<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="7286" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/show/7286?output=omeka-xml" accessDate="2026-09-26T15:05:19+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="7266">
      <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/c393f6efa8b15e630e9ab30bf97c75cc.pdf</src>
      <authentication>0d880cc869837f779644a4b30d2e0686</authentication>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="10">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="136967">
                <text>Barbarzyńca </text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="37">
            <name>Contributor</name>
            <description>An entity responsible for making contributions to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="138652">
                <text>Polskie Towarzystwo Ludoznawcze</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="138653">
                <text>umowa licencyjna z Wydawcą</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="138654">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="138655">
                <text>czasopismo nieregularne</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <itemType itemTypeId="1">
    <name>Text</name>
    <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
  </itemType>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="46">
          <name>Relation</name>
          <description>A related resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86903">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5551</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="47">
          <name>Rights</name>
          <description>Information about rights held in and over the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86905">
              <text>Licencja PIA</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86907">
              <text>2008</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86909">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:5162</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86911">
              <text>Mąka w kościele, grzyby w powietrzu i ciuchy z drugiej ręki / Barbarzyńca 2008 nr 1 (11)</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="41">
          <name>Description</name>
          <description>An account of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86913">
              <text>Barbarzyńca - pismo antropologiczne; s.30-44</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86915">
              <text>Owczarek,Przemysław</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86916">
              <text>pol</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86917">
              <text>Stowarzyszenie Antropologiczne „Archipelagi Kultury”</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="42">
          <name>Format</name>
          <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86918">
              <text>application/pdf</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
    <elementSet elementSetId="4">
      <name>PDF Text</name>
      <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="52">
          <name>Text</name>
          <description/>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="86930">
              <text>Przemysław

I

O w c z a r e k

Ur. w I 9 7 5 r., antropolog kultur/, d o k t o r nauk humanistycznych. O d p o w i a d a z a
Dział Kultur Miejskich w M u z e u m A r c h e o l o g i c z n y m i Etnograficznym w Łodzi. Jest
wykładowcą. A u t o r książki o kulcie Jana Pawta II na Podhalu Karol
Paweł II. Podhalańska

opowieść o świętym.

Wojtyta-Jan

Artykuły naukowe i krytyczne publikował

w „Tyglu Kultur/", „Literaturze Ludowej", „Zeszytach Wiejskich", „Magazynie
Sztuki", „Formacie" i w y d a w n i c t w a c h pokonferencyjnych. A u t o r nagradzanych
u t w o r ó w poetyckich (m.in. nagroda im. J. Bieriezina w 2 0 0 6 r ) . Interesuje się sztuką
współczesną.

Mąka w kościele, grzyby
w powietrzu i ciuchy
z drugiej ręki
(Na g r a n i c y r e p o r t a ż u i eseju f o t o g r a f i c z n e g o )

Cóż na tym świecie, jakaż powieść mogłaby dorównać epickiej rozległości albumu z fotografiami?
Oby Pan Bóg, który niczym pilny amator, który co niedziela fotografuje nas z góry, a więc
w okropnym skrócie, i lepiej czy gorzej eksponowanych wkleja do swojego albumu, oby więc
Pan Bóg zechciał poprowadzić mnie pewną ręką - udaremniając wszelką nader rozkoszną, lecz
niestosownie długą zwłokę - przez ten album me podsycając zamiłowania [...] do labiryntowych
wędrówek. I miałbym ogromną ochotę uzupełnić te fotografie oryginałami .
1

(G. Grass, Blaszany bębenek)
Prawdopodobnie ze wszystkich naszych uczuć jedynym me naszym jest nadzieja. Nadzieja
należy do życia, nadzieja to samo życie, które się brom .
2

(J. Cortázar, Gra w klasy)

1

2

G. Grass, Blaszany bębenek. Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1991, s. 39.
J. Cortázar, Gra w klasy, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1985, s. 154.

B A R B A R Z E AC ft 1(111 ? 0 D B

�Mąka w kościele, grzyby w oowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

O

statnie pięć dni sierpnia 2001 roku spę­
dziłem j ako wolontariusz we wsi Orliska
(kilka kilometrów od Sandomierza). Po­
magałem wtedy w porządkowaniu i wydawaniu
darów dla powodzian. Parę tygodni wcześniej
wzburzone wody Wisły zalały okoliczne wsie,
między innymi Sokolniki i Zalesie. Woda wdarła
się również do Orlisk. Sztab przeciwpowodzio­
wy postanowił uratować Sandomierz i mieszczą­
cą się tam hutę. Obawiano się katastrofy o wiele
groźniejszej w skutkach - eksplozji hutniczego
pieca. Ewakuowano ludzi i wysadzono wał (to
wersja wydarzeń opowiedziana przez mieszkań­
ców Orlisk). Niejednemu gospodarzowi powódź
zniszczyła dorobek całego życia. Kiedy woda
opadła, z kraju ruszyły transporty z darami.
3

W u r z ę d z i e gminy w Gorzycach wraz
z czwórką przyjaciół otrzymałem przydział do
obsługi magazynu darów we wsi Sokolniki.
Dojechaliśmy tam nyską dowożącą chleb i zupę
dla wolontariuszy - w większości harcerzy ZHP.
Chaos organizacyjny, jaki tam napotkałem, we­
sołe hulanki młodzieży po stertach darów, prze­
ważnie używanej odzieży, oraz zabawne sytua­
cje, które kreowali „przebierańcy" - wszystko to
sprawiało wrażenie, jakby zagościł tu karnawał.
Szefowa wolontariuszy zaproponowała mnie
i moim znajomym pracę przy dystrybucji darów
W Orliskach. Polegać ona. miała na gospoda­
rowaniu przestrzenią kościoła, zamienioną na
m a £ra z vn Wraz z czwórką przyjaciół mieliśmy
tam dotrzeć następnego dnia Pierwszy wieczór
i nocleg wyznaczono nam w Sokolnikach.
Rozejrzałem się po terenie. W przydomo­
wych ogródkach stały jeszcze kałuże cuchnącej
wody. Na wiejskim asfalcie buty ślizgały się na
cienkiej warstwie grzyba i środków dezynsekcyjnych. Mocniejsze podmuchy wiatru przynosiły
Niniejszy tekst powstał w 2004 roku, ma formę w znacznej
mierze literacką. Klęska powodzi, zwłaszcza tej z 1997 roku,
doczekała się już opracowań opartych na badaniach antro­
pologicznych i obserwacjach. Zob. J. Hajduk-Nijakowska,

3

U l i ) nm

BARBARZYŃCA

31

z pól zapach szamba i zgnilizny. Domy, które
oglądałem, nosiły ślady powodzi. Dopiero na
wysokości mniej więcej dwóch metrów zaczy­
nała się sucha cegła lub tynk.
Noc spędziliśmy, śpiąc w śpiworach na stop­
niach pobliskiej szkoły. Powietrze śmierdziało
stęchlizną. Myliśmy się wodą mineralną z trans­
portów, ponieważ bieżącej nie mogliśmy uzyskać.
Przed chłodem nocy ratowała nas ciepła herbata.
Wodę gotowaliśmy na małym turystycznym pal­
niku. Rankiem u miejscowej gospodyni dostali­
śmy śniadanie i skorzystaliśmy z naprawionego
prysznica. Wtedy po raz pierwszy zacząłem spo­
rządzać opisy sytuacji i wydarzeń, które zastałem
w podsandomierskich wsiach. Chciałem przede
wszystkim pomagać ludziom. Ale z drugiej stro­
ny kusiła mnie rola badacza. W konsekwencji
przez cały czas pobytu na terenach popowo"
dziowych towarzyszyło m i poczucie swoistego
dysonansu miedzy dwiema rolami których sie
podiałem Miałem meiasne a potem coraz bar
dziej' wyraźne wątpliwości natury etvcznei Czv
w takiej sytuacji wolno m i zadawać niektóre
pytania? Czy nie drażniłbym ran które ieszcze
sienie zagoiły? Rola wolontariusza była na tvle
wwodna ze ułatwiała ohserwarie i nie zdradza
ł / n k r v t v ' r h intenrii 7
m J L m nnnwieść
a n a

ukrytycn intencji, z a p a m i ę t a ł e m opowieść
gospodyni, snutą przy śniadaniu, po cudow­
nym prysznicu, Który zmyt
mnie intensywny
i drażniący zapach zgnilizny upowiadala, jak
to chłopy w sokolnikach pobity się o skarpetki,
bo ludzie gdy d w a n o dary, skakali sobie do
oczu i z bardziej błahych powodów . 1 odobne
lenomeny domagały się zapisu.
Następnego dnia dotarliśmy do Orlisk. W j e ż ­
dżając do wsi, zauważyłem stertę porzuconych
kanap, łóżek, foteli i innych sprzętów domowych,
które tworzyły rodzaj wału. Na łąkach po drugiej
r o z

a

Kulturowy kontekst oswajania przestrzeni zdegradowanej
kataklizmem, [w:] „Lud" 2004, t. LXXXVIII, Polskie
Towarzystwo Ludoznawcze, s. 13-41.

�32
stronie słońce odbijało się w popowodziowym
bagnisku. Minęliśmy pierwsze chałupy i wje­
chaliśmy na obszerny plac. Przecinał go kanał,
w którym stała zielonkawa woda. Obok piętrzy­
ła się sterta cegieł. Jak się późnej dowiedziałem
- budulec na przyszłą remizę Ochotniczej Straży
Pożarnej, wielkie marzenie Prezesa strażaków
(o tej postaci czytelnik niebawem dowie się
więcej). Od placu drogi się rozwidlały. Pierwsza
z prawej strony, przy której stały domostwa, pro­
wadziła w stronę wałów przeciwpowodziowych,
druga na lewo, w kierunku wsi, której nazwy j u ż
nie pamiętam. Przy niej znajdował się kościół.
Sceny z rzeczywistości domagały się udoku­
mentowania. Nie miałem jednak aparatu foto­
graficznego, którym mógłbym zarejestrować,
ująć w swoistym „niebycie" fotografii obraz
najbardziej istotnych dla mnie zdarzeń. Brak
naukowej czujności usprawiedliwiałem w my­
ślach pierwotną intencją, z powodu której po­
jawiłem się w Orliskach. Uparte narzucanie się
antropologicznych słów kluczy porządkujących
obrazy i zdarzenia wedle naukowych schematów
było czymś nieznośnym, a zarazem pożądanym
i oczekiwanym. Oczywiście gra między tkwią­
cymi w umyśle antropologicznymi kategoriami
i zewnętrznym światem fundowała myślenie,
które nie mieściło się w ramach odpowiedzial­
nej roli wolontariusza. Tym silniej odczuwałem
irytację związaną z brakiem aparatu fotogra­
ficznego.
Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy jeden
z wolontariuszy wyjął z plecaka starego zenita. Na
kliszy było jeszcze parę wolnych klatek. Kierow­
ca nyski dowożącej zupę zadeklarował, że kupi
nam następną kliszę. Wtedy obiecałem sobie, że
postaram się wszystko uwiecznić na zdjęciach, za­
wrzeć w notatkach, gdy tylko będzie czas. A czasu
zabrakło - nie tyle z lenistwa czy nadmiaru pracy,
lecz z powodu natłoku wrażeń.

4

5

Zob.Caillois,Zy^/^,PI^Warszawal973,s.l60il83.
P. Ricoeur, Symbol daje do myślenia, [w:] M. Philibert,

Przemysław Owczarek

W tym miejscu przerwę swą opowieść o Or­
liskach. Sposób przybliżania tamtych doświad­
czeń poprzez fotografię wymaga uzasadnienia.
Zanim jednak tego dokonam, warto podjąć
próbę zrekonstruowania kontekstu, w jakim te
antropologiczne doświadczenia zaistniały. Od­
powiedzi wymaga następujące pytanie: czym
jest powódź? Jakiego rodzaju jest to zdarzenie
i jakie niesie ze sobą znaczenia? Postaram się je
wyłowić, brodząc po pozostałościach żywiołu,
który nagle zaatakował lokalną kulturę.
Sądzę, że klęska żywiołowa pod względem
siły mobilizującej społeczność ludzką jest pa­
roksyzmem podobnym do święta i wojny . Po­
wódź nie jest jednak eksplozją ludzkiej energii,
która oznacza wtargnięcie sacrum w niezwy­
kłym czasie święta, ani zawierającym pokrew­
ne znaczenia paroksyzmem wojny. Powódź to
wybuch żywiołu, niemniej stanowi słup milowy
ludzkiej pamięci. W opozycji do wojny i święta
współcześnie atak natury nie powołuje zacho­
wań rytualnych, nie domaga się mitycznej wa­
loryzacji. To czysty atak żywiołu, który zabu­
rza dychotomię sacrum - profanum, zawiesza
pierwszą z tych kategorii i spycha poza horyzont
zdarzeń. To profanum przemieszcza się w sferę
SUCYU771. Jedynym nadmiarem - niej ako kompen¬
sacją - staje się dzisiaj rozdawanie darów. O ile
dawniej powódź mogłaby powołać wszelkie
rytualne zachowania, które na nowo ustaliłyby
porządek świata, granicę między sacrum i profa­
num - „potop jest bowiem powrotem do stanu
niezróżnicowania" - o tyle obecnie u lilii iy do
czynienia raczej z profanum „rozbitym" przez
chaos żywiołu.
4

5

W czasach archaicznych (jak powiedział­
by M . Eliade) potop, epidemie, wszelkie klę­
ski żywiołowe tłumaczono wyrokami bogów.
Współcześnie, w odczarowanym świecie, szuka
Paul Ricoeur, czyli wolność na miarę nadziei, PAX, Warsza­
wa 1976, s. 157.

B A RB AR Z!/SC A

1(111 ? 0 D B

�Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

33

się innych przyczyn nagłego kryzysu, jaki wywo­
łuje atak natury Wini się pogodę, zmieniający
się przez zanieczyszczenia klimat lub urzędni­
ków i ludzi władzy (zwłaszcza gdy zaniedbane
zostały wszelkie systemy zabezpieczeń). „Słynne
trzęsienie ziemi z roku 1755 - zauważa L. Dupre
- które zniszczyło centrum Lizbony i wstrząsnę­
ło niemal deistycznymi przekonaniami Woltera,
dziś nie wywarłoby żadnego wrażenia. Nikt nie
oczekuje, że wiara dostarczy rozwiązania takich
problemów. Tymi rzeczami ma się zajmować
nauka" .
Ktoś zawsze poniesie odpowiedzialność za
zlekceważenie żywiołu. W i n ę należy udowod­
nić, zwłaszcza jeśli ma spaść na głowę polityka.
„Ścinają" ją częściej media niż gremia politycz­
ne. W dzisiejszej Europie żadnemu człowieko­
wi, który ponosi odpowiedzialność za brak za­
bezpieczeń przed żywiołem, nie grożą mityczne
sankcje. Nikt nie złamał tabu, świat nie chwiał
się w posadach, powódź nie objawiła głębokie­
go kryzysu kultury. Wszelkie sacrum raczej się
„skurczyło", tak jakby klęska żywiołu przestała
być znakiem boskiego gniewu.
W Orliskach p o w ó d ź zaburzyła sakral­
ną przestrzeń kościoła, czyniąc z niego ob­
szar sprofanowany przedmiotami codziennego
użytku. Również przestrzeń domostw, swojska
i zamieszkana, została zaburzona lub zupełnie
zniszczona. Powrót do normalności to powrót
przez odbudowę, uporządkowanie. Stąd biorą
się zabiegi jak najszybszego wyremontowania
domostw i oczyszczenia kościoła z darów (nie
tylko z powodów czysto ekonomicznych). Te
zabiegi, zwłaszcza jeśli chodzi o kościół, inicjo­
wał Prezes OSP w Orliskach, człowiek, którego
cechowała siła i mądrość nieformalnego lidera
społeczności wioskowej i strażnika jej tożsamo­

ści. Warto przywołać w tym miejscu rozważania
E.Wolickiej:
„Kiedy realna przestrzeń utożsamień ulega
drastycznemu ograniczeniu lub zostaje zburzo­
na, człowiek buduje sobie imaginatywne obsza­
ry swojskości. Radykalna bezdomność jest dla
osoby ludzkiej głębokim okaleczeniem, a utrata
domu - egzystencjalną katastrofą. »Człowiek
jest, o ile mieszka« - powiada Martin Heidegger.
Miejsce zamieszkania - w szerokim tego słowa
znaczeniu, od własnego domostwa po środowi­
sko naturalne - »opowiada« historię mieszkańca,
stanowi w a ż n y element jego tożsamości oraz
związków z innymi" .
Imaginatywnym obszarem swojskości stał
się dla mieszkańców Orlisk plac przykościelny.
Tutaj zachodziły szczególne interakcje. Tutaj
społeczność wioskowa odnajdywała zbiorową
tożsamość pomimo sporadycznych dysonansów
i konfliktów, które odzwierciedlały ludzką nie­
moc wobec skutków powodzi. W przeciwień­
stwie do społeczności Sokolnik ludzie z Orlisk
byli na tyle zdyscyplinowani, że chętnie udzielali
pomocy wolontariuszom, między innymi w pra­
cach porządkowych i dystrybucji darów. Choć
- jak powiedział jeden z mieszkańców - „już
nigdy nie będzie tak samo". Wiele wioskowych
przyjaźni legło w gruzach, po tym jak ogłoszo­
no sposób udzielania rekompensat finansowych
stosownie do rozmiarów szkód.
Fotografie wykonane przeze mnie w Orli­
skach stanowią swoisty dokument zarysowanych
powyżej wydarzeń. Służą jako medium i za­
razem rodzaj dowodu, którego status wymaga
krótkiego uzasadnienia.

L. Duprć, Życie duchowe i przetrwanie chrześcijaństwa
w świeckiej kulturze. Refleksje na koniec tysiąclecia, [w:]
Człowiek
g"&gt;
- &gt; Nomos, Kraków
1999, s. 67.

E. Wolicka, Osobowa tożsamości odrębność w perspek­
tywie hermeneutyki dialogicznej, [w:] Tożsamość, od­
mienność, tolerancja a kultura pokoju, red. J. Kłoczowski
i S. Łukasiewicz, IESW, Lublin 1998, s. 46.

6

6

w

mi)

o

b

nu

e

c

reli

r e d

K

M e c h

BARBARZYŃCA

7

W swojej książce Fotografia jakp zjawisko

estetyczne Jan Kurowicki zauważa, że z jednej

7

�34

Przemysław Owczarek

strony fotografia dematerializuje obiekt, jaki
się na niej znajduje - czyni go i jego kontekst
czymś nieobecnym, a z drugiej strony sprawia,
że obiekty znajdujące się na zdjęciu wydają się
czymś rzeczywistym . Aby je rozpoznać, inter­
pretujący powinien w y k a z a ć się znajomością
kontekstu, w jakim owe zdjęcia powstały. A to
z kolei zakłada swoistą grę między zdjęciem
a obrazami zachowanymi w pamięci lub moż­
liwymi interpretacjami wtedy, gdy kontekst nie
należy do pamięci oglądającego zdjęcia.
Fotografia zawsze jest nierozerwalnie zwią­
zana ze swoim obiektem, odsyła nas do orygi­
nału . Możemy więc mówić tylko o określonych
zdjęciach. Pierwsze spojrzenie na fotografię
sprawia, że widzimy pewien wycinek rzeczywi­
stości, bo sama fotografia pozostaje jakby niewi­
doczna. Dopiero akt refleksji umożliwia spojrze­
nie na fotografię jako na zdjęcie, medium, które
nie jest odniesieniem rzeczywistym (referencją),
lecz tym, co semiotyka nazywa znaczącym. Pró­
ba oddzielenia fotografii od jej odniesienia rze­
czywistego powoduje jej „zniszczenie" .
Fotografia-medium może zaistnieć w formie
dokumentu. Ów swoisty dokument potraktować
można jako punkt wyjścia do snucia opowie­
ści, ukazywania znaczeń. W tym sensie zdjęcia
mogą się stać momentem procesu poznawczego.
Jednak we wszelkim poznaniu podstawową rolę
odgrywa teoria. Dane doświadczenia, zmysłowe
i dokumentarne, są względem fotografii niesamoistne. Perspektywę poznawczą buduje się
niejako „od góry", przyjmując za punkt wyjścia
założenia orzekające o tym, jaka jest natura
tego, co badamy, a także co w badanym wycinku
świata jest istotne (hierarchia ważności). Groma8

9

10

J. Kurowicki, Fotografia jako zjawisko estetyczne, Wy­
dawnictwo Adam Marszałek, Toruń 1999, s. 37.
M. Zalewski, Formy pamięci, IBL, Warszawa 1996, s. 42.
S. Sikora, Fotografia - pamięćwyobraźnia, PSL
Konteksty, 1992, nr 3/42, s. 108.
8

9

10

dzenie danych zakłada, że wiemy, czego dotyczą.
Jednocześnie nie traktujemy ich wszystkich tak
samo . Zdjęcie możemy więc uznać za swoisty
„przystanek w rozkładzie jazdy", za medium
dokumentujące trasę perspektywy poznawczej.
Zastępuje ono lub uzupełnia obraz wzrokowy,
potwierdza lub podważa przyjęte założenia po­
znawczej perspektywy .
O tym, że zdjęcie-dokument może być rów­
nież przedmiotem manipulacji, świadczy nie
tylko technika fotomontażu. Wystarczy wykonać
fotografię osoby, która zmarła, i przedstawić jej
ciało w taki sposób, aby oglądający mógł odnieść
wrażenie, iż obcuje z obrazem żyjącego człowie­
ka . Pojawia się tutaj problem autorytetu twórcy
zdjęć. Ów autorytet może się oprzeć tylko na ak­
cie wiary, że rzeczywistość sfotografowana niesie
ze sobą właśnie ta\ie, a nie inne znaczenia. I że
właśnie ta\ było - choć to właśnie może być tylko
próbą interpretacji.
R. Barthes zauważa, że noemat fotografii to ra­
czej proste i banalne to-co-było. Fenomenologicz­
nie rzecz ujmując, obraz jest nicością przedmiotu.
Fotografia ukazuje jednak nie tylko nieobecność
przedmiotu, ale jednocześnie fakt, że ten przed­
miot naprawdę istniał. Dla Barthesa fotografia
staje się dziwacznym medium, niejako formą
halucynacji - fałszywą na poziomie postrzegania,
prawdziwą na poziomie czasu . Zatem to było
odnosi się do porządku czasu, podczas gdy ta\
było odsyła do porządku znaczeń.
Barthes wyróżnia dwa sposoby oglądu zdjęć:
11

12

13

14

studium i punctum. Studium należy do porząd­

ku kultury: „To za pośrednictwem studium in­
teresuję się wieloma zdjęciami, bądź odbierając
je jako świadectwa polityczne, bądź smakując
J. Kurowicki, op.cit., s. 113-114.
Ibid., s. 114.
Ibid., s. 117.
R. Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, Wydaw­
nictwo KR, Warszawa 1996, s. 194.
11

12

13

14

BARBARZYŃCA

1(111 ? 0 D B

�Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

je jak dobre obrazy historyczne. Gdyż to właś­
nie poprzez kulturę (to znaczenie jest obec­
ne w studium) uczestniczę w wyrazie twarzy,
gestach, realiach działania" . Punctum zaś to
element przełamujący studium, wybiegający ku
oglądającemu, mieszczący się w porządku ta­
kich znaczeń, jak rana, kropka, użądlenie, małe
przecięcie, ale również rzut kości. To nie my je
znajdujemy, lecz ono nas znajduje, wystrzeliwu­
je ku nam przeszywa, świadomość, która tkwiła
15

do tej pory w polu studium . Punctum odnosi się

35

przecież dążyć do zrozumienia jego intencji,
za którą kryje się jawna pretensja, by traktować
serio zaświadczające „ja".
Najważniejsze pytanie, które mnie osobiście
nurtowało, gdy pracowałem w kościele, spacero­
wałem po wsi lub obserwowałem mieszkańców,
brzmiało: czy w zdesakralizowanej przestrzeni
kościoła i wsi dostrzec można zjawiska, które
w jakiś sposób mieszczą się w porządku sactum r

16

do porządku przeżyć i emocji, jest spoza kultury
- ostatecznie studium zawsze przechodzi przez
kod punctum nie jest kodowane" — z a u w a ż a
Barthes.
17

Punctum to kategoria, którą włada idiosynkrazja. Dogodniejszym sposobem opisu fotogra­
fii z Orlisk (to było) oraz wspomnień, które ukła¬
dają się niejako wokół nich, jest raczej studium
u m o ż l i w i a j ą c e z m i a n ę porządku czasowego
w porządek znaczeń (ta{ było), traktowane jako
własna próba interpretacji. Ważną rolę odgrywa
w niej perspektywa poznawcza ufundowana na
konkretnych założeniach dotyczących nie tylko
zabiegów interpretacyjnych wokół paroksyzmu,
jakim jest powódź. Znane antropologii poję­
cia i kategorie odgrywają przecież istotną rolę
w podejmowanych ujęciach interpretowanego
później materiału i powodują że ruch obiek­
tywu podażą w określona stronę - wycina"
z rzeczywistości konkretny obraz zdarzeń lu
dzi i przedmiotów. Można powiedzieć
jest
to jakby pierwotna selekcja treści rzeczywisto¬
ści Wtórna selekcia owych treści byłaby próba
odczytania danego zdiecia i e
interpretacia
1 tutai właśnie noiawia ieaiitorytet antropologa'
któremu można zawierzw hadź nie 7 którvm
można dyskutować nie zgadzać się z nim ale
TO

15

16

Ibid., s. 46.
Ibid., s. 47.

m i ) im mminn

Kościół
Nie sądziłem, że kiedykolwiek w życiu będę
pił kilka razy dziennie gorące kubki z Winiar,
herbatę i kawę, siedząc przy ołtarzu, dwa metry
od Najświętszego Sakramentu. Nie spodziewa­
łem się również, że oprócz drobniaków dzwo­
niących na kościelnej tacy i ryżu rzucanego na
ślubną parę u drzwi kościoła usłyszę kiedykol­
wiek syk rozsypującej się po podłodze kaszy.
Pamiętam pierwsze wrażenie, jakiego dozna­
łem, gdy zajrzałem do wnętrza kościoła w Orliskach. Chaos. Pomyślałem wtedy, że podobnie
mogły wyglądać cerkwie i kościoły zamienione
przez czerwonoarmistów na magazyny. Dwa
dni minęły zanim ułożyliśmy towary według
przeznaczenia i przestaliśmy sie potykać o różne
przedmioty na przykład c i ą d e walający sie za
ołtarzem akordeon ofiarowany przez i a k i L o ś
współczui acego "powodzianom wiejskiego mu
zyka ledyna fotografia iaka udało sie wykonać
w kościele f b r a k 1 a m ń v , ukazuie przestrzeń
noarazona w mroku rozświetlana n,kłvm hla
k

k

• 1

łt
' • •

\

h k'

'

d

• t

k

h'
1

• tł

•
d •

tk

żywności i przedmiotów codziennego uzytKu.
tonęliśmy w używanych rzeczach: ubraniach,
' Ibid., s. 89.

�36

FOT. 1 . PRZEMYSŁAW OWCZAREK

pralkach, szafach. Wszędzie piętrzyły się ster­
ty makaronów, toreb z cukrem, ryżem, kaszą
i płatkami. Zamiast dyskretnego aromatu ka­
dzidła otaczał nas zewsząd silny zapach środków
czystości - proszków, mydeł, płynów do prania
i mycia naczyń - który mieszał się z wonią
(to najbardziej neutralne określenie) używanej
odzieży (fot. 1).
Często zaglądał do kościoła Prezes, który był
nie tylko strażakiem, ale też ważną osobą w ra­
dzie parafialnej. Uzgadnialiśmy z nim sposób
i kolejność wydawania darów. Jego silne ręce
wskazywały nam zadania i łatwo można było
odgadnąć, że celem Prezesa jest jak najszyb­
sze przywrócenie kościołowi jego pierwotnej
funkcji. Szefowa wolontariuszy ceniła sobie tę
współpracę. Reszta załogi też, bo Prezes uroz­
maicał pracę dowcipem, a wieczorem zdarzało
mu się przynieść kilka piw. A piwo? Po przerzu­
ceniu sterty ubrań i uporządkowaniu darów, po
kolejnych transportach smakowało wyśmienicie
i wypełniało gardła prawdziwa rozkoszą przy
której kompletnie nieistotna wydawała się obiet¬
nica raju symbolizowana przez święte wizerunki

Przemysław Owczarek

umieszczone w prezbi­
terium. Prezesa słucha­
liśmy, wioskowi też. Soł­
tys, którego kowbojska
grzywka
zazwyczaj
smętnie sterczała w stro­
nę interesantów, miał
zdecydowanie mniej¬
szy posłuch. Trudno
mu było się dogadać
z ludźmi odbierającymi
na placu przykościel¬
nym ziemniaki i zboże.
W przeciwieństwie do
mego Prezes wkraczał
między ludzi zdecydo
wanie i łatwo odczyintencje
Mozę nomarała
I
w tvm opinia dzielnego strażaka i determinacia
okazywana w ciaałvch zabiegach hv zbudować
w Orhskach remizę•OSP.
'
W ciągu pięciu dni kościół prawie opusto­
szał, przestały go zagracać kolejne transporty.
Posprzątaliśmy ołtarz. Zdążyliśmy to zrobić,
ale proboszcz i tak załamywał ręce. Moje wspo­
mnienia ukazują przestrzeń kościoła w Orli­
skach jako kompletnie zdesakralizowaną. W i ­
sząca na krzyżu figura Chrystusa przywodziła
na myśl absurdalne skojarzenia, chociaż wiem,
że absurd roztaczał się raczej wokół mnie, mię­
dzy stertą dziecięcych odżywek i worków mąki,
które wobec sacrum wygnanego z kościoła mogły
wydawać się bluźnierstwem. Bluźnierstwem?
A może jedyną „ofiarą", jaką mogło z siebie
złożyć SCI CYU TYl W miejscu' pozbawionym aur v
i symbolicznej mocy.
Swoisty stan zawieszenia powoli mijał. Czu­
łem, że pewnego dnia wszystko wróci do normy
i magazyn znów przemieni się w kościół i że
trochę nieśmiałe „alleluja" odda to miejsce Bogu,
ustanowi na nowo wspólną modlitwą zachwiany
przez żywioł porządek.

BnUBAHZMCIL

1(111 P B D B

�Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

37

Na g r a n i c y wsi

Między kompensacją a rytuałem

Pierwsze wspomnienie-obraz z Orlisk. Ster­
ty łóżek, szaf, foteli i krzeseł - wał przy drodze
wjazdowej do wsi. Przedmioty, które umarły,
wchłonąwszy w siebie zgniliznę i grzyby. Stra­
ciły swoją poręczność. Zaskakująca ilustracja

Wydawanie żywności i środków higienicz­
nych było zadaniem, z którym wolontariusze
radzili sobie bez większych problemów. Przy
bocznym okienku kościoła codziennie około
południa ustawiała się kolejka kobiet z dziećmi.
Do worków, które ze sobą przynosiły, wkładali­
śmy proszki, mydła, szampony, pasty do zębów,
szczoteczki i inne rzeczy.
Po południu pod przykościelnym krzyżem
wyrastała sterta używanych ubrań i czasem no­
wych ciuchów. Jak tylko owa sterta zaczynała
rosnąć, rosła też grupka kobiet siedzących na
pobliskiej ławce i wypatrujących łakomie wszyst­
kiego, co w przybliżeniu mogło odpowiadać
rozmiarom ich ciał. Co dwa dni wydawaliśmy
ciuszki dzieciom. To była przyjemna praca. Na­
tomiast niezwykle trudno było upilnować ludzi,
by nie wdarli się na stertę ubrań przed wyznaczo­
nym czasem. Codziennie miała być to godzina

granicy m i ę d z y orbis interior i orbis exterior.

Antropologiczny zachwyt zmieszał się we mnie
ze współczuciem. Coś żyło jeszcze w tych rze¬
czach. Ulatujące wspomnienie ciepła ludzkich
ciał, domowej, swojskiej przestrzeni. A przecież
mocniej tchnęło od tych gratów śmiercią, utratą
użytkowej funkcji. Czekały na wywóz w niebyt,
na którego granicy j u ż się znalazły. Gdy dosta­
łem aparat natychmiast do nich przybiegłem
Zachwycił mnie fotel obsypany stęchłą słomą
i zdechła kanapa leżąca tuż za nim. Bez nich
dom tracił swa moc także dotykał eranicv nie­
bytu Całe Orhska walczyły o to by tę granicę
odsunąć jak najdalej (fot 2).

Uli)

?D0a B A R B A R Z Y Ń C A

�38

siedemnasta. Ale nigdy nie zdarzyło się tak, aby
rozgadany tłumek kobiet wytrzymał do wyzna­
czonej pory. Któraś z nich - starsza czy młodsza
- zawsze się wyrywała. Pozostałe ruszały, po­
mimo krzyków wolontariuszy, i rozpoczynał się
dynamiczny spektakl, którego nie jest w stanie
ukazać żadne zdjęcie (fot. 3).
Najpierw miałem opory, czy to fotografować,
czy wioskowe kobiety nie poczują się urażone.
Potem zauważyłem, że nie ma to dla nich żad­
nego znaczenia. Były całkowicie pochłonięte
grzebaniem w ciuchach. W końcu wdrapałem
się na słupek przy kościelnej furtce i zrobiłem
pierwsze zdjęcie. Zauważył to Prezes i powie­
dział: „Tak, rób zdjęcia, fotografuj ludzką głupo­
tę". Był w nim jakiś rodzaj pogardy wyzierającej
poprzez ludzką godność. Zresztą, jak niemal
wszyscy mężczyźni we wsi (choć zdarzały się
wyjątki), trzymał się od tego z daleka. Mężczyź­
ni podchodzili tylko do kościelnego ogrodzenia,
w obrębie którego odbywało się wielkie grzeba­

Przemysław Owczarek

nie w ciuchach, i odbierali z rąk kobiet wybrane
przez nie rzeczy. Może na wzięcie w tym udziału
nie pozwalała im wioskowa duma, a może nie
była to sfera męskiej aktywności (fot. 4).
Z dnia na dzień owo grzebanie przybierało
na sile. Pamiętam, jak chodząca o kulach babcia
znalazła w tym bałaganie zapakowaną, nową
kurtkę. Zawiesiła ją sobie na przykościelnym
płotku. C h w i l ę później kurtki j u ż nie było.
Z trudem znosiłem jej rozpacz. Chciała przecież
ciepłe zimowe okrycie, a ktoś je ukradł. Był to
jedyny moment, gdy gwałtowne emocje odebrały
mi chęć do pracy.
Grzebanie zamieniło się w codzienny rytuał,
babskie święto przypominające bardziej zabawę,
w której coraz częściej zaczynały brać udział dzie­
ci. Nadmiar ubrań był najpierw swego rodzaju
kompensacją, przesytem, wypełniającym pustkę
po tym, co porwała woda. Później wdzierającą
się znikąd zabawą, która stała się jednym z za­
uważalnych znaków powrotu do normalności,

BARBARZYŃCA

1(111

?0DB

�Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

stanu poczucia bezpieczeństwa. Po kilku dniach
ubrania, przebrane powtórnie w domach, wracały
pod drzwi kościoła. Lud się nasycił. Inaczej było
z żywnością. Tu decydowała praktyka. Nadmiar
kaszy i ziemniaków zjedzą kury i świnie.
Owo babskie święto, zadziwiające codzien­
ną powtarzalnością, miało swój istotny związek
z oswajaniem rzeczywistości po powodzi. Jego
rytm zaspokajał podstawową potrzebę zamiesz­
kiwania w świecie. Trwania pomimo niedawnej
jeszcze groźby utraty domu i dobytku. „Trwa­
nie jest od początku i z istoty swej rytmem" .
Urządzać się w świecie (w tym wypadku czynić
to niemalże od początku) to ustanawiać sieć
schematów działania, nawyków i umiejętności
mających ułatwić działanie w powtarzalnych
strukturach. Dzięki temu rzeczy nabierają swoj­
skiego charakteru .
18

19

F. Chirpaz, Ciało, Wydawnictwo IFiS Pan, Warszawa
1998, s. 38.

18

Uli)

?D0a B A R B A R Z Y Ń C A

39

Kobiety z Orlisk wracały do swych zawilgoco­
nych i pozbawionych sprzętów domostw, dźwi­
gając worki ubrań. Wracały zadowolone. Jak za­
u w a ż a F. Chirpaz: „[...] doświadczenie dobrego
samopoczucia jest doświadczaniem rzeczy" .
Rzeczy pomyślanych jako przedmioty wraz z ich
życiem w przestrzeni, w której porusza się czło­
wiek. Przymierzanie ubrań, dotykanie ich może
rodzić przyjemność kompensującą brak trwałe­
go porządku. Bo przecież świat tych ludzi parę
tygodni wcześniej chwiał się w posadach.
W Heideggerowskiej fenomenologii ludzkie­
go domostwa rzeczy stanowią sposób zachowy­
wania czworokąta - przestrzeni, którą zamiesz­
kuje człowiek:
„Zamieszkiwanie, jako czworakie zachowanie
czworokąta, dokonuje się właśnie w ratowaniu
Ziemi, w zgodzie na niebo, w oczekiwaniu Istot
20

19

20

Ibid., s. 44.
Ibid., s. 35.

�Przemysław Owczarek

40
Boskich, w posłuszeństwie Istocie Śmiertelnych.
Zachowywać znaczy chronić czworokąt w jego
istocie. To, co wzięte w ochronę, musi być ukry­
te. Zamieszkiwanie, tzn. zachowywanie czwo­
rokąta - chroniąc jego istotę - przechowuje ją
tedy. Gdzie? Jak mieszkają Śmiertelni, skoro
zamieszkiwanie jest owym zachowywaniem?
Śmiertelni nigdy nie zdołaliby tak mieszkać, gdy­
by zamieszkiwanie było tylko pobytem na Ziemi,
pod Niebem, w Obliczu Istot Boskich, wespół ze
Śmiertelnymi. Ale nie jest tym tylko - jest raczej
zawsze j u ż pobytem przy rzeczach przy któ­
rych przebywają Śmiertelni, zamieszkiwanie jako
przechowywanie przechowuje czworokąt" .
21

Od gromadzenia rzeczy zaczęła się w Orliskach mozolna odbudowa czworokąta, w którym
egzystują ludzkie jestestwa. Ów ruch prowadził
ku Ziemi, Niebu, Istotom Boskim i Śmiertelnym.
Rzecz - ubranie czy inny przedmiot - może stać
się jednym z fundamentów ludzkiego trwania,
znakiem nadziei, że życie ponownie może biec
normalnym torem.
Warto w tym miejscu przytoczyć obszerny, ale
niewątpliwie trafiający w istotę rzeczy fragment
powieści Ernesta Sabato. Jeden z bohaterów
- Bruno - wypowiada długą kwestię o bezsilno­
ści rozumu wobec odradzającej się wciąż w lu­
dziach nadziei.
„Ot, zaledwie ustało trzęsienie ziemi, które
spustoszyło rozległe obszary Japonii lub Chile,
zaledwie cofnęła się powódź, która pochłonęła
tysiące dzieci znad Żółtej Rzeki, zaledwie minęła
krwawa i dla większości ofiar pozbawiona sensu
wojna, jak na przykład wojna trzydziestoletnia,
która obróciła w perzynę miasta i osiedla, przy­
niosła męki i zagładę kobietom i dzieciom, a j u ż
ci, co pozostali przy życiu, bezsilni świadkowie
straszliwego wyroku losu lub człowieka, ci sami,
CO w chwilach rozpaczy sądzili, że nigdy j u ż nie

M. Heidegger, Budować, mieszkać, myśleć
ne, Czytelnik, Warszawa 1977, s. 323.
21

Eseje wybra­

nabiorą ochoty do życia, że nie zdołają go od­
budować, chociażby nawet nie chcieli, ci sami
mężczyźni i te same kobiety (kobiety zwłaszcza,
kobieta bowiem jest życiem, jest matką-ziemią,
jest tą, która nigdy nie traci nadziei), te same kru­
che istoty zaczynają od nowa, jak nierozumne
a bohaterskie mrówki, wznosić swój mały świat
dni powszednich: świat niewielki, to prawda,
lecz tym bardziej wzruszający. Toteż nie myśl
ocala świat, nie intelekt ani rozum lecz coś
wręcz przeciwnego: owa nierozumna nadzieja
człowieka, jego wytrwała chęć pozostania przy
życiu żądza oddychania jak długo to możliwe
jego małe, uparte i śmieszne bohaterstwo co­
dzienne w obliczu niedoli. Jeżeli więc rozpacz
odnowiada Nicości ieśli iest ona newnego ro
dzaju dowodem onkologicznym Nicości to czyż
nadzieja nie jest dowodem Ukrytego Sensu Ist¬
nienia czegoś o co warto walczyć? A Donieważ
nadzieia noteźnieisza iest niz roznacz fiako ze
zawsze odnosi nad nia tnmmf advhv tak nie
lwio

wszvscv n o n e ł n i l i h v ś v ' s L o h ó i s t w o )
m

czvz'ów T Tkrvtv Sens Istnienia nie iest może har
dziej prawdziwy niz owo słynne nic?" .
22

Śmierć i bezsens są oznaką wdzierającej się
nicości. Było w podsandomierskich wsiach kilku
potencjalnych samobójców (jak wynika z opo­
wieści szefowej wolontariuszy). Chęć przejścia
na tamtą stronę mijała jednak wówczas, gdy
zdesperowani ludzie chwytali za kilofy i łopaty.
Trzymane w dłoni narzędzie stawało się zna­
kiem woli przetrwania, odwracało od śmierci
ku życiu. Rytm pracy jest przecież jednocześnie
rytmem życia.
Ludzie
W przykościelnej przestrzeni można było
zauważyć, że społeczność Orlisk dzieli się na

E. Sabato, O bohaterach i grobach, Wydawnictwo Litera­
ckie, Kraków 1977, s. 181-182.
22

BARBARZYŃCA

1(111 ? 0 D B

�Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

41

łatwe do wyodrębnienia grupy
Kryterium tego podziału stano­
wiły wiek i płeć. Kobiety trzymały
się w grupach wiekowych, mężat­
ki razem, starsze kobiety razem.
Młode mężatki i dojrzałe dziew­
częta również tworzyły przy koś­
ciele łatwo dającą się wyodrębnić
w przestrzeni grupkę. Dla nich
wolontariusze płci męskiej stano­
wili stały obiekt zainteresowania.
O ile w przypadku niezamężnych
dziewcząt było to dla mnie cał­
kiem zrozumiałe o tyle w przv—
padku młodych mężatek budziło
rodzaj miłej konsternacji.
Pewnego dnia wraz ze współ­
towarzyszem mojej wolontariackiej doli zostaliśmy zaproszeni
przez młode mężatki na piwo.
Rzecz wyjaśniła się w rozmowie,
w której partnerami dialogu kie­
rowały zapewne różne, może cał­
kiem rozbieżne intencje. Gdzie
byli mężowie? Pracowali w Gre­
cji. Nie chodzi tutaj bynajmniej
o to, że skryty antropolog mógł
stać się obiektem adoracji, lecz
o fakt że samotność opuszczonej
kobiety była na tyle przytłaczają¬
ca iż właśnie obcy niópł łatwiej
znieść iei ciężar bez ponoszenia
konsekwencji ze strony miesz­
kańców wsi Mój towarzysz orzvtłoczonv
' a.t~m o
sfera osamotnienia zrezygnował z następnych
zaproszeń.
'
23

Ciekawość mogła zwodzić na manowce, ale
mogła też przynieść zrozumienie. Wydaje mi
się, że zrozumiałem, ile wysiłku przynosi walPodobne opisy doświadczeń odnaleźć można w pracy
K. Zawistowicz-Adamskiej Społeczność wiejska. Doświadcze­
nia i rozważania z badań terenowych w Zaborowie wydanej
23

m i ) enoe

BARBARZYŃCA

ka za pomocą kilofa, toczona z zagrzybionym
tynkiem i zniszczoną podłogą, zwłaszcza gdy
narzędzie nie spoczywa dłoniach mężczyzny. Że
samotność gna Bożenę na leśne drogi, na których
swoją czerwoną toyotą zakreśla półkoliste smu­
gi wiraży. Że tęsknota za bezpieczną bliskością
przez Polski Instytut Służby Społecznej w Łodzi w 1948
roku.

�42

Przemysław Owczarek

Najstarszy, pięćdziesięciolatek,
był czołgistą. Kiedyś to było woj­
sko. Jadąc w czołgu przez mia­
sto, oparł się o dźwignię obrotu
wieżyczki. LufaT-55 kompletnie
zniszczyła kiosk Ruchu. Trzy­
dziestolatek pijany wrócił do jed­
nostki. Dyżurny złapał go w ja­
dalni z beretem założonym tył na
przód. Dwudziestolatek siedział
cicho. Może dlatego, że jego
wieści były zbyt świeże.

ukochanego mężczyzny, pełna rezygnacji i ne­
gatywnych emocji, może się wyrażać w drgającej
wskazówce prędkościomierza.
Nie mam żadnej fotografii Bożeny, bo in­
stynktownie czułem, że trzask migawki zepsułby
atmosferę intymności, w której wyłaniały się jej
pełne bólu opowieści o losie osamotnionej ko­
biety i matki.
Mężczyźni. Zdarzyło m i się spotkać z przed­
stawicielami trzech pokoleń na wspólnym piwie.
Chłopi z Orlisk opowiadali o służbie woj skowej.

Nigdy nie spotkałem ich przy
kościele. Jeśli jakiś m ę ż c z y z n a
wchodził do środka, to był to Pre­
zes lub sołtys. Czasami przycho­
dził wiejski pijaczyna, dla które­
go było obojętne, czy znajduje się
za płotem kościoła, czy wewnątrz
niego.
Szczególnie interesujące było
dla mnie obserwowanie dzie­
ci. Może dlatego, że zachwycała
mnie ich prostota. Słowo, które
kojarzy się z dziećmi, to zabawa.
Spontaniczna i całkiem pochła­
niająca zabawa z rzeczywistością.
Miała ona miejsce, kiedy używa­
ne ubrania stawały się powodem
wesołych igraszek. I wtedy, gdy
rozbawione oczy tańczyły w kręgu
„graniastego kółka". Była w tych
oczach szczera naiwność, która niejednokrotnie
zmuszała wolontariuszy do bardziej efektywnych
poszukiwań cukierków i chrupek (fot. 5, 6).
Tragiczne o b l i c z e w i o s k o w e g o błazna
W Orliskach osobą, którą postrzegałem jako
wioskowy autorytet, był Prezes. Społeczność Or­
lisk miała także swojego błazna. Nie był to męż­
czyzna. Nie pamiętam jej imienia. Nie pamiętam
jej nazwiska. Pamiętam, że każde jej pojawienie

BHBARZT&amp;CI

1(111 P O D B

�Mąka w kościele, grzyby w powietrzu i ciuchy z drugiej ręki

się mogło przynieść kłopoty lub kompletnie roz­
ładować atmosferę.
Była to osoba, która czuła się najbardziej
pokrzywdzona i zmaltretowana przez żywioł
powodzi. I tę „krzywdę" niejednokrotnie widzia­
łem, gdy kobieta kładła się na workach ziemnia­
ków, które należały się innej rodzinie. Czasami
opowiadała, że straciła niemal wszystko, choć
miała jeszcze dużo. W tej steatralizowanej for­
mie zachowań tkwił swego rodzaju wzorzec
wspólnej niedoli, który z powodu nieszczęść,
jakie przeżyła, może właśnie jej łatwiej było
wyrazić.
Straciła syna, który kilka lat wcześniej, wra­
cając z wiejskiej potańcówki, wjechał maluchem
w koryto rzeki. Nie uratował się ani on, ani
dwóch jego kolegów. Dla wsi był to straszliwy
cios. Bo w Orliskach niemal każdy z każdym jest
spokrewniony. Bożena straciła w tym wypadku
brata, a jej ciotka poczucie rzeczywistości. Odtąd
ciotce zdarzało się nader często mówić do ludzi
słowami, które układały się w wartki potok trud­

m i ) enoe

BARBARZYŃCA

43

no zrozumiałej mowy. Słowo goniło za słowem.
Z trudem łączyłem je w zdania - mieszkańcom
przychodziło to z łatwością.
Po Orliskach krążyły barwne opowieści. Ich
kanwą były przeróżne perypetie, jakich doświad­
czała ta starsza j u ż kobieta. Kiedyś przegnała
urzędnika, który przyszedł po zapłatę za abo­
nament telewizyjny. Zadarła na niego spódnicę,
krzycząc, że chce ją zgwałcić. Po urzędniku
pozostała teczka, świadcząca o nader gwałtow­
nej ucieczce. Innym razem z podwórka przy
zagrodzie zerwał się byk, który nadziawszy na
rogi suszące się na sznurku pieluchy wnuczki,
pognał przez wieś, stając się chwilową, ale nie­
zapomnianą sensacją.
Jej opowieści porywały słuchaczy jak wartki
potok. Wywoływały śmiech i uspokajały emocje
zgromadzonych. Jej ciało współgrało z opowieś­
cią, tworząc rodzaj pełnego dowcipu przedsta­
wienia. Ale wszyscy obawialiśmy się żałosnego
końca owych eksplozji, w którym przeradzały
się one w roszczeniowe postulaty. Powodzian

�44
miał niebawem odwiedzić naczelny prezes OSP
i były premier Waldemar Pawlak. M i e l i ś m y
próbkę podobnych emocji, zaciekłego upomi­
nania się o swoje, gdy wieś wizytował proboszcz
zaprzyjaźnionej parafii z Wielkopolski. Nasza
bohaterka opętała go siecią prawdziwych i urojo­
nych krzywd. Ksiądz nie tylko załamał ręce nad
kościołem i jego „zdewastowaną" przestrzenią.
Załamał ręce również nad naszą bohaterką,
pragnąc bardziej się od niej uwolnić, n i ż ją wy¬
słuchać. Jej cierpienie było dla niego przykładem
popowodziowej traumy, nie zaś przypadkiem
szczególnym. Na szczęście Waldemar Pawlak
nie dotarł.
Barwna postać tej kobiety budziła i budzi we
mnie wielką sympatię. Pamiętam, jak pozowała
do zdjęcia. Jej twarz, jeszcze przed chwilą wykrzy­
wiona awanturą z Prezesem, nagle złagodniała.
Czy to przez ową przemianę wyszła nieostra foto­
grafia, której jakość nie pozwala na zamieszczenie
pod niniejszym tekstem? Na innym zdjęciu moja
bohaterka znalazła się w grupie kobiet siedzących
na schodach kościoła. Zastygła w pozie ze sple­
cionymi ramionami, obok pustego wózka. W jej
towarzystwie dziecięcy wózek wydaje się przed­
miotem, któremu można nadać więcej n i ż jedno
zwykłe proste znaczenie (fot 7) Pamiętam jak
całowała mnie w łokieć, kiedy niosąc zgrzewkę wody mineralnej usiłowałem uciec przed
wylewnością Dziękowała za stare kapcie które
odłożyłem dla niej ze sterty ciuchów
Zakończenie

Przemysław Owczarek

nym nastrojeniu na rzeczywistość. Współtworzą
narrację zakotwiczoną w poznawczej perspekty­
wie. Wsparte komentarzem i osobistym doświad­
czeniem, mogą w istotny sposób wesprzeć wysi­
łek zrozumienia fenomenu Orlisk - fenomenu
wciąż otwartego na nowe pytania.
Jedno z tych pytań wciąż dopomina się od­
powiedzi. W co wcieliło się przegnane z kościo­
ła w Orliskach sacrum} Czy wsiąkło w rzeczy
i produkty, które w tak istotny sposób miały uła­
twić ponowne zamieszkiwanie, czy może tkwiło
w powietrzu, w emocjach popowodziowej trau­
my, podobne do rany - niczympunctum.?
Z Orlisk wyjeżdżałem w niedzielę. Rozważa­
łem w myślach słynną frazę z Listu jasnowidza
Artura Rimbaud -Ja to \tośinny \ Moją świa­
domość wypełniły nowe doświadczenia, towa­
rzyszył im namysł nad własną osobą. Wolonta­
riusze, którzy pozostali na swoich posterunkach,
poszli pod kościół. Obładowany plecakiem też
ruszyłem w tym kierunku. Proboszcz odprawiał
właśnie mszę. Wioskowi z Orlisk modlili się
wspólnie na przykościelnym placu. Powracające
ominęło wnętrze kościoła. Objawiło się
we wspólnej modlitwie, obok murów, w miej¬
scu gdzie jeszcze wczoraj piętrzyła się sterta
odzieży Skręciłem w boczną uliczkę, sto metrów
od kościoła. Marzyła mi się wanna i znajoma
przestrzeń domu Wyjeżdżałem z przeświad
czemem że wszystko zostanie umiejscowione
w uniwersalnym porządku. Że kościół w końcu
stanie sie kościołem a wieś wsia I nie myślałem
o tym c z y iest to nówrót do rzeczywistości i iei
i snvrh nodziałów r z v t o r a r z e antronoloairzna
2

fl

Wykonane przeze mnie fotografie, których
jakość pozostawia wiele do życzenia, są tutaj
swoistym punktem wyjścia, m a j ą c y m źródło
i uzasadnienie w postulowanym antropologicz­

1

luzia Pozostaw z a ś nadzie,a ze w lei wędrówce
n r z e z f n r n a r a f i r z n v a l h n m nndnhnie a k h n h a t e r
KJa^nJnhohml

c h o ć n r L moment d n t k n .

Blaszanego acaenąa, cnoc przez moment aoiKną-

Zob. A. Rimbaud, List jasnowidza, [w:] Rimbaud, Apollinaire i inni. Wybór przekładów, red. A. Międzyrzecki, Czytel­
nik, Warszawa 1988, s. 73.

24

BARBARZYŃCA

1(111 F-ODB

�</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
