<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="8588" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/show/8588?output=omeka-xml" accessDate="2026-09-27T02:11:15+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="8567">
      <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/634b7455d1667f47981285a4164c6b56.pdf</src>
      <authentication>24ce82722f8281638d7eac75c865f502</authentication>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="4">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="25236">
                <text>Lud</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="154689">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="154690">
                <text>Licencja PTL</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="154691">
                <text>pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="154692">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="154693">
                <text>czasopismo</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <itemType itemTypeId="1">
    <name>Text</name>
    <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
  </itemType>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="46">
          <name>Relation</name>
          <description>A related resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102594">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3710</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102596">
              <text>1956</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="49">
          <name>Subject</name>
          <description>The topic of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102597">
              <text>sztuka ludowa - wystawy</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102598">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3486</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102599">
              <text>Refleksje po wystawie sztuki ludowej w Londynie / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1956 t.10 z.6</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="41">
          <name>Description</name>
          <description>An account of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102600">
              <text>Polska Sztuka Ludowa 1956 t.10 z.6, s. 289 - 296</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102601">
              <text>Jackowski, Aleksander</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102602">
              <text>pol</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102603">
              <text>Państwowy Instytut Sztuki</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="42">
          <name>Format</name>
          <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102604">
              <text>application/pdf</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
    <elementSet elementSetId="4">
      <name>PDF Text</name>
      <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="52">
          <name>Text</name>
          <description/>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="102605">
              <text>REFLEKSJE PO W Y S T A W I E SZTUKI

LUDOWEJ

W LONDYNIE

ALEKSANDER

Nie ł a t w o pisać o wystawie, k t ó ­
rej się jest w s p ó ł a u t o r e m . Osobiste
zaangażowanie utrudnia obiektywną
ocenę, chociaż i zaostrza spojrzenie
na r ó ż n e problemy z w i ą z a n e z w y ­
s t a w ą . A p r o b l e m ó w takich
jest
n i e m a ł o — z a c z y n a j ą c od koncep­
cji wystawy, a k o ń c z ą c na sytuacji
naszego muzealnictwa, na katastro­
f a l n y m stanie z b i o r ó w sztuki ludo­
wej.
1

Podstawowym z a ł o ż e n i e m scena­
riusza było pokazanie sztuki ludo­
wej przede w s z y s t k i m od strony jej
w a r t o ś c i artystycznych. Liczyliśmy
na widza, k t ó r e g o m a ł o interesuje
nasza specyfika etnograficzna, k t ó r e ­
m u jest wszystko jedno, czy to, co
1

Wystawa polskiej sztuki ludo­
wej eksponowana b y ł a w Londynie
w sali R. W. S. Galleries — Conduit
Street 26, w dniach 3—24 maja
1956 r. Scenarzysta i komisarz w y ­
stawy — mgr A. Jackowski. Opra­
cowanie plastyczne — Cz. Wielhorski. Asystent komisarza w y s t a w y —
mgr A. K u n c z y ń s k a . Opieka nad
eksponatami — dr T. Delimat. W y k o ­
nawstwo — P r z e d s i ę b i o r s t w o W y ­
staw i T a r g ó w . Katalog opracowali
— mgr A . Jackowski i mgr A . K u n ­
czyńska. Plakat — J. Lenica. W y ­
s t a w ę p r z y g o t o w a ł Centralny Za­
r z ą d I n s t y t u c j i Sztuk Plastycznych
i Wystaw M K i S , w Londynie f i r ­
m o w a ł I n s t y t u t K u l t u r y Polskiej.

JACKOWSKI

widzi, jest „ S i e r a d z e m " czy „Opocz­
nem". W y s t a w ę a d r e s o w a l i ś m y do
publiczności wystaw plastycznych,
do ś r o d o w i s k a artystycznego,
do
tych, k t ó r y c h
interesuje
przede
wszystkim sztuka, k t ó r z y na
wy­
stawach s z u k a j ą
przeżyć n a t u r y
estetycznej. W i d z o w i temu chcieliś­
my p r z e k a z a ć ogólny obraz naszej
ludowej sztuki w jej n a j w a ż n i e j ­
szych w a r t o ś c i a c h artystycznych, a
zarazem — p o k a z a ć jej o d r ę b n y k o ­
loryt, to, co w niej jest
p o l ­
s k i e .
Adresowaliśmy wystawę
t a k ż e do naszej emigracji. I znowu
nie po to, by uczyć, na j a k i m tere­
nie co jakie jest, ale aby przypo­
m n i e ć smak k r a j u , a t m o s f e r ę ojczyz­
ny, dzieciństwo. Chcieliśmy przeko­
n a ć ich przy t y m , że nowy u s t r ó j
polityczno-społeczny
nie zniszczył
uroku ludowej sztuki, lecz przeciw­
nie: otoczył j ą szacunkiem, ocenił
zarówno
jej tradycyjne w a r t o ś c i
(rzeźba i malarstwo religijne), j a k i
d a ł nowe możliwości rozwoju.

t a k ż e stroju, tkaniny, haftu, zdob­
nictwa w drzewie, s k ó r z e , metalu
i t d . Poza szerszym zakresem różniła
naszą w y s t a w ę od poprzedniej od­
mienna intencja w doborze i zesta­
wie rzeźb. Wystawa z 1948 r. p o d ­
k r e ś l a ł a to wszystko, co łączy na­
szą s z t u k ę l u d o w ą ze s z t u k ą p r y ­
m i t y w u a f r y k a ń s k i e g o , co jest w
niej w s p ó l n e z i n n y m i k u l t u r a m i .
Nam zaś, j a k w s p o m n i a ł e m ,
cho­
dziło o wydobycie cech specyficznie
polskich. W y b i e r a l i ś m y w i ę c obiekty
bardzo „ n a s z e " : Chrystusa p a d a j ą c e ­
go pod k r z y ż e m , Frasobliwych,
a
nawet a u t e n t y c z n ą s t a r ą k a p l i c z k ę
u s t a w i o n ą na tle
fotograficznego
pejzażu, szopkę k r a k o w s k ą , ł o w i ­
ckie pasiaki, kolorowe p a j ą k i , p u ­
szyste „ ś w i a t y " , jarmarczne k w i a t y
z barwnych bibułek,
wycinanki.
Podstawowym k r y t e r i u m
selekcji
m a t e r i a ł u , p r z e w a ż n i e już muzeal­
nego, b y ł a w a r t o ś ć artystyczna. Po­
k a z a ć to, co najlepsze — znaczyło
przede wszystkim sięgnąć do u n i ­
kalnych z a b y t k ó w , do o k a z ó w b ę d ą ­
Trzeba b y ł o r ó w n i e ż b r a ć
pod cych ozdobą naszych
muzealnych
u w a g ę , że L o n d y n widział j u ż j e d ­ ekspozycji.
n ą w y s t a w ę polskiej sztuki ludowej
w r. 1948; nasza wystawa m u s i a ł a
w i ę c być inna, w n o s i ć nowe ele­
menty. O ile poprzednia ekspozy­
Por. i n t e r e s u j ą c e u w a g i na ten
cja o g r a n i c z a ł a się t y l k o do rzeźby, temat dra J. Grabowskiego w art.
malarstwa i g r a f i k i , o tyle m y za­ „ S z t u k a ludowa s z t u k ą l u d ó w " i w
k ł a d a l i ś m y pokazanie przekroju ca­ o m ó w i e n i u
krakowskiej
wystawy
łości sztuki ludowej, we wszystkich malarstwa, r z e ź b y i g r a f i k i ludowej,
jej formach i przejawach, a więc „Pol. Szt. L u d . " nr 6-7-8/1948.

2

2

289

�Zniszczone czy zagrożone ekspo­
naty trzeba było zastąpić kopią, jak
lo zrobiliśmy ze starymi obrazami na
szkle, z n i e k t ó r y m i r z e ź b a m i , za­
b a w k a m i oraz zdobioną wycinanka­
m i gwiazdą obrzędową. Ogromną
pomoc okazał nam
w t y m prof.
T. Seweryn i m u s z ę s t w i e r d z i ć , że
wszystkie kopie wykonane pod j e ­
go opieką b y ł y istotnie d o s k o n a ł e .
K r y t e r i u m w a r t o ś c i artystycznych
s t o s o w a l i ś m y r ó w n i e ż przy wyborze
o b i e k t ó w w s p ó ł c z e s n y c h . Nie w i ­
dzieliśmy sensu
w akcentowaniu
sztuki dnia dzisiejszego t y l k o dla­
tego, że pokazuje ona n o w ą t e m a t y ­
kę. Zbyt dobrze wszyscy wiemy, z
jakich źródeł p ł y n ę ł y „ i n s p i r a c j e "
takich dzieł. Woleliśmy ograniczyć
się do zestawu n a p r a w d ę w a r t o ś c i o ­
wych o b i e k t ó w — a takich jest we
współczesnej twórczości
ludowej
wcale n i e m a ł o (szczególnie z t k a ­
ctwa, ceramiki, zdobnictwa, p a m i ą t ­
karstwa, malarstwa na szkle) — niż
p o k a z y w a ć rzeczy, k t ó r e w istocie
swej ś w i a d c z ą t y l k o o upadku pew­
nych gałęzi ludowej sztuki.
Nie
chcieliśmy k ł a m a ć , nie chcieliśmy
s t w a r z a ć sztucznych m i r a ż y r o z k w i ­
tu sztuki ludowej w obecnych
wa­
runkach, nie chcieliśmy łudzić co
do perspektywy jej dalszego życia
i rozwoju. Z a l e ż a ł o nam na rzetel­
ności informacji, na prawdzie —
w y r a ż o n e j z a r ó w n o w doborze eks­
p o n a t ó w , koncepcji poszczególnych
d z i a ł ó w wystawy, j a k i we w s t ę p ­
n y m artykule katalogu. Istotny sens,
jeśli się tak m o ż n a w y r a z i ć — p r o ­
pagandowy, widzieliśmy w ł a ś n i e w
b r a k u propagandowych c h w y t ó w , w
o b i e k t y w n y m i rzetelnym obrazie,
który pragnęliśmy przekazać.
Nie znaczy to,
że zagadnienia
współczesne pozostały
na uboczu.
Cała wystawa b y ł a ostatecznie r o ­
biona z pozycji dnia dzisiejszego,
wysuwała współczesne
(dla nas)
problemy, nawet w doborze ekspo­
n a t ó w k o r e s p o n d o w a ł a z dzisiejszy­
m i problemami sztuki (akcent p o ł o ­
żony na r z e ź b ę m o n u m e n t a l n ą ,
na
rolę sztuki w organizowaniu co­
dziennego życia). Nie p o k a z y w a l i ś m y
co prawda traktora zamiast
pługa
ani wycinanek z d y m i ą c y m i k o m i ­
nami fabryk. Chodziło nam o inną,
istotną p r a w d ę współczesności, o
w ł a ś c i w y obraz obecnego stanu sztu­
k i ludowej, o to, czym obrasta, co
decyduje o drogach i możliwościach
rozwoju, p r z e k s z t a ł c e ń czy p o w i ą ­
zań. S t ą d mocne zaakcentowanie
twórczości pogranicza sztuki ludo­
wej i amatorskiej, naszych „ n a i w ­
nych r e a l i s t ó w " — Janeczki, N i k i f o ­
ra, Ociepki, K u d ł y , a nawet R o j Kozłowskiej. A ponieważ
świat
naiwnego realisty jest jego o d r ę b ­
ną, p o e t y c k ą wizją, twórczość ich,
zwłaszcza Nikifora i K u d ł y , obrazo­
w a l i ś m y c a ł y m zestawem prac (ok.
50 „ N i k i f o r ó w " i 25 „ K u d ł ó w " ) .
Z drugiej strony współczesność
widzenia sztuki ludowej — to do­
strzeganie jej w p ł y w u i r o l i
w
rozwoju całej k u l t u r y narodowej.
Na wystawie s t a r a l i ś m y się w y e k s ­
p o n o w a ć to zagadnienie w specjal­

290

n y m dziale pod h a s ł e m „ S z t u k a l u ­
dowa jako jedno ze źródeł inspi­
r a c j i w s p ó ł c z e s n e j plastyki". Zna­
lazły się tam r z e ź b y Z. Pronaszki
( „ P r o r o k " z 1918-19 r.),
fragment
kapliczki J. Szczepkowskiego, olej
T. Makowskiego („Chłopak"), a k w a ­
rela T. C z y ż e w s k i e g o („Zbójnik"),
karton
Z.
Stryjeńskiej,
grafika
Wł.
Skoczylasa,
E.
Bartłomiejczyka,
W.
Wąsowicza,
T.
Ma­
kowskiego, T. Kulisiewicza, r y s u n ­
k i A. Stopki i i n . Obok pokazano
prace z kolekcji I n s t y t u t u W z o r n i ­
ctwa P r z e m y s ł o w e g o — tkaniny,
c e r a m i k ę , zabawki, wyroby z w i k l i ­
ny — projektowane przez A. M i l wicza, E. P l u t y ń s k ą , A.- Kenara,
W. W o ł k o w s k i e g o , m a l a r k i z Z a l i ­
pia, k o l e k t y w y robotnicze i m ł o ­
dzieżowe p r a c u j ą c e pod k i e r u n k i e m
K r . Szczepanowskiej,
A . Kenara,
G r z e ś k i e w i c z ó w i t d . W dziale t y m
znalazły się r ó w n i e ż zabawki i
r z e ź b y w drzewie z Liceum Tech­
n i k Plastycznych
w
Zakopanem,
noszące na sobie u r z e k a j ą c e p i ę t n o
osobowości k i e r o w n i k a szkoły —
prof. A. Kenara, oraz prace i n d y w i ­
dualnych a r t y s t ó w , j a k broszki H .
Grunwalda czy b i ż u t e r i a M . Celm i ń s k i e g o , zabawki A . Rząsy z Za­
kopanego itp. Wszystkie te prace
m i a ł y j a k i ś w i ę k s z y czy mniejszy
związek
ze s z t u k ą l u d o w ą , i to
z w i ą z e k o k r e ś l o n y w ł a ś n i e najtraf­
niej s ł o w e m „ i n s p i r a c j a ' ' :
a więc
pokrewny klimat, coś z ducha l u d o ­
wej twórczości, a nie mechaniczne­
go, eklektycznego przenoszenia jej
m o t y w ó w i w z o r ó w . Nie „ z a k o p i a ń ­
szczyzna" s t r a s z ą c a swego czasu w
mieszczańskich
salonach,
nie
pseudoludowa kalkomania, ale s i ę ­
ganie do w s p ó l n y c h źródeł prze­
żyć, do poetyki, nastroju, do j a ­
kiejś ludowej tonacji. O d w o ł y w a ­
liśmy się do w r a ż l i w o ś c i widza, k t ó ­
r y nasycony w pierwszej części w y ­
stawy a u t e n t y c z n ą s z t u k ą l u d o w ą ,
t u powinien był jedynie s t w i e r d z i ć
fakt, że w Polsce sztuka ludowa
nie jest czymś m a r t w y m , na m a r g i ­
nesie k u l t u r y , ale że niezależnie od
w ł a s n e g o , tradycyjnego ciągu roz­
wojowego, zahacza z jednej strony
o t w ó r c z o ś ć a m a t o r s k ą — z drugiej
zaś o t w ó r c z o ś ć naszych r z e ź b i a ­
rzy, malarzy, grafików, w y s t a w i e n n i k ó w , r e p r e z e n t a n t ó w sztuki de­
koracyjnej i p r z e m y s ł u artystyczne­
go. U n i k a l i ś m y przy t y m j a k i e g o ś
fałszywego przeceniania r o l i tego
„ l u d o w e g o " źródła inspiracji, w y ­
r a ź n i e p o d k r e ś l a j ą c , że jest
ono
t y l k o jednym z wielu, bynajmniej
nie n a j w a ż n i e j s z y m i nie najbar­
dziej chyba owocnym.
Tyle o samej koncepcji wystawy,
o jej zasadniczych założeniach sce­
nariuszowych. Dalszy ciąg pracy
b y ł już p r ó b ą adaptacji tych założeń
do danych w a r u n k ó w ekspozycji.
A w a r u n k i nie b y ł y korzystne: duża
sala o w y m i a r a c h ok. 20X15 m,
oświetlenie górne — padające z
oszklonego sufitu, z w y s o k o ś c i 2
p i ę t e r ; w o k ó ł ścian na wysokości
p i ę t r a biegła galeryjka szeroka na
2 m, podparta na stiukowych k o ­
lumnach, k t ó r e „zdobiły" w ten spo­

sób w n ę t r z e , n a d a j ą c m u mies2c z a ń s k o - p a ł a c o w y charakter. U k ł a d
pomieszczenia n a r z u c i ł r o z w i ą z a n i e
— na galeryjce z n a l a z ł o się wszyst­
ko, co b y ł o
p o c h o d n e
wobec sztuki ludowej, a w i ę c „ n a ­
i w n i realiści", amatorzy, I W P i
dzieła sztuki w s p ó ł c z e s n e j inspiro­
wane l u d o w ą t w ó r c z o ś c i ą . Na par­
terze zaś umieszczono całą ekspo­
zycję sztuki ludowej. P o z o s t a w a ł o
r o z s t r z y g n ą ć : czy p r z y j ą ć m e t o d ę
pokazu r z e c z o w ą ,
tzn. oddzielnie
eksponować ceramikę,
oddzielnie
tkaniny, wycinanki, r z e ź b ę itp. —
czy też t w o r z y ć całości, np. regio­
nalne. S t a l i ś m y na stanowisku, że
obiekty sztuki ludowej należy po­
k a z y w a ć we w ł a ś c i w y m k o n t e k ś c i e .
Ze sztuka ludowa t ł u m a c z y się do­
piero wtedy, gdy w i d z i m y j ą we
wszystkich p o w i ą z a n i a c h jako s u m ę
tych w a r t o ś c i estetycznych, k t ó r e
człowiek tworzy d l a s i e b i e , dla
wyrażenia
swoich w z r u s z e ń ,
dla
ozdoby swego życia.
Należało przy t y m p o k a z a ć d u ż ą
r ó ż n o r o d n o ś ć form,
i n n o ś ć
sztuki np. p o d h a l a ń s k i e j , k r a k o w ­
skiej czy kurpiowskiej.
Niestety,
p r z e s t r z e ń b y ł a tak m a ł a , że trze­
ba b y ł o wszystkie te postulaty rea­
lizować w syntetycznym skrócie.
Trudno też powiedzieć, kiedy k o n ­
cepcja scenariusza p r o w a d z i ł a m y ś l
plastyka, kiedy zaś b y ł o odwrotnie.'
Ostatecznie z d e c y d o w a l i ś m y się na
sześć „stoisk" r e p r e z e n t u j ą c y c h naj­
bardziej typowe i i n t e r e s u j ą c e re­
giony (względnie grupy pokrewnych
r e g i o n ó w ) . B y ł y to: P o d h a l e (aż
po
Sądeckie
i
Beskid
Śląski),
Śląsk
(Dolny, G ó r n y , Opolski i
Cieszyński), P o l s k a
południo­
wo - w s c h o d n i a
(Rzeszowskie
i p o ł u d n i o w a część w o j . lubelskie­
go), P o l s k a
p ó ł n o c n o w s c h o d n i a
(Kurpie, Podla­
sie), P o l s k a c e n t r a l n a
(Ma­
zowsze,
Opoczyńskie,
Sieradzkie,
Radomskie itd.) oraz
Krakow­
s k i e . T a k i p o d z i a ł pozwolił poka­
zać niemal cały m a t e r i a ł , k t ó r y m
d y s p o n o w a l i ś m y , przy czym starali­
ś m y się o wydobycie w ekspozycji
każdego regionu jego cech specy­
ficznych, typowych. Tak np. „ P o d ­
hale" c h a r a k t e r y z o w a ł o zdobnictwo
w drzewie, skórze i metalu oraz
obrazy na szkle,
podobnie , j a k
„Polskę północno-wschodnią" ' tka­
niny dwuosnowowe, plecionki i w y ­
cinanki — a „ K r a k ó w " m a l o w a n k i
zalipiańskie, szopka, s t r ó j i p l a ­
styka o b r z ę d o w a (gwiazda, t u r o ń ) .
Wszędzie zresztą znalazł się s t r ó j ,
ceramika, mebel.
Jak już z tego opisu w y n i k a , nie
było m o w y o ż a d n e j dosłowności
etnograficznej
czy
naturalizmie
właściwym
skansenowskim
mu­
zeom. Chodziło o znalezienie jakiejś
plastycznej syntezy, s k r ó t u — o za­
sugerowanie charakteru sztuki l u ­
dowej. Tak np. „ p ó ł k a " Szymoszka
czy malowanki z a l i p i a ń s k i e stano­
w i ł y j e d n o c z e ś n i e element obudo­
w y stoiska i eksponat. Fotogramy
pejzaży, w n ę t r z a , sceny z życia —
d o p o w i a d a ł y to, czego mogła
nie
w y r a z i ć sama ekspozycja.

�Rye.

1. Fragment wystawy
polskiej
sztuki ludowej w
Londynie.

Oczywiście zdaję sobie
sprawę
z zastrzeżeń,
jakie m o ż e b u d z i ć
przyjęty przez nas podział.
Nie
u w a ż a m go wcale za
najlepszy,
ale — p o d k r e ś l a m — w danych
warunkach w y d a ł nam się n a j ­
bardziej przydatny. Z r e s z t ą
—
poza n i m pozostała r z e ź b a , zabaw­
ka i malarstwo. Te dwa ostatnie
d z i a ^ p o k a z a l i ś m y oddzielnie —
w m a ł y c h w n ę k a c h , r z e ź b a nato­
miast w y p e ł n i ł a ś r o d e k sali oraz
znalazła się w stoiskach regional­
nych.
Niejednolitość podziału, raz rze­
czowego, raz terytorialnego
nie
sprzyjała przejrzystości
kompozy­
cji wystawy, t ł u m a c z y ł a się jednak
tym, że w ł a ś c i w i e i w rzeźbie, i w
malarstwie, i nawet w zabawce
trudno jest jeszcze przy dzisiej­
szym stanie wiedzy
wyodrębnić
ich cechy regionalne.
Woleliśmy
więc p o t r a k t o w a ć je w zasadzie j a ­
ko dobro o g ó l n o k r a j o w e , regiona­
lizując je t y l k o w pewnych w y p a d ­
kach (np. Matka Boska S k ę p s k a

przy K u r p i a c h , pewne typy zaba­
wek w K r a k o w s k i e m itp.).
Zasadniczym problemem plastycz­
nym w y s t a w y stało się jednak roz­
wiązanie trudności wynikłych
z
niekorzystnej architektury w n ę t r z a .
Co zrobić, aby w y t w o r y sztuki l u ­
dowej, p r z e w a ż n i e drobne w roz­
miarze — z a g r a ł y p e ł n i ą b a r w i
form w t y m w y s o k i m p a ł a c o w y m
wnętrzu?
P r z y p o m i n a ł y się po­
dobne t r u d n o ś c i ,
jakie napotykali
realizatorzy w y s t a w y
w Pałacu
Kultury
i Nauki.
Gdy
jednak
J. S o ł t a n i O. Hansen
usiłowali
p r z e k r e ś l i ć istniejącą
architekturę
b u d u j ą c w niej j a k b y nowe w n ę t r z e ,
Wielhorski s t a r a ł się raczej w t o p i ć
salę w ekspozycję, związać ją o
tyle, aby p r z e s t a ł a dzia?ać agresyw­
nie.
U z y s k a ł to przez wpisanie
3

3

Por. recenzje z ogólnopolskiej
w y s t a w y sztuki ludowej 10-lecia
R. Reinfussa i J. Jarnuszkiewicz,
zamieszczone w niniejszym nrze
„Pol. Szt. L u d . " .

stoisk w salę, przy zachowaniu l o ­
gicznego i rytmicznego podziału d y ­
ktowanego u k ł a d e m kolumn, przez
zastosowanie w obudowie
stoisk
pionowych p r ę t ó w ,
podtrzymują­
cych plansze czy gabloty, wreszcie
przez doskonale p o m y ś l a n y p o d ­
wieszony strop z r ó ż n o b a r w n y c h
p a j ą k ó w i „ ś w i a t ó w " , k t ó r y nie
tylko obniżył w ten sposób salę,
t w o r z ą c bardziej przytulne w n ę ­
trze, ale i s t a n o w i ł p i ę k n y k o l o r y ­
styczny akcent w p r o w a d z a j ą c y od
razu w j a k i ś l u d o w o - o d ś w i ę t n y na­
strój.
Jak ocenić p l a s t y c z n ą realizację
wystawy? Sądzę, że należy t u w y ­
różnić trzy podstawowe elementy:
stosunek do scenariusza, stosunek
do w n ę t r z a i stosunek do ekspona­
tu. Z a c z n ę od pierwszego. Zgod­
ność koncepcji scenarzysty i p l a ­
styka jest w ogóle p i e r w s z y m w a ­
r u n k i e m udania się wystawy. Ta
zgodność, a nawet więcej — sta­
lą w s p ó ł p r a c a , w s p ó l n e
kształto­
wanie koncepcji istniejące w da-

291

�n y m w y p a d k u — s t a n o w i ł y o pew­
nej jednolitości wystawy. O sto­
sunku do w n ę t r z a j u ż m ó w i ł e m —
rezultat u w a ż a m
za w y j ą t k o w o
udany. Pozostaje
sprawa trzecia:
stosunek do eksponatu,
a więc
stworzenie w ł a ś c i w e g o k l i m a t u w y ­
stawy, w k t ó r y m obudowa nie p r z y ­
t ł u m i eksponatu, spełniając t y l k o
rolę d o p o w i a d a j ą c e g o
akompania­
mentu, na tle k t ó r e g o u w y d a t n i się
walor samego obiektu. Podstawo­
w y więc sens pracy plastyka za­
m y k a się w t y m , aby s t w o r z y ć
w a r u n k i najkorzystniejszego przed­
stawienia t r e ś c i wystawy, aby po­
k a z a ć w ł a ś c i w y eksponat we w ł a ­
ściwy sposób.
M a m w r a ż e n i e , że Wielhorskiemu
u d a ł o się s t w o r z y ć n a s t r ó j , w y s t a ­
wa b y ł a polska, b y ł a ludowa i b y ­
ła w s p ó ł c z e s n a . Nie jestem nato­
miast pewny, czy w r ó w n i e traf­
ny sposób u m i a ł w y d o b y ć poszcze­
gólny eksponat, czy nie za bardzo
grał całością, nawet kosztem skupie­
nia uwagi widza na w a r t o ś c i o w ­
szych dziełach.
Wystawa, mimo
wszystkich z góry p r z y j ę t y c h de­
cyzji, b y ł a jednak t r o c h ę p r z e ł a d o ­
wana. (Oczywiście w i n ę ponosi t u
4

4

Z w r a c a m u w a g ę , że przy t a k i m
ustawieniu z a d a ń plastyk nie tylko
może, ale i musi b y ć w s p ó ł g o s p o ­
darzem w y s t a w y . Jego jest rzeczą
ustalić t a k ą k o n c e p c j ę p l a s t y c z n ą ,
przy k t ó r e j założenie t r e ś c i o w e znaj­
dzie w ł a ś c i w e
rozwiązanie
arty­
styczne. Wystawa, w odróżnieniu od
książki czy a r t y k u ł u , przemawia j ę ­
zykiem s k o j a r z e ń , obrazem a r t y ­
stycznym. Narracja prowadzona jest
t u specyficznymi ś r o d k a m i , r ó ż n y ­
m i w zależności od celów i założeń
wystawy, ale zawsze jest to narra­
cja wystawowa, a więc działająca
wizualnie, a p e l u j ą c a do w r a ż l i w o ś c i
widza, a t a k u j ą c a jego w y o b r a ź n i ę .
P r a w i d ł o w o ś ć d z i a ł a n i a wystawy —
to w ł a ś n i e p r a w i d ł o w o ś ć w y w o ł y ­
wanych s k o j a r z e ń , p r a w i d ł o w o ś ć za­
pamiętanych wrażeń. Twórcy w y ­
stawy, a zwłaszcza plastyk, odpo­
wiedzialni są więc za to, j a k widz
reaguje, co u t r w a l a w p a m i ę c i , j a k
n a w a r s t w i a j ą się w jego ś w i a d o ­
mości odbierane w r a ż e n i a . Nie bez
znaczenia jest więc hierarchia eks­
ponatu, uzyskana r ó ż n y m i ś r o d k a ­
mi:
wyodrębnieniem,
właściwym
rozmieszczeniem, p o d ś w i e t l e n i e m itp.
W a ż n y jest kontekst, w a ż n a zasada
eliminacji,
bezwzględnej
selekcji
wszystkiego, co nie jest konieczne,
co przeciąża, co zagłusza. Selekcji,
k t ó r a jest p o d s t a w o w ą z a s a d ą k a ż ­
dej twórczości, a w wystawiennic­
twie decyduje w ogóle o t y m , co
i j a k się widzi.
Nie w d a j ę się t u . w ocenę r o l i
plastyka. Jest ona r ó ż n a przy r ó ż ­
nych rodzajach wystaw, jest ona
zmienna w zależności od charakteru
w s p ó ł p r a c y ze s c e n a r z y s t ą , fachow­
cem. A l e zawsze plastyk powinien
być ostatecznym organizatorem w r a ­
żeń, jakie przekazujemy w y s t a w ą .
Oczywiście plastyk czujący i zna­
jący s z t u k ę l u d o w ą .

292

w r ó w n e j mierze i scenarzysta,
k t ó r e m u , gdy m i a ł odrzucić rzeźbę
czy t k a n i n ę , nieraz r ę k a zadrżała.)
Toteż widz z p e w n o ś c i ą nie
do­
strzegł
wszystkich p r z e d m i o t ó w ,
k t ó r e chcieliśmy m u p o k a z a ć . Nie
d o j r z a ł zapewne n i e k t ó r y c h rzeźb,
k t ó r e potraktowane b y ł y raczej jako
element dekoracyjny, co podnosiło
wprawdzie w a r t o ś ć e s t e t y c z n ą obu­
dowy, ale zarazem t u s z o w a ł o dzia­
ł a n i e samej rzeźby, nie p o z w a l a j ą c
s k o n c e n t r o w a ć na niej
należytej
uwagi.
Nie t w i e r d z ę , że to „ p s u ł o " w y s t a ­
w ę . B y ł a ł a d n a i wcale nie dziwię
się ludziom, k t ó r z y przychodzili na
nią po k i l k a razy. A l e m y ś l ą c o
tej ekspozycji i szeregu innych
dostrzegam
dość
symptomatyczne
dla naszego w y s t a w i e n n i c t w a nie-'
docenianie r o l i samego eksponatu.
W i d a ć w t y m zapewne w p ł y w p o w o ­
jennych w y s t a w „ p r o p a g a n d o w y c h " ,
przemysłowych
czy handlowych,
gdzie m a ł ą a t r a k c y j n o ś ć
ekspona­
t ó w n a d r o b i ć m u s i a ł sposób
ich
plastycznego podania. W takich w y ­
padkach m i a ł o to sens i s p e ł n i a ł o
o k r e ś l o n e zadanie. T a m natomiast,
gdzie eksponatem jest dzieło sztu­
k i , bogata i atrakcyjna oprawa p l a ­
styczna stwarza
niebezpieczeństwo
silnej konkurencjli,
przygłuszenia
w y m o w y obiektu, k t ó r y z e p c h n i ę t y
na drugi plan staje się nieraz pre­
tekstem dla w y s t a w y a nie jej
istotnym sensem.
To, o czym t u piszę, nie dotyczy
b e z p o ś r e d n i o naszej ekspozycji, nie­
mniej j a k i ś refleks takiego w y s t a ­
wienniczego m y ś l e n i a
na
pewno
z a w a ż y ł na r o z w i ą z a n i u n i e k t ó r y c h
f r a g m e n t ó w , a nawet w pewnych
wypadkach na niedocenianiu w a r ­
tości samego obiektu. W o l a ł b y m
widzieć w i ę c e j pieczołowitości
w
zaaranżowaniu
każdego
obiektu,
dłuższe przymierzanie i „pieszcze­
nie" się z n i m , aby w y s t ą p i ł w
całej swej krasie. Wtedy nie d o s z ł o ­
by do tego, że np. znakomitego
„Frasobliwego
z Rabki",
rzeźbę
przede wszystkim o walorach prze­
strzennych, położono w gablocie...
P e w n y m usprawiedliwieniem mo­
że b y ć brak czasu przeznaczonego
na ostateczną: k o s m e t y k ę ,
która
przy tego rodzaju wystawie jest
niesłychanie ważna.
Brak
czasu,
k t ó r y w y n i k ł z tej drobnej p r z y ­
czyny, że organizatorzy wystawy,
troszcząc się przez blisko
rok o
zmontowanie całej
imprezy, za­
pomnieli na czas w y s t ą p i ć o wizy
i u z y s k a ć zgodę A n g l i k ó w na p r z y ­
jazd wystawy. W t y m stanie rze­
czy nieliczny zespół zmuszony był
w k a r k o ł o m n y sposób z m o n t o w a ć
w y s t a w ę w ciągu 3 d n i , zamiast
przewidzianych 12—15.
Publiczność
przyjęła
wystawę
bardzo życzliwie. Z w ł a s z c z a plasty­
cy i architekci p o d k r e ś l a l i
smak
ekspozycji, p o r ó w n u j ą c j ą z w y ­
stawą meksykańską,
która
w
1953 r. stała się s e n s a c j ą L o n d y n u .
P o d o b a ł się r ó w n i e ż plakat J. L e nicy — kolorowy, wesoły, nowo­
czesny, a przy t y m polski i j a k o ś
ludowy.

Z eksponatów największe w r a ­
żenie robiły rzeźby, zwłaszcza ule
figuralne. P o d o b a ł y się też obrazy
na szkle, dzieła n a i w n y c h r e a l i s t ó w ,
w y c i n a n k i oraz zabawki. Te ostat­
nie p r z y c i ą g a ł y oczywiście szcze­
gólną u w a g ę dzieci. P o d o b a ł
się
strój ludowy, haft, tkanina — w
pierwszym rzędzie szlachetne pa­
siaki opoczyńskie, zapaski k o ł b i e l skie, d y w a n y dwuosnowowe.
Nie „ c h w y c i ł "
natomiast cały
dział „ i n s p i r a c j i " l u d o w y c h .
Są­
dzę, że przyczyna leży t u nie w
doborze e k s p o n a t ó w , a po prostu
w t y m , że sam problem nie intere­
suje dziś A n g l i k ó w . M y apelowa­
liśmy do t r a d y c j i
społeczeństwa
wychowanego na Ruskinie i M o r r i ­
sie, ale nasz apel trafił w p r ó ż n i ę .
Po prostu jest to j u ż inne s p o ł e ­
czeństwo, z i n n y m i zainteresowa­
niami, i n n y m i t r a d y c j a m i , i n n y m i
osiągnięciami. Co prawda z zain­
teresowaniem reagowano na o r y ­
ginalne r z e ź b y i zabawki w y k o n a ­
ne przez A . Kenara oraz jego ucz­
n i ó w , ale j u ż eksponaty I W P nie
wzbudzały
entuzjazmu,
zresztą
lepsze i ciekawsze m o ż n a b y ł o zna­
leźć na niejednej wystawie sklepo­
wej. Dość obojętnie p r z y j ę t o prace
plastyków „inspirowane" sztuką l u ­
d o w ą . Oceniano t y l k o ich bez­
względną
wartość,
podobał
się
więc np. Kulisiewicz, ale dlatego,
że jest to ś w i e t n a grafika, a nie
z racji s k o j a r z e ń ze s z t u k ą l u d o w ą .
Przy t a k i m podejściu ta część w y ­
stawy nie m o g ł a w y w o ł a ć silniej­
szego zainteresowania. Dla angiel­
skiego odbiorcy nie b y ł a przy t y m
wyrazem współczesnego
widzenia
r o l i sztuki ludowej, ale dokumen­
tem historycznym,
świadectwem
spraw j u ż dzisiaj m i n i o n y c h .
5

Prasa angielska oceniła w y s t a w ę
bardzo
przychylnie,
podkreślano
5

Sądzę, że f r a p u j ą c y m p r z e d s i ę ­
wzięciem b y ł o b y stworzenie w y s t a ­
w y sztuki ludowej widzianej okiem
współczesnego
plastyka, wystawy,
k t ó r a s t a n o w i ł a b y p r ó b ę pokazania
tego, co w sztuce ludowej jest dziś
ż y w e i cenne dla w s p ó ł c z e s n e g o ar­
tysty. Wystawa taka p o d k r e ś l a ł a b y
pewne zależności r o z w i ą z a ń , w s k a ­
z y w a ł a b y na w s p ó l n e zasady m y ś l e ­
nia artystycznego, na f u n k c j o n a l ­
ność sztuki, jej więź z t w o r z y w e m
i narzędziem, szukałaby skojarzeń
pozornie tak odległych, j a k np.
współczesna
abstrakcyjna
rzeźba
przestrzenna
a
np.
Frasobliwy
z Rabki. Na pewno nie b y ł a b y to
wystawa etnograficzna, skojarzenia
jej nie zawsze b y ł y b y poparte w s p ó l ­
n o t ą postaw artysty ludowego i
współczesnego, ale w ł a ś n i e taka w y ­
stawa pozwoliłaby m o ż e na zobacze­
nie w sposób nowy, świeży, t w ó r c z y
w a l o r ó w tradycyjnej sztuki ludowej
dla w s p ó ł c z e s n e g o człowieka.
Inna jest inspiracja s z t u k ą ludo­
w ą w p o c z ą t k u naszego stulecia, co
innego dostrzega w niej Witkiewicz,
co innego formiści, inaczej p a t r z y ł
na s z t u k ę l u d o w ą K . S t r y j e ń s k i ,
inaczej wreszcie w i d z i ją w s p ó ł ­
czesny artysta.

�Rye. 2. Fragment
wystawy
polskiej
sztuki ludowej w
Londynie.

artystyczną
wartość
dzieł
sztuki
ludowej, brak a k c e n t ó w propagan­
dowych,
bogate
podbudowanie
s z t u k ą r e l i g i j n ą i wyeliminowanie
p r o d u k t ó w upadku sztuki ludowej,
tak często pokazywanych obecnie
przez r ó ż n e kraje jako p r z y k ł a d y
rozwoju czy zmian z a c h o d z ą c y c h w
ś w i a d o m o ś c i ludu.
W większości recenzje b y ł y rze­
telne i obiektywne, bez tendencji
politycznych.
W y j ą t e k pod t y m
w z g l ę d e m s t a n o w i ł o m a ł e pisemko
wydawane przez j a k i ś z w i ą z e k k o ­
biet. Zamieściło ono fotografię j e d ­
nej z rzeźb z komentarzem: „ M a t k a
Boska płacze nad losem Polski".
Podobne metody s t o s o w a ł y t a k ż e
n i e k t ó r e pisma emigracyjne, stara­
j ą c się „ p r z y c z e p i ć " do wszystkiego.
Ze niby r z e ź b y religijne dali
„bo
musieli", a szopka krakowska
—
niepolska, bo ma baniak j a k cer­
kiew (mowa o przetworzeniu m o t y ­
wu
kaplicy
Zygmuntowskiej!).
Ale — p o d k r e ś l a m — takich w y p o ­
wiedzi było zaledwie p a r ę .
Dla
ogółu emigracji
wystawa
była
przeżyciem,
b y ł a wspomnieniem
Kraju,
dzieciństwa.
Wzruszała,

zwłaszcza pokolenie starsze i ś r e d ­
nie. Znam w y p a d k i , gdy ludzie za
oszczędzone grosze przyjeżdżali z
dalekiej p r o w i n c j i , aby t y l k o zoba­
czyć „ k a w a ł e k Polski". M a t k i p r z y ­
p r o w a d z a ł y dzieci, ale te p a t r z y ł y
już raczej o b o j ę t n i e — dla nich
była to t y l k o wystawa, a wzrusze­
nie — wzruszeniem rodziców.
Inaczej oglądali w y s t a w ę A n g l i ­
cy. Skrupulatnie, eksponat za eks­
ponatem. Z katalogiem w r ę k u . Co
więcej — często najpierw czytano
objaśnienia, a potem szukano przed­
miotu. P r z e k o n a ł e m się,
że dla
A n g l i k ó w w a r t o o p r a c o w y w a ć ka­
talogi, z a w i e r a j ą c e szczegółowe ob­
jaśnienia. To ich interesuje.
M i m o wszelkich o b j a w ó w
po­
wodzenia o d c z u w a ł e m jednak go­
rycz, że wystawa przygotowana z
takim n a k ł a d e m starań i środków
nie trafia jednak do celu, przechodzi
gdzieś obok, na j a k i m ś margine­
sie l o n d y ń s k i e g o życia. Umieszczona
pozornie w centrum miasta, w isto­
cie była j e d n ą z 70 wystaw t r w a ­
j ą c y c h w t y m okresie. Frekwencja
— normalna zresztą dla
takich
wystaw, w y n o s i ł a p o c z ą t k o w o 60-70

osób dziennie. I to nie zawsze tych,
na k t ó r y c h nam zależało. Wystawy
w Londynie czynne są od godz.
10 do 18, w sobotę jeszcze k r ó c e j ,
a w niedzielę — t a k i już zwyczaj
— z a m k n i ę t e ; a więc
pracujący
człowiek, choćby chciał, zobaczyć
wystawy w ł a ś c i w i e nie mógł. P r z y ­
chodzili a r t y ś c i (ci zawsze
mają
czas), emeryci, j a k i e ś starsze pa­
nie i panowie, dzieci. Miejscowa
Polonia d o w i e d z i a ł a się o wysta­
wie późno. Prasie emigracyjnej nie
wypadało
wprawdzie
wystawy
przemilczeć, ale m o g ł a powiedzieć
o niej możliwie późno. Tak
też
uczyniła. A nasze plakaty przyszły
w t y d z i e ń po otwarciu i to w for­
macie w i ę k s z y m niż postulowany
przez A m b a s a d ę . S k u t k i e m tego b y ­
ły kłopoty, żeby je w ogóle j a k o ś
powiesić w w i t r y n a c h „ M e t r a " —
jedynym miejscu, gdzie tego rodzaju
reklama ma sens.
W rezultacie w y s t a w ę przygoto­
w y w a n ą z tak w i e l k ą t r o s k ą i na­
k ł a d e m ś r o d k ó w o b e j r z a ł o w cią­
gu 3 tygodni około 3.500 osób. D o ­
płata do k a ż d e g o widza w y n i o s ł a
170 zł plus co najmniej 1/2 funta

293

�gła b y ć sensacją, a jeśli nawet c z ę ­
ściowo nią
się s t a ł a — to t y l k o
w środowisku plastyków,
odnaj­
d u j ą c y c h w malarstwie czy rzeźbie
w a r t o ś c i k o r e s p o n d u j ą c e z poszuki­
w a n i a m i w s p ó ł c z e s n e j sztuki. *
Był sens — i istnieje nadal
—
rzucenia m a ł y c h p o g l ą d o w y c h w y ­
stawek sztuki ludowej do szkół,
klubów i różnych
stowarzyszeń.
Wystawki takie b y ł y na terenie
A n g l i i od k i l k u lat organizowane
przez I n s t y t u t K u l t u r y Polskiej w
Londynie przy pomocy
Minister­
stwa K u l t u r y i Sztuki. Znam je
co prawda t y l k o z fotografii
—
ale i na t e i . podstawie m o g ę sądzić,
że są one raczej bardzo słabe. M i m o
to cieszą się powodzeniem, zwłaszcza
w ś r ó d młodzieży.
Zdaje sobie z
tego s p r a w ę I n s t y t u t K u l t u r y P o l ­
skiej w Londynie, dobrze p r a c u j ą ­
ca p l a c ó w k a , s k ł a d a j ą c a się bodaj
z 2 czy 3 osób — w t y m jednak
n i k o g o
z n a j ą c e g o chociażby j ę ­
zyk polski, nie m ó w i ą c już o na­
szej kulturze i procesach w niej
z a c h o d z ą c y c h . Postanowiono jednak
Postaram się to w y j a ś n i ć .
Nie zrobić w y s t a w ę p o ś r e d n i ą , niezbyt
b ę d ę m ó w i ł o przyczynach słabej wielką, ł a t w o p r z e n o ś n ą , t a n i ą w
pracy naszych a t t a c h a t ó w , ani o cbsłudi-e.
ź r ó d ł a c h tych p o m y ł e k kadrowych,
Dezvderat w ę d r o w a ł przez MSZ,
k t ó r y m z a w d z i ę c z a m y fakt, że na
stanowiskach a m b a s a d o r ó w naszej M K i S , wreszcie d o t a r ł do Central­
Instytucji
'Sztuk
k u l t u r y znaleźli się ludzie, niekie­ nego Z a r z ą d u
dy dosłownie nie m a j ą c y nic w s p ó l ­ Plastycznych i Wystaw,. T u w i e ­
nego z k u l t u r ą . W a ż n y jest jednak dziano już t y l k o , że wystawa ma
fakt, że attachaty (m. i n . w L o n d y ­ być „na Londyn". A w i ę c odpo­
okazała.
nie) p o s i a d a j ą p r z e w a ż n i e
słabą wiednio reprezentacyjna,
się
fundusze, zrobiono
o r i e n t a c j ę w terenie swego d z i a ł a ­ Z n a l a z ł y
wystawa
wypadła
nia. Na p r z y k ł a d z i e
l o n d y ń s k i m wszystko, aby
mogę powiedzieć w i ę c e j : źle znają j a k najlepiej. Szkoda t y l k o , że nie
b y ł a potrzebna...
w a r u n k i miejscowe, m a ł o w i e d z ą t a k i wystawa
o t y m , co się dzieje w kraju. D o ­ .'Je o t y m w Warszawie nie w i e najprymitywniej­
dajmy, że w okresie „zimnej w o j ­ Oziano. Z a b r a k ł o
wszystko poszło
ny"
działalność
tych
p l a c ó w e k szej koordynacji,
który
sprowadzona była niemal do zera, t r y b e m administracyjnym,
a stanie się jasne, że w okre­ niestety aż za bardzo p r z y p o m i n a ł
sie n a w i ą z y w a n i a intensywniejszych z a b a w ę w „ z e p s u t y telefon". Jako
stosunków kulturalnych
i nauko­ wykonawcy nie m i e l i ś m y w i ę c powych z Zachodem attachaty nie ięcia, o co chodzi naszej l o n d y ń s ­
mogły
sprostać
nowym
potrze­ kiej p l a c ó w c e . O j a k ą w y s t a w ę ? Dla
bom. W takiej atmosferze zrodził kogo? W jakiej sali? Przez kogo
firmowa­
się p o m y s ł zorganizowania w L o n ­ o r g a n i z o w a n ą w z g l ę d n i e
dynie j a k i e j ś wystawy. P o m y ś l a n o ną? Na te pytania odpowiedzi nie
o sztuce ludowej. I t u już, j a k s ą ­ dostaliśmy. Odmówiono' nam k r ó t ­
dzę, t k w i ł pierwszy b ł ą d .
L o n ­ kiego wyjazdu w celu zapoznania
dyn, j a k to się m o g l i ś m y przeko­ się z w a r u n k a m i , potrzebami. Nie
nać, „nie l u b i " wystaw sztuki l u ­ wiedzieliśmy, j a k p r z y j ę t o inne w y ­
dowej, m i a ł
ich zresztą i ma stawy, k t ó r e o d b y ł y się przed na­
wciąż wiele. Poza t y m posiada jak mi, co „bierze", a co traktowane
wiadomo znakomite zbiory sztuki jest obojętnie. Ba! z t r u d e m uzyskaludowej,
że w y m i e n i ę
chociażby liśiny zdjęcia sali i n i e k t ó r e jej
O ś w i a d c z o n o nam
do­
British Museum czy
Hornemann w y m i a r y .
Museum. Poza t y m — L o n d y n prze­ s ł o w n i e : „Musicie b y ć przygotowani
żywa obecnie szał kosmopolityzmu. na to, ze ż a d n y c h danych nie otrzy­
Ściąga się wszystko z całego ś w i a ­ macie, a \ v v f t a w ę trzeba będzie r o ­
ta, co t y l k o jest dobre, ł a d n e , celo­ bie."
we. Nikogo nie b a w i m y ś l o budo­
W y s t a w ę zrobiliśmy, ale niestety
waniu współczesnej
sztuki
czy
wzornictwa p r z e m y s ł o w e g o na mo­ d o ś w i a d c z e n i a l o n d y ń s k i e p o t w i e r ­
tywach (czy inspiracji)
w ł a s n e i dziły t y l k o słuszność pierwotnych
sztuki ludowej. Bierze się zewsząd p y t a ń i w ą t p l i w o ś c i . Nie taka w y ­
— co może się o k a z a ć przydatne. stawa b y ł a potrzebna. A jaka? S ą ­
A w i ę c i ze sztuk ludowych, p r y ­ dzę, że celowsza b y ł a b y raczej w y m i t y w n y c h itp. Ale nie robi się z
tego programu. (To, co m ó w i ę , do­
Warto zwrócić u w a g ę na fakt,
tyczy zresztą głównie
Londynu,
inaczej jest, zdaje się, w Szkocji że n i k t niemal nie p a m i ę t a ł w y ­
czy Irlandii.) Wniosek z tego jas­ stawy z 1949 r., m i m o że w y w o ł a ł a
ny: gdzie jak gdzie, ale w ł a ś n i e ona w ó w c z a s d u ż e zainteresowanie.
Por. „Pol. Szt. L u d . " nr 2/1955
w Londynie wystawa nasza nie mo­
s. 106—107.

w dewizach. Dodajmy do tego nie­
uniknione niszczenie
transporto­
wanych e k s p o n a t ó w oraz poczucie
daremnie straconego czasu, a jasne
się stanie, dlaczego m ó w i ł e m o go­
ryczy, k t ó r ą wszyscy odczuwali­
śmy.
Dlaczego tak się stało? Sądzę, że
na niepowodzenie wystawy złoży­
ło się k i l k a przyczyn. Pierwsza —
to słabość naszych p l a c ó w e k k u l ­
turalnych za g r a n i c ą , a w danym
w y p a d k u ż e n u j ą c y wprost
brak
znajomości terenu ze strony a t t a chatu kulturalnego
w Londynie.
Druga — brak dostatecznej k o o r d y ­
nacji w pracy p o m i ę d z y attachatem,
MSZ, Ministerstwem
Kultury
i
Sztuki i wreszcie
wykonawcami
wystawy. Trzecia — złe ustawie­
nie organizacyjne k o m ó r k i wystaw
w Ministerstwie K u l t u r y i Sztuki, co
w rezultacie powoduje faktyczne
wyeliminowanie w sprawach
za­
sadniczych czynnika fachowego i
sprowadza w y s t a w ę do r o l i k o l e j ­
nej imprezy propagandowej.

7

6

7

294

stawa
plastyki
współczesnej,
w z g l ę d n i e wielka retrospektywa, np.
„100 lat sztuki polskiej" — u r z ą ­
dzona w w i e l k i c h , masowo u c z ę s z ­
czanych galeriach.
Na wystawie
takiej m o g ł a b y się znaleźć i sala
sztuki ludowej, j a k to m i a ł o m i e j ­
sce np. na wystawie sztuki meksy­
k a ń s k i e j . Wystawa
organizowana
przez A r t s Council w z g l ę d n i e d y ­
r e k c j ę National Gallery czy Tale
Gallery m i a ł a b y z a p e w n i o n ą r e k l a ­
m ę , publiczność,
szeroki rezo­
nans.
A jeśli zdecydowano się już
na
w y s t a w ę w sali k l u b u a k w a r e l i ­
stów, sali o tradycjach raczej nie­
ciekawych, a w i ę c i o ograniczo­
n y m k r ę g u publiczności — należało
przynajmniej u t r z y m a ć ekspozycję
przez 5—6 tygodni, j a k to jest
w l o n d y ń s k i m zwyczaju,
a nie
l i k w i d o w a ć w y s t a w ę po 3 tygod­
niach, wtedy, kiedy zaczęła w ł a ś ­
nie m i e ć powodzenie! Kiedy frek­
wencja w y n o s z ą c a p o c z ą t k o w o 60
osób dziennie doszła do 300—350!
Należało też lepiej z a d b a ć o r e k l a ­
m ę , d o t r z e ć przede wszystkim
do
ś r o d o w i s k emigracyjnych (a prze­
cież w Londynie są całe dzielnice
polskie!).
Czy m o ż n a jednak w i n i ć o to
konkretnych ludzi,
odpowiedzial­
nych
za
wystawę
w
ramach
attachatu kulturalnego,
Instytutu
K u l t u r y Polskiej
w
Londynie.
MSZ czy Ministerstwa
Kultury?
Nie, nie m o ż n a , a w k a ż d y m razie
w bardzo n i e w i e l k i m stopniu. L u ­
dzie na ogół pomagali, j a k mogli. A
że
struktura
organizacyjna
jest
wadliwa, że f a ł s z y w a b y ł a polityka
kadrowa, d e s y g n u j ą c a
nieraz na
odpowiedzialne ' p l a c ó w k i nieprzygo­
towanych do tego ludzi — o to na­
leży m i e ć pretensje chyba nie tylko
do tych ludzi.
Z r e s z t ą , i najlepszy attache nie
będzie
znawcą
fizjologii,
atomi­
styki, literatury, plastyki, geologii
i boksu. P r a w i d ł o w a wymiana za­
graniczna m o ż l i w a jest jedynie w
oparciu o kompetentne instytucje,
przy przerzuceniu g ł ó w n e g o cięża­
r u odpowiedzialności z u r z ę d ó w na
w ł a ś c i w e instytucje czy stowarzy­
szenia. W t y m k i e r u n k u
zresztą
zmierzają
zmiany w
organdzacji
k o n t a k t ó w kulturalnych z zagrani •
cą. Chodzi t y l k o o to, aby
zo­
stały przeprowadzone konsekwent­
nie
i na
wszystkich
odcinkach,
a więc r ó w n i e ż i w zakresie w y ­
stawiennictwa.
Nie rozumiem, dlaczego n o r m a l ­
ną w y m i a n ę a r t y s t y c z n ą czy n a u ­
k o w ą traktuje się
„propagando­
wo"; dlaczego wystawy sztuki r o ­
bione są przez instytucje,
które
jednocześnie z a j m u j ą się targami
h a n d l o w y m i czy w y s t a w ą
chorób
wenerycznych; dlaczego nie p r z y ­
j ą ć zasady, iż wystawy o charakte­
rze muzealnym m u s z ą b y ć robione
przez instytucje muzealne( w na­
szym w y p a d k u przez Muzeum Sztu­
k i Ludowej) pod opieką Centralne­
go Z a r z ą d u M u z e ó w . Nie chodzi m i
t u tylko o tzw. czystość p r o f i l u , ale
o sprawy zasadniczej wagi. Wysta-

�wa jest r e z u l t a t e m ,
osta­
tecznym podsumowaniem j a k i e g o ś
dorobku. Wystawa sztuki ludowej
musi więc b y ć rezultatem p o w a ż n e j
pracy naukowej i dokumentacyjnej,
rezultatem p r z e m y ś l a n e j a k c j i ba­
d a ń terenowych i z a k u p ó w . Rozu­
miem sens u r z ą d z a n i a wystaw k r a ­
j o w y c h czy regionalnych, p o k a z u j ą ­
cych stan obecnej sztuki ludowej,
w y s t a w pokonkursowych czy też
tematycznych (np. haftu, ceramiki).
Ale już takie tematyczne wystawy
m u s z ą o p i e r a ć się o j a k ą ś b a z ę ma­
t e r i a ł o w ą , o muzeum czy i n s t y t u ­
cję, m u s z ą s t a n o w i ć — j a k p u b l i ­
kacja — rezultat prac dokumen­
tacyjnych, badawczych. T y m bar­
dziej dotyczy to w y s t a w reprezen­
tacyjnych, o b e j m u j ą c y c h
zarówno
dorobek przeszłości jak i o s i ą g n i ę ­
cia w s p ó ł c z e s n e . W y s t a w y
takie
m u s z ą o p i e r a ć się o stan naszego
muzealnictwa i zasoby, j a k i m i ono
dysponuje. Tak jednak nie jest. I
dlatego brak m i t u elementarnej,
gospodarskiej logiki. Bo przecież
najpierw trzeba coś m i e ć , a potem
dopiero p o k a z y w a ć . Najpierw m u ­
szą się znaleźć fundusze na zaku­
py muzeaire i chociaż p r y m i t y w n ą
k o n s e r w a c j ę istniejących
zbiorów,
a dopiero potem b ę d z i e czas
na
chwalenie się dorcbkiem. Nie w o l ­
no t o l e r o w a ć t a k k g o stanu rzeczy,
w k t ó r y m niemal k a ż d a wystawa
przynosi
n i e p o w e t o w a n e straty dla naszej k u l t u r y , w y ­
krusza i tak z a s t r a s z a j ą c o
nikły
stan posiadania.
Serce się k r a j a ł o , gdy o b j e ż d ż a ­
ł e m muzea s z u k a j ą c
eksponatów
na l o n d y ń s k ą w y s t a w ę . W k i l k u ­
nastu muzeach z t r u d e m znaleźć
dziś m o ż n a j a k i ś zestaw, obejmu­
jący c a ł o ś ć
naszej ludo­
wej sztuki. I jeśli u d a ł o m i się
zdobyć w a r t o ś c i o w e
obiekty,
to
t y l k o dzięki w i e l k i e j pomocy k i e ­
rowników muzeów, którzy wypoży­
czali z ekspozycji
najcenniejsze,
często unikalne obiekty. I to w
j a k i m stanie! K r u s z ą c e się rzeźby,
toczone przez k o r n i k i , r o z s y p u j ą c e
się cenne tkaniny, nadbite czy po­
p ę k a n e okazy ceramiki. A i m cen­
niejszy obiekt, t y m p r z e w a ż n i e k r u chszy, t y m w i ę k s z e m u
podlega
zniszczeniu. M i m o n a j w i ę k s z e j t r o ­
ski o zabezpieczenie — zniszczenie
jest nieuchronne. Razem z drem Delimatem, delegowanym przez Cen­
t r a l n y Z a r z ą d M u z e ó w , z niepoko­
j e m b r a l i ś m y w r ę c e k a ż d y obiekt
w r a c a j ą c y z Londynu. Dyrektorzy
m u z e ó w m ó w i ą , że o d d a l i ś m y je
w dobrym stanie, że na poprzed­
nich wystawach b y ł o gorzej -—
ale my wiemy niestety lepiej, gdzie
i ile u b y ł o polichromii; w i d z i e l i ś m y
sypiące się drzewo, n a d t ł u c z o n e f i ­
g u r k i z gliny. I powtarzam: ż a d n e
zabezpieczenie nie uchroni od strat.
A są to w naszych w a r u n k a c h straty
niepowetowane, w r ę c z dewastacja,
za k t ó r ą j e s t e ś m y odpowiedzialni
przed s p o ł e c z e ń s t w e m .

okazy ludowej sztuki. W w i e l k i m
muzeum w i d z i a ł e m izbę zagraco­
ną r z e ź b a m i , l e ż ą c y m i jedna na
drugiej, p o k r y t y m i g r u b y m k o ż u ­
chem kurzu. A w ś r o d k u izby ż e ­
lazny piecyk, rozgrzany do czerwo­
ności. W i d z i a ł e m p o ł a m a n e , p o t ł u ­
czone, poniszczone przedmioty, z
k t ó r y c h w i e l u już nie da się zre­
k o n s t r u o w a ć , a i te, k t ó r e
dziś
jeszcze n a d a j ą się do konserwa­
cji, za rok b ę d ą do wyrzucenia: po­
t ł u c z o n e obrazy na szkle, zniszczo­
ne kafle malowane,
poobijana i
nieudolnie
poklejoną
ceramikę.
Znam wiele tych o b i e k t ó w z foto­
grafii. Wiem, j a k w y g l ą d a ł y 5 lat
temu. Powtarzam: proces dewasta­
cji jest z a t r w a ż a j ą c y . I nie w i ń ­
my t u d y r e k t o r ó w m u z e ó w . K a ż ­
dy z nich, gdy słyszy o nowej w y ­
stawie, blednie. Wiele
nasłucha­
ł e m się o t y m , co w y p o ż y c z o n o i
zniszczono, zagubiono, zdemolowa­
no. W i d z i a ł e m w Rzeszowie skarb
w i e l k i , unikat, c e r a m i c z n ą kaplicz­
kę. Była już w P a r y ż u i Londynie.
Popękana, obtłuczona,
wymagjąca
pilnej
konserwacji i absolutnego
spokoju. M i a ł e m w r ę k u r z e ź b y ,
k t ó r e w r ó c i ł y z wystaw i fotogra­
fie tych, k t ó r e nie wróciły. Widzia­
ł e m na Ś l ą s k u p o t ł u c z o n e obrazy
na szkle, w ś r ó d nich s ł y n n ą św.
Barbarę,
chyba
najpiękniejszy
obraz, j a k i zdobił nasze
zbiory.
Obraz dziś już bezpowrotnie stra­
cony — jedna z licznych . . p a m i ą ­
tek" zagranicznych wystaw. M ó ­
wiono m i o zaginionych dziełach,
o najstarszym datowanym d y w a ­
nie dwuosnowowym,
który
nie
w r ó c i ! z Czechosłowacji, podarowa­
ny k o m u ś tam przez naszych d y ­
gnitarzy... Z r e s z t ą nie chodzi o
rejestr — m o ż n a go niestety prze­
dłużać — chodzi o zasady. M ó w i ę
t u t y l k o o zabytkach przeszłości,
ale wystarczy p r z y j r z e ć się boga­
t y m zbiorom w s p ó ł c z e s n y m M i n i ­
sterstwa K u l t u r y i Sztuki, niszcze­
j ą c y m w nieodpowiednich w a r u n ­
kach na strychu i w piwnicy, aby
p r z e k o n a ć się, że z t r u d e m znaj­
dziemy nie uszkodzony ciekawszy
okaz ceramiki czy nawet
wycinankę
(kłaniają się wystawy!!!). I ciśnie
się t r o c h ę demagogiczna
reflek­
sja: czy nie słuszniej b y ł o b y prze­
nieść te zbiory do k t ó r e g o ś z p i ę k ­
nych, zaopatrzonych w k l i m a t y z a c j ę
g a b i n e t ó w u r z ę d u j ą c y c h i nie u r z ę ­
dujących
v-ministrów?
Czy nie
b y ł b y z tego w i ę k s z y p o ż y t e k dla
kultury?

Tak, sprawa
zbiorów
wymaga
radykalnej ingerencji. Jeszcze dziś
m o ż n a k u p i ć na wsi czy od p r y w a t ­
nych zbieraczy cenne zabytki sztuki
ludowej. Ale trzeba to zrobić szyb­
ko, póki nie jest za późno. I s ą ­
dzę, że najpierw należy przeprowa­
dzić celową, r o z s ą d n i e p o m y ś l a n ą
a k c j ę z a k u p ó w , d a ć muzeum w i ę ­
cej niż po k i l k a tysięcy złotych
rocznie,
przeznaczyć
niezbędne
ś r o d k i na k o n s e r w a c j ę
i rekon­
s t r u k c j ę z a b y t k ó w , d o p r o w a d z i ć do
O g l ą d a ł e m muzealne magazyny, p o r z ą d k u magazyny i stan posia­
gdzie zwalone na k u p ę niszczeją dania m u z e ó w , s t w o r z y ć p e ł n ą k o ­
unikalne, niepowtarzalne już dziś lekcję przynajmniej w Warszawie

(w Młocinach) i K r a k o w i e , skon­
c e n t r o w a ć cenne zabytki
znajdu­
j ą c e się w r ó ż n y c h „ w z o r c o w n i a c h " ,
jak np. Centrali P r z e m y s ł u L u d o ­
wego i Artystycznego, a nawet ma­
gazynach zespołów
artystycznych
(np. „Mazowsze"), a dopiero w t e ­
dy wydzielić duplikaty w m o ż l i ­
wie dobrym stanie, k t ó r e w o 1n o by t r a k t o w a ć jako eksponaty
na objazdowe czy zagraniczne w y ­
stawy.
I postulat zasadniczej wagi
—
s k o ń c z y ć wreszcie z fikcją
Mu­
zeum K u l t u r L u d o w y c h w M ł o c i ­
nach. To, co jest, to są r u i n y , w
k t ó r y c h m a r n u j ą się t y l k o ekspo­
naty. A Warszawa potrzebuje m u ­
zeum,
specjalistycznego
muzeum
sztuki ludowej, k t ó r e p r o w a d z i ć b ę ­
dzie obok prac badawczych w tere­
nie i z a k u p ó w — k o n s u l t a c j ę , p o p u ­
l a r y z a c j ę naszej sztuki ludowej. Są
ludzie, jest m o ż l i w o ś ć
szybkiego
u z u p e ł n i e n i a z b i o r ó w — brak t y l k o
lokalu. Trudno nie w i n i ć o to M i ­
nisterstwa. W y d a w a ł o się (a wcale
nie jestem pewien, czy jeszcze się
nie wydaje) miliony złotych na r ó ż n e
zespoły pseudo-ludowe.
Robiono
w i e l k i ruch d o k o ł a sztuki ludo­
wej. Że tradycja narodowa, że k u l ­
tura socjalistyczna w treści a na­
rodowa w formie. Starano
się
ze sztuki ludowej zrobić panaceum
na wszelkie bolączki. W y m y ś l a n o
m o ż l i w e i n i e m o ż l i w e zastosowa­
nia. To b y ł a fasada, m o ż e w p e w ­
n y m okresie efektowna, wygodna
— ale fasada. W istocie nie potrawiono z a ł a t w i ć jedynej sprawy na­
p r a w d ę zasadniczej wagi dla
na­
szej k u l t u r y
—
zabezpieczenia
osiągnięć sztuki ludowej, w i e l k i e ­
go dorobku naszego ludu. Na to
nie starcza j a k o ś środków...
Nie zawsze zresztą celowa jest
wystawa. Czasem znacznie w a ż ­
niejsza m o ż e b y ć dobra publikacja
o sztuce ludowei, ł a d n i e i z sen­
sem wydana. ( A l b u m y czeskie, s ł o ­
wackie, w ę g i e r s k i e , r u m u ń s k i e —
wydane efektownie i bogato, z
r ó ż n o j ę z y c z n y m tekstem,
znaleźć
można w każdej większej księgarni
za g r a n i c ą . A my? M y nie mamy
ż a d n e g o takiego albumu, a proje­
ktowany przez „ S z t u k ę " —• w y ­
p a d ł z planu.) Czasem w a ż n i e j s z y
może b y ć f i l m , k t ó r y też stanowi
przecież f o r m ę dokumentacji. Cza­
sem w a ż n i e j s z y może b y ć
sklep
CPLiA, s p r z e d a j ą c y w y r o b y a r t y ­
stycznego r z e m i o s ł a ludowego. W i ­
d z i a ł e m takie sklepy w Londynie
—- j u g o s ł o w i a ń s k i i b u ł g a r s k i . W
d o s k o n a ł y m punkcie, w centrum —
m a ł e wystawy ludowei sztuki, a
przy t y m p r z y n o s z ą c e P a ń s t w u de­
wizy, a l u d o w y m w y t w ó r c o m ź r ó d ­
ło dochodu. Myślę też, że w d ł u g o ­
falowej
polityce w y m i a n y
kulturslnei z z a g r a n i c ą niejednokrotnie
w a ż n i e j s z e jest. aby obiekty naszej
sztuki ludowej z n a l a z ł y
się w B r i ­
tish Museum, Victoria and A l b e r t '
Museum czy Horneman Museum
(jeśli mowa o Londynie), żeby m o ż ­
na je b y ł o znaleźć
w muzeach
etnograficznych Szwajcarii, Belgii,

295

�Niemiec,
Związku
Radzieckiego,
I n d i i . Chiociażby na w y m i a n ę , w
zamian za eksponaty innych k r a ­
jów, innych k u l t u r . Ale to z n ó w
wymaga odpowiedniego
funduszu
rezerwowego, a w i ę c p i e n i ę d z y na
zakupy, na tworzenie kolekcji w y ­
miennych.
P r o s z ę mnie źle nie z r o z u m i e ć ,
bynajmniej nie n a w o ł u j ę do rezy­
gnacji z wystaw. Wystawy są po­
trzebne, a niekiedy n i e z a s t ą p i o n e .
I w ł a ś n i e wtedy należy je robić.
Wymaga to jednak ś w i a d o m e j po­
l i t y k i ze strony Centralnego
Za­
r z ą d u Wystaw, wymaga to skon­
centrowania spraw opieki i p r o ­
pagandy sztuki ludowej w jednych
r ę k a c h . Wymaga to p r z e m y ś l e n i a
właściwych
form
wystawienni­
czych. Tak np. sądzę, że p ó k i nie
stać nas na dysponowanie oryginał a m i - d u p l i k a t a m i , na w ł a ś c i w ą k o n ­
s e r w a c j ę dzieł sztuki, n a r a ż o n y c h
na zmiany k l i m a t u ,
temperatury,
na t r u d y i ryzyko transportu
—
ograniczmy się do dzieł
współ­
czesnych, nie unikatowych (cho­
ciaż, jeśli nie będzie się p r o w a ­
dzić s t a ł y c h z a k u p ó w — j u t r o dzie­
ła te b ę d ą już u n i k a t a m i , o ile się
w ogóle d o c h o w a j ą ) , do plansz f o ­
tograficznych oraz do kopii. Tak,

do k o p i i najlepszych rzeźb, obra­ nie m ó w i , że ich nie ma. Są, trze­
zów na szkle, zabawek, a nawet ba je t y l k o w ł a ś c i w i e w y k o r z y s t a ć .
wycinanek.
W y s t a r c z y ł o b y na p r z y k ł a d zamiast
kosztownej wystawy zrobić
nie­
Z góry uprzedzam zarzuty. Wiem,
w i e l k ą i t a n i ą , a zaoszczędzoną su­
że kopia nigdy nie da tego, co
m ę p r z e z n a c z y ć na sprawy podsta­
oryginał, i t d . Ale nie przesadzaj­
wowe. S k o ń c z m y wreszcie z fasamy. Dobra kopia daje dobre po­
dowością, zacznijmy żyć i liczyć
jęcie o oryginale, a d o s k o n a ł a jest
po gospodarsku. Nie n a l e ż y prze­
niemal nie do o d r ó ż n i e n i a . Jeśli
cież s p r y s k i w a ć
się
perfumami,
zaś nawet p r z y j ą ć , że wystawa o r y ­
kiedy nie ma na m y d ł o . Nie należy
g i n a ł ó w jest zawsze w i ę k s z y m w y ­
też chyba w y d a w a ć miliona zło­
darzeniem niż wystawa złożona z
tych na w y s t a w ę „10-lecia"
czy
kopii, trzeba się z a s t a n o w i ć , co w a ­
600 000 zł na „ l o n d y ń s k ą " , kiedy
żniejsze: czy niepowetowane stra­
b r a k 16 000 zł na zakup unikalnego
ty naszej k u l t u r y , straty w w y p a d ­
pieca kaflowego
Oksitowicza
w
ku zniszczenia lub zagubienia o r y ­
Rybnej czy na zakup szopki k r a ­
ginału nie do odrobienia, czy obni­
kowskiej; kiedy stan naszych m u ­
żenie p r e s t i ż u wystawy. Wydaje m i
zeów etnograficznych jest rozpacz­
się, że w tej sprawie nie m o ż n a
l i w y , kiedy ubiegły okres b y ł raczej
mieć w ą t p l i w o ś c i .
czasem dewastacji niż
rozkwitu.
Tak, ale powtarzam to
z całą Napierw postawmy w ł a ś c i w i e m u ­
kon­
natarczywością,
konieczne
jest zealnictwo, p r z e p r o w a d ź m y
w ó w c z a s , żeby całość spraw w y s t a ­ s e r w a c j ę zbiorów, p r o w a d ź m y ce­
wowych (w zakresie sztuki ludowej) l o w ą p o l i t y k ę z a k u p ó w — nie cze­
spoczywała
w ręku
Centralnego k a j ą c aż ze sztuki ludowej pozo­
Z a r z ą d u M u z e ó w , ewentualnie p r z y ­ s t a n ą nam... opisy i fotografie, a
szłego Centralnego Muzeum Sztu­ potem chwalmy się naszym do­
granicą.
k i Ludowej.
Aby
gospodarowa­ robkiem w k r a j u i za
no zbiorami m ą d r z e , r o z w a ż n i e , z Inaczej za nasze sukcesy — płacić
m y ś l ą o przyszłości. A b y wreszcie b ę d ą przyszłe pokolenia. I to cięż­
Ministerstwo znalazło na ten cel od­ ko płacić...
powiednie środki. I niech m i n i k t

Fot. Unity

296

Studios

�</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
