<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="10199" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/show/10199?output=omeka-xml" accessDate="2026-09-27T02:10:23+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="10177">
      <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/053c11a57a36feeec4c24b197ea92fe7.pdf</src>
      <authentication>8581d1745a55bc89586da7ff50e9368b</authentication>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="3">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="25235">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <itemType itemTypeId="1">
    <name>Text</name>
    <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
  </itemType>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="46">
          <name>Relation</name>
          <description>A related resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121299">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5291</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121300">
              <text>2003</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121301">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4913</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121302">
              <text>Starorzecze.Krzyżyk z mosiężnej blachy, Piesek puk, Maszyny do pisania / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.1-2</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="41">
          <name>Description</name>
          <description>An account of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121303">
              <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.1-2; s.90-97</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121304">
              <text>Kroh, Antoni</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121305">
              <text>pol</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121306">
              <text>Instytut Sztuki PAN</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="42">
          <name>Format</name>
          <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121307">
              <text>application/pdf</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
    <elementSet elementSetId="4">
      <name>PDF Text</name>
      <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="52">
          <name>Text</name>
          <description/>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="121308">
              <text>W

ANTONIKROH

Warszawie za carskich czasów kandydat na

majstra musiał wykonać w obecności komisji
tak zwany majstersztyk. Egzaminowanie mo­

gło trwać tydzień i dłużej. Odbywało się w warsztacie.

Starorzecze

D e l i k w e n t pracował, a komisja, jedząc i popijając na je­
go rachunek, pilnowała, by n i k t m u nie pomagał, oraz
przerzucała się d o c i n k a m i p o d jego adresem. N a noc

Krzyżyk z mosiężnej blachy,
Maszyny do pisania,
Piesek Puk

warsztat starannie plombowano. Dziadek A n t o n i miał
dyplom mistrzowski w dziedzinie blacharstwa i kotłów
gorzelniczych, a krzyżyk, który obecnie należy do mnie,
był jego majstersztykiem, pracą dyplomową. N i e w i e l k i
stojący blaszany krzyżyk, z zamkniętymi obło ramiona¬
m i , u dołu lekko wywinięty na zewnątrz, pusty w środku.

zyty, t a k i był szczęśliwy, tak nie wiedział, jak i c h uho¬

Zagadka polega na t y m , że nie widać jakiegokol¬
spawu. N a j p r a w d o p o d o b n i e j

norować, że nie b y l i w stanie wykrztusić, co i c h spro¬

Dziadek wymodelował go z jednego kawałka blachy.

wadza. Posiedzieli, pogadali, w y p i l i herbatę. Prosił, że¬

A l e jak?

by w p a d a l i częściej. N a d r u g i dzień wzięli się w garść

wiek

śladu łączenia,

i odwiedzili go raz jeszcze.

Pokazałem krzyżyk znajomemu m e t a l u r g o w i , ab¬
solwentowi p o l i t e c h n i k i . Oglądał na wszystkie strony,

Dziadek A n t o n i miał braci i bratanków ustawio¬

przybliżał do lampy, obracał. Zniecierpliwił się, odsta¬

n y c h w życiu, nie chcieli się z n i m kolegować, więc po

wił na półkę, zaczął mówić o czymś i n n y m . Z n o w u się¬

śmierci syna jedyną bliską m u osobą była synowa, czyli

gnął, obejrzał, odłożył.

moja M a m a . N o i w n u k i . Co sobotę przyjeżdżał do nas

Przyszedł po p a r u d n i a c h .

na Bielany, zostawał do niedzieli. Przywoził dzieciom

- Ja do twojego krzyżyka.

cukier - w butelce po oranżadzie, takiej z porcelano¬

Wyjął z teczki reflektorek, jakiego używają laryn¬

w y m kapslem; nie mógł kupować cukierków, bo samot¬

golodzy, umocował sobie na czole, poświecił. Wsunął

n y m emerytom k a r t k i na c u k i e r k i nie przysługiwały.

do wnętrza krzyżyka maleńkie lusterko na t r z o n k u . Pa¬

Trzymał u nas skrzypce, czasem grał i śpiewał Rosła

trzył przez silnie powiększające szkło.

lina z liściem szerokim albo o więźniu, który miał w celi

ka­

- Hm.

przyjaciela-pajączka, to znów o kibitce pędzącej w odle­

Tyle się dowiedziałem.

gły szlak, a dzwonek tylko słychać z oddali jak

Dziadek A n t o n i wcześnie owdowiał, sam wychowy¬

umarłych

pogrzebowy

znak. Czytał Czechowa, Turgieniewa, Gogola,

L w a Tołstoja, Puszkina, mieliśmy to w d o m u . M a m a

wał dzieci: A n t k a (mojego ojca) i A l ę . G d y pokończy­
l i studia, spełnił swoje marzenie: kupił działkę w Zie¬

kupowała rosyjską klasykę, która była wtedy w Polsce

lonce, zbudował d o m e k . A l a była lekarką. Zginęła już

bajecznie tania, starannie wydany t o m kosztował tyle

po upadku powstania, na szosie p o d Pruszkowem.

co dwa przejazdy tramwajem albo mniej, podobno jakiś

Chciała p o m ó c jakiemuś r a n n e m u , o d r u c h o w o wyszła

prywaciarz kupił większą ilość dzieł Stalina oprawnych

z szeregu, w a c h m a n krzyknął i zdjął karabin z ramienia,

w skórkę, którą zużył na produkcję galanterii, a że nie

nie zwróciła na to uwagi. Gdzieś za wczesnego Gomuł¬

znosił marnotrawstwa, zawiózł do składu makulatury

k i , miałem wtedy ze szesnaście lat, poszedłem do punk¬

kilkaset kilogramów odpadów poprodukcyjnych i dostał

t u skupu makulatury, magazynierka warknęła: - Na¬

za to piętnaście lat. Tak p l o t k o w a l i dorośli, myśląc, że

zwisko! A d r e s ! - bo władza musiała mieć czarno na

skoro A n t o ś przykucnął w kącie i b a w i się k l o c k a m i , to

białym, jak się nazywa i gdzie mieszka obywatel, który

nic go nie obchodzi i można swobodnie rozmawiać.

przyniósł do sprzedania piętnaście i pół kilograma sta¬

W czerwcu osiemdziesiątego dziewiątego r o k u , wkrótce

rych gazet. Odwarknąłem t y m samym t o n e m : - K r o h !

po wyborach, które komuniści tak pięknie przegrali,

- i nagle magazynierka rozpromieniła się, zapytała ser¬

wyszły spóźnione o parę tygodni dzieła Lenina w białej

decznie, czy może jestem k r e w n y m p a n i d o k t o r A l i c j i

delikatnej skórce, kaletnicy natychmiast w y k u p i l i cały

K r o h , która pracowała na Sadybie? I czy p a n i doktor

nakład, radio cieszyło się t y m przez k i l k a d n i .

żyje? Jeśli tak, proszę ją koniecznie pozdrowić, H a n n a

Babcia, dziadkowie znali rosyjski z czasów młodo¬

Woźniak jestem, z ulicy Obserwatorów, już p a n i d o k t o r

ści. Babcia, gdy podliczała coś w pamięci, mamrotała

będzie wiedziała. Powiedziałem, że to moja ciotka, nie

po rosyjsku, dopiero w y n i k ogłaszała po polsku. M a m a

żyje. - O J e z u , ona też? Jak zmarła? - Zwyczajnie, Nie¬

chodziła na kursy organizowane przez Towarzystwo

miec ją zastrzelił. Patrzę, a na kwicie dziesięć kilo ma¬

Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. N i e musiała daleko cho¬

kulatury więcej, niż się należało.

dzić, odbywały się u niej w biurze, w godzinach służbo¬

Ojciec zginął w w y p a d k u samochodowym w l i p c u

w y c h , przyjemnie było. Ciocia Jadzia mieszkała p o d

czterdziestego szóstego. Dziadek Felicjan i M a m a po¬

N o w y m Sączem, była nauczycielką w szkole rolniczej,

jechali do Z i e l o n k i zawiadomić Dziadka A n t o n i e g o .

dyrektor kazał jej d o d a t k o w o uczyć rosyjskiego. Za¬

Dziadek A n t o n i t a k się ucieszył z niespodziewanej w i -

skomlała, że rosyjskiego nie zna, na to dyrektor, że nie
121

�Antoni Kroh * STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

przyjmuje t a k i c h dziecinnych wykrętów, przecież i n n i

w dolne gniazdko, bo t a m jest lepszy prąd, w o d a się

nauczyciele też nie znają, a p r o g r a m trzeba realizować.

szybciej zagotuje. - Chyba nie - odpowiadała M a m a

N i e bądźcie aspołeczna, koleżanko L e d n i c k a , w a m

po głębokim namyśle - bo t e n d o l n y prąd m a dłuższą

0 wiele łatwiej, bo znacie francuski i n i e m i e c k i i nie

drogę do przebycia. - Może tak - myślała na głos pa¬

macie dzieci. W i ę c uczyła się sama, wieczorami. Co

n i K w i a t k o w s k a - ale rozpędza się z góry, m a większy

wkuła wieczorem, tego uczyła następnego dnia, wy­

i m p e t , w sumie prędzej grzeje, chociaż m u dalej. Pani

przedzała uczniów o jedną lekcję. Opowiadała o t y m

K w i a t k o w s k a i p a n i K r o h to były jedyne p o l o n i s t k i

przy stole, gdy przyjechała na święta.

w Instytucie Geodezji i K a r t o g r a f i i . K i e r o w n i k zapo¬

M a m a zawołała: Skandal! I d i o t y z m !

minał, z czym przyszedł, żegnał się skwapliwie, rozpie¬

Dziadek Felicjan: Drogie dzieci, h m . Chłopi na Są-

rała go satysfakcja, gdyż dysponował k o l e j n y m niezbi¬

decczyźnie tak czy o w a k nie będą czerpać fachowej

t y m d o w o d e m wyższości i n t e l i g e n c j i technicznej n a d

wiedzy z rosyjskich podręczników a n i czytać Turgie¬

humanistyczną oraz umysłu męskiego n a d k o b i e c y m .

niewa w oryginale. W i ę c na j e d n o wychodzi. Chociaż,

G d y Dziadek A n t o n i którejś soboty nie przyjechał,

prawdę powiedziawszy, też się nie zachwycam t a k i m

zaniepokojona M a m a pojechała do Z i e l o n k i . Usłysza¬

stawianiem sprawy.

ła o d sąsiadów, że p a n K r o h zamknął się w mieszkaniu,
nikogo nie wpuszcza i całymi godzinami głośno śpiewa

Babcia: Biedna Jadziunia. Pomogłabym ci, gdybyś

po polsku i po rusku. Zawołała, poznał j ą po głosie,

mieszkała bliżej...

otworzył, przeprosił za b r a k i w garderobie. Wyjaśnił, że

Jadzia: M o j a droga Zosiu, nie trzeba się obrażać na

czuje się słabo, bo o d p a r u d n i nie jadł, ale po p r o s t u

cały świat, trzeba brać ludzi t a k i m i , j a k i m i są.

nie jest głodny, a poza t y m wiele już w życiu zjadł i po¬

M a m a : W ł a ś n i e biorę ludzi j a k i m i są, a nie moja

w i n i e n odpocząć. Powiedziała, że m u s i wyjść na chwi¬

w i n a , że są i d i o c i .

lę, m a pilną sprawę do załatwienia. Pobiegła na pocz¬

Dziadek mruknął po francusku, żeby nie dawać

tę, sprowadziła pogotowie. Przyjechała karetka, lekarz

dzieciom złego przykładu. A l e już było za późno.
Dorośli wkładali m i do głowy, żebym się pilnie uczył

zdecydował: D r e w n i c a . N i e powiedział „szpital psy¬

rosyjskiego, bo każdy Polak p o w i n i e n znać język naszych

chiatryczny" czy „dom wariatów", tylko użył oczywi¬

śmiertelnych wrogów. W i ę c prosiłem Dziadka Antonie¬

stego eufemizmu. Warszawiacy lewobrzeżni

go, żeby m i czytał opowiadania o zwierzętach z syberyj¬

T w o r k i , prawobrzeżni - D r e w n i c a , K r a k o w i a c y - Ko¬

skich lasów, autorstwa mojego śmiertelnego wroga M i ¬

bierzyn, Poznaniacy - Dziekanka. Wygnańcy ze Lwo¬

chaiła Priszwina. Bardzo go polubiłem i sporo m u za¬

w a używali z w r o t u : - Ta na Kulparków! - c h o ć wie¬

wdzięczam, a także A n t o n i e g o Czechowa, którym wte¬

dzieli, że K u l p a r k o w a także nie zobaczą.

dy nasiąkłem, a teraz wracam do niego, gdy m i smutno.

mówili

G d y dojeżdżali, Dziadek spytał:

W t e d y był t a k i m i l i c y j n y przepis, że w każdym

- A czemuż to nie jedziemy w stronę Warszawy?

mieszkaniu musiał być zeszyt, do którego główny lo¬

Wieziecie m n i e do czubków, czy jak?

k a t o r miał obowiązek wpisywać każdy nocleg osoby

- Tymczasowo, u Dzieciątka Jezus generalny re¬

niezameldowanej na stałe. L p . , nazwisko i imię, sto¬

m o n t - wyjaśnił przytomnie kierowca.

pień pokrewieństwa, data przyjazdu, skąd przyjechał,

Odwiedzała go j a k mogła najczęściej, czyli co dwa

data wyjazdu, dokąd wyjechał, uwagi. Ten zeszyt przy¬

tygodnie.

niósł n a m dzielnicowy. Pouczył, że nocowanie osoby

- Wiesz - powiedział kiedyś - to grubo nie w po¬

postronnej bez wpisania do zeszytu podlega karze (po

rządku, żebyś t a k się męczyła. Myślałem n a d t y m

l a t a c h widziałem w t a r n o w s k i m h o t e l u wywieszkę

wszystkim i doszedłem do w n i o s k u , że kobieta powin¬

„Zabrania się wpuszczania do łóżka osób trzecich").

na być szczęśliwa. Niedługo umrę, spotkam A n t k a ,

M a m a t w a r d o wpisywała: A n t o n i K r o h , teść, data,

p o w i e m m u , niechże coś zaradzi. A l a też pomoże,

z Z i e l o n k i , data, do Z i e l o n k i , A n t o n i K r o h , teść, da¬

przecież to rozgarnięta dziewczyna. N a p e w n o coś

ta, z Z i e l o n k i , data, do Z i e l o n k i i t a k przez parę kar¬

wspólnie wymyślimy, t a k przecież nie może być.

tek, któregoś d n i a powiedziała, że j ą to nudzi, bo sko¬

- N i e c h m u Ojciec powie, żeby się nie martwił, da¬

ro m i l i c j a jej do tej p o r y nie zwinęła za nocowanie te¬

ję sobie radę.

ścia, to bez łaski, więcej wpisywać nie będzie. To był

- Oczywiście, oczywiście, znakomicie dajesz sobie

jej u l u b i o n y greps: gdy pracowała w Instytucie Geo¬

radę, ale napomknę delikatnie, żeby jednak... N i e bój

dezji i K a r t o g r a f i i , kiedyś z nudów powiedziała kie¬

się, nie sprawię m u przykrości.

r o w n i k o w i , że nie będzie się szczepić obowiązkowo

Następnym razem wyznał jej półgłosem, aby szlaf-

przeciw gruźlicy, bo po co: tyle razy się szczepiła, a nie

k a m r a c i nie słyszeli: w jego sprawie obraduje bardzo

zachorowała. Ciasno jej było w Instytucie Geodezji

ważna komisja, c h c ą m u przyznać order i wysoką eme¬

1 K a r t o g r a f i i . Razem z koleżanką, panią Kwiatkowską,

ryturę. Siedzą d r u g i dzień i dyskutują, jeszcze nie

która miała Krzyż W a l e c z n y c h za powstanie, płatały

skompletowali dokumentów. O n sam m a niewielkie

rozmaite figle. G d y k i e r o w n i k niespodziewanie wcho¬

potrzeby, tylko na bieżące w y d a t k i , resztę będzie jej

dził i pytał o coś, p a n i K w i a t k o w s k a mówiła o d nie¬

oddawać. - Dobrze, podzielimy się po połowie. - N i e ,

chcenia: p a n i Zofio, n i e c h p a n i przełoży wtyczkę

nie po połowie. M n i e wystarczy jedna czwarta, nawet
122

�Antoni Kroh • STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

jedna piąta. N i e spieraj się, ja w i e m lepiej, m a m tutaj

niędzmi dziur w d o m o w y m budżecie, bo i tak nie za­

więcej czasu na myślenie. Najwyżej jedna piąta.

tka, lecz kupić coś użytecznego i trwałego. W t e n spo­

Zadzwonili do M a m y do pracy z administracji szpi¬
tala, żeby sobie zabrała

sób O j c i e c bardziej będzie z n a m i . Wysiadła na placu

zwłoki w terminie trzydziestu

sześciu godzin, bo jak nie, to pogrzeb będzie

W i l s o n a , w d o m u t o w a r o w y m stał czarny walizkowy
r h e i n m e t a l l . Kupiła, żeby dzieci uczyły się pisać. Praw­

państwowy.

W t a k i sposób dowiedziała się, że umarł. N a p r y w a t n y

dopodobnie raz dwa rozniosą maszynę na strzępy, ale

pogrzeb nie było jej stać, państwowy wyglądał tak o t o .

jeśli zdążą się przedtem nauczyć, to póki i c h życia, pó-

Był ciepły wiosenny dzień. Wysiadła z c i u c h c i ra-

ty pieniądze za śmierć ojca będą procentować. Zosia

dzymińskiej. Czuła się trochę j a k na wagarach: dosta¬

miała w t e d y k i l k a miesięcy, ja cztery lata, A n i a osiem.

ła dzień wolnego, c h o ć personalna twierdziła, że jej

Uczyłem się pisać na maszynie prawie równocześnie

nie przysługuje, bo ojciec nieżyjącego męża to w myśl

z nauką stawiania liter. Wolałem maszynę, bo nie robiła

przepisów nie rodzina. A l e M a m a napisała podanie,

kleksów i n i k t mnie nie przyrównywał do kury skrobią¬

umotywowała, dyrektor własnoręcznie

cej pazurem. Skutek taki, że sprawniej piszę na klawia­

w drodze wyjątku pójść na

zaparafował:

turze niż ręcznie, a gdy muszę coś napisać hand made,

rękę.

Załatwiła formalności w administracji, gdzie ją po¬

uroczysty list albo własnoręczny życiorys, najpierw stu¬

uczono, żeby nie stawiała wódki grabarzom, bo to rów¬

kam, a p o t e m pracowicie przepisuję. Udaje m i się to za

nież pacjenci, po a l k o h o l u dostaną małpiego r o z u m u

drugim, trzecim razem (pisząc ręcznie, robię zbyt dużo

i k t o będzie odpowiadał.

błędów maszynowych). Hand made to zwrot z polszczy­

Stała p o d kostnicą godzinę, może dwie, n i k t n i c

zny potocznej - tak mówią góralki na targu, zachwala¬

nie wiedział. Wreszcie podjechała f u r m a n k a , na niej

jąc skarpety i swetry cudzoziemskim turystom. Po an¬

trzech mężczyzn w d r e l i c h a c h . O t w o r z y l i drzwi, wy¬

gielsku mówi się by hand, gdyby to kogoś interesowało.

nieśli papierowy w o r e k , t a k i j a k po cemencie tylko

Najgorzej było w liceum. M o j e zeszyty były przed­

trochę dłuższy, rzucili na wóz. Jeden powoził, d r u g i

m i o t e m miażdżącej k r y t y k i , zaś pojednawcze sugestie:

siadł o b o k f u r m a n a , trzeci z tyłu, p l e c a m i do k i e r u n k u

no to może, p a n i profesorko, ja wszystko ślicznie prze­

jazdy. Uśmiechał się do M a m y , która kroczyła za t y m

piszę na maszynie? - jedynie dolewały oliwy do ognia.

karawanem, fajtał nogami, wystawił twarz do słońca

Już lepiej było nie pokazywać zeszytu, zainkasować

i śpiewał na całe gardło przedwojenne szlagiery. Czar­

dwóję i cześć pieśni. N a rozdaniu m a t u r p a n i o d pol¬

nikczemnie.

skiego po raz pierwszy i ostatni w życiu uśmiechnęła się

Wszyscy w krąg się ze mnie śmieją że ja łudzę się nadzie¬

do m n i e mówiąc, że do twarzy m i w krawacie, a poza

ją, a ty nie wrócisz do mnie już.

t y m ogromnie się cieszy, że już nie usłyszy ode m n i e te¬

na Rita szydzi ze mnie, żeś mnie rzucił tak

W j e c h a l i w brzezinkę. Był t a m świeży dół, a obok

go idiotycznego pytania: czy można oddać wypracowa¬

pryzma złotego mazowieckiego p i a c h u . W r z u c i l i w o r e k

nie na maszynie? Czy można przynieść maszynę na kla­

do dołu. K i l k a ruchów łopatą i po wszystkim.

sówkę? Teraz szanowny p a n jest dojrzały, może pisać na

- Pani wsiada. Lepiej marnie j e c h a ć , j a k dobrze

maszynie, ile chce, nawet poematy i listy miłosne.

drałować - powiedział śpiewający w a r i a t i uśmiechnął

W szkole tępiono nie t y l k o maszynopisanie, ale

się życzliwie.

i pióra k u l k o w e , później nazwane długopisami. A l e
postęp nie dawał się okiełznać. I t a k zostało do dziś.

- Dziękuję, przejdę się.
Odwróciła się, poszła w przeciwną stronę, na Rem¬

Tadeusz opowiadał, że jego dziesięcioletni syn dostał

bertów. Pomyślała, że t a k i wiosenny spacer to h o j n y

polecenie o d n a u c z y c i e l k i - za karę przepisać sto ra¬
zy „nie będę przezywał koleżanek", więc siadł do

prezent o d teścia.
Po p a r u miesiącach Prezydium Miejskiej Rady Na¬

k o m p u t e r a , napisał cztery słowa, stuknął gdzie trzeba

rodowej w Zielonce wezwało obywatelkę Zofię K r o h

i w sekundzie miał sto l i n i j e k . Tadeusz zrobił uwagę,

do naprawienia rynny. Odpisała, że nie jest właściciel¬

że nie pisze się kolerzanek

ką, r y n n y naprawiać nie będzie. N a p r a w i l i sami i przy¬

wystukał polecenie „zamień", p o t e m „drukuj" i robo¬

t y l k o koleżanek,

więc syn

słali r a c h u n e k . Odesłała z wyjaśnieniem, że nie jest

ta g o t o w a . - Czyś t y zwariował? - przeraził się Tade¬

właścicielką i płacić nie będzie. Następnej wiosny

usz - przecież to bezczelność! O n a cię z t y m w y r z u c i !

przysłali r a c h u n e k za smołowanie d a c h u . Odesłała

Miałeś przepisać sto razy, a nie wklepać j e d e n raz! -

z wyjaśnieniem, że nie jest właścicielką. Po miesiącu

Tato, coś ty, ona się nie t r o p n i e . - D o b r a , oberwiesz

dostała kolejne pismo, ale go nie otwierała, tylko na¬

to oberwiesz, t w o j a sprawa. N a d r u g i dzień syn wró¬

pisała na kopercie „Adresat zmarł, przesłać nadawcy"

cił ze szkoły rozpromieniony. - Jeszcze m n i e pochwa¬

i wrzuciła do skrzynki. Korespondencja ustała.

liła, że t a k ładnie przepisane, bez jednego błędu.

-

A widzisz, widzisz, j a k chcesz to potrafisz! - powie¬

Maszyny do pisania

działa. - Tato, przecież o n a nigdy w życiu nie siedzia¬
ła za k o m p u t e r e m , mózg by się jej chyba zlasował.

Ojciec stracił życie podczas pracy, M a m i e wypłaco¬

Bardzo chciałem mieć swoją maszynę, zwłaszcza

n o odszkodowanie. J e c h a ł a t r a m w a j e m do d o m u , ści¬

gdy już nie mieszkałem z M a m ą . Oczywiście m a r k i

skała torebkę i myślała, żeby nie zatykać t y m i pie-

R h e i n m e t a l l , j a k moja pierwsza miłość. Były lata
123

�Antoni Kroh * STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

sześćdziesiąte, nie czterdzieste: m o w y nie było, żeby o t

ła, czy aby nie da się czegoś wymontować i użyć po¬

t a k wejść do sklepu i kupić. Rzecz wyglądała o wiele

n o w n i e . Tego d n i a skasowano kilkanaście maszyn,
stare aparaty fotograficzne i coś jeszcze. K a d r y decy¬

romantyczniej.

dują o wszystkim.

Młodość mojej towarzyszki życia upłynęła w Kance­
larii Sejmu PRL. Gdy do Polski dotarły pierwsze maszy­

Jeszcze była Efka. Tak mówili na nią mechanicy,

n y elektryczne m a r k i O l i v e t t i o snobistycznym, m o d ­

uśmiechając się j a k do starej znajomej. - O r a n y , Efka,

n y m k r o j u czcionki, mówiono na nie chyba skoropisy,

gdzie p a n ją podłapał? Świetnie się trzyma j a k na swój

mój r h e i n m e t a l l , jak inne z Kancelarii Sejmu, został

w i e k ! Efka - bo powstała w F K , Fabryce Karabinów na

przeznaczony na złom. Otóż po Sejmie kręcił się, chy¬

W o l i . Produkcję rozpoczęto wiosną, a może l a t e m trzy¬

ba z przyzwyczajenia, dziarski staruszek, przedwojenny

dziestego dziewiątego, na l i c e n c j i Hermes Baby, zdążo¬

socjalista Stanisław Szwalbe,

n o wyprodukować kilkaset sztuk. M o j a Efka miała zbi¬

wicemarszałek

Sejmu

Ustawodawczego w 1947 r o k u , który kładł podwaliny

ty n u m e r fabryczny (he, he, pewnie służyła w A K -

Polski L u d o w e j , a gdy już je położył, we wrześniu 1948

powiedział znajomy, oglądając j ą czule na wszystkie

r o k u wyleciał ze stanowiska przewodniczącego Rady

strony - poręczna, niezawodna, cicha, wszelkie zalety

Naczelnej PPS. N i e b a w e m partie się zlały, powstała

k o n s p i r a t o r k i . W i e l e b y m w t e d y za nią dał). Po w o j n i e

PZPR, tow. B i e r u t poradził Szwalbemu: „wy sobie lepiej

dwadzieścia parę lat leżała nieużywana w k r a k o w s k i m

dajcie spokój z polityką", więc tow. Szwalbe został dzia­

mieszkaniu, jako lokata kapitału p e w n y c h państwa.

łaczem społecznym, między i n n y m i założył Towarzy­

Kupiłem j ą z ogłoszenia. Cóż to była za radość. Zanio¬

stwo i m i e n i a M a r i i K o n o p n i c k i e j (już po Październiku).

słem do mechanika. - Efka! - zawołał -

Był to człowiek starej daty - nie znosił, gdy coś się mar¬

sztuka, zrobię p a n u poza kolejką. Nazwisko, imię, ad¬

nowało. Postarał

res, n u m e r d o w o d u osobistego. - A n t o n i K r o h , M u ¬

się więc, żeby maszyny, zupełnie

wspaniała

sprawne, ale już spisane do kasacji, przekazano Towa¬

zeum Tatrzańskie. - Jak to, mieszka p a n w muzeum? -

rzystwu. Pracował t a m przyjaciel M a m y , zadzwonił, po¬

N i e . - W i ę c proszę podać adres zamieszkania. - N i e

biegłem na Stare M i a s t o , obejrzałem kilkadziesiąt ma¬

m a m mieszkania. - To gdzie p a n mieszka? - Różnie.

szyn, wybrałem najmniej rozklekotaną, zapłaciłem... To

- A gdzie p a n jest zameldowany? - W Warszawie.

znaczy oficjalnie nie płaciłem, byłoby to przestęp­

- A w Z a k o p a n e m gdzie? - Nigdzie. - To co ja p o d a m

stwem; maszynę dostałem za darmo i nielegalnie, bo

na milicji? - zafrasował się m e c h a n i k , człek prosto¬

komisja Towarzystwa też ją przeznaczyła do kasacji -

duszny. - Przecież mogę p a n u niezłego g n o j u narobić.

ale akurat tego samego dnia, wiedziony szlachetnym

Wyznał, że jest zobowiązany podawać m i l i c j i wzory

p o r y w e m serca, z własnej a nieprzymuszonej w o l i wpła¬

czcionek wszystkich n a p r a w i a n y c h przez siebie maszyn

ciłem dwa i pół tysiąca złotych do kasy Towarzystwa

wraz z d a n y m i właścicieli. - Niezameldowany w Zako¬

i m . M a r i i K o n o p n i c k i e j jako członek wspierający. Wy¬

p a n e m , a do tego kupił sobie maszynę. O n i się, nie daj

biegłem ze słodkim ciężarem p o d pachą, zaniosłem na

Boże, zaczną n a d t y m zastanawiać. I będą pióra.

Marszałkowską do prywatnego zakładu, gdzie maszyna

- Dziękuję... Przyjdę kiedy indziej.

została poddana generalnemu r e m o n t o w i za drugie

Zawiozłem Efkę do Warszawy, nie pytano m n i e

dwa i pół tysiąca. Spisana na straty przez dwie komisje,

o n i c , wszystko zrobiono j a k należy. K a d r y decydują

d w u k r o t n i e zmartwychwstała, służyła m i wiernie, a gdy

o wszystkim.

po latach przesiadłem się na komputer, ofiarowałem ją

Efka była wspaniała, ale j a k na moje potrzeby za

Polakowi z Wileńszczyzny, co zresztą także nie było cał¬

delikatna - przyjmowała najwyżej dwie przebitki. Cie¬

kowicie legalne, gdyż ówczesne władze litewskie niemi¬

szę się, że poszła w dobre ręce. Żyje się jej spokojnie,

le widziały na swym t e r y t o r i u m maszyny z polską

obecna właścicielka łagodnie się z nią obchodzi - cza¬

czcionką, że tak to delikatnie ujmę.

sem list, r a c h u n e k , pisemko do administracji.

N i e wszystkie maszyny miały tyle szczęścia. D u n i a

Najśmieszniej było w stanie w o j e n n y m . Pracowa¬

z M u z e u m Tatrzańskiego l a t a m i pisała n a starym wa¬

łem w M u z e u m Okręgowym w N o w y m Sączu, Od¬

l i z k o w y m mercedesie, wypożyczonym z L i c e u m Ke¬

dział w Podegrodziu. Codziennie jeździłem więc do

nara. Któregoś d n i a zadzwonili, żeby i m w te pędy

Podegrodzia. Potrzebna m i t a m była maszyna, mu¬

oddać maszynę, bo ją muszą komisyjnie skasować, ta¬

zeum nie dało służbowej, bo nie miało, poprosiłem

kie m a j ą zalecenie p o k o n t r o l n e . D u n i a c h c i a ł a pła¬

o samochód, żeby przewieźli moją prywatną (miałem

cić, pytała, co zrobią jak, nie o d d a (wytoczą sprawę

w t e d y wielkiego biurowego u n d e r w o o d a ) . Pan Ma¬

sądową i naślą k o m o r n i k a z m i l i c j ą ) , proponowała

r i a n , kierowca, aż się za głowę złapał. Panie A n t o ś ,

h a n d e l w y m i e n n y , rozpłakała się, mówiła, że maszynę

czyś p a n chory? W i e ź ć prywatną maszynę państwo¬

k o c h a , zrosła się z nią, chce na niej skończyć książkę,

w y m samochodem? Jak ja i m to wytłumaczę na sztraj-

a jeśli nie mogą sprzedać a n i dać, to n i e c h przekażą

fie? Toż to przecie gorsze j a k k a r a b i n maszynowy!

do m u z e u m j a k o zabytek. N i c z tego proszę p a n i , po¬

Miał rację - na granicy miasta, przy zabytkowej figu¬

rządek m u s i być! Zebrała się komisja, u s t a w i l i maszy¬

rze M a t k i Boskiej z Dzieciątkiem, była wojskowa ro¬

nę na p n i a k u , p a n Z i u t e k chwycił s i e d m i o k i l o w y

gatka, wszystkich l e g i t y m o w a l i , zaglądali do toboł¬

m ł o t na długim t r z o n k u i walił, a komisja sprawdza-

ków, bagażników. A l e jakieś sto metrów przed rogat124

�Antoni Kroh * STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

ką odbijała o d szosy zwykła p o l n a droga. Przeniósł się

skakał o k n e m z trzeciego piętra, postradał w t e d y o k o .

t a m prawie cały r u c h kołowy. Z r o g a t k i było doskona¬

Krzyknąłem, wrócił. Nosiłem go, trzymając za ucho, to

le widać, j a k w i e j s k i gościniec, używany przez miej¬

znów za ogon, Babcia przyszywała - aby prędzej, t a k i m

scowych z częstotliwością j e d e n t r a k t o r na godzinę,

k o l o r e m włóczki, j a k i miała p o d ręką, rzecz wymagała

nagle zaroił się o d aut. A l e stróżów porządku to nie

natychmiastowej i n t e r w e n c j i . Ślady widać do dziś. Pil¬

obchodziło - rozkazano i m pilnować szosy, to pilno¬

nował m n i e d n i e m i n o c ą w dziecięcym szpitalu na

w a l i , a po sąsiedzku mogłyby jeździć c h o ć b y amery¬

W o l i , wykaraskaliśmy się jakoś. W k r ó t c e zacząłem się

kańskie czołgi. Baliśmy się obaj z p a n e m M a r i a n e m -

go wstydzić. Czekał na dnie szafy przywalony tekstylia¬

nie kary, bo przecież nie popełnialiśmy żadnego prze¬

m i , złego słowa nie mruknął.

stępstwa, tylko przerażającej perspektywy wyjaśnia¬

Przeprowadzał się ze m n ą niezliczoną ilość razy,

nia, co właściwie robimy. Okazało się, że niepotrzeb¬

z anielską cierpliwością. Teraz stoi za m o i m i p l e c a m i

nie. D r o g a p o l n a nie była obstawiona, mogliśmy tam¬

na regale, rozgląda się czujnie po okolicy. Przed paro¬

tędy spokojnie przewieźć Bujaka

ma laty niepostrzeżenie minęły nasze pierwsze i zara¬

z Frasyniukiem,

a cóż dopiero głupiego u n d e r w o o d a .

zem ostatnie złote gody.

Czarna w a l i z k o w a maszyna m a r k i R h e i n m e t a l l ,

Ciocia Terenia przez całą wojnę mieszkała z n a m i

k u p i o n a p o n a d pięćdziesiąt l a t t e m u , jest w ideal¬

na Sadybie. Sadyba była to elegancka dzielnica willo¬

n y m stanie. M a m a , siostry i j a pisaliśmy na niej d l a

wa, jej budowę zakończono tuż przed wojną; nazwę

zarobku i d l a własnych potrzeb. N i e u m i e m określić,

miała symboliczną, gdyż w dawnej polszczyźnie sadyba

ile k a r t e k przez nią się przewinęło - dwieście, trzysta

znaczyło warownia, obóz wojskowy, strażnica na kre¬

tysięcy? K i l k a g r u b y c h książek p a n a W a ń k o w i c z a ,

sach. W latach siedemdziesiątych pola między Sadybą

które przepisywałem z siostrami (pięć p r z e b i t e k , pil¬

a D o l n y m M o k o t o w e m zabudowano b l o k a m i , oficjal¬

n o w a ć kolorów b i b u ł k i ! ) , rozkazy k o m e n d y h u f c a

nie mówi się na to Ursynów, potocznie Usrynów, może

Mokotów

niezbyt w y k w i n t n i e , ale stosownie, bo przecież praw¬

Zachód

(na b l a c h a c h p o w i e l a c z o w y c h ,

trzeba było m o c n o walić w klawisze, żeby się odci¬

dziwy Ursynów to klasycystyczny pałac i park, ongiś

s n ę ł o ) , kilkanaście tomów czeskiej i słowackiej pro¬

własność Juliana Ursyna Niemcewicza, dziś Szkoły

zy w m o i m przekładzie ( p o p r a w i a n i e , p o p r a w i a n i e ,

Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, położony kilkana¬

każda strona po sześć i więcej razy, t r z y s t u s t r o n i c o -

ście kilometrów na południe. Jeden Ursynów, trochę

w a książka to d l a maszyny około dwóch

dalej d r u g i Ursynów. Jeśli tak, to może uchwalmy, żeby

tysięcy

s t r o n ) , audycje M a m y , artykuły, listy, co n a j m n i e j

odtąd każde polskie miasto nazywało się R a d o m .

p i ę ć prac magisterskich, n o t a t k i , chałtury, chałtury,

Ciocia Terenia oficjalnie była uczennicą kursów b u -

chałtury, przepisywania grzecznościowe, bo j a w i e m

chalterii, ale przede wszystkim tkwiła po uszy w konspi¬

co jeszcze. Jeszcze rozmaite próby wytrzymałościo¬

racji. Poszła do powstania, słuch po niej zaginął, nie by¬

w e , d o k o n y w a n e przez troje dzieci, nie licząc P T ko¬

ło w i a d o m o , czy żyje. Wypędzono nas z Sadyby, wędro¬

leżanek i kolegów. Podróże. O t ó ż po półwieczu ta¬

waliśmy p o l a m i , gdzie p o t e m zbudowano osiedle rządo¬

kiej służby maszyna wygląda bez porównania lepiej

we, zwane Zatoką Czerwonych Świń, dalej na południe

niż polskie łuczniki p o rocznej p r a c y n a państwo¬

polami, gdzie jakiś biznesmen chce wznieść buławę So¬

w y m . N i e w i e m , czy f i r m a R h e i n m e t a l l jeszcze ist¬

bieskiego, to znaczy ogromną wieżę w kształcie buławy

nieje, ale gdyby c h c i a ł a ładnie się znaleźć, niechże

z obrotową restauracją na wierzchołku, nie chciałbym

m i zapłaci za t e n h y m n p o c h w a l n y . Wyśpiewuję go

zgadywać, j a k warszawiacy to nazwą, i dalej p o l a m i , na

z pełnym p r z e k o n a n i e m - w odróżnieniu o d a k t o r e k ,

których m a stanąć Świątynia Opatrzności Bożej, ale

które

detergentów

nie w i a d o m o , czy stanie, bo kolejne zwycięskie projek¬

N i e d a w n o musiałem coś na niej napisać. Okazało

wsi W o l i c a . Ostatecznie, po rozmaitych perypetiach

się, że już nie u m i e m . Z a p o m i n a m , że trzeba przesunąć

osiedliśmy w Grójcu. W pierwszych d n i a c h stycznia

ględzą w t e l e w i z j i o zaletach

i biorą za to niezły szmal.

ty są coraz bardziej nie do przyjęcia - aż dotarliśmy do

wózek albo że nie ma co szukać klawiszy control czy alt.

czterdziestego piątego r o k u ktoś zdobył gazetę „Poszu¬

A l e dźwięk maszyny t a k i sam j a k w dzieciństwie. T a k i

kiwanie się Wzajemne", wydanie nadzwyczajne znane¬

sam. I to jest ta sama maszyna. W z n a k o m i t y m stanie,

go szmatławca „Goniec K r a k o w s k i " , który w czasie po¬

gotowa do pracy. Coś niesamowitego.

wstania

publikował

całostronicowe

fotoreportaże

o u r o k a c h lata, obozach H i t l e r j u g e n d w Beskidzie Zy-

Piesek Puk

w i e c k i m i wspaniałych zbiorach jabłek. D o d a t e k miał
cztery k o l u m n y po sześć szpalt nonparelem, nazwiska

N o s i angielskie imię, bo przybył z L o n d y n u . Tuż po

w przypadkowej kolejności, a wśród n i c h : Teresa

w o j n i e , w pierwszej paczce o d C i o c i Tereni.

nicka,

N i e było m u łatwo. G d y wyskoczył z pudła i rzucił

Gefangenennummer

Mählberg/Elbe,

106238,

obóz

Lechjeniecki

szuka matki i sióstr. Babcia długo płaka¬

m i się w r a m i o n a , miał puszystą, pomarańczową sierść.

ła. Parę d n i później do Grójca weszli bolszewicy, kore¬

N i e b a w e m zupełnie wyłysiał, nie ze swojej winy. Bez

spondencja z Rzeszą stała się niemożliwa. Pana Miko¬

szemrania realizował moje wizje, na przykład kiedyś

łaja Pajdowskiego, starego przyjaciela jeszcze z czasów
125

�Antoni Kroh • STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

roboty niepodległościowej sprzed pierwszej wojny, któ¬

Jeszcze przez cały r o k po w o j n i e mieszkaliśmy

ry w Grójcu organizował p o m o c warszawiakom, byliby

w Grójcu, n i m wróciliśmy do Warszawy. Jak Ojciec zała¬

j a k nic rozwalili, bo znaleźli u niego w b i u r k u znaczki

twił mieszkanie na Bielanach, nie w i e m . Skąd wiedzieli¬

pocztowe Generalnej G u b e r n i z H i t l e r e m , ale Pan M i ¬

śmy, że Ciocia Terenia osiadła w A n g l i i , jak zdobyliśmy

kołaj miał schowany na czarną godzinę baniak spirytu¬

jej adres, a ona nasz - nie m a m już kogo spytać. A l e pa¬

su, przeżył, a m y przy okazji, dziś by się powiedziało, że

miętam pierwszą paczkę z L o n d y n u , c h o ć miałem wtedy

przeżyliśmy na krzywy ryj; p o t e m długo pracował w lu¬

cztery, pięć lat. Może zresztą ta pierwsza zlała m i się z na¬

belskim oddziale P T T K , prowadził wycieczki po Rozto¬

stępnymi, a tylko m i się zdaje, że ją pamiętam.

czu. Jesienią 1963 r o k u przemawiał w Poznaniu n a d

Ciekawe, j a k przyszły h i s t o r y k Polski L u d o w e j

trumną Dziadka Felicjana, a gdy skończył, p a n Leon,

oszacuje, ile pieniędzy w p o m p o w a l i do k r a j u emigran¬

facecjonista w d o b r y m , szlagońskim stylu, uścisnął m u

ci, j a k opisze rolę zagranicznych paczek w naszej kul¬

dłoń i rzekł z powagą: Mikołaju, przeszedłeś sam siebie!

turze materialnej i d u c h o w e j , szczególnie w pierw¬

Pan Pajdowski ogromnie był d u m n y z tej pochwały,

szym p o w o j e n n y m dziesięcioleciu, c h o ć później oczy¬

chwalił się M a m i e k i l k a razy.

wiście też. T r u d n o sobie wyobrazić, aby ów t e m a t zo¬

W czterdziestym piątym r o k u w Grójcu Babcia ga¬

stał całkowicie pominięty; już prędzej można wątpić

wędziła z żołnierzami radzieckimi, podobnie j a k w Se-

w powstanie uczciwej i wyczerpującej m o n o g r a f i i cy¬

rebryszczach w r o k u dwudziestym i trzydziestym dzie¬

wilizacji PRL.

wiątym. Świetnie to robiła - uprzejmie, z dystansem.

A l e , na wszelki wypadek, może w a r t o podsunąć

C z u l i przed nią respekt; absolwentka carskiego gimna¬

pewną daleką analogię.

zjum znacznie lepiej czytała i pisała po rosyjsku niż

Tak zwany k u l t cargo narodził się p o d koniec X I X

w i e l u z n i c h . D y k t o w a l i jej listy. Wspominała sierżan¬

w i e k u wśród p i e r w o t n y c h ludów Oceanii, zwłaszcza

ta, który postawił na podłodze skrzynkę buraczanej

N o w e j G w i n e i , ogarnął setki tysięcy wyznawców i t r w a

marmolady, zabraną z magazynu spółdzielni Społem,

do dziś. Tubylcy uznali, że przybycie białych eksplora¬

z kieszeni bluzy wyjął list i poprosił, żeby przeczytać.

torów i misjonarzy to powrót przodków, w i d m o białej

- M o j liubimyj Misza! Codziennie myślę o tobie, ko¬

skórze. Okręty, później samoloty, załadowane towara¬

c h a m cię, rozpowiadam dzieciom, że u n i c h ojciec bo¬

m i ( cargo) tak wspaniałymi, że mogły pochodzić tylko

hater, są z ciebie d u m n e . Jestem c i w i e r n a , Misza, cze¬

z zaświatów, wysyłane były - jakże inaczej - przez du¬

k a m , aż wrócisz, będę k o c h a ć tylko ciebie aż do mogi¬

chy zmarłych Melanezyjczyków bądź Papuasów dla i c h

ły. O g r o m n i e m i ciebie brak, ale w i e m , że musisz wal¬

żyjących potomków, słusznie więc należały się miejsco¬

czyć za naszą radziecką Ojczyznę, za nasze dzieci, nasz

w y m . Przybysze, z biegiem czasu uznani za ludzi (gdy

d o m . D o b i j j a k najprędzej faszystowską gadzinę w jej

wyszło na jaw, że są śmiertelni), wprowadzali chrześci¬

legowisku i wracaj. U nas tego r o k u sroga zima, śnie¬

jaństwo, a zarazem nieustannie odbierali transporty,

gu napadało. O n a s się nie martw. Powrócisz i będzie¬

więc tubylcy doszli do wniosku, że n o w a religia jest,

m y szczęśliwi. Twoja małżonka Natasza. Babcia czyta¬

jakby to powiedzieć, sakralną technologią pomnażania

ła, a żołnierz co chwilę parskał śmiechem, brał się p o d

dóbr m a t e r i a l n y c h . Następowały masowe nawrócenia,

b o k i i machał rękami, jakby się oganiał o d osy. N i e wy¬

po których przyszedł ogromny zawód, skoro wyszło na

trzymała. - Z czego się śmiejecie, co t u śmiesznego?

jaw, że przyjęcie chrztu i uczestnictwo w niedzielnej

Spojrzał, nie rozumiejąc. - Z czego? A n o z tego, że tak

mszy świętej nie zapewnia natychmiastowego dobroby¬

ładnie pisze, a przecie w i a d o m o , bzdury, czepuchu boł-

t u . Czarni starali się ze wszystkich sił, na różne sposo¬

tajet, na p e w n o już kogoś ma, nie było m n i e w d o m u

by, przeniknąć Wielką Tajemnicę, lecz b i a l i wciąż b y l i

cztery lata, co ona myśli, że ja durny, życia nie znam?

górą, towary przychodziły wyłącznie do n i c h . Widocz¬

N i e wierzę w a n i jedno słowo, no, może o śniegu. Pew¬

nie zataili przed czarnymi te najskuteczniejsze zaklęcia.

nie uczycielka jej to pismo pisała, o t . Dopił herbatę,

K i e d y podczas drugiej w o j n y światowej n a d O c e a n i ą

podziękował, Babcia przetarła stół, przygotowała b l o k

przerzucono most powietrzny z A u s t r a l i i i niebo zaroiło

listowy, pióro, kałamarz. - D r o g a Nataszo, moja naj¬

się o d samolotów, k u l t cargo nasilił się; na niedostęp¬

ukochańsza małżonko! U m n i e wszystko w porządku,

n y c h wyżynach Papui-Nowej G w i n e i tubylcy b u d o w a l i

zdrów jestem, nie narzekam, tylko bardzo m i ciebie

z płótna i gałęzi podobne konstrukcje, aby zwabić n i m i

brak. Tęsknię za tobą, często m i się śnisz. W o j n a nie

skrzydlate p t a k i pradziadów wypełnione

wieczorynka, śmierć nie wybiera, ale wierzę, że wrócę

Wyrąbywali, wypalali lądowiska w puszczy, stawiali

do ciebie i będziemy szczęśliwi. Kolegów m a m do¬

wieże k o n t r o l n e , rozpinali kable telefoniczne z l i a n za¬

ładunkiem.

b r y c h , major dla nas słowno ojciec. Z i m a t u łagodniej¬

kończone

sza jak w naszych stronach, Polacy mówią, że sroga,

A skoro to nie skutkowało, znaleźli w sobie dość deter¬

ale gdzie t a m sroga, u nas bywają sroższe. K o c h a m cię

m i n a c j i , aby pójść dalej. D l a j e d n y c h k u l t cargo stał się

słuchawkami

z puszek po

konserwach.

i wierzę, że kiedyś do ciebie powrócę. D z i e c i ucałuj

zaczynem ruchów narodowowyzwoleńczych, i n n i po¬

i dobrze chowaj. M i t i a już pewnie w i e l k i chłopak i nie¬

p a d l i w mistycyzm - cierpliwie czekają, aż zdobędą nie¬

długo popadnie w pioniery. W i ę c e j nie m a m co pisać.

śmiertelność, uwolnią się o d chorób i obowiązku pracy.

Twój na w i e k i sierżant Mikołaj Prochorow.

B i a l i staną się czarnymi, czarni białymi, przodkowie
126

�Antoni Kroh • STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

zmartwychwstaną i powrócą na ziemię. Jak widać, k u l t

złote krążki ze staniolu, k u obopólnej radości, póki

cargo jest spójny, logiczny, konsekwentny, oparty na

ktoś się nie tropnął, że to nie odznaki, lecz egzotyczne

doświadczeniu j e d n o s t k o w y m i zbiorowym,

prezerwatywy. A n i a , córka C i o c i Tereni, zapamiętała,

mocno

osadzony w tradycji, a zarazem o t w a r t y na rzeczywi¬

że goście z K r a j u , przyjeżdżający do n i c h do L o n d y n u ,

stość, zdolny do wchłaniania n o w y c h elementów.

gdy po 1956 r o k u stało się to wreszcie możliwe, nie po¬

O d kiedy pamiętam, wiedziałem - podobnie jak

zwalali wyrzucać opakowań, bo takie piękne. Wyjeż¬

m o i rówieśnicy - że na Zachodzie każdy może sobie

dżając, rozstawali się z n i m i z żalem. Za Gierka w nie¬

kupić na co tylko m a o c h o t ę , pieniędzy t a m j a k liści

j e d n y m p o l s k i m d o m u stały na meblościance b u t e l k i

na drzewach, a w sklepach jest wszystko, na przykład

po peweksowskich alkoholach, świadcząc o d o s t a t k u

pióra k u l k o w e , tak się nazywają, bo zakończone kulka¬

i d o b r y m guście gospodarzy. G d y - mniej więcej za

m i zamiast stalówek, nie trzeba i c h maczać w kałama¬

pierwszej Solidarności - pojawiło się p i w o w puszkach,

rzu, dużo lepsze nawet o d naszych wiecznych. A więc

u znajomego księdza w salonie podziwiałem starannie

dobrobyt zależy wyłącznie o d miejsca p o b y t u . K t o

rozstawione rzędy ekskluzywnych, pustych puszek, na

mieszka w A n g l i i , Francji, A m e r y c e , jest bogaty, po¬

telewizorze, na szafie, napisami do przodu.

nieważ t a m mieszka. Uczyliśmy się w szkole o kapitali¬

Kakao z paczki, jeśli było przeznaczone do kon¬

stycznym m a r n o t r a w s t w i e i wyzysku, ale każdy wie¬

sumpcji w gronie r o d z i n n y m , a nie na sprzedaż, jedli¬

dział, że to bujda, żałosna, jak i n n e szkolne bujdy. Za

śmy z talerzyka, wymieszane z c u k r e m . Każdy oddech,

to realny, c h o ć egzotyczny, a może nawet pochodzący

każde nie w porę wypowiedziane słowo albo, co gorsza,

z zaświatów, był zapach paczek.

kichnięcie, mogło wzniecić kakaowy pył i złorzeczenia
współbiesiadników.

Kiedyś n i z tego, n i z owego dostaliśmy spado¬
c h r o n . Cały pokój wypełnił się białą tkaniną, która nie

Kawa o d C i o c i Tereni nie była napojem, a n i nawet

dała się z p o w r o t e m wcisnąć do pudła. - O j e j k u , jak

przysmakiem,

fajnie. Czy to prawdziwy? K i e d y będziemy skakać?

w pracy.

Z dachu? Z balkonu? Ja pierwszy! - Syneczku, proszę

tylko walutą. M a m a sprzedawała

ją

Rolę w a l u t y pełniły także zagraniczne żyletki. Kra¬

cię, spójrz. O n jest w kawałkach, nie nadaje się do ska¬

jowe

kania. N i e c h ci broń Boże coś do głowy nie strzeli. -

i twórczości satyrycznej.

To po co Ciocia go przysłała? - Żeby z niego poszyć

służyły głównie

do t e m p e r o w a n i a ołówków

C h c ę się golić, więc się mydlę,

b l u z k i i koszule. - Eeee... W czterdziestym siódmym,

ale nożyk nie chce.

czterdziestym ósmym r o k u co druga elegancka warsza¬

To nie nożyk, ale bydlę,

w i a n k a paradowała w j e d w a b i u z wojennego spado¬

nie tnie, tylko ł e c h c e .

c h r o n u . Niektóre starzały się w t y c h kreacjach. Jeszcze

W i ę c skowyczę: oby, oby

za Gierka można było w barze m l e c z n y m spotkać sta¬

wyginęły brakoroby!

ruszkę w pożółkłej, charakterystycznej bluzce.

Pani Muszka przez wiele lat dostawała z L o n d y n u ,

Pomarańcze... Babcia pytała: dzieci kochane, czy

regularnie raz w miesiącu, wyłącznie pończochy, t a k

ewentualnie miałybyście o c h o t ę . . . ? A l b o jeszcze wy¬

zwane nylony. O d narzeczonego, z którym zaręczyła

t w o r n i e j : a może reflektujecie... ? Siadaliśmy w skupie¬

się l a t e m trzydziestego dziewiątego r o k u . Tuż po woj¬

n i u , zaczynało się m i s t e r i u m obierania i sprawiedliwe¬

nie n y l o n y były t y l k o z paczek, ale w takiej ilości, że

go dzielenia, p o d czujną kontrolą trzech par oczu.

aż weszły do m o w y potocznej. Albo cnota, albo nylony

D w i e pomarańcze na sześć talerzyków - zostawić dla

-

p o w i a d a n o w różnych sytuacjach,

niekoniecznie

M a m y , zostawić dla Gosposi, nakryć, żeby nie wyschło

damsko-męskich. W połowie lat pięćdziesiątych poja¬

do wieczora. Potem się jadło. P o w o l u t k u , po troszecz-

wiły się pończochomajtki, wymyślono dla n i c h nazwę

k u . Skórki też były bardzo cenne. Pierwszy raz w życiu

rajstopy,

zobaczyłem pomarańcze w sklepie, o t tak po prostu

c h o ć przecie wynalazek, jeśli w o l n o się t a k wyrazić,

czekające na klientów, na początku lat sześćdziesią¬

nie miał n a myśli stóp. Pierwszy m i l i o n rajstop na uli¬

t y c h w Pradze; zamurowało m n i e ze zdziwienia, że coś

cach p o l s k i c h miast też oczywiście pochodził z pa¬

takiego w socjalizmie jest możliwe.

zręczne

słowo, n a t y c h m i a s t się

przyjęło,

czek, dopiero po dwóch, trzech l a t a c h i nie w i e m i l u

Każda pomarańcz (Babcia mówiła „ta pomarańcz";

naradach na najwyższym szczeblu pojawiły się krajo¬

uważając formę „pomarańcza" za prostacką) była owi¬

we. Te, n i c z y m podziemna rzeka w D o l i n i e Kościeli¬

nięta w białą gofrowaną bibułkę z w y t w o r n y m nadru¬

skiej, wpadały do magazynów G a l l u k s u , znikały, by

k i e m . Bibułki miały wielką wartość kolekcjonerską

wychynąć na bazarze Różyckiego - w cenie uwzględ¬

i były wyznacznikiem prestiżu, więc Babcia wręczała je

niającej p r a w a podaży i p o p y t u . Gazety piętnowały tę

n a m z namaszczeniem, starannie pilnując kolejności,

karygodną spekulację; aby jej przeciwdziałać, rozpro¬

by kogoś nie zranić. N i e tylko my, również dorośli mie¬

wadzano rajstopy przez związki zawodowe w zakła¬

l i słabość do eleganckich opakowań: Pierwszego d n i a

d a c h pracy. Trzyosobowe komisje, listy na tablicy

Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie w 1955

ogłoszeń, by uniknąć podejrzeń. Damskie rajstopy

r o k u delegaci z krajów ciemiężonych przypinali w do¬

p o d społeczną kontrolą -

wód przyjaźni przedstawicielom krajów obozu p o k o j u

Warszawy". W l a t a c h siedemdziesiątych po parze raj127

donosiło d u m n i e „Życie

�Antoni Kroh * STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

stop dawano k o b i e t o m pracującym z okazji D n i a Ko¬

miesiąc wcześniej - mówiono - k r e w n i z zagranicy za¬

biet. N i e oznacza to b y n a j m n i e j , że rajstopy zachod¬

łataliby dziurę paczkami. A więc jeszcze dwadzieścia

nie przestały cieszyć się zainteresowaniem.

pięć lat po w o j n i e paczki z Z a c h o d u wpływały na bieg

Polska odmiana k u l t u cargo czeka na swego dziejo-

wydarzeń w Polsce, ponieważ stanowiły istotna pozy¬

pisa. Listy proszalne do królów, prezydentów, zachod¬

cję w d o m o w y c h budżetach.

n i c h gwiazd ekranu, prezesów koncernów były w latach

Za Gierka weszła w modę i n n a k o n w e n c j a : co ro¬

pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zjawiskiem masowym.

k u na początku grudnia można było przeczytać w ga¬

Panie Ford, tyle p a n tych samochodów produkujesz,

zecie i usłyszeć w d z i e n n i k u telewizyjnym, że płyną

przyślij m i pan jednego, co p a n u zależy. Generale A j -

statki z cytrusami „na nasze świąteczne stoły", już mi¬

zenhałer, melduję się i proszę o nowe dobre radio. Sza¬

nęły duńskie cieśniny, już są na Bałtyku, zdążą na czas,

n o w n y Panie Premierze, ja tak k o c h a m Francję, przy¬

dla wszystkich wystarczy, tyle a tyle t o n .

dałby m i się n o w y garnitur, dla pana to przecież drob¬

O z a g r a n i c z n y c h lekarstwach niewiele m a m do po¬

nostka. W pierwszych słowach mojego listu zapodaję,

wiedzenia. Pan d o k t o r zapisywał, wysyłało się receptę

że będę się modlić za wszystkich pracowników firmy

C i o c i Tereni, przychodziło lekarstwo i tyle.

Fiat, ale przy okazji chciałbym nieśmiało napomknąć...

w aptece wysyłkowej Grabowskiego, L o n d o n , Jakaś-

Może

Adresaci niszczyli te listy, choćby dlatego, że były głów¬

t a m road, przechowują jeszcze nasz warszawski, daw¬

nie po polsku, ale jakąś i c h część przekazywano organi¬

n o n i e a k t u a l n y adres. Kawał h i s t o r i i Polski, apteka

zacjom h u m a n i t a r n y m , a stamtąd, w pękatych worach,

Grabowskiego w L o n d y n i e .

na Mokotowską przy placu Zbawiciela, do centrali Pol¬

Odbiór paczek na poczcie zorganizowany był tak,

skiego Czerwonego Krzyża. N a którymś piętrze tego bu¬

żeby się l u d z i o m w głowach

d y n k u była redakcja pisma „Twoje Dziecko", t a m jakiś

W p i e r w należało opłacić cło. Następnie pokwitować,

czas pracowała M a m a ; przeciskała się między t y m i wo¬

że wszystko jest w porządku i adresat nie w n o s i zastrze¬

rami, zwalonymi na klatce schodowej.

nie

poprzewracało.

żeń. D o p i e r o p o t e m można było zajrzeć do środka. Za¬

Tadek, kolega z ławy szkolnej, pochwalił m i się kie¬

wartość zgadzała się ze spisem albo nie. N i e k i e d y zga¬

dyś, że dostanie skuter. Zdobył adres Szweda, który

dzała się w sposób szczególny, na przykład pozycja „po¬

chce korespondować z rówieśnikami, więc napisze do

marańcze" oznaczała skórki i bibułki, pozycja „sweter"

niego; obieca, że co dwa tygodnie będzie słać listy, je¬

celofanowe opakowanie. Kiedyś deliberowaliśmy n a d

śli t a m t e n przyśle skuter, dla takiego Szweda to prze¬

nadgryzioną czekoladą, ile z niej odkroić. Reklamacje

cież drobnostka. N a przeszkodzie stał p r o b l e m tech¬

na poczcie nie miały sensu - co się pani czepia, ja tego

niczny - Szwed chciał korespondować po angielsku al¬

pani nie zjadłam,

bo po n i e m i e c k u . Tadek poprosił panią profesorkę, że¬

schowała

skąd mam wiedzieć,

albo paczki dostają,

czy sama pani nie

a jeszcze im źle.

by przetłumaczyła list. Widziałem z daleka, j a k coś do

A l e najsilniejsze moje wspomnienie, związane z za¬

niej mówił, wyciągnął kartkę, gestykulował, po c h w i l i

granicznymi paczkami, było innego rodzaju. Warsza¬

zrobił się czerwony, zabrał kartkę. Podszedł do m n i e .

wa, poczta główna, środkowy Gomułka. H o l , zwykle

Długo milczał, aż wreszcie wyksztusił: ale głupia kro¬

pustawy, t y m razem n a b i t y ludźmi. Kolejka do jednego

wa, co jej zależało...

okienka

straszliwie powykręcana,

z kilkaset osób.

Za Gomułki świąteczne łakocie były głównie z pa¬

Przeważały biednie ubrane, starszawe kobiety. Niektó¬

czek. Pamiętam, j a k na początku lat sześćdziesiątych

re siedziały na składanych r y b a c k i c h krzesełkach. Każ¬

„Życie Warszawy" napisało o przedświątecznym zaopa¬

da trzymała otwarte pudełko, osobno papier p a k o w y

trzeniu sklepów, że jest dość mąki, kaszy, słoniny oraz

i sznurek. Zaczepiłem pierwszą z brzegu i co usłysza¬

„innych smakołyków". Pan H e n r y k , człowiek skąd¬

łem: władze radzieckie oznajmiły, że o d pierwszego

inąd kulturalny, gołębiego serca i abnegat w sprawach

przyszłego miesiąca przestaną wpuszczać paczki żyw¬

m a t e r i a l n y c h , dostał a t a k u złości, czytając o t y c h sma¬

nościowe, więc starsze panie chciały skorzystać z oka¬

kołykach, wykrzykiwał straszne rzeczy w miejscu pu¬

zji, może ostatniej, by wysłać na W s c h ó d woreczek ka¬

blicznym, m i a n o w i c i e w e m p i k u na rogu A l e j i Nowe¬

szy, mąki, torbę c u k r u , parę główek czosnku, słoik to¬

go Światu. - N i e c h p a n sobie pójdzie, bo jeszcze ktoś

pionej słoniny z cebulką. Wczoraj pogotowie zabrało

zauważy, że p a n nie pijany i będą kłopoty - poradziła

celniczkę, zasłabła z przepracowania.

bufetowa, a p a n H e n r y k przytaczał wielekroć t e n afo¬

A m n i e dopiero w t e d y przyszło do głowy, że Ciocia

ryzm jako przykład nieugiętego polskiego ducha.

Terenia zaczynała po w o j n i e w L o n d y n i e z dziesięcio¬

Jednym z detonatorów robotniczego gniewu na

m a palcami, w jednej bluzie, bez języka, bez zawodu.

Wybrzeżu 1970 r o k u była okoliczność, że drastyczną

Pewnie dostała z wojska jakąś odprawę na opędzenie

podwyżkę cen żywności ogłoszono niespodziewanie

najpotrzebniejszych wydatków. I chyba za te pieniądze

tuż przed Bożym N a r o d z e n i e m , 12 grudnia. Nagle się

kupiła kawę, herbatę, daktyle, rodzynki, pieska Puka.

okazało, że ludzi nie stać na przygotowanie świąt.

W t e d y w A n g l i i żywność też była na k a r t k i , j a k u nas.

Prawdopodobnie była to bezmyślność, nie celowa szy¬
kana - lecz ludzie poczuli, jakby i m n a p l u t o w wigilij¬
n y talerz. Gdyby podwyżkę zapowiedziano choćby
128

�</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
