<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="10714" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/show/10714?output=omeka-xml" accessDate="2026-09-26T15:59:47+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="10692">
      <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/878d92ed5c971f7b696c52519d5559fc.pdf</src>
      <authentication>49422e94f3af4481f00a994020ec4031</authentication>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="3">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="25235">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <itemType itemTypeId="1">
    <name>Text</name>
    <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
  </itemType>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="46">
          <name>Relation</name>
          <description>A related resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127748">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5323</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="47">
          <name>Rights</name>
          <description>Information about rights held in and over the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127749">
              <text>Licencja PIA</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127750">
              <text>2003</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="49">
          <name>Subject</name>
          <description>The topic of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127751">
              <text>pamięć - aspekt antropologiczny</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127752">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4944</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127753">
              <text>Czarna skrzynka/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="41">
          <name>Description</name>
          <description>An account of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127754">
              <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4; s.</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127755">
              <text>Czaja, Dariusz</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127756">
              <text>pol</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127757">
              <text>Instytut Sztuki PAN</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="42">
          <name>Format</name>
          <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127758">
              <text>application/pdf</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
    <elementSet elementSetId="4">
      <name>PDF Text</name>
      <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="52">
          <name>Text</name>
          <description/>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="127759">
              <text>DARIUSZ

"X '% T T ie lk a jest potęga pamięci. Trwogą przejmu\ X / je, Boże mój, to niezgłębione, nieskończo11W
ne bogactw o”.1 To jedna z kilku olśniewa­
jących intuicji, które św. Augustyn umieszcza w księ­
dze dziesiątej swoich Wyznań. W tych niewczesnych,
w nietzscheańskim rozumieniu, rozważaniach o pa­
mięci, pojawia się jeszcze i taka jej charakterystyka:
„Tajemnicza to dziedzina, niezmierzona. Któż jej dna
dotknął? A przecież jest to m oc mojego ducha, nale­

CZAJA

Czarna skrzynka.
O idei pamięci
absolutnej

żąca do mojej natury. O to sam nie mogę ogarnąć te­
go wszystkiego, czym jestem !”2 Dziwne to i enigma­
tyczne wypowiedzi. Cóż takiego bowiem nadzwyczaj­
z kościelną amboną. Oswojony naukowo fenomen pa­
mięci nie przyprawia już o metafizyczne dreszcze.

nego jest w pamięci, że godzi się, by nazwać ją potęż­
ną? Do czego, do jakich jej właściwości, ten przymiot­
nik miałby się bliżej odnosić? I z jakich powodów bu­
dzi w nas trwogę? Dlaczego o zasobach pam ięci po­
wiada się, że są nieskończone i że nie da się ich zgłę­
bić? Dlaczego pam ięć ludzka, ta naturalna, ja k zwy­
kliśmy m niem ać, oczywista, wrodzona dyspozycja
umysłu (w dawnych czasach duszą zwanego), miałaby
być źródłem aż tak kategorycznych kwalifikacji? Czyż­

Funes i Thompson
Pójdźmy jeszcze chwilę augustyńskim tropem. Czy
rzeczywiście tak jest, że pamięć przestała już zadziwiać?
Czy nic, co z pamięcią związane, już nas nie przejmuje
trwogą? Weźmy dwa kontradykcyjne przykłady, w któ­
rych nauka zaskakująco spotyka się z literaturą, przypo­
mnijmy dwie emblematyczne postacie naszej współcze­
sności. Oto Ireneo Funes z pamiętnego, nomen omen,
opowiadania Borgesa Pamiętliwy Funes (może warto by
w końcu poprawić ten absurdalny polski tytuł; przymiot­
nik „pamiętliwy” w żaden sposób nie oddaje przymiotów
umysłu borgesowskiego bohatera), postać, która w tak
nadzwyczajnie dokładny sposób przypomina sławnego
mnemonistę Szereszewskiego, jednego z pacjentów psy­
chologa Aleksandra Łurii, że już nie wiadomo kto tu jest
czyją kopią. Na skutek nieszczęśliwego wypadku Funes

by chodziło tu po prostu o fenom en niezwykłej pa­
mięci, o wcale liczne historyczne przykłady ludzi ob­
darzonych przepastną pamięcią? A le i taka pamięć,
ch o ć dla większości niedostępna, ma jakieś granice
wyporności. Chyba więc nie o to idzie. W ydaje się, że
św. Augustyn zgłębiając naturę pam ięci ma na myśli
coś innego, coś, dodajmy, znacznie głębszego i bar­
dziej fundamentalnego niż talenty m nem otechniczne
czy szlachetna i skądinąd pożyteczna ars m nemónica.
Ze współczesnej perspektywy powyższe wątpliwości
muszą brzmieć tym bardziej anachronicznie, a może na­
wet nieco zabawnie. Wiemy doskonale, że w ostatnim
czasie pamięć poddana została wielostronnym badaniom
empirycznym. Poznaliśmy już nieźle fizjologię i psycholo­
gię pamięci; wyspecyfikowano i precyzyjne opisano różne
jej rodzaje; prześwietlono dokładnie mechanikę zapamię­
tywania, co umożliwiło opracowanie metod usprawnienia
pamięci, czynienia jej bardziej wydajną. Wszystko to zda­
je się nie pozostawiać wątpliwości, że przedmiot rozmy­
ślań św. Augustyna nie jest już dla nas poważniejszą zagad­
ką, tajemnicą wprawiającą w bojaźń i drżenie. W odcza­
rowanym świecie odczarowana została też pamięć. Irytu­
jące zwłaszcza muszą wydawać się jego supozycje, jakoby
pamięć była niezmierzona, niczym nieograniczona, że
niewątpliwie mieszka w naszych głowach, a przecież ja­
koś poza nie wykracza. My już wiemy, że pamięć mieści
się w dobrze zlokalizowanych obszarach mózgu okolone­
go skorupą czaszki, toteż mówienie o jej jakimś bliżej nie­
określonym eterycznym statusie bytowym wydaje się cał­
kiem nie na miejscu. Nie wymaga też, jak sądzę, poważ­
niejszych komentarzy jawny teocentryzm rozważań św.
Augustyna, który tak ostentacyjnie nie licuje ze scjentyficznym duchem współczesnej naukowej refleksji nad pa­
mięcią. Empirycznie zorientowana nauka nie potrzebuje
już teologicznych protez, nie mieszamy już, pod groźbą
środowiskowego ostracyzmu, katedry uniwersyteckiej

nabywa niewiarygodnej zdolności: jego pamięć odnoto­
wuje absolutnie wszystko, co weszło w pole jej rażenia.
Każde, nawet najbardziej błahe zdarzenie zostaje natych­
miast zapisane w pamięci i bezbłędnie później odtwarza­
ne: „Znał kształty południowych chmur o świcie dnia
trzydziestego kwietnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego
drugiego roku i mógł porównać je ze wspomnieniem ży­
łek na okładce książki, którą widział raz tylko, i z kształ­
tem spienionych fal, które wzbudziło wiosło na rzece Rio
Negro w przeddzień bitwy pod Quebracho. (...) Funes
pamiętał nie tylko każdy liść każdego drzewa w każdym
znanym mu lesie, ale pamiętał także osobno wszystkie ra­
zy, kiedy go oglądał albo go sobie wyobrażał”.3 Cud arcypamięci. Pamięć przypomina tu jakąś gigantyczną i nie­
zniszczalną taśmę filmową, na której zapisane zostaje
wszystko, co było udziałem jej właściciela i autora. Ale
życie z taką pamięcią to nieustanna udręka. Rzeczywi­
stość jawi się jej bowiem w poetyce rosnącego nieustan­
nie nadmiaru. Jednakże mnogość zapamiętanych rzeczy
i zdarzeń nie znajduje prostego przełożenia na poziom re­
fleksji pozwalającej ów przeładowany świat nazwać, poklasyfikować i - ostatecznie - zrozumieć. Hipertrofia pa­
mięci daje w efekcie ogromniejący z dnia na dzień egzy­
stencjalny horror.

71

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

Thompson przeciwnie: funkcjonuje w świecie całko­
witej, przez siebie prokurowanej, iluzji. W świecie, który
z punktu widzenia „normalnej” percepcji jest doskonale
nierzeczywisty. Nie wie on, kim jest. Swoje biografie
zmienia jak rękawiczki, w zależności od sytuacji może
być dosłownie każdym. Uczestniczy na równych pra­
wach w licznych - wyraźnie rozpoznawalny syndrom Zeliga z filmu Woody Allena - skonstruowanych przez sie­
bie tożsamościach. Od życia oddziela go skutecznie ścia­
na improwizowanych a vista fantazmatycznych fabuł.
Tak źle i tak niedobrze. Totalna pamięć wyostrza
wzrok, totalna amnezja pogrąża w ciemności. Ale skraj­
ności, jak nietrudno się domyślić, zbiegają się w jednym
punkcie: zarówno pierwsza, jak i druga finalnie oddala­
ją od rzeczywistości, choć każda czyni to w inny sposób.
Ich alienujące skutki są aż nadto widoczne. W rzeczy
samej, tak nadmiar pamięci, jak i przeciwna jej wartość
brzegowa, amnezja, przejmują nas trwogą...
Zdawać by się mogło, że niedaleko jesteśmy od in ­
tuicji augustyńskich. Ale złudne to podobieństwo. Św.
Augustyn odnosi swoje rozważania, nie ma tu żadnej
Z kolei, William Thompson, cierpiący na chorobę
Korsakowa p acjent doktora Olivera Sacksa, nie pamię­
ta nic. Ściślej: wszystko to, co dociera do jego pamięci,
niemal natychmiast zostaje zapomniane: „Nie pamię­
tał niczego dłużej niż kilka sekund. Cały czas był w sta­
nie całkowitej dezorientacji. O tchłanie amnezji otwie­
rały się pod nim nieustannie, ale prędko przerzucał nad

wątpliwości, najwyraźniej do pamięci normalnej (co­
kolwiek to znaczy), do pamięci (prawie) każdego z nas,
nie zaś do przypadków wyjątkowych, którymi zajmują
się psychiatrzy. Zwyczajna zaś, sprawnie funkcjonująca
pamięć jednostkowa - w życiu codziennym przyjmo­
wana z dobrodziejstwem inwentarza, a z punktu wi­
dzenia nauk biochemicznych poznawczo roztajemni-

nimi mosty konfabulacji i najrozmaitszych fikcji. Dla
niego nie były to fikcje, ale rzeczywistość - tak to wi­
dział, tak to interpretował. Nie mógł przyjąć do wiado­
mości, że ta rzeczywistość jest skrajnie zmienna i cha­
otyczna, i stąd ta dziwaczna, deliryczna konsekwencja,
spójność stwarzanych bez końca, nieświadomych, bły­
skawicznych improwizacji - z których powstawał świat
baśni z tysiąca i jednej nocy, fantasmagoria, sen, pełen
wciąż zmieniających się ludzi, postaci, sytuacji - bezu­
stanny kalejdoskop przemian”.4 Tutaj, taśma pamięci,
by pozostać przy wprowadzonej metaforyce, zrywa się
nieustannie. Efektem jest zapełnianie luk w pamięci
coraz to nowymi opowieściami, które tworzą pozór rze­
czywistego i sensownego świata. W tym przypadku pa­
mięciowemu światu nie brakuje ciągłości. Przeciwnie:
jest jej w nadmiarze. Tyle że nie jest to ciągłość jednej
fabuły, która służyłaby nadaniu spoistości i logiki róż­
nym wątkom biografii, ale niekończąca się seria we­
wnętrznie koherentnych fabuł, których nadmiar wsze­
lako owocuje całkowitą dystrakcją osobowości.
Funes mieszka w świecie pojedynczych rzeczy i zda­
rzeń nieskażonych żadną myślą abstrakcyjną. Tkwi
w świecie hiperrzeczywistym. M a co prawda pełną
świadomość własnej tożsamości, ale w świecie, w któ­
rym istnieją wyłącznie różnice, nie sposób żyć. Jest tak
i dlatego, że pamięć, by umożliwiała codzienne działa­
nie, aby po prostu pozwalała normalnie funkcjonować,
musi być pamięcią selektywną, pamięcią, w którą - pa­
radoksalnie - immanentnie wpisane jest zapomnienie.

czona (jeśli nie zupełnie, to zakładamy, że to tylko
kwestia czasu) - wydaje się obecnie pozbawiona misteryjnej aury, nie mówiąc o tym, że nie wzbudza w nas
żadnych poważniejszych lęków.
Jedyne bodaj zagrożenia, jakie dostrzega się dzisiaj
w odniesieniu do pamięci, dotyczą szczególnych, ul­
tranowoczesnych form jej gromadzenia, o których jak to filozofom - św. Augustynowi się nie śniło. C ho­
dzi oczywiście o Internet, o World W ide W eb, który
zaczyna pełnić współcześnie funkcje niegdysiejszych
kompendiów czy encyklopedii. Jednakże kłopot z wie­
dzą internetową polega na tym, że podczas gdy te
ostatnie oferowały wiedzę już przefiltrowaną, ekstrakt
tego, co wiemy i wiedzieć powinniśmy, to wypchane
do granic możliwości strony internetowe zawierają
nieuporządkowaną, niepoddaną sensownej selekcji in ­
formację. Metodycznie poklasyfikowana wiedza ency­
klopedyczna zamienia się tu w chaotyczny śmietnik.
Zgrabnie ujmuje tę kwestię Um berto Eco, wzywając
przy okazji, wcale nie nadaremno, imię bohatera sław­
nego opowiadania Borgesa: „Wyobraźmy sobie, ze szu­
kam inform acji na tem at uprawy kawy. Kiedy zapyta­
my o kawę Yahoo, ta przeglądarka zaproponuje przefiltrowane (właściwe słowo, na właściwym m iejscu!) in ­
formacje o wszystkich stronach, na których mówi się
o kawie w sposób naukowy. N atom iast Altavista poda
listę czternastu milionów stron, na których występuje
słowo ‘kawa’. Jednak przyszłość należy raczej do pro­
gramu takiego jak Altavista, a nie jak Yahoo, a nasze

72

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

ich nazwy, a z czasem uzupełniał je geertzowskim gę­
stym opisem, tak by bez trudu domyślić się w przyszło­
ści ich właściwej funkcji i przeznaczenia. Natomiast
mało kto chyba przypomina sobie, że znużony małą
skutecznością stosowanych środków zapragnął on zbu­
dować maszynę pamięci: „Mechanizm ten miał pole­
gać na możliwości powtarzania co rano od początku
do końca wszystkich wiadomości nabytych w ciągu ży­
cia; wyobrażał sobie to jako olbrzymi obrotowy słow­
nik, którego ruchem kierowałby ktoś umieszczony na
osi, za pomocą korby, tak żeby w ciągu kilku godzin
mogły przesuwać się przed jego oczami pojęcia najbar­
dziej potrzebne do życia”.6 Bohater Marqueza miał już
wypełnione czternaście tysięcy fiszek, kiedy szczęśliwie
pojawił się Cygan Melquiades z cudowną miksturą
przywracającą pamięć, dzięki czemu można było po­
rzucić myśli o nowym wynalazku. M antrujący o poran­
ku bęben wiedzy i pamięci nie został zbudowany.
Kultura zachodnia nigdy jednak nie rezygnowała
z konstruowania tego typu „mechanizmów”. W ciągu
swych dziejów dopracowała się kilku istotnych „urzą­
dzeń” do zapamiętywania, naturalnie daleko bardziej
wyrafinowanych od chałupniczej inwencji bohatera Stu
lat, choć zamysł, który stał u ich początków, był niewąt­
pliwie ten sam: ocalić przeszłość, spetryfikować upływa­
jący czas. Niewątpliwie do najważniejszych należy idea
wszechwiedzącej Księgi i bliska jej idea wszystkoobejmującej Biblioteki. Niewykluczone, że właśnie z tej totalizującej tendencji reprezentowanej przez obydwie te
idee narodziło się kilka kulturowych wynalazków kon­
tynuujących ową ideę Całości: słow nik zbierający
wszystkie słowa używane w danym języku, archiwum,
którego zadaniem było deponowanie wszystkich doku­

społeczeństwo przygotowuje się do posiadania elektro­
nicznej głowy skonstruowanej tak jak głowa Funesa, el
mem orioso. Bowiem niemożność filtrowania to nie­
możność odrzucania. D la mnie czternaście milionów
stron to tak, jakbym nie miał ani jednej, ponieważ nie
jestem w stanie wybrać żadnej z nich. W przyszłości
przytłoczy mnie pamięć o wszystkim, co kiedykolwiek
powiedziano o kawie. Rozszerzyliśmy nasze możliwości
gromadzenia pamięci, ale nie znaleźliśmy jeszcze no­
wego sposobu filtrowania”.5
„Wielka jest potęga pamięci. Trwogą przejmuje,
Boże mój, to niezgłębione, nieskończone bogactwo” mógłby w tym miejscu powtórzyć za św. Augustynem
Eco, gdyby się po drodze tym „Boże m ój” nie udławił.
Rysuje włoski semiotyk dość ponurą wizję przyszłości,
w której system W W W (może jego polski odpowied­
nik powinien brzmieć: W ielki Wszechświatowy Łeb)
obdarzony dysfunkcjonalną pamięcią biednego Fune­
sa zapanuje nad naszym życiem, czyniąc je nie do znie­
sienia. Przywalą nas góry nieuporządkowanej i w grun­
cie rzeczy bezwartościowej informacji. Pamięć, ta bło­
gosławiona i życiodajna władza, stanie się przekleń­
stwem. Pajęcze m acki oblepiającej wszystko Sieci za­
tryumfują. I tak skończy się świat. Nie hukiem, ale po­
wszechnym jękiem z powodu nadmiaru nikomu niepo­
trzebnej hiperpamięci.
Niezależnie od tego, czy Eco ma rację, czy to apoka­
liptyczne proroctwo ma szanse spełnienia, czy też społe­
czeństwo współczesne wyprodukuje wcześniej stosowne
anatoksyny, widać wyraźnie, że w tym ujęciu problem
pamięci postrzegany jest nade wszystko od strony tech­
nicznej. W dalszej części wywodu zastanawia się Eco
nad ciekawą skądinąd kwestią trwałości nośników, na
których zapisywana jest współczesna wiedza, pyta jak
długo przetrwać mogą książki produkowane z obliczone­
go na krótki żywot współczesnego papieru, jak długo bę­
dziemy jeszcze mogli korzystać z zapisu mikrofilmowego
czy magnetycznego. Ale i tu poruszamy się na poziomie
technologii pamięci, a nie postawionej tak otwarcie
przez św. Augustyna kwestii metafizyki pamięci. Czym
jest ta dziwna i tajemnicza jakość naszego umysłu, która
jest niezmierzona i której dna nie można dosięgnąć? Ja ­
ki jest jej ontologiczny status? Na te kwestie Eco nie od­
powiada. Nie odpowiada, po pierwsze dlatego, że nic go
do tego nie obliguje, a po drugie, że jego myśl porusza się
po trajektoriach wyznaczonych przez współczesny prag­
matyzm. Wszelako wartość jego wypowiedzi tkwi dla nas
w tym, że precyzyjnie anonsuje ona główny temat tych
rozważań: ideę pamięci absolutnej.

mentów ważnych dla danej zbiorowości, encyklopedia,
która miała być nieustannie uaktualnianym magazy­
nem całościowej wiedzy o świecie i komputer dysponu­
jący niedającą się z niczym porównać mocą pamięci.
Chciałbym tu zastanowić się krótko nad kulturo­
wym sensem idei archiwum i idei encyklopedii. By
nieco skomplikować sprawę, nie przywołuję przykła­
dów owych instytucji znanych nam z historycznych re­
alizacji czy zgoła z autopsji, ale chciałbym bliżej przyj­
rzeć się dwóm literackim ekspresjom, które w dość
nieoczekiwany i niezwykły sposób rozwijają możliwo­
ści tkwiące w obydwu ideach. Cel jest oczywisty: przy
ich pomocy chciałbym oświetlić augustyńską naukę
o pamięci, z kolei ta ostatnia pozwoli na dopisanie in ­
teresującego kontekstu do literackiej fikcji.
Zajrzyjmy najpierw do pewnego ponurego archiwum.
Bohaterem powieści Jose Saramago Wszystkie imion a , podobnie jak paru innych jego utworów, jest po­
stać bez biografii, człowiek bez właściwości, klasyczny
everyman. Pan Jose, skromny, nierzucający się w oczy
kancelista, którego hobby to kolekcjonowanie wycin­
ków o życiu ludzi z pierwszych stron gazet, pracuje
w Archiwum Głównym A k t Stanu Cywilnego. Prze­
strzeń Archiwum i dyscyplina w nim panująca ma wy­

Archiwum i encyklopedia
Wszyscy pamiętamy wzruszającą scenę ze Stu lat sa­
motności, kiedy to Jose Arcadio Buendia walcząc z sze­
rzącą się w M acondo śmiertelną chorobą amnezji,
cienkim pędzelkiem malował na rozmaitych obiektach

73

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

raźne literackie koneksje. Jest oryginalnym połącze­
niem labiryntowego koszmaru biblioteki Borgesa oraz
kafkowskiego koszmaru biurowego. Podobne poczucie
misji i absolutnej władzy kierownictwa, podobne obra­
zy powtarzających się każdego dnia beznamiętnych,
czysto mechanicznych czynności, podobne wrażenie
braku życia i dojmujący zapach kostnicy. Zadaniem
kancelistów jest skrupulatne odnotowywanie na sto­
sownych fiszkach wszelkich urodzin i zgonów, i w mia­
rę możliwości uzupełnianie dokum entacji dotyczącej
wszystkich skatalogowanych w Archiwum osób. Dzień
w dzień oddają się oni nużącej, acz zaszczytnej pracy
nad zachowywaniem i porządkowaniem pamięci.
Saramago dynamizuje dość wątłą akcję powieści, ka­
żąc swojemu bohaterowi iść śladem przypadkowo znale­
zionej fiszki z personaliami nieznanej mu kobiety. Nagły
impuls, który zmusza go do bliższego przyjrzenia się przy­
padkowo znalezionej fiszce, zmienia się z czasem w me­
todyczne śledztwo. Pan Jose stara się na podstawie wą­
tłych poszlak odtworzyć bieg życia nieznanej mu osoby,
odpowiedzieć na pytanie, kim w istocie była, a także co
było przyczyną jej samobójczej śmierci. Odtąd fabuła
idzie wytartymi koleinami powieści detektywistycznej.
Nie ona przecież ani jej finał jest tym, co z interesujące­
go nas punktu widzenia jest w powieści najciekawsze.
Dwa wydarzenia wydają się tu odgrywać rolę n a j­
ważniejszą. Wizyta Pana Jose na miejscowym cm enta­
rzu oraz uroczysta mowa kustosza Archiwum.
Odwiedziny pana Jose na Cmentarzu Głównym
prowadzą niespodziewanie do odsłonięcia pewnych
dających do myślenia, a słabo uchwytnych wcześniej
analogii. Pomiędzy pracownikami Archiwum i C m en­
tarza trwa bowiem nieustający tragikomiczny spór
o stopień ważności obydwu tych instytucji. Nie ma
elem entarnej zgody, co tu jest rzeczywistością pierw­
szą, a co jej bladym naśladownictwem: „Podobnie jak
fasada, również wnętrze budynku jest dokładną kopią
Archiwum, choć pracownicy Cmentarza twierdzą, że
to Archiwum jest kopią Cmentarza, w dodatku nie­
pełną, zważywszy na brak bramy, na co ci z Archiwum
odpowiadają: Ładna mi brama, wiecznie zamknię­
ta”.7 Podobieństwa nie dotyczą tylko architektury, ale
sięgają głębiej: zagadkowej natury obydwu instytucji:
„Cmentarz, podobnie jak Archiwum Główne, o czym
wcześniej zapomnieliśmy powiedzieć, za swoją niepisa­
ną dewizę przyjął słowa Wszystkie Imiona, choć praw­
dę mówiąc, odnoszą się one w pełni tylko do A rch i­
wum, gdyż właśnie tam naprawdę znajdują się wszyst­
kie imiona zarówno zmarłych, jak i żywych, podczas

Cmentarza Głównego. Chyba nie trzeba mówić, że n a­
zwanie Archiwum odgałęzieniem jest poczytywane za
obelgę. Jednakże mimo całej tej rywalizacji i emulacji
zawodowej, stosunki między pracownikami Archiwum
i Cmentarza są oparte na przyjaźni i wzajemnym sza­
cunku, gdyż prócz współpracy instytucjonalnej, wyni­
kającej z powiązań formalnych oraz zbieżności statuto­
wych, obie instytucje zdają sobie sprawę z tego, że pra­
cują na przeciwległych krańcach tej samej niwy, zwa­
nej życiem, która rozciąga się między nicością a nico­
ścią”.8 Obydwie, można by rzec, przy pomocy pamięci
starają się wiązać jakoś koniec z końcem.
Ów niepokojący styk pamięci i życia oraz pamięci
i śmierci dochodzi jeszcze inaczej i bardziej przejmują­
co do głosu w niespodziewanej przemowie szefa A rch i­
wum skierowanej do jego podwładnych. Ta iście kafkowska postać, surowa, władcza i prawdziwie nieprze­
nikniona, w wyniku pewnych zdarzeń decyduje się na
wygłoszenie mowy, która wstrząśnie odwieczną rutyną
świata kancelistów: „Choć niełatwo mi o tym mówić,
muszę wyznać, że moje refleksje, które być może wy­
dadzą wam się szokujące, dotyczą fundamentalnej
i uświęconej tradycją kwestii podziału na żywych
i zmarłych, umieszczanych w różnych archiw ach
i w różnych częściach budynku. (...) Rozumiem wasze
poruszenie (...) gdyż ja sam poczułem się niemal win­
ny herezji, gdy o tym pomyślałem (...) lecz porażająca
oczywistość tej sprawy skłoniła mnie do sprzeniewie­
rzenia się głęboko zakorzenionej tradycji, którą całe
życie uważałem za nienaruszalną. W nioski, do których
doszedłem, nie są sprawą przypadku ani nagłego
olśnienia. Po dwakroć w czasie piastowania swojej
funkcji otrzymałem sygnały ostrzegawcze (...) dopiero
teraz rozumiem, że służyły one do tego, żebym właści­
wie zrozumiał trzeci niedawny sygnał (...). Pierwszym
sygnałem była propozycja jednego z obecnych tu kie­
rowników, aby dokumentacje zmarłych układać w od­
wrotnym porządku, im starsze dokumenty, tym głębiej,
a im nowsze, bliżej. (...) Drugi przypadek to sprawa
owego znawcy heraldyki, który zaginął w archiwum
zmarłych i odnalazł się ledwie żywy po tygodniu (...)”.
Owym trzecim, decydującym sygnałem były, jak
wolno mniemać, kierowane irracjonalną potrzebą dzia­
łania kancelisty o imieniu Jose, które miały przywrócić
pamięć o życiu i śmierci nikomu nieznanej, niczym
niewyróżniającej się i niczym niezasłużonej nauczyciel­
ki matematyki. To nie mogło ujść uwadze wszechwie­
dzącego kustosza. Jego konkluzje są definitywne, mają
moc rozkazu: „Myślę, że dla wszystkich (...) jest całko­

gdy Cmentarz, ze swej istoty będący ostatnim m iej­
scem przeznaczenia i miejscem ostatniego spoczynku,
musi się zadowolić wyłącznie imionami zmarłych. Ten
oczywisty fakt nie przemawia jednak do zarządców
Cmentarza, którzy określają go jako pozorną niższość
ilościową i komentują, wzruszając ramionami. W cze­
śniej czy później wszyscy tu trafią, Archiwum Główne
A k t Stanu Cywilnego jest jedynie odgałęzieniem

wicie jasne, że to, co mówię, odnosi się wyłącznie do
Archiwum Głównego i nie ma żadnego związku ze
światem zewnętrznym, gdzie przez wzgląd na zdrowie
fizyczne i psychiczne istnieje zwyczaj grzebania zmar­
łych. Ośmielam się jednak twierdzić, że my, którzy tu
(... ) wypisujemy i gromadzimy papiery żywych i umar­
łych, właśnie z uwagi na zdrowie fizyczne i psychiczne
powinniśmy utworzyć jedno wielkie archiwum, nazwa-

74

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

z papierowych fiszek, solidarność żywych i umarłych.
Archiwum, tak bliskie Cmentarzowi, wydobywa zmar­
łych z korytarzy zapomnienia i przydając pamięci funk­
cję władzy najwyższej, przywraca ich życiu.
Z mroków archiwum przejdźmy na strony jedynej
w swoim rodzaju encyklopedii.
W tytułowym opowiadaniu ze zbioru E n cy klop e­
d ia u m arłych D anilo Kisa pojaw ia się zadziwiająca
realizacja idei encyklopedii. Jeśli, ja k podaje słow­
nik, encyklopedia „to dzieło obejm u jące zbiór wia­
dom ości ze wszystkich dziedzin wiedzy lub z jednej
dyscypliny, ułożony alfabetycznie lub rzeczowo”, to
osobliwa encyklopedia z opowiadania Kisa zachowu­
je w zasadzie tylko jed en elem en t tej d efinicji: układ
alfabetyczny. Ja k sama nazwa wskazuje, obejm uje
ona nazwiska zmarłych ludzi i wszystko, co z nimi
związane. A le powiedzieć tyle, to nie powiedzieć
nic. Zasady k on stru k cji tej encyklopedii są tak n ie­
wiarygodne, że trzeba pośw ięcić tej kw estii trochę
m iejsca. Encyklopedia ta nie je st książką, to w isto ­
cie biblioteka m ieszcząca się w pewnym budynku
w Sztokholm ie. W każdym pomieszczeniu ułożone
są tomy zaw ierające hasła tylko na jed n ą literę.
Przede wszystkim, jedynym warunkiem, by znaleźć
się w E ncyklopedii um arłych, je st to, że ludzie, k tó ­
rych nazwiska figurują tu jako hasła, nie mogą zna­
leźć się w żadnej innej encyklopedii. Encyklopedia
je st dziełem pewnej sekty religijnej, która jako je d ­
ną ze swych głównych zasad przyjęła „egalitarystyczną wizję świata um arłych (... ) z zamiarem wy­
rów n an ia niespraw ied liw ości ludzkiej i d ania
wszystkim stworzeniom bożym jednakow ego m iej­
sca w w ieczności”.10
Ale to nie wszystko. Szczególny jest język tej ency­
klopedii: „niewiarygodny amalgamat encyklopedycz­
nej lapidarności i biblijnego krasomówstwa”. Bohater­
ka opowiadania Kisa szuka w niej inform acji o swoim

ne po prostu historycznym, w którym żywi i martwi by­
liby nierozłączni, skoro już w świecie zewnętrznym pra­
wo, obyczaj i strach na to nie pozwalają. Wydam zatem
polecenie służbowe (...) po pierwsze, poczynając od
dnia dzisiejszego zmarli pozostają na tym samym m iej­
scu, gdzie byli za życia, po drugie, teczka po teczce, do­
kument po dokumencie (...) wszystkie akta dotyczące
przeszłości będą stopniowo włączane do archiwum,
które dla wszystkich stanie się teraźniejszym. W iem, że
jest to praca na dziesiątki lat, którą po naszej śmierci
będą kontynuować następne pokolenia, aż do chwili,
gdy papiery ostatniego zmarłego, rozsypujące się, po­
gryzione przez mole, pokryte pyłem stuleci wrócą do
świata, z którego na skutek ostatecznego i zbędnego
gwałtu zostały usunięte. Podobnie jak definitywna
śmierć jest wynikiem woli zapomnienia, wola pamięta­
nia może zapewnić życiu wieczne trwanie”.9
W wyniku nieprzewidzianych a ostatecznie rozstrzy­
gających wydarzeń kustosz decyduje się na gest w jego
świecie niesłychany: jednym ruchem łamie, zdawałoby
się niepodważalny fundament taksonomiczny, na któ­
rym „od zawsze” wspierała się praca Archiwum Głów­
nego: żywi żyją pośród żywych, umarli umierają pośród
umarłych. Każdemu według potrzeb. A le ów gest nie
jest jedynie prostym zniesieniem dawnego dwudzielne­
go podziału i wprowadzeniem w to miejsce „ formuły
mieszanej”. Tym wszystkim, którzy chcieliby ironizo­
wać, że umarłym nic po takiej zmianie, odpowiada ku­
stosz, że niewiele zrozumieli, bo nie o śmierci jest tu
przecież mowa, ale o życiu właśnie. W istocie więc jest
to gest głęboko etyczny; ustanawia, cóż że zbudowaną

ojcu, część z nich przepisuje do swojego zeszytu. „Na
przykład suche dane, które odnajduję w moim zeszycie
takimi, jak je zanotowałam, tam, w kilku akapitach,
zagęszczone są do tego stopnia, że przed oczyma czy­
telnika pojawia się nagle, jakby za sprawą magii, ską­
pana w słońcu okolica, wielka zmienność obrazów.
O to niosą trzyletniego chłopca w spiekocie słoneczne­
go dnia górskimi ścieżkami, niosą do dziadka ze strony
matki, a w tle, na drugim i trzecim planie - nie wiem,
jak to określić - widać żołnierzy, poborców podatko­
wych, żandarmów, słychać daleki grzmot arm at
i ochrypłe ujadania psów. Zwięźle przedstawiono prze­
bieg pierwszej wojny światowej: dudnią pociągi w po­
bliżu jakiegoś miasteczka, gra orkiestra dęta, bulgoce
woda w otworze manierki, pęka szkło, powiewają w rę­
kach chusteczki... Wszystko to są osobne paragrafy,
każdy okres podany jest w formie swoistej poetyckiej
kw intesencji i metafory, nie zawsze chronologicznie,
ale w dziwnej symbiozie czasów, przeszłego, teraźniej­
szego i przyszłego”.11

75

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

Zdarzenia zanotowane w encyklopedii przesuwają się
przed oczami czytającego jak taśma filmowa. I to taśma
intensywnie oddziałująca na wszystkie zmysły. To wła­
śnie ta nadzwyczajna szczegółowość, niemal iluzjonistyczna gęstość opisu biorąca się z pragnienia, by nie za­
pomnieć niczego, co ma związek ze zmarłą osobą, czyni
tę encyklopedię tak wyjątkową: „Danym (...) o miejscu
urodzenia, wyczerpującym, dokładnym (..), towarzyszyły
różne detale, geograficzne, historyczne, ponieważ tam

każdy człowiek jest gwiazdą samą w sobie, wszystko
zdarza się zawsze i nigdy, wszystko się powtarza n ie­
skończenie i niepowtarzalnie. (Dlatego autorzy Ency­
klopedii umarłych, tego cennego pomnika różnorodno­
ści, tak wielką rolę przypisują szczegółom, a każde
ludzkie stworzenie to dla nich św iętość.)”
Wszystko, co przydarzyło się owym najzwyklejszym
bohaterom tej encyklopedii, warte jest odnotowania.
Wszystkie fakty, zdarzenia, okoliczności, które były ich
udziałem, zasługują na utrwalenie i ocalającą od nico­
ści pamięć. Tu w istocie „nic dwa razy się nie zdarza”,
historia pojmowana jest jako suma precedensów i już

wszystko jest zapisane. Wszystko. Krajobraz stron ro­
dzinnych odmalowano tak żywo, że czytając, a właściwie
przebiegając oczami linijki i akapity czułam się, jak gdy­
bym była tam, w sercu tego krajobrazu: śnieg na szczy­
tach dalekich gór, nagie drzewa, zamarznięta rzeka, po
której, jak na obrazach Brueghla ślizgają się dzieci”.12
Ta niebywała dbałość o szczegół przypominająca
zdolności rejestrującego najmniejsze drgnienia rzeczy­
wistości Funesa, chorobliwa niemal troska, która każe
odnotować nazwisko duchownego udzielającego ślu­
bu, jak i nazwiska gości weselnych, zarówno ceny m e­
bli, jak i wieczorną burzę, znajduje uzasadnienie

sam ten fakt wystarcza do tego, by dostąpiły one ency­
klopedycznej nobilitacji, by nie zostały wessane przez
próżnię zapomnienia.
Claude Lévi-Strauss poczynił niegdyś frapującą
uwagę o podobieństwie między australijskimi czuringa
i naszymi zasobami archiwalnymi. „Churinga są groma­
dzone w naturalnych kryjówkach, daleko od uczęszcza­
nych ścieżek. Co pewien czas wyjmuje się je w celu zro­
bienia przeglądu i dotknięcia ręką, a przy tej okazji po­
leruje się je, natłuszcza i barwi, towarzyszą temu zaklę­
cia i modlitwy. W ten sposób, dzięki specjalnemu ich
traktowaniu, ujawniają one uderzającą analogię z do­
kumentami archiwalnymi, które zakopujemy w skrzy­
niach lub powierzamy opiece związanych tajem nicą
notariuszy i które przeglądamy od czasu do czasu - za­
chowując ostrożność należną rzeczom świętym - aby je
naprawić, gdy trzeba, lub aby je przełożyć do lepszych
teczek. Również i my przy takich okazjach chętnie
wspominamy wielkie mity, których wspomnienie oży­
wa pod wpływem ponaddzieranych i pożółkłych stro­
nic: dzieła i czyny naszych przodków, dzieje naszych

w rzadkiej, jakże nienaukowej, wizji historii. Szukaniu
powszechnych praw i generalizacji przeciwstawiono
tu, doprowadzony do skrajności idiografizm. „Historia
jest dla redaktorów Księgi umarłych sumą ludzkich lo­
sów, całokształtem ulotnych zdarzeń. Dlatego odnoto­
wują każdą czynność, każdą myśl, każde dobroczynne
tchnienie, każdą cyferkę na mapie wpisują do rejestru,
każdą łopatę odrzucającą błoto, każdy ruch, który spo­
wodował podniesienie cegły z ruin”. Ostatecznie bo­
wiem są oni przekonani, że „nic się nigdy nie powtarza
w historii istot ludzkich, wszystko, co na pierwszy rzut
oka wydaje się identyczne, bywa zaledwie podobne;

domostw od wybudowania do przejęcia na własność”.13
Archiwum więc to miejsce, gdzie gromadzi się rze­
czy dla danej społeczności ważne, miejsce, w którym
deponujemy dokumenty zaświadczające o naszej toż­
samości, „rzeczy święte”, jak powiada Lévi-Strauss.
Podobnie encyklopedia zawiera tylko to, co z punktu
widzenia ponadjednostkowej pamięci kultury jest jej
częścią niezbywalną; nazwiska w niej utrwalone nie są
dziełem przypadku, to galeria postaci z takich czy in ­
nych powodów wyrastających ponad przeciętność.
I archiwum, i encyklopedia zatem to ekspozytury m i­
tycznego Skarbca, który z natury rzeczy tylko to, co
cenne, przechowuje.
W zestawieniu z taką charakterystyką Archiwum
z powieści Saramago, jak i Encyklopedia z opowiada­
nia Kisa wydają się jawnie sprzeniewierzać celom, k tó ­
rym powinny służyć obydwie te instytucje: ocalania od
zapomnienia tego, co n a p r a w d ę dla kultury ważne.
Ponieważ nie może być tak, że wszystko naraz jest waż­
ne, Pamięć Archiwum i Pamięć Encyklopedii musi
hierarchizować. Pamiętanie oznacza tu nie tylko m a­
gazynowanie wiedzy, ale ich wartościującą selekcję.
W efekcie zatem, instytucje powołane do pamiętania
służą też, ch cąc nie chcąc, zapominaniu. Nie da się za­

76

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

W pałacu pamięci

pam iętać wszystkich, ci więc, którzy nie zasłużyli się
wystarczająco, wpadają w czarny lej niepamięci.
Tymczasem przywołane tu wizje Archiwum i Ency­
klopedii z jakąś dającą do myślenia przewrotnością
i determ inacją upierają się, że przeciwnie: wszystko
jest ważne, każdy żywot, bez względu na jego zasługi
wart jest pamiętania. Hasło „Wszystkie imiona”, które
Archiwum A k t Głównych nosi w herbie, mogłoby
być także idealnym m ottem dla Encyklopedii Um ar­
łych prowadzonej przez osobliwą sektę z tak zapamię­
tałą, niemal nie-ludzką konsekwencją. Obydwie te in ­
stytucje wprowadzają do zobiektywizowanej i bezna­
miętnej pamięci archiwalno-encyklopedycznej para­
metr jakby z porządku zupełnie innego niż czysto in­
formacyjny: współ-czucie. Pozwala to przywołać nie­
zwykle istotny, a rzadko przypominany związek pamię­

Czymże są te miejsca pamięci totalnej, o czym mó­
wią? Z pewnością chodzi tu o coś więcej niż o zwykłą
użyteczność gromadzenia danych osobowych. Ale skąd
to pragnienie, by przywracać pamięć o wszystkich zmar­
łych? Motyw egalitarystyczny, swoista demokratyzacja
śmierci, o których wspomina narrator Encyklopedii
umarłych, jest jakimś wyjaśnieniem, ale sądzę, że nie tłu­
maczy go wystarczająco. Zapytajmy więc tak: nie jaki
jest cel tego szalonego przedsięwzięcia, ale jakie są wa­
runki możliwości samej idei pamięci absolutnej. Innymi
słowy, jeśli instytucje realizujące ową ideę są rozwinię­
ciem czy też przedłużeniem pamięci jednostkowej, to ja ­
ka musi być jej ontologia, by wspomniana idea była
w ogóle możliwa. Wolno zasadnie wątpić, że nawet naj­
bardziej zaawansowane badania nad fizjologią mózgu
nie udzielą nam na to pytanie wiążącej odpowiedzi.
Rzecz idzie bowiem nie o biochemiczne zasady funkcjo­
nowania pamięci, ale o jej metafizyczny sens. Powróćmy
więc na koniec raz jeszcze do św. Augustyna.
Już z tych kilku wcześniej cytowanych fragmentów
można bez trudu zauważyć, że przydaje św. Augustyn
pamięci przymiotów boskich. Pamięć, choć ograniczo­
na, nie ma granic, choć dotyczy przeszłości, ma na
uwadze przyszłość, choć jest mną i we mnie, transcenduje w jakiś tajemny sposób jednostkowe ograniczenia.
Augustyńska m em oria ze swoją zdolnością wszechobejmowania, stawania się wszystkim, ma tu prerogatywy,
które w późniejszej myśli patrystycznej przejmie intelligentia. W myśli św. Augustyna pamięć bywa czasem
jedną z trzech władz (obok intelligentia i voluntas) duszy,
innym razem wręcz utożsamia się z duszą. „Co jest jed­

ci i serca. Ów związek przechował się jeszcze w idiomatyce kilku języków europejskich, w których wyraże­
nie „uczyć się na pam ięć” oddaje się - przykładowo przez by heart czy par coeur. Pamięć, zwłaszcza pamięć
absolutna, pamięć, która podejmuje się beznadziejne­
go zadania pam iętania o wszystkich umarłych, okazu­
je się tu innym imieniem miłości.
W tym obowiązku pam iętania, jaki celebrują oby­
dwie instytucje, choć, jak widzieliśmy, każda realizu­
je go na swój sposób, w tej konieczności przywraca­
nia pam ięci o zmarłych jest coś ostatecznego, coś bez przesady - na skalę kosmiczną. Ten eschatolo­
giczny rys pam ięci dochodzi do głosu już zupełnie
otwarcie w wypowiedzi jednego z bohaterów Terra
N ostra Carlosa Fuentesa, powieści, w której motyw
pam ięci pojawia się w różnych odsłonach. O to sta­
rzec strzegący księgi losu wypowiada słowa, które
mogą służyć za komentarz tłum aczący najgłębszy
sens zamierzeń naszego Archiwum i Encyklopedii:
„Między życiem a śmiercią istnieje tylko przeznacze­
nie pam ięci. Ze wspomnień są utkane losy świata.

nak podstawą samej pamięci? U jej podłoża znajduje
się konstytuujący ową ukrytą wiedzę wewnętrzny
W ładca, źródło wszelkiego świata, które oświeca każ­
dego człowieka przychodzącego na świat, czyli Bóg”.15
Ostatecznie więc to O n zamieszkuje, choć nie bardzo
wiadomo gdzie („A jed nak raczysz mieszkać(...)w mojej pamięci. I czemuż pytam, w którym jej
miejscu mieszkasz?”) - augustyński „pałac pamięci”.
Te myśli zaskakująco rezonują z pewną wypowie­
dzią Um berto Eco na tem at natury Biblioteki, wpro­
wadzając do naszego myślenia o racjach istnienia pa­
m ięci absolutnej ostatnie już ogniwo: „Proszę pomy­
śleć hipotetycznie, że Boga nie ma. Jaka jest jedyna
gwarancja, że był pan Proustem albo sankiulotą, który
zdobył Bastylię? Tylko biblioteka, ta pam ięć ludzkości.
Pan może zniknąć, ale ludzkość zachowa swoją pa­

Ludzie giną, słońce po słońcu następuje, upadają
miasta, władza przechodzi z ręki do ręki. W odm ęt
zapomnienia pogrążają się władcy i ich nadgryzione
zębem czasu pałace wydane na pastwę ognia, burzy
i zielska. Jed en okres się kończy, a drugi zaczyna. Tyl­
ko pam ięć utrzymuje przy życiu to, co umarłe; ci,
którzy m ają umrzeć, dobrze wiedzą o tym. K oniec pa­
m ięci jest prawdziwym końcem świata”.14 Kruche n a­
czynie p am ięci staje się nagle instru m entem
o ogromnej mocy, przybiera kształt alchem icznej re­
torty posiadającej zdolność przemieniania śmierci
w żywą rzeczywistość. W idać przy tym wyraźnie, jak
idea pam ięci absolutnej ma naturę paradoksalną. Bo
przecież pam ięć, która chce ocalić „wszystkie im io­
na”, która z definicji zwrócona jest w przeszłość,

mięć. I pan w niej figuruje bez względu na to, czy jest
pan Proustem, czy kimś pierwszym z brzegu. Być może
da się więc powiedzieć, i zrozumiał to Borges, że bi­
blioteka jest erzacem, substytutem Boga. Jeśli Bóg ist­
nieje, jako wszechwiedzący jest rodzajem wielkiej bi­
blioteki. Pod koniec Boskiej Komedii D ante mówi, że
wizja Boga rozkłada się jak książka, si quaderna. Tak
więc wizja Boga to wizja uniwersalnej biblioteki”.16

w gruncie rzeczy tak naprawdę celuje w przyszłość.
Ze wzrokiem utkwionym w przeszłości ma, jako swój
warunek, m ocne przeczucie ostatecznego kresu.

77

�Dariusz Czaja ♦ CZARNA SKRZYNKA. O IDEI PAMIĘCI ABSOLUTNEJ

św iata. B iografia, przeł. A . Szymanowski, Warszawa 20 0 1 , s. 155

Można sądzić, że mówiąc o bibliotece, Eco nie ma
na myśli którejś - niechby najbardziej pojemnej - z bi­
bliotek realnie istniejących (z tych bowiem dowiemy
się z pewnością wiele o Prouście, natomiast zgoła nic
0 „kimś pierwszym z brzegu”), ale Bibliotekę Bibliotek,
bibliotekę, która podobnie do Archiwum Saramago
1 Encyklopedii umarłych Kisa ma ambicję, by utrwalić
„wszystkie imiona”. R elacja jest przechodnia: Bóg staje
się wielką Biblioteką, ta zaś boskim erzacem. Oczywi­
ście, nie należy tej wypowiedzi rozumieć dosłownie.
Nie jest to żadne wyznanie wiary. U zdeklarowanego
sceptyka, jakim jest Eco, Bóg jest tylko figurą retorycz­
ną, może zgrabną i poręczną metaforą, może - nieco
jak diabeł Kołakowskiego - postulatem praktycznego
rozumu. Warto jednak domyśleć tę supozycję do koń­
ca. Ale już bez mrugania okiem i bez ironicznych cu­
dzysłowów. Dosuńmy zatem naszą szafę do ściany.
Proszę pomyśleć hipotetycznie, że Bóg jest. Jeśli tym
samym poważnie potraktować biblijną wizję stworzenia
człowieka wraz z nieodłączną od niej ideą „obrazu i po­
dobieństwa”, to nie da się wykluczyć, że zmaterializowa­
na w przywołanych przykładach idea pamięci absolut­
nej jest niedoskonałym, ale jednak: odpryskiem?, po­
głosem?, refleksem?, odbiciem? - jak to dobrze nazwać?
- Boskiej arcypamięci, tej Czarnej Skrzynki, w której
ostatecznie wszystko ulega ocaleniu i nikt nie ma prawa
zostać zapomniany. Jeśli uświadomić to sobie bliżej, je ­
śli pochylić się nad ową augustyńską studnią bez dna, to
rzeczywiście doznać można zawrotu głowy.
„Wielka jest potęga pamięci. Trwogą przejmuje...”.
Prawdziwy horror metafizyczny...

Post scriptum
Słow o o fotografiach um ieszczonych w tekście. O trzym ałem je
któregoś dnia od M arty M iskow iec, p racu jącej w krakowskim M u ­
zeum Fotografii w związku z naszą rozmową o pam ięci. Zakupione
niegdyś w antykw ariacie przez in n ą jeszcze osobę i ofiarow ane M ar­
cie w prezencie, są teraz m oją własnością. Z djęcia n aklejon e są na
tektu rki o wym iarach 6 ,5 x 1 0 ,5 . N iedatow ane. N ie m ają podpisów.
N ie wiemy kto na n ic h jest, nie znamy personaliów osób przedsta­
w ionych na zdjęciach. N ie wiemy o n ic h nic. W iem y jedynie to, że
nie żyją. Ze są n i e - ż y w i. Jedyne znaki identyfikacyjne to nazwy
zakładów fotograficznych, w których zostały zrobione zdjęcia.
W szystkie m ieściły się w Krakow ie: „Zakład Fotograficzny S ta n isła ­
wa Bizańskiego, pl. Szczepański 3 ”, „Tadeusz Jabłoński, Zakład F o ­
tograficzny, ul. Franciszkańska L 4 ”, „Juliusz M ien, fotograf, ul. K o ­
pernika 8 ”, „Zakład artystyczno-fotograficzny M. A . Olmy, Podwa­
le 1 4 ”, „M. K rem ski, fotograf, ul. K arm elicka 1 5 ”. Spoglądając cza­
sem na te fotografie nie mogę uw olnić się od wspom nienia wiersza
M iłosza W Parafii, ze zbioru T o. N ie znajduję lepszego kom entarza
do ty ch martwych/żywych zdjęć. D o przejm ującego prom ieniow ania
rzeczywistej obecn ości, która z n ich em anuje:
„Gdybym nie był kruchy i przełamany od środka,
N ie myślałbym o inn ych - jak ja, przełam anych od środka.
N ie wybrałbym się na pagórek, na cm entarz koło kościoła,
Zeby starać się pozbyć litości nad sobą.
Zośki szalone,
Przegrywający wszystkie bitwy Kazikowie,
Sam oud ręczające się A gaty
Leżą pod krzyżami z rokiem urodzenia i śm ierci. I któż
Ich wypowie? Ich mam rotania, szlochy, nadzieje, łzy upokorzenia?
Ci sami w śluzach, w zapachu moczu,
W szpitalnym wstydzie pokręconego ciała.
I zaraz wieczność. N iestosow na. Nieprzyzwoita.

Przypisy
1

Jak dom lalek zgnieciony kołam i, jak słoń depczący

św. Augustyn, W yznania, tł. Z. Kubiak, Warszawa 1978, ks. X , 17;

Chrabąszcza, ja k zatapiający wysepkę ocean.

drobiazgowe streszczenie poglądów św. Augustyna wraz z fen o­

Zaiste, dziecinna głupota nas wszystkich

menologicznym kom entarzem na tem at augustyńskiej m em ioria

N ie licu je z powagą rzeczy ostatecznych.

daje M artin Heidegger, Fenomenologia życia religijnego, tł. G. Swoiński,

N ie m ieli czasu, żeby cokolw iek zrozumieć

Kraków 20 0 2 , s. 1 74-185
2

Tamże, ks. X , 9

3

J. L. Borges, Pamiętliwy Funes, przeł. S. Zembrzuski, w: Fikcje,

Z jednostkow ego bytu,
Z principium indm duationis,
Ja też nie rozumiem, ale co poradzę.

W arszawa 1972, s. 96
4

O . Sacks, M ężczyzna, który pom ylił sw oją żonę z kapeluszem ,

5

J.-C . C arrière, J. D elum eau, U. E co, S. J. G ould, R ozm ow y o k oń ­

C ałe życie zam knięty w łupinie orzecha,
N a próżno ch ciałem stać się kim ś zupełnie innym.

przeł. B. Lindenberg, Poznań, b. d., s. 14 4 -1 4 5

Schodzim y tedy w ziemię, parafianie.

cu czasów , przeł. A . i J. Łukaszewicz, W rocław 2 0 0 0 , s. 226
6

Z nadzieją, że trąby Sądu wywołają nas po imieniu.

G. G. M arquez, Sto lat sam otności, przeł. G. Grudzińska, K. W o j­

Zam iast w ieczności, zieleń i ru ch obłoków,

ciechow ska, Warszawa 19 9 7 , w. 59
7

J. Saramago, Wszystkie imiona, tł. E. Milewska, Poznań 1999, s. 217

8

Tamże, s. 2 1 6

9

Tamże, s. 2 0 7 -2 0 8

10

D. Kis, E n cy klop ed ia um arłych, w: E n cy klop ed ia um arłych, przeł.

11

Tamże, s. 57

12

Tamże, s. 54

13

C. Lévi-Strau ss, M yśl n ieosw ojona, W arszawa 19 6 9 , s. 3 5 9 -3 6 0

14

C. Fuentes, TerraN ostra, przeł. M. Kaniowa, Poznań 1993, t. II, s. 57

W staje tysiąc za tysiącem Zoś, Katarzyn, Bartłom iejów ,
Maryś, A gat, Bronisławów,
Zeby wreszcie wiedzieli,
D laczego to było i po c o ”.

D. Cirlić-Straszyńska, Ch. A rvanitidis, W arszawa 1991, s. 56

15

I na kon iec jeszcze jedno. N a odw rocie naszych zdjęć uważne
oko odczytać może kanoniczną form ułę, którą sum ienni mistrzowie
fotograficznego rzemiosła opatrywali swoje prace: „Klisze przecho­
wuje się”. Rzadka przenikliwość.

Ch. Taylor, Ź ródła podm iotow ości. N arodziny tożsam ości n o w o cze­
snej, tł. różni, W arszawa 2 0 0 1 , s. 255

16

U. E co , D e l’O eu vre ovrerte au Pendule d e Foucault, „Magazine
L itteraire”, s. 23, cyt. za: D. S. Schiffer, U m berto E co. Labirynt

78

�</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
