<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="10895" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/show/10895?output=omeka-xml" accessDate="2026-09-27T02:11:23+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="10873">
      <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/b6a21a019ba2f1b4325c5ab002df7b09.pdf</src>
      <authentication>d23f15213b396cd7d9e61f39d24b35cf</authentication>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="3">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="25235">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <itemType itemTypeId="1">
    <name>Text</name>
    <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
  </itemType>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="46">
          <name>Relation</name>
          <description>A related resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129953">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2555</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129954">
              <text>1996</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129955">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2374</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129956">
              <text>Jacek Łodziński / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.1-2</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="41">
          <name>Description</name>
          <description>An account of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129957">
              <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.1-2, s.103-106</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129958">
              <text>Jackowski, Aleksander</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129959">
              <text>pol.</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129960">
              <text>Instytut Sztuki PAN</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="42">
          <name>Format</name>
          <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129961">
              <text>application/pdf</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
    <elementSet elementSetId="4">
      <name>PDF Text</name>
      <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="52">
          <name>Text</name>
          <description/>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="129962">
              <text>Doradzają zresztą nie tylko oni. Macak chciałby, aby kolekcja
była możliwie pełna, wszechstronna, obiektywnie doskonała.
Ale jak osiągnąć tę obiektywność? Sądy krzyżują się, zderzają;
ktoś, z k i m bardzo się liczy odmawia wartości rzeźbom Śledzia,
Chajca i L u r k i ; ktoś inny przeciwnie - w nich dostrzega
znamiona prawdziwej sztuki, napięcie życia duchowego, lekce
sobie ważąc setki bezdusznych figurek, niczym w swej istocie
nie różniących się od zabawek z drewna. To też jest zrozumiałe
- szacunek dla opinii specjalistów, ludzi wybitnie wrażliwych.
Kolekcja jakby wyprzedza w tym okresie świadomość swego
twórcy. Dopiero w następnym etapie ujawniają się prawdziwe
preferencje zbieracza, nabiera pewności siebie - w końcu to
kolekcja jego, dla niego i przez niego budowana. Wtedy też,
w masie przedmiotów zaczynają błyszczeć te naprawdę ważne.
Przestaje imponować rozrost liczbowy, narasta świadomość, że
ilość wcale nie musi przechodzić w jakość. Przedmiotem dumy
stają się dzieła wybitne.
W domu państwa M a c a k ó w wyróżniłbym przede wszystkim
zestaw rzeźb Edwarda Sutora. Nie ma wielkich, bryłowatych,
fantastycznych głów - ale ten brak rekompensują średnie i małe
figurki, świetnie dobrane. Doskonały jest zestaw dzieł Heródka,
Ludwika Więcka, M a r i i Wnęk, Katarzyny Gaweł. Jest kilka
rzeźb Leona Kudły, wśród nich (piękna!) dziewczyna z ptakiem
na wyciągniętej dłoni, jedna z najwcześniejszych prac artysty.
Ekspresyjne rzeźby Romana Śledzia, artysty bardzo wysoko
ocenianego w Niemczech, ale u nas niedocenianego - tak dalece
odbiega od potocznych
oczekiwań. Dobry jest
zestaw Nikifora. Monsiela, Zagajewskiego,
Jędrzeja Wowry, Stani­
sława M i k i , Janasa,
Hołdy, Muchy. (Z po­
zycji wybitnych - nie­
wiele rzeźb L u r k i . Sła­
bszy
jest
Chajec
i
Szczypawka-Gołębiowska). Cenny, pięk­
ny zestaw ptaków, za­
bawek z drewna, w tym
emausowych
„Ży­
dów".
Z dawnej sztuki ob­
razy z X V I I I i X I X w.
Matki Boskiej Często­
chowskiej, Gidelskiej,
z La Salette. Nieprze­
ciętnej urody Święta
Rodzina.
Doskonały
dobór rzeźb: różne we­
rsje Chrystusa Frasob­
liwego,
Ukrzyżowań.
Fragmenty z ołtarzy łe­
mkowskich cerkiewek.
To, czego nie mają mu­
zea - setka oleodruków
zbieranych we wsiach.
Drzeworyty: z Płazo­
wa, Wowry.
Zbiór uzupełniają lu­
dowe skrzynie, szafy.
W nich około 130 wy­
cinanek 26 autorek.
Dokumentacja w trak­
cie opracowania. Goto­
we ok. 350 opisów.
Leszek Macak zbie­
ra eksponaty, ale podo­
bnie jak to miało miejs­

102

ce z Zimmererem, czy Bolesławem Nawrockim, ważne
niego są spotkania z twórcami. Poznał ich wielu. Niektó
z nich, to ludzie o niezwykłej osobowości, ciekawsi nawet
dzieła ich rąk (np. Piotr K w i t ) . Z wieloma twórcami Les
zaprzyjaźnił się, jeździ do nich, zaprasza do siebie. Ostatnio
u niego twórca pięknych ptaszków z drewna - Zachura. M ;
bardzo go ceni, zawiózł nawet sporo jego ptaków swe
dawnemu szefowi w Stanach. Surowy ten, niezdolny
uśmiechu człowiek, zobaczył kiedyś u Macaka ptaszki |
sufitem, no i teraz ma je sam w swym biurze. Trzepoczą
poruszane powiewem powietrza z A i r Condition. (Poczc
człeczyna! myślą klienci. Ptaszki sobie powiesił!).

Jacek Łodziński
Aleksander Jackowski

Był słotny dzień jesienny. Czekałem na Ludwiga Zimmerera
przed jego willą. Nie przychodził, za to przyjechali dwaj
Holendrzy. Podnieceni, kupili w Krakowie „fantastyczne"
obrazy. Pytam - czyje? Gawlowa. Nie słyszałem. Pokazują.
Radosne, ludowe do szpiku kości, a przytym poza tradycją.
A Zachura, to nie tylko ptaszki, lecz i los człowieka, z n Gdzie mieszka - pytam. Za Krakowem, zawiózł ich do niej
związany. W czasie okupacji Niemcy wzięli go do kamiet właściciel kramu w Sukiennicach. Bardzo, bardzo dziwny
łomów. Warunki były straszne, ludzie umierali - jeden człowiek. Grosza od nich nie wziął, jeszcze się cieszył, gdy
nadzorca zobaczył, a było to tuż p n &gt;
5?
- f a z u j ą wizytówkę, wymówić nazwiska nie
drugim. Niemiec
Bożym Narodzeniem, że Zachura struga sobie ptaszka. A
.
iego
kę umiesz zrobić? zapytał Zachura wyrzeźbił, jedną, drug £ ™
w o w a n y , zacinał się mówiąc. Przyszedł prosić
No i zwolniono go z tego kamieniołomu. Ocalił życie. Ptasi
,
i a n o mu odebrać koncesję. Chodziło o donos,
mu je ocaliły.
sprawę kapliczki koło Paszyna. M ó w i o n o , że j ą ukradł, zdjął,
c i l i

a , a r c e

J^S^SL^^^yi

w

I n s t y t u c l e

N i e w i e l k

z d e n e r

Q

Kiedy w kolekcji Macaka przypatruję się rzeźbom i obrazo
wiszącym wszędzie ptaszkom, zastanawiam się na tym, f.
wielkie talenty drzemią w ludziach, i jak mało trzeba (czas
jednego impulsu), by mogły z całą siłą wybuchnąć. Oglądt
wspaniałe rzeźby Sutora, Heródka, Zagajewskiego, Ной
niesamowite rysunki Monsiela, obrazki Nikifora - tych, kto*
tworzyli,
poniew
musieli tworzyć, p o ł
waż ta potrzeba don
nowała w ich żyd
i oglądam rzeźby I
nych artystów, który
w ujawnieniu talen
pomógł przykład sąsi
da, konkurs, czy wys
wa. Tak, jakby ni
twórcza była hamo*.
na wstydem przed ot
czenicm. Przecież I
robi się na wsi tego,!
nie przyjęte, со I
przynosi
dochodu
Ale wystarczy, że kto
kto zobaczył u stan
Katarzyny Gawłów
Niebo
z
Malt
Boską i aniołami, Щ
malowane na ścian
komórki, w której mk
szkala, zachęcił ją*
malowania
obrazo'
by w ciągu krótkie
czasu powstały пара»
dę znakomite. Patt
na nie w domu Leszł
Macaka i cieszę s i e ł
stworzył tak znakom*
kolekcję.

p

o

m

o

c

c h c

przehandlował, zrobił, zawiesił. O co tu chodzi? Wyjaśniłem,
Łodziński przejeżdżał, widział starą, już rozpadającą się kapliczkę, więc uznał, że trzeba w jej miejsce dać podobną; nie
czekał aż ją spalą a drzewo zetną. Pomówił z ludźmi, sfotografował, obiecał że przywiezie nową. A bo można takiemu
wierzyć? Ksiądz Nitka na wszelki wypadek starą wziął do
siebie. Łodziński, jak obiecał, n o w ą kapliczkę przywiózł,
Zawiesił na drzewie. Trochę się zmartwił, że starej nie ma, ale
nową dał. Pieniędzy żadnych za nią nie chciał. To już wydało się
lu
bardzo podejrzane. Niepojęte.
Sprawę wyjaśniłem, no i zapomniałem o kupcu z Krakowa.
Tym bardziej, że podobnych spraw, z donosów zrodzonych,
było więcej. Choćby taka, gdy powiadomił mnie wyższy
urzędnik resortu kultury, iż w Szwajcarii doktór Nawrocki
handluje rzeźbami. Rzeczywiście, działał w Szwajcarii i za­
jmował się - także - rzeźbami, tyle, że wygłaszał o nich odczyty
w najświetniejszych gremiach i pokazywał je na wystawach.
Ale wracam do Holendrów, Gawłowej i Łodzińskiego. Przy
pierwszej nadarzającej się okazji pojechałem do Krakowa, aby
z nim się zobaczyć. Zawiózł mnie do Gawłowej, wręczył 10
kaset z rozmowami, jakie z nią nagrał, pokazał obrazy,
zgromadzone u siebie w domu, a ponieważ robiliśmy wówczas
z Zofią Bisiakową wystawę sztuki nieprofesjonalnej w ramach
Dni Krakowa (1978), dał na tę wystawę doskonały zestaw prac.
Od tamtego czasu, kiedy przyjeżdżałem do Krakowa, pierw­
sze kroki kierowałem do Sukiennic. Kram Jacka wyróżniał się
zdecydowanie, zwłaszcza dzięki rzeźbom, które go dekorowały.
Rzeźby były świetne. Jednak, kiedy pewien Niemiec nie mógł
oczu oderwać od Chrystusa na łodzi Adama Zegadły, i nie
odchodził mimo kilkakrotnych zapewnień, że rzeźba jest nie do
sprzedania, Łodziński zapytał, co go tak w tej rzeźbie zaintere­
sowało. Należę do ludzi, którzy wierzą - odpowiedział - iż Pan
Bóg przychodzi z wody. Zamykano kramy, a on jeszcze stał
patrzył. Wtedy Jacek zdjął z półki Zegadłę i dał mu. To rzeźba
me do sprzedania, więc tylko dać j ą Panu mogę, powiedział.
Ale i z dawaniem były kłopoty. Przyjechał kanclerz Niemiec,
Schmidt. Kramy pięknie wypucowano, gość zainteresował się
stoiskiem Łodzińskiego; postanowiono więc dać mu rzeźbę
Adama i Ewy. Jacek przyniósł najładniejszą z tych które miał
* domu i ofiarował gościowi. Ale władze nie chciały prezen. • Pieniądze przekazano, przez muzeum, ale dyrektor wpłacił
J do Urzędu Skarbowego, i po 2 latach Łodziński dostał
wezwanie do zapłacenia podatku i kary za nielegalnie prowaPRZYPISY
o n ą pracownię rzeźby (!!!).
Aleksander Jai
ruedyś przyjechałem do Krakowa wściekły. Właśnie ukazał
ki, Ludwig Zimmei
^,
e r „Polskiej Sztuki L u d o w e j " poświęcony kulturze
go kolekcja, PSL 1
Mg°wskiej. Jeszcze nie było wtedy mody na tę tematykę, numer
1/2; Ludwig Zi\
lem
. ^ którego realizację włożyłem wiele trudu, uważao swojej kolekcji,
że d * y k l e ważny, i to z wielu powodów. Ale okazało się,
1971, nr 1/2
Wojciech Sien^
j y^ktor „ O s s o l i n e u m " we Wrocławiu, nie porozumiewając
Pamiętnik spotkań PS
mną, ani z dyrekcją Instytutu, kazał drukarni
1975, nr 1/2
'ejszyć nakład o ponad tysiąc egzemplarzy, tak by numer
d z i o m

1

e

az

1

n u m

w

Z a n

e z w

2

S

e

z e

l r n

dotarł jedynie do prenumeratorów. Nie muszę wyjaśniać, jak
mnie to zdenerwowało. Oczywiście od razu powiedziałem o tym
Jackowi. Zamrugał powiekami i spokojnie zapytał, czy można
zrobić dodruk? Nie wiem, odpowiedziałem, a zresztą skąd
wezmę pieniądze. D z w o ń ! - poprosił, zapytaj o wszystko.
Dodruk mogli zrobić, miało to kosztować 10 milionów. Jacek
kiwnął głową - każ robić. Zwitek banknotów wsadził mi do
kieszeni. I tak stałem się przestępcą, w y d r u k o w a ł e m 2.000
egzemplarzy bez zgody wydawcy, bez podatku. Napisałem do
„ O s s o l i n e u m ' ' , że od tej chwili sami będziemy w y d a w a ć pismo.
Był to już okres przemian, wielkich nadziei. Zelżał gorset
zakazów. Łodziński kupił kompletnie zrujnowany dom przy
ulicy Solskiego, a właściwie półtora domu. Zachwyciły go
piwnice, czternastowieczne. Za n a m o w ą Andrzeja Majews­
kiego, wspaniałego scenografa, w dawnym warsztacie urządził
galerię sztuki naiwnej. Lokal (to też był pomysł Majewskiego)
nazwał Camelot. Na inaugurację urządzili wystawę sztuki
żydowskiej. To był majstersztyk scenograficzny. Na środku sali
stał wóz, wyładowany po brzegi rupieciami, tobołami. W ó z
Żyda - Wiecznego Tułacza. Przyprószony bielą symbolizował
los narodu. W piwnicy wyeksponowano ocalone macewy,
wydobyte z błotnistej drogi do PGR przez Andrzeja Toborowicza, (kupowane za pół flaszki każda), w salkach rzeźby Żydów,
tegoż Toborowicza. W y s t a w ę otwierałem razem z Piotrem
Skrzyneckim. Grał skrzypek z Piwnicy pod Baranami, pod­
skakiwał (bo mały) i śpiewał żydowskie niguny Antoni Pilch,
a w odwodzie czekało kilku górali z ciupażkami „na wszelki
wypadek". Zrobiliśmy też promocję „ Ż y d o w s k i e g o " numeru.
Kraków zdumiał się plakatem - adres galerii wyprzedził
oficjalne decyzje Magistratu, Jacek podał d a w n ą nazwę ulicy
- św. Tomasza. I tak zostało. N a z w ę wkrótce przywrócono.
Tam, w piwnicy, przy grzanym miodzie i znakomitym
„ e k o l o g i c z n y m " jedzeniu, miałem ostatnio promocję książki
Sztuka zwana naiwną, tam odbyła się narada zorganizowana
przez Centrum Animacji Kultury, w której instruktorzy i działa­
cze dyskutowali na temat sytuacji sztuki ludowej. Gości
podejmował śniadaniem, w przygotowywanej do otwarcia
winiarni, Jacek Łodziński.
W tym czasie do Sukiennic zaglądał j u ż rzadko, urządził,
wykorzystując materiał z rozbiórki starych chałup, stare kapli­
czki, drewno i wiklinę - sklep sportowy „ O l i m p " . Obok
winiarni (pięknej!) ma znany w Krakowie sklep z „ekologicz­
n ą " żywnością „Pod A n i o ł a m i " . Byliśmy pod wrażeniem
scenerii, zarówno „ O l i m p u " jak i winiarni. Łodziński zaufał

103

�swojej wrażliwości, zrobił to, co etnografów starego chowu
mogłoby zbulwersować, połączył szkło z drewnem i wikliną,
ludowe naczynia gliniane ze starymi beczkami, wschodnimi
kobiercami na ścianie, włoską ceramiką. Stworzył nową jakość,
zaskakującą w swej harmonii, dającą poczucie autentyku.

Ciągle jest w ruchu, nerwowy, realizuje nowe pomysły,
ubolewa, że nie starcza mu czasu na wyjazdy do ludowych
twórców, a przecież każdy wyjazd to nie tylko powiększanie
kolekcji, ale i Galerii Sztuki Naiwnej. Piękny to i dziwny sklep.
M o ż n a go zwiedzać, ale gdy chcesz kupić obraz, czy rzeźbę
a nawet ptaka, okazuje się, że nie są do sprzedania. Zdener­
wowałem się, gdy sprzedawczyni trzeci, czy czwarty wskazany
objekt uznała za chroniony. To nic nie jest na sprzedaż? - Jak to
nic, broniła się. Wiele rzeczy, tylko pan ciągle wybiera
najlepsze.
To samo w Sukiennicach. Co piękniejsze rzeźby stanowiły
jedynie dekorację. Trudno jak widać, łączyć usposobienie
kolekcjonera z kupieckim. Następuje kolizja instynktów. Ale
nie ma kolizji w działaniach na rzecz Krakowa, na rzecz kultury,
także ludowej. Przecież subwencjonował powstanie książki
o Paszynie, przez rok dając stypendium autorowi). Ciekawy
człowiek.

*
Rozmowa:
Jak i dlaczego zainteresowałeś
się, Jacka sztuką
ludową?
Z obrzydzenia do obłudy w tym, co robiono, mówiono,
pisano. Szukałem upustu, na wsi, w rozmowach z rzeźbiarzami.
Byłem wtedy młodym kupcem, po studiach ekonomicznych.
Pomagałem rodzicom, którzy prowadzili kram w Sukiennicach
Z ludowymi
przedmiotami?
Ależ nie, to była galanteria. Może tylko trochę lepsza niż
gdzie indziej. Jeździłem po towar do Warszawy. Wtedy za­
glądałem na Stare Miasto, do sklepu Cepelii. Zobaczyłem tam
kiedyś grupę rzeźb Adama Zegadły. Spodobała mi się jedna, ale
pani, która te rzeźby pokazywała pokręciła głową, zabrała mi ją
z ręki i podała inną. Powiedziała: wiem, że się panu ta figurka
napewno nie podoba, ale ona jest naprawdę bardzo dobra. Niech
mi pan wierzy!
Jakbym ją widział! To była pani Zosia!
No i miała rację! Ta rzeźba przypomniała mi kapliczki, które
widziałem na wsi w młodości.

Ojca, rzeźby niepokoiły. Owszem, Chrobaka rozumiał, tam
było dobre rzemiosło, ale te z wykrzywionymi buziami? Kto je
leupi? dziwił się. Ale kupowali, turyści zagraniczni, kolek­
cjonerzy.
Dlaczego ja te rzeźby tak pchałem ludziom pod nos. Przypu­
szczam, że z przekory. Ty też jesteś przekorny, no nie?
Zabraniano, tępiono więc ja religijne motywy przemycałem
świątkach... a plakat wystawy Gawłowej, po raz pierwszy
pojawił się taki na ulicach - z M a t k ą Boską. Zrobił go Janusz
Trzebiatowski, a przyznasz, że pięknie.
Nie miał kłopotu z cenzurą?
- Miał! Co Pan tu przyniósł? zdziwiła się pani cenzor. Co to
jest? Wniebowstąpienie?
- Dlatego tu jestem osobiście! uśmiechnął się rozbrajająco
Janusz. Cenzorka roześmiała się i plakat puściła. Już się zresztą
cały system kruszył. Przecież na wernisaż Gawłowej przyjechali
nie tylko ludzie z Zielonki, ale i miejscowy ksiądz. Myślałem, że
dyrektor Waligóra zemdleje, gdy go zobaczył. Do tego na
wielkim stole zastawionym odpustowymi łakociami leżało
kilkadziesiąt pierników z orłami w koronie! Sami je piekliśmy
do połowy nocy. Teraz to się wydaje zabawne, ale wtedy
odreagowywałem w ten sposób. Zawsze wiedzieliśmy, kiedy
przyjdzie kontrola do kramu, i w zależności, skąd - szybko się
chowało stojące na froncie świątki a na ich miejsce wypychało
co innego! Zawsze były na podorędziu duże „estetyki" toczone
krasnoludki, i gdy przychodzili kontrolerzy z Rady Narodowej,
Czy już wtedy interesowałeś
się sztuką
ludową?
na nie się natykali. Dla innych wpychaliśmy figurki Frasob­
Ależ nie, podobało mi się to, co nowoczesne, żelazne liwego pomiędzy galanterię ze srebra. Zresztą było to połącze­
krzesełka, tworzywo, szkło. Wprowadziłem je do domu, wbrew nie bardzo piękne i wkrótce podpatrzyli je właściciele innych
rodzicom, którym najwięcej żal było rzeczy, które powy­ kramów. Oni uważnie się nam przyglądali, to mnie bawiło, ale
rzucałem, a nawet poniszczyłem. Jakieś talerzyki miśnieńskie, i cieszyło. Gorzej z Cepelią. Dla niej byliśmy czarną owcą.
piękne wzory cebulkowe. Nie dałem sobie wytłumaczyć, że sa. Wszystko ich drażniło. To, że zaczęliśmy srebro łączyć z rzeź­
ładne.
bą, to, że kupowano je u nas, nawet muzea. Postanowiono więc
Jak więc doszło do kontaktu ze sztuką
ludową?
nas zniszczyć. Jak to możliwe, użalał się dyrektor na posiedze­
niu Wojewódzkiego Komitetu Partii, by w centrum Krakowa
Mówiłem o tym jąkaniu. Strasznie mnie peszyło, dysk­
działał prywaciarz. Wyrzucili nas z dnia na dzień, nawet bez
walifikowało w towarzystwie. Musiałem to jakoś odreagowy­
wcześniejszego wymówienia. Później je dostałem. Powód
wać, więc zacząłem uprawiać taternictwo, wspinaczkę. Chodzi­
wskazano prosty - kicze. W i ę c ja wysłałem 36 odwołań, do К С ,
łem na długie wycieczki, wtedy namiotu nie miałem, spało się
do Ministerstwa, też do Ciebie. Na szczęście miałem fotografie
na kocu w worku na mole. To mnie dowartościowywało, a przy
i rachunki za sprzedane rzeczy z muzeów etnograficznych,
tym zacząłem poznawać różnych ludzi, ludowych rzeźbiarzy.
w tym ze Szwecji. No i po 4 miesiącach wróciliśmy...
Zafascynowali mnie, taki Piotr Dymurski... robił i Chrystusa
Cepelia nie mogła Cię lubić, wchodziłeś
im w drogę.
i Lenina, ale sprzedawał w dwóch różnych cenach. Jakbym
Przypomnij sobie historię z Malikiem, odebrałeś im dostawcę.
mógł tyle samo za nich brać! - zarzekał się. Dodam, że za
Ja? Oni od tego Malika chcieli tylko żubry. By i m je masowo
Lenina brał dużo mniej.
To znaczy kiedy?
Urodziłem się w 1941 r. w Krakowie. W młodości całJ
miesiące spędzałem na wsi, w poszanowaniu tradycji, w szacun.
ku dla chłopów. Kiedy w niedzielę szliśmy do kościoła, to dzieci
zawsze boso. Buty się wkładało dopiero przed wejściem. A szła
cała wataha, ze 20 chłopców i dziewcząt, ponieważ mami
z ciocią brały na wakacje dzieci z całej rodziny, do tego jeszcze
kilkoro sierot. Matka uważała, że czyste powietrze, to zdrowie,
i zwłaszcza mnie dobrze robi. W dzieciństwie bowiem ciężko
odchorowałem przestrach. Aby oduczyć zbliżania się do ognią!
służąca wsadziła mi głowę do pieca! Przez kilka dni w ogóle щ
mówiłem; potem zacząłem się okropnie j ą k a ć . Matka uważała
że powinienem mieć dłuższe wakacje, i j u ż w maju wyjeżdżaliśmy na wieś. Trzy dni pakowało się garnki do koszy z wikliny,
później jechało furmanką, rzadziej powozem - do Myślenic
bądź Rabki. Stawaliśmy przy ozdobionych kwiatami kaplicz­
kach, przejmował mnie wzruszeniem widok ludzi modlących
się przed świętymi figurami. Później, gdy j u ż s t u d i o w a ł e ś
ekonomię pomagałem rodzicom prowadzić kram w Sukien-'
nicach. Do momentu, bo to był dosłownie moment, wyrzucenia;
nas stamtąd. Weszło M H D . Wszystkie kramy upaństwowiono,
nam dano sklep na Grodzkiej. Ale nie na długo, prywaciarzy
tępiono. Był to rok 1953. Przyszły ciężkie lata. Po „odwilży"
w 1957 r. pozwolono nam wrócić do Sukiennic. Przez dobry roi
nie stać nas było nawet na masło.

...
Sklep „Olimp'
grzy ulicy
Sw. Tomasza

104

w

dostarczał, zawsze takie same. A on lubił i chciał rzeźbić coś
innego. Dziewczyny, ułanów, tematy patriotyczne. Przyszedł do
mnie, pokazuje żubry. Pytam, czy nie ma czegoś innego. Ma,
wyjmuje zawstydzony, uczciwie dodaje, że tych rzeźb w Cepelii
nie chciano. A były wspaniałe! To mu dałem dłuta, zachęciłem
do pracy. Poczuł się artystą, i tak jak prawdziwy artysta
przyprowadził sobie modelkę do pracowni. Nawet jej nie
rozbierał, ale tam w Rybnej zawrzało, rodzina się na niego
pogniewała, omal nie popełnił z tej złości największego głupst­
wa. Na szczęście przyjechałem, gdy tak siedział na strychu,
pomstując, „Zemrę, zemrę na złość tym k . . . "
Dawniej jeździłeś do rzeźbiarzy, do Paszyna, a czy teraz nie
ma już do kogo się udać?
A no coraz z tym gorzej, bo to i dawni mistrzowie wymierają,
a nowi... niewielu ciekawych, a może najważniejsze w tym
- weszły w życie zarządzenia zabijające wszelką twórczość.
Dobre może dla rzemiosła, dla dostawców m a s ó w e k do Cepelii,
ale nie dla autentycznych artystów. Chodzi o to, że rzeźba nie
może być za droga, bo jej nikt nie kupi. Ale aby dostać
zwolnienie z V A T - u trzeba udać się do Cepelii, dać na komisję
wzór, zapłacić 300.000 dawnych złotych, no i po komisji
odebrać decyzję. Tymczasem mój rzeźbiarz nie chce trzepać św.
Franciszków, każdy w tej samej pozie, o identycznej wysokości,
on chce teraz zrobić św. Antoniego, albo Matkę Boską, albo
jakiegoś króla, no i na każdą nową, czy trochę inną rzeźbkę musi
się starać o certyfikat. Jechać do Krakowa, czy Lublina, prosić,
pisać podanie, a wiesz jak to lubią. Ciekaw jestem, czy
Ministerstwo Kultury wie o tym zarządzeniu Ministra Finan­
sów?
Wie, wie, to przecież Z resortu kultury pochodzi ten wniosek.
Po prostu nie pomyśleli o twórcach, dbając o czystość
wzorów
rękodzielniczych.
Dobrze, że nie zdążyło to już dotknąć Gaw­
łowej... Ale skoro mówimy o Gawłowej, jak ją
odkryłeś?
To nic ja, to Mieczysław Górowski j ą odkrył. Poszukiwał
w podkrakowskich wsiach skrzyń ludowych, no i zaszedł do
pani Katarzyny. Skrzynia stała na glinianym klepisku, ale
ważniejsze było to, co zobaczył na ścianie: namalowane Niebo.
Powiedział o tym Stefanowi Dousie i mnie. Pojechaliśmy we
trójkę. Gawłowa pieliła marchewkę, z trudem, była stara, gruba,
niedołężna. Zapytałem, ile za tę marchew zarobi? Dałem jej
znacznie więcej, stałą pensję, aby zamiast się męczyć malowała.
Była szczęśliwa. Obrazki kupowałem od niej, dowoziłem, przez
długi czas codziennie - jedzenie, kartony, dyktę, farby. Kiedy
przyjeżdżałem z ważnym gościem, zabierałem z domu już

I

105

�wcześniej kupione obrazy. Ona sprzedawała je drugi raz.
Bawiło mnie to. Naprawdę, bardzo ją lubiłem. A kiedy
wracałem z obrazami zahaczałem po drodze o muzeum i zo­
stawiałem i m , oczywiście w prezencie, kilka. Tak też robiłem
wracając ze wsi od rzeźbiarzy, czy innych twórców.
Tak więc Gawlowa była u ciebie na pensji?
Ale ona była przekonana, że jej to państwo daje. Ministerst­
wo. To j ą dowartościowywało, pojmujesz jaka dumna była
z tego.
A kiedy kupiłeś tę ruderę na św. Tomasza?
Rudera? Ona mnie zachwyciła. Cały ten zaułek jest taki
romantyczny, czuje się w nim nawarstwienie czasu, wydarzeń.
Nawet mi na myśl nie przyszło, że właściciel przez 10 lat szukał
nabywcy, gotów to za grosze sprzedać. Przecież nie stać go było
nawet na rozbiórkę. A ja, jak się dowiedziałem, że j ą chcą
burzyć, a właściciel gotów sprzedać, pojechałem do niego,
kupiłem. Pewnie, że z tym masa kłopotów, skarbonka bez dna,
powoli j ą remontuję, najpierw piwnice (jedna jeszcze z kamie­
nia wapiennego!) później ratowanie murów, podbijanie. Ale
Andrzej Majewski zasugerował m i , żeby j u ż teraz otworzyć
w niej galerię sztuki naiwnej, a w piwnicy urządzać ciekawe
imprezy. I j u ż to wrosło w życie Krakowa.
Co zarabia na Twoje zainteresowania i działania ?
„ S k a r b i e c " i „ O l i m p " - sklep sportowy. Ten obok, w wyna­
jętym lokalu. Zastanawialiśmy się z Basią [żona], jak go
urządzić. Mówili - wyrzuć tę klepkę drewnianą, ale dla mnie to
było bardzo ważne, że ta klepka jest. Jedna z ostatnich
w mieście. Ponieważ dawniej była tam rozlewnia soków i piwa,
końmi wjeżdżano do środka. Przeżyję, że coś się zniszczy, ale
sam nie wyrzucę staroci, to nie w moim charakterze. Ta klepka
nasunęła nam pomysł, by w urządzeniu sklepu wykorzystać
belki, powałę, drzwi z chałupy, słomę, drzewo i glinę. Zacząłem
łączyć materiały naturalne ze szkłem, niklem, plastikiem. Basia
wymyśliła przebieralnie zamykane starymi drzwiami, powoli
krok za krokiem urządzaliśmy to wnętrze. Trzeba go było czymś
ogrzewać, pojawił się więc wielki piec z okapem, sagi drewna
na opał. Na ścianach powiesiłem najpiękniejsze stare kapliczki,
jedną - słupową, postawiłem na środku. Lady kazałem zrobić
z drewna. Nikt nie wierzył, że to się uda, połączenie „ e k o l o g i i "
ze sklepem i sportem. Ale ludzie zaczęli tu przychodzić,
fotografują się na tle sklepu (zwykle tam stawiamy jakąś
kolaskę, czy sanie), w jego wnętrzu. Jakoś to wspólnie żyje,
różnokolorowe narty z plastikami, sportowa odzież, drewno ze
starych chałup, strzecha, piec, kapliczki i plexiglas.
A winiarnia, sklep ,,Pod
Aniołami"?
To też z przekory. T u ci mówią - nie dawać alkoholu, to j a
pomyślałem, właśnie zrobię winiarnię, ale z kulturą, wdziękiem.
A w sklepie dam wino, a do niego dobre sery, wędliny. Przez rok
sporo do tego sklepu dokładałem, ale teraz ma j u ż swoją markę,
klientelę. Udało mi się znaleźć piekarza, który robił chleb, tak
jak dawniej, bez różnych chemicznych dodatków. Więc przy­
wozi mi takie, jak przed wojną „ k u k i e ł k i " , tak się te bułki
nazywały, rozkrawało sieje na pół, wzdłuż, i wsadzało wędlinę.
Okazuje się, że ciasto wyrabiane w dzieży ma inny smak, niż
z metalowych mieszadeł. Tu wszystko się łączy, drzewo ma
duże znaczenie. Wędlinę mam też taką, jak się niegdyś robiło,
z Nowej Wsi Szlacheckiej.
Ocalasz ,,ginące
zawody"?
Żebyś wiedział! Masarzy jest jeszcze wielu, ale piekarza
z trudem, i przypadkiem znalazłem. Nigdy nie ukrywałem
wynalezionych rzeźbiarzy, podawałem ich adres zainteresowa­
nym, ale tego piekarza utrzymuję w tajemnicy, żeby mi go kto
nie podkupił, nie zepsuł. To j u ż chyba ostatni...
A teraz, gdy mam taki chleb, podpłomyki, oscypki (nie
fałszowane), sery, wędliny - to i lada musi być odpowiednia,
cały wystrój. Stąd ta wspaniała szafa śląska, półka góralska.
No, a teraz pomyśl. Mam ten sklep, a pod nim cztery piwnice
czternastowieczne. W jednej absolutna rzadość, jedyny w Kra­
kowie drewniany słup konstrukcyjny z przed 1300 roku. Dwie
piwnice jak ustalił konserwator, z 1340 roku. Zawalone były
gruzem, ale i fragmentami dawnego wyposażenia, naczyniami
do picia miodu, bo kiedyś były tu miodosytnie. A i tokaj pewnie
sprzedawali, może i piwo, bo były wówczas w powszechnym

106

użyciu. No to było dla mnie oczywiste, że trzeba tym piwnico*
przywrócić życie, urządzić tak, by miały autentyczną atmosfen]
Szanuję więc to, co jest, wprowadzam stoły, ławy, prza
„ m o i c h " górali robione; beczki, w ostatniej chwili ocalone!
właśnie je rozbijano, przeznaczano na złom. PrzypadkieJ
zatrzymałem na ulicy taki transport, kupiłem, kilka udało si(
wyremontować. Te gliniane dzbany, karafy, naczynia, które tal
oglądasz, to z X V I I wieku. Z całego świata je przywożę;
z Włoch, a te ciężkie z Meksyku. Przecież dawniej transport
towano w nich oliwę, z Italii, Hiszpanii. Na ścianach chcę
powiesić kobierce. Musi to być taki nastrój, żeby się nie czufl
sztuczności, maskarady. Żaden Disneyland, ale poczucie, że taj
być tu musi, że sprzęty, naczynia, dobre trunki - wszystko je*
na właściwym, na swoim miejscu.
Powiedz mi jeszcze o twojej idei skansenu. Jest mi bardu
bliska, pisałem nawet o tym, że konieczne jest
ożywieni
skansenów, zdjęcie z nich tej potwornej martwoty. Ale prztstałem wierzyć, że to w państwowych
muzeach się uda, dlategi
tak bardzo bym pragnął, żebyś Ty to zrealizował, pokazał, ś
można, i jak można ocalić przeszłość, ożywiając ją i wprowadza­
jąc w nurt życia.
Miałem j u ż wybrane miejsce, śliczną chałupę, tuż przj
drodze, ale nie starcza mi środków na tę realizację. Szukani
innego miejsca. To musi być przy wielkiej arterii komunikacyj­
nej. Przeniosę tam parę chałup. Zrobi się zajazd, jak dawny
kilka pokoi noclegowych, świetną restaurację, obok kuźnie.
Może będą tam koronczarki, może snycerze, rzeźbiarze. Żywj
pokaz rękodzieła, praca dla wybitnych artystów, i sprzedaż,
kontakt bezpośredni, rzeźbiarz-klient. To musi żyć, samofinan­
sować się. Tak jak w Grinzingu, pod Wiedniem. Trochę jak
w Sztokholmie. Zresztą wiesz to dobrze, byłeś przecież w takicl
miejscach na świecie. Tylko że u mnie to, co autentyczne, takim
zostanie, oto bądź spokojny!

Najdawniejsze pieśni taneczne
Tadeusz Peiper
Drogi Aleksandrze,
przeczytałem
Peipera wywód o najdawniejszych pieśniach tanecznych z prawdziwą przyjemnością.
To b.
ciekawe świadectwo tego, ile i jakich refleksji może u poety, obdarzonego wyobraźnią i wrażliwością
wywołać
skromny tekst piosenki. O samej piosence jest tu bardzo mało (interpretacje symboliki wydają się trafne),
natomiast dokument pewnego sposobu czytania, odbioru, interpretowania (hipotetycznego wielce i nie
troszczącego się zbytnio o weryfikowalność)
- to jest ciekawe. To przyczynek do tematu „folklor w odbiorze
obcych'', obcych środowiskowo, ale życzliwie zainteresowanych i szukających inspiracji. Mających
wrażliwość.
Gdybyś się decydował to ogłosić sugerowałbym 1) pewne skróty, 2) wyeksponowanie historycznego charakteru
tej wypowiedzi, 3) podkreślenie jakoś, że to dokument nie badań nad pieśnią ludową, lecz pewnego sposobu jej
percypowania i komentowania.
Ściskam Twoją dłoń dobrze myśląc o Tobie (i piśmie)
Jerzy

[Bartmiński]

Ob. Aleksander Jackowski
W sprawie mojego drugiego artykułu („Pieśń od Sandomierza") bardzo proszę o pocztówkę: czy Pan artykuł
otrzymał? czy zgadza się Pan na tytuł ogólny obu artykułów? czy artykuł poszedł już do drukarni, ewent. kiedy (w
granicach przewidywań dopuszczalnych) może pójść do drukarni? Ostatnie pytania mają da mnie ważność
o tyle, że chciałbym zrobić korektę, a we wrześniu wyjadę.
Pozdrawiam
Tadeusz Peiper
13 sierpnia 1952
Warszawa
Wołowska 82-86 m 124

Pieśń znad Warty
Nie chcę tego zabytku wyróżniać z góry słowami czci,
a pragnąłbym przygotować czytelnika na zabytkowość czcigod­
ną. Nie chcę z góry charakteryzować analizy, j a k ą prze­
prowadzę, a pragnąłbym nastroić czytelnika na cierpliwość. Jak
wybrnąć z tego kłopotu?
Może wystarcza to, że go wyznałem. Może j u ż dwoma zdaniami
wstępu osiągnąłem tyle, ile bym osiągnął wstępem rozszerzo­
nym. Chciałbym, żeby tak było. Czytelniku! zdobądź się na
cierpliwość w poznawaniu niezwykłego okazu odległej dawności.

Winiarnia przy ul. Grodzkiej

!• W zbiorze pieśni, wydanym w r. 1836 przez K. Wł.
Wójcickiego, czytamy pieśń, o której autor zbioru napisał tylko
tyle, że pochodzi znad Warty.
Przepisuję:
Ziele rozmara, parobcy,
ziele rozmara
Zaleca się w tej Luboni
lada niezdara.
A ziele ruta, parobcy,
a ziele ruta.
W tej Luboni parobczyska
jeno ich buta.
Kiedy idą do taneczka,
to się chybają.
Czy od buty, czy od pychy,
czy w czubie mają.

Wystarcza zwrotki te przeczytać, by wyczuć ich starodawność. Wieje ona ku nam z mroków zalegających zdania
niedokończone, z ciemności związków między zdaniem a zda­
niem, z zagadkowości połączeń między zwrotką a zwrotką, ze
słów, w których obok starego chybają się widzimy zupełnie
nowe taniec, taneczek.
A cóż ta starodawna pieśń znaczy? Jaka jest treść jej zwrotek?
Jaka jest treść jej całości? W czym tkwi linia myślowa, wokół
której przebiegają słowa?
Nie sposób odpowiedzieć na to inaczej, jak tylko przez
szczegółowe i uważne rozpatrzenie tekstu.
2. Ziele rozmara, parobcy, ziele rozmara... A ziele ruta,
parobcy, a ziele ruta...
Dziwna jest budowa tych zdań. Nie mają orzeczenia, ale brak
ten nie jest tutaj taki, jaki znamy z innego rodzaju zdań
bezorzeczeniowych. Czujemy tu coś z mowy pradawnej.
Wmyślmy się w te zdania i domyślajmy się. Dziewczęta,
skierowując do chłopców śpiew o rozmarynie i rucie, nie
kończyły zdań, bo zapewne zioła te chłopocom ukazywały.
Dokończeniem zdania był ruch: powabne wzniesienie ramion
i ukazywanie zioła trzymanego w ręce. Ten to ruch jest
orzeczeniem zdania. Gdyby zdanie miało b y ć pełne, brzmiałoby
tak: oto mamy zioła rozmarynu, oto mamy zioła ruty, wznosimy
je w górę, wznosimy je ku wam, patrzcie!
W czasach pradawnych i w czasach bardzo dawnych mło­
dzieńcy dobrze wiedzieli, co oznaczał ów zaadresowany do nich

107

�</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
