<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="6320" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/show/6320?output=omeka-xml" accessDate="2026-09-26T12:54:36+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="6300">
      <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/7ebaf4aefc37fff607fa551e9c2834c2.pdf</src>
      <authentication>aba4c60f27d859e777b8029268814ba0</authentication>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="3">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="25235">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <itemType itemTypeId="1">
    <name>Text</name>
    <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
  </itemType>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="46">
          <name>Relation</name>
          <description>A related resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75317">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5363</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="47">
          <name>Rights</name>
          <description>Information about rights held in and over the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75318">
              <text>Licencja PIA</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75319">
              <text>2004</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75320">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4983</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75321">
              <text>Starorzecze [III] / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="41">
          <name>Description</name>
          <description>An account of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75322">
              <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2; s.44-52</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75323">
              <text>Kroh, Antoni</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75324">
              <text>pol</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75325">
              <text>Instytut Sztuki PAN</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="42">
          <name>Format</name>
          <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75326">
              <text>application/pdf</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
    <elementSet elementSetId="4">
      <name>PDF Text</name>
      <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="52">
          <name>Text</name>
          <description/>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="75327">
              <text>ANTONIKROH

- N o , wreszcie powiedział p a n coś mądrego. A to
n i e c h p a n i przyjmie ode m n i e na pamiątkę. Proszę.
- Ależ nie mogę, nie wypada.
- Bardzo panią proszę!

Starorzecze*

- Przecież nie mogę przyjmować prezentów o d nie¬
znajomych.

Bezmiar gorzkiej zadumy,
Kasetka metalowa, Ciało kobiety,
sygnet i pierścionek

- N a t y c h m i a s t podrę, jeśli p a n i nie przyjmie! - huk¬
nął artysta, gotów rzucić się na mamę z pięściami.
Zdjęcie przedstawiało szuwary na jeziorze. K i l k a
źdźbeł, ledwo widoczny ślad poruszonej w o d y i cie¬
n i u t k a kreska h o r y z o n t u . Poza t y m szarość, cisza,
mgła. M a m a nie mogła sobie później darować, że nie
zapamiętała nazwiska autora.
Pojęcia nie m a m , w j a k i sposób Bezmiar Gorzkiej

P

Zadumy

rzed wojną ukazywał się w Warszawie tygodnik
ilustrowany Świat. M a m a jako studentka przez

j a c h Jerozolimskich, kilkaset metrów o d ulicy Szpital¬

parę miesięcy miała t a m praktykę.

nej, gdzie przed wojną była redakcja Świata.

Opowiadała o młodym człowieku, który przyszedł

A t m o s f e r a października 1956 r o k u sprawiła, że po¬

do redakcji z p l i k i e m zdjęć. W i d a ć było, że bardzo po­

stanowiono zrekonstruować f i r m o w y sklep W e d l a .

trzebował pieniędzy. Redaktor jęknął: - N o dobrze,

Miał być staroświecki, przytulny, j a k za czasów Prusa,

dobrze, niechże p a n pokaże te swoje dzieła, skoro już

Sienkiewicza i carskich oficerów. W s t a w i o n o nieczyn¬

p a n był łaskaw nas odwiedzić... M m m m . . . To ostatecz­

ną zabytkową kasę z korbką, udrapowano f i r a n k i , po¬

nie moglibyśmy kupić... Tego nie kupimy... N o , n i e c h

wieszono r y s u n k i Uniechowskiego. Co prawda sprze¬

t a m , kupimy, c h o ć mogłoby być lepsze... D o niczego...

dawczynie miały fartuchy, fryzury i maniery jak w są¬

Jak p a n u nie wstyd? Słabiutkie... To interesujące, ale

siednim warzywniczym, ale zaopatrzenie lepsze, wy¬

się nie nadaje...

strój elegantszy. U W e d l a stało się w kolejce dłużej niż

- Czemu się nie nadaje? - spytała mama.

w zwyczajnym spożywczym, lecz mordęga miała od¬

- Bo w d r u k u straci wszelkie walory i wyjdzie jako

świętny charakter, bo cel był szlachetniejszy.

szary placek. Zdjęcie dobre, nastrojowe, tylko nie do

Fabryka jak dawniej nosiła nazwę: „Zakłady i m . 22

p u b l i k a c j i w czasopiśmie.

Lipca", ale sklep był wedlowski, wyroby na eksport we¬

- Szkoda, bo m n i e się bardzo podoba.

dlowskie. W k r ó t c e rodzina Wedlów wytoczyła proces

Młody fotograf, który błądził w z r o k i e m po suficie,

(Polsce L u d o w e j ! W głowie m i się to nie chciało po­

wypatrując haka, na którym za chwilę wszystkich po¬

mieścić)

wywiesza, niespodziewanie się rozpromienił.

o bezprawne używanie znaku firmowego,

skutkiem czego nazwę „E. W e d e l " zmieniono na „d. E.

- Naprawdę się p a n i podoba?

W e d e l " . N i e b a w e m nastąpiły dalsze metamorfozy, cza-

- Tak. Uważam, że to znakomite zdjęcie.

ry-mary z wielkością liter, kolejnością słów, maskujące

- Jakby je p a n i zatytułowała?

wywijasy wokół „d.", długo by prawić.

- Bezmiar gorzkiej zadumy - powiedziała szczerze.

O b o k sklepu o t w a r t o stylową cukiernię, jedyne

- O c h , jakie to pretensjonalne! - westchnął redak¬

miejsce w Warszawie, gdzie podawano gorącą czekola¬

tor - i p a n i chciałaby pracować w dziennikarstwie?

dę. Siedzę z m a m ą i siostrami, uroczysty nastrój, pła¬

Zanudzi p a n i czytelników na śmierć. Poza t y m - p r o ­

w i m y się w luksusie, rozmawiamy półgłosem, trochę

szę wybaczyć, p a n i Zosieńko, ale osóbce w p a n i w i e k u
doprawdy nie przystoją takie

zdołał przetrwać powstanie, wysiedlenie,

przeprowadzki. Potem wisiał w p o k o j u m a m y w Ale¬

nieśmiało, aż t u wołanie o d sąsiedniego stolika:

cierpiętniczo-przemą-

- W imię O j c a i Syna! Pani Zosieńka?! To p a n i żyje?

drzałe miny.

Coś podobnego! N o proszę, proszę. A mówiono, że

- Z a m k n i j się p a n ! - warknął n e r w o w y młodzieniec.

zginęła p a n i na Czerniakowie. Pamięta m n i e Pani?

- D r o g i przyjacielu. Jeśli p a n u zależy, żebym kupił

Ależ co za pytanie, przecież terminowała p a n i u m n i e

pańskie zdjęcia, to niechże p a n przynajmniej nie pod¬

przed wojną t u , na Szpitalnej, jakże mogłaby Pani za¬

nosi na m n i e głosu. M a p a n w pobliżu sklep Wedla,

pomnieć!

d o m braci Jabłkowskich, inne magazyny. Proszę t a m

Pan redaktor przeniósł filiżankę na nasz stolik,

pójść i łaskawie sprawdzić, czy subiekci krzyczą na

c m o k n ą ł M a m ę w rękę, usiadł zamaszyście.

klientów. Zresztą, weź p a n na zdrowy rozum: czy to

- Przyszedłem porozmawiać z d u c h a m i , i proszę, j a k i

w ogóle możliwe? Z jakiejże racji k l i e n t miałby znosić

powabny d u c h ! Dlaczegóż

afronty ze strony sprzedawcy? Czy widział p a n coś po¬

to duchu zażywasz

dziś ru­

chu? Tak mówi H a m l e t w pierwszym akcie, wersja

dobnego?

młodzieżowa, nauczyłem się o d syna. M a m z n i m krzyż

- Kupujesz p a n , czy nie?

pański, postanowił zostać sławnym a k t o r e m . A p a n

Redaktor się uśmiechnął.

k i m chce zostać, młodzieńcze?

- Kupuję.
32

�Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

- Alchemikiem.

rodziejski młotek do wybijania niedorzecznych myśli

- W ł a ś n i e mieliśmy wyjść - dodała mama.

z młodocianych głów... Pani Zosieńko, może Pani ma

- To świetnie, bo ja też - ucieszył się domyślny re­

t a k i młotek? Nie? W i e l k a szkoda. Przeplatał te w y w o ­

daktor. Odprowadzę państwa.

dy w y b u c h a m i radości: j a k to wspaniale, że jesteśmy

M a m a miała pewną przykrą dolegliwość. Może nie

sąsiadami, o n mieszka dosłownie parę kroków stąd, na

tyle dolegliwość, co m a n k a m e n t . Niedostatek, który

Nowogrodzkiej 24. Obiecuje solennie, że się p o p r a w i

okropnie jej doskwierał. Była zbyt uprzejma. O wiele

(?), będzie wpadać albo telefonować, c h o ć jest czło­

za uprzejma j a k na w a r u n k i , w których przyszło jej żyć.

w i e k i e m ogromnie zajętym i nie m a skąd dzwonić.

W s t y d powiedzieć: zupełnie nie umiała opędzać się o d

Dotrzymał słowa. W p a d a ł , telefonował.

natrętów i wariatów. Przyjmowała jako rzecz oczywi¬

W k r ó t c e przyszedł podzielić się smutną wiadomością.

stą, że rozmówca jest człowiekiem k u l t u r a l n y m , zrozu¬

Otóż syn wkręcił się do f i l m u . Wygrał jakieś eliminacje,

mie aluzję i nie będzie się narzucać. A p o t e m k o l e j n y

dali m u rolę. Zasmakuje, w głowie m u się przewróci, już

raz nie mogła wyjść z podziwu, że jej przewidywanie

m u stary ojciec tego aktorstwa z głowy nie wybije. Złama­

okazało się nietrafne. Zaskakiwało ją to j a k zima dro­

ne życie, szkoda chłopaka... - A może dostanie po nosie

gowców. Zżymała się na rozmaitych pseudoprzyjaciół

i zrezygnuje? - pocieszała M a m a . - Ależ pani Zosieńko,

i ćwierćznajomych, nie c h c ą c (nie mogąc?) przyjąć do

co też pani mówi najlepszego. O n , zrezygnuje? Nigdy,

wiadomości, że po raz k o l e j n y popełnia t e n sam błąd

przenigdy. Zresztą trudno. Będzie, co ma być.

poznawczy. N a t o m i a s t ja dobrze wiedziałem, że p a n
redaktor wejdzie za n a m i do mieszkania,
uprzejmie

potraktowany

(„ależ prosimy,

I t a k oto przez k i l k a lat, c h c ą c nie c h c ą c , śledziłem

zostanie

początki kariery jednego z najwybitniejszych p o l s k i c h

prosimy,

aktorów.

ogromnie n a m miło, wcale p a n nie przeszkadza, ni¬

Podczas jednej z o s t a t n i c h wizyt p a n redaktor przy¬

gdzie się nie śpieszę"), dostanie herbaty, zasiedzi się,

niósł M a m i e rewelacyjne ziółka z bardzo skompliko¬

będzie gadać o D u n i M a r y n i , zapamięta adres, a póź¬

w a n y m sposobem użycia, który musiałem natychmiast

niej nie znacie dnia a n i godziny.

przepisać na maszynie. - To świetny, wypróbowany

Tymczasem szedł o b o k M a m y , paszczęka m u się nie

środek, zobaczy p a n i . Tylko, p a n i Zosieńko, niechże

zamykała.

p a n i nie będzie gapcia i regularnie zażywa, bardzo pro¬

Nagle przerwał w pół słowa i wykonał głęboki ukłon

szę. Przeczytałem w gazecie, że A d e n a u e r ciężko cho¬

w stronę ubogo, ale schludnie odzianego staruszka.

ry, posłałem. N i e c h wie, że m y Polacy jesteśmy szla¬
c h e t n y m n a r o d e m i stać nas na t a k i gest. I wyobraźcie

- M o j e uszanowanie p a n u ! Co słychać? Jak się p a n u

sobie państwo: dwa tygodnie później czytam w Expres-

powodzi?

sie, że stan zdrowia A d e n a u e r a znacznie się poprawił.

Staruszek uchylił kapelusza, mruknął coś.
- A jak łaskawy p a n znajduje sklep i cukiernię?

N i e w i e m , czy o d ziółek, czy o d tego, że t e n człowiek

- Jeszcze nie oglądałem, jakoś się nie złożyło - wy¬

na łożu śmierci zapewne miał wyrzuty sumienia i cze¬
kał na jakiś gest z Polski. Może jedno i drugie.

mamrotał opryskliwie staruszek i minął nas bez zatrzy¬

W k r ó t c e wyprowadziliśmy się z A l e j , p a n redaktor

mania.

nie zadzwonił do M a m y p o d n o w y adres, zaś Adenau¬

- W i e c i e państwo, k t o to był? Pan W e d e l we własnej

er, m i m o ziółek, zmarł.

osobie. Mieszka t u , w swojej przedwojennej kamieni¬
cy. N i e w i e m detalicznie - może w stróżówce, a może

Kasetka metalowa

m u przydzielili p r z e c h o d n i pokój z używalnością kuch¬
n i i łazienki.
- Prawdziwy W e d e l , nie 22 Lipca? - spytałem.

Przenośna, zamykana na jeden klucz. Pełno t a k i c h .

- N o wiesz, synku! - napomniała m n i e M a m a i spoj¬

W y k o n a n e z grubej emaliowanej blachy, służą do pod¬

rzała trochę weselej.

ręcznego przechowywania pieniędzy, biletów, kwitów.

- Prawdziwy - odpowiedział poważnie p a n redaktor.

W t e d y takie kasetki nazywały się „ogniotrwałe" albo

- To czemu p a n pytał, j a k m u się powodzi? To prze¬

„pancerne". H a , były to czasy wiecznych ołówków,

cież oczywiste.

a t o m o w y c h okularów słonecznych, niemnących tka¬

- Bo tego wymaga grzeczność, młodzieńcze.
ność nie jest nauką

łatwą ani

Grzecz­

n i n i i n n y c h d u m n y c h nazw.

małą.

Leżała na dnie szafy. Parę razy pytałem M a m ę , co

- Faktycznie - powiedziała M a m a i łypnęła w b o k .

w niej jest.

A p o t e m spytała:

- N i e wtykaj nosa do cudzego prosa.

- Może Pan wpadnie do nas na chwilę?

Rozeszliśmy się w różne strony, M a m i e przypadła

Pan redaktor krygował się staroświecko: gość nie

kawalerka na M u r a n o w i e . Pierwsze piętro, b a l k o n , ci¬

w porę gorszy Tatarzyna, pewne zwierzę i gość nigdy

sza, drzewa za o k n e m .

nie ma dość - ale przecież dał się ubłagać, wszedł, za¬

Zaprosiłem ją na lato do Zakopanego, ale powie¬

siadł na h o n o r o w y m miejscu, dostał angielskiej herba¬

działa, że o d czasu do czasu znajduje w drzwiach

ty z paczki i przez bite dwie godziny opowiadał o swo¬

skrawki papieru albo ułamane zapałki. Stary złodziej¬

i m synu. O c h , gdyby gdzieś można było pożyczyć cza-

ski sposób sprawdzania, czy lokator jest w d o m u .

33

�Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

- Boję się wyjeżdżać na dłużej. Namierzają m n i e .

wprost. Mężczyzna m a być mężczyzną, a dopiero po¬

Jeździła więc do przyjaciółki na działkę w Komoro¬

t e m ewentualnie poetą.

wie. Co dzień, d w a wracała podlewać k w i a t k i , opróż¬

N o i tak.

n i a ć skrzynkę na listy, puszczać głośno radio i wyjmo¬

Wiesz, zeszłego r o k u zdarzyło m i się coś bardzo

wać papierki z drzwi wejściowych.

dziwnego. Idę ulicą, m a m pełną głowę kłopotów, mar¬

Któregoś d n i a niespodziewanie wpadłem do War¬

nie się czuję - i nagle n i z tego n i z owego staje m i

szawy. Zapukałem, M a m y nie ma. Wyciągnąłem z ple¬

przed oczyma t e n wiersz. Chwilkę wcześniej nie wie¬

caka klucze, c h c ę otworzyć, o t w a r t e . D r z w i balkono¬

działam, że znam go cały na pamięć. Zrobiło m i się sła¬

we też o t w a r t e . W mieszkaniu ślady włamania. Za¬

bo, przysiadłam na ławce, zażyłam lekarstwo. A po

dzwoniłem po milicję, p o t e m do K o m o r o w a . M a m a

dwóch d n i a c h w gazecie n e k r o l o g A d a m a . N i e myśla¬

przyjechała, gdy ekipa kończyła oględziny.

łam o n i m , nie widziałam go o d wojny, chociaż miesz¬
kał w Warszawie. Chyba umierał właśnie wtedy, gdy

- Co p a n i zginęło?

m i się to stało. Strasznie jesteśmy mądrzy, latamy na

Najcenniejsze rzeczy były t a m , gdzie je pochowała:
dolary w kuble na śmieci, sygnet w kaszy gryczanej,

księżyc, ale nie m a m y zielonego pojęcia o podstawo¬

złota obrączka babci w kieszeni fartucha.

w y c h sprawach. Pewnie, że nalej. N i e pytaj. C h o r y c h
pytają.

- U k r a d l i metalową kasetkę. Leżała w szafie.

N i e chcę cię martwić, synku, ale wy, mężczyźni, je¬

- Co było w tej kasetce?

steście czasem strasznie d u r n i . Takie bałwany, że tylko

- Listy miłosne mojego świętej pamięci męża. Z pod¬

stanąć i podziwiać w n i e m y m zachwycie. Pawian za¬

chorążówki we Włodzimierzu Wołyńskim.

dręczał się przez k i l k a lat, czy wyjdę za niego. Otóż nie

- Coś więcej?

zwrócił się z t y m p r o b l e m e m do m n i e , osoby bądź co

- Chyba nic więcej.

bądź k o m p e t e n t n e j , tylko do wróżki. Ta za odpowied¬

Podpisaliśmy protokół, wyszli. M a m a zdjęła z półki

nią opłatą powiedziała, co chciał usłyszeć, że mianowi¬

k i l k a tomów, zanurkowała, wyjęła butelkę k o n i a k u .

cie planety m u sprzyjają i m a m n i e j a k w b a n k u . Pla¬

- O d p a r u lat myślałam, żeby je spalić. A l e jakoś

nety może sprzyjały Pawianowi, ale ja zaczęłam sprzy¬

t r u d n o m i było. Skocz, k u p żółtego sera na zagrychę.
Poszedłem na dłuższy spacer. G d y wróciłem, już nie

j a ć t w o j e m u ojcu, więc Pawian poważnie się zaniepo¬

płakała. Nalała k o n i a k u , pokroiła ser w kosteczki. Z zi¬

koił, jeszcze raz poszedł do wróżki. Przyjęła drugie ho¬

m o w y c h , m o c n o zniszczonych butów wyjęła srebrne

n o r a r i u m i po raz d r u g i zapewniła go solennie, rzuca¬

secesyjne widelczyki.

j ą c na szalę całą swoją wiedzę fachową i autorytet mo¬
ralny, że tylko o n , Pawian, się liczy, zaś A n t e k to prze¬

- Ależ o n i musieli być wściekli! Tyle przygotowań,

l o t n y dziewczęcy kaprys.

nadziei. Wreszcie skok, wszystko idzie j a k z płatka. Po¬
r w a l i kasetkę, więcej nie szukali. Fart! W i o na melinę!

G d y ogłosiliśmy z A n t k i e m datę ślubu, Pawian się

Pewnie jeden dłubał, i n n i go popędzali. Trzask, zamek

upił, dostał szału i pogalopował do wróżki. Mieszkałam

ustąpił. M a c i e , dzielcie się!

w t e d y z tatusiem, czyli t w o i m dziadkiem, w h o t e l u sej¬

Twój ojciec tyle lat nie żyje, a wciąż się m n ą opie¬

m o w y m . Drzemię sobie na kanapce o szarej godzinie,

kuje. N a l e j jeszcze.

aż t u wdziera się do p o k o j u jakieś przerażone, rozczo¬

Było i c h trzech przyjaciół: A d a m , Pawian i A n t e k .

chrane babsko. - Z a k l i n a m panią, n i e c h p a n i natych¬

A d a m i Pawian studiowali polonistykę, pisywali wier¬

miast zerwie zaręczyny i wyjdzie za tamtego. To strasz¬

sze.

n y człowiek. O n gotów na wszystko. Panią zabije, sie¬

Mieli,

j a k to się mówiło na kresach,

głowy

bie zabije, a co gorsza, m n i e zabije!

w c h m u r a c h i morze po kolana. A n t e k był na politech¬
nice i dobrotliwie się z n i c h podśmiewał. Później m i się

Opowiedziałam to A n t k o w i . W p a d ł w furię, wy¬

zwierzył, że też chciał być polonistą, ale ojciec uznał, że

krzykiwał, że Pawian jest cymbał, idiota, k r e t y n (to by­

to nieodpowiednie dla mężczyzny. Zresztą o jejku, poli¬

ły straszliwe wyzwiska), że m u mordę skuje. Ledwie go

technika, polonistyka, wielka m i różnica. Pewna moja

ubłagałam, żeby dał spokój.

koleżanka, nie p o w i e m ci k t o bo ją znasz, jako pensjo¬

Chodźmy na obiad. Muszę zjeść coś gorącego, a go¬

narka przeżyła dramat: przez parę tygodni wkuwała za¬

tować m i się nie chce.

wzięcie historię literatury polskiej, a p o t e m długo pła¬

Najbliżej była restauracja „Smok" na

Smoczej,

kała w poduszkę, bo się okazało, że jej A p o l l o studio¬

chluba M u r a n o w a . Usiedliśmy. M a m a włożyła okulary

wał nie polonistykę, lecz politechnikę, spór klasyków

i zaczęła studiować kartę.

z r o m a n t y k a m i nic go nie obchodził, natomiast był

- Czy możesz m i wyjaśnić, co to jest kotlet z gramatu¬

przekonany, że najlepszy sposób na dziewczynę to dwu¬

rą? - To znaczy, że t e n k o t l e t w ogóle waży. - Głodna

godzinny wykład o k r a t o w n i c a c h mostowych.

jestem, proszę mniej gramatury, a więcej kotleta. Spiecz

A d a m wydrukował erotyk w Wiadomościach Lite¬

to pewnie z pieczarkami....

Konsument

ma prawo

wybo­

r a c k i c h . Koledzy d o w c i p k o w a l i , a ja domyśliłam się o d

ru dodatków

razu, że to do m n i e . Wręczył m i egzemplarz, czekał co

wiedział: może by ją tak rozciągnąć na pracę zawodową

do dań głównych.

Piękna zasada. Co byś po¬

p o w i e m . N i e doczekał się, ponieważ to ja do cholery

i życie osobiste? Piwo sprzedaje się tylko do

czekałam aż zbierze się na odwagę i oświadczy m i się

N o , proszę - tutaj przymus, a w Pewexie, jak kupujesz

34

konsumpcji.

�Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

koniak, to możesz go skonsumować albo nie, w o l n a

Niektóre strony miały okienka, które można było

wola. Wiesz, tutaj piszą, że jeśli chcemy zachować pra¬

otwierać. Otworzyłem płuca, p o t e m n e r k i , zaglądam

w o do reklamacji, to nie w o l n o n a m zjeść więcej niż

co w środku. O t w i e r a m brzuch, patrzę - dziecko, zwi¬

jedną trzecią dania głównego. Jacy o n i m i l i . Wypadało¬

nięte w kłębek j a k śpiący kociak, ale już gotowe wy¬

by się czymś zrewanżować. Zrobię korektę tej karty.

rwać się na świat, głową w dół.

Myślisz, że się ucieszą? T u jest napisane jak się nazywa

- N i e masz się do czego śpieszyć - powiedziała Babcia

k i e r o w n i k lokalu, szef k u c h n i i k t o jest odpowiedzialny

opryskliwie. N i e zauważyłem, jak podeszła. - O d d a j to.

za recepturę. A l e zapomnieli podać k t o przepisywał na

Obejrzysz jak dorośniesz albo po mojej śmierci. A jeśli

maszynie. Odpowiedzialna

pójdziesz na medycynę, to ci o p o w i e m o wszystkich

za ortografię

Mańka

Alfabeta.

Zobaczysz, że tej karcie poświęcą najbliższą operatywkę

m o i c h porodach. N a razie jesteś na to za smarkaty.

i sytuacja ulegnie dalszej systematycznej poprawie. Bę¬

Ostatnie miesiące życia spędziła w S a n a t o r i u m

dzie w t y m jakaś cząstka mojej zasługi.

Przeciwgruźliczym i m . L u d w i k a Waryńskiego przy uli¬

Ciekawe, dlaczego kobiety tak długo przechowują

cy PZPR n r 16 w O t w o c k u . N a tej samej ulicy było Sa¬

listy miłosne. Pierwszym listem narobiłam A n t k o w i

n a t o r i u m i m . Feliksa Dzierżyńskiego oraz k i l k a in¬

kłopotu. Wielmożny Pan A n t o n i K r o h , Szkoła Pod¬

nych, także i m i e n i a sławnych rewolucjonistów. K t o

chorążych Rezerwy A r t y l e r i i , Włodzimierz Wołyński.

i dlaczego je tak ponazywał, t r u d n o powiedzieć, c h o ć

Stoją chłopaki w dwuszeregu, porucznik rozdaje listy. -

co racja to racja, wszyscy u h o n o r o w a n i b y l i gruźlika¬

Wielmożny Pan, wystąp! Cisza. - Co, Wielmożny Pan

m i . D o S a n a t o r i u m i m . L u d w i k a Waryńskiego wcho¬

ogłuchł! Wystąp! A może Wielmożny Pan nie raczy?

dziło się albo przez bramę, o b o k gazetki ściennej Za­

D a l i m u przeze mnie wycisk. Jeszcze tego samego dnia

chowanie się obywatela po ogłoszeniu

telegrafował, żeby listy adresować kapral podchorąży.

albo na skróty, przez jedną z licznych dziur w siatce,

alarmu

atomowego,

zrobionych przez kuracjuszy wymykających się do mia¬

O c h , synku. Opowiedzieć ci jeszcze o m o i c h ado¬

sta po wódkę.

ratorach? Bo jeśli myślisz, że to wszystko, to się gruuubooo mylisz...

Gasła p o w o l i . Pod niektórymi względami umarła

Podszedł kelner.

kilkanaście l a t przed śmiercią. Gdy ją widziałem ostat¬

- Chciałbym państwa skasować, bo zaraz będzie dzia¬

n i raz, już nie mogła mówić. Miała w sobie k r e w tatar¬

łalność rozrywkowa.

ską, a przed śmiercią jej twarz stała się jeszcze bardziej
orientalna: wystające kości policzkowe, jastrzębi nos
i wielkie, szklane oczy j a k u wypchanego drapieżnika.

Ciało kobiety

N a w e t ręce zmieniły się w szpony. N a l e p k i m szpital¬
n y m nakastliku leżały pomarańcze. Babcia i c h nie ja¬
dła, a ja chętnie byłbym zjadł. O b o k pomarańczy róża¬

To nie tytuł brukowej powieści a n i t o m i k u młodo¬

niec, papierosy i m o d l i t e w n i k .

p o l s k i c h wierszy, lecz atlasu anatomicznego, należące¬
go do Babci; w y d a w n i c t w o A r c t a , Warszawa

Było jasne, że wkrótce umrze, wszyscyśmy się tego

1906.

spodziewali. Gdy więc wywołano m n i e z l e k c j i trygo¬

W p a d ł m i w ręce, gdy miałem dziesięć, może jedena¬

n o m e t r i i do sekretariatu, domyśliłem się. Za b i u r k i e m

ście lat. O g r o m n i e lubiłem oglądać atlasy. Geograficz¬

siedziała p a n i profesorka o d polskiego, za d r u g i m biur¬

ne. N i e wiedziałem, że prócz n i c h istnieją jeszcze ja¬

k i e m sekretarka, a p o d ścianą stała woźna. Wszystkie

kieś i n n e . Kobieta jako nieznany ląd - coś w sam raz

trzy gapiły się na m n i e dłuższą chwilę, z czegoś zado¬

dla mężczyzny w m o i m w i e k u .

w o l o n e . Czekałem. Aż wreszcie p a n i profesor powie¬

N a okładce dama w ciemnej brązowej spódnicy,

działa właściwym sobie t o n e m : „Dzwoniła twoja mat¬

białej bluzce z k o r o n k o w y m żabotem, eleganckim ka¬

ka, kazała c i powiedzieć, żebyś po szkole nigdzie się nie

peluszu. Patrzy w d a l . A n i się domyśla, że ją podglą¬
dam. Otwieram -

włóczył, tylko żebyś przyszedł prosto do d o m u . Zrozu¬

ta sama kobieta, ale bez b l u z k i

miałeś? N o . Żadnego szwendania. Żebym p o t e m nie

i spódnicy, a n a w e t bez skóry, cała w czerwono-niebieski deseń:

układ krwionośny.

słyszała skarg." Taką znalazły formę, żeby m i oznajmić

O d w r a c a m . Też

to, o czym już wiedziałem.

układ krwionośny, o d tyłu. N a następnej stronicy -

Babcia urodziła się w Piotrkowie T r y b u n a l s k i m . Jej

same mięśnie. Z przodu. Z tyłu. Kiszki, płuca, wątro¬

ojciec, M a r i a n Bobiński h e r b u Leliwa, wysadzony

ba. Z przodu. Z tyłu. Wszędzie pełno cyferek, obja¬

z siodła po p o w s t a n i u styczniowym, był carskim gryzi¬

śnienia n a marginesie. Aż wreszcie koniec niesamo¬

piórkiem nędznej rangi. Miał furę dzieci. O g r o m n i e

w i t e j w y p r a w y - białe kości, też pieczołowicie ponu¬

lubił grać w karty. Kiedyś przegrał całą miesięczną

merowane.
I z p o w r o t e m - kościotrup, kiszki, mięśnie, krew, aż

pensję i nie mógł zapłacić czesnego w gimnazjum. Po¬

,ZI,03BOJieHO UeH3ypoio.
BapinaBa, 14 MapTa 1906 roga. A o d f r o n t u jakby

inaczej koniec babcinej edukacji. D y r e k t o r zgodził się

do poszarpanej

szedł do dyrektora ukorzyć się, prosić o prolongatę,

okładki.

p o d w a r u n k i e m , że Babcia przejdzie na prawosławie.

nigdy n i c - staroświecka modnisia patrzy n i e o b e c n y m

I pradziadek przystał na t o . Powiedzielibyśmy dzi¬

w z r o k i e m . N a d nią secesyjne litery C I A Ł O K O B I E T Y

siaj, że zawarł rozsądny k o m p r o m i s . Babci, rzecz jasna,

i pieczątka księgarni w C h e ł m i e .
35

�Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

n i k t o zdanie nie pytał. Skutek był t a k i , że koleżanki

Dziadek chciał postudiować w Heidelbergu, pasjo¬

P o l k i okrzyczały Babcię zdrajczynią i przestały się do

nowała go historia średniowiecza, ale niespodziewanie

niej odzywać, a Rosjanki uznały ją za farbowanego li¬

nadeszła wiadomość, że zmarł jego ojciec i trzeba ob¬

sa. A l e ludzie porządni przecież istnieją na t y m świe¬

j ą ć majątek.

cie: Babcia wspominała z sentymentem jakąś Nataszę

Babcia, głęboko wierząca katoliczka, m o m e n t a m i

Michajłownę, z którą się przyjaźniła i której pisywała

bigotka, miała w papierach wyznanie prawosławne.

wypracowania, aż profesor zawodził:

Zjechała do prawosławnej wsi, gdzie tylko dwór był

- Natasza Michajłowna, w i e d ' w y russkaja, da pacze-

k a t o l i c k i . I to swoje prawosławie ukryła, licząc, że ni¬

mu-że u was pałanizmy?

k o m u nie przyjdzie do głowy zaglądać p a n i dziedziczce

Pradziadek Bobiński w ogóle miał lekką rękę do

w dokumenty. Udało się. A l e przed samą drugą wojną

pieniędzy. Kiedyś, zamiast jakiegoś niezbędnego spra¬

światową, gdy władze Rzeczypospolitej podjęły rękami

w u n k u , przyniósł do d o m u porcelanowe

czerwone

żołnierzy haniebną akcję burzenia c e r k w i na kresach,

jabłko; córeczka była chora, chciał ją pocieszyć. Słusz¬

Babcia, która miała dość powodów, aby prawosławia

nie uczynił - niezbędny sprawunek okazał się nie t a k i

nie cierpieć i nie manifestować solidarności z ruską

znów niezbędny, a porcelanowe jabłko o d stu kilku¬

wiarą - postawiła się ostro.

dziesięciu lat podtrzymuje na d u c h u kolejne generacje

Piotr Stawecki (Następcy

c h o r y c h dzieci w naszej rodzinie.

Warszawa

Komendanta,

1969) napisał o t y m wydarzeniu:

Babcia wyniosła z gimnazjum, rzecz ciekawa, ostrą

Nawet niektórzy

obszarnicy odnosili się do

moskalofobię, a jednocześnie miłość do k u l t u r y rosyj¬

ści wojska nieprzychylnie

skiej. Jedno nie przeszkadzało drugiemu. Znała na pa¬

zdaniem

raportu

lub z rezerwą.

wojskowego

— akcję

»sprowadza

kowa, a jednocześnie nie lubiła Szekspira, ponieważ

go państwa«.

pierwszy raz usłyszała go po rosyjsku. G d y M a m a przy¬

licjana Lechnickiego

— Serebryszcze.

niosła bilety na H a m l e t a , zareagowała wyniośle:

go żona oświadczyła

wprost, że przez »odebranie

- O c h , już raz byłam, bardzo słaba sztuka. Pamiętam,

Jako przykład

prawosławnym

wyszedł na scenę jakiś podejrzany grubas, z ochrany czy

przyłożyć

swojego majątku,

przytaczano

nie może«.

-

swoje­

wieś senatora Fe­

Mieszkająca

stałaby się im krzywda,

z nich

rewindykacyjną

m i ę ć obszerne fragmenty Puszkina, L e r m o n t o w a , M a j -

do spraw interesów

działalno¬

Część

tam je­
świątyni

do której ona

Podobne stanowisko

ręki

zajęli też i nie­

co, wyglądał trochę jak szwajcar hotelowy, trochę jak

którzy inni ziemianie. Ta postawa obszarników

podykto¬

wachmistrz, popatrzał na wszystkich świdrującym wzro¬

wana była chęcią utrzymania dobrych stosunków

z ludno¬

k i e m , aż się zlękłam, że zacznie robić rewizję, patrzał tak

ścią prawosławną,

i patrzał i nagle jak nie wrzaśnie: Byt' i l i nie byt' - w o t

liwość.

w czom wapros!" Co za głupie stawianie sprawy - jak

skiej i ich [! - tak w tekście] zemsty, zdarzało

gdyby można było wybierać między byciem a niebyciem.

że podpalano zabudowania

aby zapewnić

Obszarnictwo

sobie jej lojalność

bało się strajków

ludności

i życz¬
ukraiń­

się bowiem,

itp.

U m za razum zaszoł - typowe dla Moskali. Po polsku to

Myśl Piotra Staweckiego, jeśli ją dobrze zrozumia¬

się nazywa łapanie lewą ręką za prawe ucho. Zupełnie

łem, daje się wyłożyć mniej więcej tak: skoro ktoś po¬

nie w i e m , czym się t u zachwycać.

siadał tysiące morgów, pałac i konie p o d wierzch, to
z definicji był podlecem, niezdolnym do uczuć wyż¬

Po skończeniu (albo nie skończeniu, t r u d n o m i po¬
wiedzieć) gimnazjum, Babcia znalazła się, nie w i e m

szych. A jeśli niektóre jego czyny zdają się świadczyć

w j a k i sposób, na Uniwersytecie Jagiellońskim i t a m

o czymś innym? Wówczas z pewnością kryje się za n i m i

poznała Dziadka Felicjana, który także studiował - co

jakaś m o r a l n a machlojka. Gdyby więc n p . żona senato¬

prawda bez matury, bo został wyrzucony z radomskie¬

ra Lechnickiego przyłożyła rękę do zburzenia serebry-

go gimnazjum z wilczym b i l e t e m za organizowanie

skiej cerkwi, byłaby nacjonalistką i katolicką fanatycz¬

strajku szkolnego; ale wówczas w K r a k o w i e nie wyma¬

ką. Skoro zaś cerkwi broniła, to oczywiste, że powodo¬

gano m a t u r o d studentów, zwłaszcza Królewiaków.

wał nią ciasny klasowy interes, o p o r t u n i z m , świętospo-

Wzięli skromny ślub w b a r o k o w y m kościele świętego

koizm oraz zwykłe tchórzostwo. Piotr Stawecki a n i

Floriana i wyjechali do M o n a c h i u m , bo

Dziadek

mnie a n i ziębi a n i grzeje. Przesyłam m u ukłony i po¬

chciał studiować dalej. T a m urodziła się i c h pierwsza

zwolę sobie skorzystać z okazji, by przypomnieć, że nie¬

córeczka, Ciocia Jadzia. K i e d y po październiku pięć¬

zależnie o d epok i klas istnieje coś takiego jak prawość,

dziesiątego szóstego r o k u pootwierały się różne możli¬

godność, i n s t y n k t czynienia dobra, odwaga.

wości i w N o w y m Targu organizowano wycieczkę do

Babcia, jak ją pamiętam, była już chyba zupełnie

NRF, Ciocia zapisała się, nie bacząc na spore koszta,

niezdolna do j a k i c h k o l w i e k zdecydowanych czynów -

ponieważ bardzo chciała zobaczyć miasto swojego uro¬

ani dobrych, a n i złych. Wyrzucenie z majątku, śmierć

dzenia. N i e pojechała; p e w i e n wpływowy obywatel

jedynego syna, powstanie, tułaczka popowstaniowa, los

stwierdził, że Ciocia, jako urodzona w M o n a c h i u m

C i o c i Tereni, która wyszła do powstania i wylądowała

i znająca trzy języki obce jest elementem n i e p e w n y m

w Londynie bez możliwości p o w r o t u , n o w y p o w o j e n n y

i może wybrać wolność. W e p c h n ą ł się na jej miejsce,

ład, który m n i e wydawał się czymś oczywistym, bo

wyjechał i rzecz jasna wybrał wolność, c h o ć a n i jedne¬

w n i m wzrastałem, ale w oczach Babci był jedną wiel¬

go obcego języka nie znał.

ką potwornością, barbarzyństwem, apokalipsą; bieda

36

�Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

Sygnet i pierścionek

w rodzinie, aresztowanie Stryja Zdzisława i jego proces,
stała groźba aresztowania Dziadka Felicjana - Boże ko­
chany, można sobie wyobrazić, czym to wszystko było

Córki pana Wańkowicza k i l k a razy spędzały lato

dla starej, nieporadnej kobiety. Mówiło się w rodzinie,

u ciotek w Bezku. Pan Wańkowicz później to opisał,

że zestarzała się szybko przez tę tatarską krew; ale mnie

ale przedtem chciał się c i o t k o m zrewanżować, więc

się dzisiaj wydaje, że demencja Babci była po prostu jej

ofiarował i m złoty sygnet z Zadorą, h e r b e m Lechnic-

reakcją na rzeczywistość. N i e czytywała gazet, nie słu­

k i c h . Dzisiaj zrewanżować się znaczy d a ć łapówę czyli

chała radia, z tego co się w Polsce Ludowej działo nie

wręczyć korzyść materialną urzędnikowi albo komuś

usiłowała czegokolwiek zrozumieć; godzinami stawiała

i n n e m u , dajmy na to za miejsce w k l i n i c e . Uprzejmie

pasjanse, paliła papierosa za papierosem, a po każdym

wyjaśniam, że kiedyś czasownik t e n znaczył co innego.

sztachnięciu kaszlała straszliwie i spluwała długą, sprę¬

Z n a j o m y polonista opowiadał, że przed ćwiczeniami

żystą śliną do stojącego u jej stóp bordowego n o c n i k a .

z pozytywizmu zrobił s t u d e n t o m test językowy i dostał

Lubiłem

się

t e m u przyglądać.

Plwocina

opadała

takie oto odpowiedzi: być na kondycji znaczy dobrze się

i wznosiła się jak piłka na gumce; było to frapujące, ani

odżywiać, wracać do sił; maść końska

trochę nie obrzydliwe, bo naturalne.

końskie przypadłości, lek weterynaryjny; była mu po¬

Posłała Babcia A n i ę po cukier do sklepu za rogiem.

wolną - była leniwa, m a r u d n a ; jechać

- smarowidło na
rzemiennym dysz¬

M i j a godzina, druga godzina, trzecia godzina. A n i a by¬

lem - b r a k odpowiedzi; samotrzeć

ła bardzo zasadnicza oraz kryształowo uczciwa - więc

tycznie bez partnera. Pozwalam sobie objaśnić, co zna¬

- zaspokajać się ero¬

gdy dochodziła do lady, a ktoś prosił żeby go przepu¬

czył czasownik „zrewanżować się", ponieważ książka

ścić, podając niezwykle ważne p o w o d y - wpuszczała,

pana Wańkowicza została m i a n o w a n a lekturą szkolną,

ale na swój wyłączny koszt, nie na koszt ludzi, stoją¬

być może jest czytana przez nauczycieli, chciałbym

cych za nią. To znaczy ustępowała miejsca, a sama szła

uniknąć nieporozumień.

na koniec ogonka.

Można sobie wyobrazić, ile się państwo Wańkowi-

Wieczór zapadł, gdy A n i a wróciła do d o m u . Roz¬

czowie nagłowili. C i o t k i dawać owszem umiały, ale

gwieżdżone niebo było n a d nią, p r a w o moralne w niej,

brać...

cukier w koszyczku. - N a miłosierdzie Boskie! - krzyk­

Tak zwany praktyczny prezent (np. k u p o n bielskiej

nęła Babcia - a cóżeś ty robiła tyle czasu?

wełny, r a d i o o d b i o r n i k ) był absolutnie wykluczony. Sy¬

- Kupowałam cukier w zgodzie z własnym sumie¬

gnet miał tę zaletę, że C i o t k i nie mogły go nie przyjąć,

n i e m . A może Babcia zna jakieś inne sposoby kupowa¬

m i m o iż był drogi - ponieważ jego wartość materialna

nia cukru? Jeśli tak, to słucham. N o , słucham.

i , jeśli w o l n o się tak wyrazić, w y m o w a ideologiczna,

- Już d a w n o m a m t e n cukier, nie trzeba się było tak

tworzyły nierozerwalną całość. Państwo W . odczekali

wysilać - mówi Babcia - wysłałam Basię, poszła i przy¬

pół r o k u i d a l i go na gwiazdkę; odbiór dziewczynek

niosła po kwadransie. (Basia, robotnicze dziecko, była

z w a k a c j i i równoczesne wręczenie sygnetu byłoby

naszą sąsiadką i szkolną koleżanką A n i ; często do nas

o g r o m n y m n i e t a k t e m i sprawiłoby C i o t k o m wielką

zaglądała).

przykrość, mogłoby stać się przyczyną zerwania sto¬

- Czy tak? - pyta A n i a Basię, a głos m a t a k i , że n i e c h

sunków.

się Savonarola schowa. Basia uśmiecha się skromnie

Obie strony odetchnęły. Państwo W . m i e l i p r o b l e m

i mówi:

z głowy, zrewanżowali się d r o g i m prezentem, nato¬

- N o pewnie, podeszłam z b o k u . Przecież Babcia nie

miast C i o t k i mogły go przyjąć bez uszczerbku na hono¬

miała czym herbaty osłodzić. Widziałam cię, ale t y

rze, ponieważ u p o m i n k i gwiazdkowe należy przyjmo¬

mnie nie zauważyłaś.

wać z entuzjazmem. Zresztą obie pracowały fizycznie,

A n i a blednie.

ubierały się po wiejsku, miały ręce jak chłopki. Sygnet

- Ty złodziejko ludzkiego czasu!

był po to, aby był. D o niczego więcej się nie nadawał.

Basia rozumie tylko tyle, że nazwano ją złodziejką,

Prezent

to zaszczyt o b u s t r o n n y -

dla dającego

więc przez k i l k a sekund milczy, oczy wytrzeszczając,

i biorącego. Bardzo tego przestrzegano. Dziadek opo¬

a p o t e m w y b u c h a szlochem i rzuca się do drzwi.

wiadał, że p a n i Piłsudska w Sulejówku poleciła kraw¬

- A Babcia ją jeszcze demoralizuje! Babcia czerpie

cowej przerobić swój znoszony płaszcz (sukienkę?) na

korzyść z przestępstwa!

p a l t o c i k dla córeczki. K r a w c o w a wykonała obstalu-

- Jezusie M a r i o , jaką korzyść, z jakiego przestępstwa?

nek, ale widząc że państwu się nie przelewa, dodała

- b i a d o l i Babcia.

trochę swojego materiału, żeby starczyło na p a l t o c i k

- A c h , więc Babcia uważa, że można wciskać się bez

dla drugiej p a n i e n k i i nie chciała za to pieniędzy. Pani

kolejki? Ze nie jest to grzechem przeciwko miłości bliź¬

Piłsudska uprzejmie podziękowała, a gdy k r a w c o w a

niego? Czy tak?

wyszła, poleciła a d i u t a n t o w i , by tej kobiety nigdy wię¬

- Przecież o n i n a m wszystko zabrali.

cej nie wpuścił za próg.

- Co zabrali?

Dopiero k o m u n a sprawiła, że C i o t k i obwiesiły się

- Serebryszcze.

kosztownościami. Gdy je wypędzano z Bezka i Kamien¬

- K t o Babci zabrał Serebryszcze? C i ludzie z kolejki?

nej Góry, jedna nasadziła sygnet na palec k l e j n o t e m do
37

�Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

środka, udawał obrączkę. D r u g a włożyła lnianą koszulę

zawiadamiające obywatelkę... że dnia... (dał jej trzy ty­

zapinaną na złote m o n e t y pracowicie obciągnięte nitką.

godnie) w zajmowanym przez nią l o k a l u (adres) odbę¬

Po wojnie Ciocia M a n i a , Ciocia Jania, Ciocia M a ­

dzie się k o n t r o l a sanitarna. Działając na podstawie

rynia, Dziadek Felicjan, Stryj Zdzisław osiedli w Pozna­

Ustawy n u m e r z dnia, § n u m e r ustęp numer, D z i e n n i k

niu. W

zmarł

Ustaw n u m e r z dnia, jeśli komisja zastanie bałagan

Stryj, p o t e m , w nierównych odstępach, Dziadek i C i o t ­

i b r u d , to wyciągnie konsekwencje. Przypomniał także

styczniu pięćdziesiątego dziewiątego

k i . I c h pogrzeby zlały m i się w jeden sielankowy obraz

o przepisach zabraniających nadmiernego meblowania

- były to wspaniałe zjazdy rodzinne, pełne ciepła, ser­

korytarzy, tudzież powołał się na niektóre inne p u n k t y

deczności, poczucia wspólnoty. N a pogrzebie Stryja

regulaminu porządku domowego. Wysłał listem pole¬

Zdzisława zmarzliśmy solidnie, więc rzuciliśmy się na

c o n y m . N i e to było najstraszniejsze, że zmusił sąsiadki

parujący barszcz z uszkami. Pamiętam nalewkę na smo-

do szaleńczej harówy (na dobitkę przez k i l k a d n i w i n d a

rodinie (nie mówiło się „czarna porzeczka", tylko „smo-

nie działała), ale to, że gdy minął t e r m i n , komisja nie

rodina") oraz pana Leona Suchorzewskiego, który k o n -

przyszła, a spracowane panie siedziały naburmuszone,

spirował z L e c h n i c k i m i jeszcze przed pierwszą wojną

rozglądając się z nienawiścią po obrzydliwie czystym

światową, a i p o t e m i c h drogi nieraz się krzyżowały. N a

mieszkaniu, odwiedził je ubrany w ciemny garnitur,

stypie był duszą towarzystwa, snuł opowieść o cielaku

wręczył b u k i e t róż, buchnął jedną damę w mankiet,

spod łotewskiej granicy, który na dźwięk zbliżającego

drugą damę w m a n k i e t i przyznał się do wszystkiego.

się pociągu wbiegał na tory, szeroko rozstawiał przednie

Został nazwany starym bałwanem! To była najgorsza

n o g i i pochylał łeb, jakby miał zamiar bóść się z loko¬

obelga, na jaką zdobyła się p a n i d o k t o r dwóch fakulte¬

motywą; maszynista zwalniał, gwizdał, wrzeszczał, aż

tów, czyli d o k t o r doktor, skądinąd kobieta szlachetna,

musiał gwałtownie hamować; bagaże leciały z półek,

odważna, skromna, zasłużona, ongiś w y t w o r n a panien¬

pasażerowie spadali z ławek, cielak w ostatniej c h w i l i

ka, królowa balów, najlepsza partia w okolicy, nawet

uskakiwał i robił minę, że sprawa go nie dotyczy, spod

harcmistrzyni.

kół sypały się skry, pasażerowie wystawiali

głowy

N a pogrzebie C i o c i M a n i nie byłem: oblałem k i l k a

z o k i e n i znieważali maszynistę o k r o p n y m i wyrazami,

egzaminów, czekała m n i e sesja poprawkowa.

j a k na przykład cymbał, durak, nieudałota, szaleju się

M a m a wróciła z Poznania z sygnetem na p a l c u .

objadł. Pastuch pędził przez pole wywijając batem, ma¬

Opowiedziała jego dzieje. Pobawiłem się n i m , próbo¬

szynista wygrażał kułakiem i obiecywał straszliwe męki

wałem odcisnąć k l e j n o t w roztopionej stearynie, spy¬

na t y m i na t a m t y m świecie. Słuchaliśmy, turlając się ze

tałem ile jest w a r t .

śmiechu. Pan Leon, jak t a m t e n maszynista,

umiał

- Jak dla kogo. Wezmę go j u t r o do pracy.

w porę zahamować, dzięki czemu nigdy się nie dowie¬

- Po co?

działem, że pewnie za którymś razem cielak przypłacił

- Żeby sprawić przyjemność szefowej.

te swawole życiem. Uśmiechał się, przepraszał towarzy¬

Pracowała wtedy w r e d a k c j i tygodnika. Było jej

stwo, że wychodzi zapalić, a skoro drzwi się za n i m za¬

t a m bardzo źle, intensywnie szukała nowej posady.

mknęły, ktoś opowiedział o jego n i e d a w n y m wyczynie.

Naczelna bezinteresownie robiła ludziom na złość, po¬

Otóż p a n L e o n mieszkał na najwyższym piętrze ocala¬

za t y m przy każdej okazji albo bez okazji głosiła praw¬

łej warszawskiej kamienicy. Sąsiadował przez korytarz

dy objawione z dziedziny marksizmu - l e n i n i z m u , in¬

z panią, która miała dwa d o k t o r a t y i piękną kartę wo¬

terpretowała w jedynie słuszny sposób fakty z h i s t o r i i

jenną, ale była niezbyt porządnicka; może w t e n sposób

najnowszej, uczyła podwładnych miłości ludowej oj¬

nieświadomie wyrażała swoje zagubienie i niezgodę na

czyzny, a niestety również stylistyki i ortografii. Prócz

powojenną rzeczywistość. Mieszkała z dorosłą córką.

tego lubiła zwierzać się personelowi, że pochodzi z bar¬

Pośrodku i c h salonu, na dębowym przedwojennym

dzo dobrej rodziny: papa miał przed wojną luksusowy

parkiecie, leżał rozpruty w o r e k ziemniaków. Niektóre

zakład jubilerski, mieszkali w A l e i Róż, jeździli do Kry¬

gniły, inne, wprost przeciwnie, kiełkowały. Podłogę nie¬

nicy, Paryża, b y w a l i na balach i premierach.

kiedy owszem zamiatano, ale śmiecie zgarniano w kąt.

M a m a wyczaiła dogodny m o m e n t i powiedziała

Z biegiem lat, z biegiem d n i uzbierał się spory k u r h a -

słodko:

nek. Łóżek nie ścielono, były pilniejsze sprawy. Pół bie¬

- Ależ w i e m , w i e m , to była sławna firma, ogromnie

dy, gdy odbywało się to w czterech ścianach, ale po ja¬

w y t w o r n y lokal, miał opinię najlepszego w Warszawie.

kimś czasie panie zaczęły poszerzać swój Lebensraum,

Z n a k o m i t a obsługa. M o j a ciotka zamawiała t a m sy¬

wystawiając na korytarz rozmaite p a k i , a nawet po¬

gnet. N i e mogła się nachwalić...

mniejsze meble. Pewnego dnia p a n L e o n stracił cierpli¬

Eksperyment, dość ryzykowny, przyniósł zbawienne

wość. W sklepie papierniczym Bazarnika na N o w y m

owoce: naczelna przez jakiś czas obchodziła mamę sze¬

Świecie zaopatrzył się w dziecięcą gumową drukarenkę

r o k i m łukiem, oszczędzając jej wykładów z materiali¬

oraz tusz, po czym nie szczędząc t r u d u , złożył pieczątkę

zmu dialektycznego i puszczając teksty bez ingerencji.

następującej treści: Prezydium Stołecznej Rady N a r o ­

M a m a włożyła sygnet, idąc na rozmowę z n o w y m

dowej, Komisja ds. Ładu i Porządku n r 7, Warszawa, p l .

szefem. Poskutkowało. K l e j n o t szlachecki okazał się

Dzierżyńskiego 1/3. Opieczętował t y m kopertę i pismo

w Polsce Ludowej nadspodziewanie użyteczny.

38

�Antoni Kroh • B E Z M I A R GORZKIEJ Z A D U M Y , K A S E T K A M E T A L O W A , C I A Ł O KOBIETY, SYGNET I PIERŚCIONEK

I tak oto sygnet, po wieloletniej drzemce na dnie

razu, to jego szanse gwałtownie malały. Patrzano po¬

biurka, ustrojowych perypetiach, k w a r a n t a n n i e u cio¬

dejrzliwie, t r a k t o w a n o j a k smarkacza. Cóż to za męż¬

ci M a n i w Poznaniu, trafił na swój czas, w odpowied¬

czyzna, który nie siedział.

nie ręce. M a m a wkładała go na uroczyste okazje (po¬

- To ja tego nie biorę, to p o w i n n o zostać w Polsce.

grzeby, imieniny, do t e a t r u ) , gdy szła coś ważnego za¬

- Weź, o d razu włóż na palec, żeby się nie zawieru¬

łatwić, albo po prostu, gdy jej było s m u t n o .

szył. Najwyżej p o t e m oddasz do M u z e u m Sikorskiego.

Kiedyś powiedziała Zosi, że gdy wkłada sygnet, to

M a m a wspominała, że gdy była pensjonarką, o d czasu

czuje, jakby ją ktoś trzymał za rękę.

do czasu przyprowadzano i m do szkoły powstańców

Co jakiś czas pytała:

styczniowych, którzy seplenili w koło M a c i e j u i to by¬

- Powiedz, ale szczerze. N i e wydaje c i się to preten¬

ło żałosne. A Dziadek na to, że jakiś powstaniec, na¬

sjonalne i dziwaczne?

zywał się na Ja, zaraz, zaraz, Jaworski, Jankowski, Januszkiewicz? - był zesłany i gdzieś na etapie w środku

Odpowiadałem zgodnie z najgłębszym przekona¬

Rosji okazało się, że nie m a go na liście. Lista natural¬

n i e m , że nie.
Likwidowaliśmy mieszkanie zmarłej M a m y . Znacz¬

nie była po rosyjsku, więc t e n Jaworski figurował na

nie ułatwiła n a m robotę, bo czując że odchodzi, r o k

końcu, akurat przypadkiem na osobnym arkuszu, n o

wypraszała w o k o l i c z n y c h sklepach k a r t o n o w e pudła

i t e n arkusz z j e d n y m nazwiskiem gdzieś się zawieru¬

i składała na pawlaczu, był tego spory zapas. Kupiła

szył. Oficer, który eskortował więźniów, dbał, żeby na

także dwa wielkie kłębki sznurka, papier pakowy i za-

sztuki się zgadzało, więc najpierw chciał Jaworskiego

chomikowała pół litra czystej wyborowej, abyśmy mie¬

dyskretnie powiesić, ale ostatecznie puścił. Tyle, że

l i czym opłacić wyniesienie m e b l i . Wszystko ogromnie

przedtem odebrał o d niego słowo h o n o r u polskiego

się przydało, zwłaszcza ta wódka. N a podwórku zagad¬

szlachcica, że będzie powiadamiał o każdej zmianie ad¬

nąłem dwóch hydraulików, którzy śpiesznym k r o k i e m

resu, a gdy lista się odnajdzie, sam się zgłosi na Sybe¬

zdążali do jakieś pękniętej rury. Usłyszawszy, jaka za¬

rię celem odbycia kary. A l e się nie odnalazła. Panowie

płata i c h czeka, pomaszerowali za m n ą i przez dwie,

pisywali do siebie kurtuazyjne listy, dopiero w y b u c h

może

pierwszej w o j n y przerwał tę dziwną znajomość.

trzy godziny p r a c o w a l i nadzwyczaj ofiarnie,

a w o d a gdzieś sikała sobie wesoło. Był październik

- To był nasz przodek, t e n Jaworski?

osiemdziesiątego drugiego r o k u , stan wojenny. Jak

- N i e w i e m . Trzeba spytać M a m y .

zwykle w t r u d n y c h dla n a r o d u c h w i l a c h , tak i w t e d y

- A l e M a m a nie żyje.

wódka okazała się walutą znacznie mocniejszą niż zło¬

- N o tak, prawda. O j e j k u , już żywcem nie m a kogo

te polskie, potocznie zwane sianem.

zapytać.

Właściwie to nie był pierścionek, tylko złota ob¬
rączka, o d zewnątrz p o k r y t a czarną emalią, z brylan¬
t e m na krótkim łańcuszku.
- Weź t o . Wsadzisz na palec, celnicy się nie tropną.
A wiesz, co to jest?
- N o , obrączka z b r y l a n c i k i e m .
- To jest t a k zwana żałobna biżuteria. Ten b r y l a n c i k
na wisiorku, to łza. Znaczy, że mężczyzna tej kobiety mąż, brat, syn, narzeczony - stracił życie w p o w s t a n i u
styczniowym albo został wywieziony na Syberię. N a
kobietę, która takie coś nosiła, mówiono „wdowa na¬
rodowa", należało jej pomagać.
- A skąd m a m a to miała?
- Rodowe. Przypadło jej po śmierci którejś z ciotek.
- Czemu nigdy o t y m nie mówiła?
- Bo praprababkę kozacy publicznie wysmagali nah a j k a m i na r y n k u za p o m o c powstańcom. A to nie był
t e m a t do gawęd. W

t e n sposób odgradzano się o d

p e w n y c h spraw, nie przyjmowano i c h do wiadomości.
Rosjan na ulicy się nie zauważało. Podobnie jak Niem¬
ców podczas drugiej wojny. A jeśli patrzało się na n i c h ,
to w szczególny sposób, który w r u s k i m popowstanio¬
w y m kodeksie k a r n y m miał swoją nazwę: pagrubioe
głazami, obrazić w z r o k i e m . Za to przestępstwo można
było ładnie b e k n ą ć . Dziadek opowiadał, że jego ojciec
opowiadał, że gdy kawaler uderzał w konkury, to rodzi¬
na p a n n y pytała, ile razy siedział na C y t a d e l i . Jeśli a n i

39

�</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
