<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="10465" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/show/10465?output=omeka-xml" accessDate="2026-09-27T02:10:22+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="10443">
      <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/1228bb3a17509db5006ff3bc6c0a1575.pdf</src>
      <authentication>0ad2e52c750246b60e1952b84a74823c</authentication>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="3">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="25235">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <itemType itemTypeId="1">
    <name>Text</name>
    <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
  </itemType>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="46">
          <name>Relation</name>
          <description>A related resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124566">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5335</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="47">
          <name>Rights</name>
          <description>Information about rights held in and over the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124567">
              <text>Licencja PIA</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124568">
              <text>2003</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="49">
          <name>Subject</name>
          <description>The topic of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124569">
              <text>podróże - aspekt antropologiczny</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124570">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4956</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124571">
              <text>Etnolog w podróży (4). Kto komu mówi bonjour na Mont Blanc / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="41">
          <name>Description</name>
          <description>An account of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124572">
              <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4; s.165-174</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124573">
              <text>Wasilewski, Jerzy S.</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124574">
              <text>pol</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124575">
              <text>Instytut Sztuki PAN</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="42">
          <name>Format</name>
          <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124576">
              <text>application/pdf</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
    <elementSet elementSetId="4">
      <name>PDF Text</name>
      <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="52">
          <name>Text</name>
          <description/>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="124577">
              <text>1. Choć ta rycina nie jest ilustracją Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego, chciałoby się podpisać ją jego pierwszymi słowami:&#13;
H rabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena. Strome to pasmo, które oddziela Andaluzję od Manszy, zamieszki­&#13;
wali wówczas kontrabandziści, rozbójnicy i kilku Cyganów [...] Podróżny, który odważył się zapuścić w tę dziką okolicę, napastowany bywał, jak&#13;
mówiono, przez tysiączne okropności, na których w idok drżała najzimniejsza odwaga [...] a niewidzialne ręce popychały w bezdenne przepaście.&#13;
&#13;
�1.&#13;
&#13;
Etnolog w podróży (4)&#13;
&#13;
Etnograf, który wybierze się na turystyczną wypra­&#13;
wę w góry wysokie, znajdzie się - patrząc z zawodowe­&#13;
go punktu widzenia - nieomal na pustyni. M ało tu&#13;
kultury m aterialnej, trudno o przyzwoite wywiady,&#13;
skromne pole do obserwacji kulturowo utrwalonych&#13;
zachowań. Rośnie pokusa introspekcji - można obser­&#13;
wować własne przeżycia wobec m ajestatu, piękna,&#13;
grozy itd., a potem konfrontować je z zapisanymi&#13;
w kulturze przekazami, w których góry stanowią źró­&#13;
dło uniesień i romantycznych zachwyceń. N o ale ileż&#13;
można przeżywać? W ostatecznym rachunku przeważa&#13;
żmudny mozół wchodzenia i schodzenia - godziny,&#13;
dni, tygodnie na stale takich samych zboczach, osypiskach, piargach. Krótko mówiąc - nuda gór.&#13;
Niestrudzony w przerabianiu inform acji umysł po­&#13;
szukuje w trakcie tych m onotonnych wędrówek tem a­&#13;
tów do analizy, każe wydobywać drobiazgi, chce ukła­&#13;
dać je w całostki. By mu dostarczyć materiału, trzeba&#13;
zniżyć się do obserwacji zachowań potocznych, bła­&#13;
hych i przygodnych, jakie pojawiają się w trakcie ob­&#13;
cowania z górami w dobie turystyki masowej.&#13;
Przed kilkoma laty w jednym z alpejskich schronisk&#13;
zbierałem się do kilkunastodniowego obejścia masywu&#13;
Ecrins, otoczonego popularną turystyczną obwodnicą&#13;
G. R. 54. Posuwając się po niej, można kolejno doko­&#13;
nywać ambitniejszych, dośrodkowych wypadów ku&#13;
centralnie położonym szczytom (mnie pociągał zwłasz­&#13;
cza blisko czterotysięczny La M eije, w ścianach które­&#13;
go działał Wawrzyniec Żuławski, autor m.in. Wędrówek&#13;
alpejskich i Tragedii tatrzańskich —niezapomnianych, bo&#13;
umiejętnie dydaktycznych lektur dzieciństwa). Kiedy&#13;
&#13;
JERZY&#13;
&#13;
S. W A S I L E W S K I&#13;
&#13;
Kto komu mówi&#13;
bonjour na Mont Blanc?&#13;
Próba antropologii&#13;
zachowań zdawkowych&#13;
turystów (paniom brakuje jedynie toczków na gło­&#13;
wach, które są de rigueur w przypadku Japonek); mają&#13;
ze sobą nawet czekany, najzupełniej zbyteczne, niemające choćby podpórkowej funkcji ciupagi, zresztą zgoła&#13;
tandetne, bo kupione w sklepie z pamiątkami na dole.&#13;
Nie inaczej na zachodniej półkuli. N a trasach Yel­&#13;
lowstone czy Grand Teton spotyka się nieskazitelnie&#13;
wykreowane turystki w świeżutkich koszulach (bywa&#13;
że białych - wszak przy campingu na dole jest pralnia),&#13;
którym nie wypada nie powiedzieć z uśmiechem hello!&#13;
(skądinąd, wymóg kupienia nowego kompletu ubrania&#13;
przed wyjazdem na wakacje jest w Am eryce formuło­&#13;
wany mocniej niż gdzie indziej). Może trochę inaczej&#13;
jest w dolinie Yosemite, gdzie roi się od ambitnych wy­&#13;
czynowców, wspinających się półnago po wielkiej ścia­&#13;
nie El Capitan. Tacy nie witają się z nami, kiedy ob­&#13;
wieszeni szpejami podchodzą pod ścianę - ale to już&#13;
inny, wyobcowany świat.&#13;
&#13;
pytałem prowadzącego schronisko, w którą stronę le­&#13;
piej wyruszyć w tę kolistą drogę, usłyszałem: „niech&#13;
pan idzie tak jak wszyscy, bo jak pan pójdzie w przeciw­&#13;
ną stronę, to tout le mond będzie panu mówił bonjour&#13;
&#13;
2.&#13;
Dlaczego na górskich ścieżkach nieznani sobie lu­&#13;
&#13;
i wszystkim będzie pan musiał odpowiadać”.&#13;
To rzeczywiście zmora najpopularniejszych szlaków&#13;
Alp: niepisany obowiązek ciągłego mówienia, a przynaj­&#13;
mniej odpowiadania bonjour, buongiorno czy salute, G ru etzi albo Gruess Gott. Nie inaczej oczywiście w Tatrach,&#13;
po obu ich stronach: cześć, dzień dobry (zależnie od wie­&#13;
ku) albo na zdar! I tak chyba wszędzie na świecie, gdzie&#13;
dotarła turystyka. Po rosyjsku w górach Azji Centralnej,&#13;
po nepalsku na himalajskich trasach trekingowych (na­&#13;
potkany m nich czy miejscowy tragarz do swojego namaste doda jeszcze złożenie dłoni przed twarzą), po japońsku w okolicach Nagano, w tzw. Japońskich Alpach,&#13;
gdzie podziwiający koyo (złotoczerwoną jesień) wymie­&#13;
niają trzy standardowe powitania, zależne od pory dnia&#13;
- o-hayo godzaimasu wcześnie rano, konnichi-wa przed&#13;
południem i kom ban-w a po południu.&#13;
Z kolei koreańskie hagni haseio słychać stale w gór­&#13;
skich parkach narodowych Korei, gdzie - podobnie jak&#13;
w Japonii - na wzorowo utrzymanych, łatwiutkich&#13;
ścieżkach, widzi się grupy odświętnie wyekwipowanych&#13;
&#13;
dzie, zamiast m inąć się bez powitania, jak to robią we&#13;
wszystkich innych sytuacjach życiowych, odczuwają&#13;
potrzebę wymówienia, a przynajmniej wymamrotania&#13;
czy odburknięcia zdawkowego powitania? Jaki jest sens&#13;
tego zachowania? Czy w ogóle ma sens pytanie o jego&#13;
sens, a zwłaszcza o jeden sens? I - chciałoby się zapytać&#13;
- kogo o ten sens pytać? Przynajmniej w tej ostatniej&#13;
kwestii mamy niezłą podpowiedź. Pada ona wprawdzie&#13;
w pewnej scenie obrzędowego unikania, a więc jakby&#13;
przeciwieństwa zwyczajowego witania, ale można ją&#13;
odnieść do różnych zachowań symbolicznych.&#13;
Ryszard Wagner, Tristan und Isolde, akt I, scena 5.&#13;
Tristan na pokładzie okrętu wiezie Izoldę do jej przy­&#13;
szłego męża a swego wuja, króla Marka. Izolda raczej&#13;
umrze, niż go poślubi, Tristan także gotów jest razem&#13;
z nią oddać swe życie. A le służka Brangena zamieniła&#13;
już flakoniki i oboje zamiast trucizny wypijają napój&#13;
miłosny. Tristan broni się jeszcze, chce wytrwać w swej&#13;
roli wysłannika-dziewosłęba, Izolda ma mu to za złe.&#13;
Dlaczego mnie unikasz? - pyta. „Bo tam, gdzie żyłem,&#13;
&#13;
165&#13;
&#13;
�Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DROŻY&#13;
&#13;
zwyczaj uczy (Sitte lehrt): dziewosłęb w przedweselnej&#13;
drodze z daleka trzyma się od oblubienicy”. „A z jakiej&#13;
to obawy?” - chce wiedzieć Izolda. „Pytaj Pani zwycza­&#13;
ju !” (Fragt die Sitte!) - odpowiada młodzieniec, świa­&#13;
dom kulturowego imperatywu, ale przecież nie jego&#13;
uwarunkowań.&#13;
No właśnie, „pytaj zwyczaju” - wskazanie enigma­&#13;
tyczne niczym słowa wyroczni. Zgodzi się z nim etno­&#13;
graf, który dobrze wie, że rozmówca może mu wyjaśnić&#13;
dużo, tyle że wcale niekoniecznie to, co jego jako ze­&#13;
wnętrznego obserwatora najbardziej trapi, a co często&#13;
on sam potrafi ująć jedynie w ogólnikowym, naiwnym&#13;
i nieporadnym pytaniu „dlaczego”. W ie, że musi pytać&#13;
najpierw informatora, ale nie może na tym poprzestać,&#13;
bo przecież ten nie potwierdzi i nie zweryfikuje skoja­&#13;
rzeń, jakie pojawią się w oczytanym umyśle badacza,&#13;
dostrzegającego zastanawiające analogie i otwartego na&#13;
odległe uwarunkowania. Rozmówca nie jest w stanie&#13;
ani zrekonstruować historycznego pochodzenia tych&#13;
treści kulturowych, które wyjawia, ani dostrzec wszyst­&#13;
kich ich głębokich znaczeń i sensów. Potrafi przypo­&#13;
mnieć sobie ludową etymologię, wymyślić wtórną racjo­&#13;
nalizację, zbudować teorię informatora, przedstawić&#13;
swój osobisty związek z daną praktyką, aczkolwiek z re­&#13;
guły poprzestanie na jakiejś odmianie klasycznego „na­&#13;
sze dziaduczki i pradziaduczki tak robili, to i my tak robim”&#13;
albo po prostu „taki nasz mongolski obyczaj”.&#13;
Aby zrozumieć w ięcej, trzeba już pytać zwyczaju.&#13;
Ale jak? Spróbujmy zoperacjonalizować to zalecenie.&#13;
Mówiąc ogólnikowo - należy umieścić rzecz w najod­&#13;
powiedniejszym dla niej kontekście, zobaczyć ją na tle&#13;
całego - zmieniającego się - otoczenia kulturowego,&#13;
nie odbiegając zbyt daleko abstrakcyjnymi i arbitralny­&#13;
mi skojarzeniami, ale też nie poprzestając na rejestra­&#13;
cji sensów jawnie deklarowanych. Zacznijmy od upo­&#13;
rządkowania intuicji.&#13;
&#13;
Można spokojnie założyć, że omawiany zwyczaj bo przecież jest to skonwencjonalizowana, spetryfikowana forma zbiorowego zachowania, a nie indywidu­&#13;
alny odruch psychiczny czy poryw em ocji - sformował&#13;
się w czasach, gdy chodzenie po górach było zajęciem&#13;
nielicznych, a towarzyszyły mu poważniejsze niż obec­&#13;
nie lęki, bo też większe było ryzyko i zagrożenie. Spo­&#13;
tykający się - nieczęsto - na górskich szlakach ludzie&#13;
dawali sobie znać, że mogą na siebie liczyć. A ch, gdy­&#13;
by można było dziś z górskiego powietrza odczytać&#13;
tamte rozmowy! W ram ach naiwnej rekonstrukcji te­&#13;
go, co działo się w A lpach od, powiedzmy, dwóch i pół&#13;
stuleci (w Tatrach od niespełna dwóch) można sobie&#13;
wyobrazić, że w czasach pionierów były to dłuższe roz­&#13;
pytywania o przebieg drogi, warunki w górze, zagroże­&#13;
nia. Poprzedzało je konw encjonalne przywitanie oczywiście inne w ustach „panów”, inne u lokalnych&#13;
przewodników i napotykanych bliżej szałasów górali.&#13;
&#13;
Wszystkie te pochwalony... niech B óg prowadzi... ostań­&#13;
cie z Bogiem... i inne życzenia szczęśliwej cesty... Czy&#13;
wokół nich powstawały jakieś małe tradycje, niesformułowane wymogi savoir vivre’u l K to komu powinien&#13;
pierwszy powiedzieć „dzień dobry”: może idący w górę&#13;
schodzącemu (jakby młodszy starszemu), a może ten&#13;
co ma dogodniejsze warunki, albo - jak zawsze - ten&#13;
grzeczniejszyl&#13;
Jakby nie było, w wysokogórskim otoczeniu, w wa­&#13;
runkach niepewności, rodzi się wzmożone zapotrzebo­&#13;
wanie na ludzką solidarność, a też - prawem wzajem­&#13;
ności - gotowość do jej świadczenia. Rozmowa daje&#13;
wyraz tym nadziejom. Nawet w formie zredukowanej&#13;
do jednowyrazowego pozdrowienia (ale przecież zakła­&#13;
dającego obustronność) jest nie tylko religijnym życze­&#13;
niem, by Bóg szczęścił, ale też niesie taki oto kom uni­&#13;
kat: znaleźliśmy się w nielicznym gronie śmiałków,&#13;
wchodzących w groźne obszary, winniśmy sobie poma­&#13;
gać - tak jak ty możesz liczyć na mnie, tak ja liczę na&#13;
ciebie. Postępujące oswajanie gór przyniesie oczywi­&#13;
ście banalizację wrażeń, konwencjonalizację komuni­&#13;
katu, a więc i stereotypowość powitań.&#13;
Nie lekceważmy - my, przechodnie wydeptanych&#13;
szlaków - elementów grozy, niewiadomego i nieprzewi­&#13;
dywalnego w percepcji pierwszych eksploratorów. Wszak&#13;
„dzikość” była dla ich kartezjańskich umysłów sferą nie­&#13;
obliczalności.1 Kiedy 18 czerwca 1741 roku Anglik Wil­&#13;
liam Windham w towarzystwie ośmiu rodaków i pięciu&#13;
miejscowych, z końmi jucznymi etc. wyrusza z ówczesnego&#13;
„Chamougni” na lodowiec Montenvers (tam gdzie dziś&#13;
wjeżdża się kolejką na M er de Glace; nawiasem mówiąc,&#13;
jak okropnie to banalna jazda dzisiaj, a jakie wydarzenie&#13;
towarzyskie przed kilkudziesięciu laty), to proszę sobie&#13;
wyobrazić, że wszyscy Anglicy zabierają ze sobą pistole­&#13;
ty. Zawierająca rady i przestrogi relacja z tej eskapady w której obyło się bez strzelaniny - to bodaj pierwszy no­&#13;
wożytny podręcznik turystyki alpejskiej.2 Skądinąd an­&#13;
gielscy gentlemani długo jeszcze będą pionierami eksplo­&#13;
racji alpejskich - zrazu turystycznych, później ściśle&#13;
wspinaczkowych, ale także intelektualnych, dostarczają­&#13;
cych języka pojęciowego do opisu nieoglądanych dotąd&#13;
z tak bliska wysokogórskich pejzaży.&#13;
Jednym z najpopularniejszych p ojęć będzie Burk e’owska kategoria estetyczna sublime - wzniosłości,&#13;
przygniatającej potęgi, porażającej m aleńkiego czło­&#13;
wieka niezmierzonym ogromem. Góry stają się wy­&#13;
obrażeniem scenerii metafizycznej czy eschatologicz­&#13;
n ej: każą widzieć w sobie pierwszy stopień do tronu&#13;
Najwyższego M ajestatu, przedsionek krain możli­&#13;
wych do odwiedzenia tylko przez wyzwolone z ciała&#13;
dusze - ja k w malarstwie metafizycznych Am eryka­&#13;
nów, np. Fredericka C hurcha. Ukute przez Joh n a Ruskina określenie „góry — katedry św iata” powraca też&#13;
&#13;
2. Przebieg wejścia na M ont Blanc od Chamonix i Les Houches&#13;
&#13;
166&#13;
&#13;
�lab/'êjt&#13;
&#13;
le'Retit P6nt,&#13;
'Chalelde.Cerro&#13;
&#13;
mw&#13;
&#13;
Pré V Siçy ;&#13;
&#13;
JaTannua&#13;
&#13;
.Vit* ...&#13;
laHenjliére’&#13;
&#13;
îs&#13;
&#13;
Tiembla^&#13;
&#13;
Gens&#13;
&#13;
iß o in tu e .&#13;
&#13;
ie Planet&#13;
&#13;
: ,,y6ranges&#13;
'/ d e s Faux_&#13;
&#13;
W e sifia y e a u *&#13;
6 ellevartfe¿t&#13;
&#13;
le P e t it 'B é c h a r&#13;
&#13;
ie ^ ^ a n d e lîy s =&#13;
&#13;
té c h a rM&#13;
&#13;
;&#13;
&#13;
® |1&#13;
&#13;
tochèKf e n d u e 1&#13;
&#13;
-¿'^^i^^ArâWâ^llys&#13;
&#13;
mt^achat&#13;
&#13;
2Ú¿&#13;
Co/ du M t Lâchât&#13;
&#13;
^&#13;
&#13;
™ \1&#13;
&#13;
f'Æêftw&#13;
&#13;
M Bd&#13;
Vue Z) urier&#13;
&#13;
-&gt;v ifls ôratidei&#13;
&#13;
j&amp;s inf --&#13;
&#13;
C o l de&#13;
&#13;
îft»„ TaB'envç&#13;
&#13;
bises&#13;
&#13;
••V .-&gt;1&#13;
■If&#13;
&#13;
Pian&#13;
G la c ie r&#13;
&#13;
Rocher-&#13;
&#13;
l^ît/sne&#13;
&#13;
'&#13;
&#13;
!îauis;A médeï&#13;
&#13;
¡jsssés&amp;iafl&#13;
&#13;
Wmesi&#13;
&#13;
�Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY&#13;
&#13;
dobrze już wytyczonych i łańcuchami okutych szlakach.&#13;
Jeśli nawet z takich zapisów dowiadujemy się, jak&#13;
ówcześni reagowali na góry (czy raczej - w jakiej kon­&#13;
w encji je opisywali), to zupełnie nie wiemy, jak reago­&#13;
wali na obecność innych, napotykanych nieuchronnie&#13;
na ścieżkach. Chyba że sami przyznają się do autocen­&#13;
zury w relacjach z takiego spotkania. N ie pow tarzam&#13;
ich [juhasów] rozmowy, gdyż niewymownie przykre na&#13;
mnie zrobiła wrażenie. J a sądziłem, że tutaj kał i występek&#13;
nie przekroczy przez olbrzymie granity zbudow ane ręką&#13;
B oga — lecz ja k okropnie rozczarow ała mnie rozmowa&#13;
tych górali!... W ięc wy, moi miejscy panicze, nie zdołacie&#13;
się pow ściągnąć ani na chwilę, aby nie roznieść waszego&#13;
zepsucia n a ten biedny, ciemny lud, więc nie umiecie usza­&#13;
n ow ać jego niewinnej prostoty? - woła Lucjan Lipiński,&#13;
lwowski notariusz, który dzielnie dał się przewieźć kil­&#13;
ku juhasom przez Morskie O ko (1860).&#13;
W takiej świątyni nie może się znaleźć żadna n ie­&#13;
czystość, w tym kościele nie ma miejsca dla innowier­&#13;
ców. W razie spotkania - przemilczeć albo zapłonąć&#13;
gniewem. Przynajmniej jeden taki gniewny tekst po­&#13;
&#13;
3.&#13;
&#13;
Stanisław Witkiewicz, N a przełęczy&#13;
&#13;
w polskich litaniach wzniosłych wyrażeń: a to jako&#13;
„Tatry — kościół św iatów ” (J. N. Kam iński), a to&#13;
„chram tatrzański” (Zaruski), czy „swobody ołtarze”,&#13;
świadectwa „wielkości Boga, nicości Stw orzenia” (Rautenstrauchow a).&#13;
W powstających wówczas romantycznych z ducha&#13;
opisach Tatr próżno by szukać opisów powitań z inny­&#13;
mi ludzkimi istotami. W góry jechano przecież po to,&#13;
by zmierzyć się sam na sam z Przedwiecznym, spodzie­&#13;
wając się widoków z czasów dla oka ludzkiego niedo­&#13;
stępnych: Ja k iś nieład, coś do chaosu podobnego wkoło&#13;
nas się rozlegało. Wszystko poprzew racane, zburzone, ja k ­&#13;
by nazajutrz po potopie. G óral z Bukowiny mówił, że tam&#13;
ja k przed stworzeniem, mnie się zaś zdawało, że po skoń ­&#13;
czeniu świata tak będzie. Trzeba się też zachować tak,&#13;
jakby doznało się osobistego spotkania ze Stwórcą a przynajmniej trzeba opisać swe wrażenia przez przy­&#13;
równanie do takiego spotkania: Wybiegłam, spojrzałam&#13;
i padłam n a kolana, na twarz... oczy obu rękami przykry­&#13;
łam, jakbym odbicie Boga, a przynajmniej tron jego ujrza­&#13;
ła (oba fragmenty z opisu wyprawy Łucji Rautenstrauchowej do Morskiego O ka w 1839 r.).&#13;
Ci, co donoszą o swych „uroczystych wrażeniach”,&#13;
opisują to tak, jakby w góry wybrali się w pojedynkę i ni­&#13;
kogo tam nie spotkali. W takim pejzażu nie ma miejsca&#13;
na innego. Tatry — to pustynia. Pustynia skalna — dzika,&#13;
groźna i niebezpieczna - pisze Zaruski jeszcze w 1912 r.,&#13;
wyraźnie ślepy na setki ceprów, letników i kuracjuszy na&#13;
&#13;
zwolę sobie przypomnieć - chociaż wstyd, ale dziś, gdy&#13;
dużo gorsze sprawki wychodzą, nie ma co drzeć szat, że&#13;
tak myślał wielki Stanisław W itkiewicz i zapisał to&#13;
w swej tatrzańskiej relacji, zgodnie uznawanej za n a j­&#13;
wybitniejszą w polskim piśmiennictwie.&#13;
Zanim oddamy mu głos, przypomnijmy że W itkie­&#13;
wicz, który na pierwszych, wprowadzających stronach&#13;
swojej opowieści bardzo trzeźwo pisze o góralach i ich&#13;
mitologizowaniu przez ceprów, zmienia język, kiedy&#13;
w opisie wstąpi na ścieżkę wiodącą w góry. Przemie­&#13;
niają się oni w bohaterów eposu (Homerem zostaje&#13;
Sabała) związanych z górami tak, jakby ich wioski le­&#13;
żały pod Kościelcem czy Rysami; w nieskalanym oto ­&#13;
czeniu tym bardziej razi autora wtręt etnicznie obcy.&#13;
Wszystko roztapia się w powietrzu, w blaskach, staje się&#13;
czymś niepokalanie czystym, kryształowym... Oczy spoczywają&#13;
w tej harmonii barw nikłych, przeźroczystych, pełnych światła.&#13;
Bezludna, bezpłodna pustynia, zawalona ruinami świata,&#13;
otulona w miękkie, fioletowe opary, traci swoją grozę i dzikość&#13;
i leży pod naszymi stopami ja k ciche pogodne morze...&#13;
Nagle na tle błękitów i opalów staje komiczna figura w ser­&#13;
daku na długim paltocie, w obwisłych, wlokących się spodniach.&#13;
Zdejmuje kapelusz, kłania się, uśmiecha z odcieniem pokory,&#13;
strachu i chęci przypodobania się, defiluje przed całą bandą&#13;
w ciągłych umizgach i znika ja k widmo, zostawiając za sobą tro­&#13;
chę znajomego w dolinach zapachu. Skąd się tu wziął ten Zydek?&#13;
Z kim przyszedł, za kim poszedł? Nikt nie wie.&#13;
Trywialne, fantastyczne widmo, które w tejże chwili zaludni­&#13;
ło Zawrat całymi tłumami myszuresów, handlem, warchołem&#13;
małomiasteczkowym, brudami, smrodem, kwestią żydowską...&#13;
Zewsząd przez czyste otchłanie powietrzne zlatywały się&#13;
brudne „cienie” i obsiadały wyobraźnię.&#13;
Ten grzeczny Zydek przyszedł tu jak „cień nieprzyjaciela”, który&#13;
zjawia się w „Wallenrodzie”, „aby krew mieszać w puchary wesela.&#13;
Nareszcie zaczynamy się staczać z Zawratu (...) ”.3&#13;
&#13;
168&#13;
&#13;
�Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY&#13;
&#13;
W izerunek tego anonimowego Zyda - narysowany&#13;
przez samego Witkiewicza, w pozie ni to franta, ni to&#13;
miszigene - mógłby wejść do zbiorów Narodowej G ale­&#13;
rii Wykluczonych.&#13;
&#13;
zostaje poprawiona w skali indywidualnej (przez idealizację dzieciństwa, a zwłaszcza okresu płodowego ja ­&#13;
ko czasu beztroski, w opozycji do dorosłości) i wresz­&#13;
cie wymiar społeczny; w tym ostatnim idealność jest&#13;
osiągana poprzez próby okresowej, obrzędowej realiza­&#13;
cji communitas —społeczeństwa równościowego, opar­&#13;
tego nie na dom inacji i grze ról w rygorystycznym po­&#13;
rządku, ale na wspólnotowej, wolnej koegzystencji&#13;
osobowości.4&#13;
Przestrzeń Natury, przeciwstawionej skażeniom&#13;
Kultury czy wynaturzeniom Cywilizacji, bywa również&#13;
traktowana jako obszar idealny - i to zarówno w sys­&#13;
tem ach archaicznych, mimo całej ambiwalencji „dzi­&#13;
kości”, jak i w mitologiach współczesnych. Tylko&#13;
w „czystym”, „nieskażonym” obszarze mogą się odbyć&#13;
rytualne realizacje ideału.&#13;
Z am knięta w rezerw atach N atura, chroniona&#13;
przed eksploatacją i polucją, pozbawiona swej grozy&#13;
przez n ad anie jej statusu „parku narodow ego”&#13;
(a przecież p a r k nie może być wrogi człowieko­&#13;
wi - nie jest to groźny l a s) jest idealnym środowi­&#13;
skiem do realizacji współczesnego święta: niedzieli-weekendu, ferii, wakacji, a zarazem do wyretuszowania jego społecznej kondycji. Działa tu jakiś autom a­&#13;
tyzm czy raczej szczególny kulturowy przymus: znala­&#13;
&#13;
4.&#13;
A le, w racając do górskich spotkań i pozdrowień,&#13;
jeszcze raz: nie śmiejmy się z „rzekomej” grozy i „nie­&#13;
prawdziwej” pustki skalnych ścieżek. Przygoda Hansa&#13;
Castorpa w śnieżycy pokazuje, jak łatwo w czarodziej­&#13;
skich górach ulec pokusie wyniosłej samotności, za&#13;
którą z kolei trzeba błyskawicznie płacić - co najmniej&#13;
wizją własnej śmierci albo popadnięciem w obłąkanie&#13;
- i to będąc nie dalej niż pół godziny od hotelu So n ­&#13;
nenhof. Każde spotkanie z innym w górach odpędza&#13;
grozę, każde pozdrowienie usuwa deprywację, przy­&#13;
wraca normalność.&#13;
Zmieńmy jednak kontekst, w jakim patrzymy na&#13;
zwyczaj, od którego oczekujemy odpowiedzi na pyta­&#13;
nie „dlaczego?”. Bo przecież zagrożenie nie jest jedy­&#13;
nym kontekstem, w jakim rodzi się wspólnota, której&#13;
wyrazem są słowa powitania. Takie same konw encjo­&#13;
nalne pozdrowienia słyszy się przecież na bezpiecz­&#13;
nych, nizinnych szlakach.&#13;
Zejdźmy z gór do nizinnej oazy Natury, do rezerwa­&#13;
tu przyrody, choćby takiego jak Chicontigue na atlan­&#13;
tyckim wybrzeżu U SA . Idylliczny krajobraz, raj nie tyl­&#13;
ko dla ornitologów, bo nieopodal jest odludna plaża&#13;
dla nudystów, gdzie przywdziawszy strój Adamowy&#13;
można w rócić do rajskiej kondycji. A na śródleśnych&#13;
ścieżkach mijane starsze panie mówią nam radośnie&#13;
hello! (jeśli nie zdążymy pierwsi) i choć można by wi­&#13;
dzieć w tym także po amerykańsku socjotechniczną&#13;
prewencję - zapobieżenie incydentowi na odludziu, to&#13;
przecież zasadnicze sensy i konteksty są inne.&#13;
W takich sielankowych m iejscach, tak samo jak na&#13;
trudnych drogach górskich, człowiek czuje powinność&#13;
pokazania się od swojej lepszej, otwartej, nieegoistycznej strony. Dlaczego?&#13;
W czasach minionych kilkanaście lat temu, kiedy&#13;
z entuzjazmem konstruowaliśmy paradygmaty antro­&#13;
pologii symbolicznej, udzielałem sobie takiej oto cało­&#13;
ściowej odpowiedzi - znajdując dla zachowania m iej­&#13;
sce w pewnym systemie. D la zrozumienia ludzkich za­&#13;
chowań symbolicznych kluczowe znaczenie ma fakt,&#13;
że odnoszą się one z reguły do wyobrażeń o stanie ide­&#13;
alnym, który albo jest zupełnie niemożliwy (jako mi­&#13;
tyczny, rajski), albo nie występuje na co dzień (jest&#13;
trudny do urzeczywistnienia); jest on jednak postulo­&#13;
wany i symbolicznie odtwarzany, zwłaszcza w sytu­&#13;
acjach obrzędowych początków i święta. Ów stan ide­&#13;
alny ma różne, acz przenikające się płaszczyzny i wyra­&#13;
żany jest w kilku wzajemnie wymiennych i uzupełnia­&#13;
jących się kodach. M a swój wymiar stricte mitologicz­&#13;
ny (obrazy złotych czasów, które istniały i/lub nastą­&#13;
pią), dalej wymiar osobniczy, gdzie ludzka kondycja&#13;
&#13;
złszy się w naturalnej przestrzeni (w czasie świątecz­&#13;
nym) wracamy do swej naturalnej/idealnej kondycji:&#13;
kiedy ustaje obowiązek pracy, podległość i opresja&#13;
&#13;
4.&#13;
&#13;
169&#13;
&#13;
Stanisław Witkiewicz, N a przełęczy&#13;
&#13;
�Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY&#13;
&#13;
społeczna, wtedy zmniejszają się też dystanse między­&#13;
ludzkie, rodzi się poczucie wspólnoty. W itanie, po­&#13;
zdrawianie, uśmiechy.&#13;
&#13;
5.&#13;
Rozważania takie jak powyższe prowadzą do dwóch&#13;
równie uzasadnionych, choć w zasadzie odległych&#13;
punktów dojścia. W witaniu się można widzieć zarów­&#13;
no reakcję na zagrożenie, jak też demonstrację rado­&#13;
snej, idealnej wspólnoty. Czy te wyspekulowane kon­&#13;
kluzje można sprawdzić w trakcie obserwacji etnogra­&#13;
ficznej, która przyznałaby rację którejś z dwóch hipo­&#13;
tez, a zarazem przydała ustaleniom więcej realności?&#13;
N ic nie stoi temu na przeszkodzie. Wybierzmy się na&#13;
M ont B lan c i zobaczmy, w jakich m iejscach po drodze&#13;
ludzie będą nam mówili bonjour (turyści niefrancuskojęzyczni - z reguły hello!).&#13;
Z Cham onix dojeżdżamy kilka kilometrów do Les&#13;
Houches, skąd podchodzimy stromą leśną ścieżką,&#13;
m ając po lewej ręce erozyjne leje Arandellys. Wąsko&#13;
tu i cienisto, prawie nikt nie schodzi, raz czy drugi&#13;
trzeba coś powiedzieć przy mijaniu - inne zachowanie&#13;
byłoby tak niekulturalne, że aż nienaturalne. Nocleg&#13;
jeszcze w lesie, ale rano już po krótkim marszu otwie­&#13;
ra się widok na szczyty. Ścieżka dochodzi wkrótce do&#13;
torów kolejki, która kilkaset metrów dalej, na stacji&#13;
końcowej (to dopiero 2372 m) wyrzuca z siebie tłu­&#13;
mek tych, dla których jest to maksymalna osiągalna&#13;
&#13;
5.&#13;
&#13;
bliskość Białej Góry. I tu właśnie, dwadzieścia metrów&#13;
od stacyjki, zaczyna się wysyp bonżurów. Rodzice&#13;
z młodzieżą, ładne panie - a więc konieczne słowo po­&#13;
witania, drobna mimika ust.&#13;
Ścieżka wkrótce pustoszeje, zaczynają się suche&#13;
zbocza Rognes, a u ich kresu pusty kamienny baraque&#13;
forestiere —nie wiadomo dlaczego forestiere, skoro gra­&#13;
nica lasu daleko poniżej. Ktoś tu będzie nocować, trze­&#13;
ba trochę porozmawiać i iść dalej, do schroniska pod&#13;
szczytem Tete Rousse. Poranne wyjście odbywa się&#13;
jeszcze po ciemku. Przez śniegowe pole lodowca&#13;
(w rozstawionych tu nam iotach ktoś jeszcze śpi) kie­&#13;
rujemy się ku osławionemu W ielkiemu Kuluarowi,&#13;
który trzeba przetrawersować.&#13;
Gdy piszę te słowa, m ając już to przejście za sobą,&#13;
nie umiem obiektywnie scharakteryzować stopnia je ­&#13;
go ryzykowności. O to co mówi kompetentny autor:&#13;
Szacuje się, że na samym tylko M ont Blanc straciło do tej&#13;
pory życie ok. 7000 ludzi (...) D użą ich liczbę pochłania&#13;
osławiony trawers w skroś wystawionego na lawiny k a ­&#13;
mienne wielkiego kuluaru Aiguille du G oû ter n a grani&#13;
G oûter-Bosses. I to pom im o założonych w tym miejscu lin&#13;
poręczow ych [nieprawda, żadnych poręczówek tu nie&#13;
ma - JS W ]. Przewodnicy nazywali ten trawers „rosyjską&#13;
ruletką”, z trudnymi do uniknięcia kamieniami, które czę­&#13;
sto i w nieprzewidziany sposób ze świstem spadają w dół.5&#13;
Dlatego właśnie jesteśmy tu o świcie, kiedy kam ie­&#13;
nie są jeszcze przymarznięte i ryzyko bombardowania&#13;
mniejsze. Dużo groźniejsza niż później w ciągu dnia&#13;
&#13;
Stanisław Witkiewicz, N a przełęczy&#13;
&#13;
jest za to półka, którą prowadzi przejście - oblodzona,&#13;
wąska, grożąca zsunięciem się w dół; po raz pierwszy&#13;
naprawdę przydają się czekan i raki jako nieodzowne&#13;
ekstensje ostrożnie operujących kończyn własnych.&#13;
Nikogo tu jeszcze nie ma, więc nie istnieje problem&#13;
witania się, ale każdy jest zbyt skoncentrowany na wła­&#13;
snych ruchach, by zważać na innych. Dopiero na skal­&#13;
nej grzędzie po drugiej stronie żlebu, wyprowadzającej&#13;
pionowo w górę, ale ubezpieczonej łańcuchami, można&#13;
odetchnąć, czując się jak na Orlej Perci. N a szczycie,&#13;
czy raczej na skalnej krawędzi schronisko pod Aiguille&#13;
du Goûter, a wokół niego przedpołudniowy ruch. Nie&#13;
oczekujmy powitań, kiedy kręcimy się wokół, ale kiedy&#13;
już wyruszymy po posiłku w dalszą drogę, znów przez&#13;
lodowcową połać, to kilkakrotnie miniemy wracają­&#13;
cych z przechadzki po lodowcu, odwzajemniając ich&#13;
jednowyrazowe pozdrowienia i uśmiechy.&#13;
Długa droga przez łagodnie wznoszącą się śniegową&#13;
pustać. Zanocujemy z konieczności w ostatnim przed&#13;
szczytem możliwym punkcie, schronie Vallota (4347&#13;
m ). Ta bezzałogowa aluminiowa puszka o arktycznej&#13;
konstrukcji smagana jest huraganowym wiatrem, któ­&#13;
rego do wnętrza nie wpuszcza specjalne wejście-śluza.&#13;
W środku są już jacyś Niemcy, którzy z satysfakcją fo­&#13;
tografują to chyba najbrudniejsze pomieszczenie Euro­&#13;
py: sterty puszek, papierów, stare i brudne materace.&#13;
W ielu tu się zatrzymuje, a nikt nie wynosi po nich&#13;
śmieci - można się pośmiać z niedbalstwa Francuzów.&#13;
&#13;
170&#13;
&#13;
�Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY&#13;
&#13;
Nad ranem, jeszcze po ciemku wyruszamy na ostat­&#13;
ni etap. Podejście szczytową granią to najpiękniejszy&#13;
chyba epizod wyprawy. Kilkuosobowe grupki połączo­&#13;
nych liną wspinaczy majaczą jak kolumny duchów.&#13;
Z daleka widać tylko światełka czołówek - robaczki&#13;
świętojańskie posuwają się powoli do góry. Wszyscy idą&#13;
uważnie po krawędzi, na której byłoby stromo jak na&#13;
dachowej kalenicy, gdyby nie gruba warstwa śniegu,&#13;
w której wydeptujemy bezpieczną, głęboką ścieżkę.&#13;
N a wierzchołku jest już zupełnie jasno. Krótki&#13;
triumf, jakieś okrzyki, zdjęcia, ale każdy woli sam pa­&#13;
trzeć na panoramę szczytów i cieszyć się sukcesem.&#13;
Zresztą wiatr głowę urywa, a ona przecież i tak trochę&#13;
boli na tej wysokości.&#13;
A zatem - by odpowiedzieć na pytanie z tytułu nikt nikomu nie mówi bonjour na M ont Blanc. Podob­&#13;
nie w pospiesznym zejściu, kiedy wszyscy chcą szybko&#13;
znaleźć się na dole, bo najgorsze, co się może przyda­&#13;
rzyć, to załamanie pogody na lodowcowych połaciach&#13;
bez punktów orientacyjnych, a do tego poprzecina­&#13;
nych niżej szczelinami. I znów schron Vallota, znów&#13;
&#13;
ostrożne wnioski. A więc, kiedy znajdujemy się na bar­&#13;
dziej empirycznym poziomie badania, bliżej rzeczywi­&#13;
stości, to dostrzegamy, że ludzkie zachowanie i działa­&#13;
nie (każdorazowa realizacja danego zwyczaju, jego&#13;
praktykowanie) uwarunkowane jest zupełnie innymi&#13;
względami, niż to się wydawało, kiedy patrzyliśmy&#13;
z odleglejszej, idealizującej i spekulatywnej perspekty­&#13;
wy. Chciałoby się powiedzieć, że psychologia triumfu­&#13;
je wtedy nad etnologią.&#13;
Może zresztą te konkretne determinanty nie unie­&#13;
ważniają tam tych ogólnych, ale trzeba uczciwie odno­&#13;
tować, że górskie powitania nie wypadają ani w chwi­&#13;
lach zagrożenia, ani w m om entach podziwu dla natu­&#13;
ry (w obu tych sytuacjach człowiek koncentruje się na&#13;
sobie), ale przy spotkaniach przelotnych i migawko­&#13;
wych. Nie wynikają z głębokich doznań, ale są sposo­&#13;
bem reagowania na przygodność - sytuację dość dylematyczną i wymagającą arbitralnej decyzji.&#13;
Jej niedogodność polega na tym, że w warunkach&#13;
otaczającej pustki każde, nawet przelotne zetknięcie&#13;
z innym człowiekiem nabiera charakteru spotkania.&#13;
&#13;
ktoś go fotografuje, a więc zdawkowe półuśmiechy.&#13;
Podobnie parę razy przed samym dojściem do schroni­&#13;
ska, w którym można sobie wreszcie pozwolić na obia­&#13;
dowe rozluźnienie.&#13;
Potem, w stromym zejściu skalną grzędą, nie ma się&#13;
ochoty odzywać do nieporadnych a panikujących mło­&#13;
dych Amerykanek, przypinających się krótką uprzężą&#13;
do każdego kawałka metalu na tej śmiesznie łatwej&#13;
drodze, bo w głowie ma się jedno: jak będzie wyglądać&#13;
trawers kuluaru? Jest popołudnie, kamienie mogą spa­&#13;
dać często-gęsto. Czy uratuje przed nimi kask albo&#13;
zręczne uchylenie ciała?&#13;
Odpowiedź - zdecydowanie negatywną - otrzymu­&#13;
ję natychmiast. A kurat kiedy doszedłszy do wylotu&#13;
ścieżki wyglądam zza grzędy w pionowy lej żlebu, prze­&#13;
latuje tamtędy istna torpeda - wielki blok skalny, któ­&#13;
ry pędzi na dół długimi susami, odbijając się co kilka&#13;
metrów od ścian. Jedyna nadzieja, że teraz będzie spo­&#13;
kój przez kilkadziesiąt sekund potrzebnych na szybkie&#13;
przejście ścieżki, o tej porze dnia już odtajałej i wydep­&#13;
tanej. Nie ma mowy o odzywaniu się do kogokolwiek&#13;
przed i po przejściu. Po drugiej stronie następuje od­&#13;
prężenie, bo dalej nie ma już zagrożeń. Chyba sporo&#13;
osób przeżywa te kilkadziesiąt sekund jako rozpaczliwy&#13;
skok skazańca - jeśli się udało, to trzeba gnać dalej,&#13;
nie oglądając się za siebie. Tak przynajmniej myślę pa­&#13;
trząc na niemałą ilość markowych czekanów, zosta­&#13;
wionych - najwyraźniej przez zapomnienie - w m iej­&#13;
scu, gdzie wszyscy zdejmują i chowają niepotrzebny już&#13;
sprzęt. Sam też zmykam, nie odzywając się do nikogo.&#13;
&#13;
Nieznajomy staje się na chwilę kimś fizycznie bliskim,&#13;
wręcz jedynym, trzeba więc to odnotować, wejść&#13;
z nim w relację, przywitać. W gruncie rzeczy niewiele&#13;
różni się to od przygodnych sytuacji, których pełno na&#13;
co dzień: w windzie, w przejściu, przy stole. Powstają­&#13;
cą tam mikrorelację społeczną można albo milcząco zi­&#13;
gnorować, albo zdawkowo zaakcentować jakimś lako­&#13;
nicznym komunikatem: dziękuję, przepraszam, bon&#13;
appetit, oops itp. Ogólnie przyjęte standardy kulturalności przecinają ten dylemat, kierując się także pew­&#13;
ną psychiczną ekonomią: ma więcej sensu uśm iech­&#13;
n ąć się raz, zdawkowo, do współtowarzysza w windzie&#13;
niż przez cały czas patrzeć na czubki własnych butów.&#13;
Kultura każe nam akcentow ać społeczny wymiar ta ­&#13;
kiej sytuacji, choć wygodny egocentryzm wolałby go&#13;
zignorować.&#13;
W itanie się ma związek z odbiorem danej sytuacji&#13;
jako społecznej, nawet w kategoriach pewnej powin­&#13;
ności. Dlatego zawsze powiedzą nam bonjour rodzice&#13;
z dziećmi, dbali o należyte ich wychowanie oraz ładne&#13;
panie i aspirujący nowicjusze, ceniący poprawność&#13;
form bardziej niż stare wygi.&#13;
Wiąże się też ono z uznaniem danej sytuacji za re­&#13;
lację międzyludzką, międzyosobową, a nie za frag­&#13;
m ent bezosobowego tłumu. Istnieniem takiego percepcyjnego rozróżnienia tłumaczyłbym fakt, że nie ma&#13;
zwyczaju pozdrawiania się i dziękowania np. sąsiado­&#13;
wi z krzesełka na wyciągu narciarskim (zupełnie nie&#13;
spotyka się go w przeludnionych stacjach alpejskich,&#13;
błyskawicznie zanika też w Polsce). A za to na pewno&#13;
przywitają się przy mijaniu osoby na nartach biego­&#13;
&#13;
6.&#13;
&#13;
wych w podwarszawskim lesie. Nie ma wtedy wysoko­&#13;
górskiego poczucia wartości współczłowieczeństwa na&#13;
bezludziu, ale jest chwilowe doznanie wspólnoty n ie­&#13;
licznych pasjonatów, może coś więcej niż zdawkowy&#13;
żeton savoir vivreu.&#13;
&#13;
Przy wszystkich oczywistych niedostatkach powyż­&#13;
szej relacji, mimo umowności przyjętej „procedury ba­&#13;
dawczej”, można chyba zdecydować się na jakieś&#13;
&#13;
171&#13;
&#13;
�Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY&#13;
&#13;
7.&#13;
&#13;
8.&#13;
&#13;
A może jednak zachowania zdawkowe - traktuję&#13;
już to słowo jak termin techniczny, oczywisty i zrozu­&#13;
miały, choć, o ile wiem, nikt go dotąd w antropologii&#13;
nie używał - ukrywają jakąś głębszą tajemnicę? Może&#13;
coś jest w nich zapisane jakimś starym, nieczytelnym&#13;
pismem, zrozumiałym tylko dla etnologa?&#13;
Amerykański folklorysta A lan Dundes podpowiada&#13;
nam - na marginesie swej większej pracy o wierzeniach&#13;
na tem at płynów i wilgoci jako istoty życia - by zwró­&#13;
cić uwagę na funkcjonujące do dziś w różnych trady­&#13;
cjach europejskich wyrażenia i życzenia, wypowiadane&#13;
w trakcie zbiorowego posiłku.6 Zadajmy zatem pytanie,&#13;
dlaczego siadając do stołu albo na widok jedzących&#13;
mówi się enjoy your meal, bon appetit, buen provecho,&#13;
G uten Appetit, smacznego, prijatnogo apetita itp.&#13;
N a początek wywodu należy przypomnieć sformu­&#13;
łowaną przez George’a Fostera (od którego wychodzi&#13;
Dundes) koncepcję istnienia w m entalności tradycyj­&#13;
nej w różnych kulturach europejskich takiej oto „idei&#13;
ludowej”: przekonania, że w świecie jest tylko ograni­&#13;
czona ilość dóbr, z czego wynikała obawa, iż każdy&#13;
obiekt, który żywi się, wzrasta i rozwija, czyni to n ie­&#13;
&#13;
Ale zgódźmy się, że nie żyjemy już w czasach, do&#13;
których stosowałyby się takie fo lk ideas. Jaki jest zatem&#13;
najbardziej współczesny, ch cąc-n iech cąc supernowo­&#13;
czesny i ponowoczesny kontekst zwyczaju alpejskiego&#13;
witania?&#13;
Jego tłem i sceną są przecież nie tylko Alpy bezlud­&#13;
ne, ale w równej mierze Alpy społeczne, cywilizowane,&#13;
wręcz coraz bardziej ukulturowione. Historii owego&#13;
odwiecznego procesu nie da się w tym miejscu nawet&#13;
zarysować, ale przynajmniej uporządkujmy parę oczy­&#13;
wistości.&#13;
Naturalny pejzaż Alp poddany jest od wieków pro­&#13;
cesowi przemiany w pejzaż kulturowy. Gdyby pisać h i­&#13;
storię ludzkich prac i środków materialnych, którymi&#13;
przekształcano góry, to za symboliczny początek moż­&#13;
na by przyjąć ów sławetny ocet winny, który służył&#13;
Hannibalowi do kruszenia skał w pochodzie na Italię.&#13;
W późniejszych epokach byłyby to kilofy i rozliczne in ­&#13;
ne narzędzia drążących sztolnie górników kruszco­&#13;
wych, alchemików i poszukiwaczy skarbów.7 Chętnie&#13;
przeczytałbym dzieło, sumujące w antropologiczny&#13;
sposób wielkie opus późniejszych czasów: udostępnie­&#13;
nie gór poprzez sieć dróg z imponującymi tunelami, gi­&#13;
gantyczne roboty hydrotechniczne, tworzenie kolosal­&#13;
nej infrastruktury narciarskiej i turystycznej, zabezpie­&#13;
czeń antylawinowych itd.&#13;
Kogo mianować symbolicznym patronem tych&#13;
przedsięwzięć? Dajmy spokój Hannibalowi i jego sło­&#13;
niom; Alpy były dla niego tylko przeszkodą, a nie ce­&#13;
lem, acz zapiszemy mu na plus, że wybrał sobie na&#13;
&#13;
uchronnie kosztem innego, sąsiedniego obiektu, od­&#13;
bierając mu tę siłę. Stąd biorą się wierzenia w niepo­&#13;
wodzenie siewu wspólnie rozpoczynanego przez&#13;
dwóch siewców, złego wpływu płodu na niemowlaka&#13;
w rękach ciężarnej, wspólnie rozpoczynanej kon­&#13;
sumpcji.&#13;
N a tej właśnie zasadzie, powiadają Foster i Dundes, wspólne jedzenie musiało - w przekonaniach tra­&#13;
dycyjnych - grozić nierównym korzystaniem z ograni­&#13;
czonych dóbr. (Czytelnik, którego nie przekonuje taka&#13;
teza, niech łaskawie przypomni sobie duży materiał&#13;
Frazerowski w Złotej gałęzi o magicznych zagrożeniach&#13;
w trakcie wspólnego jedzenia i sposobach jego unika­&#13;
nia). Jednym z nich stała się słowna deklaracja dobrej&#13;
woli -wypowiedziane głośno życzenie, aby współbie­&#13;
siadnikom jedzenie też poszło na zdrowie, tym bardziej&#13;
obowiązujące gdy jest się niejedzącym - a więc poten­&#13;
cjalnie najbardziej zawistnym - świadkiem, np. prze­&#13;
chodzącym obok stołu.&#13;
Takim świadkiem jest - jak zauważa Foster -&#13;
&#13;
przejście piękne Cham onix. To zresztą pewnie tylko&#13;
legenda: dziś przyjmuje się raczej, iż przeprawiał się ze&#13;
swymi zwierzętami przez Alpy Kotyjskie, chyba poko­&#13;
n ując przełęcz pod Petit M ont Cenis, a zresztą jest&#13;
tych hipotez bodaj około trzydziestki.&#13;
Może zatem cofnąć się - korzystając z odkrycia&#13;
sprzed 12 lat na przełęczy ponad doliną Oetztal, na sa­&#13;
mej linii austriacko-włoskiej granicy - do epoki brązu&#13;
i postawić na piedestał owego znakomicie zachowane­&#13;
go w lodzie osobnika, który nie wiedzieć po co polazł&#13;
w wieczny śnieg, na wysokość 3 2 0 0 m? Zadziwiający&#13;
ten epizod ma zapewne prozaiczne wyjaśnienie: skoro&#13;
ów Oetzi został tam zabity (a ma ranę w plecach), to&#13;
pewnie w napadzie - może przy próbie zagrabienia wy­&#13;
pasanych tam owiec.&#13;
Pasterstwo owiec, bieda i rzadkie zaludnienie - h i­&#13;
&#13;
przede wszystkim podający do stołu, czyli w lokalach kelner. To on stanowi zagrożenie, a jednocześnie to je ­&#13;
go pozbawiają osoby jedzące magicznych mocy wzro­&#13;
stu. Musi mu to zostać wyrównane. Czym? - Napiw­&#13;
kiem! Nie przypadkiem w różnych językach słowo to&#13;
odwołuje się do okoliczności, że za te pieniądze kelner&#13;
ma sobie kupić coś do picia. Mogą to być, co znamien­&#13;
ne, różne płyny: ogólnikowo Trinkgeld, propine, gorgeta,&#13;
napojnica, niskoalkoholowo pourboire, zgoła bezalko­&#13;
holowo na czaj, czajewyje (dieńgi). Proponowany jest&#13;
napitek, bowiem to właśnie płyny stanowią (co ilu­&#13;
struje oddzielnie Dundes) pierwiastek życia.&#13;
&#13;
storia ludzkiej penetracji Alp symbolicznie zaczyna się&#13;
od tych motywów i będzie stać pod ich znakiem aż do&#13;
współczesnej inwazji masowej turystyki. Pochodzący&#13;
z biednej tyrolskiej wioski Reinhold Messner powtarza&#13;
do znudzenia w swej najnowszej książce, zawierającej&#13;
przemyślenia zrodzone w czasie spotkań z góralami&#13;
wszystkich kontynentów, że jego dzieciństwo upływa­&#13;
ło w warunkach niewiele różniących się od życia Szer­&#13;
&#13;
172&#13;
&#13;
�Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY&#13;
&#13;
pów, Dardów i Kalaszów - stąd tak dobrze się z nimi&#13;
porozumiewa. Wszędzie w górach widzi to samo para­&#13;
doksalne zjawisko: coraz dalsza eksploracja turystycz­&#13;
na, a jednocześnie regres demograficzny i ekologiczny&#13;
- obniżanie granicy stałego osadnictwa, porzucanie&#13;
trudnego i ryzykownego pasterstwa, wyludnianie wsi&#13;
powodowane odpływem do pracy we wchłaniającym&#13;
wszystkich przemyśle turystycznym.8&#13;
Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele zmian&#13;
jest owocem dopiero ostatniego półwiecza. Jeszcze&#13;
w 1949 r. wioska Saas Fee, dziś masowo uczęszczany&#13;
kurort niedaleko Zermatt, była połączona ze światem&#13;
jedynie ścieżką dla mułów, a jej drewniane domy na&#13;
przedwojennych zdjęciach naprawdę przypominają&#13;
Nepal albo Bałkany. Z drugiej strony trzeba też pamię­&#13;
tać, na co w tych domach można było - paradoksalnie&#13;
- natrafić. Opowiadał profesor Dynowski, jak to kie­&#13;
dyś, jeszcze przed wojną, wszedł do takiej chaty (trzech&#13;
groszy byś, synu, za nią nie dał) , z której dochodził mia­&#13;
rowy terkot, a w środku brodaty góral na nożnej tokar­&#13;
ce wyrabia kółka zębate do zegarków - pewnie na zle­&#13;
cenie jakiejś niezbyt renomowanej firmy. Historyka&#13;
m entalności trzeba by pytać, jakie znaczenie dla naro­&#13;
dzin szwajcarskiego zegarmistrzostwa miała prote­&#13;
stancka akuratność i szacunek dla czasu u górali oko­&#13;
lic Genewy; etnograf doda, że innym owocem tych po­&#13;
staw było też koronczarstwo albo wyrób pozytywek idealne zajęcia na długie zimowe miesiące.&#13;
Powie ktoś, że to anegdoty i jednostkowe przykła­&#13;
dy. A le co innego może stwierdzić turysta, któremu&#13;
jednostkowe spostrzeżenia układają się stale w ten&#13;
sam wzór: supernowoczesne dodatki na archaicznym&#13;
podłożu. Przecież nadal spotyka nawet na wysokości&#13;
&#13;
u podstaw szczytu - o geologicznych początkach, n a­&#13;
stępne o przyrodzie i o żywych istotach, a na samym&#13;
wierzchołku - najbardziej wzniosły i ogólnikowy. Peł­&#13;
na uniwersalność, do tego w czterech językach: po&#13;
francusku, niemiecku, angielsku i japońsku.&#13;
Pobyt w górach najwyraźniej wzmaga zapotrzebo­&#13;
wanie na mistykę. W idać to zwłaszcza w kurortach po&#13;
włoskiej stronie Alp, gdzie księgarnie zawalone są lite­&#13;
raturą na tem at lokalnych, co bardziej tajem nych ry­&#13;
tuałów (przebierańcy, demonologia, karnawał), ale też&#13;
mistyki Tybetu, hermetycznych mitologii gór - od ezoteryczno-himalaistycznych zainteresowań twórców SS&#13;
po opracowania na tem at mistycznych krain: Szambhali, Shangri-la i Agarthy. Tam - w księgarniach trzeba więc badać dzisiejszą duchowość, a potem już&#13;
konstruować nową definicję kultury, która zastąpi sta­&#13;
re, Tylora czy Malinowskiego: kultura jest to system&#13;
sposobów używanych do produkcji, a przede wszyst­&#13;
kim sprzedaży i dystrybucji dóbr.&#13;
Skończyły się czasy kiczowatych posągów świętych,&#13;
takich jak strasząca wielkością złota Madonna na&#13;
uczęszczanej przełęczy M onte Moro ponad Macugnagą.&#13;
Zamiast popularności miejsca to właśnie jego niedostęp­&#13;
ność kwalifikuje do wystawienia tu pomnika. W skałach&#13;
Congo Star, trudnego szczytu wspinaczkowego wznoszą­&#13;
cego się ponad M er de Glace, na skraju przepaści stanę­&#13;
ła pięciometrowa sylwetka z lśniącej w słońcu nierdzew­&#13;
nej stali - rozkrzyżowana postać, puszczająca ręką ni to&#13;
&#13;
3200 m te same co za czasów hom o tyrolensis owce, ty­&#13;
le że wszystkie one mają w uszach plastikowe trójkąty&#13;
identyfikacyjne z kodem kreskowym. Zarządzają tym&#13;
pewnie wielkie koncerny, D anone czy Bridel, i niedłu­&#13;
&#13;
nowej estetyzacji Alp? Ja zaryzykuję tylko spostrzeże­&#13;
nie, że nawet umieszczana w alpejskiej scenerii rekla­&#13;
ma (billboardy, plakaty z luksusową biżuterią, zegarka­&#13;
mi, słodyczami) powoduje jakieś odwrotne niż to do­&#13;
tąd przyjmowano konsekwencje. To nie góry dodają&#13;
atrakcyjności reklamowanym na ich tle dobrom kon­&#13;
sumpcyjnym - to raczej atrakcyjność tych dóbr prze­&#13;
nosi się na szczyty, w scenerii których są eksponowane&#13;
(reklam ow ane na sta cja ch k olejek, wystawiane&#13;
w sklepach o najlepszej lokalizacji, z górskimi widoka­&#13;
mi w tle).&#13;
Czekolada z regularną piramidą M atterhornu na&#13;
&#13;
samolot, ni to ptaka; umieszczono ją w miejscu niedo­&#13;
stępnym, a nawet niewidocznym dla nikogo poza za­&#13;
awansowanymi wspinaczami (droga T D + ).&#13;
Jakiego teoretyka ponowoczesności prosić o celną&#13;
charakterystykę zjawisk, które składają się na proces&#13;
&#13;
go przyjdzie dzień, kiedy geostacjonarny satelita b ę­&#13;
dzie odczytywał te kody i komputerowo kierował ru­&#13;
chem stad.&#13;
Duchowa kulm inacja procesu kulturowego podbo­&#13;
ju środowiska naturalnego to umieszczanie w górach&#13;
materialnych rekwizytów kultu. Tu zamyka się n aj­&#13;
większe koło historii - od liczących 20 tysięcy lat enig­&#13;
matycznych znaków w Val Cam onica i tylu innych&#13;
m iejscach w Alpach, przez kaplice w m iejscach daw­&#13;
nych, przedchrześcijańskich kultów i górujące nad do­&#13;
linami krzyże, po nowoczesną sztukę na szczytach. D o­&#13;
znania duchowe w górach wspomagane były zawsze&#13;
scenografią religijną - dziś przyjmuje ona coraz czę­&#13;
ściej postać pozakonfesyjną, abstrakcyjną. Wzdłuż&#13;
drogi na szczyt Roterrothorn niedaleko Zermatt stanął&#13;
ostatnio zespół pięciu takich nowoczesnych quasi-kapliczek - obiektów kontemplacyjnych. N a m etalo­&#13;
wych stojakach umieszczono kolorowe szklane tafle,&#13;
a do nich krótkie natchnione teksty - enigmatyczne,&#13;
ale w czytelnym, wstępującym porządku: pierwszy,&#13;
&#13;
opakowaniu dodaje szlachetności tej bardzo przecież&#13;
kamienistej i lawiniastej górze, która dzięki niej staje&#13;
się łatwiejsza do przyswojenia. W szechobecne wize­&#13;
runki szw ajcarskich zegarków, nastaw ionych na&#13;
uśm iechniętą godzinę 10.09, w ielokrotnie na plaka­&#13;
tach reklamowych powiększone i przez to bardzo su­&#13;
gestywne, jeszcze przydają takim szczytom gracji.&#13;
Zwłaszcza, gdy są to marki takie jak Breguet, Blancpain czy V acheron-C onstantin (by spośród najbar­&#13;
dziej ekskluzywnych wymienić tylko te, które założo­&#13;
no w osiemnastym stuleciu; wszak Bregueta nosił&#13;
Oniegin, aczkolwiek wykonanego jeszcze w Paryżu,&#13;
&#13;
173&#13;
&#13;
�Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY&#13;
&#13;
Przypisy&#13;
&#13;
przed przeniesieniem firmy do doliny Joux w szwaj­&#13;
carskiej Jurze). Związane z nimi wyobrażenia punktu­&#13;
alności, niezawodności i wyrafinowania przenosimy&#13;
na otaczający pejzaż, oplatając go - niczym szczyt K-2 poręczówkami na słynnym zdjęciu, ilustrującym&#13;
hasło ekologów „Uwolnić góry” - siatką skojarzeń&#13;
oswajających, odbierających mu dzikość i nieprzewidywalność. Tylko człowiek z charakterem Diogenesa&#13;
nie ulegnie presji tych ikon elegancji i nie zauważy, że&#13;
podnoszą one status przyjeżdżającego, dodają wykwintności całem u pobytowi, więcej - uszlachetniają&#13;
same Alpy.&#13;
&#13;
1&#13;
&#13;
M. Oelschlager, The Idea o f Wilderness, New Haven 1995&#13;
&#13;
2&#13;
&#13;
W. Windham, A n Account o f the Glaciers or Ice Alps o f Savoy,&#13;
London 1744&#13;
&#13;
3&#13;
4&#13;
&#13;
S. Witkiewicz, N a przełęczy, Warszawa 1891, s. 147&#13;
J. S. Wasilewski, Tabu a paradygmaty etnologii, Warszawa 1989&#13;
&#13;
5&#13;
&#13;
G. Hattingh, Najpiękniejsze drogi wspinaczkowe świata, Katowice&#13;
&#13;
6&#13;
&#13;
A. Dundes, Wet and Dry, the Evil Eye. A n Essay in Indo-Europe­&#13;
&#13;
2000, s. 82&#13;
an and Semitic Worldview (w:) Interpreting Folklore, s. 102-105,&#13;
Bloomington 1980&#13;
7&#13;
&#13;
Warto przypomnieć uroczą rozprawkę Jacka Kolbuszewskiego&#13;
Skarby króla Gregoriusa, Katowice 1971 oraz zbiór studiów Józe­&#13;
fa Szaflarskiego Poznanie Tatr, Warszawa 1972. Niedoścignio­&#13;
&#13;
Góry robią się coraz bardziej eleganckie - i tego sa­&#13;
mego oczekują od wszystkich tych, którzy w ich oto ­&#13;
czeniu się znaleźli. Za pobyt każą płacić nie tylko pla­&#13;
stikową kartą, ale też zdawkową m onetą dobrego wy­&#13;
chowania.&#13;
&#13;
nym w swej erudycji studium postrzegania gór pozostają oczywi­&#13;
ście Góry niewzruszone. O różnych wyobrażeniach przyrody&#13;
w dziejach nowożytnej kultury europejskiej Jacka Woźniakowskie­&#13;
go (Warszawa 1974).&#13;
8&#13;
&#13;
R. Messner, Bergvoelker. Bilder und Begegnungen, Muenchen&#13;
2001&#13;
&#13;
Afganistan. W drodze do Jalalabachu. Fot. A nna Beata Bohdziewicz&#13;
&#13;
174&#13;
&#13;
�</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
