<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="10152" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/show/10152?output=omeka-xml" accessDate="2026-09-26T18:49:22+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="10130">
      <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/ec4d2640b69f7b9a1b747117ab89fd48.pdf</src>
      <authentication>ab613fc94c8cee4eaa1abf64f46f69b9</authentication>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="3">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="25235">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <itemType itemTypeId="1">
    <name>Text</name>
    <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
  </itemType>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="46">
          <name>Relation</name>
          <description>A related resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120766">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2708</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120767">
              <text>1998</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120768">
              <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2519</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120769">
              <text>Mikro-makro market / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="41">
          <name>Description</name>
          <description>An account of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120770">
              <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.140-143</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120771">
              <text>Dudziak, Maciej, J.</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120772">
              <text>pol.</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120773">
              <text>Instytut Sztuki PAN</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="42">
          <name>Format</name>
          <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120774">
              <text>application/pdf</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
    <elementSet elementSetId="4">
      <name>PDF Text</name>
      <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="52">
          <name>Text</name>
          <description/>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="120775">
              <text>Mikro-makro market
przyjemność i groza ponowoczesnego rynku
Maciej J . Dudziak

Obcym jest każdy z nas, gdy wychodzi na ulicę
M. Schluter i D. Lee, The R Factor

1. Schulz, Geertz a antropologia codzienności.
Zamiast wstępu
Bruno Schulz tak pisał o drohobyckim rynku:
W sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer. Z pół­
mroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel dnia.
Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od żaru,
jakby zalepione miodem, a podciągnięta do góry warga odsłania­
ła im dziąsła i zęby. I wszyscy brodząc w tym dniu złocistym
mieli ów grymas skwaru (...) Rynek był pusty i żótty od żaru,
wymieciony z kurzu gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia.
1

Schulz nie przypadkiem sytuuje swój dom właśnie w ryn­
ku. Rynek jest bowiem istotnym - jeśli nie najważniejszym
miejscem, na którym wspiera się fundament podtrzymujący
całe miasto. W rynku lub w jego okolicach mają miejsce naj­
ważniejsze wydarzenia Schulzowskiej prozy, owe mityczne
bajania i historyje , wyznaczające sens każdego, nawet - wy­
dawałoby się - najbardziej banalnego zdarzenia w historii
drohobyckiej agory. Oto bowiem:
2

Kupka obdartusów, ocalała w kącie rynku przed płomienną mio­
tłą upału, oblegała kawałek muru, doświadczając go wciąż na no­
wo rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych meta­
lowych krążków można było odczytać prawdziwą tajemnicę mu­
ru, porysowanego hieroglifami rys i pęknięć. Zresztą rynek był
pusty. Oczekiwało się, że przed tę sień sklepioną beczkami w i niarza podjedzie w cieniu chwiejących się akacyj osiołek Sama­
rytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwlecze tro­
skliwie chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłod­
nych schodach wnieść ostrożnie na pachnące szabasem piętro.

Schulz wychodząc od zdarzeń banalnych, prostych, co­
dziennych, przechodzi do rekonstrukcji mitycznych ciągów
zdarzeń. W opisach przedmiotów, miejsc i ludzi:
... czuje się bliski odczuciom Antyku, sądzi, że swą kreację, swe
fantazjowanie i snucie wywiódł z pogańskiego pojmowania ży­
cia, jak to już dla starożytnych genealogia własnego rodu pogrą­
żała się w micie po odejściu drugiej czy trzeciej generacji,
a wzrok obrócony wstecz dostrzega! historię rodziny znajdującą
swe rozwiązanie w mitologii.
5

Tak interpretowane codzienne zdarzenia, tkwiące swymi
korzeniami w micie, lub korzystając z antropologicznego le­
ksykonu - w kulturze, można przerzucić intelektualny po­
most pomiędzy postulatami antropologii interpretatywnej
i tym, co Clifford Geertz nazwał opisem zagęszczonym (thick
description) , a bajaniem i historyjami Schulza. Różnice ba­
zują jedynie, jak mniemam, na stopniowalności rejestrowa­
nych wydarzeń, co znaczy, iż Geertz rozpoczyna od postulatywnej rejestracji wydarzenia, faktu kulturowego (np. walk
kogutów na wyspie Bali), a kończy na skomplikowanej inter­
pretacji owych zarejestrowanych uprzednio zdarzeń. Schulz
natomiast, wykorzystując - pomimo wszystko - przywileje
należne literaturze, „odrzuca" ową stopniowalność akcji,
koncentrując się wyłącznie na interpretacji, która u niego sui
generis jest konstruowaniem mitu.
6

2. Dwa typy ponowoczesnego rynku

3

Studiując zachowania prawdopodobnie grupy włóczę­
gów - zdawałoby się banalnie pospolite - Schulz dochodzi
do interpretacji, w której z prostego faktu społecznego, ja­
kim są owi „obdartusi", czyni kontynuację przypowieści bi­
blijnej. Zwykłe wydarzenie z drohobyckiego rynku nabiera
w tym świetle mocy mitu dziejącego się stale i ciągle. Bo­
wiem:
Zapominamy o tym - pisze Schulz w jednym ze swych esejów operując potocznym słowem, że są to fragmenty dawnych
i wiecznych historyj, że budujemy, jak barbarzyńcy, nasze domy
z ułamków rzeźb i posągów bogów. Najtrzeźwiejsze nasze poję­
cia i określenia są dalekimi pochodnymi mitów i dawnych histo­
ryj. Nie ma ani okruszyny wśród naszych idei, która by nie po­
chodziła z mitologii - nie była przeobrażoną, okaleczoną, przei­
stoczoną mitologią.
4

140

2.1. Typ pierwszy: mikromarkef
Witnica jest 7-tysięcznym miasteczkiem położonym kil­
kanaście kilometrów od granicy z Niemcami. Ludność miasta
i okolic rekrutuje się w znacznej liczbie z przesiedleńców
z terenów Kresów Wschodnich I I Rzeczypospolitej. Brak tu
ludności autochtonicznej zarówno pochodzenia polskiego,
jak i niemieckiego.
Głównym rynkiem w liczącej blisko 20 tysięcy mie­
szkańców gminie są place położone w centrum miasta oraz
łączące je ulice. Znaleźć tu można różnorakie sklepy w wiel­
kiej ilości, okolicznościowe i stałe targi, na których kupić
można przemycane zza wschodniej i zachodniej granicy pa­
pierosy i alkohol, spędy bydła, koni i trzody, targowiska pło­
dów rolniczych, bary i pijalnie piwa, w których zawsze spo­
tkać można przemytników, pijaczków i drobnych złodziei,
8

�których osobną kategorią jest tzw. jurna, czyli grupy „awan­
turniczych" młodzieńców wyruszających za zachodnią grani­
cę w poszukiwaniu „łupów" pochodzących z kradzieży.
Wśród starych kamienic odszukać można zakłady szewskie,
fryzjerskie czy trumienne, kawiarnie i cukiernie, w których
obok „zwyczajowych" usług zrealizować można również za­
mówienie na samochód czy „spożywkę" zza rzeki. W dni od­
pustów, kiermaszy czy wyprzedaży kupić można poniemiec­
ką książkę, plastikową relikwię lub najnowszej marki szwaj­
carski kalkulator. Z rzadka zaglądają tu stróże prawa; jest to
samoregulujący się mechanizm.
Przestrzenie rynku są niejednorodne; wypełnione ludźmi
różnego pochodzenia, mającymi różne cele, poglądy, etc.
Wpaść tu można na kobietę zwracającą się do każdego męż­
czyzny „Panie Burmistrz!", czy na podeszłego wiekiem zbie­
racza żelastwa i butelek. W kątach rynku, przy ławach skle­
powych nie brak drobnych pijaków i obiboków. W przyle­
głych rynkowi szynkach i kawiarniach podsłuchać można
przemytników, jumaków czy miejscowych Cyganów. W sa­
mym rynku - mieszanina strojów, twarzy, języków i zapa­
chów: obok polskiego „urzędowego", usłyszeć można specy­
ficzne „zabużańskie zaciąganie", co ciekawe, nawet wśród
najmłodszego pokolenia, dalej - język handlujących ukraiń­
skich bazarowiczów, przezywany tutaj „hahłackim", język
niemieckich i duńskich turystów.
Rynek jest miejscem, gdzie formuła Obcy jest jedynie for­
malną klasyfikacją bliskości, nie natomiast wartościującą ka­
tegorią stawiającą owych obcych w rzędzie „gorszych",
z uwagi na jedną prostą przyczynę - ekonomię, czyli zysk ze
sprzedawanych towarów.
Wychodzi się „do miasta", bo taka formuła jest przyjęta,
nawet jeśli mieszka się w samym rynku, to wychodzenie do
„miejsca", wyraźnie określonego miejsca spotkania, gdzie
można nie tyle być, co żyć, odnowić znajomości, zawrzeć so­
jusz czy transakcję. Kupowanie ma nie tylko znaczenie
wprost, zaopatrzeniowe, ma też równoważne znaczenie sym­
boliczne: „kupuje się" informacje, „kupuje się" relacje, „ku­
puje się" związki, sympatię, bądź antypatię, zjednuje sobie
sklepikarzy, a sklepikarze zjednują sobie klienta. Podczas ku­
powania odbywa się swoista gra językowa powołująca do ży­
cia sferę wokół samego kupowania. Towar nabiera wartości
poprzez mówienie o nim, poprzez targowanie się, niemależ
„rytualne" narzekania. Mimika niezadowolenia, gesty sklepi­
karza - wszystko to nie ma jedynie efemrycznego charakteru,
lecz podlega konwencji, bez użycia której niemożliwe było­
by kupno. Na przykład:
9

- Sklepikarz: Rybeńko kochana, co to dla ciebie dzisiaj?
- Kupująca: Aaa, Panie Piotrusiu, co ja tam mogę tego kupic'.'.Za
co, za te grosze, co nam dają?
- Sklepikarz: Może kupić, może kupić, u mnie prawie darmo,
kochana. Co tam będzie? Dobra...
- Kupująca: Daj mi kawę, pieprz, mąkę, tak z pół kila... Czło­
wiek nie ma za co, nie ma za co...
- Sklepikarz: Się już robi, moja złota - mąka mała, śnieżnobia­
ła, a jak dam kilo, się coś stanie? Nie stanie się! Dobra, jedziemy
dalej!

Rynek - jest zapewne jedną z tych nie uświadamianych
społecznie transzei komunikacyjnych, które zapewniają spo­
łeczności terytorialnej względną koherencję. Kontakt tu na­
stępuje „twarzą w twarz", wszak nie sposób dostrzegać i być
dostrzeganym, przecinając place i ulice ze spuszczoną gło­
wą. Z rzadka można dostrzec tutaj Benjaminowskiego fla-

10

neura, przemierzającego samotnie miejskie przestrzenie.
W kulturowo skonstruowaną optykę widzenia, by rzec za
Emmanuelem Levinasem, „tego Drugiego", zdaje się immanentnie wpisana zasada konieczności dostrzegania, ko­
nieczności nawiązania kontaktu z owym Drugim; nie sposób
przejść przez rynek wstrzymując oddech. Próba izolowania
się, spuszczania wzroku zarezerwowana jest wyłącznie dla
obcych, nie znających zasad ani wymogów tubylczego kode­
ksu. Chcąc żyć we wspólnocie - a nie sposób w niej nie żyć,
będąc związanym relacjami i zależnościami - trzeba żyć
w rynku. Rynek lub też mikromarket mogą być metaforą
współczesnego - idąc w pewnym sensie tropem podrzuco­
nym przez Michela Maffesoli - rodzącego się czy też reinkarnującego się Howoplemienia," które oparte o strukturę
poniekąd zachowaną, a poniekąd zdekonstruowaną biegiem
ciągów historycznych, wspólnot tradycyjnych w historycz­
nym sensie tego słowa, odnajduje, kierowane wewnętrznymi
mechanizmami samoregulującymi, płaszczyznę porozumie­
nia, na której być może (być może również na wielu innych)
odbudowuje lub też na nowo zbuduje swoją nową tożsa­
mość, opartą na regułach panujących właśnie na rynku - mikromarkecie.
W świecie zdekonstruowanych wspólnot o bogato rozwi­
niętej obrzędowości objawiającej się wprost kultura typu lo­
kalnego potrzebuje budulca, by móc funkcjonować „normal­
nie". Takim - być może - tworzywem jest właśnie rynek, łą­
czący w sobie po części funkcje platońskiej agory i nowocze­
snego marketu.
Jeszcze jedna ważna uwaga: rynek mieści się w środku
miasta, w jego żywo bijącym centrum.
Jednak, jak będę chciał pokazać w drugiej części, nie za­
wsze rzeczywistość jest tak optymistyczna.
12

13

u

2.2. Typ drugi: makromarket

Gorzów Wielkopolski jest dużym miastem z rozbudowaną
siecią marketów, sklepów i restauracji. Od ponad dwóch lat
funkcjonuje tutaj hipermarket „Hit", jeden z pięciu tego typu
centrów handlowych znajdujących się na terenie Polski i na­
leżących do niemieckiego koncernu handlowego.
Market stoi na obrzeżach miasta, jakby samym swoim
położeniem zdawał się informować o swojej eksterytorialności. Ponieważ nie przynależy do nikogo lub raczej należ­
ny jest każdemu - znaczy to, iż jest niczyj, a skoro nikt nie
jest tu gospodarzem, nikt nie jest postrzegany jako „swój"
lub jako „obcy". Wszyscy jednako znajdują się w przestrze­
ni niczyjej, przynależnej wyłącznie stosunkom handlowym,
wyłącznej hiperkonsumpcji. Rozmyciu podlega najpierwot­
niejsza funkcja społeczna kreująca postrzeganie świata, bu­
dująca tożsamość - antynomia: „my" i „oni", „swój" i „ob­
cy". Nikt nie przybywa tutaj dla samej przyjemności bycia,
spotkania.
Ekskluzywność tego miejsca jest o tyle specyficzna, iż
wejść tu może każdy, kto godzi się na pewne warunki dykto­
wane w tym miejscu. Są to specyficzne warunki, w których
pochodzenie, przekonania, kolor skóry są nieważne i nieistot­
ne. Na taki brak rozróżnienia godzić m u s i się każdy wkra­
czający w świat hipermarketu. Nawet najłatwiej czytelna
z reguły w „ludzkiej masie", by rzec za Benjaminem, seman­
tyka ubioru, pozostaje nie penetrowana przez receptory, kult
jednostki sprowadzony do wymiarów absurdalnej gry, w któ15

141

�rej wolność wyboru jednostki dyktowana jest subtelnym znie­
woleniem grupy. Zresztą na jakąkolwiek inność i tak nikt
uwagi nie zwraca. Ludzie trwają w uporze dopięcia celu z reguły - nieznanego jeszcze w momencie rozpoczęcia „że­
glugi po oceanie marketu". W niemym zacięciu, z rzadka je­
dynie wymieniając zdawkowe słowa, jeśli podróż trwa w gru­
pie, odbywa się ponura nawigacja wśród zwałów towaru.
Zresztą jakakolwiek rozmowa i tak nie ma sensu; struktural­
nym elementem miejsca jest hałas. Dźwięk bez źródła, ponie­
waż nikt go nie dostrzega. Niedostrzeganie Drugich, jak po­
wiada Levinas, jest wpisane w kodeks jednolitego miejsca, na
który godzi się każdy wraz z opłatą zezwalającą na wkrocze­
nie w inny wymiar.
Nie sposób znaleźć tutaj osoby przybyłej, w innym niż
kupowanie celu. Brak tutaj jakiejkolwiek enklawy, łamiące­
go jednolitość przestrzeni miejsca; wszystko podporządko­
wane jest jednej i jedynej funkcji - kupnu. Sprytnie usytuo­
wane produkty, przy misternym wykorzystaniu zdobyczy
socjotechniki, tętniąca, rytmiczna muzyka, komunikaty pły­
nące z umieszczonych w całym budynku głośników infor­
mujących o bieżących wydarzeniach, promocjach poszcze­
gólnych produktów i ich usytuowaniu, dokładnie ustawione
systemy kontroli w postaci licznych kamer telewizyjnych
oraz wszędobylska ochrona łatwo dająca wyodrębnić się
z tłumu - uzbrojona i czujna. Wszystko jednolite, dyskret­
ne, subtelne. Człowiek demokratyczny nie godzi się na
odbieranie wolności wprost, lecz chętnie i bez zastrzeżeń
przeznacza swoją wolność innym, nieznajomym, bardziej
niż on odpowiedzialnym za niego, a choćby i maszynom, je­
śli tylko spełniają rolę ekspertów. Czyż wielką byłoby róż­
nicą w owym hipermarkecie, gdyby zamiast kasjerki obsłu­
gującej podliczający rachunki komputer - w imię sprawno­
ści działania - znajdowała się wyłącznie maszyna, obdarzo­
na przez nas zaufaniem? Czyż zatem nie łatwiej zaufać ma­
szynie?
16

Zaraz po wejściu przeraża ogrom przestrzeni: wiele tysię­
cy metrów kwadratowych w sposób totalny i całkowity ofe­
ruje zaspokojenie potrzeb każdego z odwiedzających: obok
sklepów mieszczą się tu restauracje zaprojektowane w taki
sposób, by szybko je opuścić, zwalniając miejsce kolejnemu
klientowi lekko znużonemu koszmarem zakupów, jednakże
na tyle jeszcze zdrowemu, by samodzielnie po krótkiej chwi­
li popasania mógł opuścić zajmowane miejsce; liczy się ilość
i jakość, liczy się usługa.
Wszystko sprowadzone do kupowania, brak rozmów, je­
dyne relacje, jakie można dostrzec, to relacja klient - towar.
W świecie tym, wydawałoby się pozbawionym jakiegokol­
wiek posmaku irracjonalności, towar z d a j e się nabierać
walorów kultowych. Przedmiotem pożądania stają się nie ty­
le jego utylitarne cechy, ile on sam. Na myśl przychodzą jak­
że aktualne słowa Mircea Eliadego:
Uważam za rzecz bardzo ważną odnalezienie mitologii oraz teo­
logii przyczajonej nawet w najbardziej nijakim życiu człowieka
współczesnego; od niego tylko zależy, aby wrócił ku źródłom
i na nowo odkrył głębsze znaczenie wszystkich tych wypłowia­
łych obrazów i zdegradowanych mitów. I nie mówcie nam, że ta
spuścizna nic już nic obchodzi współczesnego człowieka, żc na­
leży ona do „zabobonów przeszłości", szczęśliwie zlikwidowa­
nych przez wiek X I X , że obrazy, nostalgie i tęsknoty to dobre dla
poetów, dzieci i prostaczków, ale - na Boga! - ludziom serio po­
zwólcie myśleć i „robić historię": tego rodzaju rozdział między
„poważnym życiem" a „rojeniami" nic odpowiada rzeczywisto­

142

ści. Człowiek współczesny może sobie lekceważyć mitologie
i teologie, co nie zmieni faktu, że nadal będzie karmił się upadły­
mi mitami i zdegradowanymi obrazami."

Więc...?
Nie każdy może wejść na teren marketu - dopuszczeni są
tylko ci, którzy są „zuniformizowani" w celu - kupnie. Brak
tu wszelkich „obcych" (pijaczków, obnośnych handlarzy, że­
braków), czyli wszystkich łamiących konwencję miejsca.
Przestrzeń marketu jest zuniformizowana i jednorodna;
przekłada się w jednorodną wspólnotę jednoczącą się i zor­
ganizowaną podług przestrzeni zajmowanej. Obcym jest
każdy (tak jak każdy jest „swoim"), nawet z rzadka spoty­
kani znajomi zdają się wymieniać poza spojrzeniami jedy­
nie - w najwyższej konieczności - przelotne i nic nie
mówiące pozdrowienia, po czym z pośpiechem oddalają
się, wtapiając pomiędzy zwały towarów, jak powiada Alicja
Kuczyńska:
Miejsce dialogu werbalnego zajmuje milczenie, błysk, moment,
wspólnota rozumienia, wymiana realności na fikcję, ale nie na
odwrót: nie napięcie, ani emocje."
1

Spojrzenia powoli przyzwyczają się do niedostrzegania,
już nie obcych, ponieważ ich brak, lecz Drugich. Przechodnie
stają się po chwili jedynie tłem, czasem przeszkodą, którą na­
leży wyminąć lub w najgorszym wypadku zmienić transzeję
drogi; stają się jeszcze jednym towarem, który można - jeśli
ochota - dowoli, aczkolwiek ostrożnie, oglądać.
Wszystkich ogarnia namiętność kupowania, słodka roz­
kosz nabywania, bachanalia odbywane w szeleście setek
stóp. Brak tutaj jakkolwiek zakreślonego centrum. Można
chodzić po swoich śladach, które jednak po chwili zostają
zmyte przez kolejnych nieznajomych. Przebywanie w marke­
cie nacechowane jest - nawet pomimo częstych odwiedzin efemerycznością. Miejsce to nie toleruje odznaczania i wy­
różniania - żaden klient przybywający do marketu nigdy nie
zostanie rozpoznany, bowiem anonimowość wkalkulowana
jest w cenę towaru. Nie trzeba tutaj wstrzymywać oddechu
z przerażającą człowieka ponowoczesnego myślą, iż zostanie
się rozpoznanym.
Istota tego miejsca zawiera się w jego b r a k u , bowiem
w rzeczywistości ponowoczesnej nie ma miejsca na wyprepa­
rowane z nakładających się na siebie kontekstów znaczenia,
gdyż takie, wyznaczane arbitralnie, nie istnieją w sposób
trwały czy uchwytny, lecz jedynie chwilowy i jednostkowy,
a etnograf, czy ktokolwiek chcący „kreślić człowieka", ko­
rzystając z retoryki Clifforda Geertza, zawsze ze swoim opi­
sem „przychodzi po fakcie"...

3. Parę wniosków
W Ulicy Krokodyli Bruno Schulz pisał:
Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z podkreślonym jaskra­
wo charakterem trzeźwej użytkowości. Duch czasu, mechanizm
ekonomiki, nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił korzenie na
skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dziel­
nicę.
Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny
handel, pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy
rozwinęły się od razu nowoczesne, trzeźwe formy komercjali­
zmu. Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym
gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wege­
tacją tandetnej, lichej pretensjonalności.
14

�Jak w Schulzowskim Drohobyczu sprzed lat 80, tak
i w dzisiejszej rzeczywistości końca wieku, końca tysiąclecia
niemalże programowo ogłasza się koniec pewnej rzeczywi­
stości minionej. Wiąże się to zazwyczaj z potęgującą industralizacją i komercjalizacją, z urynkowieniem etc. Innymi
słowy: objawia się zmierzch pewnych „starych porządków",
ustępujących progresowi ludzkiego pochodu przez czas.
Przy okazji, wokół dwóch bastionów, czyli Postępu i Wstecznictwa (socjologia powiada, iż jest to liberalizm i konserwa­
tyzm), organizują się grupy gotowe bronić - odpowiednio starych/nowych porządków. Z reguły, jedni i drudzy głoszą,
iż nowy „stan rzeczy" jest biegunowo odległy od starego,
choć pożywka dla uprawianego przezeń ogrodu, by sparafra­
zować Zygmunta Baumana, jest wciąż taka sama, o takiej sa­
mej zawartości „próchna kulturowego" w glebie, a zmienne
pozostają jedynie warunki pogodowe.
Niemniej, pozostaje tęsknota za czystym stanem, za jed­
noznacznością, którą jedni nazywają nostalgią, a inni tęskno­
tą za rajem; są przecież jacyś „my" i jacyś „oni"...
Opisane dwa typy ponowoczesnego rynku są reprezenta­
tywne jedynie i wyłącznie dla siebie, swego własnego konte­
kstu. Są to dwa przeciwległe bieguny, pomiędzy którymi ist­
nieje morze różnorodności wzorców, przekonań, preferencji
często, z pewnych punktów widzenia diametralnie przeciw­
stawnych. Rzeczywistość jest bowiem, by przywołać Stani­
sława Lema, o wiele bardziej skomplikowana. Nie można jej
zatem wyrazić za pomocą opisu rzeczywistości według Weberowskich „stanów czystych".
Ani więc witnickie rynki, ideowo spokrewnione z Platonowską agorą, czy choćby z „tradycyjnym" rynkiem mienią­
cym się różnorodnością wzorców, będących nostalgicznym
odniesieniem dla wielu badaczy-entuzjastów, nie reprezentu­
ją Całości, ani też ów hipermarket Hit, o którym rzec by moż­
211

21

na ustami Conradowskiego Marlowa z Jądra ciemności
„Ohyda, ohyda!" nie reprezentuje wszystkich typów i relacji,
w jakie uwikłany jest człowiek ponowoczesny.
Nie tekstualnymi jedynie bohaterami są przecież ludzie
uwikłani w biegunowo odległe (zdawałoby się) systemy. Ale
przecież i w owej małej, nostalgicznie nakreślonej wspólno­
cie stoją nieopodal dwa markety na równi odwiedzane przez
tych samych ludzi, a w „dużym" mieście ludzie również
„chodzą" do małych sklepików. Można by ująć sprawę, uży­
wając metafory organizmu, z którego została wypreperowana jedna tkanka; sama nie potrafi egzystować, gdyż jest tyl­
ko fragmentem jakiejś większej całości, natomiast będąc
owym fragmentem, w specyficzny sposób uosabia kondycję
Całości organizmu. Tak i tutaj: markety są jedynie wyprepa­
rowanym fragmentem większej Całości, który - jeśli przy­
wrócić go życiu, swej pierwotnej konstrukcji, z której dla ce­
lów analitycznych został pobrany - rozmywa swoje (rzecz
jasna!) nadawane znaczenie, po czym wtapia się na powrót
w organizm.
Rzeczywistość nas okalająca bowiem podąża w wiele,
często przeciwstawnych na pierwszy rzut oka, kierunków,
które zderzając się ze sobą, powodują kolizje, bowiem
w świecie przygodności, ironii i chwilowej solidarności koli­
zje należą do tych „przywilejów", czy przywilejów, które są
nieuniknione. Świat dzisiejszy to świat mikro- i makro-marketów, z których każdy może pretendować zarówno do miana
pełnego przyjemności, jak i grozy, jak i obu tych rzeczy od­
czuwanych naraz lub osobno, przez moment, chwilę. Brak
dziś światów czystych, światów wyizolowanych - są nato­
miast światy „w większości", światy „w przewadze" i , jak
konstatuje w wielu swych propozycjach Zygmunt Bauman,
to czego nam najbardziej potrzeba, jako istotom przygodnym
to - stalowe nerwy.

PRZYPISY
1

B. Schulz, Sierpień, (w:) Sklepy cynamonowe. Warszawa 1997, s. 20
Zob. B. Schulz, Mityzacja rzeczywistości, (w:) Opowiadania. Wy­
bór esejów i listów, Kraków, Wydawnictwo Literackie 1973, s. 364-366
B. Schulz, Sierpień, (w:) Sklepy cynamonowe. Warszawa 1997,
s. 20
B. Schulz, Mityzacja rzeczywistości, (w:) Opowiadania. Wybór ese­
jów i listów. Kraków, Wydawnictwo Literackie 1973, s. 366
B. Schulz, Expose o książce Brunona Schulza „Sklepy cynamono­
we", przet. J. Ficowski, (w:) B. Schulz. Księga listów. Zebrał, opracował,
wstępem, przypisami i aneksem opatrzył J. Ficowski, Kraków 1975,
s. 177-178
Por. C. Geertz, The Interpretation of Cultures. New York 1973
Omawiany „mikromarket" znajduje się w miejscowości Witnica,
położonej 23 km na zachód od Gorzowa Wlkp. - przyp. aut.
Używając terminu „rynek" mam na myśli kompleks ekonomiczno-usługowy mieszczący się w centrum miasta, którego podstawowym charakteryzatorem jest geograficzne usytuowanie - przyp. M.J.D.
W mieście znajduje się dzierżawiony przez Duńczyków ośrodek
wypoczynkowy - przyp. M.J.D.
'" Zob. W. Benjamin, O kilku motywach u Baudelaire'a, tłum. B. Surowska, „Przegląd Humanistyczny" 1970, nr 5. s. 69-84; nr 6,
s. 105-117, cyt. za R. Różanowski, Szok i przeżycie albo „odrażające
przeżycie epoki industralizacji",
(w:) Pisanie miasta. Czytanie miasta,
(red.) A. Zeidler-Janiszewska, Poznań 1997, s. 118
2

3

A

5

6

7

8

9

" Zob. M . Maffesoli, „Affectual"
..Threshold", t. 4, s. 42

Post-Modernism and

Megapolis,

12

Są wszak tutaj miejsca do gry w szachy - szachownice miejskie,
parki, kawiarnie, w których można wypocząć do woli, bez potrzeby spo­
glądania na zegarek - przyp. M.J.D.
Zob. M. Eliade, „Nasz świat" znajduje się zawsze w środku, (w:)
Sacrum, mit, historia, PIW Warszawa 1974, s. 66-70
Omawiany „makromarket" znajduje się w odległym od Witnicy
o 23 kilometry Gorzowie Wlkp. - przyp. M.J.D.
A. Kuczyńska, Agora nasza powszednia, w: Pisanie miasta. Czy­
tanie miasta, red. A. Zeidler-Janiszewska, Poznań 1997, s. 162
Zob. Z. Bauman, Wieloznaczność sprywatyzowana, (w:) Wielo­
znaczność nowoczesna. Nowoczesna wieloznaczność,
PWN, Warszawa
1995, s. 251-260
M . Eliade, Wiecznotrwalość obrazów, (w.) Sacrum, mit, historia,
PIW Warszawa 1974, s. 26
A. Kuczyńska, ibidem, s. 167
B. Schulz, Ulica Krokodyli, (w:) Sklepy cynamonowe, Warszawa
1997, s. 77
Ów „zmierzch starych porządków" jest charakterystyczny dla każ­
dej epoki w dziejach człowieka. Przykładem z kręgu humanistyki jest te­
oria „kryzysu paradygmatu" Thomasa Kuhna, która rozciągnięta na po­
wiedzenie Umberto Eco, iż „każda epoka ma swój postmodernizm", mo­
głaby dość adekwatnie tłumaczyć „nowe i stare porządki" - przyp. M.J.D.
13

14

15

16

17

18

19

2 0

21

W tej sprawie zob. W.J. Burszta, Nostalgia i mit, albo o mechani­
zmie powrotu, (w:) Czytanie kultury. Pięć szkiców. Łódź 1996, s. 80-107.
M . Eliade, Mefisto i Androgyn. czyli tajemnica pełni, (w:) Sacrum, mit.
historia, PIW, Warszawa 1974, s. 199-253

143

�</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
