
wistości, i jej kreatorem, który może stwarzać
całkiem nowe światy. Jednostka twórcza, będąc
demiurgiem i obserwatorem rezultatu kreacji,
doznaje pewnego poczucia liminalności - za­
wieszenia pomiędzy - które wyabstrahowane
jest z historycznego czasu i miejsca tu i teraz.
Obcowanie z dziełem stworzenia pozwala od­
czuć epifaniczne objawienie -jednostkowe i m i
gawkowe ale dzięki temu tak cenne Zadanie
takie narzucał sztuce Witkacy Magiczne światy
filozofii i religii nie dawały człowiekowi pełnych
odpowiedzi na wiele z nurtujących pytań może
dlatego właśnie Witkacy szukał rozwiązania
w sztuce. Dzieło sztuki z iego wielością różno
rakich elementów może wzbudzić w człowieku
mepoKoj metanzyczny wemug witKacego jego

jeaynym ceiem jest istnieć jaKo czysta forma
i nie pełnie funkcji mato znaczących, jak dy­

Witkacy już w XX-leciu międzywojennym przewi­
dział rozwijającą się później tendencję do dehumanizacji
człowieka. W czasach jemu współczesnych skłonności
katastroficzne były już dostatecznie silne ze względu na
rosnącą demokratyzację i upowszechnianie się kultury
masowej. Stwarzały one zagrożenie dla kultury wysokiej
i tworzących ją elit. Najsilniej dał temu wyraz Ortega
y Gasset w eseju z 1925 roku Dehumanizacja sztuki.
11

mi)

enoa

mminn

daktyzm czy ludyczność. Magiczne światy Wit­
kacego miały bezpośrednio umożliwić człowie­
kowi kontakt z Absolutem, a pośrednio uchronić
całe społeczeństwa od zbliżającej się katastrofy.
Kresem cywilizacji nie byłoby fizyczne unice­
stwienie ludzkości, ale zaniknięcie osobników
zdolnych do odczuwania Tajemnicy Istnienia,
co w rezultacie doprowadziłoby do zaniknię­
cia filozofii, religii oraz sztuki i przemienienia
ludzkości w bezmyślne bydło . Witkacy ratu­
nek widział tylko w kreowanych przez siebie
magicznych światach dzięki którym możliwa
jest teatralna sztuka w której samo stawanie sie
uniezależnione od spotęgowanego obrazu życia
może w i d z a wprowadzić w stan pojmowania
metafizycznego uczucia niezależnie od tego
czy »fond« sztuki będzie realistyczne czy fanta
styczne lub tez czy będzie synteza obu rodzaiów
w swoich noszczerólnych częściach natura nie
11

o ile całość sztuki b ę d z i e w y p ł y w a ł a ' z e szczerei

konieczności otworzenia w warunkach scemcznvch w v r a z n m e t a f i z v c z n v c h u c z u ć w czvsto

formalnych wymiarach u autora" .
12

O ile katastroficzna teoria Witkacego prze­
widywała unicestwienie człowieka, o tyle po­
wstawały też wizje o całkowitym zaniknięciu
świata . W 1981 roku Jean Baudrillard ogłosił
autorytatywnie, że „rzeczywistość nie istnieje".
Teoria francuskiego socjologa opiera się na wy­
kreowaniu kolejnego magicznego świata, który
będzie polegał na tym, że nie ma j u ż rzeczywi­
stości jako takiej, gdyż została ona zastąpiona
znakami rzeczywistości. Nic nie dzieje się j u ż
13

S.I. Witkiewicz, Wstęp do teorii Czystej Formy w teatrze,
[w:] tegoż, Teatr i inne pisma o teatrze, Warszawa 1995.
Witkiewiczowska dehumanizacja miała swoich niebezpośrednich kontynuatorów w postaci postmodernistycz­
nych myślicieli głoszących kryzys podmiotu. W latach 60.
XX wieku Michel Foucault i Jacques Derrida obwiesz­
czają śmierć człowieka, a Roland Barthes ogłasza Śmierć
autora. Od tego momentu kres staje się kategorią języka
filozoficznego na wielką skalę.
12

13

�Małgorzata Czapiga

60
tak jak dotychczas, bo zamiast procesu istnie­
nia ma miejsce symulacja - czyli udawanie,
że jest coś, czego faktycznie nie ma. Za pomo­
cą symulacji generowana jest nierzeczywista
i pozbawiona oparcia w realności hiperrealność,
która stanowi wierną imitację rzeczywistości.
Hiperrealność z kolei wypełniona jest po brzegi
symulakrami, czyli wizerunkami i znakami, któ¬
re człowiek przez wieki stwarzał, aby „odzwier­
ciedlały rzeczywistość". Dziś natomiast wszelkie
kopie zaczęły zastępować swoje pierwowzory
i współczesny człowiek niekiedy nie odróżnia
ich od matryc i wzorów, a symulakry stają się dla
niego jedynym punktem odniesienia Dlatego
właśnie Baudrillard nazywa ten proces ' precesi a
symulakrów" gdyż nie tylko zastąpiły one swo
ie Pierwowzory ale wręcz ie P O D r z e d z 11 v
Człowiek sam wpędził sie w te pułapkę Avż
długotrwałe svmiSowanie osłabiło w nim, proces
poznania i symulacje wvdaia sie dzisiai bardziej
rzeczywiste n i ż sama rzeczywistość.
14

e

Wśród wielu przykładów precesji symulakrów
Baudrillard przywołuje krasową jaskinię w Lascaux, która pochodzi z paleolitu, a została odkryta
w 1940 roku. Osiem lat później udostępniono ją
turystom. Niestety, para z oddechów, podwyższo­
na temperatura, bakterie, glony i inne zanieczysz­
czenia wnoszone na butach oraz ruch powietrza
wywołały nieodwracalne zmiany w strukturze
malowideł ściennych i rychło spowodowałyby ich
zniszczenie. Jedynym ratunkiem było pozosta­
wienie ich w mroku i zakaz udostępniania jaskini
wszystkim oprócz naukowców. Równocześnie
zbudowano wierną kopię Lascaux, którą w 1983
roku otwarto dla zwiedzających. Za pomocą pre—
historycznych technik odtworzono 90 procent

Już same określenia, jak pierwowzór, matryca, podwo­
jenie rzeczywistości wskazują, że teoria Baudrillarda jest
silnie związana z koncepcją Platona. Teoria francuskiego
socjologa wiąże się z filozofią Platona również w tym
14

wszystkich malowideł. Powstał zatem symulakr,
o którym Baudrillard sądzi, że może stać się pier­
wotniej szy niż pierwowzór, bo wspomnienie au­
tentycznych grot może się zatrzeć w świadomości
kolejnych pokoleń.
Człowiek żyje zatem w świecie, w którym
zewsząd otaczają go pozory. W tej „pustyni hiperrzeczywistości" miraże dominują nad praw­
dziwymi oazami, więc każdy z nas do pewnego
stopnia obcuje z magicznymi światami i dzisiaj,
bo j u ż teraz ciężko odróżnić, co jest rzeczywiste,
a co nadrzeczywiste.
Alternatywne światy są projektem obecnym
od zarania dziejów aż do dziś. Wyszliśmy od lite­
rackich światów baśniowych, ale przywoływane
tu przykłady z filozofii, religii, poezji, fizyki czy
socjologii wykazują wiele wzajemnych filiacji.
Każdy z nich jest tak naprawdę historią niedowiedzioną, opowieścią intuicyjną, nadrealnym
rozpoznaniem, mistycznym przeżyciem. Figurę
tę można nazwać światami m a g i c z n y m i ,
bo: „Magię spotykamy wszędzie tam, gdzie przy¬
padek czy wypadek oraz emocjonalne zderzenie
się nadziei i strachu rozwijają się na szeroką
skale Magia nie występuje natomiast tam gdzie
przedsięwzięcie jest pewne niezawodne i w pełni
podlega kontroli racjonalnych metod i procesów
technologicznych" .
15

Magiczne światy to przestrzenie mentalne
zaznaczające swoje granice na mapach historii
ludzkiej myśli, a ich kartografowie - od Platona
przez Kanta, Newtona, Witkacego po Baudrillarda - postępowali jak magowie. Skuteczność ich
działań magicznych i istnienie postulowanych
przez nich światów nadnaturalnych pozostają
w sferze wiary - ich i naszej.

sensie, że człowiek za prawdę bierze fikcję. U Platona
dualizm ten przekłada! się na świat rzeczy i świat idei,
a u Baudrillarda na rzeczywistość i hiperrzeczywistość.
B. Malinowski, Mit, magia, religia .Warszawa 1990.
15

BARBARZYŃCA

1(111 ? 0 D B

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10990" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10968">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/b2079fd3bb68b3526ece6eae934c6347.pdf</src>
        <authentication>9562627e4c68e7d7fd425a5972aefc48</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="1">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="174">
                  <text>Książki</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131034">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5010</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131035">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131036">
                <text>2010</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131037">
                <text>grafitti</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="131038">
                <text>Zadrożyńska, Anna</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="131039">
                <text>antropologia miasta</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="131040">
                <text>street art</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="131041">
                <text>sztuka uliczna - aspekt antropolgiczny</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131042">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4647</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131043">
                <text>Kilka uwag o zmienionych sytuacjach i kontekstach</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="131044">
                <text>Grafitti/ Antropolog wobec współczesności</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131045">
                <text>tom w darze Profesor Annie Zadrożyńskiej</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="131046">
                <text>Antropolog wobec współczesności pod red. Anny Malewskiej-Szałygin i Magdaleny Radkowskei-Walkowicz s.366-378</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131047">
                <text>Czapiga, Małgorzata</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131048">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131049">
                <text>Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131050">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="131051">
                <text>Małgorzata Czapiga
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UJ

Graffiti.
Kilka uwag o zmienionych sytuacjach i kontekstach

SCENA 1 : D a c h j e d n e g o z w i e ż o w c ó w . R a c z k u j ą c y c h ł o p i e c zbliża się d o krawędzi
płaskiego d a c h u , c i ą g n ą c za s o b ą na s z n u r k u s a m o c h o d z i k - c i ę ż a r ó w k ę .
SCENA 2: M e t a l o w e , szare, odrapane d r z w i t y l n e g o wyjścia b u d y n k u o n i e w i a d o m y m
p r z e z n a c z e n i u z w i e ń c z ą c ą je p o d m u r ó w k ą . N a p o r o ś n i ę t y m kłączami b e t o n o w y m
s z e ś c i a n i e p r o f i l d z i e w c z y n k i , s i e d z ą c e j na skraju s t o p n i a , p a t r z ą c e j p r z e d siebie.
SCENA 3: Pusta, cicha k l a t k a s c h o d o w a . R o z c h o d z ą c e się o d starości d r e w n i a n e f r a m u ­
g i w białej ścianie z płatami o d c h o d z ą c e j f a r b y D z i e w c z y n k a z w a r k o c z y k a m i związa­
n y m i wstążkami w s p i n a się na palcach, b y s i ę g n ą ć p a l c e m w s k a z u j ą c y m d o włącznika
w i n d y O b o k niej o t w a r t e d r z w i o b n a ż a j ą c e z i e j ą c e szarością d w a p u s t e s z y b y w i n d y
Czarne zastygłe plamy postaci, unieruchomione w swoich pozach.

Opisane sytuacje nie są, jak można by przypuszczać, scenopisem sztuki teatralnej,
lecz stanowią próbę opisania zjawiska, obok którego trudno przejść obojętnie.
Wszystkie trzy postaci t o graffiti powstałe na murach Czarnobyla opuszczonego po
katastrofie w w y n i k u awarii reaktora w 1986 r. Czarne sylwetki dzieci i dorosłych,
przypominające cienie zostawiane przez ludzkie postaci na ścianach budynków,
a w przestrzeni 30-kilometrowej strzeżonej Strefy, która d o niedawna była 50-tysięcznym miastem, pełnym ludzi żyjących w sąsiedztwie elektrowni atomowej, tak¬
że na domu kultury, placach zabaw, ścianach kin, przedszkoli, bibliotek, hali sporto¬
wej, basenu, w parkach i wesołym miasteczku, zyskują zupełnie nowe, nieoczeki¬
wane znaczenia. W wyludnionym mieście-widmie graffiti postaci odgrywających swój
niemy teatr zmuszają d o refleksji. Strefa jawi się jako coś nienaturalnego i wbrew
zdrowemu rozsądkowi. Czarnobyl, powołany d o istnienia z założeniem gromadze¬
nia ludzi i stanowienia przestrzeni wspólnoty, przypomina teraz miasto z koszmaru
- pustynny senny labirynt, w którym nie można odnaleźć drogi. Niepokojąca jest
wszechogarniająca cisza, nieobecność, pustka, która
b y w a na o g ó ł u t o ż s a m i a n a ze ś m i e r c i ą a l b o z n i e i s t n i e n i e m . W t e n s p o s ó b p r z y p i s u ¬
je się jej rolę d r u g i e j strony, z a p r z e c z e n i a życia, a n a w e t jego j e d y n e j sensownej f o r m y
- ż y c i a s p o ł e c z n e g o . Pustka sama w s o b i e n i e istnieje, m o ż e b y ć z d e f i n i o w a n a j e d y n i e

366

�Graffiti. Kilka uwag o zmienionych sytuacjach i kontekstach

negatywnie, jako p r z e c i w i e ń s t w o tego, c z y m nie jest. Przez swoją n i e o k r e ś l o n o ś ć i n i e o p i s y w a l n o ś ć z y s k u j e a s p e k t y nadnaturalne, n i c z y m Bóg, k t ó r e g o w e d ł u g n i e k t ó r y c h
o p i s a ć m o ż n a c o n a j w y ż e j słowami t a k i m i , jak p r z e p a ś ć , s a m o t n o ś ć , cisza, n i e o b e c ­
n o ś ć , k t ó r e t o określenia kojarzą się p r z e d e w s z y s t k i m z pustką ( K o c i a t k i e w i c z , K o ­
stera 1997, s. 8 1 ) .

Strefa zyskuje konotacje śmiertelnej krainy z jednej strony przez nieobecność
i pustkę, a z drugiej przez historię miejsca, w którym czas nie płynie — wszystko zo­
stało zatrzymane: buciki dzieci w przedszkolu stoją, jak stały, poukładane równiutko
w rzędach małych szafek, pociągi wstrzymane w środku trasy, porzucone barki, bu­
dynki przystrojone propagandowymi symbolami wciąż czekające na majowe świę­
to, które już nigdy nie nadejdzie. Jedynym przejawem egzystencji wydaje się teatr
cieni — szablonowe graffiti wprowadzone na ściany bloków, mieszkań, magazynów,
życie toczące się mimo wszystko, w przestrzeni śmierci i zatrzymanym czasie.

Przykład graffiti z Czarnobyla i Prypeci — miast, które otoczono drutem kolczastym
i odcięto od reszty świata — nie byłby może tak w y m o w n y i szokujący, gdyby nie
szczególna przestrzeń, w której można je oglądać. Właściwie przecież rysunki te
nie są przeznaczone do oglądania, bo do Strefy, oficjalnie nadal uznawanej za teren
silnie skażony promieniowaniem, wchodzą tylko mężczyźni pracujący przy roz-

367

�Małgorzata Czapiga

biórce starego reaktora oraz, nielegalnie, amatorzy - poszukiwacze przygód. T y m
większa jest ekspresja obrazów, które w pustce nie mogą znaleźć swoich od¬
biorców, są autoteliczne i nieme, jak miasta po katastrofie.
Być może lekcja tych graffiti jest tak dramatyczna również dlatego, że w dzisiej­
szym urbanistycznym krajobrazie przechodzień często przesuwa wzrokiem po mi¬
janych obiektach, coraz rzadziej naprawdę je dostrzega. Dlatego też graffiti wtopi¬
ło się w codzienność kolejnych dni i przestało być zauważalne, a w każdym razie:
czytane.
A j e d n a k w i d z e n i e jest n a j b a r d z i e j ludzką, aktywną i o t w a r t ą r e a k c j ą na u n a o c z n i a j ą c ą
się p r z e s t r z e ń miasta. [ . . . ] R z e c z z a t e m raczej w t y m , że w i d z e n i e w y p i e r a n e b y w a
c z ę s t o w m o d e r n i s t y c z n e j p r z e s t r z e n i m i e j s k i e j p r z e z p a t r z e n i e i spoglądanie. Pa­
t r z e n i e t o c z y n n o ś ć a u t o m a t y c z n a , nie w y m a g a j ą c a s z c z e g ó l n e j a k t y w n o ś c i i s k u p i e ­
nia u w a g i . S p o g l ą d a n i e jest nieuważne i o m y l n e . J e d n o i d r u g i e p o z b a w i o n e t r o s k i
o p o c h ł a n i a j ą c ą je p r z e s t r z e ń . T e n b r a k o d p o w i e d z i a l n o ś c i m o ż e m y o d c z y t a ć jako
swoistą o b r o n ę p r z e d n a d m i a r e m w i z u a l n y c h w r a ż e ń (Rewers 1997, s. 46)

Graffiti w znanej do dziś postaci pojawiło się na murach polskich miast w latach
90. X X w., nie było jednak czymś radykalnie nowym, lecz wyrastało ze zjawisk
wcześniejszych. Napisy, inskrypcje, rysunki, szablony naścienne to przecież jedna
z form małego sabotażu podczas I I wojny światowej. W marcu 1942 r. ogłoszono
konkurs na znak patriotyczny, który mógłby być rozpowszechniany, aby podtrzy¬
mać na duchu społeczeństwo i przeciwdziałać propagandzie hitlerowskiej. Konkurs
wygrała studentka tajnego Uniwersytetu Warszawskiego, a jej projekt to znana d o
dziś i rozpoznawana „kotwica" - znak Polski Walczącej. Kotwicę malowano na mu¬
rach, słupach ogłoszeniowych i elektrycznych, na przystankach tramwajów i zna¬
nych pomnikach. Początkowo używano trudnej do usunięcia farby smołowej i pędz¬
la, ostatecznie stworzono szablon i pieczątkę, ułatwiające pracę harcerzom, którzy
zostali wyznaczeni do prowadzenia akcji (zob. Welker 2000).
Czasem, w którym przeprowadzano podobne akcje, choć może bez tak bardzo
charakterystycznych i rozpoznawanych do dzisiaj znaków, był oczywiście okres
PRL-u, kiedy walka z władzą ludową przejawiała się również w podobnej formie ak¬
tywności: wypisywaniu na murach haseł „konkurencyjnych", polemicznych i pamfletowych wobec plakatów i sloganów propagandowych. Znaczące były nie tylko
same napisy czy szablony, ale mówiące były także ślady pozostałe po ich zniszcze¬
niu przez opresyjne władze.
K i e d y p o l i c j a zamalowywała g r a f f i t i Solidarności, zostawiała b e z k s z t a ł t n e p l a m y na m u ­
rach. Po d o m a l o w a n i u k i l k u d o d a t k o w y c h p l a m y te p r z y p o m i n a ł y k r a s n o l u d k i - jak
g d y b y z g o d n i e z myślą H e g l a teza i a n t y t e z a prowadziły d o s y n t e z y [ . . . ] F r y d r y c h
nazwał t o m a l a r s t w e m t a k t y c z n y m . C h c i a ł z a c h ę c i ć s p o ł e c z e ń s t w o d o s a m o d z i e l n e ­
g o t w o r z e n i a napisów i z m i e n i ć p o p r z e z t o s z a t ę g r a f i c z n ą miasta. M i a ł o t o w efekcie
p r o w a d z i ć d o „totalnej surrealistycznej r e w o l u c j i s p o ł e c z n e j " (Paczoska 2 0 0 8 , s. 8 1 ) .

368

�Graffiti. Kilka uwag o zmienionych sytuacjach i kontekstach

O analogicznej sytuacji znaczenia „nieobecnego" wspomina Richard Shusterman, przytaczając opowiadanie berlińskiego pisarza Kurta Tucholsky'ego Plamy.
O p i s u j e o n p l a m y n i e o b e c n e g o k o l o r u na b r ą z o w y m g r a n i t o w y m murze b y ł e j akade¬
m i i w o j s k o w e j na D o r o t h e n s t r a s s e w d z i e l n i c y M i t t e . Te „ n i e k o ń c z ą c e s i ę " l i s t y ofiar
W i e l k i e j W o j n y , listy, k t ó r e o b r ó c i ł y się w p r o c h i stały się n i e o b e c n e , t a k samo jak
w y m i e n i a n e p r z e z nie ofiary, lecz p o z o s t a ł y u p i o r n i e w i d o c z n e dzięki białym pla¬
m o m , s y m b o l e m c z a r n y c h w s p o m n i e ń o g o r z k i e j p o r a ż c e ( S h u s t e r m a n 2 0 0 7 , s. 149).

Zamalowywane przez policję napisy zostawiane przez członków Pomarańczo¬
wej Alternatywy czy Solidarności być może nie mają w sobie aż tyle dramatyzmu,
co te z Mitte, ale w obu przypadkach są wyraźniej obecne przez swoją nieobecność
właśnie. Ślad pozostaje zapisem pamięci - ekspresywnie nacechowanym anarchicz¬
nym gestem.
Polskie graffiti, wykorzystując kontestatorski potencjał nielegalnego malowania
ścian, rodziło się zatem w czasie zniewolenia, stanowiło głos buntu i dawało pod¬
stawy do tworzenia wspólnoty, z którą można by się utożsamiać. Sprzyjały temu
okresy przełomów, przewartościowań, budzenia się świadomości. Jednocześnie wią¬
zało się z zachowaniami nieformalnych grup młodych ludzi ze szkół, osiedli, którzy
stanowili zróżnicowaną, lecz p o d wieloma względami w miarę spójną subkulturę.
Zjawisko w Polsce miało zatem inne przyczyny niż w Stanach Zjednoczonych,
gdzie wypracowano te formy ekspresji, które przyjąć się miały także w Polsce.
W Stanach Zjednoczonych zaistnienie graffiti było nierozerwalnie związane
z muzyką hiphopową. Połączył je topos walki z opresorami i poczucie alienacji wo¬
bec zewnętrznej, oficjalnej władzy Oba zjawiska powstawały od lat 70. X X w. , naj­
pierw na przedmieściach Nowego Jorku, żeby potem objąć całe Stany przenieść się
do Europy, a ostatecznie w najdalsze zakątki świata . Najpodatniejszym gruntem
dla amerykańskiego graffiti były getta mniejszości etnicznych Bronksu i Brooklynu.
1

2

T e r m i n „ g e t t o " z o s t a ł u ż y t y p o raz p i e r w s z y w 1516 r. w W e n e c j i na o z n a c z e n i e spec­
jalnej d z i e l n i c y w k t ó r e j Ż y d z i z o s t a l i p r z y m u s o w o o d s e p a r o w a n i i g d z i e k a z a n o i m
m i e s z k a ć . O f i c j a l n e z a m y k a n i e Ż y d ó w w s p e c j a l n y c h d z i e l n i c a c h stało się p o w s z e c h ­
ną praktyką w t y c h miastach c h r z e ś c i j a ń s k i e j E u r o p y k t ó r e p o s i a d a ł y z n a c z n ą p o p u ­
lację ż y d o w s k ą , zaś t e r m i n „ g e t t o " przyjął się jako o g ó l n a nazwa t a k i c h miejsc ( S h u s t e r m a n 2 0 0 7 , s. 4 6 ) .

1

W t y m czasie na r y n k u amerykańskim pojawiły się pisaki w o d o o d p o r n e , które pozwalały na

t w o r z e n i e najpierw tagów - podpisów grafficiarzy a p o t e m bardziej skomplikowanych rysunków.
Technika szybko się rozwijała, powstawały coraz t o nowe style w g r a f f i t i - bubble style czy wide style.
O s t a t e c z n i e z a c z ę t o rysować całe o b r a z y - przyczyniło się d o tego z pewnością pojawienie się spra­
y ó w z k o l o r o w y m i farbami i różnorodnymi końcówkami, dających nieograniczone możliwości.
2

Dziś graffiti t w o r z y się także w najodleglejszych rejonach A m e r y k i Południowej, A z j i i A f r y k i .

D o r o b e k najsłynniejszych writerów zebrany został w albumie Świat graffiti. Sztuka ulicy z pięciu kontynen­
tów (Gane 2008).

369

�Małgorzata Czapiga

Znaczenie terminu szybko się rozszerzyło i stało się właściwie synonimem prze­
strzeni alienowanej, odseparowanej, naznaczonej piętnem obcości, izolacji i stra­
chu. Gettami zaczęto nazywać przedmieścia wielkich metropolii, zamieszkiwanych
przez przedstawicieli mniejszości rasowych bądź etnicznych. T u właśnie swoje
korzenie ma graffiti. W języku hiphopowców i writerów — twórców graffiti, częściej
pojawia się jednak określenie hood — dzielnica. Identyfikacja z własną dzielnicą jest
silniejsza niż rasowa czy narodowa, choć często się one pokrywały Społeczność nie
organizuje się tu wokół tradycyjnego domu — wydającego się jedynym w przestrzeni
miejskiej miejscem uporządkowanym i skupiającym wartości (a więc miejscem jako
takim), nad którym mieszkańcy mają władzę i jednocześnie wokół którego, jako
punktu centralnego, organizują swe życie. W nowej sytuacji teren wspólnoty obej¬
muje dzielnicę i ulicę, na której toczy się życie.
U l i c a , a nie d o m , jest m i e j s c e m , g d z i e nawiązuje się n a j w i ę c e j k o n t a k t ó w . W y n i k a t o
p r z e d e w s z y s t k i m z tego, ż e c z ę s t o w i e l o d z i e t n e r o d z i n y ż y j ą c e w g e t t a c h miały d o
d y s p o z y c j i małe mieszkania: n a t u r a l n y m ś r o d o w i s k i e m dla d o r a s t a j ą c y c h d z i e c i b y ł y
t e r e n y p o z a d o m e m . T a k w i ę c ulica odgrywała rolę p i e r w s z e g o d o m u , p o d c z a s g d y
z n a c z e n i e w ł a ś c i w e g o d o m u r o d z i n n e g o jest m a r g i n a l i z o w a n e ( P i e k a r s k a - D u r a j
2 0 0 8 , s. 179).

Jedyną wartością zachowaną z pola semantycznego domu pozostaje instytucja
i autorytet matki. Getta kierują się własną polityką i zasadami, odrzucają znaczenie
domu jako podstawowego waloru, świętością pozostaje jednak matka jako uosobie¬
nie wartości i poczucia ładu w znaczeniu przestrzennym, ale także i czasowym — jako
organizator losu jednostki. N i e przeszkadza to oczywiście zaistnieniu zjawisk z ka­
tegorii Black English, czyli rytualnych obelg w angielszczyźnie Murzynów amery¬
kańskich i generalnie brutalizacji języka. Nastoletni czarni chłopcy uprawiają pew¬
ną formę „mowy ulicznej", związanej z rodzajem b i t w y słownej — tzw. dozens. Są to
zbiorowe, męskie zajęcia podejmowane dla zabawy, które angażują publiczność
i polegają na mówieniu obraźliwych rzeczy o słuchającym, ale bez rzeczywistego
zamiaru obrażenia go (Wierzbicka 1997). W bitwach tych często pojawiają się obel¬
gi dotyczące matek, ale mogą one wystąpić tylko w takim kontekście.
Przeludnione, małe mieszkanka w obskurnych dzielnicach, gdzie powszedniość
wyznacza bieda, zwalczające się gangi i narkotyki powszechniejsze niż woda, to
obraz, który niedługo potem mogliśmy spotkać już w większych miastach Europy
Zachodniej. Przykładem niech będzie Francja, w której problem różnorodności
etnicznej i wielokulturowości szybko stał się udziałem przedmieść nazwanych
przez prezydenta Francois Mitteranda „dzielnicami bez duszy":
Jakie n a d z i e j e m o ż e m i e ć m ł o d y człowiek, k t ó r y p r z y c h o d z i na świat w d z i e l n i c y b e z
d u s z y dorasta w o h y d n y m b l o k u , o t o c z o n y s z a r y m i m u r a m i w s z a r y m p e j z a ż u na c a ł e
szare ż y c i e ? C o ma myśleć o społeczeństwie, k t ó r e w o l i o d w r a c a ć o d niego w z r o k , a i n ­
terweniuje, g d y w y p a d a się na coś o b u r z y ć albo czegoś zabronić? (za: K r a c o ń 2008, s. 6 ) .

370

�Graffiti. Kilka uwag o zmienionych sytuacjach i kontekstach

Młodzi ludzie, mimo pesymistycznej perspektywy „szarego życia", nie poddają
się ostatecznie tej wizji przegranych i wykluczonych; grupa ta odnalazła w swojej
izolacji poczucie dumy i szacunku - paradoksalnie czerpie je z tych samych źródeł,
które uznano za godne pogardy.
Z ową dialektyką d u m y i w s t y d u powiązana jest d i a l e k t y k a w z a j e m n e g o w y k l u c z e n i a ,
p o l e g a j ą c a na t y m , ż e w y k l u c z o n a , p r z e ś l a d o w a n a m n i e j s z o ś ć u m a c n i a się dzięki te¬
mu, ż e c h l u b i się s w o i m w y k l u c z e n i e m o r a z c z y s t o ś c i ą e t n i c z n ą , jaką t o w y k l u c z e n i e
g w a r a n t u j e , i w z a j e m n i e w y k l u c z a d o m i n u j ą c ą w i ę k s z o ś ć jako w p e w n y m sensie g o r ­
szą, n i e b e z p i e c z n ą i n i e g o d n ą przyjęcia, tak samo jak w i ę k s z o ś ć wykluczyła ją - i z p o ­
d o b n y c h p o w o d ó w ( S h u s t e r m a n 2 0 0 7 , s. 4 7 ) .

Duma owa znalazła skuteczne narzędzia ekspresji w postaci graffiti i hip-hopu,
jako środków ekspresji umożliwiających wykrzyczenie własnych problemów, cięż¬
kiej sytuacji, ale też swojej wyższości nad pogardzaną „resztą" - w przypadku Sta­
nów Zjednoczonych: rasistowską klasą białych. W Polsce przeważa raczej postawa
antysystemowa - szczególnie widoczna w czasach PRL-u, ale także później, w latach
90. X X w. Grupami dominującymi, przeciw którym zwracają się kontestatorzy
reprezentujący różne systemy wartości, są „oni": w hasłach graffiti były to przede
wszystkim władze państwowe („Dosyć burdelu PRL-u", „Komuno wróć. D o Mosk¬
w y " - Gregorewicz, Waloch 1991), szkolne (jeśli graffiti pojawiało się na terenie
szkoły albo w jej pobliżu), wojsko („Fuck the army!") i duchowieństwo („Księża na
Księżyc"), a więc to, co mieści się w kulturze oficjalnej, w swobodnie definiowanym
establishmencie. Niechęć wyrażana w graffiti dotyczyła też przedstawicieli innych
subkultur - nie oszczędzano przede wszystkim skinów („Zabij skina, zgwałć mu
żonę, miejsce w niebie zapewnione", „Jeszcze Polska nie skinęła, Punki my żyjemy").
Podobnie jednak graffiti lat 90. i późniejsze skupiło się przede wszystkim na przed¬
mieściach i na dużych osiedlach - blokowiskach, gdzie poczucie odizolowania
i anonimowości dawało się odczuć ze szczególną intensywnością. T u narodziło się
analogiczne poczucie dumy, np. przejawiające się podkreślaniem, że wychowało się
„na (Nowej) H u c i e " - nie w Krakowie, i tęsknota za wspólnotą, przełamującą ano¬
nimowość wyznaczoną przez socjalistyczny t y p przestrzeni wielkomiejskiej.
Poczucie, d o ś w i a d c z e n i e , r ó w n i e ż p o t o c z n e myślenie, w s z y s t k o p o d p o w i a d a , ż e po¬
t r z e b u j e m y c z e g o ś , co nie p o z w o l i nam się r o z t o p i ć w a n o n i m o w e j masie. Potrze¬
b u j e m y p o c z u c i a o d r ę b n o ś c i w g r a n i c a c h miasta, w k t ó r y m mieszkamy. Przestrzeń,
w k t ó r e j się w y c h o w u j e m y jest p r z e c i e ż z n a c z n i e mniejsza. M i j a k i l k a a l b o n a w e t
kilkanaście lat naszego życia, z a n i m z a c z n i e m y p o z n a w a ć m i a s t o jako c a ł o ś ć . T o
d z i e l n i c e i osiedla są naszą pierwszą małą o j c z y z n ą . P o s z c z e g ó l n e d z i e l n i c e nie są dla
nas a n o n i m o w e , o b o j ę t n e . I c h n a z w y c o ś z n a c z ą . N a w e t jeśli i c h nie z n a m y m a m y na
i c h t e m a t p e w n e w y o b r a ż e n i a . Jedne są s y n o n i m e m n i e s p o t y k a n y c h luksusów, inne
krainą zamieszkałą p r z e z s m o k i i l u d o ż e r c ó w - i te przekonania w jakimś s t o p n i u
p r z e n o s z ą się na i c h m i e s z k a ń c ó w . M i e s z a n k a s t e r e o t y p ó w i w s p o m n i e ń
nasze p r y w a t n e narracje o m i e ś c i e ( P a r a f i a n o w i c z 2 0 0 8 , s. 4 1 ) .

371

tworzy

�Małgorzata Czapiga

Potrzeba porządkowania przestrzeni i naznaczania jej przez własne w niej
uczestnictwo, a równocześnie uporczywe poszukiwanie wspólnoty podobnych d o
siebie - niekoniecznie równych p o d względem fizycznym, psychicznym czy inte­
lektualnym - jest doświadczeniem pożądanym: o t o co dawało się odczytać z dzia­
łań odbieranych jako chuligańskie niszczenie wspólnej własności, tzn. budynków czy
małej architektury miejskiej.
Wobec pustki anonimowej przestrzeni dramatyczne musi być poszukiwanie p o ­
czucia wspólnotowości, w wersji najpełniejszej objęte przez Turnera określeniem
communitas (Turner 1974). Jest ono chyba stale obecne w początkach tworzenia graf­
fiti. Człowiek żyjący w strukturze układów prawnych, politycznych, społecznych,
w których odgrywa coraz t o nowe role, tęskni w gruncie rzeczy za communitas - od¬
najdując ją w pielgrzymkach do miejsc świętych, w festiwalach, w meczach piłkar¬
skich. Wspólnota graffiti (grafficiarzy tych, którzy potrafią czytać inskrypcje czy
tagi) byłaby analogicznym konstruktem, w którym dojść do głosu mogła krytyka nie­
sprawiedliwości, poniżenia, a równocześnie tęsknota za wyjściem z samotności.
Piotr Kowalski, analizując pojawiające się pod koniec lat 80. ubiegłego wieku i n ­
skrypcje w przestrzeniach współczesnego życia, pisze o tworzeniu się takich wspól­
not wśród dzieci zostawiających swoje napisy na ławkach szkolnych, w toaletach, na
murach.
W r a d o s n y m akcie kreślenia na ścianach, c h o d n i k a c h , ławkach z n a j d u j e ona [działal­
n o ś ć d z i e c i - M . C . ] u r o d ę t w ó r c z e g o i n s t y n k t u , s p o n t a n i c z n o ś c i , lekkość i b e z t r o s k ę
w a d z e n i a się z o p o r e m t w o r z y w a [ . . . ] . W t y m p o c z y n a n i u t k w i j e d n a k t a k ż e i egzys­
tencjalna p o t r z e b a - d z i e c i o w y m g e s t e m „zawłaszczają" p r z e s t r z e ń . [ . . . ] G e s t „ma­
l o w a n i a " jest w i ę c b l i s k i o p a n o w a n i a świata, jakie d o k o n u j e się w r a m a c h t z w . s y n k r e t y z m u magicznego. [ . . . ] M a j ą one r ó w n i e ż w a l o r i n t e g r a t y w n y : p o r z ą d k o w a n i e prze¬
s t r z e n i jest w y k ł a d n i k i e m k o n s t y t u o w a n i a się g r u p y ( w s p ó ł t w ó r c y z n a j ą c y k o d y ) ,
ustalania i c h h i e r a r c h i i , jak t e ż i c h w e w n ę t r z n y c h l i n i i d e m a r k a c y j n y c h (gesty p r z y j ę ­
cia i w y k l u c z e n i a ) ( K o w a l s k i 1993, s. 8 5 - 8 6 ) .

Graffiti, choćby z racji swojego anarchicznego charakteru, było związane z łama¬
niem tabu, dlatego często posługiwano się wewnątrz grupy tworzącej dane napisy
czy rysunki zakazanymi formami. Język tajemny zapewniał szansę na budowanie
jedności grupy Jeśli napisy dotyczyły wyznań miłosnych - tylko zorientowani wie­
dzieli, k t o komu wyznaje miłość, jeśli inskrypcja obrażała nauczyciela - dzieci uży­
wały raczej „ksywek" nadawanych belfrom, jeśli obrażano władzę - często odwoły¬
wano się d o pseudonimów, znaków charakterystycznych, rzadko stosowano całe
nazwiska czy nazwy partii. Łamanie tabu łączyło się czasem z podkreśleniem eks¬
presji przez użycie wulgaryzmu czy słów powszechnie uważanych za niestosowne,
ale służyło to stwarzaniu pewnej emocjonalnej aury - wulgaryzmy nie oznaczają w ta¬
kich przypadkach swoich leksykalnych desygnatów, lecz są często elementem ko¬
munikacyjnej gry inkluzji i ekskluzji. Dziwić zatem muszą radykalne opinie t y p u :
372

�Graffiti. Kilka uwag o zmienionych sytuacjach i kontekstach

„Graffitierzy mają skłonności nacjonalistyczne i są ksenofobami". I dalej: „Wyrazem
bezsilności, rozgoryczenia są wyrażenia obsceniczne i wulgaryzmy oraz licznie zgro­
madzone seksualizmy" (Stępień, Żakowska 2005, s. 186 i 190).
Zaskakujący jest już sam termin używany przez autorki - „graffitierzy" - który
brzmi nieswojo i chyba zbyt poważnie, żeby nie powiedzieć „majestatycznie"; ob¬
serwacje poczynione później są jednak równie zagadkowe i zbyt jednoznacznie, ar¬
bitralnie klasyfikujące. Być może wynika to z pytania, które często zadawane jest
w dyskursie publicznym - czy graffiti to sztuka czy wandalizm - na które w prze¬
ważającej części odpowiada się jednak: wandalizm. Jak pisze Halina Zgółkowa:
Z j a w i s k o g r a f f i t i jest b a r d z o c z ę s t o p r z e d m i o t e m refleksji p u b l i c y s t y c z n e j , z reguły na­
cechowanej e m o c j a m i , t a k i m i jak n i e c h ę ć , sprzeciw, oburzenie, w najlepszym w y p a d k u
zaś p o t r a k t o w a n i e t y c h napisów jako c z e g o ś e g z o t y c z n e g o ( Z g ó ł k o w a 2 0 0 5 , s. 2 4 4 ) .

C h o ć środki wyrazu writerów bywają niekiedy nieporadne, innym razem wulgarne
czy po prostu szokujące, graffiti jest dziś jednak nadal przejawem oswajania prze¬
strzeni i szukania wspólnoty w świecie, w którym już tak naprawdę wszystko wolno,
każdy może być t y m , k i m chce. Warunki, w których można było zyskać wolność,
przynosiły nie wyzwolenie, lecz raczej konieczność dokonywania wyborów w świe¬
cie naznaczonym kryzysem wartości, w trudnych warunkach ekonomicznych i t d .
Wolność w połączeniu z zasadami political correctness może jedynie prowadzić do p o ­
głębiania poczucia samotności (Baudrillard 1998, s. 126).
N a j g ł ę b s z ą i n a j m n i e j u l e c z a l n ą z d o l e g l i w o ś c i t e g o życia, jak p o w i a d a A l f H a r n b o r g ,
jest „ s z a m o t a n i e się m i ę d z y t ę s k n o t ą za communitas, żądzą b y c i a c z ę ś c i ą c z e g o ś po¬
t ę ż n i e j s z e g o o d ułomnej jaźni, a strachem p r z e d utratą jestestwa" - szamotanie się b e z ­
skuteczne, k o ń c z ą c e się z reguły o d k r y c i e m , ż e w o l n o ś ć b e z w s p ó l n o t y równa się
szaleństwu, a w s p ó l n o t a b e z w o l n o ś c i jest niewolą ( B a u m a n 1997, s. 147).

Pytanie o to, czy graffiti jest wandalizmem czy sztuką, jest źle postawione, bo
ono może być i jednym, i drugim. Graffiti przez to, że cechuje je anonimowość, a co
za t y m idzie - bezkarność tekstu, który jest oderwany od nadawcy w poczuciu wol¬
ności ekspresji posługuje się często wulgaryzmami, ale ma też pokazać i wzmocnić
negację ładu społecznego, kulturowego czy politycznego i bunt wobec niego, ale pra¬
wie nigdy nie wiąże się z nihilizmem, a stanowi raczę próbę rozwiązania problemu.
*
Nowoczesne graffiti ma już blisko pół wieku i jak każda forma kontestacyjnej eks¬
presji, pewna postać komunikacji i tworzenia, zaczyna stopniowo stawać się klasy¬
ką: choć wciąż bywa częścią działań wynikających z młodzieńczego buntu i anar¬
chicznych gestów, to jednocześnie niektóre prace są akceptowane i poszukiwane,
wolne od destrukcyjnych intencji i wpisują się w panoramę współczesnej sztuki. Z a 373

�Małgorzata Czapiga

legalizowane i pożądane jako towar, coraz częściej bywa oceniane w kategoriach arcydzielności i stanowi przedmiot zabiegów marszandów. Wkomponowuje się w d z i ­
siejszą przestrzeń miejską i nie razi już swoją obecnością zarówno w N o w y m Jorku,
jak i N o w e j Hucie. Okazuje się, że
j e d n o s t k a w s p o ł e c z e ń s t w i e m a s o w y m musi w c o r a z w i ę k s z y m s t o p n i u p o l e g a ć na
samej sobie, ma d o d y s p o z y c j i c o r a z m n i e j w s p ó l n o t c z y i n s t y t u c j i , w k t ó r y c h o d n a j ­
d u j e t o ż s a m o ś ć i w a r t o ś c i jej b l i s k i e oraz posiada c o r a z mniejsze
o m o r a l n i e w ł a ś c i w y c h s p o s o b a c h życia, d z i e j e się tak, p o n i e w a ż

wyobrażenie
społeczeństwo

masowe, ze w z g l ę d u na p r o c e s y k t ó r e je u f o r m o w a ł y nie m o ż e d o s t a r c z y ć p o d s t a w
trwałego ładu s p o ł e c z n e g o i h a r m o n i i m o r a l n e j ( S t r i n a t i 1998, s. 19).

Dodatkowo globalizacja przyczyniła się znacząco do rozwoju lokalnych ruchów
kulturowych, do „glokalizacji", a dzięki mediom cyfrowym to, co atrakcyjne, a na­
wet buntownicze, mogło być powielane w niezliczonych wersjach i w różnych miejs­
cach globalnej wioski. Graffiti przestało być niszową, awangardową sztuką ulicy
Mieszkaniec miasta przyzwyczaił się do jego obecności, a sami twórcy porzucili już
tagowanie (umieszczanie własnych podpisów) na rzecz tworzenia indywidualnych
wrzutów (mniejszych rysunków) czy murali (wielkoformatowych obrazów), którymi
nie rządzi już w pierwszej kolejności potrzeba formowania trwałych wspólnot. Poza
t y m często tworzenie takich wypowiedzi przestaje być anarchizującą i nielegalną
działalnością, a spotyka się z życzliwym przyjęciem, a nawet niekiedy sponsoringiem
ze strony władz miejskich.
Coraz częściej tworzone są graffiti takie jak to w Krakowie, przy al. Powstańców
Śląskich - nazwane Silva Rerum. Mural długości 90 m i wysokości 5 m jest największym
na świecie projektem o charakterze historycznym. Stworzono go w 2007 r. w ramach
obchodów jubileuszu 750-lecia lokacji miasta. Projekt graficzny obrazu został opraco­
wany przez studenta Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Jerzego Rojkowskiego „Impasa", i skonsultowany z miejscowymi historykami. D o wykonania go zaproszono czo­
łowych polskich artystów graffiti. W pracy przedstawiającej 1000-letnią historię Kra¬
kowa uwzględniono zdobycze krakowskiej sztuki zdobniczej, odwzorowano przemia¬
ny formy w kaligrafii, typografii, grafice, architekturze i malarstwie (Całkowska 2007).
Na to, że graffiti zaczęło przybierać nowe formy wpłynęło kilka czynników: z jed­
nej strony zaostrzenie prawa, prywatyzacja przestrzeni publicznej, z drugiej - co w y ­
daje się najistotniejsze - komercjalizacja samej sztuki ulicy (zob. Biskupski 2008).
Na pierwszym planie sytuuje się jednak funkcja estetyczna graffiti i innych przeja¬
wów street-artu, które charakteryzuje „przede wszystkim zabawa formą, dokładne pro¬
jektowanie działań oraz zawarte explicite wątki krytyczne" (Biskupski 2007, s. 169).
I choć graffiti w założeniu miało wyprowadzić sztukę na ulicę - pomysł znany
z ruchów awangardowych np. futurystów, artystów sztuki ziemi spod znaku Rober­
ta Smithsona czy brytyjskiego ruchu community arts - ostatecznie... trafiło do gale­
rii i muzeów!
374

�Graffiti. Kilka uwag o zmienionych sytuacjach i kontekstach

W s p ó ł c z e s n e malowidła uliczne, p o z o s t a w i o n e na m u r a c h z n a k i , a u t o g r a f y hasła, r y ­
s u n k i stają się p r z e d m i o t e m specjalnie d o tego c e l u o r g a n i z o w a n y c h w y s t a w i k o ­
l e k c j i . S t a j ą się t e m a t e m o b s z e r n y c h k a t a l o g ó w , s p o r ó w o a r t y s t y c z n ą w a r t o ś ć . Ta
w s p ó ł c z e s n a m o d a na kontestującą s z t u k ę awangardową, u t o ż s a m i e n i e n i e m a l w s z y s t ­
k i e g o ze sztuką, nie p o z w a l a już na p r o s t e o d d z i e l e n i e g r u b ą linią tego, c o „wysokie",
o d tego, c o „niskie", tego, co na u l i c y o d tego, c o w g a l e r i i ( C i a r k a 1990, s. 3 3 ) .

Jednym z pierwszych (dość wczesnych) przykładów może tu być wystawa m o ­
nachijskiego muzeum życia codziennego i kultury ludowej - Alltag und Volkskultur,
dokumentująca zjawiska z przestrzeni miejskiej, w t y m graffiti, której owocem był
album Das Graffiti-Lexikon. Wand-Kunst von A bis Z (Krauzer 1986).
Dzisiejsze graffiti jest dzieckiem kultury popularnej, która ma prawdziwą war­
tość artystyczną, a przy t y m służy pewnym celom społecznym: jest nastawiona na
komunikowanie wartości o p o z y c y j n y c h w o b e c systemu d y s t r y b u c j i władzy w kultu¬
rze, p o d e j m o w a n i e k r y t y k i p ó ź n e j n o w o c z e s n o ś c i oraz g o s p o d a r k i k a p i t a l i s t y c z n e j
w warunkach prywatyzacji i monopolizacji środków komunikacji (mediów i innych
n o ś n i k ó w ) (Żakowski 2 0 0 6 , s. 7 4 ) .

Przy t y m jednak współczesne graffiti zwraca na siebie uwagę nie tylko wielkim
kunsztem i krytyczną postawą, ale również dużą dawką dystansu i humoru. Jeden
z czołowych przedstawicieli dzisiejszej sceny graffiti, nieznany z imienia i nazwiska
Banksy którego dzieła można oglądać w Londynie, N o w y m Jorku, ale też na jego
stronie internetowej (www.banksyyco.uk), bardzo dosadnie krytykuje np. pokolenie
konsumpcyjne - jedna z prac przedstawia typową współczesną rodzinę, której człon­
kowie z prawą ręką na sercu, w skupieniu oddają hołd naciągniętej na maszt fladze:
jednorazowej, plastikowej torbie Tesco. Na innym rysunku Banksy wykorzystuje
malarski cytat - to scena opłakiwania, gdy kobiety p o d krzyżem, z dramatycznie
wyciągniętymi rękami rozpaczają, patrząc na mękę Chrystusa. Na graffiti brakuje
krzyża i Chrystusa, a kobiety załamują ręce, patrząc na napis: „Sale ends today".
Prace Banksy'ego spotykamy na ulicach. Ale też na aukcjach w domu Sotheby's
osiągają ponoć ceny kilkudziesięciu tysięcy funtów, a wśród nabywców są celebrities
(Biskupski 2008, s. 175). Polscy writerzy prawdopodobnie nie odnoszą tak spektaku¬
larnych sukcesów, jakie przypadły w udziale brytyjskiemu grafficiarzowi, ale częs¬
to pracują dziś w dużych koncernach reklamowych i firmach zajmujących się grafiką
komputerową, tworzą za pieniądze własne dzieła dla przyjemności swojej i innych.
Część wychodzi oczywiście na ulicę, bo widzimy nowo powstałe wrzuty w których
jednak nadrzędną jest już funkcja estetyczna.
Ja p o k a z u j ę , a o n i t o widzą. W r a z z daną r z e c z ą widzą m n i e jako tego, k t o p o z w a l a i m
ją o g l ą d a ć . Podziwiając ją, podziwiają mnie. Miratio,

k t ó r a o d n o s i się d o tego, c o w a r t e

oglądania, p r z e m i e n i a się w admiratio, k t ó r a o d n o s i się d o tego, k t o ją ma i k t o ją
p o k a z u j e . [ . . . ] To, co w y t w o r z y l i ś m y w s p ó ł z a w o d n i c z y ze s o b ą - p o d o b n i e jak m y

375

�Małgorzata Czapiga

sami — o p r z y c i ą g n i ę c i e u w a g i . R z e c z y rywalizują o o p t y c z n e z a i n t e r e s o w a n i e , a m y
r o b i m y t o samo za i c h p o m o c ą ( S o m m e r 2 0 0 3 , s. 67—69).

Coraz częściej grafficiarze nie muszą już nielegalnie malować pociągów czy
zbierać się po zmroku, żeby zostawić swój piece — wrzut (od ang. masterpiece — arcy­
dzieło) na murze sąsiedniego budynku, gdyż powstają takie inicjatywy jak te podej­
mowane przez warszawskie stowarzyszenie M i a s t o M o j e A w N i m , polegające na
wygospodarowywaniu przestrzeni d o legalnego malowania.
W dzisiejszej przestrzeni postindustrialnej nie sposób już ulec zdziwieniu, szo­
kowi czy oburzeniu na w i d o k graffiti. Przez lata wrosło ono w nasze życie i staliśmy
się wobec niego raczej bierną publicznością niż aktywną społecznością. Nadmierna
semiotyzacja przestrzeni miejskiej doprowadziła paradoksalnie do jej odsemantycznienia. Naszą obojętną akceptację mogą złamać już tylko gesty, rzeczy, obrazy
szczególne, o wyjątkowym ładunku emocjonalnym i znaczeniowym.
Takimi właśnie są ludzie-cienie ze Strefy Rysunki majaczące na murach świadczą
o dramatycznej próbie przywrócenia życia na t y m pustynnym obszarze — próbie za
wszelką cenę i mimo wszystko. Chcą być świadectwem — t o t u kiedyś toczyły się
normalne rozmowy pracowano, odpoczywano. W opuszczonym mieście zniszczo­
nym przez katastrofę - notabene jej sprawcami byli ci, którzy
wcześniej stworzyli miasto dla
ludzi - komunikacja nie jest
możliwa, bo nie ma nikogo, k t o
zastanawiałby się nad przesła¬
niem malowanych postaci. Być
może właśnie dlatego, że w ci¬
szy opuszczonych przestrzeni
graffiti zdają się d o nikogo nie
mówić, ich milczenie jest tak tra¬
giczne i pełne sensu. Zupełnie
inaczej niż to, co widuje się na
murach, pociągach, małej archi¬
tekturze - w kakofonii napisów
i kolorów nie słychać już nicze¬
go ważnego.

G r a f f i t i w C z a r n o b y l u , f o t . K . Biliński

376

�Graffiti. Kilka uwag o zmienionych sytuacjach i kontekstach

Bibliografia
Baudrillard J.
1998

Ameryka, Warszawa

Bauman Z .
1997

Wśród nas nieznajomych - czyli o obcych w (po)nowoczesnym mieście, w: Pisanie

miasta - czytanie miasta, red. A . Zeidler-Janiszewska, Poznań, s. 145-158
Biskupski Ł.
2008
Graffiti i street-art.: na pograniczu sztuki publicznej i ruchu alternatywnego, „Przegląd
Kulturoznawczy", nr 1(4), s. 163-180
Całkowska A.
2007

Największe graffiti powstaje w Krakowie, „Gazeta.pl Kraków", 21 maja
http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35823,4150804.html (dostęp 28.04.2009)

Ciarka R.
1990
Napisy na murach i etnografia współczesnego miasta, „Konteksty Polska Sztuka
Ludowa", nr 2, s. 3 3 - 3 4
Gane N .
2008

Świat graffiti. Sztuka ulicy z pięciu kontynentów, Warszawa

Gregorewicz R., Waloch J.
1991

Polskie mury. Graffiti: sztuka czy wandalizm, Toruń

Kociatkiewicz J., Kostera M .
1997

Antropologia pustych przestrzeni, w: Pisanie miasta - czytanie miasta, red. A. Z e i dler-Janiszewska, Poznań, s. 7 3 - 8 2

Kracoń E.
2008

„Dzielnice bez duszy"-filmowy

obraz przedmieścia, „Kultura Miasta. Miasto w K u l ­

turze", nr 2/3(2), s. 6-13
Krauzer P.
1986

Das Graffiti-Lexikon. Wand-Kunst von A bis Z, Wilhelm Heyne Verlag, München

Kowalski P.
1993

Samotność i wspólnota. Inskrypcje w przestrzeniach współczesnego życia, Opole

Paczoska K.E.
2008

Pomarańczowy karnawał we Wrocławiu, „Kultura Miasta. Miasto w Kulturze",
nr 2/3(2), s. 79-88
Parafianowicz W.
2008
Zizkov, Praga 3. W poszukiwaniu lokalnej wspólnoty, „Kultura Miasta. Miasto
w Kulturze", nr 2/3(2), s. 41-45
377

�Małgorzata Czapiga

Piekarska-Duraj Ł.
2008
ZBronksu do Nowej Huty - początki hip-hopu w Polsce, w : Tworzenie i odtwarzanie
kultury, red. G. Kubica, M . Lubaś, Kraków
Rewers E.
1997
Ekran miejski, w : Pisanie miasta - czytanie miasta, red. A. Zeidler-Janiszewska,
Poznań, s. 41—50
Sommer M .
2003

Zbieranie, Warszawa

Stępień A., Żakowska M .
2005

Obraz współczesnej rzeczywistości w graffiti, w : Humanista wobec tradycji i współ­
czesności. Prace z etnolingwistyki i logopedii, red. S. Wasiuta, M . Wójcicka, L u b ­
lin, s. 181—191

Shusterman R.
2007

O sztuce i życiu. Od poetyki hip-hopu do filozofii somatycznej, Wrocław

Strinati D.
1998
Turner
1974
Welker
2000

Wprowadzenie do kultury popularnej, Poznań
V
The Ritual Process Structure and Anti-Structure, Harmondsworth
L.
Symbolika znaków Polski Walczącej 1939-1989, Toruń

Wierzbicka A .
1997
Akty i gatunki mowy w różnych językach i kulturach, w: Język umysł, kultura, War¬
szawa, s. 228—269
Zgółkowa H .
2005

Agresja na murze, czyli o tekstach graffiti, „Język a Kultura", t. 17, Wrocław,
s. 243—250

Żakowski M .
2006

Street-art i indywidualizacja. W stronę tożsamości awangardowej, „Kultura Popular¬
na", nr 2, s. 71—79

378

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11475" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="11453">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/759af467f836959871e9258c30be47f1.pdf</src>
        <authentication>f9d743cb1c8941a52762649784a1ef43</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="10">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="136967">
                  <text>Barbarzyńca </text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="37">
              <name>Contributor</name>
              <description>An entity responsible for making contributions to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138652">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138653">
                  <text>umowa licencyjna z Wydawcą</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138654">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="138655">
                  <text>czasopismo nieregularne</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136695">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5589</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136696">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136697">
                <text>2008</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136698">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:5197</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136699">
                <text>Milczące spotkania dwóch teatrów/ Barbarzyńca 2008 nr 3 (13)</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136700">
                <text>Barbarzyńca - pismo antropologiczne,2008 nr 3(13), s.20-30</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136701">
                <text>Czapiga, Małgorzata</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136702">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136703">
                <text>Stowarzyszenie Antropologiczne „Archipelagi Kultury”</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136704">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136705">
                <text>Małgorzata

u

n w

19

8

3 n

&gt; absolwentka polonistyki UJ, doktorantka w Instytucie Etnologii

i Antropologii Kulturowej UJ, interesuje się literaturą współczesną, antropologią
C Z a p i g a |

i t e a t r e m (szczególnie a w a n g a r d o w y m ) .

Milczące spotkanie
dwóch teatrów
„Możesz mnie spokojnie
poczęstować śniegiem:
ilekroć szedłem przez lato
ramię w ramię z morwą
krzyczał jej najmłodszy
liść"
(P. Celan)

wiadomość istnienia zaczyna się od po­
czucia osamotnienia i doświadczenia jego
tragiczności. Życie wypełnione witalnością, tak często przedstawiane jest w poezji i dra­
macie za pomocą figury - obrazu wiosny, drogi
przez wieczną zieloność, wybuchającą feerią
skontrastowanych, ostrych barw, przepełnioną
pulsującym, rozedrganym rytmem. W pewnym
momencie nadchodzi jednak czas na coś innego,
dochodzi się do momentu, kiedy ze spokojem
można się zgodzić na „poczęstowanie śniegiem"
- na katastrofę, odizolowanie, śmierć, gdzie sta­
gnacja, chłód i bezbarwność współgrają ze sobą.

Ś

1

A . M . di Nola, Tryumf śmierci.

Śmierć w potocznym rozumieniu wywołuje
raczej poczucie chaosu, w którym rozpad do­
minuje nad porządkiem i ładem. Alfonso M . di
Nola, pisząc o żałobnikach, którzy w obliczu
śmierci bliskiej osoby zyskują przeświadczenie,
że świat jest bez sensu, smutny i pusty, wspomina
również o percepcji śmierci w ogóle:
„Nie jest akceptowana ani traktowana jako
zjawisko naturalne. W pewnym sensie śmierć
zostaje wyłączona poza ramy naturalnego po­
rządku rzeczy, rozumianego jako ruch, działa­
nie, reprodukcja, ciągłość" .
1

Antropologia ialoby, Universitas, Kraków, 2006, s. 186-187.

BARBARZYŃCA

3 ("13) P D D (

�21

Milczące spotkanie dwóch teatrów

Zgoda na śmierć, izolację przywraca normal­ teatru. Wychodził z przekonania, że współcze­
ny porządek rzeczy i organizuje chaos, który
sny mu teatr jest tworem skostniałym i przesta­
może wywołać myśl o unicestwieniu. Doskona­ rzałym. W jednym ze szkiców pisał wprost:
łość i harmonia świata pozostają zachowane (od­
„Zupełna ignorancja i całkowita niewiedza
zyskane?). Przestają mieć wtedy znaczenie dy­
sztuki teatralnej u nas w Warszawie sprawia, że
wagacje dotyczące sprawcy śmierci - demiurga
pisanie o tej sztuce kojarzy mi się ściśle z tłuma­
lub nienazwanej wrogiej siły, gdyż pogodzenie
czeniem, określaniem i pouczaniem. (...) Gdy
owo bierze je w nawias i czyni nieznaczącymi.
teatry, jak u nas, nie ukazują żadnych ekspe­
Obrazy literackie przywołują częściej niezgo­
rymentów i nie doświadczają na scenie żadnej
dę na śmierć, bunt przeciwko niej i cierpienie
idei, żadnej koncepcji - tam wielkie słowa, za­
związane z odejściem ze świata materialnego. W
wierające w sobie ideę lub koncepcję teatralną,
refleksji na ten temat zupełnie wyjątkowi wydają
są wysiłkiem abstrakcyjnym ani czynem, ani
się tu dwaj twórcy, odlegli od siebie w sensie cza­
przykładem nie popartym - bajką o kolorach,
sowym, ale i — na pierwszy rzut oka — artystycz­
którą się opowiada ślepcom spragnionym
nym: Bolesław Leśmian i Leszek Mądzik, wyra­
żeń..." .
żający swoją twórczością zrozumienie i zgodę na
„poczęstowanie śniegiem".
Eksperymentatorskie fascynacje L e ś m i a ­
na nie znalazły zrozumienia ani u ówczesnej
widowni,
ani u krytyków. Na to nałożyły się
Teatralne spotkania w milczeniu
niesnaski w zespole - konflikt z Wroczyńskim
Bolesław Leśmian, poeta, podejmował rów­ w sprawie repertuaru - oraz kłopoty finansowe,
nież próby dramaturgiczne i teatralne. Pozosta­ które musiały druzgocąco wpływać na poetę.
wił po sobie kilka prób dramatycznych, z których Jesienią 1911 roku Leśmian, w liście zamiesz­
niewiele zachowało się do naszych czasów . czonym w Nowej Gazecie, ogłosił koniec swojej
Szczególnie ciekawym przypadkiem wydają się współpracy z Teatrem Artystycznym. Niemniej
dwie realizacje tej samej sztuki - Pierrot i Kojednak kilka prób dramatycznych i wypowiedzi
lombina i Skrzypek, opętany. Poeta nazywa je „ba­ teoretycznych, jakie się zachowały, pozwalają
śniami mimicznymi" i faktycznie utwory te nie stwierdzić, że Leśmian również i na tym polu
przewidują użycia słowa jako materii tworzenia. działalności artystycznej był pisarzem oryginałCały dramat ma mieć postać pantomimy opartej
i nowatorskim.
113. ruchu, grze światła, symbolice kolorów i re¬
Na szczególną u w a g ę zasługuje deklara­
kwizytów. Sam Leśmian, zajmując się przecież cja poety, który neguje potrzebę użycia słowa.
teatrem (w 1911 roku wraz z Kazimierzem Wro­ Początek Skrzypka opętanego
przynosi nam in­
czyńskim i Januszem Orlińskim wynaieli scenę formację o czasie i miejscu akcji, mianowicie:
Teatru Małego w Warszawie i założyli teatr zwa„Rzecz się dzieje w owych intermediach istnie­
3

2

Teatrem Artystycznym) bardzo dobrze znał
zarówno ówczesne sceny polskie i światowe
nieobce mu tez były tekst/teoretyczne dotyczące

2

Rochelle H . Stone we wstępie do Skrzypka

opętanego

pisze o istnieniu co najmniej sześciu prób dramatycznych
Leśmiana, ale nawet tylko te, o których nam wiadomo,
pozwalają umieścić Leśmiana wśród wielkich twórców

3 (13) 3DD8

BARBARZYŃCA

nia, gdy słów nie bywa, a wszyscy się nawzajem
rozumieją". Podkreślony zostaje fakt, że w życiu
bywają pewne momenty, wydarzenia, które nie

i myślicieli teatru. Zob. B. Leśmian, Skrzypek

opętany,

PIW, Warszawa, 1985.
3

B. Leśmian, Szkice literackie, oprać. J. Trznadel, PIW,

Warszawa, 1959, s. 180-181.

�22

Małgorzata Czapiga

w y m a g a j ą werbalizacji (a może nawet - nie
poddają się takim próbom). Odejście od słów
w dramatach zbliża Leśmiana do tworzącego
kilkadziesiąt lat później Leszka Mądzika.
Mądzik teatrem zaczął się zajmować jeszcze
podczas studiów na Katolickim Uniwersytecie
Lubelskim pod koniec lat 60. Początkowo two­
rzył projekty scenograficzne do przedstawień
Teatru Akademickiego K U L . Szybko zaczął
działać samodzielnie. W roku 1970 założył Sce­
nę Plastyczną K U L . W pierwszym wystawionyni przez zespół spektaklu Ecce Homo pada
wprawdzie jedno zdanie (dramatyczne pytanie:
„Dlaczego wywiodłeś mnie z łona?"), ale każda
kolejna próba jest j u ż odchodzeniem od wer­
balizacji na rzecz ekspresji bezsłownej. W tym
miejscu zbiegają się koncepcje Leśmiana i Mą­
dzika których powinowactwo artystyczne sieea
znacznie głębiej. Sam Mądzik mówi:
„Przez trzydzieści lat sobie i widzom sugeruję
i wmawiam, że bez słów można się porozumieć
i że można uprawiać teatr, który w milczeniu
ma szansę spotkania z drugim człowiekiem
w tym, co istotniejsze.
Uwierzyłem po wielu latach pracy, że naprawdę
to, co najważniejsze, co żyje w naszych emo­
cjach, co intensywnie przeżywamy, nie zawsze
potrzebuje nazwania, a nawet boję się, że cza­
sami słowem możemy coś zniszczyć, sprofano­
wać, chyba że wypowiadamy się przez poezję.
Przyznam się, że do żadnej z szesnastu premier
nie napisałem kartki papieru, nie ma ani słowa,
a te spektakle istnieją, sa, grane i niani nadzieję,
że do widza docierają" .

ważniejszego - to przez teatr ma się odbywać
komunikacja międzyludzka i wynikające z tej
interakcji porozumienie. Teatr przestaje być tyl­
ko przyjemnością, wrażeniem estetycznym, a zy­
skuje wymiar etyczny. Odzyskać ma perspektywę
katarktyczną, choć dopasowaną do współczesnej
wrażliwości i potrzeb. Ma temu służyć przede
wszystkim forma wizualna dramatu, której za­
daniem jest oddziaływanie na widza - nie należy
przecież zapominać o tym, co zakodowane jest
nawet w nazwie teatru Mądzika, o plastyczno­
ści. Rezygnacja ze słów może mieć zatem swoją
motywację w odwołaniu się do pierwotnych, eks­
tremalnych doświadczeń widza, może również
oznaczać wiarę w wyższość i celowość metod
wizualnych.
Podobnie jest u Leśmiana, który w swoich
wypowiedziach teoretycznych i późniejszych
działaniach teatralnych proponuje tzw teatr sty­
lizowany. W jego projekcie akcenty postawione
są na gest, ruch i taniec. Dzisiaj Leśmianowska
stylizacja zostałaby przyporządkowana - zgod­
nie z typologią praktyk teatralnych - do „technik
pozacodziennych". Termin ten wprowadził Eu­
genio Barba , analizując zróżnicowane procesy
kinestetyczne. Codzienne techniki ciała stosobyły szczególnie w europejskim teatrze
realistycznym, w odróżnieniu od nich natomiast
istnieje:
5

„(...) pozacodzienna estetyka ciała powstająca
w wyniku świadomego kształtowania i wyucze­
nia, jest językiem ciała używanym na scenie,
by odcinać się wyraźnie od technik codzienno­
ści. Do tej (...) kategorii należałaby większość
form tanecznych, pantomima, akrobatyka i ta­
kie wysoko skonwencjonalizowane gatunki, jak

4

Twórca Sceny Plastycznej, odżegnując się
od werbalizacji, mówi w istocie coś znacznie

4

Z wywiadu, którego Leszek Mądzik udzielił dla Ruchu

Muzycznego, cytuję za: Leszek Mądzik, czyli pamięć
wielokrotnie wyobrażona,

czasu

„Panorama Polska", vol. 14, nr 7

(153), lipiec 2006, [w:] http://www.panoramapolska.ca/

5

Eugenio Barba - antropolog teatru, łączy praktykę

teatralną z naukową refleksją nad teatrem. Założy!
Międzynarodową Szkolę Antropologii Teatru ( I S T A International School of Theatre Anthropology).

index.cfm PNoTot = 153&amp;Article = Madzik_7.html

BARBARZYŃCA

3 (13) 3DD8

�Milczące spotkanie dwóch teatrów

komedia deWarte czy prawie wszystkie formy
teatru azjatyckiego" .
6

Stylizacja, zgodnie z założeniami Leśmiana,
odrzuca złudzenie czy iluzjonizm, a uwydat­
nia te elementy dzieła, które skierują widza na
tory myślenia metafizycznego. Realizuje się ona
przede wszystkim w szczegółach, które są dla
widza czytelne, znane, a ich podstawową rolą
nie jest złudzenie rzeczywistości, ale przeniknię­
cie rzeczy, które będą wzruszały, a w ten sposób
przybliżały do tajemnicy istnienia. Widz, przy­
chodząc do teatru staje się elementem „wielkiego
ołtarza świątyni zwanego teatrem" .
Zarówno u Leśmiana, jak i Mądzika, akcent
zostaje przeniesiony z aktora na widza. Aktor
jest zaledwie elementem usytuowanym na równi
z detalami scenografii, grą świateł czy tłem mu­
zycznym. Odarty ze swej autonomii, zostaje je­
dynie ciałem, którego ruch dostarczać ma aluzji
semantycznych i wywoływać wrażenia zbliża­
jące widza do tajemnicy istnienia. Aktorzy stają
się marionetkami, manekinami, a sam Mądzik
mówi o nich, że:

23
nie, pozbawiając równocześnie indywidualności
aktorskiej, o którą przecież tutaj nie chodzi.

Rzeczywistość śmierci
Zarówno Leśmian, jak i Mądzik posługują
się w swojej twórczości (pierwszy - poetyckiej
i dramatycznej, drugi - teatralnej, fotograficz­
nej) obrazami - metaforami. Wynika to z od­
rzucenia słowa jako jedynej materii tworzącej.
Mądzik przyznaje:
„Moj e sceniczne pej zaże, ten spowolniony ruch
w moich przedstawieniach, to wyłanianie się
z kształtów ciemności - to jest dla mnie taka
modlitwa. Ona obdarza mnie spokojem, który
pozwala mówić o najtrudniejszych sprawach
i myśleć o nich... Nie piszę scenariuszy do spek­
takli, nie robię żadnych notatek. Myślę obraza¬
mi, noszę je w sobie"^.

7

„nie są tu po to, aby współtworzyć, są jeszcze
jednym składnikiem wizualnej penetracji cza­
su i wyobrażenia, bez autonomii dramatur­
gicznej" .
8

Mądzik stosuje wiele zabiegów prowadzą­
cych do urzeczowienia postaci - niezwykle suge­
stywne staje się umieszczenie ich pomiędzy pa­
pierowymi korpusami ludzkimi rozstawionymi
np. we Włóknach czy monstrualnych postaciach
kobiecych z Zielnika. Innym razem twórca każe
nałożyć aktorom jednakowe stroje i czepki imi­
tujące ogolone głowy {Wrota, Kir) lub w później­
szych przedstawieniach faktycznie ogolić głowy
na łyso, upodabniając ich do siebie prawie zupeł6

Ch. Balme, Wprowadzenie do nauki o teatrze, P W N ,

Warszawa, 2002, s. 169-170.
7

B. Leśmian, Szkice literackie, op.cit., s. 141.

Pole semantyczne owych obrazów jest bardzo
zbliżone u obu twórców i mimo różnych reali­
zacji można je określić mianem rzeczywistości
śmierci. Śmierć od zawsze pociągała człowieka
i urzeczenie to było wielokrotnie silniejsze niż
strach. Z jednej strony stanowiła przecież kres
wędrówki każdego istnienia, była zwieńczeniem
życiowej serii powtarzających się rytów przej­
ścia, ale z drugiej stawała się przejściem ostatecz¬
nym.. Jako problem temat śmierci podejmowany
był przez wszystkie typy refleksji kultur.
Dzisiejsza kultura popada w paradoksalne
pułapki w myśleniu o sprawach ostatecznych. Za
sprawą komunikacji medialnej obrazy śmierci
stały się wszechobecne, jednakowoż stają się one
towarem, przedmiotem konsumpcji, jak każdy
inny przedmiot możliwy do sprzedaży. Marek
Hendrykowski pisze:

8

Leszek Mądzik, czyli pamięć

wyobrażona,
9

czasu wielokrotnie

„Panorama Polska", op.cit.

Leszek Mądzik sam o sobie, cytuję za: http://www.

teatry.art.pl/miasta/lubelskie/lublin/kul/samo.htm

3 (13) 3DD8

BARBARZYŃCA

�24

Małgorzata Czapiga

�Milczące spotkanie dwóch teatrów

25
„Przywykliśmy niemal, że jest wystawiona na
sprzedaż, przeznaczona do oglądania i że utra­
ciła swój wymiar i głębszy sens. To jedna strona
zjawiska - śmierć jako widowisko i ekscytujący
spektakl. Jest jeszcze druga - przemilczenie.
Śmierc, me ma" .
10

Bardziej przekonują nas filmy fabularne
przedstawiające okrutne obrazy wojennej po­
żogi n i ż faktyczny dokument - relacja z ob­
szarów objętych wojną. Dokonująca się estetyzacja śmierci oddala jej prawdziwość, realność
i tabuizuje zjawisko. Raczej marginalne wydają
się perwersyjne widowiska filmowe zwane snuff
movie:
„(...) dokumentalna rejestracja autentycznego
umierania i śmierci ludzi, którzy sprzedali re­
alizatorom filmu prawo do sfilmowania końca
swojego życia. Zabijanie na oczach widza stało
się pierwszą z zaspokajanych potrzeb - kwin­
tesencją koszmarnego spektaklu. Temat śmierci
utracił w ten sposób dawną powagę i godność,
nabierając zdegenerowanego znaczenia" .
11

W dzisiejszej kulturze masowej - szczególnie
filmach i grach komputerowych - śmierć jako
doświadczenie metafizyczne właściwie nie jest
obecna. Jej miejsce zajmuje zabijanie. Niemoż­
liwość zbliżenia się do autentyczności doświad­
czenia w obrazach, kiedy zastrzelona postać
z gry wstaje i napis game over w sekundzie traci
swe znaczenie, bo pojawia się opcja play again,
a żołnierz amerykański czy wietnamski to prze¬
cież tylko aktor-ikona, staje się takim właśnie
odwróceniem porządku. Śmierć przez procesy
estetyzacji przestaje być prawdziwa.

10

M . Hendrykowski, Kilką refleksji na temat

w sztuce, [w:] Strategie śmierciŚwiadectwa

literackie i kulturoznawcze, pod red.

W Burszty, Wydawnictwo Académica SWPS,
Warszawa 2004, s. 70.
11

3 (13) 3DD8

BARBARZYŃCA

śmierci

formy umierania.

Ibid., s. 72-73.

�Małgorzata Czapiga

26
Wobec pozbawionych refleksji obrazów za­
bijania, wypierających wizerunki śmierci au­
tentycznej, zadziwiająca wydaje się bezustanna
popularność Leśmiana jako poety, którego Na­
pój cienisty i Dziejba leśna przesycone są obra­
zami żyjących - zmarłych, obcowania istot ze
świata i zaświata, przepełnionych poczuciem
losu i ostateczności, ale niepozbawionych życia
i nadziei oraz jego dramatów, a także cieszący
się niesłabnącym powodzeniem teatr Leszka
Mądzika.
Skrzypek, opętany - dramat mimiczny Bo­
lesława Leśmiana - to historia Alaryela ogar­
niętego niemocą twórczą, który żyje u boku
żony nierozumiejącej zupełnie jego potrzeb
artystycznych. Zaskakujące to, bo sama jest
malarką, zatem refleksje i trudy twórcze nie
powinny być jej obce. Alaryel ma poczucie, że
tkwi w nim nieznana, pierwotna melodia, którą
musi wygrać, jednakże nie znajduje środków,
które pozwoliłyby mu tę pieśń wydobyć. J u ż
sam spis postaci jasno określa pochodzenie bo­
haterów: Alaryel wywodzi się z „bajki dawno
zapomnianej", a jego żona Chryza z „krainy
ościennej bajce". Nieprzyległość tych dwóch
światów przełoży się później na dziedziny, któ­
rymi beda sie zajmowali- Chryza to świat wizuahzacji malarstwa ale opartego na mimesis nie
wnoszącego w te twórczość żadnych pokładów
indywidualizmu Alaryel natomiast iest artysta
nrawdziwym z' baik, dawno zanomnianei"
nierwotne, nieśrworzonei nozostaiacei w nie'
pokoiacym' ruchu Baika sugerowałaby k r a i n ę
z w i ą z a n a z T e ś m i a n o w s k a Baśnią
stanowić\vnonim

która m o ż e

zvria nrawHziweao

2

,

zvria

tŁ™LV

n r v h l i ™ ™ nprzez
Ho lajemnicy
przypinającego
r 7
r acaiy
ł v r 7czas
9
istnienia, warna ościenna Pajce natomiast jest
zaledwie namiastKą owego istnienia, Krainą, jaK
Każda inna nierozmącą się znacząco od wszyst¬
kich pozostałych ościennych krain.
7

12

B. Leśmian, S\rzype\opętany,

13

Ibid., s. 184.

PIW, Warszawa 1985, s. 180.

Świat niemocy twórczej skrzypka zmienia
się wraz z pojawieniem się dziwnej, pięknej
postaci Rusałki, pochodzącej z Odwiecznego
Boru, która:
„ma na sobie szatę powłóczystą, koloru indygo, na której mienią się i złocą rzęsiście nuty
tajemnicze, niby zawiłe arabeski, tające pieśń
nieznaną..." .
12

To właśnie ona daje Alaryelowi szansę na
odnalezienie w sobie pieśni, której podświado­
me istnienie nie dawało mu żyć prawdziwie, nie
pozwalało na spontaniczną twórczość. Od tego
momentu tęsknota za złotym zapisem nutowym
stanie się głównym celem wszelkich dążeń ar­
tysty. Wraz z narastającą miłością Alaryela do
Rusałki uosabiającej twórczość coraz silniejsza
staje się zazdrość Chryzy, w której „zataja się
namysł nagły i zdradziecki" . Zazdrosna żona
zabija ostatecznie Rusałkę, nie myśląc, że po­
zbawia skrzypka szansy na. realizację swojego
artystycznego zadania życia. Chryza, nie odczu­
wał ac podobnych metafizycznych potrzeb nie
myśli w tych kategoriach - oślepiona zazdro­
ścią pragnie jedynie pozbyć się rywalki. Zabita
Rusałka zostaie złożona w szklana trumnie
ale w Odwiecznym Borze, kierującym się wła¬
snymi prawami możliwe było i d zmartwych
wstanie Wtedv'to Alarvelowi nonownie dane
iest uirzeć nuty do pieśni która nosił w sobie
zaczvna arać szaleńcza' onetańcza melodie'
N i e n W r z e L 7łoteaoWe'za atrvhntn Rnsałki
i n H w i e r y n L Rnrn C r n ™ n l h e n i ™ ń
1 odwiecznego coru. mrożące niepezpieczenstwo nie jest
mego wcale w a ż n e . UKąszony,
pada martwy^na grop mogiły,
Której ponow­
nie scnodziKusa^a. iNa arenie wydarzeń po­
zostaje juz tylKo Uhryza, płacząca nad ciałem
zmarłego męża, Który „w głębi swych marzeń
spotKawszy się ze śmiercią, piesn swą dospiewai
do końca .
13

7

14

B. Leśmian, Skrzype\...,

s. 231.

BARBARZYŃCA

13 3 D D(

�27

Milczące spotkanie dwóch teatrów

Śmierć z Leśmianowskiego dramatu połączo­
na jest ze spełnieniem, z dotarciem do Tajemnicy
Istnienia, do zrozumienia sensu bytu. Skrzype\
opętany jest nie tylko historią o miłości, niena­
wiści i zbrodni, to również opowieść o artyście,
dziele i poszukiwaniu wyrazu własnej sztuki, ale
przede wszystkim to opowieść o potrzebie po­
szukiwania transcendencji, Absolutu w pozba­
wionym go na pozór codziennym życiu. Sytuacji
tej towarzyszy zaś ekstatyczny, rytmiczny taniec
zmysłów, gestów, pozasłownego porozumienia,
w którym roztapiają się granice między śmiercią
i życiem.
Taniec, ruch, gest zawsze związany był ze
sferą sacrum. Rytm tańca to równocześnie rytm
boskiej energii. Znane są kulturowe obrazy tań­
czących bogów - szczególnie w religiach Wscho­
du: zapewnienie ładu sfer kosmicznych możliwe
było dzięki tańcowi Siwy, japońska bogini Ameus
- Uzmi tańczyła, aby wymodlić światło i uchro­
nić świat od całkowitych ciemności, spotykamy
też tańczącego przed pasterkami Krysznę. Od
najdawniejszych czasów przypisywano tańcowi
znaczenie magiczne. W kulturach pierwotnych
w rytmicznych pląsach miał miejsce akt religijny
i ważne działania obrzędowe, ponieważ rytm
ogarniał nie tylko ciało ale przenikał ponadto
umysł. Irena Turskapisźe, ż e
-

„Tańczący człowiek prymitywny pragnie wejść
w kontakt ze światem duchów. Oczekiwanie
tego momentu wywołuje w nim stan potęgują­
cego się z każdą chwilą napięcia psychicznego
graniczącego ze stanem hipnotycznym" .
15

Skrzypek opętany jest, jak j u ż zostało powie­
dziane, dramatem mimicznym, stanowi on za­
tem pewnego rodzaju libretto, które jest dopiero
podstawą do ewentualnej realizacji scenicznej.
Dokładność didaskaliów, określających miejsce

akcji, kolory rekwizytów, rozmieszczenie ich na
scenie oraz precyzja w opisywaniu zachowań
postaci potwierdzałby tezę, że Skrzypek^ jest tek­
stem pisanym z myślą o inscenizacji. Niezbitym
dowodem na przyjęcie wyżej wymienionej tezy
jest zakończenie dramatu, kiedy mowa o opusz­
czaniu kurtyny:
„Zasłona spada powoli i po zapadnięciu zasłony
- w ś r ó d ciemności - dobrzmiewają jeszcze trzy
brakujące uderzenia zegara, który bije północ.
Po czym - wolno kinkietom zapłonąć (...)" .
16

Poza tym Leśmian dołącza do dramatu aneks,
który nazywa „uwagami autorskimi". Są to de
facto wskazówki pomocne przy realizacji dra­
matu na scenie i dotyczą metod gry aktorskiej,
rozwiązań scenograficznych, kostiumów akto­
rów i barw rekwizytów. W wielu miejscach wy­
raźnie zaznacza sposób, w jaki aktorzy mieliby
się poruszać. Innym razem Leśmian każe swym
postaciom powtarzać ruchy, jak sam to określa,
„w zmniejszeniu", co może znaczyć właśnie
wolniejszy mniej wyraźny gest. Ruch zyskuje
przez to sens znaku. Wszystko poddane jest od­
powiedniemu rytmowi. Rytm nie wiąże się tylko
z muzycznością ale iest tu zasada bytu istnienia
Towarzyszy p o w i a n i u sie Wiedźmy twórczości
Skrzypka i Chryzy ale i śmierci Rusałki. Rytm
przenika bowiem wszelkie formy aktywności
w świecie i zaświatach Rytm uznawany jest za
swoisty wykładnik sacrum a wiec także - bywa
w a ż n y m elementem noe'tvki sakrosferv Tan
y
p y
y&gt; J
R ł n ń s k i n a z w a ł rvtm w nnieciu T e ś m i a n a

ana

loaonem k o s m i c z n e ™ nroresn tworzenia" ^
1

7

L

m

nie m n a ł n an f . h r . k n . ć n r . v tworzeni,,'

^ X i " o ^ ^ o ^ ^ ^

tworzeniu

Zarówno u Mądzika, jak i Leśmiana, rytm
pozyskiwany jest w wieloraki sposób, nie tyl­
ko przez grę aktorską. Obaj artyści eksploatują

15

I . Turska, W kręgu tańca,

Iskry, Warszawa 1965, s. 110.

17

16

B. Leśmian, Skrzypek,..,

s. 231.

Przyczynek do poetykj sacrum, M

J. Bartmiński, O rytualnej funkcji

powtórzenia.
i d e m

poetyka, Ossolineum, Wrocław 1990.

3 (13) 3DD8

BARBARZYŃCA

, Folklor -język

-

�Małgorzata Czapiga

28
światło i ciemność, stwarzając iluzję pulsowania
i ruchu ku przodowi, co znamionuje upływający
czas naznaczony pewnym fatalizmem. Przed
oczyma widza płynie czas astronomiczny, towa­
rzyszący czasowi spektaklu, spektaklu, który jest
jedną wielką synekdochą życia każdego z nas.
W spektaklu Leszka Mądzika Ecce Homo
zastosowane zostały witraże symbolizujące ży­
cie, śmierć i Boga. To na ich tle bezimienny
człowiek przemierza przestrzeń w niewiado­
mej wędrówce. Kolejnym krokom człowieka
towarzyszą zapalające się i gasnące witraże,
przerywane chwilami zupełnej ciemności. Kie­
dy zapala się niebieskie światło witraża śmierci,
człowiek pada nieruchomy, a jego ciało otaczają
maski wykrzywione w dziwnym grymasie. Pul­
sowanie rozświetlanych witraży i rytm tańca po­
staci spowalniają, aż do całkowitego zaniknięcia.
Nierównomiernie zapala się tylko witraż śmierci
- ciało człowieka nieruchomieje.
„Dychotomia „ruch - bezruch" określa w kul­
turze sposób myślenia o życiu i śmierci" .
18

Rytm staje się nie tylko materią spektaklu, ale
wciąga również widza, każąc mu uczestniczyć
w oglądanych obrazach. Pulsowanie świateł, ope­
rowanie ciemnością, nasycanie i blaknięcie barw,
kontrastowanie kolorów obserwowanych w dzie­
łach wspomnianych twórców wywołują wrażenie
halucynacji. Tak oceniał jeden z wystawionych
przez Leśmiana dramatów ówczesny krytyk:

towarzyszących spektaklowi - nie tylko są one
kluczowe u Leśmiana, analogię znaleźć można
w opiniach krytyków teatru Mądzika:
„Ten jedyny w swoim rodzaju teatr wprowadza
widza w rodzaj transu przypominającego sta­
ny sprzed zaśnięcia, z pogranicza jawy i snu,
czy z medytacji. W medytacjach wszelkich
obrządków taki trans określa się czasem jako
»ćwiczenie w umieraniu« - wyciszenie funkcji
życiowych, wygaszenie »ja«. Nie chodzi w nich
jednak o umieranie, tylko o życie. I taki sens ma
teatr Mądzika, który »udosłownia« to, co sym¬
boliczne. Tworzy wrażenie, jakbyśmy zaglądali
za kulisy życia. Lub inaczej - jakbyśmy patrzyli
na życie z drugiej strony, zza kulis" .
20

Widz w czasie spektaklu Mądzika pozostaje
zazwyczaj w całkowitych ciemnościach, słysząc
bicie własnego serca, a przed jego oczami rozpo­
ścierają się coraz to inne obrazy. Ma się poczucie,
że nie istnieje nic poza. Przesłania kolejnych
sztuk przynoszą niezmiennie nadzieję, posze­
rzając perspektywę - istnieje widz - człowiek, ale
jego byt określany jest wobec Absolutu, którego
nie nazywa się tu jednoznacznie.
Opis spektaklu Wędrowne

„Umęczony kształt ludzkiego ciała. Przesuwa­
ny niby święty obraz znika w oddali. Zostaje
ślad umęczonej postaci w trumnie. Tragiczna
procesja, pielgrzymka wędrownych postaci.
Odchodzą w cierpienie. Powracają, aby dać
świadectwo męczeństwu człowieka.
Wędrujące postacie. Ich jednostajny ruch przy­
pomina o upływie czasu. Szarość i srebrzystość
cierpienia rzeźbiona światłem. W oddali na
moment zarys ludzkiego ciała. Łagodne dźwię­
ki fortepianu niosą powolny, chóralny śpiew.

„[przedstawienie - wtrącenie M.C.] dało wi­
downi urok halucynacji, przedsmak szalonego
delirium tremens, kiedy to w cudownie naiwnym
rytmie tańczy, śpiewa i wiruje cały świat" .
19

Wyraźne wydają się swoiste filiacje w bu­
dowaniu wrażenia nierealności i widmowości,

18

J. Kowalska, Taniec drzewa życia.

w tańcu,
19

Uniwersalia kulturowe

I H K P PAN, Warszawa 1991, s. 61.

T. Nalepiński, O stylu w teatrze (zpowodu wystawienia

komedii Grabbego), „Kurier Warszawski", 25 V 1911, nr

z 1980 roku:

143, cytuję za: D . Ratajczak, Teatr Artystyczny Bolesława
Leśmiana, Wrocław 1979, s. 87.
2 0

„Gazeta Wyborcza", 17.04.2008 - cytuję za: http://www.

kul.lublin.pl/art_2788.html

BARBARZYŃCA

3 (13) 3DD8

�Milczące spotkanie dwóch teatrów

Głos ludzi. Powraca nadzieja. W złocistym
świetle czysty i jasny łan żywego zboża. Odda­
la cierpienie, przywraca spokój i godność. Jest
najwyższym współczuciem" .
21

W Bruździe - znacznie późniejszym spekta­
klu Mądzika (2006) - pojawia się obraz podobny,
znów znajdzie się tu miejsce na ruch, cierpienie,
ale i nadzieję skojarzoną z życiodajnym zbożem.
Spektakl rozpoczyna trud kreatora, który doko­
nuje metamorfozy materii - ożywia nieruchome
przywiezione wcześniej bruzdy ziemi przez ob­
sypanie każdej z nich deszczem zboża. Z prze¬
obrażonej bruzdy ziemi wyłania się człowiek,
który od razu wstępuje na drogę prowadzącą

29
w niewiadome. Nie jest jednak sam - przez cały
czas towarzyszy mu, jak cień, demiurg. Droga
nie jest łatwa - miejscami prosta i gładka, gdzie
indziej naznaczona przeszkodami, barierami.
Człowiek upada, ale stwórca nawet wtedy jest
blisko niego, obmywa stopy kojącą, zimną wodą,
podnosi obiekt własnego trudu i prowadzi ku
ostatecznemu spełnieniu, którym okazuje się
ukryty za tajemniczą zasłoną stół, przy którym
znajduje się miejsce dla każdego przychodząSam Mądzik mówi:
„Gleba jest miejscem bezpiecznym i dającym
nadzieję. Ziarno w nią rzucone ma szansę prze-

FOT. SŁAWOMIR GUZ

21

W. Sulisz, Portretowanie umarłej.

Wielgie obrazy

dramatyczne w teatrze Leszka Mądzika,
bezsłownej

[w:] Teatr

prawdy. Scena Plastyczna Katolickiego

3 (13) 3DD8

BARBARZYŃCA

Uniwersytetu Lubelskiego, pod red. W. Chudego, RW
K U L , Lublin 1990, s. 48.

�Małgorzata Czapiga

30
trwania. Nie obumiera. Lęk przed śmiercią,
choć bardzo ludzki, nie przytłacza. Nadzieja
i wiara są silniejsze. Bruzda, z której jesteśmy
zrodzeni i po której stąpamy, jest drogowska­
zem, kierunkiem wyznaczającym sens trwania.
Siewca zbiera rzucone ziarno. Ludzki spichlerz
to ostatnia przystań na drodze pełnej niepokoju,
cierpienia, ale i zawierzenia" .

wcześniej stracił członków swojej rodziny. Sam
napisze później w autobiograficznej elegii:
„ K a ż d e z m a r ł o inaczej śmiercią strasznie własną!...
C i a ł o matki i ojca i siostry i brata...
D z i ś rysy waszych twarzy w p a m i ę c i m i gasną,
Umieracie raz jeszcze śmiercią spoza ś w i a t a " .
24

Leszek Mądzik natomiast wspomina:

22

„W dzieciństwie mieszkałem na uliczce blisko
szpitala, kostnicy i cmentarza - opowiada. Po­
grzeby były prawie codziennie i przez okna są­
czyły się takie widoki: karawan, wolno człapią­
ce konie, procesja żałobników. Szły kondukty
w deszczu i w pełnym słońcu, rano, w południe
i o zmierzchu. Czasem grała orkiestra, czasem
tylko wiatr. Wychowałem się i bawiłem wśród
tego pejzażu" .

Patrząc na kolejne obrazy przesuwające się
przed oczami widza, ma się wrażenie, że wciąga
nas jakiś przemożny, hipnotyzujący wir, od któ­
rego trudno oderwać wzrok. Podniecający urok,
fascynacja, być może przemieszana również ze
strachem, staje się udziałem nie tylko widza, ale
również samego twórcy:
„I jednego momentu nie dam sobie nigdy za­
brać, mianowicie spojrzenia w twarze widzów
w finale spektaklu. Jest to dla mnie najcudow­
niejszy moment, radosna ekstaza, jeśli to słowo
jest odpowiednie. Jest to coś, co rekompensuje
mi cały trud tworzenia spektaklu, bo sam proces
tworzenia jest dla mnie kłopotem, zmęczeniem
i nie mam w nim wielkiej radości. Natomiast
finał, kiedy jeszcze wiem, że udało mi się prze­
rzucić jakąś tajemnicę o nas samych na drugą
stronę do widza, rekompensuje mi cały trud
i sprawia, że po trzydziestu latach ___O^C mieć
jeszcze nadzieje że jak zdrowie dopisze będę
mógł dalej ten teatr uprawiać" .
23

Obaj artyści - Leśmian i Mądzik - od dziec­
ka stykali się ze śmiercią bezpośrednio. Traumę
śmierci poeta przeszedł w dzieciństwie: bardzo

25

Tanatologia inicjowana w teatrze Mądzika
i poezji oraz dramaturgii Leśmiana staje się
pewnego rodzaju obsesją, która urzeka widza
i tworzącego, ale poza tym ma szersze odniesie­
nie. Przez refleksyjne i filozoficzne ujmowanie
śmierci zaczyna się ją powoli oswajać, a proces
ten dotyczy zarówno widza, jak i twórcy, którzy
drążą w ten sposób swoje metafizyczne lęki. Nie
da się równocześnie mówić prawdziwie o życiu,
pomijając śmierć, wobec której człowiek pozo­
staje bezradny. Cisza Kosmosu, ciemność i prze¬
czuwany Absolut wypełniające obrazy obu tych
teatrów
o sobie opowiedzieć jedynie przez
milczenie. Nam zostaie pogodzić sie z nimi
przyjąć je i ze spokojem zgodzić się na poczę'
stowanie śniegiem".

22

Cytuję za: http://www.kul.lublin.pl/art_2805.html

2 4

23

Z wywiadu, którego Leszek Mądzik udzieli! dla Ruchu

J. Trznadel, Ossolineum, Wrocław 1983, s. 224.

Muzycznego, cytuję za: Leszek, Mądzik,, czyli pamięć
wielokrotnie wyobrażona,

czasu

25

B. Leśmian, Ubóstwo,

[w:] idem, Poezje wybrane, opr.

Cytuję za: http://www.kul.lublin.pl/art_2788.html

„Panorama Polska", op.cit.

BARBARZYŃCA

3 (13) 3DD8

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10965" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10943">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/ae203438dd56e627782bb68f14abfedb.pdf</src>
        <authentication>65e86c4088bada0695a43a95a8583f41</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="5">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25237">
                  <text>Etnografia Polska</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="49">
              <name>Subject</name>
              <description>The topic of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25238">
                  <text>etnografia, etnologia</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="41">
              <name>Description</name>
              <description>An account of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25239">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="40">
              <name>Date</name>
              <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25240">
                  <text>1958-</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25241">
                  <text>Licencja PIA</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25242">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25243">
                  <text>polski</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="39">
              <name>Creator</name>
              <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25254">
                  <text>IAiE PAN ( d.IHKM PAN)</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25255">
                  <text>IAiE PAN</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130711">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:1578</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130712">
                <text>1996</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130713">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:1460</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130714">
                <text>Chłopskie obrzędy rodzinne na Oszmiańszczyźnie / ETNOGRAFIA POLSKA 1996 t.40</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130715">
                <text>ETNOGRAFIA POLSKA 1996 t.40, s.189-208</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130716">
                <text>Czech, Beata</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130717">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130718">
                <text>Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Instytut Historii Kultury Materialnej PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130719">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="130720">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="130721">
                <text>„Etnografia Polska", t. XL: 1996, z. 1-2
PL ISSN 0071-1861

BEATA CZECH
„Wspólnota Polska", Warszawa

CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE NA OSZMIAŃSZCZYŹNIE

Artykuł ten jest częścią pracy magisterskiej pt. „Chłopskie obrzędy ro­
dzinne na Oszmiańszczyźnie. Symbolika rekwizytów". Wybrałam z niej
jedynie część opisową, rezygnując - z uwagi na brak miejsca - z rozważań
na temat symboliki rekwizytów obrzędowych.
Materiały do pracy gromadziłam od czerwca 1994 do marca 1995 r.
w dawnym powiecie oszmiańskim (w granicach ustalonych w roku 1922).
Prowadzone badania upewniły mnie, że w tej okolicy, znacznie oddalonej od
dużych centrów przemysłowych, zachowane zostały obrzędy rodzinne nie
spotykane w tak rozbudowanej formie na bardziej zurbanizowanych tere­
nach. Jednocześnie poszukiwania w literaturze etnograficznej i historycznej
ujawniły, że nie istnieją publikacje zajmujące się chłopską obrzędowością
na tym obszarze.
Podstawą prezentowanego tu opisu są informacje zebrane w 27 wsiach
i małych miejscowościach. Moi rozmówcy urodzili się na Oszmiańszczyźnie,
pochodzili z chłopskich rodzin i uważali się za Polaków.Wywiady prze­
prowadzałam z ludźmi z rodzin „czysto" katolickich, tzn. takich, w których
obydwoje małżonkowie są katolikami i sakramenty święte przyjmują w koś­
ciele, a nie w cerkwi. Wybierając takich informatorów chciałam mieć pew­
ność, że ich obrzędy nie są związane z wyznawaniem prawosławia, a wyraź­
ny wpływ tej religii w niektórych zwyczajach związany jest przede wszystkim
z geograficzną bliskością cerkwi.
Oszmiańszczyzna zawsze była miejscem stykania się różnych kultur
i różnych narodów. W 1932 r. S. Wysłouch pisał: „Polak kresowy i Bia­
łorusin, zrodzeni ze wspólnego pnia etnicznego mają de facto tyle cech
wspólnych, iż można by ich uważać za wspólną narodowość «polsko-białoruską» lub białoruską w kulturze polskiej. Tego rodzaju wielowie­
kowego procesu dziejowego, jaką jest narodowość «połsko-białoruska»
należałoby traktować całkiem odmiennie od narodowości polskiej ziem
rdzennie polskich"(Wysłouch 1932, s. 14). W wypadku tych ziem roz­
strzygające jest samookreślenie się ludzi. Choć zamiast języka polskiego
w przeważającej mierze używają tzw. „mowy prostej" i stosują się do

�190

BEATA CZECH

wielu zwyczajów białoruskich, litewskich lub rosyjskich, to jednak nazywają
się Polakami, a swe obrzędy uważają za tradycyjnie polskie. Należy ich więc
uważać za Polaków.
Najstarsi spośród moich rozmówców byli praktykującymi katolikami
i dobrze znali język polski. Uczyli się bowiem, jako obywatele Polski (do
1939 r.) w polskich szkołach. Osoby poniżej 60 lat kończyły już rosyjskie szkoły
i najczęściej ulegały ateizacji propagowanej przez władze radzieckie w ramach
walki z Kościołem. Podobnie jak w całym ZSRR, tak i na Oszmiańszczyźnie,
możliwość bezpłatnej nauki w miastach i odgórne nakazy pracy spowodowały
także, iż wiele osób, czasowo lub na stałe, opuszczało miejsce swego urodzenia.
Efektem tego było rozbicie dotychczasowej struktury rodzinnej. Stworzenie
sowchozów i kołchozów wpłynęło również na likwidację odległych wiosek,
kolonii i zaścianków. Do pracy na Oszmiańszczyźnie przybywali natomiast
ludzie ze wszystkich zakątków kraju, różnej narodowości i wyznania. Każdy
z nich zaszczepiał elementy własnej kultury. W pewnym stopniu wpłynęło to
także na zmianę obrzędów rodzinnych ludności polskiej.
Głównym organizatorem życia społecznego w zachodnich rejonach Biało­
rusi stał się w ostatnich latach Kościół Rzymskokatolicki. Wokół sakramen­
tów świętych skupiają się też wszystkie zwyczaje obrzędowe. Na badanym
przeze mnie terenie znajduje się 8 parafii Rzymskokatolickich. W 5 z nich
pracują księża z Polski. Pracują tu od roku 1991, czyli od zdobycia przez
Białoruś niepodległości. Nie zawsze rozumieją oni zastane zwyczaje. Niektóre
z nich traktują po prostu jak zabobony i pozostałość wiary pogańskiej.
Protestują przeciwko wystawności styp, rytualnemu piciu alkoholu. Niektórzy
księża nie biorą także udziału w pochówkach na cmentarzu, „nie chcąc
uczestniczyć w podejrzanych płaczach i praktykach".
W wyniku uchwał Soboru Watykańskiego I I (1962-1965) i wprowadzo­
nych wtedy uproszczeń w sprawowaniu liturgii, zanikły niektóre zwyczaje
obrzędowe (np. związane z wywodem położnicy i panny młodej). Ogólnie
jednak święta kościelne i sakramenty święte są najważniejszym punktem
wszystkich obrzędów rocznych i rodzinnych.
Polacy na Białorusi mieszkają często w pobliżu cerkwi prawosławnej.
W okolicach Oszmiany najważniejsze ze względu na swoje oddziaływanie są
cerkwie w Krewię, Holszanach i Smorgoniach. Czynna jest też cerkiew
w samej Oszmianie.
Współpraca między księżmi rzymskokatoUckimi a duchownymi prawo­
sławnymi nie układa się zbyt dobrze. Powodem jest m.in. zarzucanie pol­
skim księżom, że polonizują obywateli Białorusi. Istnieje jednak współdzia­
łanie w życiu religijnym wiernych. Zdarza się, że śpiewacy pogrzebowi
śpiewają (po polsku) na prawosławnych pogrzebach. Księża katoliccy uzna­
ją również sakramenty święte przyjęte w cerkwi. Często, zwłaszcza wśród
młodego pokolenia, można spotkać małżeństwa katolicko-prawosławne. Nie
są one jednak aprobowane przez starszych, którzy obawiają się wynarodo­
wienia swoich wnuków.

�CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

191

Wielu Polaków uczestniczy w prawosławnych chrzcinach, weselach i po­
grzebach. W ten sposób, na ogół nieświadomie, przyjmują z prawosławia
niektóre elementy obrzędowe. Moi informatorzy twierdzili jednak stanow­
czo, że wiedzą, jakie są różnice w uroczystościach Polaków i Białorusinów.
Podkreślali przy tym „wyższość" polskich ceremonii, ich prostotę, a także
wyższą kulturę osobistą uczestników.
PRZYJĘCIE D Z I E C K A D O SPOŁECZNOŚCI

Obrzędy narodzinowe składają się z wielu etapów (w przeszłości były one
bardziej rozbudowane).
Obecnie kobiety rodzą dzieci w szpitalu („roddomie"). Przebywają tam
jeszcze kilka dni po porodzie. W tym czasie rodzina i znajomi przychodzą do
nich na „odwietki", przynosząc ze sobą torty, wędlinę, szampana i wódkę.
Czasem te przyjęcia odbywają się kilka dni później, tuż po powrocie matki
z dzieckiem do domu:
„Przed chrztem przychodzą kobiety odwiedzić matkę dziecka w szpitalu.
To nazywa się «odwietki». Na tę okazję pieką «ołatki» (placuszki). Kiedyś
one były specjalnie na tę okazję. Teraz głównie ludzie młodzi chodzą"
(kobieta, lat 55, Traby).
Kiedyś na „odwietki" szły jedynie starsze kobiety. Przynosiły położnicy
jedzenie: jajecznicę, „oładki", bułki drożdżowe, ser, kiełbasę. Nieraz daro­
wały płótno. Zaraz po przyjściu rozwiązywały płócienne chustki, w których
niosły - dary, tłumacząc, że ułatwi to dziecku szybki rozwój:
„Jak szła jaka kobieta odwiedzać [...] każda brała jakąś bułkę czy ciast­
ka. Jak jaka kobieta odważniejsza, to jeszcze dziś szybko odwiązują na
«odwietkach» węzełek z gościńcem, że dziecko szybko chodziło"(kobieta,
lat 65, Żuprany).
Ojciec narodzonego dziecka idzie do znajomych we wsi i do rodziny, by
zawiadomić ich o tym radosnym wydarzeniu. Bierze ze sobą butelkę wódki,
czasem cukierki. Kiedyś „rodziny" (powiadomienie o przyjściu na świat
dziecka) były jednocześnie zaproszeniem na „odwietki":
„Jak się urodziło dziecko, to ojciec albo babka niosła do znajomych
«rodziny» chleb z cukrem. Komu nie przyniesie, ten nie idzie odwiedzać na
«odwietki». Jak jaka kobieta idzie odwiedzać, to bierze kawałek chleba
z cukrem".
Do lat sześćdziesiątych obowiązywał położnicę nakaz izolacji towa­
rzyskiej do szóstego tygodnia po porodzie (przez 40 dni). Wynikało to
z powszechnej wiary w „nieczystość" kobiety. Jej fizjologia, jako niezro­
zumiała, budziła niepokój. Wierzono, że ciąża i poród mogą stać się
niebezpieczne także dla otoczenia położnicy. Po sześciu tygodniach kobieta
szła do „wywodu". Ceremoniał kościelny polegał na wyprowadzeniu jej
przez księdza z zakrystii do nawy kościelnej. Kobieta trzymała w ręku
zapaloną świecę. Obydwoje klękali przed ołtarzem i modlili się przez

�192

BEATA CZECH

chwilę wspólnie. Następnie ksiądz błogosławił kobietę, która wychodziła
z kościoła głównymi drzwiami. Do tego dnia było to jej zabronione:
, , I po domach nie wolno było kobietom chodzić, ani do sąsiadów, ani do
sklepu. Taki był zwyczaj. Nie można było wywieszać pieluszek [na dwór
- przyp. B.Cz.] aż do chrztu. I po wodę chodzić do studni" (kobieta, lat 65,
Żuprany).
Dziś kobiety nie przestrzegają już izolacji towarzyskiej. Nie chronią też
nieochrzczonego dziecka przed „złym". Młode matki nie wiedzą, co znaczy
wyraz „wywód" (wsch. „wychod").
Na kilka dni przed chrztem rodzice dziecka spotykają się z przyszłymi
kumami i ustalają przebieg uroczystości. Termin chrztu uzależniony jest
jedynie od zdrowia dziecka i woU rodziców. Za najszczęśliwszy dzień w roku
uważana jest Wielka Sobota - czas święcenia wody. Wtedy też odbywa się
najwięcej chrztów. Rodzice chrzestni wybierani są spośród rodziny i bliskich
znajomych. Kiedyś mogli nimi zostać tylko ludzie żonaci lub zamężni, dziś
najczęściej wybiera się młodzież, przede wszystkim panny i kawalerów.
Muszą to być osoby o nieposzlakowanej reputacji, bo powszechną jest
wiara, że dzieci dziedziczą cechy po kumach. Odmowa pełnienia tej funkcji
może, według informatorów, przynieść nieszczęście dziecku i osobie pro­
szonej na kuma. Jeżeli w rodzinie umierają dzieci, rodzice wybierają na
chrzestnych ludzi obcych, bez uprzedzenia:
„U mojej sąsiadki tak było. Jej dzieci bardzo umierały i jak urodził się
Staszek, to ona mi nie powiedziała, że ja będę kumą. Jak przyszłam do niej
to podała mi dziecko przez okno. To jest takie «lapanie» kumów, żeby
dziecko nie umarło" (kobieta, lat 69, Zamościany).
Starsi rozmówcy pamiętają jeszcze zwyczaj uroczystej kąpieli dziecka
w dniu chrztu. Myła je matka z babką - „pawituchą" [biał. „pawitucha"-akuszerka], kuma z matką lub babka z matką. W trakcie kąpieli kum
wrzucał do wanienki monety na „mydło":
„Akuszerka przychodziła wcześniej i ona musiała to dziecko przed
chrztem wykąpać. Jak zobaczyli, że kum już jedzie, to tego dzieciaka szybko
do niecki wkładali. Jak kum szedł, to musiał wrzucić pieniądze do wody,
gdzie kąpią dziecko. Te pieniądze szły do babki" (kobieta, lat 70, Kleje).
Obecnie zwyczaj ten nie jest praktykowany;
„Mówią, że jak już jadą z dzieckiem do chrztu, to kuma nie powinna po
drodze sikać, bo dziecko sikliwe będzie" (kobieta, lat 65, Żuprany).
Dawniej do kościoła jechali z chrześniakiem rodzice chrzestni i babka
(pawituchą). Rodzice dziecka czekali na ich powrót na progu domu:
„Rodzice starali się jak najszybciej spotkać ich na progu. Teraz ksiądz
wymaga, żeby rodzice byli przy chrzcie" (kobieta, lat 55, Traby).
Do lat pięćdziesiątych X X w. rola babek-akuszerek w obrzędach naro­
dzinowych była ogromna. Były one najważniejszymi osobami na chrzcinach.
Towarzyszyły kobietom od momentu porodu. Obok pomocy medycznej,
stosowały także zabiegi magiczne mające pomóc przy narodzinach. Potem,

�CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

193

w czasie połogu, pomagały matce w gospodarstwie i zajęciach domowych.
Miały obowiązek dostarczania i przygotowywania pożywienia, jechały
z dzieckiem do chrztu a na samej uczcie spełniały funkcję kierowniczą.
Rozdzielały potrawy i były głównymi bohaterkami wszystkich zabaw. Od
momentu wprowadzenia przez władze radzieckie obowiązku porodów
w szpitalach funkcje „powituch" przejęły rodzone babcie dziecka:
„Kiedyś najważniejsza na chrzcinach była «pawitucha». Teraz ważna jest
babcia dziecka" (kobieta, lat 65, Żuprany).
Matka chrzestna kupuje dziecku becik, ubranko do chrztu, pieluszki.
Przynosi też 1-2 metry białego płótna przewiązanego wstążeczką (różową
dla dziewczynki a błękitną dla chłopca). Materiał ten nosi nazwę „koszulki".
W czasie chrztu w kościele ksiądz kładzie ją na dziecko. Ojciec chrzestny ma
obowiązek zapłacić za chrzest. Najczęściej niesie na plebanię dary w naturze
(szampana lub wódkę i tort). Przynosi też słodyczy w prezencie dla kumy.
Rodzice chrzestni, podobnie jak dziecko, uważani są dziś za najważniejsze
postacie na chrzcinach. Na uczcie siedzą na honorowych miejscach, obok
siebie. Powinni „trzymać się razem" przez całą uroczystość i zachowywać
jak ludzie sobie bardzo bliscy. Powszechnie znana jest piosenka śpiewana
dla kumy „Kum do kumy zalecałsja, konopielki zasiewałsja [...]".
„Ja siedziałam blisko kuma całe chrzciny, żeby dziecko miało ładne,
gęste zęby" (kobieta, lat 17, Stacja Oszmiana).
Na omawianym terenie dzieci chrzczone są w sobotę. Do kościoła
przyjeżdżają z dzieckiem rodzice i rodzice chrzestni. Udzielanie sakramentu
trwa krótko, bez zbytniej oprawy, w zakrystii. Wszyscy zaproszeni goście
czekają w domu.
Uczta po chrzcie jest najczęściej bardzo rozbudowana i trwa około
dwóch dni. Goście jedzą, żartują, śpiewają, nieraz tańczą. Czynności ob­
rzędowe mogą odbywać się w różnej kolejności. Najczęściej jednak już
pierwszego dnia rodzice chrzestni „pokrywają" dziecko (ros. „pokrywało"
- przykrycie lub kawałek tkaniny, którą się coś przykrywa). Gdy kumowie
usiądą za stołem, babcia dziecka przynosi im zawiniątko. Jest to zawinięta
lalka, kogut lub kot. Śmiejąc się i żartując, kumowie odrzucają tobołek,
mówiąc że to nie jest ich dziecko. Babcia podaje je trzy razy. Dopiero za
trzecim razem przynosi im oczekiwanego chrzestniaka. Wtedy kuma uroczy­
ście kładzie na becik materiał przeznaczony dla matki dziecka, kum kładzie
pieniądze.W niektórych rodzinach wszyscy goście przekazują sobie dziecko
z rąk do rąk, oglądają je i kładą na becik prezenty.
Wieczorem w dniu chrztu (lub rankiem dnia następnego), babcia dziecka
układa na tacy ciastka i cukierki, będące często podarunkiem od kuma (do
czasów I I wojny światowej zwyczajowo czyniła to „powietucha"):
„Pieką takie ciasteczka różne: zwierzęta, grzybki, słońca, księżyce. Za te
ciastka babcia dostaje pieniążki. Jest dużo śmiechu. Każdy się przekomarza,
wybiera. Te pieniądze są potem dla dziecka. To jest dawny zwyczaj. Ja
widziałam to na każdych chrzcinach" (kobieta, lat 65, Nowosiółki).

�194

BEATA CZECH

Babcia rozdaje ciasteczka wszystkim zebranym. Nieraz też nosi pod
pachą żywego koguta lub naśladuje jego głos. Każdy z gości kładzie na
talerz pieniążek w podziękowaniu za słodycze. Zabawę tą nazywają „sprze­
dawaniem pietuchów" (ros. „pietuch" - kogut, kur). Po obdarowaniu
gości, babcia jest wyprowadzana z domu i sadzana na wózek lub bronę
(w zimę na sanki). Rozpoczyna się „topienie babci". Wszyscy zebrani
wiozą kobietę nad rzekę lub staw. Babcia krzyczy i prosi, żeby ją puścili.
„Wykupuje się" wódką, cukierkami i zakąską, nieraz też pieniędzmi. Wszys­
cy przy tym żartują:
„Babcia musi się wykupić, bo inaczej wsadzają ją na bronę i do rzeki
chcą wieźć. Krzyczą: «Babcia po domach roznosi dzieci, a nie ma komu
chowac!» Za babcią idą wszystkie" (kobieta, lat 70, Dziewiniszki).
Obecnie zdarza się, że goście wywożą na bronie również dziadka dziecka
(powszechnie uważa się to za nowy zwyczaj).
W drugi dzień uroczystości chrzcin przychodzą przebierańcy - „Cyganie".
Są to przebrani sąsiedzi lub goście. Zdarza się również, że kobieta przebiera się
za mężczyznę, a mężczyzna za kobietę. Śpiewają, żartują, domagają się wódki:
„To są najczęściej ludzie z chrzcin. [...] Najpierw potańcują trochę,
potem chcą szucić. Trzeba im wódki dać, żeby weselej było" (kobieta, lat 56,
Łościszki). Ich przyjście najczęściej kończy chrzciny.
„Potem goście wiozą do domów te pietuchy, dla dzieci. One znają, że im
rodzice przywiozą z chrzcin" (kobieta, lat 60, Żuprany).

OBRZĘDY W E S E L N E

Od czasów I I wojny światowej obrzędy weselne na Oszmiańszczyźnie
uległy znacznemu skróceniu. Doszedł jednak obowiązkowy ślub cywilny.
Dawniej przejście dziewczyny do nowej rodziny rozpoczynały swaty.
W okolicach Oszmiany zwyczajowo jeżdżono w swaty w soboty:
„Jak przychodził swat to miał ze sobą chusteczkę, co u nas nosówka
nazywają. Kładł ją na stół w domu dziewczyny. Na tą chusteczkę stawiał
butelkę. Jak rodzice dziewczyny przyjęli butelkę, to siadali wszyscy za stół, jedli
zakąska, pili ta wódka i dogadywali się. Jak dziewczyna nie chciała iść [za mąż
- przyp. B. Cz.] to musieli odkupować butelkę. A czasem tak było, że wypili
wódkę, a młodego nie chcieli. Wtedy rodzice mówili: «Wasza harełka, nasza
tarelka!» I koniec, ślubu nie będzie" (kobieta, lat ok. 70, Symonówka);
„Za pierwszym razem przyjechali się dogadać i spytać o posag. Jak było
w porządku, to przyjeżdżali drugą razą, wódkę wypijali. A wieczorem tego
dnia młodzi jechali dać na zapowiedzi [...] Swata to wybierali bardziej
starszego, co język miał dobry. Tak trzeba było gadać, żeby ani młodmu
krzywdy nie zrobić, ani młodej" (kobieta, lat 65, Żuprany).
Obecnie młodzi nie poznają się przez swatów, rodzice zaś starają się nie
ingerować w wybór partnera życiowego swego dziecka:

�CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

195

„Nie swatają już dziś młodych. Mój syn się z tego śmieje. Sami się
poznają młodzi" (kobieta, lat 55, Traby).
Od momentu wprowadzenia kolektywizacji wsi, nie praktykuje się też
„przeglądzin" (ros. „pieriegladiť " - przejrzeć). Polegały one na tym, że po
swatach ktoś z rodziny młodej jechał do chłopaka (jeśli mieszkał w innej wsi
i nie znano jego rodziny) oglądać dom i gospodarstwo. Odwiedziny takie
nazywano również „liczeniem świń". Rodzina młodego starała się oczywiś­
cie pokazać z jak najlepszej strony. Przyjezdnych częstowano wystawnym
obiadem. Następnym etapem były zaręczyny. Polegały one na spotkaniu
rodziców chłopaka i rodziców dziewczyny, swata i młodych w domu panny.
W trakcie uroczystego obiadu omawiano szczegóły uczty weselnej:
„Były zaręczyny przed wojną, ale teraz tego nie ma. Teraz są zmówiny,
jak ma wyglądać wesele. Przy tym przyjęcie robią dla rodziców młodych"
(kobieta, lat 70, Żuprany).
Według informatorów, różnica w przebiegu zaręczyn i dzisiejszych zmówin
jest niewielka. Tkwi jedynie w nazwie.
Ślub odbywa się po trzykrotnym ogłoszeniu zapowiedzi przez księdza
podczas niedzielnych mszy świętych. Terminy są dobierane przez młodych
dowolnie, poza czasem zakazanym przez Kościół, a więc poza Wielkim
Postem i Adwentem. W okolicach Oszmiany powszechne jest ponadto prze­
konanie, że nieszczęśliwe są małżeństwa zawarte w maju i czerwcu. Znane
jest powszechnie powiedzenie: „Ślub majowy, grób gotowy" i podobne:
„Ślub czerwcowy, grób gotowy".
Tydzień przedślubny nie wyróżnia się żadnymi czynnościami obrzędowy­
mi. Zdarza się niekiedy, że „przed ślubem młody przyjeżdża z asystentami
do młodej", ale są to odwiedziny „czysto towarzyskie". Asystentki nie plotą
wianuszka dla młodej (cały strój kupuje się obecnie na bazarze). Nikt nie
pamięta już pieśni, które towarzyszyły kiedyś - według starszych rozmów­
ców - temu wydarzeniu.
Dawniej, dwa dni przed ślubem, kobiety piekły korowaj:
„To matka piekła chleb z żytniej mąki. Szyszką makową wyciskali na nim
wzory i wsuwali do pieca. Potem zielenią stroili" (kobieta, lat 75, Łościszki).
Obecnie korowaj jest podstawowym pieczywem weselnym obok tortu.
Z różnych względów (brak dobrej mąki, dzieży, odpowiedniego pieca, itd.)
nie wypieka się go w domu, lecz zamawia w pobliskiej piekarni.
„Wesele trwa dziś sobotę i niedzielę. Kiedyś księża dawali śluby we
wtorki, to wesela były dłuższe. Powinny być w dwóch stronach, ale teraz
różnie się zdarzy" (kobieta, lat 55, Traby).
Główna uroczystość zaczyna się w sobotę rano. Wtedy zaproszeni goście
siadają do stołów przygotowanych w domu panny młodej i w domu młode­
go (rodzina chłopaka w jego domu, rodzina dziewczyny w jej domu). Gdy
nadejdzie czas wyjazdu do panny młodej, chłopak jest błogosławiony i żeg­
nany przez rodziców i krewnych (nieraz także obdarowywany prezentami).
Następnie ze swoimi swatami i asystentami jedzie do domu dziewczyny:

�196

BEATA CZECH

„Przywozi jej bukiet. Potem rodzice ich błogosławią. Matka przypina
młodej wianek z mirtu do welonu. Młodemu przypina kwiat do marynarki,
po prawej stronie" (kobieta, lat 55, Traby);
„Jak nie ma już rodziców, błogosławią chrzestni. Musi być para na
szczęście. Błogosławią obrazem Matki Boskiej albo krzyżem. Bywa że ten
obraz zabiera potem młoda do nowego domu" (kobieta, lat 65, Żuprany).
Zdarza się, że asystentki ukrywają młodą w momencie przyjazdu mło­
dego. Przyszły mąż wykupuje ją pieniędzmi i wódką:
„Jak młoda podniesie się po błogosławieństwie, asystentki chwytają wte­
dy biały obrus spod jej nóg i rzucają na dach. Asystenci rwą wtedy na piec.
To dla śmiechu. Żeby szybko się żenili"(kobieta, lat 55, Traby).
Po błogosławieństwie dziewczyna żegna się z rodzicami i krewnymi.
Niekiedy jeszcze przychodzą z wioski stare kobiety i śpiewają dawne pieśni
weselne. Na ogół jednak zebrani śpiewają „Serdeczna Matko".
„Przed wyjazdem do ślubu młoda jest oprowadzona dookoła stołu.
Prowadzi ją asystentka" (kobieta, lat 56, Łościszki).
Przed odjazdem młodych ojciec lub matka (nieraz obydwoje) wynosi
z domu zboże lub chleb z solą i wraz z gośćmi obnosi wokół wszystkich
pojazdów na podwórzu. Potem obsypuje młodych zbożem, „żeby byli bogaci".
Młodzi jadą do ślubu oddzielnie, każdy ze swoimi asystentami i swatami.
Gdy dziewczyna wsiada do samochodu (autobusu), stara się nie siadać od
razu, żeby panny ze wsi „nie zasiedziały się" w staropanieństwie.
Rodzice i goście nie jadą do ślubu. W czasie nieobecności młodych
zastawiają stoły dla sąsiadów, tłumnie zebranych na podwórku weselnego
domu. Sąsiedzi są obecni przez cały czas trwania przyjęcia. Gospodarze
wynoszą im wódkę i zakąskę.
Młodzi jadą najpierw do „Sielsawietu" (tzn. do gminnego Urzędu Stanu
Cywilnego, żeby „się rozpisać" (podpisać się). Potem jadą do kościoła.
„Wianuszek młodej ksiądz święci w kościele razem z obrączkami i potem
drużka znów przypina go do welonu. Nieraz to go już w ogóle nie przypina­
ją po założeniu obrączek. Młodemu mirt przypinają do marynarki, po lewej
stronie. Po ślubie drużka przepina go na prawą stronę [...] Tak jest przyjęte,
że dziewczyna staje z lewej strony przy chłopcu, a kobieta z prawej strony
przy mężu"(kobieta, lat 65, Borany);
„W kościele młodzi patrzą, z której strony świece lepiej się palą, ten
dłużej będzie żył. Jak młoda zarzuci welon na nogi młodego [gdy klęczą
- przyp. B.Cz.], to ona będzie rządzić w domu" (kobieta, lat 65, Borany).
Z kościoła młodzi wracają razem:
„Teraz, jak wyjadą z kościoła, to młody przenosi młodą przez mostki. Ja nie
wiem, co to za zwyczaj [...] To już litewska moda. Trzeba przejechać 12 mostów
i przed każdym mostem zatrzymać się" (mężczyzna, lat 80, Dziewiniszki).
W rodzinnej wsi sąsiedzi i rodzina nowożeńców przystrajają „bramy"
(żerdzie, strojonego kwiatami i wstążkami, którymi przegradza się drogę).
Po każdym zatrzymaniu orszaku weselnego asystenci i swat wysiadają z sa-

�CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

197

Ryc. 1. Wesele - „darowanie młodych" przez gości
Fot. Beata Czech

mochodu rozdając zebranym wódkę i cukierki. Najładniejszą bramę ustawia
się zawsze przed domem weselnym. Na progu domu witają młodych rodzice,
którzy wychodzą z chlebem i wódką:
„Sypali nas owsem na pomyślność. Ten chleb stał potem na weselnym
stole. W dalszych wioskach, słyszałem, że młodzi przechodzili przez prze­
wrócony kożuch"(mężczyzna, lat ok. 70, Zarzecze);
„Na progu domu czeka na młodych matka z ojcem. Spotykają ich
korowajem. Do tego na talerzycku stoją kieliszki z winem i sól. Młodzi
muszą tego skosztować. Rodzice stoją na kożuchu [...] To na bogactwo dla
młodych" (kobieta, lat 80, Kuszlany);
„Po powrocie z kościoła, panna młoda kładzie ręcznik na samochód,
którym przyjechała. Ten ręcznik jest dla szofera. (Kiedyś narzucała go na
konia). Zawiesza też ręcznik swatu" (kobieta, lat 65, Żuprany).
Uczta weselna trwa dwa dni. Tańce urządzane są przeważnie w miejs­
cowym klubie, a jeśli go nie ma - w domu, na podwórzu, albo u sąsiadów.
Do pierwszego tańca młodą wyprowadza pierwszy asystent albo swat. Bywa,
że potem tańczą z nią po kolei wszyscy asystenci. Każdy dostaje za to od
niej krawat albo chusteczkę:
„Jak się zaczyna wesele, młoda musi zatańczyć najpierw ze swatem.
Wtedy daje mu prezent. Potem idzie pierwszy drużbant - jemu młoda wiesza
ręcznik na szyi. Potem młoda tańczy z drużkami. Każdej po kolei kładzie
wianek na głowie. Jak ze wszystkimi dziewczynami przetańczy, one biorą się

�198

BEATA CZECH

za ręce, a młoda tańczy w kole. Ona podrzuca swój welon i która go złapie,
ta pierwsza pójdzie za mąż" (kobieta, lat 55, Dociszki).
Na weselu młoda powinna być smutna. Dawniej matka przestrzegała ją,
żeby nie śpiewała i nie śmiała się. „Nie wiadomo przecież, na jakie życie się
zgodziła".
Weselna noc nie obfituje w żadne czynności obrzędowe. Goście krążą
między weselnym domem, gdzie się posilają i piją, a klubem w którym
tańczą. Młodzi także się bawią, a nieraz dyskretnie wymykają się, przez
nikogo nie kontrolowani. Bywa, że wszyscy weselni goście zbierają się o pół­
nocy, aby symbolicznie spalić wianek panny młodej:
„O północy wianek młodej zdejmują i palą, welon młodej zdejmują,
zawiązują chustkę i już babina jest" (kobieta, lat 70, Zułów).
Zwyczajem oszmiańskich Polaków jest przynoszenie jedzenia na wesele
przez gości. Robi tak każdy zamężny człowiek. Kawalerowie - asystenci
przynoszą cukierki dla swych asystentek. Inni dają tort i butelkę szampana
lub wódki. Na weselnym stole stawia się bardzo dużo potraw. Żadna z nich
nie jest jednak określana przez informatorów, jako typowo weselna. Wyjąt­
kiem jest korowaj:
„Kiedyś na weselu podawali zupę, kapustę, mięso, kwaszeninę, galaret­
kę. Nie tak wymyślnie jak teraz. Jedna miska była i każdy widelce z jednej
miski jadł. Dwa kieliszki krążyły naokoło stołu, «po kolejce»" (kobieta,
lat 70, Zułów).
Najładniejszy i największy tort powinna przynieść na przyjęcie swacia.
Najczęściej tort taki jest trzypiętrowy, zdobiony lukrem i cukrem:
„Teraz jest moda na cukrowe obrączki, wcześniej stawiali na tort grzybki
- «borowiki», w latach siedemdziesiątych - łabędzie z cukru" (kobieta,
lat 35, Bujwidze).
Zwyczajowo torty jada się w drugim dniu wesela. Nieraz jest on nawet
nazywany „słodkim dniem".
Niedziela zaczyna się od gorącego śniadania, po którym muzykanci grają
dla każdej pary „marsze". Zbierają za to symboliczne opłaty. Ranek ten
obfituje w obrzędowe zabawy:
,,Na drugi dzień zawsze jest dużo żartów. Kradną młodą. Młody musi ją
wykupować wódką. Nieraz zabierają pościel albo pantofle młodego i in­
strumenty grajków. To najczęściej kradną kucharki. Jak młodzi jeszcze śpią,
to zawiązują im spodnie na supły, ubrania, wynoszą rzeczy. Potem młodzi
długo szukają swego. Kiedyś był taki zwyczaj, że matka młodego słała łóżko
dla młodych i zaścielała je na drugi dzień, żeby sprawdzić, czy panna młoda
jest dziewicą. Potem młody szedł do teściów i dziękował im za wychowanie
córki, za jej urodę. Wtedy wszyscy goście rozumieli, że ona była dziewicą.
Teraz to nie ma już takiego znaczenia" (kobieta, lat 55, Dociszki).
Drugiego dnia goście „darują" państwa młodych (jeśli nie zrobili tego
tuż po błogosławieństwie, przed ślubem). Nowożeńcy siadają na honoro­
wych miejscach, przy nich starsi asystenci, nieraz swacia. Obok stawiają tort

�CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

199

Ryc. 2. Powitanie młodych przez rodziców w domu weselnym po ślubie
Fot. Beata Czech

(korowaj) i kieliszek szampana lub wódki. Najpierw podchodzą do młodych
rodzice, potem dają prezenty swat i swacia, a następnie inni krewni.
„Kiedyś Ojciec przynosił korowaj i sól na nowy dom. Potem podchodziła
matka i darowała cały zwój płótna. Kobiety śpiewały, żeby każdy padał
młodym do nóg i darował" (kobieta, lat 70, Kleje).
Dziś goście nie śpiewają przy darowaniu pieśni, ale grają muzykanci.
Goście podchodzą po kolei, podają młodym prezenty i składają życzenia.
W zamian każdy otrzymuje kawałek tortu (korowaja) i kieliszek szampana.
Często wszyscy piją z jednego kieliszka.
W niedzielę rano na wesele przychodzą także „Cyganie". Zajmują miejs­
ce młodych za stołem, „wróżą". Młodzi „wykupują" swoje miejsca wódką
i cukierkami. Na niektórych weselach „przebierańcy" pojawiają się tuż po
przybyciu młodych z kościoła, tj. pierwszego dnia.
„Siedzą inni «rnlodzi», starzy przebierają się za młodych. Przebierali chłopa
jakiego za młodą, albo babę starą za młodego. Nakładali korale z cebuli, welon
nakładali, wpinali kwiatek" (mężczyzna, lat ok. 60, Krakuny);
„Na swadbie za niedźwiedzia przebierali się [...] Na koniu do chaty wjeżdżali
[...] To muzyka taka. Wejdą: wałek, kaczałka, blacha. Wejdą, grają, krzyczą. To
niedawno było, a ten zwyczaj od dawna" (kobieta, lat 70, Dziewiniszki).
JeżeU wesele jest urządzane w „dwóch stronach", po przyjęciu u młodej
goście jadą na przyjęcie do domu pana młodego. Na progu wita synową
świekra:

�200

BEATA CZECH

„Jak młoda idzie do młodego [mieszkać - przyp. B. Cz.] to kładzie
ręcznik na obraz. Do mnie teściowa wyszła z chlebem i solą na próg witać.
Pokryć to musiałam ręcznikiem. Dla matki dałam materiał na sukienkę,
a ojcu koszulę" (kobieta, lat 60, Żuprany);
„U nas tak jest, że jak młoda idzie mieszkać do młodego, to przynosi
ze sobą święty obraz. Wiesza go i narzuca ręcznikiem" (kobieta, lat 56,
Łościszki).
Przestrzega się zwyczaju kupowania przez młodą prezentów dla całej
rodziny męża. Najczęściej są to ubrania lub materiały:
„Młoda, jak przyjdzie do młodego [...] daruje matce, ojcu, braciom,
siostrom. Daje głównie materiał na koszule dla mężczyzn, chustki dla matki,
dla siostry co ma" (kobieta, lat 69, Zamościany);
„Młody kupuje tylko pierścionek dla młodej i podarek dla teściowej"
(kobieta, lat 56, Łościszki).
Obrzędy weselne kończą „podchmiełki" („podwesełki", „okrągły stół").
Urządzane są najczęściej w tydzień po ślubie. Uczestniczy w nich para
młoda, rodzice i najbliżsi krewni. Są ubogie obrzędowo. Jest to uczta urzą­
dzana głównie po to, aby zjeść i wypić potrawy pozostałe po weselu.
Jak już wspomniałam, do lat sześćdziesiątych istniał zwyczaj „wywodu"
panny młodej:
„Po ślubie, mówią, kobieta nie może przejść przez kościół, tylko przez
zakrystię. Ludzie by się śmiali" (kobieta, lat 68, Murowana Oszmianka).
Podobnie jak po urodzeniu dziecka, młoda zobowiązana była (nakazem
kościelnym) do „oczyszczenia".

ZWYCZAJE POGRZEBOWE

Zwyczajowo zmarły powinien leżeć w domu dwie doby. Nieraz czas ten
przedłuża się ze względu na daleko mieszkającą rodzinę. Przy zmarłym
czuwają krewni i sąsiedzi, a także pogrzebowi śpiewacy:
„U nas śpiewa się na pogrzebach i płacze. U was nie płaczą, a u nas
płacze cała rodzina" (kobieta, lat 69, Zamościany).
Śpiewacy modlą się i śpiewają przy nieboszczyku całe noce, nieraz także
w dzień. Śpiewają tylko po polsku. Korzystają z polskich Kantyczek:
„U nas, w Sołach 10 osób śpiewa na pogrzebach. To są starsi ludzie. Młodzi
nie potrafią śpiewać po polsku, a śpiewa się tylko po polsku. Nie płaci się
śpiewakom i nie daje podarków. Kiedyś też tak było" (kobieta, lat 70, Soły).
Domownicy są zobowiązani przyjąć śpiewaków poczęstunkiem i wódką.
Jeszcze do niedawna rytualna uczta odbywała się tuż przy trumnie. Ostat­
nio, ze względów estetycznych (bliskość nieboszczyka), jedzenie podaje się
w innym pomieszczeniu lub u sąsiadów:
„Modlą się proszeni ludzie, którzy potrafią śpiewać i na głos odmawiają
modlitwy, różaniec, litanie, bo muszą mieć głos. No i przychodzi kto może,

�CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

201

Ryc. 3. Wyprowadzenie zmarłego z domu w otwartej trumnie
Fot. Beata Czech

kto chce pożegnać zmarłego. Później są proszeni przez cały miesiąc, żeby
przychodzić i modlić się za niego" (mężczyzna, lat 66, Krakuny).
Rodzina sprząta dom, zasłania wszystkie lustra i szklane przedmioty,
zaznacza też dom, w którym leży zmarły z zewnątrz.
„W domu zasłaniają lustra. Na ścianie koło głowy zakładają dywan,
jeśli okno blisko zmarłego - też zakrywają. Zmarły leży na środku pokoju.
Otwiera się drzwi od chlewa, zatrzymują zegary [...] Do domu wyściełają
dróżkę z gałązek sosny, sypią dróżkę piaskiem" (mężczyzna, lat 60,
Krakuny).
Specjalnie na tę okazję rodzina zmarłego przynosi z kościoła czarne
chorągwie, które zatyka się na domu i bramie wejściowej. Sąsiedzi nie są
zawiadamiani o zgonie. Sami się dowiadują, chociażby dzięki oznaczeniu
domu zmarłego. Telegramy są wysyłane do krewnych mieszkających w od­
ległych miejscowościach.
Zmarłego przygotowuje do trumny starsza osoba ze wsi albo najbliższy
członek rodziny. Nieboszczyka myje się i ubiera. Zakłada mu się też czyste
ubranie i buty na ostatnią drogę. Mężczyźnie rodzina kupuje garnitur
w sklepie, kobiety najczęściej za życia jeszcze wybierają dla siebie material
na „śmiertelną suknię" (szyje ją miejscowa krawcowa):
„Ubranie dla nieboszczyka musi być czyste i wyprasowane. Wszystko
dają nowe. Wszystkie «dozyle» kobiety mają już gotowy strój do trumny.
Kolor: malinowy, ciemny raczej, czarny" (kobieta, lat 60, Kamionka);

�202

BEATA CZECH

„Śmiertelna suknia nie jest wykańczana. Szyją byłe jak. Ja sama szyję
sukienki na pogrzeby. Nic za to nie biorę. Nie robi się supłów na nitce"
(kobieta, lat 56, Łościszki). Panny i kawalerów chowają w ślubnych strojach:
„Kawaler ma nowy kostium i bancik z kwiatkiem. Dziewczyna obowiąz­
kowo jest w białej sukni z welonem" (mężczyzna, lat 70, Ciechany).
Do I I wojny światowej ludzie zamężni byli chowani w koszulach ślub­
nych. Dziś o tym zwyczaju pamiętają tylko niektórzy:
„Kiedyś ludzie zatrzymywali swoje koszule od ślubu, żeby ich w nich
pochować. Może to za to, że były błogosławione. Tak nasze babcie robiły"
(kobieta, lat 40, Cudzeniszki).
Nieboszczyk leży na środku pokoju na ławie, potem w trumnie, którą
kupuje się w zakładzie pogrzebowym w Oszmianie lub w Smorgoniach, albo
dostarcza się z kołchozu. Nie ma dziś we wsiach stolarzy, którzy by wyra­
biali trumny.
U szczytu trumny domownicy stawiają kościelny krzyż. Obok, na stole
zasłanym białym obrusem, stawiają mały krucyfiks, dwie zapalone świece,
talerzyk. Na talerzyku zwyczajowo kładą kawałek chleba i szczyptę soli:
„Świecę stawiali, dwie w końcu głowy, nie koło nóg. A teraz bywa, że
stawiają po osiem i dwanaście świec" (kobieta, lat 60, Krakuny).
Pod poduszkę leżącą w trumnie, ktoś z rodziny wkłada święcone zioła.
Zmarłemu daje się do ręki obrazek z podobizną świętego patrona, różaniec,
chusteczkę do nosa, nieraz monety. Przed zamknięciem trumny ktoś kapie
świecą w jej cztery rogi „na krzyż":
„Mówi, że na pogrzeb powinno się trzymać świecę z Pierwszej Komunii
Świętej, ale mało kto ma" (kobieta, lat 70, Murowana Oszmianka).
Zdarza się, że przed wyniesieniem, trumna jest obsypywana zbożem:
„Jak kto umrze to nieraz obsypują trumnę dookoła zbożem, trzy razy.
To stary, polski zwyczaj" (kobieta, lat 69, Zamościany).
Przy wyprowadzeniu trumny z domu zmarłemu nie towarzyszy ksiądz.
„Jak wynoszą trumnę, stawiają tam (na jej miejscu) chleb. Bywa że w ten
moment przekręcają śpiewacy stół. Nie wiem, dlaczego" (kobieta, lat 60,
Zamościany).
Pościel z łóżka zmarłego wynoszą na podwórze i tam zostawiają. Pod­
noszą także zwierzęta w oborze, pukają w ule, aby obudzić pszczoły. Gdy
pogrzeb idzie przez wieś, budzi się ludzi w wiosce. Wszystkie te działania
informatorzy tłumaczą ochroną przed „upadkiem gospodarstwa". Jeśli
w rodzinie jest brzemienna kobieta, wychodzi z domu przed trumną, a po­
tem idzie przed konduktem pogrzebowym.
„Brzemienną kobietę zawsze puszczają przed trumną, żeby dziecko się
żywe urodziło" (kobieta, lat 56, Łościszki).
Zmarły jest niesiony w otwartej trumnie aż do wioskowego krzyża,
a jeżeli w pobliżu jest kościół, to do kościoła:
„Jak pogrzeb spotka na drodze człowieka, to znaczy, że niedługo będzie
drugi pogrzeb w wiosce" (kobieta, lat 56, Łościszki).

�CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

203

Ryc. 4. Rytualne zawodzenia i pożegnanie zmarłego na cmentarzu. Młody człowiek ubrany jak
do ślubu - w klapie marynarki tzw. „bancik"
Fot. Beata Czech

Przy krzyżu zamykają trumnę i ustawiają na odkrytej ciężarówce, przy­
branej zielonymi gałęziami. Tak wiozą do kościoła. Na żałobnej mszy trum­
na jest zamknięta, zgodnie z wyraźnym nakazem księży. Po nabożeństwie
pogrzeb udaje się na cmentarz. Ścieżkę przed konduktem wysypuje się
zieloną jedliną. Najczęściej ksiądz nie idzie z konduktem. „Synowie albo
rodzina może nieść trumnę" (kobieta, lat 65, Żuprany).
Na cmentarzu krewni znów otwierają trumnę i żegnają się ze zmarłym.
Kobiety głośno lamentują, zwracając się do nieboszczyka w zdrobniałej
formie. W tymczasie mężczyźni z wioski kopią dół i wysypują go zielonymi
gałązkami. Na dnie wyciskają szpadlem znak krzyża. Rodzina rozwiązuje
wszystkie supły na ubraniu zmarłego. Trumna zostaje zamknięta i spusz­
czona na sznurach („wierówkach") do mogiły. Nieraz do tego celu są
używane ręczniki. Sporadycznie się zdarza, że rodzina rzucana trumnę kapę,
na której stała trumna w domu i na ciężarówce. Znajomi rzucają na trumnę
grudki ziemi, rodzina się tego wystrzega:
„Kiedyś był taki zakon, że rodzina nie mogła sypać. Teraz ksiądz powie­
dział, że wszystkim można sypać" (kobieta, lat 60, Boruny).
Po usypaniu grobu, rodzina prosi wszystkich zgromadzonych na „żałobny
obiad". Urządza się go w domu zmarłego. Zawsze jest obfity i trwa kilka godzin:
„Na cmentarzu rodzina prosi wszystkich na żałobny obiad. Taki obowią­
zek, żeby wszystkich przyjąć. Dużo ludzi przychodzi. Dużo wódki piją na

�204

BEATA CZECH

pogrzebie. Zawsze dają wódkę tym, co kopią grób" (kobieta, lat 60, Szumieliszki Małe);
„Mówią też, że trzeba zaciąć na żałobny obiad chociaż kurę. Jak się
nie da «głowy za głowę» to gospodarka upadnie. Najczęściej u nas zacinają
kabany (prosiaki - przyp. B.Cz.], bo dużo ludzi przychodzi" (kobieta,
lat 65, Borany).
Przed poczęstunkiem śpiewacy odmawiają modlitwę za duszę zmarłego.
Na stole stawia się krucyfiks i dwie zapalone świece. Chleb i sól, które stały
przy trumnie spala się w piecu.
„Zup nie ma. Nie ma tortów. Zieleni na stół nie stawiają. Kotlety robią,
kury, wódkę dają. Jak się wódki nie da, to ludzie nie przyjdą na pogrzeb"
(kobieta, lat 64, Holszany).
Obiady żałobne, połączone z modlitwą za zmarłego, urządza się jeszcze
co najmniej trzy razy: w 30 dni po śmierci, po 6 miesiącach i po roku.
W rocznicę śmierci rodzina zamawia w kościele mszę. Potem krewni udają
się na grób. Po krótkiej modlitwie idą do domu na poczęstunek. W tych
uroczystościach biorą również udział zaproszeni śpiewacy. Na zastawionym
stole znów pojawia się krucyfiks i dwie zapalone świece.

PODSUMOWANIE

Zajmując się obrzędami rodzinnymi na Oszmiańszczyźnie natrafić można
na przypadki łączenia wierzeń w jeden chrześcijańsko-magiczny system.
Tamtejsi Polacy wykonują szereg praktyk, nawet nieświadomie, przywodzą­
cych na myśl przedchrześcijańskie obiaty dla bóstw solarnych, lunarnych,
dla Matki Ziemi. Szczególnie silnie zachowała się wiara w opiekuńczą moc
duchów przodków. Świadczy o tym chociażby zostawianie dla nich poży­
wienia i sypanie zboża w czasie wesela, przeprowadzki młodej do domu
młodego, w czasie pogrzebu. Chrześcijaństwo, szerzone tam od kilkuset lat,
wyparło wiele obrzędów. Zatarło się również znaczenie wielu obrzędów
magicznych. Pomimo to wciąż się je wykonuje. Informatorzy tłumaczą to
przywiązaniem do tradycji, kojarzeniem z polską kulturą, walorami estetycz­
nymi. Przedstawiciele Kościoła nie zawsze są im przychylni. Świadczy o tym
chociażby nieuczestniczenie księży w trakcie pochówku na cmentarzu.
Najczęściej oszmiańscy chłopi są praktykującymi cłirześdjanami. Uczestni­
czą w nabożeństwach i są pobożni. Pozwalają sobie jednak wykonywać
czynności całkowicie sprzeczne z chrześcijańskim systemem wiary. Robiąc to,
rzadko są świadomi, że charakter tych zachowań jest sprzeczny. Chodzenie „ze
słońcem" lub „pod słońce", składanie obiat, przebieranie się za płcie przeciwne
w czasie wesela czy chrzcin (co ma podkreślać wejście w inny czas i odwrócenie
porządku), itd. jest dla nich czynnością zupełnie naturalną i pożądaną.
Część zachowań obrzędowych jest kultywowana ze względu na swój
zabawowy charakter. Tak stało się w przypadku „sprzedawania koguci-

�205

CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

ków", „topienia babci" czy weselnych „kradzieży" ubrań. Nie oznacza
to jednak zaniku wiary w cudowną moc przedmiotów i przeświadczenia
o konieczności wykonywania określonych czynności, aby zapewnić sobie
przychylność sił nadprzyrodzonych.
LITERATURA
Etnografia
1989
Etnografia Biełarusi - encyklopedia, Mińsk.
K u r z o w a Z.
1993
Język Wileńszczyzny i kresów północno-wschodnich XVI-XX
W y s ł o u c h S.
1932
Ziemia oszmiańska na rubieży dwóch kultur, Wilno.

w., Warszawa-Kraków.

BEATA CZECH
PEASANT RITUALS OF T H E L I F E C Y C L E
IN T H E R E G I O N O F OSZMIANA (BYELORUSSIA)
Summary
The article is a part of the author's M.A. dissertation "The rituals of the life cycle by the
peasants in the region of Oszmiana - symbolic meaning of the ritual requisites". The fieldwork
was conducted in the years 1994 and 1995 on the areas which had been the district of
Oszmiana in the Polish state administration system before 1939 (within the boundaries estab­
lished in 1922). Nowadays it belongs to the Byelorussian state territory.
The description has been made basing upon data colleted in 27 villages and settlements.
All the respondents were born in their localities and came from peasant families. They identify
themselves as Polish. The author interviewed only „purely" Roman Catholic families i.e. those
in which both spouses are Catholic and receive sacraments in Catholic church.
The choice of the region was not without grounds and for two reasons. It is remote from
bigger industrial centres and traditional folk customs have remained there in a more developed
form than in other, more urbanized places. Moreover, there are hardly any ethnographic
records of the folk rituals from that part of Western Byelorussia in the literature. The detailed
description includes three main ritual events: birth, wedding and death and funeral. All the
rituals have till a fairly developed form with several distinguishable stages following each other.
Birth customs start soon after the birth of the baby. Nowadays women give birth to
children in infirmaries ("roddom") not at home. While staying there the mother is visited by
her friends and relatives who come with obligatory food gifts: cakes, sausages, champagne and
vodka to celebrate. I n some other cases the celebration takes place at home after the mother is
back. The father is expected to visit his neighbours in order to announce the joyful event. He
also brings the treatment - a flask of vodka, some sweets.
A few days before christening the parents met their friends and relatives and the godparents-to-be to discuss the plans for the ceremony. How soon the christening will take place depends on
the baby's health and on the parents' decision. Holy Saturday, the day of the blessing of water is
believed to be the most fortunate day of all to be christened. Godparents are chosen from among
friends and relatives. It is believed that refusing to the parents' proposal to be a godparent may
bring bad luck both to the infant and to the person refusing. Families where babies die in infancy
may ask strangrs, odd persons chosen at the last moment to be godparents.

�206

BEATA CZECH

Up to the 50ties the most important role in birth customs was that of midwife ("babka").
She not only delivered the baby and looked after the mother but also performed magical acts
believed to secure luck and good health to the newborn. Nowadays these functions have been
taken over by grandmothers and godparents.
Only parents and godparents go to church with the baby for church baptism ceremony. All
the invited guests wait at home. As soon as the parents and godparents with the baby are back
the feast begins which is usually held up for two days. The participants, eat exchange jokes,
sing ritual songs. They sometimes dance "so that the baby would walk soon". The most
important acts are "giving gifts to the baby" (obligatory gifts are given by all the present) and
another gift-giving ceremony called "selling the cock", by which the child's grandmother
(previously it was the midwife) treats all guests to sweets and gets small money in return.
Walking from guest to guest she sometimes carries a real cock or unities the cock's crowing.
Abother entertainment (with ritual meaning) is "the drowning of grandmother" when the
frolicking guests take the grandmother on the cart to a nearby pond or stream and, jokingly
demand "ransom". Sometimes persons disguised as "Gypsies" appear.
Wedding ceremonies have been considerably reduced in recent years. There is no match­
making any more, all young people choose their mates themselves.
Before the wedding a party called "zmówiny" - bethrotal - should take place. The parents
of the bride and the bridegroom meet to discuss the organization of the future ceremony. After
the banns have been called on three successive Sundays the main ceremony comes on a Satur­
day in the morning. Two parties of guests are invited to the treatment separately to the bride's
and the bridegroom's homes. Then the bridegroom receives the "farewell blessing" from his
family and leaves to go to the bride accompanied by his relatives and the best men. On arriving
he is welcomed by her family. The bride's parents fix a small myrtle wreath to the girl's veil.
The young couple's departure to church is accompanied by jokes and magical acts. The bride
and bridegroom travel in separate vehicles, first to registry office then to church. After the
sacrament they leave the church together. On their way home they are stopped at decorated
"barriers" at which their young neighbours are waiting for vodka and sweets.
At the treshold of the bride's house the newly married are greeted by her parents who bless
them holding a loaf of bread, some salt and two glasses of spirit. Next, the young couple are
strewn with handfuls of grain "for good luck".
The feast lasts for two days and nights. According to the custom it should be held in the
family homes of both spouses. The most important points of the celebration are: giving gifts
to newly married, playing "marches" (special wedding tunes) and appearing of masquerade
groups who sometimes take the seats of the young couple at the table. Characteristic for the
customs of the region is, that the bride is expected to buy gifts to all the bridegroom's family,
usually clothes and textiles.
Burial is the third important ritual event discussed here. According to customs the
deceased's body should remain at home for two days and nights. During all this time relatives
and neighbours sit up at him together with persons playing the role of "funeral singers". The
house is cleaned, mirrors and other objects of glass are covered. The house of the mourning is
marked by black flags or by fir needles scattered in front of it.
The deceased's body is dressed in new garments; by making them knots on threads should
be avoided. Young unmarried men and women are buried dressed in their wedding garments.
Beside the coffin on a table covered with white tablecloth they put a small crucifix, two lit
candles and a plaste with a piece of bread and a little salt.
The carrying-out of the coffin is usually not accompanied by priest. Sometimes the coffin
is strewn with three handfuls of grain by the relatives. On the place where the coffin was
standing they put some salt and bread. Bedclothes from the deathbed should be removed and
carried to the yard. Another ceremony is called "walking up the livestock". When the funeral
procesión is passing through the village all the neighbours should be woken up too. All those
acts are meant to protect against the "downfall of the farm and househols". I f there is

�CHŁOPSKIE OBRZĘDY RODZINNE

207

a pregnant woman in the family she should leave the house before the coffin is carried out and
walk in front of the procession. The body is carried in the open coffin to church or to cross on
the border of the village. After the church service the procession goes to the cemetery.
The path to cemetery is strewn with green for branches. At the grave the coffin is opened
again so that the relatives could bid the last farewell to the deceased.
The women break into loud wail addressing the dead cordially and throw small green
branches onto the coffin. On the bottom of the grave the sign of the cross is made with
a spade. Then the coffin is closed and let down into the grave. The deceased's family invite all
the participants of the ceremony to the "funeral dinner". The treatment is generous and lasts
for several hours.
The rituals of the life cycle in the region of Oszmiana have still a developed form. They
belong to the system incuing Christian and magical elements. Numerous rites can be derived
from very old, pre-Christian Slavonic culture. The peasants however are not aware of primary
meanings of many ritual acts. For them the only reason for following the customs is their
attachment to their Polish tradition and aesthetic values of the ceremonies.
Translated by Anna

Kuczyńska-Skrzypek

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="6518" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="6498">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/c53e13fcfb01911e2ba12844f9dd3673.pdf</src>
        <authentication>5450f858a80297e6bf69692f064020ce</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77632">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3590</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77633">
                <text>1993</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77634">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3367</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77635">
                <text>Różnice w obrzędach i zwyczajach Białorusinów, Polaków i Litwinów - na Wschodniej Litwie / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77636">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4, s.76-84</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77637">
                <text>Czech, Beata; Wróblewska, Anna</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77638">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77639">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77640">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="77641">
                <text>Różnice w obrzędach i zwyczajach
Białorusinów, Polaków i Litwinów
na wschodniej Litwie
Beata Czech, Anna Wróblewska

W badaniach, k t ó r e p r z e p r o w a d z i ł y ś m y i n t e r e s o w a ł o nas
przede wszystkim, w j a k i m stopniu L i t w i n i , Białorusini
i Polacy zachowali p a m i ę ć o tradycyjnych o b r z ę d a c h i prak­
tykach magicznych. W y n i k i przeprowadzonych r o z m ó w
m o g ą świadczyć o stopniu poczucia o d r ę b n o ś c i tych naro­
d ó w i o przenikaniu n i e k t ó r y c h e l e m e n t ó w kultury ducho­
wej. Przede wszystkim p o t w i e r d z a j ą jednak tezę o stopniowej
wzajemnej akomodacji kulturowej mniejszości narodowych
na Litwie.
Jednym z p y t a ń zadawanych r o z m ó w c o m było: „ J a k
P a ń s t w o s ą d z ą , s k ą d wasi przodkowie wzięli się na t y m
terenie?" Szczególnie d u ż o emocji w y w o ł a ł o ono w ś r ó d
P o l a k ó w i L i t w i n ó w , zwłaszcza na terenie Wileńszczyzny,
k t ó r a od wielu lat jest „ p u n k t e m zapalnym" w stosunkach
polsko-litewskich. Pytani L i t w i n i , niezależnie o d terenu
zamieszkania, odpowiadali j e d n o m y ś l n i e , że ich przodkowie
mieszkali zawsze na tych terenach:

Jeżeli chodzi o B i a ł o r u s i n ó w z a m i e s z k a ł y c h na terenie
L i t w y , sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Istniej
d u ż a t r u d n o ś ć w r o z r ó ż n i e n i u ( w i d a ć to w wypowiedziach
i n f o r m a t o r ó w ) k t o jest Polakiem z Białorusi, a kto Biał
rusinem. C z ę s t o te pojęcia są przez i n f o r m a t o r ó w mylon

„Jak w historii piszą, to tu pierwsze Litwiny były. Polaki tutaj
przyszły, Wilno odebrały, a tak to tu Litwiny były. O d w i e k ó w tu
są." (Litwin, lat 70, Koleśniki, rej. solecznicki). „ D o Lubelskiej
Unii była tu Litwa. Hospodarzy rządzili bardzo dobrze, tylko
chcieli być bardziej kulturalni. Chcieli pokazać, że są c z y m ś
lepszym. Dlatego naśladowali P o l a k ó w . " (Litwinka, lat 70,
Domowa, rej. Kiejdany).

Ta sama r o z m ó w c z y n i d a ł a t a k ą definicję Białorusi:
„Uważam, że jeżeli więcej ludzi jesl prawosławnych, więcej

Polacy głosili tezę wręcz przeciwną:
„Tu zawsze byli Polacy. Moja mamusia umiała kilka słów po
litewsku a i tego wstydziła się. Ni księża nie rozmawiali po
litewsku, ni gospodarze." (Polak, lat 85, Kiejdany).

W tej w y p o w i e d z i wyznacznikiem p r z y n a l e ż n o ś c i do naro­
du jest język, a trzeba p o d k r e ś l i ć , że jest o n najważniejszy d l a
i n f o r m a t o r ó w . N i e k t ó r z y z polskich r o z m ó w c ó w przyzna­
wali, że ich przodkowie przybyli z K o r o n y :
„Jak Jadwiga - polska królowa - Litwę ochrzciła, to Polska
i Litwa była razem. I Polacy kupowali ziemię tutaj, budowali
dwory i tu żyli." (Polka, lat 70 Sużany).

Nieraz przybycie na te tereny b y ł o konkretnie kojarzone
z losami własnej rodziny:
„ M ó j pradziad byl z białostockiego. Jeszcze jak tam była
pańszczyzna przeszedł na Litwę. Wtedy ludzie bardzo umierali
w Białymstoku. Pradziad był wtedy kawalerem. Kupił tu ziemię
i osiadł na stałe [...]" (Polak, lat 72, Dziewianiszki, rej. solecznicki).

N i e k t ó r z y Polacy nie umieli o d p o w i e d z i e ć na to pytanie,
bezradni w obliczu tego, co głoszą litewskie ś r o d k i masowe­
go przekazu, a z drugiej strony p a m i ę t a j ą c s ł o w a swoich
r o d z i c ó w o polskiej historii L i t w y . Charakterystyczna dla
takiej postawy jest w y p o w i e d ź jednej z indagowanych k o ­
biet:
„Litwini swoją historię piszą, że tu najpierw Litwa była. Stara
litewska stolica miała być w Kiernowie. Polacy swoją historię
piszą. Ja już nie wiem, kogo słuchać." (Polka, lat 62, Olany, rej.
wileński).

76

„Oni z Białorusi przyjechali. C h o d z ą do kościoła, modlą się, po
polsku rozmawiają. Oni m ó w i ą , że są Polakami, my, że Białcrusami, bo z Białorusi." (Polka, lat 78, Stare Troki).

R o z m ó w c y , sami uważają się za B i a ł o r u s i n ó w , zgodnie
przyznali, że są przybyszami na tych ziemiach:
„ W t e d y to właśnie, po 1864 d u ż o ludzi tu przyjechało. Przyjeż­
dżali tu z N o w o g r ó d k a , W o ł k o w y s k a . " (Białorusin, lat 72,
Powiewiórka).

W y j ą t k o w o z d a r z a ł y się też tego typu wypowiedzi:
„ D a w n o temu była tu R u ś Kijowska, była leż Polska, potem
z latami państwa te osłabły. R u ś osłabła tak bardzo, że rozpadła
się na mniejsze państwa: Białoruś, Ukrainę i inne." (Białorusinka,
lat 68, Koleśniki).

m ó w i , że to Białoruś, to ta musi być Białoruś."

Dla tej kobiety w y r ó ż n i k i e m przynależności do danego
narodu jest religia i samoidentyfikacja. (Język nie jest takim
w y r ó ż n i k i e m , co w y n i k a między i n n y m i z b r a k u powszechnej
z n a j o m o ś c i b i a ł o r u s k i e g o j ę z y k a literackiego, braku szkól
b i a ł o r u s k i c h . ) W s p o s ó b podobny określali Białoruś wszyscy
r o z m ó w c y . Wymienione wcześniej różnice przychodziły im
na myśl w pierwszej kolejności. Należy jednak podkreślić, że
jeżeli chodzi o B i a ł o r u s i n ó w nie jest to sprawa jednoznacz
- są Białorusini p r a w o s ł a w n i i katolicy, r o z m a w i a j ą
rosyjsku lub „ p o prostu". Rusyfikacja n a s t ę p o w a ł a szybk
w czasach powojennych na skutek szybkiego przyswajania
przez nich j ę z y k a tak podobnego do b i a ł o r u s k i e g o . Ułat­
w i a ł o to asymilację i wynaradawianie.
J e ż e l i chodzi o religię P o l a k ó w i Litwinów, na badanych
terenach s p o t y k a ł y ś m y jedynie k a t o l i k ó w . Wszyscy roz­
m ó w c y przyznawali j e d n o ś ć wyznania tych n a r o d ó w , róż­
nicę w i d z ą c jedynie w j ę z y k u n a b o ż e ń s t w . ( Z d a r z a ł y się
również wypowiedzi P o l a k ó w , k t ó r z y niżej oceniali poboż­
ność L i t w i n ó w ) . O r y g i n a l n o ś c i i o d m i e n n o ś c i kulturowej
tych n a r o d o w o ś c i s z u k a ł y ś m y przede wszystkim w obrzę­
dach rodzinnych z w i ą z a n y c h z narodzinami dziecka, wese­
lem, pogrzebem. T o one powinny r ó ż n i ć się najbardziej,
b i o r ą c pod u w a g ę , że z w i ą z a n e są one z cerkwią prawosław­
ną l u b k o ś c i o ł e m k a t o l i c k i m . Z m i e n i a j ą się w zależności od
odległości od miasta i odległości od Białorusi uważanej
jeszcze powszechnie za obszar najbardziej zachowawczy,
przesiąknięty elementami p o g a ń s k i m i w tej części Europy.
(O odradzanie w ą t k ó w p o g a ń s k i c h p o s ą d z a się równie*
w s p ó ł c z e s n y c h L i t w i n ó w nawiązujących do swojej historii.,
przedjagiellońskiej.)

�Obrzędy związane z narodzinami dziecka
C h r z c i n y to jedna z ceremonii recepcyjnych, w której
łączy się stary zwyczaj przyjęcia dziecka do społeczności
lokalnej i o b r z ę d kościelny przyjmujący nowonarodzonego
do społeczności chrześcijańskiej. Jan Stanisław B y s t r o ń
uważa, że zwyczaje narodzinowe są przemieszaniem g ł ę b o k o
zakorzenionych archaicznych w y o b r a ż e ń i p r a k t y k o b r z ę d o ­
wych o silnym zabarwieniu magicznym oraz tych, k t ó r e
nrzvniosło ze soba chrześcijaństwo R o z w ó j oświaty sprawił
Ł L w i e zaginęły stare zwyczaje recepcyjne a liturgia
Stolicka ujednoliciła c e r e m o n i ę chrztu i uroczystości ro¬
S n e Sa one w zasadzie jednakowe dla wszystkich katotiSwobrzadku łacińskiego N a L i t w i e żadne eLnenty w ob­
ę d z i e chrztu nie sa Dostrzegane jako charakterystyczne dla

S ó w

czy

Litwina

. r t s t U g l a d a tTk samo

S

.SSl«v

obiad dm k r e w n T c h T s S ó w ? S n v c h
S S n y d i potraw ani z ^ c z a j Z nie ma
I m i o n a najczęściej wybierają rodzice. N a d a j ą je po
dziadkach, z kalendarza lub decydują się na imiona bohate­
rów ulubionych seriali telewizyjnych. C z ę s t o w m a ł ż e ń ­
stwach mieszanych polsko-litewskich m ł o d e g o pokolenia,
dzieci mają tradycyjne imiona litewskie, takie jak A l d o n a ,
Algis. W ostatnim czasie popularne było w ś r ó d L i t w i n ó w
tworzenie nowych i m i o n od litewskich słów, np. Raminta (od
rtr7vmiotnika
raminis" - sookoiny) W o ł y w na to m i a ł o
odrodzenie się' n i e p o d l e g ł e g o p a ń s t w a litewskiego Tego
WDU .miona m i j a dzieci urodzone mniej w.ecej przed dwoma
aty Starsze pokolenie odnosi sie do tego rodzaju praktyk
niechętnie Obecnie powraca zwycza. nadawania tradvcvi-

?chrzefcS
Tutwinów

SDołeczno^

r^y^kTńra^^^

S

ak.r^

T o ś c t w n W d e ^

n ^ r i o n a polskL
z a c h o w y w a ć tradycyj¬
Na całym obszarze o b j ę t y m badaniami p o d k r e ś l a n o d u ż ą
rolę c h r z e s t n y c h j a k o tych, k t ó r z y „ d o p r o w a d z a j ą
dziecko do w i a r y " . Chrzestnych łączą z r o d z i n ą dziecka
więzy p o k r e w i e ń s t w a w y n i k a j ą c e z faktu podawania przez
nich dziecka do chrztu. Są oni najważniejszymi osobami dla
dziecka zaraz po rodzicach. Rodzice chrzestni t o w a r z y s z ą
dziecku przez całe życie uczestnicząc we wszystkich uroczvs-

tościach, głównie kościelnych, takich jak Pierwsza K o m u n i a
czy ś l u b . Powinni p o m a g a ć finansowo swoim c h r z e ś n i a k o m ,
d a w a ć drobne podarunki przy r ó ż n y c h okazjach. W przypa­
d k u śmierci r o d z i c ó w , rodzice chrzestni p o w i n n i zaopieko­
w a ć się sierotami. Dlatego bardzo w a ż n y jest w y b ó r od­
powiednich ludzi na chrzestnych. Obecnie rodzice najczęściej
p r o s z ą k o g o ś z krewnych, dawniej był to często sąsiad. Teraz
krewni darzeni są większym zaufaniem niż sąsiedzi. M u s z ą to
być ludzie dobrzy i p o b o ż n i , bo dzieci w e d ł u g powszechnej
opinii u p o d a b n i a j ą się do chrzestnych. T a k więc ten w y b ó r
jest bardzo istotny dla zapewnienia dziecku szczęścia w przy­
szłości.
Podczas ceremonii kościelnej rodzice chrzestni trzymają
dziecko na r ę k a c h : matka d z i e w c z y n k ę , a ojciec c h ł o p c a .
Później, w czasie uroczystego obiadu rodzice chrzestni siedzą
na honorowych miejscach. Z o b o w i ą z a n i są przynieść po­
darki dla dziecka. Jest to najczęściej złoty krzyżyk lub
medalik - p a m i ą t k i chrztu. Ż a d e n z e l e m e n t ó w ceremonii
chrztu nie był o k r e ś l o n y przez badane grupy j a k o w y r ó ż n i k
przynależności etnicznej.
Chrzest nie jest jedynym o b r z ę d e m k o ś c i e l n y m z w i ą z a n y m
z narodzinami dziecka. Przyjście na świat nowego c z ł o n k a
społeczności b y ł o dawniej wydarzeniem bardzo w a ż n y m
i otoczonym przez to licznymi zabiegami magicznymi i ob­
r z ę d o w y m i . Tajemnicy narodzin, powstania nowego życia
towarzyszyła wiara w niszczycielski w p ł y w p o ł o ż n i c y na
urodzaj. O b r z ę d y i zabiegi magiczne miały na celu o c h r o n ę
ś r o d o w i s k a z e w n ę t r z n e g o przed szkodliwym w p ł y w e m p o ł o ­
żnicy i o c h r o n ę dziecka przed t y m ś r o d o w i s k i e m .
W y w ó d (inaczej wprowadzenie) jest t r a d y c y j n ą ceremo­
nią oczyszczającą k o b i e t ę po porodzie i w p r o w a d z a j ą c ą j ą
z powrotem d o życia s p o ł e c z n e g o i religijnego. Starsze
kobiety (powyżej 60 lat) p a m i ę t a j ą , że mniej więcej 6 tygodni
po porodzie musiały wejść d o kościoła od strony zakrystii,
k l ę k n ą ć przed księdzem z z a p a l o n ą świecą. K s i ą d z o d m a w i a ł
nad nimi m o d l i t w ę , k r o p i ł święconą w o d ą i w p r o w a d z a ł do
kościoła. K o ń c z y ł się okres izolacji towarzyskiej i religijnej
położnicy. Obecnie nie izoluje się j u ż takiej kobiety. P a m i ę ć
o t y m jednak się z a c h o w a ł a .
„Prawa nie było do drugiego mieszkania wejść d o p ó k i wprowa­
dzenia nie b y ł o . " (Polka, lat 62, Olany, rej. wileński).
„ K i e d y ś kobieta sześć lygodni nie chodziła do kościoła ani do
sąsiadów. W o g ó l e nie wychodziła z domu (...) Nie wiem dlaczego,
taka tradycja bvfa " (Polka, lat 70. Dziewianiszki).

II. I. Wesele litewskie. Wieszanie Swata

77

�^1

„ D o wywodu kobiety nawet po w o d ę do studni nie m o g ł y iść, ni
do sąsiadki. T a k i zakon był." (Litwinka, lat 75, Maciucie, rej
solecznicki).
T r a d y c j a taka przekazywana b y ł a z pokolenia na pokole­
nie c z ę s t o

bez u z a s a d n i e n i a , j a k o

obowiązujące

prawo.

C e r e m o n i a w y w o d u z a c h o w a ł a się do dzisiejszych c z a s ó w n a

w i a r a nie g r a ł a istotnej roli, s ą j e d n ą z w i e l u p r z y c z y n z a n i k u
p r a w o s ł a w n e j , poza cerkiewnej o b r z ę d o w o ś c i . I n n ą przy.
c z y n ą m a j ą c ą w p ł y w n a ten stan rzeczy jest d u ż a o d l e g ł o ś ć od
cerkwi. Dzieci chrzczone są w ^ M p i e l e katolickim. O b r z ę d ,
b i a ł o r u s k i e g o c h r z t u nie r ó ż i T s t ę t e ż n i c z y m o d c h r z t u
Polaków i Litwinów.

c a ł e j L i t w i e , ale obecnie jest p o ł ą c z o n a z o b r z ę d e m c h r z t u .
„ W p r o w a d z e n i e kobiety teraz robią ze chrztem." (Polka, lat 62,
Olany, rej. wileński).
„ D o wprowadzenia c h o d z ą matki przy chrzcie. Z dzieckiem
wchodzi do kościoła, ksiądz świecę daje, przez zakrystię prowadzi
do ołtarza, kropi święconą w o d ą , modli się." (Polka, lat 60,
Dziewianiszki, rej. solecznicki).
N i e z a l e ż n i e od n a r o d o w o ś c i , wieku, płci czy w y k s z t a ł c e n i a
p o w s z e c h n a jest w i a r a , ż e p e w n e o s o b y m o g ą r z u c i ć u r o k n a
dziecko. A b y temu

zapobiec:

„ N a l e ż y zawiązać czerwony sznureczek lub czerwony paciorek
gdzieś przyszyć, żeby nikł nie zauroczył. Czasem koszulkę na lewą
stronę zakładają." (Polka, lat 78, Stare Troki, rej. trocki).
J e d n a k gdy d z i e c k o jest j u ż z a u r o c z o n e n a j s k u t e c z n i e j ­
s z y m zabiegiem jest z a m ó w i e n i e . S ą r ó ż n e s p o s o b y :
„Jak na dziecko spojrzy ktoś, kto ma złe oczy to dzieciak jest
niespokojny, płacze. Trzeba zamówić. T a kobieta co zamawia
podchodzi do obrazu, zamawia na cukier lub w o d ę . T a m szepce
coś, chyba modlitwy to być muszą, bo c ó ż by innego. Wszystko
przed świętym obrazkiem." (Polka, ok. 70 lat, Dziewianiszki, rej.
solecznicki).
„Ja to biorę wody do gęby, idę z dzieciakiem do kąta, z gęby
w o d ę na rękę i jemu po twarzyczce przecieram trzy razy. A potem
solą trzy razy. Potem p o d o ł k i e m koszuli trzeba wytrzeć. O d razu
p o m o ż e . Jak ktoś ze złym wzrokiem spojrzy na dzieciaka, to on
czernieje, kurczy się, krzyczy strasznie!." (Polka, lat 70, Sużany,
rej. wileński).
w społecznej świadomości

wiara

w „ u r o c z n e " oczy ś w i a d c z y j a k w a ż n y m o b r z ę d e m

Mocno

zakorzeniona

wczes­

nego d z i e c i ń s t w a b y ł d a w n i e j m o m e n t o d ł ą c z e n i a d z i e c k a o d
piersi. Z ł y w z r o k m a j ą m i a n o w i c i e o s o b y , k t ó r y m m a t k a p o
o d s t a w i e n i u o d piersi „ p o ż a ł o w a ł a " i d a ł a j e s z c z e r a z p o s s a ć .
„ M ó w i ą , że j a k matka odłącza dziecko od piersi, a potem
jeszcze weźmie pożałuje i da znowu pierś, to tego człowieka oczy
bardzo s z k o d z ą " (Polka, lat 70, Sużany, rej. wileński).
W tak z r ó ż n i c o w a n y m etnicznie s p o ł e c z e ń s t w i e , z j a k i m
m a m y d o c z y n i e n i a n a W i l e ń s z c z y ź n i e , gdzie w s z y s t k i e
elementy o b r z ę d ó w i z w y c z a j ó w p r z e m i e s z a ł y s i ę w c i ą g u
w i e k ó w w s p ó l n e g o istnienia, niewiele p o z o s t a ł o w y z n a c z ­
n i k ó w postrzeganych j a k o cecha charakterystyczna d l a
p o s z c z e g ó l n y c h n a r o d o w o ś c i . B a r d z i e j t y p o w y m d l a tego
o b s z a r u jest t u t e j s z o ś ć l u b n i e t u t e j s z o ś ć d r o b n e g o e l e m e n t u
z w y c z a j u , bez r o z r ó ż n i e n i a n a p r z y n a l e ż n o ś ć e t n i c z n ą g r u p y .
T a k jest w ł a ś n i e w p r z y p a d k u o b r z ę d o w o ś c i z w i ą z a n e j
z n a r o d z i n a m i d z i e c k a . Jest o n a j e d n a k o w a d l a P o l a k ó w
i L i t w i n ó w w ś w i a d o m o ś c i tych grup.
I n a c z e j w y g l ą d a ten p r o b l e m u p r a w o s ł a w n y c h B i a ł o ­
r u s i n ó w . C h r z e s t d z i e c k a j u ż przez to, ż e o d b y w a s i ę w c e r k w i
różni s i ę o d chrztu P o l a k ó w czy L i t w i n ó w . J a k podaje
p o d r ę c z n i k Nauka o nabożeństwach
prawosławnych
(Bond a r u k 1987), p i e r w s z y m elementem c h r z t u jest p o ś w i ę c e n i e
w o d y przez k a p ł a n a . N a s t ę p n i e n a m a s z c z a s i ę ś w i ę t y m
olejem c z o ł o , uszy, piersi, r ę c e i nogi c h r z c z o n e g o . G ł ó w n y
m o m e n t c h r z t u polega n a t r z y k r o t n y m p o l a n i u w o d ą . P ó ź ­
niej k a p ł a n w k ł a d a n a o c h r z c z o n e g o c z y s t ą , b i a ł ą s z a t ę o r a z
k r z y ż y k . R o d z i c e chrzestni m u s z ą b y ć p r a w o s ł a w n i . T u ż po
chrzcie odbywa się bierzmowanie. B i s k u p namaszcza ś w i ę t ą
m y r r ą c z o ł o , o c z y , n o z d r z a , usta, uszy, r ę c e , piersi i n o g i
ochrzczonego. N a s t ę p n i e dokonuje p o s t r z y ż y n .
Białoruscy r o z m ó w c y podkreślają brak różnic m i ę d z y
u r o c z y s t o ś c i a m i katolickimi i p r a w o s ł a w n y m i z okazji
chrztu. Starają się też w tym w z g l ę d z i e d o p a s o w a ć do swoich
katolickich s ą s i a d ó w . C z ę s t e m a ł ż e ń s t w a mieszane katolick o - p r a w o s ł a w n e , z w ł a s z c z a w o k r e s i e k o m u n i z m u , gdy

78

Wesele
J ó z e f O b r ę b s k i , z a s t a n a w i a j ą c s i ę w „ S p r a w a c h narodo­
w o ś c i o w y c h " ( O b r ę b s k i 1936) n a d w y z n a c z n i k a m i grupy
w ł a s n e j z a u w a ż a , ż e g r u p a e t n i c z n a nie k u l t y w u j e w z o r ó w
k u l t u r o w y c h c e l o w o ; s ą one s k ł a d n i k i e m z b i o r o w e j w a r t o ś c i ,
k t ó r a o d d z i a ł y w u j e n a j e d n o s t k ę p r z e z ś r o d o w i s k o . T o , cĄ
grupa ocenia j a k o w ł a s n e , r ó ż n i ą c e od innych grup etnic*
n y c h jest p r z e c i w i e ń s t w e m c e c h g r u p y obcej.
W o b r z ę d o w o ś c i weselnej P o l a k ó w n a L i t w i e istnieją
elementy postrzegane j a k o obce. S ą to z w y c z a j e : palenie
wianka panny m ł o d e j i „ w i e s z a n i e swata". Ś w i a d o m o ś ć
o b c o ś c i t y c h e l e m e n t ó w nie jest j e d n a k t a k a s a m a w ś r ó d
P o l a k ó w n a c a ł e j L i t w i e . P o s u w a j ą c s i ę z p ó ł n o c y na
p o ł u d n i e ( o d o b s z a r ó w etnicznie l i t e w s k i c h l e ż ą c y c h w okre* \
sie m i ę d z y w o j e n n y m w g r a n i c a c h L i t w y , k u terenom zamie­
s z k a ł y m przez w i ę k s z o ś ć p o l s k ą , n a l e ż ą c y m w tamtym'
o k r e s i e d o P o l s k i ) z w i ę k s z a s i ę tendencja d o wyrazistego
w y o d r ę b n i a n i a e l e m e n t ó w o b c y c h o d w ł a s n y c h . Polacy
w tych r e j o n a c h z w y c z a j e te w i d z ą j a k o obce, nie m a j ą c e
tradycji w polskiej k u l t u r z e . L i t w i n i r ó w n i e ż nie u w a ż a j ą ich
z a rdzennie litewskie lecz p r z y j m u j ą j e j a k o z w y c z a j e nowe.
T r u d n o jest w tej c h w i l i s t w i e r d z i ć , k t ó r e z w y c z a j e są
litewskie, a k t ó r e s ą w y t w o r e m p r z e m i e s z a n e g o n a r o d o w o ś ­
c i o w o m i a s t a . M i a s t o b o w i e m w y w i e r a o g r o m n y w p ł y w na
k s z t a ł t o w a n i e s i ę nowych z w y c z a j ó w weselnych. Młodzież
w y j e ż d ż a n a n a u k ę d o m i a s t , p o z n a j e n o w e , m o d n e i często
a t r a k c y j n i e j s z e , c z y b a r d z i e j w i d o w i s k o w e z w y c z a j e , przeno­
si j e n a w i e ś .
Polacy m i e s z k a j ą c y na obszarach, na k t ó r y c h stanowią
m n i e j s z o ś ć w ś r ó d L i t w i n ó w , p r z y j m u j ą n o w e litewskie zwy­
c z a j e j a k o w ł a s n e , tutejsze. N i e d z i e l ą ich n a polskie i litews­
kie t y l k o n a d a w n e i nowe:
„Jest taki baukuchen [sękacz - A . W . , B.Cz.J.na nim postawił
talerzyk, spirytus wleją, zapalą i wianek palą. Kiedyś tego nk
było. M ó j wianek ususzyłam." (Polka, lat 65, rej. Kiejdany).
„ M ł o d z i muszą przejechać 12 m o s t ó w , miody musi przenieść
przez każdy m ł o d ą [...] by cały rok byl szczęśliwy [...] Koło
p o m n i k ó w w drodze do urzędu lub kościoła kładą kwiaty. Potem
w domu lub w restauracji jest wesele [...] Na drugi dzień wszyscy
się zbierają by wieszać swata. Testament piszą, ze byl on
niesprawiedliwy, że kłamał, że młoda nie jest jak on mówił, pisą
to na długim papierze. Przynoszą sznury, przyprowadzają swata,
czytają testament. Swat ma ostatnie s ł o w o . M ó w i , że nie kłamał,
a dla pamięci po sobie zostawia majtki." (Polka, lat 65. Kowno).
S ą to z w y c z a j e

nowe, ż a r t o b l i w e ,

powstałe

w o k r e s i e w ł a d z y radzieckiej i p r a w d o p o d o b n i e
wypełnić

pewną

pustkę

obrzędową

powstałą

w mieście
m i a ł y one
w wyniku

l i c z n y c h z a k a z ó w d o t y c z ą c y c h p r a k K k religijnych. S z y b k o Ś M
p r z y s w a j a n i a e l e m e n t ó w o b c y c h tradycji przez w i e ś z a l e ż y od
b l i s k o ś c i d u ż e g o m i a s t a , o b e c n o ś c i i n n y c h grup n a r o d o w o ś ­
c i o w y c h i i c h d a w n o ś c i osiedlenia w danej w s i . a t a k ż e od
m o b i l n o ś c i m i e s z k a ń c ó w . I m b l i ż e j d u ż e g o o ś r o d k a miejs­
kiego, i m w i ę k s z a l i c z b a o s i e d l e ń c ó w litewskich p r z y b y ł a do
w s i w okresie p o w o j e n n y m

i im częściej ludność

ludność

z n a j d u j e z a t r u d n i e n i e p o z a g r a n i c a m i w ł a s n e j w i o s k i . tyW
ł a t w i e j n a s t ę p u j e proces a s y m i l a c j i .
Jak j u ż wspomniano,

n a terenie

tzw. L i t w y

właściwa

a w i ę c n a o b s z a r z e etnicznie l i t e w s k i m , z a m i e s z k a ł y m prz**
niewielkie s k u p i s k a P o l a k ó w , nie m o ż n a m ó w i ć o świado­
m y m w y r ó ż n i a n i u o b c y c h e l e m e n t ó w w o b y c z a j o w o ś c i wesc I
Inej. P o l a c y t a m m i e s z k a j ą c y o k r e ś l a j ą s i ę j a k o ..litewscy I
Polacy" żyjący na Litwie od w i e k ó w i istniejący w kultur* I

�litewskiej. C h a r a k t e r y s t y c z n e jest r ó w n i e ż to, ż e d y s t a n s u j ą
się od P o l a k ó w m i e s z k a j ą c y c h n a W i l e ń s z c z y ź n i e .
Inaczej s p r a w a w y g l ą d a , gdy w k r o c z y m y od s t r o n y p ó ł ­
nocnej n a o b s z a r W i l e r i s z c z y z n y o b e j m u j ą c y rej. w i l e ń s k i ,
trocki, s o l e c z n i c k i , k t ó r y w l a t a c h 1920-1939 z n a j d o w a ł s i ę
w granicach P a ń s t w a Polskiego. T u t a j w i ę k s z o ś ć e t n i c z n ą
s t a n o w i ą i s t a n o w i l i P o l a c y . T a k i e elementy j a k „ w i e s z a n i e
swata" c z y palenie w i a n k a p a n n y m ł o d e j s ą postrzegane j a k o
zwyczaje litewskie, k t ó r y c h z a P o l s k i " nie b y ł o a w i ę c nie
m o g ą to b y ć p o l s k i e z w y c z a j e
-

U Litwinów wesela takie same jak u nas, no u nich obrzędy
troszeczkę inne. Tradycja u nich na weselu jakaś inna. R o b i ą
takiego potwora z ł a c h m a n ó w , rozpalają ognisko i palą go. [...]
Palenie wianka to tez litewski zwyczaj. Tego u P o l a k ó w nie b y ł a
Nigdy nic Polacy me palili. (Polka lat m buzany. rej. wileński).
Im bardziej n a p o r u a n i e , oaiej o a a u z y c n o ś r o d k ó w
miejskich gdzie z a m k n i ę t e , z w a r t e ś r o d o w i s k o polskie jest
mniej p o d a t n e n a p r z e n i k a n i e m i e j s k i c h - l i t e w s k i c h z w y c z a ­
jów, tym b a r d z i e j z a c h o w a ł a s i ę d a w n a t r a d y c j a . O b c o s c
nowych e l e m e n t ó w jest t a m j u z w y r a ź n i e p o s t r z e g a n a i p r z e ­
ciwstawiana p o l s k o ś c i t r a d y c y j n y c h o b r z ę d ó w .
„[...] U nas nie w o ż ą m ł o d y c h przez mosty, to tylko w mieście.
[...] U nas młoda zaszywa wianek w poduszkę żeby razem być. Ja
tak robiłam i moja mama tak robiła. U nas nie palą wianka, to
wiem. że to litewski zwyczaj." (Polka, lat 70, Dziewianiszki. rej.
solecznicki).
Bardzo i n t e r e s u j ą c y m w y d a j e s i ę b y ć fakt, ż e w s ą s i e d n i e j
wiosce litewskiej,

która

zawsze

zamieszkana

była

przez

etnicznych L i t w i n ó w i l e ż a ł a w g r a n i c a c h p a ń s t w a p o l s k i e g o
(1920-1939). z w y c z a j e weselne s ą identyczne nawet w szcze­
gółach. R ó ż n i c a jest t y l k o j e d n a : w tej w i o s c e p a l ą w i a n e k
panny m ł o d e j . L u d n o ś ć l i t e w s k a o t o c z o n a

przez

ludność

polską m a w s p ó l n e z n i ą z w y c z a j e , k t ó r e p r z e n i k a ł y
w czasie w i e l o w i e k o w e g o s ą s i e d z t w a , a p o w s z e c h n i e

się

okreś­

lany j a k o litewski element palenia w i a n k a z o s t a ł przez t ą
społeczność ś w i a d o m i e przyjęty j a k o w y r ó ż n i k p r z y n a l e ż n o ­
ści narodowej.
W świadomości

Polaków

na W i l e ń s z c z y ź n i e

egzystuje

głęboko z a k o r z e n i o n e p r z e ś w i a d c z e n i e o w y ż s z o ś c i k u l t u r o ­
wej P o l a k ó w . D l a t e g o t e ż c z ę s t o z w y c z a j e litewskie o c e n i a n e
są przez P o l a k ó w j a k o p r o s t a c k i e , c z y w r ę c z g r u b i a ń s k i e :
„Na polskim weselu nie ma takich jak u Lilwinów zabaw
grubiańskich, jak np. k o g o ś po plecach batem bić czy swata kłaść
na bronie. U Litwinów więcej zabawy ale więcej po chamsku."
(Polak, lat 80. Koleśniki. rej. solecznicki).
Jako cecha litewskiego wesela n a p i e r w s z y p l a n w y s u w a s i ę
jego ż a r t o b l i w y c h a r a k t e r . I n f o r m a t o r z y dzielili wesela n a
żartobliwe
litewskie i proste (ale nie p r o s t a c k i e ) polskie:
„Tradycja u nich [u Litwinów - A . W . , B . C z ] na weselu jakaś
inna. Oni więcej żartów maja." (Polka, lat 70, Sużany. rej
wileński).
„Nie wiem po co, ale u nich d u ż o takich zabaw wymyślają.
Polskie wesele takie więcej proste, a na Litwie więcej żartobliwe."
(Polka, lat 58. Sużany. rej. wileński).
. Nowe zwyczaje, w y t w o r y k u l t u r y miejskiej o k r e s u p o w o ­
l n e g o , postrzegane s ą przez P o l a k ó w j a k o z w y c z a j e litews­
kie' T o , czego nie b y ł o w tradycji p r z e k a z y w a n e j z pokolenie
j * Pokolenie, jest obce. O b e c n i e najbardziej o b c ą g r u p ą dla
Polaków z Wileriszczyzny s ą L i t w i n i . O n i s t a n o w i ą r ó w n i e ż
^ k s z o ś ć w m i a s t a c h i wszelkie n o w o ś c i p r z y c h o d z ą c e z mias­

c z ę s t o nie jest w p e ł n i u ś w i a d o m i o n e w ś r ó d miejscowej
l u d n o ś c i . P e w n e elementy w o p i n i i j a k i e j ś g r u p y u w a ż a n e s ą
z a r ó ż n i c u j ą c e j ą od g r u p s ą s i e d n i c h , ale s ą to z r e g u ł y
elementy d r u g o r z ę d n e , nie z a w s z e n a j b a r d z i e j istotne. N a
b a d a n y c h przez nas t e r e n a c h , k a t o l i c k i p o g r z e b P o l a k ó w
i L i t w i n ó w odbywa się w s p o s ó b bardzo podobny. G d y
w i a d o m o j u ż , ż e c z ł o w i e k u m i e r a , p r z y c h o d z i d o niego
k s i ą d z z o s t a t n i m n a m a s z c z e n i e m . N i e r a z misi p r z e m i e r z y ć
wiele k i l o m e t r ó w , g d y ż parafie s ą r z a d k o r o z r z u c o n e 3 j e d e n
ksiądz musi o b s ł u ż y ć ich kilka
W n i e k t ó r y c h o k o l i c a c h z a c h o w a ł y s i ę j e s z c z e elementy
przedchrześcijańskie związane z samym momentem umiera­
nia:
„Jak niespokojnie ktoś umiera, to bywa że i na ziemię złożą,
bonie m o ż e skonać. Na ziemi łatwiej umrzeć. N a drewnianej
p o d ł o d z e . " (Polka, lal 77, Dziewianiszki).
W „przejściu" pomaga także M a t k a Boska i patron
umierającego:
„Jak człowiek umiera to trzeba mu w rękę gromnicę w ł o ż y ć «na
dobre umieranie... różaniec i obrazek jakiś. Najlepiej jest, jak to
obrazek patrona - o n p o m o ż e umierać." (Polak, lat 62, D ą b r o w c i szki).
N a c a ł y m b a d a n y m terenie istnieje t e ż z w y c z a j w k ł a d a n i a
do trumny ziół ś w i ę c o n y c h w o k t a w ę B o ż e g o Ciała. ( O c z y w i ­
ś c i e z i o ł a takie m a j ą m o c t y l k o przez j e d e n r o k . ) M o m e n t od
ś m i e r c i do p o g r z e b u jest d o k ł a d n i e u s t a l o n y :
„ U nas to pięknie chowają, ze śpiewami i modlitwami. Zmarły
leży w domu trzy doby. bo taki jest o b o w i ą z e k rodzinny. N a ten
czas zaprasza się ś p i e w a k ó w i płaci im się za to. Kiedyś śpiewali
cały ten czas - trzy dni. teraz to tylko w nocy od 6 wieczorem do
rana. Zmarłego myje się i ubiera w jego najlepsze ubranie [...]
Zmarły leży w otwartej trumnie, a d o o k o ł a pali się dwie, cztery,
sześć świec. Przez dwa dni przychodzą sąsiedzi, rodzina, znajomi
by się p o m o d l i ć przy zmarłym. Trzeba dać im jeść i p i ć . " (Polka,
lat 82, Żukiszki, rej. trocki).
Element płacenia za m o d l i t w ę przy z m a r ł y m spotyka się
sporadycznie - s z c z e g ó l n i e w miastach. Oznaczanie domu.
w k t ó r y m stoi t r u m n a s p o t y k a s i ę r ó w n i e ż r z a d k o . C z y n i ą to
ludzie w m i a s t a c h , gdzie ż y j e s i ę b a r d z i e j a n o n i m o w o .
„ N a wsi nie wysypuje się jedliną [ścieżki do domu] bo i lak
każdy wie, gdzie pogrzeb. W mieście trzeba zaznaczyć." (Polka,
lat 70, Urniaże k/Kiejdan).
P o m i m o ż e n a w s i nie c z y n i s i ę tego, z w y c z a j ten z n a n y jest
w s z ę d z i e na L i t w i e . N i k t j e d n a k z p y t a n y c h nie p o t r a f i ł
o d p o w i e d z i e ć c o s y m b o l i z u j ą zielone g a ł ą z k i c h o i n k i . K a ż d a
r o d z i n a p a m i ę t a t e ż w t y m czasie o z a s ł o n i ę c i u luster, s z k ł a ,
zatrzymaniu lub zdjęciu zegara. Niewielu i n f o r m a t o r ó w
r o z u m i a ł o i n t e n c j ę tych z a b i e g ó w :
„Lustra się zasłania, żeby zmarły się nie zapatrzył i śmierć nie
zabrała jeszcze k o g o ś z rodziny. Okna też są zasłaniane. Jeśli
m o ż n a , to zatrzymuje się zegar, by wiadomo było, o której
nastąpiła śmierć." (Polka, lat 65, Kowno).
„Zakrywa się lustra, żeby nie było widać « p o k o j n e g o » (Litwin­
ka, lal 65, Maciucie).
W rejonie s o l e c z n i c k i m - a w i ę c n i e d a l e k o g r a n i c y b i a ł o ­
ruskiej, p a m i ę t a s i ę t e ż o i n n y c h n a k a z a c h , k t ó r e u n i e m o ż ­
l i w i a j ą z m a r ł e m u z a b r a n i e n a t a m t e n ś w i a t i n n y c h istot:
„Jak człowiek umiera to trzeba p o b u d z i ć ż y w i o ł i pszczoły
p o p u k a ć . M o ż e żeby nie umarły. (Polak, lat 90, Dobra
k/Koleśnik).
W

Krakunach

mieszkańcy

u w a ż a j ą , ż e kiedy

kondukt

ta których nie m a w s p o ł e c z n e j p a m i ę c i P o l a k ó w , m u s z ą b y ć

przechodzi pod o k n a m i wszyscy domownicy

utewskie. S t o p i e ń u ś w i a d o m i e n i a sobie tej o b c o ś c i w z r a s t a

n i k t nie m o ż e s p a ć . K i e d y w y c h o d z i p o g r z e b z d o m u , nie

ro

P Porcjonalnie do w z r o s t u z w a r t o ś c i s p o ł e c z n o ś c i

polskiej

muszą

stać,

m o g ą s p a ć z w i e r z ę t a , nie m o g ą l e ż e ć ś w i n i e . N a l e ż y o t w o r z y ć

weksze p r z y w i ą z a n i e do tradycji, silniejsza o niej p a m i ę ć )

w r o t a w stodole. K o n t a k t z n i e b o s z c z y k i e m o d b i e r a n y jest

'Poczuciem w y o b c o w a n i a w P a ń s t w i e L i t e w s k i m .

j a k o nieszkodliwy:

Pogrzeb
Różnicowanie

kulturowe

istniejące

na j a k i m ś

terenie

„Jak koń zawiezie nieboszczyka to będzie smutny chodzić póki
na swadźbę m ł o d y c h nie powiezie. K o ń marny chodzi, że niebosz­
czyka wiezie." (Polak, Krakuny).

79

�Na wsiach, daleko od kościoła, k s i ą d z nie bierze udziału
w „ w y p r o w a d z e n i u " z m a r ł e g o z d o m u . Jest to na pewno
spowodowane odległościami, a t a k ż e pozostałością z c z a s ó w
komunistycznych, gdy k s i ą d z nie o d w i e d z a ł oficjalnie wier­
nych. (Zapomniano t a k ż e o zwyczaju „ k o l ę d y " po B o ż y m
Narodzeniu - we wsiach o d b y ł a się ona po raz ostatni w 1939
roku.)
„ D o wojny każdy ksiądz w y p r o w a d z a ł trumnę z domu, teraz
już m a ł o który. W miasteczku naszym nigdy nie w i o z ą na wozie
„ p o k o j n e g o " - zawsze na rękach trumnę niosą." (Polka, lat 70,
Dziewianiszki).
„ T r u m n a niesiona na cmentarz jest zakryta - tym różni się od
Rosjan, gdzie jest otwarta." (Polak, lat 70. Gowsztany k/Niemenczyna).

Po mszy i pochowaniu na cmentarzu (w n i e k t ó r y c h
miejscowościach - j a k np. w Suderwie otwiera się jeszcze
t r u m n ę na cmentarzu i żegna ze z m a r ł y m ) osoby b i o r ą c e
udział w pogrzebie prosi się na konsolację:
„ G o s p o d a r z rodziny zaprasza wszystkich na żałobny obiad.
Przed obiadem wszyscy się m o d l ą , odmawiają Anioł
Pański
i śpiewają pieśni [...] Dawniej obiad urządzało się u gospodarza,
a obecnie coraz częściej w s t o ł o w e j . " (Polak, lat 70, Gowsztany
k/Niemenczyna).

C e c h ą c h a r a k t e r y s t y c z n ą tych konsolacji jest wielkość,
obfitość potraw, co podkreślają w swych wypowiedziach
informatorzy:
„ O potrawy na konselację - co kto m o ż e przygotować [...]
Jedzenie «grube» gotują. K a b a n a kłują przeważnie. Kiedyś
konselację były skromniejsze. Teraz jeden przez drugiego stawia
się. Nieraz aż w klubie konselację robią. Obcy przychodzą
i rodzina i wszystkich trzeba posadzić za stół." (Polka, lat 70.
Dziewianiszki).
„ K i e d y ś zawsze skromnie było na pogrzebie, a teraz nie
wiadomo - pogrzeb czy wesele-" (Polka, lal 62, Olany).

Jak podkreślali r o z m ó w c y , j e d y n ą cechą r ó ż n i ą c ą pogrze­
by od wesel jest brak t o r t ó w na stolach, no i oczywiście
muzyki. N a takich przyjęciach podaje się kwas, piwo, często
także w ó d k ę . K s i ą d z z reguły na takie spotkania nie przy­
chodzi. Obiady dla rodziny, krewnych i ś p i e w a k ó w przygo­
towuje się r ó w n i e ż w miesiąc po śmierci, w trzy miesiące, pół
roku i w rocznicę są one z w i ą z a n e z odprawianiem w kościele
mszy za d u s z ę z m a r ł e g o ) :
„ N a rocznicę d u ż o ludzi przychodzi. U nas do roku nic stawiają
pomnika ani ogrodzenia na cmentarzu. Dopiero na rocznicę."
(Polka, lat 70. Dziewianiszki).

Zwyczaj „ o b i a d ó w " zapewne z a c z e r p n i ę t y jest z tradycji
p r a w o s ł a w n e j . W i ą ż e się on z d u ż y m i kosztami, jednak nikt
z nich nie rezygnuje bojąc się o b m o w y s ą s i a d ó w .
Znamienne jest r ó w n i e ż zachowywanie wszelkich zaka­
z ó w . Jednym z najczęściej spotykanych ( z a r ó w n o w soleczn i c k i m , wileńskim, trockim jak i k o w i e ń s k i m ) w ś r ó d katoli¬
k ó w jest zakaz jedzenia j a b ł e k do święta M a t k i Boskiej
Zielnej przez kobiety, k t ó r e straciły dziecko. Zakaz
z a c h o w u j ą często przez całe życie, u z a s a d n i a j ą c to t y m ,
M a t k a Boska (lub Pan Jezus) odbierze dzieciom jabłka
w niebie. W a l k a z t y m wierzeniem o charakterze apokryficz¬
nym (prowadzona m.in. przez proboszcza w S u ż a n a c h ) nie
przynosi rezultatu. N a wsiach zakaz jest przestrzegany,
a starsze kobiety p r z e k a z u j ą go m ł o d s z y m . O g ó l n i e przy­
jmuje się, że ż a ł o b a po matce trwa r o k , po ojcu pół r o k u , po
dziecku przed Pierwszą K o m u n i ą nie nosi się jej wcale.
Tak oto na Litwie p r z e d s t a w i a j ą się o b r z ę d y pogrzebowe
i zakazy z nimi związane.
R ó ż n i c e w katolicyzmie polskim i litewskim przejawiają
się jedynie w j ę z y k u m o d l i t w . Śpiewacy litewscy m o d l ą się
jednak po litewsku tylko na wsiach typowo litewskich (np.
Maciucie przy granicy białoruskiej) otoczonych wsiami
p o l s k o - b i a ł o r u s k i m i , lub na obszarze etnicznie litewskim
- za K o w n e m . N i e u m i e j ę t n o ś ć ś p i e w a n i a w swoim rodzin­
nym j ę z y k u usprawiedliwiają brakiem litewskich modlitew¬
n i k ó w . Białorusini - katolicy m o d l ą się po polsku.
A jak było dawniej? Oskar Kolberg tak pisał w 53 tomie
swoich Dziel d o t y c z ą c y m L i t w y :
„ Ż o n a opłakuje zmarłego męża przez dni 30 ciągle, krewni
w dni 3. 6, 9, 40 sprawują uczty, nie używając w nich nożów
i siedząc w milczeniu. Po uczcie zamiata ofiarnik izbę wołając na
duszyczki: «jadłyście, piłyście, teraz idźcie precz». Wtenczas
dopiero zaczyna się rozmowa i pijatyka."

J a k i m ś ś l a d e m podobnego obchodzenia wspominek może
być to, c o z a n o t o w a ł y ś m y w Dziewianiszkach:
„Teraz tego nie ma. Kiedyś w miesiąc po śmierci sprawowali
«dziady» w domu pokojnika. Wtedy całą noc śpiewali pobożne
pieśni, jak po nieboszczyku. Zbierała się cała rodzina i śpiewaki.
A na jutro już msza Św. była zapisana. Ś p i e w a k ó w przez całą noc
karmili. Kiedyś (i teraz też) był prowadnik - on prowadził
ś p i e w a k ó w . " (Polka, lat 75. Dziewianiszki).

O podobnym wspominaniu z m a r ł y c h mówiły też inform a t o r k i w Maciuciach:

II. 2. Wesele polskie. Przebierańcy

80

�„Przed wojną zbierali się ludzie u tego. co dzwonił w kościele.
Catymi w ń i k a m i chodzili modlić się. K a ż d y niósł c o ś do jedzenia.
Za kościołem był taki dom, gdzie ludzie zbierali się i śpiewali całą
noc. Stoły stały d o o k o ł a ścian i ławy. Modlili się i jedli. Wspomi­
nali dusze. Pieśni prowadził ten, co znał, co czytać umiał. N a
samym cmentarzu nie modlili s i ę . " (Litwinka, lat 70. Maciucie).
O d b y w a ł o s i ę to w w i g i l i ę 1 l i s t o p a d a .
Przed w o j n ą m i e s z k a ń c y w s i n a o g ó ł u m i e r a l i w d o m a c h .
Rodziny były d u ż e , wielopokoleniowe,
dzieci

przyjadą

„ze świata",

żeby

i nie c z e k a n o ,

pogrzebać

aż

zmarłego.

Ś p i e w a k ó w c z u w a ł o p r z y z m a r ł y m w i e l u , m ł o d z i nie w s t y d z i ­
li się ś p i e w a ć , j a k to dzieje s i ę d z i ś . K s i ą d z
trumnę z d o m u , jednak

nie d o

kościoła,

wyprowadzał
a od

cmentarz. M s z a o d b y w a ł a s i ę j u ż po p o g r z e b a n i u .

razu

na

Pieczono

chleb, k t ó r e g o k a w a ł e k n i o s ł o s i ę n a pogrzeb. K a ż d y , k t o
przyszedł do d o m u z m a r ł e g o , m u s i a ł p r z y n i e ś ć chleb i p o ł o ­
żyć go n a stole, n a k t ó r y m l e ż a ł n i e b o s z c z y k (tak b y ł o d o
1939 r ) . I n f o r m a t o r z y nie potrafili w y j a ś n i ć tego z w y c z a j u .
Kwiatów

dawniej

n i k t nigdy

nie p r z y n o s i ł ,

a teraz, j a k

twierdzili r o z m ó w c y , bez k w i a t ó w nie w y p a d a i ś ć n a po­
grzeb.
„Potem obchodzi się 7 dni, 30 i pól po pogrzebie. Zamawia się
mszę i robi obiad. Kiedyś na taki obiad zabijało się wieprzka,
gotowało bez w y m y s ł u , stawiało się miskę zupy. K a ż d y jadl
ztakiej misy co chciał. Była wielka na 3-4 osoby. W ó d k i nie b y ł o . "
(Polak, lat 65, Purwiszki).
Niewiele z m i e n i ł y s i ę z w y c z a j e d o t y c z ą c e g r z e b a n i a s a m o ­
bójców:
„Kiedyś, jak kto się zabił sam, utopił, to ksiądz nie c h o w a ł ze
wszystkimi. Dla nich było oddzielne miejsce. I teraz ksiądz nie robi
pogrzebu takiemu. Dzwony nie d z w o n i ą i trumny do kościoła nie
wnoszą. Tylko na chwilę przed bramą kościoła trumna zatrzyma
się. Ksiądz ziemi nie święci. Jak ludzie wracają j u ż z cmentarza,
ksiądz odprawia w kościele mszę za rodzinę." (Polka, lat 70,
Dziewianiszki).
Pogrzeb p r a w o s ł a w n y istotnie r ó ż n i s i ę od
Jak podaje Nauka

o nabożeństwach

katolickiego.

prawosławnych

(Bon-

daruk 1987):
„Każdy zmarły zostaje po śmierci umyty i ubrany [...] N a jego
czoło nakłada się 'wienczik'. który wyraża nadzieję zmarłego na
wieniec chwały (...) W ręce zmarłego wkłada się ikonę Jezusa na
znak wiary z jaką żył i umarł. Ciało zmarłego umieszcza się
w trumnie, w której spoczywa przez dwa dni. W ciągu tego czasu
czyta się psałterz [...] W trzecim dniu następuje pogrzeb. Kapłan
odprawia n a b o ż e ń s t w o o odpoczynek duszy zmarłego. Uczestnicy
pogrzebu trzymają w rękach zapalone świece, na znak, że zmarły
odchodzi ku wiecznej światłości. Po przeniesieniu [...] zmarłego do
cerkwi odprawia się liturgię [...] N a zakończenie trumna jest
odnoszona do mogiły. Kapłan kropi ją świeconą w o d ą i posypuje
trumnę w mogile ziemią na znak krzyża [...] Panichidy - nabożeńs­
twa - za zmarłych odprawiane są do pogrzebu codziennie, zaś po
pogrzebie w 3 9 40-ty dzień w dzień imienin w rocznicę śmierci
* każdą następną rocznicę oraz w dni p o ś w i e c o n e pamięci
zmarłych.
We w s i a c h z a m i e s z k a ł y c h p r z e z p r z e d s t a w i c i e l i r ó ż n y c h
n a r o d o w o ś c i , d a l e k o od c e r k w i , p r a w o s ł a w n i c z ę s t o nie
znają z n a c z e n i a „ w i e n c z i k a " czy i n n y c h r e k w i z y t ó w :
„U nas są takie dokumenty co sieje nieboszczykowi do trumny
wkłada [,..] Pismo z m o d l i t w ą za zmarłych kładą do kieszeni. Ja tej
modlitwy nie umiem przeczytać, bo to jest stare takie pismo. Ja nic
znam tego dawniejszego pisma. A ten „wienczik" - długa taka
kartka - kładzie się na c z o ł o . T u jest Chrystus Nauczający, Iwan,
Matka Boska i anioły. Ale nie wiem dlaczego kładą to na c z o ł o "
(Białorusinka, lat 70, Sużany).
..w ceremonie te b y w a j ą t e ż w p l e c i o n e o b r z ę d y p o z a c h r z e ś -

cijanskie:
"Potem niosą ciało do cerkwi, w y n o s z ą głową do przodu
7 ostatni raz tak jak się normalnie wychodzi. Zmarłego myje
biera rodzina, w o d ę wylewają, ale słyszałam o różnych
^ r ż e n i a c h , że dają do picia ciężko choremu, żeby o d g o n i ć
""'Wć." (Białorusinka, lat 68, Koleśniki).
1

u

W wierzeniach B i a ł o r u s i n ó w d u ż ą rolę o d e g r a ł wizerunek
k r z y ż a . D o dzisiaj w b i a ł o r u s k i c h d o m a c h w i e s z a s i ę go n a d
obrazem M a t k i Boskiej dla „ p o w i e r n u c j a k a t a k l i z m a " , czyli
o d ż e g n a n i a k l ę s k ż y w i o ł o w y c h . B i a ł o r u s i n i s t a w i a j ą też
k r z y ż e mogilne. Jeżeli r o d z i n a z m a r ł e g o nie m a o d p o w i e d n i o
d u ż o p i e n i ę d z y , by p o s t a w i ć n a mogile k r z y ż ( k t ó r y jest tu
traktowany j a k nagrobek na cmentarzu katolickim) w dniu
pogrzebu stawia a j a k i k o l w i e k
tymczasowo:
„Jak chowają, to ksiądz szybko o d m ó w i pacierze, posypie
piaskiem i pojedzie, a nasz pop czeka aż nie p o s t a w i ą krzyża.
Poświęci krzyż i dopiero pojedzie." (Białorusinka, lal 70, Sużany).
K o l e j n ą różnicą m i ę d z y pogrzebem katolickim, a prawo­
s ł a w n y m jest t a , ż e :
„ U n a s na p ł ó t n a c h s p u s z c z a j ą t r u m n ę d o g r o b u . T o
p ł ó t n o daje s i ę p o t e m b i e d n y m . " ( j . w . )
W d o m u t r u m n a nie stoi, t a k j a k u k a t o l i k ó w , n a ś r o d k u
p o m i e s z c z e n i a , lecz w k ą c i e p o d o b r a z e m . I n f o r m a t o r z y
c z ę s t o p o d k r e ś l a l i , ż e w R o s j i p r z e w o z i s i ę z d o m u do c e r k w i
o t w a r t ą t r u m n ę . N a L i t w i e r z a d k o m o ż n a s p o t k a ć ten
z w y c z a j - co n a j w y ż e j o t w i e r a n a jest j u ż n a c m e n t a r z u .
P r z e j a w i a s i ę w t y m w p ł y w k a t o l i c y z m u . P o z a tym B i a ł o ­
rusini, podobnie j a k Polacy i Litwini u r z ą d z a j ą bardzo
w y s t a w n e k o n s o l a c j e i n a j c z ę ś c i e j c h o w a n i s ą na tych s a m y c h
c m e n t a r z a c h Z D o w o d u zbvt m a ł e i l i c z b v c e r k w i c z ę s t o
p o c h ó w k u d o k o n u j ą księża katoliccy:
„Wcześniej ksiądz nie przyjmował p r a w o s ł a w n y c h . Nie m o ż n a
było p r a w o s ł a w n e m u do księdza. Ale teraz nowe przyzwolenie od
Ojca Św., że m o ż n a . N a cmentarzu w S u ż a n a c h jest różnych:
prawosławnych i katolików, i k o m u n i s t ó w , wszystkich." (Polka,
lat 68, Sużany).
0 p o c h ó w k a c h ludności prawosławnej na cmentarzach
katolickich z a d e c y d o w a ł y r ó w n i e ż zarządzenia w ł a d z komu­
n i s t y c z n y c h , k t ó r e d l a c e l ó w i d e o l o g i c z n y c h d ą ż y ł y do
„ p r z e m i e s z a n i a " ludzi r ó w n i e ż na cmentarzu.
B i a ł o r u s i n i p r a w o s ł a w n i c h o d z ą t e ż na katolickie msze
w niedziele. W w y p o w i e d z i a c h p o d k r e ś l a j ą j e d n o ś ć w i a r y .
Podobnie n i e k t ó r z y katolicy:
„ O b o k naszego był ruski cmentarz, a teraz to wszystko razem
połączyli. Bo teraz to katolicką i p r a w o s ł a w n ą wiarę chcą
zjednoczyć, jako że chrześcijańskie. Dlatego teraz jeden cmen­
tarz." (Polka, lal 70, Sużany).
N a j w i ę k s z e zdziwienie i zaciekawienie k a t o l i k ó w b u d z ą
b l i s k o ś ć z m a r ł e g o (nieczystego) i p o k a r m u (czystego) na
pogrzebie B i a ł o r u s i n ó w :
„Stawiają na stół kapuśniak z blinami. Oni jedzą przy niebosz­
czyku. Stoły stawiają d o o k o ł a trumny. Ja tak nie m o g ł a jeść."
(Litwinka, lat 65. Maciucie).
P o t w i e r d z a j ą to p r a w o s ł a w n i :
„ W cerkwi obok zmarłego stoi nasza «kutia». niesie się ją obok
trumny, stoi w czasie panichidy (żałobnego n a b o ż e ń s t w a ] obok
trumny. Zaraz po pogrzebie ją się je najpierw na obiad."
(Białorusinka, lat 68. Koleśniki).
P o ż y w i e n i e i w ó d k a t o w a r z y s z ą im także podczas od­
w i e d z a n i a z m a r ł y c h na c m e n t a r z a c h w Z i e l o n e Ś w i ą t k i
- prawosławny Dzień Zmarłych:
„ U prawosławnych, u Ruskich to na groby n o s z ą w ó d k ę
1 kieliszki i za k a ż d e g o nieboszczyka piją i zostawiają jeszcze tą
w ó d k ę dla zmarłych." (Polka, lat 80, Koleśniki).
„ W Swiatoju Trojcu chodzi się na mogiły, je się tam, pije.
zostawia się kieliszek w ó d k i albo co innego, jajecznicę z mlekiem
przynosi się i zostawia." (Białorusinka, lat 68, Koleśniki).
B i a ł o r u s i n i na L i t w i e o b c h o d z ą t e ż k a t o l i c k i e ś w i ę t o
Zmarłych:
„Prawosławni jak jest nasze Wszystkich Świętych, to też
sprzątają swoje groby, nomy na ich Święto Zmarłych to już mniej.
Oni bardziej utrzymują nasze ś w i ę t o jak my ich." (Polka, lat 65,
Kowno).
W tej ostatniej w y p o w i e d z i z a w i e r a s i ę c h a r a k t e r y s t y k a
w s p ó ł c z e s n y c h o b r z ę d ó w b i a ł o r u s k i c h , nie t y l k o p o g r z e b o ­
wych. W s w y m charakterze c o r a z bardziej u p o d a b n i a j ą się

81

�d o k a t o l i c k i c h . U l e g a j ą u p r o s z c z e n i u . I m dalej od c e r k w i , o d
o ś r o d k ó w m i e j s k i c h , t y m c z ę ś c i e j p r a w o s ł a w n y m jest s i ę
t y l k o p r y w a t n i e , o b c h o d z i s i ę w e d ł u g starego k a l e n d a r z a
ś w i ę t a roczne, o b c h o d z ą c r ó w n o c z e ś n i e ś w i ę t a katolickie.
Sakramenty przyjmuje się w kościele. W m a ł ż e ń s t w a c h
mieszanych obserwuje się przechodzenie z p r a w o s ł a w i a na
katolicyzm.

wielu i n f o r m a t o r ó w nie b y ł o c a ł k i e m p r z e k o n a n y c h , czy są
to z w y k ł e m o d l i t w y .

Magia

C z ę s t o informatorzy przekonywali
p o m ó g ł , a zamawianie p o m o g ł o :

P o w s z e c h n y m obecnie e l e m e n t e m k u l t u r y l u d o w e j n a
Litwie są r ó ż n e g o rodzaju praktyki magiczne.
Rozwój
o ś w i a t y , d o s t ę p n o ś ć s ł u ż b y z d r o w i a niewiele z m i e n i ł y j e ż e l i
c h o d z i o s t o s o w a n i e s t a r y c h , w y p r ó b o w a n y c h m e t o d lecz­
niczych. O s k a r Kolberg, opisując X I X - w i e c z n ą w i e ś litewską
zauważa, że
. j a k w o g ó l e każdy lud pokłada wiarę w uroki i czary tak i Litwin
nie jest od tego wolnym [...] Często zobaczysz w kościele księdza
czytającego egzortę nad dziećmi chorującymi na przelęknienie lub
bezsenność [...] Lekarstw aptecznych rzadko używa i to bez
porady lekarza".
Obecnie s p o ł e c z n o ś ć wiejska częściej r ó w n i e ż udaje się do
znanych na całą o k o l i c ę zamawiaczy niż do lekarzy, do
k t ó r y c h c z ę s t o trzeba dalej j e c h a ć . Silnie z a k o r z e n i o n a
w ś w i a d o m o ś c i s p o ł e c z n e j w i a r a w m o c i n t e r w e n c j i sił
nadprzyrodzonych przyczynia się r ó w n i e ż do przetrwania
i p o w s z e c h n o ś c i tego t y p u p r a k t y k m a g i c z n y c h . N a b a d a ­
nych przez nas obszarach z e t k n ę l i ś m y się z ich d w o m a
rodzajami: p r a k t y k a m i leczniczymi i ochronnymi. Najpierw
o m ó w i m y s p o s o b y leczenia n a j c z ę ś c i e j w y s t ę p u j ą c y c h doleg­
liwości: róży i u k ą s z e n i a żmiji, zwanej potocznie g a d z i n ą
N a c a ł e j L i t w i e f u n k c j o n u j e i n s t y t u c j a z a m a w i a c z a . Jest to
s t a r s z a k o b i e t a l u b starszy m ę ż c z y z n a . M u s z ą to b y ć o s o b y
bardzo p o b o ż n e , a w i ę c m i e ć ścisły kontakt z siłami nad­
p r z y r o d z o n y m i . N i e w a ż n a jest n a r o d o w o ś ć , a n i w y z n a n i e ,
ale m u s i to b y ć c h r z e ś c i j a n i n . U m i e j ę t n o ś ć z a m a w i a n i a
p r z e k a z y w a n a jest przed ś m i e r c i ą n a j m ł o d s z e m u l u b n a j s t a r ­
szemu z rodziny. Najczęściej z a m a w i a j ą od róży.
„ R ó ż a to takie czerwone plamy się robią, w różnych miejscach
czerwone krosty i one bardzo swędzą. Człowiek czochra się
i nijako mu j a k o ś [...] T u bardzo często ludzie mają różę." (Polka,
lat 75, Sużany, rej. wileński).
Z a m a w i a c z szepcze w specjalny s p o s ó b m o d l i t w y ,

choć

„ W s z y s c y się tym zajmowali i Polacy i Rosjanie [...] Jak
zamawiają to chyba modlitwy m ó w i ą , ale tak inaczej. Nie mogą
w tym czasie oddychać. Musi m ó w i ć tak p r ę d k o , aby nie wciągnąć
powietrza. A jak różę zamawia to jeszcze dmucha." (Polka, lat 70
Sużany).

„ M o j a mama robiła taką specjalną maść przeciwko róży: wiem,
że z żywicy sosny, wosku i jeszcze c o ś kładła, ale nie mon
powiedzieć co. Jednej hrabianki z Warszawy synek na nodze r ó *
rozdrapał, n ó ż k a nie chciała się goić, doktorzy nic p o m ó c nk
umieli. Mama tą maść zamówiła i do Warszawy posłała [..,]
Wyleczyła lego dzieciaka." (Polka, lat 70, Sużany).
P y t a ł y ś m y i n f o r m a t o r ó w , j a k i jest s t o s u n e k k s i ę ż y d o tego
rodzaju praktyk. W k a ż d e j parafii, w której prowadziłyśmy
b a d a n i a , n i e z a l e ż n i e od r e j o n u , o d p o w i e d ź o p a r t a b y ł a na
tym s a m y m schemacie - najpierw k s i ą d z zabrania i potępi,
z a m b o n y z a m a w i a c z y , p o t e m u l u b i o n a k r o w a (lub koń)
k s i ę d z a zostaje u k ą s z o n a p r z e z ż m i j ę . Z w i e r z ę jest umierają­
ce, k t o ś w z y w a z a m a w i a j ą c e g o . Z w i e r z ę z d r o w i e j e . K s i ą d j
zaczyna wierzyć w zamawianie.
„ K i e d y ś księża nie pozwalali zamawiać. Ale potem krowę
księdza gadzina ugryzła, zamówili i p o m o g ł o . T o uwierzył."
(Polka, lat 70, Sużany).
Niestety, k s i ę ż a nie chcieli s i ę na ten temat w y p o w i a d a ć .
I n t e r e s u j ą c ą w y d a j e s i ę n a t o m i a s t w y p o w i e d ź naszej prawo­
sławnej r o z m ó w c z y n i , która twierdziła, ż e pop zabrana
czarownicom odbierać krowom mleko.
D l a l u d n o ś c i wiejskiej p r o b l e m z d r o w i a z w i e r z ą t gos­
p o d a r s k i c h jest j e d n y m z n a j i s t o t n i e j s z y c h . „ Z ł e o c z y " , które
s z k o d z ą d z i e c k u , s ą r ó w n i e ż s z k o d l i w e d l a z w i e r z ą t , przede
w s z y s t k i m k r ó w , ś w i ń i k u r . B a r d z o n i e b e z p i e c z n a w skut­
k a c h m o ż e o k a z a ć s i ę p o c h w a ł a z w i e r z ę c i a przez sąsiada,
k t ó r y c h w a l i m a j ą c w sercu z a z d r o ś ć :
„ J a k k r o w a s i ę c i e l i ł a , to j a p r z y w o ł a ł a s ą s i a d a . O d razu
z a c z ą ł j ą c h w a l i ć [...] N a drugi dzień cielak zdechł, a krowa
z a c h o r o w a ł a . K r o w a by zdechła, gdyby nie ta zamawiająca.
Jednego oczy nie szkodzą, a drugiego zazdrosnego szkodzą."
(Polka, lat ok. 60, Kozbieje, rej. wileński).
L u d z i e , k t ó r z y wiedzieli, ż e i c h o c z y s z k o d z ą nawet bez

11. 3. Wesele litewskie. Składanie darów

82

n a s , ż e l e k a r z nie

�z a z d r o s n y c h m y ś l i , nie w c h o d z i l i d o c u d z y c h o b e j ś ć , a c z ę s t o
nawet d o w ł a s n y c h :
Byt też taki m ę ż c z y z n a . Ruski, co jak na prosiaczki popatrzył
to wszystkie pozdychają. O n nigdzie nie chodził, ni do swoich
prosiaczków, ni do cudzych." (Polak, lat 58, Sużany).
„Sąsiadka ze złym wzrokiem przyjdzie i cielak zachoruje. O n a
mówi. że nie m o ż e w gości chodzić, bo u niej zły wzrok."
(Litwinka, lat 35, Koleśniki).
Dawniej bardzo niebezpiecznym dniem dla k r ó w b y ł d z i e ń
Św. J a n a :
„ M ó w i l i , że na Św. Jana jak kto przeciągnie ręcznikiem przez
drogę, którą krowy będą szły, to krowie, która pierwsza idzie
zabierze mleko wszystko." (Litwinka, lat 65. Maciucie, rej.
solecznicki).
„Kiedy na Św. Jana sąsiadka bierze prześcieradło czy serwetę
jaką białą i po rosie w nocy ciągnie. Lata z prześcieradłem. Zbiera
mleko. Albo cedzyłkę - tą, którą cedzi się mleko - jak w s c h ó d
słońca na Jana to wieszała na drzwiach, to moja mama m ó w i ł a , że
l tej cedzyłki mleko ciekło." (Polka, lat 70, Sużany).
Informatorka twierdzi, że od c z a s ó w wojny w ich wsiach nie ma
już takich kobiet - czarownic. N a pytanie, czy jeszcze gdzieś
są.odpowiadali, że chyba gdzieś na Białorusi, p o n i e w a ż tam ich
było bardzo d u ż o :
„Wcześniej było u nas na Białorusi tak, że na Św. Jana nie
można było w y p u s z c z a ć krowy w pole do obiadu, bo są takie
czarownice, które zbierają rosę, gdzie krowy c h o d z ą i krowa
później mleka nie chce dać. D o wojny bardzo d u ż o takich."
(Białorusinka, lat 70, Sużany).
Z a g r o ż e n i e z d r o w i a z w i e r z ą t g o s p o d a r s k i c h ze strony
zazdrosnych s ą s i a d ó w s p o w o d o w a ł o p o w s t a n i e d u ż e j i l o ś c i
praktyk m a g i c z n y c h m a j ą c y c h p r z e c i w d z i a ł a ć z ł u :
„Żywiole to czerwoną nitkę lub wstążkę trzeba zawiązać, albo
chleba i soli św. Agaty w węzełku do r o g ó w przywiązać. T o
przeciw złym oczom. Moja mama lak robiła i j a tak robię."
(Litwinka, lat ok. 60, Olany).
J a k kto boi się u r o k ó w to wiąże krowie na rogach pojatnicę
zmęskich majtek, kawałek chleba św. Agaty i urocznik." (Litwin­
ka, lat 65, Maciucie).
Jeszcze w i ę k s z ą r ó ż n o r o d n o ś ć w i d a ć w s p o s o b a c h leczenia
zauroczonego z w i e r z ę c i a :
„Trzeba było przeprowadzić ją [kurę] trzy razy przez przetak
i polać w o d ą przez miotłę trzy razy." (Polka, lal 68. Stare Troki).
"Jeśli kiośjest zauroczony to trzeba go przez c h o m ą l o przeciąg­
nąć." (Polka, lat 78, Koleśniki).
„Trzeba na odlew p o d o ł k i e m koszuli wytrzeć krowie oczy."
(Polka, lat 58, Sużany).
Na obszarze z a m i e s z k a ł y m przez l u d n o ś ć m i e s z a n ą p o l s k o - l i t e w s k o - r o s y j s k o - b i a l o r u s k ą j ę z y k i e m „ ż a r n o w y " jest
gwara „ p o p r o s t u " :
. . U nas taka bardzo stara kobieta zamawia. Litwinka. Nie po
litewsku. Ona m ó w i po prostu." (Litwinka, lat 65, Maciucie).
R ó ż n o r o d n o ś ć i bogactwo form z w y c z a j ó w i praktyk
magicznych ś w i a d c z y o p r z y w i ą z a n i u d o t r a d y c j i w s p ó l n e j
Polakom, L i t w i n o m i B i a ł o r u s i n o m .
Strój o b r z ę d o w y
W koncepcjach g r u p y etnicznej w y b i j a s i ę na p i e r w s z y
Plan wizerunek grupy o d r ę b n e j . W ł a s n y w i z e r u n e k jest j a k b y
refleksem tych k o n t r a s t ó w , n a p o d s t a w i e k t ó r y c h g r u p a
definiuje o d r ę b n o ś ć i n n y c h g r u p . J a k i e s ą elementy s k ł a d o w e
Ukiego w i z e r u n k u ? P r z e d e w s z y s t k i m w c h o d z i tu s t r ó j .
stosunkach m i ę d z y g r u p o w y c h jest on l e g i t y m a c j ą etnicz°ą c z ł o w i e k a , e m b l e m a t e m p r z y n a l e ż n o ś c i do s w o i c h l u b
° * y c h . P i e r w s z a p o g l ą d o w a definicja c z ł o w i e k a j a k o c z ł o n ­
ki grupy
j j
j
j
ł ś n i e na jego
oglądzie zewnętrznym.
w

s

n i

^

w

o

e

l

u

b

o

5

c

e

o

p

a

r

t

a

e

s

t

w

a

w s p ó ł c z e s n e j ulicy litewskiego m i a s t a t r u d n o r o z r ó ż kto n a l e ż y d o j a k i e g o n a r o d u :
..Trudno powiedzieć. Teraz ubiory wszystkie jednakie, chyba że
takie
nacjonalne [...] (Polka, lat 60, Stare Troki).
*tónorodność

tą m o ż n a

zauważyć

na występach

ze-

s p o t ó w regionalnych i w prootsjach k o ś c i e l n y c h .
Polacy z W i l e ń s z c z y z n y , a t a k ż e z wiosek z okolicy
Kiejdan za s w ó j strój u w a ż a j ą strój k r a k o w s k i . T r z e b a
j e d n a k d o d a ć , ż e n a t e r e n a c h p o z a W i l e ń s z c z y z n ą s t r ó j taki
p a m i ę t a j ą j e d y n i e przedstawiciele s t a r s z e g o p o k o l e n i a - uro­
dzeni p r z e d d r u g ą w o j n ą ś w i a t o w ą J e d y n i e d o w o j n y i s t n i a ł y
tam z e s p o ł y k r z e w i ą c e p o l s k o ś ć t a k ż e przez u b i ó r D z i ś tak
w y s t ę p u j e z e s p ó ł K o t w i c a " z K o w n a R u s y f i k a c j a a obec­
nie t a k ż e
kultywuje iuż w

taisJotóbSś£s£pLd«^zWtkM

strojach w p V o c e ^

występować

w

D l a c z e g o j e d n a k nasi i n f o r m a t o r z y w s k a z u j ą n a s t r ó j
k r a k o w s k i j a k o n a w ł a s n y ? K r a k ó w jest p r z e c i e ż o d d a l o n y
od W i l n a o k i l k a s e t k i l o m e t r ó w . N a l e ż y p r z y p u s z c z a ć , ż e
K r a k ó w pełni w ich ś w i a d o m o ś c i rolę miejsca „ ś w i ę t e g o "
d z i ę k i historii. P r z y c z y n ą j e g o w y j ą t k o w o ś c i jest przede
w s z y s t k i m w i e k i z a b y t k i N a s t ę p n ą p r z y c z y n ą jest jego
p r z e s z ł o ś ć j a k o m i a s t a s t o ł e c z n e g o z w i ą z a n e g o ze s ł a w n ą
przeszłością Polski:
°
^
8 °
S

l

i

e

C

Z

n

e

g

0

,

z

w

,

a

n

e

s

,

a

w

n

a

„ M o j a ż o n a była w Krakowie. Kazałem jej ziemi krakowskiej
przywieźć. Dla mnie to najważniejsze miasto polskie, historyczne
bardzo." (Polak, 72, Dziewianiszki).
„Strój krakowski z regionalnego stroju ludowego staje się
symbolem przedregionalnej ideologii ludowej, która uznać m o ż e
strój krakowski jako reprezentacyjny strój ludowy. P o c z ą t k o w o
reprezentuje on tylko c h ł o p ó w krakowskich. Potem polskich
c h ł o p ó w w o g ó l e , bez względu na przynależność regionalną,
w k o ń c u staje się reprezentatywny dla wszystkich P o l a k ó w bez
względu na przynależność z a w o d o w ą czy klasową. Staje się
pewnego rodzaju popularnym « k o s t i u m e m P o l a k a » tak jak
popularnym kostiumem Indianina w Ameryce Płn. są pióropusze
i spodnie z frędzlami."(Radzim.rska-Pąkowska 1988)
Być m o ż e j e d n ą z u ś w i a d a m i a n y c h przyczyn przyjęcia
stroju k r a k o w s k i e g o z a n a r o d o w y s t r ó j p o l s k i jest t a k ż e j e g o
b a r w n o ś ć , b o g a c t w o . G o d n i e reprezentuje n a r ó d p o l s k i .
J a k w procesji idą. to Polacy ładnie wyglądają, kraśnie. Strojne
są." (Polka, lat 60, Stare Troki).
„Mężczyźni: buty z cholewami, spodnie wpuszczone w buty,
kapota. Kobieta: biała bluzka, ciemny, aksamitny kubraczek
z paciorkami, wstążeczki kolorowe przyszyte (kolor biały, zielo­
ny, niebieski). U Polek spódnice do p ó ł łydki, gładkie, tylko na
dole kilka paseczków. Na głowie wianek." (Polak, lat 72,
Dziewianiszki).
W s z y s c y r o z m ó w c y zgodnie twierdzili, ż e nie m a o d r ę b ­
nego w i l e ń s k i e g o s t r o j u . M y w t a k i c h s t r o j a c h w i d z i a ł y ś m y
jedynie z e s p ó ł „ W i l e ń s z c z y z n ą " w Wilnie.
J e ż e l i c h o d z i o s t r ó j litewski, jest o n z r ó ż n i c o w a n y w z a l e ż ­
n o ś c i od regionu. S z c z e g ó l n i e w k o l o r y s t y c e . I tak n p .
w A u k s z t o c i e n o s z o n o s p ó d n i c e w k r a t k ę , b i a ł e fartuchy;
kobiety D z u k ó w m i a ł y s p ó d n i c e w s z e r o k i e p a s y , b a r d z o
kolorowe. Żemajtija c h a r a k t e r y z o w a ł a się bardzo ciemnymi
k o l o r a m i s p ó d n i c - g ł ó w n i e zielone, w i ś n i o w e , c z a r n e .
F a r t u c h y r ó w n i e ż w pasy. W s p ó l n ą c e c h ą tych w s z y s t k i c h
s t r o j ó w były białe bluzki, s p ó d n i c e do ziemi, na szyi korale
z b u r s z t y n u l u b p a c i o r k ó w , a t a k ż e noszenie s a b o t ó w
z d r e w n a lipowego. (Sapogi b y ł y p r z e d w o j n ą s y m b o l e m
biedy, P o l a c y z d u m ą p o d k r e ś l a l i , ż e P o l a k a m o ż n a b y ł o
p o z n a ć po b u t a c h . )
Nasze badania d o t y c z y ł y w s z c z e g ó l n o ś c i Auksztoty. D o
tej p o r y z a c h o w a ł a s i ę t a m p a m i ę ć o s t r o j u n a r o d o w y m , s t r ó j
odbiega j e d n a k o d tego p r z e d w o j e n n e g o . P r z e d e w s z y s t k i m
z m i a n a n a s t ą p i ł a w k o l o r y s t y c e - teraz g ł ó w n i e s ą to b a r w y
flagi litewskiej, c z ę s t o s p ó d n i c e s ą k r ó t s z e , z a m i a s t s a p o g ó w
d z i e w c z ę t a n o s z ą d z i ś buty (pantofle):
„Litewski strój - poszyte spódnice długie w kratę - kolor
zielony, żółty (tak pod litewską Ragę). N a głowie mają takie
czapeczki. Fartuszek jest do tego i kamizelka i bluzka biała."
(Polka, lat 70, Dziewianiszki).
„Strój litewski bardzo ładny - żakiecik zielony, czerwony albo
żółty w kratkę. I w taką kratkę też spódniczki. Sznurówka też

83

�była. Pod spodem bluzeczka biała, bufiasta. Spódniczki były do
pół nogi. umarszczone. Żakiecik był zdużymi ząbkami. Na głowie
dziewczynki miały wstążkę jedną - kolor jak na fladze litewskiej.
Do tego wszystkiego fartuszek biały. Chłopcy kaszkiet w kratkę,
biała koszula [...]" (Litwinka, lat 65, Maciucie).

0 zachowanie stroju d b a j ą też parafie:
„Ubierają się po litewsku, nie ma w procesji polskiego stroju.
Jak nowy ksiądz przyjechał, to urządził wszystko, po swojemu.
Jego ciotka nowe stroje poszyła [...]"
D l a m ł o d e g o p a ń s t w a litewskiego strój, obok g o d ł a naro­
dowego (a jest to P o g o ń z wieżą Giedymina), flagi i tradycji
przedjagiellońskiej jest bardzo w a ż n y m symbolem przynale­
żności narodowej. Przedstawia go często telewizja, wspomi­
na radio litewskie, tworzone są zespoły folklorystyczne
występujące nawet w najmniejszych wioskach. O n i m wspo­
mina się w szkole i w kościele W w y s t ę p a c h oficjalnych
1 procesjach jest strojem o b o w i ą z u j ą c y m t a k ż e dla młodzieży
polskiej czy białoruskiej.
Oskar K o l b e r g tak pisał o stroju B i a ł o r u s i n ó w :
„Mężczyźni i kobiety noszą siermięgi z samodziału, w dni
powszednie szaraczkowego. w świąteczne zaś czarnego koloru.
Krój: fałdziste, długie. Obuwiem mężczyzn i kobiet łapcie z łyk
lipowych albo łozowych. Na święto u pierwszych buty, u kobiet
zaś trzewiki. Kożuch z owiec pospolitych. Dziewczęta noszą
chustki białe lub perkalowe. pstre na głowie i włosy w kosę

u P o l a k ó w poczucie z a g r o ż e n i a za strony L i t w i n ó w . Asymi¬
lacji religijnej sprzyja d u ż a odległość m i ę d z y miejscem
zamieszkania a cerkwią, katolickie otoczenie oraz liczne
m a ł ż e ń s t w a mieszane.
Po przeanalizowaniu trzech podstawowych o b r z ę d ó w
rodzinnych i n i e k t ó r y c h p r a k t y k magicznych Litwinów
B i a ł o r u s i n ó w i P o l a k ó w na Litwie, m o ż n a stwierdzić, że na
t y m wieloetnicznym obszarze dochodzi do nieuświadomio¬
nego przejmowania e l e m e n t ó w kultur sąsiednich. Zwyczaje
i o b r z ę d y w niewielkim stopniu t y l k o m o g ą b y ć wyznacz­
nikiem p r z y n a l e ż n o ś c i narodowej. W p ł y w na to miał także
proces rusyfikacji, k t ó r y ujednolicił j ę z y k o w o wszystkie
grupy etniczne. 50 lat władzy radzieckiej z a k a z u j ą c e j koście),
nych p r a k t y k religijnych d o p r o w a d z i ł o z jednej strony do
ateizacji społeczeństwa, a z drugiej - do utrwalenia się
dawnej religijności ludowej wspólnej wszystkim badanym
grupom.
Od k i l k u lat obserwuje się p o w o l n ą lituanizację ludności
polskiej. W i ą ż e się to z częstymi m a ł ż e ń s t w a m i pols­
ko-litewskimi w przeszłości, litewskim charakterem miast,
ciągłym kontaktem m ł o d e g o pokolenia z L i t w i n a m i w szkole
i miejscu pracy, a przede wszystkim z wprowadzeniem języka
litewskiego j a k o u r z ę d o w e g o . Budzeniu się świadomośd
narodowej L i t w i n ó w towarzyszy podobny proces wśród
ludności polskiej. W t y m właśnie czasie obie grupy starają się
w y o d r ę b n i ć litewskość i p o l s k o ś ć n i e k t ó r y c h obrzędów,
Najlepiej to w i d a ć na przykładzie wesela, w zasadzie jedyne­
go o b r z ę d u różnicującego obie grupy. Z drugiej strony, przez
określenie o b c o ś c i zostaje o k r e ś l o n a swojskość o b r z ę d u , a to
umacnia poczucie przynależności do grupy.
W okresie w ł a d z y komunistycznej l u d n o ś ć polska i litemku nic o d c z u w a ł a potrzeb) u ś w i a d a m i a n i a sobie d/ielacych
je różnic. Okresowi tworzenia się P a ń s t w a Litewskiego
t o w a r z y s z ą tendencje nacjonalistyczne (rozumiane jako po­
trzeba w y r ó ż n i e n i a w ł a s n e g o narodu). U ś w i a d o m i e n i e zróż­
nicowania kulturowego m o ż e p r o w a d z i ć do wyraźnego
s a m o o k r e ś l e n i a się grupy.
Obraz k t ó r e g o k o l w i e k z tutejszych n a r o d ó w , widziany
oczyma przedstawiciela innej nacji, nie jest jednorodny,
zdecydowanie zły czy dobry. Specyfika wielokulturowości
i pogranicza kulturowego w y r a ż a się właśnie w oswojeniu
z innymi s p o ł e c z n o ś c i a m i i w bardziej o t w a r t y m , toleranc;
nym stosunku do inności j ę z y k o w e j , religijnej, kulturow
P r a w d o p o d o b i e ń s t w o (jeśli nie k o n i e c z n o ś ć ) stykania
w najbliższym kręgu rodziny z wyznawcami innych religiilul
l u d ź m i innego pochodzenia musi niejednokrotnie staw'
przed dylematem: j a k p o g o d z i ć etnocentryzm, stosunek d
własnej grupy z dystansem odczuwanym wobec obcego, lub
nawet z jego odrzuceniem W takiej sytuacji nieuniknionesł
wpływy, z a p o ż y c z e n i a , przemieszanie cech.

mmmmm

D z i ś nie m o ż n a j u ż tych strojów z o b a c z y ć na ulicach ani
w procesjach na Litwie. Starsze i n f o r m a t o r k i w s p o m i n a ł y , że
miały j e , ale jeszcze przed d r u g ą wojną ś w i a t o w ą :
„U mnie jeszcze białoruska bluzka wyszyta, moja dziewczęca
e t o s z , c j y niebieski, czy c ™ „ , , be, ^ s z j e i . . T y l k o bluzka

M ł o d s z e pokolenie nie szyje takich u b r a ń . J e d n ą z przy­
czyn m o ż e być to, że co b i a ł o r u s k i e kojarzy się z zacofaniem,
b i e d ą . Poza t y m Białorusini na t y m terenie ulegli w ciągu
ostatnich piędziesięciu lat zrusyfikowaniu. Zatracili swoją
t o ż s a m o ś ć n a r o d o w ą . G r u p y uboższe k u l t u r o w o , a lakże nie
posiadające silnej ideologii, małoliczne, b ę d ą c e w rozprosze­
niu są zazwyczaj w c h ł a n i a n e przez grupy większe i silniejsze.
Taka jest obecnie sytuacja B i a ł o r u s i n ó w w Republice Litew­
skiej. W y d a j ą się p r z y j m o w a ć w większości tzw. „ o p c j ę
p o l s k ą " . C z y n i ą to ludzie nie do k o ń c a przekonani do swej
przynależności narodowej. Potencjalnie m o g ą się stać z a r ó w ­
no Póki kami jak i B i a ł o r u s i n a m i . Procesowi temu sprzyja
p o k r e w i e ń s t w o j ę z y k o w e , bliskie s ą s i e d z t w o i podobnie jak

L I T E R A T U R A
Aleksy A .

Kolberg O .

1983

1966

Zmiany w obrzędowości weselnej u Litwinów mieszkających w Polsce.

Litwa, (w:) Dzieła wszystkie. 1. 52, Wrocław

Warszawa, maszynopis, praca magisterska nr 267. Katedra Etnologii
i Antropologii Kulturowej U W
Bondaruk K .

1968 Białoruś, [w;] D z i e ł a wszystkie, t. 53 W r o c ł a w
Mróz L.

1987

3, s. 487-507
Obrebski i.

Nauka o nabożeństwach prawosławnych,

cz. 2, Białystok, s. 128,

135-136, 155-157
Bystroń J . S.

1947

1936

Etnografia Polski. Warszawa

1979

Przemiany narodowościowe na Litwie. ..Przegląd Wschodni", t. 1, z. 3.

Problem etniczny Polesia, „Sprawy n a r o d o w o ś c i o w e " , Warszaw*

Zróżnicowanie językowe na pograniczu etniczno-językowynt &lt; H
odbicie w świadomości mieszkańców na przykładzie pogranie:"!*
sko-titewsko-bialoruskiego w północno-wschodniej Polsce. ..EWOff *^
1

s. 4 4 9 ^ ł 8 9
Fredryk A.

1989

Problemy etniczne na Litwie Wschodniej, „Przegląd Wschodni",

Pokropek M .

F.berhardl P.

1991

1991

Polska", t. 23, z. 2, s. 154-155

Białorusini i ich kultura w świadomości mieszkańców wsi białoruskiej.

Radzimirska-Pąkowska A.

Warszawa, maszynopis, praca magisterska nr 356, Katedra Etnologii
i Antropologii Kulturowej U W

1988

Strój krakowsk, jako strój narodowy - przyczynek do badali *
mitologią narodową. „Etnografia Polska", t. 32, z. 2, s. 39-AU

Fot.: Lech M r ó z - il. 1-3

84
m

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10406" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10384">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/a7deb3d14181e70eea770a35aa598ebc.pdf</src>
        <authentication>ae09369f49adf85488dce5c0b279df3c</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="5">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25237">
                  <text>Etnografia Polska</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="49">
              <name>Subject</name>
              <description>The topic of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25238">
                  <text>etnografia, etnologia</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="41">
              <name>Description</name>
              <description>An account of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25239">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="40">
              <name>Date</name>
              <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25240">
                  <text>1958-</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25241">
                  <text>Licencja PIA</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25242">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25243">
                  <text>polski</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="39">
              <name>Creator</name>
              <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25254">
                  <text>IAiE PAN ( d.IHKM PAN)</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25255">
                  <text>IAiE PAN</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123736">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:886</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123737">
                <text>1976</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123738">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:815</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123739">
                <text>Motywy zawierania małżeństw a system wartościowania. Analiza materiałów ze wsi Wólka Zamkowa, woj. białostockie / ETNOGRAFIA POLSKA 1976 t.20 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123740">
                <text>ETNOGRAFIA POLSKA 1976 t.20 z.2, s.201-214</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123741">
                <text>Czekalińska, Alicja; Jakubowska, Longina; Jasiczek, Małgorzata; Prewencka, Małgorzata</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123742">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123743">
                <text>Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Instytut Historii Kultury Materialnej PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123744">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="123745">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="123746">
                <text>„Etnografia P o l s k a " , t. X X z. 2

A L I C J A CZEKALIÑSKA, L O N G I N A

JAKUBOWSKA,

MAŁGORZATA JASICZEK, GRAŻYNA

PREWENCKA

MOTYWY ZAWIERANIA MAŁŻEŃSTW A SYSTEM
WARTOŚCIOWANIA.
A N A L I Z A MATERIAŁÓW ZE W S I W Ó L K A Z A M K O W A ,
WOJ. BIAŁOSTOCKIE i
L i t e r a t u r a socjologiczno-etnograficzna dotycząca zagadnień związanych
z rodziną wskazuje n a istotność tego p r o b l e m u w e współczesnej k u l t u ­
rze. Wielość opracowań, samodzielnych p u b l i k a c j i n a u k o w y c h , o p a r t y c h
na badaniach terenowych, ankietach i obserwacjach, artykułów p u b l i c y ­
s t y c z n y c h zwraca uwagę na pewne określone jego aspekty. J e d n y m
z n i c h jest model r o d z i n y i zachodzące w n i m zmiany, a ściślej porówna­
nie dwóch m o d e l i t e j i n s t y t u c j i : m o d e l u r o d z i n y zwanej tradycyjną ( t u
analizuje się więzi i f u n k c j e r o d z i n y wiejskiej rekonstruowane n a podsta­
w i e materiałów pochodzących z w i e k u X I X i X X , a znajdujące powią­
zania i analogie w m o d e l u r o d z i n y mieszczańskiej) oraz m o d e l u r o d z i n y
współczesnej w społeczności urbanizującej się, gdzie relacje między człon­
k a m i nie t y l k o szerszej społeczności, lecz i r o d z i n y wykazują duży stopień
dezintegracji.
Z p u n k t u widzenia e t n o g r a f i i oczywiste jest zwrócenie u w a g i przede
w s z y s t k i m na zachodzące w t e j dziedzinie z m i a n y w społeczności w s i p o l ­
skiej. Rodzina s t a n o w i b o w i e m zasadniczą i trwałą organizację w społe­
czności wioskowej i w n i e j należy doszukiwać się rodzaju klucza do i n ­
n y c h , na pozór niezależnych z m i a n w pozostałych dziedzinach życia w s i .
Ponieważ f u n k c j e i f o r m y r o d z i n y w społeczności w i e j s k i e j zostały
do t e j p o r y dość dobrze określone, wydawało się n a m , że najbardziej i s t o t ­
ne w obecnej c h w i l i jest poszukiwanie p r z y c z y n y zachodzących p r z e m i a n
w całym obrazie r o d z i n y . Wstępna hipoteza naszych badań zakładała, że

1

T e m a t t e n został o p r a c o w a n y

wersytetu Warszawskiego
wego

prowadzonego

dysponuje

przez

p r z e z grupę studentów I I I r o k u e t n o g r a f i i

w r o k u 1974, w r a m a c h p r o s e m i n a r i u m
dr A n n ę

K a t e d r a na prowadzenie

Zadrożyńską.

celu.

środki f i n a n s o w e ,

jakimi

tego r o d z a j u badań, n i e pozwoliły s t u d e n t o m n a

i c h rozszerzenie, a t y m s a m y m n a doprowadzenie
do z a m i e r z o n e g o

Nikłe

Uni­

badawczo-tereno-

studiów n a d podjętym

tematem

�202

A L I C J A CZEKALIÑSKA

zasadniczą przyczyną jest system wartości j e j członków, sposoby wartoś­
ciowania otaczającego życia. I jeżeli obserwowane z m i a n y f o r m i f u n k c j i
r o d z i n y współczesnej odpowiadałyby i s t o t n y m z m i a n o m w t y m systemie
nadrzędnym, można b y dopiero w t e d y mówić o i s t o t n y c h czy zasadni­
czych zmianach t e j i n s t y t u c j i .
P o d s t a w o w y m p r o b l e m e m badań było zawarcie małżeństwa r o z u m i a ­
nego- jako wstęp do założenia nowej rodziny. Badanie motywów w y b o r u
partnera, oczekiwań związanych z małżeństwem oraz jego ocen p o w i n n o
wskazywać na wartości p e w n y c h cech, walorów, osiągnięć.
Ponieważ jednak zasadnicze ograniczenia czasu badań wymagały w y ­
b o r u w s i możliwie najbardziej już poznanej pod względem h i s t o r i i , sto­
sunków społecznych, k u l t u r y , do badań wybrałyśmy wieś Wólka Z a m k o ­
wa, doskonale zaprezentowaną w pracy D a n u t y M a r k o w s k i e j . N a pod­
stawie materiałów z a w a r t y c h w tej pracy i badań powtórnych p o d e j m u ­
j e m y próbę r e k o n s t r u k c j i i analizy zasadniczych rysów systemu wartoś­
ciowania warunkującego zawarcie małżeństwa.
Badania przeprowadzałyśmy w 1973 r o k u . Praca D. M a r k o w s k i e j opar­
ta została na eksploracji terenowej l a t 1960-1963. Prace M a r k o w s k i e j
zmierzały do określenia całościowego obrazu r o d z i n y w i e j s k i e j na Pod­
lasiu. Mając na względzie dawniejsze zróżnicowanie społeczno-kulturowe
i możliwość jego t r w a n i a do dzisiaj a u t o r k a zajęła się obecną rolą różnic
w y z n a n i o w y c h i społecznych w kształtowaniu się stosunków rodzinno-sąsiedzkich oraz zakresem i sposobem n i w e l a c j i i adaptacji do społeczeń­
s t w a globalnego.
Praca j e j objęła okres stulecia 1864-1965. N i e miała j e d n a k na celu
analizy ściśle historycznej, lecz ustalenie prawidłowości i treści p r z e m i a n
w z d e t e r m i n o w a n y m historycznie systemie społecznym. Dając r y s histo­
r y c z n y z uwzględnieniem jego aspektów społeczno-ekonomicznych, po­
cząwszy od pierwszych procesów osadniczych aż do okresu powojennego,
określiła a u t o r k a charakter r o d z i n y wiejskiej na t y c h ziemiach i c z y n n i ­
k i zewnętrzne, które miały wpływ na jego kształtowanie się. Zróżnicowa­
nie społeczne i wyznaniowe na terenie Podlasia w 2 połowie X I X i na p o ­
czątku X X w i e k u , a więc w interesującym ją przedziale czasu, było w y n i ­
k i e m przebiegu procesów osadniczych ludności r u s k i e j i mazowieckiej,
zarówno chłopskiej, j a k i drobnoszlacheckiej, zakończonych już na począt­
k u X V I w i e k u . T a k więc element osadniczy od dawna był zróżnicowany
społeczno-prawnie i etnicznie oraz w y z n a n i o w e
B r a k samodzielności politycznej Polski, słaby rozwój gospodarczy i za­
rządzenia carskie w y w a r ł y decydujący wpływ na obraz w s i podlaskiej
X I X w i e k u i 1 połowy w i e k u X X . Zwłaszcza ustawa uwłaszczeniowa
1864 r o k u , m i m o unifikującego c h a r a k t e r u w zakresie prawno-ekonomicz­
n y m , pogłębiła antagonizmy zarówno między szlachtą a chłopstwem, j a k
2

2

D. M a r k o w s k a ,

Rodzina

wiejska

na Podlasiu,

W r o c ł a w 1971.

�MOTYWY ZAWIERANIA

203

MAŁŻEŃSTW

i wewnątrz t y c h bardzo zróżnicowanych w a r s t w . K o n f l i k t y te utrwaliły
się na długie lata w postaci i s t o t n y c h barier społecznych.
J e d n y m z n i e z w y k l e ważnych czynników w kształtowaniu się stosun­
ków r o d z i n n y c h było ustawodawstwo. „Regulacja p r a w n a małżeństwa
i r o d z i n y bazowała na koncepcji r e l i g i j n e j . Obowiązywała r e l i g i j n a f o r m a
małżeństwa, które podlegało j u r y s d y k c j i kościelnej" — pisze M a r k o w ­
ska. P o l i t y k a carska tworzyła ostre b a r i e r y d l a d o b o r u małżeńskiego na
s k u t e k zarządzeń dotyczących wyznań. W y r a z e m r u s y f i k a c y j n y c h t e n d e n ­
cji był nakaz w y c h o w y w a n i a dzieci małżeństw mieszanych prawosławno- k a t o l i c k i c h w r e l i g i i prawosławnej. P r a w o też uznawało p r y m a t męż­
czyzny w rodzinie, jego przewagę w zakresie władzy rodzicielskiej, a t y m
s a m y m wyznaczało kobiecie rolę drugorzędną i podporządkowaną.
Podlaska społeczność była zróżnicowana społecznie (drobna szlachta
i chłopi) oraz wyznaniowo-etnicznie (prawosławni pochodzenia ruskiego
i k a t o l i c y pochodzenia polskiego). Ze względu n a te d w i e generalne
l i n i e podziału M a r k o w s k a ustaliła k r y t e r i a d o b o r u zawieranych małżeństw
(inne w e wsiach homo-, a inne w heterogennych). Były one różne w róż­
n y c h okresach. I t a k w latach 1864-1919 zarówno odrębność r e l i g i j n a j a k
i społeczna były istotną barierą w z a w i e r a n i u związków małżeńskich.
Dlatego małżonkowie pochodzili głównie z tej samej g r u p y społecznej
i w y z n a n i o w e j . B a r i e r y te w e wsiach heterogennych ograniczały możli­
wość znalezienia współmałżonka w e własnej w s i , co w k o n s e k w e n c j i czę­
sto powodowało zachwianie równowagi ekonomicznej partnerów. Jest też
oczywiste, że w e w s i homogennej w y z n a n i o w o dobór małżonków w obrę­
bie tej samej społeczności był z j a w i s k i e m o wiele częstszym niż w e w s i
heterogenněj. Jednakże różnice r e l i g i i n i e stanowiły przeszkody d l a są­
siedzkiej współpracy gospodarczej. Także n i e spotykało się specjalnej
wrogości na t y m t l e . Przeciwnie, sytuacja t a k a skłaniała do t o l e r a n c j i
i wzajemnego zrozumienia, dając w y r a z tendencjom unifikującym i z d o l ­
nościom a d a p t a c y j n y m . W okresie międzywojennym coraz częstsze były
p r z y p a d k i zawierania małżeństw mieszanych pod względem w y z n a n i o ­
w y m , dzięki czemu społeczności stawały się bardziej zintegrowane, umac­
niając więzi społeczne więzami pokrewieństwa. Zwężało to także t e r y t o ­
r i a l n y obszar d o b o r u małżeństw, co miało korzystne następstwa gospo­
darcze.
3

O wiele bardziej złożony p r o b l e m stanowiło zróżnicowanie społeczne.
Szlachta była grupą zachowawczą, silnie akcentującą swoją odmienność,
broniącą się przed degradacją klasową. Ze względu na t o oraz na małą
liczebność wiosek drobnoszlacheckich, sprawa d o b o r u małżonka stała się
sprawą bardzo trudną. N i e m n i e j j e d n a k poszukiwanie p a r t n e r a równego
statusem społecznym i gospodarczym było nadal regułą. T r z y m a n i e się
t y c h zasad powodowało, że wśród drobnej szlachty zawierano małżeństwa
' Markowska,

op. cit., s. 241.

�204

ALICJA CZEKALINSKA

w późniejszym niż wśród chłopów w i e k u . Jednocześnie też znacznie p o ­
większyło się t e r y t o r i u m , na którym trzeba było znaleźć p a r t n e r a do tego
związku. Stąd t a k dużego znaczenia w k o j a r z e n i u małżeństw nabrała
i n s t y t u c j a „rajka", która, choć charakterystyczna dla społeczności chłop­
skiej, odgrywała w niej w t e d y mniejszą rolę. Ze względu n a mniejszą
niż u chłopów możliwość znalezienia odpowiedniego p a r t n e r a , mniejszy
był także „współczynnik decyzji i n d y w i d u a l n e j " . B a r i e r y te n i e zostały
przełamane w okresie międzywojennym, chociaż osłabły znacznie w e
wsiach heterogennych społecznie.
Okres po r o k u 1945 przyniósł odmienne szanse r o z w o j u obu g r u p o m .
P o l i t y k a f a w o r y z o w a n i a gospodarstw mało- i średniorolnych wpłynęła
niekorzystnie na sytuację d r o b n e j szlachty. Gospodarstwa chłopskie m o ­
dernizują się i profesjonalizują. Powszechne jest przekonanie o „zacofa­
n i u " szlachty. Poprzez to obniżyła się atrakcyjność chłopców pochodze­
n i a szlacheckiego, dziewczęta chłopskie b o w i e m zaczęły cenić małżeń­
s t w a z urzędnikami, w y s o k o w y k w a l i f i k o w a n y m i r o b o t n i k a m i , chłopo-rob o t n i k a m i i d o b r y m i r o l n i k a m i . T a k więc zauważa się wzrost znaczenia
zawodu w zasadach d o b o r u małżonków. Obecną rolę przedziałów społecz­
n y c h w doborze małżonków i kształtowaniu się stosunków rodzinno-sąsiedzkich M a r k o w s k a określa następująco: „tradycyjny dystans społeczny
określają j e d y n i e pośrednio b a r i e r y w doborze małżeńskim".
T e m a t e m naszych badań była również rodzina w i e j s k a na Podlasiu,
lecz — j a k już wspomniałyśmy — w znacznie węższym zakresie. C h o ­
dziło o próbę określania motywów w y b o r u p a r t n e r a do małżeństwa oraz
o ocenę t y c h małżeństw. Badania oparte na własnym k w e s t i o n a r i u s z u zo­
stały przeprowadzone n a wiosnę 1973 w Wólce Z a m k o w e j , jednej ze w s i
dokładnie omówionych przez D . Markowską. Poprzez poszukiwanie, w j a ­
k i m w y m i a r z e aktualne są dziś jeszcze b a r i e r y społeczno-wyznaniowe,
o których mówiła M a r k o w s k a , próbowałyśmy określić różnice w k r y t e ­
r i a c h d o b o r u małżeństw. Wiązało się to w sposób oczywisty z t e m a t e m
zasadniczym ( m o t y w a m i zawierania małżeństw i i c h ocenami) oraz mogło
pozwolić na dotarcie do niektórych elementów moralności i światopoglądu
danej społeczności, związanych z życiem r o d z i n n y m ( w t y m m . i n . uwzglę­
dniłyśmy stosunek i n f o r m a t o r a d o rozwodów, dzieci nieślubnych, powtór­
nego małżeństwa, ślubu kościelnego i c y w i l n e g o itp.).
Badana przez nas wieś Wólka Z a m k o w a leży po p r a w e j stronie B u g u ,
w w o j . białostockim. Należy do g m i n y D r o h i c z y n . M a połączenie z W a r ­
szawą, Białymstokiem, Siemiatyczami linią k o m u n i k a c j i P K S . Wioska
leży obecnie p r z y szosie. Została przeniesiona znad B u g u pod koniec
X I X w i e k u po pożarze. Wioska m a postać r e g u l a r n e j ulicówki.
Wólka Z a m k o w a była przed r o z b i o r a m i oczynszowana. W okresie p o r o z b i o r o w y m znalazła się w dobrach rządowych Cesarstwa Rosyjskiego.
Wieś była i jest chłopska i d w u w y z n a n i o w a (zamieszkana w połowie
przez prawosławnych i katolików).

�MOTYWY ZAWIERANIA

205

MAŁŻEŃSTW

W l a t a c h 1937 - 1939 przeprowadzono t a m komasację gruntów. W l a ­
t a c h 1963 - 1964 wieś liczyła 245 osób, 50 domów, 77 „małych r o d z i n " .
Najwięcej było gospodarstw średniej wielkości (5 - 10 ha) — 29, powyżej
10 ha — 8 gospodarstw, 24 gospodarstwa poniżej 5 ha. Gospodarka r o l n a
stała n a n i s k i m poziomie. Brakowało nowoczesnych narzędzi r o l n i c z y c h ,
wprowadzono w p r a w d z i e nawozy rolnicze sztuczne, ale i c h użycie było
n i e w i e l k i e . M i m o dogodnych warunków (stosunkowo dużo łąk i pastwisk)
nie rozwijała się hodowla. Poza pracą we własnym gospodarstwie mało­
r o l n i n a j m o w a l i się u bogatszych gospodarzy; k i l k a osób zajmowało się
rzemiosłem, a k i l k a pracowało w Drohiczynie. Po ostatniej w o j n i e zazna­
cza" się nasilenie m i g r a c j i młodzieży do miast, głównie w związku ze zdo­
b y c i e m zawodu. Proces t e n t r w a do c h w i l i obecnej.
W r o k u 1973 wieś liczyła 243 osoby, 53 d o m y , 65 „małych r o d z i n " .
W porównaniu z r o k i e m 1964 zmniejszyła się liczba gospodarstw z 61 do
53. Zmniejszyła się nieznacznie liczba gospodarstw wielkości do 10 ha,
a powiększyła — powyżej 10 ha.
W Wólce Z a m k o w e j znajduje się szkoła, działa Kółko Rolnicze, Koło
Gospodyń W i e j s k i c h , PZPR.
Wybór informatorów został d o k o n a n y próbą losową. N a ogólną ilość
243 mieszkańców w s i przebadano 28 osób, w t y m 18 k o b i e t i 10 mężczyzn.
C h a r a k t e r y s t y k a w i e k u informatorów sklasyfikowana w grupach przed­
stawiona jest w t a b e l i I .

Tab. I. Charakterystyka
Grupy wieku
Kobiety
Mężczyźni
Razem

do lat 30
2
—

2

wieku informatorów

30-50

pow. 50

razem

7

9

18

3

7

10

10

16

28

Spośród informatorów jedna osoba była pochodzenia szlacheckiego,
pozostałe 27 — włościańskiego; 20 przebadanych osób pochodziło z Wólki
Z a m k o w e j , 4 z p a r a f i i D r o h i c z y n , 4 spoza obszaru p a r a f i i (zamieszkały
one we w s i po z a w a r c i u małżeństwa).
Dokładniejsze i n f o r m a c j e dotyczące pochodzenia, w y z n a n i a i stanu
c y w i l n e g o informatorów zamieszczone są w t a b e l i I I .
Większość małżeństw było zawieranych (niezależnie od d a t y zawarcia
związku małżeńskiego) wśród k o b i e t : w w i e k u 1 6 - 2 4 l a t , wśród mężczyzn
w w i e k u 25 - 30 l a t . Przeważają małżeństwa wielodzietne (patrz tab. I I I ) .
I n f o r m a t o r z y gospodarowali obszarami wielkości o d 3 ha do 15 ha
(podajemy wielkości skrajne). Gospodarstwa zostały sklasyfikowane
w trzech g r u p a c h : do 5 ha, ponad 10 ha, od 5 do 10 ha. Gospodarstwa n i e

�Tab. II. Charakterystyka kandydatów

do małżeństwa

¡§
Os

Pochodzenie społeczne terytorialne
chłopi
Kobiety

17

Mężczyźni

10

Razem

27

szlach.
1

Wólka Z .

paraf.

10

4

10
1

4

20

Stan cywilny

Wyznanie
poza

katolicy

prawosł.

niezamęż.

nieżon.

zamęż.

żon.

wdowy

4

10

7

1*

1

-

8

3

-

-

-

-

9

-

4

18

10

1

—

14

9

3

1

wdowcy

3

14

1
1

&gt;
O

&gt;
o

&gt;

Tab. III. Charakterystyka małżeństw
16-- 2 4

Okres zawarcia
małżeństwa

kobiety

2 5 - -30

mężczyźni

kobiety

powyżej 30

mężczyźni

kobiety

1905-1939

8

1939-1945

2

1

1945-1973

6

1

1

3

1

16

2

1

6

1

Razem

2

* Rozwódka i mężatka (powtórne małżeństwo)

—

1

ilość dzieci w rodzinie

mężczyźni
1

bezdzietni

do 2

1

4
-

—

I

pow. 2

4
1

1

3

3

2

7

8

�MOTYWY

ZAWIERANIA

207

MAŁŻEŃSTW

zawsze były prawną własnością i n f o r m a t o r a . Są to gospodarstwa, w któ­
r y c h i n f o r m a t o r z y p r z e b y w a l i i z których u t r z y m y w a l i śię. Dokładna
c h a r a k t e r y s t y k a obszaru gospodarstw zamieszczona jest w t a b e l i I V .
Tab. IV.

Wielkość gosp.
Ilość inf.

Wielkość gospodarstw informatorów

do 5 ha
6

5 - 1 0 ha

pow. 10 ha

bezrolni

5

3

3

Spośród przebadanych 7 osób miało dodatkowe źródła u t r z y m a n i a ,
w t y m : w przemyśle ( w mieście) pracowały 3 osoby, chałupnictwem
i rzemiosłem zajmowały się 4 osoby. Wśród n i c h była t y l k o jedna kobieta
trudniąca się k r a w i e c t w e m .
Przeważa wykształcenie podstawowe. Starsze pokolenie, szczególnie
k o b i e t y , n i e posiadają żadnego. Nieliczne osoby ukończyły k u r s y za­
wodowe.
Sfera motywów określonego działania odbija bezpośrednio system
wartościowania n i m rządzący. T y m s a m y m p r z y j m u j e m y , że m o t y w y
werbalizowane przez informatorów były r z e c z y w i s t y m i l u b idealizowa­
n y m i bodźcami prowadzącymi do w y b o r u p a r t n e r a i , w k o n s e k w e n c j i , do
zawarcia małżeństwa. Dlatego też, podczas badań w Wólce Z a m k o w e j
chodziło głównie o określenie o b i e k t y w n y c h warunków wiążących się
z b a d a n y m i małżeństwami. A więc: 1) określenie d o b o r u t e r y t o r i a l n e g o
małżonków, 2) określenie d o b o r u wyznaniowego małżonków, 3) określenie
d o b o r u społecznego.
W następnej dopiero kolejności należało odwołać się do motywów
dokonania określonych wyborów. Zestawienie o b y d w u t y c h g r u p i n f o r ­
m a c j i p o z w o l i zastanowić się n a d i c h wzajemną zależnością.
I . D o b ó r t e r y t o r i a l n y m a ł ż o n k ó w . Ogółem przebadano
27 osób zamężnych i żonatych ( w t y m uzyskano i n f o r m a c j e dotyczące 16
małżeństw) i 1 kobietę niezamężną.
Z 27 osób — 2 pochodzi spoza Wólki. Wskazuje to na preferencję w y ­
b o r u współmałżonka raczej z t e j samej w s i . Przyczynę tego z n a j d u j e m y
zarówno w większej łatwości poznania się, j a k i w e względach ekonomicz­
n y c h . Łatwiej jest dzielić ziemię leżącą niedaleko, łatwiej jest ją u p r a ­
wiać. Element znajomości wchodzących ze sobą w związki p o w i n o w a c t w a
r o d z i n jest również bardzo ważny. Z n a j d u j e to potwierdzenie w p r z e p r o ­
w a d z o n y c h w y w i a d a c h . Rzeczą charakterystyczną jest f a k t , że większość
związków w p r z y p a d k u p a r t n e r a z dalszej okolicy zrealizowana została za
pośrednictwem „rajka". T y l k o małżeństwa młodsze stażem n i e znają tej
f o r m y pośrednictwa. Rozrzut t e r y t o r i a l n y osób pochodzących spoza Wólki
nie jest duży. Ogranicza się on zasadniczo do tej samej p a r a f i i ( D r o h i ­
czyn) l u b p a r a f i i sąsiedniej.

�о
GC

Tab. V. Liczba informatorów

Okres

liczba

kawaler

panna

żonaci

mężatki

żonaci

mężatki

żonaci

mężatki

wdowy

panny

badań

resp.

16-24

16-24

do 30

do 30

30-39

30-39

40-49

40-49

do 49

do 49

1963-1964*

167

12

10

2

8

12

20

13

9

1973

28

-

-

—

2

1

3

2

3

* Badania przeprowadzone przez D. Markowską.

1
—

—

1

żonaci

mężatki wdowcy

wdowy

pow. 50 pow. 50 pow. 50 pow. 50
39

29

6

6

4
1

8
3

�MOTYWY
Tab. VI.

Z A W I E R A N I A MAŁŻEŃSTW

209

Pochodzenie terytorialne małżonków
w obrębie parafii

Lata

w obrębie wsi

1905-1939

2

4

1939-1945

1

—

1945-1970

2

spoza paraf.
3
—

1

3

razem
9
1
6

W y d a j e się n a m jednak, że można już mówić o p e w n y m postępującym
procesie przemieszania, wyjścia poza obręb jednej w s i . Z konieczności,
prowadząc badania t y l k o n a miejscu, nie byłyśmy w stanie uchwycić p r o ­
cesu e m i g r a c j i dziewcząt (bo i c h to głównie dotyczy) ze w s i . N i e chcąc
pochopnie wysnuwać wniosków, w y d a j e się jednak, że proces t e n będzie
przybierał na sile, co jest zresztą zgodne z prognozami socjologów.
II. D o b ó r
wyznaniowy
małżonków.
Ponieważ badana
wieś jest i była wsią dwuwyznaniową, zagadnienie w y b o r u p a r t n e r a
z określonej g r u p y w y z n a n i o w e j wydawało się i s t o t n y m wskaźnikiem spo­
sobu wartościowania cech uświadamianych przez społeczność, które m o ­
gły je różnicować, a nawet być k o n f l i k t o w e (patrz t a b . V I I ) .
Tab. VII. Zróżnicowanie wyznaniowe badanych mulżeństw
małż. jednorodne

Okres zaw.
małż:

katolicy

1905-1939

4

1939-1945

1

1945-1970

4

Razem

9

małż. mieszane

razem

3

2

9

—
2

—
—

6

5

2

16

prawosł.

1

Z badań prowadzonych przez D . Markowską w y n i k a , że w życiu spo­
łecznym w s i dwuwyznaniowość nie powodowała konfliktów między k a t o ­
l i k a m i a n i e k a t o l i k a m i . Jedyną sytuacją, k i e d y można mówić o p e w n y c h
kontrowersjach, było i jest zawarcie małżeństwa. Badania te potwierdzają
jednak, że zawierano małżeństwa mieszane w y z n a n i o w e również w o k r e ­
sach dużo wcześniejszych. P r a k t y k a w y k a z u j e , że z chwilą małżeństwa
jedno z partnerów rezygnuje ze swego w y z n a n i a (żadna zasada n i e decy­
duje o t y m , które). Bierze się t u pod uwagę dobro współżycia małżeń­
skiego i w y c h o w a n i e r e l i g i j n e dzieci. W o p i n i i w s i „nie uchodzi", b y mał­
żonkowie b y l i i n n y c h wyznań i być może dlatego (wykazuje to zestawie­
nie zawarte w tab. V I I ) większość małżeństw d e k l a r u j e jednakowość w y ­
znania.
N i e m n i e j j e d n a k jeden z informatorów (w r o k u 1948, miał w t e d y lat
28) podaje, że będąc zakochanym w dziewczynie zrezygnował z małżeń­
s t w a ze względu n a dzielące i c h wyznanie. W naszych badaniach jest to
14 — Etnografia Polska, t. X X z. 2

�210

A L I C J A CZEKALIÑSKA

wyjątek. Małżeństwa mieszane w y z n a n i o w o były i są zawierane n a d a l
w Wólce Z a m k o w e j .
I I I . D o b ó r s p o ł e c z n y m a ł ż o n k ó w . P r a w i e wszystkie mał­
żeństwa (z wyjątkiem jednego) są małżeństwami włościańskimi. Wyjątek
s t a n o w i małżeństwo szlachcianki z chłopem. Jest to sytuacja zrozumiała
w p r z y p a d k u Wólki Z a m k o w e j •— w s i włościańskiej. Małżeństwa m i e ­
szane społecznie n i e są wewnętrznym p r o b l e m e m społeczności, chociaż
odgrywa t u pewną istotną rolę zamożność poszczególnych gospodarzy.
Lecz nie jest t o związane z tradycją i c h pochodzenia. N i e w y k l u c z a to
j e d n a k znajomości p e w n y c h s y t u a c j i dotyczących współmałżonka i jego
w y b o r u spoza w s i i spoza swojej g r u p y społecznej. W badaniach p o t w i e r ­
dziła t o jedna i n f o r m a c j a mówiąca o wyborze d o k o n a n y m przez włościa­
n i n a w s t o s u n k u do szlachcianki (w r o k u 1913). Sytuacja ta została oce­
niona przez siostrę zainteresowanej: „lepiej byś się powiesiła, niż wyszła
za chłopa". Małżeństwo doszło j e d n a k do s k u t k u i , co więcej, zostało
ocenione przez informatorkę j a k o dobre.
M o t y w y w y b o r u współmałżonka podawane przez informatorów wiążą
się ze sposobem poznawania się młodych. Z k o l e i poznanie to wskazuje
na rzeczywiste bodźce zawarcia przyszłego związku.
W przeważającej większości i n f o r m a t o r z y poznali swego przyszłego
małżonka w d o m u r o d z i n n y m (przez kolegów, koleżanki, rodzeństwo) l u b
z n a l i się „od dziecka". Ostatnie z t y c h określeń odnosi się do w s z y s t k i c h
małżeństw z a w a r t y c h w obrębie w s i . S p o t y k a n y jest jeszcze i n n y , d a w n i e j
bardziej powszechny, sposób poznania młodych przez „rajka". Cztery
małżeństwa doszły do s k u t k u właśnie w t e n sposób. Wydawać się mogło,
że jest to sposób d a w n o już n i e a k t u a l n y . Jednak ostatnie małżeństwo
z „rajkiem" d a t u j e się na r o k 1950. D a t y poprzednich na lata: 1923, 1927,
1948. W okresie późniejszym najprawdopodobniej pośredniczenie „rajka"
było coraz rzadsze, dlatego nie potwierdzone w w y w i a d a c h . Wiąże się
to z pewnością ze z d o b y w a n i e m coraz większej samodzielności przez mło­
d y c h , zarówno w sferze m a t e r i a l n e j (a więc uniezależnienie się ekono­
miczne) j a k i osobistej. Sformułowanie „ojciec kazał" l u b „matka kazała"
przestają się p r a w i e (z j e d n y m wyjątkiem) powtarzać po r o k u 1945.
N i e m n i e j z materiałów zebranych podczas badań w y n i k a , że j e d n y m
z najważniejszych, często decydującym o z a w a r c i u małżeństwa c z y n n i k i e m ,
jest aprobata r o d z i n y . T o rodzina najczęściej wskazuje na odpowied­
nią pannę l u b k a w a l e r a — odpowiednią w o p i n i i r o d z i n y . Będzie t o więc
t z w . dobra p a r t i a : m a dużo z i e m i l u b jest zamożna, z gospodarskiej r o d z i n y
i t p . Często rodzina w lęku przed staropanieństwem córki podsuwa j e j
pierwszego i nawet n a j m n i e j odpowiedniego, lecz chętnego „do żeniaczki"
k a n d y d a t a , a córka się godzi. Zarówno w p r z y p a d k u , g d y do znajomości
między młodymi doszło- samorzutnie l u b t y m bardziej, jeżeli udział b i e ­
rze w t y m „rajek", zgoda r o d z i n y jest nieodzowna. O p i n i a r o d z i n y do-

�MOTYWY ZAWIERANIA

MAŁŻEŃSTW

211

tycząca przyszłego małżeństwa zajmuje dużo miejsca w w y p o w i e d z i a c h
informatorów. Osoba pośrednicząca („rajek", kolega, siostra) chwaląc za­
l e t y swego k a n d y d a t a zwraca sią głównie do r o d z i n y d r u g i e j s t r o n y . D o
bliższej znajomości dochodzi po długotrwałych n i e k i e d y namysłach i w i e ­
l o k r o t n y m p o t w i e r d z e n i u zgody rodziny. Samodzielna decyzja młodych
o p o b r a n i u się (dotyczy to także małżeństw, które pobrały się niedawno)
p o w i n n a także zostać poparta zgodą o b y d w u r o d z i n i najczęściej, na zasa­
dzie określonej k o n w e n c j i , jest akceptowana.
M o t y w a c j a w y b o r u u młodych jest różna. K o b i e t y t y l k o w czterech
p r z y p a d k a c h używają określenia „z miłości" ( d w a małżeństwa zawarte
w r o k u 1943: on w W i e k u 21 l a t , ona 17 l a t , i w r o k u 1960: o n — 21 l a t ,
ona 20), a więc preferujące wyraźnie uczucie. Najczęściej p o w t a r z a n y m
m o t y w e m w y b o r u jest „podobał się, podobała się". Pod t y m określeniem
k r y j e się zazwyczaj i n f o r m a c j a , że k a n d y d a t [-ka] był [-a] wesoły, zarad­
n y , p r a c o w i t y , gospodarny, umiał się znaleźć, oszczędny. W j e d n y m p r z y ­
p a d k u s p o t y k a m y wręcz sformułowanie: „podobał się, bez miłości, z p r z y ­
zwyczajenia". Raz też s p o t y k a m y „lęk przed staropanieństwem" — zwią­
zek z a w a r t y w r o k u 1923, w w i e k u 18 l a t . A ż w 6 w y p o w i e d z i a c h k o b i e t
t r a f i a m y na motywację czysto ekonomiczną. B r a k rąk do p r a c y we włas­
n y m gospodarstwie, posiadanie przez k a n d y d a t a dużego areału ziemi,
chęć posiadania własnego gospodarstwa —- oto decydujące bodźce. W j e d ­
n y m w y p a d k u występuje też chęć zapewnienia dzieciom o p i e k i (powtórne
małżeństwo). W j e d n y m w y p a d k u decyduje a u t o r y t e t i t r a d y c j a zawodu:
informátorka pochodząca z r o d z i n y młynarskiej w y c h o d z i za mąż też za
młynarza. Posłuszeństwo w o l i r o d z i n y l u b opiekunów jest n a d a l istotne.
Jeszcze w 1960 r o k u do małżeństwa dochodzi na żądanie w u j a — opie­
kuna.
M o t y w a c j a mężczyzn jest różna t y l k o nieznacznie. W czterech p r z y ­
padkach k a n d y d a t szukał żony, „bo chciał się żenić". W i e k dwudziestu
p a r u l a t wydaje się t u być granicą, k i e d y w y p a d a założyć rodzinę. Cha­
rakterystyczne, że żony t y c h 4 informatorów nie pochodzą z Wólki; do
poznania doszło za pośrednictwem osób trzecich. K w e s t i a posagu n i e o d ­
grywała w t y c h p r z y p a d k a c h żadnej r o l i . Dwóch informatorów ożeniło
się „z miłości". T r z e m pozostałym przyszła żona „podobała się".
C z y n n i k ekonomiczny w w y p o w i e d z i a c h mężczyzn nie u j a w n i a się t a k
silnie, j a k w w y p o w i e d z i a c h kobiet. Świadczą o t y m w y p o w i e d z i dotyczą­
ce posagu. Żaden z informatorów p r z y uzasadnianiu swojego w y b o r u nie
podkreślał s p r a w y posagu, chociaż oczywiście dziewczyna w n o s i do n o ­
wego gospodarstwa swoją wyprawę: bielizna pościelowa, naczynia i t p . ,
często i n w e n t a r z żywy, czasem pieniądze. Zwyczaj d a w a n i a pieniędzy o d ­
notowałyśmy t y l k o w p r z y p a d k u małżeństw z a w a r t y c h przed 1939 r o k i e m
(300 zł, 700 zł). Po 1945 r o k u zastępuje j e zwiększona ilość i n w e n t a r z a .
W żadnej w y p o w i e d z i nie odnotowano targów o posag. Wręcz p r z e c i w -

�212

A L I C J A CZEKALIÑSKA

nie — nie wypadało pytać o tę sprawę: „bo wyglądałoby, że o majątek,
a nie o dziewczynę się s t a r a " . W przeważającej większości spraw mająt­
k o w y c h przed ślubem n i e omawiano.
Mógł mieć na to wpływ f a k t , że w Wólce i o k o l i c y jest mało gospo­
d a r s t w bardzo bogatych. Status ekonomiczny jest raczej wyrównany,
a o zwyczajową wyprawę p a n n y młodej n i e w y p a d a się pytać. Badania
nasze wykazują, że t r u d n o uznać posag za c z y n n i k ważny, decydujący l u b
roztrzygający p r z y z a w i e r a n i u małżeństw w Wólce Z a m k o w e j .
Oceny dotyczące małżonków wydają się n a m uzupełnieniem podawa­
n y c h motywów. Oczywiście, są one w y p o w i e d z i a m i s u b i e k t y w n y m i i n ­
formatorów, lecz s u b i e k t y w i z m t e n u w y p u k l a raczej szczególną sytuację
osiągnięcia (lub nie) zamierzonego celu. Przede w s z y s t k i m uzyskałyśmy
wyłącznie (z wyjątkiem jednego p r z y p a d k u ) p o z y t y w n e oceny małżeństw
ze zróżnicowaniem na „dobre" i „bardzo d o b r e " . K o n t e k s t t y c h określeń
jest jednak bardzo niejasny, nieostro wyjaśnia i c h treść. Oto szczególnie
j a s k r a w y przypadek sprzeczności pomiędzy oceną obydwojga małżonków
a opinią sąsiadów i naszymi obserwacjami: w o p i n i i zarówno męża, jak
i żony i c h małżeństwo (zawarte w r o k u 1932) „jest d o b r e " . Żona pochodzi
z Drohiczyna, mąż z Wólki. Obydwoje jednocześnie stwierdzają, że n i e ­
porozumienia między n i m i zaczęły się tuż po ślubie. Doszedł do tego b a r ­
dzo ostry k o n f l i k t pomiędzy teściową a synową (z miasta). W dalszej
konsekwencji doprowadziło t o do odejścia z d o m u i c h dzieci, zawarcia
przez n i e związków małżeńskich w b r e w w o l i rodziców i do d e f i n i t y w n e j
o d m o w y p o w r o t u do Wólki. D l a obserwatora jest t o przykład niezgodnego
małżeństwa i skłóconej rodziny. Pośrednio potwierdzają to sami zaintere­
sowani szczegółami swojej h i s t o r i i . O p i n i a sąsiadów potwierdza to.
Małżeństwo, które oceniło swoje pożycie j a k o „złe", w i n i głównie za
to teściów. Informátorka k i l k a k r o t n i e uciekała do rodziny, ale wracała ze
względu na dzieci. Mąż pije. Informátorka wyszła za mąż za namową r o ­
dziny, nie mając do tego związku „serca". Rozwodu nie bierze w ogóle
pod uwagę.
Z przeprowadzonych badań wynikają również pewne informacje d o ­
tyczące poglądu mieszkańców Wólki na śluby c y w i l n e i rozwody. Obo­
wiązek zawierania ślubów c y w i l n y c h (wprowadzony po wojnie) spotykał
się z różnym przyjęciem przez miejscową ludność. Badając aktualną
opinię o z a w i e r a n i u małżeństw w Urzędach S t a n u Cywilnego, s t w i e r d z i ­
łyśmy, że n a d a l jest ona niejednolita. I n f o r m a t o r z y , którzy n i e p r z e k r o ­
c z y l i 30 l a t życia uznają ślub c y w i l n y i kościelny za równie ważne.
W grupie w i e k u od 30 do 50 lat, którą objęła ustawa o z a w i e r a n i u ślu­
bów c y w i l n y c h , zdania były podzielone. Część informatorów uważa, że
po ślubie c y w i l n y m młodzi są już p r a w o w i t y m i małżonkami u z n a n y m i
przez społeczność wiejską, część zaś uznaje ślub c y w i l n y za formalność,
z t y m że jedynie ślub kościelny daje prawo do założenia rodziny. Podob­
nie przedstawia się sytuacja w grupie informatorów powyżej l a t 50. T y l k o

�MOTYWY

ZAWIERANIA

MAŁZENSTW

213

w j e d n y m p r z y p a d k u i n f o r m a t o r (urzędnik USC) uznał ślub kościelny za
zbędną formalność.
W związku ze ślubami c y w i l n y m i łatwiejsze stało się przeprowadzenie
rozwodu. Jednakże możliwość uzyskania r o z w o d u prawnego nie jest rów­
noznaczna z uznaniem go przez społeczność n a w s i . Rozwód p r a w n y nie
jest równoznaczny z „rozejściem się". Często i n f o r m a t o r z y dopuszczają
nawet możliwość czy konieczność rozejścia się, nie godząc się na rozwód
p r a w n y . Najbardziej jest to widoczne wśród informatorów powyżej 50 r o ­
k u życiu. W tej g r u p i e w i e k u w i e l u n i e uznaje żadnej z t y c h f o r m roz­
stania. Wśród młodszych informatorów więcej jest zwolenników rozwodów
f o r m a l n y c h . Uważają je za dobre rozwiązanie, ze względu na możliwość
powtórnego małżeństwa. Najważniejszym powodem r o z w o d u czy rozejścia
się s a n k c j o n o w a n y m przez wieś jest pijaństwo współmałżonka, w y n i k a ­
jące z tego znęcanie się nad rodziną i zaniedbywanie gospodarstwa. Na
d r u g i m miejscu stawiane jest złe dobranie się małżonków i zdrada. Ogól­
nie rozwód czy rozejście n i e jest wskazane ze względu n a dzieci, a jeśli
do niego dojdzie, ma się dziećmi opiekować m a t k a . W ogólnym r o z r a ­
c h u n k u zdrada, której dopuściła się kobieta, jest czynem bardziej potę­
p i a n y m niż zdrada mężczyzny. W i e l e osób n i e p o t r a f i uzasadnić swego
stanowiska, część j e d n a k podaje za przyczynę t e j oceny możliwość u r o ­
dzenia nieślubnego dziecka. Większość informatorów uważa zdradę
w ogóle „za grzech".
Wszyscy rozmówcy sądzą, że dzieci nieślubne p o w i n n y być t r a k t o w a n e
na równi z i n n y m i dziećmi, bo „same sobie n i e wybierają". W n i e w i e l u
p r z y p a d k a c h spotkałyśmy się z wyraźnie negatywną postawą wobec
m a t k i nieślubnego dziecka. Większość informatorów nie potępia jednak
t a k i c h kobiet i dopuszcza możliwość zawarcia przez nie później małżeń­
stwa. Jedna z informátorek (lat 37) jest matką nieślubnego pięcioletniego
dziecka. Jest panną. N i e jest osobą j a w n i e potępianą, m i m o to pozostaje
na uboczu życia towarzyskiego w s i . Najbliższe s t os u nk i towarzyskie
u t r z y m u j e z pozostającą również na uboczu kobietą rozwiedzioną i p o ­
wtórnie zamężną (jedyną we wsi). J a k twierdzą i n f o r m a t o r z y , nie w y n i k a
to z j e j s y t u a c j i rodzinnej, ale z j e j „inności" w s t o s u n k u do pozostałych
mieszkańców w s i .
Wstępnie postawiona hipoteza, że względna trwałość i integracja r o ­
d z i n y w i e j s k i e j ( w porównaniu z miastem) jest w y n i k i e m trwalszego niż
zewnętrzne p r z e m i a n y gospodarczo-społeczne tradycyjnego systemu w a r ­
tościowania, nie została oczywiście w pełni udowodniona. Okazuje się, że
w naszych materiałach najistotniejszym p u n k t e m wskazującym na system
wartościowania jest konieczność zgody r o d z i n y n a zawarcie małżeństwa,
n a w e t w p r z y p a d k u , g d y młodzi podjęli już samodzielną decyzję, a zgoda
„ojców" jest t y l k o gestem f o r m a l n y m . Świadczy to o powiązaniu jednost­
k i z rodziną, będącej d a w n i e j w w a r u n k a c h w i e j s k i c h spójnią organizacji
życia w ogóle. Rodzina zapewniała p r z e t r w a n i e biologiczne, pracę, o k r e -

�214

A L I C J A CZEKALIŃSKA

śloną pozycję wśród najbliższego grona, t y m s a m y m pozycję społeczną
j e d n o s t k i w szerszej społeczności w i o s k o w e j . Zgoda więc r o d z i n y n a mał­
żeństwo, to akceptacja określonego postępowania, zabezpieczenie n a p r z y ­
szłość, pomoc n a początku nowej d r o g i . Dziś wiele młodych małżeństw,
posiadając zawody, n i e w y m a g a t e j pomocy, lecz poczucie więzi i zabez­
pieczenia uspokaja psychicznie, nakazuje cenić tę akceptację.
Z d r u g i e j jednak s t r o n y , podkreślany w w y b o r a c h w a l o r ekonomiczny,
dążność do „dobrej p a r t i i " , wskazuje n a wcale niebagatelną sprawę za­
pewnienia z zewnątrz warunków m a t e r i a l n y c h nowej rodzime. W treści
określeń „podobał się", „podobała się" o d k r y w a m y poszukiwanie w a l o ­
rów zapewniających powodzenie
wspólnego życia, nieuświadomione
w pełni dążenie do w y b r a n i a kogoś najlepszego do tego celu. W y d a j e się,
że obydwie te s p r a w y : zgoda r o d z i n y , dbałość o powodzenie przyszłej
sprawy, wskazują na bardzo i s t o t n y związekj na kontynuację m o d e l u
r o d z i n y zwanej tradycyjną. Popiera to przypuszczenie o b i e k t y w n a dąż­
ność w s z y s t k i c h informatorów do z a w i e r a n i a związku małżeńskiego
jako oczywistej i niekwestionowanej legalizacji życia seksualnego, zgody
n a w e t n a p a r t n e r a wybranego przez i n n y c h , poszukiwanie n p . żony, „gdy
przyszedł czas się żenić". N a to samo wskazuje uznanie wśród p r a w i e
w s z y s t k i c h informatorów (z wyjątkiem jednego) s w y c h małżeństw za
„dobre". Należy t u rozumieć, że samo małżeństwo jako i n s t y t u c j a m u s i
być dobre, słuszne, jest j e d y n y m rozwiązaniem określonych problemów,
k o n i e c z n y m etapem życia, a jego k r y t y k a (szczególnie wobec obcych) jest
bezpodstawna. Potwierdzają to zdania w y p o w i a d a n e n a temat rozwodów.
Jeżeli n a w e t szczegóły tego p r o b l e m u ( j a k przebrnięcie przez b a r i e r y
społeczne: włościanin — szlachcic, w y z n a n i o w e : k a t o l i k — prawosławny)
zmieniły się dość istotnie, to je d ynie ze względu n a realizowane przez i n ­
stytucję r o d z i n y wartości zasadnicze: odnalezienie swego miejsca w g r o ­
nie i n n y c h l u d z i ( k r e w n y c h , p o w i n o w a t y c h , sąsiadów), możliwość pracy
(rozumianej jako źródło u t r z y m a n i a i j a k o może dziś nie zawsze realizację
własnych możliwości i umiejętności), odnalezienie poczucia bezpieczeń­
s t w a (określone p r a w a i obowiązki).
Generalny więc wniosek wynikający z przeprowadzonych badań moż­
na jedynie sformułować następująco: p o m i m o p r z e m i a n ekonomicznych,
społecznych i w y z n a n i o w y c h system wartościowania o d n a j d y w a n y po­
przez m o t y w y zawierania małżeństw i i c h oceny n i e uległ zasadniczej
zmianie. Zmieniły się j e d n a k d r o g i prowadzące do t y c h samych, co w p o ­
przednich pokoleniach, celów. Więcej, z l i k w i d o w a n i e w świadomości
i p r a k t y c e w s p o m n i a n y c h ograniczeń (więc rozszerzenie' t o l e r a n c j i spo­
łecznej i r e l i g i j n e j ) pozwala w n o w e j rzeczywistości realizować właśnie
te cele.
Uniwersytet Warszawski
Katedra Etnografii
Nowy Świat 69
00-046 Warszawa

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="8310" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="8288">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/0c652abbe0be7f631b65a34de35f3c94.pdf</src>
        <authentication>ee8e9d736754f8442e7bdd043d1508f2</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="5">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25237">
                  <text>Etnografia Polska</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="49">
              <name>Subject</name>
              <description>The topic of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25238">
                  <text>etnografia, etnologia</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="41">
              <name>Description</name>
              <description>An account of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25239">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="40">
              <name>Date</name>
              <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25240">
                  <text>1958-</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25241">
                  <text>Licencja PIA</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25242">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25243">
                  <text>polski</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="39">
              <name>Creator</name>
              <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25254">
                  <text>IAiE PAN ( d.IHKM PAN)</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25255">
                  <text>IAiE PAN</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99303">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:977</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99305">
                <text>1979</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99307">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:898</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99309">
                <text>Trudności interpretacji łącznej wyników badań nad cechami morfologicznymi i funkcjonalnymi / ETNOGRAFIA POLSKA 1979 t.23 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99311">
                <text>ETNOGRAFIA POLSKA 1979 t.23 z.2, s.111-116</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99313">
                <text>Czekanowska-Kuklińska, Anna</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99315">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99317">
                <text>Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Instytut Historii Kultury Materialnej PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99319">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="99321">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="99322">
                <text>„Etnografia Polska", t. X X I I I
I S S N 0071-1861

z. 2

ANNA CZEKANOWSKA-KUKLIÑSKA

TRUDNOŚCI INTERPRETACJI ŁĄCZNEJ WYNIKÓW B A D A N
N A D CECHAMI MORFOLOGICZNYMI I F U N K C J O N A L N Y M I
Fragmentaryczny stan dokumentacji źródłowych tak w odniesieniu
do zabytków pisanych, jak i przekazywanych tradycją ustną utrudnia
dziś wnioskowanie, a zwłaszcza zabiegi chronologizacyjne i interpre­
tację historyczną.
Zbierany na przestrzeni wieków materiał folklorystyczny, który sta­
nowił i stanowi wciąż podstawę naszych badań morfologiczno-porównawczych czy postępowań klasyfikacyjno-typologicznych, a pośrednio
i wnioskowania historycznego, ma od dawna charakter reliktowy. Doty­
czy to zarówno ograniczonego jego występowania pod względem prze­
strzennym, jak i też znacznej redukcji jego podstawowych ongiś funk­
cji; a w konsekwencji i dość istotnych przeobrażeń morfologiczno-stylistycznych, a więc właśnie tych właściwości, które stanowiły i stanowią
wciąż obiekt naszych studiów szczegółowych.
Ten szczątkowy stan materiału podstawowego pozostawał w związku
i z metodami jego opracowania; to znaczy i z charakteryzowaniem go
intuicyjnie, bez dokonywania podstawowych zabiegów identyfikacji
i weryfikacji analitycznej. Głównym zabiegiem było wyróżnienie k i l k u
cech intuicyjnie uważanych za ważkie bez egzaminacji ich charakteru
i oblicza funkcjonalnego; ani w sensie ich spójni wewnętrznych i kore­
lacji wzajemnych, ani też ze względu na s t r u k t u r ę u w a r u n k o w a ń w sto­
sunku do czynników zewnętrznych (kontekstu kulturowego). Popraw­
ność dokonywanych wyborów (odnośnie do wyróżnianych cech) ich po­
działów wewnętrznych i kwalifikacji kontrolowano natomiast często po­
przez różne zabiegi formalizujące. Tak na przykład poprzez wymogi
wynikające z przyjętych przez systemy klasyfikacyjne ilości klas czy
ustalone zasady i proporcje podziału lub ich kombinacji wzajemnych.
Stosowana w niektórych przypadkach matematyzacja umożliwiała ponadto
kontrolę, tak w odniesieniu do przyjętych zasad porządkowania, jak też
i odnośnie do dokonywanych wyborów określonych cech. Podstawę
kontroli stanowiła możliwość inwersji stosowanych zabiegów porząd­
kujących; tak np. wnioskowano o przyjętych zasadach na podstawie

�112

ANNA

C Z E K ANO WSKA-KUKLIÑSKA

obrazu uporządkowania materiałów wg tychże określonych zasad. Za­
stosowanie formalizacji matematycznej umożliwiało ponadto nie tylko
wykrywanie zespołów ii ustalanie ich aspektu ilościowego w przypadku
porządkowania i typologii, ale również umożliwiało badanie oblicza ja­
kościowego tych zespołów, to znaczy stopnia ich zwartości i centralizacji,
co pośrednio stwarzało podstawy do wnioskowania o jakości czynników
wiążących wewnętrznie i oddziaływających z zewnątrz. Możliwość w n i ­
kania analitycznego w s t r u k t u r ę cech, rozważania ich u w a r u n k o w a ń
z perspektywy oddziaływań innych cech i ich struktur, zdały się stwa­
rzać ponadto realną podstawę, aby te dwa tradycyjnie rozłączne typy
postępowania analitycznego — komparatystycznego i instrumentalnego,
z których pierwszy pierwszoplanowo był ukierunkowany na badanie
cech morfologicznych, a drugi na uwzględnienie cech funkcjonalnych,
konfrontować wzajemnie i uzupełniać. Czy aby jednak stało się tak
w rzeczywistości? Zadaniem niniejszego przyczynka jest przedstawie­
nie możliwości i zasadności traktowania łącznego różnego typu konwen­
c j i metodycznych z perspektywy potrzeb interpretacji genetyczno-historycznej.
Jak już wielokrotnie mieliśmy o k a z j ę podkreślać, wnioskowanie
genetyczno-historyczne łączyło się z traktowaniem cech w oderwaniu
od ich oblicza funkcjonalnego, a pośrednio i z niedostatecznym uwzględ­
nieniem ich zakresu zmienności. W badaniach genetycznych koncentro­
wano się na wyróżnianiu zakrzepłych formuł uchwytnych dzięki zesta­
wieniom porównawczym; formuł wykazujących ponadto znaczną trwa­
łość historyczną. Przy charakterystykach typologicznych próbowano po­
nadto uwzględniać generalnie pojmowane zasady konstrukcji, które da­
wały się odczytać z zestawień wyróżnionych formuł. Uwarunkowania
wzajemne cech morfologicznych i funkcjonalnych nie były natomiast
brane pod uwagę, co t y m samym utrudniało analizę funkcjonalno-instrumentalną. Główną przyczyną negatywnego stosunku „historyków"
do analizy funkcjonalnej był i jest fakt słabego udokumentowania cech
funkcjonalnych w materiale dawnym, a zwłaszcza w ich przekazie źró­
dłowym, oraz trudności interpretacyjne cech funkcjonalnych, które
wydają się być zdeterminowane wielowarstwowo, a ich' stosunek do
struktury społeczno-historycznej jest złożony i niejednoznaczny.
Analiza instrumentalna była natomiast i jest podstawą studiów w y ­
krywających prawidłowości zmiany i dynamiki przeobrażeń ukierunko­
wanych na badanie oblicza funkcjonalnego cech i ich determinantów.
Przy czym te ostatnie mogą być wyprowadzone zarówno z pierwotnych
właściwości dźwięku, wykonawczych i normowanych głównie przez pod­
stawowe prawa percepcji, jak też i z wtórnych właściwości dźwięku,
modyfikowanych jedynie przez cechy wykonawcze. Jak wynika z his1

1

Zob. A. C z e k a n o w s k a ,
wiańskiej,
„Muzyka", 1972, nr 3.

Podstawowe

zagadnienia

etnomuzykologu

sło­

�TRUDNOŚCI

INTERPRETACJI

ŁĄCZNEJ

113

torii metod, przez lata zarysowywał się znaczny rozziew i rozbieżność
celów odnośnie do wskazanych powyżej dwu zasadniczo różnych kon­
wencji analitycznych. Pierwsza z nich — morfologiczno-porównawcza —
pozwalała chwytać dość bezpośrednio oddziaływanie arelacji zewnę­
trznych (społeczno-historycznych) na materiał muzyczny badany z per­
spektywy cech morfologicznych, a druga — instrumentalna — pozwa­
lała w y k r y w a ć prawidłowości normowane percepcją człowieka i bez­
pośrednie uwarunkowania funkcjonalne; a tylko poprzez te ostatnie
umożliwiała wnioskowanie pośrednie o oddziaływaniach struktury społeczno-historyczne j .
Lata ostatnie przynoszą wyraźne próby zasypywania przepaści po­
między rozbieżnościami celów i zasad przedstawionych konwencji. Z jed­
nej strony podejmuje się bowiem wnioskowanie o cechach funkcjonal­
nych na podstawie lepiej udokumentowanych cech morfologicznych,
z drugiej natomiast na podstawie stwierdzonej zmienności cech funkcjo­
nalnych i zarysowujących się w tej dziedzinie prawidłowości wnioskuje
się o determinującym oddziaływaniu cech morfologicznych. W obydwu
jednak przypadkach wnioskowanie ma charakter hipotetyczny i odnoś­
nie do stwierdzenia zmienności istotnej historycznie wnosi niewiele. Po
pierwsze dlatego, że o prawidłowościach percepcji wnioskujemy na pod­
stawie norm właściwych dla współczesnego człowieka, które uznajemy
zá stałe lub bardzo wolno zmienne, a po drugie dlatego, że dowolność
interpretacji odnośnie do stwierdzonych zależności jednego typu cech
od drugich jest bardzo znaczna . Z wskazanych względów bardziej ce­
lowe wydaje się badanie zależności jednych cech od drugich poprzez
wykrycie podstawowych praw organizujących, koniecznych i dostatecz­
nych dla wygenerowania określonego zjawiska czy jego zespołu. K o ­
nieczność i dostateczność wykrywanych praw kontrolować można po­
przez otrzymywane wyniki, to znaczy poprzez stopień doskonałości
obiektów wyg enero wy wanych i ich adekwatność w stosunku do zało­
żonych oczekiwań, przy czym w grę wchodzić może zarówno testowanie
indywidualne, jak i audytoryjne.
2

Na konkretnym etapie dzisiejszych badań celowe wydaje się ograni­
czenie perspektywy do rozważań praw koniecznych i dostatecznych
w odniesieniu do właściwości materiału, jego składni i zarysowujących
się prawidłowości konstrukcyjnych odnośnie do organizacji przestrzen­
nej formy muzycznej. Wydaje się również celowe ukierunkowanie ba­
dań na wydobycie praw stabilizujących, a nie modyfikujących. Jak wia2

Trudno wyjaśnić zależność właściwości wykonawczych od morfologicznych czy
funkcjonalnych, czy też od charakteru materiału i praw jego składni w sposób je­
dnoznaczny. Tak np. stwierdzone uwarunkowania stref zmienności okresowej tempa
(przy manierze tempo rubato) zależne od spectrum zróżnicowania wartości rytmicz­
nych, odnosić można zarówno do norm percepcji, u w a r u n k o w a ń funkcjonalnych,
jak i pośrednio do określonych tradycji społeczno-historycznych (kulturowych).
в — E t n o g r a f i a P o l s k a , t. X X I I I , z. 2

�114

ANNA

C Z E K A N O W'SKA-KUKLIÑSKA

domo, generowanie określonych obiektów czy zjawisk lub ich zespołów
zakłada przy modelowaniu stosowania zabiegów syntetyzacji złożonej
informacji i jej uzupełniania. Zaprogramowanymi mogą być również
czynności kontrolne oraz- zabiegi modyfikacji; tak w w y n i k u dokonanych
weryfikacji, jak i też jako konsekwencji założonej programowo zmien­
ności ewolucyjnej. Chodzi jednak o to, aby ani zakres zautomatyzowa­
nia programu nie był za wielki z obawy przed u t r a t ą przez badacza
kontroli; ani też by nie zakładano odgórnie zbyt wielu wariantów roz­
wiązania, co utrudni w przyszłości interpretację. Chodzi wreszcie o to,
aby nie przeciążać programu zbyt wielką ilością zmiennych- i aby, jak
już podkreślono, uchwycić istotnie podstawowe prawa konstrukcji. Te
bowiem, zwłaszcza jeśli znamionuje je historyczna trwałość pozwalają
w wielu przypadkach odczytać działanie informacji organizującej za­
równo istotnej percepcyjnie, jak i determinowanej kulturowo. Należy
również oczekiwać, że bliższe poznanie praw materiału i jego składni
umożliwi również prawidłowe wykorzystanie matematyki, a zwłaszcza
niektórych jej działów, co wyjaśni w wielu przypadkach nadrzędne
oddziaływanie zasad informacji organizującej.
Warto ponadto zaznaczyć, że zadaniem pierwszoplanowym aktualne­
go etapu badawczego winna być konstrukcja takiego modelu, który był­
by sprawdzianem naszego warsztatu analitycznego; jeśli nawet stwier­
dzimy, iż realnie nie odtwarza on rzeczywistości okaże się przydatnym
instrumentem badawczym, pełniąc podstawowe funkcje kontrolne.
Z punktu widzenia konkretnych potrzeb badań genetycznych wyda­
wać by się mogło, iż konieczność uwzględnienia dynamiki procesu i probabilizowania zmienności ujawni się wówczas, gdy jako cel założymy
sobie odtworzenie procesu redukcyjnego, k t ó r e m u uległy w procesie
historycznym cechy uwzględniane dziś przy badaniu, czyli innymi sło­
wy, gdy zadaniem naszym stanie się ustalenie współczynnika ich zmien­
ności. Z perspektywy dotychczasowych doświadczeń przyznać muszę,
iż stawianie sobie takiego celu badawczego nie wydaje się zbyt realne,
zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że w rachubę wchodzą okresy cza­
sowo bardzo odległe, a obiekty naszego badania wywodzą się z teraź­
niejszości lub z niedalekiej przeszłości, a ponadto, że — jak już pod­
kreślano — prawa percepcji odnosimy do współczesnego człowieka.
Z tych względów wydaje się, że zabiegi dynamizacji modelu należy
stosować nie dla interpretacji prawidłowości procesu historycznego, lecz
dla analizy instrumentalnej; tak więc dla bliższego wyjaśnienia mecha­
nizmu oddziaływań wzajemnych i pełniejszej interpretacji zjawisk k u l ­
turowych. W konsekwencjach zaś bezpośrednich odnosi się to do
bliższego poznania obiektu i jego zasad organizacji.
Do zadań bardzo istotnych zdaje się jednak należeć ustalenie relacji
pomiędzy warstwą zewnętrzną interpretowaną w kategoriach społeczno-historycznych, a warstwą determinowaną przez bezpośrednie oddziały-

�TRUDNOŚCI

INTERPRETACJI

ŁĄCZNEJ

115

wania funkcjonalne odnoszone do podstawowych prawidłowości percepcji
i przez nie normowanych danych percepcji. Innymi słowy chodzi t u
o uwzględnienie w badaniach perspektywy, którą by można nazwać
etno-psychiczną. Ten bowiem dział badań często zostawał pomijany
w klasycznych badaniach genetycznych, w których ograniczano się do
badania korelacji cech morfologicznych oraz cech materiału i praw jego
składni, które odnoszono bezpośrednio do właściwości struktury społeczno-historycznej czy geograficzno-historycznej. Z perspektywy doświadczeń
lat ostatnich wydaje się jednak, iż ten typ badania, jakkolwiek bardzo
odkrywczy w przeszłości, nie może nas już zadowolić obecnie. Bez wza­
jemnego ustosunkowania dwu perspektyw: społeczno-historycznej do
etnopsychicznej nie wyjaśnimy bowiem wielu istotnych zagadnień tra­
dycji, aktualnych również dla badań genetycznych.
W przypadku problematyki etnograficznej do zadań naczelnych zdaje
się należeć wyjaśnienie zakresu oddziaływania zjawisk etnopsychicznych
uzewnętrzniających się bezpośrednio poprzez cechy wykonawcze, takich
jak używanie określonych stref tempa czy rejestrów głosów i ich spe­
cyficznych barw. Innymi słowy chodzi o to, aby wyjaśnić w jakim stopniu
utrwalone geograficznie występowanie określonych cech wykonawczych
interpretować historycznie jako przejęcie określonych tradycji kulturo­
wych, czy też poprzez fakt odkrycia zasięgu osiedlania się populacji
o określonych normach percepcyjnyeh i nawykach, a w jakim tłumaczyć
je innymi względami, na przykład ekologicznymi. Warto również wyjaśnić,
w jakim stopniu uchwytne — najlepiej z perspektywy cech wykonaw­
czych — właściwości stylu narodowego są zjawiskiem kulturowym, a w ja­
k i m etnopsychicznym; to znaczy, jak dalece je tłumaczyć jako konsek­
wencję wytworzenia się na określonym obszarze i u określonej grupy ludzi
współżyjących ze sobą przez długi okres utrwalonych norm i nawyków
percepcyjnyeh, a w jakim stopniu genetycznie utrwaloną tradycją. Co
więcej warto również ustalić stopień trwałości i zmienności tych właśnie
zjawisk i stopień ich zależności od danych środowiskowych i społeczno-historycznych. Jak bowiem wiadomo z badań nad emigrantami, właści­
wości stylu narodowego, uchwytnego szczególnie poprzez cechy wyko­
nawcze, często u nich przeobrażają się w sposób zasadniczy ulegając
przystosowaniom do norm obowiązujących w nowym środowisku, pod­
czas gdy cechy morfologiczne nadal pozostają i często pełnią w tej zbio­
rowości podstawowe funkcje identyfikacyjne. Wydaje się, iż przypuszczać
wolno, że cechy wykonawcze są wskaźnikiem autentyzmu i żywotności
tradycji, podczas gdy cechy morfologiczne znajdujemy jeszcze wówczas,
gdy tradycja ulega redukcji i stąd ich już od dawna stwierdzona przy­
datność do badań genetycznych .
3

* Jakkolwiek trudno zaprzeczyć, iż w materiale bardzo archaicznym w ł a ś n i e
cechy wykonawcze zachowują się trwale; zob. В. B a r t o k , A. L o r d ,
Serbo-Croatibn Folk Songs, Nowy Jork 1951.

�116

ANNA

CZEKANOWSKA-KUKLIŃSKA

Na konkretnym etapie badań wydaje się, że możemy być w znacz­
nym stopniu świadomi możliwości metodycznych naszego warsztatu. Nie
oczekujemy zbyt wiele, ani też nie zadowalamy się zbyt szybko. Chodzi
dziś głównie o bliższe poznanie badanych zjawisk i ich prawidłowości
z uwzględnieniem ich relacji do innych zjawisk, we wzajemnych od­
działywaniach mając na celu nie tylko uzupełnienie, ale przede wszystkim
uściślenie i skonkretyzowanie postępowań interpretacyjnych, które do
tej pory przy wnioskowaniu tak genetycznym, jak i funkcjonalnym miały
charakter wysoce hipotetyczny. Bezpośrednim przejawem tego typu nasta­
wienia metodologicznego jest konwencja rozkładania toku interpretacji
na etapy w zależności od uwzględnianych kolejno perspektyw badania.
Tak więc rozpatrywanie oddziaływań czynników najbardziej zewnętrz­
nych — struktury społeczno-historycznej należy rozważać poprzez efekty
bezpośrednich u w a r u n k o w a ń funkcjonalnych, determinowanych w znacz­
nym stopniu przez dane percepcyjne jako najściślej związane ze struk­
t u r ą wewnętrzną badanego zjawiska, ją determinujące i przez nią normo­
wane. Nie zmienia to rzecz prosta faktu, że w odniesieniu do zjawisk
przekazanych spuścizną z bardzo odległych okresów podstawowych po­
zostaje badanie korelacji właściwości struktury zewnętrznej i cech mor­
fologicznych. Badanie to jednak musi zostać uzupełnione wnioskami
umożliwiającymi pewny zakres dynamizacji, przy jednoczesnej świado­
mości przeobrażeń cech funkcjonalnych i percepcyjnych odnoszonych dziś
do prawidłowości psychologicznych człowieka współczesnego.

Anna Czekanowska-Kuklińska
DIFFICULTIES OF A UNIFIED INTERPRETATION OF T H E RESULTS
OF STUDIES O F M O R P H O L O G I C A L AND F U N C T I O N A L C H A R A C T E R I S T I C S
Summary
There are difficulties in mutual application of results obtained via different
methodological approaches (comparative — morphological and functional — struc­
tural). These difficulties are especially evident in the contradiction between induc­
tively motivated comprehensive approach to the empirical material (morphologi­
cal comparative) and deductively motivated selection of the preferences (functio­
nal — structural). Furthermore the autonomy in the treat ment of the material
and its syntax is characteristic for morphologico-comparative methods.
In the last years there is a tendency to supplement and confront the conclu­
sions obtained via the different methods. It can be observed an evident tendency
to analyse the better documented morphologic features in the functional context
and the attempts to grasp a coefficient of their changeability.
Translated

by Anna

Czekanowska-Kuklińska

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="5910" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="5890">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/df7aa9bd2132c0871ca2605b760a5ac7.pdf</src>
        <authentication>30ebc893bbd5ddcf01b3681d40a52ffd</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70471">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:150</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70472">
                <text>1958</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70473">
                <text>muzyka ludowa</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70474">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:130</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70475">
                <text>Badania nad muzyką ludową w ostatnim dziesięcioleciu / LUD 1956 t.43</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70476">
                <text>LUD 1956 t.43, s.122-156</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70477">
                <text>Czekanowska, Anna</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70478">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70479">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70480">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="70481">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="70482">
                <text>·•..

---. __ ~~
..
.

..:-.~

123

ANNA CZEKANOWSKA

BADANIA
NAD MUZYKĄ LUDOWĄ W OSTATNIM DZIESIĘCIOLECIU
(w lata'ch 1945 do 1955)
stosunek badań ostatniego dziesięcioleda
do badań lat poprzednich. Cechy
cha,rakterys,tyczne
badań w poszczególnych latach. Próba oceny dorobku
dz~esięciolecia przy uwzględnieniu osiągnięć pozapolskich. Przyczyny nikłych
rezu1tatów badań nad muzyką ludową. Problematyka
i perspektywy
polskiej etnografii muzycznej.

Przystępują'c do ustalenia stosunku pomiędzy hadaniami ostatniego dziesięciolecia, la badaniami okresów wcześniejszych w .zakresie etnografii muzycznej musimy 'określićchara:kter tych badań, relacje do pokrewnych dys'cyplin, innymi słowy - ich założenia metodologiczne i organizacyjne. Zadanie to nie jest łatwe.
Przyczyną ubrudniającącharakterystykę
jest znikoma Hość pozycji bibliograificznych, reprezentująca ten okres w dziedzinie
etnografii muzycznej, a zwłaszcza uderzający 'brak rozpraw metodologicznych czy metadycznych. Nie1stety stwierdzić trzeba, że
oprócz szki,cu instrukcji dla zbieradwa terenowego Jadwigi i Mariana Sobieskich, wydanej w 1950 r. t, dziesięciolecie nie przynosi
niczego w zakresie metodologii - jeśli wyłączymy pracę Adama
Riegera 2, omawiającą zasady indeksowego Iporządkowania melodii
ludowych. Praca Aleksandra Jackowskiego 3 poruszają'ca między
innymi zagadnienra, 'kryteriów i definicji ludowości jest rozprawą
1

wych,
2

wych,
3

M. i J. S o b i e s c y.

Instrukcja

w

sprawie

"Lud", t. 42 : 1956. s. 554-606.
A. R i e g e r, Zagadnienie
leksykalnego
"Lud", t. 42: 1956, s. 554.
A. J a c k o w s k i, Problem

do Studiów

i Dyskusji,

folkloru

polskiej

indeksowania

i twórczości

1953, nr 1, s. 166-210.

pieśni

i muzyki

melodii

w sztuce,

ludo-

Materiały

ogólnosocjologiczną i trudno zaliczyć ją w poczet dorobku etnograf~i .muzycznej. Tak mała ilość publikacji musi wydać się zastanawIaJąca, z~łaszcza wobec wa:hkościproblematyki metodologic.zne) dloaokresow przełomowych.
Ocenę założeń metodycznych dziesięciolecia w etnografii muzy.cz,n~~utrud~ia ponadto brak większych prac badawczych i publ1~aC)1n:atenałowych typu źródłowego. Jeśli bowiem wyłą'czymy
znoW ~':le monografie regionalne A. Wozaczyńskiej i A. Czekanowskle~ 4 okaże się, że ,b~bliografię dziesięcioledai 'reprezentują
w~łąc~n:e dro~n~ :pTzyczynJkilub z pra'c materiałowych pO'PulaJrne
zbl~rkl-splewmkl. Jest to więc literatura co najmniej niewystarczaJąca do wysnuwania wniosków natury metodologicznej.
BJairdziej wnikliwy
:przegląd bilbhografii dziesięciolecia
uwzględnienie prac złożonych do druku, sprawozdań i refe'rató~
w~głoszonyc~ na sesjach ik'onferencjach 5, wreszcie wykładów
ulllwersyteeklch ułatwiają w dużej mierze orientację w kierunkach,. przemianach, osiągnięciach i niedomaganiaich tego 'Okresu.
PIer~szą. ~derzaJjącą właściwością etnografii
muzycznej
w okresl.e ~z~eslęci~leci:a.
jest do~trzegalny na podstawie bibliografii
spadek ilOSClpubhkacji. Spadek ten ujawnia się zarówno przy
b~rdzo~g~ln~m zestawieniu .statystycznym ilości publi:kacji ostatn~ch dZIesIęclOleci, jak i przy bardziej sZJczegółowychporówmlr
mach w obrębie niektó'rych typów opracowań. Nie znaczy to jed:la~ bynaj~niej, aby spadek ten w okresie dziesięciolecia był stały
l rownomlerny. Wręcz przeciwnie! B~bliografia przedstawia cieka:ve P~a'Widłowośd uj1alwniające ożywienie wydawnicze lat bezposrednlO powojennych, ni'tstępnie wyraźne osłalbienie publikacji
~ A. W o z a c z y ń s k a,

Pieśni

kurpiowskie.

Ich

struktura

i charakfe-

W, Skierkowskiego,
Prace i Materiały EtnograflCZ?e, ,t. 12, Wrocław
1956; A. C z e k a n o w s k a, Pieśń ludowa Opoczynsbego
na t',e pro b',e ma t Y"t
k'
.,
.
etnograftczne],
Studia Muzykologiczne,
t. 5, s. 450-560, Kraków 1956.

r~!stYka

1()

świetle

zbiorów

-' 5, M: S o b i e s k i, Sprawozdanie
d -,'.
'll'SleCtol ecm,
'
[]w II Sesja Badań

z badań nad muzyko,

ludowa

w ostatnim

.
Warszawa
czerWIec
1955',. J S t· ę s z e w skI. Problem folkloru
"
'.
tv twórczości
i upowszech111enw, .rw] II S'eSJa Badan. nad Sztuką PAN i PIS, Warszawa, czerwiec 1955.
nad Sztuką PAN i PIS

�125

124
w okresie 1950-1953 i wreszcie ponowne ożywienie w ostatnich
dwóch latach. Tak nierównomierny rozkład efektów wydawniczych prowokuje do zastanowienia się nad ,przycz,Ynamiw.ywolującymi ten stan rzeczy, j!ak również do rozpatrzema S~eC!fl~z,ny~h
właściwości posz,czególnych podokresów w ramach dZl~Slęclole~la.
Pierwsze lata powojenne, odzre'czające się wspommanym o~ywienie-rn wydawniczym, możemy uważ'ać jeszcze za okres naWIązujący dość wyraźnie do tradycji naukowych lat r:niędzywojennych.
Cechy wspólne przejawiają się przede wszystklm w ch.ara~terze
opra'cowań. VI! obydwu porównywanych okr~sach dommuJą bowiem ujęcia przyczynika,rskie, traktujące wyc1J1kowo,wybrane
gadnienia w skali region!8Jlnej.Brak natomias~ '~ar~wno :",łasewych ujęć przekrojowych (monografii zagadmen): J.ak tez ca.ł~~
ściowych (monografii regionalnych). Ponadto UCZCIWIe
!podkreshc
trzeiba, ,że ukazujące się w dobie dziesięciolecia ujęcia przyczynkarskie mają char's.lkter j~sz'cze hardziej reportażowy i popularny
niż analogiczne opracowania ,znane z okresu międz~ojennego.
Przyczynki publiJkowane w pierwszych lata!c~ po wOJ.meto właściwie tyltko notatki 6 i trochę dłuższe komumkaty. NIeco ~oh~zerniejszymi pracami są tylko artykuły Sobieskich o muzy~e l wI"!"atach wielkopolskich 7, którym trudno również nadać mIano WIęk-

,u:-

szych rozpraw badawczych.
. .
"
.
"Międzywojenność" etnografii muzyczneJ 'Pler~~zego plęcłolecia nie polega zresztą jedynie na przejęciu tradycJ~ przy~zynkarstwa. Cechy wspólne dosbr,zegamy również i pod ~nnym: :",zględami.'Dak na przykład uderza nas utrzymujący SIę WCI~Zbrak
założeń organizacyjnych Ibadań, brak metod z.espoloweJ pracy.
Pewną działalność jedynego w tym okresie ośrodka badawczego
G J
Sobieska
Wielkopolskie siesienki, "Polska Sztuka Ludowa" 1948,
nr 1, ~. 30-33; 'M, S o b i e s k i, Koziol zbąsko-lubuski,
"Polska Sztuka
Ludowa", 1948, nr 1, s, 58-59; M. S o bi e s k i, Maryna, "Polska sztuka

Ludowa", 1948, nr 3, s. 31-33,
,
.
7 M. i J. S o b i e s c y,
WielkopoLskie wiwaty,
[w:] II KSIęga. paml~t~
kowa ku czci Adolfa Chybińskiego, Kraków 1950, s, 275-3,19; t e n z e, Ptesm
i muzyka ludowa Wielkopolski i Ziemi Lubuskiej w świetle dotychczasowych
badal/', "Polska Sztuka Ludowa", 1900, nr 1-6. s, 17-35.

w Poznaniu

(Zachodnie Archiwum Fonograficzne), przekształconego następnie w Z'8lkład Muzyki Ludowej PIBSL 8, znamionuje
bowiem wyraźny konserwatyzm i chałupnicze metody pracy.
Ośrodek poznański pracuje w tym okresie bez kwestionariuszy,
ankiet, planowa!nej sieci badań; jedynie dokumentację materiału
przeprowadza się według pewnego, określonego WZOTC'R.
Wzorzec
ten, podobnie jak i metoda zapisu, prz.ejęty jest z przedwojennego
Regionalnego Archiwum Fonograficznego.
Prace badawcze prowadzone w 'tym okresie poza ośrodkiem
poznańskim przedstawiają się jeszc,ze mniej korzystnie, taik że
z trudem można mówić o iochistnieniu. Reprezentują je właściwie
tylko indywidu'a:lni ~bierac,zeterenowi, których wysiłkomzawdzięczarny pierwsze powojenne publikacje melodii 9.
Pod względem założeń metodycznych można również wskazać
na nawiązania lat bezpośrednio powojennych, do okresu dwudziestolecia. Dostrzegamy to przede WlszYStJkim
na podstawie ów{:zesnego programu wykładów z etnografii muzycznej, prowadzonych
na uczelniach.
Konserwatyzm metodologiczny przejawia się w wyraźnym
autonomizmie etnografii muzycznej, nie podpo'Tządkowaned problematyce ogólnoetnograficznej, ogólnokulturowej. Etnografii muzycznej nie traktuje się bowiem jako dyscypliny histo'rycznej co jest wyraźną konsekwencją założeń metodyki muzykologii 10
umieszczającej etnografię i folklorystykę w dziale systematycznym, a nie historycznym - a właściwie nie zarysowuje się 'W ogóle
całokształtu jej problematyki. Ten 'ahistoryzm i niewykrystalizowanie metodologiczne etnografii muzycznej musimy uważać zla
jaskrawy przejaw konserwatyzmu i spuściznę po przeszłości.
Większość prac powstałych w latach międzywojennych znamiono8 Państwowy
Instytut
założony w 1947 r. przekształcony
w 1950 r.

Badania
Sztuki
został w Pallstwowy

fi J.
C h o r o s i ń s k i,
Kraków 1949.

taneczne

10

G. A d l e r, Methode

Melodie
der

Musikgeschichte,

Powiśla

Ludowej
Instytut Sztuki

[zebrał ... j,

Leipzig 1918.

PWM,

�127

126
wało bowiem ograniczenie się do opisowości 11, tylko rzadko dopuszczającej prymitywne i chaotyczne b3.dania porównawcze 12.
Szczegółowy przegląd pozycji dwudziestolecia ujawnia na~, że
nawet prace Łucjana .Kamieńskiego i jego szkoły 13, pozorme dostrzegającego :pozamuzyczne uwarunkowania :pieśni, nie poruszały
zagaJdnień ogólniejszych i właściwie nie wychodziły poza ramy
faktografii. Założenia zaś Juliana Puhkowskiego 14, nie wyeksperymentowane na Ipodstawie żadnej pra1cy, miałycha.rakt~r
~~strakcyjnych postul'aJtów. Zresztą jeś'li już można mówlć o JakieJkolwiek ogólniejszej problematyce w pracach etnografów-muzykologów dwudziestolecia, to nie a etnograficznej. Wyraźniejsze są
oddziaływania założeń "muzykologii porównawczej" 15 kieruI1Ików
socjologicznych, fizjologicznych i psychologicznych, w szczególiIlości tzw. psychologii narodów 16.
Wyrazem pogłęhiającej się w dwudziestoleciuiJzolacji muzykologii od etnografii było postępujące wycofywanie się muzykologów
z ;periodyków etnograficznych. Muzykolodzy tej miary, co Adolf
Chybiński i Helena WiJndakiewiczowa,zraw
puhlikujący 'Swe
bardzo ważkie prace w "Wiśle" 17, "Ludzie" 18, PMAAE (Prace
11 A. C h Yb.i ń s k 1,
Dzwony
pasterskie
Ludu polskiego na podhalu,
PMAAE, t. 3, Kraków 1924, s. 23~57. S. M. S t o i ń s k i, Dudy żywieckie,

Cieszyn 1938.
12 A. C h Y b i ń s k i, O źródłach
i rozpowszechnieniu
20 melodii Ludowych
na skaLnym
podh'alu,
"Kwartalnik
Muzyczny", t. 16/17: 1930, s.
48-65; Ł. K a m i e ń s k t, Monografia
pieśni
zmówinowej
z Kaszub południowych,
"Polski Rocznik Muzykologiczny",
t. 1: 1935, s. 1C5-131,
1:1 J. P i e t r u ,s z y ń s k a, Dudy
wielkopolskie, Poznań, 1936.
14 J. P ulik
o w s k i, Pieśń Ludowa a muzykoLogia,
,.Polski Rocznik
Muzykologiczny", t. 2: 1936, s. 3-34
15 Ł. K a m 'i e ń s k i, Pieśni
Ludu pomorskiego
[zebrał. opracował, wstępem zaopatrzył ... J, cz. 1, To,ruń 1936, (ob. uwagi wstępne).
16 J. P u l i k o w s k i, op. cit.
17 H.
W i n d a k l e w i c z o w a, Rytmika
ludowej
muzyki
polskiej,
Wisła", t. 11 : 1897, s. 716-737,
18 A. C 11Y b i ń s k i,
O metodach zbierania i porza,dkowania
melodyj
ludowych,
"Lud", t. 13: 1907, s. 1-31;
tenże,
Etnografia
muzyczna
na
IIIcim
kongresie
muzycznym·
we Wiedniu,
"Lud", t. 14: 1910, s. 160-178;
t e n Ż €, O organizację
pracy nad melodiami ludowymi,
.,Lud", t. 21: 1922,

"

s. 3-13.

i Materiały Archeologiczne i AntrOipologiczmo-Etnograficzne) 19,
ograniczyli się już Ipotem tylko do krótkich komuniJkatów
w "Ziemi" 2U, wreszcie zaprzestaJi ostatecznie publikacji u etnografów. Izolacjonizm ten, znacznie pogłębiony jeszcze przez młodsze pokolenie szkoły Łucjana Kamieńskiego, utrzymuje się wyraźnie w latach powojennych, gdyż jedyne materiały muzyczne,
publikowane w tym okresie w periodykach etnograficznych 21, nie
są opracowane przez muzykologów, co zlresztą ujemnie odbija się
na ich dokumentacji.
Kontynuacji tradycji metodologicZlnych dwudziestolecia dowodzić muszą również rozwinięte w latach hezpośrednio powojennych studia nad manierą wykonawczą, które podobnie jak w latach międzywojennych prowadzi się :pod tym kątem, aby dostarczyły materiału po'twierdzającego zróżnicowania indywidualne
i narodowe. Dowodziłoby to traktowania etnograd'ii muzycznej
jako dyscypliny podporządkowanej psychologii, a psychologii narodów w szczególno'ści. Jak problematyka ta jest w pierws~ym
pięcioleciu aktualną, dowodzi HClJjlepiejIsystem transkrypcji (przejęty z RAF-u) uwypuklający wszelkie deformacje wykonawcze.
Pomimo tylu cech wspólnych, łączących rozdziel,one wojną
okresy polskiej etnografii muzyc.znej, można wskazać również i na
pewne odrębności metodologiczne, na próby nowego ujmowania
muzyki ludowej, zarysolwujące się już w pierwszym pięcioleciu,
zwłaszcza w latach 1948-1950. Pewne nowPJtorstwo tych prób polega na traktowaniu zjawisk muzycznych w nieco szerszej perspektywie badawczej, przy równoczesnym uwzględnieniu ich powiązań i korelacj i z innymi działami sztuki ludowej. Tego ro.d.zaju
19 A. C h Yb i ń s k l,
DzwOni! p.asterskie
Ludu poLskiego na PodhaLu,
PlVIAAE, t. 3, Kraków 1924, s. 23--57.
_ 20 A. C h Y b i ń s k i,
W sprawie organizacji
regionaLizmu
muzycznego,
'tZlemia", t. 11: 1926, s. 55-56; t e n ż e, O koLędzie staropolskiej,
,.Ziemia",
. 13: 1938, s, 50-53. H. W i n d a k i e w i c z o w a, Zagadnienie
chronoLogizacJi pieśni Ludowych polskich,
"Ziemia", t. 19: 1934, s. 298-301.
21 J.
P. D e k o w s k i. Zwyczaje
weselne w powiecie
opoczyńskim
~race i Materiały
Etnograficzne,
t. 7, Łódź-Lublin
1948, s. 211-300:
. O l e s z c z u k, Ludowe obrzędy na Podlasiu, Łódź-Lublin
1951.

�129
128
koncepcji metodologicznych dowodzi bardziej niż publikacje organizacja Państwowego Instytutu Badania Sztuki Ludowej. NowO
ł-iowstały instytut badawczy miał zarówno rozwijać studia specjalistyczne w poszczególnych sekcjach, jako też co przede
wszystkim w tym miejscu podkreślić należy - podporządkować
wszystkie działy wspólnej, bardziej ogólnej problematyce. T,rudno
jednak charakteryzow8Jć te usiłowania jako podyktowane nową,
zgola przełomową metodologią, bo przecież przy ograniczeniu się
tylko do badania slJtuki ludowej wyklucza się pełną :problematykę
histo,ryczną. Mówiąc inaczej stać nas jedynie na .badanie prawidłowości w rozwoju sztuki, lecz nie całokształtu kultury ludowej.
Z podobnych względów trudno też uważać, aby rozpowszechniona w pięcioleciu definicja ludowości była na wskroś nowatorska, chociaż niektórzy usiłują ,to sugerować. Definicja ludo,wo'ści
pojawiająca się w pięcioleciu przeciwstawia się wprawdzie powszechnemu dotąd w ludoznawstwie polSlkim poglądowi, że ludową jest wyłąclJnie twórczość chłopska, jednak wobec ogólnikowości ówczesnych sformułowań trudno odróżnić ją jesZicze od
pojęć ustalonych przez międzywojennych socjologów traktujących
ja.ko ludową również twórczośĆ pozachłopską,co jest tylko naturalną konsekwencją obrania za kryterium ludowości momentów
innych niż 'pochodzenie materiaŁu.
Konserwatyzm metodologiczny okresu bezpośrednio powojennego nie może hudzić naszego zdziwienia i z tego powodu, że metodyka badań w etnografii muzycznej znajduje 'Się, podobnie jak
i w dwudziestoleciu, na kompromitująco niskim poziomie. Bez
większej przesady powiedzieć można,że metody analizy, systematyki i charakterystyki materiału stoją jeszcze w tym okresie na
poziomie niemal z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.
Sposoby ujmowania i typizowania zjawisk zarówno tonra,lnych,
jak i rytmicznych można określić jako kolbergowskie. Zresztą
w dziedzinie od czasów Kolberga najbardziej zaawansowanej, tzn.
w badaniach nad właściwościami strukturalnymi
melodii, dostrzega się również wyraźny konserwatyzm. Nikt z muzykologów
nie ro.zważa przecież zależności struktury muzycznej od budowy

tekstu, co tak jest rozwinięte w innych krajach 23, aco u nas
w po.ls~e,. d~i~ki usystematyzowaniu
,zjawisk wersyfikacyjnych
p~ls~leJ pIesm ludowej przez Windakiewiczową 24, byłoby szczegolme łatwe
do przeprowaJdzenia. Cóż więc dziwnecro
że nowe
.
b'
koncepcJe metodologiczne - nie znajdujące na razie dostatecznie
~P~8.cow~nego mater~ału dowodowego, który winien być także
zrodłem Ich po,wstama - kształtują się w sposób ,bardzo powolny.
. . Jest .je~nak~e pewna dziedzina, rk!tórej osiągnięcia przekonują
JUz w plęClOleCLU,
j'aik odmienny jest współczesny stosunek do folklo,ru i jego pojmowanie. Dostrzegamy to w zakresie popularyzacji
h~~rc~ości ludowej i ruchu amatorskiego. Już w pięcioleciu rozWIJa.SIę propagowana oibok twórcZiQtścichłopskiej twórczość drobnomieszczańska, rzemieślnicza, a ponadto - i tubkwi zasadniczy
prz,ełom, ~ tI'lc;lktujesię ten folklor na równi z innymi działami
~w.orczosclszkolonej, nie odmawia się mu artyzmu. Nie uważa się
JUZfolkloru za sztukę wyłącznie użytkową, co właśnie tak bardzo
;podkreślali międzywojenni socjologowie i przedstawiciele szkoły
funkcjonalnej 25.
Okres 1950-1953 znamionuje wzmiankowane Qsłabienieruchu
~yd.awn~czego. W świetle wyka:zJalnychniedociągnięć pierwszego
pIęCIOlecIa nie mo'że jednak nas ten stan rzeczy dziwić. Jest on
bowiem tyl~o ich naturalną konsekwencją. W obliczu osiągnięć
naukowych mnych krajów jasną staje się dla polskich etnografówmuzykologów niewystarczalność ujęć przyczynkarskich, przypadkowych i cząstecz~owych 0pr'Clicowań.Odczuwa się potrzebę ujęć
syntetycz~~ch,. ~:ore m,ogłyby posłużyć za wkład do ogólnej rekon~t~ukcJ1 dZIeJow, ktore rozwijałyby ogólny proces pOZillawczy.
W sWle~le tych potrzeb palącą staje się konieczność nowoczesnej
Teorgamzacji badań, palącą w pierwszym rzędzie konieczność
stworzenia bazy materiałowej dla tych badań (to Zll'aJczyzorgani23 B. B a r t ó k,
Das ungarische
Volkslied Berlin 1925
'. "4 H. W i n d a k i e w i c z o w a, Studia nad wierszem i ~wrotką w poeZJI polskiej ludowej, PAU, Kraków 1913.
25 H. M e r s m a n n,
Volkslied
und Gegenwart
Berlin 1937' J. M u"1ler - Bl a tt a u, Das deutsche Volkslied, Berlin 1932,
"
s. 7-13.

9 "Lud" t. XLIII

�131

130
zowanie zbieractwa opartego na zasadzie współczesnej naukowej
dokumentacji i selekcji materiału) - tym bardziej że poziom metodyczny wszystkich naszych uprzednich zbiorów można schronologizować na koniec XIX wieku.
Realizacja tych zamierzeń i potrzeb znajduje wyraz, w pow~łaniu wielkiej Akcji Zbierania Folkloru Muzycznego, ktora skupw
wszystkich h9.lrdziej samodzielnych pracowników naukowych ora.~
zasłużonych zbieraczy terenowych. Kierownictwo naukowe A~CJl
zostaje powierzone najbardziej zasłużonym i czynnym: J~dwld~e
i Marianowi Sobieskim. W ogólnym i żywiołowym zaangaZOW3IllU
przedstawicieli ówczesnej etnografii muzycznej moż~a. również
doszukiwać się, już ralczej wtórnych, przyczyn osłablema ruchu
wydawniczego w latach 1950-1953. Główną jednakże i pi~rwotn.ą
przyczyną jest wskazywany poziom badań, zresztą ujemme oc1b~jający się również na jakośd zbieractwa AZFM. S~ma kon.cepcJa
wielkiego ogólnopolskiego zbieractwa nie znaczy nIestety, Ja~o~y
TOzpoczynająca się akcjab3dawcza miała wypracowane ~ałozem~
organizacyjne i metodyczne i odpowiada~,a wymogom wspolczesneJ
nauki. Jeśli uświadomimy sobie, że jedyną wskazówką metodyczną
AZFM-u jest szkic instrukcji I1l?lpisanejprzez Sobieskich, a jedynym fachowym wykładem przedstawianym ~b~:'ra~zom. art~k~ł
popula1rny tychże autorów 26, nie mogą nas dZlwlc medoclągmęcHI.
naukowe i organizacyjne pierwszych lat akcji. Prowadzone bada~
nia nie mają wypracowanego instruktażu, być może nawet ~eJ
miary, jaki przedstawił w 1865 r. Oskar Kolberg, rozpoczynając
serię swych monografii regionalnych 27. Czyż mo'że nas wob~c tego
poziomu i przygotowania badań dziwić fakt, .ż~ nawet kl:rownictwo naukowe Akcji nie orientuje się w obflcle napływającym
materiale, że nie stać nikogo na bodaj czą~tkowe, ale naukowe
opracowanie? Bibliografia najlepiej odzwierCiadla ten stan rzeczy.
2G

radnik
27

(w

S ob ie scy

Marian

i Jadwiga,

Muzyczny", Łódź 1947-1949.
O. K o l b e r g, List otwarty

sprawie

s. 306.

zbierania

rzeczy

Pieśń

ludowa

i jej

probLemy,

"Po-

, .
do redakcji
Biblioteki Warszawsklel
Ludowych),
Biblioteka Warszawska, t. 1: 1865,

Prace opublikowane na podstawie z:biorów Akcji to wyłącznie
krótkie kornunikaty 28, p02la nieco obszerniejszym i ciekawym
omówieniem muzyki podhalańskiej przez Włodzimierza Kotońskiego 29. Oczywiście, można by wynaleźć wiele przyczyn i powodów decydujących o tak nie przygotowanym i żywiołowym prowadzeniu zbieractwa. Jednym z ważniejszych wydaje się nerwowa
atmosfera akcji przeprowad2lalnej może ,ztbyt pośpiesznie w przekonaniu, że należy dokumentować folklor, nim nadchodzące przemiany społeczno-gospodarcze wsi ,zmodyfikują go lub nawet spo\-'lodują jego zanik.
Rok 1954, a zwłaszcza 1955, cechuje znowu ożywienie wydawnicze. Prace opublikowane w tych os1:JaJtnich
dwóch latach to głównie popularne zbiory-śpiewniki wydawane seryjnie przez Polskie
Wydawnictwo Muzyczne, wspomniane 2 monografie regionalne
oraz rozprawka metodyczna A. Riegera.
Prace popularno-materiałowe
uktaJzują się, zwłaszcza w ostatnim roku, w godnym uznania tempie i hierarchii. Można szczególnie zauważyć zasługujące na pochwałę zainteresowanie takimi regionami, jak Śląsk Opolski 30, Wlalrmia i Ma~ury 31, Ziemia Lubuska 32, czy wreszcie również bhż.ej nie znane Żywieckie. Ponadto
wśród publikacji znajdujemy osobny zbiór pieśni zawodowych (gór28 W. G ę b i k,
F'oLkLor muzyczny
regionu
warmińsko-mazurskiego,
"Muzyka", 1951, nr 3-4; J. L i g ę z a, Muzyczny
folkLor SLąska, "Muzyka".
1951, nr 12, s. 39-42; J. L i g ę z a, Kilka uwag o muzycznym
foLkLorze górniczym,
"Polska Sztuka Ludowa", 1952, nr 3, s, 131-133; J. S o b i e s k a,
F'oLkLor muzyczny
w Rzeszowskiem
i LubeLskiem, "Muzyka", 1951, nr 5-£,
s. 29-46; J. S o b i e s k a, Diafonia w Pieninach,
"Muzyka", 1952, nr 11-12,
s. 16-31; S. WaIl i s, SLąskie pieśni górnicze, "Polska Sztuka Ludowa",
1952. nr 3, s. 134-146.
29 W. K o t o ń s k i,
Uwagi o muzyce Ludowej PodhaLa, "Muzyka", 1953,
nr 5-6, 7-8, 9-10.
30 A. D y g a c z
i J. L i g ę z a, Pieśni SLąska OpoLskiego [wybrali ... ],
Kraków 1954.
:li M.
S o b i e s k i, Pieśni Warmii
i Mazur
[wybrał ... ], PWM, Kraków 1955.
.
3' J. i M. S o b i e s c y.
SzLakiem
kozIa Lubuskiego.
Pieśń i muzyka
mstrumentaLna
[wybrali ... ], PWM, Kraków 1954.

�133
nic zych) 33 i pieśni pracy (głównie rolniczych i rzemieślniczych) 31,
tak mało dotąd popularyzowanych, a tak godnych naukowego, socjologicznego opracowania. Ale j'c;:kprzedstawia się naukowa wartość tych zbiorów, założenia metodyczne i metodologiczne, przejawiające się w układzie i doborze materiału, jego dokumentacji
i opracowaniu? Wyniki szczegółowego rozpatrywania
wa'rtości
śpiewników z tego punktu widzenia nie są niestetYZ1adowalające.
Chociaż od zbiorów popular:nychtrudno
wymagać ścisłości i poprawności iście naukowej, to jednak na dzisiejszym poziomie badań wolno już chyba oc'zekiwać takich pUlblikacji, które podawałyby materia,ł w ~posób nienaganny i wiarygodny, możliwy do wykorzystania naukowego. Wydaje :się to po 'prostu koniecznością,
zwłaszcza wobec faktu, że dla wielu obszarów, z których material
podają śpiewniki, nie ma dotychczas i nie doczekamy się szybko
zbiorów źródłowych ..Nie mam zamila.ru wdawać się w szczegółową
krytykę śpiewników wydanych przez PWM, ale poddanie ,krytyce
niskiego poziomu dokumenta'cji, komentarza 'bibliograficznego,
a przede wszystkim niekonsekwencji w :układzie poszczególnych
zbiorów uważam za potrzehne.
Jak poważny jest chaos i braik konsekwencji przy opI"a'cowywaniu śpiewników dowodzi fa.kt, że w niektórych śpiewnikach są,
w innych nie ma dakumenta,cji wykonawcy, pomijając już ten
szczegół, że wykazy wykonawców i indeksy prawie w każdym
śpiewniku sporządzone są w inny sposób. Brak dokument3cji wykonawcy musi nas ponadto bardzo dziwić i z tego względu, że ,
zwyczaj ten obowiązuje w naszej literaturze już conajmniej od lat
dwudziestu 35. Podobnie :przyjęte jest umieszaanie mapki ilustru33 S.
Kraków
34 J.
Kraków
3. Ł.
wstępem

Wall i s, Pieśni górnicze Górnego Śląska,
1954.
C h o r o s i ń s k i, Pieśni pracy ludu kieleckiego,
1954.
K a m i e ń s k i, Pieśni
ludu
Pomorskiego,
zaopatrzył ... J, Toruń 1936; J. L i g ę z a i
Pieśni Polskiego
Śląska, cz. II [zebrali, i opracowali
W. S k i e r k o w s k i, Puszcza kurpiowska
w pieśni, cz.
1928-1934.

[zebrał ...

J,

PWM,

[zebrał ... J, PWM,

jącej obsza:r, z którego pochodzi materiał 36, z czym rÓWlll€Z na
ogół nie spotykamy się. Najbardziej niepokojący jest jednak stan
dokumentacji bibliogmficznej. W śpiewnikach, poza serią redagowaną przez Annę Szweykowską 37, nie stosuje się odsyłaczy do
literatury, z której dana pieśń została zaczerpnięta. Jest to oczywiście konsekwencją założenia, że materiał jest publikowany po
raz pierwszy i że pochodzi bezpośrednio ze źródeł terenowych,
chociaż bynajmniej tak nie jest. Tak na przykład w zbiorachśpiewnikach z Warmii i Mazur Mariana Sobieskiego 38 i Władysława Gębika .39 dostrzegamy powtarzanie znacznej ilości tych samych pieśni (niektóre transponowane do innej tonacji, lub uzupełnione oznaczeniem metronomu). Nie znalazło to odzwierciedlenia
w odsyłaczach. Nie jest to zresztą jedyny przypadek takich braków. Zjawisko to musi nas co najmniej niepokoić, tym bardziej
gdy uświadomimy sQlbie, że zasad dokumentacji bibliograficznej
przestrzegał już Oskar Kolberg, i to nawet odnośnie do zebranego
przez samego siebie materiału, gdy zdarzyło mu się drugi raz go
powtórzyć 40.
Omówienie !krytyczne innych wartości zbioI'iU, a więc jakości
zapisu, a nade wszystko selekcji i układu materiału, utrudnia nam
36

ludu

Pomorskiego,

op. cit.

L. B i e l a w s k i, Piosenki z Pomorza [przedstawił ... J, PWM, Kraków 1955; J. G r o t n i k, Piosenki z Kieleckiego
[przedstawił
J, PWM,
Kraków 1955; W. K o t o ń s k i, Piosenki z Podh8Jla (przedstawił
), PWM,
Kraków 1955. W. P ó ź n i a k, Piosenki
z Krakowskiego
[przedstawił
J,
PWM, Kraków 1955; J. S o b i e s k a, Piosenki z Wielkopolski
[wybrała
J
PWM, Kraków 1956. M. S o b i e s k i, Piosenki
z Kujaw
[przedstawił
J,
PWM, Kraków 1955; J. S t ę s z e w s k i, Piosenki z Kurpiów [przedstawił
J,
PWM, Kraków 1955; J. S t ę s z e w s k i, Piosenki z Lubelskiego
[przedstawił ... J, PWM, Kraków 1955.
M. S o b i e s k i, Pieśni Warmii i Mazur, PWM, Kraków 1955.
W. G ę b i k, Pieśni ludowe Warmi.i i Mazur [opracował ... J,
sztyn 1953.
j8

36

[zebrał, opracował,
S. M. S t o i ń s k i,
... J, Kraków 1938;
I i II (l,' 2, 3), Płock

Ł. K a m i e ń s k i, Pieśni

87

Ol-

46 W serii
redagowanej
przez Annę Szweykowską
brak dokumentacji
wykonawcy łączy się z faktem kompilowania
w ogłoszoną jednostkę
różnYch wariantów; należałoby poinformować o tym czytelnika, żeby nie traktował tego rodzaju kompilacji jako materiału żródłowego.

�134

135

':

wzgląd na popularny charakter tych wydawnictw, jednwkże trzeba
podkreślić niektóre szczególnie rażące niedociągnięcia. Tak na
przykład warto wskazać na iprzypadkowość i dowolność selekcji
dokonywanej przy opracowaniu Wyborów melodii 41. Ra~patrując
wybrane melo'die trudno doprawdy domyślić się, na podstawie jakich kryteriów zostały one wyselekcjonowane. Nie ma przecież
wśród nich ani tak osobliwych pod względem muzycznym, jakie
podawał nam 'W swych zbiorlmch Adolf Chybiński 42, ani też orientujących w specyficznych właściwościach regionu. Można się doszukiwać jedynie oddziaływań nienajszczęś1iwszej systematyki
Jana Stanisława Bystronia, z roku 192043• Jak można przypuszczać, o wyhorze materiału decydowały względy poz.amuzyczne.
Wyselekcjonowano jedynie pewne typy i gatunki pieśni, kierując
;
się sugestiami systematy,ki J. S. BySlironia - systematyki ,przeprowadzonej na podstawie socjologicznej. Już sam fakt, że systei
matyka Bystroniaoddziaływa
na układ i dobór materiału, można
l
:~
by poddać pod dyskus.ję;bardziej jednak należy się dziwić zmia}:
nom i modyfikacjom podziału Bystronia,wprowaidzonym
przez
I:'
redaktorów w Wyborach melodii. Tak na ,przykład zastanawia łą..•
czenie w jedną grupę pieśni :żołnierskich i ,balladowych, co wska- . ;.:'
zuje na zupełne pomie~zanie pojęć, ho przecież pieśni te pochodzą
z różnych okresów historycznych. Podohnie zastanawia łączenie
~.
w jedną grupę pieśni buntu i krzywdy - pieśni buntu są bowiem
znacznie młodsze niż pieśni opiewające niedolę. Rozumiemy doskonalepozanaukowe
cele i przeznaczenie śpiewników, ale nie
wydaje się, aby jakość selekcji można ;było tymi względami tłumaczyć.
Wobec takiego poziomu selekcji konie:czne\vydaje się zwrócenie uwagi na mafłą liczebność zbiorków. Wszystkie bowiem opu-

ł

i

41 M. S o b i e s k i, Wybór
melodii
ludowych,
cz. 1 i 2, PWM, Kraków 1955.
4" A. C h Y b i ń s k i, Od Tatr do Bałtyku,
cz. 1; Spieumik
krajoznawczy, Kraków 1950; cz. 2; Lud Polski gra, Kraków 1951.
43 J. S. B y s t roń,
Polska pieśń ludowa,
Biblioteka Narodowa Nr 26,
Kraków 1920.

blikowane w ostatnich dwóch latach melodie nie przekraczają
znacznie liczby tysiąca (mimo iż są rozłożone m. 15 tomów i zeszycików). Jest to więc ilość melodii niewiele większa od tej, którą
w okresie międzywojennym opublikował jeden tylko autor Władysław Skierkowski, w czterech zeszytach. Zwiększenie o,bjętości
zbiorów (pod względem ilości melodii) wydaje mi się bardzo wslmzane - jeżeli bowiem nie stać nas już na właściwą selekcję, należy
publikować jak najwięcej materiam.
Wewnętrzny układ zbiorków i podział materiału musi budzić
również poważne z:alstrzeżenia. Najogólniej można by wyróżnić
trzy rodzaje układu śpiewn~ków. Pierwszy, najbardziej konsekwentnie stosowany w serii redagowanej przez Annę Szweykowską, polega na podaniu całości materiału ,bez jakiegokolwiek podziału, bez wyróżnienia jakichkolwiek grup. Ten Todz:a:jukładu
przypomina zbiorki znane z okresu międzywojennego, zwłaszcza
naj;bliższe im w charakterze śpiewniki pod redakcją Karo~a Hławiczki 44. Dwa pozostałe ty.py układu stosują z,różnicowanie materiału na grupy. Może być ono do'konane na podstawie kryteriów
etnograficznych (podział według regionów lub funkcji) albo litera,ckich (według treści semantycznej tekstów) 45. Najczęściej jednak przy układzie zbiorków dostrzegamy pomieszanie tych dwóch
ostatnio wymienionych zasad, ·co właśnie tak bardzo przypomina
systematykę Bystronia. Można zatem powiedzieć, że jedyną, dość
konsekwentnie przestrzeganą zasadą j est unikanie przy podziale
kryteriów muzycznych. Na szczęście nie zawsze. Stwierdzają to
uwagi wstępne do pieśni z Warmii i Mazur 46, a także w pewnej
mierze układ zlbioru S o b i e s k i c h Szlakiem kozła lubuskiego ...
Tak wielka różnorodność w kryteriach podziału jest dość uZlasadniona wobec Zlróżnicowania tematyki śpiewników (pieśni pra,cy,
tańce, wybory melodii). Jednakże dość duże ro~bieżności nawet po44

szuby,

Biblioteczka

Świętokrzyskie,
45

Ł. K a

LubeLskie,

Podole,
fi i

K. H ł a w i c z k i (Śląsk,

pod redakcją

Regionalna

Krakowskie,

Kujawy,

Polesie,

Wołyń,

Mazowsze,

Kaliskie),

Katowice
1934-1938.
W. S k i e r k o w s k i,

e ó s k i, Pieśń ludu pomorskiego

...

Wileńskie,

op. cit.
46

M. S o b i e s k i, Pieśń

Warmii

Ka-

PodhaLe,

i MazlLr.

PWM, Kraków

1955.

�137

136
między zbiorami zbliżonymi w !charakterze m.usz~ budzić zdziw~er-ie. Jakkolwiek
bowiem podstawowym
Obowlązklem opracowuJącego zbiór porpuh1rny jest przede wszystkim
takie pod~nie materiału, które ułatwi czytelnikowi
orientację
i odszukame
poszcze~
gólnych pieśni, jednak nie wolno zapominać o tym,że u'~ład mUSl
być również logiczny i wyodrębniający
grupy wewnętrzme
zwarte.
Przedstawione
zaś w zbiorkach układy pieśni w wielu przypadkach
można by zastąpić ukl's.dami opartymi
na zupełnie innych kryt~riach a wewnętrzna
spoistość z:bioru na pewno na tym by me
ucier~iała.
Dowodzi to tylko powierzchowności
tych podziałó.w:
Przy kształtowaniu
nawet popularnego
zbioru nie spo.só~ !~rzec1~z
zapominać
o właściwościach
ms.iteriałowyc~,. ,c.zy~golm~J.: styhstycznych pieśni. Cennym nowatorstwem
dZISIeJszeJ epokI Jest doszukiwanie
się oddziaływania
czynników
ogólnokulturowych
na
muzykę. Właściwy, wiele wyjaśniający
jest podział p.ieśni ~edług
pozamuzycznych
kryteriów,
ale te kryteria muszą b?c trafme wybr:ane. Bardzo często jedna melodia jest zdetermmowana
przez
wiele pozamuzycznych
czynników
(taniec, charakter
~ekstu) w takich przypadkach
należy umieć wybrać ten decydu)ący cz~:
nik i według niego daną pieśń szeregować. Wewnętrzna
zwartosc
stylistyczna
wyróżnionych
grup musi tbyć w dużej mierze sprawdzianem wartości podziału.
Nie znaczy to :bynajmniej,
abyśmy postulowali
idee u~ła.du
opartego wyłącznie na kryteriach
:muzycznych. Mamy. pełną s~TIadomość, że podzral taki byłby nieco odmienny dla ka~dego ~blO:TU
i wymagaŁby bardzo wielkiego wkładu pracy - ~ WIęC ,~la zblOrów popularnych
wydawanych
seryjnie i w szybklm temple.byłb.y
nie do przyjęcia.
Chodzi jednak o to, a,by stosowa!~y. po~z:lał n~e
przecinał się zbyt jaskrawo ze z'różnicowaniem
włascI:V0sCI styhstycznych. Zdaję sobie sprawę, że stawiane przeze ~me V'~ymagania sa dość wysokie, jednakże autorzy, którympowlerzasl~
op~a~
cowa~ie zbiorów, powinni nie tylko znać materiał,
lecz ro.w.me~
umieć spojrzeć nań analitycznie
i syntetycznie.
O użytecznoScl za.s
tak redagowanych
z,biorów nie należy chyba nik~~o p:z:ko~ywa~.
Zbiór wewnetrznie
zróżnicowany
zgodnie z włascIWosclaml styLstycznymi,
b'yłbycenny
nie tylko dla pracowników
naukowych.

ale i dla amatorów. Orientacja
i odszukJa:nie melodii w tak zredagowanym zbiorze na pewno nie byłyby trudne, zwłaszcza dla muzyków czy to amatorów,
czy zawodowych,
dla których głównie
opra,cowywane
są 'te śpiewniki 47.
Pomimo wielu niepokojących
niedociągnięć
należy UZI1I3'Ć
omówione wydawnictwa
za ~nalczne osiągnięcie. Seria wydanych przez
PWM zbiorków przekonuje
nas, mimo swych braków, o nowych
założeniach,
tendencjach
i perspektywach
współczesnych
badań.
Dzięki bowiem dużej sieci a.utorów opracowujących
z.bio['!ki możemy oczekiwać, że będą się one uka:zywać w sposób ciągły, nie
spotykany u nas od cza;sów O~kara Kolherga mimo wielokrotnych
prób 48 i zapowiedzi.
Byłoby to zjawiskoc.o
najmniej
pożądane,
zwłaszcza gdy uświadomimy
sobie, że w krajach o poważnym dorohku muzykologiczn.o-etTIiografkznym
seryjne
pUlblik2Jcje materiałowe, redagowane
~bi.otrow.o, zaczęły się pojawiać
już przed
przeszło
pięćdziesięciu
laty 49. Wydane
przez PWM zbiorki są
zresztą w przeważającej
mierze wynikiem
pracy zespołowej.
Prace ,badaw.cze opubli:kowane w .o",tatnich la,t3JCh podkreślają
jeszcze wyraźniej przemiany
metodologiczne
i nowe perSlpektywy
badawcze polskiej etnografii muzycznej.
Reprezentują
je właściwie trzy pozycje 50; dwie monografie
regionalne
pieśni .ludowej
i jedna rozprawka
metodyczna
omawiJaJjąca zasady leksykalnego
47

Zbiór

(Szlakiem

melodi~ z

kozła

Ziemi

lubuskiego

Lubuskiej,

opracowany
przez Sobieskich
według właściwości taneczświetlicom i amatorom, dla których

.. '.j, ugrupowany

nych, odda chyba największe usługi
został zresztą przeznaczony.
48 J. S. B y s t r c'ń,
Pieśni
polskiego
Sląska
[z rękopisów Szramka
oraz dawnych zbiorów Cinciały i Rogera wydał i wstępem zaopatrzył, .. ],
PAU, Kraków 1934; J. L i g ę z a i S. M. S t o i ń s k i, Pieśni poLskiego
Sląska, cz, 2 [zebrali i opracowali ... J, PAU, Kraków 1938.
49 S l o v e n s k e
S p e v y [Kadava, Ruppeldt], 1880-1899.
50 A. C z e k a n o w s k a, Pieśń
ludowa Opoczyi~skiego
na He problematyki etnograficznej,
Studia Muzykologiczne, t. 5, Kraków 1956; A. W o z ac z y ń s k a, Pieśni kurpiowskie.
Ich struktura
i charakterystyka
w świetle
zbiorów W. Skierkowskiego,
Prace i Materiały Etnograf:!czne, t. 12, Wrocław
1956; A. R i e g e r, Zagadnienie
leksykaLnego
indeksowania
melodii Ludowych, "Lud", t. 42: 1956.

�139
138
porządkowania melodii. Dwie z tych prac redagowane są przez
etnografów 51, jedna przez muzykologów. Fakt ten można chyba
uważać za zewnętrzny wyraz zaszły ch przeobrażeń - dowodzi on
nawiązywania lwntaktów między etnogrclfami a muzykologami.
Z dwóch redagowanych przez etnografów prac rozprawka
Adama Riegera zdaje się zasługiwać na znacznie 'krótsze omówienie. Zagadnienie leksykalnego porządkowania meloldii ludowych
nie jest bowiem nowością nawet w polskiej etnog,rafii muz~cznej 52; było ono już omawiane w zbliżony sposób przed bhs~o
pięćdziesięciu laty. Trudno więc dopatrywać się w pracy Rl~gera osiągnięć współczesnej metodologii, jakkolwiek praca t13.maze
mieć znaczenie pomocnicze i oddać wielkie usługi przy porządkowaniu materiału.
Pomysłowość Riegera polega właściwie na przystosowaniu klu,cza indeksowego do określonego m18Jteriału,który ma porządkowac.
to znaczy na wypracowaniu nieco odmiennych wskazówek. indeksowych odnośnie zbiorów zamkniętych (publikowanych), na
przykład Kolberga, i ~b1orów otwartych wciąż napływających.
Zrozumienie specyfiki zadań i trlUdności wynik8Jjących przy porządkowaniu różnego typu materiałów oraz opracowanie 'Praktycznych wskalzówek ułatwiających odnośne prace ind~'~sowe naę
leży chyba podkreślić jaiko nowatorstwo Riegera. pomIJam oc:n
słuszności tego postępowania i ograniczam się tylko do podJkresleniaoryginalności
pomysłu Riegera. pozostałe natomias~ proje,kt?
autora, jak na przykłia,d podstawowa zasada grupowa'llla melodl1
o incipitach, składających się z dźwięków bardziej skupio~yc~
(o mniejszych odległościach interwałowych)
przed melodla~l
operującymi większymi interwałami, i wiele innych pomysłow
Riegera znajduje swe odpowiedniki we wcześniejszej literaturze
muzykologicznej

53.

51 Redakcja
etnograficzna ponadto przygotowuje
do druku opracowanie
korespondencji
Oskara Kolberga w ujęciu M. Turczynowiczow~j.
52 A. C h y b i ń s k i, O metodach
zbierania
i porządkowanta
melodyj

.,Lud", t. 13: 1907, s. 1-31.
.'
A. C h y b i ń s k i, O m.etodach zbierania
i porządkowama
metodYJ
ludowych
... O. K o 11 e r, Welche ist die beste Methode um die VoLks- und

ludowych,
53

Nowatorski wydaje mi się równieżZ:SJrysowany,choć dotąd nie
o~racowany przez Riegera, projekt indeksu uwzględniający zarown~ elementy ~el~~yczne, jak i rytmiczne 54. Obawiam się jednak, ze przy reah.zacJI tego pomysłu nie utrzym::&gt;łby się projektodawca .na pozycJach porządkowan~a leks)'1kograficznego, któr2
po~tuluJe. Pr:~p~sz.czam, że byłby to raczej układ systematyczny,
ktory, w _~drozmemu od pierwszego, nazywa Bela Bartók grama ...
tycznym "".
Drugą pracą wydaną przez Polskie Towa'rzystwo Ludoznawcze
jest monografia regionalna pieśni kurpiowskich pod szczegółowym
podtyt.ułem Struktura pieśni kurpiowskiej. Autorką tej pracy jest
A~ntomna W ~ z '3. C z Yń .sk.a. Podkreślić należy, że praca ta jest
pIerwsz~~ WIększym uJę'clem ,b3.dawczym tego typu w polskiej
e:nografll muzycznej i dlatego jej ocena metodyczna oraz ustale~:e stosun.ku .do zbliżonych w charakterze publikacji innych kiraJOw wydaje SIę bardzo ,potrzebna.
,O.c:zywiście przy uwzględnieniu literatury pozapolskiej trudno
mOWICa pełnym nowatorstwie pra1cy Wozaczyńskiej. W lj,teratu~ze europejskiej nie brak monografii regionalnych, czy to omllWiaJ;~ych muzykę ludo:vą mniejszych grup 56, czy też :bardzo tno\'; 'Y ch dla lat dwudZIestych i trzydziestych naszego wieku mon ')grafii pieśni ludowych całych narOidów 57.
voLksmiiss'i~en

Melodien

nach

ihren

musikaLischen,

nicht

textLichen,

Be-

schaffen~~tte~,
LexikaLisch zu ordnen, SIMG, 1902-1903, s. 1-15; L K l' o h n.
WeLch.e ~s" dte beste Methode um die VoLks- und voLksmiissigen
MeLodien
nacho ~hren musikaLischen,
ordnen, SIMG, 1901-1903,

nicht

textLichen,

Beschaffenheiten

LexikaLisch

Z1L

s. 643-661.
54. Projekt
został przedłożony na Międzynarodowy
Kongres Muzyki LudoweJ w W:rtenberdze
i Stuttgarcie
w lipcu 1956 r
55'
.
. B. B a l' t o k, Serbo-Croatian
FoLk Songs, New York 1951 s 14
5:, B. B a l' t ó k, Votksmusik
der Rumanen
von Maramures'
~un~hen
1923':.' F B o s e, T ypen d er VoLksmusik in KareLien, AfMf Jg. III:' 1938.
.
o, B. B a r t ó k, Das
ung'arische
VoLksLied, Berlin 1925' W B i e 1a J'e w
BIel
k'
oruss .a]a narodnaja
muzyka,
Moskwa 1940; L K l' o h' n . Die finnische ,
Votks
•.
'"
must,'k "Benchte
aus dem Institut fUr Finnlandskunde ' der Univers;taG Greifswald"
Meft 9' . .'1935',. J M"u 11 e l' - B 1 a t t a u, "Das Deutsche
..,
Volkslied", Berlin 1932.

�141

140
Nowatorskość metodyczna pracy Wozaczyńskiej mogłaby się
zresztą utrzymać nawet przy uwzględnieniu literatury pOZi3.ipolskiej. Jednakże miałoby to miejsce tylko w tym pr~ypadk.u gdyby
śmiałe założenia i postulaty autorki zostały w pełm zreahzo.wane,
tzn. gdyby przedstawiono wyniki zapowiadanych na wstt~'ple badań nad oddziaływaniem struktury tekstowej na muzy.cZiDą,g~yb,~
rzestudiowano
zgodnie z pierwotnymi
zamiaraml, zaleznosc
P
,
'b t '
f01rmy tekstu od jego treści. Ujęcie tej .problemat~ki w sposo, aR
całokształtny jest nowością w liteI12.lturzeetnograflczno-muzykO'logicznej. Chociaż howiem Hans Mer~m~nn ~8, już na. pocz~ oku l~
dwudziestych naszego stulecia, pOŚWlęClłwlele uwagl wząJem~y
stosunkom treści i formy w muzyce ludowej, to jednak ogramczył
się on tylko do rozważania zjawisk autonomicz.nie muz~c,znych,
nie uwzględnia'jąc konstruktywnego oddziaływamacz~nmkow
pozamuzycznych. Bela Bs"rtó:kz ,kolei ro'zpatrzył korelacJe str~k.tury
tekstowej z muzy'czną 59, ale zagadnieniemsto&gt;sunku
tresCl ~o
formy w ogóle się nie zajmował. Tak więc z tego rodz~]u
założeniami spotykamy się po Taz pierWl5zy w pI1BIC~Antonmy
Wozaczyńskiej. Niestety sł3lby materiał dowodowy, meprzekonywająco potwierdzający te śmiało postawione te.zy, powstrzyu:ał
amtorkę przed przedstawieniem wyników, prze~ pełnym rozwazeniem tak ciekawej i nowatorskiej problematyki.
.
Wydaje się, że autorka niekonsekwentnie ~ ~iesłusz~le zrezy~
gnowała z przedstawienia negatywnych wymko.w a~ahzy~ gd~z
lDakreśliwszy szeroko prablematYlkę pracy ro~wa~~ła Je~Yllle m€które fragmenta,ryczne korelacje, jaJk np. zaleznoscl porrnędzy ro~miarami :struktury tekstowej i muzycznej 60. Są to bezsprzeczme
58

schung

H. M e r s m a u u,

einer

musilcaLischen

r
VoLksliedfo -

.Archiv fur Musikwissenschaft",
Jb. 1922-1924.
.
B a r t ó k Das ungarische
VoLksLied, Berlin 1925; t e u z e, VoL~sd'er Rumiine~ von lI1aramures, lVlunchen 1923; t e n ż e, Serbo-Croatwn

50 ~

musik

GrundLagcn

,.

FoLk Songs New York,

1951.
.'
.
Wozaczyńska wykazuje. że wiersze ośmiogłos.kowe w:~zą :;ę z m~~
ł'
'arami melodi'
zaś w przypadku
wydłuzen~a hnn m~lodyczn-J
ymtrl rozml
wewną+rz w''iersza różnego typu powtórzenia
i refreny. Anados' zegamy
v"
.'
.
h ziawl'sk u'e stwierdzamy w obrebie struktur operuJących WlerJ'
.
l oglcznyc
szem o większej ilości zgłosek.
GO

obserwacje ważkie i ciekawe, ale czy możemy na nich poprzestać?
Jeszcze bardziej istotne wydaje mi się rozpatrzenie stosunkó·w pomiędzy środkami kształtującymi obydwa t)'lPYstruktury. Na przykład przestudiowanie, w jakiej zależności wzajemnej pozostają
powtórzenie tekstowe i muzyczne - uzupełnienie czy kontrast.
Korelacje te przedstawiają się różnorodnie w poszczególnych typach pieśni. Położenie większego nacisku na hadaniJa porównawcze
nad środkami kształtującymi wydaje mi się szczególnie ważne dla
ma teriału polskiego - a to z tego względu, że zasady tektoniczne
w fi.s'·szym materiale są wyraźnie skrystalizowane.
Znaczenie
badań nad stosunkami i wzajemnymocldziaływaniem
tekstu i muzyki jest chyba tym większe, że na ich podstawie będziemy mogli
nareszcie uchwycić oddziaływania czynników treśdowych
na
struk turalne.
Pomimo wszystkich tych niedociągnięć sama zasada uwzględnienia kształtującej roli czynników ,pozamuzycznych jest bardzo
godna uznania.
Na zakończenie omówienia pracy Wozaczyńs:kiej warto się jednak zastanowić, czy wybór,a tym samym ograniczenie się tylko
do ra~patrzenia roli jednego czynnika pOZJamuzycznego(struktury
tekstowej), jest właściwy. Rozważania te nasuwają się szczególnie
wobec konieczności rozpatrzenia zależności słowno-muzycznych.
\Vynik ten powinienzohowiązywać do uwzględnienia innych, pozamuzycznych czynni,ków oddziaływujących na melodię, np. czynności ruchowych (tanie:::, kołysanie, marsz), intonacji mowy.
O zróżnicowaniu stylistycznym muzyki ludowej decydować
mogą różne czynniki pozamuzyczne, na co zwraca uwagę Bela
Bartók. Tak na przykład w muzyce rumuńskiej zróżnicowa..."liestylistyczne jest przede wszystkim potwierdzeniem podziału pieśni
według ich funkcji 61 (okoliczności towalI"zyszących), co wskazywałoby na ogromne znaczenie konstruktywne tych czynników.
W muzyce węgierskiej jest natomiast inaczej: zróżnicowanie stylistyczne (muzyczne) koreluje w pewnym stopniu ze zróżnicowaniem wł2.,ściwości wersyfikacyjnych, a więc dowodzi kształtującej
Gl

B a r t ó k, VoLksmusik

der

Rumiinen

von

Ma.ramures,

s. 11.

�143
142
roli t~go czynnika, Jak te sprawy przedstawiają się w muzyce polskiej, nie jesteśmy na razie w pełni zorientowani. Musimy wobec
tego .rozpatrywać
oddziaływanie
czynników pozamuzycznych
w sposób możliwie wszechstronny. Nie należy się jednak tych cząstkowych lub negatywnych wyników ob3wiać.
O jednostronności
ujęcia Wozaczyńskiej zadecydowała jej
metoda la1nalizy, rozważająca momenty muzyczne w iwlacji. Postępując w ten sposób zatraciła bowiem autorka orientację we wzajemnym uwarunkowaniu elementów. Zabrły się jej praw~dłowości konstrukcyjne, wobec czego nie dostrzegała wielu oddziaływających na strukturę muzyczną czynników zewnętrznych.
Ostlatnia z większych pra'c 62 jest redagowana przez muzykologów. Praca ta, jakikolwiek jest również monografią regionalną,
różni się od opracowaJnia Wozaczyńskiej. Różnicę .podkreśla już
sam tytuł, "Pieśi'L ludowa Opoczyńskiego na tle problematyki etnograficznej", wskazujący, że celem pracy jest nie tyle rozważanie
szezegółowych zagadnień strukturalnych
i nie problem stosunku
treści do formy, ile rozpatrzenie zjawisk muzycznych w perspektywie etnograficznej, historycznej. Zestawiając te dwie prace
trudno nie podJkreślić humorystycznego momentu, że praca re~agowana przez etnografów rozważa pierwszoplanowo zagadnienia
teoriopoznawcze, b3.!rdzoważkie dla muzykologów, zaś praca redagowana przez muzykologów jest przede wszystkim etnograficzna.
Mimo tych odręhności obydw:e monografie regionalnedowodzą jasno, że izola'cja od pro'blematyki etnograficznej nie jest już
cechą współczesnych badań nad muzyką ludową. Ws1{!azywJ.łoby
to istotnie na nowe założenia metodologiczne, nowe ambicje i perspektywy współczesnej etnografii mu~ycznej. W polskiej etnografii muzycznej, podobnie jak i w krajach Europy ""schodnie),
ma ta orientacja etnograficzna zna'czenie szczególne ze względu na
doniosłość metod etnograficznych, tak nieodzownych przy określaniu przeważającej
ilości materiału nie udo,kumentowanego
źródłowo,
Jakkolwiek osiągnięcia ostatnich dwóch lat llSip3wają nas pew62

C z e k a n o w s k a, op, cit,

nym optymizmem, to jednak ogólnstan
b
"
..
grafii muzycznej musimy J'e
y
.adan w polsklej etno,
'
szcze raz uznac za ,b d
..'
Upwma
sie to zwłaszc~a prz y porownamu
.
' naszy ar
"
h zo
' opoznlOny.
" .
robklem
innych krajów w te'J d Zle
. dZlme
. . W sWletle
. ~ OSlągmęc
z .do,
t g'
nama przekonujemy się , z'
e
"
d
k
.
e
o
'poro'R'. mlmo 0" onanego
kł d
ska etnografia muz
W a u pracy pol,
yczna w stosunku do n k' .'
"
przedstawia się korzystnieJ'
,. t'
au l sw latoweJ me
,
"mz
o mlało miej'
dZlesioleciu , międzywoJ' en nym. R ozwOJ
. . naszej, sce
et nawet
g f" w dwunej postępuje na 'OGółwoln'e'
"l' l w wlel'
,
no ra 11 muzyczl:&gt;
l J amze
'd'
krajach. Ten niepokojący stan rzecz
' u ,sąsla u)ąc?,ch z nami
rza, tymbardzieJ'że
prze' "
kY ~USl Slę,domagac komentaClez w
reSle kształt
"
,
nad muzyką ludową w
"d"
' owaillla Slę badań
,
.szeso zlesHj!tych do ..'
d'
,
tach ubiegłego stulecia przodowaliśm
"
o::&gt;lemzleslątych laEuropie. Czymże WięC n l ~ tł,
Y pod tym względem w całej
.
'
a ezy , umaczyć te
'
k'
l upadek, które ;nastąpl'ły po" , ,
n mepa o)ący zastój
,
' zl1'leJ a trwaJ'ą 'd
dz"
wledzieć na to 'pybnl'e
,,'
az ,a
lS? Aby odpo,muslmy przede
tł '
robek polskieJ' etnograf,"
.
"
wszys elm rozpatrzyć den muzycznej w pe ' kt
'
'
w różnych okresach.
'
rspe yWle hlstorycznej,
n

°

Gl

. Na podstawie takiego prze l du 'd
'
ze upadek polskiej' etnog f" g ą
Oc~odzlmy do :przekonania,
ra n muzycznej roz
. ..
przełomie XIX i XX
L
,poczyna
Slę JUZ na
w. ata te dla wielu kra' . (R '
Austria, Węgry Czechy Sł
'
,
,Jow
oSJa, Niemcy,
,
,0waiCJa
Fmlandla S
'
nową erę etnografii mU7yczne' N'
"zwecJa)
oznaczają
, ,
~
J. a przełoillle XIX ' XX
cz~na,Ją slębadania zorganizowane, systemat czn 6~
w.~ozpomorkl pracy zespołowe' J na d muzyką ludowąy 64 e, l powstają ko'
ractwo dyskusJ' e met d
' panowane zble"
o yczne nad dok
t"
mem 65, wreszcie an1Tiet
'
umen aCJą 1 opracowa,~ 'Y, ro~prawy metodyczne 66 l' 'k
6
' .ongresy.
3 Prace
K ,.,K MUSt'k -Prufungs-Kommissi
..
b'
'
adama na Wegrzech promad
on, Wlen rca 1900]; zespalow"
Ak "
.
"
zone przez' Vika
B l
o,a, Bartóka Belę (1904-1918) K
'
ra
e ę (1898-1910), Garay
(1911-1914),
' odallya Zoltana (od 1904), Lajtha Laszlo
6"...e
N;
i
uwzględniam
w tym artykule bad .
l dla Lego nie wskazuję na rozwijają
,
an nad muzyką egzotyczną
Og"l Porównawczej
i Arf'h'
ce S,lę w tych latach ośrodki Muzyko65 E K
,- ,wa Fonograficzne
tych placówek
,
ann-Nowlkowag
"
..
'
6:; A. C h y b i 11 s k:
O m t', dwg/emJa Ltmewa, Moskwa 1952, s, 10-16,
l d
. ",
e o ac t zb-e
'
.
u owych, "Lud", t. 13 : 1907 s 1-3 . ' rama t porzqdkowania
melodyj
"
1, O, Koller,
op, cit,; L Krohn,

�145
144

.
. . l dem badań bardzo zaawansowaW niektórych krapch, pod wzg ę.
nawet specj'aJne komisje toetnografia
muzyczna
uzyskuJe
.
ny ch ,
.
h 67 . własneperlo . dY'k'•.68
warzystw naukowy c
.l
ar
czna zdobywa sobie na pouz
W wielu kraj.ach etnogr lda.ml
dyscy~pliny naukowej. Jej
rawa samo ZJeneJ
.
.'
czątku X X w. P
,
..'
łu.guJ·ą na lekceważen:e. Na).
.
b
d
cze
rownlez
nle
zas
osiąO"męcla a aw
.
. O"raficzne69 l. nab
.'
h kali są liczne prace monob
lepszym dowodem IC S.
,. b dań dostrzega:rny przede
,
t Y 70 powaznv rozwoJa·
wet praby syn ez
'"
kt 'ch
są one łatwiejsze do przewszystkim w tych kraJach,. w · Odry Niemczech i Czechach (już
·
więc na przy k 1a w
.
p~awa d zema, a .'
"'.'
tych krajów dysponuJe
nie w Słowa.cji). Etnografla mLl~~c~a '(np :st1ail"ych
śpiewniików
.
"1 "
dawnych ZuloroW . '..
.
bowiem wle1!ką lasclą
.
l tże
podają mateTlał
h) kt 're ponadto maJą tę za, e ę, ~
użytkowyc . ,o.
. 71 J .dnocześnie jednak dostrzegamy
określony chronologlczme '. e ..
.
r07Jkwit
ogromny
.- badań w Fmlandn.

!

I

v

d' VoLks- und voLksmiisSige lVIeLodien
die beste lVIetho~e um
;e n n BesehGffenheiten texikaHsen z.u
musikaHsehen nteht text te. e
S c h e u l e e r, WeLehe ist dte
ordnen,
SIMG, 1900-1901, s. 63:--6~~~mii~Sigen
lVIeLodien naeh ihren mubeste lVIethode um die VoLks- un VOn ffenheiten
IexikaLisen
zu
ordnen
B
sikaLisehen
nieM
textLiehen
esc a

WeLene ist
na ch ihren

w

.0
raficznego (Geograficzeskowo obPieśni Towarzyst:va. Ge g. t h lat XIX w.; Komisja Mut
burgu od oSlemdZ1eslą yc.
..
U'
rsyszczestwa) w Pe ers
l l
Etnograficzeskaja
KomiSSI]a)
mwe
raf"czna
(MuzY w no- .
zyczno- Etnog~:
902
.
tetu Moskiewskiego c·d r. 1 .. " Zeits.chrift
fur seine Kenntms
und
6B
Das Deutsche
Volkslled.
1
Etnograficzesko]' Komissii I Mo"
T d Muzvka no..
pile"e [... l od 1B99; " fU Y
".
906 . Zeitschrift des Vereines fur
U.
rsiteta" Moskwa od 1
r., "
skowskowo
mwe
,
Volkslwnde", Berlin od 1~94 r. t und die Entstehung
der geistlichen VoLks69 IKr
o h n, Ober dte Ar
l . k' 1899' t e n ż e, De la m"l.
d J
al" t 16 He sm I,
1901
meLodien, "Finnlan
- ourn
','
, . Laire finnoise
SIMG, 1900,
. 5 te·mps dans la mUS1que popu
'

(preisfrage).
67

Komisja

b

sure a

s. 142-147.
70 1. Kro

VolksmeLoh n, Ober ,dte typ·
II III KIM G 1909 O. S c h n ell, Das
bt'l
gen A I und A
,
'
dien in den A ei un._
ur Volkskunde, t. 3, Leipzig 1908.
.
VoLkslied, [wl Handbucher z
.
_l
przykład: Das Locheimer LteT tak'e zbIOry ]a &lt;: na
n'm
71 lVI'3.mtu na mys I
.
"
h (1470-14BO), das Hans Joac t
'" (
1460) das Rostocker L1ederbuc
derbucro ca
,
Masers Liederbuch (XVI w.).
,

;schen

lVIerkmaLe

der finnischen

Jak więc widzimy, XX w. rozpoczyna naprawdę nową erę
etnografii muzycznej w Europie. W Polsce natomialst nie sposób
mówić o tego rodzaju przeobrażeniach. Chociaż polski muzykolog
Adolf Chybiński uczestniczy w kongres3. ch muzycznych omawiających zagadnienia muzyki ludowej 72 obok takich autorytetów etnografii, jak Ilmari Krohn, Ottoh:ar Hostinsky, Eugenia Liniewa czy Filaret Kołessa, chociaż rozlprawka metodyczna
Chybińskiego z 1907 r. wskazuje na oczytanie autora w literaturze przedmiotu, a nawe,t w stosunku do osiągnięć Krohna i Oswalda Kollera jest pewnym 'krokiem naprzód - to jednak na
ogólnym poziomie badań nad muzyką ludową erudycja i kontakty Chybińs:kiego nie odbijają się zupełnie.
W polskiej etnografii muzycznej utrzymuje się wciąż mit indywidualnych osiągnięć Oskara Kolberga. Zupełnie nie dostrzega
się tego drobnego faktu, że ten genialny b3.dacz działał jak zorganizowany zespół i tylko dzięki tak wielostronnej, systematycznie
rozplanowanej akcji, opartej na pomocy współpracowników i korespondentów, możliwe były zdumiewające rozmiary jego dorobku.
W stosunku do innych dziedzin etnografii dział muzykologiczny zaczyna powstawać w tyle już bezpośrednio po śmierci
Kolberga, a zwłaszcz/3,od początku XX w. Imponująco rozwinięte
w tym okresie czasopisma i periodyki materiałowe etnograficzne
corc,z mniej podają dokumentacji muzyki ludovvej; jeszcze mniej
korzystnie przedstawia się sprawa zbiorów osobnych, tak przecież licznych w XIX w. 73. Wiek XX rozpoczyna dla polskiej etnografii muzycznej erę przyczynkarstwa, p8.nującego w okresach
późniejszych aż po pierwsze lata powojenne. Są to zarówno drobne przyczynki om:wviające 74, jl&amp;:ki drobiazgi l11CJ.teriałowe
75.
Poziom dokumentacji tych drobnych i rozproszonych zapisów mul

A. C h y b ~ń s k i, Etnografia
muzyczna
na III kongresie muzycznym
"Lud", t. 14 : 1910, s. 160-178.
,;j W
tym okresie liczniej ukazują się jedyne materialy z mało dotąd
znanych obszarów: Śląska Cieszyńskiego i Pomorza. Należy podkreślić poważn{) zasługi pod tym względem redaktorów
regionalnych czasopism, jak
"Gwiazdki Cieszyńskiej", "Zarania Śląskiego" ~ "Gryfa Pomorskiego".
,ł J. E k ker
t, Węgierskie meLodie Ludowe w naszej pieśni Ludowej,
72

We Wiedniu,

10 "Lud"

t. XLIII

�147

146
zycznych z początku XX w. nie tylko nie dowodzi~ad~ych
postępów badawczych w tej dziedzinie, lecz ~ręcz ~rzeclwm1e, w~kazuje na poważne zacofanie nawet w po,ro','mamu z Koloergiem.
polskie życie naukowe nie okazuje również w tych ..1a~tac~
zainteresowań
dla badań na,d muzyką ludową. W rozwipJąceJ
się Akademii Umiejętności,
subwencjonującej
swe~o czasu. p1~blikacje Kolberga, nie ma komisji dla spraw muzykl ludoweJ, me
m::&gt; jakiegokolwiek
fachowego czasopisma poświęconego tej problematyce. Nie 11113. ich zresztą i do dnia dzisiejszego. ..
Stosunek pierwszych polskich katedr muzykologl'~, :utworzo~
nych w drugiej i trzeciej dekadzie XX w. do. za~admen muzykl
ludowej może budzić również poważne zastrzezema. Ns'wet Adolf
Chybiński, mimo swych zainteresowań
i zro~.umien~a dla problematyki etnograficznej,
lek'ceważy ją i pom~J.a.. NaJle~szym ~eg.o
dowodem jest fakt, że nikt z uczniów Chybmsklego ~le specJal~zuje się w tej dziedzinie (Bronisława Wójcik-Keupruha~owa
za~mująsięzagadnieniami
muzyki ludowejty,ko bardzo margmes0:V0)',6.
Ten niepokojący stan zaniedbania
etnografii muzyczneJ nie
ulega wyraźnej poprawie nawet po tpowstEJ~iu .Region.alnego Archiwum Fonograficznego
i Ośrodka Poznansklego,
kierowanych
przez Łucjana KJamieńskiego, czy placówki prowadzonej
przez
Juliana Pulikowskiego
j'&amp;kkolwiek od tego czasu rozpoczymuje się system::ltyczne zdjęcia fonograficzne" 1 próby opracowań ,3.
"Lud", t. 14; 1908, s. 326-329;

L. M ł y n e k, Uwagi

nad pieśniami

Ludu wie-

Lud", t. 3: 1897, s. 347-368.
7;; ~. ~(o w e r s k a, Nowa pieś?l. Ludowa
[podała .. ·1. "Wisła", t. 14 : 190~,
s. 757; J. Milewska,
Kocysanki
z Ciechanowskiego
[przed~tawła ... J'
,. ła" t 15' 1901 s, 17-26' H. S a r n o w s k a, Pieśni na okręznem (pow.

Lickiego

w 15

~'

'o

.,

'

Gostyf,) [podała ... ], "W~sła", t. 14 : 1900, s. 72.
.
70 B.
W ó j c i k - K e u P r u l i a n o w a, Muzyka
Ludowa,
[vv] Wledza
o polsce, t. III, War3Zawa 1932, s. 437-446; t a ż e, poLska :n~zuka Ludowa,
Lud ScowiU1'tski, t. III, Kraków 1933; t a ż e, ELementy rytrmk1 Ludowe] polw muzyce Chopina, Lwów 1936.
•• W latach wcześniejszych (już mn;,ej więcej od roku 1910) prowadzo~o
zapisy fonograficz.ne na trochę większ.ą skalę tylko pny ~uzeum Tatrzanskim w Zakopanem dzięki inicjatywie Juliusza ZborowskH;go,
78 B.
C z Yż y k o w s k a, Wiwaty
wielkopolskie
[nie drukowane],
Po-

skiej
!
"

Mała. ~fektywnoś.ć badań kształtujących
się ośrodków musi być
całkowIcle zrozumlab
wobec fatalnego poziomu szkolenia uniwersyteck~ego
W.
zakresie
etnografii
muzycznej,
panującego
w d:v~dlz:est~leclU. :A~i bowiem. Adolf Chybiński, ani Łucjan
Kamlens,u me stawlaJą nauczama tego przedmiotu
na właściwym poziomie. U AdolJi3J Chybiń~kiego zaniedbanie
etnografii
jest naturalną
konsekwencję
skoncentrowania
się nad historią
dawnej muzyki polsJkiej, czego zresztą najlepiej dowodzi bibliografia prac jego i jego szkoły - jedyne 'Prace dyplomowe uczni?w Chybińskiego, dotyczą1ce muzyki ludowej, nie zostały opubll~ov~ane. 79. Dlaczego zaś Łucji2.1DKamieński, 'Przy swoim oczytamu l zamteresowaniach
muzyką ludową, nie był w stanie właści,:ie i naukowo wrganizować 'tej dyscypliny, tego na 'razie nie
mozem.y wyjaś~ić. Jednakże pierwsze syntetyczne ujęcie polskiej
muzykI ludoweJ wychodzi spod pióra etnografa a nie etno-muzykologa. Autorem tej syntezy jest Kazimierz Moszyński w dziele
"Kultura Ludowa Słowian", Tom II, Kraków 1939.
Fatalny system s~kolenia uniwersyteokiego
jest więc,obok
bezplanowości i chałUlpniczych metod badań, następną z podsta~owych .przy'cz)'11 naszego zacofania. A trzeha uczciwie przyznać,
Le. ten medoskonały
system szkoleniowy utrzymuJ' e sie• w duże"'J
.
mierze J~sz;cz~ do dnia ,dz!siejszego. Jeszcze bowiem w obecnym
programIe um~er~yteckim
nie ma wykładu monograficznego, nie
rna powszechme obowiązującego, metodycznego wy'kł!aidu, nie mC'.
,:eminari~rnczy
'ko~.serwatorium,
nie pisze sięwłaśdwie
prac
l refe.ratow.
Czy moze wobec tego dziwić kompromitujący
poziom
badan? W,airto zdać sobie z tego wreszcie sprawę, że program
znań
19"8'
•. "PoJechał
.
",
,~ '. W . Kandulsk'
l, M ono gra f'":,a 'Ptesm
pan z chartami
La pole' [me ~rukowaneJ, Poznań 1939; K. P a ł u b i c k i, Monografia
pieśni
"Na :'odolu
bwty kamie?i" [nie drukowane],
Poznań 1937; J. P i e t r us z y n s k a, Dudy wielkopoLskie, Poznań 1936.
. ' 7' W, B a g a rów n a, Studium
o obe7'ku (obertas;e) na podstawie zbio~01V Oskara
Kolberga
[nie drukowan:::], Lwów 1932; J. J. D li n i c z, StulU~~
o polonezie na podstawie zbiorów Oskm'Q KoLberga [nie drul{Owane]
L\vow
193')'
,
.
~,. T G ł o d Z J,.n s I'(l, StudIUm
o krakcwiaku
na podstawie
zbio- '
row Oskara Kolberg,a, [nie drukowane], Lwów 1933.
10'

�149

148
szkoleniowy obejmuje wciąż tylko ćwiczenia solfeżowe :' zakresie muzyki ludowej i wykład referujący fragmenty k1ll:u starych 'podręczników 80 oraz popularne, polskie artykuły, k~ore bez
trudu mogły być tylko lekturą obowiązującą 81. Wobec takiego ~oziomu nauczania nie mO'że nas chyba dziwić i brak podręczmka
etnonafii muzycznej. Jeśli bowiem nie stać nas na systematyczny
wszeOchstronny wykład kursowy, to czyż może być ~o:va. ~ 'P0dreczniku? Podobnie nie sposób dziwić się minimalne) 1losCl pr~c
b~dawczych, wobec nie uwz,ględnienia przez progrl2.ID na~czama
wykładów monograficznych i metodycznych. A potrzeba J~sn~go
postawienia problemu metody badań w ·ramach s~~o~enl~ Jest
., p aląca . Wobec zaszłych zarówno w etnogrla,fll, Jak
przeClez
. l mu._
zykologii przemian metodologicznych warto te sprawy Jasn~. po
stawić. 'Warto przede wszystkim określić stosunek ~tnografll ~o
innych dyscyplin, jej ,problematykę, zakre~ przed~lotu, z~dama
i cele. Warto wreszcie wyjaśnić, j.a!krozumlemy wlelokTotme postulowane historyczne ujmowanie zjawisk Pod tym względem
~
również poważne pomieszanie pojęć.
Panu"e
.
OJ niedomacraniach systemu 52Jkolenlowego
'Przek onu J'e 'Przed'"~
wszystkim wielokrotnie podkreślana mał~ lic.zebność i stan 'kwalifikacji pracowników naukowych tej dZiedzlll~. Trzeb~ sz:z.erz~
przyznać, że etnografia muzyc~na. j:s.t dyscyph~ą ..~ '~aJmcrmeJ~z~J
popularności, pomimo atrakcYJnoscl l aktualn~scl Je) zab.adm~n~
A ponadto na specjalizację tę udają się na ogoł ka.~dydacl mmej
uzdolnieni, odrzuceni przez inne działy muzykologu.
.
W obliczu wykazanych braków i niedomagań 'powst~J~ zasadnicze pytanie: jak przeciwdziałać ~err:u stanowi rz~czy. l ~ak u~~=
skonalić system szkolenia? Odpowledz na to. pytam~ me Jes~ Pne'
sta. Trudność rozwiązania polega na tym, ze :' te) pogra~.cz
J
dziedzinie konieczne jest zarówno wykształc~llle ~uzykoloblczne,
jak i etnograficzne. Problema1tyka przedmlOtu Jest, zwłaszcza
.

~
il.

80

W. D a n c ker

Vergleichende
81

J . l. "1
IV.

t,

Das

europiiische

Musikwissenschaft,

S o b i e s c y , Pieśń

zyczny", Łódź 1947-1949.

VoLkslied, Berlin 1939; R. L a c h,

Wien-Leipz'g
Ludowa

przy jego dzisiejszym ujmowaniu, w dużej mierze etnograficzna
~ metody opracowania materiału wym2.gają natomiast przygotowania muzykologicznego. Należy więc studiującemu jedną z dyscyplin ułatwić dokszta:łcenie się w drugiej, zarysować pełną problematykę, wykazać powiązania pomiędzy dyscyplinami. Ale
która z dyscyplin ma być zasadnicza, a ,która uzupełniająca? Czy
etnografia muzyczllla ma być przedmiotem etnografii ogólnej,
czy też tradycyjnym zwyczajem muzykologii? Wydaje mi się, że
odpowiedzi na to pytanie na razie dać nie można z tego względu,
że poza krótką aktywnością ośrodka wileńskiego w latach trzydziestych nie znamy faktu szkolenia etno-muzykologów przy katedrze etnografii. Na podstawie znajomości historii dyscypliny można
natomiast powiedzieć, że etnografia muzyczna, rozwijana przez
muzykologów czy też nawet muzyków, może czynić poważne
postępy, jednakże tylko wtedy, gdy zajmujących się nią znamionuje wielostronne, a zwłaszcza 'Socjologiczne i historyczne wykształcenie 82. lzolacjia etnografii muzycznej od muzykologii nie
wydaje mi się właściwa, gdyż ucierpi na tym nasza interpretacja
historii muzyJki. Bez znajomości form, środków konstrukcyjnych
i praw rozwojowych muzyki ludowej nigdy przecież nie zinterpretujemy właściwie twórczości kompozytoirskiej, nawiązującej
do folkloru, nie zrozumiemy istoty i nie wykryjemy kryteriów
stylu narodowego. Z drugiej strony hez znajomości niektórych
zwhszcza działów historii muzyki, omawiających na przykład zagadnienie chorału, średniowieczną pieśń świecką czy muzykę taneczną XVI-XVII wieku, nie zrozumiemy i nie schronologizujemy muzyki ludowej znanej nam z ZJa,pisówwieku XIX i współczesnych.
Kończąc omowlenie badań ostatniego dziesięciolecia wado
sprecyzować nasze konkretne zamierzenia i perspektywy badawcze na lata najbliższe. Wobec wykazanego opóźnienia polskiej
etnografii muzycznej wydaje się oczywiste, że musimy posłużyć

i jej

1924.
probLemy,

.
"Poradmk

82

Mu-

B. B a r t ó k, Serbo-Croatian

m a n n.

Grundlagen

IVIusikwissenschaft",

einer

Folk

musikalischen

Jb. 1922-1924.

Songs, New York
VoLksliedforschung,

1951; H. M e r s"Archiv
fUl"

�150

li

r

.f,
l

151

się obecnie środkami jak najbardziej nowoczesnymi, umożliwiającymi nadrobienie ogromnych zaległości. Wytycznymi są przede
wszystkim planowość i systematyczność pracy, a ponadto wobec
różnorodności ma teriału bada-nego, przystosowsnie metod do właściwości poszczególnych jego rodzajów. Tak na przykład należy
zdawać sobie z tego spra\vę, że inaczej musimy kształtować tematykę opracowań rozw3'żających materiał łatwy do klasyfikacji historycznej (pieśni historyczne, materiał 'podany w dawnych źródłach, twórczość znajdującą się pod wyrażnymi wpływami muzyki
szkolonej, określonej chronologicznie), a inaczej pra:c omawiających
muzykę której schronologizowanie musi być :bardzo względne.
W pierwszym typie PT!SIC możemy posłużyć się metodami
w dużej mierze wypracowanymi przez etnografię muzyczną niemiecką i czeską, specyfikującymi tematykę według przynależności historycznej badanego materiału: to znaczy typizowaćzaglsidnienia w sposób zbliżony jak w historii muzyki 83. Przy przeważa1jącej jednak ilości materiału taka ,typizacja zagadnień jest niestety niemożliwa, wobec czego musimy kształtować tematy w sposób analogiczny jak w etnografii, to znaczy według przynależności terytorialnej materiału, według jego lokalizacji. Są to ,bowiem jedyne dane, j1aikichużycza cały malteriał godny naukowego
opracowania, a ponadto przy zastosowaniu badań porównawczych
nad określonym lokalizacyjnie materiałem można pośrednio otrzymać dane dla klasyfikacji czasowej (chronologizacji). Środkiem
ułatwiającym klasyfikację historyczną malteriału musi być właściwa systematyka
wyodrębniająca
poszczególne grupy :stylistyczne,które
- jak możemy przypuszczać - znamionuje zbliżony wiek. Następnie z"'ś musimy przystąJPić do ustalenia ich WZ1ajemnej zależności i kolejności chronologicznej na podstawie różnych danych endogenicznych i ektogenicznych. Przy tej chrono10gizacjim.Jeży uważać ,bardzo, alby nie uogólniać wyznacznika
chronologicznego, aktualnego dla jednego z elementów, z cało'" O. H o s t i n s k y, 36 napevuv svetskych pisni ceskeho lidu z XVI
Praha 1892; P. R u n g e. Die Lieder und Melodien
der Geissler
Jahres 1349, Leipzig 1900.
leti,

stodes

.(

kształtem pieśni 84. Należy uważać zwbszcza, żeby nie przenosić
określnika dla chronologiz.acji tekstu na łączącą się z nim melodie.
Wobec rozbieżności występowania typów tekstowych' i muzycz~
nych jest to niedopuszczalne.
Jestem zupełnie świadoma, że przy obecnym stanie ibacła.ńnie
stać nas jeszcze na wyczerpującą i precyzyjną systematykę całokształtu materiału polskiego. Musimy się na razie ograniczyć do
ujęć całościowych w wycinkJ3ich regionalnych, a następnie wy_
brane zagadnienia, których ważkość zarysowuje się na podstawie
~onog.rafii regionalnych, przestudiować w skali ogólnopolskiej _
mnyml słowy przeprowadz,ić badaniia atlasowe nad wybranymi
zagadnieniami, przy zastosowaniu metody kartograficznej.
Na
podstawie rzutowania kartograficznego
zarysują się bowiem
pewne typy pieśni a wspólnych zasięg?lch, co z kolei pozwoli
uchwycić korelacje z innymi zjawiskami kulturowymi a podobnych zasięgach, które to zjawiska, ,być może, okażą się łatwiejsze
do chronologioznego określenia.
Tak więc opracowanie monografii regionalnych, przynajmniej
d~ia,bardziej waŻlkich etnograficznie obszarów, oraz przede wszystklm przeprowadzenie badań atlasowych nad wybranymi zagadnieniami to - podobnie jak w etnografii ogólnej - nasze wytyczne na przyszłość. W oparciu o wyniJki tych prac możll'a będzie
nareszcie uważać muzykę ludową ,za materiał służący do rekonstrukcji społeczno-historycznej w sposób naukowy.
. T~k zarysOWi2Jnecele i perspektywy etnografii muzycznej
me są Jednak wyłącznymi celami. Niemniej ważkie powstaje rozwiązanie wielu zagadnień czy to z zakresu historii,czy
teorii
muzyki, których - jak wskazywahśmy -bez
wyników badań
nad muzyką ludową nie jesteśmy w stgnie właściwie opracować.
Opracowanie wszystkich tych zagadnień, czy to par excellence
~t~ograficznych, czy innych, będzie jednakże dopiero wtedy mozhwe, jeśli opracujemy metodę nowoczesnej analizy. Musi to być
84 M. in. zwraca
na to uwagę muzykolog niemiecki W. W:,ora w swym
wykładzie metodycznym: Zur Erforschung europaischen Volksliedes, "Archiv
:t Musikforschung",
Berlin 1940, s. 193-211.

�153

~,

152

r'

.,

;

analiza uwzględniająca wszystkie elementy we wZlajemnej relacji.
pozwalająca na wykrycie oddziaływania czynników pozamuzycznych oraz ułatwiająo3- przestudiowanie
wzajemnych zależności
pomiędzy zasadami kształtującymi struktury muzyczne i czynnikami na nie oddziaływującymi. Można przypuszczać, że dzięki takiej analizie uchwycimy nareszcie metodologicznie tak ważki stosunek treści do formy, wyznacznika do wykładnika.
Tak więc nowoczesne kształtowanie tem3tyki badań opartych
na zasadzie zespołowej pva.'cy oraz nowoczesna analiza wchłaniająca osiągnięcia analityczne innych działów muzykologii to chyba
podstawowe środki 'umożliwiające udoskonalenie etnografii muzycznej, likwidację zastarzałych od kilkudziesięciu lat niedomagań.
LITERATURA
A dl ()r Guido, Methode der Musikgeschichte,
Leipzig 1918.
B a g a rów n a Wilhelmina,
Studium o oberku (obertasi€) na podstawie
zbiorów Oskara Kolberga [n'.edrukowaneJ,
Lwów 1932.
B a r t ó k Bela, Volksmusik der Rumanen von Maramures, MUnschen 1923.
_ Das ungarische Volkslied, Berlin 1925.
_. Serbo-Croatian
folk songs, New York 195I.
Biblioteczka regionalna pod redakcją Karola Hławiczki (Śląsk, Kaszuby,
Krakowskie, Lubelskie, Kujawy, podhale, Mazowsze, Wileńsk.:e, Świętokrzyskie, Podole, Polesie, Wołyń, Kaliskie), Katowice, 1934-1938.
B i e l a j e w W., Biełorusskaja
narodnaja muzyka, Moskwa 1940.
B i e 1 a w s k i Ludwik, Piosenki z Pomorza [przedstawj ... ], PWN,. Kraków 1955.
B o s e F., Typen der Volksmusik in Karelien, AfMf Jg, 3; 1938.
B Y s t l' o ń Jan Stanisław. Polska pieśń ludowa, Biblioteka Narodowa

nr. 26,

Kraków, 1920.
Pieśni polskiego Śląska (z rękopisów Szramka oraz dawnych zb'orów
Cincialy i Rogera wydał i wstępem zaopatrzył ... ), PAU, Kraków 1934.
C h o l' o s i ń s k i Jan, Melodie taneczne Powiśla [zebrał ... J, PWN, Kra-

_

ków 1949.
._.. Pieśni pracy ludu kieleckiego [z'2brał ... ]. PWM, Kraków
C h y b i ń s k i Adolf, a metodach zbicran',a i porządkowania
dowych, "Lud", t, 13: 1907, s. 1-3I.
Etnografia muzyczna na IH-dm kongresie
"Lud", t. 14: 1910, s. 160-178.

muzycznym

1954.
melodyj

lu-

we Wiedniu,

a 3-13.
organizację
s.

pracy

Dzwony pasterskie
1924, s. 23-57.

nad

me 1c d'lami

1udowymi,

ludu polskiego na Podhalu

"

"Lud", t. 21:

PMAAE

t 3
.
. , Krakow

Instrumenty
muzycz ne l u d u po 1-'
.
~klego na Podhalu PMAAE
kow 1925, s. 21-142.
"
W sprawie organiza2ji
lS26, s. 55-56.

regionalizmu

muzycznego

192Z,

t 4
. , Kra-

' "Ziemia",

t. 11 :

a kolędzie staropo'lskiej
.Ziemia" t 13' 19?O
....0, s. 50-53
a zrodrach i rozpowszechnieniu 2·0 melodii ludowych
" 1
halu
Kwa,.t. l 'k M
na SKanym Pod'" ",a ill
uzyczny", t. 16/17: 1930, s. 48----'65
ad Tall' do Ba'tyku
cZ. l' . Ś'·plewl1lk kraJoznawczy
.
. [zestawl·ł .•. 'J,
1,
PW M, Kraków 1G'50.
Od Tatr do Bałtyku, cz. '2: Lud polsl;:i gra, PWM Krakó
1951
C z e k a n o w s k a Anna Pieśń l d
..'
w
.
etnograficznej, Studia Muzy~o~:g~c~::cztynO"skK:ergaOko~wa
t11ge·6'P~oblematYld
C
. k
' . ,
o s 450 560
z y z yow
s k a Boż€ll'a, Wiwaty
wielkopolsk'e
[n' d k .'
.•
znań 1931l.
.
le ru owane], Po,

,

,

'

l.

•

•

•.•

D a n 'c'k e l' t Werner, Das europajsche Volkslied B l'
Gr d'
d
' er m 1939.
~
un nss
er Volksliedkunde, Berlin 1939.
D e K o'."
w s k i Jan ~
T."olr
. weselne w powiecie opoczyńskim Pr
.
, Z wyczaJe
D i t l ~a,enałY Etn{»~rafi~zne, t. 7, Łódź-Lublin
1948, s. 211/300.'
ace
f u,r ';h Fr. ~V., Die hlstorischen Vollk:slieder vom Ende des dre' --'
Jahr,gen Kneges zum Beo'inn des sieben "'h '
H ' .
.~~l",
Dunicz
J
'7
,"
Ja ngen,
elloronn 1877.
an Jo:-ef, StudIUm o polonezie na podstawie zbiorów Oskara
Kolberga [me drukowane]; Lwów 19:32.
D y g aKC zl ":dolf.i L i g ę z a Józef, Pieśni Śląska Opolskiego [wybr-li
]
ra ww 1954.
a
•••
,
''T_

E kk e l' t Józef, Węgiers1kie melodie
"Lud", t. 14: 1908, s. \].2:6-3'29
G e. b i k Włady'ł"w
.
- ~ , F olkl or muzyczny
Muzyka 19'51, nr 3--4.

ludowe

w

na'szej
,~'

p'eśni

l d
.
u oweJ,

reO"ionu wal'mińsk
l .
"
o-mazurs nego,

Pieśni ludowe Warmii i :Mazur [onracował . J 01&lt; t
19'-3
Głodzińs.ki
T"
.
•
.. ,
_zyn
;).
,.,
• aaeusz, Studlum o krakowiaku
na podstawie
zbiorów
G l' o t O',~,ara Kolbe:ga [n.ie drukowane], Lwów 1933.
n~'l'" Jan, :lOsenkl z Kieleckiego
[wybrał i opracował
] PWM
.. ,
,
K.la 'ow 19'5:&gt;.
Hła\uicz'•
H"
Je a KIaro zob. Biblioteczka reg .
ostlnsky
Oltokar, 36 napevuv
.
sve!.skYch pisni ceskeho lidu z XVI
stoleti, Praha 1892.
Jackowsl'
','
,l A Ie k:sander, Problem folkloru i twórczości '"
d S' d"
.
" sztuce, Mat enały
.
o 'u lOW l Dyskusji, 1953, nr 1, S. 166--210.

�155
154
· do et-nograni Wielkopolski,
. ] Przyczyn k l
•
Jamna,
2
3-177
J . S. S. [szembekówna
K k'
1906 3-139; 191 , s.
.
MAAE t 8 t. 12, ra ow,
,.'
Ka-zub Ipołud, .' , _
raft 1. pieśni zmowmowe] z
,
K a m i e n s k l ŁuC]an, Monog
-"
t l 1935 s. 105-131.
l I - Ro~znik Muzykolog:czny,
-,
'
niowych, "Po s n
~. _
l [zebrał i opracował,
wstępem
za_
P:eśni ludu pomorsklego.
cz,
opatrzy ł , .. ] , Torun 19'36. f' _.,.
,'Dojechał pan z ch ar ta ml. na
l k i Witold, Monogra la plesm ,,..
Ka n d u s
. 19~9
pole" [nie drukowane], po~an
, .'
Moskwa 1952.
.
E Ewgem]a L.mewa,
, ..
K a n n - NoW lk ow a
-,
d '.c"
Biblioteki
WarszaVJ:sKle)
Li-t
otwarty
do
re
aK
)1
t I
K o l b e r g Os k ar,
~.
h) Biblioteka Warszaw3'ka,
. ,
'e
zbie"ania
rzeczy
ludowyc
,
(w sprawl
-'
.
186,5. s. 30·6.
.'
ede Methode um die Volks- und volksK o 11 e l' Oswald, Welche 1St dle b ,
'kalischen
nicht textlichen,
R~·
nach ihren mU~Sl'
15
massige Me l o d len '
SIHG 1902-1903, s. 1.
.
I . 'kalisch zu ordnen.
"
k "
schaffenhelten
ex:,
.
- ludowej podhala, "MuzY a ,
• l"
Włodz'''lierz
Uwagl o muzyce
K o t on s ~l
",.,'
" 6 7-8 '9-10.
19153.nr nr ;)- "
.]
Kra'ków 195,5.
_
Piosenki z podhala [przedstawlł ... , d ł
] Wi'sła" t. 14: 1900,
fia Nowa pieśn ludowa [pc a a ... '"
'
,
Zo
k
Kowers
a
,
s. 757-758.
h g der creistlichen VoIksmelodien,
11 . ' 'Ober clie Art und Entste ,un
Kro h n man,
, "
6 Helsinki 1899.
.
Finnland-Journal
, t. l ,
.
populaire finnOlse, SIMG.
"
. temps dans la muslque
De la mesure a
19DO-1901, s. 142-147.
d' Volks- und vol:ksmassige Melo, b s-te Methode um ' le
h ·t
Welche ist d Ie e
-,
"
'kht
textlichen)
Beslchaffen el en
dien nacl1 ihren rr:uslka~;~~(;n 1~2-1903,
s. 643-661.
.
lexikahsch
zu ord.1en.
df' finnischen Volksmelodlen in den
Dber die typischen Merkma"~.r
",.
1909
.
d A p' III KIMG, v.,en·
d
Abteilungen A I un
ht
dem In'ti~ut fUr Finnlan 0;,
usik
Benc
e aus
_
Die Lnnische V ol'Ksm
, .'.
,,"
9
104.
.
'" t Grelfowald , 195'3, z. ,s'
Kunde der Ul1lVerSlca
-.,
h ft Wien-Leipzig
1924.
l . l ,.., Musrkwls'sensc a ,
I
L a c h Robert, Verg elc le.,~e
M'
n Pieśni poLkie,go Sląska, cz. l ,
.
J'
f i S t o i n s k l Stefan
ana,
L l gą za
oze
Kraków 1938.
M " ka" 19'51 nr 12, s. 39-42.
Muzyczny f01l&lt;1orSląska,,,
ULy
, , _'.
m
polska sztuka Lucznym folklorze g0ll1lCZY , "
Kilka uwag o muzy
dowa", 19'5'2,nr 3, :. 1~1-133. J Pieśni S18:s1&lt;aOpolskiego.
Zob. D Y g ac Z A. l L l g ę z a, .,
sikali~'Chen volksliedforschung,
H~ns Grundlagen emer mu
M er s ma nn
&lt;A
•
f t" Jb 1922-1924.
Archiv f. Musikwissenscha
"
.
"
.
d Gegenwart, Berlll1 1937.
]
Volkslled un .
•
o nki z CiechanowSkiego
[przedstawiła ... ,
Milewska
JadWIga, Koły.a
W;sła" , t. 15: 1901, s. 17-26.
,,~
b

l~

L,

l

•

M ł y n e k Ludwik, Uwagi nad pieśniami ludu wielickiego, "Lud", t. 3:
1897, s, 347--368.
1\1 o s z y ń s k i Kazimierz,
Kultura Ludowa Słowian, T. II, Kraków 1939,
s. 1103--1347.
M Li11 e l' - B l a t t a u Joseph, Das deutsche Volkslied, BerEn 193-2,s. 7-13.
O Ie s zc z u 'k Aleksander,
Ludowe obrzędy na Podlas;u,
Łódź-Lu.blin
1951.
P a ł u b i c k i Konrad, MonograLa pieśni "Na Podolu biały kamień"
[nie
drukowa'ne], Poznan 19'37.
p i e t r u s z y ń:s k a Jadwiga, Dudy wieikepolskie,
Poznań 19136.
p o ź n i a k Włodzimierz,
Piosenki
z Krakowsik:ego
[podał ... ], PWM,
Kraków 1!N5'5.
Piosenki z Zyw:ec1kiego [I:odał ... ], ,PWlVI, Kraków 19'5'5.
P u l i k o w s k i Julian, Geschichte des Begriffes Volkslied im mu:sikalischen Schrifttum, Eeidel.J:,erg lS'3G.
-- Pieśń ludowa a muzykolc,g:a, "Pols:ki Rocznik Muzykologiczny", t. 2 :
193·6, s. 3--34.
R i e g e l' Adam, Zagadnienie leksykalnego indek:20wania melodii ludowych,
"Lud", t. 42: 1956, s. 554--606.
R u n g e iPaul, Die Lieder und Melodien der Geissler des Jahres
13&gt;49,
Leipzig 1900.
S a lon i Aleksander, Lud łańcucki, MAAE, t. 6, Kraków 1902, s. 187-421.
-- Lud rzeszowski, MAAE, t. 10, Kr2Ików 1908. s. 5'0--344.
S a r n o w ~sk a Helena, Pieśni :na okrężnem
(pow. Gostyń), [podała ... ],
Wisła, t. 14: 1900, s. 72.
S ''0 h e 11 otto, Das Volkslied, [w:] Hand'bi.icher zur VoI!:{s'kunde, t. 3,
Leipzig 1£-.()'8.
S c h e u l e e r W., Welche ist die teste M~thode um die Volks- und vo]ksm~i:ssigen Melodien nach ihren musi,kakschen (n:-cht texaichen)
BeschaHenheiten lexikalisch zu ordnen (Preisfrage).
S k i e l' k o w s k i Władysław, Puszcza Kurpiowska w pieśni, cz. I, II (1, 2.
G), Płock 19Q8-1934.
S o b i e s k a Jadwiga, Wielkopolskie
siesienki, "Polska Sztuka Ludowa",
1!l48, nr l, s. 30--33.
Folklor muzyczny w Rzeszowskiem
i Lubelskim,
"Muzyka" 1951,
nr 5--6, s. 29'-46.
Diafonia w Pieninach, "Muzyka", 1952, nr 11--12, s. 16--31.
Piosenki z Wielkopolski [wybrała ... J, PWM. Kraków 1955.
S o b i e s c y Marian i Jadwiga, Pieśn ludowa i jej problemy, "Poradnik
Muzyczny", Łćdź 1947-1949.
Pieśl'l i muzyka ludowa Wielkopolski i Ziemi Lubuskiej
w świetle
dotychczasowych
badań,
,.Polska Sztuka
Ludowa",
1950, nr 1--5,
s. 17--35.

�.1,·

156
P' . . . muzyka instru.
lVI'
J Szlak'em kozł'a lubuskiego,
lesm I
S ob Ie s cY
. l·'
r]
PWM Kraków 1954.
mentalna Ziemi Lubuskiej [wybra I ... ,
, .
.
M
ka"
.
l k·'
"n"
muzykI ludoweJ, "uzy
,
Instrukcja
w sprawie po s .eJ p,es.l !
1950, nr 2, s. 30---49.
_I
Pa mi tkowa ku czci Adolfa
Wielkopolskie wiwaty,
[w:J 1'1 K~~.ęga
ą
Chybiflskiego, Kraków 1950, s. 275-319.
S tuka
Ludowa",
Koz'ol
zbasko-lUbuSKJ,
"polska
z
So b. lOS l'CI·· 1\'1ar"'an
.,
.
.
1948, nr 1, S.' 58-59.,
dkludow"
w ostatnim dziesięcio. .'
z badan na
muzy ą
&lt;,
Sprawozdame
.
'
d S t k PAl\J i PIS Warszawa, czerwiec 1955.
leciu, II Sesja Badan na
z u ą .'.
'
VI Kraków 1955.
Wybór melodii ludowych, t. 2 [zes LawIł ... L F:v r:
19'55
·
.
Warmii
i
Mazur
[wybrał
...
J,
PWM,
Krakow
.
P lesn!
'
tTM K l ów 19,55
.
..
'K'
[przedstawił ... J, PVv ,
ra c
.
PIOsenk,l z
uJaw
t kLdowa"
1948 nr 3 !S.31-33.
' . lVI 'an Maryna
Pol-ka Sz u a u
,
'
,
S ob ie s K J
an,
, " f o-k o
twórczości i upowszechn:eniu,
k i Jan
Problem
Ol .Ollt
W
.
'
st ę ~z e w s
:
'l
PAN iPIS
Warszawa, czerwIec 1955.
'1'1 Sesja Badan nad Sztu cą
"
195_
Pio~en'ki z Kurpiów [wy brai ... J PWM, ~rakow
~.
.
b"l
J PWM Kra'kow 1955.
_
Z Lubelskiego [wy ra .. , "
.'
1°38
..
"
D'
żywie·ckie Zyw ..ec-Cle~zyn
v
•
t lan
S t o i ń s k I Stefan Ma . ,.
k' S M 'Pleśni Śląska Opolskiego.
L
i
g
ę
z
a
J
I
S
t
o
I
n
'"
I
.
.,
'
3
Z o.b
o
.
. ,.
.'
P ~'k Sztuka Ludowa", nr ,
Wall i s St.anislaw, Śląskie pIesm ,gormcze, " o - a

BOLESŁAW

ZAGADNIENIE POPULARYZACJI

e

I

.1.

p

I
i

1

.U?::

Wall

13,1-146.
i' s s;anislaw,

S

Pieśni górnicze Górnego Śląska

ł
] PWN Kra[zebra .. ' ,
,

ków 1954.,
ł
] PWM Kraków
_
Pieśni górnicze Gornego Śląska [ze~ra . 'l~dowe' 'muzyki
VIr i n d a k i e w i c z o wa
Helena,
RytmIka
J
V/isła, t. 11: 1897, s. 716-737.
Wa 11 i s Stanislaw, Pieśni górnicze Górnego Śląska

1954.
polskiej,

[zebrał ... J, PWM, Kra-

k'
l"
ow 1,,~
iPolc'ki~J' ludowej
,Kwartalnik
Muzyczny, "
Penta~omka
w muzyce
•.•
, ,
19"'3 nr 17/18, s. 1-26,
. h
Z· mia"
Za~cr;dnienie chronologizacji
plesm
ludowych
polsklc,
"le
,
Q

t iIX
Warszawa 1934, s. 298-301.
W i o r ~ Walter, Zur Erforschung europaischen

.
Volsklledes,

"Arc

h'
IV

Mu-

f
.

"ikfcrschung",
1£4.0,s. 193-211.
_
Eurodiischer
Gesang, Kceh1 1953.
WI'edza
•
,.
l
Muzyka
ludowa,
, " . k _ K e li p r u l i a 11o wa
Brems awa,
WOJ c I
..
437-446
o pol&lt;ce t. HI '\¥arszawa 1932, S,
.
k'
1934
",'
d S'
.' s'c' t III Kra ow
.
_
polska muzylza ludowa. Lu
iOWJan J!,.
, Ch'
Lwów 1936.
, ~ n
r tmiki ludowej polsk:ej w muzyce
.opma,.
.
Ele,ne_.ty
Y
-.
k'
Ich &lt;tru dura l chara.cA'
'na Pi~śni kurplOwS leo
~. '
\¥ o z a c z y 11 S K a , n,om. '. :
W Skierkowskiego,
Prace i Materialy
terystyka w sWletle zblcrow
.
Etnograficzne,
t. 12, Wrocław 1956.
'1

KUŹMICZ

.,

ETNOGRAFII

Na XXX Walnym Zgrom3.dzeniu PTL, które z okazji dziesięciolecia jego działalności w Polsce Ludowej odbyło się w dniach
28-30 XI 1955 r. w Wars1zawie, prof. Józef Gaje1{ w swoim inaugur::'lcyjnym referacie stwierdził m. in.: 1. że w okresie tym etnografia pols,lm podjęła skuteczne wysiłki w kierunku powiązania
teorii z życiem i współdziałania w zakresie socj alistycznej przebudowy wsi polskiej oraz 2. że w dziJ.łalności Towarzystwa w tym
czasie, zwłaszcZ'a w ostatnich latach, znalazła mocny wyraz narastająca z roku na rok wraz silniej akcja popularyzacyjna *.
Tros'kę o przys.p~eszenie procesu naszej rewolucji kulturalnej
i społeczno-gospodarczej o nową, socjalistyczną w treści, a narodową w formie kulturę, o utwierdzenie naukowego poglądu na
świat i życie w społeczeństvvie, o przyspieszenie formowania się
społeczeństwa socj J.listycznego manifestowała
gorąco w swoich
wypowiedzia'ch młoda kadra naukowców i działacze kulturalnooświstowi. Fai~d, że na Zjeździe po raz pierwszy zasiedli przy
wspólnym stole obrad członGwwie Towarzystwa, reprezentujący
dzi2Jaczy kulturalno-oświatowych
i twórców ludowych, że Prezydia VIRN delegowały do uczest.nictwa w Zjeździe przedstawic;eli Wydziałów Kultury, jest znam:ennym wyrazem dokonywającego się przełomu i nowego kierunku działalności Towarzystwa.
Jeżeli zaś jeszcze dzisiaj nie możemy powiedzieć, że etnografia
weszła już całkowicie w służbę spoleczeń,:;twa i spełnia swą zaSzczytną rolę w tworzeniu nowej rzeczywistości społeczno-gospo* W innych referatach: prof. K. Zawistowicz-Adamskiej,
dr E. Karwota,
mgr P. Kaleciaka i w glosach dyskusyjnych
(lVI. Mroczek, K. Pietkiewicz,
J. Z3remba, T. Seweryn, M. L. Szwengrub), zagadnienie popularyzacji
znalazlo również swój wyraz,

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="11226" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="11204">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/33ccef1ef180d853ed56c6e06514fabc.pdf</src>
        <authentication>029901a8229862997ac926e3c058433e</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133776">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:276</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133777">
                <text>1966</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133778">
                <text>muzyka ludowa</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133779">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:245</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133780">
                <text>The Diatonic Melodies in the Narrow Range in Slavic Countries / LUD 1964-65 t.50</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133781">
                <text>LUD 1964-65 t.50, s.392-410</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133782">
                <text>Czekanowska, Anna</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133783">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133784">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133785">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="133786">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="133787">
                <text>393
"

ANNA CZEKANOWSKA
THE DIATONIC MELODIES OF THE NARROW RANGE
IN SLAVIC COUNTRIES
L THE HISTORY

OF THE PROBLEM.

The idea to study narrow melodies came to my mind while
preparing my doctorate dissertation, and even earlier in student
years when I was collecting folk-songs in the South-East of PoIC\jnd.It was quite evident that we found a very rare melodic
structure. These structures were extraordinary; not only because
of their narrow range, but also because of their mode of performance. They are recited with rich melisma, in non-measured
rhythm and with special tension of voke. The melody seems to
depend on performance and it is formed during it. The narrow
range expands and changes in rhytmical, melodical and tonal
sense. The rhythmical pattern spreads and is modified. The improvisational character is one of the fundamental criteria for
their identification.
The assumption of their non-Polish origin and their contacts
with the Ukrainian folk-songs was evident. The historical expli.cation requires comparative studies.
1. The conclusions of the previous authors.
a) Polish authors.
The comparison of published material shows that the old ethnographers (ie. famous Oskar Kolberg, sec. half of XIX century)
knew these structures. They are however so distorted because of
their poor notation that it was quite impossible to recognize
them by the next generations. Oskar Kolberg knew this structure
not only from the notes and therefore his remarks are of great
importance. Especially intere.sting is his advice to look for the

parallels in the East Carpathian songs in Lubelskie (edit. 1887,
p. 198). The Carpathian wngs have relatively rich literature. Very
interesting are Moszyński's remarks that in the East Carpathian
exist primitive wedding and harvest songs which are connected
with the same type of melody. From their function we must assume that it possesses the form we are interested in.
b) Southslavic authors.
From the previous authors we learn something about all Slavic
contacts. That is above all Bartok's merit. He stressed these relations just on the examples of the narrow range melodies
(B. Bartok: Serbo-Croatian, p. 54). Alas his conclusions have only
a general value. Bartok did not work out the classification of
narrow range melodies and therefore it was impossible for him to
distinquish the difference between many types of melodies. For
this reason his remarks have only limited value. The structural
difference :in this material is quite considerable. The Slovakian
songs have only questionable value. The structural difference in
this material is quite considerable. The Slovakian songs have
hardly any melismatic, the rhythm is more regular and they
do not seem to be improvisations. The Russian songs are differentiated by another position of tonic.
The characteristic feature of the Southslavic authors is an
attempt to explain narrow range structures in terms of the old
Greek tetracord theory. This attempt adds very much to the
history of the problem:
1. It explains the tendencies to dilatatio i.e. the phenomenon
that the melody during the performance spreads its ambitus (one.
second below (gravitation), and sometimes one second above). It
links with the specific melodic turns in cadence: and often with
the second as consonanse:
Example

Bulgaria

No. l

Bosnia,.

�394

395

2. It explains the fact of displace and gravitation ie. the phenomenon that melody moves in the moment of performance e.g.
from inqipit c" to incipit a' or g'.
Example

No. 2
Srbja,

Central

1. Central Balkan where simple diatonical from dominates
Example Nr. 3 (A)
2. South Balkan (Mazedonia, Greece) where the chromatic
form occurs Example Nr. 3 (B, C)
Example

Balkan

No. 3

A~.

n

-

•

1---

• • (_)•

• CM) •

L.I

I

I

I

r

(M. Vasiljević: Narodne melodje iz Sanćaka, p. XX.)
3. It explains the popularity of plagial forms and the importance of fourth intervals (such as melodic, as well as framework
Le. ambitus boundaries).
4. It explains that beside the most popular tetracordal forms
there exist tricordal structures too.
5. It explains the phenomenon of alterations.
Generally we may say, that the aboriginal Southslavic theoreticians contrary to Bartok worked out the systematic and the theoretical basis for the explanation of the narrow ambitus (third or
fourth) and for the interpretation of different types of structures.
According to Vasiljevic there are six types of tetracord, their dilatations and chromatical modifications. It is however open to
question: is the theory (Vasilievic: Narodne melodjeiz
Sanćaka,
p. XXIII-XXXIII.)
sufficient for the explanation of narrow range structures? Is it really the fact, that they formed under the
influence of Greek theory? Vasilievic himself distinguished two
regions on the Balkans:

c ~ - I.

w

• (w) •

Vasiljevic explains the latter phenomenon as a manifestation of
the Byzantinian influence. This remark raises one question. Are
not the influences (Greeks, Byzanti'nians) the later process?
Perhaps really the southern regions were especially attached?
The older and simpler form is instead restricted in the Central
Region. This simple structure has much more ~n common with
the melodies of other Slavs. Did the Slavs have really this musical
repertory when they came to Balkan? It is a very questionable
problem, we can assume that the narrow range structure is older
in Balkan than the Slavic problem and even the Greek theory.
Perhaps it is a track of a very old Mediterranean musical culture
We can only assume that the predominant of narrow range melodies formed a specially good background for the cultivation of
Greek tetracord theory.
c) The East Slavic theory.
The explanation of the Ukrainian and Russian authors has
a quite different character. They take a position of autonomy of

�396
the narrow range structure. They explain it as independent of
tetracord theory. It is specially typical for the recent Russian
theory. However Peter SakaIski (P. SakaIski: Russkaja narodnaja ... 1888), who understood the importance of the Greek theory
so well, also explains the structure so interesting for us as a different problem. It is coming from the quality of the material. We
found in the South Slavic music the chromatic and diatonic types.
The changes and differences concerned above all the tendencies
to chromatic. In the East Slavic music instead we have diatonic
and anhemitonic narrow melodies Le. the changes and differences
concern the evolutio.n and tendencies to heptatonic. In Ukrainian
and especially in Russian music (similarly to Polish musie) the
narrow melodies represent a kind of survivals. There are only
some regions and customs where narrow structures occur. There
are not organically connected with musical practice, with the old
art of multi part singing (as in Balkan diaphony) and instruments.
It was very difficult therefore to explain the role of the second
interval. "Melodical", it means non-harmonical meaning and
studies of the vocal melodies are bringing more practical than
theoretical conclusions.
The historical position of the old Ukrainian and Russian theory
however should not be ignored. The East Slavs were the first to
have discovered the distinctiveness of the narrow structure and
emphasized its autonomy. Here it was explained that the minor
second below finalis has nothing in common with "subsemitonium modi" (P. S a k a l s k i: Russkaja narodnaja ... p. 122). They
stressed that the tricordal melodies beside fourth songs existed
too. Finally they showed that the diatonic types are of no less
importance than the annemitonic type.1 It is interesting to recall
that the early Slavic theory was not known in the West and
many Western authors very often give the same conclusions after
many years.
It is the merit of Kwitka (K. K w i t k a: Perwyczni
TonoJ'jCldy ... ; "1nhePrymitywy
...). The old Ukrainian
and Russii:m theoreticians
believej the anhemitonic
turns similarly to r:entatonic scale represent
the
main and olde5t strata in the East Slavic music.
l

mitoniczni

397
The new Soviet generation continues to be interested in the
problem of the narrow melodies. It was Ewald who was interested
in this material before the war.2 (Z. E wal d: Socjalnoje pereosmyslenije
zniwnych
pjesen Bialoruskowo
Polesia) her achievements concern in the first place sociological and ethnological determinations of these old melodies. After the war, Gipius (husband
of Ewald) and Kwitka's pupils continued the studies on this material. Alas, we found very poor literature dealing with this problem. The bulk of informations comes from the oral communication and my studies of the manuscripts which are available for
me due to the hospitality of our Soviet colleagues. It is a
discovery of recent years that interesting structure is popular not
only in the Ukrainian and Bjelorussian melodies but in the Russian music too. These are the regions of Briansk and Kursk3• The
region of Smolensk, WLtebsk and Kaluga have also some melodies which remind the structure we are interested in. In Soviet
Ethnomusicology opinion (Gipius) this structure is not to be found
in the south, north and east of the European part of the Soviet
Union because in these regions no callendar songs existed which
organically linked with the narrow melodies. Here we can pose
a question. The Russian wedding laments have really much in
common with narrow range melodies. Is there a structural
similarity or not?

II. ATTEMPT

AT ELABORATING

A DEFINITION

It is a narrow range structure. The range alone is, however, not
a sufficient criterion for the definition and classification.
It is a type of melody for its the second interval and fourth
frame has principal importance.
Theses structures have not theoretical basis as do the pen taEwald died during the war in Leningrad.
There are transitional
regions betwee:1 Ukraina, Bjelorussia and Russia. See map of the Slavic languages, J. C z e k a n o w s k i: Wstęp do historii Słowian ... Table VII.
2

3

�398

399

tonic and heptatonic scales. The Greek tetracord theory only
influenced it.
It is a recitation closely connected with vocal melodies but rich
melismatic recitation.
It is a kind of improvisation. The melody waS composed and
constructed during the performance. There is not a pattern in
rhythmical as in tonal sensą.
It is a phenomenon of free rhythm which depends on the
recitation and the art of its performance.
There are very little tonal germs which evolved, established
(specially in the cadence), ornamented (in the sense of heavy
ornament4) sometimes changes.
The cadentional turns are best defined in the tonal sense. There
is a tonal centralisation and gravitation. It is a feature of primitive recitation songs, that they are constituted from their ending
Le. their point of culmination.
To recognise the narrow structure we can give the following
stylistic features:
1. Tonical melody in contrast to chordal form of the melody5,
Le. a melody ~n which semitone has a constructive role6• There
are no elements of anhemitonic and chasmatonic. 2. Rich ornamented melody. 3. Descendentalor ostiluatory direction of the meExample

Nr. 3a

lady. 4, The range from second Example 3a (Bulgarian), third
(Serbian, Bulgarian Exemp. Nr. 4 to quint (Russian), often with
dilatatio, [second dilatatio, and fourth dilatatio Ukraina, Bjelorussia) Exemp. Nr 5.] That is the merit of Walter Wiara who makes,
Example

Nr. 4

Example

Nr. 5
M. Vas

a i: n:

Bulgaria

-

Ot Timok

do Vita,

e v i ć:

Narodne

melodje

iz Sancaka

Nr. 6. K. K v i t k a: Ukr. Mel. i z golasa Lesi Ukrainki,
Koladjaznoho, Kowel

Example

Nr. 80,

a distinction between chorda!l forms and tonical forms. The distinction being thatthe chordal do not have semitones and tonical tones
are based on semi tones:
Example

V. S t

il j

Nr. 6

Nr. 582

See to B. B a r t a k: Serbo-Croatian ... p. n.
See to W. W i ora: Aelter als die Pentatonik ... p. 189. His distinction
between toni cal and chordal forms (Studia in JliIemoiae B. Bartok Saca
Budapest 1957). p. 189.
6 See to the old theory
and its remarks concerning the importance of semitone ; Philipp d e V i t r y - the semitone is the sweetness and bitterness
of music, the being. The idea of diatonic meaning (Aribo).
4

5

Poland

-

Bilgoraj,

A.

C z e k a n o w s k a:

Pieśni

Bilgorajskie,

p. 145

�400

401

5. The cadence-turns with second step. Sometimes a little second
similarly to "subsemitonium modi" (Ukraina, Poland, rarely South
Slavs). See Example Nr. 6.
6. There are many points in which the melody is established.
In connection with them the range spreads and gravitates.
7. Slow tempo very often changes. The last part is often more
vivid sometimes slower. Exemp. Nr. 6.
8. Free rhythm. 9. The repetition and variation are the main
principles of form constructiCln. But not in the sen~e ?f exact
repetition and variation of melodic pattern. Both prmcIples act
as means of establishing its form. 10. Short musical form. It is one
section melody (when repeated exadlly), or two section melody
(when changes). The three sections form coming as modification
of two section form in the sence AA'B, ABB' very often we have
a repetition in abbreviated form. In the two seetion forms the
cadences can be different. They can come in the relation of the
second interval. We single out the mains cadence and imperfect
cadence. Examp. Nr. 7.
Srbja,

M. Vasiljević:

Sancak

Narodne

In many regions (Bosnia, Serbia) we can recognize the distinction between the initial sounds. Some are beginning with f, others
with g, Le. sometims one second below fim.lis (g).
11. Na stanza in these songs. There are one section and two
section forms of five to eight syllabes, in Russia often more
syllabes. The lines are short in Ukraina and in South Slavia they
change from song to song, even in one piece. Regular form
can be observed in these regions, where the narrow structure
represents a kind of survival (Poland, 7 syllabes).
12. Part singing is of primitive art. However more in the sense
of the harmony than in the sense of the polyphony. More as the
sanoristic Le. timbre effect than in the sense of multi part meaning.
Unison introductions and the polyphony make up of the further
parts (especially of the cadences) are typical for the performance.
The singing part has a function to tonal firmness. The melody is
establishing itself in the tonal sense. The important points of the
melody are often underlined and circumscribed due to their polyphonical performance. Exemp. N. 8.

Prijepole

melodje

iz Sancaka

Nr 1163

W. C h ark

o w:

Russkije

narodnyje

pjesni

Moskwa 1956
26

-

,

smolenskoj

oblasti,

nr.

27

�403

402
We can observe the unison singing (Poland, Ukraina, Serbia),
the seconds (South Slavs), thirds (Bjelorussia), thirds fourths and
sometimes, seconds (Ukraina, Russia), quints (Russia, Slavonia),
Exemp. Nr. 9 and whole chords (Croats, Examp. Nr. 10).
Example

Nr. 9

Multi part singing can give a phenomenon of the bourdon harmony or sometimes of the organum. Specially interesting is the
manner of the figurated bourdon. In this case we can notice an
effect of the accumulation of the dissonances. It takes place when
the bourdon is in second interval and it changes to little second
with many timbre values. Bosnia, Examp. Nr. 11.

I
F. K
Example

li

h a ć: Juznoslovenske
narodne
Banove - Slavonja

•

Bosnia, Trawniki,

-ł

~
I

I

J

J

r

-.l=

j

.

•

T-

fi

ł\

•

y

-r
V.

v. 1.

Nr. 10

J=~o9

A

popijevke,

I

J

-r

r rJ

z g a n e c:

I)

r J
r -.b ...•b. ...•1)

J

")

--412

y

r

r
popijevke

ł

J

-J-

1&gt;

t

J

Y

J

r

Hrvatskog

I

r

I

r

-r-

~

Zagorja,

of Anna Czekanowska

13. Performance has plenty of mannerism. It concerns the tension timbre of the voice, ornamentic, and other pecularities which
are described thoroughly by Bartok (op. cit. p. 54). There are the
different line, word and syllabe interruptions, swallowing the
last syllabe (South Slavs, Bjelorussia), clucking sounds (Bulgaria,
Serbia), syllabication of consonants, sIuttering entrance of words
(Russia, South Slavs). These pecularities can have specialy timbre
and instrumental value .

I

r;--..

) n

h

~

I'l I'l

~ r ~ ~
Narodne

r

IJ
r

J-

.[)

I

J y'

I

[) .D

)
...• 1'&gt;
D ...•

Field Notation

v. I, p. 398

III. SOME ETHNOLOGIC

AND SOCIOLOGIC ... PROBLEMS

1. The ethno-genesis, 2. functional determination, and 3. nonmusical factors - are the main problems concerning the narrow
structure.
1. The first problem we can summarize as follows. The narrow
structure is most typical for the South Slavs. It is connected with
many fashions and circumstances in South Slavia and is to be

�404
~ound in .various regions of these countries (especially popular
m Bulgaria, Serbia, Macedonia and Bosnia). Very typical is the
narrow structure for the Ukrainians and Bjełorussians, too. There
are Calendar Songs and especially the harvest song in which
narrow structure occurs. The Poles and the Russians have a diatonical narrow structure as a phenomenon in kind of relict. It is to be
fou~:l in the borderl ands between Poles, Ukrainians and BjelorUSSIans, and Russians, Bjelorussians and Ukrainians. It can
be an integral part of the wedding ceremonies as it is the
case with Polish and Russian songs. Among others West Slavs the
Slovaks and East Moravians are the only ones who have narrow
melodies. The Slovak songs, however, have different features of
structures (no melisma).
The historical explanation of narrow melodies is complicated.
Its southern origin is certain. The question however is, whether
they came from Near East or the Mediterranean Area. Perhaps
they were connected with the Iranian peoples and their wanderings. It requires more comparative studies on the non-Slavic materials especially on the Spanish harvest songs and on the primitive modes of polyphony.
2. The problem of the functional determination is difficult to
explain. Why does the narrow structure occur in some countries
(Polland, Russia) with designated customs, but does not occur
with several specific rituaIs among South Slavs? Perhaps it depends on the gradation of primitivism, Le. the very primitive
forms correspond to many circumstances. Perhaps it depends on
the local tendencies and fashions. It should be howewer underlined that in Slavic narrow range repertory are different modes
of funtional units:
one melody for many circumstances (South Slavs),
one melody for one custom, but one melody for many items
of these ceremonies (for example for the ceremony of putting the cap, for riding to the church, for the wedding dinner - Poland, Russia)
:nany melodies for one custom, Le. specific melody for every
Item of the ceremony (very rare in this repertory, Poland).

405
From this point of view many regions have transitorial character. It is above all the East Carpathian region where the narro.w structure occurs the wedding (Polish fashion) and harvest
(Ukrainian fashion) songs. We can observe in this region and its
area (Przemyskie) the other transitorial phenomena, too. There is
a coexi'stence in one region of functional designation (Polish
fashion) and the absence of it (fashion of the Southern Slavs)7.
Bartok's remarks are, however, nort to be neglected. He (op. cit.
p. 36 stressed, that the expraordinary narrow melodies (range of
third) are typical for ennual customs (similarlv to Ukrainian
narrow melodies, my remark A.C.) and they com~ from "autochtonous areas" (Le. Central Balkan). They are above all harvest
songs, hay-gatherings, lazarice and cradle songs.
3. The non-musical factors are represented by the connedion of
the activity and reflection; they are the main non-musical factors
in this creation. The songs are full of feelings, both in music and
in word. They have plenty of metaphors and symbols. The two
section melodies are constructed on the principle of parallelism.
The one section melody represents generally a command e.g.
"take some food to your new household" (Poland): The command
is often very clearly addressed. In two section melody we find
a metaphor (first section) and description of situation (second
section, (Poland, Ukraine). Two section melody can also have a
command and a refrain which contains of one syllable only,
repeated many times e,g. "come to my Peter, oj, oj, oj, ooooj"
(Bosnia). Many texts are very difficult to explain because of their
symbolic character. These are above all songs of "korowaj" Le.
wedding cake (Ukraine, Bransk, Southern Slavs, Poland).
It is necessary to stress the fact that the subjective monoloques
are not to be found here though the different commands are very
popular. The developed dialogues such as we find in Polish wedding songs, are not to be found either. It is difficult to speak about
the conversation form. The service character is not to be quest7 See to A. C z e k a n o w s k a: Pieśni
Bi/goTajskie ... p. 73, the remarks
about different functional designations
of the narrow melodies.

�407

406
ioned. The songs are strongly conected with the ceremonies
with the life of the social group. Among Southern Slavs thi~
structure exists too in the love and epic songs (historical songs).
The illustrative element did not enter in its creation. There is
not any relationship between the content of the text and music.
Perhaps it is an evidence of the fact that the narrow structure is
not primarily functionally determined. It has just a little semantic
meaning.

IV. SOME MUSJCOLOGICAL

PROBLEMS

The character of diatonic, that is the role of semonite and the
importance of second as consonance constitute a theoretical
problem which is of principal significance both for the ancient
theory and for the modern musicology.
The first problem goes back to the Greek theory. After
Aristides who prefered the anhemitonic forms, such to be older
and really, many theoreticians of the Middle Ages gave much
attention to the diatonical forms. The dispute about the priority
and importance of the anhemitonic and diatonic scales reviewed
in the Russian theory between Sokalski (priority of anhemitonic)
and Kwitka (the great importance of diatonic). The first
underlined the principle of consonance and its importance in
anhemitonic forms. In other words, he stands on the position of
Aristides and underlines the possibility of choosing the intervals.
The second gives much attention to the importance of the semitone, Le. he emphasizes the latter theory Whilipp de Vitry,
"Musica Enchiriadis"). He clarifies the idea of various kinds of
division of the fourth interval. The problem of narrow melodies
and its filling concerns the cardinal construction and tonal
problem, Le. the distinction between diatonic and anhemitonic
and their expression value. Many authors maintain that semiton~
carne to Europe from Asia (Near East) and it changed totally the
character of the earlier music. The music has become milder,
"emmelish". There are the tritones structures which do not

contain the semitone. They preserved its cruded characters. There
are also the attempts to disqualify the semitone and its role.
The second musicological problem does not concern the melodi...,
cal structure but the harmonical one. In other works, can the
dissonance (the great or the little second) be a construction
interval? The new music which considers the dissonances and
their timbre values should have its importance. Perhaps the
examples with dissonance part singing give very interesting
materials to this problem. It depends however on many
physiologicall studies on the responses of the dissonance and
consonance.
The further musicological problems concern the importance of
the primary (Le. performance) musical factors in narrow melodies
and the distinction between southern and IIlOrthern fashions (in
the sense of its geographical location) of the narrow melodies.
To the fir::;t problem we can sumarize: the primary factors in
this old creation of improvisation art have more constructive
role than the other factors. Because of their changing the dynamic,
agogic, timbre value, infiltrates manners of recitation and
performance through construction, and has a cardinal energetic
importance, it depends on its performance and its agents.
The last problem is a border problem which has an importance
both for ethnology and for musicology. Both types of the narrow
structure are to be found on the Russian territory. The first
comes from the South-West (Ukraine, Bjelorussia). The second
is coming from the Karelia and Russian Baltic-Finnish groups.
It is a great problem, which kind of melody is more important for
the Russian melodic and especially for Russian laments. Where is
the demarcative Iline between the two main types? There are of
course many transitional regions and forms. The nodhern kind of
narrow melodies has its special literature. In this moment I limit
the problem to the Slavic forms, and southern kinds only.
s See Erfurth,

4 385, vol. 34 (XIV century).

�408

409
Bibliography

A r b a t s k y J.: Communication
on the chromatic
Balkan-scale
"Journal
of the Amer. Musicol. Soc." V, p. 150, 1952.
Arbatsky
J., Kunst
J., Hanford
J.: Hellenic
influence
in folk
music of the modern Balkans "Athene",
autumm
1955.
A r i s t i d e s Quintilianus:
"De musica" Edition of A. Jahn 1882.
B a r t o k B.: Serbo-Croatian
Folk Music, New York 1951.
B a r t o k B.: Slovenske ludowe Piesne, Bratislava
1959.
B i e l a j e w W.: Bjełorusskaja
nQ7'odnaja muzyka, Leningrad
1941.
B o s e F.: Musik und Musikinstrumente
des Balkans, "Atlantis Buch",1938.
B o s e F.: Typen der Volksmusik
in Karelien
"Archiv f. Musikforschung',
1938.
C o u s s e m a ker E. D.: Scriptorum
de musica medii aevi novum seriem,
1864.
C z e k a n o w s k a A.: Pieśni Bilgorajskie,
Wrocław 1961.
C z e k a n o w s k i J.: Wstęp do Historii Słowian, Poznań 1957.
Dj O u d j e f f S.: Teoria na Bulgarskata
musika,
Sofia vol. I, II, III,
1950-1954.
D j o u d j e f;f S.: Le folklore
musical en Bulgarie,
Beograd Hl36.
E wal d Z: Socjalnoje
pereosmyslenije
w narodnych
pjesniach
bjełomskawo Polesia, "Sowietskaja
Etnografia", 1934.
F a m i n c y n A.: Drewniaja
indo-kitajskaja
gama w Azji i Ewropie,
Moskwa 1889.
H a n d s c h i n J.: Der Toncharakter,
Basel 1948.
H o r n b {)s t e l E.: Musikalische
Tonsysteme,
in "Geiger
und Scheel,
Handbuch der Physik", 1927.
Iioannes de C a s t r o: Methodus cantus ecclessiactici
graeco slavici Roma
MDCCLXXXI,
trans. Russian J. Woznesenskij, 1899.
Jugoslavische
Musik (in) MGGG, Kassel, 1958.
K a m b u r o w I.: Bulgarskata
Musica, Sofia, undatet.
Kar a s o y a n o w A.: Melodichni
i harmonichni
osnovi na bulgarskata
nlIrodna pessen, Sofia 1950.
K a s t a l j s kij
A.: Osobenosti
russkoj
narodnoj
muzykalnoj
sistemy,
Moskwa/Petrograd
1923.
K a t s c h u l e v I.: Sustoyanieto
na narodnata
musika
v 1'{odopite, Sofia
1955.
K o l b e r g O.: Lubelskie
v. I, II, Kraków 1883.
K o l b e r g O.: Pokucie v. VIV, Kraków 1882/1889.
Koł ł e s s a F.: Narodni pisni z piwdenndoho
Pidkarpatija,
Użhorod, 1923.
Koł ł e s s a F.: Ukraińska
muzyka
ludowa,
"Lud Słowiat'lski", Kraków
1934.
K r e m e n l i e v B.: Bulgarian-Macedonian
Folk Musie. Berkeley, 1952.
K u b a L.: Narodna Glazbena umjestnost w Dalmacji. Zagreb, 1899.

K u b a L.: Einiges uber dos istro-dalmatinische
Lied. Kongress Bericht,
1909.
K u b a L.: Cesty za Slovanskou
Pisni, Prague, 1935.
K u h a ć F.: Zetelecke popijevke.
Zagreb. Undated.
K u h a ć F.: Dos tUrkische
Element in der Volksmusik
der Croaten, Serben und Bulgaren.
Vienna, 1899.
K u n s t J.: Cultural
Relations
between the Balkans
and Indonesia.
Amsterdam, 1954.
K w i t k a K.: Anhemitoniczni
prymitywy
"Etnograficznyj
Visnyk",
t. VI.
Kijev 1927, 1928.
K w i t k a K.: Perwyczni
Tonorjady,
Zb. "Perwiczne
Gromadjanstwo"
Kijev, 1927.
K w i t k aK.:
mełodiku,

Do Pitanja
pro
Kijew, 1928.

tjurskij

wpływ

na

ukrajinskuju

narodnu

L a j o s Bardos: NatUrliche
Tonsysteme.
Budape3t, 1957.
L u d k i e w i c z S.: Hałyćko-Ruśki
narodnt
melodji,
"Etnograficznyj
Zbirnyk", XXI-XXII. Lwów 1906-~.908.
M a r i j i c B.: Die Volksmusik
Bosniens und der Herzegovina,
1936.
M o s z y ń s k i K.;
O badaniach
muzyczno-melograficznych
na Polesiu,
"Lud Słowiański", t. III. Kraków, 1934.
M o s z y ń s k i K.: Kultura
ludowa Słowian.
Część II. Kraków 1939.
P a n o f f P. Die altslawische
Yolks und Kirchenmusik.
Wildpark-Potsdam, 1929.
P o P o vaT.:
Russkoje
narodnoje
muzykalnoje
tworczestwo.
Moskwa,
1955-1957.
P o P o vaT.:
Russkoje
narodnoje
muzykalnoje
tworczestwo.
1962.
R e i n c h a r d K.: On the problem of pre-pentatonic
scales: particularly
the third-second
nucleus, ".LI. F.M.C." London, 1958.
R i h t m a n C.: Polifoni
oblici u narodnoj
muzici
Bosne i Hercegovina.
Sarajevo, 1951.
S a x C.: Bosnische Musik. Vienna, 1893.
S c h n e i d e r M.: Geschichte der Mehl'stimmikeit.
Berlin, 1934, 1935.
S c h n e i d e r M.: Die musikalischen
Beziehungen
zwischen
Urkulturen
Altpflanzern
und Hirtenvolke&gt;'n,
"Zeit. f. Ethnol". 1938.
S i e r o w A. H.: Muzyka jużno-ruskich
pjeseń, Dzieła wybrane. MosKwaLeningrad, new edition, 1950.
Ś i r o l a B.: Die Volksmusik
der Kroaten.
Budapest, 1956.
S o k a l s k i P.: Ruskaja narodnaja muzyka, wielikorusskaja
i małorusskaja w jeji ritmiczeskom
i harmoniczeskom
strojeniji.
Charków 1888.
S p a s o w V.: Kum bulgarskite
nal'odni napevi, Sofia 1924.
S p a s o w V.: Volksmusik,
MusikinstTumente
und Tiin2e der Bulgaren,
Vienna, 1931.
S t o i: n E.: Lazaruvane
u selo Naguschevo.
Sofia, 1956.

�410
S t o l n Y.: Hypothese sur l'origine
bulgare de la diaphonie.
Sofia, 1924.
S.t u m p f C.: Tonpsychologie.
Berlin 1883.
T h i n u s A.: Die harmonikale
Symbolik
des Altertums.
1868.
Vas i l j e v i c M. A.: Les bases tonales de la musique popu1aire serbe,
"J.I.F.M.C." London, 1952.
Vas i l j e v i ć M. A.: Naroclne Molodije.
Sanćak. Beograd, 1953.
W i o r a W.: Der tonale Logos, "Musik Forschung", 1951.
W i o r a W.: Alter als die Pentatonik.
Budapest 1957.
Z g a n e c V.: Pjesme Jugoslavenskih
Rusina. Zagreb, 1946.
Z g a n e c V.: Orijantalizmi
u Jugoslavenskom
muzićkom
folkloru.
Zagreb,
1955.
Z g a n e c Y.: The tonal and modal structure of Yugoslav folk music,
"J.I.F.M.C." London, 1958.
Z i v k o v i ć M.: Le probleme
tonal
des melodies
populaires.
Beograd,
1956.

EOHDAN

BARANOWSKI

ZANIK UZYTKOWANIA WOŁOW JAKO SIŁ Y POCIĄGOWEJ
W POLSCE I W KRAJACH SĄSIEDNICH
Najdawniejszą siłą pociągową w rolnictwie i transporcie Europy Środkowej stanowiły woły. Co prawda konie były znane na
tych terenach bardzo wcześnie, służyły one jednak głównie do
jazdy wierzchem. Nieodpowiedni zaprząg używany w całej Europie w czasach starożytnych i we wczesnym średniowieczu, ugniatający koniowi szyję, nie pozwalał na należyte wykorzystanie
jego siły dla celów rolniczych i transpor'towych. Natomiast nowożytny zaprzęg konny (szleja i chomąto) przyjął się na zachodzie Europy w X-XII w.l Możliwe jednak, że we Wschodniej
Europie znany był on już dawniej. Do Europy Środkowej prawdopodobnie znajomość tego zaprzęgu końskiego przyszła z zachodu
w XII w. Od tego też okresu coraz to bardziej rozpowszechniało
się użycie koni dla celów rolnictwa, czy jeszcze bardziej dla celów transportowych.
Szczególnie w XV, a jeszcze bardziej w XVI w. bardzo poważnie
zwiększyła się ilość koni używanych jako siła pociągowa.
W XVI w. uważano niemal za zasadę, że gospodarstwo chłopskie
powinno posiadać, jako siłę pociągową zarówno konie, jak i woły2. Słusznie uważano, że koń nadawał się o wiele lepiej do wozu
i brony, natumiast do orki lepszy był wół. W tym okresie dość
1 J. M a t u s z e w s k i, Początki
nowożytnego
zaprzęgu końskiego
"Kwartalnik Historii Kultury Materialnej",
1954, nr 3, s. 388 i n.
2 Odnośnie
stosunków polskich bardzo wyraźnie sformułował to teoretyk
gospodarstwa folwarczno-pańszczyźnianego
z XVI w. A. G o s t o m s k i, Gospodarstwo,
Wrocław 1951, s. 34.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="6799" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="6779">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/52bd28a585f65236a2a5696011969421.pdf</src>
        <authentication>06946db2dfcbdb41ca8c77b5d8495fb1</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="1">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="174">
                  <text>Książki</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80937">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5468</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80938">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80939">
                <text>2010</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80940">
                <text>pogranicze polsko-czeskie</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="80941">
                <text>Śląsk Cieszyński - tożsamość kulturowa</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80942">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:5085</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80943">
                <text>Współczesna poezja Śląska Cieszyńskiego a tożsamość pogranicza polsko-czeskiego/ Dziedzictwo kulturowe jako klucz do tożsamości pogranicza polsko-czeskiego</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80944">
                <text>Dziedzictwo kulturowe jako klucz do tożsamości pogranicza polsko-czeskiego; pod red. Haliny Rusek,Agnieszki Pieńczak i Jacka Szczyrbowskiego, s.277-288</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80945">
                <text>Czerwińska, Anita</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80946">
                <text>pol</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="80947">
                <text>ang.</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="80948">
                <text>cz.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80949">
                <text>Wydział Etnologii i Nauk o Edukacji Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80950">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80951">
                <text>CZĘŚĆ 4
TWÓRCZOŚĆ LITERACKA NA ŚLĄSKU CIESZYŃSKIM

��Anita Czerwińska
Uniwersytet Śląski w Katowicach (studia doktoranckie)
Gimnazjum nr 3 w Cieszynie

Współczesna poezja
Śląska Cieszyńskiego a tożsamość
pogranicza polsko-czeskiego

Realizm literatury i tak zwany realizm etnograficzny dzieli przepaść, aczkolwiek
niewątpliwie treści literackie i antropologiczne wzajemnie się przenikają; wytyczona
granica, wskazująca teren fikcji oraz antropologiczny akademizm, zaciera się i staje
się czysto symboliczna1. Nauki nie sposób jednoznacznie zdefiniować jako takiej
formy praktyki kulturowej, która posiada wyłączność na treść, nie istnieje bowiem
problem naukowy, który nie byłby w jakimś momencie poruszany przez literaturę.
Zarówno literatura jak i nauka zaspokajają uniwersalne ludzkie pragnienie, aby być
kimś innym, żyć inaczej, wejść w świat, którego człowiek nigdy być może nie zazna,
ale z którego mimo to, albo właśnie dlatego, nie rezygnuje2. Poeci zadają sobie pytanie
o własną tożsamość – dzieje się tak dlatego, że nie zgadzają się z tym jak się ich postrzega, ale również i z tym, kim sami są jako osobowości twórcze, a więc wrażliwe na
różnorodności tkwiące w świecie3. Nasilenie mechanizmów destabilizacji tożsamości
w wyniku procesów globalizacji jeszcze bardziej wzmaga wśród ludzi pióra potrzebę
zmierzenia się z kwestią własnej tożsamości. Ich aktywność charakteryzuje się dwubiegunowością, z jednej strony przez fakt istnienia muszą uczestniczyć w rytmie i rutynie narzucanej im przez otoczenie, z drugiej zaś żyją w tym samym czasie również
we własnych światach, tworząc je próbują udostępnić innym ich wymiary w dyskursie
wiersza4. Poeci pogranicza stanowią szczególną grupę, odmienną już przez rodzaj ich
aktywności, co więcej wewnętrznie podzieloną, ze względu na specyfikę terenu, na
którym żyją i tworzą.
1 W. J. Bursza: Różnorodność i tożsamość. Antropologia jako kulturowa refleksyjność. Poznań 2002, s. 179, 180.
2 Tamże, s. 180.
3 I. S. Fiut: Kulturowa tożsamość poetów. Prezentacje i analizy. Kraków 2008, s. 101.
4 Tamże, s. 101.

�278

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

Współczesna działalność literacka na Śląsku Cieszyńskim kształtuje się zarówno na Zaolziu5, jak i w polskiej części tego regionu. Po lewej stronie Olzy od
roku 1947 funkcjonuje Polski Związek Kulturalno-Oświatowy w Czechosłowacji,
a w jego ramach działała do 1993 roku Sekcja Literacko-Artystyczna, która nadała działalności literackiej regionu wymiar zorganizowany. W 1990 roku powołano Samodzielne Zrzeszenie Literatów Polskich w Republice Czeskiej6. Natomiast
po prawej stronie Olzy7, twórczość literacka była wspierana dzięki inicjatywom
„Głosu Ziemi Cieszyńskiej”, „Pamiętnika Cieszyńskiego”, „Rocznika Cieszyńskiego”, wielki wpływ na zaktywizowanie mieszkańców Śląska Cieszyńskiego miała
również działalność nauczycielskiego ruchu literackiego przy Związku Nauczycielstwa Polskiego, klubu literackiego Nadolzie, powstałego przy Zarządzie Głównym Macierzy Ziemi Cieszyńskiej oraz Stowarzyszenia Cieszyńskiej Młodzieży
Twórczej8. Wszystkie te organizacje mają znaczenie w kształtowaniu tożsamości
mieszkańców pogranicza polsko-czeskiego; wspierając rozwój wiedzy o kulturze
regionu, umożliwiają budowanie poczucia łączności pomiędzy twórcami, a tym
samym wzmagają poziom identyfikacji ze swoim regionem.
Poezja współczesna tworzona na ziemi cieszyńskiej ukazuje swoistą relację pomiędzy obszarem pochodzenia i zamieszkania, a obrazem świata poetyckiego ukształtowanego przez twórców pogranicza. Zagadnienie tożsamości ujawnia się na kilku
podstawowych płaszczyznach, ilustrując wymiar identyfikacji twórczości Śląska Cieszyńskiego z obszarem, na którym powstaje. Te aspekty to tożsamość przestrzenna,
podejmująca problem granicy, miasta, domu oraz kulturowa rozpatrującą potoczną
wiedzę o korzeniach i dziejach własnej społeczności: języku, religii, historii. Twórczość Śląska Cieszyńskiego odmalowuje wewnętrzny szkielet poetyckiego postrzegania zagadnienia tożsamości oraz odsłania wymiar identyfikacji z miejscem urodzenia
i zamieszkania, które będąc granicą odmiennych kultur tworzy mimo różnorodności
spójną całość. Porusza problem przynależności grupowej, kategoryzowania świata
społecznego na swoich i obcych, według określonych kryteriów wartościujących.
Analizując poczucie identyfikacji grupy lokalnej, należy rozpatrzyć podstawowe wymiary kulturowe właściwe tej społeczności. W warunkach, w których jakaś konkretna
zbiorowość sama siebie rozpoznaje jako całość w odniesieniu do określonego obszaru,
mamy do czynienia z dwoistą rolą przestrzeni: raz skupiającą, raz symboliczną, polegającą na wyobrażeniu już dokonanego skupienia. Dlatego właśnie w procesach identy5 Zaolziem określa się teren sięgający od Bogumina do Jabłonkowa i od Czeskiego Cieszyna do Frydku. Nazwany tak w połowie lat 20. XX wieku z perspektywy polskiego brzegu
granicznej Olzy. B. Sabath: Strofy sercem pisane. Cieszyn w poezji polskiej w XIX, XX i XXI
stuleciu. Szkice. Bibliografia. Cieszyn 2008, s. 71.
6 W ramach aktywności rozpowszechniania twórczości lokalnej na Zaolziu z powodzeniem organizowano Konkursy Jednego Wiersza, istniało również wsparcie prasy lokalnej, między innymi
miesięcznika „Zwrot”, element wspierający stanowiła działalność Grupy Literackiej 63. Zob. L.
Miękina: Polska twórczość literacka po1918 roku. W: Śląsk Cieszyński. Środowisko naturalne.
Zarys dziejów. Zarys kultury materialnej i duchowej. Red. W. Sosna. Cieszyn 2001, s. 323-324.
7 Oprócz Cieszyna, aktywne literacko były również inne miejscowości Śląska Cieszyńskiego: w Mnichu funkcjonował Klub Młodych Exodus, od 1987 roku działała Grupa Twórcza Strumień przy Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Strumieniu oraz w Wiśle Grupa
Twórców Wiślanie. Zob. L. Miękina: Polska twórczość literacka…, s. 323-331.
8 Tamże, s. 331.

�Anita Czerwińska: Współczesna poezja Śląska Cieszyńskiego a tożsamość pogranicza polsko-czeskiego

279

fikacji społecznej zbiorowość przez określenie swego stosunku do przestrzeni określa
się nie tylko sama dla siebie, ale tworzy też swój wizerunek w relacji do innych9. Poezja
Śląska Cieszyńskiego, budując obraz tożsamości na poziomie przestrzennym, podejmuje zagadnienie granicy, której postrzeganie jest dwojakie, od akceptacji podziału świata
znanego podmiotowi lirycznemu, po negowanie zasadności jej istnienia.
W pierwszym wymiarze odmienność przestrzeni podzielonej granicą wydaje się
często pozorna, gdyż podmioty liryczne w wierszach utożsamiają się ze specyfiką obszaru przygranicznego, wartościując dodatnio możliwość funkcjonowania w zróżnicowanym kulturowo środowisku. Pisze o tym w swoim wierszu, finalista międzynarodowego Konkursu Jednego Wiersza zorganizowanego w 2001 roku przez Bibliotekę
Miejską w Cieszynie, poeta – Rafał Świc:
po drugiej stronie granicy
jak po drugiej stronie lustra
są nasze odbicia10.

Poezja Śląska Cieszyńskiego utożsamia dwie oddzielone granicą kultury, dowodząc,
że różnice pomiędzy nimi są pozorne, wobec istniejącego wszędzie piękna świata. Jak
dowodzi Jan Kubisz11:
A duch mój z twoim połączył się biegiem
I leci witać swych braci rodzonych
Ze wspólnej matki, chociaż rozłączonych12.

Podmiot liryczny przyjmuje w wierszach podwójną rolę: bohatera funkcjonującego na poziomie uczuć, więzi rodzinnych, który nie dostrzega „graniczności”
terenów, na których żyje, oraz obserwatora świadomego podziału znanego świata
i wywołanych przez to barier. Fakt istnienia granicy zostaje potwierdzony poprzez
naturalny podział miasta na dwie części za sprawą rzeki Olzy, co w pewnym wymiarze usprawiedliwia jego istnienie. Przekonuje o tym utwór zaolziańskiego poety
Wilhelma Przeczka13, Ucieszne miasteczka za pomocą lingwistycznego żartu:
9 P. Pellegrino: Rozwój przestrzenny, tożsamość kulturowa, stosunek innych i przemiany
terytorium regionalnego; prezentacja metody badań. W: Przestrzeń znacząca. Studia socjologiczne. Red. J. Wódz. Katowice 1989, s. 64.
10 R. Świc: Po drugiej stronie granicy. W: Ziemia cieszyńska wierszem malowana. Zbiór
utworów poetyckich laureatów międzynarodowych konkursów organizowanych przez Bibliotekę
Miejską w Cieszynie w latach 2001-2004. Oprac. J. Kula, M. Strządała. Cieszyn 2004, s. 9.
11 Jan Kubisz – urodził się w gospodarstwie w centrum wsi „na Bartkowicach”. W 1868
roku ukończył Seminarium Nauczycielskie w Cieszynie, a następnie pracował jako nauczyciel w Gnojniku i był działaczem społecznym Czytelni Ludowej w Cieszynie. Swój pierwszy
tomik poezji zatytułowany Niezapominajka wydał w 1882 roku, a jego słynny wiersz Do Olzy
(bardziej znany pod tytułem Płyniesz Olzo) stał się hymnem Śląska Cieszyńskiego, w szczególności Zaolzia. Zob. „Kalendarz Cieszyński 1990”. Cieszyn 1989, s. 3.
12 J. Kubisz: Olza, „Kalendarz Cieszyński 1990”. Cieszyn 1989, s. 3.
13 Wilhelm Przeczek - urodzony w 1936 roku w Karwinie, nauczyciel, poeta, pisarz i dramaturg, publicysta, tłumacz z literatury czeskiej i słowackiej. Po odbyciu studiów pedagogicznych w Ostrawie i politologicznych w Pradze uczył w polskich szkołach zaolziańskich,

�280

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

rzeka rżnie miasto
na dwie odrąbane połówki
podmiotem została uciecha
na drugiej stronie dodali przymiotnik14.

Podmiot liryczny podkreśla widoczną odrębność obu części miasta, akcentując różnice spowodowane naturalną granicą jaką stanowi rzeka. Zaobserwowana odrębność
jest definitywna, występuje bowiem już na poziomie nazewniczym, dzieląc miasto
położone w obszarze przygranicznym. Wśród utworów pogranicza polsko-czeskiego
istnienie granicy wywołuje również uczucia sprzeciwu. Przykładem mogą być pełne
goryczy słowa pochodzącej z Karwiny poetki zaolziańskiej Renaty Putzlacher15:
Zawsze za Olzą
wiecznie z tyłu
na miejscu
za-ostatnim16.

Podmiot postrzega swoją sytuację autochtona, zamieszkującego tereny zaolziańskie, jako pozycję gorszą. Odczuwa dyskomfort z powodu usytuowania na miejscu
za-ostanim, nie rezygnuje jednak z zajmowanej pozycji w strukturze lokalnej społeczności. Uczucie dyskryminacji nie stanowi przeszkody w utożsamianiu się z obiema
stronami polikulturowego świata.
Identyfikacja ze światem naznaczonym stygmatem granicy obecna jest również
w wierszu Ruty Kornelii Lissowskiej17, która w apostrofie do rzeki przywołuje sytuację
mieszkańca pogranicza:
Uczyniono cię Olzo granicą
nieprzebyta byłaś i obca,
a przecież za rzeką została rodzina
serca granic nie znają18.

publikując równocześnie w prasie na Zaolziu i w Polsce. Wydał szereg tomików poetyckich
(Czarna calizna, Wpisane w Beskid, Szumne podszepty), redagował również kilka zbiorków
zaolziańskich. Zob. L. Miękina, Polska twórczość literacka..., s. 312.
14 W. Przeczek: Ucieszne miasteczka. W: Szumne podszepty. Katowice 1982, s. 87.
15 Renata Putzlacher - poetka, urodzona w 1966 roku w Karwinie, mieszkająca i pracująca
w Czeskim Cieszynie jako kierownik literacki Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego. Wydała
tomiki poetyckie Bunt włosów, Próba identyfikacji, Małgorzata poszukuje Mistrza. Zob. L.
Miękina, Polska twórczość literacka..., s. 314-315.
16 R. Putzlacher: Od autorki. W: Tejże: Ziemia albo-albo. Karwina 1993, s. 13.
17 Ruta Kornelia Lissowska – urodzona w 1941 roku w Cieszynie. Zadebiutowała w „Nadolziu” w 1992 roku, zdobyła wyróżnienia w konkursach literackich, konkursie Kolęd i Pastorałek, IV Ogólnopolskim Konkursie Literackim O dzban czarnoleskiego miodu. Wydała
własne tomiki poezji: Przebudzenie, Radość istnienia. Zob. „Nadolzie”. Kom. red. J. Z. Sarama Wojnar, A. Więzik, A. Kawulok, D. Barski. Cieszyn 1992, s. 47.
18 R. K. Lissowska: Rzeko moja. W: Tejże: Radość istnienia. Cieszyn 1999, s. 37.

�Anita Czerwińska: Współczesna poezja Śląska Cieszyńskiego a tożsamość pogranicza polsko-czeskiego

281

Akceptacja świata podzielonego rzeką na dwie części stanowi dla podmiotu lirycznego konieczność wynikającą z biegu historii, na który podmiot nie ma wpływu,
o czym świadczy nieosobowa forma czasownika uczyniono cię. Istnienie rzeki jawi się
w utworze jako przeszkoda, ustanowiona przez zewnętrzne siły, które nie uwzględniają odczuć mieszkańców. Jednocześnie utwór obrazuje pewien rodzaj niezgody na
zaistniałą sytuację, będącej wyparciem istnienia granicy, gdyż sfera emocjonalna –
określona tu symbolicznie jako serce, nie może zostać uproszczona do terytorialnych
podziałów. Podmiot ustala istnienie granicy jako faktu utrwalonego wielowiekową
tradycją, nie akceptuje jednak podziału doznawanych uczuć, które nie funkcjonują
w porządku przestrzennym tylko emocjonalnym.
Kolejnym wyznacznikiem tożsamości człowieka danego okręgu jest relacja do
miejsca zamieszkania – tereny pogranicza polsko-czeskiego to tereny małych miasteczek, mających swoją symbolikę. Jak dowodzi Grzegorz Odoj, w polskim krajobrazie
szczególne miejsce zajmują małe miasteczka, ich mieszkańcy powiązani wielopokoleniową współpracą i współistnieniem, zachowują znamiona społeczności ceniącej sobie własną tradycję i miejscową swojskość19. O mentalności mieszkańca społeczności
lokalnej pisze Renata Putzlacher:
To jednak ja
dziewczyna z małego miasteczka
z nabytym instynktem
ukrywania się […]
Heroina kiepskich romansideł
okrytych
w filozoficzne płaszczyki20.

Podmiot liryczny przez kilkakrotne anaforyczne powtórzenie w wierszu zwrotu to
jednak ja, w wyraźny sposób akcentuje swoją tożsamość, przynależność społeczną do
małego miasteczka. Poprzez wszystko co czyni, co mówi podkreśla osadzenie w swoim mieście pułapce, to jednak nie jest pułapka z przymusu, to pułapka z wyboru. Powiązanie sfer przeszłej, teraźniejszej i przyszłej służy w wierszu Czeski Cieszyn Europa
Środkowa podkreśleniu więzi podmiotu lirycznego z miastem-przeznaczeniem:
Powinnam uzmysłowić sobie że nieprzypadkowo
moi przodkowie wybrali właśnie to miasto […]
A moi następcy będą absolutnie pewni
że właśnie to miasto było im sądzone21.

Miasteczko jawi się zatem jako forma niewielkiej społeczności lokalnej o silnie zarysowanym poziomie identyfikacji, wyrażającym się poczuciem więzi wewnętrznej, przywiązaniem do miejsca pochodzenia, form życia społecznego i kul19 G. Odoj: Tożsamość kulturowa społeczności małomiasteczkowej. Katowice 2007, s. 7.
20 R. Putzlacher: Próba identyfikacji. W: Tejże: Próba identyfikacji. Ostrawa 1990, s. 4.
21 R. Putzlacher: Czeski Cieszyn Europa Środkowa. W: Tejże: Małgorzata poszukuje Mistrza. Czeski Cieszyn 1996, s. 38.

�282

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

turalnego22. Poeci podkreślają kwestię bycia tożsamym, uświadomienia sobie na
ile pozostają w zgodzie z samym sobą, ale i z innymi ludźmi, jak również ze społeczeństwem lub środowiskiem, w których to światach są zawsze w pewnym stopniu
zakorzenieni23. Dla mieszkańców małego miasta zwarte przestrzennie, zgrupowanie niewielkiej liczby budowli na niewielkim terytorium pozwala na ściślejsze
aniżeli w środowisku wielkomiejskim połączenie zbiorowych doświadczeń z zajmowaną przestrzenią. Jest to dla tej społeczności przestrzeń dobrze znana, przyswojona, własna, dlatego jest ona nasycona wartościami, do których mieszkańcy
mają bardzo silny, emocjonalny stosunek24. Niemałe znaczenie dla pozytywnej
oceny miejsca zamieszkania ma jego wygląd zewnętrzny, o którym decydują porządek i estetyka. Są to oprócz czynników bytowych, znaczące uwarunkowania
jednostkowej i społecznej identyfikacji z miastem25. Poezja Śląska Cieszyńskiego afirmuje miasteczka tych terenów, podkreślając piękno architektury, specyfikę
krajobrazu oraz wyjątkowość swojego regionu. Jednym z wielu panegirycznych
utworów ku czci miast pogranicza polsko-czeskiego jest utwór Dariusza Barskiego26, Tryptyk cieszyński, w którym zostaje opisane piękno zabytków miasta:
Wieża Piastowska […]
Na wzgórzu ponad miastem
skąd wzrok dotyka krawędzi
wieża niczym nadzieja bierze na ramiona
gdy serce masz pokaleczone27.

W europejskim kręgu kulturowym tradycyjna architektura miejska posiada cechy
uporządkowanej i funkcjonalnej przestrzeni, wyróżnia się w niej zwarta racjonalnie
rozplanowana strefa centralna28. Do tego porządku nawiązuje Barski, budując obraz
miasta opartego o jego trzy największe zabytki. Wiersz ten stanowi przykład utworów
pogranicza afirmujących uroki miasta, będącego niejako materialnym dowodem wartości regionu w którym żyją i tworzą.
Kolejnym elementem, funkcjonującym w ramach przestrzennego postrzegania
Śląska Cieszyńskiego jest dla poetów dom. Pojęcie domu rozumiane jest szerzej,
w perspektywie miejsca zamieszkania, pochodzenia – oznacza on wtedy określoną
przestrzeń. Z bardziej bezpośredniego punktu widzenia postrzegane jest jako dom
rodzinny – konkretny, przywoływany w lirycznych wspomnieniach, zawsze będący
częścią małej ojczyzny, osadzony w kontekście regionu, który podmiot liryczny za-

22 G. Odoj: Tożsamość kulturowa..., s. 7.
23 I. S. Fiut: Kulturowa tożsamość poetów…, s. 102.
24 G. Odoj: Tożsamość kulturowa …, s. 171.
25 Tamże, s. 129.
26 Dariusz Barski – poeta urodzony w 1967 roku w Cieszynie. Publikował w Sekcji Nauczycieli Literatów ZNP, w antologii Ziemia cieszyńska wierszem malowana, wydał własne
tomiki wierszy, był członkiem grupy literackiej Nadolzie. „Nadolzie”. Kom. red. J. Z. Sarama
Wojnar, A. Więzik, A. Kawulok, D. Barski. Cieszyn 1992, s. 40.
27 D. Barski: Tryptyk cieszyński. W: Ziemia cieszyńska wierszem..., s. 18.
28 G. Odoj: Tożsamość kulturowa …, s. 171.

�Anita Czerwińska: Współczesna poezja Śląska Cieszyńskiego a tożsamość pogranicza polsko-czeskiego

283

mieszkuje. O domu-ojczyźnie pisze Adolf Dostal29, w wierszu zatytułowanym Bliski
krajobraz:
Są słowa proste:
Śląsk, Beskidy, Olza, […]
Jest słowo proste: dom
lecz kiedy dodasz rodzinny
staje się tak miłe i ciepłe30.

Dom zatem oznacza dla autora przestrzeń znajomą, poczucie tożsamości z ziemią
ojczystą jest w tych utworach niezwykle podkreślone, poezja przybiera charakter osobistego wyznania. Ja liryczne postrzega dom jako siedzibę własnej rodziny, poddaje
ten obraz idealizacji, zabieg ów dostrzec można w utworze Jana Brody31 zatytułowanym Przez rodzinną wieś:
Przejeżdżam przez rodzinną wieś
gdziem ujrzał świat przed laty
gdzie stał nad młynką stary dom
okryty snopków płatem32.

Dom w tym utworze zostaje wyidealizowany, upływający czas czyni zeń magiczną fantasmagorię. Poeta przywołuje obrazy z dzieciństwa, jawiące mu się jako najwspanialsze momenty życia, opis miejsc pochodzenia osadza dom w znanej scenerii
– z którą podmiot w pełni się identyfikuje.
Elementy przestrzenne, utożsamiane przez twórców pogranicza polsko-czeskiego
z ojczyzną takie jak granica, miasto, dom – wszystkie one budują obraz poety pogranicza, człowieka przywiązanego do miejsca, w którym mieszka i tworzy, dostrzegającego jego różnorodność i utożsamiającego się z nim. W sferze tożsamości kulturowej poeci również podejmują dyskurs, analizując pojęcia tradycji, języka oraz wiedzy o przeszłości i własnych korzeniach. Starają się ustosunkować do rzeczywistości
pełnej zmian, znaleźć pozycję, z której ich postrzeganie świata będzie miało walory
uniwersalne.
Istotnym problemem poruszanym w twórczości Śląska Cieszyńskiego jest zagadnienie języka, współwystępowania dwujęzyczności wśród ludzi pogranicza. Poeci czują
się predestynowani do podejmowania zagadnienia języka jako elementu budujące29 Adolf Dostal (1941-1963) – poeta, urodził się w Karwinie w rodzinie górniczej, kształcił
się w Liceum Pedagogicznym w Cieszynie. Zginął tragicznie na zaporze cierlickiej. Za życia
publikował wiersze w prasie na Zaolziu i w Polsce. Zob. L. Miękina: Polska twórczość literacka..., s. 311.
30 A. Dostal: Bliski krajobraz. W: Słowa i krajobrazy. Antologia poetów zaolziańskich. Red.
B. S. Kunda. Katowice 1980, s. 32.
31 Jan Broda – urodzony w 1911 roku w Drogomyślu. Ukończył seminarium nauczycielskie
w Ostrzeszowie. Ogłosił kilkaset artykułów o tematyce historycznej i etnograficznej, utwory
sceniczne, opowiadania, gawędy oraz wiersze. „Nadolzie”. Kom. red. J. Z. Sarama Wojnar,
A. Więzik, A. Kawulok, D. Barski, Cieszyn 1992, s. 34.
32 J. Broda: Przez rodzinną wieś. W: „Nadolzie”..., s. 34.

�284

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

go tożsamość kulturową, stanowi on bowiem ich narzędzie twórcze. Z jednej strony
z poezji twórców pogranicza wyłania się zagadnienie zamierania polskiego języka za
Olzą, które wyzwala u poetów uczucie goryczy, wiąże się bowiem z groźbą zamierania
kultury polskiej, prowadzi do wewnętrznego zubożenia mieszkańców, zaniku identyfikacji z regionem. Pisze o tym Zbigniew Machej33:
Za granicą, w zachodniej części miasta
tam, gdzie starcze głosy zawodzą jeszcze
Polska nie zginęła, dziecięce głosy nucą
kde domow můj34.

Utwór ten porusza ważny problem tożsamości, relację między kimś swoim a obcym, język staje się wyznacznikiem „swojskości”, decyduje o miejscu zajmowanym
w lokalnej społeczności. „Swojskość” reprezentuje tu ludność zaolziańska kultywująca polskie tradycje, element obcy stanowią jednostki społeczne nie podejmujące próby kultywowania polskiej kultury.
Z drugiej strony w poezji Śląska Cieszyńskiego widoczne jest współwystępowanie wielu kultur, afirmacja zróżnicowania jako elementu swoistego dla tego regionu,
o czym przekonuje Renata Putzlacher:
Lokalna Wieża Babel stała tu od zawsze35.

Lokalna wieża Babel stanowi nawiązanie do wielokulturowości terenu pogranicza, zamieszkiwanego od wieków przez Polaków, Czechów, Słowaków, a także ludność niemiecką oraz żydowską36. Jej istnienie nie dziwi, nie zastanawia – jest prostym
stwierdzeniem. Akceptacja współwystępowania odmiennych kultur stanowi element
krajobrazu kulturowego, jak wieża Piastowska wbudowana jest w krajobraz Cieszyna,
tak lokalna wieża Babel znajduje tam swoje miejsce. Epitet lokalna, obrazuje utożsamienie się podmiotu lirycznego z miejscem pochodzenia i zamieszkania. Cytat podkreśla identyfikację z różnorodnością, która stanowi specyfikę tego regionu.
Analizując kwestię postrzegania języka, jako elementu tożsamości w liryce powstałej na Śląsku Cieszyńskim, nie sposób nie zauważyć zaniku tradycji pisania utworów
gwarą. W XX i XXI wieku wiersze pisane gwarą stanowią jedynie niewielki odsetek dzieł tworzonych przez poetów pogranicza polsko-czeskiego, trudno ocenić tego
przyczynę. Może stanowić to symptom wskazujący na zanik identyfikacji z regionem,
jednak z drugiej strony posługiwanie się literacką polszczyzną umożliwia uniwersalizację tematów podejmowanych przez poetów lokalnych. Problem tożsamości wyrasta
w tym świetle na zagadnienie godne ukazania w szerszym, uniwersalnym kontekście.
33 Zbigniew Machej – urodzony w 1958 roku w Cieszynie. Nauczyciel, dziennikarz i animator kultury, studiował polonistykę i religioznawstwo w Krakowie. Pełnił obowiązki sekretarza redakcji „Głosu Ziemi Cieszyńskiej”. Przez szereg lat był dyrektorem Ośrodka Kultury
Polskiej w Pradze. Wydał tomiki poezji: Smakosze, kochankowie, płatni mordercy, Wiersze
dla moich przyjaciół, Trzeci brzeg. Zob. L. Miękina: Polska twórczość literacka ..., s. 322.
34 Z. Machej: Cieszyn, Europa Środkowa . W: Tegoż: Trzeci brzeg. Kraków 1992, s. 27.
35 R. Putzlacher: Czeski Cieszyn Europa Środkowa …, s. 38.
36 B. Sabath: Strofy sercem pisane..., s. 71.

�Anita Czerwińska: Współczesna poezja Śląska Cieszyńskiego a tożsamość pogranicza polsko-czeskiego

285

Wielowyznaniowość, głęboka religijność, afirmacja pracy, to również wyznaczniki
budujące tożsamość ludzi pogranicza, ukazywane w utworach poetyckich jako niepodważalna wartość oraz element identyfikujący mieszkańców Śląska Cieszyńskiego.
W szeregu utworów lirycznych ziemia cieszyńska określana jest jako efekt idealnego
zamysłu niebieskiego:
Ziemio Cieszyńska
Z uśmiechu boga jesteś
Dlategoś taka piękna
Z marzenia jego powstała37.

Niezwykłość tego regionu potwierdzona zostaje również w utworze Jana Pyszko38,
który wyraźnie akcentuje bezkonfliktowość religijną ziemi cieszyńskiej, będącą chlubą tego terenu, wyznacznikiem tożsamości. Podmiot w bezpośredni sposób zwraca
się do niej w apostroficznym zwrocie:
Ziemio
czarnego złota […]
osobliwości kultury etnicznej
ekumenii39.

Ekumenizm staje się hasłem charakteryzującym Śląsk Cieszyński, jedną z jego niezaprzeczalnych wartości, decydującą o specyfice tego miejsca. Duma z wielowyznaniowości oraz szerokiej akceptacji tego zjawiska staje się tematem szeregu panegirycznych utworów o pograniczu polsko-czeskim.
Równie mocno o tożsamości poezji pogranicza świadczą liczne nawiązania do tradycji regionu, jego bogatej historii. W współczesnej poezji regionu odnaleźć można wiele utworów podejmujących zagadnienie wyjątkowości ziemi cieszyńskiej jako
bastionu polskości oraz podkreślenie heroizmu jej mieszkańców. Przykładem może
być utwór Jana Pyszko Do Nawsia, w którym autor wychwala odwagę i waleczność
przeszłych pokoleń mieszkańców:
Ni wojny ni dyktatury
Nawsia nie złamały
pozostali wierni sobie i ziemi40.

Podejmując temat tradycji i nastawienia do historii pogranicza, pełen wiary obraz
w przyszłe pokolenia przedstawia również Jan Kubisz w utworze Nad Olzą:

37 I. E. Suchy: Ziemio Cieszyńska, „Nadolzie”..., s. 12.
38 Jan Pyszko (1925-2008) – urodzony w Nawsiu, koło Jabłonkowa. Pedagog polskiego
szkolnictwa, tłumacz. Wydał tomiki: Żarna, Strzałą zieloną po…, Kamyki światła. Zob. J.
Pyszko: Kamyki światła. Nawsie 2005, s. 66.
39 J. Pyszko: Do ziemi. W: Tegoż: Kamyki światła. Nawsie 2005, s. 11.
40 J. Pyszko: Do Nawsia, Kamyki światła. Nawsie 2005, s. 13.

�Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

286
Wnuk usłyszy w fal twych szumie
Przodków swoich dzieje,
I usiądzie nad twym brzegiem dumać nad przeszłością –
I żyć będzie dla swej ziemi czynem i miłością!41.

Wiersz ten wyraża profetyczne przekonanie o kultywowaniu przez przyszłe pokolenia pamięci o przeszłości. Pewność takiego postępowania wynika dla podmiotu lirycznego z niezaprzeczalnej wartości ziemi cieszyńskiej.
Jeżeli spojrzeć na etapy egzystencjalnego penetrowania świata w utworach poetyckich pogranicza polsko-czeskiego, to na pierwszy plan wysuwa się zdystansowanie podmiotu lirycznego oraz przeciwstawienie mu przemijającego i współczesnego świata. To
zdystansowanie wyraża się w poezji po obu stronach Olzy poprzez próbę postrzegania
specyficznych aspektów funkcjonowania na pograniczu kultur. Odwołując się do charakterystycznych motywów budujących tożsamość przestrzenną i kulturową jak: dom,
miasto, granica, język, tradycja oraz religia, poezja stara się stworzyć obraz świata, w którym czytelnik dostrzeże różnorodność i bogactwo Śląska Cieszyńskiego. W twórczości
pogranicza dostrzec można sposób postrzegania regionu, polegający na afirmacji jego
piękna, ale i świadomości istniejących różnic pomiędzy przedstawicielami odrębnych
kultur – co jednak urasta do wymiaru wartości. Utwory liryczne przekonują, że pojęcie
tożsamości nie jest zagadnieniem jednowymiarowym; uwidoczniają istniejące problemy w odnalezieniu właściwej pozycji mówienia o sobie jako o człowieku dwóch kultur, jednak nie negują tego stanu rzeczy. Bycie członkiem tej społeczności jest dla nich
oczywistością, problem stanowi jedynie sposób pojmowania tego uczestnictwa w kulturze pogranicza, jako mieszkaniec, ale również jako poeta. Relacja swój – obcy nie jest
relacją Polak – Czech, a jedynie zestawieniem postaci dostrzegającej wielokulturowość
regionu, a obojętnej na te wartości. Poezja Śląska Cieszyńskiego stanowiąc świadectwo
tożsamości pogranicza polsko-czeskiego, obrazuje aktywny i świadomy stosunek twórczości lokalnej tych terenów do własnej wewnętrznie zróżnicowanej, a zarazem niezwykle spójnej, kultury. Poezja lokalna podkreśla wartość kultury pogranicza, co stanowi
świadectwo identyfikacji z regionem.

Bibliografia:
Barski D.: Tryptyk cieszyński. W: Ziemia cieszyńska wierszem malowana. Zbiór
utworów poetyckich laureatów międzynarodowych konkursów organizowanych przez
Bibliotekę Miejską w Cieszynie w latach 2001-2004. Oprac. J. Kula, M. Strządała. Cieszyn 2004, s. 18
Broda J.: Przez rodzinną wieś. W: „Nadolzie”. Kom. red. J. Z. Sarama Wojnar, A.
Więzik, A. Kawulok, D. Barski, Cieszyn 1992, s. 34
Bursza W.J.: Różnorodność i tożsamość. Antropologia jako kulturowa refleksyjność.
Poznań 2002
Dostal A.: Bliski krajobraz. W: Słowa i krajobrazy. Antologia poetów zaolziańskich.
Red. B. S. Kunda. Katowice 1980, s. 31-62
Fiut I. S.: Kulturowa tożsamość poetów. Prezentacje i analizy. Kraków 2008
41 J. Kubisz: Nad Olzą. W: Tegoż: Z niwy śląskiej. Lwów 1902, s. 97-98.

�Anita Czerwińska: Współczesna poezja Śląska Cieszyńskiego a tożsamość pogranicza polsko-czeskiego

287

Kadłubiec K.D.: Uwarunkowania cieszyńskiej kultury ludowej. Czeski Cieszyn 1987
Kubisz J.: Olza, „Kalendarz Cieszyński 1990”. Cieszyn 1989, s. 3
Kubisz J.: Nad Olzą. W: Z niwy śląskiej. Lwów 1902, s. 97-98
Lissowska R. K.: Rzeko moja. W: Tejże: Radość istnienia. Cieszyn 1999, s. 37
Machej Z.: Cieszyn, Europa Środkowa. W: Tegoż: Trzeci brzeg. Kraków 1992, s. 27
Miękina L.: Polska twórczość literacka po1918 roku. W: Śląsk Cieszyński. Środowisko
naturalne. Zarys dziejów. Zarys kultury materialnej i duchowej. Red. W. Sosna. Cieszyn 2001, s. 297-334
„Nadolzie”. Kom. red. J. Z. Sarama Wojnar, A. Więzik, A. Kawulok, D. Barski. Cieszyn 1992
„Nadolzie”. Kom. red. J. Z. Sarama Wojnar, A.Więzik, K. Feber, T. Waszut. Cieszyn 1994
Odoj G.: Tożsamość kulturowa społeczności małomiasteczkowej. Katowice 2007
Pellegrino P.: Rozwój przestrzenny, tożsamość kulturowa, stosunek innych i przemiany terytorium regionalnego; prezentacja metody badań. W: Przestrzeń znacząca. Studia
socjologiczne. Red. J. Wódz. Katowice 1989, s. 42-69
Przeczek W.: Ucieszne miasteczka. W: Tegoż: Szumne podszepty. Katowice 1982, s. 87
Putzlacher R: Czeski Cieszyn Europa Środkowa. W: Tejże: Małgorzata poszukuje mistrza. Czeski Cieszyn 1996, s. 38
Putzlacher R.: Małgorzata poszukuje Mistrza. Czeski Cieszyn 1996
Putzlacher R.: Próba identyfikacji. W: Tejże: Próba identyfikacji. Ostrawa 1990, s. 4
Putzlacher R.: Od autorki. W: Tejże: Ziemia albo-albo. Karwina 1993, s. 13
Pyszko J.: Do Nawsia. W: Tegoż: Kamyki światła. Nawsie 2005, s. 13
Pyszko J.: Do ziemi. W: Tegoż: Kamyki światła. Nawsie 2005, s. 11
Pyszko J.: Kamyki światła. Nawsie 2005
Sabath B.: Strofy sercem pisane. Cieszyn w poezji polskiej w XIX, XX i XXI stuleciu.
Szkice. Bibliografia. Cieszyn 2008
Suchy I. E.: Ziemio Cieszyńska. W: „Nadolzie”. Kom. red. J. Z. Sarama Wojnar, A.
Więzik, K. Feber, T. Waszut. Cieszyn 1994, s. 12
Świc R.: Po drugiej stronie granicy. W: Ziemia cieszyńska wierszem malowana. Zbiór
utworów poetyckich laureatów międzynarodowych konkursów organizowanych przez
Bibliotekę Miejską w Cieszynie w latach 2001-2004. Oprac. J. Kula, M. Strządała. Cieszyn 2004, s. 8

Shrnutí
Současná poezie na území Těšínského Slezska
a identita polsko-českého pohraničí
Článek akcentuje existenci problému identity v poezii, vzniklé na území Těšínského Slezska,
která se projevuje v několika základních úrovních, přičemž představuje rozměr identifikace
literárních úspěchů s prostorem, na kterém vznikají. Tvorba v pohraničí líčí vnitřní skelet
poetického vnímání problematiky identity, a odhaluje rozměr ztotožnění se s místem narození
a bydlištěm, které pokud jsou hranicí různých kultur i přes různorodost tvoří jeden konzistentní celek. Popisuje problémy skupinové příslušnosti, kategorizování společenského světa
na svoje a cizí, podle ustálených zhodnocujících kritérií. Pokud se odvoláváme se na charakteristické motivy vytvářející prostorovou a kulturní identitu jako dům, město, hranice, jazyk,
tradice a náboženství, poezie se snaží ukázat národnostní různorodost a bohatství Těšínského

�288

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

Slezska. V tvořivosti pohraničí je možno spatřit způsob vnímání regionu, spočívající v afirmaci jeho krásy, ale také vědomí existujících kulturních rozdílů narůstajících jednak do rozměru
hodnot, svědčících o specifickém charakteru tohoto území.

Summary
Modern poetry of Cieszyn Silesia and the identity
of the Polish-Czech borderland
The study emphasizes the existence of the issue of identity in poetic works written in Cieszyn
Silesia. This identity issue is manifested in several basic platforms, which seems to illustrate the
dimension of identification of literary performance with the area in which it comes to being.
Borderland creation depicts the inner outline of poetic perception of identity and uncovers
the dimension of identification with the birthplace and dwelling place, which form the border
between different cultures. However, despite their differentiation, they constitute a coherent
entity. Poetic works also touch the problem of belonging to a group, the categorization of the
world into the own and the alien, according to particular evaluative criteria. By referring to
characteristic motifs which build spatial and cultural identity (such as: home, town, border, language, tradition and religion), poetry shows the diversity and wealth of Cieszyn Silesia. What
seems to be easy to notice in borderland creation is the way in which the region is perceived –
the way consisting in the affirmation of beauty but also in the awareness of cultural differences,
the way which finally gets the rank of value and confirms the specificity of this area.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="6801" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="6781">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/81210c0f14267991ced526770ae731a3.pdf</src>
        <authentication>99b56e7cb5291ace46bf2a195fdb3416</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="1">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="174">
                  <text>Książki</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80966">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5471</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80967">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80968">
                <text>2010</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80969">
                <text>Śląsk Cieszyński - dziedzictwo kulturowe</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="80970">
                <text>Śląsk Cieszyński - twórczość ludowa</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80971">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:5088</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80972">
                <text>Wspólczesna twórczość samorodna w procesie kształtowania tożsamości/ Dziedzictwo kulturowe jako klucz do tożsamości pogranicza polsko-czeskiego</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80973">
                <text>Dziedzictwo kulturowe jako klucz do tożsamości pogranicza polsko-czeskiego; pod red. Haliny Rusek,Agnieszki Pieńczak i Jacka Szczyrbowskiego s., 319-331</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80974">
                <text>Czerwińska, Kinga</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80975">
                <text>pol</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="80976">
                <text>ang.</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="80977">
                <text>cz.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80978">
                <text>Wydział Etnologii i Nauk o Edukacji Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80979">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="80980">
                <text>CZĘŚĆ 5
TWÓRCZOŚĆ ARTYSTYCZNA, FOLKLOR
I OBRZĘDOWOŚĆ ZIEMI CIESZYŃSKIEJ

��Kinga Czerwińska
Uniwersytet Śląski w Katowicach
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej

Współczesna twórczość samorodna
w procesie kształtowania tożsamości.
Przykład Śląska Cieszyńskiego

Pojęcie tożsamości jest obecnie „niezbędnym, a może nawet zasadniczym narzędziem pojęciowym w analizie sytuacji człowieka w społeczeństwie współczesnym
i próbach wyjaśnienia bądź zrozumienia kluczowych fenomenów społecznych naszych czasów”1. Dynamika zmian otaczającej nas rzeczywistości oraz doświadczanie
odmiennych wzorów kultury będące synonimem współczesności, wymuszają refleksje nad samym sobą i własnym miejscem w świecie. Kulturowy eklektyzm przynosi
destabilizację, zwłaszcza wśród młodego pokolenia, które potrzebuje trwałych fundamentów stanowiących o formowaniu ich samoidentyfikacji. Proces ten nie należy
do łatwych. Z jednej strony bowiem obserwujemy tendencję ujednolicenia kultury
poprzez massmedia, globalizm, ekonomiczną i kulturalną homogenizację. Równocześnie, po drugiej stronie coraz intensywniej odradza się regionalizm, któremu często towarzyszy izolacjonizm lokalny i ksenofobia, wynikające z zagrożenia własnego
orbis interior.
Każdy rodzaj relacji zachodzących pomiędzy jednostkami, buduje poczucie przynależności do wybranej społeczności i odrębności od innych, i staje się gruntem dla
kształtowania identyfikacji na poziomie jednostki i grupy. Poszukiwanie jej wyznaczników odbywa się na płaszczyznach: państwowej, etnicznej, regionalnej, kulturowej,
religijnej, a nawet seksualnej2. Jednostka bowiem z jednej strony poszukuje „unikal1 Z. Bokszański: Tożsamość, interakcja, grupa. Tożsamość jednostki w perspektywie teorii
socjologicznej. Łódź 1989, s. 6.
2 Na gruncie nauk humanistycznych, a zwłaszcza psychologii, socjologii czy etnologii problematyka tożsamości jest obecnie jednym z podstawowych zagadnień badawczych. Pisze
o tym wielokrotnie W. J. Burszta. Zob. tegoż: Antropologia kultury. Poznań 1998; Asteriks
w Disneylandzie. Zapiski antropologiczne. Poznań 2001; Różnorodność i tożsamość. Antropologia jako kulturowa refleksyjność. Poznań 2004 i inne.

�320

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

ności” własnej osoby, z drugiej zaś poczucia podobieństwa i przynależności do określonej grupy i kategorii społecznej w ramach aktualnie żyjącego pokolenia oraz jego
przeszłości, przekonania o wspólnocie i ciągłości czasu i przestrzeni3.
Wśród wielu płaszczyzn kształtowania się tożsamości, za najważniejszą przyjmuje
się płaszczyznę kulturową, historycznie uwarunkowaną oraz zachowującą istnienie
i ciągłość zbiorowości. Tożsamość tę wyznaczają:
1) elementy dziedzictwa, nawet całkowicie lub częściowo zdezaktualizowane, 2) rodzaj, proporcje
i ustrukturowanie składowych elementów danej kultury zarówno ze względu na odrębności wyróżników
kulturowych, jak i na osiągnięty poziom powszechników społeczno-ekonomicznych i cywilizacyjnych
wewnątrz danej kultury, 3) kontekst zewnętrzny równorzędnych czy nierównorzędnych kontaktów z innymi kulturami, występujących w różnym natężeniu w przeszłości i teraźniejszości4.

Zasób dziedzictwa kulturowego staje się zatem swoistym rdzeniem wokół, którego
kształtuje się tożsamość jednostki i grupy5. Stopień jego zachowania i tradycyjności,
formy jego przekazu, jak i recepcja jego treści wyraża stosunek do własnej kultury,
a co za tym idzie intensywność identyfikacji jednostki czy grupy.
Świadomość tożsamości kulturowej wiązać się będzie przeto z poczuciem przynależności do własnej
społeczności, z identyfikowaniem się z tą społecznością, z jej specyficzną kulturą i wspólną historią,
z określonym terytorium, które się wspólnie zamieszkuje, równocześnie z poczuciem wyraźnej odrębności w stosunku do innych grup6.

Mając na uwadze powyższe założenia, zamierzam poddać analizie znaczenie twórczości
samorodnej w kształtowaniu tożsamości mieszkańców Śląska Cieszyńskiego. Postaram się
wykazać, iż aktywność twórcza oparta na tradycyjnych kanonach ideowo – warsztatowych
oraz twórczość nieprofesjonalna, inspirowana miejscowym środowiskiem przyrodniczym
i kulturowym, ma istotny wkład w budowaniu tożsamości grupowej – społecznej, ale i jednostkowej. Manifestacja własnej, lokalnej twórczości i jej powszechna recepcja proces ten
umacnia, co ma ogromne znaczenie zwłaszcza w przestrzeni pogranicza. Tu bowiem intensywność procesów, o których pisałam wyżej nabiera innego wymiaru. Pogranicza stanowią
miejsca kontaktu rozmaitych grup ludzkich, charakteryzujących się odmiennymi tradycjami kulturowymi, systemami wartości, różnymi językami czy dialektami, czasem także odmiennym wyznaniem7.

Grupy społeczne, wchodzące ze sobą w kontakt, prowadzą intensywną wymianę
odmiennych wartości i wzorów kultury. Halina Rusek pisze, że: „Członkowie społecz3 L. Dyczewski: Kultura polska w procesie przemian. Lublin 1995, s. 67-70.
4 K. Kwaśniewski: Tożsamość kulturowa. W: Słownik etnologiczny. Terminy ogólne. Red.
Z. Staszczak. Warszawa – Poznań 1987, s. 351-352.
5 Zob. M. Wieruszewska: Tożsamość kulturowa jako wartość i czynnik konstytutywny społeczności lokalnej. W: Społeczności lokalne. Teraźniejszość i przyszłość. Red. B. Jałowiecki,
B. Sowa, P. Dudkiewicz. Warszawa 1989, s. 310.
6 G. Odoj: Tożsamość kulturowa społeczności małomiasteczkowej. Katowice 2007, s. 23.
7 R. Kantor: Pogranicze jako narodowy obszar kulturowy. W: Społeczno-cywilizacyjny wymiar edukacji. Red. Z. Jasiński. Opole 1996, s. 113.

�Kinga Czerwińska: Współczesna twórczość samorodna w procesie kształtowania tożsamości. ...

321

ności pogranicza nieustannie funkcjonują w sytuacji kontaktu i konfrontacji z jakimiś
„innymi”, przekraczając nieustannie granice odrębności etniczno-kulturowej swojej
grupy”8. Ludzie pogranicza są zatem uczestnikami konfrontacji w wymiarze etnicznym, regionalnym, kulturowym czy religijnym, które kształtują ich postawy9. To zaś
proces budowania tożsamości czyni znacznie trudniejszym.
Śląsk Cieszyński ukształtował swą kulturową specyfikę pogranicza, pozostając
w bezpośrednim kontakcie z Małopolską (a w szczególności Żywiecczyzną), ze Śląskiem Górnym i Opawskim, szerzej Morawami, Czechami i Słowacją. Geograficzne
usytuowanie regionu i jego lokacja u wrót Bramy Morawskiej oraz wynikająca z niej
niełatwa historia, mobilność i niejednorodność osadnicza (polska, niemiecka, czeska,
żydowska, wałaska), różna przynależność państwowa (Śląsk Cieszyński był częścią
Polski, Czech i Monarchii Austrowęgierskiej), czy wreszcie rozdzielenie Macierzy
w 1920 roku i włączenie jej do dwóch aparatów państwowych: Polski i Czechosłowacji, zadecydowały o specyfice śląskocieszyńskiego dziedzictwa kulturowego. Niemałe
znaczenie w tym procesie miała również heterogeniczność wyznaniowa.
Zasadniczym elementem decydującym o odrębności kulturowego dziedzictwa regionu była tradycyjna kultura ludowa10. Wśród wielu jej przejawów, na szczególną
uwagę zasługuje aktywność artystyczna, która pozostaje współcześnie bodaj najbardziej reprezentacyjną i żywotną jej częścią. Wypracowane przez setki lat, formy kultury artystycznej stały się wyznacznikiem regionu, jednym z głównych determinantów
identyfikacji kulturowej. Zamiłowanie do piękna i estetyki było równocześnie pretekstem do manifestacji własnej przynależności społecznej, religijnej i etnicznej, zasygnalizowania odrębności grupy. Jej wartość polegała również na tym, że „...scalała
grupę, wyróżniała, informowała, dawała poczucie więzi z przeszłością”11, co miało
niebagatelne znaczenie w procesie budowania tożsamości.
O charakterze artystycznych treści i środków wyrazu kształtujących się w granicach regionu, a nie rzadko i wsi, zdecydowały takie czynniki, jak izolacjonizm tradycyjnej kultury chłopskiej oraz jej samowystarczalność12. Czynniki te zaważyły na
wyodrębnieniu się swoistego dla danego obszaru, zespołu ideowo-formalnego, który
operował przede wszystkim elementami rodzimymi, lokalnymi, ale i twórczą adaptacją motywów zaczerpniętych ze sztuki elitarnej, mieszczańskiej oraz elementów obcych etnicznie. Ludowe „dzieła” odzwierciedlały pragnienia twórców i ich odbiorców,
ale równocześnie stanowiły „…ogniwa nieskończonego łańcucha twórczości wielu
pokoleń, wielu lat i niekiedy wielu krajów”13.
W formowaniu ludowej kultury artystycznej najważniejszy okazał się okres
przypadający na wiek XIX i początek wieku XX. Następujące wówczas gruntowne
8 H. Rusek: Tożsamość pogranicza. Wprowadzenie. W: Pogranicza kulturowe i etniczne
w Polsce. Red. Z. Kłodnicki, H. Rusek. Wrocław 2003, s. 9.
9 Zob. A. Szyfer: Ludzie pogranicza. Kulturowe uwarunkowania osobowości. Poznań 2003.
10 Zob. K. D. Kadłubiec: Uwarunkowania cieszyńskiej kultury ludowej. Czeski Cieszyn 1987.
11 A. Jackowski: Sztuka ludowa. W: Etnografia Polski przemiany kultury ludowej. Red. M.
Biernacka, M. Frankowska, W. Paprocka. T. 2. Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk, Łódź
1981, s. 190.
12 L. Stomma: Determinanty polskiej kultury ludowej w XIX wieku. „Polska Sztuka Ludowa” 1979, nr 3, s. 131- 142.
13 E. Frankowski: Sztuka ludu polskiego. Monografie artystyczne. T. XVII. Warszawa 1928, s. 5.

�322

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

zmiany polityczno-ekonomiczne, takie jak: uwłaszczenie, budzenie się świadomości klasowej, czy wreszcie intensywne uprzemysłowienie, znacznie wpłynęły na jej
kondycję. Dla wielu jej przejawów rozpoczął się proces bujnego rozwoju, dla innych
powolnego zaniku. Proces ten pogłębił się po II wojnie światowej. Pod wpływem
silnej urbanizacji, industrializacji i zmian ustrojowych kultura ludowa, a więc rdzeń
dziedzictwa kulturowego, uległa rozpadowi. Postępujące przeobrażenia uczyniły również dawną, tradycyjną sztukę ludową rozdziałem zamkniętym, należącym
do historii. Zmiany dotknęły nawet obszary hermetyczne na dynamikę przemian,
o szczególnie silnie rozwiniętym poczuciu wartości własnego dziedzictwa, które
Ryszard Kantor, za Józefem Bursztą nazywa „spichlerzami kultury”14. Wśród nich
znalazła się także znaczna część ziemi cieszyńskiej – Beskid Śląski. Jedynie dzięki
stymulowanej „od góry” opieki nad tą wyjątkową aktywnością artystyczną, udało
się zachować wybrane jej przejawy15. Finansowe i merytoryczne wsparcie oraz działalność aktywizująca prowadzona przez miejscowe samorządy, muzea czy regionalne oddziały Cepelii, były zachętą do kontynuacji, a w wielu wypadkach pobudzenia
aktywności twórczej.
Zmiany jakie dotknęły artystyczną kulturę wsi dotyczyły zarówno cech formalno
-ideowych, jak i funkcji oraz wartości, jakie reprezentowała. Zalewająca fala wyrobów produkcji fabrycznej zgodnych z lansowaną przez miasta modą, bezpowrotnie
wyparła ze wsi sprzęty, zdobnictwo wnętrz czy tradycyjny strój, który stał się z rzadka noszonym kostiumem. Otwarcie się ku nowym wzorom, zdeprecjonowało dawną
twórczość ludową i pozbawiło jej wartości materialnej i użytkowej. Walory artystyczne oraz kulturowe zyskały jednak uznanie poza rodzimym środowiskiem, a potrzebę
kontynuowania kanonu sztuki tradycyjnej uznano za najważniejszy przejaw kultury
regionalnej i narodowej.
Równocześnie obok istnienia twórczości „w stylu ludowym”, rozwijała się w środowisku wiejskim twórczość formalnie i treściowo znacznie odbiegająca od tradycyjnego kanonu sztuki ludowej. Twórcy, którzy nabyli swe umiejętności, poczucie i konwencje estetyki, w czasach kiedy sztuka ludowa była „żywa”, zetknęli się z odmienną
rzeczywistością kulturową, która stała się dla nich nową inspiracją artystyczną. Tym
sposobem sztuka, nazywana „ludową”, zbliżyła się do twórczości określanej terminem
sztuki nieprofesjonalnej, amatorskiej czy naiwnej, kształtowanej jedynie inwencją
i pasją twórcy16. Dlatego analizując współcześnie aktywność plastyczną wsi, często
potocznie określaną sztuką ludową, uznałam za zasadne, wprowadzenie pojęcia twórczości samorodnej, którą rozumiem jako: „…naturalną potrzebę tworzenia człowieka
nie przygotowanego profesjonalnie do prac twórczych”17. Termin ten bowiem trafniej
obrazuje zjawisko, które przedstawiam w niniejszym artykule.
O współczesnym postrzeganiu i rozwoju samorodnej twórczości Śląska Cieszyńskiego, a szerzej kulturowego dziedzictwa w Polsce, zdecydowały w dużej mierze rów14 R. Kantor: Istota i siła tradycji. W: Bogaci tradycją. Kontynuacja i zmiana w kulturze współczesnej wsi. Red. R. Kantor. Kielce 1996, s. 9-19.
15 Mowa tu przede wszystkim o takich gałęziach sztuki ludowej jak: haft, koronka oraz rzeźba.
16 Zob. A. Jackowski: Sztuka zwana naiwną. Warszawa 1995.
17 Za: I. Butmanowicz-Dębicka: Obcy wśród swoich. Społeczne podłoże twórczości samorodnej. W: Ogród spustoszony. Kontynuacja i zmiana w kulturze współczesnej wsi. Red. R.
Kantor, W. Kołodziej. Kraków 1995, s. 45.

�Kinga Czerwińska: Współczesna twórczość samorodna w procesie kształtowania tożsamości. ...

323

nież wydarzenia końca XX wieku: przemiany ustrojowe oraz akces do Unii Europejskiej. Zmiany te przyniosły obawę i lęki przed utratą kultury polskiej, zanikiem jej narodowej odrębności i ujednoliceniem z kulturą europejską czy światową. Starania te
okazały się przedwczesne, i jak da się zauważyć błędne. Pomimo, że zcentralizowana,
„odgórnie” prowadzona opieka nad tradycyjną i amatorsko uprawianą twórczością
po 1990 roku utraciła impet, nie wpłynęło to na zanik tej twórczej aktywności. Wręcz
przeciwnie, artystyczna kreacja, czerpiąca inspiracje ze „sztuki ludowej” czy wprost ją
kontynuująca oraz amatorska, wolna od tradycyjnych kanonów, staje się coraz popularniejsza. Kulturowe tradycje, w tym interesująca nas tu twórczość samorodna cieszy
się coraz większym zainteresowaniem i aprobatą społeczną. Dość powszechne uznanie dziedzictwa kulturowego za niezastąpiony element decydujący o tożsamości kulturowej czy narodowej, zrodziło wiele projektów związanych z zachowaniem schedy
przodków. Cenne są zwłaszcza inicjatywy indywidualne, jak zakładanie stowarzyszeń,
galerii, organizowanie plenerów, ale również te o charakterze instytucjonalnym, prowadzone przez muzea czy ośrodki kultury18. Różnorodną aktywność podejmowaną
na tym polu można sklasyfikować następująco:
- zakładanie lub reaktywowanie zespołów folklorystycznych, kapel ludowych,
grup śpiewaczych,
- rekonstruowanie dawnych zwyczajów oraz obrzędowości,
- organizowanie wystaw i kiermaszów twórczości plastycznej,
- zakładanie prywatnych muzeów, izb regionalnych, galerii, m.in. Izba Regionalna w Cisownicy, Chlebowa Chata w Górkach Wielkich, Galeria „u Niedźwiedzia” w Wiśle,
- organizowanie konkursów i warsztatów, gdzie można poznać tradycyjne umiejętności związane m.in. z szyciem czy zdobnictwem strojów ludowych. W tą
działalność wpisuje się przede wszystkim cieszyński Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości i organizowany przezeń cykl imprez pod wspólnym tytułem Skarby
z cieszyńskiej trówły,
- wydawanie różnych rodzajów publikacji: broszur, przewodników, książek popularnonaukowych, w tym także tomików wierszy i opowiadań gwarowych.
Na szczególną uwagę zasługują tu dwa programy regionalne, które swym zasięgiem
obejmują region całego Śląska Cieszyńskiego, nie zważając na granicę państwową, co
dla rozdzielonego przez lata regionu, ma znaczenie priorytetowe. Są to np.:
1) Greenways: program tzw. zielonych korytarzy, który powstał z inicjatywy Euroregionu Śląsk Cieszyński i Stowarzyszenia Rozwoju i Współpracy Regionalnej Olza
w Cieszynie. Projekt ten zainicjowany i wprowadzony w Środkowej Europie, a współcześnie popularny na całym świecie, polega na wyznaczeniu szlaków przyrodniczokulturowych wiodących po szczególnie atrakcyjnych miejscach związanych z tradycją
i historią regionów. Szlak biegnący przez Śląsk Cieszyński jest częścią zielonego korytarza biegnącego z Wiednia do Krakowa. Na trasie, w gminie Goleszów, wyznaczono
punkt, w którym funkcjonuje ekomuzeum stroju cieszyńskiego, gdzie można z bliska przyjrzeć się, jak powstają według dawnych wzorów wybrane części tradycyjnej
odzieży, np. żywotek lub czepiec. W przyszłości planuje się także uruchomienie ekomuzeum koniakowskiej koronki w Trójwsi oraz ekomuzeum tradycyjnej architektury
w Jastrzębiu Zdroju.
18 Współcześnie głównym koordynatorem wspierania rozwoju lokalnej twórczości jest Regionalny Ośrodek Kultury w Bielsku-Białej, którego dyrektorem jest Leszek Miłoszewski.

�324

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

2) Tradycyjnie piękne: to część większego projektu Polsko-Czeska Akademia
Ginących Zawodów, w ramach którego powstał Szlak Tradycyjnego Rzemiosła19,
obejmujący: 21 miejscowości po polskiej i czeskiej stronie Śląska Cieszyńskiego, 34
osoby zajmujące się rękodziełem, 2 osoby zajmujące się kuchnią regionalną, 3 izby regionalne, 2 muzea oraz 2 galerie. W wyznaczonych miejscach można spotkać, poznać
i zobaczyć zachowane i pielęgnowane tradycje regionu, w tym przede wszystkim te
związane z rzemiosłem, rękodziełem i twórczością samorodną.
Tak różnorodna aktywność przynosi nowe perspektywy w propagowaniu i zachowaniu miejscowej tradycji i specyfiki twórczej. Rosnąca popularność zaowocowała
wieloma równolegle występującymi artystycznymi formami, które można ująć w następujące kategorie:
1. „dzieła” utrzymane w tradycyjnym kanonie formalnym i warsztatowym.
Dawny wymiar kanonu ideowo-technicznego zachowała głównie twórczość reprezentująca dziedzictwo regionu, jak np. strój ludowy oraz ta, będąca lokalną pamiątką. Wierność dawnym artystycznym formom jest konieczna, bo twórczość taka
„z góry” przeznaczana jest dla odbiorcy spoza własnego środowiska, i w potocznym
rozumieniu stanowi właśnie miejscową „sztukę ludową”. Przypada jej nader ważna
rola – utrzymanie unikatowej wartości kultury lokalnej.
2. adaptacje dawnych wzorów do potrzeb współczesnych (np. tzw. smycze do telefonów komórkowych z beskidzkim haftem krzyżykowym, stringi czy etui na telefon
z koniakowskiej koronki),
3. indywidualne, artystyczne wybory i aktywność o charakterze sztuki amatorskiej
czy nawet akademickiej.
Biorąc pod uwagę ograniczony charakter niniejszej publikacji bliżej omówię tylko
wybrane przejawy śląskocieszyńskiej twórczej aktywności, wśród których znajdują
się rzeźba i malarstwo20. W dyscyplinach tych znajdziemy zarówno wymiar sztuki
dawnej, jak i nowoczesnej, wolnej od ludowych reguł. Często w tradycyjnym kręgu pozostają cechy formalne i tematyka prac, choć jej pierwotny, sakralny wymiar
traci znaczenie. Obok kanonicznego zespołu wątków, którym przewodzi Chrystus
Frasobliwy czy Matka Boska, nierzadko pojawiają się rozbudowane, wielopostaciowe
przedstawienia „opowiadające” biblijne i hagiograficzne przypowieści, np. Ostatnia
Wieczerza. Często autorzy nadają im regionalny charakter, który uzyskują przez dodanie miejscowych, tradycyjnych strojów czy rekwizytów.
Równolegle do tematyki sakralnej, twórców frapuje świat profanum, w którym
poszukują inspiracji dla swych prac. Heterogeniczność wyznaniowa, laicyzacja życia, etos pracy oraz tutejsze środowisko – naturalne i kulturowe, stały się czynnikami warunkującymi treść plastycznych przedstawień powstających po obu stronach,
rozdzielonego Olzą, Śląska Cieszyńskiego. Sceny z życia dawnej, zwłaszcza góralskiej
wsi, dokumentujące dawne zajęcia w domu, zagrodzie i polu, tradycyjne odzienie czy
góralska kapela, a także pejzaże pozostają istotnym świadectwem przemawiającym
za wspólnotą ziem cieszyńskich. Ekumena góralskiej tematyki, z jednej strony decyduje o specyfice śląskocieszyńskiej plastyki, z drugiej, co jest ważne dla zaolziańskich
19 Zob. szerzej: www.tradycyjniepiekne.pl
20 Zob. K. Czerwińska: Sztuka ludowa na Śląsku Cieszyńskim. Między tradycją a innowacją. Katowice 2009.

�Kinga Czerwińska: Współczesna twórczość samorodna w procesie kształtowania tożsamości. ...

325

twórców, zapewnia o łączności z polskością i trwaniu przy jej tradycji21. Podkreślenia
godny jest tu fakt, co dla naszych rozważań jest szczególnie ważne, że artystyczna pasja stała się środkiem umożliwiającym „zatrzymanie” uciekającego czasu, utrwalanie
dziedzictwa regionu, zwłaszcza zaś tych jego elementów, które giną bezpowrotnie.
Odnaleziona w sztuce możliwość dokumentacji: życia, codzienności, „minionych lat
dzieciństwa i tego co głęboko przeżyte”, jego rudymentarną cechą czyni realizm.
Wśród licznych przejawów aktywności twórczej na szczególną uwagę zasługują
umiejętności związane z rekonstrukcją stroju i jego zdobnictwa. Strój ludowy należał
bowiem do głównych wyznaczników odrębności regionu, stanowiących współcześnie
bodaj najbardziej reprezentacyjny element tradycyjnej kultury lokalnej22. Na terenie
Śląska Cieszyńskiego do dnia dzisiejszego swą żywotność zachował strój zwany cieszyńskim oraz strój górali śląskich. Podobnie jak cała artystyczna twórczość wsi, strój
opierał się o dawne formy, narzędzia i miejscowe surowce. Był wyrazem potrzeb życia
codziennego społeczności miejscowej, a doskonalony przez lata wzór, dostrzegalny
zarówno w swym bogactwie, jak i ubóstwie form, dany dla całej rodziny, wsi, parafii,
regionu stał się jej symbolem, wyrażającym „…wspólne poczucie o pięknie, przyzwyczajenia i sposoby techniczne”23. Powojenne przemiany społeczno-obyczajowe i wyzwolenie się z autorytetów starszego pokolenia, spowodowało odrzucenie tradycyjnej
roli stroju ludowego, jaką pełnił w kulturowej strukturze wsi. Strój ludowy stał się kostiumem. Jego główna rola miała charakter reprezentatywny, wyrażała przynależność
regionalną, ale i narodową. Strój ubierano na ważne uroczystości rodzinne, religijne,
ale przede wszystkim państwowe, tj. dożynki.
Drugim torem funkcjonowania stroju ludowego okazała się jego kreacja jako rekwizytu scenicznego, świetlicowego. Wymogi estradowe i realia aktywności zespołów
folklorystycznych pozbawiły jednak strój ludowy autentyczności, co często wyrażało
się w ujednoliceniu form czy przesadnie rozbudowanym zdobnictwie.
Po latach regresu, kiedy strój funkcjonował jedynie jako ideologiczny i sceniczny
rekwizyt, od lat 90. XX wieku obserwujemy jego renesans. Powszechne stało się zamawianie stroju ludowego, którego rekonstrukcje dokonuje się w oparciu o ciągle żywą
wśród starszego pokolenia wiedzę o tradycyjnym odzieniu oraz fachową literaturę.
Pomocne stają się etnograficzne monografie, które w ostatnich latach ukazują się często, a nawet spontanicznie z inicjatywny lokalnych miłośników regionu24. Wzrasta też
świadomość jego wartości (nie tylko materialnej) i walorów estetycznych. Na powrót
modne stało się zakładanie regionalnego stroju na ważne uroczystości: państwowe,
rodzinne czy religijne (tj. Pierwsza Komunia lub Konfirmacja, procesje Bożego Ciała),
czy chociażby samo posiadanie go25.
21 Myślę tu o takich twórcach jak A. Szpyrc, B. Procner czy P. Kufa.
22 Szerzej zob. K. Czerwińska: Współczesny strój ludowy – kulturowy relikt czy żywa tradycji? W: Tradycja a współczesność. Folklor – Język – Kultura. Oświata i kultura na Podbeskidziu. T. V. Red. D. Czubala, M. Miczka-Pajestka. Bielsko – Biała 2009, s. 87-94.
23 J. Orynżyna: O sztukę ludową. Pamiętnik pracy. Warszawa 1965.
24 W sukurs tym zapotrzebowaniom idzie działalność Fundacji Braci Golec, a zwłaszcza
zainicjowany cykl albumów o strojach noszonych w Karpatach. Wśród nich znalazł się strój
górali śląskich, a strój cieszyński jest w przygotowaniu.
25 Zdarza się, że studenci cieszyńskiej etnologii ubierają stój ludowy na obronę prac magisterskich.

�326

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

Wzrost zapotrzebowania na tradycyjny strój, zwłaszcza za sprawą licznie powstających zespołów folklorystycznych, sprawił, że coraz więcej osób wraca do dawnych
technik kroju, szycia i zdobień. Na przeszkodzie nie stoją nawet wysokie koszty, jakie
trzeba pokryć za kompletny strój. Zamawia się go u zawodowych krawcowych, koronkarek i hafciarek w Koniakowie, Wiśle, Goleszowie, Cieszynie, a nawet w Zakopanem, wszędzie tam gdzie przetrwała tradycja o dawnym odzieniu. Nieodzowną rolę
zajmują tu osoby starsze, którym strój ludowy pozostał żywo w pamięci. Przy rekonstrukcji dba się o jego autentyczność, nie tylko sięgając po dawne kształty i wzory, ale
i (o ile to możliwe) tkaniny. Powraca się do ich postaci z okresu przełomu wieków
i początku XX, z którego pochodzi najwięcej zachowanych eksponatów muzealnych
oraz dokumentacji fotograficznej. Konieczność zachowania autentyczności i wierność
tradycji potwierdzają słowa jednej z kobiet zajmujących się wyszyciami:
Tradycje rodzinne i kulturę regionalną Śląska Cieszyńskiego trzeba podtrzymywać, bo to jest coś
wspaniałego, coś co wyróżnia nas od innych i co trzeba pokazać młodemu pokoleniu26.

Zainteresowanie strojem ludowym oraz rosnąca potrzeba jego posiadania, sprzyja
żywotności dawnych technik zdobniczych, tj. jubilerstwo (zwłaszcza technika filigranu, kontynuowana w pracowniach Franciszka Pieczonki w Cieszynie oraz Kazimierza
Wawrzyka w Ustroniu), hafciarstwo oraz koronczarstwo. Umiejętności te przez lata,
„oderwały się” od stroju ludowego, rozwijając się w samodzielne dziedziny aktywności twórczej. Oczywiście szczególną pozycję zajmują tu: koniakowska koronka oraz
beskidzki haft krzyżykowy i haft na żywotkach – czyli gorsetach sukni cieszyńskich,
które przez lata stały się symbolem tradycji regionu. Kompilacja dawnych, tradycyjnych technik i wzorów z nowatorskimi rozwiązaniami formy i funkcji, czyni je atrakcyjnymi nośnikami lokalnych wartości.
Proces budowania tożsamości opartej o tradycje przodków zależny jest od postawy,
jaką reprezentują członkowie społeczności. Im bardziej dziedzictwo kulturowe odbierane jest jako wartość, tym większa jego rola jako „rdzenia”, wokół którego kształtuje
się samoidentyfikacja. Wartościowanie własnej kultury rozpoczyna się w domu rodzinnym, gdzie „wchodzi w krew”. Z czasem, kiedy staje się integralną częścią własnego orbis interior, przeradza się w poczucie odpowiedzialności za zachowanie kulturowej schedy przodków. Pozytywny stosunek do lokalnej tradycji i aktywna postawa
zmierzająca do jego ochrony, rodzi poczucie bycia „ogniwem pokoleniowego łańcucha”, zwłaszcza kiedy najstarsze generacje odchodzą. Obowiązkiem staje się zachowanie ciągłości wspólnej kultury, obrona dawnych treści przed zapomnieniem, nieudolną stylizacją czy niewłaściwą interpretacją. Nabyta wiedza i ukształtowana w duchu
tradycyjnych wzorców postawa życiowa, nie pozwala na bierne akceptowanie obcych
przejawów kultury masowej, przy równoczesnym deprecjonowaniu własnych. Jedna
z moich informatorek argumentuje swoją działalność następująco:
Jak mi kiedyś w kościele chłop powiedział: coś się tak po góralsku oblykła, a byłach ubrano w suknię
cieszyńską, to mnie takie nerwy wzięły. Jak chłop stela może nie poznać cieszyńskiego stroju! Musiałach
cosik z tym zrobić27.

26 Wypowiedź z badań własnych, Goleszów 2009.
27 Badania własne, Zebrzydowice 2009.

�Kinga Czerwińska: Współczesna twórczość samorodna w procesie kształtowania tożsamości. ...

327

Konfrontacja z osobami o całkowitej ignorancji i braku wiedzy o lokalnym dziedzictwie, staje się impulsem do działania: założenia zespołów folklorystycznych, izb regionalnych, rekonstrukcji dawnych zwyczajów, itp. Ta różnorodna, bogata aktywność służy
oczywiście popularyzowaniu kultury własnej, czego rezultatem w wielu przypadkach jest
budowanie postawy wartościującej wśród młodzieży i dzieci. Dodatkowym, nad wyraz
istotnym czynnikiem jest tu również fakt, iż tego typu aktywność integruje środowisko,
scala generacje, co ma znaczenie zarówno dla ludzi starych, jak i najmłodszego pokolenia28. W wielu wypadkach sposobem na eksponowanie tożsamości kulturowo-regionalnej jest aktywna postawa twórców. W niej wyrażają więź z tradycją miejscową czy
w szerszym wymiarze narodową29. To miłośnicy własnego regionu, którzy w swoim życiu
poświęcili wiele dla utrwalania dawnych zwyczajów, czy odrębności ukochanej „małej
ojczyzny”. Często twórczość artystyczną łączą z rolą animatora miejscowej kultury.
Doskonałym przykładem jest tu twórczość Polaków z Zaolzia, dla których aktywność artystyczna to wyraz ich kulturowej przynależności do Macierzy, podtrzymywanie polskości, wspólnego śląskocieszyńskiego dziedzictwa. Pozwala na to konwencja
„sztuki ludowej” czy inspiracja przyrodą, wspólną niegdyś dla tych terenów. Jeden
z twórców tak argumentuje swoją postawę:
(...) Rzeźba to udokumentowanie i utożsamienie się z góralszczyzną, próba utrzymania i kontynuacji
tradycji. Gdybym mieszkał w mieście, może byłbym nowoczesnym rencistą, wysiadywałbym na kanapie,
oglądałbym mecze albo nie wiem co jeszcze. Ja tak jakoś od dawna czuję zamiłowanie do sztuki (...) lubię
pisać, rysować, rzeźbić, wykonywać czynności, które są związane z moimi korzeniami. Byłem, jestem
i będę Góralem30.

Aktywny charakter postawy, o której tu wspominam jest bezpośrednim wynikiem
stosunków międzyludzkich występujących zwłaszcza na pograniczach. Działanie nakierowane jest tu na podnoszenie rangi kultury własnej w wymiarze lokalnym – regionalnym – narodowym, przy równoczesnym szacunku dla odmienności. Aktywność
taka koncentruje się na poszukiwaniu zarówno dialogu wewnątrzkulturowego, jak
i międzykulturowego, który formuje osobowość i tożsamość. Wyznacznikiem takiej
postawy jest „głód” poznania mechanizmów rządzących kulturą własną i kulturami
„innych”31.
Doświadczanie wielokulturowości, szczególnie intensywne na pograniczach przynosi nieustanne pytania dotyczące kształtowania tożsamości. W dużym stopniu, jak
próbowałam wykazać, proces ten zależy od żywotności kulturowego dziedzictwa
regionu. Świadomość „własnych korzeni”, dostrzeżenie aksjologicznego wymiaru
kultury lokalnej i identyfikowanie się z nią, stanowi rudymentarną podstawę tego
procesu. Aktywne kultywowanie tradycji (również poprzez działalność artystyczną), umożliwia zachować jej ciągłość. Poznanie wybranych elementów dziedzictwa
kulturowego pozwala doświadczać schedy naszych przodków, ich tradycji i kultury.
28 Myślę tu np. o działalności w gminie Ochaby. Zob. www.ochaby.pl
29 Szerzej zob. K. Czerwińska: Współczesna twórczość samorodna – studium artysty. W:
Aktywność kulturalna i postawy twórcze społeczności lokalnych pogranicza. „Studia Etnologiczne i Antropologiczne”. Red. I. Bukowska-Floreńska. T. 7. Katowice 2003, s. 149-157.
30 Badania własne, Dolna Łomna 2004.
31 A. Szyfer: Ludzie pogranicza…, s. 93-98.

�Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

328

Wiedza taka jest niezbędna, kształtuje bowiem wartościujący stosunek do środowiska macierzystego oraz umożliwia identyfikację z kulturą lokalną, a szerzej – kulturą narodową. Równocześnie buduje postawy otwarte na zrozumienie innych kultur,
postawy wolne od takich zagrożeń, jak ksenofobia czy nacjonalizm. Z drugiej strony daje również możliwość kreowania dialogu, w którym dawne elementy kultury
przodków, ścierają się z wyzwaniami współczesności. Nowa „jakość”, w której łączą się pierwiastki o charakterze globalnym, z tym co oryginalne, własne, staje się
wyznacznikiem etnoidentyfikacyjnym, bezpośrednio kształtuje dynamiczny proces
budowania tożsamości.

Bibliografia:
Bokszański Z.: Tożsamość, interakcja, grupa. Tożsamość jednostki w perspektywie
teorii socjologicznej. Łódź 1989
Butmanowicz-Dębicka I.: Obcy wśród swoich. Społeczne podłoże twórczości samorodnej. W: Ogród spustoszony. Kontynuacja i zmiana w kulturze współczesnej wsi. Red.
R. Kantor, W. Kołodziej. Kraków 1995, s. 41-49
Czerwińska K.: Sztuka ludowa na Śląsku Cieszyńskim. Między tradycją a innowacją.
Katowice 2009
Czerwińska K.: Współczesny strój ludowy – kulturowy relikt czy żywa tradycji? W:
Tradycja a współczesność. Folklor – Język – Kultura. Oświata i kultura na Podbeskidziu.
T. 5. Red. D. Czubala, M. Miczka-Pajestka. Bielsko-Biała 2009, s. 87-94
Czerwińska K.: Współczesna twórczość samorodna – studium artysty. W: Aktywność
kulturalna i postawy twórcze społeczności lokalnych pogranicza. „Studia Etnologiczne
i Antropologiczne”.T. 7. Red. I. Bukowska-Floreńska. Katowice 2003, s. 149-157
Dyczewski L.: Kultura polska w procesie przemian. Lublin 1995
Frankowski E.: Sztuka ludu polskiego. Monografie artystyczne. T. 17. Warszawa
1928
Jackowski A.: Sztuka ludowa. W: Etnografia Polski przemiany kultury ludowej.
Red. M. Biernacka, M. Frankowska, W. Paprocka. T. 2. Wrocław, Warszawa, Kraków,
Gdańsk, Łódź 1981, s. 189-241
Jackowski A.: Sztuka zwana naiwną. Warszawa 1995
Kadłubiec K.D.: Uwarunkowania cieszyńskiej kultury ludowej. Czeski Cieszyn
1987
Kantor R.: Istota i siła tradycji. W: Bogaci tradycją. Kontynuacja i zmiana w kulturze współczesnej wsi. Red. R. Kantor. Kielce 1996, s. 9-19
Kantor R.: Pogranicze jako narodowy obszar kulturowy. W: Społeczno-cywilizacyjny
wymiar edukacji. Red. Z. Jasiński. Opole 1996, s. 112-116
Kwaśniewski K.: Tożsamość kulturowa. W: Słownik etnologiczny. Terminy ogólne.
Red. Z. Staszczak. Warszawa – Poznań 1987, s. 351-352
Odoj G.: Tożsamość kulturowa społeczności małomiasteczkowej. Katowice 2007
Orynżyna J.: O sztukę ludową. Pamiętnik pracy. Warszawa 1965
Rusek H.: Tożsamość pogranicza. Wprowadzenie. W: Pogranicza kulturowe i etniczne w Polsce. Red. Z. Kłodnicki, H. Rusek. Wrocław 2003, s. 7-9
Stomma L.: Determinanty polskiej kultury ludowej w XIX wieku, „Polska Sztuka
Ludowa” 1979, nr 3, s. 131-142

�Kinga Czerwińska: Współczesna twórczość samorodna w procesie kształtowania tożsamości. ...

329

Szyfer A.: Ludzie pogranicza. Kulturowe uwarunkowania osobowości. Poznań 2003
Wieruszewska M.: Tożsamość kulturowa jako wartość i czynnik konstytutywny społeczności lokalnej. W: Społeczności lokalne. Teraźniejszość i przyszłość. Red. B. Jałowiecki, B. Sowa, P. Dudkiewicz. Warszawa 1989, s. 302-324

Shrnutí
Současná spontánní tvorba v procesu formování identity.
Příklad Těšínského Slezska.
Dynamika změn obklopující nás reality a zkušenosti odlišných kulturních vzorů, které stanoví
synonymum naší doby, vynucují reflexe nad samým sebou a vlastním místem ve světě. Kulturní eklekticizmus přináší destabilizaci, zejména mezi mladou generací, která potřebuje trvalé
základy vymezující formování jejich svébytnosti. Tento proces nepatří k lehkým. Z jedné strany totiž pozorujeme tendenci sjednocování kultury prostřednictvím masmédií, globalizaci,
ekonomickou a kulturní homogenizaci. Současně, z druhé strany, stále intenzivněji se obrozuje regionalismus, který je často doprovázen lokální izolací a xenofobií, vyplývající z ohrožení
vlastního orbis interior.
V předmětném textu se autorka pokouší odpovědět na otázku jakou úlohu plní spontánní
tvorba při formování postojů členů místních (lokálních) společností. Jev spontánní tvorby,
kterou autorka chápe jako současné lidové umění a neprofesionální umění [i když zde je třeba
zdůraznit, že nejde o jevy totožné], má v místní kultuře, a v širším – národním pojetí - značný význam. Můžeme ji vnímat, na jedné straně jako turistickou abstrakci, památku z ÚLUV
(Ústředí lidové umělecké tvorby), a na druhé straně jako stále živý projev regionálních tradic
uměleckého i národního charakteru.
Tato tvorba má zcela jistě velký význam – vytvářet specifický charakter místní kultury, jakož
i zachovávat její unikátnost před náporem nivelujícím rozdíly, globalizací. Aktivity založené na tradičních ideově-odborných zásadách, jakož i novátorská tvorba inspirována místním
přírodním a kulturním prostředím, má totiž podstatný vliv na vytváření nejen skupinové, ale
také individuální identity. Manifestace vlastní [místní] tvorby i její široká recepce, tento proces
umocňuje, což má nesmírný význam zejména v oblasti pohraničí, jakým je Těšínské Slezsko.

Summary
Contemporary natural artistic creation in the process of identity shaping
- the case of Cieszyn Silesia
The dynamics of changes in the surrounding reality and the experience of different cultural
models (which have become a synonym of modern times) necessitate reflection upon one’s
own self and one’s own place in the world. Cultural eclecticism brings about destabilization,
especially among the young, who need long-lasting foundations which determine their selfidentification. This process does not seem to be easy. On one hand, a tendency can be observed
of unifying the culture through mass media, globalization, economic and cultural homogenization. At the same time, on the other hand, regionalism is reborn, frequently along with local
isolationism and xenophobia as a result of the threat to the own orbis interior.
This article is an attempt at answering the question concerning the role of natural artistic
creation in shaping attitudes of local community members.

�330

Dziedzictwo kulturowe • Kulturní dědictví

The phenomenon of natural artistic creation is understood by the author as contemporary
folk art and non-professional art, although it should be emphasized that these terms do not
mean identically the same. Natural creation plays a significant role in the local and, more
broadly, national culture. It can be viewed both as a tourist attraction, a folk souvenir, and as
a symptom of unceasingly lively regional tradition, which ranks as an artistic and national
value.
Obviously, this artistic creation has an important role – it should create the specificity of
local culture and preserve its uniqueness in the face of globalization pressures which seem to
level differences. The activeness based on traditional ideological and technical canons and the
innovative creation inspired by local natural and cultural environment contribute substantially
to shaping both the group and individual identity. This process is enhanced by the presentation of the own (local) art creation and its broad reception, which cannot be underestimated,
especially in borderland areas, such as Cieszyn Silesia.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="10109" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="10087">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/8598c8c2e324d47826b53bae5b9f9acc.pdf</src>
        <authentication>c4493d7421e8d22c8d082be6e6e671ad</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="4">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25236">
                  <text>Lud</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="45">
              <name>Publisher</name>
              <description>An entity responsible for making the resource available</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154689">
                  <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="47">
              <name>Rights</name>
              <description>Information about rights held in and over the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154690">
                  <text>Licencja PTL</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="42">
              <name>Format</name>
              <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154691">
                  <text>pdf</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="44">
              <name>Language</name>
              <description>A language of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154692">
                  <text>pol</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
            <element elementId="51">
              <name>Type</name>
              <description>The nature or genre of the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="154693">
                  <text>czasopismo</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120295">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6122</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120296">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120297">
                <text>2008</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120298">
                <text>Cieszyn - studia etnologiczne</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="120299">
                <text>studia etnologiczne</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120300">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:5709</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120301">
                <text>Studia etnologiczne wobec wyzwań współczesności / LUD 2008 t.92</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120302">
                <text>LUD 2008 t.92, s.235-244</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120303">
                <text>Czerwińska, Kinga</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120304">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120305">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120306">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120307">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="120308">
                <text>Lud, t. 92, 2008

II. POGLĄDY I OPINIE

KINGA CZERWIŃSKA
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej
Uniwersytet Śląski
Cieszyn

STUDIA ETNOLOGICZNE WOBEC WYZWAŃ WSPÓŁCZESNOŚCI.
N A PRZYKŁADZIE OŚRODKA CIESZYŃSKIEGO

Wśród wielu dyscyplin zajmujących się interpretacją rzeczywistości kulturo¬
wej etnologia/antropologia kulturowa zajmuje ważną pozycję. Spektrum podej­
mowanych współcześnie zagadnień znacznie wykracza poza tradycyjny przed­
miot badań tej nauki, a zespół metod interpretacji kultury, aparat metodyki badań
oraz przede wszystkim tendencje do interdyscyplinarności, czynią etnologię
kierunkiem kształcenia humanistycznego o coraz większej popularności. Uni¬
wersalność zainteresowań oraz szeroki antropologiczny wymiar analizy zjawisk
kulturowych doceniają młodzi ludzie wybierający te właśnie studia. Swój wybór
uzasadniają: „Etnologia jest jak soczewka, przez którą patrzę na świat i która
pozwala mi go poznać"; albo „To bardzo wszechstronna nauka, która posze­
rza perspektywy (...), daje duże możliwości poznania kultury własnej i innych,
nie tylko «na zewnątrz», ale i «od środka»"; „Daje szersze, nowe spojrzenie na
świat"; „Jest sposobem na zrozumienie mechanizmu funkcjonowania ludzkich
zachowań" itp. .
1

Tekst powstał w oparciu o badania zainspirowane dziesiątą rocznicą uniwersyteckich studiów etnologicznych w Cieszynie. W dużej mierze badania nad recepcją studiów etnologicznych i perspektywami
znalezienia pracy wśród ich uczestników zainicjowali studenci w ramach przedmiotu „Metody badań
i interpretacje kultury". Zostały one zrealizowane przez dr Kingę Czerwińską oraz mgr Sylwię Żwak
i objęły studentów wszystkich roczników. Przeprowadzono je w 2006 i 2007 roku. Ich częściowe re¬
zultaty autorki przedstawiły na V Międzynarodowej Konferencji Kół Naukowych w Siedlcach w 2006
roku („Młodzież akademicka wobec wyzwań współczesności") oraz opublikowały (Żwak, Czerwińska
2006). Niniejszy artykuł nawiązuje do tych badań, ale został wzbogacony o aktualne spostrzeżenia au¬
torki. Cytaty są wypowiedziami studentów, zarejestrowanymi podczas badań.
1

�236

Kinga Czerwińska

Etnologia polska koncentruje się głównie wokół ośrodków uniwersyteckich,
gdzie skupia się samodzielna kadra pracowników nauki. Badania realizowane
są tu równolegle do nauczania młodych adeptów tej dyscypliny. Obecnie studia
etnologiczne prowadzone są w Warszawie, Poznaniu, Łodzi, Wrocławiu, Krako­
wie, Cieszynie, Toruniu i Szczecinie, w systemie dwustopniowym: trzyletnie stu¬
dia licencjackie oraz uzupełniające, dwuletnie magisterskie. Rezygnacja z wcześ¬
niejszej formy ciągłych studiów pięcioletnich to efekt wdrażania tak zwanego
procesu (systemu) bolońskiego.
Wzrastające zainteresowanie problematyką podejmowaną przez współczesną
etnologię czyni j ą dyscypliną ciekawą również dla studentów innych kierunków,
to jest socjologii, historii, archeologii, psychologii, pedagogiki, filologii polskiej
i filologii obcych, które często poszerzają program o wykłady z etnologii. Jako
przedmiot „humanizujący" jest również atrakcyjna dla kierunków przyrodni¬
czych i ścisłych (Jasiewicz, Posern-Zieliński 2003: 17).
Należy jednak podkreślić, iż mimo tak wielu zalet studia etnologiczne pozo¬
stają w dalszym ciągu kierunkiem elitarnym, unikatowym, co tłumaczyć można
między innymi dawnym, archaicznym postrzeganiem tej nauki, które ogranicza
j ą do „kolbergowskiej" etnografii czy folklorystyki. Ta powszechna recepcja et¬
nologii, przy braku odpowiedniej komercyjnej popularyzacji czy reklamy, buduje
fałszywy wizerunek tej dyscypliny, sytuując j ą daleko w tyle za popularnymi
kierunkami studiów, na przykład socjologią czy kulturoznawstwem. Potwierdza
to jedna z wypowiedzi: „Wybrałem ten kierunek, bo byłem ciekawy tajemni¬
czo brzmiącej etnologii" . Świadomy wybór studiów etnologicznych to w wielu
wypadkach realizacja życiowej pasji, wewnętrznej konieczności poznania „inno¬
ści", ale też chęć zdobycia wyższego wykształcenia o profilu humanistycznym,
przy dość łatwej sposobności dostania się na studia (na 1 miejsce przypadają 2,
3 osoby). Istotnym argumentem jest również możliwość łączenia studiów etnologicznych, które w opinii badanych „nie są zbyt czasochłonne", z innymi kie¬
runkami nauczania. W ostatnich latach, co nas niezmiernie cieszy, w ośrodku
cieszyńskim obserwujemy zwiększającą się, mimo obniżenia liczby studentów
na polskich uczelniach, liczbę kandydatów na studia licencjackie . Z drugiej jed¬
nak strony, borykamy się z otwarciem studiów uzupełniających, magisterskich
i zaocznych .
Jedną z uniwersyteckich jednostek dydaktyczno-badawczych w Polsce jest
ośrodek cieszyński, który powstał w 1995 roku, w ramach zamiejscowego od2

3

4

Nieznajomość terminu „etnologia" jest powszechna. Wielu studentów stwierdza, że musi tłuma­
czyć swoim bliskim, co kryje się za tą „tajemniczo" brzmiącą nazwą. Podobne zdarzenia mają miejsce
w trakcie praktyk, kiedy studenci muszą w pierwszej kolejności wyjaśniać badanym, czym zajmuje się
dyscyplina, którą studiują.
W tej sytuacji władze Uniwersytetu Śląskiego zdecydowały podnieść limit studentów na studia
licencjackie z 50 do 75 osób.
Limit pozwalający na otwarcie studiów na Uniwersytecie Śląskim wynosi 25 osób. Ograniczenie
to nie pozwala na uruchomienie studiów zaocznych na UŚ w Cieszynie już od czterech lat.
2

3

4

�237

Studia etnologiczne wobec wyzwań współczesności

działu Uniwersytetu Śląskiego . Mimo krótkiej aktywności, placówka ta nie
ustępuje poziomem zarówno pod względem dydaktyki, jak i osiągnięć naukowych
innym tego typu w kraju. Wysoki poziom kształcenia potwierdziły: Uniwersytecka
Komisja Akredytacyjna (w 2000 roku) oraz Państwowa Komisja Akredytacyjna
(2002/2003) i Uczelniana Komisja Akredytacyjna (2008), zwracając głównie uwa¬
gę na takie mankamenty, jak braki lokalowe czy słabe zaplecze biblioteczne, a więc
typowe problemy, z którymi zmaga się w Polsce większość uczelni państwowych.
Rdzeń kadry Instytutu Etnologii i Folklorystyki (obecnie Instytutu Etnologii
i Antropologii Kulturowej) stanowili pracownicy naukowi, realizujący wcześ¬
niej problematykę etnologiczną i folklorystyczną w ramach różnych specjaliza¬
cji pedagogicznych istniejących na UŚ w Cieszynie. Po uruchomieniu studiów
etnologicznych, do grona wykładowców dołączyli inni samodzielni pracownicy
nauki z Wrocławia i Krakowa oraz asystenci i adiunkci, rekrutujący się również
spośród absolwentów cieszyńskiej etnologii .
Ośrodek w Cieszynie, podobnie jak inne jednostki uniwersyteckie, wyróżnia
się dydaktyczno-badawczą specyfiką . Odzwierciedla się ona w programie stu¬
diów, a zwłaszcza w tak zwanych przedmiotach kierunkowych, które uzupełniają
przedmioty zaliczane do kształcenia ogólnego. Treści zajęć kierunkowych oraz
laboratoria i seminaria magisterskie korelują z zainteresowaniami pracujących
tu wykładowców. Badawcze tendencje niewątpliwie w dużej mierze kształtuje
umiejscowienie ośrodka uniwersyteckiego w „sercu" Śląska Cieszyńskiego, co
stawia cieszyńskich etnologów przed koniecznością interpretacji przyjętej prob¬
lematyki w kontekście pogranicza . Ten heterogeniczny obszar stanowi bowiem
swoiste „laboratorium", w którym ścierały się różne narody, religie, kultury, gdzie
konfrontowały się tradycja z innowacją. Przedmiotem badań stają się elemen¬
ty dziedzictwa kulturowego regionu całkowicie zapomniane lub funkcjonujące
w postaci szczątkowej, ale przede wszystkim te nadal żywotne. Wiele bowiem
powtarzanych od wieków treści i form kontynuuje tradycje regionu, inne są twór­
czo modyfikowane, zyskując współczesną postać. Śledzenie tych procesów, dy¬
namiki kulturowych zmian, to zagadnienia natury uniwersalnej. W cieszyńskim
ośrodku problem ten egzemplifikują badania nad rodziną, religijnością, obrzę¬
dowością, samorodnie kształtującą się twórczością, zwaną ludową, oraz folklo¬
rem słownym, tanecznym i muzycznym. Należy tu podkreślić, iż właśnie folk¬
lorystyka, czerpiąca z bogatych, dziewiętnastowiecznych cieszyńskich tradycji,
5

6

7

8

Głównymi inicjatorami studiów etnologicznych w Cieszynie byli prof. prof. I. Bukowska-Floreńska (wieloletni dyrektor Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej), D. Kadłubiec, A. Kopoczek,
W. Korzeniowska, H. Rusek.
Obecnie większość asystentów uzyskała już stopień doktora i pracuje na stanowisku adiunkta.
Wśród nich jest pięcioro cieszyńskich absolwentów.
Działalność badawcza ośrodka cieszyńskiego wyraża się przede wszystkim w organizowanych
corocznie międzynarodowych konferencjach naukowych oraz wydawnictwie seryjnym „Studia etnolo­
giczne i antropologiczne" pod red. I. Bukowskiej-Floreńskiej.
W ośrodku cieszyńskim prowadzi się m.in. dwuletni kurs podstaw języka czeskiego i słowackiego.
5

6

7

8

�238

Kinga Czerwińska

stanowiła treść wielu zajęć dydaktycznych, kształtując w ten sposób specyfikę
tutejszego ośrodka .
Osiągnięcia te, uważane przez kadrę dydaktyczno-naukową za najważniej¬
sze, nie zawsze znajdują zrozumienie wśród studentów. Specyfika zaintereso¬
wań oraz zdobywanie doświadczenia badawczego głównie na obszarach Śląska,
Małopolski, a także Czech i Słowacji, wydają się niewystarczające dla naszych
studentów, którzy bardziej ciekawi są świata, niż tego, co mają „w zasięgu ręki".
Egzemplifikacja omawianych treści teoretycznych przykładami z cieszyńskiego
pogranicza, czy szerzej z południowej Polski, nuży wielu naszych słuchaczy. Dla¬
tego w ostatnich latach Instytut stara się pozyskiwać nowych pracowników spoza
Górnego Śląska. Z większym zainteresowaniem studenci śledzą kultury innych
krajów europejskich i pozaeuropejskich, a co za tym idzie, cenniejsze są dla nich
kontakty z badaczami, którzy prowadzili tam badania terenowe . Wielokrotnie
kadra Instytutu spotyka się z apelami o zwiększenie liczby godzin przedmiotów
z tego zakresu. Niestety, znaczna odległość Cieszyna od innych ośrodków aka¬
demickich utrudnia częste kontakty „specjalistów od egzotyki" w ramach wykła¬
dów gościnnych.
Niedoceniane są przez studentów także przedmioty związane z folklorystyką;
wielu uważa nawet, że zajmują w siatce studiów za dużo miejsca. Małe zainte¬
resowanie tymi zagadnieniami kazało nam zrezygnować z prowadzonej przez
wiele lat specjalizacji folklorystycznej, na której odbywały się praktyczne zaję¬
cia z choreografii czy muzyki. Tylko nieliczna grupa miłośników folkloru (naj¬
częściej członkowie zespołów folklorystycznych lub instruktorzy) ubolewa nad
wciąż kurczącą się liczbą zajęć z tej problematyki. Istotnym mankamentem, na
który zwracają również uwagę studenci, jest młoda kadra wykładowców: asysten¬
tów i adiunktów, obok szczupłego grona profesorów i doktorów habilitowanych.
Niestety, są to bariery, z którymi boryka się każdy młody ośrodek akademicki
w Polsce, uzależniony od niskich funduszy na rozwój naukowy oraz trudne i długo¬
trwałe procesy nadawania stopni naukowych. Taka sytuacja odbija się nie tylko na
indywidualnym rozwoju pracowników, ale również na studentach. Zdecydowana
większość z nich podkreśla bowiem, iż bardzo istotnym czynnikiem mobilizują¬
cym do większej aktywności na zajęciach jest wysoki poziom wiedzy wykładow¬
ców — teoretycznej i empirycznej, obok takich cech, jak łatwość komunikacji czy
poczucie humoru, ale te wynikają już z osobistych predyspozycji prowadzącego.
Mimo wskazywanych, słabych stron cieszyńskiego ośrodka, zdecydowana
większość studentów jest usatysfakcjonowana wyborem tego kierunku, choć nie¬
wielu z nich liczy na szybkie znalezienie zatrudnienia i pracę w zawodzie. Trzeź¬
wa ocena sytuacji na rynku pracy jest powodem podjęcia dodatkowego kierunku
9

10

Warto wspomnieć, iż w ramach 5-letnich studiów magisterskich istniały specjalizacje, wśród
których znajdowała się folklorystyka.
Zajęcia z zakresu kultur krajów pozaeuropejskich prowadzą obecnie dr J. Kamocki, dr M . Kurcz
i mgr L . Buchalik.
9

10

�239

Studia etnologiczne wobec wyzwań współczesności

studiów, który wybierają zaraz po zdobyciu dyplomu lub realizują dwa kierunki
równocześnie.
Najlepszą drogą znalezienia zatrudnienia jest zdobywanie doświadczenia
zawodowego jeszcze podczas studiów. Wykorzystanie wiedzy teoretycznej i jej
konfrontacja w terenie jest możliwa na zajęciach praktycznych, do których nale¬
żą praktyki muzealne i obozy terenowe. Zajęcia te to doskonała okazja do spraw¬
dzenia własnych predyspozycji do pracy w środowisku muzealników, ale również
w innych instytucjach, których działalność opiera się na intensywnym kontakcie
z ludźmi. Obowiązkowe praktyki muzealne trwają dziesięć dni i przeprowadza
się je obecnie w trakcie drugiego roku studiów licencjackich, najczęściej w prze¬
rwie zimowej. Ważne jest, że studenci sami wybierają sobie instytucję (muzeum
czy skansen), a więc mają wpływ na miejsce oraz rodzaj zbiorów muzealnych,
jakie podczas praktyk będą poznawać. Bywa jednak, że wybór ten nie zawsze
okazuje się słuszny. Z relacji studentów wynika, że czas ten wykorzystywany
jest na porządkowanie zaniedbanych przez lata magazynów, czy „wymiatanie
pajęczyn". Niedbałe przyjęcie studenta na praktykę, a czasem nawet i zlekce¬
ważenie, skutecznie odstrasza ich przed potencjalnym miejscem pracy. Są to na
szczęście wypadki nieliczne; większość naszych studentów już po tak krótkim
okresie praktyk zapoznaje się zasadami funkcjonowania tego typu placówek. Co
więcej, wielu z nich daje się poznać z bardzo dobrej strony i zostaje zaproszona
do dalszej współpracy, na letni staż albo po ukończeniu studiów na stałe .
Interesującą szansą dla naszych studentów był projekt „Doświadczenie innej
kultury — studenci etnologii na praktykach w Unii Europejskiej", współfinan¬
sowany przez program Leonardo da Vinci. Jego autorką i koordynatorką była
dr Katarzyna Marcol. Przedsięwzięcie kierowane do studentów dziennych etno¬
logii, których wyłaniało się na podstawie średniej ocen ze studiów, zdolności do
samodzielnej pracy oraz znajomości języka obcego, zakładało kilkutygodniowy
pobyt i staż w muzeach europejskich. Kilkoro naszych studentów wyjechało do
Finlandii, Francji, Czech i Niemiec, gdzie zapoznali się z organizacją i sposobem
pracy w zagranicznych muzeach i skansenach, które dzięki większemu dofinan¬
sowaniu oraz doświadczeniu w pozyskiwaniu funduszy europejskich dysponują
dużo lepszym sprzętem i nowocześniejszymi metodami pracy, w tym rejestracją
audiowizualną dokumentów i eksponatów. Istotne jest to, że podczas pobytów za
granicą nasi studenci poznali nie tylko sposób funkcjonowania europejskich pla¬
cówek, ale przede wszystkim nawiązali ważne w tym zawodzie kontakty; poznali
ludzi, ich sposób myślenia oraz kulturę. Jak wskazują dotychczasowe doświad¬
czenia, jest to wiedza bezcenna, zwłaszcza w nawiązywaniu międzynarodowej
współpracy, która przecież jest podstawą funkcjonowania Unii Europejskiej.
11

Nasi absolwenci pracują w licznych muzeach i skansenach niemal w całej Polsce, od Wdzydz
Kiszewskich, przez Słupsk, Ostrołękę, Warszawę, Rzeszów po Sanok. Oczywiście, najwięcej z nich
znalazło pracę w muzeach Górnego Śląska. Coraz częściej też znajdują pracę w tego typu ośrodkach
w Europie.
11

�240

Kinga Czerwińska

Poza praktykami muzealnymi, studentów etnologii obowiązują dwa obozy te¬
renowe w trakcie studiów licencjackich oraz praktyka indywidualna na studiach
magisterskich, podczas której student prowadzi badania potrzebne do napisania
pracy magisterskiej. Obozy terenowe stanowią meritum studiów etnologicznych,
są najlepszą formą poznania zawodowego warsztatu i metodyki badań, a ich
zalety doceniają zarówno studenci, jak i opiekunowie naukowi. Ta specyficzna
forma zajęć akademickich przynosi wiele korzyści, niestety, problemy finanso¬
we, z którymi borykają się polskie uniwersytety, zmusza placówki do częściowej
z nich rezygnacji. Mimo to utrzymanie najlepszej z możliwych form „uczenia się
etnologii" jest dla cieszyńskiej kadry pracowników naukowych zadaniem prio¬
rytetowym. Od początku powstania studiów etnologicznych w Cieszynie prze¬
widziano obowiązek uczestnictwa w dwóch dziesięciodniowych obozach, co
konsekwentnie się podtrzymuje. W wielu wypadkach udaje się pokryć wszystkie
wydatki, jakie student musi ponieść w trakcie obozu. Wykonanie tego zadania
jest możliwe dzięki wsparciu finansowemu Uniwersytetu oraz wielorakim kon¬
taktom wykładowców z regionalnymi placówkami oraz muzeami, które nierzad¬
ko współfinansują organizację obozów. Istotnym aspektem tej współpracy jest
również poznanie zasad funkcjonowania instytucji samorządowych zajmujących
się opieką i promocją kultury regionalnej . Obserwując tendencje sezonowej, za¬
robkowej migracji wśród studentów, wprowadziliśmy również obozy „w miejscu
zamieszkania" studenta, gdzie prowadzi on badania. Odbywają się one jeszcze
w trakcie roku akademickiego, a więc konsultacja merytoryczna możliwa jest
podczas dyżurów lub specjalnych spotkań z osobą prowadzącą.
Ważny jest również fakt, iż miejsca organizacji obozów obejmują niemal całą
Polskę, oczywiście w sposób szczególny teren Górnego i Dolnego Śląska, Śląska
Cieszyńskiego i Zaolzia (w Republice Czeskiej), ale również obszar Małopolski,
w tym Żywiecczyzny, Orawy i Sądecczyzny, a także Świętokrzyskie, Kujawskie,
Łomżyńskie i Podlaskie .
Cieszyński ośrodek ma zatem ogromne znaczenie w utrzymaniu etnologicznego paradygmatu badań terenowych, podczas gdy inne placówki uniwersyteckie
rezygnują z tej formy zajęć, tłumacząc się brakiem środków finansowych (taką
tendencję zauważa się w ogóle we współczesnej etnologii). Zajęcia w terenie są
przecież niezbędne, nie tylko jako trafny sposób konfrontacji teorii z praktyką. Są
przede wszystkim lekcją pokory, odpowiedzialności i radzenia sobie w nowym
środowisku, nieraz w spartańskich warunkach. Kształtują to, co możemy nazwać
12

13

Warto rozważyć możliwość wprowadzenia praktyk studenckich właśnie w tego typu placówkach
samorządowych. Z moich obserwacji wynika, iż tak zdobyte kompetencje byłyby pomocne w znalezie¬
niu pracy.
Obozy zorganizowano dotąd w miejscowościach: Cieszyn, Kończyce Małe, Cisownica, Gole¬
szów, Jaworze, Brenna, Ustroń, Wisła, Koniaków, Istebna, Jaworzynka, Dolna i Górna Łomna (RC),
Rudy między Raciborzem a Rybnikiem, Tarnowskie Góry, Żory, Sławków, Będzin, Dzierżoniów, Pie¬
szyce, Bielawa, Bestwina, Iwkowa, Lipnica Wielka, Łącko, Podegrodzie, Chełmiec, Kraków, Tokarnia,
Morawica, Pątnica.
12

13

�Studia etnologiczne wobec wyzwań współczesności

241

kompetencją kulturową — umiejętność nawiązywania kontaktów, pozyskiwa­
nia informatorów i ich zaufania, zdolność „otwierania się" na obcych ludzi i ich
problemy. Zdobyte doświadczenia procentują nie tylko w życiu zawodowym, ale
i prywatnym, i są szczególnie ważne przy poszukiwaniu pracy.
W ostatnich latach najważniejszą kwestią dla kierujących i organizujących
szkolnictwo wyższe jest wzrastające wśród absolwentów uczelni bezrobocie. Po­
stępujące zmiany priorytetów na rynku pracy spowodowały, że dyplom magistra
nawet najbardziej renomowanej uczelni w Polsce nie jest już wystarczającym
argumentem dla pracodawcy. Kartą przetargową są idące w parze z wyższym
wykształceniem praktyczne umiejętności, „jakieś" doświadczenie zawodowe
oraz inne cechy, jak kreatywność, elastyczność, mobilność. W tym świetle moż¬
liwości zatrudnienia absolwentów etnologii są niewielkie, co wynika nie tylko
ze specyfiki dyscypliny, ale przede wszystkim ze stosunku pracodawców, którzy
nie dostrzegają potencjału, kryjącego się w tej specjalności. A przecież współ¬
czesna formuła studiów etnologicznych nie ogranicza się jedynie do zawodowe¬
go kształcenia przyszłych naukowców, pracowników muzeów czy regionalnych
animatorów kultury. Spektrum programowe zapewnia absolwentom szerokie
wykształcenie humanistyczne, zaś etnologię czyni specyficznym typem studiów
kulturoznawczych, dostarczających umiejętności i kompetencji antropologicz¬
nych, które okazać się mogą szczególnie przydatne w takich miejscach pracy,
jak ośrodki badania opinii publicznej, redakcje czasopism, agencje reklamowe,
a nawet w szeroko rozumianym biznesie. Wydaje się, że taki właśnie typ studiów
może w przyszłości okazać się najlepiej dostosowanym do dynamicznego rynku
pracy nie tylko w Polsce, ale i Europie.
Potencjał, jaki mogą rozwijać studia etnologiczne, rzadko bywa również do¬
strzegany przez samych studentów. Wybierając unikatowy, jak na współczesne
czasy, kierunek studiów, kierują się swoimi zainteresowaniami, pasją życiową
czy ciekawością, a nie możliwością zrobienia kariery czy zarabianiem pieniędzy.
Większość z naszych studentów ma świadomość trudności ze znalezieniem przy¬
szłej pracy, co, ich zdaniem, wynika nie ze złej formuły prowadzenia studiów,
ale archaicznego postrzegania dyscypliny, którą wciąż łączy się z muzeami. Dez¬
orientację co do pozycji współczesnej etnologii obserwujemy zwłaszcza wśród
potencjalnych kandydatów na studia (np. na Targach Edukacyjnych czy Dniach
Otwartych), a nawet wśród studentów pierwszego rocznika, którzy często zadają
nam pytanie: co mogą robić po studiach, gdzie mogą znaleźć pracę? Kilkana¬
ście lat temu najczęściej wskazywano muzea i skanseny, wybitnym jednostkom
proponowano pracę dydaktyczno-naukową. Dzisiaj jednak możliwości się roz¬
szerzają i na szczęście dostrzegają to studenci starszych roczników i nasi absol¬
wenci. To ważne, bo tylko nieliczni swoją przyszłość wiążą z pracą w muzeum
czy skansenie. Reorganizacja polskiego rynku pracy i wejście do Unii Europej¬
skiej stwarzają szansę połączenia pasji życiowej, jaką dla wielu jest etnologia,
z pracą zawodową. Polityka unijna kładąca nacisk na zachowanie dziedzictwa

�242

Kinga Czerwińska

narodowego i rozwój kultur regionalnych, a wraz z nią napływające środki finan¬
sowe, otwierają przed absolwentami nowe możliwości pracy w urzędach miast,
regionalnych ośrodkach kultury, w zespołach folklorystycznych czy galeriach
promujących tak zwaną sztukę ludową. Niestety, otwarcie Polski na Europę dało
jeszcze inną możliwość znalezienia pracy — za granicą. Niepokojem napawa nas
postępująca migracja młodych Polaków do zachodniej Europy oraz deklaracja
chęci wyjazdu wyrażona przez prawie 90% naszych studentów. Dlatego najważ¬
niejszym zadaniem ośrodków akademickich, w tym również tych kształcących
etnologów, jest wypromowanie dobrze przygotowanych, przyszłych pracowni¬
ków, którzy nie zasilą szeregów „bezrobotnych z magistrem". Szansą staje się
dokształcanie w kierunku zawodowym, zwiększającym umiejętności praktyczne,
tak bardzo poszukiwanych na rynku pracy specjalistów od zarządzania „kulturą",
kierowania domami kultury czy innymi tego typu jednostkami, przede wszystkim
jednak fachowców pozyskujących środki finansowe na ich działalność.
Konieczna jest zainicjowana już ogólnopolska i ogólnoeuropejska akademicka
debata nad reorganizacją studiów, zmianą siatki przedmiotów czy zwiększeniem
godzin zajęć praktycznych. Pomocne okazać się mogą międzynarodowe wymiany
i staże organizowane przez uniwersytety. Członkostwo w Unii Europejskiej przy¬
niosło polskim studentom nowe możliwości rozwoju. Łatwość wyjazdu do państw
unijnych nie oznacza jedynie szukania tam pracy, ale przede wszystkim sprzy¬
ja mobilności studentów, kadry naukowo-dydaktycznej oraz administracyjnej.
W uwarunkowania te wpisuje się ośrodek cieszyński, dostosowując kształt studiów
do wszystkich założeń formułowanych w Unii Europejskiej oraz przystępując do
wielu studenckich programów . Działania te to jednak dopiero początek drogi. Eu­
ropejski (w tym także polski) rynek pracy rozwija się dynamicznie i tego wymaga
się również od oferty dydaktycznej, która powinna dostosowywać się do potrzeb
i zainteresowań studentów. Potwierdzają to nasze badania, w których studenci pod­
kreślają konieczność zwiększenia liczby przedmiotów związanych z problematyką
unijną, godzin lektoratów oraz zajęć praktycznych.
Jak widać, nowe realia stawiają zadania przed wszystkimi, a zwłaszcza przed
kadrą naukowo-dydaktyczną. Własne zainteresowania badawcze muszą iść w pa­
rze z wysokimi, nowoczesnymi kryteriami kształcenia, które we właściwy sposób
przygotują naszych absolwentów do życia zawodowego. Moim zdaniem, naj¬
trudniejsze zadanie stoi przed wykładowcami, którzy powinni wskazać młodym
ludziom szanse rozwoju, rozbudzić w nich ambicję, kreatywność, czy wreszcie
uzmysłowić potencjał, jaki daje status studenta. O szerokiej skali programów
wiedzą nieliczni studenci, a korzystały z nich jednostki. Brak informacji czy od¬
powiedniej reklamy, wymieniane jako główne powody braku uczestnictwa w stu¬
denckich programach, w dobie Internetu nie wydają się wiarygodne. Zdecydowa­
nie bardziej przemawiają do nas te głosy, które jako powód podają brak wiary, że
14

1 4

Mowa tu m.in. o programach CEPUS oraz MOST.

�243

Studia etnologiczne wobec wyzwań współczesności

się uda. Niska samoocena własnych możliwości, szczególnie językowych oraz
mała aktywność w naukowym życiu studenckim , a często wręcz apatia, sku¬
tecznie pozbawiają młodych ludzi szans na rozwój własnych możliwości.
Ważnym zadaniem stawianym przed polską nauką jest powiązanie badań na¬
ukowych z przedsiębiorczością, i to tak, aby nauka zaczęła zarabiać dzięki swoim
osiągnięciom lub przynajmniej przestała być deficytowa. Obecnie analitycy rynku
pracy podkreślają, iż pracownicy to ogromny kapitał w przedsiębiorstwie, a ich
ciągłe kształcenie, zwłaszcza w okresie szybkich przemian rynku pracy, to jeden
z najważniejszych elementów rozwoju przedsiębiorstwa, a zarazem najprostszy
sposób na zatrzymanie kadry w kraju. Potrzeba ciągłego rozwoju pracowników
to również możliwość dla takich placówek jak cieszyński Instytut, który dzięki
rozszerzeniu swojej oferty edukacyjnej może wnieść nie tylko „humanizm" do
przedsiębiorstw, ale przede wszystkim umiejętność współpracy w międzynaro¬
dowym środowisku. Zwłaszcza iż zespoły projektowe zajmujące się na co dzień
zdobywaniem środków unijnych w ramach współpracy międzynarodowej zauwa¬
żyły, jak dużą rolę odgrywa wiedza kulturowa i to nie tylko w kontaktach inter¬
personalnych, ale również w części administracyjnej tej współpracy, począwszy
od organizacji czasu pracy, a skończywszy na zwyczajowym zapisie daty.
Istotny jest także fakt utrzymywania ścisłej współpracy między uczelniami
a władzami lokalnymi, która również mogłaby zaowocować zmniejszeniem się
bezrobocia wśród absolwentów szkół wyższych. W strategiach regionalnych pod¬
kreśla się bowiem rolę stałego poszerzania kwalifikacji, konkurencyjności oraz
atrakcyjności inwestycyjnej. Poziom wykształcenia mieszkańców regionu pociąga
za sobą rozwój nie tylko gospodarki i sfery usług, ale przede wszystkim turystyki
i kultury danego regionu, a to daje szansę na nowe miejsca pracy i wyższy standard
życia. Modernizacja formuły studiów etnologicznych może dać szansę kreatywnej
realizacji wyzwań współczesności — tylko nie wolno nam jej zaprzepaścić.
15

BIBLIOGRAFIA
Jasiewicz Z., Posern-Zieliński A.
2003
Studia etnologiczne na uniwersytetach polskich po roku 1989, „Lud" 87,
s.13-44.
Żwak S., Czerwińska K.
2006
Szkolnictwo wyższe a potrzeby rynku pracy. Na przykładzie
absolwentów
cieszyńskiej etnologii, w: K. Jankowski, Młodzież akademicka a współczesna
nauka. Nauki humanistyczne, Siedlce: Wydawnictwo Akademii Podlaskiej,
s. 337-353.

Działające od początku istnienia studiów etnologicznych Koło Naukowe Etnologów skupia obec¬
nie jedynie około 20 osób. Zaniechano również organizacji Studenckich Konferencji Naukowych. Brak
też regularnie wydawanego pisma studenckiego, jakim był „Etnofil".
15

��</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
</itemContainer>
