<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<itemContainer xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/items/browse?collection=3&amp;output=omeka-xml&amp;page=10" accessDate="2026-09-28T09:27:31+00:00">
  <miscellaneousContainer>
    <pagination>
      <pageNumber>10</pageNumber>
      <perPage>50</perPage>
      <totalResults>1084</totalResults>
    </pagination>
  </miscellaneousContainer>
  <item itemId="9922" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9900">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/264f67b003bc309e2de46d70c236cbeb.pdf</src>
        <authentication>133e7beffbe9dfc374785cff3257bc87</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118028">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2680</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118029">
                <text>1998</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118030">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2491</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118031">
                <text>Spis treści / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118032">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118033">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118034">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118035">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118036">
                <text>P

O

L

S

K

A

N ^ J ^ T ' '

U К A

L

U

D

O

W

KONTEKSTY
A N T R O P O L O G I A
1998

K U L T U R Y

rok LII n r 3 - 4

(242-243)

E T N O G R A F I A

indeks 369403

cena

S Z T U K A

1 0 zł

Świat obrazów Jacka Malczewskiego
Teresa Grzybkowska, Witold Dobrowolski,
Maria Janion, Zygmunt Kubiak

^

Podróże - miejsca mityczne - rzeczy
Michał Ajvaz, Francois Augieras,
Albert Bajburin, Zbigniew Benedyktowicz,
|У|
Krzysztof Cibor. Stanisław Cichowicz.
Dariusz Czaja, Jurij Cywian,
„I
Maciej J. Dudziak, Krystyna Duniec,
И Р
Daniel Gerould, Marzena Gierga.
Jan Gondowicz, Grzegorz Graff,
Zuzanna Grębecka-Ćwiek, Dorota Hall,
Zbigniew Herbert, Irena Huml,
* *
Jarosław jot-Drużycki, Anna E. Kubiak, | %J1 ^ •Л j i
Krzysztof Lipka, Krystian Lupa,
Marta Miskowiec, Marek Oziewicz,
Andrzej Pilichowski-Ragno, Magdalena Radkowska,
Tomasz Rakowski, Sławomir Sikora,
Lech Sokół, Leonid Stołowicz,
Wiesław Szpilka, Tomoho Umeda,
Elżbieta Waga, Jerzy S.Wasilewski,
Jerzy Wojciechowski, Tomasz Żukowski

Bronisław Malinowski Dzienniki

A

�SPIS TREŚCI
Zbigniew
Stanisław

Benedyktowicz
Cichowicz

Podróże, miejsca mityczne, przedmioty
Problemat Sartre'a (Rzecz)

JACEK MALCZEWSKI
Teresa Grzybkowska
Witold Dobrowolski
Maria Janion
Zygmunt Kubiak

Jacka Malczewskiego Finis Poloniae, Rewolucja 1905 roku czy wyznanie miłosne?
Mitologia Malczewskiego
Staw w Wielgiem czyli pomiędzy s'miechem a s'miercia
Hellenizm Jacka Malczewskiego

Zbigniew Herbert
Tomasz Żukowski

Podróż, Elegia na odejście pióra, atramentu lampy (z tomu Elegia na odejście)
Abym jak wiór ognisty spłonął w oddechu nocy - okupacyjne dos'wiadczenie s'wiata w poezji
Krzysztofa Kamila Baczyńskiego

Lech Sokół
Dariusz Czaja
Marzena Gierga
Jerzy Wojciechowski
Marta Miskowiec
Jarosław jot - Druzycki
Sławomir Sikora
Jan Gondowicz
Francois Augieras
Marek Oziewicz
Krystian Lupa
Grzegorz Graff
Maciej J. Dudziak
Albert Bajburin
Stanisław
Cichowicz
Jerzy Wasilewski
Leonid Stolowicz
Jurij Cywjan
Tomasz Rakowski
Magdalena Radkowska
Maciej J. Dudziak
Magdalena Radkowska
Michał Ajvaz
Krzysztof Cibor
Wiesław Szpilka
Tomasz Rakowski
Andrzej
Pilichowski-Ragno
Tomoho Umeda
Zuzanna
Gręhecka-Cwiek
Dorota Hall
Anna E. Kubiak
Krzysztof Lipka
Irena Huml

Henrik Ibsen - mit osobisty
Toskania. Trzy podróże
Tajemnicze miejsca greckiej Sycylii. Syrakuzy miasem wielkich kobiet (cz. I)
Szkicownik Jana Potockiego z jego podróży do Cesarstwa Marokańskiego
Kano. Koszmarny upal, zmęczenie i kurz
Miasto jego osobliwości i ich zbieracze
W Lizbonie jak na wsi
Kartografia a niektórzy pisarze
Podróż na Górę Atos
Co można znaleźć w szafie? Światy równoległe Kronik narnijskich C S . Lewisa (cz. I)
Miejsca i podróże mityczne
Cuda Polski - mityczna przestrzeń, mityczne dzieje
Etnografie Brunona Schulza. Próba antropologicznego ujęcia Ulicy Krokodyli jako analizy miasta
Semiotyczne aspekty funkcjonowania rzeczy
Koan Zenona
Tajna historia przedmiotów
Zwierciadło jako model semiotyczny, epistemologiczny, aksjologiczny
Rentgen, chirurgia, mikroskop w semiotyce wczesnego kina
Ciało prześwietlone - Radiografia i jej magia
Przedmiot, podróż, miejsce mityczne. Projekt neurologii
Mikro-makro market. Przyjemność i groza ponowoczesnego rynku
Przyszła do mnie z wizytą sprzedaż bezpośrednia
Sklep na ulicy Maisla
Ten który wędruje. Historia pewnego przekaźnika, teraźniejszość pewnego przekazu
Rower, narty, buty
Trzy miesiące w fitness klubie
O fotografiach Roberta Mapplelhorpa
Gitara elektryczna
Jak żywy? Końska dawka hiperrealności
Pielgrzymka do starej-nowej ziemi świętej
Brudne misie czystych relacji, czyli rzecz o nostalgii w kulturze
Szrukoj
Kulturotwócza rola warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w mieście i w kraju - wybrane
zagadnienia
Ibsen w Teatrze Telewizji
Ikonozofia wieczysta

Krystyna Duniec
Elżbieta Waga

BRONISŁAW MALINOWSKI
Bronisław Malinowski
Daniel Gerould
Bronisław Malinowski

Dzienniki 1908-1913 zeszyt I I I
Podróż Witkacego do tropików: itinerarium cejlońskie
Dziennik 1914

ROMAN REINFUSS
Lech Sokół

Pożegnanie . . .
Nasz Profesor .

Summary of the Articles
Noty o Autorach

Na
Na

o k ł a d c e : Jacek Królak, Podróże, miejsca mityczne, rzeczy, kolaż
s t r o n i e t y t u ł o w e j : Piramida zwierząt, Brema, Plac Targowy

© Copyright by „Konteksty". Przedruk za zgodą redakcji
Numer dotowany przez
Ministerstwo Kultury i Sztuki
i Fundację im. Stefana Batorego

2.
34
42
5"
6,
64
6'
7
7
8&gt;
9)
98
10'
109
118
120
124
128
131
13'
]&lt;*
1&lt;
V
U
15
15.
15'
15
16
16
Ib/
171
1
1
1

�POLSKA

SZTUKA

LUDOWA

KONTEKSTY
ANTROPOLOGIA

KULTURY

ETNOGRAFIA

SZTUKA

nr 3/4 -1998

INSTYTUT SZTUKI POLSKIEJ AKADEMII NAUK

�CONTENTS
Zbigniew Benedyktowicz
Stanisław Cichowicz

Journeys, Mythical Places, Objects (Introduction to the Issue)
The Sartre Problem

3
5

JACEK MALCZEWSKI
Teresa Grzybkowska
Witold Dobrowolski
Maria Janion
Zygmunt Kubiak

Finis Poloniae and The 1905 Revolution by Jacek Malczewski or a Confession of Love?
The Malczewski Mythology
The Pond in Wielgie, or Between Laughter and Death
The Hellenism of Jacek Malczewski

Zbigniew Herbert
Tomasz Żukowski

A Journey, An Elegy on the Passing Away of a Pen, Ink, a Lamp
22
May I be Consumed by Fire Like a Wood Shaving Ablaze in the Breath of the Night. The Occupation-era
Experiencing of the World in the Poetry of К. K. Baczyński
25
Henrik Ibsen—a Personal Myth
29
Tuscany. Three Journeys
34
Syracuse—The Town of Great Women
42
The Sketchbook of Jan Potocki from His Journey to the Moroccan Empire
57
Kano. Dreadful Heat, Exhaustion and Dust
61
The Object, the Journey and the Mythical Place
64
In Lisbon as in a Village
68
Cartography and Certain Writers
73
A Journey to Mount Athos
74
What's to be Found in a Wordrobe? Parallel Worlds of C.S. Lewis's Chronicles of Namia (Part I)
80
Mythical Places and Journeys
91
Miracles of Poland—Mythical Space, Mythical History
98
The Ethnographies of Bruno Schulz. An Attempted Anthropological Interpretation of 77te Crocodile Street
as an Analysis of the Town
105
Semiotic Aspects of the Functioning of Objects
109
Zeno's Koan
118
The Secret History of Objects
120
The Mirror as a Semiotic, Epistemological and Axiological Model
124
The X-ray, Surgery and the Microscope in the Semiotics of the Early Cinema
128
The X-rayed Body—the Magic of Radiography
131
The Object, the Journey and the Mythical Place
134
Micro-and Macro Markets. Sketches from the Anthropology of a Confrontation
140
Direct Sale on a Visit
144
Shop on Maisel Street
146
The Walkman. A History of a Certain Transmitter—the Present of a Certain Transmission
148
Bicycle, Skis, Boots
151
Three Months in a Fitness Club
153
On Robert Mappelthorp's Photography
156
The electric guitar
158
A Lifelike Nail? An Equine Dose of Hyperrealism
161
A Pilgrimage to the Old-New Holy Land
164
Dirty Teddies of Pure Relations, or on Nostalgia in Culture
167
"Shrukoy" (Szrukoj)
170
The Culture-creating Role of the Academy of Fine Arts in Warsaw in the Town and on a National Scale.
Select Problems. Inauguration Lecture at the Warsaw Academy of Fine Arts. Academic Year 1998/1999 . . . 173
Ibsen in Television Theatre
176
Eternal Iconosophy
179

Lech Sokół
Dariusz Czaja
Marzena Gierga
Jerzy Wojciechowski
Marta Miskowiec
Jarosław jot-Druzycki
Sławomir Sikora
Jan Gondowicz
Francois Augieras
Marek Oziewicz
Krystian Lupa
Grzegorz Graff
Maciej J. Dudziak
Albert Bajburin
Stanisław Cichowicz
Jerzy Wasilewski
Leonid Stołowicz
YuriyTsivyan
Tomasz Rakowski
Magdalena Radkowska
Maciej J. Dudziak
Magdalena Radkowska
Michał Ajvaz
Krzysztof Cibor
Wiesław Szpilka
Tomasz Rakowski
Andrzej Pilichowski-Ragno
Tomoho Umeda
Zuzanna Grębecka-Ćwiek
Dorota Hall
Anna E. Kubiak
Krzysztof Lipka
Irena Huml
Krystyna Duniec
Elżbieta Waga

8
11
13
19

BRONISŁAW MALINOWSKI
Bronisław Malinowski
Daniel Gerould
Bronisław Malinowski

Diary 1908-1913, Copybook I I I
Witkacy's Journey to the Tropics: a Ceylonese Itinerary
Diary 1914

183
190
195

Farewells
Our Professor

216
217

ROMAN REINFUSS
Lech Sokół
Summary of the Articles

224

Notes about the Authors

220

R e d a g u j ą : Zbigniew Benedyktowicz (redaktor naczelny), Aleksander Jackowski, Sławomir Sikora (sekretarz redakcji),
Danuta Benedyktowicz, Dariusz Czaja, Czesław Robotycki
Doradzają

i w s p ó ł p r a c u j ą : Jerzy Bartmiński, Antoni Kroh, Ludwik Stomma, Roch Sufjma; Zofia Bisiak

Tłumaczenia:
Korekta:
Projekt

okładki

Redaktor
Adres

Aleksandra Rodzińska-Chojnowska

Barbara Sawów

redakcji:

" Д

(|11Ш01Ш]И

i strony

techniczny:

ш

tytułowej:

Jacek Królak

\V

^Yf &lt;УТМУ ч ) о Р

Krzysztof Nalewajko

Instytut Sztuki PAN, ul. Długa 28, 00-950 Warszawa, skr. poczt. 994, tel. 831-32-71/4 wew. 243; fax 831-31-49

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9921" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9899">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/73ab80f4b8b5f426256877beda379dae.pdf</src>
        <authentication>acd0bef1876177110f8781c10cc4388c</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118019">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2677</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118020">
                <text>1998</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118021">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2490</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118022">
                <text>Summary of articles; Noty o autorach / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118023">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.2, s.112</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118024">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118025">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118026">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118027">
                <text>SUMMARY OF ARTICLE
Stanisław Cichowicz
Ignorabimus. Anthropological Notes
Obviousness of appearance is the starting point of this brief philosophical essay.
Taken from B . Chmielowski's famous 17-th century encyclopedia Nowe Ateny
(New Athens), a definition of a horse reads: ..Everybody sees what a horse looks
like". Set against Pontius Pilate's words about Jesus Christ „Ессе Homo" (Behold
the man), the definition becomes the basis for a survey of miscellaneous definitions
of man, formulated with reference to both Greek and Biblical tradition. But they all
seem to fail. Who is man? Ignorabimus.
THEATRE A N D ANTHROPOLOGY
* **
The Fool. From the Perspective of a Few Worlds. Khalid Tyabji Talks Not
Only About Theatre with Jola Cynkutis, Dagnoslaw Demski and Sławomir
Sikora
When at college, Khalid Tyabji, who is a Hindu joined a theatre troupe run by
European Barry John in Delhi. The group performed both Hindu and European
plays. This was when Tyabji made his first contact with a world of local tribesmen.
Tyabji also studied anthropology and arrived in Poland to take the Ph.D. in
anthropology. He began to collaborate with actors whose roots were in Grotowski's
Laboratorium theatre. Tyabji tells about his theatre education, own theatrical vision,
mingling with members of tribal communities and life among the people, and about
gradually abandoning the attempt of scientific cognition towards cognition trough
common life. He began to produce spectacles in which he made use of the character
of a fool (e.g. Genaral Tomfoolery, Foolsong) The character turned out to be close
to his nature and allowed him, without being „tom between" to participate and live
in different worlds. He has also acted in the films Kamasutra and Hanuman.
Henryk Jurktjwski
Puppets in Ritual
The autor present a panorama of puppets participating in the different kind of rituals
mainly in Africa, Asia and America. In his enumeration readers can find reports on
such primary customs as cult of ancestors connected with funeral rituals, fertility
rituals and all other use of the magical puppets in the primary medicine men or in
the acts of devinations. He opposed the pure African or American ritual to the so
called Asian theatres. Asian puppet theater shadow ones and those with three
dimensional figures have not served in fact to communion with god by repetition of
his deeds and life (classic definition of ritual) executed in the collective manner but
had the individual, narrative character, executed by one puppeteer-priest (dalang,
pulavar) and besides many practical functions (exorcism, fertility targets,

supplication). The Author try to respond the question how does it happen that the
Asian theatre although presenting developed stories remained instruments of the
humans relationship with gods. He found the answer in different origins of the
European and Asian puppet theatre. The first started from the "pure" ritual giving
initiative to the coryphaeus who became stage characters; the second (Asian) had its
origins in acts of shamanns, who retained till now their leading functions as the
narrator of the still sacred shows. However the Author is aware that his classification
has only a model value because the ritual and theatre are full of hybrid phenomena.
Monika Sznajderman
The Jester. The Birth and Structure of a Myth
This text comprises an attempt at describing the fundamental structure of the
mythical thought which gave rise to the archaic and contemporary universal figure
of the jester, both "literal" and "metaphorical", which we encounter on all levels of
culture: from "low", folk, and popular to "high", from the circus and fairground
theatre to the cinema, painting, and music. Tracing the history of the jester via the
etymology of this concept in assorted languages, his fate in the circus, the theatre,
and literature, as well as the history of his costume, the author allows us to perceive
the bond which links thoroughly contemporary literary or film figures, whose
features of a jester, at first glance not at all obvious, are discovered by us only after
careful analysis, with their mythological ancestors, originating in Greek, Roman or
Hindu culture.
Death in Mass Media
The articles collected in the section Death in Mass Media were presented at session
organized by students of the Department of Ethnology and Anthropology of Culture
of Warsaw University in Spring 1998. The areas the young authors devote their
attention to include: film, TV, newspapers and popular periodicals, women's
magazines and tabloids, reporter's photography, cartoons, advertizing and a world
of computer cyberspace. You will find here reflections on the presence and absence
in the media of death, of playng with death, and commercialization of death. The
articles speak a lot about a state of contemporary culture dominated by the media.
And about seriousness and insignificace of the culture, and its peculiar
exhibitionism.
Bronisław Malinowski
A Diary
This issue continues the publication of the early diares kept by the renowned
anthropologist Bronisław Malinowski. The diaries are preceded by an introduction
by Grażyna
Kubica-Heller.

NOTY O AUTORACH
Iwona Chodorowska - studentka K E i A K UW, uczestniczka badań terenowych
w Widzach na Białorusi, por. „Konteksty" Nr 1/1998
Krzysztof Cibor - student K E i A K UW.
Stanisław Cichowicz - filozof, tłumacz, edytor, poeta, artysta. Autor książki Fi­
lozof i istnienie. U podstaw teodyceii G. Leibniza, PWN 1970, Est modus in
Rehus, Tow. Muzyki Współczesnej 1987, Moje ucho a księżyc. Diagnozy i dy­
wagacje, Wyd. Słowo, Obraz i Terytoria 1966, Czy można przesadzić rzepak?
67 haiku, Wyd. BWA 1966.
Jola Cykunlis - przez jedenaście lat pracowała ze Zbigniewem Cynkutisem, czo­
łowym aktorem Teatru Laboratorium. Po jego śmierci kontynuuje i rozwija
metodę pracy teatralnej, jako aktorka, reżyser, prowadząc warsztaty w Polsce,
Annglii, Niemczech, Włoszech, USA. Ostatnio wspótprowadzila międzynaro­
dowy projekt Quo Vudis (Unia Europejska, 1997) oraz współpracowała przy
powstawaniu spektaklu Człowiek Serce Khalida Tyabji.
Dagnosław Demski - etnolog (studia U W ) . Praca doktorska na temat ludowego
hinduizmu. Pracuje w Zakładzie Etnologii I A E PAN. Prowadzi! badania tere­
nowe w Indiach, Pakistanie i na Białorusi.
Zuzanna Grębecka-Ćwick - studentka K E i A K UW.
Dorota Hall - studentka K E i A K UW.
Kirsten Hastrup - s'wiatowej sławy antropolog, profesor w Instytucie Antropologii
w Kopenhadze. Autorka licznych artykułów i książek. Ostatnio wydała (wraz z P.
Hervikiem) książkę Social Experience and Anthropological Knowledge (1994).
Hennryk Jurkowski - ur. 1927, teatrolog, profesor w Akademii Teatralnej
w Warszawie Wydział Lalkarski w Białymstoku. Teoretyk i historyk teatru la­
lek. Również prace z zakresu folklorystyki, semiologii, antropologii. Krytyk
teatralny publikujący swe prace w czasopismach „Literatura Ludowa", „Sce­
na", „Teatr", „Dialog" i inne. Dramaturg i tłumacz. Do najważniejszych prac
historycznych należą: trzytomowe Dzieje teatru lalek (PIW 1970-1984); do
prac teoretycznych: Szkice z teorii teatru lalek ( P O L U N I M A - Ł ó d ź ) , do dzieł
dramatycznych Tryptyk staropolski wystawiony w Teatrze Lubelskim (1972).
Szeroka działalność zagraniczna głównie w Międzynarodowym Stowarzysze­
niu Tatrów Lalek U N I M A (sekretarz generalny, prezydent, prezydent honoro­

wy). Stalą współpraca ze szkołami teatralnymi (w charakterze profesora go­
ścinnego) w Londynie, Stuttgarcie, Charleville-Mezieres, i Pradze czeskiej.
Adrianna Kabza - studentka K E i A K UW.
Angieszka Kamińska - studentka K E i A K UW.
Agnieszka Kirchner - studentka K E i A K UW.
Grażyna Kubica-Heller - jest pracownikiem Zakładu Antropologii w Insytucie
Socjologii UJ. Jest autorką książki Luteranie na Śląsku Cieszyńskim oraz współredaktorką tomu Malinowski Between Two Worlds, CUP 1988. Interesuje się pro­
blematyką mniejszości religijnych oraz biografią i twórczością Bronisława Ma­
linowskiego. Mieszka w Krakowie i Ustroniu.
Barbara Myerhoff - zmarła profesor antropologii. Autorka m.in. Number Our Days.
Peyote Hunt.
Draginja Nadazdin - studentka K E i A K UW.
Magdalena Radkowska - studentka K E i A K UW.
Tomasz Rakowski - student K E i A K UW.
Sławomir Sikora - etnolog (studia U W ) . Zajmuje się antropologią filmu i foto­
grafii
Krzysztof Strachota - student K E i A K UW.
Tomasz Strączek - etnograf, studia UW. Kierownik Muzeum Uniwersytetu War­
szawskiego. Wykłada w K E i A K UW.
Monika Sznajderman - etnolog (studia UW), studia doktoranckie w Instytucie
Sztuki PAN. Napisała pracę doktorską poświęconą postaci błazna w kulturze.
Autorka książki Zaraza. Mitologia dżumy, cholery i Aids.
Khalid Tyabji - studiował antropologię, od czasów collegee'u związany z tea­
trem, m. in. współpracował z aktorami wywodzącymi się z teatru Laboratorium
Grotowskiego. We własnych przedstawieniach odwołuje się do postaci błazna,
z jego bogatą tak hinduską jak i europejską symboliką. Postać ta - jak twierdzi
- pozwala mu funkcjonować na granicy wielu światów (Europa, Indie, świat
społeczności plemiennych).
Tomoho Umeda - student K E i A K UW.
Anna Wróbel - studentka K E i A K UW.
Marceli Zygała - student K E i A K UW.

SPROSTOWANIA
W poprzednim numerze (nr 1/1998) autorami fotografii na stronie 12 i 13 jest p. Krzysztof Furmanek, a na stronie 15 Władysław Kaleta. Autorów
serdecznie przepraszamy za pominięcie ich nazwisk.
Przepraszamy również serdecznie p. Grażynę Kubicę-Heller za zniekształcenie jej nazwiska w nocie o autorce.

112

�W poprzednich numerach „Kontekstów"
- Problematyce antropologii teatru poświęcone były numery 3-4/1991, 2/1993 oraz
2/1995
- Antropologii śmierci numer 1-2/1986

WARUNKI P R E N U M E R A T Y
1. Wpłaty na prenumeratę prowadzoną przez „Ruch" przyjmowane są na okresy kwartalne.
Cena prenumeraty w 1998 roku wynosi 4,50 zł za numer (w 1999 - 5 zł). Prenumerata ze zleceniem dostawy za granicę jest o 100%
droższa. Wpłaty na prenumeratę przyjmują:
- na terenie kraju - jednostki kolportażowe „Ruch"; istnieje również możliwość
prenumeraty
„pod opaską".
Wpłaty od osób i instytucji z miejscowości, w których nie ma jednostek kolportażu „Ruch" należy wnosić do
Ruch SA Oddz. W-wa, ul. Towarowa 28, konto jak niżej:
- na zagranicę
- Zakład Kolportażu Prasy i Wydawnictw 00-958 Warszawa, konto P B K S A , X I I I Oddział
W-wa 11101053-16-551-2700-1-67.
Dostawa zamówione prasy następuje:
- przez jednostki kolportażowe „Ruch" - w sposób uzgodniony z zamawiającym.
- przez urzędy pocztowe - pocztą zwykłą na wskazany adres, w ramach opłaconej prenumeraty z wyjątkiem zlecenie dostawy
na zagranicę pocztą lotniczą do odbiorcy zagranicznego, której koszt w pełni pokrywa prenumerator.
Terminy przyjmowania prenumeraty na kraj i zagranicę - do 20 X I na I kwartał roku następnego, do 20 II - na II kwartał, do 20
V na III kwartał, do 20 VIII na I V kwartał.
2. Prenumeratę „Kontekstów" prowadzi także firma AMOS, Warszawa, ul. Zuga 12, 01-806 Warszawa (tel. 34 65 21). Wpłaty na okre­
sy półroczne (dwa zeszyty lub jeden podwójny) i roczne przyjmowane są na konto:
AMOS, VIII Oddział P K O BP, Warszawa Nr 10201084-77578-270-1-111.
3. Cena prenumeraty rocznej przez „Ruch" lub AMOS wynosi 18 zł (w 1999 - 20 zł). Prenumerata za półrocze: 9 zł (w 1999 - 10 zł);
numer pojedynczy 4,50 zł (w 1999 - 5 zł).
4. Zeszyty bieżące oraz niektóre dawne można kupować w Instytucie Sztuki PAN, Warszawa, ul. Długa 28 (hall).
5. Prenumerata zapewnia otrzymywanie pisma w cenie wyżej podanej, niezależnie od tego, o ile droższy będzie w sprzedaży numer.

Wydawnictwo Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk, publikuje książki i czasopisma z zakresu sztuki, teatru, filmu,
muzyki, folkloru
Stałą sprzedażą książek i czasopism Wydawnictwa IS PAN, prowadzi
Dział Wydawnictw Instytutu Sztuki 00-950 W-wa, ul. Długa 28. tel. 831-32-71 do 79 w. 274, 258
oraz następujące księgarnie:
Gdańsk

Warszawa

-

Gdańska Księgarnia Naukowa, Łagiewniki 56

-

Antykwariat „Bibliofil", Szpitalna 19
Księgarnia Akademicka, ul. Anny 6
Księgarnia Naukowa „Elefant", ul. Podwale 6

Kraków

-

-

Główna Księgarnia Naukowa im. Bolesława Prusa
Krakowskiego Przedmieście 7
Księgarnia ORPAN, Pałac Kultury i Nauki
Księgarnia ORPAN BIS, ul. Twarda 51/55
S.C. Księgarnia Ossolineum „Litera"
ul. Jaworzyńska 4
Księgarnia Uniwersytecka „Liber"
Krakowskie Przedmieście 24
Księgarnia w Centrum Sztuki Współczesnej
Pałac Książąt Ujazdowskich
Księgarnia „Reprint", Krakowskie Przedmieście 71
Księgarnia „Odeon", Hoża 19
Księgarnia „Odeon" II, ul. Bagatela 14
Księgarnia „Czytelnik", ul. Wiejska 14
Galeria „Zachęta", Plan Małachowskiego 3

-

Księgarnia Ossolineum, Rynek 6

-

Łódź

-

Księgarnia Ossolineum, Piotrkowska 181

-

Bestseller, Wrocławska 16
Księgarnia Koala, Ratajczaka 39
Księgarnia Uniwersytecka, Zwierzyniecka 7

-

Księgarnia Literacka „Ossolineum"
ul Gen. Sikorskiego 7

-

Poznań

Szczecin
Wrocław

Ciągłą sprzedaż hurtową publikacji Wydawnictwa IS PAN prowadzi:
1. Akademia Klon s c . Hurtownie Książek.
01-217 W-wa, ul. Kolejowa 15/17, tel. 632-55-91
2. Skład Księgarski „centrum" sp. z o.o.
01-217 W-wa, ul. Kolejowa 5П tel. 631-86-93
Numer liczy 14 ark. druk.
Fotoskład: „Iskra", Warszawa, ul. Ratuszowa 11; tel. 18-94-24
Druk: inż. Piotr Włodarski, ul. Ksawerów 21; tel. 43-14-71 w. 240
Nakład 1200 egzemplarzy

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9920" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9898">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/7df16f7612ae8c42cf7b6a3b5448085b.pdf</src>
        <authentication>ddd203900649fa851059ed8ffb3b242e</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118009">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2681</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118010">
                <text>1998</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118011">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2492</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118012">
                <text>Podróże, miejsca mityczne, przedmioty / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118013">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118014">
                <text>Benedyktowicz, Zbigniew</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118015">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118016">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118017">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="118018">
                <text>Podróże, miejsca mityczne, przedmioty
(Wprowadzenie do numeru)
Zbigniew Benedyktowicz
literaturą, fragmentami powieści (Francois Augieras - Podróż na
Podróże - miejsca mityczne - rzeczy - to trzy tematy, trzy głów­
górą Atos, Michał Aj vaz, Sklep na ulicy Maisla - i już choćby w tych
ne wątki tego numeru. Poprzedza je odrębny rozdział pos'wiecony
dwu przykładach widać jak splatają się trzy nasze główne wątki, jak
twórczości Jacka Malczewskiego. Ale i w wypowiedziach wywoła­
trudno byłoby je od siebie oddzielić, jak tworzą jedność, bo jest
nych ukazaniem się książki Teresy Grzybkowskiej Świat obrazów
w nich i podróż, i miejsce mityczne i rzeczy, jak owe dziwne
Jacka Malczewskiego, którymi rozpoczynamy ten numer odnaleźć
przedmioty u Ajvaza: Potrzebuję czegoś, co byłoby na zewnątrz
możemy obecność tych trzech głównych tematów, motywów, wąt­
lśniąco łuskowate, przynajmniej we czwartek albo w piątek, i chciał­
ków, wokół których rozrastał się zbiór zebranych tu tekstów. Odna­
bym, żeby wewnątrz chrzęściły małe, metalowe graniastosłupy, ale
leźć możemy miejsca wspólne. Ze wszystkich tu zgromadzonych te­
nie za bardzo gotyckie.). Eseje antropologiczne przełożyliśmy im­
kstów, autonomicznych przecież i mających swój własny przedmiot,
presjami i esejami o literaturze (Jan Gondowicz: o mapach,
powstała tkanina złożona. Pisane od siebie niezależnie, wchodzą tu
podróżach, ludziach drogi - Kartografia a niektórzy pisarze; Marek
z sobą w dialog czy wręcz polilog, łączą się wieloma wewnętrzny­
Oziewicz, Co można znaleźć w szafie - o światach równoległych
mi, nieraz zaskakującymi, tajemniczymi połączeniami, przez które
w Kronikach narnijskich CS. Lewisa), fragmentami i zapisami
przechodzić możemy od jednych do drugich. Czy można kusić się
z dziennika (Krystian Lupa, Miejsca i podróże mityczne - o podróży
wobec tak złożonej materii o jakiś' wyraźniejszy podział - te są
do
dawnej szkoły, o Stalkerze), wspomnieniem o przedziwnej, prze­
0 podróżach, te zaś o miejscach mitycznych, tamte znów o rzeczach
rażającej rzeczy z dzieciństwa - (Krzysztof Lipka, Szrukoj).
- budować jakiś rodzaj przewodnika, tworzyć mapę, wysnuwać
z nich i dawać do ręki Czytelnika nić przewodnią, by mógł śmiało
Czyi można się dziwić, że antropologia nie po raz pierwszy,
1 z ochotą wkroczyć w ten swoisty labirynt? Gdzie miałyby - owa
a ostatnio wręcz coraz częściej zerka w stronę literatury, wprowa­
nić, mapa, przewodnik - swój początek? Można i trzeba by nań
dzając w swój obręb różne jej gatunki? Dwa lata studiowania archeo­
wskazać, odsyłając Czytelników do poprzedniego numeru (to zna­
logii, poznawania precyzyjnych i skomplikowanych systematyk
czy ściślej: do zeszytu sprzed dwu poprzednich numerów): do nu­
i typologii lateńskich, rzymskich, celtyckich fibul, zakończone peł­
meru poświęconego antropologicznemu postrzeganiu świata („Kon­
nym surowych wymagań egzaminem nie pozostawiło we mnie naj­
teksty" nr 3-4/1997), bo tam właśnie wyłania się ów motyw podróży
mniejszego śladu w pamięci, a co tu dopiero mówić o emocji. Wszy­
za sprawą przywołanego Levi - Strauss'a, rozstrząsającego tak klu­
stko to było niczym w porównaniu z opisem, na który natrafiłem,
czowy i bolesny dla antropologicznej roboty problem: „W jakich
który dopadł mnie znacznie później, kiedy zdążyłem już o wszyst­
czasach byłoby najlepiej podróżować?" - Pragnąłbym żyć w epoce kim zapomnieć, opisem, w którym rzecz rozbłysła, nabrała czaru,
prawdziwych podróży - a także bolesny problemat opisywania świa­
znaczenia, wagi, sensu. Ten blask rzeczy zawdzięczam Heinrichowi
ta i rzeczy, problemat rzeczy, rzeczy, które znikają z naszego (współ­
Bóllowi, który nie pozbawijąc jej swoistego surowego uroku, zaraz
czesnego) świata, owe wątki właśnie tam zaczynają się pojawiać
na pierwszych stronach swego Dziennika Irlandzkiego, notatnika
(por. Widzieć więcej. Antropologia wizualna i wizualność w antropo­z podróży do Irlandii, poświęcając jej cały rozdział potrafił przy po­
logii. /Wprowadzenie do numeru/, tamże).
mocy tej fibuli: a g r a f k i (bo o niej tu cały czas mowa) spiąć ze
sobą - przechodząc przez dzieje i historię, i pokazując jej miejsce
Ale można by i zacząć od końca - od jakiegoś czasu, na ostatnich
w kulturze - odległą starożytność ze współczesnością. Literatura
stronach każdego zeszytu, a zwłaszcza w „tematycznych numerach"
i „literatura przedmiotu". Jakże wiele może od nich zależeć. Czyż
jak ten, zamieszczamy informację, jak dany temat pojawiał się już na
rzecz nie ma się podobnie w przypadku naszych, etnograficznych
tych łamach w poprzednich numerach. Czytelnik może sobie wyo­
systematyk i typologii? Naszego stosunku, sposobu podejścia do
brazić (tak jak my, w gruncie rzeczy, nie zdawaliśmy sobie zrazu z te­
rzeczy, jej postrzegania i opisywania? Czy nie ulegamy zbytnio na­
go sprawy), jakże trudne może być to zadanie w tym przypadku. szym „dyscyplinarnym" przyzwyczajeniom, schematom? Jak oddać
„Podróże - miejsca mityczne - przedmioty". - Jesteśmy przecież za
rzecz żywą? Jak docierać do jej istoty i sedna?
ich sprawą w samym centrum antropologii kultury. To z nich się ona
cała „składa". Można sobie wyobrażać, ileż stron musiałby zająć ta­
Już zaledwie ta wstępna próba opisu i zarysowania struktury te­
ki zestaw: „w poprzednich numerach". I jakże długa musiałaby być
go numeru pokazuje, jak trudna to sprawa. Wyprowadziła nas, znio­
to lista - Krainy, góry, jeziora, morze, rzeki, las, drzewa, budowle, da­
sła w jedną tylko z splątanych tu i ściśle splecionych ze sobą uliczek
chy, miasta, progi, gościńce, ludzie wędrowni, wozy, sanie, buty, na­
- w kierunku rzeczy. Dlatego nie mam innej rady, a wręcz zachęcał­
rzędzia, zabawki, pieczęcie, pierścienie, ozdoby, amulety, kościane
bym gorąco Czytelników do takiego eksperymentu, by czytali zgro­
grzebienie, fibule, hubki, ubrania, stroje, kufry, skrzynie, szafy, szu­
madzone tu teksty, jak to się mówi za koleją rzeczy, czy też według
flady, krzesła, łoża, kanapy, fotele, klamki, hamaki, stoły, zdjęcia, fo­
spisu rzeczy, tak jak zostały ułożone: podług spisu treści. Wracajmy
tografie, dzienniki, nóż do papieru, kartki z podróży, pamiątki, po­
więc do początku.
cztówki... Listę tę moglibyśmy przedłużać w nieskończoność, wpisu­
Zacznijmy od podróży. Pojawia się ona już w bloku tekstów
jąc coraz to bardziej wyszukane i wyspecjalizowane przedmioty,
o Malczewskim. Obok „miejsca mitycznego", związanego z dzieciń­
o których może nie wiedzieliśmy dotąd, nie przypuszczaliśmy nawet,
stwem artysty - stawu w Wielgiem (Maria Janion, Staw w Wielgiem,
że takie istnieją. Taką listą moglibyśmy przebić długość słynnej wy­
czyli pomiędzy śmiechem a śmiercią). - Oto lęk przed podróżą i nie­
liczeniowej, etnologicznej definicji kultury Tylora.
chęć Malczewskiego do podróży, by nie ulec formom i wpływom
światowego, zachodniego malarstwa, by nie oderwać się od czystych
- „Podróże - miejsca mityczne - przedmioty", zwłaszcza
źródeł, które jedynie zapewnić mogą realizację powziętego twórcze­
przedmioty i rzeczy. - sprawiają, że znaleźliśmy się w samym sercu
go programu: „..chcę malować świat żyjący, a on nie malowany kultury. Tymczasem żeby rzecz jeszcze bardziej skomplikować,
rzeczywistość, prawdę" (por. Witold Dobrowolski, Mitologia Malteksty bardziej czy mniej naukowe i antropologiczne przełożyliśmy
3

�o zwierciadle (Leonida Stołowicza), rentgenie, chirurgii i mikrosko­
czewskiego). I jakże inny stosunek do podróży, rozpoznanie jej wagi
i znaczenia dla własnej tworczos'ci, u Ibsena: ,Mogę powiedzieć z do­ pie (Jurija Cywjana), gdzie nawet zwierciadło i jego potencje znacze­
świadczenia: wiem, jaka możliwość rozwoju znajduje się w podróży ".niowe w sztuce rozpatrywane są w perspektywie, jaki dawać im mo­
że kontekst nowych środków wyrazu - fotografii, filmu, telewizji.
Podróż jako punkt zwrotny i moment przełomu: podróżowałem
przez Niemcy, Austrię i przekroczyłem Alpy 9 maja (...) nagle znale­Dalej mamy ciało, jako przedmiot fotografii (Andrzej Pilichowski
źliśmy się w Mira Mare, gdzie piękno Południa, cudownie jasne świa­Ragno, O fotografiach Mapplethorpa), radiografii i jej magii, a tak­
tło, świecące jak biały marmur, objawiło mi się nagle i wpłynęło na że jako przedmiot ćwiczeń kulturystycznych (Tomasz Rakowski).
całą moją późniejszą twórczość." (Lech Sokół, Henrik Ibsen - mit
Dochodzi tu lista najnowszych, najbardziej współczesnych
osobisty). Po Rzymie Ibsena, idąc dalej za autorami i bohaterami ko­
przedmiotów - ktoś powiedziałby: gadżetów - rzeczy i zjawisk, które
lejnych tekstów odwiedzimy Toskanię, Sycylię, poznając miejsca mi­
autorzy tekstów im poświęconych, starają się uchwycić i opisać nie­
tyczne Syrakuz: „miasta Wielkich Kobiet" - (Aretuzy, Artemidy, Św.
jako in statu nascendi, tak jak się one pojawiają, które znaczą i ważą
Łucji), za rysunkami ze szkicownika Jana Potockiego podążymy do
tak bardzo wiele w obrazie i ikonosferze naszej współczesnej kultu­
Maroka, a za współczesnym zapisem do legendarnego miasta Kano
ry. Znajdziemy tu więc: Komputer i Internet (Magdalena Radkowska,
w Afryce. Potem odwiedzimy Wiedeń i Lizbonę, by przez wspomnia­
...projektnetnologii), „Walkmen" (Krzysztof Cibor), gitarę elektrycz­
ne już fragmenty i wątki literackie przejść do podróży po Polsce
ną (Tomoho Umeda) Rower, narty, buty (Wiesław Szpilka), a nawet
(Grzegorz Graff - Cuda Polski...). Jakże jednak mylącym czy niepeł­
spokrewnionego z ogrodowym krasnalem i piramidą zwierząt „ogro­
nym byłby taki przewodnik po podróżniczej części tego numeru, gdy­
dowego konia arabskiego" - rzeczy które wiążą się jak najściślej
by nie opatrzyć go konieczną w tym miejscu uwagą, że nie tyle
z „podróżowaniem", ze współczesnym doświadczeniem „podróży".
podróże są tutaj głównym bohaterem ile m i t. Mit narodowy i mit
Charakterystyczne i znamienne, że w opisie i interpretacji tych
indywidualny artysty, patologia mitu (Teresa Grzybkowska, Jacka
„najnowszych" rzeczy: komputera, internetu, supermarketu i in.
Malczewskiego „Finis Poloniae, „Rewolucja 1905" czy wyznanie mi­
sprzymierzeńcami okazują się być ...proza Brunona Schulza i poezja
łosne), antyczne, greckie, wątki mitu „oswojone" i przetworzone
Leśmiana (Por. Magdalena Radkowska, Przedmiot, podróż..., Maciej
w indywidualnym dziele artysty (Zygmunt Kubiak Hellenizm Jacka J. Dudziak, Mikro-makromarket...,Tomasz Rakowski, Trzy miesią­
Malczewskiego; Witold Dobrowolski, Mitologia Malczewskiego). ce...). Jakby na potwierdzenie słów autora Sanatorium pod klepsydrą,
Bohaterami są tu uważane za lokalne, słowiańskie, a w istocie grec­
że „życie nieustannie głosowane jest przy pomocy mitu i poezji."
ko-rzymskie, źródła folkloru; Leśmianowska zasada „jedności świa­
I nie dla zachowania równowagi wobec tych „najnowszych" rze­
ta i zas'wiata", jaka jest obecna w micie, oraz twórczość polegająca na
czy i zjawisk (w tym dla New Age'owskich podróży i turystycznego
„roztajemniczaniu własnego bytu za pomocą przeniesienia go w kra­
poruszania się po rzeczywistości współczesnej kultury z bedekerami
inę mityczną, baśniową", w świetle których interpretowana jest, przy­
Baumana i Baudrillarda w ręku) - przywołujemy tu dwa wiersze
jęta przez artystę strategia, prowadząca nie tylko do zmieszania „fan­
zmarłego w tym roku Zbigniewa Herberta, który na innym miejscu
tastyki" i „realizmu", ale i do zajmowania ustawicznie ironicznej po­
tak pisał:
stawy („transcendentalna bufoneria"), która pozwala osiągnąć abso­
„co dzień odnawiam spojrzenie
lutną wolność tworzenia. (Maria Janion, Staw w Wielgiem czyli po­
co dzień narasta mój dotyk
między śmiechem a śmiercią). Bohaterami są tu: mit osobisty, mit Ita­
łaskotany bliskością tylu rzeczy"
lii, mit Toskanii widzianej oczami trzech różnych podróżników: Mu(Trzy wiersze z pamięci, Warszawa 1973 s.10)
ratowa, Lawrence'a, Camusa (Dariusz Czaja, Toskania. Trzy podró­
Czynimy to w przekonaniu, że w obu przytoczonych wierszach
że; Lech Sokół, Henrik Ibsen - Mit osobisty), zarysowany w tych tego Mistrza trudnej ironii dochodzi najpełniej do głosu obecność
dwu ostatnich tekstach mit Północy i mit Południa (tamże), zmitoloowej cechy poezji, o której mówił Arystoteles (i od tłumaczenia
gizowana na użytek turystów wersja Wiednia (Jarosław - jot Drużycktórego to fragmentu rozpoczyna tu swój esej Zygmunt Kubiak ki, Miasto, jego osobliwości i ich zbieracze), filmowy mit miasta Wi- por. - Zygmunt Kubiak, Hellenizm...) - „Poezja więc jest czymś bar­
ma Wendersa (Sławomir Sikora, W Lizbonie jak na wsi). Jednym sło­ dziejfilozoficznymi bardziej serio [wyższym, głębszym, bardziej rze­
wem bohaterem głównym jest tu: m i t i geografia m i t y c z czywistym] niż historia , bo raczej przedstawia to co ogólne, a ta
n a. Owe niezwykłe doświadczenie podróży, w którym niezwykłość
druga, co poszczególne."
- i na tym to polega - dochodzi do głosu w zwykłym doświadczeniu
Znacząca obecność i ilość odwołań w zgromadzonych tu te­
podróżowania: kstach do Schulza, Leśmiana, znacząca obecność prozy Schulza, po­
„Czy może mi Pan powiedzieć, jak się idzie do źródeł Aretuzy"
ezji Leśmiana, Baczyńskiego, Herberta pozwala myśleć już nie tyl­
- zapytałem właściciela małego baru, gdzie się posilałem bułką z se­
ko o projekcie „literackiej" ale i „poetyckiej etnologii", w której
rem i kawą, a pytając miałem dziwne uczucie jakiejś osobliwej
właściwą, ostateczną miarą rzeczy jest poezja.
nadrealności. O źródle Aretuzy ciągle czytam w hellenistycznych
Pora więc już na koniec tylko przywołać raz już kiedyś potrąco­
i łacińskich poematach. Ale żeby można było do niego dojść zwykłą
ną strunę* ulicą: I jeszcze o to pytać przy bułce z serem i kawie? - 'Ależ jest
Ów fragment z IX Elegii Duinejskiej Rainera Marii Rilkego:
pan przy źródle Aretuzy, ono jest przed moim barem.' - I z miesza­
niną dumy i rozbawienia ciągnie mnie za rękę. Obmurowano je ka­
Przecież wędrowiec ze stoku góry znosi w dolinę
mieniami i biegnącą dokoła balustradą, o którą można się oprzeć
nie garść ziemi, niewysłowionej dla wszystkich, lecz tylko
i patrzeć w dół, jak ono ciągle pulsuje i płynie." (Zygmunt Kubiak,
jedno zdobyte słowo, czyste, żółtą i błękitną gencjanę
Jak w zwierciadle, Warszawa 1985 s. 36)
Jesteśmy tu może tylko po to, by powiedzieć: dom,
most, studnia, brama, owocowe drzewo, okno Jeśli zaś idzie o rzeczy, to tak się złożyło w tym numerze, że nie
najwyżej: kolumna, wieża... Ale powiedzieć, zrozum,
licząc rzeczy starychf?) i dostojnych(?), jak ów kieliszek szampana
o, powiedzieć tak, jak nawet samym rzeczom
w ręku filozofa, objaśniającego czym jest fenomenologia i nie licząc
nie marzyło się nigdy. (...)
kija mistrza, podróżnego kostura mędrca, laski filozofa (Stanisław
Cichowicz, Problemat Sartre 'a; Koan Zenona) oraz monet, krążków
zakupionych na ułan-batorskim bazarze (Jerzy Sławomir Wasilewski,
Tajna historia przedmiotów) przeważają tu zdecydowanie rzeczy no­
* (por. Zbigniew Benedyktowicz, O niektórych zastosowaniach me­
we. Tę sekwencję rzeczy otwiera cykl tekstów rosyjskich semioty­
tody fenomenologicznej w studiach nad religią symbolem i kulturą w:
ków (obok ogólnego, teoretycznego i syntetyzującego artykułu Al­
„Etnografia Polska" t. X X I V z. 2, 1980, s. 9-47; IX Elegia Rainera Ma­
berta Bajburina, Semiotyczne aspekty funkcjonowania rzeczy), teksty rii Rilkego w tłumaczeniu Mieczysława Jastruna)
4

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9918" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9896">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/01266286a46b2bff0c44b4aa63221a0d.pdf</src>
        <authentication>6ee7222cf6802193e6692ef91d08090a</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117988">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2958</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117989">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117990">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2762</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117991">
                <text>Czy metafora może być bajką? / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117992">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1, s.32-39</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117993">
                <text>Barański, Janusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117994">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117995">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117996">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117997">
                <text>Czy metafora może być bajką?
Janusz Barański

Giambattista Vico, piewca wiary i czucia w dobie kultu
rozumu - Oświecenia, tak oto pisał dwa i pół wieku temu
0 interesującym nas tropie:
„ Z logiki poetyckiej wynikają wszystkie podstawowe tropy,
z których najjaśniejszym, a przez to samo najbardziej potrzeb­
nym i najczęściej używanym jest matafora; jest również
najbardziej podziwiana, ponieważ dzięki metafizyce, poprzed­
nio tu rozważanej, użycza rzeczom nieożywionym uczuć
1 namiętności. Pierwsi bowiem poeci nadali przedmiotom byt
substancji ożywionych, zdolnych do tego wszystkiego, do czego
sami byli zdolni, to znaczy do uczuć i namiętności i w ten sposób
stworzyli baśnie. Tak więc k a ż d ą m e t a f o r ę
można
u w a ż a ć z a k r ó t k ą b a j k ę " (Vico 1966, s. 186; podkr.
— J.B.).
Nie mylą się ci, którzy stwierdzą, że ostatnie, kluczowe
zdanie nie wynika banajmniej z poprzednich z apodyktyczną
rzeczywistością. Nie m o ż n a - z drugiej strony - przypisać
filozofowi uprawiania logiki, którą uważał on skądinąd za
powszechną w twórczym dziele owych „pierwszych p o e t ó w " ,
logiki opartej na analogii i oboczności. Jeśli bowiem metafora
była w powszechnym użyciu przy tworzeniu bajek, nie prowa­
dzi to przecież do wniosku, że m o ż n a j ą do bajki sprowadzić.
A jednak to utożsamienie metafory i bajki należy rozumieć
nader przenośnie, żeby nie powiedzieć - metaforycznie właśnie,
zdaje się sugerować autor w komentarzu. Oto bowiem - twierdzi
filozof - dzięki metaforze, która „użycza rzeczom nieożywio­
nym uczuć i n a m i ę t n o ś c i " , powstaje świat bajki pełen „gwiz­
d u " wiatru, „ s z e m r a n i a " morskich fal, ukrytych wodnych
i skalnych „ ż y ł " , „ u ś m i e c h u " nieba, ożywionego wina - „krwi
winorośli" (tamże, s. 187). Takie wyjaśnienie owej metafizyki
uczucia i wyobraźni należy przyjąć z dobrą wiarą, choć drażni
kontrast pomiędzy bezwzględną kwantyfikacją zastosowaną
w formule, a niejasną eksplikacją. Zachęca to wręcz do
sproblematyzowania tak sTormułowanej definicji metafory.
Materiał podsuwa „retoryka naszych c z a s ó w " - jak powiada
Gui Bousiepe (1985, s. 303) - reklama.
Spójrzmy zatem na taki choćby slogan: „Kodak - złodziej
k o l o r ó w " . To predykatywne określenie zbudowane według
zasady klasycznej analogii, której do dziś obowiązującą regułę
podał Arystoteles, wywodzi się z układu korelacji i inwersji
o postaci:
Kodak : kolory: .-złodziej : rabowanie dobra
Treść sloganu zyskuje s w ą formę wskutek zestawienia obu
członów korelacji, gdzie ich składowe pozostają w relacji
metonimicznej przyległości, zestawienia osiągniętego wyłącz­
nie za pomocą stosowanej wizualnej retoryki obrazu. Kolory są
tutaj zatem dobrem zdobytym w sposób w najwyższym stopniu
nietypowy - poprzez kradzież. Czy to wszystko, co można
o rzeczonym sloganie i jego fabularnym przedstawieniu powie­
dzieć? Jeśli uznalibyśmy go za wyjątkowo oryginalną metaforę,
coś na kształt odkrycia nowego, śmiałego tropu, wówczas
moglibyśmy uznać go za wytwór wyłącznie indywidualnej
fantazji. Jest tu jednak coś, co nasuwa podejrzenie istnienia
związku z pewnym, pozornie być może odległym gatunkiem
folkloru.
Włodzimierz Propp w swoim dziele o bajce pośród jej X X X I
funkcji na miejscu X I X umieszcza: „Likwidacja początkowej

32

szkody lub braku'' - „Poprzez tę funkcję opowieść sięga swego
apogeum". G ł ó w n y m sposobem likwidacji owego początkowe­
go niedostatku jest „Porwanie obiektu poszukiwań przemocą
lub sprytem" (Propp 1976, s. 105). Autor wymienia jeszcze
kilka innych sposobów, których skutkiem jest zdobycie po­
szukiwanego obiektu, np. czarodziejskiego pierścienia, utraco­
nego wzroku, złotorogiego jelenia itd. (tamże, s. 106-109).
Niech punktem wyjścia poniższych rozważań będzie uznanie
metafory „Kodak - złodziej k o l o r ó w " za taką bajkę magiczną
w pigułce, gdzie trzech sympatycznych chłopców wykrada paru
odrażającym postaciom (podkreślone to zostaje poprzez od­
powiednie do sytuacji ich przedstawienie) przedmiot pożądania
- kolor. Historyjce tej nie szkodzi j u ż fakt, że chłopcy zostali
ujęci przez policję: początkowy brak został usunięty.
Przykład jednego reklamowego sloganu nie może być oczy­
wiście dowodem na to, że fabuła bajki magicznej jest metatekstem wszelkich reklamowych ewokacji. Każdy adresat reklamy
- „pani d o m u " , „prawdziwy m ę ż c z y z n a " czy „doświadczony
hodowca" - stwierdzi, że to tylko bardziej lub mniej udane
chwyty stylistyczne, które nie m u s z ą mieć nic wspólnego
z jakością zachwalanego proszku, płynu po goleniu czy karmy
dla kocinki. Nie jest to jednak tylko sprawa stylu, swoistej
poetyki, lecz mito-poetyki, ponieważ wiele reklamowych
przedstawień ukazuje fabułę bajki magicznej, a większość
„ociera s i ę " o zbiór typowych dla tego gatunku mitycznorytualnych odniesień.
Włodzimnierz Propp wyodrębnił - jak się rzekło - XXXI
funkcji bajki magicznej. Byłoby tyleż niemożliwe co i bez­
zasadne usiłowanie wykazania, że istnieje transpozycja wszystkich z nich w przedstawieniach reklamowych. W sposób
zmniejszający możliwość pomyłki do minimum można wyka­
zać obecność tylko pięciu z nich, jednak tych, które są kluczowe
dla fabuły bajki. Jeśli jednak czas reklamowy nie przekraczi
kilku sekund, co zdarza się bardzo często, wówczas możni '
wyodrębnić tylko dwie - otwierającą i zamykającą tę bajkowi J
mikro-fabulację lub tylko j e d n ą - ostatnią. Są to zatem na- '
stępujące funkcje:
1

(1) „VIII. Antagonista wyrządza krzywdę lub szkodę człon
k o w i rodziny. Określenie: s z k o d z e n i e " (tamże,
s. 74).
„Jednakże bynajmniej nie wszystkie bajki rozpoczynają się od
wyrządzenia szkody. Istnieją inne początki bajek, często nadają­
ce taki sam kierunek rozwojowi wydarzeń jak w bajkach
rozpoczynających się od funkcji szkodzenia. Przyglądając się
baczniej temu zjawisku m o ż e m y zaobserwować, że w bajkach
tych momentem wyjściowym jest sytuacja braku czegoś"
(tamże, s. 78-79).
(2) „ X I V . Bohater wchodzi w posiadanie magicznego środka,
Określenie: p r z e k a z a n i e , o t r z y m a n i e mag i c z n e g o ś r o d k a (...).
Jako środki magiczne m o g ą służyć:
1. Zwierzęta: koń, orzeł i inne.
2. Przedmioty, z których wyłaniają się magiczni pomocnicy.
np. krzesiwo z koniem lub pierścień z junakami.
3. Przedmioty o magicznej właściwości, jak np. kije, gęśle czj
k u l e " (tamże, s. 92).
(3) „ X V I . Bohater i jego antagonista przystępują do bezpo-

1

'
I
c

t

*
v

2

F
&gt;
1

F

a
s
s

�średniej walki. Określenie: w a l k a " (tamże, s.
103).
(4) „XIX. Likwidacja początkowej szkody lub braku. Określe­
nie: l i k w i d a c j a n i e s z c z ę ś c i a l u b b r a k u
(...).
Dana funcja tworzy parę z wyrządzeniem szkody lub z nie­
szczęściem występującym w zawiązaniu. Poprzez tę funkcję
opowieść sięga swego apogeum" (tamże, s. 105).
(5) „XXXI. Bohater zawiera małżeństwo i zostaje carem.
Określenie: w e s e l e " (tamże, s. 120).
„Czasami zamiast ręki królewny bohater otrzymuje kompensatę
pieniężną lub nagrodę w innej formie" (tamże, s. 121).
Tak oto przygotowani przez słynnego folklorystę możemy
przystąpić do przeglądu reklam. Jest to zbiór siedemdziesięciu
reklam telewizyjnych, dotyczących różnych produktów, w jed­
nym tylko przypadku produktu tego samego, choć przed' stawionego przez dwie różne reklamy. Rejestracja reklam miała
miejsce w przeciągu kilku tygodni w porze największej oglądal­
ności telewizji. Z tego zbioru około jedna trzecia to: reklamy,
które mają kompletną strukturę inwariantu bądź są niekomplet­
ne jeśli chodzi o funkcje „ ś r o d k o w e " , następnie te, które mają
tylko funkcje "otwarcia" i „ z a m k n i ę c i a " i na koniec najlicz­
niejsze - te, które mają wyłącznie funkcję ostatnią, którą Propp
określił jako „ w e s e l e " . Funkcja ta jest jednak w naszym
przypadku chyba nadzwyczaj ważna, skoro pojawia się nawet
w reklamie środków do utrzymania czystości... toalety. Zacznij­
my jednak od reklam, które wprawdzie nie kończą się ślubem, są
jednak dość kompletne jeśli chodzi o pozostałe funkcje. Fabuła
ich niemal zupełnie pokrywa się z zaproponowanym tu zreduko­
wanym inwariantem, ponadto środki wyrazu nie pozostawiają
wątpliwości co do konotacji poszczególnych sekwencji.
Colgate Tartar Control
Na powierzchni gigantycznych zębów robotnicy, noszący stoso­
wne uniformy i używający odpowiednich narzędzi, (1) wznoszą
kamienny mur; wtem (2) pojawia się olbrzymia pasta do zębów
w opakowaniu, zawieszona jak wahadło, i niczym taran (3)
rozprasza robotników; dzieła zwycięstwa dopełniają strugi
wody i zgłębnik dentystyczny, które usuwają resztki zło­
wrogiego muru i odsłaniają do końca (4) czyste zęby.
SC Johnson
Muszlę klozetową beztrosko okupuje (1) silna grupa zarazków,
ukrywając się w „najbardziej niedostępnym miejscu"; kiedy
jednak (2) nadlatuje kaczor na dwupłatowcu wyposażonym
w pokładowy karabin maszynowy zarazki tracą rezon i pisk­
liwymi głosami, tudzież trzęsieniem się, dają wyraz strachu;
i mają rację: kaczor (3) wybija wszystkie celnymi seriami,
doprowadzając (4) muszlę klozetową do połysku; „Dziękujemy
ci SC Johnson" - słyszymy z ust chóru zadowolonych, choć nie
pokazanych, pań domu.
W jednej z następnych reklam notujemy j u ż brak funkcji
drugiej: nie ukazany został mianowicie moment przybycia
bohatera mającego usunąć szkodę.
Old Spice Sensitive
Golący się młodzian doznaje przykrego wrażenia pieczenia
wskutek dokonanego zabiegu kosmetycznego, co ukazane
zostało przez (1) płomień ogarniający jego szyję; jednak strugi
płynu (3) gaszą ogień przynosząc (4) ulgę podrażnionemu ciału;
„Po co się męczyć - Old Spice Sensitive zgasi płomień na twej
twarzy" głosi slogan, i j u ż wyłącznie przy pomocy wizualnych
środków firma zachęca do stosowania jeszcze innych jej
produktów, prezentujących się rzędem w morskiej fali.
W następnej reklamie brak wprawdzie funkcji trzeciej,
a ściślej symbolicznego przedstawiania walki - usuwania
szkody, mamy natomiast kolejną personifikację włączającego
się do akcji środka.

Cillit
(1) „Ależ tu brudno" - zauważa z przerażeniem pani domu
otwierając drzwi domku działkowego, w którym kuchnia jest
wielkości małej sali tanecznej, a podłoga wyłożona nieco
zmatowiałymi rzeczywiście kafelkami; pani domu słyszy - za­
skoczona - jakiś zbliżający się głos: „Tutaj może pomóc tylko
Cillit, spróbuj t y l k o " ; to mówi - nazwijmy j ą - (2) mała
czarodziejka, nadlatująca właśnie na butelce firmowego płynu;
dzięki jego zastosowaniu kafelki podłogi (4) błyszczą już
nieskazitelnie.
Mamy wreszcie inną kategorię. Tutaj pani domu sama stała
się bohaterką bajki zakończonej happy endem - trwałym
związkiem-w-dziele-utrzymania-czystości.
Sunlicht
Mówi pani domu: „ D a w n o , dawno temu żyła sobie księżniczka,
która musiała p o z m y w a ć górę (1) brudnych naczyń. I (2)
zawołała przyjaciela Sunlichta: mój przyjacielu, proszę pomóż
m i " ; „ T o t y jesteś tą księżniczką, mamo!" - zgaduje córka pani
domu; „Ale tylko (5) z tym czarodziejem" - zgadza się
z uśmiechem pani domu, zanurzając talerz w pachnącej pianie.
Związek bohaterki z osobą płci odmiennej - czarodziejem
Sunlichtem - ma tu zatem charakter przenośny w czystej
postaci. Potraktuję tę reklamę jako stopień pośredni pomiędzy
reklamami seksualnie nienacechowanymi a seksualnie nacecho­
wanymi. Użycie terminu „ s e k s u a l n y " podyktowane jest tym, że
w przedstawionych poniżej reklamach mamy do czynienia
z bardzo różnymi odmianami owej funkcji ostatniej - mitologemu wesela. M o ż e to być istotnie ślub, częściej jednak
chodzi o romans, randkę czy choćby tylko powodzenie u przed­
stawicieli płci odmiennej. Tak tedy następna reklama ilustruje
nie tylko uzdrowienie, ale i rzeczone „ w e s e l e " .
Clearasil
Tomek i Jacek mają (1) pryszcze; Tomek używa mydła, Jacek
- żelu Clearasil (na dole ekranu widzimy napis: „nr 1 na
ś w i e c i e " ) ; dalej widać Tomka i jego pryszcze pulsujące bólem
i otoczone przez autora reklamy obwódkami; Jacek natomiast
po zastosowaniu żelu ukazuje (4) gładką twarz; „Tomek chodzi
w kasku na głowie, Jacek (5) chodzi z Karoliną'' - komentuje
narrator.
Tak oto doszliśmy do grupy reklam najliczniej reprezen­
towanych w naszej „ b a j k o w e j ' ' klasie, które można by uznać za
przykład wariantu najuboższego, choć z pewnego punktu
widzenia bardzo istotnego. Prawie wyłącznie jedyną funkcją
wyrażoną - chciałoby się rzec - expressis signis jest tu owo
„ w e s e l e " w różnych jego odmianach. Przyjrzyjmy się kilku
przykładom.
Tchibo
(5) Młoda para stąpająca po schodach świątyni, wokół radosne
twarze, tłum ich cały, falujący w rytm falowania przesypującej
się kawy pokazywanej przemiennie z obrazem ślubu; sypiące
się ziarna kawy i ziarna ryżu, którymi rzuca w kierunku
nowożeńców śmiejąca się dziewczynka; chwile czułych spoj­
rzeń panny młodej i starszego pana popijających z filiżanek
gorący płyn; „Dajesz innym to, co w życiu najlepsze, kiedy
jesteś radosny, zakochany, s z c z ę ś l i w y " - puentuje te wzrusza­
jące obrazy slogan.
Stimorol
W pustynnym i ekscytującym krajobrazie Arizony lub New
Mexico widzimy młodzieńca na motocyklu w stylu HarleyDavidson ściganego przez policyjny wóz; młodzieniec za­
trzymuje się, z oczywistą obojętnością pozwala się obszukać
policjantowi, opierając się na masce wozu w sposób przewidzia­
ny wymogami sytuacji, przepisów i dramatycznego zacięcia
autorów reklamy; jest czysty: policjant znajduje tylko paczkę
gumy; okazuje się, że jest to natomiast wyzwanie dla drugiego
funkcjonariusza, którym jest atrakcyjna dziewczyna; do rzuco-

33

�nych jej przez kolegę dokumentów młodzieńca wkłada kartkę
z numerem telefonu i nazwiskiem - Johnson i zapewnia
wymownym spojrzeniem, że (5) wspólna chwila będzie słodka.
Palmolive
W malowniczej scenerii tym razem jakiegoś północnego kraju,
gdzie sąsiedztwo stromych zboczy i morza przypomina fiord,
dwie osoby - matka i kilkuletnia córka - oczekują przybicia
promu do długiego drewnianego molo; mężczyzną, który prom
opuszcza, okazuje się mąż i ojciec - wraca (5) na łono rodziny;
wita się czule z żoną i córką, a ze szczególnym upodobaniem
zanurza swe dłonie w niewątpliwie puszystych i lśniących
włosach pań swego serca; ,,Palmolive to naturalne p i ę k n o "
- zdają się krzyczeć nadmorskie skały; w przyboju morskiej fali
stoją na brzegu dwie butelki szamponu.
Elseve
„Piękno według mnie to przede wszystkim piękne włosy siła protein, energia witamin, połysk j o j o b y " - zachwala
z przekonaniem kosmetyki do pielęgnacji włosów młoda dama,
wcierając perlisty płyn w swe długie, ciemne włosy; widzimy j ą
za chwilę w biurze, w otoczeniu samych mężczyzn, słuchają­
cych jej z zapartym tchem i wpatrujących się w nią z za­
chwytem; jest świadoma swej atrakcyjności: z równą nonszalacją wygłasza istotne racje, jak odgarnia pukle włosów; wie, że
(5) ma szalone powodzenie.
Domestos
„Nawet gdy wszystko wydaje się czyste, groźne zarazki mogą
się czaić tam, gdzie wzrok nie sięga; ale teraz mamy nowy
środek - Domestos"; w tym oto lakonicznym stylu producent
zachwala środek czystości i demonstruje jego zastosowanie
w łazience rękoma młodej pani domu; ta opuszczają zamykając
drzwi, ale unosi stamtąd (5) małe dziecko na rękach całując je
czule w zbliżeniu kamery.
We wszystkich przedstawionych przypadkach każda z sek­
wencji kończy się ślubem (Tchibo) lub prefiguracją owego
mitologemu „ w e s e l a ' ' pozostającą do funkcji wzorcowej w metonimicznym pokrewieństwie. Mamy zatem zapowiedź randki
(Stimorol), obrazy rodziny (Palmolive), powodzenia (Elseve),
wreszcie macierzyństwa (Domestos). Przykład ostatniej ze
zbioru tych reklam jest szczególnie intrygujący. Oto by uczynić
zadość „ b a j k o w y m " oczekiwaniom odbiorcy reklamy, jej
autorzy nadają obrazowi fabułę z rozwijającym się łańcuchem
symbolizacji opartych na zasadzie opozycji i korelacji:
Domestos : Brak Domestosa :: czystość : brud :: doskonałe
macierzyństwo
: niedoskonałe
macierzyństwo.
Wskutek takiego oto zabiegu, przy pomocy szczególnego
higieniczno-prokreacyjnego meta-kodu, ustanowiono symboli­
czną ekwiwalencję środka czystości i macierzyństwa. Szczęś­
liwą matką będzie ta, która używa Domestosa. Ta natomiast,
która go nie używa może dobrodziejstwa macierzyństwa w ogó­
le nie zaznać. Końcowy obraz można zresztą osobno potrak­
tować jako ikonogram konotujący szereg pozytywnych przeko­
nań na temat rodziny i macierzyństwa.
Odczytanie podobnych symbolicznych argumentacji, mają­
cych przekonać klienta do kupienia danego produktu, jest j u ż
teraz rzeczą prostą, choćby na przykład w reklamie poprzedniej
- Elseve, gdzie - zapożyczając się u Umberta Eco (1972, s.
245^16) - możemy wskazać taką oto entymematyczną serię:
Każda pani chce mieć powodzenie - mycie włosów szamponem
Elseve daje powodzenie - kto myje włosy szamponem Elseve,
ten będzie miał powodzenie. Przy czym wnioskowanie to może
być „ n i e z a w o d n e " , jeśli na mocy milczącej antonomazji
przedstawioną w reklamie panią interpretuje się jako „każdą
p a n i ą " . Chwyt ten stosowany jest we wszystkich reklamach
„ w e s e l n y c h " , co z łatwością można sprawdzić, aplikując
powyższą zasadę deszyfracji do pozostałych przykładów, jak
również w wielu obrazach, w których ta funkcja nie występuje.

34

Statystyka naszego skromnego zestawienia wskazuje, że doty
funkcja „ w e s e l a " jest elementem najbardziej konsekwentnie „Ko
pojawiającym się w rozważanych tu dwudziestu trzech baj- staw
kowych fabulacjach. Jest ona nieobecna tylko w czterech zapa
przypadkach, choć - j a k sam Propp stwierdza - „czasem szcz
zamiast ręki królewny bohater otrzymuje kompensatę pieniężną dran
lub nagrodę w innej formie", o czym nieco szerzej w dalszej zdot
części. D o d a ć wypada tylko, że jeśli zgodzimy się z poglądem, ków
iż obrzęd weselny to ekwiwalent rozwiniętej bajki magicznej rzec
(Mieletinski 1981, s. 329), w której małżeństwo jest ostatecz- adpc
nym celem rozwoju całej akcji, to będzie to jeszcze jeden i ek
argument przemawiający za postawioną tu hipotezą.
w zi
Oto pełna lista wyranych reklam o fabule i/lub zakończeniu z dr
bajki magicznej:
odpc
pos
(4) Likwi­
(2) Otrzy­
(1)
a
(3)
(5)
dacja
manie
Szko­
Walka
Wesele (Po
dzenie
szkody
środka
em
pow
Camay
przy
Elseve
potr
Sunlicht
ku
i
Clearasil
(Ca
Fuji Super
Tchibo 1
Tchibo 2
Domestos
Colgate Tar­
tar Control
Wrigley
Spermint
Stimorol
Lenor
Mars
Margaret
Astor
SC Johnson
Impuls
Old Spice
Sensitive
Head &amp;
Shoulders
Palmolive
Renault Clio
Sunsilk
Cillit
Bounty

prze

W powyższym zestawieniu uwzględnione zostały tylko te i obi
funkcje, których obecność zaznaczona została w odpowiedni P(
figuratywny sposób, jak w analizowanych przykładach. Stosów- nasz
ne figury pojawiają się oczywiście także w pozostałych przypa- odds
dkach: „ m o l e k u ł y " protein wnikające we włosy (Sunsilk), świę
mikroskopijne buciki, jak dla niemowlęcia, które wręcza przeje, s. 1:
ta młoda dama swemu mężowi (Tchibo 2) czy cała sekwencji ewol
reklamy kosmetyków znanej firmy, w której stworzone topicznt kraii
pole przywołuje historię brzydkiego kaczątka przemienionego logi;
w pięknego łabędzia (Margaret Astor). Nie wystarcza nam znali
zatem sama czysto referencyjna konstatacja w rodzaju „Tutaj Ti
pomóc może tylko C i l l i t " . Za kryterium uznania danego się c
sekwensu jako bajkowej funkcji przyjęliśmy bowiem użycie słyn:
stosownego obrazu lub słowa, pozostających w tropicznej char
relacji do tejże funkcji. Ta bowiem specyficzna poetyka jes klan
nieodzownym elementem tej „bajki naszych czasów".
kę, :
W r ó ć m y teraz do formy pierwotnej, od której zaczęliśmy li reki;
rozważania, sloganu. Takie oto figuraty wne równoważniki zdai sam;
typu: „Bounty - smak raju", „Lenor - miłość od pierwszej! kow

�dotyku", „Kawa Sati - szczęśliwe c h w i l e " czy wreszcie
„Kodak - złodziej k o l o r ó w " to j u ż tylko streszczenia przed­
stawianych bajek, których pełnej treści odbiorca nie musi
zapamiętywać. Napięcie semantyczne pomiędzy członami tych
szczególnych zawołań wypełnione zostało bowiem pierwotnie
dramatyczną czy wzruszającą historią o odkrywaniu, walce,
zdobywaniu. Dzięki ciągłej obecności tych „rodowych okrzy­
ków" w tekstach reklamy znawcy tej współczesnej poezji, która
rzeczywiście zawitała pod strzechy, na hasło Renault Clio
odpowiedzą niechybnie „prosto z raju", a nie „zmysłowe
i ekstrawaganckie' '. Mechanizm ten został ukazany explicite
w znanej reklamie: wykład w uniwersyteckiej auli; wyrwany
z drzemki student na słowa „Pollena 2000" bez wahania
odpowiada - „Ociec p r a ć ! " . Zresztą często, jak już wiemy,
poszczególne składowe opowieści mają charakter domyślny,
a slogan jest taką właśnie pełną znaczeń i treści kapsułką.
(Ponadto autorzy reklam skracają nieraz stopniowo długość ich
emisji nie tylko z finansowych, ale także psychotechnicznych
powodów wskazanych powyżej). Rzecz to wszakże znana
przynajmniej od czasów Ernsta Cassirera, że istnieje pewna
potrzeba wyjaśniania, która zadowala się wyróżnieniem począt­
ku i końca procesu. Chodzi o głód wyjaśniania typu mitycznego
(Cassirer 1953, s. 54).

Na początku tej części rozważań przypomnijmy fundamen­
talną zasadę, dotyczącą również problematyki reklamy, że
„bajka - mit - rytuał stanowią trzy wierzchołki trójkąta
połączone ze sobą związkami odpowiedzialności. Bajka rela­
cjonuje (choć w sposób przekształcony) przebieg rytuału, który
odbywa się według scenariusza dostarczanego przez mit, stąd
też wynika uzależnienie bajki od m i t u " (Wasilewski 1979, s.
218). Northrop Frye, jeden z badaczy literatury podążający
szlakiem wytyczonym przez Vico, wskazuje na kolejny słup
milowy, który będzie wyznaczał sposób rozważania obecnej tu
problematyki. „ Ś w i a t m i t u j e s t ś w i a t e m
to­
t a l n e j m e t a f o r y " (podkr. JB) - napisał w aktualnym
do dziś dziele Anatomy of Criticism (1957, s. 136). Ten
przedstawiciel krytyki mitograficznej dzieli pogląd wielu in­
nych orędowników łączenia badań nad mitem i literaturą: od
Potiebni i Maxa Mullera po współczesnych mu Bachtina czy
Maud Bodkin. Postulat badania literatury w ramach tradycji
mitologicznych i z uwzględnieniem logiki mitotwórstwa jest
w naszym wąskim zakresie szczególnie odporny na zarzuty
ignorowania historyczno-społecznego kontekstu dzieła i bio­
grafii autora. Wymogi konwencji gatunku pozwalają bowiem na
niewielką inwencję własną w tworzeniu reklamowych tekstów
i obrazów, co już wstępnie zostało wykazane.
Podążając tropem poszukiwań Frye'a zwróćmy uwagę, że
nasze „ready made expressions" mieszczą się w zakresie
oddziaływania obrazów i gatunków z rodzaju „mitu apoteozy,
świętych zaślubin, odwiedzin w raju" (Mieletinski 1981,
s. 138). Niezwykłe nagromadzenie obrazowych i słownych
ewokacji opisujących zwycięstwo nad niedoskonałością, rajskie
krainy czy spełnienie w miłości, to oczywista poetyka mitologizowania, której najbliższe analogie można by zapewne
znaleźć w klasycznych utworach poezji arkadyjskiej.
Tak tedy przytoczony j u ż wcześniej slogan kawy Sati pojawia
się oczywiście w większej całości, w której dramatis persona,
słynna niegdyś aktorka, występuje w podwójnym poniekąd
charakterze. Z jednej bowiem strony jest odtwórczynią re­
klamowej roli, w której wspomina siebie jako małą dziewczyn­
kę, z drugiej natomiast wywołuje niewątpliwie u odbiorców
reklamy, na przykład pań domu, nostalgiczne wspomnienie ich
samych jako dziewczynek, obdarzonych w czasie podwór­
kowych zabaw pogardzaną wówczas rolą psa Szarika. Pani

domu wzięta zostaje zatem w krzyżowy ogień perswazji: Pola
Raksa, postać rodem z odległej epoki, wprawia w drżenie
indywidualne biografie i epatuje tchnącymi niezwykłością
zwierzeniami. " N i g d y nie zapomnę tych wspaniałych chwil
kiedy ojciec wracał z dalekich p o d r ó ż y " ; dziewczynka zagląda
do zdobionej metalowymi okuciami drewnianej skrzynki z napi­
sem „ S a t i " ; „Ojciec mówił, że kryje w sobie wszystkie
tajemnice A r a b i i " - wspomina aktorka. Umberto Eco takie oto
konotacje przypisałby tej sugestywnej wypowiedzi: „Baśnie
z tysiąca i jednej nocy, egzotyka, tajemniczość, magia, haszysz,
senne rozleniwienie, przypowieści kalifów, dźwięki wschod­
nich instrumentów, słowem: podróż - archetyp" (Eco 1973, s.
68-69). W taką podróż do cudownych rajskich krain zaprszają
również reklamy: Bounty - wyspy szczęśliwe na morzach
południowych, Wrigley Spermint - plaże Florydy lub Kalifor­
nii, czy Renault Clio, gdzie współcześni Adam i Ewa zostają
skuszeni do wzięcia auta, a nie złowrogiego jabłka. Tu został
odwrócony znany porządek - rajski „ o w o c " staje się źródłem
radości i spełnienia, jak przystało na ideologię kultury an­
algetyków.
W tym symbolicznym modelu świata osiąga się rajską
kondycję i rajski czas, co uosabia również poprzez swą
polimorficzność Proppowski mitologem „ w e s e l a " bądź owa
„kompensata pieniężna lub nagroda w innej formie" - bogact­
wo, światowość, powodzenie. Wydaje się, że nie ma racji Gillo
Dorfles, który powiada, iż reklama: „Dzieli na kapsułki,
kropelki, puszki, nadając określone wyróżniki, czyli przede
wszystkim zamieniając w towar wszelki produkt natury, od­
kryty lub stworzony przez człowieka w sposób przypadkowy"
(Dorfles 1973, s. 235). Rzecz jest chyba jednak bardziej złożona
i nie da się sprowadzić do takiego jednostronnego eksploaracyjnego aspektu. Afirmacja szczególnej utopii rajskiego „stanu
naturalnego' ' jest tak silna, czego dowodem szereg powyższych
przykładów, że skłania do poszukania innego wyjaśnienia.
Spójrzmy najpierw na charakterystyczną cechę wielu reklam,
mianowicie tendencję do zaznaczania od jak dawna istnieje
firma, o ile - rzecz jasna - istnieje dłużej niż kilka dziesiątków
lat. Dowiadujemy się więc, że „ P Z U - rok zał. 1803",
a wiecznotrwałość firmy zobrazowano dodatkowo zmiennymi
konturami Polski (w tym Księstwa Warszawskiego i Królestwa
Polskiego), z niejaką - chciałoby się rzec - nerwowością
przemieszczającej się po mapie Europy Środkowej w ciągu tych
niemalże dwustu lat, w odróżnieniu od nienaruszonego PZU.
Mamy także „Wedel - od 1851 r . " , który przestał już być
napiętnowany tymczasowością 22 lipca. Jeszcze inaczej do
odległych czasów nawiązuje Pollena 2000: przy pomocy histo­
rycznej kodyfikacji usiłuje nadać sobie owąż historyczność,
a robi to - trzeba przyznać - z dużym rozmachem i ponadto
poczuciem autoironii. Wreszcie skromny Proszek E, gdzie autor
reklamy podejmuje próbę intensyfikacji historii tego środka
czystości, sięgając - podobnie jak w przypadku PZU - do figury
wiecznotrwałości i zestawia jego niezmienne walory ze zmiana­
mi mody, muzyki itd, właśnie w ciągu ostatnich kilku dziesiąt­
ków lat. Zabieg jest na tyle udany, iż stylizowana na lata 70.
scena prania „ d z w o n ó w " wygląda w czarno-białym kadrze tak
odlegle, że - jako żywo - w pierwszej chwili skłonni bylibyśmy
jej realizację przypisać braciom Lumière.
Ta kolejna odmiana poetyki mitologizowania to nie tylko
- jak się rzekło - figury trwałości, ale i odwieczności.
W perspektywie ściśle historycznej ta odwieczność jest wpraw­
dzie mocno - naciągana, jednak szczególna stylizacja obrazu
i słowa może z powodzeniem doprowadzić odbiorcę reklamy,
np. panią domu, do uznania, iż czasy Księstwa Warszawskiego,
nie mówiąc j u ż o czasach Kiemliczów, to niemalże owe
mityczne praczasy. Dodajmy, że j e d n ą z cech mitu jest wszakże
wyjaśnianie istoty przedmiotów poprzez wskazanie ich począt-

35

�ków, czasu pratworzenia. Punkt dojścia jest więc również
punktem wyjścia: firma nie tylko wiedzie do osiągnięcia
arkadyjskiej pełni, ale i pochodzenie jej produktów należy
szukać w ogrodzie Edenu.
Aczasowość to jedna z cech rajskiej kondycji. W powyższych
przykładach nie tylko firma-demiurg odziana zostaje w szatę
odwieczności, ale i same produkty są tak trwałe, że można je
uznać za znaki tego, co niezmienne w świecie zmienności.
W przywołanej j u ż wcześniej reklamie kawy Sati narratorka
obejmuje klamrą wspomnień okres od czasu dzieciństwa do
starości; przypominając sobie czas ojcowskich podróży, j u ż
jako starsza pani w fotelu, przy kominku, może - podnosząc
filiżankę do ust - stwierdzić z przekonaniem: „ H m , zapach,
smak wciąż ten sam". Inny obraz to reklama Renault 19,
w której pojazd ten staje się niemalże inkarnacją trwałości
i niezmienności. Oto jego właściciel podjeżdża - w kolejnych
ujęciach - pod urzęd stanu cywilnego z kolejnymi partnerkami;
w każdym przypadku towarzyszy temu komentarz: „Karol kilka
lat p ó ź n i e j " ; widać zarówno oznaki starzenia się Karola, jak
i panie jego serca wydają się coraz bardziej dojrzałe; ale nie
wóz: „Nowy Renault 19 - nowy na wiele l a t " . Symboliczna
niezmienność jest tu w sposób ukryty wzmocniona poprzez
kolejne związki małżeńskie, które kojarzą się zwykle ze
zmianami pokoleniowymi idącymi j u ż w setki lat.
Rajska rzeczywistość to również harmonia w rozumieniu
braku podziałów na to, co naturalne i to, co społeczne, to, co
wytworzone i to, co otrzymane. M i t , ta - parafrazując określenie
Lévi-Straussa - maszyna do niszczenia sprzeczności, dąży
wciąż do odtworzenia owej doskonałości: każe jednym mówić,
że są arami, innym natomiast wierzyć, że ich życie zależy od
konstelacji ciał niebieskich. Kronikarzem podobnych poszuki­
wań, i to wieńczonych powodzeniem, jest reklama. Opisuje ona
bowiem wysiłki przezwyciężenia dychotomii natury i kultury
zarówno poprzez „naturalizację działań ludzkich", jak i „uczłowieczenie praw natury" (Lévi-Strauss 1969, s. 332).
Oto w myśl pierwszej zasady następuje transfer atrybutów
świata natury do świata ludzkich wytworów. Zwolenniczka
szamponu Ultra Doux mówi: „Moje włosy potrzebują r o ś l i n " ;
chrupki Balsen są „z darów natury" ; dzięki stosowaniu proszku
Persil woda staje się „miękka jak deszczówka' ' ; krem Kamille
to „naturalna uzdrawiająca moc rumianku". Naturalistyczna
ewokacja tego ostatniego wzmożona zostaje jeszcze sensualistycznym obrazem kwiatów rumianku zanurzających się w kre­
mie. Identyczną wizualną figurę zastosowano w przypadku
jogurtu Danone: świeże owoce wpadają do gęstego białego
płynu.
Uczłowieczenie praw natury to z kolei przypisanie cech
ludzkich właściwościom produktów, które poprzez te prawa
realizują swe funkcje. Szczoteczka do zębów Aquafresh tak
doskonale wypełnia prawa mechaniki, że mówi się o niej
- „najsprytniejsza wśród szczoteczek"; kotom natura każe
miauczeć, jednak „koty Whiskas doskonale wiedzą czego chcą
i mają swoje sposoby żeby ci o tym p o w i e d z i e ć " ; Fiat Tempra
to „silna o s o b o w o ś ć " , Persilowi „możesz z a u f a ć " , a „Toster
grill firmy Tefal to jedyny toster, który potrafi dobrze opiekać' '.
Nic więc dziwnego w tym, że zwracamy się czasem do
produktów słowami apostrofy: „Drogie Orno" czy „Dziękuje­
my ci SC Johnson".
Istotnie, niełatwo przezwyciężyć tę etiologiczną schizof­
renię. Claude Lévi-Strauss tak oto pisał o systemach kastowym
i totemicznym również przenikniętych totalizmem myśli nieoswojonej: „należy uznać w systemie gatunków przyrodniczych
i w systemie przedmiotów wytwarzanych dwa zespoły pośred­
niczące, którymi człowiek się posługuje, by pokonać opozycję
między naturą a kulturą i ująć je obie jako c a ł o ś ć " (tamże, s.
193). Podobnie wypowiadał się wcześniej Cassirer, według

którego istnieje fundamentalna potrzeba człowieka do zjed
noczenia się z naturą, uwolnienia się od kulturowych ograni
czeń, rozpłynięcia się w nurtach uniwersalnego życia, wchłonie
cia przez całość natury (Cassirer 1953, s. 188-89).
,
Jeden z produktów, ukazany w obrazie rozważanego t i
gatunku, zbliżył się do ideału w stopniu niemal d o s k o n a ł y n
Oto widzimy dwie sceny: jedna rozgrywa się w pustynny^,
krajobrazie, druga w górskiej grocie; łączy je obiekt, k t ó r e g
niezwykłe stwarzanie odbywa się równocześnie w obu miejs
each; na pustyni, w miejscu uderzenia pioruna, pojawia sign
karoseria pojazdu, natomiast w grocie z zasłony iskier wyłanigj,
się rama konstrukcyjna z pomieszczonym w niej silnikiem; ob_
zespoły zaczynają się przemieszczać po dwóch dzikich, pustyt_
nych drogach, które łączą się w pewnym miejscu, doprowadza
jąc także do złączenia się w j e d n ą część stworzonego pojazdu; t
„Ford Mondeo - piękno i wewnętrzna s i ł a " . Oto na naszyć fc
oczach dokonuje się prawdziwy akt kreacji, stwórcze działani
zapładniającej niebiańskiej mocy (piorun) i ziemskiego l o i j
(grota). Mondeo zrodzony z tego kosmicznego związku j e
kompletnym wcieleniem żywiołów natury: piękna ziemi i sil j niebios.
j
Mamy tedy zupełnie n o w ą j a k o ś ć . Firma przeprowadź m
konsekwentnie ideę status naturae integrae tylko na poziom pQ
jakościowo odmiennym i doskonalszym, na poziomie n o w i j
naturalności, która jest dziełem człowieka. Nie ma j u ż podział
na man-made i nature-made; jest man-made-nature. Natu
- niezróżnicowany byt - zostaje przetworzona przez człowiei p ,
i uszlachetniona w twórczym wysiłku dążenia do ukonstytui ^
wania owego „bytu nie warunkowego".
Reklama przyczynia się do powstania takiego oto ogólnej
i symbolicznie nacechowanego obrazu: współcześni szamai
w białych kitlach dokonują najpierw dezintegracji owoców
natury (od roślinnych alkaloidów i nieorganicznych kwasów f - j ^
aromatyczne węglowodory i zonalne kryształy), pokazując g
w formie łańcuchów, pierścieni i kul oniemiałej widowni, byj „
następnie zreintegrować w jakościowo doskonałą formę. „Kult j
c z k i " protein czy lipolazy w dziełach tej naszej Gebrauchskuit
to niczym owe zakrwawione kulki pierza, które czarownic ^
z Północno-Zachodniego W y b r z e ż a wypluwają po „wyssaniu y
ich - jako wcielenia choroby - z ciał chorych (Levi-Straui j ,
1970, s. 249). Warto m o ż e w t y m miejscu przypomnieć, i
„pierwszymi ogłoszeniami, które zaczęły się pojawiać reguła ]
nie w prasie amerykańskiej (w połowie X I X wieku) byt g j
reklamy patentowanych i , jak twierdzili producenci, cudowi j
skutecznych środków medycznych" (Spitzer 1980, s. 381). (j j
Strategia reklamy końca X X wieku ma bardziej totalizująi ^
- podobnie jak myśl nieoswojona - charakter. Cudowne są m . ,
tylko środki lecznicze; cudowność i niezwykłość to atrybut _
przynależne wszystkiemu, co wydostało się z ogranicz! p
niegdysiejszej natury lub niegdysiejszej kultury. Express pjc
verbis wyrażona niedoskonałość „zwykłego proszku" c; tyf]
„zwykłej karmy'' pozwala na relacyjne ustanowienie niezwyl
łości. „ N o w y Ajax to istny c u d " , Cliff jest „doskonały", karu ^
Pedigree Pal jest „ k o m p l e t n a " . Niezwykłość właściwości p« j j
duktów ukazana może być ponadto poprzez użycie stosowne ^
oksymoronu: czystość naczyń uzyskaną przy pomocy Kop Uli p
„widać i s ł y c h a ć " , natomiast producent kawy Jacobs pj ¿ 0 $
klienta - „Czy widzisz ten aromat?". Trzeba wszelako prz ,
znać, że jeśli ma się możliwość sulfonowania lub przepraw p
dzania procesu alkilowania, co oferują nowoczesne technolog:
|
i uzyskiwania wskutek tego związków heterocyklicznych o pi
cio- czy sześcioczłonowych pierścieniach, to zapewnia |
o właściwościach produktów przytoczone powyżej nie powił
\
budzić podejrzeń. Tylko producenci soków spod znaku kacze ję ,
Donalda deklarują otwarcie, mając zapewne na uwadze równi
j
dekonspirację konkurencji: „Donald Duck - my nie poprawi
m

sa

r z

s e

m]

mi

za

u

s

m&lt;

es

o n

e

s

U(

m

c

n a l

S

w

n

e

n

t e n

0

t

r

w

s z a

c

c

z

u

r a

za

r

o

z

u

0 T

rz

1

w a

rz

w

c o r

Z

w

a

z

o

s

�my natury!".
Reklama - podobnie do mitu - jako ta „ m o w a " , która mówi
samą siebie" (Vergote 1968, s. 1269), opisuje zatem świat
rzeczy nadnaturalnych. Określenie to, według Richarda Cha­
se^, innego obecnego w tych rozważaniach literaturoznawcymitografa, może być synonimem znanego polinezyjskiego
terminu mana, który oznacza wszystko to, co ma bezosobową
magiczną moc i jest dlatego wyjątkowo silne, skuteczne i groźne
zarazem (Chase 1966, s. 70). Nadnaturalne produkty kultury
analgetyków mogą tylko wzbudzać grozę regularnością z j a k ą
głosi się ich magiczną moc: Dixan to „czysta s i ł a " , Pan Proper
-„siłai delikatność", Kamili to „uzdrawiająca m o c " , Elseve
-„dobroczynna moc", wreszcie Orion wyróżnia się „gigan­
tyczną skutecznością", natomiast Kop Ultra jest oczywiście
„ultraskuteczny". „Mana jest par exellence siłą, prawdziwą
skutecznością rzeczy, która nie niweczy, ale wzmacnia jej
mechaniczne działanie. Ona sprawia, że sieć jest pełna, że dom
jest solidny, że czółno dobrze się trzyma na morzu. Na polu jest
ona urodzajnością, w medycynie tym, co uzdrawia lub zabija''
-pisze Marcel Mauss (1973, s. 150-51). Moc mana pojmowana
jest jako jądro rzeczywistości, które pragnie się osiągnąć
(Wheelwright 1954, s. 179), które zapewni dostatek, zdrowie,
powodzenie. O ile - rzecz jasna - nabędzie się dobra, których
udziałem jest partycypacja w wyliczanych przez reklamę
mocach, jakich doznać może wówczas także nabywca. Taka
natomiast postawa jest nadzwyczaj ważna, ponieważ „pozycja
społeczna jednostek jest bezpośrednio uzależniona od ważności
ich mana" (Mauss 1973, s. 147).

Retoryka reklamy, ten system analogii międzykontekstowych, nie omija kontekstów społecznych, odciskając swoje
piętno na ideach, obyczajach, wartościach, słowem - na
światopoglądzie całych grup. Czerpie również z tradycji tych
grup, dość wspomnieć historyczno-literacką kodyfikację Pol­
leny 2000. Inscenizowana psychodrama porusza również egzystencjonalno-symboliczne doświadczenie jednostek, którym
obiecuje wstęp do klubu pięknych, młodych i bogatych. Przy
tym wtajemniczanie to ma cechy inicjacyjnego rytuału, ek­
wiwalentu mitu sporządzonego według mitycznego scenariu­
sza.
Przypomnijmy zatem, że postaci pojawiające się w większo­
ści reklam przyjmują wartość antonomastyczną, są uosobieniem
członków wymienionego powyżej klubu, a przynajmniej znaj­
dują się w procesie stawania się nimi (por. Eco 1972, s. 248).
Wówczas następujące konatywne wypowiedzi w formie: impe­
ratywu - „Podaruj sobie odrobinę luksusu" (Fa), konstatacji
- „Dajesz innym to, co w życiu najlepsze" (Tchibo) czy
zapowiedzi - „Nowy szampon nadający puszystość odkryje
piękno twoich w ł o s ó w " (Sunsilk), obejmują dużym kwantyfikatorem obie strony szklanego ekranu i m o c ą totum ex parte
rozdzielają towarzyszące produktom atrybuty pomiędzy wszys­
tkich partycypantów. Dzięki swej persfazyjności te samofundujące się wypowiedzi mogą uczynić z zalecanego produktu
kontagialny łącznik z nadnaturalnym światem ukazywanym
przez reklamę. Czyż nierzadko dostrzegamy zmianę u osób
dosiadających nowego auta czy choćby używających renomo­
wanych kosmetyków? W tak zwanych kulturach tradycyjnych
przejście z jednej kondycji społecznej do innej idzie zwykle
w parze z uzyskaniem nowej duszy (Cassirer 1953, s. 165).
Odbywa się to zwykle w sposób usankcjonowany rytualną
konwencją.
Wróćmy w tym miejscu ponownie do sloganu, zjawiska
językowego wydawałoby się nieskomplikowanego, a jednak
ważnego i wciąż obecnego w tych rozważaniach. Określony j u ż
został mianem „bajki w p i g u ł c e " i zwrócono uwagę na

automatyzm, z jakim się go używa i percypuje. Tę bajkowość
sloganu w zgoła odmiennej źródłowej i teoretycznej perspek­
tywie dostrzega Olivier Reboul, gdy pisze, że slogan ignorując
podziały na język mówiony i pisany, poezję i prozę itd. cofa nas
ku „bardzo dawnemu stadium języka - stadium przysłów,
porzekadeł, refrenów, kiedy to, co mówione, co pisane, wiersz
i proza, stanowiły j e d n o ś ć " (Reboul 1980, s. 312). Badacz
dodaje ponadto, że „slogan nigdy nie jest czytany, jest widziany;
nie jest słuchany, jest s ł y s z a n y " . Podobny automatyzm ma
również miejsce, gdy slogan wykrzykuje tłum: „Wiadomo, że
tłum nie myśli i że wygasza myślenie u wszystkich istot, które
się nań składają" (tamże, s. 318). Oto, kontynuując nasze
rozważania w perspektywie rytualno-mitycznych odniesień,
chcemy wykazać, że slogan, mieszcząc się w owym trójkącie
b a j k a - m i t - r y t u a ł , pełni r o l ę j ę z y k o w e g o ekwiwalentu rytuału.
A zatem: m e t a f o r a j e s t
rytuałem.
Niewątpliwie, pewną cechą archaizującą reklamowych sloga­
nów jest równolegle werbalne i wizualne ich występowanie
- bywają wypowiadane i napisane równocześnie. Oto dychoto­
mia pisma i mowy ma zostać tu zniesiona: mowa ma udzielić
pismu szczyptę osobowości tego, kto j ą wygłasza. Pismo ma
tym samym uzyskać samoistną moc niczym tajemna formuła
magii, mająca siłę sprawczą po jej zapisaniu. Nawet tak długie
slogany, jak: „Twój kot kupowałby Whiskas", „Dzieci także
wiedzą co jest dla nich dobre' ' ( M i l k y Way) czy „Zdrowe włosy
są tak piękne i l ś n i ą c e " (Panténe Pro-V) towarzyszą swym
werbalnym odpowiednikom, a ich zadaniem jest odciśnięcie się
w plastycznym tworzywie indywidualnej i zbiorowej wyobra­
źni.
Wyobraźmy sobie zatem młodziana (młodą damę) w kręgu
świadków i uczestników ceremonii (zabiegi wprowadzające do
stowarzyszenia wojowników, grupy mężatek etc). Współplemieńcy krążą dokoła bohatera obrzędu, intonują przewidziane
pieśni, wznoszą stosowne okrzyki i czynią odpowiednie gesty.
Mistrz (mistrzyni) ceremonii robi młodzianowi usankcjonowa­
ny tradycją tatuaż, przywdziewa młodej damie czepiec, etc.
Daje się słyszeć rytm wypowiadanych zaklęć, mających słowem
wspomóc zabiegi przeniesienia w stan odmiennej społecznej
jakości, czasem monotonny akompaniament bębnów, basetli,
etc.
Przypomnijmy teraz taki choćby obraz. Telewizyjny ikon
denotuje młodziana oddającego się kąpieli pod prysznicem.
Komunikat słowny denotuje żel pod prysznic: „Oto Cliff po raz
pierwszy; ten Cliff jest nowy, jest doskonały; gdy pieni się na
skórze czujesz orzeźwiający chłód; bierzesz więcej, orzeźwia
jeszcze bardziej; i wtedy czujesz go, czujesz chłód morza".
Teraz pojawia się drugi ikon: młodzieniec skacze z wysokiego
klifu w bijące o skały fale. Współdziałanie obu ikonów
i komentarza wiodą do takiej konotacji. Analogia metaforyczna
(metafora zewnętrzna).
młodzian pod prysznicem : żel : : młodzian na klifie : morze
przekształca się dzięki całościowej obrazowej syntagmie w metonimiczne utożsamienie
Żel : morze : : młodzian pod prysznicem : młodzian na klifie
Oba związki dopełnienia są istotne. Z pierwszego związku
slogan - ,,Cliff to orzeźwiający chłód spienionego morza"
- czyni na powrót metaforę, ale wewnętrzną, w której żel dzieli
z morzem wspólną cechę (por. Crocker 1977, s. 558). Z drugiego
związku - figurę identyczną, w której młodzian pod prysznicem
ma coś w sobie z młodziana na klifie, co więcej, ma też
w udziale tó, czego jego odpowiednik doznaje - przygoda,
wyspy południowe, spienione fale. Na mocy wyrażonych
expressis verbis antonomastycznych zwrotów - „czujesz orzeź­
wiający chłód, bierzesz więcej, orzeźwia jeszcze bardziej"
- w pole tego topicznego oddziaływania dostaje się też młodzian
przed telewizorem. Nie ma tu wprawdzie owego monotonnego

37

�rytmu, dudnienia bębnów, choć jest zaklęcie, dzięki któremu
łatwiej zanurzyć się w inny świat. Wystarczy jeszcze tylko udać
się do najbliższej drogerii, odkręcić kurek i . . .
Wiele reklam opiera się jednak na wspomnianej rytmiczności
wypowiadanych fraz i sloganów, z zastosowaniem odpowied­
niego tła muzycznego. „Stu- Stu-, Stu-, Stu-, Stu-, Studio Life:
L ' O r e a l " - słyszymy z ust tańczącej grupy młodych ludzi
0 dziwnych fryzurach utrwalonych żelem do włosów; „Boom-,
Boom-, Boomer - super guma'' - intonują dzieci przyglądające
się niejakiemu Boomerowi, który rozciąga się tak, że staje się
większy od diabelskiego młyna w wesołym miasteczku; wresz­
cie niepozorne - „Mentos to świeżość, Mentos to oddech,
Mentos to siła, bo Mentos pełnią życia jest!"; ten zmultiplikowany slogan również wykazuje cechy rytualnych powtó­
rzeń.
Tak pisał o rytuale Ernesto de Martino:
„Otóż już sam tylko jego charakter powtarzalny, cykliczny,
przewidziany w swoim przebiegu, wprowadza u sprawców
1 uczestników stan polegający na ograniczeniu poczucia czujno­
ści i jest warunkiem sprzyjającym kontaktowi ze sferą nie­
świadomości. Ten aspekt aktywnej dehistoryfikacji obecności
indywidualnej występuje w rytuale tak dobitnie, że często
technika ograniczenia świadomości działa sama przez się, nie
mając koniecznie odpowiedników mitycznych; należy tu wy­
znaczenie jakiegoś punktu olśniewającego i oślepiającego,
monotonne powtarzanie słów lub zgłosek, dźwięk bębna lub
jakakolwiek inna postać zewnętrznej aprobaty techniki mistycz­
nej wszystkich czasów i wszelkich możliwych zakątków globu
ziemskiego" (1959, s. 154). W naszym przypadku należy raczej
mówić o aparaturze techniki audiowizualnej, choć niewątpliwie
mamy do czynienia z „ograniczeniem ś w i a d o m o ś c i " : według
statystyk, sprzedaż reklamowanego produktu wzrasta o kilka­
dziesiąt procent.
Na zjawisko powtarzania słów, wersów, strof w folklorze
zwraca uwagę Jerzy Bartmiński (1983, s. 260) upatrując w tym
potrzebę rytualnego zatrzymania czasu. Jest to konstytutywna
cecha mitu i zjawisk z nim związanych, co j u ż na rozważanych
tu przykładach reklamowanego folkloru wykazywaliśmy. Co
więcej, rytm, powtórzenie, rym, aliteracja uchodzą za cechy
wypowiedzi magicznej (Weiner 1983, s. 703). Pora więc
przyjrzeć się z tej perspektywy bohaterowi niniejszych roz­
ważań - sloganowi.
„To nie wizja, to V i z i r " - recytuje tę frazę menadżer firmy
demonstrujący skuteczność sprawdzanego właśnie środka
- i czyni równocześnie gest wskazania pudełka z proszkiem.
W magii słowa i działania zwykle pokrywają się, stanowi to o jej
performatywnym charakterze. „Sądy magiczne zawsze poprze­
dzają doświadczenie magiczne, są to przepisy obrzędów czy też
łańcuchy wyobrażeń. Doświadczenia są przeprowadzane tylko
po to, by je potwierdzić: niemal nigdy ich nie osłabiają'' - pisze
Marcel Mauss (1973, s. 169). Wspomniany menadżer zadaje
więc najpierw pytanie: „Czy to możliwe aby pranie było jeszcze
bielsze niż po użyciu zwykłych p r o s z k ó w ? ' ' . Następnie związa­
na na supeł chusteczka zostaje włożona do kieszeni koszuli, ta
zaś do pralki - wydaje się, że to wystarczający próg trudności
dla testowanego proszku. Jak łatwo się domyślić odwrotna
kolejność czynności ma miejsce po zakończeniu prania - chus­
teczka okazuje się biała. I tutaj dopiero następuje owa ekspresywno-impresywna fraza przytoczona na początku.
Identyczny w swej performatywnej strukturze jest test płynu
do zmywania naczyń. Po zapewnieniu, że „ N o w y Kop Ultra
zmywa każde naczynie do ultra czysta", następuje demonstra­
cja zmywania rękoma pani domu i oczywista konstatacja
połączona z prezentacją: „Doskonale czyste, co w i d a ć . . . " (tu
błysk gładkiej powierzchni talerza) „...i s ł y c h a ć " (odgłos pisku
spod palca pani domu pocierającej tymże po tejże powierzchni).

38

Wreszcie działanie odżywki Slim Fast zaprezentowane zostaje -|
ukazaniem szczupłych postaci, co również widać i słychać: „Ja, j
Patrick Warwick w y p r ó b o w a ł e m . . . " , „Ja, Isabelle Silverstone
wypróbowałam i zobaczcie!".
Nasz początkowy „Kodak - złodziej k o l o r ó w " , wiele innych
sloganów, które przewijały się w tych rozważaniach czy takie, t
które tu jeszcze nie zagościły: „ F a - uczucie delikatnej y
ś w i e ż o ś c i " , „ C a m a y - ekscytujący powiew P a r y ż a " , „ Z Wartą s
bez obaw!" to sui generis zaklęcia. Nie można i m bowiem n
przypisać cech zdań w sensie logicznym: nie spełniają wymo- n
gów budowy zdania, a więc nie orzekają o prawdzie lub fałszu, p
Eksploatują natomiast figuratywne użycie języka, i na mocy k
- wskazanych wcześniej - metaforyczno-metonimicznych prze- p
kształceń (podobieństwo - przyległość) dokonują werbalnie r&lt;
i mentalnie przemieszczeń atrybutów (por. Tambiah 1973, s n
189). Ich nieasertoryczność wyraża się w zacieraniu granic) n
pomiędzy tym, co jest, a co być powinno. „Prawdziwy slogan to k
taki, który nie daje przeciwnikowi szansy repliki, który wy
klucza możliwość jakiejkolwiek odpowiedzi, jakiegokolwiek o;
dialogu i stawia przed alternatywą - milczeć albo powtarzać go
Taka jest jego podstawowa funkcja 'fatyczna': nie tylko
ściągnąć uwagę, ale kończyć komunikację na niej samej
uniemożliwić jakąkolwiek interferencję" (Reboul 1980, s. 309)
Olivier Reboul zauważa, że slogan ma tylko postać syntagmj '
(tamże, s. 307) i ma na myśli oczywiście slogan werbalny '
Wydaje się jednak, że m o ż e m y uznać istnienie również slogan
wizualnego, a zatem nie tylko ó w Schlagwort, ale i Schlagbili
Wobec tak rozumianej syntagmy nie można stosować klasycz b ,
nych kryteriów prawdziwości, jak i wobec mitu, co niejedno 19
krotnie było podnoszone przez teoretyków. Istnieje taka
w micie podobne pomieszanie i intensyfikacja kodów, rozlej Cs
łość konotacyjnych słowników, swoista „ m o m e n t a l n o ś ć " myśl | £
mitycznej odmienna od „dialektycznego ruchu m y ś l i " w dys C i
19
kursie teoretycznym. Ś w i a d o m o ś ć mityczna „żyje bezpośred
nim wrażeniem, które przyjmuje bez porównywania z czymkol q
wiek innym; dla świadomości mitycznej wrażenie nie je! \y
bynajmniej czymś względnym, jest czymś absolutnym; wraże­
nie nie jest prawdziwe dzięki czemuś innemu i nie zależy oi
czegoś innego jako swego warunku; wręcz przeciwnie: przeja Dc
wia się i potwierdza poprzez prostą intensywność swej obecno ^
ści, poprzez nieodpartą siłę, dzięki której zakorzenia sjf Eci
w ś w i a d o m o ś c i " - te słowa Cassirera (1953, s. 73-74) ni 19'
Frj
straciły bynajmniej na aktualności. To właśnie ta świadomoS j ,
uruchamiana zostaje w obcowaniu ze sloganem, który jawi si q
jako jej izomorficzny odpowiednik. Co więcej, uruchamiau 19$
zostaje w obcowaniu z całą reklamową słowno-obrazowi Hu
syntagmą, w której ogłoszone podobieństwo staje się wyrazei 19f
identyczności istoty w myśl prawa „jedności elementów relacj Le\
196
w myśli mitycznej" (tamte, s. 64).
Lè^
Autorzy reklam nie poprzestają na wskazanych powyżej
197
technikach perswazji pożywiających się fundamentalną ponad
historyczną potrzebą mitu. Jeszcze j e d n ą cechą, którą reklam
z tymże mitem dzieli jest bowiem nieusuwalna nadwyżk
znaczenia czy inaczej - niedobór denotacji. Pojawiają się wij
postaci realne: Dusty Fleming - „stylista o międzynarodowi
s ł a w i e " (Sunsilk), Connie Selecca - „amerykańska aktorl
(Pantene Pro-V) czy wspomniana j u ż wcześniej para szc;
liwych kuracjuszy z otyłości. Aron Guriewicz zauważa w pi
o kulturze ludowej średniowiecza: „Zwyczajową i najbardzi
przekonywającą podstawową prawdziwości informacyjni
faktu w tej epoce było powoływanie się na naocznego świat
na kogoś, kto zaświadczał o tym lub na przedmiot, z któi
związane było dane wydarzenie" (Guriewicz 1987, s. 335).
ponadhistoryczna potrzeba mitu nie jest więc stwierdzeniem
wyrost: trzeba było w średniowieczu, trzeba także i ta
potrząsać niedowiarkami, którzy są zawsze i którzy skloi
t

u

�podejmować, czy aby pokazywany i m świat nie jest światem
jednorożców i syren.

Pora na małą autointerpretację. Rzecz jest oczywiście nie aż
tak prosta i jednoznaczna jak tu pokazano. Tych niedowiarków
jest wielu, prawdę mówiąc jest n i m prawie każdy. Przed­
stawiona powyżej analiza reklamy może zostać uznana co
najwyżej za nominalny model problemu. Ale też prawdopodob­
nie inna być nie może, nieuleczalnie chora na wszelkie, znane
przynajmniej od czasu kopenhaskiej interpretacji mechaniki
kwantowej, przypadłości. Jest bowiem tak, że reklamowa
prakseologia podpowiada wciąż o konieczności włączenia
różnych dyskursów, potrzebie ich dialogu i wzajemnej przemienności. Dyskurs bajkowo-mityczno-rytualny jest tylko jed­
nym z wielu, zredukowany i wyabstrahowany z rozważanej ku
kulturowej materii.
Pomimo tych zastrzeżeń w mocy pozostaje pogląd, iż reklama
oferuje udział w opowiadanej przez siebie bajce: ona to

„relacjonuje przebieg rytuału, który odbywa się według scena­
riusza dostarczanego przez m i t " . Spotyka się wprawdzie
z częstym przymrużaniem oka, które jest jednak stopniowane,
wprost proporcjonalne do „poziomu nasycenia", jaki obraz
reklamowy osiągnął. Producent, który chce uzyskać sukces
musi wciąż przed groźbą pełnego nasycenia uciekać. Bajkowa
akcja trwa wszakże nieustannie: wielu z tych, którzy biorą w niej
udział, może wygrać brylant, zagraniczną wycieczkę, a nawet
samochód. Johan Huizinga, powołując się na ustalenia etnolo­
gów, zauważa istotną cechę typową dla rytuału i magii:
„Obojętne, czy jest się czarownikiem, czy zaczarowanym - jest
się zarazem i wiedzącym i oszukanym" (Huizinga 1985, s. 43).
Tak też jest w obcowaniu z reklamowym słowem: stosunek do
niego zawiera pewien element make-believe również dlatego,
ponieważ powstaje ono na mocy reguły mitotwórstwa. Przy­
czyna, która kazała wygłosić słowo reklamowe, „jest doskonale
jasna, ale została natychmiast przemieszczona w naturę: nie
zostanie więc odczytana jako interesowna pobudka lecz rac­
jonalny p o w ó d " (Barthes 1970, s. 48-49).

BIBLIOGRAFIA
Barthes, R.

de Martino, E.

1970 Mit i znak. Eseje, Warszawa

1959 Mit, religioznawstwo i kultura nowoczesna, „Zeszyty teoretycz-

Bartmiński, J.
1983 O rytualnej funkcji powtórzenia

w folklorze.

Przyczynek do

poetyki sacrum, (w:) J. Gotfryd, M . Jasińska-Wojtkowska, S.
Sawicki (red.), Sacrum w literaturze, Lublin
Bousiepe, G.
1985 Retoiyka wizualno-werbalna, „Pamiętnik Literacki", z. 3, s.
303-309
Cassirer, E.

no-polityczne", nr 9 (64), s. 143-160
Mauss, M .
1973 Socjologia i antropologia. Warszawa

Micletinski, E.
1981

Poetyka mitu. Warszawa

Propp, W.

1953 The Philosophy of Symbolic Forms, vol. 3, New Haven

1976 Morfologia bajki, Warszawa

Chase, R.

Reboul, O.

1966 Notes on the Study of Myth, in: John B. Vickery (ed.), Myth and
Literature. Contemporary Theory and Practice, Lincoln

1980 Kiedy słowo jest bronią, (w:) M . Głowiński (red.), Język i społe­

Crocker, J. Christopher

czeństwo,
Spitzer, L .

1977 The Social Functions ofThetorical Forma, in: J. David Sapir and
J. Christopher Crocker, The Social Use of Metaphor. Essays on the

1980 Amerykańska reklama jako sztuka popularna, (w:) M . Głowiński
(red.), Język i społeczeństwo,
op. cit.

Anthropology of Rhetoric, University of Pensylvania Press
Dorfles, G.
1973 Człowiek zwielokrotniony, Warszawa

Eco, U.

Tambiah, S.J.
1973 Form and Meaning of Magical Acts: A Point of View, in: R.

Horton and R. Finnegan (ed.), Modes of Thought. Essays on
Thinking in Western and Non-Western Societies, London

1972 Pejzaż semiotyczny, Warszawa

Vergote, A.

Frye, N.

1968 Mit, wierzenie wyalienowane i wiara teologiczna, „Znak" nr 172

1957 Anatomy of Criticism, Princeton

Vico, G.

Guriewicz, A.
1987 Problemy średniowiecznej

Warszawa

kultury ludowej. Warszawa

Huizinga, J.
1985 Homo ludens. Zabawa jako źródło

1966 Nauka nowa, Warszawa

Wasilewski, J.S.
kultury, Warszawa

1979 Podróże

do piekieł.

Rzecz o szamańskich

misteriach, Warszawa

Lévi-Strauss, C.

Weiner, Annette B.

1969 Myśl nieoswojona, Warszawa

1983 From Words to Objects to Magic: Hard Words and the Boun­
daries of Social Interaction, „Man", vol. 18, s. 690-709

Lévi-Strauss, C.
1970 Antropologia strukturalna, Warszawa

Wheelwright, P.
1964 The Burning Fountain, Indiana University Press

39

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9917" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9895">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/b472a31d2c3c91dd631cd6a959e3b45e.pdf</src>
        <authentication>d3cdf5c565d5ad652a8005505636ae45</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117978">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2957</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117979">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117980">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2761</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117981">
                <text>Szkoła przetrwania / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117982">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1, s.26-27</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117983">
                <text>Sobolewska, Anna</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117984">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117985">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117986">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117987">
                <text>Anna Sobolewska - Szkoła przetrwania
„Jeśli chcecie państwo, coś o zniechęceniu, musicie znaleźć inną
książkę. Bo choć może ta wydaje wam się chwilami ponura, to ona
zakłada chęć do życia i porozumienie między ludźmi (...)" (s. 54)
- pisze Małgorzata Baranowska zwracając się do czytelnika za
pomocą formy „proszę państwa", zarazem ceremonialnej i poufa­
łej. Czytelnicy traktują jej książkę jak przekaz osobisty. Książka To
jest wasze życie znajduje bezpośrednią drogę do czytelnika - poru­
sza w nas jakieś osobiste struny, nadzieje i niepokoje. Zmusza do
refleksji nad własnym życiem, a zwłaszcza nad kruchym systemem
naszych mechanizmów obronnych, o czym wolimy na co dzień nie
myśleć. A przecież każdy z nas był i będzie pacjentem. W kręgach
psychologów i lekarzy książka ta cieszy się zasłużoną sławą lektury
podnoszącej na duchu, a równocześnie nie omiającej spraw najtrud­
niejszych.
Małgorzata Baranowska, chorująca od kilkunastu lat na
ciężką
postać
(lupus, polska nazwa „toczeń") napisała
książkę niezwykłą, zawieszoną między pamiętnikiem, poradnikiem
a esejem. Dzieli się z czytelnikiem swoim doświadczeniem wielo­
letniego zmagania z chorobą na płaszczyźnie i praktycznej, i ducho­
wej. Choroba dotknęła tym razem osobę zaprawioną w sztuce
wyrażania siebie (Małgorzata Baranowska jest poetką i historykiem
literatury), dzięki czemu jej doświadczenie pacjentki mogło stać się
doświadczeniem wspólnym, dzielonym nie tylko przez inne za­
przyjaźnione „lupuski", ale i przez liczne „plemię" czytelników.
Książka Baranowskiej nasunęła mi na myśl opowieści o mod­
nych na Zachodzie „szkołach przetrwania". Uczestnik takiej
szkoły, zabrany z zatrutego wprawdzie, lecz bezpiecznego środowi­
ska miejskiej cywilizacji zostaje wrzucony w dziką rzeczywistość
dżungli, pustyni czy gór. I musi jakoś sobie radzić. Czy nie podobnie
bywa z ciężką chorobą? Choroba dopada nas wtedy, gdy jesteśmy
dobrze zabezpieczeni i zakotwiczeni w naszym wygodnym życiu.
Choroba niszczy wszelkie zabezpieczenia i wydaje nas na pastwę
samotności, bólu, depresji, apatii. Organizatorzy szkół przetrwania
wydają książki, w których radzą, jak złowić rybę bez wędki czy jak
wydostać się z tonącego lub płonącego samochodu. Książka
Małgorzaty Baranowskiej daje czytelnikowi podobną szansę prze­
trwania, przezwyciężenia śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakie
stwarza groźna choroba. Niebezpieczeństwa utraty własnego „ j a "
czy mówiąc staroświecko zatracenia własnej duszy. Autorka prag­
nie nas bowiem przekonać, że nie tylko ciało wymaga obrony
w chorobie przewlekłej, ale przede wszystkim dusza. To właśnie
dusza jest zagrożona - może popaść w letarg i zapomnieć o swoim
powołaniu.
Baranowska radzi czytelnikowi, jak być sobą w chorobie prze­
wlekłej. Czy można wytrzymać z ludźmi i z sobą samym, nie tracąc
„wątku własnej osobowości"? Jak zachować i rozwinąć swoją
własną, „niepowtarzalną formę istnienia"? Obecność lub nieobec­
ność w życiu jednostki tej indywidualnej „formy", uzewnętrz­
niającej się poprzez słowo, to jedna z wielu interesujących hipotez
poznawczych tej książki.
Silne poczucie własnej indywidualności jest nam potrzebne
właśnie w chorobie przewlekłej, która może bezwstydnie ujawnić
naszą wewnętrzną pustkę i rozbicie, lęk przed śmiercią i lęk przed
życiem. Trzeba więc stać się w pełni sobą póki czas, bo tylko będąc
sobą można się oprzeć przeciwnościom losu: „Własny punkt
widzenia, świadomość kim się jest, to zasadniczy warunek każdej
ukształtowanej osobowości. Dziwne, ale bycie sobą nie należy
wcale do stanów jednoznacznie oczywistych. Wielu ludziom
wydaje się na tym nie zależeć i kiedy przychodzi jakaś poważniejsza
życiowa próba, nie są w stanie poczuć się jednostką osobną, wolną,
niepowtarzalną.
Wyraźnie uświadomione poczucie, kim się jest, będzie państwu
szczególnie potrzebne we współżyciu z chorobą przewlekłą, z jej
nudą, namolnością, nieustępliwością'' (s. 53) - konstatuje autorka.
Dlatego właśnie Baranowska zachęca czytelnika, by już teraz, nie
odkładając niczego na później, na jutro, na lepsze lub gorsze czasy,
zdobył się na wysiłek samopoznanie i autoanalizy, prowadzącej do
samodyscypliny niezbędnej w sytuacji kryzysu. Niestety, jak

zauważyła autorka w naszej świadomości społecznej nie funk­
cjonuje żadna twórcza tradycja autoanalizy: „Prawie nikt w Polsce
nie umie powiedzieć, jak czuje się jego psyche, jego dusza, bo
przecież na ogół nawet nie słyszał, że coś takiego istnieje, poza
może Kościołem, gdzie kwestia duszy traktowana bywa raczej ex
cathedra" (s. 49). Czasem dopiero w szpitalu starzejący się
mężczyzna, a częściej starzejąca się kobieta „matka-Polka", ma
czas zastanowić się, kim właściwie jest. W tym sensie choroba może
być wielką szansą dla osobowości, stwarza okazję samopoznania
i odnalezienia siebie:
„Choroba to również taki rodzaj codzienności, który potrafi
niespodziewanie przemienić się w soczewkę skupiającą wszystkie
promienie, powiększającą rzeczywistość i oświetlającą nowym
światłem całe życie. Nie przegapmy tej soczewki" (s. 112).
Tymczasem w życiu bywa odwrotnie. W starciu z chorobą
przewlekłą poddajemy się bez walki i bez refleksji, rezygnując
z własnego życia i własnego zdania. Właśnie w chorobie często
ulegamy cudzej woli. Stąd apel autorki o odwagę i śmiałe próby
wyrażania siebie, o własne zdanie w kontaktach z lekarzami
i rodziną: „To w a s z e ż y c i e . To w a s z a dusza i w a s z e
ciało. To wasze zdrowie'' - podkreśla (s. 27). Postulaty Baranows­
kiej trafiają do czytelnika tym łatwiej, że zostały wyrażone jasnym
i prostym językiem. Jej styl jest zwięzły, a nawet aforystyczny,
dzięki czemu jej sugestie, wyrażone w atrakcyjnej formie, zostaną
dobrze zapamiętane:
„Czas choroby jest także czasem życia".
„Ból to ból. Służy do tego, by nie dawać spokoju".
„Życie nie jest symetryczne. A już uczucia, nawet odwzajem­
nione, są nie tylko niepoliczalne, ale i całkiem niesymetryczne".
„Każdy wobec naporu świata ma tylko siebie, ale i aż siebie".
„Zupełnie nie musicie się wstydzić. Niech się choroba wstydzi".
„Nie można ubóstwiać medycyny, dopóki istnieje śmierć".
^ C i e k a w o ś ć i m i ł o ś ć to ż y c i e .
Ś m i e r ć to n u d a i b r a k u c z u ć " .
Niezależnie od faktu, że choroba jest szansą dla osobowości,
należy ją pozbawić pełni władzy nad naszym życiem i ustawić na
właściwym miejscu. Wszyscy doświadczyliśmy, że choroba ozna­
cza życie ograniczone. Tymczasem zamiast życia w ograniczeniu
Małgorzata Baranowska proponuje ekspansję, życie czynne, petne
wrażeń, ciekawości i niespodzianek: Co nazywam ciekawością?
Chodzi mi o ten stan dobrego napięcia, który daje początek nadziei,
zainteresowaniu światem, życiem, najbliższym dniem. Ciekawość
to sprężyna, która uruchamia mechanizm aktywności. Budzimy się
i jeszcze jesteśmy ciekawi, co będzie dalej. Chcemy iść za fabułą
życia, chcemy j ą kształtować (s. 72).
„Piszę przecież tę książkę, by głosić pochwałę ciekawości życia,
blasku przyjaźni, miłości. Ale piszę, bo wydaje mi się, że znam ich
cenę czy raczej bezcenność'' (s. 97).
Czego można się nauczyć w „szkole przetrwania" Małgorzaty
Baranowskiej? Jakie sposoby zdystansowania się wobec choroby
i bólu proponuje autorka? Jednym ze sposobów obrony jest
kultywowanie uczuć. Znajdziemy tu piękne słowa na temat wiel­
kich pasji, a także „małych form miłości" Jak odruchy życzliwości,
solidarności i przyjaźni. Na co dzień lekceważymy „małe formy
miłości'' w jałowym oczekiwaniu na wielkie. Naszym sojusznikiem
w walce z chorobą może być twórczość - angażująca, twórcza praca
czy traktowane poważnie zainteresowania, np. kolekcjonerstwo.
Twórczość artystyczna nie tylko dostarcza zajęcia i rozrywki, ale
- jak pisze autorka - ma siłę „odbierania grozy odczuciom i
wewnętrznym i przenoszenia ich na inny poziom przeżyć. Sztuka
może zmienić doznania bolesne i niszczące w doświadczenia „'
twórcze" (s. 134-135).
Wypróbowanym przez pisarzy i poetów sposobem przetrwania
jest gra pamięci i wyobraźni. Ten „proustowski" model życia
z chorobą przewkleką jest dostępny dla każdego pacjenta. Mozliwość twórczej pracy nie zawsze jest realna, nie ma natomiast takiej
sytuacji, by nie można było ożywić magazynu pamięci czy
uruchomić teatru wyobraźni. Autorka wypracowała na własny

rz
ty
„i
le
ki
oi

�użytek metodę pracy twórczej, która pozwoliła jej pracować nad
książką nawet w szpitalu - nauczyła się opracowywać swoje
artykuły czy fragmenty książki notując je w pamięci. Nośnikiem
twórczości może być także gra wyobraźni. Baranowska przytacza
opowieść o tym, jak Władimir Bukowski w łagrze, a najczęściej
w lagrowym karcerze, budował zamki w wyobraźni - od dokład­
nego planu i konstrukcji aż do „architektury wnętrz'", bogatego
wyposażenia komnat i biblioteki.
Rzecz interesująca, że wszystkie te sposoby zyskania dystansu
wobec choroby wcale nie odrywają nas od życia, ale na odwrót
- mocno przytwierdzają nas do rzeczywistości. Kryje się tu
paradoks, znany z doświadczenia kontemplacji religijnej czy
estetycznej: tylko dzięki wewnętrznemu dystansowi możemy być
w centrum życia. Wewnętrzny dystans i uczestnictwo warunkują
i wzmacniają się nawzajem.
Warunkiem przetrwania w sytuacji choroby przewlekłej jest,
zdaniem autorki, budowanie wokół siebie „plemienia otwartego".
Teoria „plemienia otwartego'' to oryginalna propozycja antropolo­
giczna Małgorzaty Baranowskiej. „Plemię otwarte" to mała społe­
czność nastawiona na życzliwą wymianę i ekspansję - integrowanie
nowych członków. Człowiek przewlekle chory wymaga, jak wiado­
mo, stałej pomocy; nie musi to być jednak pomoc przeciążonej
rodziny, ale życzliwość szerokiego kręgu przyjaciół, znajomych
i znajomych znajomych. W czasie stanu wojennego „system
plemienno-wymienny" funkcjonował znakomicie, żyliśmy wów­
czas w ciepłym kręgu „plemienia otwartego". Wokół czyjegoś
internowania czy złamanej nogi narastała sieć więzi międzyludz­
kich, opartych na bezinteresownej pomocy czy wymianie usług.
Dzisiaj czasy nie sprzyjają integracji. Budowanie „plemienia
otwartego" wymaga znacznie większego wysiłku, ale jest tym
większym wyzwaniem.
Apologia „plemienia otwartego" nasunęła mi na myśl podobne
sposoby przetrwania w życiu i twórczości najbardziej cierpliwego
pacjenta w literaturze polskiej - Mirona Białoszewskiego. Był on
zawsze osią „plemienia otwartego", do którego należała także

- punkt równowagi między kurczowym trzymaniem się życia z lęku
przed chorobą, bólem i śmiercią (co wcale nie sprzyja zdrowiu)
a zniechęceniem i apatią. Tym punktem równowagi jest właśnie
wola życia i determinacja w dążeniu do zdrowia, ale bez lęku, bez
poczucia krzywdy i poczucia winy, a także bez iluzji.
Książka Małgorzaty Baranowskiej jest nie tylko książką o choro­
waniu, ale przede wszystkim książką o życiu. Sztuka chorowania
jest tu tylko szczególnym wypadkiem, mieszczącym się w planie
sztuki życia. Życie bywa przecież przewlekłym kryzysem, podob­
nym do przewlekłej choroby. Z rozproszonych uwag autorki można
by złożyć mały traktat o wolności z akcentem na kwestii wolności
wewnętrznej. Usiłuje ona przekonać czytelnika, że w każdej
sytuacji, nawet najbardziej niesprzyjającej, można ocalić spójność
własnej osobowości i wolność wewnętrzną. Rozważania Baranows­
kiej są polemiką z wiązką obiegowych sądów na temat nieuchron­
nego zniewolenia przez chorobę. Jej zdaniem chorzy sami godzą się
na cały system ograniczeń, krępujących ich życie. U nas chorym
odbiera się - bez protestu z ich strony - powszechne prawa
obywatelskie i odpowiedzialność za własne życie i zdrowie. Tę
diagnozę potwierdzają liczne wypowiedzi chorych w naszej prasie
(np. wypowiedzi rodzących kobiet o oddziałach położniczych
przypominają relacje z więzień i gułagów). Chorzy naprawdę mogą
być wdzięczni autorce za obronę ich praw - do prywatności,
elementarnej wygody czy indywidualnych potrzeb. Ograniczenie
wolności chorego może być dziełem nie tylko bezdusznego per­
sonelu, ale i kochającej rodziny. Chory jest wpychany na siłę
w niedojrzałość, karmiony sztucznym optymizmem i tłustym
„rosołkiem". Nie ma prawa stanowić o sobie, to inni najlepiej
wiedzą, co jest dla niego dobre.
„Nikt nam nie obiecywał lekkiego życia" - twierdzi Małgorzata
Baranowska (s. 43). Ta książka jest w pewnym sensie przeciwieńst­
wem modnych obecnie poradników, optymistycznych aż do absur­
du, proponujących rozmaite magiczne sposoby przeciwko choro­
bom. Na wszystkich straganach w Warszawie można znaleźć
poradniki, jak łatwo zwalczyć wszelkie choroby, nie wyłączając
paraliżu i raka. Niestety te optymistyczne książeczki, sugerujące
Małgorzata Baranowska. W Zawale, Konstancinie,
Listach do
„jak uzdrowić swoje życie", kryją w sobie niebezpieczną pułapkę
Eumenid („Teksty" 1991 nr 6) kryje się projekt życia czynnego,
- pośrednio obciążają nas winą za wszystkie choroby i nieszczęścia.
pełnego atrakcji i niespodzianek, nawet na oddziale reanimacji.
Skoro wszystko zależy od nas, to jesteśmy także wszystkiemu
Obecnie dziełem wysoko cenionym przez chorych jest autobio­
winni. Tak więc rewersem nieograniczonego optymizmu jest
graficzna książka Josepha Hellera Nie ma się z czego śmiać,
odwieczne przeświadczenie, że choroba jest karą za grzechy.
napisana wspólnie z przyjacielem. Heller z dnia na dzień stracił
władzę w całym ciele, powalony przez piorunującą odmianę
„Pozytywne myślenie" jest wprawdzie cenną umiejętnością, ale
paraliżu. Stracił nawet zdolność samodzielnego oddychania. Jego
nie może być oparte na infantylnym negowaniu choroby, negowa­
pokój szpitalny z respiratorem stał się wkrótce pierwszym salonem
niu rzeczywistości i narcystycznym przeświadczeniu, że wszystko
intelektualnym Nowego Jorku, gdzie bohater wraz z przyjaciółmi
od nas zależy. Takie negowanie choroby trudno bowiem oddzielić
wyśmiewał swoją chorobę aż do szczęśliwego wyleczenia.
od fiksacji na chorobie. A choroby śmieją się z egzorcyzmów na ich
cześć i działają zgodnie ze swoją naturą: toczeń - toczy, a nieżyt
W rozdziale pod prowokującym tytułem Czy chory nadaje się na
kiszek - goni.
przyjaciela? Małgorzata Baranowska rozprawia się z kompleksami
ludzi przewlekle chorych. „Czy to rozsądne tracić poczucie własnej
Czytelnik wielu poradników „pozytywnego myślenia" dziwi się,
wartości, ponieważ jakieś drobnoustroje opanowały nasz orgaże choroba i śmierć jeszcze istnieją. Naprawiwszy nasze man­
kamenty psychiczne, powinniśmy bowem żyć wiecznie. Autorzy
pyta, sprowadzając poczucie mniejszej wartości
(s.&lt;
tych poradników nie mogąc zapewnić czytelnikowi nieśmiertelno­
do absurdu. Akcent pada tutaj nie na odrzucenie chorego przez
świat, ae przez samego siebie. Chorzy często sami ustawiają się na ści, obiecują mu, że przynajmniej umrze zdrowy...
Małgorzata Baranowska też proponuje czytelnikowi „przesunię­
pozycji „niedotykalnych". Baranowska wprowadza precyzyjny
cie myśli" od zniechęcenia do życia. Nie radzi czekać, aż choroba
termin „samotność domniemana", która bywa przyczyną izolacji
ustąpi pod wpływem magicznych sztuczek. Zamiast łatwej sztuki
chorych częściej niż samotność rzeczywista! Ich brak wiary
autosugestii proponuje wysiłek samopoznania i dyscypliny zarów­
w siebie podważa zaufanie do innych. „Co takiego przeszkadza
no w życiu praktycznym, jak i duchowym. Czytelnik mógłby
komukolwiek mieć przyjaciół?" - pyta. „Kto państwu każe
sądzić, że tę książkę napisała osoba obdarzona łaską wiecznego
pogrążać się w rozpaczy?" „Dlaczego ludzie chorzy tak często
optymizmu i pogody ducha. Czy tak jest w istocie? Nie wiemy.
uważają, że tylko oni potrzebują uczuć, wysłuchania, przyjaźni?
A może nie łaska pogody ducha jest tu najważniejsza. Autorka
Czy zdrowi są jacyś inni?" Autorka nie wierzy chorym, gdy skarżą
się na samotność i społeczną izolację. Podejrzewamy wraz z nią, że mówi nam bowiem, że „organizowanie jasnej strony życia"
wymaga ogromnego wysiłku: „...ż y c i e z c h o r o b ą p r z e ­
każdy wybiera świadomie lub podświadomie aktywność lub apatię
wlekłą może b y ć pełne, ciekawe, związane
i samotność.
z l u d ź m i . To w s z y s t k o ma j e d n a k s w o j ą c e n ę
Chory wcale nie musi być pariasem, przeciwnie - jako człowiek
„doświadczony" czy „wypróbowany" przez los może stać się
- w i e l k i , n i e u s t a n n y , c o d z i e n n y w y s i ł e k " (s.
„wypróbowanym przyjacielem". Potrafi z pewnością odróżniać
97).
rzeczy błahe od ważnych. W innym rozdziale, opatrzonym mocnym
„Trzeba przemienić w radość wszystko to, czego odmawia nam
tytułem Nie ma dnia bez bólu autorka przedstawia obrazowo
szczęście. Być może to właśnie nazywa się poszukiwaniem szczęś­
„codzienną nudę gehenny" - życie w oczekiwaniu na ból. Nie cia" - napisał w liście do żony Emmanuel Mounier, filozof, ojciec
lekceważąc bólu, który potrafi zniszczyć całą pracowicie budowaną
upośledzonej umysłowo dziewczynki. Czy naprawdę można wy­
konstrukcję współżycia z chorobą, Baranowska równocześnie
drzeć nieszczęściu wszystkie zdobycze, zamieniając je w żyzne
odbiera bólowi jego ostrze. Poszukuje - wraz z czytelnikiem
prowincje?
27

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9916" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9894">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/3974c1cdfa19cf28864529c274ff28bd.pdf</src>
        <authentication>f484cc254a012138d514d4134f97edd7</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117968">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2956</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117969">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117970">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2760</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117971">
                <text>"To jest wasze życie" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117972">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1, s.23-25</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117973">
                <text>Baranowska, Małgorzata</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117974">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117975">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117976">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117977">
                <text>9

To jest wasze życie '
Małgorzata Baranowska - Fragmenty
20 V 1980
Ty-siąc k-oni prze-pusz-cza-a-my, a jed-ne-go za-a-a-a-trzyma-a-a-myyy! Dziecko zna smak Losu, który zaraz zetnie
uciekającego na literę yyy, napawa się nim, tak jak i my to
robiliśmy, ćwiczyliśmy, przerabialiśmy, przebieraliśmy w kole­
gach z podwórka, w rodzeństwie, w gościach. Dzisiaj ból, który
ścigał nową cały dzień, a ona zaciskała szczęki, dognał j ą przez
sen wpędzając w wycie, które, co pół godziny, podniosło nam
włosy na głowie.
21 V 1980
Nowa na trzeźwo znowu panuje nad wyliczanką, to ona górą,
ona może wolność dać lub zabrać.
22 V 1980
Duszę także rozpoznaje się zmysłami, kiedy się dowiedzia­
łam, że może ona ma coś wspólnego ze światłem lub płomie­
niem, bałam się, czy aby tajemnica ta nie jest mocno cuchnąca.
Nabrałam podejrzeń w kontaktach z fascynującym mnie wtedy
karbidem, używanym do oświetlania mieszkań wypalonej War­
szawy.
23 V 1980
I wtedy nastąpiła iluminacja. Zobaczyłam jakiś obrazek,
reprodukcję, czego? Szukam go od lat, ale choć obejrzałam już
setki świętych Hubertów, tego nie mogę odnaleźć.
26 V 1980
To było trudno ukryć. Tak sądziłam. Byłam pewna, że
zarówno moje myśli, j a k i sny zaczęły świecić, że być może ktoś
zauważy, odkryje wszystkie moje tajemnice. Bo jeszcze właśnie
wtedy śnił mi się jedyny, przez całe życie do dzisiaj, pogodny
i kolorowy sen.
Poziomki tak pachniały, tylko wiecie, jak trudno coś we śnie
zjeść. Niestety, jak sen przyjemny, to pozbawiony całkowicie
fabuły. Nic się niby nie działo, aleja czułam, że coś nadzwyczaj
ważnego się stało. Niby nie wiedziałam co, niby bez wydarzenia
się działo, niby nie chciałam nowych tajemnic zakładać, niby
bałam się kłopotów z niezrozumiałością świata, a ciągnęło
mnie. I wiedziałam od razu, co się zdarzyło na sennej polanie.
Zobaczyłam równie dokładnie, jak w tej chwili widzę łóżko
z bloczkami do gimnastyki, które, na szczęście, nie są mi
potrzebne. Zobaczyłam, w kolorach, że wydzieliła się moja
Osoba, zobaczyłam się z boku z niedźwiedziem. Słyszałam
takie słowo, ale nie czułam się dotąd osobą, dopiero kiedy
zobaczyłam się z zewnątrz, doszłam do wniosku, że nią jestem.
Znowu tyle zachodu, jak to przemyśleć, i bałam się, że to przeze
mnie prześwieca. Ciało, dusza, osoba, było nad czym się
zastanawiać, niedźwiedź, jeleń, świecący słoń, otaczały mnie
same tajemnice i ja otaczałam tajemnice pieczołowitą troską.
Nie wiadomo, czy warto było robić tajemnicę, dorośli są tak
egocentryczni, że na pewno nie są w stanie widzieć, że
świeciłam. Ale sama tajemnica mocniejsza była ode mnie.
Dorośli są skrajnie egocentryczni i w dodatku myślą, że
wszystko rozgrywa się tylko między nimi. Ale j a j u ż wtedy
sprawdziłam, że historia ludzkości zaczyna się między dziećmi.
Dorośli to nawet malują, ale tego sami nie widzą. Podglądałam
w kościele, mówili sami, i myślą, że się nie rozumie. Przecież
ten mały, płaski chłopczyk, co ssał matkę, to dziecko było czy
nie? A ten drugi, ubrany w skórę, co później polewał go wodą,
też był dzieckiem. A te wszystkie dzieci, które zamordowano,
szukając tego, który ssał matkę?

4 VI1980
Dusza nieśmiertelna, a ciało nie, znowu ten podejrzany
dualizm, w dodatku coś mówili o ciele, że kiedyś się odnajdzie.
Ale które? Takie jak miał jeszcze T. niemowlak czy takie jak
moje - j u ż chodziło i mówiło - czy takie jak dorosłych? E! Nie
warto było się nad tym zastanawiać, bo ciało istniało, a dusza
jeszcze była tajemnicą. Jeszcze! I ciało, ta klucha, niby miało
istnieć bardzo? bardziej?
5 VI1980
Najpierw sądziłam, że to drzewa są nieśmiertelne, i to
podejrzenie mnie nie opuszcza, mimo wszystkich „racji".
Miałam drzewo, na którym sprawdzałam ciągle zarówno nie­
śmiertelność, jak nieskończoność, nieskończoność na liściach,
bo ta dwustuletnia topola miała ilość liści niepoliczalną, a że
naokoło były inne liście - mnie tyle do nieskończoności
wystarczało.
8 V I 1980
Nie mogę powiedzieć, żeby kiedykolwiek ta oś się we mnie
zachwiała, a jednak dużo później, mając j u ż pod trzydziestkę,
przeżyłam jedno z najsilniejszych wrażeń i zdumień poznaw­
czych mego życia, niewątpliwie związanych z Drzewem i od
razu odbitych na mojej osio-topoli, już wówczas uciętej. Było to
w Vincennes. Olbrzymia wystawa roślin. Nagle przy wschodnio
wyglądającym pawiloniku z małą sadzawką otoczoną przez...
uzbrojonych strażników zobaczyłam kilka doniczek, a w nich
mit, rósł sobie tam po prostu. To były te japońskie miniatury
drzew, miały od czterystu do sześciuset lat, może nawet jedno
miało osiemset, j u ż nie pamiętam. Pamiętam natomiast straszne
uczucie lodowatego zdumienia, czuję jeszcze, jak obciągam się
gęsią skórką i włosy mi się jeżą. Bo nagle znajduję się nad
olbrzymem niebotycznym i fascynująco starym, zwęźlonym,
korzeniastym, z korą narastającą od wielu pokoleń, z wykrotami
pod korzeniami, z olbrzymią ilością urągających mym zmysłom
szpilek, przecież widzę, że nawet one nie są młode, po kolorze
widzę czy po czym, nie wiem.
Całe moje jestestwo nicuje się w parę sekund, bo przecież
jestem nad nim, nad olbrzymem, i popełniam świętokradztwo,
patrząc okiem Boga. Nigdy, żaden obraz Salvadora Dali ani nic
innego, inaczej sztucznego chciałam powiedzieć, nie zrobiło na
mnie takiego wrażenia. Nie mogłam się z niego otrząsnąć,
wciągało mnie w wizje, w których robiłam się karzełkiem
zagubionym w niezmierzonych obszarach doniczki, a za chwilę
olbrzymem, który j e d n ą ręką mogło zniszczyć sześćset lat,
zniszczyć, byłam bliska przejścia na bałwochwalstwo, zapala­
łam przerażającą, przerażona miłością do tych drzewek.
9 VI1980
W tym samym jądrze fascynacji może najbardziej fas­
cynujące jest to, że owe drzewka nie są karłami, tylk miniatur­
kami olbrzymów. Nie, nie są karłami, nie mają nic nieproporc­
jonalnego w sobie, będąc wybrykiem sztuki ogrodniczej, za­
chowują godność właściwą znającym swe wysokie społeczne
miejsce starcom pięknym, spokojnym, ufającym w Przeznacze­
nie, które dało im miejsce w doniczce i stałą pielęgnację.
11 I I 1981
Ustaliły się ścisłe związki ziemi z niebem, tym samym nie
wiadomo, czy nie z duszą.

23

�12 I I 1981
Dopiero przy Jakubowej drabinie znów się zachwiało, nie
związek, ale odległość. Niby że anioły miały schodzić na dół,
ale po co, skoro mogły latać, nie musiały używać drabiny. Z n ó w
drabina między niebem i ziemią, jak długa, gdzie się zaczyna
i gdzie kończy. M o ż e one, te anioły, nie mogły się przebić przez
chmury na dół i B ó g Ojciec wypchał i m drabinę z chmury? Tak
by wyglądało na arrasach wawelskich, a wtedy, w Warszawie,
co trzeci przedmiot to drabina. Bo jak się dostać na rusztowanie,
do domu bez schodów, do gołębnika, do tynku świeżego, do
gzymsu, jeśli się kawka zapłacze w słupie, jeśli dzieci zalezą po
ułamkach d o m ó w gdzie nie trzeba, jak się dostać do miejsc na
obrazy w kościołach, do obrazów, do pożaru nawet też drabina,
i tak wszędzie.
Warszawa przypominała wieżę Babel z drabin i cegieł starych
i nowych. Jakby tak sen zaskoczył Jakuba tutaj, toby te anioły
otoczyły go rozsegregowaną przez drabiny ukośną chmurą,
byłyby też w piwnicach, suterenach, w jamach, w enklawach
wśród cegieł, wylądowałyby na stertach, kupach, zwaliskach,
konstrukcjach. Dzieci tutaj by się, zwłaszcza wtedy, zupełnie
nie krępowały. Jeszcze jedna drabina? Niebieska? Anielska?
T y m lepiej. Niewątpliwie by z niej skorzystały i ta napowietrzna
klatka drabin, częściowo i wewnętrzna ziemna, powiązałaby się
węzłami dzieci i aniołów.

A dusza, czy odnalazłaby się wśród tych klatek, polatywań,
wdrapywań, skoro miała się jakoś bez tego unosić, bez skrzydeł,
bez motorów, podobno sama? Brak wyraźnej granicy nieba,
zasłony ceglane nałożone na przestrzenie rozpościerające się
wolno przed mymi oczami, wszystko to oddalało mnie od
natrętnego brzęczenia dualizmu przez s w ą dziwną odpowiedniość. Budowle mają ciało i przestrzeń, przecież podpatrzyłam,
jak się ona wydostaje na zewnątrz, jak się nie daje ująć w siatkę,
nawet Jakubowa. Przezroczyste przestrzenie kamienic zapamię­
tanych w tym mieście wcześniej, na długo przed moim
urodzeniem, przez ludzi powracających, powróconych, obudo­
wywały się stale przez ceglane ciało, zaznaczając, niewidzialne
dla innych, a dla mnie naturalne, strefy.

No tak. Już każdy rozumie, co mnie obchodzi przede
wszystkim.
Żyję. Wszystkie inne organizmy żywe w przyrodzie także to
praktykują. One jednak nie pytają: jak żyć? A przecież prze­
chodzą różne kursy, na przykład: jak szczypać trawę, polować,
latać omijać niebezpieczeństwo.
Istnieją niebezpieczeństwa, których ani one, ani my, ludzie,
nie jesteśmy w stanie ominąć, i żadne kursy czy porady nic
w tym nie zmienią.
Kiedy już nas to spotka, nie sądzę, byśmy się bardzo różnili od
zwierzęcia w potrzasku.
Opis choroby i walki z nią, który stosuję na co dzień, nie ma
przeszłości ani przyszłości, tylko bardzo zwięzły konspekt
teraźniejszości. Całkowicie m i to wystarcza, aż nadto. Zresztą,
czy ktokolwiek zdrowy ciągle opowiada, jak żyje. Przeważnie
po prostu żyje. Opowiada jednak wydarzenia, ważniejsze fakty,
zmiany. A trzeba powiedzieć; że choroba ich dostarcza. Choro­
ba jest bardzo fabularna w znaczeniu takim, jak się pojęcie
fabuły najprościej rozumie - jako ciąg zdarzeń.
Stało się. Zachorowałam. Zachorowałem. Mój bliski za­
chorował. Większości ludzi narzuca się pytanie: „dlaczego
akurat mnie to spotyka?''
Czy popełniłem błąd? Czy to moja wina? Czy spada na mnie
kara Boska? Ale za co? Czy zrobiłem coś, co mi po prostu
bezpośrednio zaszkodziło? Czy j a w ogóle na coś przedtem
chorowałem? Czy ta choroba zdarzyła się j u ż w mojej rodzinie?
Takie szukanie m o ż e nas doprowadzić aż do Księgi Rodzaju,
ale nie da odpowiedzi na to, co dręczy. W tradycji judeochrześcijańskiej jedynymi ludźmi naprawdę zdrowymi byli Adam
i Ewa (do czasu popełnienia tamtego głównego błędu). W i ę c co?
Winić za chorobę grzech pierworodny?
Trzeba jednak powiedzieć, że wielu ludziom absolutnie
konieczne wydaje się jakieś bliższe wytłumaczenie. Mniej
biblijne. Wielka szkoda, bo akurat Biblia jest cudownym
i sprawdzonym źródłem pytań bez odpowiedzi i odpowiedzi,
nim się jeszcze zada pytanie.
Sama czuję się zaskoczona - jak j a nagle doszłam do pisania
takiej książki. Przyznaję, że się boję. Wprawdzie nikt się chyba
po niej nie spodziewa jakichś dokładnych przepisów na życie,
bo wszyscy wiedzą, że takie nie istnieją. Ale jednak muszę się
pokusić o parę, a może nawet wiele uogólnień mających pewne

cechy porad. To odpowiedzialność. W dodatku ta książka ma
stronę tak bardzo osobistą. A l e w końcu wiersz i wszystkie inne
publiczne wystąpienia zawsze zawierają w sobie pracę naszego
ja i m u s z ą je w dużej mierze odsłaniać. Trudno.
Dziwne, ale bycie sobą nie należy wcale do stanów jedno­
znacznie oczywistych. Wielu ludziom wydaje się na tym nie
zależeć i kiedy przychodzi jakaś poważniejsza życiowa próba,
nie są w stanie poczuć się jednostką osobną, wolną, niepo­
wtarzalną.
Wyraźnie uświadomione poczucie k i m się jest, będzie państ­
wu szczególnie potrzebne we współżyciu z chorobą przewlekłą,
z jej nudą, namolnością, nieustępliwością. Moją dewizą jest:
„nie będą m n ą rządzić jakieś chromosomy i jakieś bezrozumne
l e k i " - trzeba jednak przyznać, że one w dużej mierze rządzą.
Problem w tym, żeby zachować własne rozeznanie w świecie
i wolną wolę, nie dać się z d o m i n o w a ć czystej fizjologii choroby
i leczenia. Na przykład uznając ozdrowieńczą siłę leków
hormonalnych musimy znać i siłę niszczącą - próbować ją
opanować (nie rzucając oczywiście leczenia). A tego nie da się
zrobić inaczej niż sobą. T r z e b a t y l k o s i e b i e m i e ć .
Proszę państwa, j e s t e ś m y w o l n i . Nikt nie zmusza nas
do pogrążenia się w żałobie, bo zachorowaliśmy. Nikt nie
zmusza nas do pozostawania w samotności, bo zachorowaliśmy.
Nie m o ż e m y rozbić wszystkich strasznych ograniczeń przez
chorobę spowodowanych. Odwołajmy się jednak do naszej
duszy, uczuć, rozumu. T u muszę zacytować okrzyk Marysi Sz.
Pewnej nocy, kiedy nowa chora w ostrych bólach zawodziła:
„O, j a biedna, o, j a biedna" nagle w ciemnościach rozległ się
stanowczy głos Marysi: „Biedny to ino diabeł, bo duszy ni mo".
To zdanie j u ż wiele razy kazało m i się mozolnie drapać w górę.
Dusza, świadomość, rozum, uczucia zobowiązują do pozo­
stania człowiekiem. Choroba wcale ich nie odbiera. Oprócz
wyjątkowych w y p a d k ó w nie odbiera również możliwości na­
wiązywania kontaktów. Ludzie są wszędzie.
Ludzi życzliwych znalazłoby się znacznie więcej, niż jakikol­
wiek chory mógłby znieść. Tylko w stosunkach między ludźmi
krąży jakaś niedokładna informacja, jakiś niepotrzebny stereo­
typ.
Przede wszystkim postuluję powołanie (wynikające natural­
nie z sytuacji, a nie z nadania i przymusu) grup absolutnie
nieformalnych. Zwane są one przeze mnie - tylko dla ułatwienia

24

Dusza powoli i nieświadomie nabierała dla mnie charakteru
przestrzeni. Znikły dziecinne jej duszy łachotania mnie w gard­
le. Znikła obawa o jej tajemniczy związek z karbidem. Po­
czułam nagle, że podobnie jak kamienice nie są w stanie
obmurować powietrza, a są zdolne trwać, rosnąć, zmieniać się
tak i j a nie mam j u ż potrzeby bać się o tę przestrzeń, która
wyrasta poza mnie albo poza mną.
19 V 1980
Los taki, że lubi, jak się ucieka.
Pamiętnik mistyczny (fragmenty) „Czytelnik" 1987

�i skojarzenia z poprzednio omawianym systemem plemiennowymiennym - p l e m i o n a m i
otwartymi.
Nigdy nie wiadomo, gdzie naprawdę kończy się nasze plemię
otwarte i kiedy natkniemy się niespodziewanie na jego liczne
(oby liczne) gałęzie.
Członkowie plemienia otwartego nie mają żadnych cech
obowiązkowo wspólnych, oprócz może przyjaźni dla okreś­
lonego człowieka lub dla każdego spotkanego człowieka (tacy
ludzie istnieją, znam ich). Plemię otwarte nie ma żadnych
granic. Ktoś może nagle do niego dołączyć, odejść, wpaść na
chwilę. Może się ono utworzyć na odległość kontynentów
i wśród sąsiadów z jednej kamienicy.
Plemię otwarte ma skład zmienny ze skłonnością do powięk­
szania go. Określa się wobec ludzi spoza plemienia pozytywnie,
wyrażając natychmiastową gotowość przyjęcia każdego przyja­
znego obcego.
Plemię zamknięte odwrotnie. Określa się w stosunku do ludzi
spoza plemienia negatywnie - wszystkich uważając za obcych,
a więc wrogich, tym samym nie nadających się w żadnym
wypadku do przyjęcia do plemienia.
Członkowie plemienia otwartego, łatwo przyjmujący między
siebie obcych, charakteryzują się także większą łatwością
zarówno brania czegoś od innych, jak dawania innym. Bo życie
pełne nie polega na tym, że ktoś, kto tego potrzebuje, zostanie
obsłużony i tyle. Ono polega na wymianie, niezależnie czy toczy
się wśród prawdziwie zdrowych, zdecydowanie chorych, czy
ludzi w stanie pośrednim.
Nie ma stanu pod słońcem, który by tę wymianę mógł
przerwać. Dotyczy to przecież nawet całkowitej nieprzytomno­
ści. To, że ktoś jest chwilowo nieprzytomny, nie znaczy wcale,
iż na przykład przestał nagle kochać tego, kto przy nim właśnie
siedzi, czekając na polepszenie, a kogo kochał przed utratą
przytomności. Ta niezawiniona nieobecność miałaby zerwać
wymianę uczuć? Uczynić j ą jednostronną? Dlaczego?
Nie jestem w stanie pojąć zarozumiałości ruchliwych ludzi
w stosunku do Losu. Czy nie myślą o tym, że sami, nie
dochodząc nawet do następnej ulicy, m o g ą na skutek wypadku
lub choroby stać się kalekami na całe życie? „Nie, mnie to nie
spotka!" - myślą. Ale dlaczego? Doświadczenie uczy, że
możemy wszyscy przeżyć życie, wystarczająco ciężkie i bez
chorób, jeśli tylko jedni ludzie będą wspierać innych.
Chorzy umieją sobie świetnie wyobrazić zagrożenie. Znają
niespodzianki Losu. A jednak na przykład, instynktownie
mniemają, że nienazwane nie istnieje. Skoro tabu pojawiło się
chyba wraz z pojawieniem człowieka na ziemi i do dziś istnieje,
trzeba je może po prostu uznać za nieodłączną część życia
ludzkiego. Tabu stanowi zarówno część strachu i niewiedzy, jak
obrony, a także wiedzy, którą wiedzący ukrywa sam przed sobą.
J a k p o w i e d z i e ć - nie jest wyłącznie państwa prob­
lemem. Wiem, że nie zabrzmi to wcale pocieszająco, kiedy
powiem, że pierwszy ma z tym kłopot lekarz. Oznajmienie
poważnej diagnozy najpierw uderza w lekarza. Ta nieumiejęt­
ność wydaje się charakterystyczna dla naszej cywilizacji,
w której śmierć traktowana jest często jak kiedyś trąd. Umiera­
nie zbyt łatwo bywa wyrzucane poza nawias zwykłego życia, do
którego przecież przede wszystkim należy.
Ludzie boją się wielkich słów, a właściwie pojęć, które
w świadomości społecznej znalazły się tak wysoko, że mogą się
czasem wydać niedostępne. Do takich pojęć niezwykle waż­
nych dla życia i podstawowych dla naszych tutaj rozważań
należy: m i ł o ś ć , t w ó r c z o ś ć , a k t y w n o ś ć .
Miłość z pewnością daje od razu inny start w leczenie,
w życie po prostu. Miłość przecież jak najściślej łączy się
z instynkiem życia. Nie musicie wcale o tym rozmyślać, a ona
już działa. Jeśli ona istnieje, a państwo poświęcacie jej wiele
świadomej uwagi, tym lepiej. K a ż d y m o m e n t u w a g i
poświęcony miłości umacnia waszą obro­
nę.
C i e k a w o ś ć i m i ł o ś ć to ż y c i e .

Ś m i e r ć to nuda i b r a k u c z u ć .
Nuda i brak uczuć najbardziej zagrażają dzieciom, osobom
starym i ludziom przewlekle chorym. Zdrowi dorośli! Nie
lekceważcie tej wiadomości. Tamci naprawdę po trochu się od
tego zapadają. M o g ą po cichu umrzeć na waszych oczach, jeśli
tutaj na ziemi ich nie przytrzymacie.
Czy może być wypowiedź pełniejsza niż w twórczości? - Jest
to działalność naprawdę i jedynie ludzka. Pierwszy Wielki
T w ó r c a tchnąwszy w człowieka duszę dał mu również jakiś
okruch możliwości twórczych. Dar ten nie zawsze wydaje się
łatwy do wykorzystania, ale wbrew pozorom dostępny jest
każdemu. Jedynie człowiek obdarzony został wyobraźnią,
możliwością projektowania, planowania dalekiej przyszłości.
Aby t w o r z y ć , nie trzeba być
geniuszem
- trzeba być człowiekiem.
Działanie objawia się nie tylko wygrywaniem maratonów,
lecz czasem podniesieniem głowy. Ż y c i e t o d z i a ł a n i e ,
czy człowiek nadal jest pilotem odrzutowca, czy nigdy nim nie
był.
Niezależnie od tego, jak daleko posunęła się lub posunie
medycyna, niezależnie od tego, jak bardzo mądry jest akurat
wasz lekarz (ja mam pod tym względem wielkie szczęście),
musicie, państwo, o jednym zawsze i wszędzie pamiętać.
Naprawdę to wy sami odpowiadacie za swoje życie i zdrowie.
Lekarz ani nie przymusił was do zwrócenia się do niego, ani
różdżką was nie wykrył. Nawet najmądrzejszy lekarz nie
zdejmie z was odpowiedzialności.
To w a s z e życie. To w a s z a dusza i w a s z e ciało. To
wasze zdrowie.
Jako humanistka, a przede wszystkim jako człowiek, od­
czuwałam pewne braki w technice tłumaczenia pacjentom ich
realnej sytuacji.
Wydaje mi się, iż medycyna nowoczesna, kładąc nacisk na
naukowość i specjalizację, nie uwzględnia właściwie duszy
i osobowości ani lekarzy, ani chorych.
Powiecie, państwo, że choroba jest niewolą. W pewnym
sensie tak - kto o tym wie lepiej ode mnie, po tylu atakach
niedowładów i innych przykrych przygodach. Choroba na
pewno stwarza nieraz straszliwe ograniczenia. Ale chciałabym
się niezbyt uprzejmie i prosto z mostu zapytać: no to co? To już
mamy zapomnieć, że jesteśmy obdarzeni duszą i możliwością
myślenia?
Spotkałam kiedyś lupuskę, która ma domek, w domu piwnicę,
a w piwnicy wszystkie buteleczki po encortonie, jakie zużyła
w swoim życiu. Widziałam j ą tylko raz, zdaje się po dziesięciu
latach jej leczenia. Był tego podobno spory worek.
Ten worek przypomina m i jaszczura z powieści Balzaca
Jaszczur. Nie należy igrać ani z malejącym, ani z rosnącym
jaszczurem. B ó g przecież widzi nawet te buteleczki, o których
my sami zapomnieliśmy. A ludzie - czy należy ich straszyć
workiem buteleczek? Niech sobie żyją. M o ż e nigdy nie za­
chorują.
Rozumiem, że taki worek to rodzaj pamiętnika, namacalny
dowód tej codziennej pracy, j a k ą wkładamy w leczenie.
W każdą buteleczkę pakuje się dwadzieścia pastylek. Jak się
przemnoży buteleczki przez pastylki, wyjdzie droga życia.
Tak naprawdę jednak ludzie żyją nie mechanicznie i matema­
tycznie, tylko, jakby tu to nazwać, powiedzmy - ludzie żyją
mniej więcej. Posuwają się trochę po omacku. Nie znając
naprzód Losu, wyznaczają sobie kolejne ludzkie cele, starając
się utrzymać wobec życia w możliwie dobrej pozycji. Takie
rzeczy jak codzienne zażywanie czegoś robią zazwyczaj tylko
przymuszeni skrajnymi okolicznościami. Ludzie ze swym
ciałem i ze swoją duszą może są przewidywalni, ale w ogólnych
zarysach. Naprawdę są nieobliczalni i niepowtarzalni. To
właśnie jest piękne. Nie dadzą się zinterpretować wyłącznie
przez liczby i nawet, gdy policzymy wszystkie buteleczki
z tamtego worka, nie poznamy drogi życia jego posiadaczki.
To jest Wasze życie (fragmenty) „Znak" 1994

25

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9915" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9893">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/0bf0264b1b5a33b50e6cb720060591b6.pdf</src>
        <authentication>5d6110fe21b85eea0078e6092337cf58</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117958">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2963</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117959">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117960">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2767</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117961">
                <text>Bzij, zabzij, ja honorem ręce... Bójka wiejska - walka i rytuał / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117962">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1, s.55-63</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117963">
                <text>Perzanowski, Andrzej</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117964">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117965">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117966">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117967">
                <text>Bzij, zabzij, ja honorem ręce...
Bójka wiejska - walka i rytuał

1

Andrzej Perzanowski

Bójka wiejska - równie wdzięczny to, co chętnie wykorzys­
tywany element barwnych opisów wsi; żelazny punkt opowiastek
o zabawach czy weselach. Mało kto nie zna ze słyszenia tych
obrazów: płoty w otoczeniu zabaw i wesel ogołocone ze sztachet
(sztachety do bicia - koniecznie „z g w o ź d z i e m " ) , pokrajani
młodsi i starsi uczestnicy rozrywkowych imprez. Finałem co
dramatyczniejszych relacji bywa śmierć pana młodego i to jeszcze
przed spełnieniem obowiązków małżeńskich. Krążą opowieści
o krwi przelewającej się przez progi góralskich chałup podczas
bitki - wszak każdy w Polsce wie, co górale potrafią robić
najlepiej. Bitnik bywał bohaterem - wracającego z więzienia
witano w specjalnie wybudowanej na skraju wsi bramie (znów
wątek góralski).
Postrzeganie bójki przez osoby spoza społeczności wiejskiej
wpisywało się idealnie w sposób jej widzenia a zwłaszcza
przedstawiania przez samych uczestników czy bezpośrednich
obserwatorów. Obcy oczekiwał barwnej opowieści, chłop zaś
skwapliwie raczył go wersją zdarzeń w romantyczno-heroicznej
konwencji. Taka perspektywa musiała zaważyć nad refleksją
samych etnografów.
Z małymi wyjątkami, bójkę traktowano marginalnie, jako
kuriozum - poza tym może powinna być obiektem zainteresowa­
nia policji lub psychologów...? Baczniejszą uwagę spowodowało
znalezienie się w polu obserwacji badaczy zagadnień związanych
ze sferą zachowań łamiących przyjęte normy społeczne, swois­
tego „marginesu kulturowego" (zainteresowanie właśnie tym
aspektem kultury w odniesieniu do dużych miast na pewno
odegrało tu swoją rolę). Tymczasem bójka, potraktowana bez
romantyczno-bohaterskiego skrzywienia a zarazem bez uprze­
dzeń, będąca jednym z elementów tworzenia się dynamicznej
całości, jaką stanowi kompetencja kulturowa jednostki uczest­
niczącej w życiu zbiorowości, daje się badać na równi z innymi
tradycyjnymi już przedmiotami etnologicznego namysłu.
Ilustracją zmieniającego się stosunku do przedmiotu naszych
zainteresowań może być skrótowe przedstawienie źródeł pisa­
nych doń się odnoszących. Najstarsze znane mi znajdują się
u Jędrzeja Kitowicza i Kazimierza Władysława Wójcickiego.
O ile Kitowicz więcej miejsca poświęca bójkom między studen­
tami szkół pijarów i jezuitów w Warszawie (wieś jest wspomniana
przy opisie jasełek, które, zdarzało się, przedstawiały
chłopów
pijanych bijących

się pałkami),

to u Wójcickiego znajdujemy już

całe ustępy poświęcone wyłącznie bójkom, takoż skłonności do
nich u Mazurów: Co zaś do żołnierstwa,
mają serce, i ran i śmierci
lekkie wrażenie, bo się sami między sobą jak psy biją. Zły jarmark,

kiedy tylko pięciu zabiją (Wójcicki 1841?, s. 344). Jakże podobne
to do typowych wypowiedzi współczesnych, opisujących bójki
odpustowe: Tutaj, jak nie było

zabitego jednego,

to odpust

był

2

nieważny [ w l ] ; świadczy to tak o analogiczności, jak o wielkiej
trwałości niektórych wyobrażeń dotyczących bójek, odpowiada
też jednemu ze wspomnianych wyżej typów narracji, dramatyzu­
jącemu silnie okoliczności i konsekwencje bitek. Poza tę konwen1

Tekst jest skrótem pracy magisterskiej pt. Bzij, zabzij, ja honorem

ręce. Bójki

w kulturze wiejskiej

na przykładzie

Kurpiowszczyzny

napisanej w Katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej (Uniwersytet
Warszawski) pod kierunkiem dr. hab. Jerzego S. Wasilewskiego
Liczby w nawiasach kwadratowych odnoszą się do przeprowadzo­
nych przeze mnie wywiadów; spis rozmówców podano na końcu
artykułu.
2

cję wykracza natomiast pochodzące z początku wieku staranie
Mariana Wawrzenieckiego, pragnącego zwrócić
uwagę
badaczów

na sposoby, w jakie

walczą

nasi włościanie

w

rozmaitych

kraju okolicach (1901, s. 254). Zainteresowanie Wawrzeniec­
kiego dotyczy sposobów bicia, terminologii, okoliczności bójek,
nie ograniczając się do zauważenia zjawiska i prezentacji kilku co
bardziej drastycznych obrazków. Pewnej porcji źródeł dostarczają
XIX-wieczne czasopisma etnograficzne jak też pamiętniki chłop­
skie. Ich skąpość w pełni rekompensuje rola porównawczego
odnośnika jaką odgrywają w stosunku do materiału współczes­
nego. Znajdujemy tu wspomnienie kułacznego boju (Rulikowski
1879) toczonego przez mieszkańców jednej wsi, podzielonych na
antagonistyczne połowy; bójek podczas wesela, powodowanych
wymianą ostrych przyśpiewek (Nawalany 1908), jak też zaciętych
bójek między kosiarzami wychodzącymi pierwszy raz na łąki
(Starkowski 1879). Wymienione pozycje, odnosząc się do bójek
w ściśle określonym miejscu i czasie (Nowy Rok, pierwsza kośba)
oraz posiadających swój cel (np. bujny wzrost traw) nie są tymi,
na których opierałem swoją pracę. Bardziej przydatne były opisy
bitek w ich najpowszechniejszej formie: na zabawie bądź weselu,
a takie znajdujemy w pamiętnikach chłopskich (Słomka 1983,
Bojko 1911), bądź rozproszone w literaturze etnograficznej.
Najwięcej ich zebrał Franciszek Kotula (1962, 1979, 1989),
poświęcając i m sporo odrębnej uwagi. Cenne było dostrzeżenie
szczegółowych, ale istotnych kwestii, jak solidarność bójkowa
kawalerki, tworzenie się grup bitników, hierarchia owych grup,
folklor bójkowy.
Pozostają jeszcze moje własne materiały terenowe z Kurpiow­
szczyzny (okolice Nowogrodu, Kadzidła i Myszyńca) i okolic
Warszawy, stanowiące właściwą podstawę rozważań, jak też
prace przydatne przy analizie wszystkiego, co było pośrednio
związane z bójką, na przykład zabaw wiejskich i ich organizacji,
terminologii, broni bójkowej, roli alkoholu, teorii dotyczących
zabawy i istoty zachowań naruszających przyjęte normy kulturo­
we. Korzystałem, jak widać, przede wszystkim ze źródeł odno­
szących się do przeszłości (materiały terenowe także stanowią
w głównej mierze wspomnienia - z okresu przedwojennego i do
kilkunastu lat po wojnie), lecz moim celem nie jest jedynie
przedstawienie bójek jako zjawiska historycznego. Co prawda
w swej najbardziej interesującej, modelowej formie zdążyły
w dużej mierze zaniknąć, lecz wnioski wypływające z ich analizy
dają się przełożyć na zjawiska współczesne i to nie tylko te
właściwe dla kultury wsi.
Źródła stosunkowo najnowsze (Kłosowski, Kowalczyk, część
moich materiałów terenowych,) wyraźnie wskazują na trwanie,
jeśli nie niezmiennych form całej sfery zachowań związanych
z bójką, to w każdym razie rządzącej nimi logiki. Wciąż mamy
moim zdaniem do czynienia z istnieniem kawalerki, pojmowanej
jako grupa wieku, i jej atrybutami - poczuciem odrębności,
specyficznym statusem w obrębie społeczności, solidarnością,
potrzebą pokazania się. Należą do nich także działania ogólnie
związane z rozrywką, zabawą i momentami stykania się z innymi
grupami kawalerów. Badania nad współczesnością mogłyby
rzucić światło na tak istotne kwestie, jak zhierarchizowanie grup
kawalerów, istnienie powtarzających się sekwencji zachowań
w czasie bójki (dalej zwanych przeze mnie scenariuszem bójki),
typowej broni bitkowej, terminologii etc.
Przyjąłem, że określenie mechanizmów kultury wsi (także tych
55

�istniejących w przeszłości) daje w tym szczególnym przypadku
do rąk narzędzie możliwe do zastosowania przy badaniu analogi­
cznych elementów kultury masowej. Nie chodzi tu tylko o stosun­
kowo żywe plebejskie korzenie kultury miejskiej w Polsce. Da się
zauważyć swoista zbieżność, by nie rzec przeniesienie pewnych
sekwencji zachowań wiejskiej kawalerki („rządzenie", „szpano­
wanie", bitka) do współczesnej kultury miast (kibice, społecz­
ność bywalców dyskotek i zabaw). Dzieje się to jednak w bardzo
zmienionym otoczeniu kulturowym: mieszkańcy miasta to nie
względnie zamknięta społeczność wiejska. Związki łączące ludzi
miasta (czy raczej ich brak) mają się nijak do różnorodnych,
wszechogarniających więzi, w jakie zamotany był każdy uczest­
nik życia wsi. Zachowania wydawałoby się zdecydowanie de­
struktywne z punktu widzenia integracji społeczności były kształ­
towane kulturowo, umieszczane w ramach neutralizujących ich
negatywne skutki. Być może ze zmianą otoczenia kulturowego
związany jest fakt, że charakterystyczne dla współczesnej mło­
dzieży miasta zachowania naruszające normy kulturowe są
utożsamiane z chuligaństwem, stawiane na granicy, za którą
rozciągają się niebezpieczne obszary marginesu przestępczego.
Przede wszystkim jednak konieczna jest analiza materiału tyczą­
cego kultury wsi.
*

Zabawy wiejskie wszelkich rodzajów, wesela, a więc sytuacje
najczęściej kojarzone z bójkami, nie są rzecz jasna jedynymi
okolicznościami, w jakich mogło do nich dochodzić. Chciałbym
także przedstawić mniej typowe okoliczności bitek, jak również
zwrócić uwagę na sytuacje, które wywierają wpływ na ich
przebieg, konsekwencje oraz specyfikę osób biorących w nich
udział. Pozostaje jeszcze charakterystyka kawalerki wiejskiej,
grup bitników, bójkowych hersztów, typowej broni bójkowej
- tym kwestiom, jako ważnym, chcę poświęcić osobną uwagę
w następnej kolejności.
Przyjrzyjmy się zatem kolejno różnym sytuacjom bitkowym..
*
Panie, nie ma tego kraju, nie ma tego zwyczaju, gdzie by było
już tak jak w niebie anieli. Nie było tak. Ale, panie, ooo, co
chcieli to robili. [w8]

Przed pojawieniem się remiz strażackich, „domów ludowych"
i świetlic, zabawy odbywały się w chałupach (muzyka), bądź
- w ciepłe pory roku - na wolnym powietrzu (majówka).

Chętnik

pisał (1924, s. 112): Do tańca i zabaw Kurpie,
szczególnie
młodzież,
są bardzo skorzy. (...) To tez nie tańczących
dziewuch
prawie nie ma na puszczy, a zabawy z muzyką urządzane
są parą

razy tygodniowo. Uwaga ta (a można j ą z pewnością odnieść także
do innych terenów Polski) dobrze charakteryzuje rolę zabaw
w egzystencji młodzieży. Zabawy urządzano stale, a brał w nich
udział każdy, kto nie chciał być wykluczony z grupy kawalerki
(miało to, jak zobaczymy, zasadnicze znaczenie w odniesieniu do
bójek).
Muzykę organizowało zwykle kilku kawalerów. Należało do
nich wynajęcie dużej izby w czyjejś chałupie jak też opłacenie
muzykantów. Powszechność bójek sprawiała, że nie każdy
gospodarz chętnie użyczał izby, proszono więc kogoś bliskiego.
Z drugiej strony starsi wykazywali wiele zrozumienia dla kawa­
lerki: zabawa była przecież niemal jedyną rozrywką dostępną
młodzieży (jeden z moich informatorów wywodził w ogóle
istnienie w każdej chałupie kurpiowskiej jednej dużej izby z faktu
częstego urządzania muzyk). Informacje o zabawach przekazywa­
no sobie ustnie. Udział brali kawalerzy miejscowi oraz z kilku
okolicznych wsi, natomiast dziewczętom nie wolno było uczest­
niczyć w muzykach poza wsią, co więcej, kawaler był zobowiąza­
ny przyjść do rodziców panny i poprosić ich o zgodę na zabranie
córki, obiecując odprowadzić ją do domu. Poza tym przychodzili
także ludzie starsi: młodzi gospodarze (orace) brali częściowo
udział w tańcach, pozostali stanowili publiczność.
Wytwarzała się w ten sposób bardzo charakterystyczna sytua­
cja: liczba kawalerów była o wiele większa niż panien, które

pochodziły z jednej wsi i były zazdrośnie strzeżone przez
miejscowych młodzieńców. Tańczono na zmianę - kolejno
udostępniając parkiet kawalerom z innych wsi i pozwalając im na
kółeczko, czyli kilka tańców. Jak widzimy, możliwość bójki była
niejako wpisana w sam sposób organizowania muzyki. Bitka
mogła być oczywiście planowana - gdy ktoś chciał zemścić się na
konkretnej osobie (choćby za cięgi zebrane na poprzedniej
zabawie!). Jeżeli natomiast nie planowano jej wcześniej, miała
z reguły kilka typowych przyczyn:
1) Gdy miejscowymi kawalerami kierowała zazdrość o dziew­
częta z ich wsi: Była we wiosce zabawa, to przyjechali goście, nie.
Brali dziewuchy do tańca i wojna już jest. Miejscowym się nie
podobało,
że im dziewuchy zabierają.
[w21] Poza tym ładne

dziewczęta mogły być obiektem zainteresowań kilku kawalerów:
chęć odbicia komuś partnerki była doskonałą okazją do wszczęcia
bitki.
2) Uczestnicy zabawy, mniej lub bardziej pijani, nie ustępowa­
li sobie wzajemnie przy decyzji, jaki taniec będzie grany: No
i wtedy jeden

i nożem

drugiego

tam pociągnął.

w nos i tamuj w łeb, a jak tego, to i go

[w9] Nie wolno było pozwolić, aby ktoś

„ p o d s k a k i w a ł " , „ r z ą d z i ł " : o jak jeden prowadził
kółko,
rządził,
później jak się ktoś napił, to też chciał tak samo rządzić, to zaraz

następowało
nieporozumienie.
[w7] Kapitalne znaczenie miało
tańczenie wsiami na zmianę - rzadko kiedy zmiana tancerzy
odbywała się bez konflitów. W grę wchodziło podkreślenie
własnego prestiżu, nie dopuszczenie, aby „rządzili" obcy.
3) Wiele bójek było prowokowanych. Tak należy zakwalifiko­
wać bitki o słynne „krzywe spojrzenie": Mało której zabawy,
żeby się nie bili. Ten mówi kse, ten neć i to tak się o. Ten na tego
spojrzał krzywo, ten na tego i już. [ w l 2 ] Należało „pokazać się",

„postawić s i ę " , zwłaszcza przed obcym. Niebagatelną rolę
odgrywali tutaj herszty, bijaki, bohaterzy, jak zwano kawalerów
często wywołujących bijatyki. Poza tym, jak wspomniałem, spora
część bójek była powodowana chęcią zemsty. Zabawa, taniec,
sprzyjają wszelkiego rodzaju zaczepkom. Prowokujący, jeżeli jest
we własnej wsi, może czuć się zupełnie bezkarny. Prowadziło to
oczywiście do rewanżu, musiało bowiem dojść do sytuacji, że
zaczepiający pojawi się na zabawie we wsi zaczepianego. Zabawa
jest zresztą doskonałą okazją do załatwiania wszelkiego rodzaju
starszych porachunków, nie związanych ze zdarzeniami na innej
zabawie: jak ktoś miał na kogoś złość, to nie miał okazji, to przy
zabawie się chciał pobić to już... [w4] Wielkie znaczenie miała

solidarność kawalerki. Kawaler, w razie bójki nigdy nie był sam
- bito się z reguły grupowo, rzadsze były bójki między dwoma
młodzieńcami. Także ludzie starsi, obecni przy bójce, nie zawsze
starali się rozdzielić zwaśnionych, często ciągnęli za swoimi
(znaczenie udziału starszych ludzi w czasie bójek na muzyce było
jednak raczej niewielkie).
Odmiennym sposobem urządzenia i do pewnego stopnia
kategoriami uczestników charakteryzowały się majówki, letni
odpowiednik muzyki. Organizowano je szczególnie chętnie - nie
było problemów ze znalezieniem lokum, przestawała też mieć
znaczenie odpowiedzialność za stan miejsca do tańców. Majówkę
robiono na wolnym powietrzu, na murawie, na smugu, pod lasem
bądź nad rzeką, w miejscu które otaczano zielonymi gałęziami. Po

�II wojnie zaczęto przygotowywać dechy bądź salę, jak zwano
podłogę zbitą z odpadowych desek, otoczoną barierkami z drąż­
ków. Było tam wydzielone miejsce dla muzykantów, także ławka,
gdzie mógł funkcjonować bufet z alkoholem. Ten sposób urządza­
nia zabaw istnieje na Kurpiowszczyźnie do dzisiaj. Dechy służyły
do zabaw zwykle kilka lat, toteż do urządzających
majówkę
należało jedynie przystroić je zielonymi gałęziami i opłacić
muzykantów. Kawalerzy z okolicznych wsi także tutaj przy­
chodzili zwykle z własnej inicjatywy, nie zapraszani. Skład
uczestników na tradycyjnej majówce, to znaczy kiedy obecne były
tylko miejscowe dziewczęta, nie odbiegał od tego na muzykach.
Natomiast nie funkcjonowało tańczenie wsiami na zmianę, jeżeli
od uczestników pobierano wejściowe (majówka
zwana była
wówczas „biletówką"). Prawa miejscowych i gości wyrów­
nywały się: nikt nie czekał, aby pozwolono mu zatańczyć.
„Biletówki" jako zabawy o większym rozgłosie (często za­
praszano na nie okoliczną młodzież, stosowano pisemne ogłosze­
nia), gromadziły o wiele więcej uczestników. To, oraz fakt, że nie
bawiono się w prywatnym domu sprawiało, że bójki na majów­
kach często były o wiele gwałtowniejsze niż te na muzykach.
Powody pozostawały w zasadzie te same, natomiast prawdopodo­
bieństwo bijatyki rosło wraz z liczbą uczestników. Na muzyce,
gdzie miejscowi miewali znaczną przewagę, wiele zaczepek
i prowokacji nie prowadziło do bójki: słabsi ustępowali, obiecując
sobie odpłacić antagonistom przy najbliższej okazji. Natomiast
w sytuacji wyrównanych sił na majówce, gdy każdą wieś mogła
reprezentować spora grupa kawalerów, dochodziło w razie
zaczepki do natychmiastowej reakcji. Sytuacją wymuszone było
też używanie przez bitników innej broni bójkowej. O ile na
muzyce, poza przedmiotami specjalnie przygotowanymi do bicia,
używano sprzętów domowych, sztachet z płotu itp., o tyle tutaj
często posiłkowano się tym, co było najłatwiej dostępne, czyli...
tym, co miano pod nogami: Jak te chłopaki doskoczyli, tylko fu!
w te latarki, i sala patrzyć rozebrana! Normalnie, sala rozebrana,
wszystko, boki, nawet i spód. Wszystko w ruchu [w2] (znaczące, że

podczas opisywanej bójki Cyganie występujący w roli muzykan­
tów nie przestawali grać przez cały czas jej trwania; po zażeg­
naniu awantury bawiono się dalej, tyle że na ziemi - sala przestała
istnieć). Poza wymienionymi rysami charakterystycznymi bójki
mmajówkach nie różniły się od tych na muzyce. Nie jest też ściśle
obowiązującą regułą, że zabawy pod gołym niebem były miejs­
cem szczególnie gwałtownych bijatyk.
Na otwartym powietrzu odbywały się również najczęściej
zabawy odpustowe. Chcę je jednak opisać oddzielnie, gdyż bójki
do jakich tam dochodziło (a jeśliby wierzyć słowom infor­
matorów, trzeba by je uznać za element konieczny, na trwałe
wpisany w przebieg zabawy odpustowej) miały zupełnie inny
charakter niż opisane powyżej. Zabawa stanowiła nieodłączną
część odpustu. Zawsze płatna, połączona była ze sprzedażą
alkoholu, odznaczała się ludnością - uczestniczyli w niej ludzie
z wielu wsi, także dziewczęta. O ile na zwykłych zabawach
uczestnicy znali się przynajmniej z widzenia, o tyle tutaj, gdzie
przychodzono także z innych parafii, wielu było sobie zupełnie
obcych. Jednym z charakterystycznych rysów, jakim zapisały się
odpusty w pamięci uczestników, było zbiorowe pijaństwo połą­
czone z bijatykami, gdzie religijna strona uroczystości schodziła
na dalszy plan. Poza znanymi przyczynami bójek („rządzenie",
żądanie różnych tańców przez uczestników, zazdrość o dziew­
czynę) należy wymienić kilka typowych dla zabawy odpustowej.
Przede wszystkim odpust był świętem wszystkich, od dzieci po
starców, i przez to stawał się miejscem, gdzie załatwiano
najwięcej porachunków, można było mieć pewność, że spotka się
upatrzoną osobę: cekoj, jak tylko tam spotakamy sie na

odpuście,

to ja ci pokaże. [w21] Na charakter bójek wpływał też fakt, że
każda wieś była licznie reprezentowana. Ponieważ obowiązywała
solidarność między mieszkańcami jednej wsi, dochodziło do
bijatyk, w których wioska na wioskę sła - uczestniczyła tak
kawalerka, jak starsi. Jak się zaczęli bić, to pięćdziesiąt
chłopa się
zebrało. Jeden za drugim, jeden za drugim. To na drugi dzień boso

wracali, [ w l l ] Częściej niż na innych zabawach dochodziło do
bójek prowokowanych, „o nic" - tu widać wpływ alkoholu,

odgrywającego podczas odpustów większą rolę niż na innych
zabawach. Być może przejaskrawiony jest obraz wyłaniający się
z opisów odpustów, przeradzających się w gromadne bijatyki.
Faktem pozostaje, że podczas odpustu przestawały często jak
gdyby obowiązywać wszelkie normy zachowania. Bijatyki prze­
rywały nawet uroczystości religijne (procesja wychodzi, a tu
z nożami, z kamieniami [w 10]), miewały też stosunkowo często
tragiczny epilog: to tutaj najczęściej używano w bójkach noży
i innej specjalnie przygotowanej broni. Z drugiej strony należy
traktować ostrożnie wypowiedzi o ścielących się podczas odpus­
tów trupach (Tutaj, jak nie było zabitego jednego, to odpust był
nieważny.
Lub: tam jak były odpusty (...) to tam jak jednego nie
zabili, to mówili,
że słaby
był odpust [ w l 7 ] ) . Podający te

informacje potrafili przypomnieć sobie ze swojego życia jedynie
pojedyncze przypadki zabójstw. W ich świadomości zaszedł
prawdopodobnie proces podobny jak u autora słów: przed wojną
jak się leli, na tych zabawach, mówi, to włosów i zębów, mówi, to
mogłeś grabić.
Tak się leli przed wojną.
[w27] Z pewnością

gwałtowność bijatyk na zabawach odpustowych, duża liczba
uczestników - to wszystko przyczyniało się do powstawania
stereotypowych wyobrażeń na ich temat. Bójki dzieliły tu los
innych zdarzeń z przeszłości, ich postrzeganie jest pełne anty­
nomii, obejmując tak potępienie jak i rodzaj podziwu; bardziej
jednoznaczny (nie zawsze negatywny) - jest stosunek do zdarzeń
współczesnych.
*

Fragmentem uroczystości weselnych, podczas którego naj­
częściej dochodziło do bójek były tańce, toteż mamy tu do
czynienia ze specyficzną formą bitek zabawowych. Wiadomo, że
wesele było uroczystością nie tylko dla rodziny, ale także dla całej
wsi, a nawet dla kawalerki spoza niej. Tańce weselne gromadziły
sporą grupę nie zaproszonych gości, określanych rozmaicie
w różnych regionach Polski: zapaśni goście (Kurpie), pasierby
(Podlasie), pitasy

(warszawskie), hołota,

wieczorowi

goście,

psiarze, kindery (Rzeszowskie), wieczorki (Piotrkowskie i Siera­
dzkie), grabarze,

ugorowi,

przegłądasy,

kuminiorze,

przybyłe,

(Łęczyckie i Łowickie), szewce (Skierniewickie), postronni (wie­
luńskie). Hołotę stanowili zwykle kawalerzy, z dziewczętami
(częściej bez), czasem młodzi żonaci mężczyni. Kotula wspomi­
nając udział hołoty w weselach rzeszowskich (1989, s. 27),
opisuje sytuację po I wojnie, kiedy to dochodziło do prawdziwych
bitew z użyciem noży i innej broni: Powstały
gromady, które
jakby specjalizowały
się w szantażach
i robieniu awantur, na
których często najgorzej wychodzili muzykanci. Bójki przeradzały

się w rzezie, pozostawiając ofiary śmiertelne. Także na Kurpiach
powodem bójek weselnych był z reguły konflikt między gośćmi
weselnymi uzapaśnymi.
O ile mi wiadomo, nie występowały tutaj
(z nielicznymi wyjątkami) grupy specjalizujące się w szan­
tażowaniu wesel, z pewnością natomiast można mówić o specyfi­
cznym „sporcie" polegającym na nawiedzaniu wesela przez
grupę kawalerów w celu „porządzenia'' na nim lub wręcz rozbicia
go. Nie zaproszeni goście byli zwykle tolerowani przez weselników - częstowano ich wódką, ustępowano też miejsca do tańca
na kilka „ k a w a ł k ó w " . Ich udział był przewidywany i niejako
wpisany w koszty wesela. Wspólna zabawa mogła trwać i całą
noc, często jednak dochodziło do bitek, przy czym konflikt mógł
przebiegać w dwóch typowych płaszczyznach:
1) Kiedy hołota nie była związana z weselnikami czy młodymi
i nie składała się z grup przybyłych ze wsi pochodzenia
nowożeńców. Powtarzały się sytuacje z zabaw: obie grupy chciały
tańczyć i żadna nie uznawała za „ h o n o r " ustępowania drugiej.
Zapaśni
uważali, że gościna im się należy, weselnicy zaś
próbowali ich usunąć (obdarzając nierzadko obraźliwymi epiteta­
mi, jak cytowany przez Kotulę: dziady, plac\). W razie otwartej
zaczepki tworzyły się dwie zwarte grupy bitników, a efekt bójki
zależał od stusunku sił - słabsza strona była zwykle wypierana
z chałupy (zapaśni goście przychodzili wieczorem, gdy weselnicy
byli już mocno zmęczeni alkoholem, często więc to oni pozo­
stawali na placu boju). Lecz, jak wspominałem, bójka mogła być
też sprowokowana, kiedy kawalerka przychodziła na wesele
57

�„rządzić", planując wywołanie awantury - wówczas oczywiście
każdy pretekst był sygnałem do bijatyki. Jak kiedyś byłem na
takim weselu,

(...)

I przyszli

po prostu

chłopaki

rozpędzić

to

wesele. [w21] Przebieg zdarzeń był typowy: zapaśni żądali
alkoholu i ustąpienia sali do tańca. Przy ich agresywnym
zachowaniu było pewne, że dojdzie do bijatyki. Charakterystycz­
ne jest, że dopóki w bójce ograniczano się do bicia pięściami, bez
użycia noży czy innej groźnej broni, nie musiała ona być
powodem przerwania wesela (nie dotyczy to oczywiście wypad­
ków rozbijania wesel z premedytacją). Stanowiła nawet rodzaj
tradycji weselnej, jak mówi muzykant z Rzeszowskiego (Kotula
1979, s. 351): Podczas tańców
raz po raz wynikały
sprzeczki
i bicie „po wszorzach",
czyli po łbach. Ale i to należało
do
obrzędów.

2) Stronami w bójce stawali się mieszkańcy wsi, z których
pochodzili nowożeńcy. Kawalerka z obu z nich uczestniczyła
w zabawie, zwykle w charakterze nie zaproszonych gości. W razie
bójki podział następował więc także wśród weselników; stawali
oni po stronie swojej wsi w sporze kto ma się bawić, czytaj:
rządzić.
Bitka mogła być w takim przypadku kontynuacją
„tradycyjnego" antagonizmu między dwiema konkretnymi wsia­
mi, z których kawalerka stykała się często i ścierała na zabawach.
Przychodziła też na wesele wykazać swą wyższość: Tak ta wieś
chciała

się wybić

trochę:

„No to my im musim zarządzić

trochę''.

[w23]

*
Powyższe opisy nie wyczerpują wszystkich okoliczności,
w jakich zdarzały się bójki. Zwłaszcza jeśli w grę wchodziła
zemsta. Większa bitka na zabawie, weselu bądź w innej sytuacji,
z której jedna ze stron wychodziła mocno poszkodowana, mogła
stanowić zarzewie długotrwałego konfliktu między
kawalerką
z dwóch wsi. Jej grupy urządzały wówczas na siebie prawdziwe
zasadzki, kończące się zbiorowymi bijatykami. Pozajuż wymie­
nionymi (wszelkie zabawy, odpusty, wesela), za najbardziej
sprzyjający po temu uznawano czas po niedzielenej mszy,
w której przecież uczestniczyli mieszkańcy całej parafii. To już
tak opowiadali, że jak pójdą do kościoła to się będą bili (...) Ci do
domu z kościoła,
a tamci zaszli, [w 13]

Tego rodzaju bójki mogły być wydarzeniami odosobnionymi,
bywały jednak przypadki zatargów długotrwałych. Przykładem
- konflikt między dwiema kurpiowskimi wsiami (Nowogród
i Mątwica) w latach 30. Trwał on około trzech lat i owocował
regularnymi bitwami, często właśnie po niedzielnej mszy. Kawa­
lerzy wkładali wówczas na mszę dłuższe ubrania, aby nie widać
było spod nich przygotowanych do bicia kociub - drewnianych,
okutych na dole lasek. Pamięta się także o regularnych antagoniz­
mach między kawalerkami dwóch wsi, ciągnących się całymi
pokoleniami. Powodem bijatyk bywały także akty indywidualnej
zemsty. Pobicie lub choćby zaczepienie jednego z kawalerów
kończyło się odwetem jego kolegów - na określonej osobie lub na
kawalerce wsi, z której ona pochodziła. Zdarzało się zatem, że
grupa kawalerów zjawiała się na zabawie (lub wybierała inne
dogodne okoliczności) w celu pobicia konkretnej osoby. Jeden
z rozmówców określił to jako polunek, co chyba dokładnie
oddaje charakter takich zachowań. One także mogły być począt­
kiem dłuższych zatargów, przeradzających się w „tradycję"
bójek między dwiema wsiami. Można stwierdzić, że niemal każda
wieś (a raczej jej kawalerka) miała swojego zwyczajowego
przeciwnika. Co ciekawe, bardzo często bywały to wsie bezpo­
średnio sąsiadujące ze sobą.
Przy okazji tego typu sytuacji uwidacznia się swoisty rys bójek
wiejskich: nawet w okresie regularnego bijania się młodych ludzi
z dwóch wsi (pomijając nie tak częste otwarte „wojny''), konflikt
nie przenosił się zwykle na życie codzienne, a przejawiał tylko
w specyficznych okolicznościach: podczas zabawy, wesela,
krótko mówiąc - przy zetknięciu się grup kawalerów, gdzie
konieczne było podkreślenie własnego prestiżu, nieustępliwości,
odwagi. Kawalerka prowokowała bójkę, gdyż ona to, posłużmy
się słowami Kotuli, dawała najwięcej emocji i zadowolenia. I to

58

obojętne,

zwycięska

czy przegrana,

ale taka prawdziwa,

z rzeczy­

wistym przeciwnikiem.
Bitka j a w i się więc jako rodzaj współ­
zawodnictwa, rywalizacji.
*

Bitkom towarzyszyły sporadycznie zabójstwa. Choć częstsze
niż obecnie (ajednocześnie o wiele rzadsze niż to deklaruje wielu
mieszkańców wsi!), pozostawały wydarzeniami wyjątkowymi,
tragicznymi i , z nielicznymi wyjątkami, zdecydowanie potępiany­
mi. Mogły być nie zamierzone, przypadkowe, ale też bywały
aktami osobistej zemsty lub niewątpliwego okrucieństwa. W naj­
bardziej typowych bójkach celem rzadko była śmierć przeciw­
nika. Nawet gdy posługiwano się nożami, wielokrotnie były to
zwykłe scyzoryki, którymi można było pokrajać kogoś, lecz nie
zabić - podkreślało to wielu informatorów. Właśnie powszech­
ność użycia noży podczas bójek przyczyniała się do wielu nie
zamierzonych śmierci. Oczywiście zabójstwa bywały planowane
jak też dokonywane z zimną krwią i okrucieństwem. Przy
majówce,
modlili się, modlili, cholera,
dwa razy nożem. (...) Bo on miał jakaś

był Baranek Boży, a on go
pretensja do niego. [wl8]

Jest to zdarzenie wyjątkowo drastyczne przez swoje okoliczności,
lecz i podczas zabaw zdarzały sie równie nieprawdopodobne: i go
kurde we czterech, tymi drutami [kolczastymi - A.P.]
okręcili.
Pchnęli go, tu, o. Niósł z Klembowa do Paska tak o w ręku,
wnętrzności.
No i tu gdzieś do Dobczyna doszedł i zmarł. [w2] Tak

okrutnym jak powszechnym zwyczajem było też kopanie leżące­
go przez kilku nieraz kawalerów, co mogło skończyć się śmiercią.
Jedyną sytuacją, kiedy zabójstwo nie spotykało się z potępieniem,
bywała śmierć herszta, bijaka, a więc człowieka, który swoim
częstym wywoływaniem bijatyk i awantur nastawiał przeciwko
sobie całą społeczność. Za niemal naturalną kolej rzeczy uznawa­
no, że ów zadziorny zostawał w końcu przez kogoś odważnego
zabity.
*

Czynnikiem o niewątpliwie dużym wpływie na charakter
i częstość bójek był jak i jest alkohol. Pozostaje rozstrzygnąć,
w jakim stopniu jest on „głównym s p r a w c ą " , a na ile czynnikiem
sprzyjającym, lecz nie koniecznym dla powstawania bójek.
Powszechne mniemanie wydaje się jednoznaczne i daje się
streścić w stwierdzeniu: to wódka bije. Tymczasem, jak wynika ze
źródeł (także z wypowiedzi moich informatorów) alkohol był
dawniej podczas wesel i zabaw używany w stopniu daleko
mniejszym niż obecnie (Na weselach tak nie bywało (...) Po
kieliszeczku wódki tylko [ w 11 ]). Pito przed zabawą dla „humoru'',
dla dodania sobie animuszu, lecz nie upijano się. W latach
1928-1938 ilość spożywanego alkoholu wynosiła od 0,7 do 1,6
litra spirytusu rocznie na osobę. Nie da się tego w żaden sposób
porównać tak z okresem największego pijaństwa z lat 40.
ubiegłego wieku (9,6 1. spirytusu per capita!) jak i z czasami
obecnymi. Ilość spożytego alkoholu pozostaje więc w niezgodzie
z twierdzeniami, że największe nasilenie bójek miało miejsce
właśnie w okresie międzywojennym. Młodzież zaczęła używać
alkoholu w większych ilościach dopiero sporo lat po I I wojnie,
a jednocześnie nasilenie i gwałtowność bijatyk istotnie zmalała.
Obecna kawalerka określana jest pod tym względem jako
„kulturalniejsza", „mądrzejsza". Wydaje się zatem, iż nie
istnieje prosta zależność między ilością spożywanego alkoholu
a częstotliwością bójek. Najbardziej widoczny wpływ alkohol
miał moim zdaniem nie na fakt dojścia do bójki, ale na jej przebieg
- jest on w dużej mierze przyczyną gwałtowności bijatyk i ich
okrucieństwa. Najpoważniejsze konsekwencje miewały właśnie
owe z pijanymi uczestnikami, podczas gdy bitka między trzeź­
wymi kawalerami kończyła się z reguły na siniakach. Upojenie,
powodując wzmożoną agresywność i nadpobudliwość sprzyja też
powstawaniu zwyczajnych nieporozumień. Wyłania się też inna
strona zagadnienia: istnieje w pewnym sensie obowiązek picia.
Picie alkoholu jest na pewno sposobem na rozładowanie napięcia,
dodanie sobie śmiałości, lecz uznane jest też za warunek dobrej
zabawy. Czas zabawy jest czasem wyłączonym z powszedniości,

�odrealnionym, a alkohol jest środkiem pomagającym pełnemu
włączeniu się w odmienną rzeczywistość zabawy. Pozostawanie
trzeźwym może być więc uznane za nieprzestrzeganie obowiązu­
jących aktualnie norm zachowania i prowadzić do odrzucenia: bo
pan jest trzeźwy

i obcy, a u nas takich biją (Kłosowski 1985, s.

236). Przy czym taki stosunek do trzeźwych dotyczy też swoich,
nie tylko nieznajomych.
Choć z ostrożnością należy traktować twierdzenia o zanikaniu
bójek (nowe badania wykazują, że są one niemal równie częste co
dawniej, zmniejszyła się jedynie ich gwałtowność), to szybko
rosnące spożycie alkoholu przez młodzież nie wiąże się bezpo­
średnio z ich nasileniem.
*
Sztylety i noże do kieszeni
włożę,
Do ładnej dziewczyny zaprowadź
mnie,
Zabije mnie ktosi, albo ja kogosi,
Bo mi sie czupryna na głowie
podnosi!

Boże!

towarzyszy także współczesnym przemianom na wsi. Bywa, że
nie mamy już do czynienia z paczkami reprezentującymi wieś czy
jej część, ale z t.zw. stacjami, na które podzielona jest młodzież
wiejska dojeżdżająca do pracy w mieście. Grupa składa się
wówczas z kawalerów z kilku wsi, wsiadających do pociągu na
jednej stacji PKP. Pociąg staje się jednym z miejsc urządzania
zasadzek na antagonistyczne grupy. Płaszczyzna konfrontacji
przenosi się więc z międzywioskowej na poziom nieco wyższy:
kawalerzy reprezentują terytorium o nie określonych ściśle
granicach, obejmujące kilka sąsiednich wsi. Owo terytorium
(okolica), kategoria współtworząca tożsamość mieszkańców wsi
jest jednym z elementów wpływających na specyfikę bójek. Jak
wynika z poprzednich konstatacji pozostałe kategorie to wieś oraz
jej część (np. „ b r z e g " wsi), ale też parafia. Bójki, w których
istotną rolę odgrywają owe kategorie są zatem świadectwem
istnienia kilku poziomów tożsamości lokalnej, lecz, chciałoby się
rzec, także sposobem ich współtworzenia i podtrzymywania.
*

(Kotula 1962, s'. 245)
Bohaterem bójek jest bez wątpienia wiejska kawalerka. Bitki
indywidualne nie odgrywały tak wielkiej roli jak zbiorowe
- w interesujących nas okolicznościach (zabawa, bójka) młodzie­
niec występował z reguły jako członek grupy kawalerów, zajmij­
my się zatem jej charakterystyką, nie zapominając o innych
kategoriach uczestników bądź świadków bitek, wszak i oni
decydują o ich specyfice: nie bez znaczenia pozostaje fakt, czy
bójka odbywa się przy dziewczętach, kobietach lub starszych
mężczyznach. Przedmiotem uwagi będzie zwłaszcza tworzenie
się i funkcjonowanie grup kawalerów (paczka, wiara, hebra),
obowiązująca w nich silna solidarność wewnętrzna (kolegaństwo), oraz herszty, bijaki, jak, między innymi, zwano bójkowych
prowodyrów.
Chłopiec zaczynał palić kawalerkę
w wieku 16-18 lat, j u ż
przedtem jednak bywał na zabawach, podglądał starszych kole­
gów (solidarność grupowa zapewniała w razie bójki bezpieczeń­
stwo także nieopierzonym kawalerom). Z zasady kawalerzy
występowali w mniejszych bądź większych grupach, reprezen­
tujących poszczególne wsie bądź ich części (o ile we wsi była
więcej niż jedna paczka). Nieczęsto zdarzało się, aby na zabawę
do innej wsi szedł kawaler samotnie - właśnie ze względu na
łatwość, z jaką mógł się stać obiektem zaczepki. Grupy owe,
o zróżnicowanej liczebności (kilku - kilkunastu kawalerów)
zwano rozmaicie: były więc kurpiowskie paczki, szajki, ugrupo­
wania, kliki, kupy, rzeszowskie hebry, wiary. Zbierały się one
w dni powszednie popołudniami lub po niedzielnej mszy, i uda­
wały na zabawę w okolicy bądź, jak często tudzież trafnie to
określano, paradowały (bywało, dążąc do spotkania z inną
paczką). Nie jest przy tym żelazną regułą solidarne występowanie
wszystkich kup z jednej wsi przeciwko wszystkim z drugiej.
Możliwa jest sytuacja, ż e grupa popada w konflikt z innymi
z własnej wsi, jednocześnie pozostając w dobrych stosunkach
z paczką ze wsi sąsiedniej, bo: cała wioska to nigdy nie była tak
w komplecie, żeby wszyscy byli tak zwarci, [w 18] Rzecz jasna,

kawalerzy z określonej wsi nie musieli być podzieleni na ściśle
wyodrębnione grupy. Do jednoczenia się dochodziło wówczas
w „nagłej potrzebie" - w razie bójki, w obronie jednego
z kolegów. Taki rodowód mogły mieć, jak wspominałem,
długotrwałe konflikty między całymi kawalerkami z dwóch wsi
(dosyć typowym schematem jest pobicie chłopaka „chodzącego"
do dziewczyny do innej wsi przez tamtejszych kawalerów, za
którego mszczą się wszyscy jego koledzy, co powoduje dłuższy
zatarg). Przykładem samoistnego tworzenia się grup bitników
bywała bójka weselna. Wiadomo, że zapaśni goście nie przy­
chodzili z jednej tylko wsi. W razie bójki potrafili jednak w sposób
zwarty przeciwstawić się weselnikom, jeżeli ci nie potraktowali
ich uprzednio odpowiednio godnie (co nie wyklucza częstych
bitek między samymi nie zaproszonymi gośćmi). Powstawanie
nowych sytuacji związanych z tworzeniem się grup bitników

Istnieje możliwość, że w materiale źródłowym nie jest w pełni
reprezentowana rola bójek indywidualnych, jako słabiej pamięt­
nych. Jednakowoż w obu rodzajach bójek niezmiernie ważną rolę
odgrywał czynnik solidarności grupowej kawalerów, zwanej
przeze mnie za Kotula, dla wyjątkowej celności terminu, kolegaństwem (Kotula 1962, s. 248). Oznacza ono wierność, braterstwo
broni obowiązujące bitników. Szczególnie, oczywiście, w sytua­
cji zagrożenia - zaczepki bądź bójki, przedkłada się dobro całej
kawalerki nad własne bezpieczeństwo. Przyładem kolegaństwa są
opisywane przeze mnie akty zemsty za jednego z kolegów, fakt
częstości grupowych bitek, gdy w grę wchodzi także prestiż,
honor wsi. Kolegaństwo
obowiązywało bezwzględnie, kto go
naruszył,

wypadał

poza nawias życia

wiejskiego (Kotula, op.cit.).

Tłumaczył jeden z moich rozmówców komuś, kto odwodził go od
przyjścia z pomocą kolegom: ja nie mogę tak zrobić, bo ja później
nie wyjdę,

na wieś

nie wyjdę,

nie dadzą

mnie że ja

stchórzył,

uciekł, a ich tam pobili. [w9] Dodać trzeba, że solidarność
z kawalerami obowiązuje w razie bitki także starszych mężczyzn
(choć trudno tu mówić o kołegaństwie,
słowo to określa raczej
stosunki między kawalerami). Zwykle czują się oni w obowiązku
stanąć po stronie „ s w o i c h " kawalerów nie zaś uspokajać zwaś­
nionych. Obowiązkowa solidarność w razie bitki była niezbęd­
nym warunkiem dla utrzymania równowagi sił na zabawach
- każdy z kawalerów miał świadomość, że nie jest osamotniony,
ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jego potencjalny
przeciwnik również nie występuje w pojedynkę. Dawało to więc
z jednej strony poczucie bezpieczeństwa, a z drugiej studziło
zapał co bardziej skorych do bitki młodzieńców. Jednak rola
kolegaństwa
nie jest tak jednoznaczna, jeżeli chodzi o jego wpływ
na charakter bójek. Jemu to zawdzięczamy ich gwałtowność,
przewagę grupowych bitek nad indywidualnymi pojedynkami.
Stąd zdemolowane domy, ciężko ranni uczestnicy, znęcanie się
kilku kawalerów nad jednym przeciwnikiem.
*

Odrębne miejsce należy się hersztom, bijakom, a więc tym
uczestnikom zabaw, odpustów, wesel, ale nie tylko, którzy
najczęściej przyczyniali się do powstawania bójek. Istnieje
bogactwo określeń odnoszących się do tej kategorii bitników,
przy czym j u ż w samym nazewnictwie daje się zauważyć
stosunek mówiącego tak do nich jak do bójek w ogóle. Mówiono
więc o: - hersztach, - bijakach, - awantunikach (ew. awanturnych), — nożownikach,
— rozbójnikach,
— zawziętych
— zawadyjnych, - zaczepnych, - zadziornych (ew. zadziorach), - gierojach,
-

asach,

-

mocnych,

-

silnych,

- przekornych,

-

bitnych,

- wodzirejach. Zdecydowanie pejoratywne określenia to: - łobuz,
- chuligan, - grandus. Taka też, niezupełnie jednoznaczna jest
ocena bijaków. Chciałbym tutaj wprowadzić od razu konieczne

59

�rozróżnienie. Istnieje zasadnicza różnica między zadziornymi
kawalerami, lubiącymi się bić, także choćby dla sportu, a tymi,
którzy specjalizowali się w rozganianiu zabaw bądź terroryzowa­
niu wesel. Ich działalność posiada wszelkie cechy rozboju, co nie
pozwala ich stawiać w jednym szeregu z wiejskimi bijakami,
choćby ci prowokowali częste bijatyki. Obie te kategorie uczest­
ników bójek scharakteryzuję oddzielnie.
Skłonność do permanentnego wywoływania bitek przypisuje
się powszechnie takiemu a nie innemu charakterowi zadziornych:
Ano, są takie charaktery, gdzie pójdzie na zabawę czy na wesele to
zaraz bójkę wywołuje i awantury (...). Każda wieś posiadała kilku
prowodyrów i z reguły oni też są obarczani (przyznajmy: słusznie)
odpowiedzialnością za powszechność bójek, zwłaszcza za ich
inicjowanie. Znano całe rodziny, z których kilku braci (nierzadko
w towarzystwie ojca) cieszyło się złą sławą gierojów. Lecz, jako
się rzekło, bitki z reguły angażowały większą liczbę kawalerów
niż tylko owych zawadyjnych. Poza cechami charakterologicz­
nymi wpływ na postępowanie kawalerów miała zatem z pewnoś­
cią postawa naśladownictwa, zwłaszcza jeśli bijak był rodzajem
autorytetu. Również omawiana chęć rządzenia, „pokazania s i ę "
to czynnik owocujący postawą zadziornego. Konkluzja wydaje
się więc taka, że bywali oni rzeczywiście kimś w rodzaju
„dowódców", właśnie prowodyrów kawalerki. Swoją zawadyjnością bronili „ h o n o r u " danej wsi. Zwłaszcza w przeszłości ich
rola mogła być bardzo zbliżona do opisanej. Kotula pisał o starych
bitnikach i ich praktykantach (op. cit., s. 246), przywołując czasy
sprzed I wojny. Wtedy było jeszcze miejsce dla hersztów
- prawdziwych autorytetów dla dorastających
podkawalirków:
Natomiast z materiału kurpiowskiego z późniejszego okresu
wynika, że prowodyrzy balansowali już wówczas na granicy
społecznej akceptowalności, także wśród kawalerki. Oni to
najczęściej posługiwali się nożami, rządzili na zabawach (jak do
draki dochodziło to nożem od razu bił [ w l ] ) . Skutkiem było
kurczenie się ich kręgu towarzyskiego, obawiano się ich nie­
obliczalności, często unikano wspólnych z nimi zabaw nie chcąc
uczestniczyć w bitce. Bojąc się też ich zemsty, nie chciano się
więc odwoływać do sądów w razie ciężkich pobić.
Przyjrzyjmy się drugiej z kolei kategorii prowodyrów bójkowych, a są nimi rozbójnicy (odpowiednik rzeszowskich baciarzy), jak będę ich umownie określał. Ich działalność to już nie
bitki, a terroryzowanie zabaw, a zwłaszcza wesel. Podkreśla się
ich tężyznę fizyczną, ale też prostackość, chamskość. Indywidual­
nie lub grupowo nawiedzali wesela, zmuszając gospodarzy do
częstowania siebie jadłem i alkoholem, muzykantów do przy­
grywania. Jak i w przypadku bijaków, słynne były rodziny,
z których pochodziło po kilku rozbójników. Dopiero po upływie
długiego czasu zmieniał się jednoznacznie potępiający stosunek
całej społeczności - dotychczas snute są jeszcze opowieści
o najbardziej znanych rozbójnikach i ich wyczynach, zwłaszcza
zaś o zwykle tragicznej śmierci, gdyż: taki był awanturny, dotąd
chodził, aż go zabili. Jak już się naprzykrzyło komuś. [w26]
Zabójca był rozgrzeszany, śmierć awanturnika przyjmowano
właściwie z ulgą (co z całą wyrazistością pokazuje przepaść
między bijakiem a rozbójnikiem: śmierć kawalera podczas bitki
była prawdziwą tragedią).
Bitka, odbywająca się przy osobach postronnych - dziew­
czętach, ludziach starszych, czy tak zwanych krzykacach, ga­
piach, mówi nam nie tylko o ich roli w zdarzeniach, ale też rzuca
światło na interesujące aspekty samego zjawiska. Udział ludzi
starszych w bójce po stronie swoich kawalerów (miast od­
grywania roli mediatora między bijącymi się) ukazuje bójkę
przede wszystkim jako formę rywalizacji między wsiami, jako
moment, w którym należy dać wyraz integracji społeczności
wioskowej (dodajmy jeszcze krzykacy, a otrzymamy pełne „wido­
wisko"). Dziewczęta nie opuszczały zabawy w momencie rozpo­
częcia bójki - umykały w kąty pomieszczenia bądź na ubocze,
lecz nie do domu, gdyż bitka najczęściej była jedynie „przeryw­
nikiem' ' w zabawie, po którym wracano do tańców. Dziewczęta
też (a także starsze kobiety) najczęściej występowały w roli

60

rozjemców a nawet obrońców, próbując zwłaszcza chronić
swoich bitych krewnych - braci, kuzynów, mężów. Wychodziły
też z tego, bywało, niewiele mniej poszkodowane niż sama
kawalerka. Dziewczyna mogła wprawdzie uchronić kawalera
przed pobiciem (bo to wtedy jak już dziewczyna, to przestają bić
[w27]), lecz nie zawsze było mu to w smak - nie jest „honorem"
zawdzięczać ratunek w takiej sytuacji kobiecie.
*

A którnego skalecyli, a sie obalił, to jesce i nogo ligał, [ w l ]
Analizując zjawisko bitki nie sposób pominąć tak istotnej kwestii
jak b r o ń bójkowa. Pod pojęciem tym, nieco mylącym może,
rozumiem wszystkie rzeczy używane do bicia podczas bójek.
Obejmuje ono przedmioty przygotowywane specjalnie z myślą
0 bitce („właściwa broń b ó j k o w a " , rzec można) jak też o innym
przeznaczeniu, którymi posiłkowano się w bijatykach.
Zacznijmy jednak od podstawowej „ b r o n i " , jaką było samo
ciało bitnika. Większość bójek ograniczała się bowiem do
okładania pięściami, kopania, bicia głową, także - drapania,
ciągnięcia za włosy. Bicie pięściami, kopanie etc. - które bywało
wstępem do większej bijatyki, kiedy chwytano za przedmioty
będące w zasięgu ręki; dominowało w indywidualnych pojedyn­
kach. W końcu - zadowalano się własnym ciałem, gdy jakakol­
wiek inna broń była nieosiągalna (wtedy na pięści, jak nie było nic
do ręki wziąść [w27]). Częste było kopanie przeciwnika, cechują­
ce się wyjątkowym okrucieństwem, kopano bowiem z reguły
łażących. Robiono to, bywało, do zabicia bądź ciężkiego potur­
bowania. Rolę marginalnego dodatku odgrywało targanie się za
czupryny, drapanie (pamiętamy słowa o przedwojennych bój­
kach, po których włosy i zęby „można było grabić"), uważane
raczej za sposoby zarezerwowane dla kobiet. Podobnie bicie
głową,, ów duński pocałunek, jak pisał Wawrzeniecki (1901,
s. 254) było stosowane jedynie sporadycznie.
Lecz bardzo często, tak w przeszłości jak obecnie, kawalerzy
przychodzili na zabawę wyposażeni j u ż zawczasu w przedmioty
do bicia - czy to planując bitkę, czy to chcąc zabezpieczyć się na
jej wypadek. Pierwsze miejsce wśród nich zajmuje oczywiście
nóż. Jego noszenie bywało swoistą pozą, nawet jeśli nie był
używany do bicia; to samo dotyczy opisanych niżej okutych lasek
1 sprężyn. Na Kurpiach (...) 20 do 30 lat temu, to każdy kawaler
taki starszy, chodzili w butach skórzanych z cholewami, i każdy
miał zatknięty nóż za cholewę. (...) On go nie używał, ale miał.
[w24] Liczne są opisy zabójstw dokonanych nożami, równie
często jednak wspomina się o używaniu nie długich noży,
a scyzoryków, nie mogących być przyczyną śmierci. Stąd być
może powszechność określeń w rodzaju pokrajany, poszatkowany
jak kapusta. Rzadszą, lecz bardziej interesującą bronią były
sprężyny. Trudno stwierdzić, skąd bierze się aż taka ich popular­
ność, jednak pewne jest, że używano ich do bicia w wielu
regionach. Były to więc stalowe sprężyny, bywało, osadzone na
drewnianej rękojeści; niektóre posiadały też zamocowane na
drugim końcu kawałki metalu: odważniki (funty, gwikty), babki
do klepania kos itp. Przyrząd z dwoma ciężarkami zwany był
dwufuntnikiem (kurpiowszczyzna). W całości broń mogła mieć
ok. 25 cm długości. Do rękojeści sprężyny przymocowywano
niekiedy rzemienne paski, utrzymujące broń w ręku (wareckie).
Sprężyna podhalańska jest krótsza, z dwoma niedużymi kulkami
na końcach. Rzeszowska gumszlaga była obciągnięta skórą,
z ciężarkiem na końcu. Spokrewnioną ze sprężynami bronią były
znane w rozwadowskiem gumoszlaki, kawałki węża gumowego,
z ołowianym ciężarkiem z jednego, a skórzaną pętlą z drugiego
końca.
Równie charakterystyczną bronią były laski: kociuby, kulasy,
lachy, lagi. Z bambusa (kupowane) lub dębowe (własnej roboty),
okute metalem na dole, były ulubionym atrybutem kawalerki
- noszenie ich było rodzajem mody. Kawalerzy „paradowali"
z nimi jawnie (zabawa, odpust, niedzielne popołudnia) bądź
ukrywali zawieszone na ramieniu pod paltem, jeśli planowali lub

�obawiali się bitki. Mimo częstotliwości używania w bitkach
i groźnego wyglądu, były kociuby stosunkowo bezpieczną bronią.
Marginalną rolę odgrywała podczas bójek broń palna i kastety.
Pierwsza pojawiała się rzadko, głównie w okresach bezpośrednio
po wojnie. Kastety (boksy - rozwadowskie) były sporadycznie
sporządzane przez wiejskich kowali, lecz i ich użycie w bitkach to
rzadkość.
Oczywiście większość, jaką stanowili ci bitnicy, którzy nie byli
zawczasu uzbrojeni, była zdana na przedmioty znajdujące się
w zasięgu ręki. To „arsenał" wyjątkowo bogaty, można też
mówić o jego specyfice w zależności od miejsca bitki. Najbardziej
urozmaicony jest zbiór przedmiotów używanych do bicia podczas
muzyk i wesel, gdy bójka rozgrywała się w chałupie i jej
otoczeniu. Niemal każdy element wyposażenia gospodarstwa był
potencjalną bronią bójkową. A więc ławy, krzesła, talerze, garnki,
dzbanki, butelki, tudzież siekacze i tłuczki do ziemniaków,
miotły. Na podorędziu znajdowały się też zwykle v. idły, kosiska,
młotki, orczyki, kłonice, siekiery. No i , rzecz jasna, słynne
sztachety z płotów. Ich sława dorównuje powszechności użycia
w bójkach: Płoty tam takie o, z tych sztachetów to nie dostojały.
Jeszcze przeważnie tak jak gdzieś zabawy były w pobliżu, to nie
dostały, [w 18] Specyfiką weselnych bitek było rozbieranie kuchni
i pieców, zdarzające się w momencie, gdy hołocie udawało się
wyprzeć weselników z chałupy. Kuchnie ulegały całkowitej
destrukcji, ciskano fajerami, kaflami, blatami, cegłami. Swą
odrębność zaznaczały bitki podczas majówek, gdzie, prócz innej
broni, powszechnie używano desek z rozebranych sal do tańca.
Jeżeli majówka odbywała się blisko pastwisk, używano czasem do
bicia drągów z ich ogrodzeń.
Pozostająjeszcze przedmioty zupełnie przypadkowe, używane
w wielu okolicznościach, a więc kamienie, kije, kołki etc.
Najpowszechniej posiłkowano się kamieniami, zwłaszcza pod­
czas grupowych bijatyk. W ostatnim przypadku kamienie były
wybierane z pełną premedytacją, lecz generalnie przedmiotów
tego typu używano z braku innej broni.
Zupełne rozczarowanie spotyka badacza w przypadku kwestii
potencjalnie bardzo interesującej, jaką są zasady i metody walki.
Nie natrafiłem na żadne ślady reguł rządzących biciem. Jeżeli
byto coś istotnego w bójce, to z pewnością skuteczność, nie styl
walki: bił każdy jak mógł, jak mu się dało. [w27] Deklarowany jest
też całkowity brak zakazanych sposobów bicia, na przykład
kopania leżącego. Potwierdzenie istnienia pewnych reguł dotyczy
miasta, gdzie częstsze były pojedynki między dwoma mężczyz­
nami, kiedy nie wolno było między innymi kopać, nie tylko
leżącego. To może być odbiciem przeniesienia elementów sub­
kultury więziennej poza zakłady karne, zauważalnego w dużo
większym stopniu w miastach niż na wsi.

*
Bitka, zjawisko powszechne i mające niebagatelne znaczenie
nie tylko dla kawalerki, musiała ulegać do pewnego stopnia
formie rytualizacji; być nie tylko zaburzeniem, zakłóceniem, bez
reszty spontanicznym, ale nabierać cech „obrzędu" z jego
ustalonym miejscem, czasem i następstwem zdarzeń oraz funkcją.
Chcąc prześledzić stopień zrytualizowania bójek, zająłem się
analizą dostrzegalnych typowych zdarzeń i ich sekwencji w czasie
bitek, zwanych przeze mnie dalej scenariuszem bójki. Nie
oznacza to oczywiście możliwości prześledzenia krok po kroku
całego przebiegu wydarzeń podczas bójki, nawet gdyby udało się
ustalić jakąś jej modelową postać. Istniały natomiast powtarzają­
ce się typowe układy zachowań w konkretnych okolicznościach
i te z nich, które dają się wyodrębnić, zostaną scharakteryzowane.
1) Gaszenie lampy jako sygnał do bitki, to najczęściej
występujący stały element bójki. / pierwszy ruch to potłuczenie
lampy naftowej. Zeby ciemno było. [w24] Dotyczy to w głównej
mierze muzyk, ale od zgaszenia światła zaczynano bitki także
w czasie majówek. Jeśli bójka była zaplanowana, gaszono
jednocześnie całe oświetlenie, a robili to „obstawiający" je

kawalerzy, bywało, że na okrzyk gaś! Lecz i w razie nagle
wybuchłej awantury wołano bić się po ciemku. W zamieszaniu po
zgaszeniu światła dostrzec można pewien porządek. Dziewczęta
umykały w kąty, na środku pozostawali bitnicy, mimo ciemności
dobrze orientujący się, kto jest naprzeciwko kogo. Bójka zwykle
nie powodowała przerwania zabawy, po pewnym czasie zapalano
światło i wracano do tańców. Tego rodzaju przerywniki mogły
mieć miejsce kilka razy w ciągu jednej zabawy - to jest zapewne
przyczyną, dla której dziewczęta nie traktowały bitki jako
powodu do powrotu do domu. Krótkie bójki po ciemku, bez
poważnych następstw i to kilkakrotne w ciągu zabawy, stanowią
typ najpowszechniejszy. To właśnie owe bitki dla „honoru",
„pokazania s i ę " . Czemu jednak służyło gaszenie światła, skoro
kawalerka nie obawiała się otwartych awantur w innych sytuac­
jach? Wiele wskazuje na to, że czyniono to z chęci dalszego
ograniczenia negatywnych następstw bójki, choćby zemsty.
Bójka miałaby pozostać rodzajem rywalizacji między grupami
kawalerów, przynależnym do czasu zabawy, nie zaś do czasu
codzienności.
2) Rozbieranie kuchni. Było elementem typowym szczegól­
nie dla bitek weselnych, rzadziej zdarzało się podczas muzyk.
Pamiętamy, że powodem bójek weselnych był zwykle konflikt
weselników z hołotą, która mogła przyjść z zamiarem wywołania
awantury, jak w słowach śpiewki (Kotula 1962, s. 248):
Co to za wesele, co tu nie ma bitki,
Nie ma tu kto zacząć wrzawy dla rozrywki.
Dążyła ona wówczas do wyparcia gości weselnych z izby do
tańca. Dochodziło do bitwy na przedmioty ciskane przez drzwi
i okna w obie strony. Regułą było, iż „oblężeni" w izbie zapaśni
rozbierali kuchnię, używając jej części do bicia. Sytuacja owa
trwała i do kilku godzin, kończyła się zaś zwykle rejteradą
zapaśnych. Takie ich zachowanie wydaje się na pozór nie­
zrozumiałe: kontynuowanie tańców było właściwie niemożliwe
ze względu na nacierających weselników. Poza tym kawalerka,
która rozbijała wesele była w danej wsi obca i w ostatecznym
rachunku nie mogła liczyć na wygraną. Zważywszy jednak, że
bijatyka była planowana, musiano brać pod uwagę jej typowy
przebieg i możliwe konsekwencje. Pamiętając przy tym o fakcie,
że bójka bywała traktowana jako stały, oczekiwany niemalże (co
wcale nie oznacza: pożądany!) element wesela, opisany charak­
terystyczny bieg wypadków staje się jeszcze jednym wariantem
scenariusza bójki, traktowanej, mówiąc słowami muzykanta
weselnego jako należącą do obrzędów.
3) Niszczenie sal do tańca podczas majówek to zjawisko
0 charakterze analogicznym co rozbieranie kuchni w trakcie bitek
weselnych. Potencjalni bitnicy doskonale zdawali sobie sprawę,
że w każdej chwili mają pod nogami szybko dostępną broń.
Zresztą sprawność, z jaką potrafili rozebrać dechy, zbite bądź co
bądź solidnie, świadczy też o daleko posuniętej wprawie. Bitka
1 zniszczenie sali nie musiały być znakiem końca zabawy, co
wymownie świadczy o oswojeniu bijatyki jako zjawiska. Jak już
wspomniałem, rozebranie sali mogło być poprzedzone zgasze­
niem światła, co rozszerza sferę rytualizacji na kolejną część
działań związanych z bitką.
Z tego co dotychczas zostało powiedziane, wyłania się obraz
zjawiska odmienny od ukształtowanego w potocznym rozumie­
niu: bitka przestaje być fenomenem o całkowicie nieprzewidywa­
lnym toku i finale oraz wywierającym definitywnie destruktywny
wpływ na kulturę w jakiej istnieje. Nie obejmuje to całego pola
semantycznego określonego pojęciem bójki, a raczej dotyczy jej
najpowszechniejszego typu z konieczności noszącego znamiona
modelu. Nieświadomej typologizacji bitek dokonują zresztą
i sami ludzie wypowiadający się o nich, co widać w zróż­
nicowaniu słownictwa. Opowiadanie o „ z w y k ł e j " bójce nie
nastręcza nikomu większych trudności; istnieje bogactwo okreś­
leń na samą bójkę, bicie i bijących się (kwestia terminologii
bójkowej, podobnie jak folklor bitkowy, zostały w artykule, ze
względu na ograniczoną jego objętość, jedynie zasygnalizowane).
Natomiast przedstawienie zdarzeń wyjątkowych, tragicznych,

61

�wymaga też specjalnej terminologii. Należą do niej choćby takie
określenia jak krzywda, bandytyzm. Pierwsze nie bywa używane
w odniesieniu do konsekwencji zwykłej bitki, tak samo drugie:
bitnik mógł być określany jako chuligan, bijak, ale nie jako
bandyta.

Jednym z celów rozważań nad bitką była chęć określenia jej roli
w życiu społeczności wiejskiej, ustalenie charakteru zależności
między bójką a funkcjonowaniem grupy. Analiza okoliczności
bójek, uczestników i motywów ich postępowania oraz stopnia
społecznej akceptacji wskazuje bezpośrednio na kawalerkę jako
na głównego aktora wydarzeń i zainteresowanego przedmiotem
naszej refleksji. Jej też poświęcę na koniec więcej miejsca.
Przedtem kilka zdań tyczących konfliktu i możliwych odniesień
tego pojęcia do zjawiska bitki. Rozumiany jest on jako sprzecz­
ność interesów, poglądów, niezgodność, spór. Mówi się też
ogólnie, iż powstaje wówczas, gdy istnieje jakieś dobro, które nie
może być jednocześnie w posiadaniu wszystkich doń preten­
dujących, a dobrem tym może być stanowisko, rzecz, słuszność,
władza lub cokolwiek innego (Reykowski 1984, s. 64). Niepo­
dzielność dobra nie musi być przy tym rzeczywista - wystarczy,
że jest ono za niepodzielne uznane. Konflikt jest przyczyną walki
o porządane dobro. W jakich okolicznościach bójka jest wynikiem
sprzeczności interesowi Pamiętamy, że można tak zakwalifiko­
wać wiele bitek na zabawach i weselach. Dążenie dwóch grup
(kawalerów miejscowych i „ o b c y c h " , weselników i hołoty) do
opanowania sali do tańca staje się impulsem do walki. To samo
dotyczy walki o dziewczęta. Dobrem jest tutaj (w rozumieniu
czegoś wykazanego, udowodnionego) „ h o n o r " , „rządzenie",
a zatem prestiż. Brakiem „ h o n o r u " byłoby dać wyprosić się z sali
do tańca, pozwolić „rządzić" obcym. Lecz, zauważmy, dobro,
jakim staje się prestiż, wcale nie musi być explicite uznawane za
niepodzielne: bitka dla podkreślenia prestiżu nie powstaje z chęci
zagarnięcia dla siebie wyłączności na „rządzenie". Istotą jest
okazanie, że jest się „ h o n o r o w y m " , oraz prowokowanie drugiej
strony, aby dowiodła swojego prestiżu. Nie mamy tu więc do
czynienia ze sprzecznością interesów czy wartości. Rzecz w za­
chowaniu równowagi w dostępie do dobra wspólnego dla rywali­
zujących.
Wyróżnia się także typ konfliktu destruktywnego, przebiegają­
cego zgodnie z zasadą „zwycięstwo jest niepodzielne' ', „albo my,
albo o n i " (tamże, s. 65). Większość bitek nie pokrywa się z tym
schematem. Rzadko mamy do czynienia z dążeniem do znisz­
czenia przeciwnika. Stąd istnienie scenariusza: zabawa - gaszenie
światła i bójka - zapalenie światła i dalsza zabawa. Jedynie bójki
wywoływane w celu rozbicia zabawy, wesela przez rozbójników,
oraz będące aktem zbiorowej zemsty lub bezpośrednią konsek­
wencją picia alkoholu, mieszczą się do pewnego stopnia w wy­

mienionym typie konfliktu. Nie dostrzegamy tutaj owej swoistej
gry, rywalizacji, demonstrowanego „ h o n o r u " . Kawalerzy ze­
mszczą się lub zostaną bez litości pobici. Rozbójnik sterroryzuje
wesele bądź grozi mu okrutna zemsta, a nawet śmierć.
Kawalerka wiejska, jako że awansowała na „głównego win­
nego' ', zasługuje jako taka na odrębną uwagę. Pożyteczne będzie
moim zdaniem potraktowanie jej jako grupy wieku, z jej
częściową formalizacją, trwałym członkostwem, organizacją
wedle kryterium wiekowego. Grupa wieku może mieć swych
przywódców, ustaloną hierarchię i strukturę, nazwę, pieśni,
odrębny status wobec reszty społeczności. Jej członkowie po­
czuwają się do wspólnoty i odrębności wobec innych grup wieku.
Jedynie kwestie sformalizowania i stałego członkostwa mogą
budzić tu pewne wątpliwości: w obrębie jednej wsi bywa kilka
grup kawalerów, skład ich jest płynny. Określenia kawalerka nie
można wprawdzie uznać za nazwę własną grupy, jest ono jednak
powszechnie jednoznacznie rozumiane. Oznacza grupę mło­
dzieńców, nie posiadających jeszcze statusu dorosłych, będących
w swego rodzaju okresie „przygotowawczym". Pozostałe cechy
wymienione w definicji grupy wieku przystają pełniej do kawale­
rki. Istnieje więc rodzaj dyscypliny wewnętrznej, silne poczucie
solidarności, zadziorni bitnicy odgrywają sporadycznie rolę auto­
rytetów. Status kawalerki jest zdecydowanie wyodrębniony spo­
śród innych grup społecznych: tolerowane są takie jej działania,
niezgodne z normami kulturowymi, które wymagają określonych
przywilejów. Śpiewki bitkowe (aspekt pominięty w artykule)
służyły dodaniu animuszu oraz prowokowaniu innych paczek,
hebr. Potraktowanie kawalerki jako grupy wieku rzuca nowe
światło na znaczenie bitek oraz implikuje konieczność zajęcia się
kilkoma szczegółowymi kwestiami.
Po pierwsze, rola integracyjna bójek. Były one sprawdzianem
solidarności i lojalności każdego kawalera. Fakt przynależności
do zwartej grupy był w równym stopniu źródłem poczucia
bezpieczeństwa w sytuacjach konfliktowych, co przyczyną
owych właśnie sytuacji. Jest to mechanizm samonapędzający się:
jedna ze stron demonstruje „ h o n o r ' ' i solidarność, druga jest
zobowiązana do reakcji analogicznej. Sytuacja bitki uwidacznia
też pewien wpływ faktu przynależności każdego młodzieńca
w odpowiednim wieku do kawalerki na integrację całej społecz­
ności. Ma to miejsce w przypadku czynnego udziału w bitce
starszych mężczyzn, angażujących się po stronie „swoich"
kawalerów. Dotykamy tu kwestii pośredniego wpływu bójek na
przyszłe dorosłe życie mężczyzn. Zabawy wiejskie, jedna z nieli­
cznych rozrywek, ściśle wiązały się ze sferą życia seksualnego,
kojarzeniem się małżeństw. Przy obowiązujących kanonach
zachowania w konfrontacji z rywalem, bójka i okoliczności jej
towarzyszące stanowiły w pewnym sensie o wartości kawalera.
To z kolei wiąże się z problemem nazwanym przeze mnie
przymusem bójki. Przynależność młodego mężczyzny do kawa­
lerki była jednym z istotnych elementów pełnego jego uczestnict-

Jedno z narzędzi bójek - sprężyna z kulkami

62

�wa w kulturze. Łączyło się to z uczestnictwem w zabawie,
koniecznością „ o b r o n y " swojej dziewczyny etc. Nie wynika
z tego, iż kawaler musi odznaczać się bitnością - tutaj swoją rolę
odgrywali przeróżni bójkowi prowodyrzy. Kawaler był często­
kroć stawiany w sytuacji przymusowej. Zabawa była miejscem
bitek, zaś odmowa solidarności nie wchodziła w grę bez ryzyka
wyrzucenia poza nawias kawalerki lub społeczności w ogóle. Jest
to jedna z istotniejszych przyczyn częstości bójek, ale też
wzmiankowanej niechęci do hersztów, stawiających swe otocze­
nie w sytuacjach przymusu.
*
Od czasu do czasu walą się po ryjach, ale bynajmniej nie o kobiety,
tych w Tarnowce nadmiar. Ot, tak z łaski na uciechę i dla
podtrzymania tradycji. (...) Bez bitki nie może się obejść, a powstajązbyle powodu, o obrazę honoru, o dziewczynę (...) żeby wieś
miała o czym plotkować. Zaś większe bitki przechodzą do historii
wsi i tradycji, podobnie jak ilość gości, jadła i napitków (...)
wybitych okien, połamanych sprzętów i temu podobnych atrakcji.

Ten przydługi cytat to słowa wiejskiego muzykanta-pamiętnikarza z rzeszowszczyzny, Jana Kisały (Kotula 1979), a przyto­

czony został ze względu na poruszoną w nim nader istotną
kwestię, mianowicie stopnia społecznej akceptacji bójek. Widzi­
my tutaj nie tylko określenie znaczenia ich dla całej społeczności;
więcej - podniesienie bitek do rangi koniecznego elementu
obrzędów weselnych, angażującego tak kawalerkę jak ludzi
starszych. Inny muzykant, bynajmniej nie entuzjasta bitek (muzy­
kanci byli często tymi, którzy szczególnie od nich cierpieli),
mówił o nich, że należały do obrzędów weselnych; w sposób
wiarygodny oddają te słowa stosunek do bójek reszty społeczno­
ści. Zatem nie samo bicie się, nie sama bitka są społecznie
nieakceptowane, ale w znacznej mierze ich specyfika, określana
skutkami. Kulturowy wpływ ograniczający negatywne konsek­
wencje bitek przejawia się nie tylko we względnej izolacji
hersztów, ale i w gwałtowności reakcji na zachowanie tych, którzy
przekraczają granice, za którymi bitka jest chuligaństwem, gran­
dą. Przy całej ostrożności, z j a k ą należy traktować takie jak
przedstawione powyżej deklaracje, można uznać, że czynią one
pełniejszym zrozumienie rzeczywistości, uzupełniając spojrze­
niem od wewnątrz zewnętrzny (acz równie zwykle subiektywny)
ogląd badającego.

WYBRANA LITERATURA
Kowalczyk A.
1994 Materiały terenowe do przygotowywanej pracy magisterskiej na
temat muzyki disco polo
Nawalany J.

Bojko J.
1911

Okruszyny z Gręboszowa,

Lwów

Caillois R.
1973 Żywioł i ład, Warszawa
Chętnik A.
1924 Kurpie, Kraków
1971

1908

Gadki Kurpiowskie, Olsztyn

1984

Drozdowska W.
1961

Grupy rówieśnicze

w Załęczu

Wielkim (podział,

obrzędy

recep­

cyjne, życie towarzyskie), „Prace i Materiały Muzeum Archeo­
logicznego i Etnograficznego w Łodzi", Seria Etnograficzna
nr 5, s. 97-118, Łódź
Huizinga J.
1985

Homo ludens. Zabawa jako źródło

kultury, Warszawa

Kłosowski Z.
1984

Młodzieżowa

społeczność

zjawisko

kulturowe,

„Wieś

zabawowa na wiejskich zabawach

tanecznych, „Kultura i Społeczeństwo", t. 29, s. 223-238
Kotula F.
1962

Z Sandomierskiej Puszczy. Gawędy kulturowo-obyczajowe,

Kra­

ków
1979 Muzykanty, Warszawa
1989

„Lud", t. 14,

Przeciw urokom, Warszawa

Logika walki, Warszawa.

Rożenowa H.
1961

Produkcja wódki

i sprawa pijaństwa

w Królestwie

Polskim

1815-1863, Warszawa
Rulikowski E.
1879 Zapiski etnograficzne z Ukrainy, „Zbiór Wiadomości do Ant­
ropologii Krajowej", t. 3, s. 124-129
Słomka J.
1983

Wiejskie zabawy taneczne jako

Współczesna", t. 28, z. 5, s. 84-88
1985

Opis wesela w Juszczynie (pow. Myślenice),

s. 378-396
Reykowski J.

Pamiętniki

włościanina,

Warszawa

Starkowski Ks. W.
1879

Materiały

do etnografii ludu polskiego z okolic Kielc, „Zbiór

Wiadomości do Antropologii Krajowej", t. 3, s. 22-30
Wawrzeniecki M .
1901 Bójki włościan, „Wisła", t. 15, s. 254-255
Wójcicki K. W.
1841 Charakterystyka Mazurów (nie znane miejsce i rok wydania);
w przypisie podano: Z rękopisu „dzieje Mazowsza do połącze­
nia z koroną 1526 r.". Bibilioteka KEiAK, sygn. TNW 974

SPIS WYWIADÓW
M A R I A N P E R Z A N O W S K I , 55 lat, zair.. O S T R Ó W E K k/WOŁOMINA.
A N D R Z E J U C H A L , 45 lat, zam. D U C Z K I k A V O L O M I N A .
Pan S K R O D Z K I , 76 lat, zam. G R Z Y M A Ł Y k / N O W O G R O D U .
S T E F A N I A S A D O W S K A , 72 lata, zam. Z B Ó J N A k / N O W O G R O D U .
Pan RESZYŃSKI, ok. 80 lat, zam. Z B Ó J N A k / N O W O G R O D U .
Mężczyzna, 63 lata, zam. Z B Ó J N A k / N O W O G R O D U , ul. Łomżyńska 74.
Kobieta, 68 lat, zam. Z B Ó J N A k / N O W O G R O D U , ul. Łomżyńska 55.
Z O F I A P E T K I E W I C Z , 78 lat, zam. Z B Ó J N A k / N O W O G R O D U .
F R A N C I S Z E K J E S I O N K O W S K I , 75 lat, zam. M Ą T W I C A k/NOWO­
G R O D U , nr 90.

[W 16] Dwie kobiety, ok. 30 i ok 70 lat, zam. M Ą T W I C A k / N O W O G R O D U , nr
12.
[W 17] Pan P A W E L C Z Y K , 58 lat, zam. K U P I S K I k/ N O W O G R O D U .
[W 18] T A D E U S Z JĘDRZEJCZYK, ok. 50 lat, zam. CIĘĆK k/MYSZYŃCA, nr
11.

[W10] Pani B R Z Ó Z K A , ok. 70 lat, zam. Z B Ó J N A k / N O W O G R O D U , ul.
Łomżyńska.
[W U ] JÓZEF K O W A L C Z Y K , 82 lata, zam. Z B Ó J N A k/Nowogrodu, ul.
Łomżyńska.

[W 23] C Z E S Ł A W B R Z O Z O W Y , ok. 70 lat, zam. KADZIDŁO, ul. Kurpiowska
25.

[W 1]
[W 2]
[W 3]
[W 4]
[W 5]
[W 6]
[W 7]
[W 8]
[W 9]

[W 12] Pani O L B R Y Ś , 80 lat, zam. DĘBNIKI k/Nowogrodu, nr 25.
[W 13] Mężczyzna, 75 lat, zam. D Ę B N I K I k / N O W O G R O D U , nr 3.
[W 14] Pani M O D Z E L E W S K A , 85 lat, zam. G R Z Y M A Ł Y k / N O W O G R O D U , nr
34.

[W
[W
[W
[W

19]
20]
21]
22]

Mężczyzna, 68 lat, zam. S T A R Y M Y S Z Y N I E C .
Pan K R Y C Z K I E W I C Z , ok. 70 lat, zam. M Y S Z Y N I E C , ul. Bema.
Pan W O Ł O S Z , ok. 65 lat, zam. K A D Z I D Ł O , ul. I Armii W.P.
Pani G N A T K O W S K A , 82 lata; Pan C H R U B I C K I , 77 lat, zamieszkali
KADZIDŁO.

[W 24] Pan K O N O P K A , ok. 40 lat, zam. K A D Z I D Ł O .
[W 25] Dwie kobiety: babcia i wnuczka; 75 lat i ok. 20 lat, zam. W A C H
k/KADZIDŁA.
[W 26] S T E F A N B Z I U K I E W I C Z , ok. 70 lat, zam. W A C H k/KADZIDŁA.
[W 27] Z D Z I S Ł A W KOPCZYŃSKI, 69 lat, zam. W A R S Z A W A ; R O B E R T
O T W I N O W S K I , 57 lat, zam. W A R S Z A W A

[W 15] Pani N A S I A D K O , 70 lat, zam. M Ą T W I C A k / N O W O G R O D U , nr 7.

63

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9914" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9892">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/0d69359bcc3a1ebbffae6f695250aaa8.pdf</src>
        <authentication>fd94a29dcfd870a93a805d03373c4de2</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117948">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2961</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117949">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117950">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2765</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117951">
                <text>Kilka uwag na marginesie... / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117952">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1, s.50</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117953">
                <text>Kubiak, Krzysztof</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117954">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117955">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117956">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117957">
                <text>Kilka uwag na marginesie...
Krzysztof Kubiak
W maju 1993 zorganizowaliśmy z Terencem Wrightem tydzień
etnograficznychfilmówbrytyjskich. Po raz pierwszy w Polsce pokazali­
śmy tak dużą różnorodność szkół, podejść metodologicznych i okresów
historycznych w filmie etnograficznym. Udało się dokonać projekcji
kilkudziesięciu filmów. Tekst Terence'a Wrighta publikowany poniżej
był wypowiedzią zamykającą nasz przegląd. Zorganizowaliśmy go, aby
pokazać to, co było dotychczas nieznane; zwłaszcza że obecny czas
sprzyja antropologii wizualnej, a coraz więcej osób deklaruje zaintere­
sowanie filmem etnograficznym.
Wielka Brytania jest krajem gdzie istnieje „rynek" tego rodzaju
filmów, a co za tym idzie mają one swą klientelę. Telewizja pokazuje
cykle filmów etnograficznych.
W tej chwili w Polsce nie odbywa się żaden cykliczny festiwal filmów
etnograficznych, podczas gdy np. we Francji mamy kilkadziesiąt
przeglądów i festiwali tego rodzaju rocznie. W praktyce osoby chcące
obejrzeć antropologiczny, bądź „antropologizujący" film dokumental­
ny muszą zdać się na telewizję, gdzie, tego rodzaju programy pojawiają
się sporadycznie. Nie daje to możliwości usystematyzowania gatunku
choćby dla własnych potrzeb. To, co pokazaliśmy podczas naszego
przeglądu było bardzo różnorodne; dobre ale i złe, przykuwające uwagę
i, dla wielu, nudne, muzyczne i mówione, obiektywne i subiektywne,
surowe i starannie zakomponowane...
Etnografia i antropologia jeśli mają mieć sens muszą służyć toleran­
cji, budując ją również wśród nas samych - badaczy. Tak samo jak
antropolog odkrywa, że „oni" - tubylcy mają dusze, tak też etnograf
robiący filmy potrzebuje otwarcia się na inne, niż nasza własna, tradycje
dokumentu filmowego. Przykładem tego „innego" był choćby telewi­
zyjnyfilmThe Kawelka: Ongka 's Big Moka pokazujący Papuasa Ongkę
wydreptującego i wykłócającego się ze współplemieńcami o zor­
ganizowanie monstrualnej uczty zwanej Wielką Moką. Jest to opowieść
snuta od strony Ongki - wodza, a zarazem, organizatora uroczystości
będącej darem dla innych plemion. Film jest spokojny. Jego problem to
sprostanie honorowej powinności, którą jednak można odwlekać w cza­
sie na wiele, wiele lat. Film oddaje atmosferę mozołu, mordęgi
w dreptaczym trudzie Ongki, by uzyskać kontrybucję wszystkich na
rzecz uroczystości. Udaje się. Moka może się odbyć. Czujemy się tak
jakby był to również nasz sukces. I wtedy, po blisko 2. godzinach filmu
ukazują się napisy mówiące, że Moka odbyła się. I k o n i e c . Film
pokazuje Papuasa przezwyciężającego trudności i kłopoty jako zwyk­
łego człowieka, bliskiego nam wszystkim. Pod względem oglądalności
był to największy sukces serii „Dis-appearing World" z Granada
Television. Kolejnym „innym" był piękny, głęboko humanistyczny
film Two girls go hunting, zrealizowany w Etiopii. Autorka (Lydall)
prawdziwie i wiarygodnie ukazuje przygotowania do małżeństwa
widziane z perspektywy kobiety. Opowiadają o tym - młoda dziew­
czyna, chłopiec i starsza kobieta. Każde z nich przedstawia swój obraz
małżeństwa; obawy, zalety, samotność każdego w podejmowaniu
decyzji o założeniu rodziny. Widzimy, że to są l u d z i e , tacy jak my
i zaczynamy wstydzić się naszych, stereotypowych wyobrażeń o Mu­
rzynach.
Aby zobaczyć człowieka w innym należy, opisując jego kulturę,
próbować ją zrozumieć. Znaczy to spróbować wykroczyć poza swoje
własne, kulturowe ograniczenia. Odkryciem antropologiii wizualnej,
dokonanym w wiele lat po udźwiękowieniu pierwszych filmów, było
spostrzeżenie, że „oni" też mówią i co więcej mają coś do powiedzenia.
Słowem przedstawiając inną, niż nasza, kulturę możemy zrezygnować
z głosu narratora („colonial voice"), będącego wyniosłym i obojętnym
objaśniaczem, na rzecz ich własnego głosu i języka. Daje się im
wówczas prawo do wypowiadania poglądów na temat ich własnego
życia, językiem ich własnych słów, pojęć, idiomów. Może to wzbogacić
i nasze rozumienie świata. Ta rezygnacja z filtru kulturowego, będącego
przecież w każdym antropologu, sygnalizowana jest choćby w tytułach
filmów, takich jak The Kawelka: Onga's Big Moka czy Dor, Low is

better. Jest to zabieg znany w reportażu, polegający na tym, że
umieszcza się w tytule i tekście oryginalne wyrażenia. Podkreśla to
egzotykę sytuacji i opisuje pozycję narratora, który pochodząc z nasze­
go świata przybliża nam nieznaną i nieosiągalną dla nas strefę.
W reportażu, zwykle potem, następuje ostry, zewnętrzny język opisu.

50

Zaś w wielu pokazanych przez nas filmach opis nie jest ostry
i spuentowany, jak często bywa w reportażu. Ukazywanie niespieszności rytmu życia poprzez tempo filmu jest zabiegiem ryzykownym
i wymaga od widza, zarówno treningu w takiej tradycji, jak i - przede
wszystkim - chęci zrozumienia i „wczucia" się w obcą kulturę.
Oglądając zwykłe życie wraz z jego rytmem, jakby kapaniem chwil
czasu, mamy często wrażenie obcowania z czymś prawdziwszym niż
tylko fragmentaryczność artystycznej impresji czy chłodny, naukowy
opis.
Sprzyja temu zestawienie mowy z tym co asemantyczne, jakimś
„ple,ple", mającym służyć, nie tyle, przekazaniu treści, co raczej
podtrzymaniu kontaktu z drugim człowiekiem (np. Raju and his friends
(Banks) Home from the hill (Dineen). Potrzeba dowiedzenia się
„wszystkiego" o obyczajach, systemach pokrewieństwa, budownict­
wie, klasyfikacjach i taksonomiach, jest zgodna z naszą tradycją
badawczą zrodzoną z kultury pisma. Zaś nasza tradycja filmowa
pozwalałaby ujrzeć tych samych ludzi w egzotycznym jazgocie rytual­
nych tańców i mało jasnych, pogańskich obrzędów. W filmach jakie
pokazaliśmy często nie ma opisu społeczeństwa. Jest za to dialog, dzięki
któremu badacz-filmowiec zaprzyjaźnia się z Osobą(ami). Społeczeń­
stwo jest schowane za osobą.
Pokazaliśmy też kino „obiektywne", gdzie obraz oddzielony jest od
dźwięku a głos należący do zachodniego, europejskiego narratora
opowiada i wyjaśnia co „oni" robią i jak żyją (The Trobriand Islanders
- Powell). Taki zabieg nie dziwi nas przy oglądaniu telewizyjnych
newsów, gdzie obraz nie jest ilustracją dźwięku i odwrotnie. I o ile
wydaje się to być dopuszczalne w filmie przyrodniczym, to w naszym
zestawie zabrzmiało to jak obcy dźwięk.
Filmy Granada TV z serii „Disappearing World" bywają różne.
Czasem dyskretny komentarz nie tylko nie razi, ale wydaje się w ogóle
nie istnieć (np. The Kawelka...), czasem nie ma go wcale (The Eskimos of
Pond Inlet Grisby), bywa też zupełnie konwencjonalny jak w filmie
Baka: People of the Rainforest (Agland). Pokazaliśmy też prace
filmujących etnografów - Raju... (Banks), Dor... (Boonzajer), Re­
claiming the forest (Henley), uzupełniające i rozwijające ich prace
pisane, oparte na badaniach terenowych. Wspomniana seria „Disapearing World" podaje zawsze dwa nazwiska autorów - reżysera i ant­
ropologa, najczęściej autora książki lub cyklu artykułów o prezen­
towanej kulturze. Seria ta ma swoją stałą widownię w Wielkiej Brytanii.
Czy w Polskiej TV jest szansa na zaistnienie takiegofilmuetnografi­
cznego? Dobrze by było. Niestety duża część telewizyjnej produkcji
inspirowana jest płytkim, powierzchownym rozumieniem etnografii.
Łatwiej doszukać się antropologicznej prawdy w filmach nie mających
etnografii w tytule i deklaracjach ich twórców. Sami zresztą przy­
czyniamy się do trwania stereotypowego obrazu etnografa w mediach.
Dla dziennikarzy, również telewizyjnych, etnograf to specjalista od
różnych świąt (wtedy zwykle wzywa się go by wypełnił jakąś część
programu), stroju i tańca ludowego, strzechy, dłubanych łodzi i kanibali­
zmu. Nie ma tu miejsca na próbę takiego opisu świata, by służył on jego
zrozumieniu. Jest za to fascynacja innością i egzotyką. Uczucia te legły
jako fundament naszej dyscypliny, lecz od tego czasu dokonała ona
olbrzymiej refleksji, również nad sobą samą. Robiąc więc programy dla
telewizji powinniśmy próbować wyjść poza dziennikarski stereotyp
naszej dyscypliny. Magia i moc telewizji sprawia, że dociera ona do
niewyobrażalnej (w tekście drukowanym) ilości odbiorców. Powinien
to być dla nas argument „Za". Na razie „natura" naszej telewizji nie
daje szans na emisję antropologicznych „dokumentów" o długości
filmu fabularnego (jak niektóre filmy z serii D.W.), ale nie próbowaliś­
my wystarczająco wytrwale.
Skoro akcent kultury przesuwa się na jej stronę wizualną (obecność
TV w życiu codziennym, ofensywne plansze reklamowe na ulicach
i drogach, przyrost ilości pism ilustrowanych) etnograf powinien
tworzyć własne filmy i programy TV posługując się językiem filmu
i telewizji. Przy powszechności techniki video może to wkrótce stać się
faktem. Mam nadzieję, że wówczas będziemy musieli znaleźć sposoby
dystrybuowania takiej produkcji, a problemem będzie wykształcenie
widowni chcącej oglądać filmy i programy dające możliwość „ant­
ropologicznego" zrozumienia różnorodności świata.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9913" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9891">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/9834036da99f69bd48feca7a1270fb42.pdf</src>
        <authentication>05b976216231e163cafef255225f3ea0</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117938">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2965</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117939">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117940">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2769</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117941">
                <text>Na Podhalu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117942">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1, s.66-75</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117943">
                <text>Kroh, Antoni</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117944">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117945">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117946">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117947">
                <text>Na Podhalu
Antoni Kroh

Moja babcia była uczennicą carskiego gimnazjum w Zgierzu.
Uparła się dalej studiować, przetrzymała rodzinne perswazje
i wyjechała za granicę, do Krakowa. W tamtych czasach student
płci żeńskiej, to był rzadki ptak; babcia wspominała, jak pewien
pan profesor, rycerski wobec dam, ale nie tolerujący ich na
uczelni, spytał z wyszukaną uprzejmością, czy nie obiło jej się
0 uszy nazwisko, najmocniej przepraszam że ośmielam się
Łaskawą Panią fatygować, Adam Mickiewicz. Wyjaśniła lodo­
watym tonem, że owszem, obiło, pan profesor zachwycił się jej
niezwykłą jak na kobietę erudycją i wyjąkał: nie chciałbym być
natrętnym, ale skoro Czcigodna Pani zdecydowała się zostać
adademiczką, to może byłaby Pani tak uprzejmą natężyć pamięć
1 wymienić ze trzy utwory tego poety... Uczyniła zadość jego
prośbie, wpadł w ekstazę, wpisał stopień celujący i w lansadach
odprowadził do drzwi. Babcia bardzo chciała się nie rozpłakać
i prawie jej się to udało. Inny znowu pan profesor oznajmił
z katedry, że skoro damy wyświadczyły mu ten zaszczyt
i raczyły uświetnić jego wykład swoją uroczą obecnością, to on
uważa za swój obowiązek zmienić temat, albowiem musi
wyjaśnić, jak odróżniać grzyby trujące od jadalnych, by
Czcigodne Słuchaczki nie wymordowały swoich przyszłych
mężów. Tenże profesor (nie wiem, jak się nazywał) zwracał się
do mojej babci per „Jaśnie Oświecony Pan Anna B o b i ń s k a " .
Dziewczęce przyjaźnie, zadzierzgnięte w takich warunkach,
trwały do późnej starości.
Przyjaciółka mojej babci miała na imię Malwina. Została
nauczycielką, wyszła za pana Doborzyńskiego. Mieszkali
w Warszawie, a pod koniec lat dwudziestych wystawili sobie
letni dom na zupełnym odludziu, w Bukowinie. W ciągu nie­
długiego czasu Bukowina z zapadłej dziury przeistoczyła się w
modne letnisko. Bukowinę Tatrzańską - za sprawą niewielkiej
grupy społeczników, między innymi państwa Doborzyńskich.
W końcu lat czterdziestych pani Doborzyńska była w d o w ą
i mieszkała w Bukowinie na stałe. Ja miałem sześć lat, dusiła
mnie astma i nie bardzo było wiadomo, co ze mną robić; Mama
po śmierci Ojca musiała iść do pracy, a Babcia miała wojenną
gruźlicę oraz parę innych chorób.
Nie wiem, jak dorośli porozumieli się w mojej sprawie.
Pewnie pani Doborzyńska sama wyszła z propozycją; podczas
wojny pracowała w tajnym nauczaniu, po wojnie była na
Olczańskim Wierchu spolegliwą sąsiadką, robiła zastrzyki,
doradzała w rozmaitych sprawach, pomagała góralskim dzie­
ciom w nauce, bo po prostu taka była. No, i wzięła sobie na
głowę nadwrażliwego, chorego miejskiego dzieciaka, jakby to
był jej wnuk.
Mieszkałem w Bukowinie, z przerwami, między szóstym
a czternastym rokiem życia - wtedy, gdy człowiek jest najchłonniejszy i wszystko co najważniejsze się w nim odkłada.
Chodziłem tam do piątej, szóstej i siódmej klasy.
Zawieźli mnie, zostawili. Nic nie rozumiałem, ale jedno
wiedziałem na pewno: nienawidzę wszystkich i wszystkiego.
Droga przed domem była jednym wielkim grzęzawiskiem; od
jesieni zamarznięta, zgrudzona, nogi wpadały w koleiny, nie
dało się chodzić, płakałem. Dom aż kołysał się od wiatru,
wszystko świstało, trzeszczało, wyło przeraźliwie, gałęzie
szamotały się w świetle księżyca. M ó w i o n o że to halny, który
zrywa dachy, łamie drzewa, a człowieka może zwyczajnie
porwać i cisnąć gdzieś daleko. Po cóż więc mieszkać w takiej
strasznej okolicy? O ileż lepiej w Warszawie, gdzie jest tyle
przytulnych ruin do zabawy. Dom w porównaniu do naszej
warszawskiej kochanej ciasnoty wydawał mi się bezsensownie
przeogromny. Trzy wielkie pokoje na górze stały puste. Po co je
budowano, skoro nikt w nich nie mieszkał? Weszłyby tu ze trzy

66

rodziny przecież. Drobna, siwa pani powiedziała, żebym mówił
do niej „ B a b u n i u " . A to niby z jakiej racji. Więc na początku
zwracałem się do niej pokrętną składnią, bezosobowo. Dopiero
po dłuższym czasie awansowałem j ą na Babunię.
Dzieci sąsiadów mówiły niezrozumiale i zachowywały się
dziwacznie. Ale j u ż podczas pierwszej zabawy zrozumiałem, że
to j a jestem dziwaczny, natomiast oni normalni - z tej
oczywistej przyczyny, że j a jestem sam, a ich kilkanaścioro.
Język, ubranie, pochodzenie, zachowanie, nazwisko - wszyst­
ko, czego dotychczas używałem na co dzień, kompromitowało
mnie, zdradzało mnie obrzydliwie, szydziło ze mnie. Na
przykład - dotychczas „wychodziłem na grubo" albo „na
cienko", tutaj dzieci po prostu srały albo jscały, przykucnąwszy
gdzieś, niespecjalnie się kryjąc. Gdy któreś naginało się do
mojej polszczyzny, reszta wybuchała śmiechem. Śmiech jest
o wiele gorszy niż bicie. - Jako sie pises? - Zwyczajnie, piórem.
Śmiech. - No, jako cię wołają? - Raz głośniej, raz ciszej.
Śmiech. W i ę c urzędowo: imię i nazwisko? Nazwisko mam obco
brzmiące, czyli głupie i śmieszne. Co robić? Przyznać się,
powiedzieć Krouu, bo tak należy moje nazwisko wymawiać,
czy ratować się k ł a m s t w e m ? Jak się odtąd nazywać - Krok,
Kruk, Król? Co robię w Bukowinie, gdzie moi rodzice?
Wyjaśniam, że tatuś zginął w wypadku, a mama mieszka
w Warszawie. - A jak zginął? Zadowolony, że wreszcie mogę
czymś się pochwalić, opowiadam: ciężarówka się wywróciła
kołami do góry i go przygniotła. - A to cymu nie hipnon w bok?
Nas tato nie byłby taki głupi!
Ale się przecież z nimi zaprzyjaźniłem. Trzeba się było
czymś wkupić do towarzystwa, więc sporządziłem machajkę.
Taką machajkę, daleką k r e w n ą kościelnej kadzielnicy, miał
każdy chłopak u nas na Bielanach. Była to puszka po konserwie
uwiązana na drucie. Dno należało podziurawić dla dostępu
powietrza. Do machajki wpychało się kawałek gazety, tekturę,
patyki, podpalało się i machało nad głową. D y m układał się
w piękne esy floresy, czasem buchnął płomień. Kilku chłopacz­
ków z sąsiedztwa pod moim fachowym kierownictwem sporzą­
dziło sobie machajki; machaliśmy wesoło, w ustronnym miejs­
cu, za stodołą pełną słomy. Na szczęście ktoś zauważył, więc nie
było tragedii, a zaledwie awantura i sporo regionalnych prze­
kleństw, z których najbardziej zainteresowały mnie „basamazania" i „ b a s a m a k u t i a " , bo ich nie znałem. Znakomite przekleńs­
twa, egzotyczne i miejscowe zarazem, nadawały się do użytku
w domu - za psiakrew i cholerę byłem tępiony, a za to nie, bo
dorośli myśleli, że to taka sobie dziecięca pogaduszka. Znacznie
później dowiedziałem się, co to znaczy i że to z węgierskiego.
Sąsiad nazywał się Kuruc; gdy po latach przeczytałem, kim byli
kumce, w jednej sekundzie doszedłem do ściśle naukowego
wniosku, że przekleństwa i nazwisko to pamiątka bukowiańs­
kich Kuruców po ich madziarskich przodkach, którzy po klęsce
Wiosny Ludów schronili się w tatrzańskiej puszczy. Ta łatwość
wysnuwania wniosków i poczucie satysfakcji, płynące z nie­
złomnej wiary, że to, co właśnie wymyśliłem, jest obiektywnym
faktem, czyniła ze mnie dobry materiał na humanistę.
Drugi sąsiad nazywał się Rusin. To nazwisko często spotyka­
ne w Bukowinie; jest także Rusiński Wierch i Rusinowa Polana.
Gazda Rusin strzygł owce, więc i dziecko potrafił ostrzyc. Żeby
było równo, wsadził mi na głowę donicę i obciął, co wystawało.
Wyświadczył mi tym przysługę, bo od tej pory nie wyróżniałem
się tak okropnie, przynajmniej pod względem fryzury. Ale
moim pierwszym uczuciem do sąsiada Rusina nie była wdzięcz­
ność.
Sąsiad Rusin miał córkę Hankę; zawdzięczam jej aforyzm,
który towarzyszy mi przez całe życie. Gdy kończyliśmy zabawę

�0 wiele później niż należało, Hanka bała się wracać do chałupy.
Przystawała, miała bardzo ważne rzeczy do powiedzenia, nie
śpieszyło jej się do awantury i lania. A ż nadchodził moment
twardej decyzji; brała się pod boki jak dorosła gaździna i mówiła
z determinacją: „coz m i zrobiom? Przecie mnie nie zjedzom.
A jak mnie zjedzom, to mnie wysrajom". Otóż to.
Za oknami werandy rozciągała się szeroka na cały horyzont
panorama Tatr, od Szalonego Wierchu i Płaczliwej Skały na
wschodzie aż po Giewont, Osobitą i dalej ku zachodowi. Na
ścianie wisiała, przybita gwoździami tapicerskimi, fotograficz­
na składanka „Panorama Tatr z B u k o w i n y " , z nazwami
szczytów i wysokościami. Wysokości mnie nie obchodziły, ale
szczytów nauczyłem się na pamięć i recytowałem je bezbłędnie,
tyle że od prawej ku lewej, wskazując ręką od lewej ku prawej;
składanka wisiała w kącie, nie mogłem równocześnie patrzeć
wte i wewte i porównać obrazka z tym, co widziałem za oknem.
Ale od czegóż intelekt; opierając się na informacjach z pewnego
źródła, a ich niedosyt zastępując stanowczością, nazwałem
Giewont Szalonym Wierchem, Płaczliwą Skałę Małołączniakiem itd., na sztuki się zgadzało. I oto zdumiona rzeczywistość
podporządkowała się mojej woli - Łomnica stanęła tam, gdzie
ja ją postawiłem. Lecz nie na długo. Ciocia Rysia, Babunia,
chłopcy, wszyscy śmiali się z moich dokonań; najpierw obra­
ziłem się śmiertelnie, ale potem, co było robić, ustąpiłem
1 przewartościowałem mój dorobek, dopasowując szczyty do ich
nazw po raz drugi. Paskudna robota.
O wiele płynniej recytowałem nazwy szczytów, gdy Tatry
były zasnute mgłą, a j u ż zupełnie wspaniale, gdy w pobliżu nie
było Kazia ani Jurka, którzy byli ode mnie starsi i zdrowsi,
chodzili po Tatrach naprawdę, więc znali je nie tylko z foto­
grafii. Za to miałem chwile satysfakcji, objaśniając panoramę
przypadkowym letnikom. Robiłem to płynnie, trochę niedbale,
czasem z bolesną zadumą, dając do zrozumienia, że na tym
właśnie szczycie ocierałem się o śmierć. A gdy proszono
0 szczegóły, odpowiadałem że ach nie, lepiej nie wspominać.
Takie zachowanie dwunastoletniego chłopaczka było chyba
przede wszystkim zabawne, ale nie przypominam sobie, żeby
ktoś moje popisy oblał zimną w o d ą - zwłaszcza, że mówiłem
gwarą; w tamtych stronach zapotrzebowanie na regionalnych
kabotynów jest przeogromne. Opowiadano w Zakopanem o pa­
nu, który żył z pogadanek w domach wczasowych, że gdy się
spóźniał, a często się spóźniał, wpadał na salę zasapany,
spazmatycznie wyrzucając z siebie urywane sylaby i rozpacz­
liwie chwytając powietrze: ach - bar - bar - dzo przee
- praszam, ach moment, bardzo Państwa przee - niech odsapnę,
- praszam, ale właśnie wracam z Zamarłej Turni, byłem na
akcji, zdej - m o w a - l i ś m y rannego taternika... To zawsze robiło
wrażenie, większe niż cała reszta pogadanki. Nieważne, że pan
prelegent miał pod pięćdziesiątkę, brzuszek i teczkę, więc
wyglądał jak urzędnik z karykatury. Nieważne, że całe tubylcze
Zakopane się zaśmiewało. W a ż n e , że spełniał doniosłe zapo­
trzebowanie społeczne.
Ubrany byłem i pachniałem j a k inne dzieci, mówiłem gwarą
jak one, ale przecież gwara nie była moim domowym językiem,
a tylko zręczną bujdą, czułem to nieustannie. M o g ł e m bez trudu
udawać górala i wielokrotnie to robiłem, ale tylko wobec ludzi
dólskich - bo każdy góral zaczynał r o z m o w ę z nieznajomym
dzieckiem od: cyjś ty? Ka siedzis? Letnika nie obchodziło,
w której chałupie siedzę, bo letnik chałup nie rozróżniał; góral
musiał dzieciaka natychmiast umiejscowić.
W ogóle dosyć wcześnie zauważyłem, że co innego być
góralem między góralami, a co innego między panami, że to
drugie jest łatwe, przyjemne i może dawać profity. Dla letnika
góral, to człowiek mówiący gwarą, ubrany jak miejscowy
1 w ogóle wyglądający na miejscowego - a dla górala góral, to
Jasiek albo Józek, o którym dokładnie wiadomo, ka siedzi, jako
sie pise, jako na niego wołajom i kielo mo krów.
Pamiętam, sterczę sobie w Bukowinie pod lodziarnią, nie
mam ani grosza, a przy drodze stoi piękna taksówka (tak
nazywaliśmy każdy samochód osobowy), w taksówce rozparł
się pon, liże loda, otworzył se radio i słucha koncertu skrzyp­

cowego. Nie wiem, jak to się stało, zdaje się, że dawni poeci
nazywali to natchnieniem; podchodzę do pana i słyszę swój
głos, jakby mówił ktoś obcy: słuchojcie panie, ka trzymocie tego
muzykanta? W kufrze? Pan patrzy na mnie i j u ż wiem, że jestem
górą. - Toś ty nigdy nie widział radia? - Co godocie? A co to za
kołoc? - To lody, nie kołacz - wyjaśnia pan z pokorą. - Teloście
panie durny, co raty. D y przecie lody som zimom, na Biołce.
I stało się: pon wysiada z taksówki, kupuje porcję za całe trzy
złote, wręcza m i i patrzy łapczywie, jak jem. Bardzo wtedy
zyskałem w oczach kolegów.
Wedle norm obyczajowych schyłku X X wieku prawdziwy
hrabia powinien być wolny od przesądów i odnosić się ze
światłą dezynwolturą do herbów, fumów, sygnetów, antenatów,
paranteli itp. przeżytków. Stać go na to - pod warunkiem, że jest
prawdziwym hrabią, nie farbowanym. C ó ż więc się dzieje, gdy
na pogrzebie prawdziwego Potockiego przepycha się do katafal­
ku, lejąc gorzkie łzy, fałszywy Potocki? Jak to, co się dzieje.
Wszystkich prawdziwych Potockich cholera trzęsie. Przed laty
czytałem w gazecie o takim wypadku. Ten fałszywy Potocki
nawet sprawił sobie sygnet z hrabiowską koroną. - Pokaż no ten
sygnet, kochasiu - rozkazał prawdziwy Potocki; korona miała
dziesięć pałek, choć każdy głupi wie, że prawdziwa korona
hrabiowska powinna mieć dziewięć. - Ta dziesiąta pałka, to ty!
- powiedział odpowiednim tonem prawdziwy Potocki, więc
intruz otarł łzy po swym zmarłym fałszywym krewniaku
i poszedł. Zaś my, obywatele, zadajmy sobie pytanie: a cóż by to
panom Potockim szkodziło, że jakiś nieszczęśnik popłakałby
sobie nad ich trumną, czemuż to nie zdobyli się na odruch
wielkopańskiej pobłażliwości?
Za moich młodych lat podobnie rysowała się sprawa górals­
kich portek. (Teraz jest inaczej). Góralowi wolno było parado­
wać w garniturze, a niechby i we fraku, jego góralska honorność
na tym nie traciła (przykładem p. Bachleda, śpiewak operowy).
Góral nie musiał nosić góralskich portek, bo i tak był góralem.
Magistra Obrochtę stać było, żeby publicznie oznajmić, że nie
sprawi sobie góralskich portek, bo nie jest Indianinem i nie
będzie siedzieć w rezerwacie. Góral może sobie te sprawy
lekceważyć. Pod warunkiem, że jest niewątpliwym góralem.
Ale człowiekowi dólskiemu wara od portek. Nie ma do nich
moralnego prawa.
Już stary Witkiewicz pisał, że w podhalańskich portkach „jest
szczególna moc obyczajowa i szczególny czar elegancji i pięk­
na. Jak panowie, przebierając się za Górali, zaczynają od
włożenia cyfrowanych portek, tak dla Górala przebierającego
się za pana, ostatnią rzecz własną, którą z siebie zrzuca - są
portki."
Pewnie, że tak. Tylko jeden raz w życiu miałem na sobie
prawdziwe portki podhalańskie. Śmierdziały naftaliną, bo po­
chodziły z magazynu Muzeum Tatrzańskiego. Nie spadły ze
mnie podczas fotografowania jedynie dlatego, że były strasz­
liwie ciasne i ostre j a k papier ścierny, więc trzymały się
właściwych sobie rewirów siłą tarcia, funkcjonując wedle tego
samego prawa fizyki, co bębny hamulcowe w samochodzie.
Staszek był zakopiańczykiem w trzecim albo czwartym
pokoleniu, całe życie mieszkał w Zakopanem; gdy chciał,
mówił gwarą jak góral, znakomicie śpiewał po góralsku, miał
bogaty repertuar góralskich dowcipów, nosił na swetrze prze­
wodnicką blachę i błękitny krzyż. A l e nie był rodowitym
góralem, co nieustannie mu wypominał Józek Krzeptowski,
słynny kurier i przewodnik, potomek Sabały, idol Staszka
i może nawet jego przyjaciel. O Józku krążyły po Zakopanem
anegdoty, z których wynikało, że bardzo lubił ludziom okazy­
wać, że ma ich gdzieś, koniecznie w ten sposób, by rozmówca
czuł się zaszczycony, że sam Józek Krzeptowski osobiście ma
go gdzieś. I m kto bardziej kochał góralszczyznę, tym głośniej
powinien śmiać się z tych dowcipów. Staszek miał nad łóżkiem
fotografię Józka, wielbił go i z d u m ą obnosił jego lekceważenie.
Mechanizm zjawiska był logiczny, czyli bezdennie głupi:
Staszek kochał góralszczyznę, czuł się góralem i dlatego musiał
przyjąć góralskie kryteria, wedle których góralem nie był. I m
bardziej był góralem, tym bardziej nim nie był; miłość do

67

�góralszczyzny przeszkadzała mu być pełnoprawnym góralem.
Naturalnie, w życiu sprawa nie wyglądała tak dramatycznie,
istniała sobie i tyle; ale gdy Staszek umarł, okazało się, że miał
w szafie góralskie portki, które sobie kupił, chociaż klepał
biedę, ale w których ani razu nie pokazał się na ulicy. Nawet
rodzina o tych portkach nie wiedziała.
O tym, że w góralskich portkach jest szczególna moc
obyczajowa, nie musiałem się uczyć od pana Witkiewicza. Ja te
sprawy przerabiałem w praktyce. Pamiętam, pięćdziesiąty
trzeci rok, trwa lekcja, pani nam tłumaczy że atom jest
niepodzielny, bo tak miała w podręczniku fizyki, a była lekcja
fizyki, nie historii, za oknem Hawrań, nad Hawraniem czarne
chmury, aż tu wpada do klasy pan kierownik Ostrowski. Nie
mówi dzień dobry, tylko krzyczy i wywija pięścią, że któryś
chłopak rzucał kamieniami w izolatory dopiero co zamon­
towane, cała Bukowina jest bez prądu i bez telefonu. - Gdyby
tak twoja matka teraz umierała i trzeba było wezwać pogotowie,
gdyby twoja gazdówka się paliła, baranie jeden z drugim, a czy
wy wiecie cymbały, jakim dobrodziejstwem jest elektryfikacja
wsi, jakim wielkim osiągnięciem Polski Ludowej, ile to kosz­
tuje, ile krajowi potrzeba izolatorów, już jedzie milicja i niech
ten sabotażysta nie myśli, że mu się uda, władza ludowa nie
daruje itd.
Zadzwonił dzwonek, wyszliśmy ze szkoły. Idziemy drogą
w górę wsi, gadamy o swoich sprawach. Pod kapliczką siedzi
Michał, starszy od nas o kilka lat.
- Cy to ty, Mihale, ozdupcyłeś ten lekstryke? - zagadnął
obojętnym tonem Stasek, obecnie dziekan wydziału chemii.
- Ne dy j o . A bo co?
- A bo kierownik straśnie dar kufe.
- Niekze ta.
- Godoł, ze jedzie milicja.
- Niekze ta. Niek ino ftóry z wos cosi powie, to go podpole
- przypomniał dla porządku Michał, chociaż wiedział, że każdy
z nas doskonale o tym wie, więc można liczyć na naszą
dyskrecję.
- A cymuś to, Mihale, ozdupcył? - zasięgnął informacji
Marek, który później został wybitnym fizykiem, pracował
w Dubnej pod M o s k w ą , a dziś mieszka na Mokotowie.
- Wiys, Marecku, jako ci to pedzieć. N i mógek strzymać. To
przecie straśnie brzyćkie, takie biołe na hałupie. I te słupy tys
straśnie brzyćkie. Godom ci, telo brzyćkie, telo brzyćkie
- Michał zastanowił się, jakiego by tu użyć porównania, aby
wyrazić cały swój wstręt - godom ci, widziało się, jako by hań
drogom seł Bierut w góralskik portkak.
Nie wiem, co stało się z Michałem i jego wrażliwością
estetyczną. Robiłem konkursy plastyki ludowej, miałem wielu
twórców w ewidencji, ale jego nie. Szkoda, że nikomu nie
wpadło na myśl zorganizować Biennale Konceptualizmu Ludo­
wego Karpat Polskich. Michał miałby znaczne szanse. Aczkol­
wiek konkurencja byłaby silna.
Latem po sąsiadach mieszkali panowie z dziećmi. Niektórzy
wyobrażali sobie, że skoro płacą za mieszkanie, obiady itd., to
my, dzieci miejscowe, mamy obowiązek słuchać ich poleceń,
w szczególności bawić się z ich dziećmi. Rzecz jasna, bawić się
tak, jak tamte dzici sobie życzą, a dokładniej mówiąc, jak matki
sobie wyobrażają, że ich dzieci sobie życzą. Szczególnie
skrzyntna była jedna pani z Warszawy, matka Jędrka. Skrzyntna
znaczy namolna albo nachalna, dziś mówi się upierdliwa. M o ż e
nawet dla świętego spokoju przyjęlibyśmy Jędrka między
siebie, ale on się absolutnie do niczego nie nadawał. Siano było
dla niego kłujące, woda w potoku zimna, grapy strome, zabawa
z kopaniem się w tyłek nieatrakcyjna, ludzkiej mowy nie
rozumiał, bał się krów, nie lubił dosiadać barana, wczepiać mu
się z całej siły w sierść ani z niego spadać, więc po chwili szedł
do matki z płaczem albo nawoływał nas bezradnie. Matka
skarżyła na nas, próbowała mediacji, przekupstwa, mówię wam,
strasznie była skrzyntna. Aż wymyśliła. Pożyczyła od starego
Kuruca świętalne portki i na białych długich kalesonach Jędrka
starannie odwzorowała parzenice. Rankiem ubrała syneczka
w te gatki i przyprowadziła między nas. Nie będę opisywał co

było dalej, jeszcze dzisiaj mi wstyd.
Wieczorem, na werandzie Babuni, dorośli opowiadali za­
słyszaną gdzieś historię sprzed kilku lat o Jaśku, chłopaczku
bodaj dwunastoletnim, czyli moim rówieśniku, który był ozdo­
bą dziecięcego zespołu regionalnego: tańczył, śpiewał, wywijał
ciupagą, opowiadał razowe anegdoty. Którejś nocy ubowcy
wpadli do chałupy i zabrali Jaśka razem z jego góralskim
strojem i ciupażką. Rodzice nie mogli pojąć co się stało,
wychodzili ze skóry żeby go ratować, nie wiedzieli jak; jeździli
do miasta pod więzienie, płakali w Komitecie Powiatowym,
płakali na milicji, próbowali przekupstwa. B y l i to ludzie starej
daty, których życie niczego nie nauczyło; wciąż wierzyli
biednymi zmysłami, że między winą a karą musi istnieć
logiczny związek. I oto po kilku dniach przed chałupę zajechał
czarny samochód, wysiadł Jasiek w góralskim stroju, uśmiech­
nięty, w jednej ręce ciupażka, w drugiej wielka torba cukierków.
Był w samej Warszawie, spełniał funkcję państwową - wręczał
kwiatki gościom zagranicznym. Sam prezydent Bierut osobiście
pociągnął go za ucho i zapytał:
- No, smyku, jak ci idzie nauka?
- Dobrze! - zażartował rezolutny góralczyk.
- No to dobrze!
Ta historyjka, opowiedziana przez kogoś mimochodem,
przyniosła mi trochę ukojenia; strasznie wtedy cierpiałem, że
nigdy nie będę mieć góralskich portek i nie zatańczę zbójnic­
kiego na scenie jak moi koledzy z klasy, bo jestem niegodny,
nierasowy, źle urodzony. Co prawda, wystąpiłem na akademii
w bukowiańskim Domu Ludowym, ale nie jako góral, lecz
recytator.
Warszawski wiatr po Starówce i Mariensztacie,
warszawski wiatr wy się w nim jak j a zakochacie,
warszawski wiatr jemu równego nie ma,
na Freta i Bema
i jak szeroka ziemia
pędzi warszawski wiatr.
W tym miejscu dla większego efektu uczyniłem pauzę, nieco
wysunąłem nogę i obniżyłem środek ciężkości, jak to czynią
szermierze, narciarze albo figury na pomnikach, podniosłem
rękę - i w tym momencie od strony widowni usłyszałem inny
wierszyk:
Jest tu taki między nami
Co sie posroł łotrymbami.
Dla panów strój góralski to portki, cucha, kłobuk z piórkiem,
ciupaga, kierpce, gorset, korale. Dla mnie pierwszy strój
góralski, widziany z bliska, najpierw egzotyczny i fascynujący,
ale potem zwyczajny, to wigon. Ja sam nie miałem wigona, ale
widywałem rodowitych Podhalan w autentycznych ludowych
wigonach. Wigon to dziecięca koszulka do połowy łydki,
podwinięta z tyłu albo związana na supeł, żeby jej nie zabrudzić
podczas wiadomej czynności. Dobrze zapamiętałem wigony, bo
było ich pełno i nam, starszym, okropnie przeszkadzały w zaba­
wach na pastwisku. Biegały na bosaka, a gdy krowa zrobiła
kupę, przepychały się, wrzeszcząc, by choć przez chwilę
pogrzać sobie stopy w cudownie ciepłym krowim nawozie.
Najsilniejszy wygrywał, uśmiechał się rozkosznie, inne wigony
w tym czasie wyły z zawiści.
Dla panów kierpce to oczywisty atrybut górala. Na weselu
czy na scenie góral bez kierpców nieważny. Ale dla bukowian,
którzy byli staruszkami wtedy, kiedy j a miałem dwanaście lat,
kupne buty były symbolem bogactwa, kierpce - biedy. Robiono
je z nie wyprawionej świńskiej skóry, w czasie deszczu
rozciągały się, spadały z nóg, w słońcu twardniały i były jak
z blachy. Za to nadawały się do jedzenia, więc trzeba je było
wieszać gdzieś wysoko, żeby ich nie porwał pies albo kot.
Czasem silniejszy pastuch, gdy j u ż nie mógł wytrzymać z głodu,
zrywał słabszemu kierpiec, opiekał przy ognisku i zjadał,
a właściciel płakał. Pierwsze buty w Bukowinie robiono na
początku lat dwudziestych, na wzór pańskich - ale, jak to

�zwykle w sztuce ludowej, bezwiedny chłopski geniusz od­
ruchowo wprowadził twórcze modyfikacje: nie było butów
lewych ani prawych, małych ani dużych, ale wszystkie takie
same, programowo wielkie, żeby pasowały na każdą nogę i by
można je było poupychać szmatami lub słomą. Ach, jakie były
wspaniałe w porównaniu do kierpców! (Widziałem jeszcze
takie buty w pięćdziesiątym drugim roku). Pani Michalina
Cwiżewiczowa, nauczycielka, która sprowadziła się do Buko­
winy w latach dwudziestych, opowiadała, ile j ą kosztowało
wysiłku, gdy zakładała pierwszy w Bukowinie zespół taneczny,
aby namówić góralską młodzież, żeby się pokazała w kierpcach
na scenie. Na stroje góralskie się godzili, na tańce też, ale
koniecznie chcieli tańczyć w butach, bo kierpce ich hańbiły.
W końcu lat dwudziestych i na początku trzydziestych, gdy
młodzież bukowiańska, naśladując Zakopane, wprowadzała
modę na paradne stroje, dzisiaj uważane za typowo podhalańs­
kie i pradawne, starzy patrzyli na to ze zgorszeniem. W Cichem
pierwszych właścicieli bogato cyfrowanych portek przezywano
kurwiorzami i niechętnie wpuszczano do kościoła. Gdyby
bukowianin, zmarły sto lat temu, wstał dzisiaj z grobu i zobaczył
współczesny góralski strój, nie domyśliłby się, że to strój
bukowiański.
O szarej godzinie, rozmawiając z kimś na werandzie, Babunia
wspominała (nie wiedząc, że podsłuchuję), że za jej młodych lat
góralki chodziły bez majtek, zimą też. Babunia, świetna
pielęgniarka, była miejscowym pogotowiem ratunkowym; kurując którąś sąsiadkę podarowała jej ciepłe majtki. Wieść o tym
genialnym wynalazku rozniosła się natychmiast - opowiadała
Babunia-całe procesje góralek mnie nachodziły, przekupywały
drobiem i nabiałem, pisałam do siostry w Krakowie, siostra
przysyłała paczkę za paczką i dziwiła się, na co m i u diabła tyle
majtek? Dowiedział się o tym pewien znany miłośnik góralsz­
czyzny, spędzający na Bukowinie wakacje, nie chcę wymieniać
nazwiska; specjalnie przyszedł, żeby mnie zbesztać. T o ż to
- powiada - degrengolada! Na co i m majtki? Chodziły bez
i dobrze było! Kultura ludowa jest homogeniczna, rządzi się
własnymi prawami, wprowadzając do niej nowy element
zburzyła pani prastary ład! - Co to znaczy homogeniczna?
- zapytałem odruchowo, zapomniawszy, że nieładnie pod­
słuchiwać i powinienem być w łóżku. Babunia mnie ofuknęła,
kazała wyjść - no i nie wiem, jak się dalej rozwinęła dyskusja.
Lubiłem brać udział w wiejskich pracach, biegałem do
sąsiadów zwozić siano, paść krowy albo ozkidować gnój, ale
tym się różniłem od rówieśników, że dla mnie była to atrakcja,
nie obowiązek. Pracowałem najwydajniej jak mogłem, z po­
czuciem dyscypliny, ale dla samego uczestnictwa, by dodać
sobie ważności i mieć poczucie sensu istnienia. W i ę c niby
żyłem w Bukowinie jak inne wiejskie dzieci, ale nie wiem, co
znaczy być zaharowanym wiejskim dzieckiem. Dopiero dzisiaj
przychodzi mi do głowy, że moja zabawa miała jakąś wartość
w sensie ekonomicznym, k o m u ś przynosiła zysk - i by j ą
doprowadzić do końca, trzeba było zażądać choćby lizaka.
Latem bukowiańskie dzieci zbierały borówki i sprzedawały
panom. Wziązłem bornie i pobiegłem za innymi, ale na­
zbierałem niewiele, bo więcej borówek poszło do gęby. - Teloś
ino nazbieroł? Babka cie dobije po tyj cornyj kufie. - E, cozby
go miała dobić, dy to pon. W i ę c innym razem pilnie zbierałem,
nazbierałem więcej niż Józek, który był ode mnie większy
i silniejszy. Jasne, co było dalej. Wiedział, że nie poskarżę
dorosłym. Ale później starał m i się to wynagrodzić: uczył mnie,
jak sypać borówki, żeby się wydawało, że jest ich więcej. Uczył
mnie także techniki niewydawania reszty, rzecz jasna, pod­
budowanej ideowo: panowie majom skoły, to cymu som takie
głupie i nie pilnujom swoik dutków. A przecie i tak ludzie na nik
robiom, coby z głodu nie zdechli.
Latem sprzedawałem borówki, zimą od czasu do czasu
smarowałem panom narty, zarobione groszaki były moje i niko­
mu nie musiałem się z nich rozliczać. T y m się różniłem od
kolegów; prawie wszyscy zarabiali, na ogół znacznie więcej ode
mnie, ale rodzice natychmiast odbierali i m pieniądze. W i ę c j a
byłem, wstyd powiedzieć, bogaty pon.

W szóstej klasie siedziałem w jednej ławce z Bronkiem.
Próbowałem się z nim zaprzyjaźnić. Przez dłuższy czas mnie
zbywał, ale za którymś razem powiedział, tonem proszalnym
i rozkazującym równocześnie, żebym mu dał śniadanie, bo jest
głodny.
Jasne, że był głodny, j a też po całym dniu na śniegu bywałem
głodny. Babunia mówiła, że to objaw zdrowia, żebym tak nie
wrzeszczał i dokładniej otrzepał się ze śniegu. Rozpakowałem
śniadanie, przedarłem na pół i dałem koledze. Trochę się
zdziwiłem, że porównał oczami oba kawałki. Mnie się wydawa­
ło, że są równe, ale widziałem, że on widzi, że mój kawałek jest
większy.
Na drugi dzień Bronek zażądał śniadania bardziej zdecydo­
wanie. Nie miałem, bo akurat nie chciało m i się przygotować.
No to idź do piekarni i kup m i bułkę, powiedział opryskliwie,
językiem pańskim, nie po góralsku, co było dodatkową karą.
Miałem pięćdziesiąt groszy, kupiłem mu wodną bułkę, a przy
okazji odkryłem, że Bronek jest głodny nie tak jak ja, radośnie,
tylko głodny na smutno, bo ma w domu za mało jedzenia.
Czytałem w książkach o czymś takim, biedna chatka i głodne
dzieci, a tu proszę, widzę to na własne oczy. Poczułem radość,
jak wtedy, gdy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem z bliska
stadko saren.
Wiedziałem, że Bronek na mnie liczy, więc starałem się
przynosić z domu śniadania w miarę systematycznie. Ale
czasem całymi tygodniami chorowałem. Potem bałem się iść do
szkoły i narażać się na jego afronty. Miał do mnie pretensje, że
sobie po pańsku choruję, gdy on nie ma co jeść.
Dosyć mnie ten układ uwierał, ale również przynosił zysk, bo
choćby na gimanstyce Bronek zagrywał tylko do mnie i dzięki
temu nie sterczałem jak kołek przez całą lekcję.
Któregoś dnia pan kierownik zebrał starsze klasy i długo
mówił, że na Ziemiach Odzyskanych są wolne gazdówki,
murowane, zelektryfikowane, woda w chałupie i w oborze, a kto
je obejmie, ten dostanie ziarno siewne, maszyny, pożyczkę
bezzwrotną. Więc po co dziadować w Bukowinie, skoro
wystarczy się przenieść na prastare piastowskie ziemie, żeby się
dorobić. Gdy nas puścił, na korytarzu wisiał plakat Przygody
Antoniego Rybki.
Jedźże z nami, Rybko drogi,
Na ugory! Na odłogi!
A więc Rybka sakum-pakum,
Ekwipunek j u ż w plecaku.
Plakat był podzielony na obrazki, pod każdym czterowiersz.
Jak każda dobra agitka, tak i ona miała wątek erotyczny: na
drugim albo trzecim obrazku Rybka kosił, na następnym pisał
list do Zośki żeby przyjeżdżała bo jest wspaniale, więc na
ostatnim obrazku uśmiechnięta Zośka wyglądała z okna wago­
nu, zaś Antoni Rybka czekał na peronie z bukietem.
Po kilku tygodniach pan kierownik powiedział, że rodzina
Bronka przenosi się na Ziemie Odzyskane i bardzo mądrze oraz
patriotycznie postępuje. Już wkrótce Bronek będzie bogaty,
będzie miał piękne ubranie, a z czasem może nawet i motocykl.
Bronek stał na baczność i słuchał. Był trzynastoletnim
chłopakiem jak ja, ale miał twarz dorosłego człowieka.
Uśmiechałem się do niego i myślałem, jakimi słowami się
z nim pożegnać i życzyć mu szczęścia. Ale mnie uprzedził.
- Hyboj se mnom, mom ci cosi pedzieć.
Poszliśmy dróżką w dół, za cmentarzem skręciliśmy w prawo.
Bronek przystanął, rozejrzał się. Sprawdził, czy nikt za nami nie
idzie, a od drogi zasłania nas cmentarz. Zacisnął rękę w pięść,
odwinął się powoli i walnął mnie w twarz.
Zakręciło m i się w rozumie, upadłem w krowi talerz,
bryznęło, specjalnie mnie tak ustawił. Leżałem ogłupiały, nie
próbowałem się bronić. Nieraz biłem się z chłopakami, ale tym
razem przeżywałem coś nieznanego; Bronek nie wyżywał się na
mnie, nie był agresywny, lecz bił spokojnie, metodycznie, jak
się odgarnia śnieg albo podaje snopki. Gdyby mój przyjaciel
miał pod ręką siekierę albo kulik, to znaczy gruby k i j , pewnie
byłby mnie zabił. Ale pracował gołymi rękami i nogami też na
bosaka.

69

�Gdy uznał, że robota skończona, rozprostował plecy, wziął to,
co mu służyło za teczkę i nie oglądając się, poszedł wolnym,
gazdowskim krokiem w stronę Rusińskiego Wierchu. Wstałem
dużym wysiłkiem, bolał mnie każdy ruch, byłem wypaprany
krwią i krowim nawozem.
Powlokłem się za Bronkiem ścieżką do potoka, żeby się
umyć. Ukląkłem, nabrałem wody w dłonie.
Bronek był j u ż na grapie. Spojrzał w dół, zobaczył że klęczę
nad wodą, i krzyknął:
- Cobyś nie zabacył!
I to samo, ale po pańsku:
- Żebyś se pamiętał!
Pamiętam, Bronuś.
Chłopcy bukowianie dzielili się na dwa obozy: kto wy­
chodząc ze szkoły skręcał na prawo, w górę wsi, był górzanem,
a kto na lewo, dolanem. Od czasu do czasu górzanie i dolanie,
zamiast spokojnie iść ku chałupom, chwytali za kamienie albo
za bryły lodu. Pan kierownik Ostrowski wylatywał na ganek,
rozkazywał natychmiast przestać, wygrażał pięściami, zniewa­
żał obie walczące strony. Gdyby mu wyłączyć fonię, wyglądał­
by jak charyzmatyczny wódz, zagrzewający armię do boju.
Potem pewnie sobie wyobrażał, że to on swym pedagogicznym
autorytetem zażegnał konflikt i nie dopuścił do rozlewu krwi.
Był w błędzie, bo chłopcy i tak po niejakiej chwili cichli, jakby
kto zgasił silnik, i rozchodzili się w najlepszej zgodzie.
Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jednego dnia
nic się nie działo, a drugiego dnia chwytano za kamienie. Nie
wiem, co bywało bezpośrednią przyczyną bitki, jak wybuchała,
nie jestem w stanie jej zrelacjonować, wskazać prowodyrów,
opowiedzieć o mechanizmach, które nią rządziły. Zrywała się
nagle, wzmagała, wkrótce cichła. To wszystko.
Jeśli nie liczyć tych bójek, górzanie i dolanie żyli zgodnie.
Nie przypominam sobie w naszej klasie wrogich obozów ani
grupowych antagonizmów. Kogoś się lubiło, kogoś nie lubiło
- ale nie dlatego, że mieszkał wyżej bądź niżej. Kto dostał
kamieniem, ten rozcierał siniaka, jeśli bolało to płakał i obiecy­
wał zemstę, ale na drugi dzień zachowywał się zwyczajnie.
Gdyby znalazł się chłopak, który w dniach bójek byłby akurat
w szkole nieobecny, to taki chłopak mógłby chodzić do
bukowiańskiej szkoły przez całe siedem lat i ani razu nie
usłyszeć o górzanach i dolanach.
Mój pierwszy raz wyglądał tak: Stasek, Marek i ja, trzej
klasowi intelektualiści, wychodzimy ze szkoły, idziemy wol­
niutko, rozmawiamy, czy na Marsie są ludzie. Wiosna, spod
śniegu wypływają potoki brązowej wody i płyną środkiem
drogi, zimowa kacabaja robi się ciężka, bielućki Hawrań lśni
w słońcu, Marek mówi, że ludzie naMarsie mogom być, ftoz w i ,
ale nie ludzie, ba coś podobnego do ludzi, diasi wiedzom co.
Stasek żegna się, odchodzi, Marek zastanawia się, jak ci ludzie
z Marsa wyglądają; nagle krzyk, nie wiem kto krzyczy i dlacze­
go, ale Marek wie doskonale, chwyta bryłę zlodowaciałego
śniegu, burego od końskiego nawozu i ciska w Staska, który stoi
0 kilka kroków od nas i gapi się na ptaki, krążące nad
cmentarzem. Stasek się uchyla, pocisk przelatuje mu koło ucha,
błysk spojrzenia, widzę, że Stasek natychmiast pojął o co
chodzi, podczas gdy j a nic nie rozumiem. Stasek rozgląda się po
ziemi, chwyta coś, podnosi rękę, ktoś wrzeszczy z bólu; biegnę
w stronę Domu Ludowego na ile mi starcza oddechu, przysia­
dam na ławeczce przed którąś chałupą, odpoczywam. Marek
nadchodzi i stawia zagadnienie, jak pogodzić istnienie ludzi na
Marsie z biblijną wersją stworzenia świata. Pytam, co to było,
Mareknie rozumie o co pytam, wreszcie uśmiecha się i mówi, że
przecie pirso godzina, połednie minęło. - No to co? - Nie wiys?
Przecie siyćka wiedzom, ze dolanie majom rozum ino do
połednia.
No, to na drugi raz byłem mądrzejszy. Na drodze j u ż nie było
śniegu, tylko żwir i kamienie. Cisnąłem równocześnie kamień
1 obelgę. Przycupnąłem za stertą ostrewek, sytuacja była
korzystna, wychynąłem ze swego bunkra, posuwam się krok po
kroczku, szczęśliwy, dzielny, walczę jak w ekstazie. Któryś
z naszych siedzi na krawężniku i płacze, a j a prę do przodu,

70

gardząc niebezpieczeństwem. Celuję trochę na oślep, nie żeby
w kogoś trafić, po co m i to, ciskam kamienie dla samej radości
życia i nawet nie patrzę, czy ktoś rzuca w moją stronę, trochę
dlatego, że jestem dzisiaj wyjątkowo dzielny, a trochę dlatego,
że kamienie jakoś same mnie omijają.
I wtedy Józek Mendlak, jeden z lepiej zbudowanych dolano w,
zawołał do mnie życzliwie:
- Idźze chłopce ku chałupie, bo i ty dostanies.
W ten przystępny sposób m i uświadomił, jak wygląda moja
sytuacja, oglądana z zewnątrz. Oto mogłem sobie pozwolić na
dzielność, ponieważ dolanie nie uważali mnie za górzana
i rzucali kamieniami gdzie indziej. Moje bohaterstwo, dopóki
nie zagrażało innym walczącym, było tolerowane, ale skoro
tylko wysunąłem się do przodu i stałem się niebezpieczny,
poproszono mnie, żebym się wycofał. Jeśli nie, to zostanę
potraktowany sprawiedliwie, czyli ukamienowany.
Spojrzałem w tył. Prawdziwi górzanie kryli się gdzie kto
mógł; walczyli dzielnie, ale na bezpieczną odległość, by nie
okaleczyć kolegów i nie dostać za mocno. Tylko j a jeden nie
umiałem zachować miary, bo musiałem być dzielny bardziej niż
inni, było mi to potrzebne, miejskiemu chłopakowi, który zdążył
już pokochać B u k o w i n ę , ale nie został górzanem i nigdy nie
będzie. Przywołano mnie do porządku, muszę przyznać, że
bardzo uprzejmie; gdyby z mojego zachowania wyciągnięto
dopuszczalne konsekwencje, chodziłbym dzisiaj bez oka albo
z dołkiem w czaszce.
I tak każdy dzień przynosił dowody, że pon, to człowiek
gorszego gatunku, a jedynie góral jest coś wart. Sami panowie to
przyznawali, bo przecież na każdym kroku nadskakiwali góra­
lom; zaś górale traktowali panów pobłażliwie, z wyższością.
Panom najwyraźniej to odpowiadało. Lubili, żeby ich lek­
ceważyć. Na przykład słowo ceper, wybitnie obraźli we. Nazwać
pana ceprem, to jakby nazwać chłopa chamem albo Żyda
gudłajem. Cepry to słowo znacznie mocniejsze niż stonka.
Stasek, syn sąsiadów, tylko jeden jedyny raz nazwał mnie
ceprem; bić się z nim nie mogłem, bo był silniejszy, więc
odwróciłem się i poszedłem ku chałupie. Przez tydzień pat­
rzałem na niego, jakby był przeźroczysty, a gdyby mnie nie był
przeprosił, nie odezwałbym się do niego do końca życia. Otóż
panowie najwyraźniej lubili słowo ceper, gdyż posługiwali się
nim na co dzień; w ich języku oznaczało ono człowieka
nieporadnego w górach, odpowiednik mieszczucha albo szczura
lądowego. Jeśli któryś letnik pobłądził w lesie, otarł sobie piętę,
jeździł na nartach jak szafa trzydrzwiowa albo nie wiedział, że
nie mówi się „spodnie g ó r a l s k i e " , tylko „portki góralskie",
towarzystwo nazywało go ceprem, a on się godził.
Nam, bukowiańskim dzieciom, zjawisko to dawało niemało
radości; to tak, jak gdyby wytworna cudzoziemka witała się
słowami: jestem kawał cielęciny, sądząc, że mówi dzień dobry.
Dorosłych górali także śmieszyło słowo ceper w tym in­
teligenckim znaczeniu. Jędrzej Skupień Florek powiedział: „jo
panów ceprami nie przezywom, ale kie sie sami tak przezywaj o m , to j o sie i m nie prociwiem. Niek se ta majom, kie fcom."
Wedle niezłomnego przekonania moich rówieśników pano­
wie dawno by wyzdychali, gdyby nie górale, którzy na nik
robiom. Panowie są ludźmi, ale nie całkowicie. Przede wszyst­
kim dlatego, że nie pracują. Robota wiejska to praca; praca
umysłowa nie jest pracą, bo jej sens nie jest oczywisty; robi sieją
na siedząco, a siedzenie to przecie odpoczynek. Z czego jasno
wynika, że panowie to darmozjady — nic nie robiom, a bierom
wielgie dutki nie wiadomo za co, więc powinni te dutki
zostawiać ludziom (w mowie bukowiańskiej wyraźnie rozróż­
niało się „ p a n ó w " i „ l u d z i " ) , tak jak las powinien dawać
borówki i grzyby.
W szóstej klasie chodziła z nami do szkoły przez miesiąc albo
dwa panna Jędrzejowska, lekarzówna z Chrzanowa. Gdy ojciec
ją zabierał, wręczył nauczycielce bukiet kwiatów, nam też
pięknie podziękował i zostawił dwukilogramową torbę cukier­
ków. Podczas przerwy, gryząc cukierki, jednogłośnie uznaliśmy
pana J. za głupca: po co dawał pani kwiaty, przecie pani nie
krowa, to ich nie zeżre, gdyby jej dał dutków albo na spódnicę,

�to coś by z tego miała. Kupowanie cukierków całej klasie to też
wielka głupota, wyrzucanie pieniędzy. Pan J. zapewne był
przekonany, że zostawił po sobie dobre wrażenie. Mylił się.
W domu Babuni była wielka weranda, która mi się czasami
śni. Tam się jadało kolacje, a potem dorośli rozmawiali.
Szczególnie latem było ludno: rodzina Babuni, jacyś znajomi,
wynajmujący pokoje u Orłowskich, Rusinów, Kuruców albo
dalej we wsi. Każdy chodził po Tatrach, każdy bardzo chciał
zobaczyć niedźwiedzia czy choćby świeżą kupę niedźwiedzia,
komuś się to marzenie spełniło, opowiadał, dumny szalenie, a ja
się straszliwie bałem. Jakiś pan, mieszkający w domu wczaso­
wym FWP „ W a t r a " opowiadał, że na jego turnus dostała
skierowanie wiejska babina gdzieś z Mazowsza, która nie mogła
sobie miejsca znaleźć: pierwszy raz w życiu była wolna od
jakichkolwiek obowiązków i trudno jej się było z tym pogodzić.
Nie mogła znieść, że podają jej obiad do stołu, chciała zmywać
po sobie, zamiatać, wdzierała się do kuchni, denerwowało ją, że
nic, ale to zupełnie nic nie robi. W i ę c j ą namówili, żeby sobie
poczytała. „Watra" to był przedwojenny pensjonat z częściowo
przedwojenną biblioteką; babina wzięła jakiś romans z wyż­
szych sfer, zajęła leżak obok pana, który nam o tym opowiadał,
wsadziła na nos okulary i zaczęła sylabizować półgłosem, jakby
odmawiała koronkę: ...jej nagie piersi, skąpane w księżycowej
poświacie, rzekłbyś utoczone z włoskiego marmuru, lecz gorące
niczym rozpalona lawa, wznosiły się i opadały,
chwytając
powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg... No to — opowiadał ten
pan — zdrzemnąłem się, a gdy się ocknąłem, słyszę: ...w tym
momencie uczuła, że namiętne spojrzenia hrabiego palą jej
duszę na popiół, a wszelki opór jest daremnym. No to znowu się
zdrzemnąłem. Budzę się, bo słońce zaszło za chmurę, trochę się
ochłodziło, i słyszę: ciałem Artura wstrząsnął dreszcz pożąda­
nia. Rozchylił swe zmysłowe, mięsiste wargi, które
nabiegły
czarnąposoką, i rozdął chrapy niczym koń pełnej krwi arabskiej
na bezbrzeżnym stepie... Babina czytała to monotonnym głosem,
a gdy doszła do momentu, w którym błyskawica swym trupim
blaskiem rozświetliła na ułamek sekundy dwa nagie ciała,
splecione w namiętnym uścisku na leśnej polanie pośród mchów
i paproci, smagane ulewą, drżące z zimna i
niewysłowionej
rozkoszy, odłożyła książkę i straszliwie się rozszlochała. „To
panowie to robią tak ładnie? Za m n ą chłopy się uganiały, dwóch
mężów pochowałam, życie przeżyłam, a nie wiedziałam, że to
można robić tak ładnie..." Płakała do wieczora, nie chciała jeść,
dostała gorączki, zabrali j ą do Zakopanego do szpitala.
Bo przecież trzeba pamiętać, że tamte lata, to również
turystyka dla mas. Nikt jej nie opisał, a szkoda, bo jakże tu
zrozumieć czasy dzisiejsze, jeśli człowiek nie zda sobie sprawy,
jakim gigantycznym wysiłkiem ówcześni chłopi wchodzili do
cywilizacji. Róża Drojecka, wspaniała gaduła, wiele jej za­
wdzięczam, w początkach Polski Ludowej pracowała w zako­
piańskim Funduszu W c z a s ó w Pracowniczych jako przewod­
niczka. Obsługiwała wiejskich ludzi, którzy nie mieli śmiałości
wejść do przedziałów kolejowych, bo siedzenia były wy­
ściełane; zdarzyło się, że ktoś przez cały turnus bał się zabrudzić
pościeli i spał na podłodze, kiedyś pół wycieczki spłakało się ze
wzruszenia, że władza ludowa pomyślała o nich i przygotowała
im na wycieczkę suchy prowiant. Na wieczorkach zapoznawczych kaowcy z d o m ó w wczasowych życzliwie wyjaśniali, na
czym polega różnica między u m y w a l k ą a waserklozetem, nad
Morskim Okiem aktywiści zbijali się w gromadkę, ileż tu
nieużytków, jakie straszne dziedzictwo sanacji, ale Polska
Ludowa już niedługo zrobi porządek z tą zacofaną kupą
kamieni, przydadzą się na budowie socjalistycznych miast,
a tutaj, nad Morskim Okiem, zakwitną sady. Wsiadali do kolejki
na Gubałówkę nie wiedząc co ich czeka, a gdy wagonik ruszał,
wrzeszczeli, próbowali wyskakiwać, mdleli ze strachu albo
modlili się histerycznie; na Kasprowy decydowali się najodważ­
niejsi.
Po drugiej stronie Gubałówki, w Cichem, pewnie żyją ludzie
pamiętający rok 1957, kiedy to zobaczyli z bliska pierwszą
w życiu młockarnię. Wiem od naocznego świadka, że cała wieś
wyległa wtedy na drogę, każdy dzierżył wiadro, pokrywkę albo

inny kawał blachy, walił w to z całej siły i darł się przeraźliwie;
baby miauczały, a mężczyźni miotali wyzwiska w rodzaju: ty
stary głupce, jakże bedzies młócieł tom kurwom! Gazda, który
kupił młockarnię, przesuwał się wolno przez ten rozwścieczony
tłum jak Mojżesz przez Morze Czerwone, z kamienną twarzą
patrzał przed siebie, jakby był sam jeden na świecie.
W środku Bukowiny, nieco powyżej Domu Ludowego, stała
przy drodze szopa. Gdy chodziłem tamtędy do szkoły, obser­
wowałem, jak przedzielano j ą przez pół; w jednej połowie
mieszkała krowa, a drugą gazdowie wynajęli na salon fryzjerstwa damskiego, czynny sezonowo. Wycięli okienko, żeby
w salonie było widno, ściany obili listewkami, z przodu
dobudowali ganeczek, z tyłu wygódkę. Nieco poniżej stała
druga szopa, na niej zielony szyld z herbem bukowiańskiej
Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska i napisem „Sklep
Potrzeb Kulturalnych". W środku Maryśka. Otwierając drzwi
potrącało się dzwonek, zawieszony na sprężynie ponad futryną.
Maryśka podnosiła głowę. Coześ fcioł? Sprzedawała poradniki
rolnicze, przybory szkolne, utwory naszych wielkich pisarzy jak
Putrament, Kraszewski, Kruczkowski, Czeszko, Mickiewicz
i inni, a niekiedy papier toaletowy. Kiedyś zamiast reszty
wetknęła mi broszurkę J. Słowackiego Ojciec
zadżumionych,
wziąłem, bo nie miałem śmiałości wadzić się z Maryśką. To jest
bardzo ładny i smutny kawałek, o Arabie, któremu cała rodzina
wymarła, jedno po drugim, ogółem ośmioro. Szybko się czyta,
więc gdy skończyłem, przeczytałem jeszcze raz, a wieczorem
umiałem na pamięć. Próbowałem recytować kolegom, ale nie
chcieli słuchać i zamiast mi dziękować, przezywali mnie „ociec
cholerycny".
Lubiłem czytać, ale nie byle co. W Domu Ludowym była
biblioteka gromadzka; poprosiłem panią, żeby mi wybrała coś
dobrego o problemach młodzieży, dała mi powieść postępowe­
go pisarza rosyjskiego F. Dostojewskiego pod tytułem Młodzik.
Siedziałem sobie na miedzy i czytałem, pasąc krowę Orłows­
kich, dumny i świadom ciążącej na mnie odpowiedzialności.
Jakiś letnik przechodził. Zagadnął mnie uprzejmie, jak mi się
pasie, czy mnie krowa słuchai co czytam. Więc mu wyjaśniłem,
że płóno mi się czyta, bo panowie przeszkadzają, a czytam
Dostojewskiego, straszne nudy. — Nudzi cię Dostojewski?
— rozpromienił się — to świetnie! — Jak to, świetnie? — Bo to
znaczy, że jesteś normalny. — No pewnie że jestem normalny,
to przecież oczywiste! — Och, to wcale nie jest takie oczywiste.
Tak sobie powiedział i poszedł, a skutek taki, że do dziś dnia nie
przeczytałem w całości ani jednej powieści Dostojewskiego
i już tego nie uczynię, po co miałbym się przymuszać. Stasek
twierdził, że są dwa rodzaje książek: Dawno i nieprawda oraz
Zabili go i ucik. Obie kategorie są nic nie warte. Tak jest, bo tak
powiedział jego tato.
Od czasu do czasu do Sklepu Potrzeb Kulturalnych rzucali
papier toaletowy. Maryśka klęła, bo w sklepie robiło się ciasno,
rolki z dziwnym napisem S O L A L I tworzyły na ladzie piramidę
pod samą powałę, wystarczyły dwa worki, żeby całe wnętrze
Sklepu Potrzeb Kulturalnych było zatarasowane i klienci nie
mieli gdzie stać, więc trzeba było te worki wynosić do sąsiada,
sąsiad się krzywił. Wiele z tym było zawracania głowy, a utarg
niewielki. Jeszcze pół biedy latem, bo wtedy papier wykupywali
panowie, bardzo ich to radowało i dziwiło, że ot tak po prostu ten
towar jest w sklepie i m o ż n a go kupić bez ograniczeń; cieszyli
się na swój sposób, to znaczy byli dumni, że w Bukowinie taki
prymityw, że papier toaletowy nie jest natychmiast rozchwyty­
wany, i dopiero oni, przedstawiciele wyższej cywilizacji, zrobią
z tym porządek. Więc kupowali po kilkadziesiąt rolek, pakowali
w paczki i nieśli na pocztę, naczelnik wzdychał i klął po
węgiersku. Gorzej wiosną i jesienią, bo leżało to świństwo
tygodniami, zawalało cały sklep. Czytałem niedawno w gaze­
cie, że Niemcy z byłej N R D wykupują po naszej stronie Odry
zapasy papieru toaletowego, bo do takiego są przyzwyczajeni od
lat: jest twardy, solidny, przypomina im dawne czasy, nie jak to
miękkie dziadostwo, które tam teraz produkują.
Między Sklepem Potrzeb Kulturalnych a Salonem Fryzjerstwa Damskiego, ale po drugiej stronie drogi, stoi karczma

71

�I I . 1. T a n i e z b ó j n i c k i , repr. z: S t a n i s ł a w W i t k i e w i c z Na Przełączy,

„Janosik". Józek Łojas, pierwszy sławny człowiek, którego
dane m i było znać osobiście, a nawet się z nim trochę przyjaźnić,
wsławił się w tym właśnie miejscu. Był to góralik jak z obrazka,
z pierwszym zarostem na twarzy i wesołą dziecięcą buzią.
Grałem z nim parę razy w piłkę. Józek, niewiele starszy ode
mnie, dobry chłopak, przystojny, tylko głupi i wielki pechowiec,
pił w „Janosiku" z panami, śpiewał i m po góralsku i słuchał
komplementów, j a k i to jest gibki i śwarny, prawdziwy zbójnik,
więc gdy sobie popił, a czemu miał nie popić skoro panowie
stawiali, rzeczywistość wymieszała mu się ze zbójnickimi
przyśpiewkami i chcąc pokazać, jaki jest śwarny (każdy
miłośnik Podhala zna to słowo), wyleciał na drogę i ot tak dla
śpasu uderzył przechodzącego wczasowicza. No i zabił nie­
chcący, taki pech. Dostał dożywocie, a jego nazwisko przez
wiele lat było w Polsce synonimem bandziora. Nazwiska
panów, którzy upili prymitywnego smarkacza i mieli rozrywkę,
podjudzając go do janosikowych czynów (najpierw było jakieś
rzucanie stołkami w karczmie i peTlisty damski śmiech),
pozostały w cieniu. O Józku pisały wszystkie ówczesne gazety,
a gdy bukowiańska gmina próbowała go bronić, zerwał się
jazgot oburzenia; pamiętam rysunek w „ S z p i l k a c h " , przed­
stawiający karykaturalnych, wstrętnych górali, osłaniających
mordercę, i podpis: Górala, czy ci nie żal? Skoro panowie tak
grzecznie pytacie, odpowiadam: żal. Żal mi obu — i tego
studenta z Krakowa nazwiskiem Marek Orman, który przyje­
chał do Bukowiny na parę dni, zatrzymał się u starego Pary
i wyszedł na drogę tak okropnie punktualnie, że akurat zdążył na
swoją śmierć, i żal m i Józka, bo też padł ofiarą tragicznego
splotu przypadków, w którym wszystkie elementy bezbłędnie
zagrały. A żeby było jeszcze obrzydliwiej, prawie równocześnie
z procesem Józka odbywał się w Warszawie głośny proces
poszlakowy profesora medycyny, oskarżonego o otrucie żony
— podobno truł j ą powolutku, miesiącami, z wykorzystaniem
wiedzy fachowej, podbierając służbowe proszki z Akademii
Medycznej. Józkowi wsuli dożywocie, a tamtemu piętnaście lat.
Zawirowało m i w rozumie, gdy o tym przeczytałem. Jeśli był
winien — próbowałem przywołać na pomoc zdrowy rozsądek
(w chwilach zwątpienia przywołuję zdrowy rozsądek i to na
ogół pogarsza mój stan) — jeśli był winien, należał mu się
wyrok śmierci; a jeśli nie udowodnili mu winy, powinni go
zwolnić, myślałem. Gazety pisały, że po Bukowinie chodzi
plotka, że panowie się obrażą o to morderstwo i przestaną
przyjeżdżać na wczasy, ale nie ma się czego bać, przecież

72

1889

panowie bardzo kochają góry. — Pewnie, że nie ma się czego
bać — myślałem — panowie nie tacy znowu wrażliwi, żeby się
pozbawiać przyjemności z powodu jednego trupa. Zapomną.
Śmieszą mnie słowa „ ś w a r n y " , „ h a r n a ś " , „ m o c a r n y " .
W prozie Tetmajera występuje góral o przydomku Mocarny;
czytelnik myśli, że chodzi tu o mocarza, herosa. Tymczasem
przydomek „ m o c a r n y ' ' powstał jako złośliwość, coś w rodzaju
„ g o ł o d u p i e c " , a oznacza gazdę, mieszkającego na terenie
podmokłym, czyli nędzarza. „ H a r n a ś " występuje dzisiaj głów­
nie w nazwach restauracji, sklepów itp. W N o w y m Targu
istnieje Spółdzielnia Inwalidów „ H a r n a ś ' ' ; gdy po raz pierwszy
zobaczyłem ich szyld, wesoło m i się zrobiło — ale szybko mi
przeszło, gdym sobie uświadomił, że ze mnie też taki inwalida
harnaś.
Nie przepadam za tańcem zbójnickim, również ze względów
osobistych. Pierwszy raz widziałem go na scenie w bukowiańs­
k i m Domu L u d o w y m , w wykonaniu moich rówieśników,
chłopców z szóstej i siódmej klasy. Podziwiałem ich, żarła mnie
zazdrość i wstyd, że gdzie mi tam z moim warszawskim wiatrem
do ich wspaniałego występu. Taniec zbójnicki to nie jest zajęcie
dla warszawiaka, ani tym bardziej dla astmatyka. I co z tego, że
ja też bardzo pragnąłem pięknie wyglądać, dziarsko wywijać
ciupagą i śpiewać:
Nie chodź na zbój Wojtek, Maciek,
lepij robić w kombinacie!
Chłopcy byli świetnie zgrani, wyćwiczeni, szczęśliwi. Pat­
rzałem i bulgotała we mnie parszywa, upokarzająca zawiść,
wymieszana z zachwytem. A ż wreszcie nastąpiła scena finało­
wa: stanęli twarzą do widowni, lewa ręka na biodrze, prawa,
wysoko uniesiona, dzierży ciupagę, a z młodzieńczych, zbójnic­
kich piersi wyrywa się okrzyk:
— Praca! Pokój!
Wracałem do domu naburmuszony. Babunia mnie pochwali­
ła, że ładnie wypadłem. Odpowiedziałem niezbyt uprzejmie.
Ofuknęła mnie, że jestem nieznośny malkontent. Milczeliśmy.
Chciało m i się płakać.
Nieco później przeczytałem po raz pierwszy Na przełęczy
Witkiewicza. Uderzyło mnie, że taniec zbójnicki w tej książce
wygląda zupełnie inaczej od tego, który widziałem na własne
oczy.
Oto na skrawku łączki, pod lasem lub gdzie bądź przed
szałasem lub schroniskiem, pozrzucali na kupę torby i cuchy,
pozrzucali i kapelusze albo je przymocowali pod brodą zawad-

�II. 2. Taniec zbójnicki, lata 1950-1960. Fot. Krystyna Gorazdawska

łami, następnie wbijają wszystkie ciupagi w ziemię i zaczynają
dokoła nich taniec. Każdy po kolei staje przed grajkiem, śpiewa
parę zwrotek, płaci za muzykę i puszcza się drobnego. W końcu
wszyscy już są w kole i wtedy rozpoczyna się jakieś
szaleństwo,
taniec opętany, wariacki, w którym na tle pewnego
ogólnego
tempa ruchów każdy, odpowiednio do swego
temperamentu
i zdolności tancerskich, improwizuje rozmaite ruchy i skoki. Ten
łagodny blondyn, zgrabny i smukły, stula nogi, bierze się pod
boki i wyprostowany rzuca sobą w powietrze, padając
ukośnie
na ziemię jak gwóźdź olbrzymi. Ten drab potężny o czerwonej,
spoconej twarzy wyrzuca się w górę na sążeń, zgina nogi, uderza
Z trzaskiem w locie dłoniami po piętach i spada z hukiem. Ów
z nadzwyczajną elegancją i szykiem drepce w miejscu, po­
chylony, jak gdyby się zachwycał własnymi nogami. Tamten bije
Z zaciekłością nogą w ziemię, jak gdyby chciał w niej dziurę
wybić lub roztrzaskać własną piętę. Ów przypada całym ciałem
do ziemi i wylatuje nagle w powietrze jak raca. Tamten
przeciera obłąkane oczy, włosy mu się jeżą, wytrząsa
rękoma
nad głową zdaje się być opętanym, pijanym jakimś
szałem,
a jego nogi same, bez jego woli i wiedzy, trzęsą się na miejscu
w jakichś zygzagowatych, błyskawicznych
ruchach.
Wszyscy
wykrzykują, szamocą się, tupią, śmigają rękami i nogami i zdają
się być zębami jednego koła, lecącego w najszybszym
obrocie.
Znowu muzyka wolnieje, ruchy stają się spokojniejsze,
tańczący
biorą ciupagi, sczepiająje ostrzami, trzymając wysoko, i tańczą
wkoło z wolna, jakby dla odpoczynku. Lecz nagle grajek naciąga
brwi wielkie nad oczyma ukrytymi pod wystającym jak okap
zrębem czoła, ściska konwulsyjnie skrzypki i rżnie jeszcze
wścieklejszym rytmem, a cała banda tancerzy zaczyna się
z jeszcze większą gwałtownością
ciskać i szaleć. Latają w powie­
trzu ręce, nogi, błyska stal ciupag, wszystko się miesza i mąci
w jakiś chaos.
Wyżej opisana scena rozegrała się w końcu lat osiem­
dziesiątych X I X wieku. Ilustracja w Na przełęczy,
również
autorstwa pana Witkiewicza, zgadza się z powyższym opisem:
każdy zbójnik na obrazku tańczy po swojemu, improwizuje,
wspólna jest tylko atmosfera szaleństwa. Tymczasem istotą
tańca zbójnickiego, który znam z Bukowiny, a potem z innych
estrad, jest ściśle przestrzegana jednoczesność ruchów, realizo­
wanie precyzyjnego planu; dobre wykonanie musi więc być
poprzedzone ćwiczeniami pod okiem fachowca.
Gdy człowiek ma lat dwanaście—czternaście, stara się ułożyć
całą swoją ciężko zdobywaną wiedzę na temat otaczającej go

rzeczywistości w j e d n ą sensowną tablicę Mendelejewa. Mija
nieco czasu, człowiek się przekonuje, że zadanie to jest raczej
niewykonalne, więc w ogóle przestaje myśleć. Ale j a wtedy
miałem trzynaście lat. W e z w a ł e m na pomoc zdrowy rozsądek
i myślałem mniej więcej w taki sposób: zbójnicki, jak go znam,
wymaga sceny, widowni i długich wspólnych ćwiczeń. A prze­
cież trudno przyjąć, żeby tatrzańskie bandy rabunkowe sprzed
stuleci pobierały w wolnych chwilach lekcje tańca. Pan Wit­
kiewicz ma rację: taniec zbójnicki w dawnych czasach był
improwizacją, a nie śwarnym podskakiwaniem i przykucaniem
wedle ściśle określonych reguł. A więc — rozumowałem
— taniec zbójnicki w którymś momencie swej historii przeob­
raził się. Znamy nazwiska wielkich wynalazców, jak Newton,
Popów albo Miczurin, lecz nie wiemy, jak się nazywał wynalaz­
ca nowoczesnego tańca zbójnickiego. A przecież taki ktoś
musiał być. Pytanie tylko, jak się nazywał oraz kiedy i w jakich
okolicznościach dokonał swego odkrycia.
Mijały lata. Jako, że poza tańcem zbójnickim miałem jeszcze
kilka innych ważnych problemów na głowie, wyjaśnienie tej
sprawy się odwlekało. Lecz kwestia żyła, raz po raz dając
o sobie znać. Kiedyś na przykład spotkałem bratnią duszę,
etnografkę z Czech, która dzieliła się swym dramatem: od lat
zbiera ludowe legendy z okolic Jiczina, ale wyniki jej pracy
nikogo nie obchodzą, każdy tylko pyta o zbója Rumcajsa, który
jest niejicziński, nieludowy, niemerytoryczny, obcy i okropnie
bezczelny. Starsze pokolenie jiczińskiego ludu niebawem odej­
dzie, zaś obecna młodzież zmieni się w czcigodnych starców,
którzy będą twierdzić z niezłomnym przekonaniem, że Rumcajs
był w miejscowej tradycji od zawsze, bo pamiętają go z telewi­
zji, jego ubiór to pradawny tutejszy strój ludowy. No i co pan na
to? — Niech pani o tym napisze artykuł — poradziłem
— zostanie jako memento dla przyszłych pokoleń. — Ja, artykuł
o Rumcajsie? — obraziła się.
Zbójnik, jakiego znamy z góralskiego festiwalu, nosi na
głowie czerwone wiaderko z grubej tektury, może z filcu albo
innego materiału, obszyte żółtą lamówką. Jest ono niezbędne,
aby można było odróżnić zbójnika od zwykłego górala, a to
bardzo ważna rzecz, bo gdy osobnik przystrojony po zbójnicku
zawoła: dawaj pieniądze! nie ma się czego obawiać, bo to tylko
zbójnik; gorsza sprawa, gdy w ten sam sposób zagadnie cię
osobnik bez zbójnickich rekwizytów.
Człowiek dociekliwy z braku poważniejszych zmartwień być
może zada sobie pytanie, dlaczego taka ogromna czerwona

73

�czapa znamionuje akurat zbójnika — bo przecież trudno sobie
wyobrazić, aby w czymś podobnym można było wygodnie
uciekać przez las, wpadać do komory albo wspinać się po
baszcie. Odpowiedź jest raczej prosta: współcześni zbójnicy
z Krupówek są atrakcyjni dla turystów z tej głównie przyczyny,
że wyglądają identycznie jak zbójnicy na góralskich szklanych
obrazkach. Lecz pytanie pozostaje — dlaczego' zbójnik na
obrazku, czyli zbójnik-praktyk z przełomu osiemnastego i dzie­
więtnastego wieku, włożył taką dziwaczną czapę? To także
nietrudne: węgierscy hajducy z południowej strony Tatr nosili
futrzane czapy wojskowe, a zbójnicy polowali na nie jak na
skalpy. Popularny ludowy obrazek, tak zwany janosikowy,
przedstawia zbójników, radujących się ze zwycięstwa: skaczą
przez ognisko, piją wino i strzelają na wiwat z pistolców. Ubrani
są w węgierskie zdobyczne mundury. Nieznany artysta powięk­
szył im nakrycia głowy do ogromnych rozmiarów, bo chciał
zilustrować ich życiowy sukces. To nie są czapki, lecz trofea.
Historia sztuki dobrze zna takie intencjonalne powiększenia;
można je zaobserwować między innymi w dawnej rzeźbie
ludowej lub we współczesnej karykaturze. Dopóki więc zbój­
nicy tkwili na obrazku, byli zgodni z konwencją; ale gdy stary
motyw został odwzorowany na tysiącach regionalnych pamią­
tek przez ludzi, którzy tego starego obrazka nie rozumieli,
a obrazkowi zbójnicy ożyli i wyszli na Krupówki, chcąc nie
chcąc musieli zabrać swe niewygodne czapy, gdyż inaczej nie
zostaliby rozpoznani w tłumie.
Od moich bukowiańskich czasów minęło wiele lat; szperam
w starych papierzyskach z jakiegoś tam powodu, i nagle
zauważam ze wzruszeniem, że moje dziecięce przewdywania
były słuszne! Oto mam przed sobą czarne na białym, że taniec
zbójnicki w jego nowoczesnej postaci został wynaleziony
w 1910 roku przez Szczęsnego Połomskiego, naczelnika (to
znaczy głównego instruktora) nowotarskiego gniazda Towarzy­
stwa Gimnastycznego „ S o k ó ł " .
Owego roku przypadała pięćsetna rocznica Grunwaldu. Jak
Galicja długa i szeroka, w miasteczkach odbywały się parady,
festyny, manifestacje pod sztandarami z wyobrażeniem sokoła,
wzbijającego się do lotu, który wszystkim kojarzył się z Orłem.
Największą uroczystość, czyli Grunwaldzki Zlot „ S o k o ł a " ,
przewidziano w Krakowie; Polacy z trzech zaborów i z diaspory
chcieli zamanifestować jedność i wolę walki o niepodległość.
Ignacy Paderewski ufundował wielki pomnik, sokoli w zielo­
nych czamarach i amarantowych koszulach ćwiczyli paradny
krok, cała Polska wstrzymała oddech ze wzruszenia. Druh
Połomski zapragnął przygotować na tę okazję coś zupełnie
ekstra. Nadał temu nazwę „Ćwiczenia toporkiem wraz z tańcem
górali i góralek tatrzańskich". Były to popisy gimnastyczne
lekko podmalowane na ludowo, z użyciem góralskich ciupag
zamiast popularnych ówcześnie maczug, szarf i wywijadeł.
Wynalazek Połomskiego polegał na ubarwieniu ćwiczeń gim­
nastycznych elementami folkloru podhalańskiego. Był więc
zaprzeczeniem żywiołowości; zaplanowano go jak pokazy
fechtunku, piramidki albo tzw. żywe obrazy.
„Ćwiczenia toporkiem" zyskały wielkie uznanie, nawet
druhowie sokoli ze Śląska postanowili pójść tym śladem
i ułożyli taniec górniczy z kilofkami, który niestety się nie
przyjął. Tymczasem zbójnicki wedle układu druha Połomskiego
tak się spodobał, że górale przyjęli go za swój.
W „Przewodniku Gimnastycznym » S o k ó ł « " , nr 10/1910 r.
zachowała się notatka o tym, że po paru miesiącach od Zlotu
Grunwaldzkiego druha Połomskiego przeniesiono z Nowego
Targu. Urządzono wieczorek pożegnalny, na którym nowotar­
żanie — sokoli śpiewali:
Uczył nas nacelnik bić się toporkami
A teraz odjezdzo; co tez będzie z nami?
Ani na wirsycku, ani na dolinie,
Połomskiego imię nigdy nie zaginie.
Lata mojego bukowiańskiego dzieciństwa, to również począ­
tki Muzeum Lenina w Poroninie. Do legendowych postaci
zakopiańskich zaliczyć wypada nie tylko Sabałę, Chałubińs­
kiego, księdza Stolarczyka, starego Witkiewicza itd., ale rów­

74

nież Eugeniusza Zrosta. Znałem go osobiście. Krążą o nim
klechdy, które warto zanotować.
Zjawił się pod Tatrami tuż po wojnie, w gorących czasach,
gdy liczne bandy rabunkowe chodziły, jak to się powiadało,
z kopytem po prośbie; jeszcze dzisiaj starsi ludzie potrafią
wskazać piękne wille w regionalnym stylu, które stawiano
kopytem, czyli zarabiano na ich b u d o w ę rewolwerem. Był
aktywistą Z W M i PPR, mianowany dyrektorem Muzeum
Lenina w organizacji. Stanowisko to wymagało odwagi i tę
należy tow. Zrostowi bezwzględnie przyznać. Szukając lenin­
owskich śladów i kładąc podwaliny muzeum, ryzykował ży­
ciem. Jego kolegów z Z W M zamordowano, bo wybrali się na
spacer po Gubałówce (w miejscu ich śmierci postawiono
skromny obelisk; nie wiem, czy się zachował, czy też jakiś
głupiec kazał go zburzyć). T o w . Zrost miał żelazne zdrowie,
wolę działania, otwarte konto w banku i fotokopie dokumentów
z pobytu Lenina na Podhalu, przysłane z Moskwy, które miały
ułatwić poszukiwania.
Lecz tow. Zrost nie mógł z nich skorzystać, albowiem języka
rosyjskiego nie posiadał. W tamtych pionierskich czasach listy
Lenina, pamiętniki Krupskiej itd. nie były jeszcze przetłuma­
czone na polski. Z całej fury fotokopii i służbowych książek
mógł więc tow. Zrost przeczytać o własnych siłach jedynie
reprodukcje adresów na kopertach: Sehr geehrter Herr Vladimir
Uljanov, Poronin, Galizien. W y s n u ł z tego wniosek, że Lenin
mieszkał w Poroninie; nie przyszło mu na myśl, że poroniańska
poczta obsługiwała również sąsiednie wsie. Po jakimś czasie,
gdy ktoś gramotny przeczytał, co było do przeczytania, bez
trudu odnaleziono w Białym Dunajcu właściwą chałupę. Gaź­
dzina, Teresa Skupień, pamiętała swoich cudzoziemskich let­
ników sprzed lat. Zapytana, dlaczego siedziała cicho, tłumaczy­
ła się płaczliwie, że j u ż raz miała kłopoty z policją austriacką,
a przecie ona niewinna; teraz znowu jej się czepiają, że ten pon,
co u niej siedzioł, to podobno jakiś bolszewik. Więc dali jej
spokój, nikt jej nie włóczył po leninowskich uroczystościach
i nie nagabywał o wywiad. Zresztą wkrótce zmarła.
Więc tow. Zrost szukał w Poroninie. A kto ma otwarte konto
w banku i zapał rewolucyjny w sercu, ten znajdzie, czego szuka.
Zwłaszcza, gdy sprzyjają mu dziejowe realia. W tamtych latach,
zgodnie z samosprawdzającą się tezą tow. Stalina o zaostrzaniu
się walki klasowej w miarę budowy socjalizmu, w każdej wsi
typowano kułaka, by podjąć z n i m zwycięski bój. Kułakiem
poroniańskim mianowano gazdę Guta, który rzeczywiście był
stosunkowo zamożny: miał starą karczmę i pensjonat. Jeszcze
tego samego wieczora gazda Gut wiedział, j a k ą rolę wyznaczyła
mu władza ludowa. Postanowił uprzedzić atak; złożył wizytę
tow. Zrostowi, by poinformować, że poszukiwany Lenin miesz­
kał u niego w domu zajezdnym. Gazda Gut został przemianowa­
ny z kułaka na bezpartyjnego towarzysza, jego karczmę wyku­
piono za ciężkie pieniądze, wykupiono też sąsiednie parcele,
chałupy stojące na nich rozebrano; w ten sposób za przyczyną
budowy muzeum odszedł z tego świata jedyny leninowski
autentyk w Poroninie — stara poczta, do której pan Uljanow
jeździł codziennie rowerem po gazety i listy. Budowa muzeum
ruszyła w szalonym tempie. N o , i poszła lawina: wierszyki,
artykuły, filmy, audycje, cała Polska wiedziała i wie po dziś
dzień: Lenin w Poroninie, Lenin w Poroninie.
A skoro się okazało, że Lenin mieszkał w Białym Dunajcu,
nie w Poroninie — zrobiło się dziwnie. D o m w Białym Dunajcu
był owszem zwiedzany, wymieniany w przewodnikach, nie
działa mu się krzywda, ale jakoby go nie było; w świadomości
społecznej do dziś funkcjonuje zbitka „Lenin w Poroninie",
Biały Dunajec jest znacznie słabiej rozpropagowany.
W ogóle Lenin w Poroninie to skarbnica dla artysty czy
naukowca. Przyszłe pokolenia docenią ten wspaniały temat.
Naturalnie dopiero wtedy, gdy my, kompetentni, przeniesiemy
się za księżą oborę, a słowa, które teraz piszę, będą miały
wartość dokumentu, gdyż zostały napisane przez naocznego
świadka, którym nie byłem.
W połowie lat sześćdziesiątych skończyłem studia i zamiesz­
kałem w Zakopanem. Byłem młodym naukowcem. Młody

�naukowiec tym się głównie charakteryzuje, że ogromnie chciał­
by coś odkryć. Ja też chciałem coś odkryć. Problem polegał na
tym, że wiedziałem jedynie to, o czym wiedzieli również inni,
na ogół lepiej ode mnie, więc nie mogłem tego odkryć. Z kolei
nie mogłem odkrywać tego, o czym nie wiedziałem, to chyba
jasne. Paskudna sytuacja. Szukając gwałtownie, co by tu,
cholera, odkryć, zwróciłem u w a g ę na Muzeum Lenina; zafas­
cynowało mnie zjawisko wielkiego zapotrzebowania na tubyl­
ców, którzy pamiętali wodza rewolucji i rozmawiali z nim.
Potrzeby w tym względzie były tak ogromne, że przyjmowano
entuzjastycznie każdy gest dobrej woli. W Muzeum Lenina
widziałem notatki z badań terenowych, z których wynikało, że
górale urodzeni w dziewiątym, dziesiątym, jedenastym roku
prowadzili z Leninem w 1914 roku długie dysputy, które
powtarzali słowo w słowo w roku pięćdziesiątym albo sześć­
dziesiątym którymś. Nie mam zamiaru z tego szydzić, nie
posądzam autorów tych notatek o walenrodyzm czy o gorliwość
idioty, a górali o mentalność dobrego wojaka Szwejka, gorzej:
obie strony posądzam o autentyczną dobrą wolę, którą i ja noszę
w sercu i jestem z tego dumny. Mamy tu chyba do czynienia
z wyjątkowym przerostem dobrej woli. Jest to również ilustracja
ciekawego zjawiska — oto gdy nasz zdrowy rozsądek i starogrecka logika stają nam na drodze w osiągnięciu upragnionego
celu, jednym zdecydowanym ruchem odsuwamy je na bok. Czy
to w końcu ważne, że człowiek urodzony w 1910 roku wiosną
1914 roku miał miał trzy albo cztery lata i nie był dojrzały
intelektualnie do wymiany poglądów z Włodzimierzem I I jiczem? Czy to ważne wobec faktu, że mamy to, czego
pragnęliśmy tak bardzo?
W roku sześćdziesiątym siódmym kierowniczką Domu Le­
nina w Białym Dunajcu była pani Michałowska. Od czasu do
czasu wpadała do nas do Muzeum Tatrzańskiego, przede
wszystkim żeby się wygadać. Skarżyła się pani Sredniawie,
która cierpliwie kiwała głową, że Lenin to wcale nie taki
lukratywny temat jakby się komu wydawało, a ludzka bezczel­
ność przechodzi wszelkie granice; zamówili u niej w redakcji
(nie dosłyszałem, w której) tekst rocznicowy, wydrukowali,
a gdy się dopominała o pieniądze, odpisali, że Nadieżda
Krupska uważała dzieła Lenina za własność całej ludzkości,
więc nie przyjmowała za nie honorariów i pani Michałowska
winna postąpić tak samo.
Odwiedziłem j ą w Białym Dunajcu. Dom Lenina wydał mi
się bardzo interesujący, przede wszystkim jako świadectwo
stosunku polskich inteligentów do tradycji ludowej. Dla in­
teligentów wszystko co góralskie jest zarazem archaiczne,
odwieczne. Ten pogląd obowiązywał jeszcze za moich czasów;
wyposażenie Domu Lenina, od płotu aż do krzeseł i ryzowanych
gablot, wykonane było w stylu cepeliowskim lat pięćdziesiątych
i sześćdziesiątych przez twórców ludowych, których znałem
osobiście. M o ż n a przypuszczać, że autorzy ekspozycji chcieli
odtworzyć nastrój z czasu pobytu Lenina, ale przy okazji
udokumentowali fakt, że nie dostrzegają różnicy między górals­
ką chałupą sprzed pierwszej wojny światowej a sklepem
Cepelii. To jakby nie widzieć różnicy między gotykiem a neogotykiem. Ekspozycja w Białym Dunajcu nie jest więc rekon­
strukcją wnętrza z czasów Lenina, lecz ilustracją naszego braku
poczucia czasu i naszego stosunku do kultury ludowej. Nikomu
nie przyszło do głowy, że od 1914 roku sztuka góralska przeszła
znaczną ewolucję, dowodziłem. Pani Michałowska spojrzała na
mnie z macierzyńskim ciepłem. Młody człowieku, czy napraw­
dę nie ma pan większych zmartwień?
Odczepiła sznurek i weszła do p. o. sypialni państwa
Uljanowych. Uklękła, zanurzyła rękę pod łóżko i wyciągnęła
pękaty skoroszyt. Gdy jesienią 1956 roku Muzeum Lenina
przechodziło socjalistyczną odnowę, mówiła, a tow. Zrosta,
twórcę i dyrektora tej placówki, wywieziono za bramę na
furzyku, czyli na taczkach, pożyczonych naprędce od sąsiada,
który parę godzin wcześniej woził nimi gnój, urzędowe papiery
zachowały się jak obyczaj nakazuje: wyfrunęły z segregatorów
i walały się po pejzażu, więc pani Michałowska zgarnęła
chyłkiem co się dało i wzięła sobie na pamiątkę. Czytałem cały
wieczór, nietórych fragmentów nauczyłem się na pamięć, więc
mogę teraz zacytować.

Daty nie pamiętam: między pięćdziesiątym a pięćdziesiątym
czwartym rokiem. Protokół z operatywki pracowników Muze­
um Lenina. Temat: postawa moralna tow. Żmudy. Zagaja tow.
Zrost: Jak towarzysze wiecie, przy naszym muzeum istnieje
biblioteka marksizmu-leninizmu. Karta tow. Zmudy jest czysta,
tow. Ż m u d a nie korzysta z biblioteki. Widocznie uważa, że już
zjadł wszystkie rozumy i nie potrzebuje się dokształcać.
Natomiast nie jest żadną tajemnicą, że tow. Żmuda przyjmuje
do siebie na noc kobiety. Nie jest to jedna kobieta, lecz kilka,
tow. Ż m u d a postępuje wobec nich nieuczciwie, bo przecież nie
ożeni się z nimi wszystkimi. Tow. Ż m u d a powinien kłaść
mniejszy nacisk na kobiety, a większy na podnoszenie swej
świadomości członka partii. Tow. Ż m u d a (arogancko): Co ja
robię w nocy to moja sprawa prywatna. Tow. Zrost (łagodnie):
sprawa prywatna, ale mieszkanie służbowe. Ale nie w tym
rzecz. M y , pracownicy Muzeum Lenina, jesteśmy wzorem dla
okolicznej ludności, stoimy na moralnym świeczniku. Co
będzie, jeśli okoliczna ludność zacznie brać przykład z tow.
Ż m u d y ? I kto będzie odpowiedzialny za ten stan rzeczy?
Dalej zapomniałem; pamiętam tylko tyle, że dano tow.
Żmudzie sześć miesięcy na uzupełnienie wiedzy z marksizmuleninizmu i powołano trzyosobową komisję, która miała to
wyegzekwować.
Inne pismo, z tego samego okresu: Do Powiatowego Urzędu
Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu. Dzisiaj w na­
szym muzeum dokonano aktu wrogiej roboty. Nieznani sprawcy
wpisali do księgi pamiątkowej, że wystawa jest nudna.
Czytałem to na głos, śmiałem się, pani Michałowska też się
śmiała i zapewniała, że te pisemka zostały uratowane przypad­
kowo i niczym nie różniły się od tych, które przepadły. Skoro
pp. archeologowie na podstawie kilku glinianych skorup od­
twarzają pradawną kulturę razem z jej wierzeniami i systemem
społecznym, to chyba na podstawie tych kilkudziesięciu pise­
mek można będzie po latach wyrobić sobie ogólniejszy pogląd
na epokę, rozmarzyła się. Owszem, mówiłem, ale z tym
zastrzeżeniem, że tezę archeologa m o ż e wzbogacić lub obalić
jedynie inny archeolog, który podlega takim samym obciąże­
niom jak ten pierwszy, więc z rekonstrukcją bohaterskiej
młodości tow. Żrosta m o g ą być niejakie kłopoty.
W 1967 roku, gdy sprowadziłem się do Zakopanego, pełnił on
funkcję sekretarza ideologicznego Komitetu Miejskiego PZPR.
Opowiadano o nim złośliwości, za którymi czaił się strach.
W 1970 r. został dyrektorem Muzeum Tatrzańskiego. Miano­
wanie akurat jego było straszliwym chamstwem, a mnie
dodatkowo sprawiało dużą przykrość, gdyż w tej sytuacji nie
było już dla mnie miejsca w muzeum i musiałem opuścić
Podhale. Plotkowano w Zakopanem, że tow. Zrost został
skierowany do muzeum, bo towarzysze mieli go serdecznie dość
i dali mu kopa. Kultura, jak wiadomo, była wówczas prze­
chowalnią, lodówką względnie zesłaniem dla towarzyszy,
którzy akurat popadli w niełaskę; kierowano ich do kultury bez
obawy że naszkodzą, bo przecież robić w kulturze każdy dureń
potrafi.
Tow. Zrost dzielnie zniósł degradację i również w nowym
miejscu starał się służyć partii, jak umiał najlepiej. Najpierw
kazał usunąć z gabinetu góralskie obrazki na szkle, bo miały
tematykę religijną. Potem kazał usunąć z ekspozycji rzeźbiony
ul w postaci świętego A m b r o ż e g o i zastąpić go ulem w formie
niedźwiedzia, z tego samego powodu. Jego pierwszą decyzją
personalną na nowym stanowisku było przyjęcie mojego wymó­
wienia.
Po latach przyjechałem do Bukowiny z przyjaciółmi. Myś­
lałem, że nikt mnie nie rozpozna. Siedzimy w karczmie na
Klinie, zamawiamy pięć razy bigos, bufetowa mówi, że bigosy
są ino śtyry. Zastanawiamy się co robić, aż tu bufetowa pochyla
się nade mną i szepce: nie bier-ze tego, Jantuś, niek se panowie
sami źrejom.' Nie przyznałem się, dlaczego zamawiam tylko
chleb z masłem, chcieli się ze m n ą dzielić tym bigosem,
martwili się że będę głodny, siedziała tam między nimi moja
dziewczyna, patrzyłem jak je i było mi cudownie, jak to
wspaniale być prawdziwym góralem, gdy się nim nie jest.
Bufetowa, moja szkolna koleżanka, płukała kufle.
75

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9912" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9890">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/bc6577772c1492268e584b645ba66342.pdf</src>
        <authentication>8b0bd0cd163fff03df25e2703735a17c</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117928">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2964</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117929">
                <text>1995</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117930">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2768</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117931">
                <text>Fotodziennik, czyli piosenka o końcu świata" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117932">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1, s.64-65</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117933">
                <text>Bohdziewicz, Anna Beata</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117934">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117935">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117936">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117937">
                <text>Anna Beata Bohdziewicz

Fotodziennik,
czyli piosenka
o końcu świata"
11

27, 28 styczeń 1995

AUSCHWITZ

64

ifijetŁłt

/W-

^ij£¿UL^-feL

-wi^Míto.

Autek »Hi - fc-yki.n«M.. U ¡n*A*U¿.¿

nyuve/eviía.

Wv° H^Hosd

c/hola.

vftófaA^yiA..

�65

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9910" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9888">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/8dbf23144966f18dc3f35a134a2fa8bb.pdf</src>
        <authentication>1b71b8542e93313f41eff75749315973</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117907">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3307</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117908">
                <text>1985</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117909">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3100</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117910">
                <text>"Nikifor" Andrzeja Banacha / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1985 t.39 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117911">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1985 t.39 z.3-4, s.239-244</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117912">
                <text>Jackowski, Aleksander</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117913">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117914">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117915">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117916">
                <text>Aleksander Jackowski

„ N I K I F O R "

A N D R Z E J A

I l e to razy s ł y s z a ł e m — j a go, panie, w i d z i a ł e m j a k siedział

B A N A C H A

z n i m s t y k a ł , p o m a g a ł m a l a r z o w i a przede w s z y s t k i m p r z y c z y n i ł

p r z y m u r k u i m a l o w a ł . Grosze c h c i a ł , ale k t o b y to k u p o w a ł . . .

się n a j w i ę c e j

S k ą d człowiek m i a ł w i e d z i e ć , że to b ę d z i e t y l e w a r t e ! I ż a l , że

w k r ą g u z n a n y c h na świecie m i s t r z ó w naiwnego realizmu. S t a ł o

przegapił t a k ą

się to m o ż l i w e d z i ę k i t e m u , że d y s p o n u j ą c o g r o m n y m zbiorem,

o k a z j ę . Ś r o d k i masowego przekazu wylansowa-

do wydansowania N i k i f o r a , do wprowadzenia go

ł y nie t y l k o N i k i f o r a , ale i m i t N i k i f o r a : prostaczka, k t ó r e g o ta­

rzeczywiście

lent nagle o d k r y w a j ą . . . N i k i f o r s t a ł się jeszcze za ż y c i a l e g e n d ą

m i a l d o s t ę p do s k r z y n i , w k t ó r e j N i k i f o r t r z y m a ł swe obrazki)

najlepszych

prac ( p o n i e w a ż

pierwszy po w o j n i e

i w c i ą ż w i e m y o n i m m a ł o . O n sam t e ż w i e d z i a ł o sobie nie za wiele,

z o r g a n i z o w a ł z a g r a n i c ą k i l k a w y s t a w (wo F r a n c j i , w

po p r o s t u b y ł . B y ł malarzem i jego o b r a z k i m ó w i ą o n i m więcej

Zjednoczonych,

niż c h c i a ł czy m ó g ł w y r a z i ć s ł o w a m i . Z r e s z t ą rozumieli go nie­

D z i ę k i n i m , a t a k ż e k s i ą ż k o m i a r t y k u ł o m z a c z ę t o w i ą z a ć ( i słusz­

l i c z n i , a i o n i nie zadawali sobie t r u d u , b y w y s ł u c h i w a ć jego

nie) nazwisko Banacha z o s o b ą N i k i f o r a . B y ć m o ż e nio b ę d z i e m y

Brazylii,

Japonii)

—

rzeczywiście

Stanach
ważnych.

b e ł k o t l i w y c h opowieści. W i ę c legenda rosła i wciąż go otacza,

dalecy od p r a w d y z a u w a ż a j ą c , że t a k j a k B a n a c h

nawet po ś m i e r c i — że b y ł g ł u c h o n i e m y m (zapisano go nawet do

się do s ł a w y N i k i f o r a , t a k i N i k i f o r p r z y c z y n i ł się do pozycji,

z w i ą z k u g ł u c h o n i e m y c h ) , ż e nie znal ojca i m a t k i , że jego ojcem

j a k ą w naszym ż y c i u k u l t u r a l n y m zajął B a n a c h .

m u s i a ł b y ć j a k i ś w y b i t n y malarz — bo s k ą d b y u włóczęgi t a k i
talent?.

przyczynił

Z r e s z t ą o d d a j ą c co banacbowe B a n a c h o w i w a r t o p r z y p o m n i e ć ,

Wreszcie, b y legendzie s t a ł o się z a d o ś ć , w y b r a n o m u

że N i k i f o r nie b y ł p o s t a c i ą n i e z n a n ą . J u ż przed w o j n ą o d k r y l i go

(Banach!) nazwisko — o d miejsca z k t ó r y m b y l z w i ą z a n y . Z K r y ­

malarze z k r ę g u z b l i ż o n e g o do „ k a p i s t ó w " . Pierwszy zwrócił na

n i c y ? — więc N i k i f o r K r y n i c k i . Chociaż on sam, jeszcze przed

niego u w a g ę

w o j n ą p r z y b r a ł sobie inne, dla niego z kolei owiano l e g e n d ą

Jerzego W o l f f a

Seweryn

Turyn,

malarz

ukraiński, on

do napisania a r t y k u ł u o N i k i f o r z o

4

namówił

w pięknie

nazwisko — M a t e j k o . Sam czul się w y b r a n y m — w i e d z i a ł , że

w y d a n y m p i ś m i e „ A r k a d y " . T u r y n k u p i ł w ó w c z a s wiele prac

jogo p o w o ł a n i e m i losem jest b y ć malarzom, t a k j a k i n n y c h P a n

Nikifora

w y b i e r a ł i n a z n a c z a ł darem apostolstwa, p r o r o k o w a n i a , widzenia

k t ó r e z n a l a z ł y się w z b i o r a c ł i muzealnych K i j o w a a n a s t ę p n i e

z najlepszego

okresu

jogo t w ó r c z o ś c i

(1935—1939),

tego, co z a k r y t e przed oczami z w y k ł y c h l u d z i . M a t e j k o — to b y ł

z o s t a ł y zdeponowane

s y m b o l , znak m a l a r z a .

m i nie w i a d o m o , gdzio się obecnie z n a j d u j ą ) . K o l e k c j ę

A l e jego p r o t e k t o r o m z a b r a k ł o w y ­

w k t ó r y m ś z moskiewskich m u z e ó w (nic
„Niki­

o b r a ź n i , a m o ż o i ś m i a ł o ś c i . . . T o z r e s z t ą inna sprawa, do k t ó r e j

f o r ó w " k u p i ł t a k ż e Jerzy W o l f f . W ś r ó d „ k a p i s t ó w " N i k i f o r byd

jeszcze w r ó c ę .

p o s t a c i ą z n a n ą . W y s o k o go cenił Z y g m u n t Waliszewski, k t ó r y

W c i ą ż , wszystko, co w i ą z a ł o się z o s o b ą N i k i f o r a
legendę,

należało

do

świata

rządzonego

reklamą

w G r u z j i znal Pirosmaniszwilego i p o z o s t a w a ł pod u r o k i e m jego

tworzyło

o b r a z ó w , zawsze w r a ż l i w y na u r o k „ p r y m i t y w u " . Sam w i d z i a ł e m

i prawami

r y n k u a zarazem k a m u f l u j ą c e g o swe p r a w d z i w e obliczo

w 1939 r. p i ę k n e N i k i f o r y u T y t u s a C z y ż e w s k i e g o i Jana Cybisa.

senty­

m e n t a l i z m e m , w s p ó ł c z e s n ą w e r s j ą bajek o K o p c i u s z k u , Isaurzo

Po wojnie, w t y m s a m y m okresie, k i e d y B a n a c h

czy T r ę d o w a t e j . M i a ł a Stefcia swego O r d y n a t a Michorowskiego,

się d o l ą k r y n i c k i o g o malarza, k u p o w a l i jego o b r a z k i (wysoko

m i a l N i k i f o r swego Banaeha. T o t e ż n a l e ż a ł o cło jego legendy.

je sobie c e n i ą c ) — a r t y ś c i , p r z y j e ż d ż a j ą c y w ó w c z a s do K r y n i c y :
K a z i m i e r z N i t a , w s p o m n i a n y j u ż J a n Cybis, nieco p ó ź n i e j —

S ł a w a malarna rosła. K u p o w a n o N i k i f o r y , sprzedawano N i k i f o r y , pisano

Alfons K a r n y i Tadeusz

1

o n i m (setki a r t y k u ł ó w ! ) , o jego w y s t a w a c h .

W k r ó t c o , d z i ę k i ś r o d k o m masowego przekazu s t a ł się powszechnie
znany.

Powiedzenie

„Nikifor"

J u ż w t e d y b u d z i ł o się w k r a j u zainteresowanie

twórczością

„ n a i w n ą " , entuzjazmowano się c i e k a w y m i a m a t o r a m i . Z jednej

k t o ś m ó w i ł o k i m ś , że jest N i k i f o r e m p o l i t y k i , to o i n n y m pisano

s t r o n y s p r z y j a ł o t e m u programowe popieranio a m a t o r ó w przez

„Nikifor

literatury",

w ł a d z e , z drugiej z a ś i s t n i a ł a w r a ż l i w o ś ć na ten rodzaj ekspresji

wreszcie R e d l i ń s k i w y d a ł k s i ą ż k ę „ N i k i f o r m y " . A k i m jest N i ­

artystycznej w ś r ó d a r t y s t ó w i k r y t y k ó w . „ P a r y ż " d a w a ł przy­

k i f o r ? C z y m jego m a l a r s t w o ?

k ł a d , j a k w wielu i n n y c h sprawach — obrazy H e n r i Rousseau,

Himmilsbachu

„Nikifor

w życie.

Kulisiewicz.

To

ekonomii", o

zaczęło w c h o d z i ć

zainteresował

N a te p y t a n i a odpowiada k s i ą ż k a Andrzeja Banacha

„Niki­

2

f o r " . N a pierwsze — z n ó w p o z o s t a j ą c w k r ę g u legend, na drugie
p i ę k n i e i p r z e k o n y w u j ą c o . Jest to j u ż czwarta k s i ą ż k a tego autora
3

o N i k i f o r z e , ale dopiero w niej znakomicie dobrano i reprodu­

Bombois'a, Bauchant'a, Serapbine L o u i s i V i v i n e ' a n o b i l i t o w a n o ,
wieszając

w H o l a n d i i , B e l g i i , Szwajcarii.
W Polsce Bela Czajka (takie kobiece wydanie Franca Fiszera)

kowane w kolorze o b r a z k i d a j ą rzeczywiste pojęcio o artystycz­
nej

osobowości

k r y n i c k i e g o mistrza, o jego w i e l k i m

kolorystycznym, wyobraźni,

fantazji.

też i w y d a w n i c t w a „ A r k a d y " ,

które

talencie

lansowała

O c i e p k ę , w y s t a w y a m a t o r ó w pokazano

(conajmniej

Zasługa

to

autora,

ale

dwa razy) w szacownych salach M u z e u m Narodowego w W a r ­

zadbało

o t o , aby

dać

szawie, pisali o nich w n i k l i w i e i p i ę k n i e K a z i m i e r z W y k a i J a n

c z y t e l n i k o w i k s i ą ż k ę rzadkiej urody', w y d a n ą w y j ą t k o w o

staran­

Białostocki.

nie (papier, u k ł a d , czcionka), w p o r ę c z n y m formacie (doskonale
„ l e ż y " w ręce). Czyta się i o g l ą d a

obok dziel B r a q u a , Picassa, Matissa czy B o n n a r d a .

„ N a i w n i " stawali się m o d n i , organizowano i c h wielkie w y s t a w y

tego „ N i k i f o r a "

świetnie.

W t y m s a m y m 1949, r o k u k i e d y Andrzej i E l a B a n a c h ó w ie
po raz pierwszy pokazali „ N i k i f o r y "

w Warszawie, K r a k o w i e

Tekst, nie p o w t a r z a j ą c wielu r o z w a ż a ń , znanych z poprzednich

i

a r t y k u ł ó w i k s i ą ż e k A n d r z e j a Banacha, zawiera t o , co n i e z b ę d n e ,

Jerzego

b y p r z y b l i ż y ć n a m o s o b ę i t w ó r c z o ś ć N i k i f o r a . Jest to ł a d n a l i ­

po raz piorwszy p o k a z a ł N i k i f o r a niżoj podpisany, w L o n d y n i e

t e r a t u r a , Banach pisze z w d z i ę k i e m , lekko, serdecznie,

(1956 r . ) , d e m o n s t r u j ą c na wdelkiej, licznie odwiedzanoj wysta­

t a k żo

Sopocie — u r z ą d z i ł o w y s t a w ę
Wolffa)

obrazów Nikifora

Muzeum Narodowe

w

Poznaniu.

(ze z b i o r u
Zagranicą

5

wzbudza s y m p a t i ę dla swego bohatera. I n n a rzecz, ż e nie w g ł ę b i a

wie, 58 prac k r y n i c k i e g o m a ł a r z a ( m . i n . z kolekcji

się w jego p s y c h i k ę , nie podejmuje bardziej p o g ł ę b i o n y c h analiz.

Jeszczo w i ę c e j , bo 125 o b r a z ó w N i k i f o r a z n a l a z ł o się na w y s t a w i e ,

Jest to b o w i e m o p o w i e ś ć Banacha o N i k i f o r z e a nie monografia

k t ó r ą w 1959 r. z o r g a n i z o w a ł e m w Belgradzie, Zagrzebiu, M a r i -

artysty. Banach zresztą znał Nikifora

borzo i L u b l a n i e , w k r a j u , k t ó r y n i e m a l - ż e u w a ż a

dobrze, wiolo razy s i ę

6

Banacha).

„naiwnych"

239

�Zft ffwoją n a r o d o w ą

s p e c y f i k ę . I s t o t n e znaczenie dla

wprowa­

gwarancję

ich autentycznej n a r o d o w o ś c i . " Z t a k i m i

dzenia N i k i f o r a na . . r y n k i ś w i a t o w o " iniala toż w y s t a w a „ D a s

tami

naive B i l d der W o l t " ' , zorganizowana w 19G1 r. w- Baden-Baden.

nie p o w i e d z i e ć po p r o s t u — frazes}'.

Frankfurcie
się na

tej

i Hannowcrze. D z i ę k i

E w i e Garztoekiej

wystawie obrazy N i k i f o r a ,

znalazły

reprodukowane

później

w prasie i k s i ą ż k a c h o sztuce naiwnej.

argumen­

dyskusja nie jest m o ż l i w a , to są f i g u r y stylistyczne,

.Rozumiem, że w latach

pięćdziesiątych

mógł

Banach

by
nic

z n a ć m e t r y k i N i k i f o r a . N i e z n a ł jej chyba sam zainteresowany.
A l e już w s i e d e m d z i e s i ą t y c h latach pisano o niej. T r u d n o przy­

To t y l k o w u z u p e ł n i e n i u tego, co pisze w swej k s i ą ż c e Banach,

p u ś c i ć , że Banach o t y m nio wiedział. Jego sugestia, p o d j ę t a

a co m o g ł o b y s u g e r o w a ć c z y t e l n i k o w i , iż bez Banacha nio b y ł o b y

przez w ł a d z e K r y n i c y nazwania N i k i f o r a K r y n i c k i m , b y ł a

N i k i f o r a . T r u d n o to dziś p r z e s ą d z a ć . Może b y ł b y . . . Ale napewno

zainteresowanego w ą t p l i w y m dobrodziejstwem. Ale, jeśli zabieg

dla

nie tak znany, j a k to się s t a ł o dzięki B a n a c h o m . P r a w d ą jest

ten m i a l c z e m u ś s ł u ż y ć , to sugestii polskości N i k i f o r a . Chwalą

b o w i e m , że t o oni p o l o ż y h n a j w i ę k s z e zasługi dla popularyzacji

B a n a c h o w i za to, że p o m ó g ł malarzowi o t r z y m a ć dow ód osobisty,

N i k i f o r a na świecie. D z i ę k i n i m m i a ł a miejsce w 1959 r. wystawa

bo w naszym k r a j u człowiek bez d o w o d u nio m o ż e i s t n i e ć . C h w a ł a

100 prac w Galerii D i n a Y i e r n y

za to, że j u ż w e z e ś n i e j w y s t a r a ł się o z a ś w i a d c z e n i e

w P a r y ż u oraz w amster­

d a m s k i m Stedolijk Museum, a p ó ź n i e j t a k ż e w y s t a w } ' w innych
krajach, miastach.

r

pulacji

Tstotny sprzeciw budzi w książce Banacha sprawa znacznie

zastępujące

7

malarzowi d o w ó d , ale czy nie b y ł o b y uczciwsze zamiast m a n i ­
matki

z nazwiskiem
lub

przywrócenie

zaakceptowanie

N i k i f o r o w i nazwiska jego

przydomku:

„Matejko"?

Jedyny

w a ż n i e j s z a , pochodzenia N i k i f o r a , jogo t o ż s a m o ś c i . N i k i f o r b y l

sens Hanachowogo zabiegu w i d z ę w t y m , że o d r y w a on malarza

Ł e m k i e m . czuł się Ł e m k i e m i dzielił los k o n i k ó w . Oczy wiście,

od rodzimych korzeni. Banach u n i k a wręcz o k r o ś l e n i a L e m k o .

podobnie jak i n n i Ł e m k o w i e m ó w i ł t a k ż o po polsku, żył w k r ę g u

Dlaczego? Czy to coś wstydliwego? T o co 1o m ó w i e n i e o matce

obu

k u l t u r — polskiej i ł e m k o w s k i e j , chodził do cerkwi

i do

Rusineo, po co ukrainizowaiiie

jej nazwiska (na

Derewniak)

k o ś c i o ł ó w (choć wolał cerkwie). Nawet na o k ł a d c e swego m o d l i ­

i stwierdzenie, żc po urodzeniu c h ł o p c a z a m i e s z k a ł a n Ł e m k ó w

t e w n i k a u m i e ś c i ł po

(s. 7). Z a m i e s z k a ł a n swoich.

obu

stronach k r z y ż e - -

k n t o l i o k i i łem­

kowski (nb. szkoda, że w swej książce p o m i n ą ł Banach

rysunki

N i k i f o r a , a z w ł a s z c z a jego n i e z w y k ł ą , r y s o w a n ą k s i ą ż k ę do nabo­
ż e ń s t w a ) . Żył wśród Ł e m k ó w alo z w r a c a ł się t a 1; ż e do publicz­
ności polskiej,

do kuracjuszy, k r y n i c k i c h gości. Mial ,.listy że­

bracze" (s 224) w obu j ę z y k a c h — dla Ł e m k ó w , U k r a i ń c ó w i dla
P o l a k ó w . Gzy jost w i ę c uzasadniony zabieg, k t ó r y czyni Banach,
„polonizowania"
z

prawdą,

Nikifora?

ponadto

Przede w s z y s t k i m

przecież

niepotrzebny.

jest

niezgodny

Nikifor,

właśnie

z r a c j i swego funkcjonowania w naszej k u l t u r z e , n a l e ż y do niej,
także

do niej — b ę d ą e j e d n o c z e ś n i e Ł e m k i e m i t a k ż e

łem­

k o w s k i m malarzem. W r o z d z i a ł o „ O polskości N i k i f o r a " stosuje
B a n a e ł i r ó ż n e zabiegi m a j ą c e

u z a s a d n i ć jego s ą d .

Przywołuje

pozorne analogie, k i e d y malarze obeego pochodzenia wrastali
r

w polski p e j z a ż i t d . , cytuje nazwiska l u m i n a r z y naszej n a u k i ,
profesorów
pińskiego,

Białostockiego,
z

obcych

Tatarkiewicza,

Francastola,

nawet

Starzyńskiego,
przytacza

Kę­

fragment

w y p o w i e d z i Grotowskiego — wszystko t o , b y s t w i e r d z i ć iż „ s m u t ­
na p o l s k o ś ć jego patrzenia, tragedia w r a ż l i w o ś ć ' , p o l s k o ś ć skargi
w jego m a l o w a n i u jest ś w i a d e c t w e m u k o ń c z e n i a przez N i k i f o r a
s z k o ł y polskiego ż y c i a " (s. 40). A n t o r nie dostrzega nawet cy­
nizmu

0 k r y n i c k i m pensjonacie „ T r z y r ó ż e " , k t ó r e g o właścicielami b y l i
z a m o ż n i ziemianie Znamierowscy, herbu „ T r z y r ó ż e " (nb.

nie

jest to p r a w d ą ) : „ D o w i l l i , pisze na s. 5 - 7 , zajeżdżali z pobliskie­
go dworca goście najlepsi: L u b o m i r s c y , Potoccy,

Radziw'illowie,

Sapiehowie, Czartoryscy. (...) M i a l t a m t a k ż e swój p o k ó j m a ł y ,
siwy pan, n i e j a k i T. Z d r o w y , z a m o ż n y , otoczony o p i e k ą enfant
terrible całej r o d z i n y ; z a j m o w a ł się dwiema c z y n n o ś c i a m i , m i ­
ł y m i o k u i stosownymi do w i e k u — m a l o w a ł , a w w o l n y e h chwi­
lach p o d s z c z y p y w a ł w ciemnych k o r y t a r z a c h wesołe p o k o j ó w k i
1 rumiane dziewezęta z kuchni."
podobnie precyzyjnego w y w o d u ,
Łemkiem,

ale

Polakiem,

No i już wiemy

z dalszego,

k i m b y ł ojeiec N i k i f o r a .

malarzem,

herbowym

Nie

ziemianinem,

a m o ż e nawet h r a b i ą ? A l e z a ł ó ż m y nawet., że t a k b y ł o i nie jest
to supozycja z palca wyssana, czy zmienia to f a k t , że N i k i f o r
do 13 r o k u ż y c i a b y ł t y l k o z m a t k ą , w ś r o d o w i s k u ł e m k o w s k i m ,
żc czul się Ł e m l d e m ?
O c z y w i ś c i e , j a k j u ż p i s a ł e m N i k i f o r k s z t a ł t o w a ł się j a k o czło­

„ W

wiek i malarz t a k ż e pod w p ł y w e m k o n t a k t ó w z kuracjuszami,

„ n a P o l a k a " ? Nieco dalej

p l a s t y k a m i , l u d n o ś c i ą szczoro-polską. D z i a ł a ł na niego p e j z a ż ,

togo zdania. C z y ż b y wysiedlenie w r a m a c h akcji

i p ó ź n i e j s z e perypetie n o b i l i t o w a ł y

Banach, nic m ó w i ą c togo wprost, w y s u w a jeszcze i n n y argu­
ment m a j ą c y ś w i a d c z y ć na rzecz polskości N i k i f o r a . Opowiada

Banach p r ó b u j e d o w i e ś ć , że N i k i f o r p a t r z y ,.po p o l s k u " .

„Na

z n a ł polskie miasta, N o w y S ą e z , T a r n ó w , K r a k ó w ,

c a ł y m świecie malowano krajobrazy i a k t y . Ale krajobrazy pol­

Zapewne b y ł b y

skie i polskie dziewczyn}' są inno. Nie dlatego, że na obrazach są

otoczeniu. Ale to jeszcze nie

polskie drzewa i postacie z naszej ziemi. Na. polskich obrazach

wysuwa Banach.

jest polski cień, k t ó r y m o ż e o k a z a ć sic blaskiem, są polskie roz­
1

darcia, k t ó r o nie są w y r a ź n i e widoczne na p ł ó t n i e , ale s t a n o w i ą

inny,

mieszkając

w

innym

upoważnia

do

kraju,

Warszawę.
w

wniosków,

innym
któro

Powtarzam, szkoda wielka, że to czyni, k s i ą ż k a jest bowiem
p i ę k n a i jak na nasze w a r u n k i

w y d a n a nad podziw starannie.

P li Z Y P I S Y

1

W y k a z w y s t a w krajowych i zagranicznych oraz zostawienie
f i l m ó w , k s i ą ż e k i w a ż n i e j s z y c h a r t y k u ł ó w o Nikiforze — do 1906
— w katalogu „ N i k i f o r " , C B W A „ Z a c h ę t a " , Warszawa 1907
A n d r z e j Bonach, Nikifor,
Warszawa 1984 „ A r k a d y " . Opra­
cowanie graficzne — M a ł g o r z a t a R ó ż a ń s k a . 72 i l . kolorowo, 10
czarnobiałych.
A . B a n a c h , Nikifor
— mistrz z Krynicy,
K r a k ó w 1957.
Wydawnictwo L i t e r a c k i e ; A . Banach, Pamiątka
z
Krynicy,
K r a k ó w 1959, Wydawnictwo L i t e r a c k i e ; E l l a i Andrzej B a n a c h ,
Historia
o Nikiforze,
K r a k ó w 1906, Wydawnictwo Literackie.
Jerzy Wolff, Malarze naiwnego realizmu ir Polsce --•
Nikifor,
„ A r k a d y " n r 3, Warszawa 1938
2

3

4

240

5

E x h i b i t i o n of Polish F o l k A r t , L o n d o n , R o y a l W a t e r -Colour Society. 3—24 M a y 1956
P c l j s k i P r i m i t i w i i i U m e t n i c i , Beograd, L u b l j a n a , Zagrob,
Maribor, 1959
Przytaczam ten d o k u m e n t : „ Z a ś w i a d c z e n i e . Prezydium
Miejskiej R a d y Narodowej w K r y niej-, p o w i a t N o w y S ą c z ,
stwierdza, że N i k i f o r zwany „ M a t e j k o " zamieszkał}" w K r y n i c y
p r z y u l . Kraszewskiego Dolna, 723 (u ob. Michała Czupaka)
jest synem g ł u c h o n i e m e j o n i e w i a d o m y m nazwisku, urodzony
rzekomo w K r y n i c y w 1895 w/g jego zapodania. Ob. N i k i f o r
M a t e j k o t r u d n i się u l i c z n y m malarstwem.
Z a ś w i a d c z e n i e w zamian b r a k u dowodu. K r y n i c a 8.08.1955 r.'
6

7

�K S I Ą Ż K A 1)0 N A B O Ż E Ń S T W A NIKIFORA (FRAGMENTY)

����</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9907" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9885">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/ffd977bb3174ec8ccce59d5072e7402a.pdf</src>
        <authentication>acc497a6980e0070f0103828286b922c</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117877">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3308</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117878">
                <text>1985</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117879">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3101</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117880">
                <text>Łemkowszczyzna w wierszach Jerzego Harasymowicza / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1985 t.39 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117881">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1985 t.39 z.3-4, s.245-246</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117882">
                <text>Kroh, Antoni</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117883">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117884">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117885">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117886">
                <text>Antoni Kroh

Ł E M K O W S Z C Z Y Z N A

W

W I E R S Z A C H

Żyje w ś r ó d nas ponad dwieście t y s i ę c y Ł e m k ó w , lecz wiedza
na

ich

temat

jest

we

współczesnym

społeczeństwie

polskim

p r z e r a ż a j ą c o niska. Po 1944 r o k u u k a z a ł o się w p r a w d z i e w Polsce
nieco

prac

lemkologicznych,

zwłaszcza

znawstwa, h i s t o r i i , etnografii,

socjologii

z

dziedziny

i —

języko­

sporadycznie

—

J E R Z E G O

H A R A S Y M O W I C Z A

Z r e s z t ą t a k i s p o s ó b podejścia do t e m a t u nie b y ł charakte­
r y s t y c z n y t y l k o dla H a r a s y m o w i c z a . N a p r z y k ł a d w t o m i o re­
p o r t a ż y Janusza R o s z k i Jak
,,A

kolo

drewnianej

na

'Zawiszy

cerkiewki

czytamy:

pochylone

i

popróchniałe

k r z y ż e są ś l a d e m po t y c h ludziach, co Ł e m k a m i n a z w a n i żyli

f o l k l o r u muzycznego, ale są to rzeczy p r a k t y c z n i e nie czytane

t u t a j п а ллчегскасЬ w i e r c h o m ł a ń s k i c h i przeszumieli z w o j e n n y m

poza d o ś ć w ą s k i m

л\аа^-ет."

kręgiem

specjalistów.

Łemkowie śledzą

te

poczynania u w a ż n i e , alo p r z y j m u j ą , je raczej c h ł o d n o , g d y ż naj­

T a sama poetyczna p o w i e r z c h o w n o ś ć , ta sama pozorna wspa­

częściej pomijana jest w nich istota p r o b l e m u — wielkiego pro­

niałość formy,

blemu łemkowskiej

ludzkie losy, i ten sam — c h o c i a ż u R o s z k i m o ż e nieeo w i ę k s z y —

h i s t o r i i najnowszej, współczesności i przy­

szłości.

e s t e t y z u j ą e ą m g i e ł k ą rzeczyAviste

m o r a l n y d a l t o n i z m , bezmiar gorzkioj z a d u m y w starannie z a k r e ś ­

ЛЛ* krajowej publicystyce czterdziestolecia t e m a t y k a ł e m k o w ­
ska

przesłaniająca

poruszana b y ł a

gruntowniej

właściwie

tylko

n a j p i e r w — z o c z y w i s t y c h p o w o d ó w — w 1947

trzykrotnie:
roku,

potem

lonych

ramach. Z a ś u

B y ć m o ż e z роллчк1и t y c h лл-laśnie cech ,,łemkoAvskie" лл-iersze
Нагаэутоллчсга

więc dziwić się powszochnej

ЛУ c i ą g u лу1е!и lat.

J e ś l i zaś chodzi o t z w . l i t e r a t u r ę p i ę k n ą , to t e m a t R u s i n ó w

znacznie

г

w k r ó t c e po P a ź d z i e r n i k u , a ostatnio w latach 1980- —84. T r u d n o
ignorancji.

HarasymoAyicza nieлvątpliлvie

лл-iększa b i e g ł o ś ć лл'arsztatoлл a.
mogły u k a z y w a ć się drukiem

systematycznie,

Łemkoлл'ska scenografia t y c h лу1егвгу s k ł a d a się z niewielu,

p ó ł n o c n y c h s t o k ó w K a r p a t p o d j ę ł o ЛУ Polsce L u d o w e j właściwie

alo c z ę s t o p o w t a r z a j ą c y c h

t y l k o d w ó c h poczytiiiejszyeh pisarzy: Jan Gerhard (jego , , Ł u n y

z kręgu

w Bieszczadach" b y ł y przeniesione na e k r a n i wielokrotnie wzna­

k r a t o r , ś w i ę t o J o r d a n u , k r z y ż t r ó j r a m i e i m y i inne. To z r o z u m i a ł e .

wiane) oraz Jerzy H a r a s y m o w i c z , autor w y d a n y c h dotychczas

Cerkiew p e ł n i ł a

г

p o n a d dлyudziestu tomikOAv лчиегэгу, лл k t ó r y c h л\ ciąż
j a j ą się ł e m k o w s k i e m o t y w y .

przewi­

1^,о81аллтпу na b o k u Gerharda,

się e l e m e n t ó w . Są one

wschodniego c h r z e ś c i j a ń s t w a :
na

Łаnlkoлvszczyźnio

zaczerpnięte

cerkiew, ikona,
wielką

rolę

Panto-

duchowego

ogniska w najszerszym tego в^луа znaczeniu — r o l ę nie t y l k o
religijną,

ale

także

ośлyiatoлvą, p o l i t y c z n ą ,

artystyczną.

Lecz

g d y ż o d b i ó r jego k s i ą ż k i to osobny, z r e s z t ą bardzo gorzki t e m a t ,

istnieje клл-estia stosunku do олл-yeh Avschodnioehrzescijanskich

a zajmijmy

s y m b o l i . Jest to kwestia moralna i artystyczna. M o ż n a

wizję

się Н а г а в у т о л л ч с г е т .

Łemkowszczyzny

nam

S p r ó b u j m y prześledzić, j a k ą
autor w

swych

starać

wierszach,

się p r z e n i k n ą ć ich i s t o t ę i p i e n y o t n ą t r e ś ć , лyidzieć je j a k o pom­

z j a k i c h e l e m e n t ó w swo u t w o r y k o m p o n u j e , j a k i e a r t y s t y c z n e

n i k i bogatego ż y c i a ducłloлvego Łemkóлy — lub t e ż t r a k t o w a ć

zabiegi przeprowadza i co z n i c h w y n i k a . Jest to клл-estia o t y l e

Avylaeznie od s t r o n y estetyezno-semiotycznej, j a k o dzieła s z t u k i

istotna, że czytelnik

daje

polski j u ż od l a t dwudziestu z g ó r ą ko­

j a r z y odruchowo Ł e m k o w s z c z y z n ę z Н а г а в у т о л у ш г с т ;
ЛУ1СС

s ą d z i ć , że autor Zlockiego

nieba cerkiewnego

można

wywiera pew-ien

леркучу na n a s z ą saтnoлyiedzę. J a k i ż to jest wpływ-.
W

r

i z n a k i гогрогпалусге Ł e m k o w s z c z y z n y . To bardzo istotna r ó ż ­
nica. — bo skoro dzieła s z t u k i sakralnej b ę d z i e m y

traktować

w oderwaniu o d ich duchowego podglebia, n a r a z i m y się na nie­
b e z p i e c z e ń s t w o fałszu. T a k ż e — fałszu artystycznego.

twórczości Harasymowicza z lat pięćdziesiątych,

sześć­

H a r a s y m o w i c z , a p l i k u j ą c y c z ę s t o i c h ę t n i e do swych лу1егзгу

d z i e s i ą t y c h i s i e d e m d z i e s i ą t y c h Ł e m k o w s z c z y z n a — to k r a j no­

symbole c h r z e ś c i j a ń s k i e ,

stalgiczny, elegijny: r o z s y p u j ą c e się cerkwie, m o k n ą c e na deszczu

się m ś c i . Z w r o t y t y p u ,^ллче!е przemienienie piw*a", ,,Na a n i o ł ó w

przydrożne

przyjn^yani

figury,

zarośnięte

cmentarze,

butwiejące

ikony.

traktuje

są c h u l i g a n i " ,

je n i c z y m

rekwizyty.

роголлпулл-anie k o p u ł

A

to

cerkkwnych

T p r z y r o d a — л\и1.а1па, k o l o r o w a , bujna, T y m bardziej kolorowa

do piersi kobiecych t o , p o w i e d z m y ł a g o d n i e , przejaw dezynwol-

i bujna, i m p o s ę p n i e j s z e ś l a d y po c z ł o w i e k u , k t ó r y s t ą d odszedł

t u r y луоЬес u c z u ć r e l i g i j n y c h i n n y c h l u d z i . N i e trzeba b y ć czło­

i n i g d y nic wróci. Gdzie i dlaczego o d s z e d ł , czemu nie

wróci,

wiekiem лу1еггасут, wystarczy m i e ć t r o c h ę d e l i k a t n o ś c i i w y o ­

co się z n i m teraz dzieje — nie w i a d o m o . 1 w ł a ś c i w i e irio m a co

b r a ź n i , b y z r o z u m i e ć , ja,k m o ż e z o s t a ć o d c z y t a n y лл-iersz, przy­

się nad

r ó w n u j ą c y m o d l i ^ y ę pod

być.

tym

d ł u ż e j z a t r z y m y w a ć . Cóż, л^-idocznie t a k

Łemkowszczyzna

Harasymowicza

jest

musiało

nostalgiczna,

jak

nostalgiczne jest przemijanie, s t a r o ś ć , ś m i e r ć , s a m o t n o ś ć ,

nie­

p r z y - d r o ż n y m k r z y ż e m do a k t u ero­

tycznego.

szczęśliwa m i ł o ś ć . Szkoda, że starzejemy się i u m i e r a m y , żo m i ł o ś ć

0 przygodach seksualnych

nie trwa. лхаееяше, alo cóż, takie jest ż y c i e . . . Zgruehotano lianie

ja

cerkiewne czy powalono k r z y ż e p e ł n i ą w wierszach H a r a s y m o w i ­
cza, t ę s a m ą r o l ę , co s i e d e m d z i e s i ą t l a t przed n i m zasuszone róże
w i m i o n n i k a c h , a n i o ł y ś m i e r c i , jesienno liście. ..ach" z w y k r z y k ­
nikiem i wielokropkiem
odmiennej konwencji

i t ] ) . Kóżnica polega właściwie t y l k o na

i sztafażu.

1 z ramionami
p e ł n y m i sękówmuskukmcóż m o g ę

M ł o d o p o l s k a o s i n ę t n i o a i ł e m k o w s k o nostalgia H a r a s y m o w i ­
cza m a j ą j e d n ą w s p ó l n ą c e c h ę : jost w nich lednoozośuie smutek
i rezygnacja. Pogodzenie z losem. Oraz р 1 ^ т а т о л л а

Krzyż

c h o ć nagi

Т

та1олл т-

zaskrzy-pieć
(...) a ż
gdy

raz

puszczałem

czość. Cmentarz jest m a l o w n i c z y , gdy zarasta ł o p u c h e m , cerkiew

płytę

т а 1 о л у т с г а , gdy przez dziury w dachu w i d a ć niebo. Święci na

starej aureoli

i k o n a c h b e z r o b o t n i , z m a r z n i ę c i i g ł o d n i , bo Łomkoлvie przemi­

i rdzy

nęli —

s y p a ł y się

j a k p r z e m i n ę l i s t a r o ż y t n i Grecy, pozostawiwszy zimne

p o s ą g i i s t e r c z ą c e w niebo шеглуук1е malownicze k o h r m n y .

deszcze

245

�(...) o b j ę ł a m n i e

sujące

i zasypywała

o s o b o w o ś c i H a r a s y m o w i c z a — c h o ć b y z togo w z g l ę d u , że ukazuje

pocałunkami

światło

na

nowe,

dotychczas nieprzoozuwane

obszary

go j a k o autora sekowanego przez w ł a d z e .

ust m o i c h
szparę

W Weselu

rusałek

r ó w n i e ż s p o t y k a m y t o samo e s t e t y z u j ą c e

udami oplotła

ż o n g l o w a n i e s y m b o l a m i r e l i g i j n y m i . Lecz oto rozwija się i n n y

mój

m o t y w — zauroczenie s a m y m sobą, i s w o j ą p o o z j ą , docenienia jej

kadłub

poświęcany

wielkości oraz p r z e m o ż n e g o

oddziaływania.

aż r u n ę l i ś m y
na z i e m i ę

Do wiersza j a k do c e r k w i

kurzu pełną

N a g ł o t ł u m e m weszły Ł e r n k i

po k t ó r e j

strzelał

b ł y s k a w i c bicz

— t a k zaczyna się t o m i k . Skoro wiersz p o r ó w n a n y jost do cerkwi,
to

1

(Wiosna)

z k i m porównać

autora

wiersza?

Po

przewróceniu

kilku

stronic znajdujemy na ten t e m a t s k r o m n ą s u g e s t i ę .
P a r ę takich fatalnych błędów moralnych i artystycznych, wy­
nikających

T

traktow ania ś w i ę t y c h

symboli,

ż o n g l o w a n i a n i m i dla robionia n a s t r o j u i p r z y d a w a n i a

malowni-

czości,

z powierzchownego

zdarzyło

podejmujących

się H a r a s y m o w i c z o w i r ó w n e i
tematykę

w

Jedna n a d w a m i

Łemkowyna

1 jeden ś w i ę t y Jerzy czuwa
(Biełanka

wierszach,

—

przyjazd)

6

rusińską.
T

W r a ż e n i e , że J H w i d z i się w t y m wierszu w r o l i ł e m k o w s k i e g o
ś w i ę t e g o , nie jest t y l k o m o j e ; s ł y s z a ł e m je n i e z a l e ż n i e z k i l k u

Brodata bizantyjska twarz horyzontu

ust. B y ć m o ż e z r e s z t ą jest ono z b y t dowolne, c h o c i a ż l e k t u r a

K a i n o w e domeny zarosło j a ł o w c e m
W c e r k w i ruski b ó g z k t ó r e g o zdarto
N i e w i a d o m o czy nie b y ł

dawniejszych wierszy u p o w a ż n i a do tego. J u ż na p o c z ą t k u lat

pozłotę

s z e ś ć d z i e s i ą t y c h z a s t a n a w i a ł się H a r a s y m o w i c z :

banderowcem

I

k t ó ż wie czy j a ruski czy j a b i a ł o r u s k i

(...) Czernieje k a d ł u b g ó r spalony

Czy z m c h ó w cerkiewnych p o w s t a ł e w i d m o bylinowo

I

E c h szumi w i a t r w gonealogiczncj

t y l k o w i a t r i p u s t k a i szare żagle j a s t r z ę b i

T ą drogą mówi chłop prowadzili świętego Włodzimierza

A m o ż e jestem po p r o s t u Ł e m k ó w

W niemieckiej bluzie szedł j a k zwierz z a r o ś n i ę t y

A m o ż e to t y l k o nowe

brzózco
patronem

przeobrażeńja

Nowe weioleńja aplikuje sobie Jerzy P r z e o b r a ż e ń s k i
M o ż e t y l k o t a k sobie w d y m a c h jesieni

2

(Bieszczady)

harasymujo

D o k ł a d a p i e r o g ó w r u s k i c h i nic w i ę c e j
N i e trzeba p r z y p o m i n a ć , eo za ludzie chodzili po

(Złockie)

Bieszczadach

1

w niemieckich bluzach, czego chcieli, w j a k i s p o s ó b swoje zamiary
realizowali

i

jak

złowrogą

pamięć

pozostawili, t a k ż e

wśród

B o j k ó w i Ł e m k ó w . W i a d o m o r ó w n i e ż dobrze, że ś w i ę t y W ł o ­
dzimierz b y l dla R u s i n ó w przez wiele stuleci j e d n y m z n a j w a ż ­

W Weselu

rusałek

nie odnajdziemy j u ż ś l a d u d a w n y c h w ą t ­

pliwości. K w e s t i a s t a ł a się jasna. P r z y n a j m n i e j dla

autora.

Lecz r o z w a ż a n i a te b y ć m o ż e s ą j u ż n i e a k t u a l n e ;

bo

oto

niejszych n a r o d o w y c h s y m b o l i . Nasuwa się t u analogia z rolą.

J H o p u b l i k o w a ł wiersz, w k t ó r y m zdecydowanie z e r w a ł z przesz­

k u l t u M a t k i Boskiej C z ę s t o c h o w s k i e j w ż y c i u n a r o d o w y m Г о -

łością i wszedł na n o w ą d r o g ę ż y c i a .

8

l a k ó w . J a k ż e w i ę c p o j ą ć , żo autor, k t ó r y „ s t o razy p i s a ł , że po­
chodzi z r o d z i n y p o l s k o - u k r a i ń s k i e j , (...) jest p o l s k i m
ukraińskiego

pochodzenia,

(...) pisarzem

dwóch

pisarzom

kultur"

3

MOJE

WYSTĄPIENIE

po­

p e ł n i ł coś takiego i p a r o k r o t n i e t o o p u b l i k o w a ł ? J a k ż e poeta,

T a k — nie od razu ś w i a d o m o ś ć

k t ó r y pisze, żo „ n i e u r o d z i ł się i nie u r o d z i t a k i , k t ó r y w-yrzuci

nio od r a z u r z u c i ł e m p o d nogi w i e k ó w

z jego wierszy cerkiow c z y l i w i a r ę i pochodzenie"

4

mógł w taki

świętą biskupów laskę

s p o s ó b n a p i s a ć o r u s i ń s k i m ś w i ę t y m , adresując, to do polskiego

J a k t ó r y posiadam t y l k o b u t y i nazwisko

czytelnika? G d y b y w dalszym c i ą g u s n u ć analogie, odpowiedni­

nie b ę d ę się więcej w a h a ł

kiem

p i ę ć d z i e s i ą t lat r o z c h w i a n y c h

wiersza

„Bieszczady"

Madonna w y s t ę p o w a ł a b y

byłby

utwór,

j a k o sanitariuszka

w którym

Czarna

w oddziale N a r o ­

wreszcie chcę p o z n a ć

d o w y c h Sil Z b r o j n y c h .

prawdę
P o ż e g n a ł e m się

Ż y w i Ł e m k o w i e i i c h losy p o j a w i a j ą się w t w ó r c z o ś c i Jerzego
Harasymowicza

dopiero

w

latach

osiemdziesiątych,

pierwszy na w i ę k s z ą s k a l ę w tomie Wesele rusałek
szawa 1982) i Cała

góra

barwinków

po

raz

z k u r n ą liryką gór

(LSW, War­

Moje w s t ą p i e n i e do rewolucyjnej w y o b r a ź n i

(Wydawnictwo Literackie

— jest

K r a k ó w — W r o c ł a w 1983). Co p r a w d a — autor w g r u d n i u 1984
r o k u z a p o w i o d z i a ł , żo przygotowuje do d r u k u poemat
ruski,

zbudowano

nieodwracalnym

Lichtarz

p o ś w i ę c o n y przesiedleniu Ł e m k ó w , „ k t ó r y z r ó ż n y c h wzglę­
5

d ó w „ p r z e l e ż a ł " d w a d z i e ś c i a pięć l a t . " B y ć m o ż e ukazanie się

faktem
T e n oraz inne wierszo z tego samogo n u m e r u „ G a z e t y

Kra­

k o w s k i e j " p o z w a l a j ą s ą d z i ć , że oto u m a r ł Gustaw — ł e m k o w s k i

Lichtarza

z m o d y f i k u j e dotychczasowy obraz, lecz na razie nie­

j u r o d i w y , a n a r o d z i ł się K o n r a d — p o l s k i M a j a k o w s k i co naj­

podobna

się w tej sprawie

mniej .

w y p o w i a d a ć , nie z n a j ą c

utworu.

Sama jednak z a p o w i e d ź w y d a n i a p o e m a t u rzuca, bardzo intereA m o ż e jest to t y l k o kolejna zmiana r e k w i z y t ó w i nic w i ę c e j .
PRZ Y
P I S Y
1

Jerzy H a r a s y m o w i c z , Wybór wierszy, Czytolnik, Warszawa
1967, s. 135—137
J e r z y H a r a s y m o w i c z , Wybór wierszy 1955—1973,
Wydaw­
n i c t w o L i t e r a c k i e , K r a k ó w 1975, s. 171
J e r z y H a r a s y m o w i c z , Tak, żywi Łemkowie,
tylko
żywi,
„ G a z e t a K r a k o w s k a " , 17 X I I 1984
J e r z y H a r a s y m o w i c z , Tak, żywi Łemkowie...,
op. c i t .
2

3

4

246

5

Jerzy H a r a s y m o w i c z , Tak, żywi Łemkowie...,
op. c i t .
Jerzy H a r a s y m o w i c z , Wesele rusałek,
L S W , Warszawa
1982, s. 28
Jerzy H a r a s y m o w i c z , Wybór wierszy 1955—1973,
op. c i t . ,
s. 148
Jerzy H a r a s y m o w i c z , Moje wystąpienie,
„Gazeta Krakows­
k a " 13 V I I 1984 r .
6

7

8

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9898" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9876">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/e7cd91c1eef285cf98181ab213873e48.pdf</src>
        <authentication>0adf604f6e7064b28552fe3ca3471b47</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117773">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3312</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117774">
                <text>1984</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117775">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3104</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117776">
                <text>Spis treści / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1984 t.38 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117777">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1984 t.38 z.1-2, s.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117778">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117779">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117780">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117781">
                <text>P O L S K A

A K A D E M I A

N A U K

в

I N S T Y T U T

S Z T U K I

•

R O K

XXXVIII

•

19 84

polska sztuka ludowa

•

N r

4

1-2

�CONTENTS

Jerzy
Jan

Prokopiuk

Mitarski

С. G . J u n g ' s m o t l i o d o f a c t i v e i m a g i n a t i o n

3

Fantastic improvizations of Wojciech

7

Wojciech

Giza

Autobiography

Wojciech

Giza

Symbol

Aleksander
Ewa

Jackowski

Korulska

11

The visions of L u d w i k Holesz

13

N i k i f o r , Ociepka a n d myself.

Urszula Sulowska

Father's portrait.
Teofil

A. Wislocki

9

within symbol

Aleksander Jackowski
Seweryn

Giza's

O n Stanisław Z a g a j e w s k i

On Władysław

.

.

Sułowski

29

Ociepka

37

The Janów occultists
—

Teofil Ociepka

a n d his disciples

57
64

—

Ociepka, m y t h i c a l personage

—

Bolesław S k u l i k as d i s s i d e n t o r p h i l o s o p h i c a l s t a t u r e o f t h e
Janów p a i n t i n g m i l i e u

*

*

*

68

Letter of Koserusaders

Seweryn

A. Wislocki

Aleksander Jackowski

19

Erwin

73

Sówka, a s p i r i t u a l Disciple o f T e o f i l Ociepka

.

.

.

77

Gateway t o dreams. O n the p a i n t i n g o f D o r o t a L a m p a r t ' s , Bro­
nisława

i'iprok's a n d M a n a MuszaFs

89

*

*

*

Dreams

101

*

*

*

T h e sect o f H r u s z k a

103

Aleksandra Jackowska
Aleksander
Hanna

Jackowski

Szewczyk

opracowała

Krystyna

Lesieu-l'lachecka
SUMMARY*

T h e Master o f strange
Voices f r o m H e a v e n

;

nstruments

to Ryszard

105

Wójcicki

Classifies! i o n o f t h e t e x t s o f f o l k songs.
The

bulletin

of the Folklore Recordings

A r t of the Polish Academy

I l l
A

scmiotic problem

of the Institute

115

of

o f Sciences

122

OF ARTICLES

125

Резюме

12(i

REDAGUJE
ZESPÓŁ:
A l e k s a n d e r J a c k o w s k i (red. nacz.), J a d w i g a J a r n u s z k i e w i czowa,
Anna
Kunczyńska-Iracka,
Jan
Krzysztof
Makulski,
Jerzy
Łoziński,
R o m a n R e i n f u s s (z-ca r e d . nacz.).
S e k r e t a r z r e d a k c j i — E w a K o r u l s k a . R e d a k t o r t e c h n i c z n y — HHa l i n a Ż e l e c h o w s k a .
Tłumaczenia — Piotr Paszkiewicz,
Magdalena
Iwińska (ang.) i N a t a l i a
Stasińska
(ros.). S e r w i s f o t o g r a f i c z n y — J a n S w i d e r s k i .
Adres
Redakcji:
Instytut
Sztuki PAN,
ul. DŁUGA
poczt. 994 T e l . 31-32-71/4, w e w n . 227, 229.
Rękopisów nie zamówionych redakcja nie zwraca.

2 8 , 0000 - 9 5" 0

Warszawa,

skr.

�P O L S K A

S Z T U K A
ROK XXXVI! -

L

U

D

O

W

A

1983

A b r a m i u k M a r i a , Szenejko Ołga, O świętowaniu. Z pamiętników twórczyń l u d o w y c h ,
8. 1 1 3
Aleksa

n r 1/2

Anastazja,

Benodyktowicz
dniego.

W e s e l e l i t e w s k i e , s. 69

Zbigniew,

Symboliczne

Sacrum i profanum w

.

i kulturowe aspekty monastycyzmu

kulturze monastycznej

Bukowska-Floreńska I r e n a , Eugeniusz Bąk —
C i e r n i a k Stanisław, F r a g m e n t y

.

.

nr l/J

wschod-

i w kulturze tradycyjnej

m a l a r z i r z e ź b i a r z /. S z o p i e n i c ,

s. 2 1 5

z p a m i ę t n i k a , s. 1 4 9

n r 3/4
n r 3/4
n r 3/4

C i e r n i a k S t a n i s ł a w , M ó j ż y c i o r y s , s. 2 4 1

n r 3/4

Jackowska

n r 1/2

Aleksandra, Poglądy

Z a l i p i a n e k n a s z t u k ę , s. 19

Jackowski Aleksander,

Obrazy

Krasińska E w a , W n ę k

Maria, Nowy

Kubiak

Krzj-azŁof,

Rozalii

B a r a i ' i s k i e j - D z i e c i o k n v K k i c j , s. 39 .

Sącz, S k r y t k a P o c z t o w a

Dzień narodzin Głowy. Przyczynek

1 4 8 , s. 127

.

.

.

n r 1/2

.

.

.

n r 3/4

d o badań n a d p r o b l e m a t y k a

ś w i ę t o j a ń s k ą , s. 1 7 5
Kurek

n r 3/4

Mirosława, Wesele w i e j s k i e j a k o z j a w i s k o

Lewandowski
Ogrodowska
Robotyeki

estetyczne,

s. 8 1

n r 1/2

A n d r z e j , K u c h e n n a m a k a t k a , s. 2 5 1
B a r b a r a , Świąteczne

Czesław, W ę g l a r z

zdobnictwo

n r 3/4

w n ę t r z , s. 9 5

n r 1/2

S t a n i s ł a w . O l i l o p potęgą, j e s t i b a , s t a , s. 3

.

Szenejko Olga, A b r a m i u k M a r i a , O świętowaniu. Z pamiętników twórczyń

.

.

.

n r 1/2

ludowych

s. 1 1 3

n r 1/2

Szewczyk

Hanna,

struktur

Wesele

kurpiowskie

o b r z ę d o w y c h , s. 5 1

.

.

1940—1956.

Szewczyk Hanna,, O niektórych
S z u t k o w s k a D a n u t a , I-'oczatek

n r 1/2
1 9 7 5 - - 1 9 8 3 , s. 59

poszukiwanie

Stanisław, O j c o w i e

Węglarz

Stanisław, P u s t e l n i c y —

n r 1/2

f o r m u ł y i n t e r p r e t a c } j n e j , s. s 9 .

tekstach subkultury
i koniec

Węglarz

i twlycyjnyHi

.

S z e w c z y k H a n n a , W e s e l e raz. j e s z c z e . K u r p i e
Szewczyk H a n n a , Rózga weselna:

D e s e m i o l y/.acja

u c z n i o w s k i e j , я. 1 8 5

Cieniiakowogo

.

.

.

! r 1/2

.

nr 3 1

ś w i a t a , s. 2 4 2

n r 3/4

p u s t y n i , s. 135

n r 3/4

l u d o w i ś w i ę c i , s. 1 5 1

n r 3/4

W ę g l a r z Stanisław, R o b o t y e k i Czesław, Chłop potęgą j e s t i b a s t a . O m i t y z a o j i k u l t u r y
ludowej
Woźniak

w n a u c e , я. 3

n r 1/2

Mana, Wytwórcy

Woźniakowi!

l u d o w i m i ę d z y w ł a s n y m ś r o d o w i s k i e m a C e p e l i ą , s. 9

Maria, Twórcy

l u d o w i w świetle swoich

p a m i ę t n i k ó w , s. 1 9 9

.

.

.

.

n r 1/2
n r 3/4

R E С E N Z J К
Bartosz

Adam, Wystawa

FVys-Pietraszkowa
s.

malowanek

w Z a l i p i u , s. 1 1 6

119

n r 1/2

W S P O M X 1 1-3 К 1 Л
Bielawski Ludwik. Aurelia Mioduehowska
К.Я,

n r 1/2

E w a , W y s t a w a t k a n i n d w u o s n o w o w y c h i sojpaków w Białymstoku,

Szczepan

l' O Ś M I E R T N E

(1918-1983),

s. 1 2 1

M u c h a ( 1 9 0 8 - 1 9 8 3 ) , s. 123

M i d u r a Franciszek,

Kazimierz

Piotrowski J a n , Władysław

Pietkiewicz

Wójcik

(1910-

1 9 8 3 ) , s. 125

.

.

.

.

.

.

( 1 8 9 5 - 1 9 8 3 ) . s. 1 2 t i

nr

1,2

er

12

iw

1,2

nr

1,2

R Ó Z X E
Jasiewicz

Zbigniew,

List

do redakcji. W

ankietę, „ P o l . S z t . L u d . " ,
S u m m a r y o f articles
Розюме

sprawie

wprowadzenia

do

odpowiedzi

na

1 9 8 1 n r 2, s. 1 2 3

n r 1/2
n r 1/2, 3/4
11,1

L - &gt; ^/4

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9897" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9875">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/5ceb1f8e60a2552d7110cad83664d525.pdf</src>
        <authentication>43fe87e6b1b86c2b1900495d87b7a316</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117763">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3313</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117764">
                <text>1984</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117765">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3105</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117766">
                <text>Metoda Aktywnej Imaginacji C. G. Junga / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1984 t.38 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117767">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1984 t.38 z.1-2, s.3-6</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117768">
                <text>Prokopiuk, Jerzy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117769">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117770">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117771">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117772">
                <text>Jerzy Prokopiuk

METODA AKTYWNEJ IMAGINACJI C. G.

W

psychoterapii wypracowanej

litycznej
strony

C. G . J u n g a

analiza

marzeń

okspresyjnych,

i

wiorszy,

zarówno

listów,

w a n y m , terapia grupowa,
nas

odkrywać

w

aktywna
między

t u technikę
nad

(ma­

dziennika),

imaginacja,

analizo­

imaginacji

sobą

około
do

Wstępie

Jung

1916 r . ,
3

przełożonego

z

sten

1928 r .

Na

Das

Geheimnis

Beziehungen

temat

W

aktywnej

obraźni

dem Ich

z 1929 r .

Blida

und

dem

Jeśli w

aktywnej imaginacji Jung tak

późniejszych

prac:

skłonił m n i e , b y daó m u z a d a n i e r o z b u d o w a n i a
t e g o wstępnego s z k i c u za p o m o c ą s w o b o d n e j

„Widzieć",

że

dialektycznej,

(Einfall)

czj' rozwinięcia

f a n t a z j i . M o g ł o się

t e e l m i k i była

niezliczona

wizualnej,

akustycznej,

l u b plastycznej.

liość

Rozultatem

skomplikowanych

form,

w

których bogactwie

p r z e z w i e l e l a t n i e m o g ł e m się r o z e z n a ć , d o ­

póki n i e pojąłem,

że w

manifestację

procesu

metodzie

nieświadomego,

teehniezną umiejętnością
wałem

..procesom

t e j chodziło

istnieją

działają
dukują

jedynie

spontaniczną
wspomożonego

p a c j e n t a , procesu, który później

nacji

pewne

kolektywne,

i rozważaniom
nieświadome

stwierdziłem,

warunki,

które

j a k o r e g u l a t o r y i s t y m u l a t o r y f a n t a z j i twórczej i p r o ­
odpowiednio

w y t w o r y , podporządkowując

swym

celom

istniejący materiał d a n y c h świadomości. Działają one dokładnie
t a k , j a k m o t o r y m a r z e ń s e n n y c h , d l a t e g o też a k t y w n a i m a g i n a c j a
- - j a k nazwałem
również

tę

marzenia

motodę

senne.

—

w

pewnym

Istnienie

tych

aspekty

wy­

autonomią.
smoka,

zmienić

w

czystą

smok

jest

pozbawić
a

cały

fantazję.

„naprawdę"
obiekt

proces

Jeśli w

pomocną

autonomii, wy­
aktywnej

aktywnej

imagi­

imaginacji

j a w i się n a m s m o k , t o m u s i m y s t a w i ć m u c z o ł a t a k , „ j a k
był s m o k i e m rzeczywistym.
w

aktywnej

gdyby"

N a t y m polega respekt dla o b i e k t u

imaginacji.

stopniu

zastępuje

nieświadomych

regu­

l a t o r ó w , k t ó r e ze w z g l ę d u n a i c h s p o s ó b f u n k c j o n o w a n i a o k r e ś ­

że określona a k t y w n a i m a g i n a c j a

jest

t y c z n a i że n i e jest j e d y n i e fantazją

czy marzeniem

0

że p o d o b n i e

j e j autentyczności

świadczy f a k t ,

auten­

na jawie ?

j a k marzenia

sonne, p r z y n o s i n a m o n a n i e s p o d z i a n k i . F a n t a z j a m a c h a r a k t e r
bardziej

kontrolowany,

ponieważ

kieruje

nią

ego

zgodnie

ze

s w y m i p r a g n i e n i a m i . Marzenie n a jawie jest kierowane w m n i e j ­
s t o p n i u , ale łączy

się z n i e m n i e j s z ą

przeprowadzona

transcenduje poczucie

odpowiedzialnością

właściwie a k t y w n a

„ j a t o r o b i ę " i p o k a z u j e , że

imaginacja

imaginowane

o s o b y i p r z e d m i o t y z a c z y n a j ą d z i a ł a ć ze z d u m i e w a j ą c ą a u t o n o m i ą
Hochheimer
może

zwraca

znaleźć p u n k t

u w a g ę n a t o , że a k t y w n a

zaczepienia

w dowolnym

imaginacja

status

praesens.

J u n g pisał n a t e n t e m a t :

naz­

indywiduacji.

„ D z i ę k i t y m doświadczeniom
że

o

oznacza

r z e c się w y o b r a ż e n i o w e g o ,

w

malarskiej, rysunkowej

ego

regułom, m ó w i ą c sobie, że s m o k t e n

imaginowany

ego. N a t o m i a s t

tej

przeciwko

psychiczną,

szym

dramatycznej,

z

maksymalną

jest „ j o d y n i e t w o r e m naszej w y o b r a ź n i " , i zmieniając go w psa.

t o dokonać w zależności o d i n d y w i d u a l n y c h skłonności i t a l e n t u
formie

z

a k t y w n e j i m a g i n a c j i jesteśmy a t a k o w a n i przez

to wykroczymy

4

ze s w y c h

nie związane

funkcjonować

Unbewus-

„ J a k i ś o b r a z ze s n u p a c j e n t a c z y j a k i ś j e g o p o m y s ł

tanecznej,

imaginacji

powinny

Skąd w i e m y ,

odkrycia metody

pisał w j e d n e j

der goldenen

zwischen

trak­

aktywnej

imaginacji.

treścią

aktywnej

opisał ją w s w y m

alchemicznego

i w s w y c h Hie

jak

imagi-

analitykiem a

samym

o p t y m a l n y m . N a t y m p o l e g a odpowiedzialność ego w

technik

fizyczne

i opracowanego przez R i c h a r d a W i l h e l m a starochiiiskiego
tatu

ana­
jednej

psj'chodrama).

pracy

a po raz pierwszy

zaś z e s p ó l

formy

prowadzenie

(hipnoterapia,

Interesującą

należy z

w glinie, m o k r y m piasku czy plastelinie,

kierowana, taniec, dialog

zaczął

metod

z drugiej

2

pisanie

wyobrażeniowe

uacja

sennych ,

przybierających

lowanie, modelowanie
pisanie

w ramach psychologii

do stosowanych

1

JUNGA*

„Zastosowanie
kiedy
już

„rozkład"

taki

(aktywnej imaginacji)

(analiza) przeciwieństw

stopień, że i c h połączenie,

stała się n i e o d z o w n ą

koniecznością...

czyli

w

sposób

metodyczny...

w

jest

wtedy,

synteza

osiągnął

osobowości,

J a k powiedzieliśmy,

ces t e n m o ż e p o j a w i ć się s p o n t a n i c z n i e
ny

wskazane

psychicznych

l u b też zostać

ostatnim wypadku

pro­

wywoła­

w

sposób

c e l o w y w y b i e r a m y jakieś m a r z e n i e senne l u b i n n y twór f a n t a z j i
1 k o n o o n t r u j e m j ' się n a n i m , p o p r o s t u u t r z y m u j ą c g o w ś w i a d o ­
m o ś c i i o g l ą d a j ą c w w y o b r a ź n i . Z a p u n k t w-yjścia m o ż e m y w z i ą ć
również

jakiś nastrój

uczuciowy.

W

t y m wypadku

zaleca

się

w y k r y c i e , j a k i t w ó r f a n t a z j i w j l a n i a się z t e g o n a s t r o j u w z g l ę d n i e
r

lałem

niekiedy

jako

dominanty,

wydawało

w a ż n y m , że o p a r ł e m n a n i c h m o j ą
zbiorowej

nieświadomości."

imaginacji

Aktywną
jednej

słowy:

jesteśmy w s t a n i c odkryć

posługiwania
z

Innymi

6

m i się

czymś t a k

hipotezę t z w . bezosobowej,
„Dzięki

aktywnej

archetyp" .
7

imaginację można najlepiej

opisać j a k o

się

kontrolowany,

strony

wyobraźnią
zachowuje

w

sposób

maksimum

technikę

d r u g i e j zaś p o z w a l a o b r a z o m s e n n y m n a m a k s y m a l n i e
rozwój,

t j . umożliwia

James

A. Hall

syntezę

świadomości

słusznie z w r a c a

który

odpowiedzialności,
i

z

sw obodny
7

nieświadomości.

u w a g ę n a t o , że

i m a g i n a c j a p o s ł u g i w a l i ś m y się w s z y s c y j a k o d z i e c i ,

aktywną

zapominając

o t y m j a k o d o r o ś l i . Jeśli m o g ę s o b i e p r z y p o m n i e ć , ż e j a k o d z i e c ­
k o wymyślałem f a n t a s t y c z n y świat, o którym byłem p r z e k o n a n y ,
iż

jest

realny,

t o potrafię

odtworzyć

które s t a n o w i podstawę aktyw-nej
W

aktywnej

imaginacji

ego

sobie

rodzaj

przeżycia,

imaginacji.
musi

traktować

wyobrażany

epizod j a k g d y b y był epizodem r e a l n y m . Toteż nie wolno
sobie,

że

wybory,
były

jest
przed

osobami

o n t y l k o wyobrażeniem, i zlekceważyć
którymi

trzeba

i przedmiotami

guła m a w c i ą g n ą ć

ego

w

b y stanąć, g d y b y
ze ś w i a t a

wyimaginowaną

sytuację

w

daje

m u wyraz.

Następnie z a t r z y m u j e m y

t e n obraz
z re­

guły

fakt,

zaczyna

się

on zmieniać,

że j e s t p r z e d m i o t e m
Aktywna
stanowi

czynnikowi

obserwacji..."

imaginacja

czysty

ożywiając

—

w

przeciwieństwie

który

—

do s n u , który

daje

J u n g nazwał

wyraz

„funkcją

c e n d e n t n ą " , t j . f u n k c j i , która d o p r o w a d z a do s y n t e z y
9

świadomej
czynia

i nieświadomej. Dlatego

się d o i n t e n s y w n i e j s z e g o

i —

aktywna

którzy

n i e uprawiają

temu
trans­

osobowości

imaginacja

przy­

w porównaniu z samą a n a ­

lizą m a r z e ń s e n n y c h — p r z y s p i e s z o n e g o d o j r z o w a n i a
Ludzie,

sam

8

p r o d u k t nieświadomości

psychicznemu,

się p r z e z

aktywnej

osobowości.

imaginacji,

łatwo

m y l ą ją z t z w . i m a g i n a c j a bierną, z o w y m „ w e w n ę t r z n y m f i l m o m " ,
k t ó r e m u w i e l u z n a s p o z w a l a się r o z w i j a ć p r z e d s w y m

wownętrz-

mówić
moralne

wyobrażenia

zewnętrznego.

j a k i obraz

w ś w i a d o m o ś c i , koncentrując n a n i m naszą u w a g ę . W t e d y

T a re­
stopniu

* W y k ł a d w L a b o r a t o r i u m Samorealizacji „Studium o W y ­
c h o w a n i u " w Warszawskim C e n t r u m Studenckiego R u c h u Nauko­
wego, zamieszczony w pracy zbiorowej p o d red. J . Prokopiuka,
Medytacja
— historia
i zastosowanie,
Studium,
o
wychowaniu,
zeszyt 4 (do użytku wewnętrznego), W a r s z a w a 1981

�iiym
шэ

wzrokiem, n p . przed
wolno

również

własnym

zaśnięciem.

mylić

Z

aktywną

wewnętrznych

kompleksem,

afektem

imaginacją

solilokwiów

czy

z

wyobiażaną

jakimś

sytuacją,

j a k i e często p r o w a d z i m y . A l b o w i e m w o b u t y c h f o r m a c h i m a g i nowania

zainteresowany

przez

cały

czas

„wie",

że

co sobie w y o b r a ż a , jest „ t y l k o " fantazją. A k t y w n a
k t ó r ą J u n g c u m g r a n o s a l i s określił także j a k o
psychozę"

1 0

,

że człowiek

różni

się

bierze

w

j a k i j a k o człowiek

od

tamtych form

niej

wszystko,
imaginacją,

,,antycypo%vaną

fantazjowania

udział zarówno

jako

cały

człowiek,

świadomy.

przebiega

„wewnętrzny f i l m "

coś

niezgodnie

z

icli

procesio

życzeniem,

to

m o ż n a n i e j a k o cofnąć i odegrać r a z jeszcze,

t y m r a z e m i n a c z e j . M y l ą się o n i , a l b o w i e m w a k t y w n e j i m a g i nacji,

podobnie

jak w

ż y c i u , t o , co s t a j e

się f a k t y c z n i e ,

jest

nieodwracalne.
Inny
imaginację

wchodzi

w

n a t y m , że uprawiający

wownętrzny

tok

o n s a m , lecz j a k o osobowość f i k c y j n a
bawia
a

charakteru prawdziwego

aktywną

wyobrażeń

nio

jako

, p r z e z co t o k t e n p o z ­

1 1

dialogu

między

świadomością

nieświadomością.
Duża

bywa

przykład

z

jaką

podejrzana,

przychodzi

ponieważ

ginacją s t a n o w i z d e c y d o w a n e

lekko

t a wynajmowała

całej

okolicy,

częła

ją

szykanować

oddziaływało

między

prawo

przy

a

każdej

lokatorką

k ą p a ć się w R e n i o ,

d o m u . Jednakże

powodów,

zabroniła

się n a t y l e

komuś

imaginowanie,

prawdziwa

aktywna

osiągnięcie, z r a z u b o w i e m

ima­

rzadko

również

do najbardziej

pojawiają

się

trudności,

z n a n y c h należy rodzaj

wśród

„skurczu

świa­

d o m o ś c i " , k t ó r y p o w o d u j e , że n i c n i e p r z y c h o d z i n a m n a m y ś l .
trudności przejawiają

się j u ż

to w

lenistwie

i n i e p r z e p a r t e j n i e c h ę c i , j u ż t o w t y m , że n e g a t y w n y g l o s w e w ­
n ę t r z n y p o w t a r z a n a m ciągle, iż w s z y s t k o t o j e s t
że j e s t t y l k o t w o r e m naszej
nie

—

powiada

„zgodzie
pomocą

Jung —

na wszystko"
którego

nieprawdziwe,

w y o b r a ź n i . , , W zgodzie n a działa­
w

„działaniu—w—niedziałaniu",

m i s t r z a E c k h a r t a znalazłem

udało

m i się o t w o r z y ć

klucz,

d r z w i prowadzące

w ł a ś c i w ą d r o g ę : t r z e b a u m i e ć p o g o d z i ć się z a u t o n o m i ą
procesów

psychicznych.

Jost

to

chicznych, pomagając

dla nas p r a w d z i w a

obie

pierwsze

i m , korygując
trudności

je i negując...

można

ną

rzeczywistością,

odpowiedzieć:

to „sceptykowi

,,Być może

coś, c o p r z e k o n y w u j e

psy­

jedynie

się z o b i e k t y w ­
po prostu

jest nieprawdziwe,

wysiłek". Najczęściej

nas o niesamowicie

ale

staje

żywej

n o m i i i realności p a r t n e r a naszego wewnętrznogo
iż z d o b y w a m y

na

Podczas

1 2

n a s " należy

to wszystko

narazie będę kontynuować mój
wtedy

w

za

sztuka...

przezwyciężyć

oierpliwością, względnie o d w a ż n y m p o g o d z e n i e m

w

naszych

p o n i e w a ż ś w i a d o m o ś ć n i o u s t a r m i e w t r ą c a się d o p r o c e s ó w
gdy

się

auto­

dialogu, t a k

p e w n o ś ć , że n i e j e s t o n w y t w o r e m n a s z e j ś w i a d o ­

To,

czy

a k t y w n a imaginacją

jest

prawdziwa,

poznajemy

n a j l e p i e j p o j e j s k u t k a c h , a l b o w i e m są o n e z a r ó w n o w
nym, jak i negatywnym
walne.

Dlatego

bardzo

niebezpiecznym

wiadczonego
prowadzić

sensie

aktywna

imaginacją

pozytyw­

i bezpośrednio

jest

odczu­

instrumentem tak

i n i e p o w i n n a b y ć u p r a w i a n a bez doś­

instruktora.
do

ogromne

Może

o n a , j a k podkreśla

wybuchu latentnych psychoz .
1 3

Jung, do­

Innym

niebez­

p i e c z e ń s t w e m , j a k i e się z n i ą ł ą c z y , m o ż e b y ć w y s t ą p i e n i e s y m p ­
tomów

somatycznych.

Najważniejsze
umożliwia

jednak

jest

samodzielność

t o , żo

aktywna

analizowanych.

imaginacją

w

Przyswojenie

s o b i e i p r a k t y k o w a n i e t e j f o r m y m e d y t a c j i (za j a k ą M . L . v o n
F r a n z słusznie u w a ż a a k t y w n ą i m a g i n a c j ę ) J u n g uznał z a
terium

dojrzałości

analizowanego,

jego

odpowiedzialności

kry­
za

s i e b i e i u n i e z a l e ż n i e n i a się o d a n a l i t y k a .
Wyzwalające
również

w

działanie

t y m , żo

lub odreagowania,

aktywnej

umożliwia

e f e k t u , które w y p r o w a d z a

naturalnie

którego w o d y

że

Umowa

ta ostatnia

przepływały

stara, bez

Studentka

pozornie

nie­

wyraźnych
potrafiła

pogodziła

się

z n o w ą s y t u a c j ą , a l e w p a d ł a w t a k ą w ś c i e k ł o ś ć , iż j e s z c z e n a w e t
p o dwóch g o d z i n a c h stłumionych wymysłów i

odreagowywania

n i e b y ł a w s t a n i e z n o w u z a j ą ć się s w ą p r a c ą . J a k w i a d o m o , t a k i e
zaś,

n i c n a m n i o przynoszą,

że

„mamy

zalewa".
a

na

Rzeką

słuszność",

a jedynie

nie zmienia

nas wyczerpują,
faktu,

iż

„krew

O t ó ż w a k t y w n e j i m a g i n a c j i s t u d e n t k a ujrzała

jej

brzegu

płynęły

alo

tablicę

z

wysokie

n i e pozwoliła

rzeki

rozdzieliły

napisom:

fale.

„Pływanie

Natychmiast

też

to
nas

rzekę,

wzbronione".
usłyszała

głos

przerwać
się

i

sobie

wyszedł

swych

z

nich

fantazji. W t e d y

fale

przypominający

żabę,

c z a r n y g n o m , m ó g ł mieć około m e t r a w z r o s t u . „ A c h , o t o uosobie­
mojego

afektu" —

pomyślała

s t u d e n t k a , ale

w

dalszym

się o b i e k t y w n i e s y t u a c j ę .

zaś ruszył n a s w y c h żabich łapach w k i e r u n k u d o m u .
to,

dziewczyna

pewno

pomyślała

zamorduje

z

przerażeniem:

starą a l b o n a g l e

„O

eksploduje

Gnom
Widząc

Boże,

on

j a k wiązka

na
dy­

n a m i t u ! " T e r a z zaczął ją dręczyć p r o b l e m m o r a l n y ; „ C z y wpuś­
cić g o d o d o m u ?

N i e m o g ę przecież dopuścić d o

morderstwa!

J e ś l i j e d n a k g o n i e w p u s z c z ę , t o j e g o g n i e w z w r ó c i się p r z e c i w k o
mnie..."
który

Ostatecznie

postanowiła

wpuścić

już dzwonił d o d r z w i , i zapytać

do

domu

go, czego

gnoma,

chce.

Gnom

zrobił gest wskazujący, że chce wejść n a górę, d o s t a r e j właś­
c i c i e l k i d o m u , co w s t u d e n t c e p o n o w n i e wzbudziło

wątpliwości

n a t u r y m o r a l n e j . T o t e ż w p r a w d z i e z d e c y d o w a ł a się z a p r o w a d z i ć
g n o m a do mieszkania starej, towarzyszyć m u jednak, a b y unie­
możliwić
Wtedy

wyrządzenie

jej

krzywdy.

Stara

podeszła

starą kobietę w i d o k j e j l o k a t o r k i składającej
warzystwie
0

tej

czarnego

komicznej

karla

scenie

wiścio zrobiła b a r d z o

o

żabich

drzwi.

wybuchnęła

jej wizytę w t o ­

łapach, i n a samą
śmiechem.

Stara

d e n t k a powiedziała: „ T e n p a n chciałby z panią
z

wyraźnym

myśl

rzeczy-

głupią i zdziwioną minę n a w i d o k

l i w e j p a r y stojącoj p r z e d j e j d r z w i a m i . W s k a z u j ą c
Stara

do

s t u d e n t k a uzmysłowiła s o b i o , w j a k i e osłupienie w p r a w i

zakłopotaniem

zaprosiła

osob­

gnoma

stu­

porozmawiać".

gości

do

swego

imaginacji przejawia

o n a bezpośrodnie

z których pierwsze

jest

n i g d y jeszcze n i e była. ( K i e d y

znalazła

że wyglądał

o n dokładnie

w

imaginacji).

aktywnej

na

pluszowej

gospodyni

sofie

t a k samo,
Kiedy

naprzeciw

dwuznaczne

już

j a k wyobraziła
zasiedli

s t a r e j , karzeł

erotyczne

dowcipy,

wraz

go

z

zaczął

opowiadać

które rozbawiły

t a k b a r d z o , że wyprosiła studentkę z p o k o j u , b y m ó c
sam

na sam z

studentka

t y m „sympatycznym

powróciła

do

świadomości

panem".
w

Z

śmiechu.

na

schodach,

Na

koniec

z

trudem

jeszcze

jeden

tylko

mogła

wieczorem

powstrzymała

niespodziewany

całego z a b i e g u : również s t a r a k o b i e t a uległa w y r a ź n e j
nie —

tej

zadowolenia

1 z p o c z u c i e m d y s t a n s u w o b e c całej s p r a w y , t a k że t e r a z

od

ją

pozostać

fantazji

nastroju

s p o k o j n i e z a b r a ć się d o s w e j p r a c y . A k i e d y s p o t k a ł a
gospodynię

sobie

gnomem

się

skutek
przemia­

a ż d o ś m i e r c i n i o z d a r z y ł o się j e j d o k u c z a ć m ł o d e j

stu­

1 4

się

opracowanie

niezdrowe,

w dłuższy czas p o t e m

się w t y m p o k o j u , s t w i e r d z i ł a k u s w e m u w i e l k i e m u z d z i w i e n i u ,

dentce."

c z ł o w i e k a ze ś l e p e j u l i c z k i s t ł u m i e n i a

zewnętrznie często n i e m o ż l i w e .

.4

eo

studontki.

przewidywała,

jej t e j przyjemności.

w

p o k o j u , w k t ó r y m n a w i a s o m mówiąc, s t u d e n t k a w rzeczywistości

mości.

ogóle

znanej

n a t y c h m i a s t za­

sposobności,

o p a n o w a ć , żo p r z y n a j m n i e j

niu

początku

typowe

u pewnoj,

sytuację

pewnego dnia

ciągu obsorwowała rozwijającą

Inne

i

s t u d e n c k i pokój

n a subiektywną

gospodynią

opodal

matki

s t a r e j i złej p a r a n o i c z k i , która

cząca.
których

-••

dziew­

źle

kompleksu

k i e d y t r w a dłużej niż 1 0 — 1 5 m i n u t i jost o d c z u w a n a j a k o m ę ­
Na

dziewczyny
przejawiała

czyna

negatywnego

młodej

która cierpiała z p o w o d u b a r d z o w y ­

„ s c e p t y k a " : „ T o przecież t y l k o obraz t w o i c h własnych uczuć",

łatwość,

często

raźnego

efokty

częsty błąd polega

sobie

p a r a n o i d a l n e wyobrażenia. I r o n i c z n y m zrządzeniem losu

ma

W i e l u p o c z ą t k u j ą c y c h m n i e m a również, że jeśli w
fantazjowania

tym,

„Przypominam

pisze M . L . v o n F r a n z —

a drugie

Niesamowity

fakt,

dalna staruszka, zwraca
niebezpieczeństwo

że

przemianie

uległa

także

naszą u w a g ę n a jeszcze i n n e

związane

z

praktyką

aktywnej

paranoimożliwe

imaginacji,

a m i a n o w i c i e niebezpieczeństwo nadużycia jej j a k o s u i generis

�„czarnej m a g i i " : d l a celów e g o i s t y c z n y c h
wpływu

na innych ludzi

imaginacji

przeciwko

szczególnie

l u b w celu

(np. przez przeprowadzenie

komuś). Takie

niobezpieczne;

i c h z grożącego

osiągnąć,

aktywnej

tematów m e d y t a c y j n y c h , nie przepisuje

nadużycie i m a g i n a c j i

wywiera

ono

bardzo

przede w s z y s t k i m n a ludzi o tendencjach
wyciąga

wywarcia

silny

schizoidalnych

i m niebezpieczeństwa

jest

wpływ
i nie

psychozy,

lecz

p r z e c i w n i e , w p ę d z a w n i e w ł a ś n i e . X)o t e j s a m e j k a t e g o r i i n a l e ż y
wykorzystywanie
lub

w

służbie

aktywnej

własnej

imaginacji jako

manii

wielkości."

„czaru
Takie

1 5

miłosnego"

praktyki

nie

cielesnych
puszcza
jakiś

modelu,

a n i żadnej

żadnego

kontroli

całkowitą

zakłócający,

swobodę

to

decyzji

czy

tekstu

się t u ż a d n y c h

oddechu,

się d o w s p ó ł f a n t a z j o w a n i a

czynnik

obrazu

jako

postaw

j a k również

nie do­

a n a l i t y k a , . Jeśli p o j a w i a

medytującemu

co d o togo,

się

pozostawia

c z y uznać g o z a

taki,

j a k i co d o t o g o , j a k n a n i e g o zareagować. T y m s a m y m
k r o k s t a j e się t u n i e p o w t a r z a l n ą , o d p o w i e d z i a l n ą

się

każdy

indywidualną

decyzją, a z a t e m także jedyną w s w y m r o d z a j u syntezą t e n d e n c j i

mają n i c wspólnego z właściwą aktywną i m a g i n a c j a , której j e d ­

świadomych i nieświadomych. Przeprowadzający

nym

g i n a c j ę s a m m u s i s t w i e r d z i ć , c o m u się j a w i i s a m d e c y d o w a ć ,

z

najistotniejszych

tywów

łudzi

wypadkach,
naporem

założeń

uprawiającyoh

Stosowanie

aktywno]

kiedy

jest

czystość

blokadzie

do

czynionia

zalecić

albo

ze

trętnych

afoktów

i

w

zbyt

tych

wielkim

zbyt

wiele

życie senne

uległo

i

skutecznego

wyobrażeń

uwolnienia

czyni

z

się

aktywnej

od na­

imaginacji

szczególnie c e n n y i n s t r u m e n t w rękach s a m e g o p s y c h o t e r a p e u t y .
Opanowanie

tej f o r m y

medytacji

dla analityka. J a k wiadomo,

J u n g uważał za

chiczną
czy

by

móc

perweisyjnymi

W

pomagać

zakłóca również

innym.

Jego

i

prze­

potrzebuje

równowagę

konieczność k o n t a k t u

fantazjami

takich wypadkach

nieodzowne

s i l n e e m o c j o są z a r a ź l i w e , a

cież l e k a r z o w i t r u d n o j e s t i c h uniknąć a l b o w i e m
współczucia,

zewnętrznym

z

on
psy­

chorobliwymi

wyobrażeniami

pacjentów.

t r u d n o j e s t oczekiwać n a działający lecz­

aktywnej

mując
mu

niebezpieczna

kilku

pierwsi

pacjentów

jost

sytuacja,

dziennie,

zaraża n i e j a k o

kiedy

emocjami,

lekarz,

jakie

przyj­

pozostawili

następnych. N a t o m i a s t

krótka

ak­

t y w n a i m a g i n a c j a , t r w a j ą c a n i e d ł u ż e j n i ż 10 m i n u t , a p r z e p r o ­
wadzona
czająco

między

poszczególnymi

i uwalnia

terapeutę

spotkaniami,

od szkodliwej

działa

oczysz-

indywiduacji

urzeczywistnienia
tym

ego

formę

1 6

, t j . całkowitego

indywidualnej

przeżywa

podporządkowując

narzędzie, bez którego
do

i świadomego

człowieka.
mu
się

czynienia

W

tylko

ona

małymi

samoprocesie

jako

jako

przytaczanych

z

W

jaźń
jej

zresztą n i e m o g ł a b y

się w naszej c z a s o p r z e s t r z e n i .
mieliśmy

pełni

nadporządkowaną

osobowości,

wyższą

śefadomo

„inkarnować"

t u przykładach

fragmentami

indywi­

d u a l n y c h f o r m procesu i n d y w i d u a c j i , w których a r c h e t y p
w

jaźni

ogóle n i e występował. Jeśli j e d n a k a k t y w n ą imaginację

s u j e się z a r ó w n o d ł u ż e j , j a k i w
problemów

życiowych,

doświadczeniu
stanowi

to

jaźń

odniesieniu do
ujawnia

się

paralelną

do

różnych

sto­

istotniejszych

w

empirycznym

n i o m a l zawszo. O t y l e też a k t y w n a

metodę

religijnych

imaginacja
metod

me­

dytacyjnych.

indyjska i buddyjska),

styka
(np.
ta

prawosławna,
alchemia)

ostatnia.

nauczyciel;
w

1 7

W

również

zajmuje

i

protestancka)

technice

metodach

o r i e n t a l n e j (joga t a o i s t y ­

chrześcijańsko-ortodoksyjnej

katolicka

najbliższą

aktywnej

i

teksty

mają

pomóc

metodami

o wiele

uczniowi
nau­

Chrystus zarówno j a k o p r z e w o d n i k , j a k i cel,

d o którego uczeń z m i e r z a
tymi

jest

odgrywa

p r a k t y k a c h chrześcijańskich miejsce
w swej m i s t y c z n e j drodze;

z a l e c a się u c z n i o w i lekturę s t o s o w n y c h tekstów. W
jest

(mi­

gnostycznej

medytacji

w s c h o d n i c h rolę wiodącą

określone

realizacji jaźni. W

czyciela

do

Jungowska

bardziej

technika

spontaniczna

i t u także
porównaniu

aktywnej

i bezprogramowa.

o n a ż a d n e g o c e l u , d o k t ó r e g o się z m i e r z a

Ten

wolności

„imaginatio

form

vera"

z

wymóg

odróżnia

od innycli

eksperymentowali

pozostawienia

Jungowska

medytacji

alchemików.

całkowicie

i

metodę

najbardziej

Alchemiey

i m nieznaną

bo­

istotą

rze­

czywistości m a t e r i a l n e j i z j e j a s p e k t e m p s y c h i c z n y m , n i e mając
przy

t y m żadnego p r o g r a m u , lecz j e d y n i e p o o m a c k u

autentycznego,

własnego

i

niepowtarzalnego

n i e w i e d z i o l i l u b m i e l i t y l k o niejasną
tym

procesie,

i n i e k i e r o w a l i się w

szukając

doświadczenia:

intuicję,

o co c h o d z i

n i m żadnymi

w

przyjętymi

z zewnątrz z a s a d a m i postępowania, lecz j e d y n i e własnym głosem
wewnętrznym.
nunc

Szukali

egzystencji

rodzaj

o n i „boskiej

materialnej

symbolicznych

i przeżyciom

rzeczywistości"

i dlatego

przeżyć

jest

człowieka n a s z y c h

w

hic et

i c h postępowanie

t a k bliskie

oraz

postępowaniu

czasów.

W światowym parlamencie psychoterapii J u n g broni sprawy
wolności j e d n o s t k i w sposób n a j b a r d z i e j

s t a n o w c z y . "W t r e n i n g u

autogennym J . H . Schultza n p . wprowadza

się j e s z c z e

fizyczne

ćwiczenia relaksacyjne. C a r l H a p p i c h zaleca t a k i o t e m a t y
t a c y j n e , j a k „łąka z czasów dzieciństwa", „ g ó r a " c z y
a

terapeuta

prowadzi

pacjenta

tycznej. Podobnie w metodzie
eveille",

której

w

świat

medy­

„kaplica"

określonej

fantazji.

imaginacji
Nie

ma

i który p o w i n n o

się

twórca

terapeuta dodaje

Roberta Desoille'a,

zresztą

swe reakcjo

wiele

zwanej

zapożyczył

z idei

d o wewnętrznych

„rove
Junga,

symbolicznych

p r z e ż y ć p a c j e n t a ; n p . m ó w i p a c j e n t o w i , co t e n m o ż e l u b p o w i ­
nien

zrobić

równioż

w

żąda

świadomości

ramach

okioślonoj

zbiorow ej

oraz

T

autorytarne prowadzenie
chowej
o

i

sytuacji

o d niego przeżywania

moralnej

Jungowska

symbolicznej,

archetypowych

i c h opanowa,nia.

aktywnej

W

Natomiast

1 8

imaginacji,

to

jak

treści
ten

pacjenta c z y n i uszczerbek

samodzielności.

metodę

nie­

sposób

w jego d u ­
jeśli

chodzi

terapeuta

wy­

p o w i a d a się j e d y n i e w k w e s t i i a u t e n t y c z n o ś c i l u b n i o a u t o n t y c z ności

fantazji.

rezultacie

Poza

aktywnej

symptomami

nim

pacjent

t y m interweniuje
imaginacji

tylko

psychika

wtedy,

trzeba,

że

tego

są z j a w i s k i e m

odkrywa

źródło

rodzaju

kiedy

nieświadoma

l u b snami, a mianowicie przeprowadza

pretację. D o d a ć
nieświadomości

Spośród t r z e c h f o r m m e d y t a c j i —
czna,

ima­

T a k też postępuje R o b e r t o A s s a g i o l i w s w e j t e r a p i i p s y o h o s y n t e -

emocji.

A k t y w n a i m a g i n a c j a j e s t n a r z ę d z i e m t e g o , co J u n g nazwał
procesem

człowieka.

absolutnej

imaginacji

upodabnia

n i c z o sen c z y też n a interwencję własnej siły a u t o t e r a p e u t y c z n e j .
Szczególnie

każdego

człowiekowi

wiem

normalnie.

szybkiego

aktywną

co m a z t y m r o b i ć — d o k ł a d n i e t a k , j a k t o m a się d z i a ć w ż y c i u
można

też, o d w r o t n i e , k i e d y

i nie płynie

Moment

mo­

ją.

imaginacji

mamy

etycznych

treści nieświadomości, t j . k i e d y w y s t ę p u j e

snów i f a n t a z j i , albo

z

żadnego

ich inter­

spontaniczne

reakcje

dość c z ę s t y m .

A

swej

„mistrza",

wolności;

żyje w jego własnej d u s z y . M e d y t a c j e

w

reaguje

właśnie dzięki
który

o r i e n t a l n a i chrześcijańska

o p i e r a j ą się n a p r a s t a r e j t r a d y c j i i m a j ą t ę z a l e t ę , iż d a j ą w s k a ­
z ó w k i i t e c h n i k i w y p r ó b o w a n e już p r z e z w i e l u , jednakże p r z e z
t o właśnie zagrażają
woczesny
ciony

jak

odpowiedzialności j e d n o s t k i . Człowiek n o ­

t o J u n g w i e l o k r o t n i e podkreślał, jest

kolektywnymi

sugestiami

wszelkiego

rodzaju

s t o p n i u , że szczególnie s i l n i e o d c z u w a

(jeśli j e s z c z e —

—

swej

ją o d c z u w a )

przymusu

i

tej potrzeby

w

potrzebę realizowania
pełni

odpowiedzialności.

przygnie­
w

takim
l u b już

własnej i s t o t y

Możliwość

stwarza m u , w ramach Jungowskiej

bez

realizacji

psychoterapii,

m e t o d a a k t y w n e j i m a g i n a c j i . I t a k a m o r a l n a f u n k c j a j e s t funkcją
ostatnią.

5
[

�Р К Z У P I S У

N a t e m a t p s y c h o l o g i i a n a l i t y c z n e j C. G . J u n g a u k a z a ł y
się w P o l s c e n a s t ę p u j ą c e k s i ą ż k i : C. G . J u n g , Psychologia
a re­
ligia,
przeł. J e r z y P r o k o p i u k , W a r s z a w a 1 9 7 0 ; tenże,
Archetypy
i symbole,
przel. Jerzy Prokopiuk, Warszawa
1976; Jolande
J a c o b i , Psychologia
C. G. Junga,
przeł. Stanisław
Ławicki,
Warszawa
1 9 6 8 ; A n t o n i o M o r e n o , Jung,
bogowie
i
człowiek
współczesny,
przeł. Stanisław Ł a w i c k i , W a r s z a w a
1973 oraz
Jolande
J a c o b i , Zamaskowanie,
przeł. Czesław
Tarnogórski,
W a r s z a w a 1979
1

N a temat psychologii Jungowskiej, por. Wolfgang
Hochh e i m e r , Die Psychotherapie
von C. 67. Jung,
Bern und Stuttgart
1966
P o r . J a m e s A . H a l l , Clinical
Uses
of Dreams.
Jungian
Interpretations
and Enactments,
N e w Y o r k 1977
J u ż w 1 9 1 6 r . J u n g n a p i s a ł r o z p r a w ę p t . Die
transzendente
Funktion,
ale opublikował ją d o p i e r o p o w i e l u l a t a c h ( w :
Geisl
und
Werk.
Festschrift
zu Dr D. Brody
75, G e b u r s t a g , Z u r i c h
1958)
2

3

Das Gcheimnis
der goldenen
Blute.
Aus dem
Ohinesischen
iibersetzt
von Richard
Wilhelm,
Europśiischer K o m m e n t a r v o n
C . G . J u n g , M u n c h o n 1 9 2 9 o r a z C. G . J u n g . Die
Beziehungen
zwischen
dem Ich und dem, Unbewusten,
D a r m s t a d t 1928
4

C. G . J u n g , Von den Wurzeln
des Bcwusstseins,
Zurich
1 9 5 4 , s. 5 6 0 — 5 6 2
T a m ż e , s. 5 6 3
T a m ż e , s. 5 7 3
C. G . J u n g , Mysterium
coniuctions,
I I , Z i i r i c l i 1 9 5 7 , s.
267—268
O „ f u n k c j i t r a n s c e n d e n t n e j ' ' J u n g pisał (Psychologische
Typen,
Z u r i c h 1 9 5 0 , s. 6 5 1 ) :
przez „funkcję" r o z u m i e m t u t a j nie
f u n k c j ę p o d s t a w o w ą , a l e f u n k c j ę z ł o ż o n ą , s k ł a d a j ą c y c h się z i n ­
n y c h f u n k c j i , a p r z e z „transcendentną" n i e r o z u m i e m jakiejś
cechy m e t a f i z y c z n e j , lecz f a k t , że dzięki t e j f u n k c j i m o ż l i w e j e s t
przejście o d j e d n e j p o s t a w y d o d r u g i e j " . F u n k c j a t r a n s c e n d e n t n a
5

6

7

8

9

O b o k m a r z e n i a sennego J u n g w y m i e n i a

p r o w a d z i do zjednoczenia różnych p a r przeciwieństw p s y c h i k i
w u d a n e j s y n t e z i e ; j e j n a r z ę d z i e m są w s z y s t k i e s y m b o l e i p o s t a c i e
archetypowe procesu i n d y w i d u a c j i . Synteza t a jako coincidentio
oppositorum znajduje wyraz
w tzw. symbolu
jednoczącym,
który reprezentuje
częściowe s y s t e m y
p s y c h i k i zjednoczone
w jaźni. S y m b o l jednoczący j a k o w y r a z a r c h e o t y p u jaźni p r z y ­
b i e r a często postać m a n d a l i .
'** C . G . J u n g , Mysterium
coniunctions,
o p . c i i . , s. 3 0 9
T a m ż e , s. 3 0 7
C y t a t w : M . L . v o n F r a n z , Die aktive Imagination
in der
Psychologie
G. G. Junga,
(w:) W i l h e l m B i t t e r ,
Herausgegen,
Meditation
in Religion
und Psychotherapie,
M u n c h e n b . d . , s. 1 3 6
C . G . J u n g , Mysterium
coniunctions,
o p . c i t . , s. 3 0 8
M . L . v o n F r a n z , o p . c i t . , s. 1 2 8 — 1 2 9
T a m ż e , s. 1 3 0
N a t e n t e m a t p o r . J e r z y P r o k o p i u k , Posłowie
( w : C. G .
J u n g , Psychologia
a religia,
o p . c i t . ) , e. 4 2 0 — 4 2 4 i t e n ż e , С. O.
Jung,
czyli gnoza
XX
wieku
( w s t ę p d o : C. G . J u n g ,
Archetypy
i symbole,
o p . c i t . ) , s. 1 3 — 2 9 o r a z t a m ż e , s. 5 9 — 1 1 9 . P o r . r ó w n i e ż :
J o l a n d e J a c o b i , Psychologia
C. G. Junga,
o p . c i t . , s. 1 3 8 — 1 8 2
o r a z A n t o n i o M o r e n o , o p . c i t . , s. 4 0 — 1 1 0
1 1

1 2

1 3

1 4

1 5

1 6

P o r . C. G . J u n g , Psychologie
und Alchemie.,
Z i i r i c h 1944,
w s z c z e g ó l n o ś c i j e d n a k t e n ż e , Mysterium
coniunctions,
op. cit.,
s. 3 0 6 i n a s t .
N a t e n t e m a t p o r . a r t y k u ł W o l f g a n g a K r e t z s c h m c r a Die
meditativen
Verfachren
in der Psychotherapie
[ w : ] Zeitschrift
fur
Psychotherapie
und medizinische
Psychologie,
1951
S y n wielkiego psychologa, omawiając w swej p r a c y różne m e t o d y
m e d y t a c y j n e stosowane w p s y c h o t e r a p i i współczesnej, pominął,
n i e s t e t y , m i l c z e n i e m pionierską rolę J u n g a w t e j d z i e d z i n i e .
( N a g r u n c i e p s y c h o t e r a p i i J u n g o w s k i e j metodę analogiczną d o
m e t o d y Desoille'a — zwaną imaginacją kierowaną — wprowadził
E . C . W h i t m o n t , a r o z w i n ą ł R u t h T . F r y z C. G . J u n g E d u c a t i o n
Center, H o u s t o n , Texas, U S A ) .
J 7

1 8

f a n t a z j e

i w i z j e

d o m o ś c i . Są o n o p o k r e w n e m a r z e n i u s e n n e m u i w y s t ę p u j i

jako przejawy

nieświa­

wówczas, g d y człowiek

przeja­

w i a zmniejszoną świadomość. Mają one zarówno j a w n e , j a k i u k r y t e znaczenie i pochodzą
z nieświadomości i n d y w i d u a l n e j l u b z b i o r o w e j , w s k u t e k czego d l a i n t e r p r e t a c j i p s y c h o l o ­
g i c z n e j s t a n o w i ą t a k i s a m mo,teriał, j a k m a r z e n i a

senne.

Jolande

(...)

elementy

obrazowe, które n i e odpowiadają

światu zewnętrznemu, muszą

się z „ w n ę t r z a " c z ł o w i e k a . P o n i e w a ż „ w n ę t r z e " t o j e s t n i e w i d z i a l n e

Jacob

wyłaniać

i niewyobrażalne,

a m i m o t o p o t r a f i wywierać n i e z w y k l e trwały w p ł y w n a świadomość, p r z e t o t y c h m o i c h
p a c j e n t ó w , k t ó r y m o w o o d d z i a ł y w a n i e n a j d o t k l i w i e j d a j e się w e z n a k i , n a m a w i a m , a b y
przedstawili je obrazowo,
uchwycenie

najlepiej

j a k potrafią. Celem

treści n i e ś w i a d o m y c h i t y m s a m y m

tej „metody ekspresyjnej"

ułatwienie icli z r o z u m i e n i a .

jest

Terapeu­

t y c z n i e o s i ą g a się p r z y t y m t o , żo n i e d o p u s z c z a się d o n i e b e z p i e c z n e g o o d e r w a n i a

proce­

sów nieświadomych o d świadomości. W s z y s t k i e o b r a z o w o p r z e d s t a w i o n e procesy i o d d z i a ­
ł y w a n i a , mające źródło w z a p l e c z u p s y c h i k i , noszą — w przeciwieństwie do p r z e d s t a w i e n i a
przedmiotowego,

czyli „świadomego",— charakter s y m b o l i c z n y ,

i n a t y l e , n a i l e t o jest osiągalne, w s k a z u j e

t j . w przybliżeniu

n a p e w i e n sens, k t ó r y z r a z u j e s t

nieznany.

Carl Gustaw

6

Jung

�Jan Mitarski

INSPIRACJE FANTASTYCZNE WOJCIECHA GIZY '

Są l u d z i e
można

by

obdarzeni

nazwać

rzeczywistość,
ginacyjny
co

egzotycznie

typem

wyobraźni,

którą,

sobie

drugą

Stwarzają

odległą

od

i

z przeżyć

mistycyzmem.

codzienności.

kontrolowania

i

emocjonalnych,

Ten ima-

Ponad

rozsądkiem

autoanalizy

uczucia

biorą

i

c i fa,ntaści, t w o r z ą c y p o p r z e z

górę

popędy.

Niełatwo

z

ze s t a r y c h t r a d y c j i W s c h o d u .

magiczno-ozoterycznych

nowoczesnymi

mitami

rzekomo

przekazów

kultur
świata,

i

symboli,

N i e gardzą

naukowej,

dla

rzeczywistości.

bariery wieków i

czerpanych

nie­

trudne do

j a k b y związek w t a j e m n i c z o n y c h w a r k a n a pozarealnego
korzystają

tego,

zabarwionych

n i c h znaleźć właściwą nazwę i kształt w języku
Dlatego

oni

ś w i a t r o d z i się z l ę k ó w , z m a r z e ń i p o z n a n i a

tajemnicze

kiedy

szczególnym

fantastyczną.

również

modnej

obecnie

psychotron iki.
Ich

język

jest

wieloznaczny,

ciemny,

j a k język

majaków

s e n n y c h . P o w s t a w a ł o n w obszarach n o c y mistyków, samotności
eremitów
gicznej

i zuchwałych

potędze

dostrzegał

poetyckich

wiedzy

Novalis,

mówiąc,

że

Te

kreuje

magów

związki

czarownik

obłędu. T a k j a k m a g i człowiek
nierealnego

marzeń

tajemnej.

jest

zabobonny

n i e skrępowane

de la razon

potwory)
zum

umieścił

stwarza

rygorami

Nie

produce

uwagę:

potwory,

sztuki i tworzy
język

wypełniał

pustkę

rozsądku.

ma

jednoznacznego
tego

się w m a n i e r y c z n e j
interpretacjo

demonów

zafascynowany

je z i l u s t r o w a ć
nie okazywał
znal

klucza

i

Giza. W

matką

przetłumaczenia
fantazji,

jungowskiej

żadnych
podjął

PEMODzio.

są

z

wyobraźni

zatem

umotywo­

twórcy

Apo­

wówczas student A G H .

malarską, m i m o

postanowił

że

z a i n t e r e s o w a ń tą d z i e d z i n ą

uprzednio

sztuki

i nie

m a l a r s k a opanowała go t a k

ryzykowną

mieć

na

lubującej

niesamowitą p c o t y k ą tego dzieła,

b y pracując j a k o m e t r o l o g
nickim

dla

1971 —

swą własną w i z j ą

że

się

naukowo.

zrodzonych

jej w a r s z t a t u . W k r ó t c e pasja

całkowicie,

z n i m staje

szyfru

freudowskiej

k a l i p s y uległ W o j c i e c h
—

stwarza

przez ro­

2

tajemnego

a r t y s t y c z n i e niż

"Urokom

opuszczona

mroczności i nieokreśloności. N a w e t

szkoły

raczej

„Wyobraźnia
dzieła."

zatytułowanego

(Son rozsądku

monstruos

lecz s k o j a r z o n a

cudowne

racjonalny

wane

magii
artystą

świata wyobraźni d e m o n a m i i m o n s t r a m i , f a n t a s i a

wizje

sueno

i

poetą,

G o y a n a o d w r o c i e s z t y c h u z c y k l u Caprichoa,
El

o derniur-

poezji

decyzję

(mierniczy

porzucenia

studiów',

detali maszyn)

czas n a t w o r z e n i e

w

obrazów

myśle­

przedsta­

w i a j ą c y c h według j e g o słów „ w i e l k i p r o g r a m s t w o r z e n i a
p r z y r o d y , m i n i o n y c h i przyszłych

świata

kultur, ich mitów i

religii."

T o n „ p r o g r a m " jawń m u się j a k o c y k l a p o k a l i p t y c z n y c h k a t a s t r o f
s t a r y c h i r o d z e n i a się n o w y c h e p o k a,ż d o o s i ą g n i ę c i a p r z e z ś w i a t
„bytu

doskonałego".

W

k o n c e p c j a c h G i z y m i e s z a j ą się w ą t k i f i l o z o f i c z n e ,

fantazjo
wencji
są

mitologiczne,
na ziemi

może

te

z m o d n y m i dzisiaj

cywilizacji

próby

pozaziemskich.

synkretycznego

treści, i l e o r y g i n a l n y w y r a z ,
Najwidoczniej
pogodny
świat

jaki

zafrapowany

wizji";

symboliki
powiada

i

i m twórca

że

jego

dawne
o inter­

nie t a k istotne
heterogennych

nadaje.

w i e l k i e g o życia człowieka n a Z i e m i i sprawiać wrażenia wycięoia

orientalną,

bajeczny,

uzupełnień

dalej,

I

pogodzenia

sztuką

kolorystycznie, bardziej

„własnej

własnej

marzeniami

niż

stwarza

z

apokaliptyczny

mitów

ornamentem

,,improwzacje

mają

dużego

obrazu,

być

kadrem

z

filmu

wszechświata".

A r t y s t ę pociąga eschatologiczna potęga granicznycłi s y t u a c j i
końca i początku następujących p o sobie b y t ó w , lecz r o z d ź w i ę k
pomiędzy

katastroficznym

tematem

i

dziecięcooptymistyczną

tworzyć j a k b y s y m b o l w s y m b o l u ; t y m s a m y m trudną d o i n t e r -

jego własną interpretacją u z a s a d n i a t y m , że t r a k t u j e

protacji

jako:

Apokalipsę

podnoszę

do

jeszcze

większej

trudności,

g d y ż n i e c h o d z i m i o p r a w d z i w y o d c z y t s y m b o l u , lecz s t w o r z e n i e
każdemu wolności i n t e r p r e t a c j i i możliwości
tania

obrazu".

Obrazy

Gizy

mają

być

osobistego

„małym

pogodną,

konieczną,

ucieczkę przód m a t e r i a i

odczy­

wycinkiem

„rzecz

Po
i

cyklu

dziwaczość

nasze w y z w o l e n i e

Gizę

zafrapowało

oraz

czasem".

apokaliptycznym

form natury,

Apokalipsę

jako

bogactwo

co dało i m p u l s d o s t w o r z e n i a

serii

7

�obrazów

zatytułowanych

mity

greckie

to

Apokalipsą.

z

dalsze

cykle:

—- p o d o b n i e
tacji

w

Paradoksy

równie s w o i s t y
W

natury.

d l a siebie

następnym

Marzenia

roku

indyjskie

i

tworzy

przyjętej

w

naszej

1973

ilustruje

następne

dwa

I c h .symbolika

Atlantydę.

j a k w poprzednich latach —

konwencjonalnie

W

sposób, j a k uczynił

odbiega

od interpre­

kulturzo.

W

pojęciu

wyrazem

przełomu

tastyki.

Niezależnie

obrazy

Gizy

duchowego
od

nie

wyróżniają

się

dzięki fascynacji
pozbawionej
swą

światem

wdzięku

samorodną

oryginalnością

f o r m i kolorów, m o ż e nieco stereotypową, lecz w y i a ź n i o
n a l ą c ą się t e c h n i c z n i e i k o m p o z y c y j n i e ,

fan­

naiwności

co m o ż n a

dosko­

prześledzić

w k o l e j n y c h c y k l a c h , poświadczających rozwój t a l e n t u a r t y s t y .

G i z y m o n s t r u a l n e kształty k r y j ą w sobie p i e r w o t n ą szlachetność
duszy

i dlatego

kojarzą m u

się

z

formami

prehistorycznych

d o kręgu s z t u k i

nieprofesjonalnej.

gadów.
Twórczość

Gizy

należy

Pochodzi o n z rodziny robotniczej z Nowej Soli w
zielonogórskim. W

P R Z Y P I S Y

województwie

s w o i m środowisku miał n i e w i e l k i e możliwości

F r a g m e n t k s i ą ż k i Inny
Świat, p r z y g o t o w y w a n e j d o d r u k u .
P u b l i k o w a n y za „ P r z e k r o j e m " , n r 1555, 26.01.1975
C y t . z k s i ą ż k i C . R o y a , Goya,
P a r i s 1 9 5 2 , s. 4 1
1

z e t k n i ę c i a się ze s z t u k ą . T w ó r c z o ś ć t a , j a k c z ę s t o b y w a
tystów

nieprofesjonalnych,

ujawniła

się

spontanicznie.

u ar­
Była

2

F o t . оЬгадбт» na s. 7 — 9 , 1 1 , 1 8 : J . Swiderski. Obrazy z k o l e k c j i Zlmmererów.

�Wojciech Giza

ŻYCIORYS WŁASNY

Pochodzę,
w

Nowej

do

z rodziny

Soli.

Technikum

towej.

Po

robotniczej.

skończeniu

Odlewniczego

P o d koniec

Urodziłem

szkoły
na

n a u k i , miałem

się w

podstawowej

wydział
wtedy

1952 r.

poszedłem

metrologii

warszta­

H i l a t , zacząłem

c z u w a ć n i e o d p a r t ą chęć r y s o w a n i a , c o u s k u t e c z n i a ł e m w
ehwili

na wszystkich

dostępnych

stawał metodą improwizacyjną
tem

i manierą. K i l k a

z nich

materiałach.

Rysunek

od­

każdej
pow­

i s a m e g o m n i e zadziwiał kształ­
nawet

wypełniłem

barwą

(farbą

Matura,

egzaminy

wstępne

c z a s , że m o j a p i e r w s z a p r z y g o d a
w

mroczną

na

A G H

przepaść. S t u d i a , b i e g a n i o ,

t a n i e z A p o k a l i p s ą św. J a n a —
dłoni zobaczyłem postacie

t a k wypełniły

mój

z m a l o w a n i e m została odsunięta
nauka

gigantyczne

i wreszcie

spot-

wrażenie! J a k n a
jednym

dniu

p r z e s t a j ę i n t e r e s o w a ć się n a u k ą , p o s t a n a w i a m

za wszelką

cenę

namalować

farby,

7 wizji

z m o i c h rysunków. W

apokaliptycznych,

kupuję

k i l k a pędzli. N i e z n a m palety, r o z r a b i a m

farby w

brystole,

nakrętkach,

plakatową n a papierze) i przedstawiłem je n a studniówce. Z a i n t e ­

n i e daję żadnych podkładów, maluję n a j p i e r w p o s t a c i e ,

potem

r e s o w a ł się n i m i

tło.

nikogo

dyrektor

k o n t y n u o w a n i a tego

szkoły

i gorąco m n i e

zainteresowania.

namawiał

do

Maluję

wszędzie gdzie możliwe, w

akademiku jak

nie m a , w mieszkaniu k u z y n k i , w mieszkaniu wynajętym

przez

9

�mojego przyjaciela...

Odbierają, m i s t y p e n d i u m i p r a w o

miesz­

w

Stowarzyszeniu

Historyków

Sztuki, cudowny

k a n i a w a k a d e m i k u , s p r a w a poważna, załatwiam u r l o p dziekański.

n a d 100 osób, o g r o m n e z a i n t e r e s o w a n i e ,

M a m t e r a z dużo czasu d o m a l o w a n i a , ale n i e m a m g d z i e

n i a m się z p r a c y . P o s t a n a w i a m

miesz­

wernisaż, p o ­

audycja w radiu i zwal­

malować. W i z y t a

w

Wytwórni

kać i żadnych środków d o życia. N a chwilę zamieszkuję u k u ­

F i l m ó w O ś w i a t o w y c h w Ł o d z i . I n a g l e k r a c h . . . n i k t się n i e i n ­

z y n k i (3 m - c e ) ś p i ę n a p o d ł o d z e w m a l e ń k i e j k u c h n i i t a m m a ­

teresuje

luję. P o skończeniu w i z j i a p o k a l i p t y c z n y c h maluję 100 o b r a z k ó w

zapłacenia za m i e s z k a n i e .

pod

wspólnym

tytułem

czasie, a b y mieć

Improwizacje

W

tym

pierwszy

mieszkania,

myję

zapominam

apokaliptyczne.

środki n a życic, sprzątam

o k n a , pilnuję d z i e c i . K t ó r e g o ś d n i a p o d namową k u z y n k i , która

Ludwig

widocznie

okres

kazać

ma mnie

je prof.

wchodzę

już dość z w i j a m

Karolowi

prace

Estreicherowi.

do g a b i n e t u . Profesor

Z

i postanawiam
sercom

trochę z d z i w i o n y

jaciół S z t u k Pięknych

do

kopniak

dziś.

Zimmeror

prywatne

Na

zobowiązuje

uczono
Przy­

dwóch

tygodniach

już

po

wynajęciu

następnego

Try-

naprzód. Zaczyna

którzy o d t e j p o r y będą w y w i e r a l i o g r o m n y

podejmowałem
„Bakałarz".
obrazy
wg

próbę

Dalej

dotyczące

Roberta

Krótki

pobyt

współpracy'

powracam

do

Apokalipsy.

w
z

Opolu,
i

Fascynacja

Giavesa. Spotkauie

z

wpływ

d w a d n i , gdzie

czasopismem

Krakowa

studenckim

maluję

ostatnie

mitami

greckimi

Zimmererom.

szczególnych
klubu

nych

rozmiarów

waniu

jako

syn marnotrawny

malować

łymi

dniami i nocami

pracę w

D Z M Nowa

Sól j a k o

Krzywo

greckie.

patrzą, maluję
W

końcu

robotnik fizyczny

ca­

ku

wynaj­

cudownie

interesuję

mitologią i religią narodów w s c h o d u , u l e g a m m i t y c z n e j

się

historii

A t l a n t y d y , interesują m n i e t a j e m n i c e p r z y r o d y i t e o r i a D a r w i n a ,
przerabiam

historię f i l o z o f i i , p r z e r a b i a m

teorię t e c h n i k

skich. Pierwsza wystawa w „Kossakówec". Zaczynam
tajniki

tempery,

zniszczonych,

eksperymentuję,

przez

co w i e l e

malar­

odkrywać

prac

zostaje

w z b o g a c a m f a r b y p r z e z d o d a w a n i e różnych skład­

n i k ó w , u s z l a c h e t n i a m p o d k ł a d y . Z a t r z y m u j ę się w

pracowniach

k i l k u z n a n y c h artystów k r a k o w s k i c h (Stanisław W a ł a c h , K o l o n k a , J e r z y P a n e k , Ł u k a s z K a r w o w s k i , d o e . W a l c z e w s k i ) u c z ę się
i podpatruję, r o z m a w i a m
towych,

owocuje

Malowanie

o trudnościach i p r o b l e m a c h

to potem

w przyszłości. Z m i a n a

obrazów o m i t y c z n e j

warszta­

mieszkania.

Atlantydzie.

P i e r w s z y artykuł w gazecie, zaraz następny, f o t o m

10

w

Myślenicach

do malowania.

Jest

znowu
w

po

z

postacie

staremu.

obraz,
w

w

Wstępuję

Myślenicach, w y s t a w a

następnym

ciąży.

wynajętym

Wystawa

w

postanawiam

w

akrylami, wracam

do

oraz

z

M D K

Kultury

Wystaw

gigantycz­
mieszkaniu

w

Myślenicach

i zaraz

malowania

maluję

następna

w K r a k o w i e . P o d koniec

w

Desie.

ekspono­

n a płótnie.

tempery,

biorę

przykrym
urlop

dalszym

doświadczeniem

na

jedwabiu.
Wystawa

Miejskim

197!) r . c u d o w n a

bezpłatny

nie rezygnuję

i przygotowuję,

prace

do

z

na

Zaczynam

Domu

informacja

0 możliwościach w y s t a w i e n i a prac w B e r l i n i e Z a c h o d n i m .
czony

do
Myś­

Krakowskiej

zrezygnować

na deskach

krok

nabierają

obrazów. Ze w z g l ę d u n a trudności p r z y

i malować

Nau­

pracy,

ale

wystawy.

W

ciągu n i o m a m własnego m i e s z k a n i a , t o które

m u j ę s k ł a d a się z d w ó c h p o k o i , z k t ó r y c h j e d e n

wynaj­

przeznaczony

jest n a pracownię.
O d l a t w swoj twórczości zajmuję

się m i t a m i

stworzonymi

p r z e z z a m i e r z c h ł e c y w i l i z a c j o , g d y ż są o n e d l a m n i e

drogowska­

zami do o d k r y w a n i a kosmitów-bogów. J a k o

pierwszych

jedne z

opowieści traktują o i n t e r w e n c j i n a z i e m i i s t o t z i n n y c h p l a n e t
1 gwiazd,

są t o r e m i n i s c e n c j e

niebios",

dlatego

tych

mitów,

stanowią

'jakby

pierwszych kontaktów z
trzon

mojej

zdeformowanych,

twóiczości.

„panami
Sceny

hybrydalnych

forowane
na

swoją

karty
tych,

przeszłych
które

i

przyszłych

dziejów

miały

wyjątkowe

znaczenie

katastroficzność

i

zasięg.

z

postaci

l u d z i , zwierząt i roślin, traktuję j a k o z a p r o g r a m o w a n e
szczególnie

wystawa

jeszcze

Znów

w

2

się n a p r a c o w n i ę . M a l u j ę t a m i n t e n s y w n i e p r z e z 1,5 r o ­
dziennie, dużo c z y t a m ,

mieszkania

przystępuję

pracuję

—

Myślenicach, jadę, zakładam izbę p o m i a r ó w . Zakład

p o kilkanaście g o d z i n

pewien

niepowodzeniom,

R a z jeszcze w r a c a m d o a k r y l i i już p r z y n i c h zostaję.

m u j e m i mieszkanie w d o m k u j e d n o r o d z i n n y m , pokój
nadajo

zrażony

podejmuję

t y g o d n i e . D o w i a d u j ę się, ż e j e s t p r a c a d l a m n i o w m o i m z a w o d z i e
w

pracuję,

Amatorów

Zona

obrazów

kartonach

mity

Pan

miesięcznic,

A r t y s t y c z n y c h i w M i e j s k i m D o m u K u l t u r y . Maluję
- - pracowni.

z n ó w n a c h w i l ę s p o t k a n i e ze s t u d i a m i , a l e j u ż b e z p r z e k o ­
do d o m u .

m i przez

2 0 0 0 zł.

lenicach w dwóch miejscach, w m i e j s k i c h salach B i u r a

n a n i a , w z a p a t r z e n i u n a jedną sprawę. Z w i j a m m a j d a n i w r a c a m
—

udzielić

wysokości

Nie,

wyczerpania

grać światło, p r e s p e k t y w a ,

gestów.

Plastyków

Zakup kilku
I

się

kresu

obrazów,

nauczka.

trudnościami m i e s z k a n i o w y m i , z a p o m i n a m o m a l o w a n i u . J e d n a k

naję c u d o w n y c h l u d z i , d r .Jana M i t a r s k i o g o i d r I g n a c e g o
malarstwo.

u

sprzedać

wielka

d l a m n i e t o b a r d z o d u ż o . P o s t a n a w i a m się o ż o n i ć i p o d j ą ć p r a c ę .

większa, z a p a l c z y w o ś o i ą

moje

i

Po

zaskoczony

Poz­

na

życia

szczęście

stypendium w

na spotkanie.

bowskiego,

od

na ramieniu

do Pałacu S z t u k i T o w a r z y s t w a

gdzie rnnic u m a w i a

po­

porządny

bez środków do życia i możliwości

N i e mogę nigdzie

i

k a ż e m i l o z w i n ą ć k a r t o n y n a p o d ł o d z e , p y t a się g d z i e
mnie malarstwa, dzwoni

Pół r o k u wegetacji

—

per­

ludzkości,
z

uwagi

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9896" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9874">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/ff2592ff9863d437be62442eba864572.pdf</src>
        <authentication>6f18e2a6bf89fac0bda039529e32dc80</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117753">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2892</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117754">
                <text>2002</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117755">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2696</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117756">
                <text>Kultura, empatia i techniki skrawania / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117757">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4, s.23-25</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117758">
                <text>Michera, Wojciech</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117759">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117760">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117761">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117762">
                <text>R

ozważania Dariusza Czai (które na swój użytek
nazwałem projektem „antropologii empatycznej") dotykają zagadnień tak fundamental­
nych, że nawet krótki do nich komentarz wymagałby
kompetencji, o jakich mogę tylko pomarzyć. Niemniej
złość, jaką ta lektura we mnie wywołała, pomnaża od­
wagę i zachęca do zasygnalizowania kilku wątpliwości.
Otóż denerwujący u Czai jest przede wszystkim ton nie tyle świętoszkowaty (wierzę, że Autor szczerze cier­
pi z powodu alienacji dyscypliny, którą - z dużym sma­
kiem! - uprawia od lat, a która, jak sądzi, traci kontakt
z „prawdziwym życiem"), ile dewocyjny: wyrażona tu ze
swadą dobrego kaznodziei niechęć do posługiwania się
pojęciem „kultury", zasłaniającej rzekomo tajemniczą
prawdę egzystencji, nabiera wartości niemalże przestro­
gi moralnej. Jak to dobrze opowiedzieć się po stronie
jednostki, konkretnego, żywego człowieka, jego zwy­
czajnej, samotnej egzystencji, a przeciw nieludzkim me­
chanizmom „kultury"! Stąd właśnie, jak mi się wydaje,
z tego ideowego przejęcia, biorą się demagogiczne zabie­
gi i bałamutne - choć bardzo zręczne, trzeba przyznać przemieszanie sprzecznych ze sobą twierdzeń,

POLEMIKI

Od redakcji
Ponieważ rytm. ukazywanie się „Kontekstów" nie
należy do najprędszych i nie mogą one z natury rzeczy
sprostać wymogom aktualności (por. na cen temat kil­
ka słów wyjaśnień w artykule wstępnym s. 3-5) a tak­
ie w trosce by artykuł Dariusza Czai nie przeszedł bez
echa, zwróciliśmy się do najbliższego kręgu współpra­
cowników z prośbą o uwagi i komentarz, rozpoczyna­
jąc tym samym dyskusję wokół tego tekstu, do której
serdecznie zapraszamy wszystkich chętnych

WOJCIECH

Gdy zatem pisze Dariusz Czaja, że słowo „kultura" sta­
ło się dla antropologów zwykłym liczmanem - pytam, czy
podobnej funkcji nie pełnią w jego tekście takie (słuszne)
pojęcia - powtarzane niczym akty strzeliste - jak „tajem­
nica", „niepoznawalne", „niepojęte", lub „wieloznacz­
ność" (a warto zauważyć, że to ostatnie ma naturę semiotyczną)? Czaja zdaje się zapominać, że i one są także ka­
tegoriami kulturowymi, których użycie (tak jak użycie
kategorii „kultury") nie jest bynajmniej „niewinne".
Czy zresztą samo odwołanie się na przykład do poję­
cia „tajemnicy" jest wystarczającym zabezpieczeniem
przed „obiektywizującym językiem semiotyki"?
A przede wszystkim: na jakiej podstawie uważa Czaja,
że „tajemnica" wyprowadza nas „poza kulturę"? N o bo
- „poza kulturę", to znaczy gdzie? Otóż - ponoć - w sa­
mo „życie". Co jednak można o nim powiedzieć?
Czaja błędnie - i nazbyt wygodnie - ustawia sobie
przeciwników do bicia, budując fałszywą alternatywę
badawczą. Z jednej strony mamy oto do czynienia
z ograniczoną, pozytywistyczną wizją ludzkiego świata,
której zwolennicy zabijają („roztajemniczają") „niepo­
znawalne" w swej istocie życie za pomocą (Gadamerowskiej) „metody" i rozmaitych kategoryzacji. Z dru­
giej — jest „dialogiczna formuła rozumienia", z którą łą­
czy się wrażliwość na niepowtarzalność jednostkowych
zdarzeń i nieredukowalną prawdę. Przez przywołanie
nazwisk takich myślicieli jak: Dilthey, Heidegger, Gadamer i Ricoeur, usiłuje Czaja tę drugą postawę powią­
zać z tradycją hermeneutyczną. Ale to właśnie wydaje
mi się pewnym nadużyciem - w zbyt wielu sformułowa­
niach prześwieca u niego myśl w gruncie rzeczy meta­
fizyczna (w sensie, w jakim używa tego pojęcia Heideg­
ger), czy też romantyczno-idealistyczna. Bo jak inaczej
rozumieć zachętę do stawiania pytań „metafizycznych"
(tym razem jednak, domyślam się, w sensie potocz­
nym), które nie ograniczałyby się do - jak pisze Czaja

23

MICHERA

Kultura, empatia
i techniki skrawania
- „powierzchniowego, widocznego, zewnętrznego wy­
miaru zjawisk"? Przecież użyte tu metafory („zewnę­
trze" ~vs- „wnętrze") nie są bynajmniej czysto opisowe
i filozoficznie obojętne.
Powiedziałbym tak (skrótowo i przenośnie): Dariusz
Czaja odwołuje się wprawdzie do tekstu Ricoeura Zycie
w poszukiwaniu opowieści (chodzi w nim o „literackie",
narracyjne porządkowanie chaosu życia), ale zapomina
o innym artykule tegoż autora, pod znamiennym tytu­
łem Hermeneutyczną funkcja dystansu. Mówiąc dokład­
niej: nie potrafię pogodzić kluczowego dla poheideggerowskiej hermeneutyki przekonania o nie-bezpośrednim odniesieniu tekstu do świata („pospieszne usuwa­
nie wszelkich oddaleń nie sprowadza żadnej bliskości" pisał Heidegger) z kluczowymi w tekście Czai wątkami
o swoiście bezpośrednim właśnie przyleganiu niektó­
rych tekstów do życia. Ow zaś hermeneutyczny dystans,
o którym mówi m.in. Ricoeur, to przestrzeń języka, języ­
ka poetyckiego, fikcji, metafory - czyli właśnie kultury.
[Choć sprawa jest oczywiście bardziej złożona. W isto­
cie Heidegger i kontynuatorzy jego dzieła (mniej lub bar­
dziej radykalni, tacy jak Gadamer, Beaufret, Ricoeur,
Derrida, John Sallis) wykraczają poza „kulturę", ale nie
po to, by - uwolniwszy się wreszcie od niej - dotrzeć do
idealistycznie pojmowanego „życia". Przeciwnie, robią to
ze względu na owo szczególne, trudne „miejsce" (chora),
w którym kultura (język, obraz, metafora, znaczące dys­
tynkcje i opozycje) dopiero właśnie się zjawia].
W każdym razie alternatywa nie wygląda tak, jak
w wygodny dla siebie sposób szkicuje to Czaja: dyskur-

�POLEMIKI

sywny, kategoryzujący dystans (pełen „statystycznych
przypadków" i bezproduktywnych podziałów na „znaki
arbitralne i naturalne") -vs- empatyczny brak dystansu
(„empatyczność", przyznaję, dodałem tu od siebie).
W żadnym razie hermeneutycznego dystansu nie nale­
ży mylić z potępianą przez Gadamera „metodą". Hemeneutyka nie obraża się też na strukturę - tak jak poeta
nie powinien się obrażać na gramatykę języka (nawet
jeśli przekracza językowe normy). Warto może byłoby
tu przypomnieć - czego nie zrobię z braku miejsca - co
pisał Gadamer o doświadczeniu dzieła sztuki jako
„grze", o „medialnym sensie" pojęcia „gry" i znaczeniu
dla tej „gry" reguł i zasad („Gra stanowi oczywiście
pewien porządek" - Gadamer, P J M II. 1. A.)

Czai), czyli dzięki literackiej zdolności (kon)figuracyjnej,
los Henryka Kwiatka otrzymuje kontekst, i to kontekst
właśnie kulturowy: rozpoznajemy w nim coś więcej
niż jednostkowy, co wcale nie znaczy „statystyczny"
przypadek. A w stwierdzeniu powyższym nieprzypadko­
wo akcent kładę na słowo „rozpoznajemy" - bo to jest
(hermeneutyczny) żywioł antropologii k u l t u r y .
A d (ii). Aktywność interpretacyjna (interpretacją
jest także aktywność artystyczna), rozumiana jako po­
szukiwanie kulturowych kon-tekstów, staje zawsze wo­
bec określonego zjawiska, czyli ostatecznie - życia.
Czym jednak ono jest? Czy (jeśli nie chcemy wpaść
w banał psychologiczny) możemy spokojnie powie­
dzieć, że na jego poziomie (na przykład na poziomie ży­
wego Henryka Kwiatka, rozmawiającego ze świętym
z obrazu) nie mamy do czynienia ze „skrawaniem"
i kontekstualizacją kulturową? Co to znaczy, że „życie
naprawdę ma strukturę narracjopodobną" - jak słusz­
nie przecież pisze Czaja, relacjonujący Ricoeura? Czy
owa struktura (u Ricoeura literacka fikcja, odpowied­
nik muthosu z Poetyki Arystotelesa) - wzorzec wprowa­
dzający sens (a zatem nieciągłość) w „chaos" realnego
życia - nie ma charakteru kulturowego? Dla Dariusza
Czai - chyba nie. Woli on bowiem w tym miejscu na­
dal pisać „o «życiu», które jest większe i bogatsze od
„kultury", które przerasta kulturę".

Pozbawioną kulturowej strukturyzacji oczywistością
może wydawać się życie jako osobiste doświadczenie począwszy od doświadczania codzienności (niekiedy
bolesnej, związanej na przykład z samotnością) po do­
świadczenie mistyczne. Ale to oczywiście złudzenie.
Czy owo doświadczenie życia istotnie wykracza poza
kulturę? Czy można - (i) cokolwiek o nim powiedzieć,
nie przywołując kulturowego kontekstu?; i (ii) czy po­
za tym kontekstem jest ono w ogóle możliwe?
A d (i). Sam Czaja, pisząc o bohaterach filmu Łoziń­
skiego, pozwala sobie na przykład na sformułowanie:
„okazało się, że zwykłe, zwyczajne, banalne skrawki życia
nabierają nieledwie epifanicznej gęstości". Oto dwie
kwestie: (a) co znaczy tu owa „epifaniczna gęstość"? Czy
jest to metafota? Jeśli tak (a raczej tak, sugetuje to ogra­
nicznik: „nieledwie"), to pokazane w dziele sztuki (w fil­
mie) „życie" ptzestaje być już „samym" życiem - metafo­
ra interpretatora dokonuje jego kulturowej (re)kontekstualizacji. Ale przecież i (b) sam film (jak to dzieło sztu­
ki, podobnie jak wykorzystany w artykule Czai wiersz
Marcina Swietlickiego), jest już w oczywisty sposób życia
„skrawaniem", co zauważa Czaja („banalne" - oczywiście
pozornie - „skrawki"), przez co zakwestionowana zostaje
owego życia idealistycznie rozumiana „ciągłość". Ozna­
cza to rezygnację z marzenia o bezpośredniej referencyjności tekstu (albo mimetyczności, rozumianej na sposób
Platoński). W to miejsce jednak pojawia się w dziele
sztuki możliwość „konfiguracyjnego" budowania zna­
czeń: twórca powraca do przedstawianego świata nie
„wprost", lecz „poprzez" skonfigurowane elementy - tak
w swojej Poetyce nauczał już Arystoteles, i tak to wielo­
krotnie i wyczerpująco opisywał Ricoeur (przede wszyst­
kim w ttzytomowym dziele Temps et recit z lat 80.).

Dodajmy przy okazji, że sformułowanie mówiące
o „wprowadzaniu" wzoru w chaos życia jest w gruncie
rzeczy Platońsko „metafizyczne", zakłada bowiem, że
„życie" już (jakieś) jest, a ład - zostaje dopiero do nie­
go niejako dodany.

*
Wszystkie te wątpliwości, przedstawione wyżej w bar­
dzo pospiesznym skrócie, odnoszą się też do Czajowego
omówienia książki Georges'a Pereca. Splecione są tu
dwa zupełnie nieprzystające poglądy. Jeden - bliski wąt­
kowi „strukturyzacji życia", wcześniej wprowadzonemu
za sprawą Ricoeura - mający tu mentora w Michale
Markowskim, przedstawia dzieło Pereca jako próbę
okiełznania chaosu świata, czego - jak myślę - nie spo­
sób inaczej rozumieć, niż jako kontekstualizację kulturo­
wą (cytowany Markowski pisze: „Wymyślić świat to go
zinterpretować, obdzierając z niewiadomego. Użyczyć
przedmiotom języka, odpamiętać to, co zapomniane").
Drugi pogląd - nie dający się uzgodnić z pierwszym wyraża nadzieję całkowicie idealistyczną. Pisze Czaja
o książce Pereca: „Detaliczny, indeksowy, ewidencyjny,
katalogujący opis bez imperatywu systematyzującej ana­
lizy. Próba maksymalnego przybliżenia się do żywej
tkanki życia. Pragnienie zapisu surowego życia, życia as
itself. Próba zbudowania jakiejś radykalnej postaci reali­
zmu obywającego się bez uprzednich założeń". Oczywi­
ście - nie jest to pogląd samego Dariusza Czai, lecz pró­
ba rekonstrukcji celów, jakie postawił przed sobą Perec.
Czaja czuje się zobowiązany zasygnalizować w tej kwe­
stii swoje wątpliwości („Ale czy jest to w ogóle możliwe,
zważywszy że rzeczy i obiekty nie skatalogują się raczej

Na podniosłe pytanie Dariusza: „co antropolog kultu­
ry ma do powiedzenia o przytoczonym przed chwilą jed­
nym ledwie fragmencie zwyczajnej egzystencji [Henryka
Kwiatka]? Co potrafi powiedzieć o tej zamkniętej
w trzech obrazach [wiersza Swietlickiego] historii prze­
raźliwej samotności i głodu rozmowy z niewidzialnym
[ . . . ] " - odpowiadam: w zasadzie nic. Gdyby jakiś praw­
dziwy Henryk Kwiatek był moim sąsiadem, to - bez
względu na moją profesję - mógłbym po prostu wpaść do
niego na pogawędkę. A jednak - dzięki wietszowi Swie­
tlickiego (a także zacytowanemu wyżej pytaniu Dariusza

24

�POLEMIKI

same?"). Przyznajmy jednak, że obiekcje te, wyrażone
niezbyt mocno i szybko też porzucone, to rodzaj aseku­
racji, coś na kształt podrobionego świadectwa metodo­
logicznej niewinności. Tymczasem dzieło Pereca jest dla
Czai cenne nie tylko jako próba (kulturowej) struktury­
zacji chaotycznej tkanki życia, ale właśnie jako niemal
bezpośrednie tego życia dotknięcie, dzieło niemal prze­
źroczyste (niczym ikona acheiropoiete, „nie ręką ludzką
uczyniona"), wolne od ludzkich uprzedzeń, ujawniające
— ale na szczęście nie rozwiązujące - nieprzeźroczystą
tajemnicę życia. Pisze więc Czaja o powieści Pereca:
„jest dla mnie jednym z najznakomitszych dzieł z antro­
pologii życia. Życia — nie kultury".
Powiedzmy jasno: taka domniemana kon-genialność
dzieła i realnego życia, swoista samoprzejrzystość owego
dzieła, jest romantycznym złudzeniem. Tak jak złudze­
niem jest na przykład domniemana „przezroczystość" fo­
tografii. Albo bezzałożeniowość filmu kręconego przez
bohatera Lisbon story Wima Wendersa — kamerą umiesz­
czoną na plecach. Lub też Dogma von Triera, rozumia­
na jako recepta na doskonały realizm, a nie jedna z wie­
lu formuł lub manier artystycznych. Co bynajmniej nie
znaczy (należy to bardzo mocno podkreślić!), że samo
to złudzenie nie jest realnym i fascynującym f a k t e m
kulturowym - częścią naszego życia i jednym z funda­
mentalnych zagadnień filozoficznych (na przykład
„przyległość" do życia, contingence, jest rzeczywistym
składnikiem fotografii, co podkreślał Barthes; należy
jednak dodać: fotografii jako kategorii kulturowej).
Również typ pisarstwa, jaki prezentuje Perec (a także
nieco podobne, choć odwołujące się do sfery sztuk wizual­
nych, marzenie jego bohatera Percivala Bartlebootha: ob­
raz wybranych fragmentów świata wykrawany jako puzzle;
dobrze to świadczy o samoświadomości Pereca), ma swoje
określone miejsce w dziejach kultury. Prawzorzec tytanicz­
nego i bluźnierczego w swej istocie przedsięwzięcia, prze­
pełnionego zazdrością wobec boga-stwórcy, ale też skaza­
nego na niepowodzenie, odnajdujemy właśnie w postaci
walczących z Zeusem tytanów z Hezjodowej Teogonii. Ale
łatwo odnajdziemy inne, bliższe projektowi Pereca-Bartlebootha, próby ogarnięcia świata (w jego makro- i mikro­
kosmicznym wymiarze), polegające właśnie na (pozornie)
beznamiętnym inwentaryzowaniu wszystkich jego składni­
ków. Przychodzą mi do głowy takie choćby przykłady, jak
„pomniejszające wszechświat" kolekcje muzealne i gabine­
ty osobliwości (viae prace Pomiana i Clifforda; jeden przy­
kład literacki: salon kapitana Nemo we wnętrzu Nautilusa); imponująco absurdalne projekty encyklopedyczne
(e.g. 100 opasłych tomów in octavo dzieła Diego Hervasa
z Rękopisu... Jana Potockiego); renesansowe „teatry pamię­
ci", w magiczny sposób - w znaczeniu „magii naturalnej" ogarniające całość wiedzy o świecie (cf. F. Yeates, Sztuka
pamięci; albo też „alef" z opowiadania Borgesa). Jeśli cho­
dzi o wymiar mikrokosmiczny, należałoby tu chyba wspo­
mnieć o kabalistyczno-alchemicznych procedurach i prak­
tykach, mających na celu preparowanie homunkulusów
i golemów (zob. „Kwartalnik filmowy" nr 31-32/2000).

Czaja oczywiście nie mógł przeoczyć, bez trudu odczytując
„cienką aluzję" ukrytą w imieniu głównego bohatera. Naj­
spokojniej jednak w świecie pisze: „Perceval Bartlebooth
ostatecznie nie dociera do swego Graala"... I со? I nic.
Ten kulturowy kontekst interpretacyjny okazuje się zno­
wu nic nie znaczącym ozdobnikiem.

*

Jak zatem zrozumieć „życie", a zarazem nie zniszczyć
go w metodycznych obiektywizacjach? Jak powiedzia­
łem, czuję się trochę zakłopotany podejmując tak fun­
damentalne zagadnienia filozoficzne. Jeśli jednak mowa
o hermeneutyce, to pamiętam, że proponuje ona w tej
kwestii „kolistą strukturę rozumienia". Różne jednak
można z niej wyciągnąć wnioski. Charakterystyczne jest
to, że Czaja powołuje się w swoim tekście przede wszyst­
kim na Diltheya, a nie Heideggera i jego kontynuato­
rów. Słabo znam Diltheya, ale (jak pisze Gadamer) ze
swoją kategorią „życia" reprezentuje on poznawczy
optymizm, wiarę w uniwersalny „zmysł historyczny",
oparty w gruncie rzeczy na romantycznej „sympatii",
pozwalający wyzwolić się z uprzedzeń określonych
przez własną współczesność, a zatem - tradycję (a za­
tem kulturę) i przynoszący obiektywne poznanie. Wie­
le tu z heglowskiego idealizmu; warto zauważyć, że
w późnych pismach pojęcie „życia" Dilthey zastępował
nawiązującym do Hegla pojęciem „ducha". Tymczasem
w „kole hermeneutycznym" Heideggera dystans histo­
ryczny (wynikający z uwikłania interpretatora we wła­
sną tradycję i język) jest radykalnie n i e u s u w a l n y .
Myślę, że także w sferze refleksji antropologicznej zwłaszcza jeśli odwołujemy się do przemyśleń współcze­
snej hermeneutyki - nie powinniśmy dążyć do likwida­
cji owego dystansu, jaki stwarza kontekst kulturowy.
Całkowicie fałszywa wydaje się więc alternatywa: „an­
tropologia k u l t u r y " albo (wykraczająca rzekomo po­
za nią) „antropologia ż y c i a " . Niewiele też pomoże nam
(bardzo uwarunkowane kulturowo) pojęcie „tajemnicy",
mające sugerować swoiście mistyczną apofatyczność ży­
cia. Nieprzejrzyste i „tajemnicze" jest (nie tylko) życie,
ale i (przede wszystkim) dotyczący tego życia kulturowy
tekst-obraz (jak powieść Pereca i puzzle Bartlebootha).
*

C'est la vie - powiada na koniec Dariusz Czaja, cytując
Francuzów. Lubię tę bezpretensjonalną i przydatną w wie­
lu życiowych sytuacjach mądrość. Ale rozumiem ją trochę
inaczej: zawarta w niej ostensywność („to jest...") nie tyle
wyraża chęć bezpośredniego dotknięcia życia (na wzór nie­
wiernego Tomasza), ile - życiu temu nadaje postać „zbio­
ru", „kolekcji", na którą składają się wyodrębnione przez
wskazanie exempla, „osobliwości" i „okazy". Chociaż... sko­
ro już wspomniałem apostoła Tomasza... to i w jego palcu
można dostrzec swoistą miarę, albo ślad hermeneutycznego dystansu... Ale o tym może innym razem...

Sam Perec podsuwa też wyraźny trop, którego Dariusz

25

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9889" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9867">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/034046f20ecd879c741edccc79afe536.pdf</src>
        <authentication>4ffaa2b1fc7489ba3110e2c1d18945af</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117683">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2891</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117684">
                <text>2002</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117685">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2695</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117686">
                <text>Życie czyli nieprzejrzystość. Poza antropologię - kultury / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117687">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4, s.6-22</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117688">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117689">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117690">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117691">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117692">
                <text>DARIUSZ

wowanych zjawisk, to co w istocie pozostanie obiek­
tem naszego namysłu? O czym tak naprawdę mówimy
i mówić będziemy? Bez zabawek, jak wiadomo, zabawy
nie ma.
Wedle pociesznego sloganu lat ostatnich, antropo­
log to ktoś, kto nade wszystko się dziwi. Wartość heu­
rystyczna tego określenia, sądząc po powstałych w tym
czasie publikacjach, jest niemal żadna (gdzie ta lawina
prac odkrywających rzeczywistą, a nie urojoną, nieoczywistość naszych oczywistości?!), wszelako dobrze
nadaje się ono jako środek poprawiający samopoczu­
cie. Dziwiący się antropolog, nie ukrywajmy - to brzmi
dumnie. Owo zdziwienie, poprzez szacowne greckie
thaumadzein, miało nas sprawnie i bez bólu przybliżyć
do głębi filozoficznego namysłu. Tyle że owo antropo­
logiczne zdziwienie rzadko, o ile w ogóle, nawiązywało
do greckiej tradycji mądrościowej, źródłowo z tym sło­
wem związanej, najczęściej był to po prostu epistemologiczny czek bez pokrycia.

CZAJA

Życie czyli
nieprzejrzystość
Poza antropologię
-

kultury

Nie mam rozwiązania zagadki życia.
Wilhelm Dilthey, Gesammelte Schriften (VIII, 220)

1

C'est la vie.

Poddajmy zatem zdziwieniu fakt, któremu mało
kto zazwyczaj się dziwi. Otóż, pojęcie kultury nie jest,
jak zdaje się sądzić większość z nas, filozoficznie nie­
winne. Nie jest tak, że windując tę kategorię na czoło
naszej listy pojęciowych narzędzi, nie prokurujemy
tym samym wyraźnej ontologii badanych przez nas fe­
nomenów. A ontologia ta, choć niemal powszechnie
akceptowana, nie ma w sobie nic z przymusu dziejowej
konieczności. A jeśli tak, to wolno przynajmniej
zorientować się na czym polega jej dyskusyjny status.

francuskie

„Kultura" jako źródło cierpień

G

dyby komuś o naturze pedanta, mającemu
równocześnie nadmiar wolnego czasu, chciało
się sporządzić listę frekwencyjną pojęć kluczo­
wych pojawiających się w artykułach i pracach etno­
grafów/etnologów/antropologów (niepotrzebne skre­
ślić), bez wątpienia okazałoby się, że na czele takiego
rankingu, na jednym z pierwszych miejsc, znalazłoby
się pojęcie kultury. „Kultura", to coś między fetyszem
a oczywistością. Kategoria kultury używana jest już
niemal bezrefleksyjnie, na zasadzie pojęciowego liczmanu. Na co dzień zajmujemy się przecież kulturo­
wym wymiarem stroju, jedzenia, ozdabiania ciała itp.
Badamy „kulturowy aspekt zagadnienia", nalegamy na
to, by „tłumaczyć kulturę przez kulturę", bo ten sposób
podejścia do przedmiotu naszych badań ma wyróżniać
nas spośród tych, którzy podejmują podobne tematy,
to ma być nasz znak firmowy, nasza antropologiczna
differentia specifica. Dziesiątki, zazwyczaj bezużytecz­
nych poznawczo, jej definicji wtłaczamy w głowy zdez­
orientowanych studentów. Dzielimy włos na czworo,
odróżniając „kulturę ludową" i „kulturę masową",
„kulturę materialną" i „kulturę duchową", „kulturę
instrumentalną" i „kulturę symboliczną", a w przypły­
wie fantazji wymyślamy nawet upiorne cielę o dwóch
głowach - „kulturę społeczną". Niekończące się i bez­
nadziejnie nużące dyskusje na temat ich zakresu zna­
czeniowego to pokaźna część antropologicznej reflek­
sji teoretycznej. Wydaje się, że gdyby pozbawić antro­
pologię jej ulubionej kategorii, ta rozsypałaby się niez­
włocznie jak domek z kart. No bo skoro nie ma poję­
cia, które wiązałoby w całość różnorodny świat obser­

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nie ma jednej,
obowiązującej w antropologii czy - właśnie! - w „na­
ukach o kulturze", niekłopotliwej definicji tego termi­
nu. Wydaje się jednak, że tak jak bywa ono najczęściej
używane, gromadzi w sobie przynajmniej dwie dające
się bez trudu wyodrębnić cechy.
W pojęciu kultury mieści się tedy, po pierwsze,
roszczenie do powszechności, wymiaru ponadjednostkowego, anonimowego, uniformizującego, typizującego. Pojedynczy człowiek wpleciony w kulturę - obojęt­
nie, czy za pomocą „wzoru", „normy", „koniunktury",
„wtórnego systemu znaczącego" czy „epistemy" - jest
zawsze elementem czegoś większego, rozleglejszego,
jest zaledwie cząstką ogarniającego go organizmu. Jest
jej elementem zestandaryzowanym i powtarzalnym,
realizującym „program" narzucony przez kulturową
konwencję. Pojęcie systemu, tak ważne dla dzisiej­
szych ujęć kultury, fakt ten dobitnie potwierdza. Po
drugie, kultura to obszar tego, co utrwalone czy też,
jak powiadamy, zobiektywizowane, tego, co można zo­
baczyć i opisać. Jeśli tak, to katalog pytań, które moż­
na tak pojmowanym zjawiskom kultury zadać, jest
z punktu ograniczony. Mówiąc na razie skrótowo:
ograniczony jest do powierzchniowego, widocznego,
zewnętrznego wymiaru zjawisk, do ich, co najwyżej,
semantyki, ale już nie do, na przykład, ich aspektu eg­
zystencjalnego czy — Boże broń! - metafizycznego. Za­
kłada się tu milcząco, że „treści kultury" cała ta złożo-

6

�Daiusz Czaja • ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

na i różnorodna siatka znaczeń jest zasadniczo pozna­
walna i lepiej lub gorzej, ale daje się opisać w którymś
z wybranych języków teoretycznych. Rozumieć zjawi­
sko kultury, to zrekonstruować reguły (bądź też odkryć
osławione „mechanizmy kultury", w których po­
brzmiewa nie zawsze uświadamiany pogłos utechnicznienia języka humanistyki) nadawania sensu rzeczywi­
stości. Z jednej strony: aż tyle, ale z drugiej: tylko tyle.

nym wzoru postępowania, jak twórcza jednostka pod­
daje swej woli zastany układ.
W polemice z pracami historyków spod znaku Nouvelk Histoire dobitnie podkreśla Łotman, że metodolo­
giczny przechył od jednostronnie pojmowanej historii
politycznej do historii anonimowych quasi-deterministycznych struktur domaga się korekty. Łotman w żad­
nym stopniu nie dezawuuje osiągnięć badaczy spod
znaku Annales, wskazuje wszakże na istotne ogranicze­
nia ich podejścia. Trudność polega na określeniu rela­
cji pomiędzy czynnikiem świadomym i nieświadomym
procesu historycznego. Późny Łotman ujmuje rzecz
dialektycznie: „Historia nie jest tylko świadomym pro­
cesem, ale nie jest też tylko nieświadomym procesem.
Stanowi ona wzajemne napięcie obu czynników. Jeżeli
«historia polityczna* lekceważyła jedną stronę tego
dwoistego procesu historycznego, to nowa historia czy­
ni to w stosunku do drugiej. Wszelki dynamiczny pro­
ces dokonujący się z udziałem człowieka waha się mię­
dzy biegunem ciągłych powolnych zmian (na nieświa­
domość i wola człowieka nie okazuje wpływu, są one
często w ogóle niezauważalne dla współczesnych, po­
nieważ ich okresowość jest dłuższa niż życie pokolenia)
a biegunem świadomej działalności ludzkiej, przepro­
wadzonej w rezultacie wolicjonalnych i osobistych wy­
siłków. Oderwać jednej strony od drugiej nie można,
tak samo jak nie można oderwać północy od południa.
Ich przeciwstawienie jest warunkiem ich istnienia".

Uwagi poniższe wyrastają z dziecinnego, być może
zdziwienia, że niejedyna to droga zajmowania się świa­
tem ludzkich znaczeń, że antropologię da się pomyśleć
równie sensownie opierając się na innych, skądinąd
dobrze znanych i funkcjonujących od dawna w huma­
nistyce pojęciach. Wyrastają przede wszystkim z po­
czucia pewnego braku. A nawet więcej: z poczucia, że
rozpowszechnione i dominujące współcześnie w an­
tropologii obiektywizujące i systemowe rozumienie
kultury jest sitem, które przepuszcza tylko pewne tre­
ści, „całą resztę" zaś - w moim przekonaniu dalece
ważniejszą - pozostawiając poza granicami refleksji; że
zatem antropologia, która z pojęcia kultury uczyniła
swój sztandar, jest antropologią naznaczoną u źródeł
niezmywalnym grzechem pierworodnym redukcji.

Gra przypadku i konieczności
Na czym bliżej rzecz polega? Rozważmy zatem przy­
kładowo przypadek semiotyki kultury, podejścia,
w którego owocność poznawczą - sądząc po imponu­
jącej liczbie pozycji z tej dziedziny - trudno wątpić. Se­
miotyka kultury, jak może mało która ze szkół metodo­
logicznych, ufundowana jest na dobrze zdefiniowanym
pojęciu kultury. Jego rozumienie zmieniało się wszak­
że w czasie. Przypadek Jurija Łotmana, a zwłaszcza je­
go, ewoluującego z latami, rozumienia semiotyki kul­
tury, jest, w świetle poruszanych tu kwestii, bardzo po­
uczający. Jeden z twórców tartuskiej wersji semiotyki,
jej patron intelektualny i duchowy, dochodzi po latach
do pewnych konkluzji, które stawiają częściowo pod
znakiem zapytania wcześniejsze (teksty z lat 60. i 70.),
formułowane z ogromnym rozmachem i na podstawie
potężnego materiału empirycznego , rozstrzygnięcia
w kwestii statusu ontologicznego kultury, jak i możli­
wości jej badania. Najogólniej rzecz ujmując, chodzi
tu o relacje pomiędzy jednostką i kulturą. Pomiędzy
żywym, myślącym, działającym człowiekiem a bezoso­
bowymi nadrzędnymi strukturami o charakterze nie­
omal deterministycznym: językiem naturalnym i ufor­
mowanymi wedle jego wzoru strukturalnego wtórnymi
systemami modelującymi. Nie przypadkiem zajął się
Łotman badaniami natury procesu historycznego. Sta­
rał się odpowiedzieć na pytanie o „warunki możliwo­
ści" zmiany historycznej, rekonstruował jego elementy
stabilizujące i jego dynamikę. Przede wszystkim jednak
próbował opisać, jaką rolę w procesie historycznym
odgrywa jednostka, w jaki sposób dochodzi do przeła­
mania dominującego w danym momencie historycz­

3

Jak widać, gra idzie o niebagatelną stawkę: jest nią
pytanie o stopień i zakres ludzkiej wolności. W jakim
stopniu nasze działania są jedynie prostą funkcją ponadjednostkowych struktur, a w jakim od nich odbie­
gają? W jakim są domeną konieczności, a w jakim
świadomości i woli? Łotman podejmuje w tym miejscu
i rozwija pewne spostrzeżenia Marca Blocha, szczegól­
nie jego metaforę przebiegu historycznego jako serii
klatek taśmy filmowej, którą historyk winien umieć
zrekonstruować. O ile jednak klasyk francuskiej histo­
riografii rozpatruje - nieco na modłę heglowską - ciąg
owych zdarzeń nie tylko jako prawdopodobnych, ale
jedynie możliwych, to Łotman wskazuje, że zdarzenie
historyczne jest zawsze w y b o r e m spośród szeregu
istniejących możliwości, że jest rezultatem realizacji
jednej z nich. Oznacza to konieczność zmiany podej­
ścia do materiału historycznego. Coś zdarzyło się nie
dlatego, że zdarzyć się musiało, ale dlatego, że - z pew­
nych powodów - wybrana została ta, a nie inna moż­
liwość: „Wyobraźmy sobie film, przedstawiający życie
człowieka od narodzin do śmierci. Oglądając go retro­
spektywnie, powiemy: człowiek ten miał jedynie jedną
możliwość i on z żelazną konsekwencją zakończył na
tym, na czym powinien był zakończyć. Błędność takie­
go poglądu stanie się oczywista podczas perspekty­
wicznego przeglądu kadrów: wówczas film stanie się
opowieścią o zmarnowanych możliwościach i dla głęb­
szego odsłonięcia istoty życia będzie wymagał paralelnych alternatywnych zdjęć. I możliwe, że w jednym

2

7

�Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

wariancie bohater zginie w wieku 16 lat na barykadzie,
a w drugim - w wieku 60 lat będzie pisał donosy na są­
siadów do służb bezpieczeństwa".
Niezwykle interesująco wplata Łotman w swoje
wywody ustalenia biochemika Ilji Prigożyna, twórcy
teorii bifurkacji. Prigożyn, badacz procesów dynamicz­
nych w przyrodzie, zauważył, że w pewnej fazie dyna­
miki procesów chemicznych, biologicznych i fizycz­
nych, które przebiegają według zdeterminowanej krzy­
wej, dochodzi do takiego momentu krytycznego, że
nie ma możliwości przewidzenia dalszego stanu dane­
go układu. Od tego momentu zwanego punktem bi­
furkacji (od łac. bifurcus - dwuzębny, rozdwojony),
rzeczywistość przestaje być przewidywalna. Nie można
stwierdzić, co dalej nastąpi, jako że przed układem po­
jawia się szereg możliwości, a ich wybór jest w znacz­
nej mierze dziełem przypadku. Przyszłość przestaje być
obszarem konieczności, a staje się przestrzenią możli­
wości. Łotman aplikując ów model przyrodoznawczy
do własnych celów, podkreśla rolę elementów nieprze­
widywalnych w procesie historycznym. Akcentuje
obecność twórczego przypadku w zdeterminowanym
świecie systemu semiotycznego. „Przy rozpatrywaniu
procesu historycznego w kierunku strzały czasu punk­
ty bifurkacji okazują się tymi momentami historyczny­
mi, kiedy napięcie sprzecznych strukturalnych biegu­
nów osiąga najwyższy stopień i cały system traci rów­
nowagę. W tych momentach zachowanie tak poje­
dynczych ludzi, jak i mas przestaje być automatycznie
przewidywalnym, determinacja schodzi na dalszy plan.
Ruch historyczny należy w tych momentach przedsta­
wiać sobie nie jak trajektorię, lecz jak continuum, któ­
re potencjalnie jest w stanie zakończyć się szeregiem
wariantów". W punktach bifurkacji, akcentuje Łot­
man, zaczyna działać nie tylko przypadek, ale przeja­
wia się świadomy wybór jednej z rysujących się możli­
wości. Znika więc przymus systemu, historia okazuje
się areną wypadków nieprzewidywalnych. Nie jest, co
prawda, tak, by przypadek pojawiał się na scenie h i ­
storii jak deus ex machina, niemniej jednak jest jako­
ścią, której zaistnienia nie da się przewidzieć, nie da
się logicznie wyprowadzić z analizy warunków począt­
kowych. Późny Łotman jak gdyby chciał połączyć
w całość historię wydarzeniową i historię „długich
trwań", jak gdyby chciał związać w jedno przypadek
i konieczność, pokazując, że mamy tu do czynienia nie
z dwoma rozłącznymi aspektami, ale z dwiema strona­
mi jednego medalu. Proces historyczny byłby wówczas
dialektycznym spięciem jednego i drugiego.

koniec życia ku ujęciom antropologii, które zrywałyby
z ortodoksyjną realizacją semiologicznego wzorca, nie
przekroczył jednak kredowego koła języka opisu wy­
kształconego u początku jego pisarstwa. W dalszym
ciągu wolno mieć wątpliwości co do tego, czy na ołta­
rzu znakowych idei nie poświęcono tu wielowarstwo­
wej, skomplikowanej, niejednoznacznej, ale także:
alogicznej, irracjonalnej rzeczywistości ludzkiej? Czy
na gruncie tego języka da się pomyśleć prawdziwy pod­
miot, który nie będzie tylko definiowany przez jego
zdolności znakotwórcze i komunikacyjne, ale który
będzie przypominał bardziej żywego człowieka z krwi
i kości, człowieka z jego nieprzejrzystą, wciąż dziejącą
się, wciąż będącą in statu nascendi tajemniczą egzysten­
cją? Czy koncepcja człowieka wpisanego w kulturę

4

7

0 znakowych parametrach nie jest, mimo wszystko, re­
dukcyjnym modelem osoby? Czy obiektywizujący ję­
zyk semiotyki, tak sprawny w opisywaniu większych
całości kultury, tak precyzyjny, gdy chodzi o modelowy
opis pewnych sfer kultury, nie gubi czegoś istotnego,
gdy chodzi o pojedynczą, niepowtarzalną osobę? Czy
nieprzewidywalność procesu historycznego, a zatem
otwarcie furtki w szczelnym dotąd synchronicznym
systemie znakowym, to jej słowo ostatnie?

Sztuka i kultura
Niejedyne to wątpliwości, jakie można formułować
wobec opisu rzeczywistości przez pryzmat „kultury".
Kulturę można kontestować także i z innej, dość nie­
spodziewanej, strony: z punktu widzenia sztuki. Tak
właśnie czyni Wiesław Juszczak - nominalnie historyk
sztuki, ale i równocześnie badacz zajmujący się filozo­
ficzną refleksją nad sztuką - w książce Fragmenty, zbio­
rze artykułów, które wbrew skromnemu i mylącemu
tytułowi jest wyjątkowo spójną i domyślaną wizją sztu­
ki, a przede wszystkim jej miejsca we współczesności.
Do przedstawionej tu listy pytań wobec „kultury", do­
pisuje swoje, bodaj jeszcze ważniejsze, dopowiadając

5

1 radykalizując tym samym jeszcze znaki zapytania po­
mnożone powyżej. Rzadki to głos we współczesnej hu­
manistyce, rzadki, gdy chodzi o formułowanie tez idą­
cych jawnie pod prąd dominujących w niej przyzwy­
czajeń poznawczych. Choćby i z tego powodu warto
przyjrzeć się im bliżej.
Na czym polega zarysowane tak ostro i drastycznie
przez Juszczaka napięcie między sztuką i kulturą? Bie­
rze się ono przede wszystkim, z jasno wyłożonej przezeń
koncepcji dzieła sztuki. W swojej refleksji nad istotą
sztuki, nad jej ontologicznym wymiarem, podąża on
wiernie za rozstrzygnięciami Heideggera z jego funda­
mentalnej rozprawy O źródle dzieła sztuki i uwagami
Gadamera z Prawdy i metody. Sztuka to taki obszar
ludzkiego działania, w którym nie wartości estetyczne
- jak pouczał Kant - stoją najwyżej. Sztuka jest instru­
mentem poznania, to przestrzeń ujawniania się prawdy.
Dzieło sztuki „jest miejscem stanowienia się prawdy.

Wolno wszakże zapytać, czy nawet takie postawie­
nie sprawy, dowartościowujące przestrzeń ludzkiej
wolności, pokazujące, że system semiotyczny nie jest
szczelnie domknięty i w pewnych sytuacjach dopusz­
cza jego rozerwanie, eksplozję, jak powiada Łotman,
w swojej ostatniej książce, czy takie przesunięcie
oznacza istotny zwrot w semiotycznej ontologii. Wy­
daje mi się, że Łotman, choć wyraźnie sterował pod
6

8

�Dmusj Czaja • ZYCIE C Z Y L I NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

Jest przy tym zawsze również rzeczą. Ale jest takim jej
osobliwym rodzajem, którego pierwszą i podstawową
funkcję odkrywa się w tym, że rzecz ta wskazuje wprost
na swą istotę, i inaczej niż przez swą istotę nie może się
nam objawić, nie może zostać poznana. Odsłania się
najpierw i właściwie tylko w tym, co stanowi o praw­
dzie jej bycia. A wszystkie rzeczy inne niż dzieło są
w tak pojętej swej prawdzie właśnie ukryte. Wśród rze­
czy więc jedynie dzieło może naprowadzić nas na isto­
tę, ukazać także prawdę rzeczy innych niż ono".
8

Nie piękno tedy, ale prawda staje się tu kategorią
nadrzędną. Piękno, powtarza za Heideggerem Jusz­
czak, jest miejscem zjawiania się prawdy, jest co najwy­
żej znakiem, śladem tego, że prawda pojawia się w dzie­
le. Sztuka nie jest - i nie może być - pojmowana jako
najgłębiej prywatna, subiektywna wypowiedź artysty.
Sztuka nie jest bowiem, jak się wciąż niemal powszech­
nie sądzi, ekspresją „wnętrza" artysty, ale instrumentem
poznania rzeczywistości. Rzeczywistości, jak dodaje za
Claudelem, w sensie najbardziej totalnym, obejmują­
cym „rzeczy widzialne i niewidzialne". Wychodząca od
przestrzeni zmysłowej, „materialnej", sztuka zawsze ce­
luje w to, co „niematerialne". Autentyczne dzieło sztu­
ki odsłania lub przynajmniej stara się odsłonić ową ta­
jemniczą granicę zmysłowego i duchowego. Ma moc
odsłaniania, skrytego za woalem codzienności, niezwy­
kłego wymiaru rzeczy. Sztuka pozbawiona wymiaru du­
chowego to w perspektywie przyjętej przez Juszczaka
jawny przykład kwadratury koła. Tak pomyślaną sztukę
można by nazwać religijną, gdyby nie mylące (konfesyj­
ne najczęściej), rutynowe skojarzenia związane z tym
przymiotnikiem. Religijną, bo tak jak religia obejmuje
sens całości doświadczenia i stara się nieustannie po­
dążać za niezgłębialnym, penetrować wciąż umykający
horyzont tajemnicy.
To właśnie w tym punkcie sztuka jawnie bierze roz­
brat z kulturą. Kultura, utrzymuje Juszczak, jest obsza­
rem tego, co nazwane, znane, jest domeną tego, co po­
znawczo oswojone. „Zdawało mi się kiedyś, że nazwy:
«kultura», i «cywilizacja» oznaczają dwie różne dziedzi­
ny. Teraz coraz mniej jestem tego pewien. A na pewno
jestem przekonany, ze sztuka odleglejsza jest od kultu­
ry niż kultura od cywilizacji, nawet jeśli między dwiema
ostatnimi da się wskazać jakieś różnice. W pewnym
momencie, nie tak dawno, dało o sobie znać «semantyczne drżenie» u samych podstaw terminu «kultura».
Zewnętrznym tego sygnałem okazała się konieczność
dopowiedzenia, doprecyzowania tego słowa. Zaczęło
się dość powszechnie (a nawet w trybie naukowo-administracyjnym) mówić o «kulturze duchowej» i «kulturze materialnej®. Spróbujmy dokonać takiej samej
operacji na słowie «sztuka», 3 przekonamy się o istot­
nej między nimi różnicy. (...) Upór, z jakim powtarzam,
że należy oddzielić sztukę od kułtury, spowodowany
jest także względami zupełnie doraźnymi. Współczesna
historia sztuki, a jeszcze bardziej krytyka artystyczna,
zdaje się bowiem zapominać o tym, co istotnie stanowi

jej «przedmiot». Coraz bardziej zacierają się i są zacie­
rane różnice między tym, co artystyczne i paraartystyczne. Pojęcie «ikonosfery» nie tyle przyczyniło się do
tego zamieszania, co stało się widocznym znakiem jego
istnienia - i zgody na nie. Sztukę włączono w obszar
«widzialnych artefaktów®, w którym, jeśli się nawet
chciało uwzględnić jakiś hierarchiczny porządek, nie
sposób go było na dłuższą metę utrzymać".
Juszczak kontestuje „kulturowe" podejście do rze­
czywistości sztuki, nie tylko po to, aby utrzymać jakieś
elementarne dystynkcje między tym, co jest sztuką,
a tym, co zaledwie sztukę pozoruje, by wprowadzić ja­
kiś ład pojęciowy w świecie rozchwianych kryteriów
i doraźnych, czynionych na podstawie drugorzędnych
cech, nobilitacji „przedmiotów" sztuki. Zwraca uwagę
na często co prawda podkreślany fakt dyktatu myśle­
nia naukowo-technicznego we współczesności, ale
i wyprowadza z tego faktu wnioski dla „kultury"
i „sztuki", dla bliższego określenia relacji między nimi.
Akcentuje, że to, co nazywać zwykliśmy „duchowym"
aspektem kultury, zbudowane jest „na podstawach na­
uk i ogarnia sobą wszelkie dziedziny wiedzy oraz bar­
dziej stechnicyzowane metody poznania. (...) To, co
nazwałem degradacją sensu, polega na uzależnieniu
takich zjawisk i wytworów [zjawisk przypominających
zewnętrznie sztukę - DC] od bezpośredniego dyktatu
techniki, użytkowości, konsumpcji; tych funkcjonal­
nych celów, które dominują w sferze „środków maso­
wego przekazu". Degradacja ta polega, dalej, na re­
dukcji rzeczywistości do sfery ludzkich wytworów
i pragmatycznych celów. Polega wreszcie na redukcji
tejże rzeczywistości do tego, co może być naukowo lub
przy użyciu analogicznych do naukowych metod po­
znane i wykorzystane".
9

10

Uwagi Juszczaka, warto może to podkreślić, nie są
jakimś histerycznym (i w dodatku mocno spóźnionym)
atakiem na stechnicyzowaną współczesność, nie są
podszyte wizją retrospektywnej utopii w duchu rousseańskim. W rozgraniczeniu „kultury" i „sztuki" chodzi
mu, jak rozumiem, przede wszystkim o utrzymanie
w mocy wspomnianej autonomicznej jakości sztuki, ja­
kości niesprowadzalnej do żadnej innej dziedziny ludz­
kiej twórczości. W kulturze bowiem nie ma miejsca na
tajemnicę, z kolei w sztuce tajemnica jest celem twór­
czego działania. Kultura oferuje nam produkty godzące
nas z rzeczywistością, tworzące tak pożądany kokon
komfortu i bezpieczeństwa, sztuka zaś to taki rodzaj po­
znania, który stawia nas za każdym razem wobec nie­
poznawalnego. Tymczasem świat współczesny, zorgani­
zowany na podstawie modelu naukowego, dostarczając
owych analgetyków w nadmiarze, z punktu uchyla ja­
kiekolwiek pytania o tajemnicę, o to, co niepoznawal­
ne, co wymyka się dyskursywnemu nazwaniu.
Propozycja Juszczaka, zdaję sobie sprawę, wyda się
wielu zbyt radykalna i nie do przyjęcia. Jest tu zapew­
ne z czym dyskutować. W tym miejscu jednak wątpli­
wości traktuję na korzyść oskarżonego. Nie wchodzę

�Daiun Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

w meritum ewentualnego sporu. Jego koncept przywo­
łuję tu przede wszystkim z jednego powodu: pokazuje
on, mianowicie, że można myśleć o ważnym polu ludz­
kiej aktywności - sztuce - nie w obrębie „kultury", ale
dokładnie poza jej obszarem. Ze do myślenia o sztuce,
o tym, co w niej najgłębsze, „kultura" nie jest koniecz­
nie potrzebna. Jest tak dlatego, ponieważ rozpo­
wszechnione ujęcia „kultury", o słabo - jak zaznacza
Juszczak — uświadamianej pozytywistycznej prowe­
niencji (tu świetnym przykładem może być „kultura
symboliczna" Cassirera), nie uwzględniają szczególnej
ontologii dzieła sztuki. Nie uwzględniają również, co
z metodologicznego punktu widzenia jeszcze ważniej­
sze, że uprzedmiotawiający, obiektywizujący język opi­
su, który tak dobrze przystaje do analizy fenomenów
kulturowych, załamuje się w zetknięciu z dziełem sztu­
ki, odsłania swoją nieadekwatność i w gruncie rzeczy
bezradność.

A obraz zszedł z obrazu i usiadł przy stole,
A listonosz nie przyszedł i r e n t y nie przyniósł.
N a s t ę p n e g o d n i a także listonosz nie przyszedł.
H e n r y k K w i a t e k co chwilę d o swych d r z w i podchodził.
M i n ą ł tydzień czekania - listonosz nie przyszedł.
H e n r y k K w i a t e k d o gościa z obrazu powiedział:
- Ja dotychczas nie c h c i a ł e m niczego o d ciebie.
W i e m doskonale, że ty możesz w i e l e .
Ja d o tej pory niczego o d ciebie nie c h c i a ł e m ,
więc teraz o pożyczkę c h c i a ł b y m cię poprosić.
Henryk Kwiatek...
Święty gość długo milczał i patrzył świętymi
O c z a m i na H e n r y k a - H e n r y k K w i a t e k z n o w u
Poprosił o pożyczkę. A gość palec uniósł,
popatrzył na H e n r y k a i powiedział:
- MIŁOŚĆ...

Sytuacja przypomina tę opisaną powyżej. Tak jak
semiotyczna koncepcja kultury zamyka z definicji pe­
wien obszar rzeczywistości, uniemożliwia postawienie
pytań o egzystencjalny i metafizyczny sens rzeczywisto­
ści, bo wszystko zaczyna się i kończy na „tekstach kul­
tury", tak i tutaj „kultura" okazuje się domeną jedynie
ludzkich wytworów, a przez tę właśnie zasłonę kulturo­
wych konstruktów sztuka (podobnie jak i religia) pra­
gnie się przebić. I w jednym, i w drugim przypadku ka­
tegoria „kultury" pełni rolę filtra, który - by przywołać
poręczną metaforę z akustyki - skutecznie obcina pew­
ne istotne pasma doświadczanej i przeżywanej rzeczy­
wistości. Eliminuje z refleksji antropologicznej i unie­
ważnia tajemnicę jako tajemnicę właśnie.

Teraz k a m e r a opuszcza mieszkanie
I widać b l o k o w i s k o przeraźliwie czarne
I widać czarne niebo - i na niebie c z a r n y m
WIELKIE I B L A D E PRZERAŹLIWIE SERCE""

Spróbujmy na moment założyć - rzecz z punktu wi­
dzenia reguł literaturoznawczej intrepretacji skandalicz­
na - realność fikcji, p r a w d z i w o ś ć opisanej tu hi­
storii życiowej. Potraktujmy ów precyzyjnie zrobiony
wiersz, operujący świadomie sprozaizowanym językiem
reporterskiej (także i filmowej) narracji, jak opowieść
„z życia wziętą". Dla podparcia tego jawnie antymetodologicznego procederu, dodać tu można, że historia ta ma
swoje wcale liczne odpowiedniki w niezwykłym filmie
Marcela Łozińskiego „Wszystko może się przytrafić".
W tym arcydziele polskiego dokumentu, sześcioletni syn
reżysera, jeżdżąc na hulajnodze po warszawskich Łazien­
kach „przepytuje z życia" takich właśnie jak u Świetlic kiego bohaterów. A może raczej: antybohaterów, ludzi
bez wielkich dokonań, bez biografii obfitujących
w chwalebne czyny, najczęściej samotnych i wyrzuco­
nych na margines życia, ludzi z bocznego toru wielkiej
historii, ludzi - chciałoby się powiedzieć - bez właściwo­
ści, gdyby za tym słowem nie stała jednoznacznie nega­
tywna kwalifikacja. Wszyscy oni mają (mieli?, większość
z nich to ludzie w podeszłym wieku) nie jakieś, ale naj­
głębiej własne i niepodobne do innych życie. I wszyscy
dzielą się z chłopcem i z nami, widzami tej opowieści,
szczegółami swojej zwyczajnej egzystencji. Pobudzeni py­
taniami dziecka, jakby na podobieństwo uwag Łotmana,
odwijają przed nami film swojego życia, wywołują jego
znaczące kadry. Łozińskiemu udała się rzecz rzadka.
W zderzeniu życia wchodzącego w świat i życia schodzą­
cego z „tego świata", w postawieniu bohaterów wobec
perspektywy ostatecznej, okazało się, że zwykłe, zwyczaj­
ne, banalne skrawki życia nabierają nieledwie epiranicznej gęstości. Zwykłość egzystencji okazała się jedynie
maską dla ukrytej niepojętości i niezgłębialności życia.

Kartka z żywotów nieświętych
Prowokacji nigdy za mało. Przyjrzyjmy się teraz
fragmentowi pewnego współczesnego zwyczajnego ży­
wota. Spójrzmy nieuprzedzonym okiem na ten poetyc­
ki zapis codzienności.
„Henryk Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
To był j e d y n y facet, z którym mógł t o robić.
W r a c a ł d o d o m u - zaparzał h e r b a t ę ,
A w t e d y święty obraz doń z obrazu schodził.
I r o z m a w i a l i . H e n r y k K w i a t e k mówił
o wszystkim, co m u się zdarzyło tego d n i a a święty
milczał i świętymi oczami na H e n r y k a patrzył.
H e n r y k Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
B o z k i m się miał przyjaźnić? N o przecież nie z księdzem,
C o raz do r o k u po kolędzie chodził.
Bo z k i m się miał przyjaźnić? Przecież nie z listonoszem,
co raz na miesiąc m u r e n t ę przynosił.
Henryk Kwiatek...
H e n r y k Kwiatek przyjaźni! się z gościem ze świętego obrazu.
Któregoś d n i a wrócił z miasta - zaparzył h e r b a t ę .

10

�Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

Co antropolog k u l t u r y ma do powiedzenia
o przytoczonym przed chwilą jednym ledwie fragmen­
cie zwyczajnej egzystencji? Co potrafi powiedzieć o tej,
zamkniętej w trzech obrazach, historii przeraźliwej sa­
motności i głodu rozmowy z niewidzialnym, historii
nadziei i rozpaczy, historii zamkniętej na głucho świę­
tości (bo chyba nie jest to wiersz o kłopotach poczty
z doręczaniem renty) ? Co antropolog kultury, ze swo­
imi kodami, systemami znaczącymi, kanałami infor­
macji itp. ma o tej historii do powiedzenia? Co może
zrobić z tą tragiczną i (zakładamy dalej) prawdziwą h i ­
storią pojedynczego życia? W końcu, było nie było,
„antropologia" ma w swym rdzeniu anthropos, człowie­
ka, a kto powiedział, że ma to być człowiek uogólnio­
ny, przedstawiciel jakiejś grupy społecznej, reprezen­
tant jakiejś zbiorowości, a nie człowiek z własną histo­
rią, własną biografią, własnym, osobnym i niepowta­
rzalnym jak linie papilarne, wzorem egzystencji. Chcę
być dobrze rozumiany: nie idzie mi tu o żadną solidar­
ność w cierpieniu, o jakiekolwiek etyczne powinności
antropologa (choć tych pewnie nigdy za dużo), o ża­
den sentymentalizm uczuciowy. Kwestię stawiam wy­
łącznie na poziomie metodologicznym: chodzi mi o to,
co może on - jako badacz zajmujący się rozumieniem
spraw ludzkich i mający w zanadrzu dobrze sprawdzo­
ne narzędzia opisu - zrobić z t у m właśnie życiem? Na
ile kategorie, z którymi dziarsko wyrusza w świat, są tu
w ogóle przydatne? Biegli w sztuce dzielenia znaków
na naturalne i arbitralne, w odróżnianiu znaczącego
od znaczonego, w dodawaniu do „kultury" różnicują­
cych ją przymiotników, co możemy powiedzieć
o t у m życiu, tak prostym i tak nagim w swojej prze­
zroczystej, zdawałoby się, zwyczajności, a tak umykają­
cym przed schwytaniem go w jednoznaczne formuły
logiczne i semantyczne?
Widać przecież wyraźnie, że potraktowanie nasze­
go modelowego Henryka Kwiatka po prostu jako sta­
tystycznego przypadku zwyczajnie zabija, excusez le
mot, przedmiot naszego badania. Widać nie mniej wy­
raźnie, że zastosowanie wobec tego „przypadku" trady­
cyjnej, z „kulturą" związanej aparatury pojęciowej mi­
ja się z celem. Czujemy jak odległe i toporne są narzę­
dzia analityczne wobec tej zwyczajnie nie-zwyczajnej
egzystencji. Rozumiemy, że opowiedziane tu fragmen­
tarycznie życie, to, co w nim najciekawsze i najbardziej
tajemnicze, nie odsłoni się w ten sposób przed nami.
Prowadzi to do konstatacji bolesnej, ale prawdziwej,
że, krótko mówiąc, antropolog к u 1 t u г у na temat
powyższej historii i jej podobnych ma do powiedzenia
niewiele bądź zgoła nic. Albo inaczej: że wszystko to,
co ewentualnie miałby do powiedzenia, będzie zawsze
p o n i ż e j historii tu przedstawionej, że życie skutecz­
nie opiera się przed zakusami próbujących roztajemniczyć go kulturowo badaczy.
Trzeba przy tym powiedzieć wyraźnie: w zarysowa­
nym tu lapidarnie i grubą kreską sprzeciwie wobec
„kultury" nie chodzi o żadne dramatyczne ruchy, o ja­

kąkolwiek nazewniczą rewolucję. Byłaby to w istocie
operacja samobójcza (spróbujmy wyobrazić sobie tekst
antropologiczny całkowicie obywający się bez pojęcia
kultury). Nie idzie o to, by niczemu niewinne dziecko
wylać razem z kąpielą. Zależało mi na czym innym: na
pokazaniu, jak ograniczona jest to wizja świata ludz­
kiego i jak mocno funkcjonuje w naszym myśleniu; jak
ciągnie za sobą ogon nieprzezwyciężonych do dzisiaj
- wbrew głośnym deklaracjom - przesądzeń i dyrektyw
poznawczych paradygmatu pozytywistycznego; jak
w dalszym ciągu daje prymat metodzie przed prawdą,
jak dystansuje się od dialogicznej formuły rozumienia,
jak dalece lęka się wszystkiego, co wymyka się dyskur­
sy wnemu poznaniu.
12

Z ciemności w ciemność
Dobrze więc: jeśli nie „kultura", to co? Wprowadź­
my zatem do zatęchłego antropologicznego słownika
(akulturacja, obyczaj, zmiana kulturowa...) nieco przy­
kurzone, co nie znaczy: martwe, pojęcie „życia". „Ży­
cia" w całej jego prostocie i . . . skomplikowaniu. Trzeba
będzie powrócić tym samym do elementarnej charak­
terystyki tego terminu, tak jak pojawia się ona w pi­
smach filozoficznych Wilhelma Diltheya, najważniej­
szego z przedstawicieli tzw. filozofii życia przełomu XIX
i XX stulecia. Z Diltheyem jest ciekawa sprawa. Wspo­
mina się zawsze jego nazwisko, ilekroć mowa o odle­
głym sporze o odrębny status poznawczy humanistyki
czy dyskusjach o naturze interpretacji, ale w zasadzie
traktuje się jego pomysły niemal wyłącznie jako etap
(przezwyciężony) w historii filozofii. Docenia się jego
wpływ na późniejsze wielkości (Husserl, Heidegger),
ale jego filozofia życia traktowana jest jako szacowny,
ale jednak zabytek w dziejach pojęć filozoficznych.
W pracach antropologicznych, nieufnych wobec kon­
ceptów filozoficznych, jako żywa inspiracja metodolo­
giczna pojawia się rzadko. ' Tymczasem wydaje się, że
pojęcie „życia", ma w dalszym ciągu intrygującą moc
oddziaływania. Obejmując treści bardziej podstawo­
we i daleko szersze niż pojęcie „kultury", rejestruje bo­
wiem i uwzględnia nie tylko poznawalne, ale także
niedyskursywne i semantycznie ciemne, niedookreślo­
ne sfery rzeczywistości, może być dla niego interesują­
cą przeciwwagą.
1

14

Przypomnijmy: dla Diltheya polemizującego z róż­
nymi odmianami filozofii świadomości to właśnie „ży­
cie" stanowiło fundamentalną i nieredukowalną pod­
stawę namysłu nad człowiekiem. Pojęcie „życia" skie­
rowane było przeciwko wszelkim uroszczeniom rozu­
mu abstrakcyjnego, przeciwko wszelkim konstrukcjom
teoretycznym, niemającym umocowania w empirii.
W miejsce świadomości pojawia się u niego życie jako
pierwsza, podstawowa struktura znacząca, jako sposób
bycia człowieka. Nie przypadkiem Heidegger będzie
podkreślał swój dług wobec Diltheya (czy heiedegge-

�Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC

rawskie Dasein jest powtórzeniem, czy rozwinięciem
diltheyowskiego „życia" w innym języku pojęciowym,
to osobny problem). Dilthey wielokrotnie utrzymywał,
że wszystkie pojęcia, którymi próbujemy opisywać i i n ­
terpretować zachowania człowieka, właśnie z życia się
wywodzą, że innymi słowy: „życie poznaje życie" (czyż­
by prasformułowanie tezy o poznawaniu „kultury przez
kulturę"/). I jest to sytuacja trwała. Poza życie, jako
pierwotne datum, nie można wyjść, z niego pochodzą
kategorie, które stać się mogą narzędziami jego opisu.
Pojęcie życia wprowadza Dilthey z całą towarzyszącą
mu dwuznacznością. Jest bowiem życie przedmiotem,
ale i podmiotem poznania. Kategorie życia nie są jedy­
nie formami pozwalającymi okiełznać chaos doświad­
czenia, ale równocześnie sposobami, w jakich życie się
uzewnętrznia.

w stanie go transcendować, przeciwnie: zawsze jest je­
go ekspresją. Dilthey pokazywał będzie i przekonująco
dowodził, jak wątłe i kruche są nasze narzędzia po­
znawcze, jak niezdarnie próbują wyjść poza „przyro­
dzone" im ograniczenia. Żyjemy otoczeni ścianami,
powtarzał, i poza nie nie sposób wyjść. Toteż lektura
życia, czytanie w jego znakach nie ma, bo mieć nie
może, ostatecznego końca. Zycie musi być wciąż na
nowo wypowiadane. Jakże dalekie to od późniejszego
optymizmu poznawczego w humanistyce, która w i ­
działa swoją szansę wyjścia z kryzysu epistemologicznego w przyjęciu modelu dostarczonego przez przyro­
doznawstwo.
Zasługą Diltheya jest wydobycie na jaw całego dy­
namizmu, pulsowania, zmienności kategorii życia, jego
dziejowości. Wnikliwa komentatorka diltheyowskiej
filozofii, zauważa, że utożsamienie życia z dziejowością
jako przestrzenią pojawiania się znaczeń pozwala mó­
wić o logosie życia, o trwałej jego dyspozycji do wydo­
bywania z siebie struktur, na podstawie których może
być rozumiane. „ L o g o s ż y c i a jest więc dziejowym
procesem, w trakcie którego dochodzi do głosu zna­
czenie życia i kształtują się jego struktury; dopiero ja­
ko dziejowe, czyli podlegające dynamice ekspresji, ży­
cie jest poznawalne. Proces ten nie czyni go jednak
całkowicie przejrzystym i nie jest w stanie usunąć irra­
cjonalnej reszty; jako niosące nowość, otwarte ku
przyszłości - życie pozostaje niezgłębialne". Ów logos
życia jest więc kategorią paradoksalną. Wskazuje, że
życie może być rozumiane, poznawalne, ale tylko do
pewnego stopnia. Pojawianie się znaczeń, nadawanie
kształtu przepływającemu, dynamicznemu strumienio­
wi życia to jeden aspekt zjawiska. Drugim jest nieod­
łączne od jego „jasnej" części, ciemne tło, jak i otwar­
tość biorąca się z jego „wychylenia" w przyszłość.
W jednym z bardziej przejmujących fragmentów swo­
jego dzieła odnotowuje Dilthey: „W obu kierunkach
życie niknie w ciemności. W ciemności tonie jego po­
czątek, ciemność spowija jego koniec. Ciemność ta ro­
dzi w nas obawy, nadzieje, najrozmaitsze afekty. Pod
ich wpływem powstaje wiara, poezja i metafizyka... To
z ciemności wybiegające i w ciemność biegnące życie
chciałby człowiek wpisać w jakiś układ, w którym ży­
cie stałoby się dlań pojmowalnym". Nawet w auto­
biografii, którą uznawał on za najbardziej instruktywną formę, jaką przybiera rozumienie życia, dostrzega
momenty niepoddające się analitycznemu rozbiorowi:
„Autobiografia jest objaśnieniem życia w jego tajemni­
czym splocie przypadku, losu i charakteru. Gdziekol­
wiek spojrzymy, tam nasza świadomość próbuje uporać
się z życiem. Nasze losy, jak również nasza istota, na­
pełniają nas cierpieniem i zmuszają, byśmy się z nimi
rozumiejąco pogodzili. Przeszłość tajemniczo nęci, by­
śmy poznali nici znaczenia jej momentów. Jej eksplika­
cja pozostaje jednak niezadowalająca. Nigdy nie upo­
ramy się z tym, co nazywamy przypadkiem: zdarzenia,
które jako wspaniałe czy jako straszliwe stały się zna-

Czym jest dokładniej owo „życie", jak je rozumieć?
Niewątpliwie jest czymś innym niż fenomen czysto
biologiczny, i to bodaj jedyna rzecz, o której można
powiedzieć bez żadnych dwuznaczności. Dilthey dookreślał je wielokrotnie, oddawał jego znaczenie
w wielu terminach i określeniach metaforycznych.
Bez wątpienia jego eksplikacja tego pojęcia daleka
jest od tak miłej sercu uczonego jednoznaczności.
Chciałoby się powiedzieć, że jest równie bogata i wie­
loznaczna (co dla wielu znaczy po prostu: mętna i po­
krętna) jak... samo życie. W jednej z jego opisowych
charakterystyk, zwraca Dilthey uwagę przede wszyst­
kim właśnie na to, jak wymyka się ono jednoznacz­
nym określeniom, jak oscyluje na granicy między
oczywistością i esencjalną niepojętością: „Słowo życie
oznacza coś każdemu z nas najlepiej znanego, rzeczy­
wistość najintymniejszą, ale równocześnie i najciem­
niejszą, ba, zupełnie niemożliwą do zbadania. Czym
jest życie - zagadka to nie do rozwiązania. Wszelki na­
mysł, wszelkie myślenie i badanie wyrasta z tak nie­
zbadanej rzeczywistości. Korzenie wszelkiego pozna­
wania tkwią w tym niepoznawalnym w swej pełni ży­
ciu. Można opisywać życie. Można uwydatniać jego
poszczególne cechy charakterystyczne. Można śledzić
w tej wzburzonej melodii jej jak gdyby rytm i akcent.
Ale nie można rozebrać życia na czynniki. Zycie jest
nieanalizowalne. Żadna formuła, żadne wyjaśnienie
nie jest w stanie wyrazić, czym jest życie. Pojawiając
się w życiu i istniejąc w układzie życia, myślenie bo­
wiem nie może nawrócić poza życie. Zycie pozostaje
dla myślenia niedocieczonym jako dana, do której
ono samo należy, poza którą zatem nie może ono na­
wrócić. Myślenie nie może nawrócić poza życie, po­
nieważ jest jego wyrazem. Najważniejsze pojęcia,
z pomocą których pojmujemy świat, są kategoriami
życia. Jakimże sposobem moglibyśmy z pomocą pojęć,
wyodrębnionych i poprzez abstrakcję oczyszczonych
z życia, wyjść poza życie".
15

17

18

16

Nie można adekwatnie wypowiedzieć życia, bo my­
ślenie analityczne, które próbuje ten cel osiągnąć, nie
może oderwać się od obiektu swojego opisu, nie jest
12

�Daiusz. Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSĆ

czącymi dla naszego życia, zawsze zdają się wkraczać
przez bramy przypadku".
To ciekawe, u Łotmana przypadek jest jedynie sy­
gnałem otwartości systemu znakowego, czymś nie­
przewidywalnym, ale dającym się w dużym stopniu ex
post zrekonstruować i wytłumaczyć; u Diltheya przy­
padek jest emanacją niewytłumaczalnego, jest każdo­
razowo zwiastunem tajemnicy.
Poznanie żywego, pulsującego życia, życia z jego
niedającą się precyzyjnie wykreślić trajektorią przy­
padków, zawsze będzie naznaczone skazą nieadekwatości. Analiza życia skazana jest tedy na niedopowie­
dzenie, a w ostateczności niewy-powiedzenie. Inter­
pretacje życia zawsze zawierać będą w sobie ową, nie­
usuwalną „ślepą plamkę" poznania. Ale nie jest to
okoliczność epistemologicznie frustrująca. Nie jest to
świadectwo bezradności poznawczej, ale konsekwen­
cja źródłowej, pierwotnej, nieprzekraczalnej ontologii
życia. To po prostu uznanie twardej konieczności, któ­
ra wynika z przekonania, że każde „pozytywne" rozwią­
zanie zagadki życia staje się kolejnym pytaniem, na
które trzeba dać odpowiedź. Przyjmuje ono naturę ho­
ryzontu, który - mimo naszych prób schwytania go wciąż będzie rysował się przed nami. Doskonalenie
i wysubtelnianie naszych narzędzi poznawczych nicze­
go w tej sytuacji nie zmieni. Zycie pozostanie nieod­
gadniona i nieodgadywalną z natury rzeczy zagadką.
Jeszcze raz Dilthey: „życie zawsze pozostaje dla nas za­
gadką, przeto i uniwersum musi pozostać dla nas za­
gadkowym. Gdybyśmy mogli analizować życie, wyja­
śniłaby się nam tajemnica świata". Warto podkreślić
wagę tego równania: życie = świat. Pytanie o życie,
o to, jak się jawi, nie jest zatem jakimś pytaniem, jed­
nym z wielu, pytaniem, które dotyczyłoby pewnego
wydzielonego obszaru doświadczenia. Dilthey wyraź­
nie mówi, że w pytaniu o życie wybłyska niejasno ta­
jemniczy sens Całości.
19

20

Zycie i opowieść
Nieżywiąc nadziei na złamanie szyfru świata, chce­
my jednak jakoś zrozumieć życie. Jak je myślowo
okiełznać, jak - mimo dojmującej świadomości ułom­
ności naszych narzędzi poznawczych - schwytać je
w porządkujące schematy poznawcze? Jedną z ciekaw­
szych propozycji w tym względzie wydaje się koncepcja
tożsamości narracyjnej Paula Ricoeura. Również i tu,
podobnie jak w analityce egzystencjalnej Dasein Hei­
deggera, słychać pogłos biograficznej i autobiograficz­
nej lekcji Diltheya.
Ricoeur wychodzi w swoim rozumowaniu od za­
kwestionowania zdroworozsądkowego przekonania
o fundamentalnej i nieprzekraczalnej odmienności ży­
cia i opowieści. W potocznym rozumieniu życie jest
przeżywane, historie zaś opowiadane. Zycie naznaczo­
ne jest stemplem prawdy, „czymś, co zdarzyło się na­
prawdę"; opowieści, z definicji, są produktem wyobraź­
13

ni, są nie-realne, mają status fikcji. Zdaje się jak gdyby
życie od fikcji oddzielała przepaść nie do pokonania.
Konstruując narracyjną koncepcję podmiotu, Ricoeur
stara się przerzucić nad nimi pomost, wskazać możliwe
łączniki, które mogłyby te dwie jakości ze sobą związać,
tak jednak, by nie zatraciły one swojej odmienności.
Opowieść fikcyjna prowadzi do życia z prostego po­
wodu. Otóż, proces budowania, komponowania opo­
wieści nigdy nie jest dopełniony w tekście, ale każdo­
razowo dopełnia się po stronie czytelnika. Za sprawą
opowieści dochodzi do refiguracji życia. Inaczej mó­
wiąc: sens opowieści pojawia się na przecięciu świata
tekstu i świata czytelnika. A k t lektury jest nie tylko
twórczy, ale staje się momentem krytycznym w proce­
sie przekształcania doświadczenia czytelnika przez
opowieść. Ricoeur podkreśla tu szczególnie potencjal­
ną otwartość tekstu fikcjonalnego: „Mówiąc o świecie
tekstu, akcentujemy charakterystyczną dla każdego
dzieła literackiego zdolność otwierania horyzontu
możliwego doświadczenia - jakby rzutowania przed
siebie świata, w którym dałoby się żyć. Tekst nie jest
czymś w sobie zamkniętym. Jest projekcją nowego universum, różnego od tego, w którym przywykliśmy żyć.
Przyswoić sobie tekst w trakcie lektury to wejść w ob­
ręb horyzontu świata otwartego przez tekst - świata,
w którym mieszczą się działania, charaktery i wydarze­
nia opowiadanej historii. W rezultacie czytelnik od­
krywa, że przynależy jednocześnie do dwóch światów:
tego, w którym rozwija rzeczywistą działalność, oraz
tego, którego doświadcza mocą wyobraźni".
21

Z hermeneutycznego punktu widzenia tekst jest
czymś więcej niż autoreferencyjnym układem znaków,
tak jak chcieli to widzieć strukturaliści. Dzieło literac­
kie obejmuje trzy wymiary: referencyjność, komunikowalność i samorozumienie. Pierwszy wymiar odnosi się
do pośrednictwa między człowiekiem i światem, drugi
pośredniczy między człowiekiem i drugim człowie­
kiem, trzeci - odnosi się do pośrednictwa między człowiekim i nim samym. W tym ostatnim przypadku akt
lektury staje się twórczym narzędziem samorefleksji.
Czytanie, powiada Ricoeur, jest samo w sobie pewnym
sposobem życia w świecie fikcji, który dla czytającego
zostaje otwarty przez dzieło. A zatem historie są nie
tylko powtórnie opowiadane, ale także przeżywane i tu
otwiera się już możliwość ich wzajemnej interferencji.
Szczególną rolę przyznaje Ricoeur właściwości
ludzkiej egzystencji, którą nazywa prenarracyjną zdol­
nością przypisaną samemu życiu. Mówiąc najprościej,
chodzi tu o to, że życia nie da się zinterpretować sen­
sownie dotąd, dokąd będzie się je pojmować wyłącznie
w kategoriach biologicznych. Jest w samym życiu coś,
co domaga się interpretacji. Zycie chce być opowie­
dziane, chce być schwytane w narracyjny schemat.
Doświadczenie życia zawiera w sobie wymóg rozjaśnia­
jącej je opowieści. Prenarracyjną jakość ludzkiego do­
świadczenia pozwala mówić o życiu „jako pewnej hi­
storii w stadium narodzin, lub jako d z i a ł a n i u

�Daiusz Czaja * ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

i d o z n a w a n i u d o m a g a j ą c y m się o p o w i e d z e n a .
Zrozumienie działania nie sprowadza się do znajomo­
ści siatki pojęciowej, w którą bywa ujmowane. Na mo­
cy swego symbolicznego zapośredniczenia, zrozumie­
nie to sięga aż do rozpoznania czasowych właściwości
działania, które przywołuje opowieść. To nie przypad­
kiem, ani nie przez pomyłkę potocznie mówimy, że
przydarzyła się nam jakaś historia lub że jakaś historia
schwyciła nas w pułapkę, lub po prostu mówimy o hi­
storii życia."

że fikcja, w szczególności opowieść fikcyjna, jest nieredukowalnym obszarem s a m o r o z u m i e n i a . Jeśli jest
prawdą, że fikcja wypełnia się sensem tylko w życiu,
a życie może być rozumiane tylko przez historie, które
o nim opowiadają, to życie p r z e m y ś l a n e - w zna­
czeniu, jakie zapożyczyliśmy od Sokratesa - jest ży­
ciem p o n o w n i e o p o w i e d z i a n y m . "
Niezależnie od wątpliwości, jakie można żywić wo­
bec narracyjnej koncepcji tożsamości, która w opo­
wieści widzi narzędzie samorozumienia, niezależnie od
tego, jak postrzegać będziemy rolę owych zdolności fabulacyjnych, cztery wnioski, jakie wyciągnąć można
z analiz Ricoeura, wydają się niepodważalne. Pierwszy:
ukazuje on tożsamość w jej aspekcie dynamicznym,
pokazuje - choć po analizach filozofii egzystencji rzecz
to nienowa - życie jako strukturę otwartą, niedo­
mkniętą, wciąż stającą się w drodze kolejnych opowie­
ści. Drugi: życie naprawdę ma strukturę narracjopodobną, nie jest to wynik rzutowania weń znanych nam
fabuł. Zycie oglądane z perspektywy narracyjnej two­
rzy gęsty, splątany wzór historii potencjalnych, histo­
rii, które oczekują na swojego narratora. Trzeci, kom­
plementarny: opowieści fikcyjne są szczególną maszy­
ną do unieruchamiania czasu. Pozwalają na wprowa­
dzenie do chaosu danych wyjściowych, do tej nieja­
snej epizodycznej magmy życiowego doświadczenia,
narracyjnego wzoru nadającego im ład i strukturę.
Prościej: wprowadzają sens w przemijający i przypad­
kowy zbiór faktów naszego życia. I czwarty: tak ścisłe
powiązanie życia i opowieści, opowieści i życia, tworzy
przekonujące i dobrze uzasadnione podstawy antropo­
logii narratywnej.
2 4

22

W tym miejscu może pojawić się wątpliwość, czy
nie jest tak, że wspomniane zapośredniczenie życia
przez opowieść nie prowadzi do błędnego kola. Skoro
bowiem rzutujemy na własne życie historie już usłysza­
ne, mogłoby się wydawać, że nie mamy dostępu do
„nagiego", żywego doświadczenia naszego życia, życia
z wpisaną weń wirtualną opowieścią, ale od razu po­
strzegamy je przez pryzmat opowieści już istniejących.
W odpowiedzi Ricoeur przywołuje sferę doświadcze­
nia codziennego, pytając retorycznie: „czyż nie jeste­
śmy skłonni postrzegać pewien łańcuch epizodów na­
szego życia jako coś w rodzaju ciągu h i s t o r i i jesz­
cze n i e o p o w i e d z i a n y c h , historii, które domagają
się opowiedzenia i które oferują punkty zaczepienia
dla możliwej narracji? Co więcej, czyż opowieści nie
są, na mocy definicji, historiami na nowo opowiedzia­
nymi? Wydaje się to oczywiste, kiedy mamy na myśli
opowiadanie o faktycznych historiach, które się zda­
rzyły. Ale czyżby pojęcie historii możliwej było nie do
przyjęcia?"

25

23

Dwa „z życia wzięte" pospolite przykłady uprawo­
mocniają taką supozycję: seans psychoanalityczny
i przewód sądowy. I w jednym, i w drugim przypadku,
splątanej serii rozmaitych epizodów trzeba nadać
(w miarę) spójną postać. W pierwszym przypadku psy­
choanalityk jest tym, który umożliwia pacjentowi wy­
ciągnięcie z rozlicznych faktów jego życia spójnej nar­
racji, nadaje im postać koherentnej opowieści, która
byłaby dla niego zrozumiała i do przyjęcia. Zakłada się
tym samym, że historia życia tkwiła już immanentnie
w głowie pacjenta, że wyrasta z historii jeszcze nie opo­
wiedzianej, stłumionej na rzecz tych opowieści, które
dostępne były jedynie na poziomie świadomym.
W przypadku drugim sędzia stara się poskładać w spój­
ną całość splątane wątki historii, w którą uwikłany
jest pozwany. Tu również praca interpretacyjna polega
na wyświetleniu i zebraniu w pewną całość życiowych
przypadków pozwanego, które tworzą z początku męt­
ny i niejednoznaczny obraz historii jeszcze nieopowiedzianej. Łączenie wszelkich znaczących poszlak jest
urzeczywistnieniem tej istniejącej dotąd in potentia
wirtualnej historii. Z chwilą tej rekonstrukcji z masy
poplątanych, często sprzecznych wątków, wyłania się
ich podmiot. Sędzia-narrator, przekształca więc to, co
się wydarzyło w przeszłości, jakąś niejasną prehistorię
pozwanego, w sensowną i logiczną opowieść. „Z tej
podwójnej analizy — podsumowuje Ricoeur — wynika,

14

Uwagi Ricoeura są dobrym preludium do ostatniej
już odsłony tych rozważań o życiu. O życiu, które chce
być opowiadane, a które nigdy do końca opowiedzia­
ne być nie może. O „życiu", które jest większe i bogat­
sze od „kultury", które przerasta kulturę. O życiu, któ­
re samo siebie transcenduje, które wciąż wymyka się
nazwaniu i wypowiedzeniu.

Zycie codzienne
przy Simon-Crubellier
Na początku był rysunek. W roku 1949 Saul Stein­
berg opublikował obrazek zatytułowany po prostu:
The Art of Living. Rysunek przedstawia kamienicę
z częściowo odsłoniętą fasadą. „Zerwanie" przedniej
ściany odsłania życie toczące się w kilku mieszkaniach,
prezentuje w obrazkach ową tytułową sztukę życia.
Zwyczajne, codzienne życie, rozpisane na kilka miesz­
kań i utrwalone w swojej jednoczesności. Niepowta­
rzalna kreska Steinberga szkicuje więc parter, a tu pa­
ni z panem przy stole, obok ktoś bierze prysznic, jesz­
cze obok pani z panem śpią, ale w osobnych łóżkach,
piętro wyżej pani robi na drutach, jeszcze jedno piętro
- a tam rodzina w salonie z dziećmi, pani z panem czy-

�Daimz Сща

• ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

�Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

Moretlet
SMAUTF SUTTON ORŁOWSKA

НОПОГС

Simpson

Jirdme

NETO
CRESPI

dziesiątki zrekonstruowanych retrospektywnie biogra­
fii, historii życia jej mieszkańców pomnożonych o dzie­
siątki innych, które „przy okazji" ich referowania się
pojawiają. Podobieństwo i - chciałoby się powiedzieć
- wręcz niewolnicze naśladownictwo obrazkowego
pierwowzoru polega i na tym, że obraz Pereca również
jest do bólu statyczny: „akcja" powieści została jak
gdyby unieruchomiona przez wskazówki zegara, umiej­
scowiona jest dokładnie 23 czerwca 1975 roku około
godziny ósmej wieczorem. Siedzimy więc zatrzymane
w kadrze zwielokrotnione życie mieszkańców jednego
domu. Brak tu jednej, rozwijającej się linearnie fabuły,
mamy za to dziesiątki różnorodnych, pozornie niezwiązanych ze sobą opowieści. Fragment goni frag­
ment. Okno z jednego pomieszczenia wyprowadza nas
do drugiego. Wędrujemy do piwnic, do kotłowni, do
służbówki i na strych. Wchodzimy do windy. Przemie­
rzamy halle i schody. Narracja, ruchem konika szacho­
wego (skomplikowany szachowy algorytm leży u pod­
staw konstrukcji powieści) przebiega z mieszkania do
mieszkania, pozwalając nam - na wzór zasłony zdartej
przez Steinberga - przyjrzeć się bliżej mieszkańcom tej
osobliwej kamienicy. Wedle autokomentarza Pereca
całość książki została pomyślana na podobieństwo do­
mu, którego mieszkania, łącząc się ze sobą, przypomi­
nają pojedyncze elementy, które tworzą skomplikowa­
ny wzór jakiejś układanki.

Troquet

PLASSAERT

HUTTING

GRATtOLET

Troyan

ALBIN

Fresnel

&amp; ROGERS

BRHDEL

Brodin-

VAlfcNE

Jerome

•Gratiolct
CI NOC

WINCKLER

Doktor M N T E V I L L E
Graliotet

Hourcade
REOL

Hiben
POULEROT

RORSCHASCH

Speiss

Echard

BERGER

Grifalconi

MARQUISEAUX

Danglars

Colomb

BARTLEBOOTH
FOUREAU

SCHODY
Appenzzelł
ALTAMONT

DE BEAUMONT

MOREAU
LOUVET
Claveau

Wejście
MARCIA

stróżówka

- antykwarial

NOCHERE

dla
służby

KOTŁOW­
PIW ( I C E

NIA

Massy
H A L L WEJŚCIOWY

MASZYNERIA
PIW U C E

WINDY

MARCIA

P

I

V

I'

I

С

E

K a m i e n i c a przy rue S i m o n C r u b e l l i e r 11. P l a n b u d y n k u
(kursywą zaznaczone są nazwiska d a w n y c h mieszkańców)

tają, dzieci krzątają się po podłodze... 1 tak dalej przez
cztery kondygnacje. Steinberg robi w istocie przekrój
poprzeczny przez budynek, dając w efekcie nieco­
dzienny portret wielorodzinny we wnętrzu.
Ten właśnie rysunek stał się inspiracją dla Georges'a
Pereca, autora jednej z najbardziej niezwykłych powie­
ści ubiegłego stulecia: Zycie. Instrukcja obsługi. Powie­
ści pisanej przez Pereca powoli, metodycznie, przez
prawie dziesięć lat. Powieści, o której Italo Calvino
powiedział (przepisuję ze skrzydełka polskiego wyda­
nia): „Myślę, że ta książka, wydana w Paryżu w roku
1978, jest ostatnim prawdziwym wydarzeniem w histo­
rii powieści". W rzeczy samej wielkie to dzieło. Naj­
pierw całkiem dosłownie: książka Pereca liczy około
700 stron, podzielona jest na 99 rozdziałów. Obejmu­
je przy tym kilkadziesiąt detalicznie opowiedzianych
historii, wprowadza na literacką scenę setki postaci
o różnej randze i znaczeniu, zawiera niezliczoną ilość
nazw własnych i tyleż samo przedmiotów różnego au­
toramentu. Całość poprzedza wstęp i kończy epilog.
Ale to nie wszystko: zamieszczony jest w niej również
plan budynku, indeks, kalendarium, „przypomnienie
niektórych opowieści zawartych w niniejszym dziele",
a także postscriptum. Projekt najwyraźniej pomyślany
jako swoista, literacka summa. Pomysł tej wielopiętro­
wej konstrukcji literackiej był tak genialny w swej pro­
stocie, jak rysunek Steinberga. Mianowicie, Perec
przedstawia i obrysowuje ze wszelkimi szczegółami
świat jednej kamienicy mieszczącej się przy me Simon-Crubellier nr 11 w Paryżu, świat obejmujący

Zanim zajrzymy wraz z Perekiem do wnętrza ka­
mienicy, odnotujmy, że pewne przesłanki koncepcji
powieści, jej głównych wątków i tematów, ba, sensu
uprawiania literatury, układania słów w sensowne
struktury, można wyśledzić bez trudu we wcześniejszej
twórczości Pereca. Ale także w jego biografii. Perec
trawiony był obsesją zapomnienia, zanikania pewnych
fragmentów rzeczywistości, toteż starał się zapisywać
wszystko, co związane z jego życiem. Jeśli „wszystko"
wydaje się słowem na wyrost, to warto wspomnieć
w tym miejscu kilka utworów, które nie pozwalają
wątpić w całościowy charakter jego zamysłu. W roku
1976 opublikowany został tekst zatytułowany: Próba
skatalogowania wszystkich płynnych i stałych pokarmów,
jakie pochłonąłem w ciągu roku 1974, i istotnie tytuł nie
kłamie, autor odnotowuje sumiennie, co w tym czasie
wypił i zjadł. Podobny, ewidencyjny charakter ma
tekst Notatki dotyczące przedmiotów, które znajdują się
na moim biurku. W książce Je me souviens z roku 1978,
zawierającej kiłkaset zdań opartych na jednym sche­
macie - „pamiętam, że..." — rzeczywiście stara się Pe­
rec zgodnie z tytułową zapowiedzią zdać sprawę z tego,
co zapamiętał z lat 1946-61, co ważne przy tym, pa­
mięć jego odnotowuje nie wielkie wydarzenia z pierw­
szych stron gazet, ale rzeczy, fakty, postacie, które oka­
zują się całkowicie zwykłe, banalne, należące bez resz­
ty do żywiołu nieefektownej codzienności. Jak sam
mówił, interesowało go odnotowywanie tych okru­
chów codzienności, którymi ludzie naprawdę żyli,
a które z rozmaitych powodów uległy zapomnieniu.

16

�Daiusz. Czaja • ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

W kilkustronicowym Approches de ąuoi? daje Perec
„teoretyczną" podbudowę takiego podejścia do rozu­
mienia życia. Twierdzi, że tym, co zwykle zostaje zapi­
sane, zapamiętane, jest to, co wystaje ponad przecięt­
ność, ponad banał codzienności: „A to, co naprawdę
zdarza się, to, czym żyjemy, reszta, cała ta reszta, gdzie
to jest? To, co przydarza się każdego dnia i każdego
dnia powraca, to, co banalne, codzienne, oczywiste,
powszednie, zwyczajne, podzwyczajne (1'infraordinaire),
cały ten niezauważalny zgiełk codzienności - jak zdać
sobie z tego sprawę, jak o to zapytać, jak to wszystko
opisać. (...) Być może trzeba w końcu zająć się odkry­
ciem naszej własnej antropologii: takiej, która opowie
o nas, która będzie szukać w nas tego, co od tak daw­
na łupimy u innych. Już nie egzotyka, ale to, co najgłę­
biej własne (I'endotique)".

samej «gry ze światem», która pozwala nadać mu sens.
Wymyślić świat to go zinterpretować, obdzierając z nie­
wiadomego. Użyczyć przedmiotom języka, odpamiętać
to, co zapomniane, ocalić przez zapis to, co pod-zwyczajne - to zakorzenić się w świecie zadomowionym
przez język. We wszystkich tych przypadkach pisaniem
Pereca rządzi lęk przed pustką, ten sam lęk, który kazał
mu drżeć przed pustą kartką papieru i zapisywać miej­
sca, w których spał".
Dziwnie to wszystko się splata: Dilthey mówiący
0 autobiografii jako najbardziej filozoficznej literaturze
1 o nie dającej się rozwiązać zagadce życia, Ricoeur kła­
dący nacisk na porządkującą, wyświetlającą znaczenie
życia rolę fikcji, ale i na jej tymczasowy, „stający się",
dynamiczny, charakter, Perec maniakalnie zapisujący
umykające życie, zagadujący pustkę świata sporządza­
niem dziwacznych rejestrów i pisaniem autobiografii...
27

7

26

Zapomnieniu ulega to, co naprawdę tworzy materię
naszego życia, jego, jak sądzimy, mało efektowny
miąższ. Cały wysiłek Pereca, te niekończące się wyli­
czanki niemal wszystkiego, co oko ludzkie jest w stanie
wziąć pod uwagę, brał się właśnie z pragnienia zapisa­
nia, utrwalenia tego ogromnego obszaru naszego praw­
dziwego życia. To była jego wersja antropologii codzien­
ności. Jeśli przypomnimy sobie kilka prac antropolo­
gicznych dotyczących podobnego obszaru - Ervinga
Goffmana Człowiek w teatrze życia codziennego, Michę la de Certau The Practice of Everyday Life czy Rocha
Sulimy Antropologie codzienności - widać wyraźnie ra­
dykalizm jego wizji codzienności, zwyczajnego życia.
Aktywność Pereca ograniczała się do opisu tego, co
niezauważane, pomijane milczeniem, co rutyna i przy­
zwyczajenie wyłącza z naszego pola widzenia. Powtórz­
my: opisu. Detaliczny, indeksowy, ewidencyjny, katalo­
gujący opis bez imperatywu systematyzującej analizy.
Próba maksymalnego przybliżenia się do żywej tkanki
życia. Pragnienie zapisu surowego życia, życia as itself.
Próba zbudowania jakiejś radykalnej postaci realizmu
obywającego się bez uprzednich założeń. Ale czy jest to
w ogóle możliwe, zważywszy że rzeczy i obiekty nie ska­
talogują się raczej same? Za daną „kolekcją" zawsze
ktoś (tu: Perec) stoi, ktoś, kto porządkuje rzeczywistość
według własnych preferencji, pragnień i obsesji.

Paradoks puzzla
Powróćmy zatem do Życia. Instrukcji obsługi. Do po­
wieści, która obok swej rangi literackiej jest dla mnie
jednym z najznakomitszych dzieł z antropologii życia.
Życia - nie kultury. To tu właśnie z rzadką wnikliwością
i konsekwencją sproblematyzowany zostaje tytułowy
rzeczownik „życie". To tu oglądamy je jak gdyby pod
zwielokrotniającym jego intensywność szkłem powięk­
szającym. Wiele mówi się ostatnio o związkach i wza­
jemnym przenikaniu literatury i antropologii. Nie mam
wątpliwości, że Perec napisał wielki - w każdym zna­
czeniu tego słowa - traktat antropologiczny. W tym
traktacie brak co prawda pojęciowych analiz, są nato­
miast liczne opowieści, zestawienia, rekonstrukcje
i przybliżenia, które ostatecznie składają się na solidną
antropologię z „życiem" jako spoiwem całości.
Nie ma oczywiście żadnej możliwości - ani chyba
sensu - by streścić tę książkę o ogromnej kubaturze, by
próbować zebrać w jakąś sensowną całość splątane ni­
ci pomieszczonych w niej biografii, historii, pobocz­
nych opowieści. Można wszakże wydestylować z niej
jeden z wątków, jak wolno sądzić, wątków głównych,
wskazać bohaterów, wokół których oplata się to, co
u Peteca najważniejsze. Tak się przy tym składa, że ów
wątek dobrze - kongenialnie wręcz - współbrzmi z po­
czynionymi tu wcześniej „życiowymi" uwagami.

Bez względu jednak na to, jak określać ów realizm,
jak oceniać jego rezultaty w stosunku do zamierzeń,
jedno wydaje się nie podlegać wątpliwości. Ten typ re­
alizmu jest próbą okiełznania chaosu świata i podobnie
jak fikcyjne opowieści Ricoeura zmierzają w gruncie
rzeczy w tym samym kierunku. Niezwykle trafnie wska­
zuje na tę cechę realizmu Pereca Michał P. Markowski,
uwydatniając przy tym niejasny na pierwszy rzut oka
związek prostego inwentarza z fikcją: „Realizm Pereca
nie jest jedynie rejestrowaniem faktów wyblakłym pi­
smem neutralnego obserwatora. Obejmuje on nie tyl­
ko surowe zapisy, lecz także - przede wszystkim - auto­
biografię i fikcję, gdyż w obydwu tych przypadkach pi­
sanie pozwala zapanować nad światem. Fikcja i neu­
tralny opis łączą się dlatego, że stanowią dwie strony tej

Spośród ogromnej liczby postaci przewijających się
przez strony Życia trzy zdają się mieć znaczenie naj­
istotniejsze: Percival Bartlebooth, angielski miliarder,
osobliwa postać, o jeszcze bardziej osobliwych zainte­
resowaniach, Gaspard Winckler, rzemieślnik parający
się stolarką, ale i innymi wyrafinowanymi zajęciami rę­
kodzielniczymi i Serge Valene, malarz, postać nieeksponowana w książce, ale odgrywająca w niej niepo­
ślednią rolę. Cała trójka to mieszkańcy kamienicy przy
Simon-Crubellier 11. Te trzy postaci połączone są przy
tym subtelną siecią powiązań i zależności. Przyjrzyjmy
się bliżej tym związkom.
17

�I
Daiusz Czaja * ŻYCIE C Z Y L I NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

dzić pięć albo sześć dni na miejscu. W ciągu dwóch
pierwszych dni spacerował brzegiem morza, obserwował
statki, gawędził z rybakami (o ile oczywiście byli w stanie
porozumieć się w jednym z pięciu znanych mu języków,
to znaczy po francusku, angielsku, hiszpańsku, arabsku
albo portugalsku), a niekiedy nawet wyruszał z nimi
w morze. Trzeciego dnia wybierał odpowiednie miejsce
i rysował kilka szkiców, po czym natychmiast darł je na
kawałki. W wigilię odjazdu malował marinę - zazwyczaj
późnym przedpołudniem, chyba że uwiecznić chciał ja­
kiś specjalny efekt: wschód albo zachód słońca, nadcho­
dzący sztorm, huragan, mżawkę, przypływ lub też odpływ
oceanu, przelot ptaków, wyjście kutrów w morze, przyby­
cie okrętu, kobiety piorące na brzegu bieliznę albo i in­
ne podobne tematy. Pracował niesłychanie szybko i ni­
gdy nie rozpoczynał od nowa. Ledwie podeschniętą
akwarelę odrywał z bloku marki Whatman i wręczał
Smautfowi. (...) Smautf otulał marinę delikatną bibułką,
wsuwał w półsztywną kopertę i zawijał w solidny papier
pakowy, a następnie obwiązywał ją sznurkiem i pieczęto­
wał lakiem. Jeszcze tego samego
wieczora, a najpóźniej - jeśli nie by­
ło na miejscu poczty - na drugi
dzień rano, Smautf ekspediował pa­
pier do: «Monsieur Gaspard Winckler, 11 me Simon-Crubellier, Paris
17France»".

Bartlebooth wraz ze swoim służącym Smautfem
przez dwadzieścia lat podróżował po świecie, oddając
się dość ekscentrycznemu, a z pragmatycznego punk­
tu widzenia całkowicie bezużytecznemu, o ile nie
wręcz absurdalnemu zajęciu. Oddajmy głos Perecowi:
„Bartlebooth zamierzał namalować pięćset mor­
skich pejzaży w pięciuset rozmaitych portach. Porty te
wytypował osobiście, zdając się w większym czy mniej­
szym stopniu na przypadek - przeglądał atlasy, dzieła
geograficzne, opisy podróży i turystyczne foldery, za­
znaczając przy tym miejsca, jakie wpadły mu w oko.
Następnie Smautf studiował sposoby dotarcia do celu
i badał możliwości zakwaterowania.

Pierwszym portem, w którym się zatrzymali w pierwszej połowie stycznia roku tysiąc dziewięćset
trzydziestego piątego - było Gijon w Zatoce Gaskońskiej, niedaleko miejsca, gdzie nieszczęsny Beaumont
poszukiwał z uporem wielce problematycznej stolicy
Arabów w Hiszpanii. Ostatnim - w drugiej połowie
grudnia roku pięćdziesiątego czwartego - Brouwershaven u ujścia Skaldy w Zelandii. Po
drodze był mały irlandzki port Muckanaghederauhaulia opodal Costello
w zatoce Camus i jeszcze mniejszy
port U na Karolinach; były porty bał­
tyckie, łotewskie, chińskie; porty malgaskie, chilijskie, teksańskie; były ma­
leńkie porty na dwie rybackie łodzie,
Tutaj, w paryskiej kamienicy,
obok których suszyły się sieci, oraz
towar odbierał Win-ckler i przy­
porty olbrzymie, z pirsami ciągnącymi
stępował do pracy w swoim warsz­
się na kilometry z mnóstwem nabrze­
tacie. Namalowany obrazek był
ży, basenów i doków, z tysiącami żura­
bowiem dopiero etapem pośred­
wi i setkami suwnic; były porty zato­
nim do właściwego celu. Tym ce­
pione we mgle, porty zalane żarem,
lem było stworzenie z dostarczo­
Georges Perec
porty skute lodem; porty opuszczone,
nej akwareli układanki, barwnego
porty zapiaszczone; były porty jachto­
puzzla. Proces jego powstawania
we, gdzie na sztucznych plażach, pośród bieli fasad pa­
rozłożony był na kilkanaście dni. Perec raz jeszcze:
łaców i kasyn, pyszniły się sztucznie hodowane palmy,
„Pierwszego dnia Winckler ustawiał akwarelę na
i stoczniowe inferna, wypluwające tysiącami liberty
sztaludze obok okna i wpatrywał się w nią, nawet jej
shops; były porty obrócone w perzynę przez bombardo­
nie dotykając. Nazajutrz naklejał ją na odrobinę od
wania i porty zaciszne, w których nagie dziewczynki
niej większy podkład z topolowej sklejki. Używał do
opryskiwały się wodą tuż obok sampanów; były porty
tego sporządzonego przez siebie kleju w ślicznym nie­
z pirogami i porty z gondolami; były porty wojenne, do­ bieskim kolorze, a pomiędzy sklejką i arkuszem Whatki, darsy, redy, mola i kanały; i piramidy lin, baryłek,
mana umieszczał cieniutką kartkę białego papieru,
gąbek; stosy egzotycznego drewna, góry makuchów,
która ułatwić miała w przyszłości oddzielenie odtwo­
fosfatów i rudy; były kosze rojące się od homarów i kra­
rzonej akwareli od podkładu, a poza tym wyznaczała
bów; i kramy pełne nagładów, cierników, głowaczy,
brzegi puzzla. W końcu pokrywał całą powierzchnię
merlanów, makreli, płaszczek, tuńczyków, mątw, minoochronnym werniksem, posługując się przy tym szero­
gów, dorad; i były porty cuchnące mydlinami i chlo­
kim, płaskim pędzlem zwanym ogonem dorsza. A po­
rem, porty spustoszone sztormem i wyludnione porty
tem znów przez trzy albo i cztery dni studiował akwa­
zduszone upałem; były krążowniki o poszarpanych bur­
relę posługując się lupą, lub też stawiał ją ponownie na
tach, spawane w ciemnościach nocy tysiącami palni­
sztalugach i zasiadał przed nią na wiele godzin, od cza­
ków i radosne transatlantyki pośród statków-cysterm,
su do czasu podnosząc się, by sprawdzić z bliska jakiś
z których tryskały wspaniałe fontanny w ogłuszającym
szczegół, a niekiedy krążył wokół niej jak pantera
zgiełku syren oraz biciu dzwonów.
uwięziona w klatce.
28

Pierwszy tydzień upływał w całości na drobiazgo­
wej, niespokojnej obserwacji. Potem wszystko zaczyna-

Bartlebooth na każdy port przeznaczał dwa tygodnie,
wliczając w to podróż, co pozwalało mu zazwyczaj spę18

�Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC

ło dziać się bardzo szybko: Winckler przykrywał akwa­
relę nadzwyczaj cienką kalką i, praktycznie nie odrywa­
jąc ołówka, rysował przyszłe cięcia puzzla. Reszta pole­
gała już tylko na technice - technice delikatnej i cza­
sochłonnej, wymagającej sumienności i zręczności, nie
wymagającej jednakże jakiejkolwiek inwencji; korzy­
stając z kalki, sporządzał formę (...) która pozwalała mu
pewnie prowadzić osadzone w pałąkowatej ramie
ostrze wyrzynarki. Oszlifowanie papierem ściernym
wszystkich kawałków puzzla i przetarcie ich irchą oraz
kilka końcowych zabiegów zajmowało mu ostatnie dni
z owych dwóch tygodni. Puzzel wędrował do jednego
z przewiązanych szarą wstążką czarnych pudełek pani
Hourcade; Winckler naklejał pod pokrywką etykietkę
z datą i miejscem powstania akwareli

ukę malowania poprzedziły rutynowe lekcje rysunku,
węglem, grafitem i sangwiną, po paru latach dopiero
przyszły pierwsze próby w plenerze. Odpowiedzią na
kiepskie wprawki ucznia była niezmiennie totalna
i bezlitosna krytyka malarza. W samej decyzji Anglika,
by podjąć, naukę, było coś zagadkowego, niedającego
się zdroworozsądkowo wytłumaczyć. Valene nie mógł
pojąć jak to możliwe, by człowiek tak pozbawiony ta­
lentu jak Bartlebooth, zdecydował się na długie,
żmudne i odpłatne studia malarskie. „Poza ową zwię­
złą edukacją prawie z sobą nie rozmawiali. (...) Kilka
razy jednak zdarzyło mu się w czasie powrotnej jazdy
zadać Bartleboothowi pytanie, dlaczego właściwie tak
uparcie pragnie nauczyć się malować akwarelą.
«A czemuż by nie?», odpowiadał zazwyczaj Bartlebo­
oth. «Ponieważ - zareplikował pewnego dnia Valene na pańskim miejscu większość moich uczniów dawno
by się zniechęciła*. «Jestem więc aż tak beznadziejny?*

*Fort Dauphin (Madagaskar) 12 czerwca 1940*
albo *Port Said (Egipt) 31 grudnia 1953*, a następnie
pudełko, opatrzone uprzednio numerem i zalakowane,
dołączało do gotowych już puzzli w bankowym sejfie
Societe Generale; nazajutrz zaś, a czasami kilka dni
później, listonosz przynosił nową akwarelę".
I tak osobliwa spółka Bartlebooth-Winckler funk­
cjonowała nieprzerwanie przez dwadzieścia lat od
1935 do 1955 roku. W tym czasie Winckler wywiązał
się bez zarzutu z powierzonej mu pracy, wykonując
wszystkie 500 układanek na podstawie nadesłanych
mu akwarel.
Cytuję bezwstydnie i bez skrupułów te długie frag­
menty z Pereca, nie tylko dlatego, że jakiekolwiek
streszczenie zmienia te finezyjne mikroeseje o pejza­
żach portowych, o procesie ich malowania, o pracy
nad wycinaniem wzoru puzzla w blady i nieuchronnie
kaleki, pomniejszony model oryginału. Przede wszyst­
kim jednak dlatego, by unaocznić, jak językiem Pere­
ca rządzi zasada maksymalnej wierności wobec opisu
widzialnego świata, jak słowo ciasno przylega tu do
rzeczy, a także, by zademonstrować, jak twórczo obec­
ny jest w nim wspomniany wcześniej żywioł enumeracji. Ten chwyt nigdy nie jest prostą, pozbawioną więk­
szego sensu wyliczanką, zawsze służy nazwaniu, skata­
logowaniu, objęciu maksymalnej liczby elementów da­
nej klasy obiektów. Zawsze jest ambitną, choć z góry
skazaną na porażkę, próbą utrwalenia w języku istnie­
jącej różnorodności form widzialnych. Jest pragnie­
niem ich unieśmiertelnienia, zapisania śladów ich
obecności. Imperatyw Pereca - choć jedyny w swoim
rodzaju - przypomina wysiłki innych pisarzy, znajdują­
cych sens pisania po stronie jej funkcji ocalającej:
choćby Schulza („co nienazwane nie istnieje"), czy
Miłosza („co niewyrażone zmierza do nieistnienia").

- spytał Bartlebooth. «Cóż - odrzekł Valene - przez
dziesięć lat można się wszystkiego nauczyć; panu rów­
nież się to uda. Ale dlaczego chce pan gruntownie po­
znać sztukę, która emocjonalnie jest panu całkowicie
obca?*. «Nie interesuje mnie akwarela, tylko to, do cze­
go ma mi posłużyć*. «A do czego ma panu posłużyć?*
«Ależ do puzzli, drogi panie, do puzzli, rzecz jasna*
- odparł bez najmniejszego wahania Bartlebooth".
Dopiero bliższy kontakt ze Smautfem i Wincklerem dal Valene'owi pogląd o ciężarze i skali przedsię­
wzięcia Bartlebootha. Pozwolił zrozumieć, że w wytwa­
rzaniu puzzli najmniej chodziło o manualną rozrywkę:
„Wyobraźmy sobie człowieka, którego bogactwu do­
równuje jedynie jego obojętność wobec wszystkiego,
na co zwykle pozwala wielka fortuna, i który, poniesio­
ny ambicją i dumą, zapragnął objąć, opisać, wykorzy­
stać do cna — nie, nie całość świata, to bowiem z zało­
żenia skazane byłoby na żałosną klęskę - ale jego frag­
ment: stawiając czoło jego zagmatwanej niespójności,
doprowadzić do końca zamierzenie niewątpliwie ogra­
niczone, ale tworzące zamkniętą całość, nieskazitelne,
definitywne".

29

30

31

Pomysł Bartlebootha był równie prosty, jak konse­
kwentny. Obejmował trzy
etapy. Przez pierwsze dzie­
sięć lat, od roku 1925,
opanuje on biegle sztukę
akwareli. Przez kolejne
dwadzieścia, sporządzi 500
marin identycznego for­
matu, gotowa akwarela
powędruje do rzemieślnika
specjalisty, który naklei ją
na deseczkę, a następnie
potnie ją na puzzel złożony
z 750 kawałków. Przez na­
stępnych dwadzieścia lat
zrekonstruuje on w po­
rządku powstania wszyst-

Pora wprowadzić trzecią postać z kamienicy Pereca,
malarza Valene'a. Związek Valene'a z Bartleboothem
ma dwojaki aspekt. Najpierw o pierwszym, bezpośred­
nim. To u niego właśnie Bartlebooth pobierał pierwsze
lekcje sztuki malowania farbami akwarelowymi. Ten
nie miał żadnego pojęcia o sztuce akwareli, toteż na­
19

�Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

kie pięćset puzzli, przy czym każda akwarela zostanie
po ułożeniu oddzielona od podłoża, zawieziona na
miejsce swoich narodzin i tam poddana unicestwieniu
przy pomocy rozpuszczalnika. Tym samym po całej
operacji nie pozostanie żaden ślad. Cały proces zato­
czy koło i powróci do punktu wyjścia. Będzie to więc
droga od pierwotnego Nic do końcowego Nic, jak gdy­
by kulawe, ograniczone, bo na ludzką skalę, powtórze­
nie dzieła rozpiętego między stworzeniem i apokalipsą.
Projekt Bartlebootha wspierał się na trzech podsta­
wowych zasadach. Wedle pierwszej, moralnej, nie cho­
dzi w tym przedsięwzięciu o żaden czyn heroiczny, byłby
to projekt zwyczajny, niedostrzegalny, trudny, ale z pew­
nością dający się wykonać. Według drugiej, logicznej,
wyklucza się tu działanie przypadku wpisując w prze­
strzeń i czas wydarzenia o identycznej naturze. Według
trzeciej, estetycznej, projekt spełniałby się nie tylko
w swojej bezużyteczności, ale przede wszystkim bezinte­
resowności i kulminował ostatecznie w samozniszczeniu.
Niestety, nadzwyczaj ambitny i pozbawiony pra­
gnień o jakiejkolwiek korzyści, projekt angielskiego mi­
liardera nie zostanie doprowadzony do końca. Przed ułoże­
niem pięćsetnej mariny umiera. Perceval Bartlebooth
ostatecznie nie dociera do swojego Graala.
Drugi, subtelniejszy związek Valene'a z Bartleboothem
polega na tym, że malarz również żyje obsesyjnie pew­
nym projektem. Pragnie namalować obraz kamienicy,
w której od 55 lat mieszka, obraz, „którego znierucho­
miałe, oderwane wycinki stały się przekleństwem każ­
dej z jego c h w i l " . Valene, nieco podobnie jak Bartle­
booth, chce namalować, utrwalić również jeden zna­
czący fragment świata, jedną kamienicę z całą jej po­
gmatwaną historią, prześladuje go obraz „rozpłatanego
budynku, który obnaża bezwstydnie skazy swej prze­
szłości i teraźniejszy rozkład, całe to pozbawione dal­
szego ciągu spiętrzenie historyjek wzniosłych lub far­
sowych, frywolnych lub żałosnych". O n sam także
znalazłby się na obrazie, gdzieś na jego obrzeżu i malo­
wałby obraz, na którym stoi on sam malujący obraz
itd., jakby malarska wariacja na temat grafik Eschera.
Tego obrazu nigdy nie skończy, dodajmy: ledwie go za­
cznie. Śmiercią Valene'a i opisem niedokończonego
płótna - „jedynie kilka starannie narysowanych wę­
glem linii dzieliło je na równe kwadraciki - szkic prze­
kroju domu, w którym już nikt nie zamieszka" - koń­
czy się powieść. Obydwa więc zamierzenia, mistrza
i ucznia, kończą się ostatecznie porażką.
32

33

Czymże w związku z tym jest układanie puzzla,
czynność, którą zdaje się odesłaliśmy już nieodwołalnie
do dziecięcego pokoju: „Na pierwszy rzut oka układa­
nie puzzli wydaje się prostą, niewymyślną sztuką,
mieszczącą się bez reszty w ubogich naukach Gestataktheorie; rozpatrywany przedmiot - obojętne, czy jest
nim akt postrzegania, proces uczenia się, system filozo­
ficzny, czy też, jak w interesującym nas przypadku, wy­
konana z drewna układanka - nie jest sumą poszcze­
gólnych elementów, które należy najpierw wyodrębnić
i z osobna przeanalizować: stanowi on całość, to znaczy
pewną formę, pewną strukturę; element nie istnieje
przed zaistnieniem całości, nie jest od niej ani później­
szy, ani wcześniejszy; to nie elementy warunkują całość
- to całość określa elementy; nie sposób odgadnąć po­
staci całości ani rządzących nią praw, nie sposób po­
znać zbioru ani jego struktury, jeżeli zna się jedynie
z osobna składające się nań fragmenty, a co za tym
idzie, można wpatrywać się w cząstkę układanki przez
trzy doby bez przerwy i - pewnym będąc, że zgłębiło się
bez reszty wszelkie tajniki jej kształtu i kolorów - nie
posunąć naprzód o najcieńszy włos, liczy się bowiem
wyłącznie możliwość zespolenia jej z innym fragmen­
tem; i w tym sensie sztuka układania puzzli ma coś
wspólnego ze sztuką gry w go: dopiero połączone ele­
menty stają się czytelne, nabierają znaczenia - rozpa­
trywana z osobna cząstka układanki nie znaczy nic, jest
tylko jakimś mglistym wyzwaniem, pytaniem, na które
nie sposób znaleźć odpowiedzi; ale gdy tylko się uda po niekończących się chwilach prób i błędów albo
w przebłysku olśnienia - połączyć ją z jedną z jej sąsia­
dek, wtedy po prostu znika, przestaje istnieć jako cząst­
ka, a zawiłe problemy poprzedzające owo zespolenie,
problemy, których naturę tak dobrze oddaje angielskie
słowo puzzle - zagadka - nie tylko tracą rację bytu, lecz
wobec oczywistości rozwiązania wydaje się wręcz, że ni­
gdy ich nie było: obie w cudowny sposób połączone
cząstki przeistaczają się w jedną, i z kolei ona staje się
źródłem pomyłek, wahań, przypływów, nadziei".
35

O czym mówi Perec w tym fragmencie/
Oczywiście, w planie najprostszym, najbardziej po­
wierzchniowym, pozostającym zresztą w zgodzie z dzia­
łaniami jednego z głównych bohaterów, jest to czytel­
na rekonstrukcja sposobu układania puzzla. Dokład­
niej może: rekonstrukcja sposobu niemożliwości,
a każdym razie trudności uktadania puzzla. ]ak można
ułożyć cały obrazek, skoro nie wiemy, co w gruncie
rzeczy układamy (narrator ma na myśli „prawdziwego"
puzzla, a nie produkt masowy sprzedawany w skle­
pach, o czym za chwilę), a z poszczególnych elemen­
tów owej całości, z definicji, wydedukować się nie da.
Możemy tworzyć drobne związki sensownych połą­
czeń, ale i one stają się raczej kolejną zagadką niż roz­
wiązaniem. Pierwszy zespól znaczeń odnosiłby się więc
do zagadnień związanych przede wszystkim z grą.

34

O d epilogu powróćmy - na koniec - do wprowa­
dzenia. Tam bowiem znajduje się niby tylko technicz­
ny, ale zawierający pewien filozoficzny naddatek, opis
układania i tworzenia puzzla. Ze jest to fragment o du­
żym, fundamentalnym wręcz znaczeniu dla całej po­
wieści, domyślać się możemy również i po tym, iż zo­
stał on in extenso powtórzony w rozdziale XLIV, gdzie
mowa jest o pracy rzemieślnika Wincklera nad przygo­
towaniem układanki.

Drugi plan, chyba też nie jest przesadną, nomen
omen, zagadką. Umieszczając rozważania na temat puz20

�Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ

zli we wprowadzeniu do swojej książki, daje Perec
przejrzysty wykład sposobu jej czytania, właśnie: in­
strukcję obsługi dzieła, które mamy przed oczami. Perec
skonstruował swoją książkę na podobieństwo puzzla,
sam obsadzając się w roli jego twórcy, nas, czytelników,
w rolach jego rekonstruktorów, układaczy. Przepowie­
dział jednocześnie, jakie trudności możemy napotkać
w trakcie lektury. Składanie tych 99 rozdziałów w spój­
ną całość w istocie przypomina męki układacza puzzla.
Co ważne, akt lektury nie jest w tym układzie biernym
poddaniem się tekstowi, ale twórczą, rekonstrukcyjną
pracą nad jej sensem głębokim. Do czytelnika należy
połączenie tych różnorodnych epizodów, tak by pod ni­
mi odsłonił się czytelny wzór całości.
W trzecim, najbardziej nas interesującym planie
owo składanie puzzla najbardziej przypomina inter­
pretację życia, rekonstrukcję jego znaczeń w spójne
całości. Wydaje się nie ulegać wątpliwości, że dla Pe­
reca puzzel jest figurą życia. Zycie jest pewną postacią
puzzla, powiada Perec. Tak jak rozsypana układanka,
i życie składa się z setek, tysięcy drobnych detali, któ­
rych sens nie rysuje się przed nami z naturalną oczy­
wistością. Chcąc je zrozumieć, dodajemy mozolnie je­
den fragment do drugiego, przymierzamy, czy do sie­
bie pasują i z tych drobin sensu staramy się konstru­
ować jakieś większe całości. Co i raz wydaje się nam,
że uchwyciliśmy właśnie sens całości, ale ten nie­
ustannie wymyka się. Zycie, przypomnijmy raz jeszcze
Diltheya, jest tym, co nas przerasta, co wychodząc na
jaw, raz po raz znika w ciemności. Interpretator życia,
ten, który chce nadać mu jakieś znaczenie, usiłuje
ogarnąć je w pewne sekwencje, związki, struktury, n i ­
czym w istocie nie różni się od tego, który pochylony
nad setkami rozsypanych elementów stara się zbudo­
wać z nich obrazek, w którym wszystkie elementy bę­
dą do siebie pasowały. I jeden, i drugi, jak sugeruje
przypadek Bartlebootha, ostatecznie nie są w stanie
sprostać zadaniu.

pozacierał ślady - posłuży się fortelem, iluzją, zastawi
pułapki; z premedytacją sprawi, że wszystkie widoczne
w obrazie przedmioty - fotel pokryty złocistym broka­
tem, trójgraniasty czarny kapelusz zdobny czarnym, wy­
strzępionym piórem, żonkilowa liberia z mnóstwem
srebrnych galonów - od samego początku kierować bę­
dą na fałszywe tropy; mało tego, że obraz - zorganizo­
wana, spójna, ustrukturowana, pełna znaczeń prze­
strzeń - pocięty zostaje na rozproszone, bezkształtne,
ubogie w treść cząstki: od tej chwili ich zdaniem staje
się dezinformacja; pasujące do siebie jak ulał dwa frag­
menty gzymsu stosowne miejsca znajdują na przeciwle­
głych krańcach sufitu, klamra mundurowego pasa oka­
zuje się metalowym zwornikiem kandelabru, a kilka
identycznych prawie na pierwszy rzut oka kawałków na­
leży po części do stojącego na kominku karłowatego po­
marańczowego drzewka, po części zaś do jego odrobinę
tylko ciemniejszego odbicia w zwierciadle - oto klasycz­
ne pułapki, z jakimi ma do czynienia prawdziwy amator
układanek.
Z powyższego wysnuć można pewien wniosek
- otóż ostateczna prawda, jaką kryje w sobie puzzel,
polega na tym, że nie jest to, wbrew pozorom, samot­
na rozrywka: każdy gest układającego jest tylko po­
wtórzeniem gestu, jaki twórca puzzla wykonał już
przed nim; każdy element, który bierze do ręki, który
bada i pieści, odkłada, znów po niego sięga, każda
kombinacja, której bezskutecznie poszukuje, każdy
przebłysk intuicji i nadziei, każdy odruch zniechęcenia
- jest wynikiem jego poprzednika, ów bowiem wszyst­
ko to dawno już obmyślił, zbadał i wyliczył".
Układanie puzzla jest tedy sztuką nieuchronnie dwu­
znaczną. Jest przestrzenią wolności, spontaniczności,
kreacji, a z drugiej strony ograniczane jest wciąż przez za­
mysł jego twórcy, co sprawia, że ręka układającego, sama
0 tym nie wiedząc, poddana jest jakiemuś przedustawnemu imperatywowi konieczności. Czy „gra w życie" pod­
lega temu samemu, paradoksalnemu prawu. Nie jest
przecież jasne, czy z powyższego wynika, że tkanina życia
również ma swego Autora? Czy jest ktoś, kto „wycina"
puzzla poszczególnego życia? Czy rozumienie życia - „nie
jest to samotna rozrywka" - polegałoby zatem w istocie
jedynie na powtórzeniu gestu pierwotnego kreatora, od­
czytaniu przygotowanego uptzednio wzoru? I jeszcze: czy
jest ktoś (kto?), kto przygotował puzzla życia, którego
elementami wszyscy jesteśmy? Tego, niestety, nie wiemy.
36

7

I w tym miejscu pojawia się zaskakująco czwarty plan,
metafizyczny, wokół którego od początku tych rozważań
nieśmiało krążymy. Pojawia się jako zwieńczenie rozwa­
żań o różnych typach puzzli. Otóż, narrator wyraźnie
podkreśla, że mechanicznie tworzone, najczęściej spoty­
kane puzzle są produktem o małej wartości. Nie tylko
wykonane są z kartonu, a nie z drewna, nie tylko zaopa­
trzone są na pudełku w obrazek, który trzeba ułożyć, ale
nade wszystko są cięte mechanicznie, co w gruncie rzeczy
niweczy samą istotę puzzla. Dzieje się tak dlatego, że
przypadkowe cięcia dają w efekcie dość przypadkowe
trudności w ułożeniu, generalnie jednak po ułożeniu naj­
bardziej wyeksponowanych przedmiotów, stopień trud­
ności, jaki przedstawiają dla układającego, jest niewielki.

1 zdaje się, wiedzieć nie będziemy.
Zycie jest opowieścią o nieczytelnym wzorze, mówi
Ricoeur.
Zycie jest puzzlem, powiada Perec. Puzzlem, czyli
zagadką.
Nie mam rozwiązania zagadki życia, dopowiada
Dilthey.
Ale wysiłki, by odnaleźć przynajmniej zarysy wyj­
ściowego obrazka, nie ustają.
C'est la vie. Bo Francuzi zawsze wszystko wiedzą
najlepiej.

„Prawdziwa sztuka pojawia się dopiero wraz z drew­
nianym, ręcznie wykonanym puzzlem; pojawia się
w owej chwili, w której jego twórca rozważać zaczyna
wszelkie zagadnienia, z jakimi przyjdzie borykać się
układającemu; gdy - zamiast pozwolić, by przypadek
21

�Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC

Przypisy
1

2

fragmentu przeszłości. (...) Jeśli interesujemy się przeszłością,

W. Dilthey, Rozumienie i życie, w: Wokół rozumienia. Studia i szki­

powinniśmy interesować się tym, co oznacza ona dla nas tu i te­

ce z hermeneutyki, wybór i przekład G. Sowiński, Kraków 1993,

raz. Do tego potrzebne jest romantyczne podejście do tekstu hi­

s. 91

storycznego, a nie naukowe podejście współczesnego history­

Por. choćby artykuły z dwóch dobrze znanych zbiorów wyda­

ka", Pochwala narratywizmu.

nych po polsku, prezentujących dokonania badaczy z Tartu: Se­

smitem, „Konteksty" nr 1-2: 1997, s. 90

miotyka kultury oraz Semiotyka dziejów Rosji.
3

4

1 1

Rozmowa z Franklinem R. Anker-

Nawiasem mówiąc, gdy chodzi o skalę i wnikliwość polskiej re­

J. Łotman, Wola boska czy gra hazardowa (Prawidłowość i przypa­

cepcji Diltheya, bez wątpienia ma rację Grzegorz Sowiński, tłu­

dek w procesie historycznym), „Konteksty" nr 1-2: 1997, s. .33

macz arcyciekawych fragmentów z obszernego dzieła niemiec­

Tamże, s. 33-34; por. też fascynującą książkę Alexandra De­

kiego filozofa, że jest ona minimalna, a w niektórych przypad­

mand ta na temat historii alternatywnej, w której rozważa on na

kach wręcz skandaliczna, por. G. Sowiński, Ku myśli myśliciela.

podstawie o wielkie wydarzenia w historii inne możliwe scena­

Zapiski hermeneutyczne na marginesie dzieła Wilhelma Diltheya, w:
Wokół rozumienia..., s. 120

riusze tego, co się rzeczywiście wydarzyło, A . Demandt, Historia
niebyła. Co by było, gdyby...!, przel. M. Skalska, Warszawa 1999

14

Z badaczy zwyczajowo łączonych z filozofią życia na odkrycie

5

Tamże, s. 34

przez antropologię oczekuje bez wątpienia jeszcze Georg Sim-

6

J. Łotman, Kultura i eksplozja, tl. i wstęp B. Zylko, Warszawa

mel, autor błyskotliwych antropologicznych rozpraw i esejów,

1999, s. 172

który w wyniku administracyjnego przyporządkowania został

7

zesłany do obozu socjologii i prawem bezwładu tam już pozostał.

O kłopotach semiotyki z podmiotem zob. klasyczny artykuł R
Ricoeura, Wyzwanie semiologiczne: probłem podmiotu, w: tegoż,

15

Egzystencja i hermeneutyka, opr. S. Cichowicz, Warszawa 1985,

innych przedstawicieli ówczesnej filozofii życia.

s. 245-275 czy świetny artykuł W. Panasa, Z zagadnień semiotyki

16

podmiotu, w: tegoż, W kręgu metody semiotycznej, Lublin 1991, s.

17

123-1.35
8

W. Dilthey, Rozumienie i życie, w: Wokół rozumienia..., s. 87
E. Paczkowska-Łagowska, Logos życia. Fiłozofia życia w kręgu
Wilhelma Diltheya, Gdańsk 2000, s. 92
W. Dilthey, Rozumienie i życie..., w: Wokół hermeneutyki...., s. 94

W. Juszczak, Treść pierwszych rzeczy, w: Fragmenty. Szkice z teo­

18

rii i filozofii sztuki, Warszawa 1995; Kiedyś Stanisław Lem sfor­

14

Dilthey, Rozumienie i życie, s. 83

mułował trzy prawa rządzące polską rzeczywistością czytelniczą:

2 0

W. Dilthey, Wokół rozumienia... s. 87

1. Nikt nic nie czyta. 2. Jeśli czyta, to nie rozumie. 3. Jeśli rozu­

21

mie, to zapomina. Bardzo skromna, niemal żadna, jeśli nie li­

9

Co wyraźnie odróżniało Diltheya od Nietzschego czy Bergsona,

R Ricoeur, Zycie w poszukiwaniu opowieści,

tłum. E . Wolicka,

„Logos i Ethos" nr 2: 1993, s. 230

czyć kilku drobnych recenzji, recepcja wybitnej książka Wiesła­

2 2

Tamże, s. 233

wa Juszczaka refleksję Lema boleśnie potwierdza.

2 5

Tamże, s. 233

W. Juszczak, Występny ornament, czyli o napięciach między sztuką

2 4

Tamże, s. 234

a kulturą, w: Fragmenty..., s. 15.3-154

2 5

Elżbieta Wolicka zarzuca Ricoeurowi, że ten miesza perspekty­

1 0

Tamże, s. 155

wę rozumiejącej opowieści i rzeczywistego życia, nieuwzględnia-

"

M. Swietlicki, Henry/c Kwiatek, w: Wiersze wybrane, Legnica

jąc, że zasadnicze dylematy ludzkiego życia rozgrywają się na in­

2002, s. 10-11

nej płaszczyźnie niż histotyczne fikcje czy fikcyjne historie: „Nie

12

Wątpliwości tu zaprezentowane nie ograniczają się jedynie do

wystarczą tylko erudycyjne poszukiwania «formy nałożonej na

obszaru antropologii. Oto glos historyka sztuki, w którym po­

mgliste treści*, ponieważ nie w nałożeniu takiej czy innej formy

brzmiewają bardzo podobne tony: „Tak charakterystyczne dla

kryje się sedno dramatu ludzkiej dziejowości, dokonywanych

współczesnej nauki pozbycie się gatunków i metod poznania na­

wyborów i decyzji. Rozgrywa się on na płaszczyźnie rzeczywi­

zywanych poznaniem artystycznym, doprowadziło do sytuacji

stości, wobec której człowiek wypowiada elementarne tak lub

kiedy dialogiczna, utożsamiająca refleksja o sztuce stała się nie­

nie, a dopiero potem — jeśli i na ile zdoła — ubiera tę źródłową

możliwa. (...) Nie możemy pozwolić na to, aby język mówił na­

afirmację (...), lub negację w kształt opowieści", E. Wolicka,

mi, a nie my językiem, nie możemy pozwolić, by wszelkie łączo­

Homo narrator, „Logos i Ethos", nr 2: 1993, s. 245

ne z procesem twórczym dychotomie, takie jak na przykład bie­

1 Ь

guny przypadku i konieczności, spontaniczności i kontroli, bez­

tuję za stroną internetową: Georges Perec/ Interroger Yhabitueł

pośredniości i pośredniości, improwizacji i kalkulacji, stwarza­

2 7

M. P. Markowski, Georges Perec: zapisywanie pustki, „Tygodnik

2 8

G. Perec, Zycie. Instrukcja obsługi, przeł. W. Brzozowski, Warsza­

nia i odkrywania, uczuciowości i zmysłowości, łączono jedynie

M. Perec, Approches de ąuoil, w: In/ra-ordinaire, Paris 1989, cy­

Powszechny" nr 28: 2002, s. 16-17

ze sztuką", W. Okoń, Nie Van Dycki, czyłi o utożsamianiu, „Kon­
teksty" nr 1-2: 1997, s. 53; wtóruje mu historyk opowiadający

wa 2002, s. 75-77

się za „nowym romantyzmem" w metodologii historii: „To jest

N

Tamże, s. 247-248

teoria historyczna, która mi odpowiada. Historia nie jest tu

3 0

Tamże, s. 152

traktowana jako nauka. C i romantyczni historycy, choćby Mi-

ч

Tamże, s. 152-153

chelet, Tocqueville, byli bardzo osobiście zaangażowani.

32

Tamże, s. 164

(...)

Chcieli powiedzieć coś bardzo osobistego, o czym powinni wie­

!3

Tamże

dzieć inni. I to jest to, co utraciliśmy, ponieważ historia stała się

14

Tamże, s. 596

nauką. Historia jest pisana przez całkowicie odczłowieczone

35

Tamże, s. 11-12

jednostki, które po prostu orzekają o prawdziwości jakiegoś

16

Tamże, s. 14

22

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9887" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9865">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/f6f477f92218fbf5c7b7a85f3c47cb5f.pdf</src>
        <authentication>20a1d9776e45761ae815515e276641cf</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117659">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2742</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117660">
                <text>1999</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117661">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2552</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117662">
                <text>„Ślepy bibliotekarz" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117663">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.1-2, s.29-41</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117664">
                <text>Tokarska-Bakir, Joanna</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117665">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117666">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117667">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117668">
                <text>„Ślepy bibliotekarz"
O pisemnym wymiarze ustności*
Joanna Tokarska-Bakir
...sposób obchodzenia się z pismem jest już sam w sobie decyzją o sto­
sunku bycia i słowa do człowieka, a konsekwentnie o stosunku człowie­
ka do bytów, i o sposobie, w jaki oboje, człowiek i rzecz, trwają w nieskrytości lub wycofują się z niej.
Martin Heidegger'
Wychodzimy z Księgi jedynie w ramach tejże samej księgi, gdyż (...)
świat jest Księgą.
Jacques Derrida

2

Nie pamięć, ale właśnie zapomnienie jest warunkiem naszego istnienia.
Szalom Asz

3

Przedsięwzięcie, które będzie przedmiotem tego artykułu,
można określić odwrotnie niż określił swoje A. Graham, au­
tor pracy o ustnym wymiarze pisma : chodzi o p i s e m n y
w y m i a r u s t n o ś c i . Będzie tu mowa o źródle, które
wyposaża w sens kulturę typu ludowego. Paradoksalnie
źródłem sensów tej ustnej w swej istocie kultury, jest Pismo,
przy czym nie tyle chodzi tu o Biblię, co o wyobrażenie, ja­
kie o mądrości Biblii może mieć człowiek niepiśmieny. Wy­
obrażenie to przybiera - w polskiej kulturze ludowej - postać
Księgi Michaldy ze Sabby , to jest tzw. „sybiliji-bibliji" i in­
nych proroctw, albo też skróconą formę „listów z nieba", modlitewek „swoich" lub „prywatnych" , występuje też w posta­
ci „księgi w ogóle", czyli pisma widzianego oczami kultury
ustnej. Wysoka pozycja książki w kulturze ustnej - tekstu
traktowanego jako remat , nie temat - to dziedzictwo archa­
icznych wyobrażeń o przedustawnej księdze-martycy świata,
rozwiniętych w mitologii judeochrześcijańskiej (mistyka To­
ry i Logosu, Chrystus jako „księga życia"), muzułmańskiej
(Koran jako matka wszystkich ksiąg, w tym także „księgi
stworzenia") i w religiach egzotycznych. W polskich ludo­
wych przeróbkach wątki te odzywają się niespodziewanie
mocno.

i wśród ludzi, wśród których nauka pisania od pokoleń ucho­
dzi za czynność kultową. Rozszerzając kategorię stosowaną
przez Jacka Goody'ego i Waltera Onga, styl ten nazywam
u s t n o ś c i ą o n t o l o g i c z n ą , w opozycji do p i s e m n o ś c i , także wyposażonej we własną ontologię i epi­
stemologię. Takie poszerzenie kategorii ustności pozwoli na
swobodne poszukiwania w obrębie całej kultury, bez wzglę­
du na „wysokość" zlokalizowanych treści. Proponowana tu
redeskrypcja ustności jest jednocześnie próbą scalenia dwóch
źródeł refleksji antropologicznej: Eliadowskiej refleksji nad
„ontologią archaiczną" i Heideggerowskiego myślenia o Po­
czątku (Anfang).
Oto planowana kolejność działań: najpierw zajmę się
splotem znaczeń, w których, w kontekście magiczno-religijnym, występuje pismo, słowo i imię. Spróbuję wykazać
odrębność sakralnych i świeckich ujęć tej triady, wydoby­
wając tę różnicę spod ujednolicenia, które zdominowało eu­
ropejskie myślenie o języku. Z rozróżnienia pisma sakralne­
go i świeckiego (i takiegoż nazywania) wyniknie następnie
przeciwstawienie szerokiego pojęcia ustności i resp. pisemności.

Rematyczność książki i pisma w ogóle zostanie w tym ar­
tykule potraktowana jako ślad, i jako symptom.
Jako ś l a d tego, co za Eliadem nazywam ontologią ar­
chaiczną, która funduje dziwne dziś i nieczytelne rozumienie
pisma jako bezpiecznego ukrycia, jako „utrwalenia przez za­
pomnienie". Takie pojmowanie i pisma, i zapomnienia, moż­
liwe jest tylko w obrębie pisma w sakralnym, bytowym wy­
miarze, o którym rzadko pamięta się w trakcie filozoficznych
debat nad statusem pisma.
Jednocześnie rematyczność jest też s y m p t o m e m ,
bo rematyczny użytek z pisma sygnalizuje ufundowany na
ontologii archaicznej, specyficzny „styl kultury", który roz­
poznać można nie tylko wśród ludowych analfabetów, ale

Dlaczego „prawdziwy pątnik" chwyta za pióro

4

5

6

* Artykuł jest skróconą wersją rozdziału z mojej książki Imago insolita. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych, która ukaże się
w tym roku nakładem Fundacji Na Rzecz Nauki Polskiej.

We współczesnych tomach Księgi łask, prowadzonej
w Kalwarii Pacławskiej od X V I I wieku, co kilkadziesiąt stron
pojawia się tekst zapisany starczym charakterem pisma, coraz
trudniejszym do rozszyfrowania. Autorem jest, jak sam się
przedstawia, „prawdziwy pątnik", „P. Franciszek ze wsi Buszkowiczki". „Wstaw się Matko Boska do Pana Boga, żebym
przejrzał" - czytamy w pierwszym jego wpisie. Z wpisów ko­
lejnych dowiadujemy się o nim więcej: „Ja sługa Boży, zro­
biłem 350x drogę krzyżową, dróżki Pana Jezusa i 300x dróż­
ki Matki Boskiej. Oświadczam, że modlę się o pokój na świe­
cie, za ludzi nie wierzących, aby Najwyższy Pan Bóg oświe­
cił ich, aby się nawrócili i zostali zbawieni za chorych i opu­
szczonych, za chorych i opuszczonych staruszków (...) i za
naszego Gwardiana Grzegorza i za służkę kuchenną. Jestem
powołany za prawdziwego pątnika (...). Oznajmiam, że pod29

�czas tej mojej podróży ociemniałem (...)• Odzyskałem wzrok
u Panny Marii w Jarosławiu u Matki Boskiej Bolesnej. Ob­
myłem sobie oczy wodą cudowną ze studni I dostałem ofiarę,
i płakałem, i prosiłem Matkę Boską o zwrok [wzrok] i przy­
szedłem (...) do kościoła i zamówiłem trzy mszy Św. [święte]
i przejrzałem na oczy". We wpisie ostatnim prawdziwy pąt­
nik znowu będzie wyliczał „odprawione" dróżki i nowenny:
„...Ja pątnik zrobiłem 403 razy dróżki Pana Jezusa.
P.Franciszek, Buszkowiczki.
Ja pątnik zrobiłem dróżki do Matki Boskiej 404 razy.
P. Franciszek z Buszkowiczek pragnę zrobić 500 razy za rok
teraz czuje [się] słaby bo 86 lat kończę. Jestem inw.[alidą]
wojennym 90% chorym o laskach.
Ja pątnik jestem tu na cudownym miejscu. Zrobiłem 500
razy, tzn. obchodziłem dróżki do matki Boskiej i pragnę jej
służyć tak do śmierci w niebie. Jestem jej sługa P. Dzisiaj
znowu dróżkami 409 razy i jutro też 410 raz bo kocham Ma­
ryję że nam dała Syna kto wierzy wniego ten zbawiony bę­
dzie. Pątnik P.
Oświadczam że ja pątnik P. zrobiłem 437 razy Kalwarii
Pacławfskiej] 4000 razy mam zaświadczenie od Gwardiana
Sroki 30 razy dał mi nowy Gwardian. Ja sie zapisywałem
w książce na 7 razy. Również oświadczam że byłem 4 dni na
Zielnej i teraz jusz po Zielnej to razem 437 razy. P. Franciszek
zbuszkowiczek.
22, 23 Wrzesień 400 razy chodzę o kwartyńca herbaty, ka­
wałeczek laba [chleba]. Kucharz nic nie dają (...)
Pątnik P."
7

Po co pątnik P. wpisuje się do Księgi? Odpowiedź nie na­
stręcza trudności: uwiecznia siebie, a zarazem w uroczysty
sposób ofiarowuje swój wysiłek Matce Boskiej. Pismo wy­
stępuje tu w roli podwójnego, a nawet potrójnego mediatora:
nie tylko między wiernym i Adresatką, ale też między niepa­
mięcią o rzeczach nie zapisanych i pamięcią, której jest sym­
bolem. Ponadto pismo pośredniczy między rozdwojoną świa­
domością samego pątnika P, który dopiero w akcie pisania
uzmysławia sobie wyraźnie siebie i własne położenie: to, że
jest głodny, że jest inwalidą, że jest w świętym miejscu. Dzię­
ki pismu może spojrzeć na siebie, którego opisał, oczami
c z y t e l n i k a - być może stwierdzi, że on i człowiek
w tekście opisany to dwaj zupełnie inni ludzie?
Tak oto pątnik P. wprowadza nas in medias res, w sam śro­
dek Platońskich dyskusji nad naturą pisma. W zapisie pątni­
ka P. pojawiły się, jak widać, trzy wątki znane z Platona : (1)
wątek uwiecznienia, w jakie pismo wyposaża przemijające
rzeczy, (2) charakterystycznego dlań uprzedmiotowienia te­
go, co chwilę wcześniej wcale przedmiotowe nie było, i (3)
będącego jego konsekwencją wyobcowania tekstu (a raczej
„rzeczy" owego tekstu) z jego „życiowego" kontekstu. Nie
jest to jednak wszystko, co da się powiedzieć o piśmie i jego
roli w kalwaryjskiej Księdze łask. Co zostało pominięte?
Pominięta została cała istota rzeczy. Wpis „prawdziwego
pątnika" pojawia się w Księdze łask co kilka stron. Za każ­
dym razem jest to monotonna wyliczanka wykonanych
„dróżek", różańców i nowenn, do których dochodzą jeszcze
równie monotonne „intencje". Z pątniczą praktyką nieskoń­
czonej pradaksziny - tak w Indiach określa się rytualne
okrążanie świętych miejsc i budowli - wpisy te tworzą har­
monijną całość, która domaga się czegoś więcej niż tylko
analizy treściowej. Analiza „tematyzująca" zapoznaje istotę
rzeczy, która w rzeczywistości żadnym „tematem" nie jest jest bowiem r e m a t e m. Pątnik P. traktuje swój wpis
8

30

r e m a t у с z n i e, jak jedno ze swoich okrążeń. Takich
wpisów, w których nie jest istotne „o c z y m" się mówi,
ale „c o", i w ogóle „ż e" się mówi, jest w Księdze łask wię­
cej. Niektóre z nich są też rematyczne w sposób bardziej do­
słowny. Przede wszystkim są to kryptogramy - niezrozu­
miałe zbitki liter lub skrótów i monogramy-inicjały, dalej
także wpisy modlitewne, zakończone formułą „Amen" lub
w całości będące formułą (modlitwy, pieśni itd.), albo zapo­
życzające język ze szczególnie zgrabnych wpisów cudzych,
de facto czyniąc je formułami. Rematyczny charakter mają
też wpisy ograniczające się do samych podpisów, umie­
szczonych niekiedy pod wielką na całą stronę literą (?) „Ż"
(formuła-zawijas zaczerpnięta z „pisma urzędowego"). Cie­
kawe: wpisujący się do Księgi świadomie tu rezygnuje
z możliwości wypowiedzi „tematyzującej". Ważny jest dla
niego tylko podpis.
Zastanówmy się, czym jest właściwie podpis. Podpis,
rzecz bliska osobistej pieczęci , to prawdziwy „znak szcze­
gólny". Zbliża się on do bytu właściciela tak samo blisko
jak imię, którego jest zapisem. Nie dajmy się zwieść temu po­
zorowi tautologii: ktoś, kto wpisuje się do księgi łask, wpisu­
je tam siebie samego. Nie jest to żaden facon de parler. Pod­
pis, podobnie jak pieczęć, znaczy: jestem tu sam, we własnej
osobie, nie ma między nami pośredników. Utrwalając imię,
podpis ujawnia obecność tego, kto go składa. Jak wynika ze
słów Hioba (zob. dalej), w postaci podpisu jest się b a r ­
d z i e j , niż gdyby imię nie zostało utrwalone w piśmie. Pi­
smo w podpisie ma w sobie coś z funkcji sakralnej, coś z mi­
styki kancelarii. Podpis zobowiązuje, przy czym zobowiąza­
nie to zdaje się wiązać i podpisującego, i tego, komu własny
podpis się przedstawia: „O, gdybym miał kogoś, kto by mnie
wysłuchał! Oto składam p o d p i s : niech Wszechmogący
odpowie! Niech n a p i s z e p i s m o Przeciwnik mój"
(Hi 31, 35)."
Podobnie transcendentalnie zaadresowany jest podpis
w kalwaryjskiej Księdze łask. Jest znakiem powierzenia, a za­
razem znakiem obligującej obecności. Oznacza, że podpisu­
jący, obecny w podpisie, sam, we własnej osobie, jest tam,
gdzie łaski są rozdawane.
9

10

Sakralny wymiar pisma
Osobliwości podpisu w kalwaryjskiej Ksiądze łask stano­
wią zapowiedź „sakralnego" - bytowego wymiaru pisma,
imienia i słowa. Wymiar ten otwiera się z chwilą, gdy uświa­
domimy sobie pierwotny związek pisma i jego desygnatu,
a także „magiczny" związek rzeczy i słowa. Związek ten naj­
bardziej wyraziście rysuje się w imieniu (podpis!), w owym
słowie par excellence.
W Słowniku etymologicznym Aleksandra Brucknera
znajdujemy ciekawe objaśnienie losów dawnego słowiań­
skiego określenia na „słowo": „ r z e c z, pierwotnie 'mowa,
słowo', od rzekę z samogłoską wydłużoną, cerk. ręcz; prze­
szło, jak i u innych Słowian, na znaczenie 'rzeczy' (łac. res,
niem. Sache) i pierwotną 'wiec' wyrugowało (...), w biblii
rzecz tylko 'mowa': «usłyszał Pan głos rzeczy waszych»
(...)" . Koncepcja, którą spróbuję wyłuszczyć w niniejszym
artykule, wychodzi właśnie od bytowej („rzeczowej") war­
tości słowa w kulturach archaicznych, od nie naruszonego
związku słów i rzeczy (a raczej słów=rzeczy), wciąż rozpo­
znawalnego w głębokich warstwach kultury współczesnej.
Ten związek i fundująca go substancjalistyczna ontologią
(ze względu na wyraźną ontologizację języka i pisma w kul12

�turze żydowskiej, emblematycznie można by ją nazywać
„żydowską" ) odzwierciedla się następnie w sposobie my­
ślenia o piśmie. Także i 0 П 0 nabywa wartości bytowej.
Odwołując się do idiomu Marcela Maussa można powie­
dzieć, że niektóre religie (judaizm, uważający pismo za
„siedzibę Szechiny" , hinduizm i niektóre odmiany buddy­
zmu, uświęcające zapis sylab mantrycznych , także islam
z bogatą mistyką i magią Koranu) przewidują taki „sposób
posługiwania się pismem", w którym jego aspekt bytowy
góruje nad epistemologicznym. Ów sakralny zapis jest naj­
pierw numinalnym bytem, z którym szuka się cielesnego
kontaktu, rematem nie podlegającym uprzedmiotawianiu ,
dopiero potem - jeśli w ogóle - czymś „do odczytywania"
i tematyzacji. W perspektywie, którą nazywam tu „żydow­
ską", pismo jest przede wszystkim miejscem bytu , dopie­
ro później przybytkiem wiedzy.
13

14

15

16

17

Sakralne użycie zmienia sens pisma-imienia-słowa, zapi­
su i wypowiedzenia. Imię zapisane różni się istotnie od wy­
mówionego. Hebrajskie ketib, 'napis', to eufemistyczne
wskazanie pisemnej obecności świętego imienia Boga, chro­
nionej zakazem głośnego odczytywania . Miary surowości
zakazu dopełnia umieszczenie go na drugim miejscu wśród
przykazań. W tekście Tory pozostawało imię czytane, nigdy
jednak nie wymawiane . W głośnym czytaniu (hebr. qere)
zamieniane było na omowne Adonaj, 'Pan'. Powierzenie pi­
smu świętego imienia Boga było wyrazem albo wielkiej nie­
ostrożności albo jeszcze większego zaufania. Powie ktoś, że
imię zapisane było w tekście bezpieczne, ponieważ księgi
strzegli kapłani . Nawet jeśli w tej koncepcji ezoteryki jako
zabawy w chowanego z profanami jest jakieś ziarno prawdy,
trudno to sobie wyobrazić w religii, w której nauka pisania
była czynnością stricte kultową , i która zrodziła paradoksy
w rodzaju „Stowarzyszenie drwali dla studiowania Miszny
w Berdyczowie" . Skoro zapis świętego imienia dostępny
był nawet dla drwali, to czy w ogóle powierzenie pismu imie­
nia Boga nie wiązało się jakoś z utajoną, dziś dla nas prawie
nieczytelną naturą pisma? Czy nie stoi za tym sugestia, że
sam zapis może być ukryciem - paradoksalną pisemną reali­
zacją tabu imion?
18

19

20

21

22

23

Radykalnie inne spojrzenie na naturę pisma prezentuje
Platońska tradycja filozoficzna, która najmocniej naznaczyła
europejski sposób myślenia. U Platona pismo rozważa się
w kontekście jego dobroczynnego lub szkodliwego wpływu
na pamięć , zaś ewentualny sens ontologiczny pisma ulatnia
się gdzieś bez śladu. Być może - jak zdaje się to sugerować
Heidegger w motcie do niniejszego artykułu - istnieje jakiś
związek między „subiektywizacją" pamięci, która u Platona
zaczyna być postrzegana jako atrybut ludzkiego zachowania,
i odchodzeniem w niepamięć bytowego sensu pisma. Tym te­
matem zajmę się w dalszej części tekstu. Na razie „perspek­
tywę grecką" potraktuję monolitycznie i upraszczająco - ja­
ko przeciwieństwo „żydowskiej". W ten sposób powstanie
czytelna opozycja nie miast już, ale całych światów: Aten,
które pismo wyłącznie tematyzują , i Jerozolimy, z charakte­
rystyczną dla niej sakralną, rematyczną funkcją pisma . Do
generalizacji tej wiedzie jednak długa droga, którą teraz krok
po kroku - choć tylko w zasadniczym zarysie - prześledzę.
24

25

26

27

się wręcz synonimem magii . Opiera się ono na milczącym
założeniu, że podmiot jest zakładnikiem swojego imienia: po­
wierza mu swoją tożsamość, która wraz z ujawnieniem imie­
nia może zostać naruszona. Bez przemyślenia tej zagadkowej
istoty imienia, sens pisma w jego sakralnym wymiarze pozo­
staje całkiem niedostępny.
Podobnie jak w wielu archaicznych mitologiach, także
i w Biblii hebrajskiej „imię (...) zawiera w sobie istotę każdej
rzeczy, tak że to, co nie ma imienia, po prostu nie istnieje" .
Ontologiczną wartość imienia antycypuje hebrajskie dabar ,
które w równym stopniu określa 'słowo', jak i 'rzecz' (por.
etymologia Brucknera!). Poświadczona przez mity kreacyjne
z całego świata bliskość między słowem i rzeczą, tworzeniem
i nazywaniem, od czasów Sir Jamesa Frazera pozostaje et­
nograficznym banałem, który rzadko staje się przedmiotem
gruntownego namysłu.
Rozróżnienie między ontologicznym i klasyfikacyjnym
sensem języka szczególnie wyraźnie prezentuje się w trady­
cji hebrajskiej. Pojawia się ono już na początku Księgi Ro­
dzaju, a explicite w apokryfach i w tradycji żydowskiej .
W Biblii, imię w swej bytowej odmianie jest jedno - jest to
„wielkie imię Boga", którego widzialną formą jest tetragrammaton. W akcie stwórczym imię to „udziela się stworzeniu",
pozostawiając w nim swoje sygnatury . Imię Boga, słowo
stwórcze, działa „odciskając na kosmosie swą literową pie­
częć , przy czym - rzecz charakterystyczna - kanałem
stwórczego działania jest pismo, nie mowa.
W odróżnieniu od boskiego, ludzkie nazywanie nie ma
w sobie nic ze stwarzania. Jest raczej rozpoznawaniem.
Różnicę w używaniu imion/nazw przez Boga i człowieka
widać w zestawieniu dwu fragmentów żydowskich apokry­
fów. W pierwszym mowa jest o Bogu, który „wyciągnął rę­
kę i wziął z pisma jedno ze swoich imion; z tego imienia
spadły trzy krople wody i oto cały świat wypełnił się wo­
dą!" i tak dalej, ze wszystkimi imionami, które dają począ­
tek żywiołom i reszcie kosmosu . Sytuacja zmienia się kil­
ka stron dalej, gdy Bóg każe Adamowi nazywać stworzone
uprzednio zwierzęta. Tu imię/nazwa pojawia się w swej
zwykłej, profanicznej postaci: „Kazał więc Pan zwierzętom
przejść koło człowieka i pytał go o nazwę każdego z nich.
Człowiek zaś odpowiadał: To jest wół, to koń, to osioł
(...)" . Różnica jest wyraźna: nazywanie boskie, ontologiczne, udziela stworzeniu jego „jest", nazywanie ludzkie
wprowadza zwykły epistemologiczny porządek w to, co jest
już od dawna. W słowie Bożym imię, udzielające się rze­
czom w których odciska swe literowe sygnatury, jest równo­
czesne z bytem, któremu pozwala być; w słowie ludzkim imię przychodzi po bycie, naznaczone jest piętnem podpo­
rządkowania, nierzadko przemocy.
28

29

30

31

32

33

34

35

Wobec ontologicznego sensu imienia myśl europejska
z reguły pozostaje bezradna . Bytowe pojęcie języka noto­
rycznie sprowadzane bywa do klasyfikującego. W głośnej
dyskusji Jacquesa Derridy z Claudem Levi-Straussem , fi­
lozof, zarzucający antropologowi brak „krytycznej odpowie­
dzialności," sam zdaje się nic o niej nie wiedzieć: mówi
o imionach sekretnych Nambikwara, nie zdając sobie sprawy
że jest to język „innego rodzaju", j ę z y k w s e n s i e
bytu
n i e k l a s y f i k a c j i . Nazywanie, pisze Derrida, to „protopismo i pragwałt", polegający na wpisywaniu
unikatowości w system, na „naruszeniu tego, co nietykalne,
na zatraceniu niepowtarzalności, jaką zapewnia bezpośre­
dnia obecność, czyli osobiste pojawienie się" . Jeśli filozof
ma rację - a pewnej słuszności odmówić mu nie sposób 36

37

3 8

Imię i przemoc
Przekonanie o możliwości zawładnięcia rzeczą dzięki
przeniknięciu imienia jest tak dobrze zaświadczone, że za­
równo w oczach etnografów jak i w języku potocznym stało

39

40

31

�to jego stanowcze słowa odnoszą się wyłącznie do języka
świeckiego. Nie mają zastosowania do tajemnych imion Nambikwara. W sakralnej, archaicznej odmianie języka imię
żadnym „pragwałtem" nie jest. Jest jednością z bytem, wy­
darzaniem się bytu , jego auto-grafem , z którego wymaza­
no czas. W żadnym razie imię nie przychodzi „po", bowiem
„być" w świecie ontologii archaicznej to, jak mówiła wyżej
Świderkówna, „nosić imię". Języki europejskie nic o tym nie
wiedzą - transmitują wyobrażenie o aposterioryczności
imienia. Potwierdzając sekwencję „najpierw byt, potem sło­
wo", mówimy: „nadać imię", „zyskać imię". W świecie
ontologii archaicznej jest inaczej. Imię, podobnie jak byt, nie
jest w gestii człowieka. Imię tworzy byt. Byt staje się („istoczy się") w imieniu.
Chociaż „być" oznacza „nosić imię", bynajmniej nie za­
kłada to zrozumiałości imienia, poznawalności tego, co
w nim jest. Imię magiczne, używane w sensie bytowym, po­
niekąd musi pozostawać niezrozumiałe, w ogóle nie jest bo­
wiem czymś, co bytuje poprzez bycie rozumianym . Jest
rematem, nie tematem. Takim właśnie, znanym acz niezgłę­
bionym imieniem jest JHWH, święte imię Hebrajczyków .
Pytając o nie w Księdze Wyjścia („Co jest jego imieniem?"
3,13), Mojżesz nie pyta o jego formę brzmieniową, dobrze
mu znaną, lecz o tajemnicę związaną z imieniem . Buber
komentuje ów fragment następująco: „Tam, gdzie słowo
«со» pojawia się w połączeniu ze słowem «imię», pyta się
o to, co się w tym imieniu objawia lub ukrywa" . Imię,
choć wyjawione, pozostaje „ciemne". Imię magiczne jest
zatem taką „częścią mowy", która sytuuje się poza granica­
mi ludzkiego języka , z jakichś jednak powodów, zamiast
opuścić teren, w którym jej za ciasno, uporczywie się go
trzyma (za chwilę zobaczymy jak notoryczna jest ta języko­
wa terminologia, pełna „słów mocy", „prawdziwych, twór­
czych imion", przekładających się na „pismo", „księgę",
„litery", „głoski" i „sygnatury"). Uporu tego nie można
uznać za przypadkowy. Mówi on coś o o naturze pisma, ja­
ka ujawnia się w religii.
41

42

49

sku" ) lub retrogresywnym, gdy stanowi jego ukrycie, po­
wrót do wewnętrzności (np. szyfrowy, niezrozumiały, „rematyczny" zapis świętego imienia, który nie ma służyć dalszej
tematyzacji).
Platońska refleksja (Tammuz w Fajdrosie) rozpoznaje
w piśmie tylko drugi z wymienionych tu ruchów, w dodatku
w jego profanicznej odmianie: pismo jako usuwanie żywej
obecności, która zostaje zastępiona śladem i pseudoobecnością, hypomnesis . W świetle tego poglądu, lethe, zapomnie­
nie, w którym pogrąża się byt rzeczy zapisanych, nie posiada
żadnej produktywności dla pamięci, mneme. Aby pokazać
rozmiar tej pomyłki trzeba najpierw zarysować kontekst,
który ujawni pracę, jaką pismo - lethe - wykonuje w obrębie
pamięci. Mowa będzie kolejno: o bytowym wymiarze słowaimienia w Biblii, o paradoksie uprzedniości zapisu wobec
stworzenia, następnie zaś o funkcjonowaniu pisma w magii.
50

Bytowy wymiar języka

43

44

45

46

47

Bezcelowe jest zapytywanie o znaczenie języka w sensie
bytowym (zob. np. szeroko dyskutowany problem znaczenia
mantr). Chodzi w nim o ewokację bytu, nie o komunikację.
Język ten pozostaje niezrozumiały, a powszechne w religii ta­
bu imion (ew..zakaz ich wokalizacji, przy akceptacji zapisu)
tylko tę jego pierwotną niedostępność nasila. Kolejnym
szczeblem zasłonięcia, praktykowanym głównie (choć nie
tylko) w społecznościach piśmiennych, bywa pismo. Dlatego
też język w znaczeniu bytowym w naturalny sposób ciąży ku
pismu (por. rozległa sfera amuletów pisemnych, o których
będzie mowa w punkcie Zapis i odczytywanie imienia).
Tegoż właśnie pisma dotyczy kolejne nieporozumienie,
pojawiające się w Derridowskiej polemice z Levi-Straussem.
Widać je w użytku, jaki Derrida czyni z „pisma", nazywając
imię „protopismem". Filozof czyni tak dopatrując się w imie­
niu tego samego, co uważa za naturę pisma: aposterioryczno­
ści. Oczekiwanie to jest słuszne tylko w zakresie pisma w je­
go świeckim wymiarze, bowiem relacje czasowe, łączące
imię, jego zapis i byt, ulegają w religii odwróceniu. O ile byt
s t a j e s i e w imieniu, jest z nim syn-chroniczny, o tyle
zapis imienia jest nieraz wręcz w c z e ś n i e j s z y od
ukrytego w nim (zapowiedzianego w nim) bytu . Pismo
w tym sakralnym znaczeniu nigdy nie jest zwykłym następ­
stwem bytu, jest jego zalążkiem. Zalążkiem w sensie progre­
sywnym, gdy stanowi odsłonięcie bytu (Zoharl, 15a: „Kiedy
wola Króla poczęła działać, wyryła znaki w najwyższym bla­
48

32

Bytowy wymiar słowa-imienia, jego ontologiczną gę­
stość, dokładnie widać w Biblii hebrajskiej. „Hebrajszczyzna
jest twarda, szorstka i chropawa jak granitowe głazy, jest
ciężka, nieprawdopodobnie nasycona treścią. Każde jej sło­
wo ma wagę i «masę» i jakąś prawie dotykalną trójwymiaro­
wą kanciastość" - pisze Ireneusz Kania . Zadziwiająca jest
skuteczność, z jaką oddaje ją archaiczna polszczyzna Jakuba
Wujka. „To tedy odprawiwszy s t a ł o
się
słowo
P a ń s k i e do A b r a m a w w i d z e n i u
mó­
w i ą c (...)" (Rdz 15,1) - Wujek antycypuje tu dosłownie ję­
zyk Heideggera. Bytowy sens słowa-imienia najmocniej do­
chodzi do głosu w proroctwie Izajasza. Słowo u Izajasza podobnie jak imię - ma zmysłowość rzeczy. Może być „wi­
dziane z daleka" (Iz 30,27), może wisieć jak chmura „nad Ju­
da i Jeruzalem" (Iz 2,1), może „świecić z krzaka" gorejące­
go , może być „latarnią dla nóg i światłem na ścieżce" (Ps
119, 105 ), może też stać się posłańcem: „Posłał Pan słowo
[dabar] przeciw Jakubowi" (Iz 9, 8; Ps 147, 15, 18, 19).
Gdy czyta się o brzemienności słowa, które nigdy nie jest wy­
powiadane na darmo („jak śnieg i deszcz spadają z nieba
i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi [...], tak i sło­
wo, które wychodzi z ust moich, nie powraca do mnie bezo­
wocne, zanim nie dokona tego, co zamierzam, i nie spełni te­
go, po co je posłałem", Iz 55, 10-11), łatwiej odczuć niezro­
zumiały już dziś sens drugiego przykazania Dekalogu. Sam
Pan czuwa „nad swoim słowem, żeby je wypełnić" (Jer 1,1112) . Biblijne słowo może zabijać (Iz 11, 4: „Słowo jego ust
zabiło wszystkich grzeszników" ) i zbawiać (Druga Przypo­
wieść Henocha 48, 8: „To przez Jego imię są zbawieni" ).
Może też sycić (Jer 15, 16, przekład Jakuba Wujka: „Nalazły
się mowy twoje i pojadłem je, i było mi słowo twoje weselem
i radością serca mego; bo wzywano imienia twego nademną"), jest bowiem „bardzo blisko ciebie: w twych ustach
i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić" (Pwt 30, 14) . Imię
Boże, wypowiedziane nad krajem, zapewnia mu ochronę
(Rdz 48, 6; Pwt 28, 10; Am 9,12) albo „spoczywa w świąty­
ni" ( l K r l 8,29) , jako Święte Świętych.
51

52

53

54

55

56

57

58

59

O ile z przytoczonych cytatów można wyczytać utajoną
w Biblii sakralną „teorię" języka, o tyle dalsze przykłady są
już konsekwentnym jej praktykowaniem. Szczególnie cieka­
we są słowa takie jak hebrajskie określenia wiary jak aman
i batah a także dwa „imiona" Boga, hesed ('łaska')
i "emeth ('prawda'). Dosłowne ich przekłady - opieram się tu
na pracach Anny Świderkówny - pozbawiają te słowa zna60

61

�nych nam psychologicznych konotacji, wyposażają je nato­
miast w odcień ontologiczny. Aman, znane nam z wygłosu
wersetów biblijnych, Józef Sadzik wykłada jako poczucie
stałości, stabilności, solidności, pewności, mocy, batah zaś
jako poczucie opieki, zaufania, bezpieczeństwa. Takie poj­
mowanie wiary nie jest czymś' ani emocjonalnym, ani intelek­
tualnym, odwołuje się natomiast do fundamentu, podstawy
i umocowania owego „wierzę".
„Bo potężny jest nad nami [lub dla nas] Jego hesed,
a 'emeth Jahwe trwa na wieki" - tak Swiderkówna przekłada
Ps 117, 1-2 (też Ps 77, 9), dodając, że ową „łaskę" (hesed),
która łączy się z „prawdą" (np. Wj 34,6), czyni się , nie czu­
je. Wbrew intuicjom, które podpowiada słownik, przekładają­
cy to słowo jako 'łaskę, łaskawość, życzliwość' , hesed oka­
zuje się tu dziedziną bytową, ontyczną, nie psychologiczną
czy wręcz sentymentalną. Jak imię Boga, udzielające się
stworzeniu, hesed udziela się ludziom, którzy je zachowują ludzie ci stają się wówczas hasid ('łaski pełni'?) - mówi
0 tym Ps 145, 13, antycypując późniejszych chasydów. Ma­
my tu do czynienia ze zjawiskiem pseudoapelatywizacji ,
które dla semiotyków było znakiem rozprzestrzeniania się sa­
crum. Z hermeneutycznego punktu widzenia można je odczy­
tać jako przejaw życia języka w jego bytowym wymiarze,
gdzie „przybieranie imienia" (hasid) jest w istocie udziela­
niem się jego istoty (hesed) .
62

61

64

65

i żadnego z nich jeszcze nie wytopiono. A gdybyś nawet
mniemał, iż pismo wycięto na drewnianych tablicach, nie, to
także niemożliwe, bo nie stworzono jeszcze drzew. Na czym­
że więc pismo było pisane? Otóż pisane było na ramieniu sa­
mego Pana, czarnymi płomieniami na białym ogniu" . Jak
widać regressus ów znajduje swoją granicę w nieskończono­
ści Nieskończonego, w materii jego „ramienia".
Święte pismo, owa nie stworzona księga stworzenia ,
„księga niebiańska" , jest podwójnie paradoksalnym porte
parole świętego języka: po pierwsze, w postaci zapisu
„imion" niesie w sobie zalążki wszystkich rzeczy; po drugie,
swoją przedustawnością wyprzedza ich bytowe odsłonięcie
w stwórczym słowie Boga.
Układ księgi odzwierciedla strukturę makrokosmosu, te­
raźniejszość, przeszłość i przyszłość. „Ilekroć zaś Adam wyj­
mował księgę i czytał ją, ziemia się trzęsła i kołysała jak sta­
tek na wodzie. Kiedy coś z niej przed górą wygłaszał, góra
topniała jak wosk. Kiedy przed morzem wygłaszał, morze
występowało z brzegów, jakby przelewała się czasza z wodą.
Kiedy coś z księgi wygłaszał przed ogniem, ogień zamieniał
się w popiół, a kiedy wygłaszał wobec lwów, lampartów, nie­
dźwiedzi i złych zwierząt, stały jakby im głos odebrało. (...)
Wszystko stało mu się jasne i wszystko zrozumiał dzięki
świętemu duchowi księgi; pojął życie i śmierć, dobro i zło.
Poznał tajemnicę godzin i chwil oraz liczbę wszystkich dni.
Ogarnął naukę o podziałach czasu i latach uroczystych aż po
kres czasów" . Nie powodując kosmicznej katastrofy nie
można w niej zmienić ani jednej litery . Dzieje się tak dlate­
go, że każda litera w księdze - podobnie jak „litera" w ogóle
- ma pełną wartość bytową, w pełni autonomiczny sens . Po­
nadto księga odzwierciedla porządek kreacji. Układ liter
w alfabecie odwzorowuje porządek stworzenia: pierwszą lite­
rą księgi jest co prawda nie pierwsza lecz druga litera alfabe­
tu (bereśit - 'na początku'), ale wedle żydowskich apokryfów
nad wszystkim i tak góruje alej, od którego rozpoczyna się
dziesięć przykazań: ,/^nochi... Jam jest Pan Bóg twój..." .
Związki liter i kreacji odnotowuje wiele języków indoeuropejskich, np. greckie stoicheia, oznaczające zarówno żywio­
ły, jak elementy i litery . W języku hebrajskim świętość liter,
uważanych za niezdobytą twierdzę, w której przebywa Szechina, obecność Boża na ziemi, jest podstawą gematrii, spe­
kulacji literowych, opartych na rachunku wartości liczbo­
wych, które się im przypisuje. „Zwój spłonie, ale litery ule­
cą" - powiada żydowski kniżnik, którego rzymscy żołnierze
palą żywcem, razem ze zwojem pisma. Mówi „litery" dokła­
dnie tam, gdzie my, do owej „litery" wrogo ustosunkowani,
oczekiwalibyśmy „ducha" ... Odnotujmy to odwrócenie, bo
sygnalizuje ono podstawową różnicę pomiędzy sakralnym
i profanicznym wyobrażeniem pisma, do której za chwilę po­
wrócę.
70

71

72

73

Pismo i czas

74

„Judaizm, a za nim islam rozpracował doktrynę o przedustawnym istnieniu sakralnego tekstu, resp. Tory i Koranu, ja­
ko przedwiecznej normy dla niestworzonego jeszcze świata"
- pisze Sergiusz Awierincew . Torah min ha-samajim (hebr.
'niebiańska Tora' ) i um al-kitab (arab. 'matka wszystkich
ksiąg' ) to dwa niebiańskie archetypy, z których biorą wzór
święte księgi obu religii. W chrześcijaństwie miejsce tej pi­
semnej przedustawności zajmuje nauka o takimż przedwiecz­
nym i przedustawnym, bezczasowym Logosie, który mimo że
bywa niekiedy nazywany księgą żywota zapisaną wewnątrz
1 od zewnątrz (Ap 5, 1-3), to jednak pojmowany już będzie ja­
ko osoba.
Gdy rozważyć imię i pismo w jego podwójnym, sakral­
nym i świeckim kontekście, dojść można do wniosku, który
sygnalizowałam już wcześniej, w dyskusji z Derridą: stosu­
nek języka świeckiego do sakralnego wyraża się w podwój­
nej regresji - tak samo jak święte imię pada wcześniej niż
świeckie, tak samo zapis sakralny, będący a priori bytu, wy­
przedza zapis świecki, bytowe a posteriori. Widać to wyraź­
nie w żydowskich legendach biblijnych, które następująco
opisują czynności Boga przy stwarzaniu: „wziął drugie imię
i zrobił z niego trzy krople"; „wyciągnął rękę i wziął z pisma
jedno ze swoich imion"; „Zanim jeszcze świat został stwo­
rzony, Pan był sam ze swoim wielkim imieniem"; „A kiedy
Pan stworzył świat, poradził się najpierw u Pisma" itd. Ta achroniczna sekwencja zadziwia samego autora apokryfu,
który przekształcają w regressus ad infinitum. : „Już na dzie­
więćset siedemdziesiąt cztery pokolenia przed stworzeniem
świata napisane zostało pismo i spoczywało na łonie Naj­
świętszego (...) - czytamy. - Ale zanim stworzono świat nie
było wszak zwojów pergaminu, na których można by pisać
tym pismem; ani bydła, z którego można by skórę zedrzeć,
ażeby na niej pisać. Gdybyś jednakowoż chciał powiedzieć,
że pismo wyryte było na złocie albo na srebrze, tak również
być nie może, ponieważ nie było jeszcze ani złota, ani srebra
66

67

68

69

75

76

77

78

79

„Istota świata jest natury językowej" - to zdanie, przypi­
sywane słynnemu XIII wiecznemu kabaliście, Abulafii, mo­
gliby za nim powtórzyć jego sojusznicy z kultur typu ludowe­
go, o ile tylko byliby je w stanie zrozumieć - „...a wszystko
istnieje o tyle tylko, o ile ma udział w wielkim imieniu Boga,
objawiającego się w całości stworzenia" . „Imię Boże" wy­
stępuje tu w podobnej funkcji jak „księga stworzenia" . Jak
ona, także to imię jest creans, nie creatura, jest summum ens,
zawierającym w sobie wszystkie inne byty. Wystarcza sama
aluzja do tego początku, by przywrócić zakłócony ład: cha­
sydzka recytacja pełnego imienia Boga leczy choroby po­
szczególnych ludzi, recytacja mitu stworzenia pozwala odno­
wić się wspólnocie . Przykłady można by mnożyć.
80

81

82

33

�Zapis i odczytywanie imienia
Wedle dziewiętnastowiecznych definicji, magia to „wiara
w siłę magicznych imion i zaklęć, formuł, obrazów, figur
i amuletów, w ceremonie, którym towarzyszy wypowiadanie
słów mocy" . Język magiczny naśladuje stwórcze słowo Bo­
ga i bogów i odcieniem tego pierwotnego naśladownictwa za­
barwione są wszelkie inne rematyczne użycia języka. Remat
pisma, widoczny zarówno w pisemnych talizmanach, jak i we
wspomnianej na początku „mistyce kancelarii" (podpis
w Kalwaryjskiej księdze łask), zawiera daleką aluzję do języ­
ka o wartości bytowej. Zasadniczo odróżnić można dwie
odmienne choć „nieekskluzywne" postawy wobec świętego
języka. Postawa szacunku, wyrażająca się w nienaruszaniu
tabu imion (eufemizmy), milczeniu (milczące czytanie imie­
nia Boga w tekście Tory) , demonstrowaniu nieznajomości
lub nieprzenikliwości imienia (kakofoniczna recytacja mantr,
muzułmański dhikr etc), zakłada antytezę w postaci magicz­
nej manipulacji językiem. Archetypową opowieścią o jej
skutkach jest mit Golema, szczegółowo analizowany przez
Scholema . Znaczącą rolę odgrywa w nim motyw pisma,
imienia, wypisanego na czole Golema. Starcie pierwszej lite­
ry tegoż imienia (hebr. emeth, 'prawda', zmienia się w meth,
'martwy') pociąga za sobą skutki bytowe: Golem umiera. Tak
działa „performatyw" w formie pisemnej.
83

84

85

W magii i religii imię z a p i s a n e to szczególnego ro­
dzaju podpis, utajony auto-graf bytu. Ktoś, kto zdoła go od­
czytać, może „działać w imieniu", co znaczy że przysługuje
mu władza, „w imieniu" której podpis został złożony . Dla­
tego zapisowi imion najbardziej przysługują dwie formy gra­
matyczne: pierwsza osoba czasownika albo wołacz czy też
tryb rozkazujący. Najstarsze greckie teksty pisane mówią
w pierwszej osobie: „jestem grobem", „jestem nagrob­
kiem" . Podobny sens mają napisy we wnętrzu piramid albo
na kamiennych obeliskach, umieszczone wysoko ponad za­
sięgiem oczu : albo są podpisem, auto-grafem rzeczy, scho­
wanych w piśmie , albo imperatywem.
Zapis ewokuje czytelnika. Po co jednak gromadzić nazwy
i zapisywać imiona, których nikt z żywych nigdy nie przeczy­
ta? Dlaczego „nieszczęsna ma być kość i ciało bez napisu" ,
skoro napis umieszczony zostanie w ciemności grobu? Odpo­
wiedź jest taka sama, jak w przypadku palenia pisemnych ta­
lizmanów, czy wrzucania ich do rzek: pisanie, po którym na­
stępuje niszczenie lub pogrzeb tekstu , nawiązuje do innego
wyobrażenia o ochronie, niż to, którym posługuje się Tammuz, Platoński krytyk pisma. Z metafizycznego punktu wi­
dzenia ochroną jest to, co w oczach ludzi jest zapomnieniem
(lethe). W oczach króla Tammuza, człowieka, pismo jest za­
pomnieniem. Z metafizycznego punktu widzenia, reprezento­
wanego przez boga Tota, jest jednak przechowaniem, ukry­
ciem. Imię zapisane w grobowcu nie służy jako podpórka za­
wodnej ludzkiej pamięci (hypomnesis), bo w ogóle nie jest
przeznaczone dla ludzkich oczu. W odróżnieniu od zwykłe­
go , zapis sakralny namaszcza i chroni byt tak samo jak mil­
czenie . Wbrew obawom Platońskiego Tammuza, właściwej
pamięci (mneme) zapis taki bynajmniej nie osłabia - wszak
jest to pamięć boska, nie zagrożona pozorem (doksan) mą­
drości (sofias), ale będąca mądrością prawdziwą (aletheianf*. Do tego wątku, tak brzemiennego w skojarzenia z He­
ideggerem, za chwilę jeszcze powrócę.
86

87

88

89

90

91

92

93

Dużo późniejsze od imion rytych we wnętrzu piramid są
napisy na greckich amuletach i talizmanach (łac. defixiones.
gr. katadesmoi). Te metalowe tabliczki umieszczane w gro­
34

bach, w studniach, wrzucane do rzek i strumieni, zawierają
przede wszystkim imiona w wołaczu: „o, ty [tu następuje
imię]" , po których następuje magiczna „wypowiedź performatywna": „zaklinam cię, w imię XY", zmierzająca do imperatiwusa: „pomóż", „zwiąż", „zabij", „daj" itd . Zapisane
bywają najróżniej: greką, w piśmie egipskim - demotycznym, hieratycznym, hieroglificznym, starokoptyjskim, nie­
kiedy w szyfrze cyfrowym. Także i tu największą - przynaj­
mniej w sensie objętości - rolę odgrywa czynnik rematyczny,
nie „o czym" ale „co" tych tekstów (a nawet nie „co", tylko
„że"). W zbiorze Papyri Grecae Magicae (IIw. p.n.e.-V w. n.e.)
pełno jest bowiem tzw. voces magicae, kombinacji liter o nie­
możliwym do uchwycenia sensie. Są to serie samogłosek,
„słowa prawdziwe", zaczerpnięte z hebrajskiego, aramejskiego, perskiego, egipskiego. Skoro stanowią one około 80-90%
tekstu Papyri Grecae Magicae, można domniemywać, że owa
„rematyczna nadwyżka" nie jest w nich przypadkowa. Jak ją
wyjaśnić?
95

Gdyby język voces magicae wpisać w kontekst Eliadowskich rozważań o językach tajemnych i niezrozumiałych ,
można by jego nieprzezroczystość potraktować jako coś wię­
cej niż tylko ezoteryczną kontyngencję. Niezależnie od prag­
matycznej świadomości ich użytkowników, którzy niewątpli­
wie spodziewali się po nich skuteczności - wyrazem tego
oczekiwania było myślenie o nich w kategoriach przezroczy­
stości semantycznej, nierozróżnialności signans i signatum do istoty voces magicae , a szerzej zaklęć, podobnie jak isto­
ty mantry, należy właśnie nieprzezroczystość, niezrozumiałość, paradoksalność. Imię musi być ciemne (dunkel), musi
zasłaniać - powiada Heidegger. Nazywanie jako odkrywa­
jące przyzywanie jest jednoczesnym skrywaniem. W religii
angażuje się ono w proces niszczenia języka, którego rozma­
ite poziomy tak trafnie opisywał Eliade . Język, występują­
cy tu w funkcji Tematycznej, nie ustanawia znaczeń, ale je
znosi. Eliade powiada, że po owej destrukcji następić ma re­
kreacja, w której ujawni się język pierwotny, język w czystej
bytowej postaci.
Czy jednak taki język nie jest już zawczasu obecny w sko­
rupie rematu? Czy rematyczna zapora z języka, widoczna
w voces magicae, nie chroni tego samego, co chroni się
w szyfrze tetragrammatonu? Czy zatem język w funkcji Te­
matycznej nie jest istotowo pokrewny pismu w jego sakralnej
odmianie? I czy nie jest to właśnie owa charakterystyczna dla
apofatyki „hyperyzacja ontologiczna", którą analizuje Ceza­
ry Wodziński , iluminacja, która niczego nie objaśnia, tylko
coś, czego dotyczy, objawia jako w pełni skryte?
Bramy prawości [Sza'are cedek] ,
książka napisana
przez ucznia słynnego kabalisty Abulafii (XIII w.), jest rary­
tasem nie tylko z powodu głastnosti, tak wyjątkowej w te­
kstach ezoterycznych. Dochodzi w niej do głosu autorska samowiedza, która rzadko znajduje drogę do pisma. Oto frag­
ment, stanowiący bezpośrednią ilustrację wysuniętej przed
chwilą tezy o ostatecznej nieprzenikliwości imienia-pisma:
„«Synu - zwraca się do autora Bram jego mistrz, prawdopo­
dobnie Abulafia - nie to jest naszym celem, byś poprzestał
na jakiejś formie skończonej czy określonej, nawet gdyby
była najwyższej rangi. Masz raczej podążać 'Drogą Imion':
im
bardziej
są one
niezrozumiałe,
t y m w y ż s z a j e s t i c h r a n g a , tak że wreszcie
zacznie w tobie skutecznie działać moc przez ciebie nie kon­
trolowana, raczej kontrolująca twój rozum i myślenie». Od­
powiadałem: «Jeśli rzecz ma się tak [że wszystkie obrazy
duchowe i zmysłowe muszą zostać wymazane ], to dlacze96

97

98

99

m

101

�go panie, p i s z e s z k s i ą ż k i , w których metody przy­
rodnika łączysz z pouczeniami względem Świętych Imion?»
On odpowiadał: «Robię to z myślą o tobie, i tobie podob­
nych uczniach, adeptach filozofii. Po to, by naturalnymi
środkami pobudzić wasze ludzkie rozumy, bo może taki spo­
sób przynęci was do zgłębiania wiedzy o Świętych Imionach». I pokazał mi książki w całości złożone z kombinacji
liter i imion oraz z liczb mistycznych [gematriot],
z k t ó r y c h nikt n i g d y nic nie z r o z u ­
mie, bo t e ż n i e s ą one po to, by j e
r o z u m i e ć" .
102

„Platońskie marzenie" - dekonstrukcja lethe

109

11 0

1

112

P i s m o , k t ó r e n i e j e s t do c z y t a n i a ,
podobnie jak j ę z y k , k t ó r e g o n i k t n i e z r o ­
z u m i e , stanowią paradoksalne spełnienie tego, co Jacques
Derrida nazywa „Platońskim marzeniem" : są one mneme
bez hypomnesis. Jaki rodzaj pamięci projektuje pismo, które
nie służy czytaniu? Taka pamięć najwyraźniej nie boi się za­
pomnienia. Przestaje być zaledwie „psychologiczną zdolno­
ścią zatrzymywania w przedstawieniu tego, co minęło" ,
poszerza się i pogłębia o wszystko, co pamięć „obiektywna"
przechowywać może w uśpieniu, choć podmiot, ten który
„zapomniał", uznaje to za bezpowrotnie utracone. Zmiana
sensu pamięci pociąga za sobą zmianę sposobu myślenia
0 niepamięci: także ta wyzbywa się stygmatu psychologicz­
nej ułomności, lekceważącego miana lapsusa, staje się nato­
miast organem twórczym, „nicościującym" to, co obecne,
1 co przyszłe . Tak jak do prawdy należy skrywanie (gr. aletheia zawiera w sobie rdzeń lethe), tak samo do pamięci na­
leży zapomnienie - w obu przypadkach chodzi o to samo
dwuznaczne greckie słowo .
Pismo pogrzebane, umieszczone poza zasięgiem ludzkich
oczu, w grobie, w studni czy w chmurach, niszcząc hypomne­
sis , paradoksalnie utrwala dostęp do własnego znaczenia.
Gdy znika możliwość rozumienia pisma, zapis staje się
podobny do szyfru, do którego zgubiono klucz: jest niezrozu­
miały. Niezrozumiałość owego znaku to najpewniejszy spo­
sób, by skłonić do koncentracji na jego materii, skąd już bli­
sko do zachowań Tematycznych. Z drugiej strony, na pozio­
mie symbolicznym, niezrozumiałość znaku dobitnie prezen­
tuje daremność wszelkich prób przeniknięcia znaczenia.
Księga, której nie można przeczytać (bo np. dostępna jest tyl­
ko dla jej autora, lub taka, która jest napisana szyfrem, w nie­
znanym języku, napisana białym atramentem lub księga nie­
dostępna bo „zaginiona"), jawnie dąży do wyzbycia się ele­
mentu hypomnesis. Logika tego dążenia jest, być może, na­
stępująca: skoro coś nie może stać się obrazem doskonałym,
przejść na stronę znaczenia, należy nie niszcząc go jako zna­
ku, sparaliżować w nim świętokradczy mechanizm mimesis.
Takim właśnie paraliżem dotknięte jest pismo nieczytelne, pi­
smo nie do czytania.
„Nie do czytania" znaczy czasem „do jedzenia". Biblia
zawiera dwa słynne obrazy takiego użytku z pisma: w księ­
dze Ezechiela i w Apokalipsie św. Jana. Wątpliwe, by Eze­
chiel zjadający swój zwój (Ez 3,1-3) lub św. Jan, na rozkaz
anioła pożerający „książeczkę" (gr. biblaridion, Ap 10,9-10),
myśleli o zjadanym przez siebie piśmie po platońsku, jako
o rozsadniku zapomnienia. Zapomnieniem byłby jedynie za­
pis świecki, przez anioła zakazany . Zapis sakralny, „do zje­
dzenia, nie do czytania", wolny jest od warstwy hypomnesis,
tak podatnej na zdradę, wypaczenie, wyobcowanie. Jest czy­
103

104

105

stą pamięcią, spełnioną nierozróżnialnością signans i signa­
tum. Nie czyta się go, ale p r z у s w a j a w najbardziej
elementarny ze sposobów.
Otwiera się tu cały ciąg sensualistycznego, Tematycznego
obrazowania: o ile książkę - przybytek wiedzy - należy po­
żerać, samą wiedzę należy posiąść, tak jak posiada się kobie­
tę
Owe sensualistyczne metafory można określić mianem
gestów przynależności" . Metafory pochłaniania, przylgnię­
cia, miłosnego posiadania mogą tu być mylące, ale są bardzo
na miejscu: za pomocą archaicznego obrazowania odsłaniają
przedustawną jedność słowa, myśli i bytu. Metafory te nie
analizują, nie rozważają, nie rozpamiętują: celebrują remat
książki, materialność pisma, „płeć" wiedzy i rzeczowość sło­
wa, nie zaś ich abstrakcyjność, idealność znaczenia . Rematyczność zachowań świętego Jana czy Ezechiela, a także
wszelkich zachowań Tematycznych w ogóle, może być zinter­
pretowana jako protest przeciw rozdwojeniu, które czai się
w każdym znaku (pojmowanym po świecku, tzn.wykraczają­
cym poza afirmację nierozróżniania), a zarazem dążenie do
usunięcia tego rozdwojenia.
Tak rozumiana rematyczność, szczególnie zaś „rematyczny użytek z pisma", jest jednocześnie śladem i sympto­
mem: ś l a d e m ontologii archaicznej, w której byt i myśl
nie zdążyły się jeszcze rozłączyć. Natomiast jako s y m p t o m zwiastuje ona pewien osobliwy styl kultury,
w którym archaiczna ontologia przechowuje się do naszych
czasów, „ustny wymiar pisemności", do wyodrębnienia
którego zmierzam od początku niniejszego artykułu. Teraz
w porządku chronologicznym trzeba wyodrębnić zarówno
ślad, jak i symptom.

Remat jako siad: ontologia archaiczna

106

107

108

Formułując tezę o rematycznym użytku z pisma jako
0 śladzie „ontologii archaicznej", wypełniam to Eliadowskie
określenie znaczeniem Heideggerowskiego „początku" (Anfang) . Powód jest prosty. Etnograf, który czyta Heideggerowskie analizy Greków, nie może się oprzeć wrażeniu, że
skądś zna ową rzeczywistość, której atrybutem jest prawda,
gdzie byt i myśl przenikają się nierozróżnialnie, a dobro
1 prawda nie mają jeszcze alternatywy. Jest to rzeczywistość
sprzed upadku, którą opisują mity stworzenia, domena onto­
logii archaicznej, jak za Eliadem nazywają ją religioznawcy.
Jak to wykazał Eliade, jej okruchy rozproszone są nierówno­
miernie po całej kulturze" , także współczesnej, wśród ludzi
od pokoleń piśmiennych. Wiele wskazuje na to, że Eliade nie
miałby nic przeciwko temu, by jego idea czasów początku
została zinterpretowana na sposób heideggerowski, w duchu
jego „początku". „Początek jeszcze j e s t - pisze Heideg­
ger" . - Nie leży za nami jako dawno minione, lecz stoi
p r z e d nami. Początek, jako to, co największe, z góry już
przerósł wszystko, co przyjść miało". Jak widać ów Heideg­
gerowski początek to raczej finał i pełnia niż początek w sen­
sie pierwocin (Beginn) i tego, co pierwotne (Primitive). Przy­
sługuje mu dziwny status czasowy: wydarzając się nie mi­
j a " , nie wyczerpuje się, lecz trwa (bleiben), rozwija się, czy,
jak mówi Heidegger, „wyistacza" (anwesen) poprzez „wydarzeniowe wierzchołki czasu (Gipfel der Zeit) (...) w których
świętość zostaje doświadczona w swoim otwarciu"" .1 teraz
zdanie rozstrzygające dla zestawienia początku Eliadowskiego i Heideggerowskiego: „Ponieważ każdy początek jest nieprześcigniony, musi być ciągle powtarzany"" . Powtarzanie
czasu początku to najbardziej charakterystyczny spośród
ui

4

5

6

7

8

55

�Eliadowskich motywów. W interpretacji Heideggerowskiej
byłby on sięganiem do tego co wieczne i źródłowe" , co mo­
że się odsunąć i wycofać (sich entziehen), aby kiedyś' w oka­
mgnieniu powrócić . Tak pojęty Heideggerowski początek
spowinowacony byłby ze świętością, z doświadczeniem boskości, która po długim czasie oczekiwania kulminuje
w owych wierzchołkach czasu „właściwego" (czas sakralny),
pomiędzy którymi rozciąga się nieczas (Unzeit) , czas profaniczny. Adoracja znaku, rematu księgi, byłaby zatem adora­
cją tego, co uszło (Siechentziehende), przez to zaś sięganiem
do początku.
Co nam daje wypełnienie Eliadowskiego pojęcia archa­
icznej znaczeniem Heideggerowskiego początku, który uo­
becnia się w postaci cyklicznych „wierzchołków czasu"? Po­
zwala ono zrozumieć fenomen odpływów i przypływów
świętości, bez popadania w uproszczenie „wiecznego powro­
tu". Pozwala też uniknąć mielizn „marnienia czasu", rozu­
mianego jako nieodwracalne „stygnięcie pokoleń". Te nowe
możliwości dobrze widać na przykładzie fenomenu wielo­
krotnych narodzin Pisma, świętego obrazu i świętego miejsca
(zob. np. sakralizacja kolejnych przekładów Biblii, odradza­
nie się świętych miejsc itd.).
9

We.
w siłę
i amuli
słów rr
gai bo
barwie
pisma,
wspon
w Kah
ka o '
odmie
języka
tabu ii
nia Bc
lub nit
muzuł
nej m
skutk;:
Scholt
imieni
ry tegi
'mart\
działa
W
dzaju
czytać
mu w
tego z
matyc
tryb i
w pii
kiem'
na ka
sięgie
wany
Z;
i zapi
ta?D
skoro
wied:
lizma
stepu
wyoh
muz,
dzeni
(lethi
pomt
wane
ciem
wodr
przez
go ,
czen;
parni
jest t
drośi
ianf
idegj
E
92

napi:
gr. к

120

121

a także pisma. Pisemnośc, nie mogąc, pomimo starań, owej
ontologicznej nierozróżnialności uchylić, będzie przynaj­
mniej próbowała ją zanegować, odczarować. Tak samo jak pisemności nie zasilają tylko ludzie piśmienni, tak samo do ob­
szaru ustności nie przynależą bynajmniej wyłącznie analfabe­
ci, choć to oni głównie stanowią tłum, wypełniający jej przy­
bytki. Ustny styl poznawczy charakteryzuje także tych spo­
śród ludzi pisma, którym bliski jest jego pierwotny, sakralny
wymiar 12$

Remat u piśmiennych: „ślepy bibliotekarz"
Gdyby uciekać się do przykładów literackich, zapewne
najbardziej sugestywnym przykładem ustności ludzi wy­
kształconych byłby Jorge, ślepy bibliotekarz z Imienia róży
Umberto Eco. Odpowiednio też jego antagonista, nominalista
Wilhelm z Baskerville, byłby typowym przedstawicielem pisemności - świadomości odczarowanej.
Zacznijmy od drugiego z wymienionych. Nie interesuje
go remat Księgi, ani religii w ogóle, jedynym jego narzę­
dziem poznawczym jest tematyzacja: „Księgi nie po to są, by
w nie wierzyć, lecz by poddawać je badaniu. Mając przed so­
bą księgę, nie powinniśmy zadawać pytania, co ona zawiera,
ale co chce powiedzieć (...)" . Wilhelm jest zaprzysięgłym
nominalistą. Nazwy i konstrukcje myślowe uważa za narzę­
dzia, które należy odrzucić, jak niepotrzebną drabinę, po
której się weszło . Otwiera to drogę do zakwestionowania
samej istoty Księgi. „Pismo święte nie jest księgą pochodzą­
cą wprost z nieba (Himmelsbuch)" - powiedzieć mógłby Wi­
lhelm, wyprzedzając otwartą deklarację pisemności, składaną
w wieku XX przez weredycznych egzegetów . To punkt wi­
dzenia świadomości odczarowanej, zewnętrzny wobec Księ­
gi. Z punktu widzenia Księgi jest on, podobnie jak owa świa­
domość, niebytem, nie można bowiem wyjść poza Księgę.
„Exodus z Księgi, jej Inny, a także jej próg, wypowiedziane
są w samej Księdze. Wychodzimy z Księgi jedynie w ramach
tejże samej księgi, gdyż (...) świat jest Księgą" .
Tak w każdym razie jest dopóty, dopóki centrum świata
stanowi podmiot metafizyczny, i osadzona na nim archaiczna
ontologią. Jednakże głos Wilhelma dobiega z wnętrza świata,
który się rozpada, tracąc najpierw - jak to przekonująco zre­
konstruował Czesław Miłosz - swój metafizyczny środek,
potem zaś swoją „górę" i „dół". Skutki znamy: ludzki
podmiot w centrum okazuje się zbyt słaby, by je dźwigać,
i nic już nie jest w stanie zatrzymać postępującej dychotomizacji kosmosu. Wiara zostaje raz na zawsze oddzielona od
wiedzy, zamknięta w oddzielnym, dobrze izolowanym po­
mieszczeniu. Język, byt i myśl trwale się rozdzielają.
Teraz przyjrzyjmy się Jorgemu. „Ślepy bibliotekarz": ust­
ność z jej paradoksalnym zapatrzeniem w pismo nie znalazła­
by dla siebie chyba nigdzie lepszego ambasadora. Kazanie
o nadciągającym Antychryście, jakie wygłasza Jorge w obli­
czu awiniońskich sędziów, to deklaracja owej ustności totali­
tarnej, która ongiś zrodziła pismo i wciąż czuje się jego wła­
ścicielem. Ubolewa nad jego profanicznymi apiracjami, nad
pychą wiedzy ludzkiej. Nie chce przyjąć do wiadomości, że
jej twór wyrodził się ze sfery sacrum, i spełniając wszystkie
najgorsze proroctwa Tammuza, zbuntował przeciwko „ślepe­
mu bibliotekarzowi". „Istotę naszej pracy (...) - powiada Jor­
ge - stanowi studiowanie i przechowywanie wiedzy. Przecho­
wywanie, powiadam, nie zaś poszukiwanie, albowiem wła­
ściwość wiedzy, rzeczy Boskiej, stanowi to, że jest komplet­
na i określona od samego początku w doskonałości słowa,
129

Remat jako symptom: ustnos'c
Epoka początku, sądzi Heidegger, myślała o świecie nie
różnicując go tak, jak rozróżnia się przedmioty, ale patrząc od
strony samego świata, od strony podstawy, podmiotu metafi­
zycznego, hypokeimenon. „Nazywa się tak to, co leży-pierwsze [das Vor-liegende] i co jako podłoże gromadzi na sobie
wszystko. To metafizyczne znaczenie pojęcia podmiotu nie
pozostaje zrazu w żadnym wyraźniejszym stosunku z czło­
wiekiem i w ogóle w żadnym - z Ja" . Podmiot metafizycz­
ny w odróżnieniu od zwykłego ludzkiego ego stanowi ukryty
środek ciężkości swoistej (nie-) świadomości
religijnej,
w której obrębie wiara należy do wiedzy, zapomnienie do pa­
mięci, a tendencja zakrywająca do prawdy. Tylko patrząc od
tej strony można dostrzec produktywność zapomnienia (le­
the) dla pamięci (mneme) i skrywania (lethe) dla prawdy (aletheia). I tylko od tej strony patrząc można też uznać pismo za
bezpieczne ukrycie. A także mythos za miejsce pobytu logo­
su} ".
Pojęcie podmiotu metafizycznego i jego stopniowy zanik
odgrywa zasadniczą rolę w Heideggerowskim odróżnieniu
„świata", ześrodkowanego w podmiocie metafizycznym,
i „światoobrazu" ześrodkowanego w subiektum . Postępy
światoobrazu nie wszędzie są jednak identyczne. W kulturach
archaicznych, a nawet w kulturach typu ludowego, istnieją re­
jony, w obrębie których ontologią archaiczna zachowała wie­
le ze swej mocy. Przejawia się ona w kulturze w postaci oso­
bliwego „stylu", który ze względu na jego wyrazisty stosunek
do pisma, w charakterystyczny sposób sabotowanego, wygo­
dnie jest nazywać ustnościa. Nie chodzi tylko o ustność jako
drogę transmisji kulturowej niepiśmiennych. Chodzi o u s t ­
n o ś ć o n t o l o g i c z n ą , rozumianą jako pewien styl
poznawczo-bytowy , którego symptomem jest rematycz­
ność, antynomijna afirmacja nierozróżnialności w trzech
podstawowych sferach: obrazu, języka i pisma. Przeciwsta­
wiając się swej antagonistce, p i s e m n o ś c i , która
ową nierozróżnialność podważa, ustność chroni coś, z czego
sama wyrasta: ontologię archaiczną.
Tak rozumiana ustność nacechowana będzie nierozróżnialnością signans i signatum w obrębie obrazu, języka.
122

123

2

125

126

1 2 7

36

130

131

132

133

�które samo do siebie przemawia. (...) Nie ma tu postępu, nie
ma przewrotu, lecz jedynie stałe i wzniosie rekapitulowanie
(...) Wszystko, co służy za komentarz i objaśnienie Boskiego
Pisma, winno zostać przechowane, albowiem powiększa
chwałę owego pisma; to zaś, co mu się sprzeciwia, nie powin­
no być zniszczone, gdyż jedynie jeśli będzie zachowane, ten,
kto może i ma taki urząd, będzie mógł mu zaprzeczyć według
woli Pana i w czasie przez Niego wyznaczonym. (...)" .
Wszystko, co nie służy rekapitulowaniu, co naznaczone jest
duchem poszukiwania, nowości , stanowi grzech, sprzeci­
wia się bowiem słowom anioła wygłoszonym w ostatniej
księdze Pisma, w której rozpoznajemy tradycyjne klątwę,
ochraniającą granice ustności: „Oświadczam bowiem każde­
mu słuchającemu słów proroctwa tej księgi«: «Jeśliby kto do­
dał do tego» spuści nań Bóg «plagi opisane w tej księdze».
A jeśliby kto ujął ze słów księgi tego proroctwa, odejmie Bóg
część jego z ksiągi życia i z miasta świętego, i z tego, co jest
napisane w tej ksiądze" (J 22,18-19).
Ślepy bliotekarz traktuje księgi jak remat, tak, jakby nie
były aktem, lecz przybytkiem świętej historii. Gdy Jorge po­
wiada, że książki nie są do czytania, przyprawia o apopleksję
Wilhelma z Baskerville, który właśnie w czytaniu widzi
prawdziwy byt lektury . Księga, którą zna ustność, powin­
na doznawać czci, spoczywając zapieczętowana . Jedynym,
który może księgę naprawdę przeczytać, jest jej autor - to
zdanie, w którym odbija się ustny pogląd na czytanie, Jorge
mógłby powtórzyć za staroruskim autorem Pieśni o Niebiań­
skiej
Księdze .
Charakterystyka Jorgego przeprowadzona jest w powie­
ści z nieżyczliwych, „pisemnych" pozycji . Nominalista
Wilhelm wychodzi tu na jedynego obrońcę cnót teologicz­
nych: jako nosiciel świadomości odczarowanej wyrzeka się
co prawda Wiary , przywołuje jednak Nadzieję i Miłość,
odepchnięte przez ślepego bibliotekarza. Humanistyczny
konterfekt Wilhelma jest jednak takim samym uproszcze­
niem jak demoniczny portret Jorgego. Nominalizm i esencjalizm, które walczą ze sobą w ich charakterystyce, choć
oczerniają się nawzajem, same są neutralne aksjologicznie.
Pierwszy jest postacią samorozumienia wynikającą z pisemności, rozumianej jako styl poznawczy, zakorzeniony
w rozpadzie ontologii archaicznej, drugi - z ustności, czer­
piącej z trwania owej ontologii . Oba te style stwarzają
osobne, niewspółmierne, nieprzenikliwe dla siebie światy,
koncepcje prawdy, języki, a nawet, niekiedy, etymologie. I ,
jak to wykazał zarówno Platon w Kratylosie, jak i anonimo­
wy autor Zoharu, żaden z nich - brany z osobna - nie jest
wystarczający dla opisania tego, czym naprawdę jest słowo,
pismo czy obraz.
134

135

136

137

m

139

140

Wnioski
Spróbuję teraz wpisać w nazwy sformułowane wyżej sta­
nowisko w kwestii sakralnego użytku z pisma i rodzajowej
odrębności świętego języka od języka w znaczeniu potocz­
nym.
1. Pismo jako ślad ontologii archaicznej. Podobnie jak
słowo (imię), tak samo pismo w jego sakralnej odmianie
zdecydowanie różni się od pisma i języka, które stanowią
podstawę ludzkiej komunikacji. Ponieważ mają one status
bytowy, nie epistemologiczny, są i mają pozostać niezrozu­
miałe, co na planie kulturowego funkcjonowania obu prze­
jawia się w postaci zachowań Tematycznych (jedzenie, do­
tykanie, „picie liter", podkreślanie rzeczowości pisma, kult

księgi jako przedmiotu etc). Pismo i słowo traktowane Te­
matycznie to gest sięgania do początku, próba cofnięcia ję­
zyka do stadium zalążkowego, które poprzedzało rozdwoje­
nie bytu i myśli, scalonych w świętym języku. Tak właśnie
postępuje z pismem ustność, ontoepistemologiczny styl kul­
tury, u którego źródeł leży fascynacja bytowym aspektem
języka.
2. Pismo jako symptom ustności. Ustność najłatwiej
wytropić po użytku, jaki czyni ona z pisma. Pismo traktowa­
ne jako remat zawsze oznacza ustność. Poprzestańmy na kil­
ku przykładach z polskiego archiwum etnograficznego,
w których, oprócz Tematycznego użytku z pisma, smakować
też można wyjątkowy urok sformułowań: „Gdy nieboszczyk
stanie się upiorem jest środek wyswobodzenia go z nieszczę­
ścia zamienienia na wolną duszę. Wbić wówczas należy
gwóźdź do głowy strzygonia albo podłożyć mu p a p i e r y
zagryzmolone (mianowicie przez pro­
f e s o r a ) pod język (...)""". Aby ochronić pole przed gra­
dem „ o d p i s u j e s i ę k a ż d y p i e r w s z y r o z ­
d z i a ł z c z t e r e c h e w a n g e l i i na p ó ł a r k u s z u p a p i e r u i z w i j a g o w t r ą b k ę",
po czym zakopuje w kopcach na granicy wsi . „Duchowne
przytym są zwyczayne od kościoła S. Rzymskiego remedya,
ludziom katolickim służące, iako to gromnice, Ziela, Wianki
i Kadzidła poświęcone, Krzyżyki S. Piotra Zakonu Domini­
kańskiego doświadczone, c z t e r e c h
Ewangeli­
s t ó w E w a n g e l i e na ś c i a n a c h
przybit e, dzwonienia we wszystkie dzwony, gdy jakie pokazują się
chmury a burze na powietrzu (...)" . „Te w y ż e j w y ­
rażone
litery
na
karteczce
maleń­
kiej
napisać
i
chorującemu
dać
z j e ś ć . Kiedy nie porzuci od razu [febry], to znowu drugą
karteczkę, by i trzecią za każdym trzęsieniem" . „(...) do­
brym też przeciw czarom remedium są palmy święcone
w kwietną niedzielę, S k ł a d
Apostolski
na
s o b i e n o s z o n y , świętych obrazki święcone, wianki
z monstrancji, e w a n g e l i e
n o s z o n e , gromnice
święcone, dzwonki loretańskie, także krzyżyk Świętego Be­
nedykta z l i t e r a m i
na c z a r y
i
czarta
bardzo
s k u t e c z n y , obrazek Świętego Ignacego
Loyoli, osobliwie w birecie..." .
142

143

144

145

Na koniec jeszcze jedna historia o „ustnym" doświadcza­
niu pisma. Rzecz dotyczy Jędrzeja Wawry, znanego świątkarza beskidzkiego, na którego wielki wpływ wywarła dziwna
książka, za „wszystkie pieniądze" kupiona podczas odpustu
dominikańskiego w Krakowie. Było to dziewiętnastowieczne
wznowienie Przeraźliwego echa trąby ostatecznej księdza
Klemensa Bolesławiusza (wyd. oryg. 1694), bogato ilustro­
wane drzeworytami. Wawro traktował je z szacunkiem, na ja­
ki może zdobyć się wobec książki człowiek niepiśmienny:
uważał ją za skarb, bezpośrednio niedostępny, co tylko pod­
nosiło jego walor, za książkę wróżebną, która, jak pisze jego
biograf, zdecydowała o jego życiu. W relacji Wawry wyraź­
nie dochodzą do głosu dwa wątki: pisma oglądane od strony
rematu i pisma jako ontologicznego zapisu przyszłości, uru­
chamianej jego odczytaniem: „Moja [żona] cytywała mi z te­
go Echa piekielnego różne kawałki. Były tamoj litery corne,
żółte, siwe, zielone, cyrwone - w kożdym kawołku inse. Jak
cytała, to cłowiek nie wiedzioł, kady je - cosik porywało go
i niesło, kady jesce nigdy nie był. Ale na cyrwonyk to nigdy
nie cytała, bo - powiadała - jakby cyrwone cytała, toby się
krew po świecie loła i ziemia by się trząsła. Aze mi się zim­
no robi, jak se spomne!" .
146

37

�PRZYPISY
1

W&lt;
w siłe
i amu
słów i
ga i b(
barwi
pisma
wspoi
w Kai
ka o
odmie
język,
tabu i
nia В
lub ni
muzu
nej n
skutk
Schol
imien
ry teg
'mart
dział;
W
dzaju
czyta
mu w
tego:
maty
tryb
w pi
kiem
na k;
sięgii
wan&gt;
Z
i zap
ta? С
skore
wied
lizm;
stępi
wyol
muz,
dzen
(leth
pom
want
ciem
wodi
prze:
go ,
czen
pam
jest
dros'iarif
ideg
E
92

napi
gr. к

M. Heidegger, Parmenides, wyd. ang. , przeł. A.Schuwer, R. Rojce-

wicz, Bloomington 1992, s. 85
J Derrida, Writting and Difference, Chicago 1981, s. 76
S. Asz, Mąż z Nazaretu, przel. M.Friedman, Warszawa 1989, s. 26
W. A. Graham, Beyond the Written Word, Cambridge 1986, s. 7
F. Kotula, Znaki przeszłości, Warszawa 1978, s. 118, 123 etc.
Zob. moja książkaWyzwolenie przez zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne, Wrocław 1997, s. 8-9. W przyjętym tu znaczeniu remat
jest tym, co się mówi, temat zaś - tym o czym jest mowa. W sferze za­
chowań, zachowaniem Tematycznym będzie zauważanie materialności
tekstu, jego formy rzeczowej (kult księgi jako rzeczy świętej), zachowa­
niem tematycznym - skupienie na jego treści, podczas gdy forma jest dla
analizującego przezroczysta semantycznie.
Wypisy z Księgi łask w Kalwarii Paclawskiej, koniec 1989 roku.
Platon, Fajdros 274c (przel. S.Witwicki): „Otóż kiedy doszli do liter,
powiedział Tot do Tammuza: Królu, ta nauka uczyni Egipcjan mądrzej­
szymi i sprawnejszymi w pamiętaniu; wynalazek ten jest lekarstwem na
pamięć i mądrość'. A ten mu na to: Tocie, mistrzu najdoskonalszy, jeden
potrafi płodzić to, co do sztuki należy, a drugi potrafi ocenić, na co się to
może przydać i w czym zaszkodzić tym, którzy się daną sztuką zechcą
posługiwać (...) Ty jesteś' ojcem liter, zatem przez dobre serce dla nich
przypisałeś' im wartość wprost przeciwną do tej, którą one mają napraw­
dę. Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek,
który się tego wyuczy, przestanie ćwiczyć pamięć; zaufa pismu i będzie
przypomina! sobie wszystko z zewnątrz, w obcych jego istocie, a nie
z własnego wnętrza, z samego siebie. Więc to nie jest lekarstwo na pa­
mięć, tylko środek na przypominanie sobie. Uczniom swoim dasz tylko
pozór mądrości, a nie mądrość prawdziwą (...) to będą mędrcy z pozoru,
a nie ludzie mądrzy naprawdę."
2

3

4

5

6

1

s

9

Zob. obszerne hasło „Pieczęcie" w Encyklopedii staropolskiej Z. Glo­
gera, Warszawa 1972 (1900-1903], t. 3, s. 345nn.
Czyż nie świadczy o tym współczesna obsesja na punkcie autogra­
fów?
" Przekład Czesława Miłosza Księga Hioba (Paryż 1981), identyczny
z własnym przekładem Anny Świderkówny w Rozmowach o Biblii, War­
szawa 1994, s. 249. Różnice dopiero w wersie 37
10

A. Bruckner, Słownik etymologiczny języka polskiego, Warszawa 1966
[1926], s, 475. Por. u Heideggera w Sein undZeit (Tubingen 1986, s. 223):
„Otwartość zaś jestestwa charakteryzuje z istoty mowa", przekład pol.
B. Baran, s. 315
" Podążam tu za sugestią Ireneusza Kani, który perspektywie «żydowskiej», z właściwą jej ontologizacją języka (głoski, litery, liczby, świece­
nia) i „substancjalistyczną ontologia", skłonny byłby przeciwstawiać
perspektywę „buddyjską": „Budda w sutrach często zwraca uwagę na
czysto konwencjonalny charakter języka, i ma to związek z antysubstancjalistyczną ontologia buddyjskiej doktryny (przynajmniej w Hinajanie)"
(list z sierpnia 1998). Panu Ireneuszowi Kani dziękuję za istotne uwagi
dotyczące omawianego problemu.
14

Zob. G. Scholem, Mistycyzm żydowski i jego główne kierunki, przeł.
I.Kania, Warszawa 1997, s. 109, 137nn, 262nn, 277etc.
Zob. A. Govinda, Foundations of the Tibetan Mysticism, New York
1980
Na temat zakazu uprzedmiotawiania świętości zob. moją książkę Wy­
zwolenie przez zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne, Wrocław
1997, s. 37nn.
Osobnego przemyślenia wymaga wpóibrzmienie powyższej tezy
z Heideggerowskim orzeczeniem o języku jako domu bycia. Na ten te­
mat zob. książkę Marlenę Zaradcr La dette impensie. Haidegger et la
tradition hebraique, Paris 1995, przeł. D. Ulicka, Warszawa 1988
'* Ów zakaz wymawania świętego imienia przypomina nieco inną ży­
dowską koncepcję zabezpieczającą świętość przed uprzedmiotawianiem
Chodzi o tzw. mur (lub „ogrodzenie") wokół Tory, wznoszone min.
przez tzw. Torę ustną. Zob. na ten temat G. Scholem, O głównych poję­
ciach judaizmu, przeł. J. Zychowicz, Kraków 1989, s. 91, 110. W obu
przypadkach przyrodzonym „miejscem" świętości jest pismo.
S. Awierincew, Na skrzyżowaniu tradycji, s. 65
Zob. analiza wątku zaginionej księgi w mojej pracy Wyzwolenie przez
zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne, Wroclaw 1997, s. 97-102.
15

16

17

19

211

38
34

2 1

Na ten temat zob. Awierincew, Poetika ranniewizantijskoj literatury,
Moskwa 1977, rozdział Słowo i kniga, s. 183-204
Najstarsza część Talmudu, zawierająca podstawy żydowskiego prawa
O istnieniu tego Stowarzyszenia informuje pieczątka w starej ksią/ce,
przechowywanej w Żydowskim Instytucie Historycznym w Nowym Jor­
ku. Za: A. J. Heschel, Pańska jest ziemia. Wewnętrzny świat Żyda w Eu­
ropie Wschodniej, przel. H. Halkowski, Warszawa 1996, s. 40
2 2

2 3

2 4

Zob. dalej, przypisy do Platońskie marzenie: dekomtrukcja lethe.
Mówiąc „Ateny" abstrahuję od rozległej greckiej tradycji ezoterycz­
nej, której uosobieniem może być min. Apolloniusz z Tiany, który za­
słynął jako stoicheiomatikos, 'biegły w [znajomości] liter (lub: żywio­
łów)', znany z pisemnych talizmanów, które „dzięki obrzędowi stoicheiosis (zaczarowania), posiadały tajemne znaki i litery, wypełnione (...)
magicznymi substancjami". M. Dzielska, [Przedmowa do:] Fławiusz
Filostratos, Żywot Apolloniusza z Tiany, przeł. I. Kania, Kraków 1997,
s. 32
2 5

2 6

Mówiąc „Jerozolima" pozostawiam na boku potężną tradycję żydow­
skiej egzegezy. Nie chodzi tu o badanie pisma pod kątem treści, ale o po­
szukiwanie kontaktu z obecnym w nim bytem. Jak każda opozycja, tak­
że opozycja dwu miast, rozsławiona przez Lwa Szestowa (Ateny i Jero­
zolima), jest li tylko emblematyczna i może być łatwo zastąpione inną.
Nie znający jej Platon (autorem przeciwstawienia Aten i Jerozolimy był
zdaje się Tertulian w De praescriptione harelicorum, za: M. Starowiey­
ski, Caelestis urbs Hierusalem, [w:] Jerozolima w kulturze europejskiej,
Warszawa 1997, s. 53), posługuje się w Timajosie inną, pokrewną pierw­
szej, parą przeciwieństw: „«Wy Grecy, zawsze jesteście dziećmi:
G r e k nigdy nie jest stary», gdy tymczasem w E g i p c i e «od naj­
dawniejszych czasów wszystko jest zapisywane»: panta gegramnena"
(cyt. za: J. Derrida Farmakon, przeł. K.Matuszewski, w: tegoż, Pismo fi­
lozofii, pod red. B. Banasiaka, Kraków 1992, s. 44, w cudzysłowie we­
wnętrznym cytaty z Timajosa 22B, także 23B, podkr. JTB). Tymże zesta­
wieniem posługuje się także wielokrotnie F. A. Yates, w swej Sztuce pa­
mięci, przeł. W. Radwański, Warszawa 1977. Zob. też S. Awierincew, Na
skrzyżowaniu tradycji. Szkice o kulturze i literaturze wczesnobizantyjskiej, op. cit., s. 264
2 7

Budge charakteryzuje ją jako „wiarę w siłę magicznych imion i za­
klęć, formuł, obrazów, figur i amuletów, w ceremonie, którym towarzy­
szy wypowiadanie stów mocy", op. cit., s. VII. M. Buber w swym Moj­
żeszu [przeł. R. Wojnakowski, Warszawa 1998, s. 40nn] daje trafną cha­
rakterystykę magicznego sensu imienia: „Dla człowieka myślącego ma­
gicznie, «prawdziwe» imię osoby czy jakiegokolwiek przedmiotu nie jest
wyłącznie określeniem; jest ono esencją osoby, poniekąd wydestylowaną z jej realności, wskutek czego istnieje ona w nim jakby jeszcze raz.
A mianowicie istnieje ona w nim w takiej postaci, że każdy, kto zna
prawdziwe imię i potrafi je wypowiedzieć we właściwy sposób, może nią
zawładnąć. Sama osoba jest niedostępna, stawia opór; dostępna staje się
w imieniu, a wypowiadający je człowiek zdobywa nad nią władzę. Praw­
dziwe imię może być zupełnie inne niż powszechnie znane, które je za­
krywa, ale też może różnić się od niego jedynie właściwą «wymową», do
czego dochodzą jeszcze właściwy rytm i właściwe ułożenie ciata przy
wymawianiu, czyli wszystko to, co można przkazywać i kształcić tylko
osobiście. A ponieważ prawdziwe imię wyraża właśnie fonetycznie isto­
tę przedmiotu, ostatecznie może chodzić o to, by mówiący rozpoznał
w imieniu tę istotę i ukierunkował na nią swe myślenie."
2 S

A. Świderkówna, Rozmowy o Biblii, Warszawa 1994, s. 45
Ibidem, s. 107. Zob. także: I. Kania, O Kabale i Zoharze, Kraków
1994, s. 68-69
J. Frazer, Złota Gałąź, przel. H. Krzeczkowski, Warszawa 1962
[1890], cały rozdział 18: Słowa tabu : „Dziki nie jest w stanie dostrzec
różnicy między rzeczami a słowami, wobec czego wyobraża sobie, że
związek między osobą a imieniem lub rzeczą i jej nazwą nie jest jedynie
związkiem umownym czy też idealnym, lecz więzią rzeczywistą i silną
(...). Człowiek pierwotny uważa imię za ważną część swojej osoby i wo­
bec tego dba o nie w odpowiedni sposób".
2 9

5 0

51

Zob. Sefer Jecira, czyli Księga Stworzenia (wydanie dwujęzyczne),
przekład, opracowanie i komentarze W. Brojer, J. Doktór, В Kos, War­
szawa 1995. Świat tworzony jest tu jednocześnie z dźwięków i liter (s. 48
etc). „Świat stworzony jest ma wskroś magiczny: wszystko w nim żyje

�na mocy właściwych mu tajemnych imion". G. Scholem, Kabała i jej
symbolika, przeł. R. Wojnakowski, Kraków 1995, s. 190
We wszystkich rzeczach istnieją tajemne sygnatury (hebr. riszumim),
których „pismo" spowinowacone jest z pismem Tory. „Tak więc objawie­
nie jest objawieniem imienia lub imion Boga, które są jakby różnymi
sposobami Jego czynnego istnienia. Mowa Boga nie ma (...) gramatyki.
Składa się tylko z nazw, czyli imion". Scholem, O głównych pojęciach
judaizmu, s. 102
Zohar I, 45a: „Zanim Święty, niech będzie błogosławiony, stworzył
s'wiat, on i Jego imię, które było w nim ukryte, byli jedno, i nie istniała
żadna rzecz, dopóki w woli myślenia nie pojawił się zamysł, by przez od­
ciśnięcie swej pieczęci nadać kosmosowi istnienie, i stworzyć świat,
i kształtował on [dosł. 'rysował znaki'], i budował (...)". Scholem,
O głównych pojęciach judaizmu, s. 44
M. J. Ben Gorion [Berdyczewski], Żydowskie legendy biblijne, przeł.
R. Stiller, cz. 1, Gdynia 1996, s. 19. O stwórczym słowie tak pisze cyto­
wany przez Scholema Salomon ibn Gabriol: „Jako czynna zasada, Słowo
nazywa się również Rozkazem i Wolą". Scholem, O głównych pojęciach
judaizmu, s. 28
M. J. Ben Gorion [Berdyczewski], Żydowskie legendy biblijne, s. 52
Choć istnieją być może korespondencje pomiędzy koncepcją wypo­
wiedzi performatywnej J. L . Austina (zob. tegoż, Mówienie i nazywanie,
przeł. B. Chwedeńczuk, Warszawa 1993) i omawianą tu bytową koncep­
cją nazywania.
C . Levi-Strauss, Smutek tropików, przeł. A. Strindbergowa, Warszawa
1960, s. 297n.
Zob. np. G. Scholem, Encklopedia Judaica, Berlin 1932, t. 9, s. 645:
„Wszelkie dzianie się jest w najgłębszym sensie dzianiem się języko­
wym, to zaś, co kryje się w istnieniu rzeczy, to schowane w nich lub dzia­
łające kombinacje najpierwotniejszych elementów mowy [sprachliche
Urelermente]". Cyt. za: I. Kania, O Kabale i Zoharze, Kraków 1994,
s. 17
n

3 3

3 4

3 5

3 6

17

, s

3 9

J. Derrida, De la grammatologie, Paris 1967, s. 11-112, cyt. za:
C. Johnson, Derrida, przeł J. Hołówka, Warszawa 1997, s. 45. Zob. też
M. P. Markowski, Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura, Byd­
goszcz 1997, s. 270n.

taka powtarza się jeszcze tylko dwukrotnie, przy okazji walki Jakuba
obok brodu przy potoku Jabbok (Rdz 32,28), i w zagadkowym przysło­
wiu w Księdze Przysłów (Prz 30,4). Podobnie jak w interpretacji pytania
„co jest jego imieniem" z Księgi Wyjścia, także i w tym przypadku Bu­
ber odrzuca hipotezę, że o imię Boga pyta tu ktoś, kto go nie zna.
4 6

Ibidem.
W Gadamerowskiej definicji języka: „Sein, daB verstanden werden
kann, ist Sprache" ['byt, który może zostać zrozumiany, jest mową'].
Por. też Scholem (O głównych pojęciach judaizmu, s. 104-105) o nie­
skończonej różnicy pomiędzy słowem Boskim („wszechobejmującym"
i „absolutnym" nawet wówczas, gdy schodzi już w sygnatury, słowem,
które, ,,[s]amo pozbawione znaczenia, zawiera w sobie wręcz nieskoń­
czone możliwości interpretacji") i słowem ludzkim („odnoszonym jedy­
nie do pewnego specyficznego kontekstu").
4 7

4 8

O paradoksie uprzedniości zapisu wobec stworzenia zob. dalej: Pismo
i czas.
Scholem, Główne pojęcia judaizmu, s. 42
Taki sposób pojmowania pisma nieobcy był też tradycji żydowskiej.
Por. długotrwały zakaz spisywania Tory ustnej (Scholem, s. 106). Por. też
np. obyczaj słynnego cadyka, Menachema Mendla z Kocka, który oczy­
szczając dom z zakwasów, palił też wszystkie notatki, które sporządził
był w ciągu tygodnia. Informację tę zawdzięczam P. Janowi Doktorowi
4 9

5(1

51

1. Kania, O Kabale i Zoharze, op. cit, s. 75
Świderkówna, op. cit., s. 114
" Księga Psalmów, przeł. C . Miłosz, Paryż 1981
Przekład Anny Swiderkówny, za: tejże, Rozmów o Biblii ciąg dalszy,
op. cit, s. 114. U Wujka: „Słowo posłał Pan do Jakuba i padło w Izraelu".
5 2

5 4

5 5

5ft

5 7

Ibidem, s. 189
Ibidem, s. 249
Ibidem.

5 S

Ibidem, 174
Zob. też: Mnich Kościoła Wschodniego, Modlitwa Jezusowa, Kraków
1993, s. 7-8. Także: K. Armstrong, Historia Boga. 4000 lat dziejów Bo­
ga w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, przeł В Cendrowska, War­
szawa 1996, s. 110
5 9

6 0

Słowo Boże, pisze Scholem, „oznajmia siebie pierwotnie w swojej
nieskończonej pełni, ale oznajmienie to - i na tym polega cała rzecz jest niezrozumiałe! Nie jesl ono komunikatem, służącym porozumieniu.
Dopiero jako zapośredniczone [m.in. przez Torę ustną, ale także przez li­
tery Tory widzialnej], oznajmienie takie, które właściwie było tylko wy­
razem istoty, jest również komunikatem". Scholem, O głównych poję­
ciach judaizmu, s. 103. „Tora pisana", nietożsama z „Torą widzialną",
w radykalnych koncepcjach kabalistycznych bywa rozumiana jako „po­
jęcie czyslo mistyczne", tzw. „biały ogień", w obrębie którego litery
ujawniają się dzięki mocy „czarnego ognia", który jest „Torą ustną".
Tamże, s. 104. Zob. także G. Scholem, Kabała i jej symbolika, op. cit.,
rozdz. 2: Sens Tory w mistyce żydowskiej.

J. Sadzik, Przesłanie Hioba, w: Księga Hioba, tłum. C . Miłosz, Paryż
1980, s. 13. Także: tegoż, O psalmach, w: Księga Psalmów, op. cit., s. 14.
Zob. też: A. Świderkówna, Rozmowy o Biblii, op. cit., s. 244
C . Miłosz, Przedmowa tłumacza, w: tegoż, Księga Psalmów, op. cit.,
s. 49n.
Za: Świderkówna, Rozmów o Biblii ciąg dalszy, op. cit., s. 283. Por. tu
nowotestamentowe „czynić prawdę" (J 3, 21)
Przekładane w postaci greckiego eleos - 'miłosierdzie'. Za: Świder­
kówna, Rozmowy o Biblii, op. cit, 306
Zob. I. Toporów, hasto Imiena w: Mify narodów mira, Moskwa 1984,
t. 1, s. 508-509. Gdy imię własne staje się nazwą pospolitą, semiotycy
dopatrują się w nim znaku desakralizacji, podczas gdy za sakralizacji;
uznają jego odwrotność. Stanowisko takie grozi jednak pewnym schema­
tyzmem, bo z reguły trudno jest ustalić, co było wcześniej, nazwa czy
imię. Jest tak np. w przypadku hebrajskiego adam, które w Biblii znaczy
raz praczłowieka (np. Rdz, 1, 26-27, zob. Świderkówna, Rozmów o Biblii
ciąg dalszy, op. cit., s. 204), raz imię własne pierwszego człowieka.
Podobne zjawisko dotyczy też np. twórcy chasydyzmu Baal Szem Towa
i wędrownych uzdrowicieli zwanych balszemtowami. Inne apelatywizacje to np. hebr. sadiq, 'sprawiedliwy', które stało się tytułem przywód­
ców chasydyzmu (zob. Księga psalmów, op. cit., s. 19), ruskie mikołaj nazwa ikony pochodząca od głównego świętego na ikonach wyobrażane­
go, lub weronika, nazwa typu ikonograficznego przedstawiającego wize­
runek twarzy Chrystusa, od łac. vero icon, gr. acheiropoietos.

4 4

6 5

4 0

Por. „recz izrieczonna jest łoż'" (W. Tiutczew).
Zob. M. Heidegger w Sein und Zeir. „Das Aussagen ist ein Sein zum
seienden Ding selbst" (op. cit., s. 218, przekł. pol. B. Barana, s. 307:
„wypowiadanie jest byciem ku samej bytującej rzeczy"). Hermeneutyka
powtarza za Stefanem George: „Kein Ding ist ohne Wort" („Nie ma rze­
czy bez słowa"), zob. M. Heidegger, Unterwegs zur Sprache (Pfullingen
1979, s. 233). Por. także: „To słowo udziela [verschafft] rzeczy bycia"
(M. Heidegger, Unterwegs zur Sprache, op. cii., s. 164) etc.
41

4 2

W przypadku amuletu pisemnego nieważny jesl materiał, z którego
został wykonany, bowiem amulet w istocie „wykonany jest z imienia".
E. A. Wallis, Egyptian Magic, New York 1971 [1901], s. 124-125
4 3

„Tora jest więc tkaniną (po hebrajsku 'ariga), sporządzoną z imion
Boga oraz, jak to czytamy już u najwcześniejszych kabalistów hiszpań­
skich, z jednego wielkiego imienia Boga, które jest ostateczną sygnaturą
wszystkich rzeczy. Stanowi ona tajemniczą jedność, która bynajmniej nie
zmierza w pierwszym rzędzie do tego, by przekazywać jakiś swoisty
sens, by coś «znaczyć», lecz pragnie raczej przekazywać samą moc
bóstwa, skupioną w tym «imieniu»". Scholem, O głównych pojęciach ju­
daizmu, op. cit., ibidem.
4 5

J e ś l i (...) chce się zapytać w biblijnej hebrajszczyźnie, jak się ktoś na­
zywa, ngdy nie mówi się jak tu: «Со (ma) jest jego imieniem?» (...) ale
«Kim (nu) jesteś?*" Buber, Mojżesz, s. 40. W Biblii hebrajskiej sytuacja

61

6 2

6 3

6 4

Por. „odziewanie się w imię" w żydowskiej mistyce merkawy, które
Scholem charakteryzuje jako „bardzo ceremonialny obrzęd, w którym
mag poniekąd wchłania w siebie wielkie Imię Boskie, nakładając płaszcz
z wyszytym na nim symbolicznie owym imieniem" (G. Scholem, Misty­
cyzm żydowski i jego główne kierunki, s. 110). Scholem powiada w przy­
pisie, że hebrajskie wyrażenie „ubierać imię" odpowiada wyrażeniu sy­
ryjskiemu z tzw. Od Salomona 39, 7: „Przyobleczcie się w Imię Najwyż­
szego". Przypomina też, że podobny zwrot językowy występuje w Paw­
iowym Liście do Rzymian 13,14: „Przyobleczcie się w Pana Jezusa
Chrystusa". Wykracza on daleko poza obszar stosowania biblijnego cza­
sownika labasz, 'ubierać'. Ibidem, n.131/ s. 442; także n. 112/s. 456.

39

�9 2
6 6

Awierincew, Poetika, op. cit., s. 201
Sanhedrin 11 m 1, za: ibdem, n. 70/284
*" Koran, Sura 13, 39, za: ibidem, n. 74/284
67

W(
w sik
i amu
słów i
gai bi
barwi
pisma
wspoi
w Kai
ka o
odmit
język,
tabu i
nia В
lub ni
muzu
nej n
skutk
Schol
imieri
ry Щ
'mart
dział:
W
dzaju
czyta
mU Vi
tego:
maty
tryb
w pi
kiem
na k i
sięgr
wanj
Z
i zap
ta?E
skon

wied
lizm.
stępi
wyol
muz.
dzen
(leth
pom
wam
cierr
wod
prze
go
czen
pam
jest
droś
ian)
ideg
I
napi
gr-&gt;
92

34

Mówią o tym greckie nazwy gatunków literackich, stanowiące aluzję
do hypomnesis: hypomnemata - 'pamiętniki' i apomnemata - 'wspo­
mnienia'.

9 3

6 9

M. J. Bin Gorion (Berdyczewski), Żydowskie legendy biblijne, cz. 1,

przeł. R. Stiller, Gdańsk 1996, s. 19, 31, 33
Berdyczewski, op. cit., t. 1, s. 33
Niekiedy podkreśla się jej wyjątkowy „emanacyjny" status, odróżnia­
jąc jej „narodziny" od „stworzenia" reszty s'wiata. Księga ta rozumiana
bywa jako personifikacja Bożej Mądrości (zob. Świderkówna, Rozmów
o Biblii ciąg dalszy, op. cit., s. 137 i cały rozdział Ben Sira i odwieczna
mądrość).
Zob. np. Opowieści Zoharu, przel. I. Kania, Kraków 1994, s. 33-34;
Berdyczewski, op. cit., t. 1, s. 85n.
Berdyczewski, ibidem.
Ostrzeżenie przed fałszowaniem pisma to jedno z najbardziej uni­
wersalnych loci communes tego, co dalej zostanie nazwane ustnością.
Zna je tradycja judaistyczna (kabała, kopiści Pięcioksięgu), buddyjska
(kopiści sutr i tantr), muzułmańska (kopiści Koranu) i chrześcijańska
(zob. Ap 22, 18-19). Ostrzeżenie to przejdzie następnie w dół drzewa
genealogicznego „niebiańskiej księgi" docierając do jej ludowych
upostaciowań - listów z nieba. Gdziekolwiek się pojawi, zawsze bę­
dzie sygnalizować obecność pisemnych aspektów ustności, o których
za chwilę.
7 0

71

7 2

Por. milczenie Apolloniusza z Tiany (Flawiusz Filostratos, Żywot
Apolloniusza z Tiany, 1.15, przeł. I. Kania, Kraków 1997, s. 57: „Kiedyś
Apolloniusza zapytał Euksenos, dlaczego nie spisuje [swoich słów] (...).
Dlatego - odparł na to - że jeszcze nie spróbowałem milczenia. I odtąd
zaczął milczeć, powstrzymywał się od wypowiadania słów, ale jego oczy
i umysł wiele rozmaitych rzeczy poznawały i wiele przekazywały pamię­
ci") czy Pitagorasa, który z „milczenia czyni doktrynę" (op. cit., s. 245).
Zob. też „niepiśmienność" Sokratesa, którego Heidegger nazywa „naj­
czystszym myślicielem Zachodu", zob. M. Heidegger, Was heifit Denken?, Tubingen 1954, s. 52

7:1

9 4

7 4

9 5

75

Kratylos 275B.
A. Wypustek, Papirusy, epitafia, inskrypcje, „Literatura na świecie",
nr 8-9: 1996, s. 21 letc.
M. Eliade, Joga. Nieśmiertelność i wolność, przel. B. Baranowski,
Warszawa 1984, s. 228-233;262-266 etc. Tegoż, Szamanizm. Archaiczne
techniki ekstazy, przeł. K. Kocjan, Warszawa 1994, s. 106-109 etc.

9 6

9 7

Zob. Heideggerowska analiza wiersza Hólderlina Powrót, w M. Hei­
degger, Erlanterungen zu Hólderlins Dichtung, G A 4, 1981, s.28. Cyl.
za: C . Woźniak, Martina Heideggera myślenie sztuki, Kraków 1997, s.
187

Kinah rabbah 24 , f. 6b, cyt. za: Awierincew, Poetika, op. cit., s. 190,
n.27/282
Berdyczewski, op. cit., t. 1, s. 33
G. Scholem, Mistycyzm żydowski i jego główne kierunki, przeł.
I. Kania, Warszawa 1997, s. 441, n. 129. Por. także mitologię egipskie­
go Tota, „skryby bogów", „pana pisma", który jednocześnie okazuje się
stworzycielem świata, zob. E . Wallis Budge, Egyptian Magic, op. cit.,
s. X l , 340, 128 etc. Por też. motyw pisania jako stwarzania, np. Boskie
pióro (arab. kalam) w kosmologii muzułmańskiej, motyw „strzeżonej
tablicy" etc.

9 8

78

101

7 6

7

Abodah Zarah 17b-181, cyt. za: Awierincew, Poetika, op. cit., s. 189,
n.2/281
„Litera zabija, duch ożywia" 2 Kor 2, 6
Scholem, op. cit., s. 175

7 9

811

81

Zob. np. H. Corbin, L'initiation ismaćlienne ou 1'isoterisme et le Verbe, „Eranos Jahrbuch", 1973, n.9/58
M. Buber, Tales ofHasidim, New York 19911 [947], s. 37
Budge, Egyptian Magic, op. cit., s. VII
Frazer, Złota Gałąź, op. cit., 221-222
Scholem, Kabała i jej symbolika, op. cit., rozdział 5: Wyobrażenie Go­
lema w kontekście tellurycznym i magicznym.
Stąd bierze się demiurgiczny odcień pisania, charyzma „Bożego skry­
by" („właśnie dlatego kaptan, że skryba, i dlatego skryba, że kaptan",
zob. Awierincew, Poetika, op. cit., s. 191, n. 28, 29/282), która promie­
niuje na wszelkie skryptoria.
8 2

8 3

8 4

8 5

8 6

8 7

W. Lengauer, O poezji u starożytnych, „Literatura na świecie" nr 8-9:
1996, s. 404. Mówić w pierwszej osobie zdarza się też przedmiotom póź­
niejszym. „Jestem Fidiasza" - obwieszcza pewien kubek z Muzeum
w Olimpii. Z. Kubiak, Moja Grecja. Słownik Kubiaka, „Magazyn Gaze­
ty Wyborczej". 10-11.07. 1998, s. 15. W pierwszej osobie przemawiał też
tekst na złotej zapince („Maniusz zrobił mnie dla Numeriusza"), uważa­
ny za pierwsze zanotowane zdanie łacińskie, który okazał się niestety
dziewiętnastowiecznym falsyfikatem. A. W. Mikołajczak, łacina w kultu­
rze polskiej, Wrocław 1998, s. 12
8 8

„W niepiśmiennym społeczeństwie ryte napisy nie mogły, co prawda
przekazywać wiadomości ani ich utrwalać, niemniej pełniły inne, zastęp­
cze funkcje pisma. Inskrypcje widoczne na monetach, kamieniach gra­
nicznych, tablicach fundacyjnych kościołów, nobilitowały rzeczy, insty­
tucje i osoby" etc. A. W. Mikołajczak, łacina..., op. cit., s. 58
8 9

E . Wallis Budge, The Book of the Dead. The Papyrus of Ani in The Bri­
tish Museum. The Egyptian Text with Interlinear Translation and Trans­
literation, etc, New York 1967 [1895].
9 0

Napis we wnętrzu piramidy Unas (1.583) głosi: „Nieszczęsna będzie
kość i ciało bez napisu". Budge, Egyptian Magic, op. cit, s. 124-5
„Emblematyczne" pogrzeby tekstu, brzemienne w rematyczność, to
fragment wizji Ezechiela o zjedzeniu zwoju (Ez 3,1-3) i Apokalipsa
św. Jana 10, 9-10
9 1

40

Eliade, Joga, op. cit., s. 228
Tym mianem Wodziński określa jedną z trzech strategii apofatycznych
(negacja, antynomia, hyperyzacja), objaśniając je jako „próbę odsłonię­
cia tego, co dla greckiego logosu było z definicji zasłonięte". Jej symp­
tomem są greckie przedrostki hyper- , meta- i przyimek epekeina - 'po­
za', a także 'po tamtej stronie' (np. u Rudolfa Otto, Świętość, przel.
B. Kupis, Warszawa 1993, s. 53,64). Na podstawie wykładu C. Wodziń­
skiego z cyklu: Zarys antropologii apofatycznej , Warszawa 27.11.1997
9 9

1 0 0

G. Scholem, Mistycyzm żydowski i jego odmiany, przel. I. Kania,
Warszawa 1997, s. 191 n.
Nieco wcześniej czytamy: „każdą z tych «dróg» [chodzi o ćwiczenia
mistyczne związane z Sefer Jecira, 'Księgą Stworzenia'] kazał mi podą­
żać przez dwa tygodnie, póki nie wyryła się w mym sercu każdy forma.
W ten sposób prowadził mnie przez cztery bite miesiące , potem zaś po­
leci! mi wszystko «wymazać»". Ibidem.
1 0 2

Ibidem, s. 194-195
J. Derrida, Farmakon, przel. K. Matuszewski, w: tegoż, Pismo filozo­
fii, op. cit., s. 53
M. Heidegger, Was heifit Denken?, op. cit., s. 93. Dalej: „Pamięć
oznacza źródłowo tyle, co skupienie i nieustanne skoncentrowane «pozostawanie przy», przy czym nie chodzi tylko o to, co minęło, ale w taki
sam sposób o pozostawanie przy teraźniejszym i tym, co może nadejść".
„Zapomnienie jako rodzaj skrywania jest zdarzeniem, które nawiedza
byty i człowieka w ich wzajemnej relacji. (...) Zapomnienie (niepamięć)
(...) nie jest «subiektywnym przeżyciem* ani stanem subiektywnym
w sensie pamięciowego lapsusa. Zakrycie nie dotyka tylko tego co prze­
szłe, ale też teraźniejszość i nade wszystko (...) tego, co nadchodzi".
M. Heidegger, Parmenides, op. cit., s. 82
1 0 3

1 0 4

1115

1 0 6

Ibidem, s. 124: „Avauvecnc w Platońskim sensie tego słowa (...) to
relacja z byciem bytów. Tłumaczy się to zazwyczaj jako 'pamięć' lub
'przypomnienie'. Ten przekład nadaje jednak słowu charakter psycholo­
giczny, całkiem pomijając istotną relację wobec i8ea [tzn. tego, co nie
jest wyglądem - El6oc - ale tym, co w widoku patrzy na człowieka] .
Przekładanie avccuveaic przez 'przypomnienie' oznacza, że chodzi tu
tylko o coś «zapomnianego», co z powrotem wzbiera w człowieku.
A przecież ustaliliśmy w międzyczasie, że Grecy doświadczają zapo­
mnienia jako zdarzenia w obrębie skrywania się bytów. A zatem tzw. pa­
mięć faktycznie opiera się na nieskrytości i otwartości. Wraz z prze­
kształcaniem się istoty cAeOEia w o u o t o m ę , Platon inauguruje przeciw­
stawianie Xe8e i avauveotc Zdarzenie w obrębie wycofującego się
skrywania zostało przekształcone w ludzkie zachowanie, w zapomnienie
W ślad za nim to, co przeciwne Хеве, staje się czymś, co z powrotem zo­
staje sprowadzone przez człowieka. Dopóty, dopóki myślimy Platońską
avauvEOtc (...) w kategoriach nowoczesnych, myśląc ją w subiektyw­
nym sensie «pamiętania» i «zapomnienia», nie chwytamy jej istotnego
(...) gruntu, który w myśleniu Platona i Arystotelesa zajaśniał po raz
ostatni".

�W Parmenidesie czytamy: „To, co jest przeciwne о Л е В е ю : nie jest
ani jej przeciwieństwem, ani zwykłym brakiem, ani odrzuceniem jej
w postaci negacji. Леве, zapomnienie, jest tym wycofywaniem się, dzię­
ki któremu istota aXeGEta może zostać zachowana i nie zapomniana.
Bezmyślna opinia utrzymuje, że cos' może zostać wtedy łatwiej zachowa­
ne, gdy jest stale pod ręką i gdy jest uchwytne. Ale naprawdę i w praw­
dzie to właśnie skrywające się skrywanie w największym stopniu umoż­
liwia ludzkim istotom przechowywanie i wierność". Heidgger, Parmeni­
des, op. cit., s. 127
1 0 7

1 0 8

Rozróżnienie pisma sakralnego i świeckiego zawarte jest w opisie sa­
mej sceny poprzedzającej pożarcie książeczki przez Apostola: „A gdy
siedm gromów wymówiły głosy swoje, jam był pisać miał; i usłyszałem
głos z nieba mówiący mi: Zapieczętuj, co mówiły siedm gromów, a nie
pisz tego" Ap 10, 4, przekład J. Wujka.
1 0 9

To słowo pojawia się w Kierkegaardowskim Albo, albo dokładnie
w kontekście twórczego zapominania: .Zapominanie bowiem jako sztu­
ka to nic innego jak prawdziwe asymilowanie, przyswajanie sobie, przy
tym to, co się przeżyło, skrapla się w spotęgowaną zdolność do rezonan­
su, oddźwięku (...)" S. Kierkegaard, Albo, albo, przeł. J.Iwaszkiewicz,
t. 1, s. 333 i n. O oczyszczającej sile zapomnienia wielokrotnie pisywał
S. Vincenz, np. w kontekście Dantego (zob. Boska komedia, Czyściec 28,
127-144), zob. też S. Vincenz, Outopos, Zapiski z lat 1938-1944,
red. J. A. Choroszy, Wrocławl993, s. 13, 38-9 etc.
1 1 0

Na temat konotacji seksualnych hebrajskiego 'jada', 'znać' i greckie­
go gignosco zob. S. Awierincew, Na skrzyżowaniu tradycji, op. cit., s. 172,
n. 27, 28; także A. Swiderkówna, Rozmowy o Biblii, op. cit., s. 118. Zob.
np. Juda ben Barzilaj (XII w), który wkłada ów czasownik w usta Boga,
mówiącego o księdze Sefer Jecira: „i stworzyłem Księgę Jecira i zgłębi­
łem ją". Za: Scholem, Kabała i jej symbolika, op. cit., s. 192
"' Zob. moja książka Imago insolita. Hermeneutyczna lektura źródeł et­
nograficznych, rozdz. 7 (w druku).
Zob. na ten temat Awierincew, Poetika, op. cit., s. 189
Zob. J. Tokarska-Вakir, Dozorcy świętości. Nieuprzedmiotowienie ja­
ko ukrycie. Hermeneutyka filozoficzna w przekładzie soteriologii tybe­
tańskiej, „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa" (w druku)
Heidegger podkreśla, że słowo „kultura" pojawiło się w dziejach ludz­
kości późno (w czasach cywilizacji łacińskiej), i od początku stanowiło
sygnał „nowoczesnego przeobrażenia", któremu podlegał świat (M. He­
idegger, Parmenides, op. cit., s. 70): „«Kultura» pojawiła się dopiero na
początku okresu nowożytnego. W chwili, gdy [prawda w sensie] Veritas
stała się [prawdą jako] certitude, gdy człowiek sam ustanowił siebie i po­
przez cultivatio, przez cultura, przez własną pracę twórczą stal się sobą,
tj. twórcą, scil. geniuszem. Grecy nie mieli takich słów jak kultura czy
geniusz. (...) Kultura i technologia, myślane po grecku, są nie mniej bar­
barzyńskie niż natura u Rousseau".
1 1 2

113

1 , 4

1 1 5

M. Heidegger, Samoutwierdzenie się niemieckiego uniwersytetu ['Die
Selbstbehauptung der deutschen Universitat'], przeł. J. Garewicz, „Aletheia" nr 1-4: 1990, s. 365-6, podkreślenia autora.
„Początek istoczy się jako to, co trwa w nadchodzeniu". M. Heideg­
ger, Erlanterungen zu Hólderlins Dichtung, GA 4, 1981, s.76
Ibidem.
M. Heidegger, Przyczynki do filozofii. Z wydarzania przeł. В Baran,
J. Mizera, Kraków 1996, s. 58
Aczkolwiek nie jest to, jak pisze Heidegger, ani wieczność w znacze­
niu nunc fluens, wiecznego upływu czasu, semperitas, ani w znaczeniu
nunc stans, statycznego „teraz", aetemitas. M. Heidegger, Hóldrelins
Hymnen «Germanien» und «Der Rhein», GA 39, 1980, s. 55
1 1 6

1 1 7

1 1 8

1 1 9

1 2 0

M. Heidegger, Beitrdge zur Philosophic, G A 65, 1985, s. 371. Wyd.
pol. Przyczynki do filozofii, op. cit.
M. Heidegger, Hóldrelins Hymnen «Germanien» und «Der Rhein»,
op. cit., s. 109, 112
121

1 2 2

M. Heidegger, Czas światoobrazu, przeł. K. Wolicki, z tomu: tegoż,
Drogi lasu, Warszawa 1997, s. 76
Takie pojęcie religijnej (nie-) świadomości nie miałoby zabarwienia
psychologicznego w znaczeniu Freudowskim czy Jamesowskim, lecz
wyrażałoby ideę bliską tezie Heideggera o notorycznej przewadze ludz­
kiej wiedzy nad samowiedzą. Nawiążę do niego za chwilę mówiąc
o „ustności" jako stylu poznawczo-bytowym.
1 2 3

1 2 4

W Parmenidesie Heidegger wiele miejsca poświęca współprzynależności logos i mylhos, zob. tamże, op. cit, s. 125 etc. „Uważać, że ил&gt;вос

został zniszczony przez Xoyoq to ulegać opartemu na platonizmie prze­
sądowi nowożytnego racjonalizmu, dotyczącego historii i filologii. Reli­
gijności nigdy nie niszczy logika, lecz tylko usuwanie się Boga". Heideg­
ger, Was heifit Denken, op. cit., s. 7
1 2 5

M. Heidegger, Czas światoobrazu, op. cit., s. 76
Bo jest zarazem sposobem bycia i rozumienia, pojmowanym
wedle kryterium dystrybutywnego, tj. dużo bardziej radykalnie niż ro­
zumie go Jack Goody w swoim The Domestication of the Savage
Mind, London 1977, czy Walter Ong w Orality and Literacy , wyd.
pol. Oralność i piśmienność. Słowo poddane technologii przeł. J. Japola, Lublin 1992
1 2 6

1 2 7

Od dawna tłumacze borykają się z przekładem kategorii writing-orality. O ile drugą bez trudu przekłada się jako „ustność", o tyle pierwsza
nastręcza trudności w związku z wyborem pomiędzy polskimi formami
„pisemność" i „piśmienność" (zob. objaśnienia w : S. Skorupka, Słownik
frazeologiczny języka polskiego, Warszawa 1977, t. 1, s. 683-684). Przyj­
muję tu następującą zasadę przekładu: wyjściowe angielskie writing tłu­
maczę jako „pisemność" - czyli dziedzinę zapisu, podczas gdy „piśmien­
ność" wiązałabym z samą umiejętnością pisania. Treści ustne (podobnie
jak i pisemne) mogą się zatem pojawiać zarówno u piśmiennych jak
i niepiśmiennych.
1 2 8

Rematyczny aspekt słowa ujawnia się nie tylko w zachowaniach lu­
dzi niepiśmiennych, ale i u takich miłośników pisma jak choćby chasydzi (zamiatał, zbierał troskliwie stare, postrzępione kartki z ksiąg do na­
bożeństwa i zanosił na strych". J. J. Singer, Josie Kałb, Kraków 1992,
s. 113) czy pierwsi franciszkanie, zbierający bezbożnie poniszczone
książki, „bo z liter na tych stronach umieszczonych ułożyć można było
słowo Jezus" (J. Czapski, Czytając, Kraków 1990, s. 12).
1 2 9

U. Eco, Imię róży, przeł. A. Szymanowski, Warszawa 1987, s. 367
W usta Wilhelma Eco wkłada tu oczywiście znane słowa Wittgensteina z Traktatufilozoficzno-metafizycznego.Zob. Eco, Imię róży, op. cit.,
s. 568
1 3 0

131

H. Schlier, Rudolf Bultmann, dem Achtzigjdehrigen, [w:] Besinnung
auf das Neue Testament, 1964, s. 53
J . Derrida, Writting and Difference, Chicago 1981, s. 76
C . Miłosz, Metafizyczna pauza, Kraków 1995, s. 68,75, 111 n. Na te­
mat trwałości punktów kardynalnych w światopoglądzie średniowiecz­
nym zob. m.in. M. Bachtin, Twórczość Franciszka Rabelais'ego, przeł.
A. i A. Gorzeniowie, Kraków 1975, s. 543n.
1 3 2

1 3 3

1 3 4

Eco, Imię róży, op. cit., 463-464.
„Dręczy ich zachłanność na rzeczy nowe" - powiada Jorge o swoich
wrogach (ibidem, s. 536), dając wyraz swojej antymodernistycznej fobii.
Lęk przed nowością, choć wyraża się w stylistyce piśmienności, jest
idiosynkrazją typowo ustną. Zob. wspomnienie nauczyciela, rabbiego
Shmuela Sperbera w książce J. Magoneta, A Rabbi's Bible, London
1991, s. 7: „Mój nauczyciel (...) stawał się strasznie niespokojny, gdy od­
krywał [w Torze] hiddush, nową ideę czy też nową możliwość lektury.
Rzucał się wtedy ku wielkim komentatorom przszłości, by wyjaśnić, czy
ktoś znalazł już to wcześniej".
1 3 5

1 3 6

Eco, Imię róży, op. cit., s. 460: „Dobrem dla księgi jest, by była czy­
tana".
Por. Ewangelia Gruzińska XI: „[Trzej] Królowie rzekli: (...) posiada­
my bowiem księgę, zapieczętowaną i napisaną przez samego Boga (...).
My nie możemy tej księgi otworzyć; tylko jeden może to zrobić, który ją
napisał i zapieczętował". Cyt. za M. Starowieyski [red.], Apokryfy Stare­
go Testamentu, t. 1, Lublin 1986, s.158,
1 3 7

1 3 8

R. Łużny (red.), Pieśń o Niebieskiej Księdze. Antologia ludowej ro­
syjskiej poezji religijnej. Warszawa 1990, s. 61, n. 10: Tylko Jan Ewan­
gelista może otworzyć Niebiańską Księgę. Podobny wątek u Vincenza,
gdy mowa o „gołębiej światowej księdze".
1 3 9

Przypomina ona w dużej mierze krytykę esencjalizmu, jaką w Społe­
czeństwie otwartym i jego wrogach zawarł Karl Popper.
Ibidem 367
Kolberg 7, 66
Ibidem, s. 49, n. 3; s. 138 etc.
J. Haur, Skład abo skarbiec znakomitych sekretów oekonomiey ziemiańskiey, wyd. 2, Kraków 1693, s. 112
J. Partyka, Silva rerum..., s. 85
Ks. Chmielowski, Nowe Ateny, t. 4, s. 261, cyt. za: Kolberg 7, 243
Cyt. za: T. Seweryn, Świątkarz powsinoga. Warszawa 1963, s. 54n
1 4 0

141

1 4 2

1 4 3

1 4 4

1 4 5

1 4 6

41

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9876" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9854">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/dba67b268b0a60310de2ddc7cdf982cb.pdf</src>
        <authentication>9cd3d47b402fb172ad370081a6543e7c</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117542">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3577</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117543">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117544">
                <text>1993</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117545">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3354</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117546">
                <text>O problemie litewskiego stereotypu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117547">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4, s.25-27</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117548">
                <text>Venclova, Tomas</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117549">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117550">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117551">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117552">
                <text>O problemie stereotypu litewskiego*
Tomas Venclova
W r o k u 1947, w obozie dipisowskim, m ł o d y filozof Juozas
Girnius n a p i s a ł esej Problem litewskiego charakteru, k t ó r y
został opublikowany w j e d n y m z efemerycznych litewskich
wydawnictw na terenie Zachodnich Niemiec. M o g ł o b y się
zdawać, że ten tekst, jak wiele t e k s t ó w tej epoki, jest skazany
na zapomnienie. Niemniej po latach, przedrukowany w lite­
wskiej prasie podziemne . z d o b y ł p o n o w n ą p o p u l a r n o ś ć .
W roku 1991 umieszczono go w g ł ó w n y m litewskim czasoniśmie literackim jako klasyczny w y k ł a d d o k t r y n y narodo­
wej D l a d o ś ć szerokich k r ę g ó w litewskiej opinii publicznej
dv kurs Girniusa jest obecnie dyskursem niejako oficjalnym
Myślenie i m ó w i e n i e odmienne uchodzi za brak miłości do
nir7V7nv A wiec warto zacząć od teeo eseiu n r ó b u i a c
wytłumaczyć jak L i t w i n postrzega i rozumie siebie samego
E w
S
razie
powinien o
^
wielu (Cli OL' m o ż e i nie w s z y s t k i c h
Tekst Girniusa zrodził się z miłości i trwogi. Był pisany
w latach, kiedy n a r ó d litewski, wdeptany w bioto przez dwa
mocarstwa totalitarne, zosta! pozbawiony nie tylko wolności
i niepodległości, ale - prawie że - i nadziei. N a Litwie był
uwikłany w niesamowicie u p a r t ą i wyniszczającą wojnę
partyzancką. N a Zachodzie, gdzie znalazła się przeważająca
cześć elit politycznych i kulturalnych, stal wobec perspek­
tywy em.gracyjnego getta . postępującej utraty władnej
odrębności Myśl m ł o d e g o filozofa który w k r ó t c e zosta
czołowym ideologiem litewskiej emigracji mtala z a r a d z i ć tej
beznadziei i r o z p a d ó w , . Było to wyznanie wiary w n a r ó d
niszczony lecz stawiaiacy onór i dlatego z a s ł u e u i e na
szacunek P o w i e d z i a ł b y m nawet że było prorocze - jak były
prorocze' w pewnym stopniu utwory dziewietnastowiec/nych p o l s k i c h ^ e s j a m s t ó w Niemniej
tekst G i m i u T a ^ S
n e i a D ^ i i w t a

rSyiskch i Ó o T S
znacznie m n S u S S o n y c h ^ h
2 a d o w S ^ 7
oczywiście S
m
S
E
notskich Fs^G^rniu,,'

wTróżńTa s ' i e " i S n T t wSh^nnvr-b n i , tv ko hr.kiern
a?tokryTvki
£
lakakolwlk J ^ A W S T K ^ Z
S
S
J
l
¡1
P

f a k t y - S ż , tym g o r a j d l a ffktów
stereotypów,
A więc według jedenastowiecznego kronikarza A d a m a
z Bremenu, L i t w i n i to homines humanissimi. (Co prawda,
Adam z Bremenu pisał nie o Litwinach, k t ó r z y wtedy na ogół
jeszcze nie w y s t ę p o w a l i w ź r ó d ł a c h , lecz o m i e s z k a ń c a c h
dawnych Prus; ale co za różnica?) L i t w i n w y r ó ż n a się
wrodzoną d o b r o c i ą serca, brakiem obojętności i nienawiści,
miłością do człowieka k t ó r ą ceni wyżej od ambicji politycz­
nych, interesu gospodarczego prawdy naukowej p i ę k n a
estetycznego i nawet d ą ż e ń religijnych Dwudziestowieczny
U t w i n p r z e c h o w a ł te cechy w nienaruszonym stanie Wieś
newska jest jedną wielką rodzina gdzie wszyscy są b r a ć m ,
Utylitaryzm i wyrachowanie s k ą p s t w o i nawet z w y k ł a
oszczędność są tu z a s t ą p i o n e przez tradycję pomocy wzajem¬
* Teksty T. Venclovy i Cz. Okińczyca zostały wygłoszone na sesji
Porody i Stereotypy zorganizowanej przez Krakowskie Centrum
Kultury, dniach 23-29 czerwca 1993 r.
w

nej znajdującej wyraz w słowie talku n i e p r z e t ł u m a c z a l n y m
na ż a d e n język (tu dodam, że w b i a ł o r u s k i m jest s ł o w o tołoka
- ale na to odpowiedziano by m i , że z o s t a ł o p o ż y c z o n e
z litewskiego wraz z obyczajem).
Jak przystało filozofowi. Girnius dba o tolerancyjność
i o b i e k t y w n o ś ć w stosunku do s ą s i a d ó w L i t w y , włącznie
z Rosjanami i Niemcami. K a ż d y n a r ó d w e d ł u g niego ma
swoje wady, ale i swoje zalety. L i t w i n i jednak, osiedleni
w niebezpiecznej strefie, gdzie świat słowiański styka się ze
światem g e r m a ń s k i m , reprezentują złoty ś r o d e k : są po­
zbawieni wad s ą s i a d ó w i nie m a j ą nic o p r ó c z zalet. Rosjanin
lubi nie tyle człowieka, ile kolektyw, l u d z k o ś ć ; k o n k r e t n y m
człowiekiem, w t y m s o b ą , c z ę s t o ' p o g a r d z a i nienawidzi go;
jest g o t ó w poświęcić człowieka dla domniemanego dobra
o g ó ł u , co oczywiście prowadzi do bolszewizmu - i co dla
Litwina jest nie do p o m y ś l e n i a . Niemiec jest karny i zdyscyp­
linowany, pracowity, ale pozbawiony serdeczności, butny
i chętnie wykonuje k a ż d y nakaz w ł a d z y doczesnej - co
prowadzi do nazizmu i jest także w s t r ę t n e powściągliwemu
L i t w i n o w i , k t ó r e g o dusza zawsze zbuntuje się przeciwko
nakazom nieludzkim. Polak odznacza się p y c h ą , perfidią
i skłonnością do anarchii; L i t w i n natomiast jest skromny nie
uprawia p o d s t ę p u i ma wrodzony p o c i ą g d o s o l i d a r n o ś c i .
A więc opozycja Girniusa jest zasadniczo prosta. Świat
słowiański - to chaotyczna m g ł a w i c a , k r ó l e s t w o entropii;
świat g e r m a ń s k i
to nieludzki p o r z ą d e k , k r ó l e s t w o auto­
matyzmu i martwoty; m a ł y świat bałtycki - to chyba jedyny
na kuli ziemskiej z a k ą t e k , gdzie p r z e c h o w a ł a się anima
naturaliter Christiana, w zasadzie nie zmieniona o d c z a s ó w
p o g a ń s k i c h aż do dzisiaj. Człowiek t u tworzy dobro, i wyłą­
cznie dobro, w ten sam s p o s ó b j a k jedwabnik wytwarza
jedwab.
Wprawdzie świat bałtycki też nie jest jednostajny. Łotysze,
według Girniusa, są na ogól bradziej oportuntstyczni od
Litwinów: z tego też p o w o d u byli s k ł o n n i k o l a b o r o w a ć
z bolszewikami i r ó w n i e ż z hitlerowcami, czego o Litwinach
powiedzieć nie m o ż n a . Są - albo raczej byli - jeszcze Żydzi.
O nich Girnius m ó w i tylko tyle, że dzięki wrodzonej
tolerancji litewskiej cieszyli się wszystkimi prawami w cza­
sach niepodległości międzywojennej - ale nie popisali się
lojalnością w okresie okupacji bolszewickiej. Niemniej trage­
dia, k t ó r a ich s p o t k a ł a , w y w o ł a ł a głębokie współczucie
L i t w i n ó w , nawet jeśli Żydzi nie zawsze zasługiwali na nie.
W związku z t y m dzieje L i t w y są wielką b o h a t e r s k ą
epopeją nigdy nie s k a l a n ą przez b r u t a l n o ś ć , o k r u c i e ń s t w o
czy u g o d o w o ś ć . L i t w i n i są narodem p o k o j o w o usposobio­
nym, nie znają k u l t u siły, ale są często zmuszani do wojny
przez d r a p i e ż n y c h s ą s i a d ó w ( k t ó r z y po prostu nie m o g ą
zezwolić na istnienie tej wyspy chrześcijańskiej p r a w o ś c i
p o ś r ó d swego zepsutego świata). Zawsze znajdują się w sta­
nie obrony koniecznej, i p o t r a f i ą czynić w t y m stanie cuda.
T o , że L i t w a stworzyła imperium w czasach średniowiecz­
nych, było wymuszone przez agresję k r z y ż a c k ą . Ż a d n y c h
korzyści w dziejach L i t w i n i nie odnosili. Jeżeli wygrywali, to
zasługiwali na to; jeżeli przegrywali, to wyłącznie dlatego, że
w o d r ó ż n i e n i u o d innych byli ofiarni i sprawiedliwi. Są po
prostu za dobrzy j a k na ten świat. Są w zasadzie świętymi
- t y m bardziej, że nie zdają sobie z tego sprawy.
Metafizycznym obrazem tej L i t w y , w e d ł u g Girniusa. są
dwa symbole wytworzone w głębokich p o k ł a d a c h jej ducha
- P o g o ń i Chrystus Frasobliwy, rycerz i cierpiętnik: rycerz

25

�ł a g o d z o n y przez cierpiętnika, cierpiętnik w y w y ż s z o n y przez
rycerza. D o d a m , że poza to przeciwstawienie historiozoficz­
na myśl litewska j a k o ś nie potrafi wyjść j u ż od k i l k u
dziesięcioleci. Notabene oba symbole nie są wyłącznie
litewskimi. P o g o ń jest u w a ż a n a za swoją t a k ż e przez Biało­
r u s i n ó w , a Chrystus Frasobliwy, znany na wszystkich tere­
nach dawnej Rzeczypospolitej, przyszedł do L i t w y z Polski
albo przez Polskę. A l e mniejsza o to.
Zbyt ł a t w o k r y t y k o w a ć esej Juozasa Girniusa. Myślenie
w n i m demonstrowane jest nie tylko apologetyczne a ż do
granicy śmieszności, lecz i g ł ę b o k o anachroniczne. W y w o d z i
się z m i t ó w d z i e w i ę t n a s t o w i e c z n y c h . Polacy niewątpliwie
r o z p o z n a j ą t u d u ż o ze swojej własnej narodowej m i t o l o g i i
(zresztą Mickiewicz przyczynił się do powstania s t e r e o t y p ó w
litewskich chyba więcej od innych). Wprawdzie Girnius
m ó w i , ż e charakter litewski opisany przez niego jest raczej
n o r m ą i d e a l n ą niż faktem, ale że nie przeczą tej normie ż a d n e
z n a c z ą c e dziejowe wydarzenia. Niestety d o ś w i a d c z e n i e his­
toryczne, zwłaszcza d o ś w i a d c z e n i e ostatnich pięćdziesięciu
lat, zadaje k ł a m t y m b u d u j ą c y m stereotypom: widzieliśmy
w tych latach tyle o b o j ę t n o ś c i i nienawiści, tyle b r u t a l n o ś c i
i u g o d o w o ś c i tyle chciwości małości i zawiści że ż a d e n
narcyzyzm narodowy przed t y m się nie ostoi Widzieliśmy
t a k ż e s o l i d a r n o ś ć , o f i a r n o ś ć i bohaterstwo, tak na L i t w i e , j a k
i w innych krajach
i m o ż e nawet więcej na Litwie, niż
w Daru innych krajach' ale chyba m o g l i ś m y z r o z u m i e ć że
c h o d ź , t u przede wszystkim o siłę i ś w i a d o m o ś ć jednostki
a nie o hipostazjowany duch narodowy.
Postawy bliskie postawom tu analizowanym, j a k m ó w i ­
łem, ostatnio z d o b y w a j ą r a n g ę prawie że oficjalnej filozofii
na L i t w i e - w k a ż d y m razie p o ś r ó d p u b l i c y s t ó w i myślicieli
d o s y ć licznych, hałaśliwych oraz s k ł o n n y c h s t a w i a ć znak
r ó w n a n i a p o m i ę d z y k u l t e m N a r o d u i anty komunizmem. Są
przyjmowane przez wielu, co z kolei w p ł y w a , oczywiście, na
i n t e l e k t u a l i s t ó w . Znany polityk Vagnorius powiedział nieda­
wno, że człowiek m o ż e się mylić, ale n a r ó d jest nieomylny.
A więc w p r ó ż n i postkomunistycznej - której nie znosi
natura ludzka - b o ż e k narodu z łatwością zastępuje b o ż k a
nieomylnej klasy i nieomylnej partii. Pielęgnuje się poczucie
nieustannego z a g r o ż e n i a L i t w y przez rozmaite ciemne moce
i głównie przez s ą s i a d ó w ; jest to dobry s p o s ó b zdobycia
prestiżu i g ł o s ó w ( c h o ć m o ż e j u ż nie zawsze) W e d ł u g te,
filozofii Lifwa powinna b y ć s p o ł e c z e ń s t w e m ściśle narodo­
w y m i z a m k n i ę t y m bo szlachetny etniczny typ litewski jest
zawsze w niebezpieczeństwie- p o m i m o genetycznie zapew­
nionej cnotliwości podejrzanie ł a t w o ulega trującym wpły­
w o m czy to polskim po unii lubelskiej czy to a m e r y k a ń s k i m
po r o k u 1991.
Spotykamy takie postawy chyba w k a ż d y m niedawno
w y z w o l o n y m kraju Europy Ś r o d k o w e j i Wschodniej. W y n i ­
kają, oczywiście, z ogromnego kompleksu mniejszej w a r t o ś c i
- k t ó r y , sądzę, nie jest zbyt uzasadniony. Dzieje tak się
złożyły, że wszystkie narody tej połaci ś w i a t a nie m i a ł y
normalnych p a ń s t w przez cały wiek dziewiętnasty i przez
z n a c z n ą część dwudziestego, nierzadko i przedtem. M ó w i ą c
„ w s z y s t k i e " w ł ą c z a m w ten poczet i Rosję, bo nie m o ż n a
przecież wielonarodowego imperium c a r ó w i b o l s z e w i k ó w
u w a ż a ć za p a ń s t w o normalne. A wyłącznie normalne, włas­
ne, niepodległe p a ń s t w o stwarza w a r u n k i dla psychoanalizy
narodowej.
Poczucie z a g r o ż e n i a bytu narodowego
w wypadku
L i t w i n ó w zaostrzone przez przejmujące uczucie, że jest się
narodem m a ł y m - zmusza do patrzenia w zwierciadło, k t ó r e
codziennie twierdzi, że jest się najlepszym, najpiękniejszym
oraz j e d y n y m m a j ą c y m rację. Cudzych racji nie rozumie się
- z tego prostego p o w o d u , że inni racji mieć nie m o g ą .
W Serbii ostatnio do kanonu wiary weszła f o r m u ł a , że
Serbowie są „ n a r o d e m prawie zamordowanym": ma ona

26

1

u s p r a w i e d l i w i ć k a ż d e poczynanie p a ń s t w a serbskiego, a ż do
najbardziej w ą t p l i w y c h . L i t w i n i analogicznej formuły nie
stworzyli, ale niejeden z nich żyje z t y m samym poczuciem.
Dla niejednego d o b r o narodu jest dobrem absolutnym,
z definicji nie m o g ą c y m w c h o d z i ć w konflikt z p r a w i d ł o w o
p o j m o w a n y m d o b r e m innych. W e d ł u g tego mniemania
L i t w i n i w o g ó l e nie p o t r a f i ą r o b i ć nic, co by nie p r a c o w a ł o na
rzecz m o r a l n o ś c i i demokracji, bo są m a l e ń k ą , dzielną g r u p ą
w świecie zaludnionym przez k r w i o p i j c ó w , h i p o k r y t ó w
i o s z u s t ó w . Przenigdy nie mogli p o p e ł n i ć najmniejszego
błędu i t y m bardziej zbrodni. T o inni p o p e ł n i a l i zbrodnie na
L i t w i n a c h . Odebrali nam ziemie na wschodzie i zachodzie,
niszczyli nas o r ę ż e m , z a r z ą d z e n i e m b i u r o k r a t y c z n y m i sło­
wem z kazalnicy kościelnej. U k r a d l i n a m K a n t a , M i c ­
kiewicza i Dostojewskiego, k t ó r z y byli oczywiście rdzennymi
L i t w i n a m i . Sfałszowali historię, wypaczyli złośliwie wizeru­
n k i Mendoga i W i t o l d a C h v b y najgorsza była zbrodnia
P o l a k ó w bo chcieli i w znacznym stopniu potrafili zniszczyć
d u s z ę litewską w s p o s ó b ł a g o d n y u ł a s k a w i a j ą c nas i jedno­
cześnie z a r a ż a j ą c p o c a ł u n k i e m z A l p u h a r y .
L i t w i n i są t a k ż e , w e d ł u g tego mniemania, narodem, k t ó r y
ucierpiał więcej niż wszyscy. Był oczywiście Holocaust
Ż y d ó w , ale genocyd stalinowski w odczuciu nacjonalisty
litewskiego co najmniej Holocaustowi d o r ó w n u j e , a tak
n a p r a w d ę to go prześciga.
Jest to myślenie, k t ó r e prowadzi do bardzo specyficznej
definicji L i t w i n a . N a r ó d litewski s k ł a d a się wyłącznie z ludzi
wyznających ideę n a r o d o w ą , t j . u w a ż a j ą c y c h n a r ó d za I
w a r t o ś ć n a d r z ę d n ą w stosunku do k a ż d e j innej, a prze­
trwanie jego za rzecz najważniejszą z m o ż l i w y c h , właściwie
j e d y n ą w a ż n ą , j e d y n ą , której należy o f i a r o w a ć życie własne,
a t y m bardziej cudze. Nie wyznający tej idei są podejrzani
- a jeżeli m ó w i ą po litewsku i są p r z y w i ą z a n i do litewskiego
krajobrazu i k u l t u r y , są podejrzani jeszcze bardziej. Przecież
l
mamy t y l u w e w n ę t r z n y c h w r o g ó w , rozpoznawalnych z na­
zwisk, z mieszanych m a ł ż e ń s t w albo po prostu z nieprawomyślności.
J e d n o c z e ś n i e jest to podejście do świata bardzo wygodne,
bo w o d r ó ż n i e n i u od słynnej f o r m u ł y egzystencjalistów
esencja narodowa poprzedza egzystencję. Ten, k t o miał
szczęście u r o d z i ć się L i t w i n e m {respective Serbem, Chor- ]
watem, Polakiem), nie musi w y b i e r a ć swego losu ani doras- „ l
t a ć do niego: jest lepszy od innych, rozgrzeszony i ocalony
przez sam fakt p r z y n a l e ż n o ś c i od tej a nie innej w s p ó l n o t y .
Pewien intelektualista litewski z niepojętą dla mnie d u m ą
użył słów Lithuania contra mundum. Bardzo niedaleko stąd
do postawy wielu S e r b ó w t r a k t u j ą c y c h świat w kategoriach
manichejskich, jako spisek całej k u l i ziemskiej przeciwko
świętej Ojczyźnie.
Jednym z większych g r z e c h ó w k o m u n i z m u
któremu
g r z e c h ó w , j a k wiadomo, nie brak - jest to, że uniemożliwiał § f
r o z p r a w ę i n t e l e k t u a l n ą z t y m ciasnym i anachronicznym
nacjonalizmem i z jego skrajną p o s t a c i ą , faszyzmem rodzi­
m y m . Z r e s z t ą wciąż utrudnia tę r o z p r a w ę . P r z e ś l a d o w a n i
przez k o m u n i s t ó w - czasem surowo, czasem mniej - nac­
jonaliści zjawiają się w aureoli c i e r p i ę t n i k ó w za n a r ó d i wciąż
jest rzeczą n i e ł a t w ą , acz n i e z b ę d n ą sprzeczać się z nimi
w s p o s ó b o t w a r t y i p o w a ż n y . M a j ą uproszczony i mocny
słownik: „ k r w a w i b a r b a r z y ń c y " , „ A z j a c i " , „ m o r d e r c y ducha", „ p ł a s z c z ą c y się zdrajcy", „ s a t a n i ś c i " . Najmocniejszym
i najczęstszym s ł o w e m jednak jest mankurt (termin z a - j
proponowany przez kirgiskiego pisarza A j t m a t o w a , bardzo
sowieckiego i nacjonalistycznego j e d n o c z e ś n i e , modnego na
Litwie chyba znacznie bardziej niż w Kirgizji). Oznacza
człowieka pozbawionego pamięci, k t ó r a jest w d a n y m wypa­
d k u t o ż s a m a z ideologią n a r o d o w ą . Nie d o p r a c o w a l i ś m y się
jeszcze s ł o w n i k a krytycznego, k t ó r y m o g l i b y ś m y temu słow­
nictwu przeciwstawić

�Nie chcę powiedzieć, że w o g ó l e nic z tej narodowej
filozofii i narodowych s t e r e o t y p ó w nie ma najmniejszego
oparcia w rzeczywistości. Zbrodnie przeciwko g r u p o m et­
nicznym - zwłaszcza m a ł y m i nie m o g ą c y m się skutecznie
bronić
były i niestety są faktami. Wynaradawianie - tak
przymusowe, j a k i „ ł a g o d n e " , nie stosujące z a u w a ż a l n e g o
przymusu - było i czasem jest procederem j a k najbardziej
realnym. I jest to zbrodnia przeciwko duchowi człowieka,
powiem nawet więcej: Polska t u n a p r a w d ę nie jest bez winy
stosunku do L i t w y . W p ł y w Polski na Litwę - tak samo j a k
wołvw innych k r a j ó w , z N i e m c a m i i Rosją włącznie
miał
S h y pozytywne, przyczyniając się do p i ę k n e g o r o z k w i t u
S t u r y Wielkiego K s i ę s t w a Ale miał t a k ż e cechy wybitnie
neiatvwne zwłaszcza w czasach saskich kiedy pluralizm
S ł o ń s k z o s t a ł w y p a r t y przez polski nacjonalizm i litera­
t a w języku litewskim świetnie się zapow a d a j ą c a w epoce
Daukszy Szyrwida i S m o c z y ń s k i e g o z d e g e n e r o w a ł a się
w

?

niewygodnie.
Utrata p a m i ę c i narodowej nie jest dobrem. Tyle że ta
pamięć powinna b y ć p e ł n a , nie selektywna. Zawsze mieliśmy
wielość tradycji, z t y m że tradycja „ r d z e n n i e litewska",
izołacjonistyczna była t y l k o j e d n ą i nie zawsze g ł ó w n ą w t y m
krajobrazie.
Także i kategorie Juozasa Girniusa m a j ą pewien r d z e ń
racjonalny. A ż do c z a s ó w sowieckich L i t w i n i byli n a p r a w d ę
społeczeństwem wiejskim, p o s i a d a j ą c wiele zalet tego społe­
czeństwa - w t y m specyficzny, intymny stosunek do drugiego
człowieka i natury. Wprawdzie społeczeństwo wiejskie jest
społeczeństwem wybitnie konformistycznym i nierzadko
okrutnym, bezwzględnie o g r a n i c z a j ą c y m d ą ż e n i a jednostki
(czego Girnius i jego n a ś l a d o w c y nie z a u w a ż a j ą ) . Jest t a k ż e
wysoce podatnym na p o k u s ę chciwości - o t y m pisali
wszyscy klasycy litewscy Wprawdzie to że L i t w i n o m za­
brakło wielowarstwowego s p o ł e c z e ń s t w a (bo szlachta się
spolszczyła a klasa mieiska była niemiecka ż y d o w s k a albo
rosyjską) nie m o g ł o p o m ó c w w y c h o w y w a n i u w ł a s n y c h elit
Ale cnoty wiejskie są cnotami Tyle że ta wiejska z w i ą z a n a
z ziemią L i t w a należy do przeszłości . prawie nic już nie
można na niej b u d o w a ć - zresztą winni temu są nie tylko (albo
i nie tyle) bolszewicy, lecz i o g ó l n e trendy dwudziestowiecz¬
ne,
Girnius ma rację t a k ż e i w t y m , że L i t w i n , niezbyt skory do
wojny (chociaż chyba nie pozbawiony agresywności w cza­
sach średniowiecznych), jednak potrafi się b r o n i ć . Co jak co,
ale to ostatnio z o s t a ł o dowiedzione w s p o s ó b niezbity.
Charakter narodowy w o g ó l e nie jest rzeczą w y m y ś l o n ą ,
nawet jeżeli przejawia się głównie w o d s t ę p s t w a c h od
średniej arytmetycznej. Są takie rzeczy j a k u p ó r litewski
i g o s p o d a r n o ś ć litewska. Jest specyficznie litewskie przywią­

zanie do książki (czasem osiągające rozmiary k u l t u , bo
k s i ą ż k a rodzima b y w a ł a zabraniana) i p o w a ż a n i e oświaty;
w y g l ą d a niestety na to, że ostatnio zaczyna się to zmieniać.
Jest osobliwa religijność litewska p r z e c h o w u j ą c a pewien
odcień p o g a ń s t w a , k t ó r y zresztą nie zawsze na zdrowie
wychodzi ( p r z y k ł a d e m s ł y n n a G ó r a K r z y ż y p r z y p o m i n a j ą c a
t r o c h ę świątynie Trzeciego Ś w i a t a , gdzie korzenie się przed
niepojętą t r a n s c e n d e n t n ą siłą w pewnym stopniu p r z e w a ż a
nad chrześcijańską w o l n o ś c i ą i g o d n o ś c i ą ) . Są ogromne
i ciekawe dzieje L i t w y , k t ó r e z o s t a ł y częścią k a ż d e g o z nas,
c h o c i a ż nie zawsze umiemy i n t e g r o w a ć je w p e ł n y m wymia­
rze Jest i tradycja tolerancji p o c h o d z ą c a chyba z c z a s ó w
Wielkiego Księstwa i tak n a p r a w d ę nigdy nie utracona"
klisze ksenofobiczne proponowane przez i n t e l e k t u a l i s t ó w
i podchwytywane przez p o l i t y k ó w rzadko znajdują wy­
dźwięk masowy i na t y m polega moja nadzieja że L i l a n i e
zostanie d r u g ą Serbia Sa cechy narodowe mniei w s p a n i a ł e
lecz t a k ż e charakterystyczne i częste Z a l i c z y ł b y m do nich
np o g ó l n y b r a k i n o c z u c i a ^ u m o ^ mezbyt d u ż a d

świat?

n i e c h ę ć . i o l ^ ^ ^ ^ r ^ m i S ^ S ^

z r e a l t W s t o s u n k k m i sił (fu
chyba n a i b a r S
S y c z n e g ^

5

S

S

?

S

n

A więc k o ń c z ę prawie tak samo jak G i r n i u s : problem
charakteru litewskiego jest problemem rzeczywistym. I cho­
ciaż niezbyt z n i m się zgadzam, jestem tak samo j a k on
o p t y m i s t ą . P r z e t r w a l i ś m y w bardzo trudnych warunkach
i nawet u t w o r z y l i ś m y w tych warunkach w ł a s n e elity - nie
zawsze nienaganne, ale mniejsza o to. U t w o r z y l i ś m y to,
czego nie mieliśmy chyba nigdy s p o ł e c z e ń s t w o wielowarst­
wowe. Z d o b y l i ś m y na zawsze swoją stolicę. Bardzo dobrze
o p a r l i ś m y się rusyfikacji (chociaż sowietyzacji m o ż e mniej).
Nigdy zresztą nie m i a ł e m - w o d r ó ż n i e n i u od niejednego
z moich z i o m k ó w - najmniejszych w ą t p l i w o ś c i w z d o l n o ś ć
przetrwania narodu. Pozostaje nam teraz t y l k o z r o z u m i e ć
że ż a d n e wynarodowienie i chyba nawet ż a d n e prawdziwe
n i e b e z p i e c z e ń s t w o z z e w n ą t r z - n a m j u ż nie z a g r a ż a . Za­
grażała przede wszystkim własne paranoie i kompleksy
m o g ą c e p r o w a d z i ć do jałowego z a m k n i ę t e g o p r y m i t y w ­
nego życia.
'
Miłość do ojczyzny oznacza nie t y l k o - i m o ż e nie przede
wszystkim
praktykowanie jej m o w y i obyczaju. Ta grupa
narodowa, do której należę przez urodzenie albo wychowa­
nie, n a k ł a d a na mnie pewien o b o w i ą z e k , k t ó r y jest jedno­
cześnie o b o w i ą z k i e m wobec ludzkości (jeżeli c o ś takiego jak
o b o w i ą z e k wobec ludzkości istnieje, a podejrzewam, że
istnieje). Polega ona na p o d t r z y m y w a n i u , utrwalaniu, stwa­
rzaniu
pewnych w a r t o ś c i , takich j a k prawda, p i ę k n o ,
a t a k ż e krytyczny stosunek do swoich i d o siebie.

L I T W A 1993
L U D N O Ś Ć - ogółem
mniejszość polska
mniejszość rosyjska
mniejszość ż y d o w s k a
mniejszość b i a ł o r u s k a i inne
WILNO
w tym Polaków

3.700.000
ok. 290-300.000*
ok. 280.000
ok. 4.000
ok. 150.000
660.000
ok. 118.000

• r ó ż n e ź r ó d ł a , oficjalne i szacunek P o l a k ó w

27

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9874" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9852">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/8aeb470dc5ec35090f6d933071784549.pdf</src>
        <authentication>d66fca78f00d0821a69d6a8bf4f0f94a</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117521">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3573</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117522">
                <text>1993</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117523">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3350</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117524">
                <text>Z perspektywy Siedmiogrodu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117525">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4, s.14-15</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117526">
                <text>Czyżewski, Krzysztof</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117527">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117528">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117529">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117530">
                <text>Z perspektywy Siedmiogrodu
Drogi Aleksandrze,
Na Twoją propozycje rozmowy odpowiadam - tak jak to
j u ż kiedyś się zdarzyło - listem. Poprzedni pisałem do Ciebie
w okresie kiedy przygotowywałeś świetny numer „ K o n t e k s ­
t ó w " poświęcony antropologii teatru i kulturze alternatywnej.
Ja byłem wówczas w „ P o d r ó ż y na W s c h ó d " z zespołem, który
w t y m właśnie - 1990 roku stworzył F u n d a c j ę „ P o g r a n i c z e "
a później Ośrodek „ P o g r a n i c z e - sztuk, kultur, n a r o d ó w "
z siedzibą w Sejnach.
Dzisiaj przygotowujesz wydanie „ K o n t e k s t ó w " poświęco­
nych Litwie, bywałeś u mnie w domu w drodze do W i l n a
i K o w n a , zapisując adresy i trudne do z a p a m i ę t a n i a nazwiska.
To, że tutaj przecinają się nasze drogi, że taki jest obecnie
kontekst naszej rozmowy, dowodzi najoczywiściej ewolucji
jakiej uległy nasze poszukiwania. Dzisiaj z a a n g a ż o w a n i jesteś­
my w rozpoznawanie Litwy, w obecność Litwy. Dzisiaj
powtarzamy coraz płynniej nazwiska, uczymy się melodii
słów. które są w ustach Polaka nie oswojone zupełnie, jakby
przywoływały glos nie z sąsiedztwa trwającego wieki, a z dale­
kiego kontynentu.
A przy tym wszystkim proponujesz - co jest jeszcze jednym
dowodem Twojej diabelskiej intuicji - nazwać naszą r o z m o w ę
„ Z perspektywy Siedmiogrodu", co od razu ustawia przed­
miot naszych dociekań we właściwym, szerszym wymiarze.
Tak więc przywołuję w pamięci wszystkie nasze rozmowy
w Cimochowiznie. Sejnach. Warszawie
wszystkie stawiane
przez Ciebie pytania i zabieram się do pisania.
Dlaczego perspektywa Siedmiogrodu jest ważna dla naszej
rozmowy? C h o ć b y dlatego, że umieszcza Polskę i Litwę
w pewnym systemie naczyń połączonych, wzajemnie uwarun­
kowanych i silnie na siebie oddziałujących. Ten system to
oczywiście pogranicza Europy Ś r o d k o w o - W s c h o d n i e j ze swo­
im piętnem historycznych p o w i ą z a ń , zmieniających się granic,
kulturowych powinowactw. D o l e g o doszło jeszcze piętno
wspólnoty obozu socjalistycznego, co do k t ó r e g o łudzimy się,
że szybko ulegnie zatarciu, a w rzeczywistości z m a g a ć się
będziemy z nim jeszcze przez dziesięciolecia. Samo pojęcie
„ p o g r a n i c z e " nie jest w obecnej dobie tutaj popularne.
Związane to jest z t y m , że godząc się na rzeczywistość
pogranicza godzisz się na rezygnację z wyłączności np. litewskości czy polskości na danym obszarze. W e ź chociażby takie
Wilno - L i t w i n i tyle się nawalczyli, aby mieć je za swoje, za
swoją stolicę. A tu teraz Białorusini głoszą światu, że ich
d u c h o w ą stolicą jest W i l n o i spokojnie p r o p o n u j ą , aby to
miasto stało sie stolicą nas wszystkich: Litwinów P o l a k ó w ,
Białorusinów, Ż y d ó w . . . Tak to j u ż tutaj u nas jest. T u żaden
n a r ó d nie ma wszystkiego na własność.
W konsekwencji stoją przed nami zawsze dwa możliwe
scenariusze p o s t ę p o w a n i a : albo będziemy chcieli mieć wszyst­
ko na własność i wówczas zaczniemy wypisywać na murach
hasła w rodzaju „ P o l s k a dla P o l a k ó w " i gorliwie b u d o w a ć
wizerunek każdego innego j a k o obcego i wroga, albo dom
swój zbudujemy otwarty, trudząc się nad d o b r o s ą s i e d z t w e m
i poszanowaniem innego. Istotny problem w tym przypadku
nie tkwi w tym, że przyjmujemy pierwszy scenariusz, bo
świadomych i aktywnych nacjonalistów jest u nas niewielu,
a przypadłość ksenofobii, choć rozpowszechniona, pozostaje
jednak w większości środowisk cechą wstydliwą Problem
polega na t y m , że ogromna większość z nas u w a ż a , iż
wystarczy nie być nacjonalistą, mieć demokratyczne p o g l ą d y
i sprawa załatwiona. Tymczasem dom otwarty trzeba b u d o w a ć; tutaj potrzebna jest wielka praca do wykonania, wielkie
serce.
Podobnie jest z pojęciem tolerancji; samo słowo łacińskie
tolerare - znosić, ma w sobie coś z bierności i wówczas rację ma
Jan Paweł I I m ó w i ą c „Tolerancja to za m a ł o . . . " .
Ale o tolerancji później.

14

Teraz chcę tylko zaznaczyć, że to pole budowania, zawiązy­
wania nici wspólnoty w momencie narastającej fali procesów
dezintegracji na pograniczach, uznałbym za jedno z najistot­
niejszych pól działania naszego o ś r o d k a w Sejnach.
O t ó ż dla mnie osobiście przełomem w spojrzeniu na po­
granicze j a k o na system scalający całą tę naszą część Europy
w jeden oVganizm, były p o d r ó ż e do Siedmiogrodu Wcześniej
były tylko intuicje, pojedyncze tropy, lektury książek.
Była na przykład dyskusja o Europie Ś r o d k o w e j w latach
80-tych zainicjowana słynnym esejem Kundery Zachód po¬
rwany albo tragedia Europy Środkowej, w której wzięli udział
m , : Miłosz, Havel, K o n r a d , Venclova, M i c h n i k i Jancar. Ale
wówczas idea Europy Środkowej pojmowana była zbyt w ą s k o
i zbyt silme uzależniona od przeszłości Poza tym p o w s t a w a ł a
przede wszystkim w opozycji do Rosji do Z w i ą z k u Sowiec­
kiego W momencie gdy słabła g r o ź b a uzależnienia od
Moskwy i pojawiła ię szansa^wcieleniai idei w życie dyskusja
udchb
m K
arenę w k r o c z ™
n

r p o d r n s a n e ^ ^ ^ S ^ ^ S ^ S - ^ ^ o
hcznvch d ą s ó w i o ? ó r ó w
- ^ ^ ^ b J T S t ó e t o H
Szowane
jedymeT^
Jesień 1989 r o k u zakończyła pewien rozdział w podejściu do
problemu Europy Środkowej. I choć był to rozdział c ekawa,
obfitujący w świetne eseje, błyskotliwe analizy historyce
n o - k u t u r o w e . to jednak o b n a ż o n e zostały wszystkie jego
słabości: pewen akademizm, brak przebicia i umocowania
w realiach bieżącego życia Powoli stawało się jasne że E u r o p ę
Środkową
zaczyna
zastępować
Europa
Środka
wo-Wschodnia i obok Węgier Czech Słowacji i Polski jest
także Litwa R u m u n a i inne^ kraje że na n k t u a się z d a d z ą
wszelkie k a l k i
S ^ ^ ^ ^ y ^ ^ i ^ S T S .
wym w y z w a ć
Europy D o m S R o i a S
B
nrzed^ m z v s t k i m na
nfewieTeztoffi^
ba nomiedzv ludzi
SałanTe

^

^

S

o

i

^

z

T

i

^ ^ ^
rozpocząć

W ten s p o s ó b otwiera się obszar pracy organicznej, który
stoi przed nami do wykonania. T r u d n o sobie wyobrazić
jakikolwiek rodzaj ideologii, choćby najbardziej szlachetnej,
który byłby w tej sytuacji p o ż ą d a n y i skuteczny. Potrzebny jest
raczej w a r s z a t, który przysposabiałby ludzi do życia na
pograniczu w sytuacji otwartości i szansy na godne współist­
nienie.
O t ó ż nasze miejsce jest właśnie przy t y m warsztacie. M o ż n a
powiedzieć, że to co robimy w Sejnach, to pewnego rodzaju
laboratorium, w k t ó r y m poszukujemy nowych form działania,
aktywności kulturalnej i edukacyjnej nowych s p o s o b ó w * 5
macji życia w małych ojczyznach które o d p o w i a d a ł o b y
wyzwaniom czasu
Nie jest to łatwe. O p ó r materii jest ogromny.
Przede wszystkim jesteśmy nieprzygotowani do zmierzenia
się z rzeczywistością, która nagle się przed nami wyłoniła. Żeby
cokolwiek tutaj b u d o w a ć trzeba znać swoich sąsiadów, rozu­
mieć ich punkt widzenia, z d o b y w a ć dystans wobec własnej'.
megalomanii. T y m sposobem trzeba też pogłębiać poznanie
samego siebie Przecież jednym z najdramatyczniejszych py­
tań jakie się wyłoniły obecnie to jest pytanie o własną
tożsamość.
Tymczasem, gdyby p r ó b o w a ć określić nasz stopień facho­
wości w tych dziedzmach, to śmiało m o ż n a powiedzieć, że jest
dyletancki. I ciągle nie widać jakiejkolw.ek istotnej zmiany
w podejściu do tych p r o b l e m ó w w szkołach, parafiach c z j
mass mediach. Istnieją oczywiście różne pojedyncze inic­
jatywy, w tym wydawnicze W czasach .podziemnych" poja¬
w i Ę książka B o h d a S
S K c z y p i e ™

�-

Polska Sztuka Ludowa. Konteksty" nie j e d n ą cegiełkę
wniosła w tej budowie. T o jednak ciągle za m a ł o i myślę, że
rozumiesz dlaczego tak upieram się przy tym warsztacie.
Tak sobie myślę teraz, że ten okres - mityczny j u ż prawie
_ niezwykłego współistnienia n a r o d ó w i kultur, opisywany
orzez Vincenza i Stempowskiego, to był okres dziecięcy,
Ł - r e f l e k s y j n y , pewnej naturalności i przezroczystości ist­
niejącego p o r z ą d k u . D o tej epoki nie ma powrotu tak jak nie
Sa powrotu do dzieciństwa. Dzisiaj jesteśmy w okresie
dojrzałości, przebudzonej refleksji i bez rozwoju świadomości,
Ł g o jej pogłębiania, nie damy sobie tutaj rady. Dotyczy to
nie tylko elit ale nas wszystkich. I dlatego jeszcze raz
powtarzam - warsztat, bowiem ś w i a d o m o ś ć jest przecież dla
nas kwestią życiowego praxis.
Powiesz, że tych w a r s z t a t ó w uruchamianych obecnie jest
bardzo d u ż o : warsztaty języków obcych (zachodnich oczywiś­
cie), komputerowe, menadżerskie, marketingu i t d . Zgoda.
One wszystkie są potrzebne. Ale na tej samej zasadzie potrzeb­
ny jest warsztat ś r o d k o w o e u r o p e j s k i odnoszący nas do naszeco miejsca zamieszkiwania. I tak samo prosty i oczywisty jest
fego cel: być w pulsie życia, nie stać się anachronicznym,
zasklepionym w p u d e ł k u rodem z X I X wieku jeszcze.
M i m o że ta praca powinna być obliczona na długie lata, że
powinna być gruntowna i niespieszna, to jednak dokonuje się
pod wielkim ciśnieniem czasu i okoliczności. Jest niepokój
j pośpiech. P ł o n ą Bałkany, a przecież to u nas się pali! 1 co robić
w tej sytuacji: o r g a n i z o w a ć k o n w ó j humanitarny czy brać się
za pracę u siebie, za przygotowanie spotkania młodzieży
polskiej i litewskiej na przykład? Jedno i drugie jest tym
samym
Oczywiście aby p r z e k o n a ć się do tej pracy, aby położyć pod
nią właściwy fundament, nie m o ż n a kierować się strachem
i myśleć jedynie o działaniach prewencyjnych. Nie w y o b r a ż a m
sobie tego inaczej jak tylko pracy twórczej, odwołującej się do
mocy pozytywnych, ich energii duchowej i trzeźwego budowa­
nia.
Cała moja nadzieja opiera się na przekonaniu, j a k ż e często
już w życiu sprawdzonym, że te siły na naszych pograniczach
są w przewadze. One są m o ż e bardziej ukryte, nieśmiałe
i często n i e u ś w i a d a m i a n e . Brakuje impulsów do ich wy­
zwolenia. Wszyscy jeszcze tutaj stoimy na słabych nogach więc
nadrabiamy miną, baczymy kto ważniejszy i nie kwapimy się,
aby pierwszemu wyciągnąć rękę.
Tym ważniejsze jest więc przełamywanie tego stanu rzeczy,
odnajdywanie miejsc siły i czerpanie z nich energii do działa­
nia. W tym miejscu pora j u ż p o w r ó c i ć do przywołanego przez
Ciebie Siedmiogrodu, który wywołał wszystkie moje dotych­
czasowe refleksje. T o jest niewątpliwie miejsce siły Gdybym
miał je p o r ó w n a ć do innego znanego mi miejsca w tej części
Europy, to bez wątpienia p o r ó w n a ł b y m je do Wilna. Nie ma
miasta w Siedmiogrodzie, k t ó r e m u o d p o w i a d a ł o b y W i l n o , ale
stopień kondensacji mocy duchowych związanych z bogact­
wem kultur i tradycji j a k i posiada stolica L i t w y znajduje swój
odpowiednik w całej sieci miast i m i k r o r e g i o n ó w Siedmio­
grodu zajmujących powierzchnię ponad stu tysięcy kilomet­
rów kwadratowych I nie jest to banajmniej ż a d n a przy­
graniczna prowincja - region Cstk zamieszkały przez seklerów
bardzo przywiązanych do swych tradycji karpackich Węgier
to samo centrum współczesnej R u m u n i i I takjest w p r z y p a l
ku Wilna czy choćby Rusi Kijowskiej co najmniej dwa
współczesne narody upatrują w Siedmiogrodzie kolebki swej
kultury i swego narodowego odrodzenia A obok R u m u n ó w
i Węgrów sentymemdcTtej ziemi mają Sasi .Szwabi Żydzi
Rusint, C y g T m e T
Przy pierwszym zetknięciu z tym żywiołem dzisiaj masz
wrażenie, że okres panowania „Geniusza K a r p a t " ostatecznie
ten ogród zdewastował, co jest pozorne. Wystarczy zajść do
mieszkań, w k t ó r y c h na p o r z ą d k u dziennym są bogate biblio­
teki, cenne obrazy, misterne wyroby rzemiosła ludowego,
wystarczy p o r o z m a w i a ć z ludźmi, a przekonasz się, że tradycja
tutaj zachowała swoją ciągłość. Że nie zamilkły uniwersytety
* środowiska inteligencji że żywa pozostaje w dalszym ciągu
kultura ludowa, A co z tego wynika na dzisiaj, na jutro?

Przede wszystkim pewna postawa ś w i a t o p o g l ą d o w a , pe­
wien format duchowy człowieka, który określiłbym k r ó t k o
jako głęboko tolerancyjny. W y d a w a ł o b y się, że to tak niewiele.
Przecież każdy z nas jest tolerancyjny. Również tam u Ciebie
w Warszawie kogo byś nie spytał to jest oczywiście tolerancyj­
ny. N o tak, tylko że dopiero tam, w Siedmiogrodzie, staje się
jasne o czym w rzeczywistości m ó w i m y . Tolerancja to po ecie
które do chwili gdy pozostaje w sferze naszych intencji
i wyobraźni, jest całkowicie czcze, puste i nic nie znaczJedynie życiowe p r ó b y , nieustannie ponaw.ane, coraz to
trudniejsze, powoli wypełniają je znaczeniem. A w Siedmio­
grodzie pod t y m względem jest jak w ulu - trwa nieprzerwana
P^aca i to już od wieków.
W tym sensie postawa, o której m ó w i ę jest czymś o wiele
ważniejszym, czymś co może stać się d o m i n a n t ą życia społecz­
nego, czy wręcz całej cywilizacji. Oczywiście zaledwie m o ż e się
stać, bowiem stawiać musi czoła całym z a s t ę p o m złych sił.
konfliktów, ksenofobii itd.
Docieramy teraz do rzeczy, myślę, niezmiernie istotnej dla
naszej rozmowy. Oto mamy bowiem z jednej strony p o s t a w ę
tolerancji, obok której ciągle nieśmiało stawiamy potencjalne
„ m o ż e " . Ale ta postawa wywołuje i o b n a ż a tu na pograniczach
nieubłagalnie swoje przeciwieństwo - p o s t a w ą zamknięcia,
wrogości, nietolerancji. O t ó ż ta dychotomia, ten dramat
przeciwieństw jest dniem codziennym mieszkańców pograni­
cza, jest koniecznością dokonywania w y b o r ó w , pracy nad
samym sobą i w obrębie wspólnoty. T y m dla mnie tak
n a p r a w d ę jest Europa Ś r o d k o w o - W s c h o d n i a : dramatem,
w k t ó r y m postawa otwarcia, pobratymstwa i szacunku dla
inności zmaga się z postawą wąskiego partykularyzmu, egoiz­
mu narodowego i ksenofobi,. X X wiek przyzwyczai) nas do
sytuacji, w których ta druga postawa zwyciężała i w związku
z tym nie próbujemy nawe* sobie realnie wyobrazić rzeczywis­
tości, w której to postawa jej przeciwna u W ł a b y w pełni do
głosu. A przecież będzie musiała dojść do głosu W żaden
fposób s,ę od tego nie wykręcimy N e uporamy się ze sobą
z życiem wspólnoty bez wypracowania w sobie postawy
głębokiej tolerancji A za tym idzie przecież wielka praca
światopoglądowa .duchowa
I to jest właśnie fascynujące tutaj, stanowiące zapowiedź
wielkiego potencjału kulturowego i cywilizacyjnego. M y w Po­
lsce mamy często wyobrażenie o Litwinach j a k o nacjonalis­
tach, zaślepionych na punkcie swojej n a r o d o w o ś c i i nieufnych
wobec sąsiadów. Jest to niesprawiedliwe uogólnienie, a głoszą­
cym te opinie Polakom warto by odpowiedzieć w ó w c z a s , że
np. w Hiszpanii mówi się o K a t a l o ń c z y k a c h „ P o l a c c o " , mając
na myśli ich skłonności do nacjonalizmu.
T y m niemniej zapoznając się kilka lat temu z Litwinami
obserwowałem u nich pewną egzaltację n a r o d o w ą i n e r w o w ą
o b r o n ę przed wszystkim, co s t a n o w i ł o jakiekolwiek zagroże­
nie dla litewskości, co w y d a w a ł o m i się wówczas zrozumiałe
biorąc pod uwagę historię. Ale piszę o tym dlatego, że ten stan
w przypadku moich znajomych był stanem dynamicznym
i podlegał przemianom za sprawę Wilna przede wszystkim.
O t ó ż byli ludzie, dla których ksenofobia czy nietolerancja były
czymś obrażliwym. A ponieważ życie w Wilnie ciągle z m u s z a ł o
ich do konfrontacji postaw, do współistnienia z o d m i e n n o ś c i ą ,
to w ciągu tych laV obserwowałem ich ewolucję w stronę
otwartości i tolerancji. Oto przykład p o d s k ó r n e j pracy jaka
ciągle się dokonuje na pograniczach A za tym sto. przecież
w istocie nie problem stosunku do n a r o d o w o ś c i czy religii czy
obyczaju, ale formatu duchowego j a k i człowiek posiada
Na koniec myślę, że nie od rzeczy będzie przypomnieć
opowieść Jerzego Stempowskiego o t y m j a k przybył ze swojej
doliny Dniestru do Polski centralnej, do Warszawy chyba
i jakiego rozczarowania d o z n a ł kiedy s p o t k a ł się tam - sięgam
po cytat - „ z uczuciami narodowymi objawianymi hałaśliwie,
wyzywająco, niemal bezwstydnie Manifestacje takie wydały
mi się czymś w bardzo złym smaku, d o b r y m co najwyżej dla
dorobkiewiczów i p r o s t a k ó w " .
Trzymaj się w tej Warszawie, Aleksandrze!
Krzysztof Czyżewski

75

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9856" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9834">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/639e6b78f846adcc46f8601285caf58a.pdf</src>
        <authentication>d7c12ba59d9779fc9316c8a29b918f2d</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117291">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3112</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117292">
                <text>1989</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117293">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2914</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117294">
                <text>Summary of articles / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117295">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.3, s.191-192</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117296">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117297">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117298">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117299">
                <text>t

S U M M A R I E S

•

Р Е З Ю М Е

SUMMARY OF ARTICLES

J a c e k O l ę d z k i — M I R A C U L A R CONSCIOUSNESS
The author divides vitive offerings into begging and thanks
giving ones. In the believer's conscience they are respectively
associated with taking and giving. The presented examples come
from the Bernardine monastery in Warta (Sieradz region), one of the
oldest in Poland. The monastery is assumed to be typical of the
whole of the country. In the church there is a sarcophagus of the
blessed Raphael, a provincial of the order in the 16th century. The
tomb's surface shines owing to its constant rubbing. In 1963—72
eighty two miraculous events (documented by a church commission)
and attributed to the blessed Raphael's medation were registered.
Among the votive offerings thanks-giving ones are predominant.
Strictly material requests (for money or flat) are not observed (in the
past people used to plead for success in farming). Dominant are the
requests for good health, successes in education, etc. According to
the author, the contact with the blessed Raphael (prayers, written
requests and thanksgivings instead of the former symbolic-artistic
votive offerings) can be regarded as a kind of spiritual training. He
also notes that in the descriptions of miracles rational endeavours
are not seperated from the divine interventions.
W o j c i e c h J . B u r s z t a — F R O M L O C A L F O L K L O R I S M TO
„ N A T I O N A L " POST-FOLKLORISM
The article concerns differences between the phenomena defined
as folklore and folklorism. The author argues that folkloristic
activities are not based on the attempts to reconstruct traditional
folklore. This is a selective attitude towards the elements of rural
culture of various provenance (religion, customs, language); within
folkloristic activities a significant process to impoverish and introdu­
ce uniform system of meanings to original activities and works of
culture is being observed. The post-folkloristic era contemporary
folklorism is driving to is a successive step to completely isolate these
activities and works from any cultural context. Elements of folk
culture begin to function as autonomous signs of patriotic folklore.
In the present article the author points out to ideological
conditioning of the attitude towards the heritage of rural culture; the
subordination of folkloristic activities or the activities connected
with folklore to a given conception of national culture sets the
direction of „decoding" of this peasant culture: from local folklo­
rism to post-folklorism which is attributed the values of the
„folkloristic national culture".
A l e k s a n d e r J a c k o w s k i — W H E N DOES F O L K A R T CEA­
SE TO BE FOLK. T H E JUROR'S D I L E M M A
The present situation in folk art is analysed on the grounds of the
all-country competition „Land close to the heart" held in Toruń.
The author is of the opinion that the criteria defining folk artist, still
relevant in handicraft (e.g. art handed down from generation to
generation; traditional ornamental motifs) are adequate neither in
painting on canvas and paper nor in sculpture. A l l the distinguished
works from the above disciplines coulcj also be displayed at the
exhibitions of naive, intuitional and outsider arts. A . Jackowski
questions the idea of big competitions participated by many
amatours, not understanding why they are called „folk artists" on
the one hand, and rejected as non-folk on the other. Hence many of

them are unnecessarily embittered and have the feeling of injustice.
Generally, amatour works should be displayed only at the local level,
whereas the best ones might be shown at voivodeship or all-country
exhibitions. It is cultural clubs with art instructors that ought to take
care of amatours and of intuitional, naive art. When evaluating the
Toruń competition, A. Jackowski appreciates the high quality of many
paintings and double fabric, whereas both sculpture and painting on
glass face a distinct regress, resulting from their commercialization.
A n t o n i K r o h — PASZYN SEVENTEEN YEARS L A T E R
The 1970 s witnessed an intesive development of folk and
amateur arts subsidized and directed by the state. It is Paszyn near
Nowy Sącz, a centre of folk sculpture organized by Father Edward
Nitka, that was exceptional in this respect. It can also be referred to
as a sociological phenomenon, reflecting the relationship between
the state and the lowest hierarchy of the Church. Father Nitka's
death in 1971 coincided with the paramount political transforma­
tions in Poland, unfourable to artistic activity. Though still active,
the Paszyn centre has changed as well. What achievements of Father
Nitka will not go into oblivion? — asks Antoni Kroh. The article
also presents the figure of the centre's initiator.
M i r o s ł a w a D r o z d - P i a seek a— F O L K A R T I N T H E EYES
OF T H E I N H A B I T A N T S OF WARSAW
The investigations carried out in Warsaw, concerning the
perception and role of folk art, enabled the author to discriminate
two groups representing the totally different approach towards folk
art. The first group comprises native Varsavians and those who have
been dwelling in the capital for over ten years and have achieved
higher than professional education. The second group includes the
professionally educated incomers from the country. The influence of
such factors as sex, profession, age has not been observed. In the
present paper the opinions on folk art of the two groups are
characterized. Generally, the first group accepts folk art and merits it
with certain values, whereas the second one apparently rejects it.
B a r b a r a F a t y g a , J a d w i g a S i e m a s z k o — W H Y TO GO
FOR TRIOBRANDY...
The present article analyses a peculiar diary (A Farmer's Diary)
sent for the competition „We are united by the land" by
a 22-year-old boy from a village in the Kielce region. The impersonal
notes, written down everyday (November 1981-October 1982), are
very laconic and concentrate almost exclusively on ennumerating the
farm works, taking up most of the day, and the ammount of
consumed alcohol. The authors conclude that the presented image of
the village is characterized by its self-sufficiency, cultural void, and
total isolation from the government-sponsored cultural policy.
Worthmentioning is the fact of the collective labour in the village.
An autobiography ( M Y LIFE), written by Feliks Dudkiewicz,
a sculptor from Stara Wieś, completes the article by Anna Milewska-Młynik presenting the artist's oeuvre and the attitude towards
his work.

РЕЗЮМЕ

Я ц е к О л е н д з к и й — ЧУДОДЕЙСТВЕННОЕ СОЗНАНИЕ
Автор делит вотивные предметы на две категории — на
имеющие связь с просьбами и наблагодарственные, что в стру­

ктуре совести верующих отвечает двум функциям — брать
и давать. Автор приводит материал из Варты (воеводство
Серадз), гдесуществует один изстарейших монастырей берна­
рдинцев.На основешироких исследований автор делает вывод,
что это характерно для всей Польши. В костеле находится
191

�саркофаг блаженного Рафала, который B X V I веке был провин­
циалом ордена. Его поверхность блестит от постоянных прико­
сновений. В 1963 -1972 зафиксировано 82 чудотворных акта
(они упоминаются в документах церковных комиссий), кото­
рые приписываются заступничеству блаженного Рафала. Прео­
бладают благодарственные вотивные предметы. Не встреча­
ются мольбы чисто материального характера, имеющие отно­
шение к деньгам, квартире; ранее встречались просьбы о благо­
получии хозяйства. Преобладают просьбы о здоровье, хорош­
ей учебе и т.д. Автор считает, что контакт с блаженным
Рафалом (молитва, письменныепросьбы, благодарности) мож­
но рассматривать как своего рода духовную тренировку. Заме­
чает также, что в описаниях чудес не отделяются рациональные
акты от вмешательства божественных сил.
В о й ц е х Б у р ш т а — ОТ Л О К А Л Ь Н О Г О Ф О Л Ь К Л О Р И З МА ДО „ Н А Ц И О Н А Л Ь Н О Г О " П О С Т Ф О Л Ь К Л О Р И З М А
Автор статьи прослеживает различия между явлениями,
определяемыми как фольклор и фольклоризм, выдвигая тезис,
что фольклористическая деятельность вовсе не базируется на
попытках воскресить традиционный фольклор. Она сводится
к выбранным элементам культуры деревни разного происхож­
дения (религия, обычаи, язык); в процессе фольклористических
действий происходит обеднение и унифицирование подлинных
начинаний и проявлений культуры. Постфольклористическая
эра, которую знаменует современный фольклоризм, это очере­
дной шаг в направлении отрыва этих начинаний и проявлений
от какого-либо культурного контекста. Элементы народной
культуры начинают функционировать как совершенно автоно­
мные знаки патриотической народности.
В статье указывается на идеологическую обусловленность
отношения к наследию деревенской культуры; подчинение
фольклористических действий либо связанной с фольклором
определенной концепции национальной культуры, обозначает
направление развития функционирования „прочитывания" этой же крестьянской культуры — от локального фольклоризма
для потребностей регионального самосознания, до постфольклоризма, которому придается значение „фольклористической
национальной культуры".
А л е к с а н д р Я ц к о в с к и й — К О Г Д А Н А Р О Д Н О Е ПЕРЕС­
ТАЕТ Б Ы Т Ь Н А Р О Д Н Ы М . С О М Н Е Н И Я Ч Л Е Н А Ж Ю Р И
Автор анализирует нынешнююситуацию в народном искус­
стве, исходя из результатов состоявшегося вТоруне общеполь­
ского конкурса „Земля близкая сердцу". Автор утверждает, что
критерии понятия „народный художник" (применемые ещагам,
где передаются из поколения в поколение навыки, традицион­
ные орнаментальные мотивы и т.д.), утрачивают свой смысл
в живописи на холсте и бумаге, а также в скульптуре. Все
награжденныеработы такого рода могли бы безтруда экспони­
роваться на выставках наивного и интуитивного искусства,
outsider art. Автор поддает под сомнение смысл больших
конкурсов с массовым участием любителей, не понимающих,
почему некоторые называли их народными художниками, а
другие наоборот. Вбольшинстве случаев это вызывает чувство
разочарованности и обиды. По мнению автора статьи целесоо­
бразным было бы показывать работы художников-любителей
на местных обзорных выставках и только самые лучшие
высылать на воеводские и общепольские экспозиции. Любител­
ями, а также интуитивным творчеством должны интересовать-

са Дома культуры, располагающие подготовленными для
этого кадрами художников-инструкторов. Оценивая конкурс
Яцковский, обращает внимание на высокий уровень многих
картин, на по-прежнему высокое качество двойной ткани,
а одновременно на явный регресс скульптуры и живописи на
стекле, что вызвано коммерциализацией этих сфер творчества.
А н т о н и К р о х — ПАШИН СПУСТЯ СЕМНАДЦАТЬ ЛЕТ
В семидесятых годах можно было наблюдать интенсивное
развитие народного и любительского искусства, которое по­
льзовалось материальной поддержкой и организационной помощю государства. На таком фоне своего рода событием был
Пашин (воеводство Новый Сонч) — центр (прежде всего народ­
ной скульптуры), организованный ксендзом Эдвардом Ниткой.
С перспективы прошедших лет его можно считать также собы­
тием социологического толка, отражающим отношения между
государством и Церковью на самом низком уровне ерархии.
Смерть ксендза Ниткисовпала со значительными, неблагоприятствующими развитию творчества изменениями политического
характера, происшедшими в Польше. Изменился также хотя все
еще активный центр в Пашине. По мнению автора интересной
была бы попытка ответить на вопрос,что из достижений ксендза
Нитки пройдет проверку времени. Встатье дается также харак­
теристика личности создателя центра, ксендза Нитки.
М и р о с л а в а Д р о з д - П я с е ц к а я — НАРОДНОЕ ИСКУС­
СТВО В ГЛАЗАХ Ж И Т Е Л Е Й ВАРШАВЫ
Опрос, произведенный среди жителей Варшавы на тему
воспрития ироли народного искусства, позволил выделить две
группы, резко отличающиеся по своему подходу к этому
искусству. Первая группа это родовитые варшавяне, а также
люди, живущие в столице более десяти лет, имеющие опреде­
ленное образование, вторая — люди, приехавшие из деревни,
обладающие только профессией. Не имеет влияния пол, за­
нятие, возраст. Автор дает характеристику мнений на тему
народного искусства обеих упомянутых групп. Обобщая мож­
носказать, что первая группа ценит народное искусство, вторая
отрешается от каких-либо связей с ним.
Б а р б а р а Ф а т ы га, Я д в и г а
ХАТЬ НА Т Р И О Б Р А Н Д Ы . . .

Семашко

— ЗАЧЕМ Е-

В тексте рассматривается оригинальный дневник („Хозяйст­
венный дневник") 22-летнегожителя келецкой деревни, прислан­
ный на конкурс „Нас объединяет земля". Эти ежедневные
записки (велись с ноября 1981 до октября 1982 года) отличаются
необычной лаконичностью и концентрируются почти исключи­
тельно на перечислении выполненных работ (поглощающих
большую часть дня) и количества выпитого алкоголя. Авторы
обращают внимание,что картина жизни,представленная в днев­
нике, поражает пустотой в отношении культуры и изоляцией от
проводимой государством культурной политики. Внимание за­
служивает факт коллективной работы в деревне.
Написаная Ф е л и к с о м Д у д к е в и ч е м , скульптором из
Старой Вси автобиография („Моя автобиография") дополняет
текст А н н ы М и л е в с к о й - М л ы н и к , посвященный его тво­
рчеству, его характеристику и отношение к собственному
творчеству.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9855" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9833">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/6ae0f85c4b3c4c27623613610e1ae03d.pdf</src>
        <authentication>9c2639869bcc8653a618763b8e738aa3</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117282">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3114</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117283">
                <text>1989</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117284">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2915</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117285">
                <text>Spis treści / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117286">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.4, s.194</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117287">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117288">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117289">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117290">
                <text>I

POLSKA

AKADEMIA

NAUK

•

INSTYTUT

SZTUKI

•

ROK

XLIII

•

1 989

•

Nr

4

polska sztuka ludowa

W R O C Ł A W
ZAKŁAD

—

NARODOWY

W A R S Z A W A
IMIENIA

—

OSSOLIŃSKICH,

K R A K Ó W

—

WYDAWNICTWO

G D A Ń S K
POLSKIEJ

—

AKADEMII

Ł Ó D Ź
NAUK

�CONTENTS
Wiktor Stoczkowski
Ewa Korulska, Ludwik Stomma
Ludwik Stomma, Antoni Kroh
Aleksander Jackowski
Bożena Taranowicz
Jerzy Chumiński

Hanna Pawlak
Mieczysław Piwko
Anna Wieczorkiewicz, Joanna Zatorska
Sławomira Bydałek
Romualda Hankowska
SUMMARY OF ARTICLES

РЕЗЮМЕ

Prehistory in school text-books, that is the
contemporary myth of the beginnings
The beginnings of the Polish state — a version
for children
Are there any „blanks" in ethnography? .
Folklore: inspiration and manipulation
.
The stereotype of Jesus Christ in folk Polish
Some remarks on the ornamentation of con­
temporary tomb crosses
.
.
Old Polish countryside in the photographs of
Arner Louise Boyd
Great Poland Folk Band (1955—1957)
.
Biography
Mieczysław Piwko on art
. . . .
Crib figures of Marceli Potas
.
.
.
Sand sprinkled designs in Kujawy

195
203
205
211
213
216
220
227
229
230
232
234
239

240

REDAKCJA: Zbigniew Benedyktowicz (z-ca red.), Aleksander Jackowski (red.), Ewa Korulska,
Anna Kunczyńska-Iracka, Sławomir Sikora (sekretarz redakcji)
R A D A R E D A K C Y J N A : Jerzy Bartmiński, Tadeusz Chrzanowski, Marcin Czerwiński, Ewa
Fryś-Pietraszkowa, Jan Krzysztof Makulski, Franciszek Midura, Jacek Olędzki, Mieczysław Po­
rębski, Roman Reinfuss, Czesław Robotycki, Zofia Sokolewicz, Ludwik Stomma, Roch Sulima
WSPÓŁPRACOWNICY REDAKCJI: Zofia Bisiak, Jan Świderski
R E D A K T O R T E C H N I C Z N Y : Grażyna Miętus
T Ł U M A C Z E : Piotr Paszkiewicz i Magdalena Iwińska (ang.), Lija Skalska-Miecik (ros.)
Adres Redakcji: Instytut Sztuki P A N , ul. Długa 28, 00-950 Warszawa, skr. poczt. 994,
tel. 31-32-71/4, wewn. 227

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9838" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9816">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/fdd7dd57340b1c335fcf9ec199209218.pdf</src>
        <authentication>d9a77c17b85d90433f04c9896daa01e2</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117018">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3117</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117019">
                <text>1989</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117020">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2918</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117021">
                <text>Czy w etnografii występują białe plamy? / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117022">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.4, s.205-210</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117023">
                <text>Stomma, Ludwik; Kroh, Antoni</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117024">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117025">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117026">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117027">
                <text>CZY W ETNOGRAFII W Y S T Ę P U J Ą BIAŁE PLAMY?

Ludwik Stomma
ETNOLOGIA
Pojęcie „białych plam" jest na tyle szerokie i nieprecyzyjne, by
nie rzec koniunkturalne, że i moja odpowiedź na postawione pytania
musi być poniekąd wielowarstwowa:
1. Nie, nie było w polskim środowisku etnograficznym — i wiel­
ka chwała mu za to — „białych plam" nakazowych, wynikających
z doktrynerstwa lub oportunizmu polityczno-ideologicznego. I tak
na przykład w Katedrze Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego
pod kierownictwem Witolda Dynowskiego, a następnie Zofii Sokolewicz podejmowano, wiele lat przed dzisiejszą koniunkturą, draż­
liwą podówczas tematykę żydowską (Cała, Bartoszewski) czy łem­
kowską (Regulska). Dyskutowano problem niszczenia niemieckiej
spuścizny kulturowej na Ziemiach Zachodnich (Wieczorkowski),
subkultury więziennej (Szczepkowski) czy realnych wyznaczników
prestiżu społecznego na wsi (Ciołek)... Oczywiście, wiele ważkich
tematów o politycznym wydźwięku, których skomponować by tu
można cały katalog, podjętych nie zostało. Jest tego jednak przy­
czyną brak wyobraźni, intuicji, chęci, czasem kadr do badań, nie
zaś jakakolwiek obawa przed polityczno-cenzorską represją środo­
wiska.
2. Oczywiście — eliminowano z tematyki badań i skazywano na
przemilczenie całe szerokie sfery życia. Decydowały o tym wszakże
zupełnie inne względy.
— Po pierwsze swoista pruderia skłaniająca do dyskwalifikowa­
nia tematów „nieeleganckich", czyli „niestosownych". To ona
spowodowała, że praca Świątka o ludzie nadrabskim z końcem X I X
wieku jest ostatnim rzetelnym obrazem dnia codziennego polskiego
chłopa. W badaniach kultury wsi kręci się nadal polska etnografia
w roztańczonym do skretynienia świecie Kolberga. W latach
1945—1975 (można sprawdzić w monografii Teresy Kuleszy-Zakrzewskiej) popełniono 58 prac magisterskich o obrzędach rodzin­
nych i dorocznych wieśniaków (sam zgrzeszyłem), 33 o wierzeniach
i magii, 27 o twórczości plastycznej, 22 o stroju ludowym... A n i
jednej o życiu seksualnym, a co za tym idzie o wstydzie, gwałcie,
honorze, prostytucji, ani jednej o przemocy w stosunkach międzylu­
dzkich, o pijaństwie i jego metafizyce, o korupcji, o stosunku do
ubogich czy upośledzonych... Podobnie w pracach o środowisku
robotniczym. Czy straszno spojrzeć w chamską mordę, by czasem
własnej w niej nie odnaleźć, czy — chociaż wieki mijają — świat ma
być nadal „spokojny i wesoły"? Tak czy owak, by zrozumieć nagły,
dławiący strach, który ogarnia nas w ciemnej parczewskiej uliczce,
nie warto sięgać do dorobku polskiej etnografii. Nie będzie tam ani
cienia poszlaki.
— Po drugie zacofanie metodologiczne dyscypliny (parę jaskó­
łek wiosny nie czyni), które nie uświadomiła sobie nadal, że jej
specyfika zasadza się w sposobie spojrzenia na obiekt, a nie w formie

owegoż obiektu lub jego nieistniejącej „jakotakości". Stąd tylko na
marginesach środowiska (IS PAN, grupa „Skawiczan", Jacek
Olędzki) prowadzi się badania nad cywilizacją współczesną, nad
własnym środowiskiem dnia powszedniego. Zresztą i wśród tych
pionierów nie brakuje metologicznej naiwności, kiedy to na przy­
kład rozumie się po frazerowsku mit jako dziwactwo (praca
0 herbach szlacheckich w reklamie) lub wyprowadza hipotezy
zpozycji wartościujących (prace o pieśni strajkowej, kulcie papieża),
zapominając o podstawowej, a mało widać znanej, zasadzie, iż
etnolog dziwi się, a nie ocenia.
— Po trzecie środowisko etnograficzne w Polsce żyje lub
cynicznie udaje, że żyje w poczuciu ciągłego zagrożenia. Stąd
przymus solidarności i kategoryczny zakaz kalania gniazda. Z bie­
giem lat wytrzebiły one — i to jest dla mnie największa i najgroźniej
sza biała plama polskiej etnografii — wszelką dyskusję wewnątrzśrodowiskową, nie mówiąc już o krytyce traktowanej niczym
wynoszenie brudnej bielizny na zewnątrz. Byle ciszej nad trumną.
Dam dwa przykłady:
a. W 1953 obroniona została na U M K praca magisterska:
„Narzędzia rolnicze od kija do traktora", w 1966 na UJ: „Rogatyw­
ka jako forma ludowego nakrycia głowy w Polsce na tle porównaw­
czym rogatywek Eurazji", w 1968 na UWBB: „Analiza kultu
niedźwiedzia w świetle wierzeń i obrzędów ludowych w Polsce
z uwzględnieniem genezy tego kultu u ludów totemicznych"...
Dzięki Bogu, że śmieszność nie zabija gdyż nie życzę nikomu
przedwczesnego zejścia. Faktem jest jednak również, że nie podniósł
się żaden głos protestu, czy choćby dobrotliwego zdumienia.
b. Trwa i pogłębia się proces negatywnego doboru kadr w klu­
czowych teoretycznych ośrodkach dyscypliny. Nie tak dawno jedną
z najbardziej w Polsce zasłużonych etnograficznych katedr uniwer­
syteckich objęła osoba pozbawiona minimum wiedzy i formacji
antropologicznej, zrzucona tam na spadochronie przyjacielsko-środowiskowych układów. I oczywiście układy owe okazały się
1 okazują nadal ważniejsze od dobra dyscypliny, kompetencji
naukowej, odpowiedzialności dydaktycznej. I cisza znów.
W tej sytuacji nie wierzę, aby, prócz indywidualnych przedsię­
wzięć, była polska etnografia w stanie podjąć tematy nowe, twórcze,
dotąd zapoznawane. Konieczne byłoby do tego głębokie przekształ­
cenie jej dyspozycyjnych placówek. Musieliby odejść jedni, trzeba
byłoby znaleźć drugich. Problem w tym jednak, że lata bez krytyki,
bez konfrontacji z czołówką, spędzone w ciepłej tolerancji przyczynkarstwa i miernoty wprawiły środowisko w dobroduszne samo­
uwielbienie. Niniejsza odpowiedź na pytanie redakcji oburzy więc co
najwyżej mandarynów dyscypliny. Do refleksji jednak nie skłoni.
Tak. Białą plamą polskiej etnografii jest LUSTRO.

Antoni Kroh
SZTUKA LUDOWA
„Białe plamy" — to drwiące określenie przeszło ciekawą ewolu­
cję w publicystyce lat osiemdziesiątych. Na początku sprawa była
jasna: „białe plamy" to fakty i zjawiska historyczne, zwłaszcza
z historii najnowszej, oficjalnie przemilczane z przyczyn politycz­
nych lub pseudopolitycznych, lecz przechowywane w świadomości

społecznej i przekazywane z pokolenia na pokolenie, często w formie
mitów. Podając cały szereg oczywistych argumentów, żądano
usuwania „białych plam" z podręczników historii, z planów wydaw­
niczych, z desek scenicznych. Rozpoczęła się szeroka dyskusja. Nikt,
broń Boże, nie podważał słuszności owych żądań, ale rzecz charakte-

205

�rystyczna: pojęcie „białych plam" zaczęło szybko tracić na precyzji
(nie samo z siebie, oczywiście). Rozmyć, rozwodnić, utopić w gada­
ninie. Pisze się już o białych plamach na usługowej mapie osiedla,
o białych plamach w gazyfikacji kraju itp. Jednocześnie — podczas
usuwania białych plam zaczęły się dziać rzeczy zabawne. Na
przykład trzy oficjalne przekłady pamiętnego zdania ministra
Mołotowa z września 1939 roku. Wszystkie trzy pokrętne. „Białe
plamy" obrosły już w dodatkową frazeologię, w dowcipy: pisze się
0 wywabianiu (?) białych plam, przestrzega się, aby nie dopuścić do
zamalowania białych plam na szaro, na czerwono, na czarno; biała
plama — to ironiczny epitet, jakim ostatnio obdarza się człowieka
z mroczną przeszłością polityczną. Odnoszę wrażenie, że dzieje
publicznej dyskusji nad białymi plamami to nasza najnowsza biała
plama. Temat do ciekawej i pouczającej rozprawki.
Zaproszony do dyskusji nad „białymi plamami" w sztuce
ludowej, musiałem porzucić wygodny punkt widzenia outsidera,
przedstawiony powyżej i zabrać się do roboty. Najpierw postanowi­
łem spisać na karteczce wszystkie tematy tabu, jakie mi tylko przyjdą
do głowy. Główna trudność polegała na tym, że musiałem owe
tematy wymyślać, same jakoś do głowy nie przychodziły. Współpra­
cuję z „Polską Sztuką Ludową", od dwudziestu lat; gdyby w ciągu
tego czasu chociaż raz nie „puszczono" mi jakiegoś tekstu z przy­
czyn politycznych, byłoby mi dzisiaj o wiele łatwiej wsadzić na głowę
rycerski szyszak z pióropuszem i ruszyć do walki o wolność-słowa,
skoro już wolno. Niestety, tak się nie stało. Więc teraz zwyczajne
poczucie przyzwoitości zmusza, abym rozpoczął wypełnianie etno­
graficznych białych plam od siebie.
Przekonać się, że jakiś temat jest aktualnie tabu, można w jeden
jedyny sposób: opracować go i złożyć do druku. Wszelkie inne
sposoby są zawodne. Autor nie jest od zgadywania, co w tym roku
pójdzie, a co nie. Autor ma zdobyć się na odrobinę godności i pisać,
jak potrafi najlepiej. To wszystko. Nie ma co się sugerować tzw.
polityką kulturalną, która tańczy raz do pieca, raz od pieca
1 niepodobna jej prognozować, zwłaszcza na przeciąg pięciu-sześciu
lat, bo tyle teraz wynosi cykl produkcyjny książki. Można natomiast
na nią wpływać, a to w jeden jedyny sposób — poprzez aktywność
twórczą humanistów, w tym wypadku etnografów. Mówię, bom
smutny i sam pełen winy. Weźmy dla przykładu temat: HUCULSZC Z Y Z N A W K U L T U R Z E POLSKIEJ. Dwadzieścia kilka lat
temu, gdy kończyłem studia, był to temat absolutnie tabu. Czy
absolutnie? Gdybym wówczas, nie oglądając się na nic, zabrał się do
pisania książki pod takim tytułem, z pewnością udałoby mi się tu
i tam opublikować fragmenty pracy, zwróciłbym na siebie uwagę,
z wielką radością pomogliby mi ludzie, którzy dzisiaj już nie żyją,
stałbym się w tej dziedzinie specem, a teraz niejedno wydawnictwo
przyjęłoby maszynopis z pocałowaniem ręki. Kogóż miałbym
obwiniać o to, że tak się nie stało? Kolejnych ministrów kultury,
cenzorów, funkcjonariuszy partyjnych? Nie, tylko samego siebie.
Nie ma co sprawy demonizować: zainteresowanie Huculszczyzną
nie zaprowadziłoby mnie do więzienia, nie wyrzucono by mnie za to
z pracy. Temat był tabu, ale nic nie stało na przeszkodzie, abym
zrobił z niego doktorat.
Podobnie ma się sprawa z wieloma innymi zakazanymi temata­
mi. Potrafię dzisiaj wymienić tylko jedną „białą plamę", uwarunko­
waną wyłącznie sytuacją polityczną, a nie impotencją środowiska.
Bardzo mi brakuje książki pt. K A T A L O G POLSKICH
ZABYTKÓW ETNOGRAFICZNYCH W M U Z E A C H ZSRR.
Na ten temat krążą u nas legendy. Opowiada się o tajemniczych
magazynach w Leningradzie; przechowywane są tam jakoby muzea­
lia z Polski, wywiezione po 1905 roku oraz przy innych okazjach.
Czy ktoś w tej sprawie prowadzi rozmowy ze stroną radziecką,
podobne do tych, jakie prowadzą bibliotekarze? Podobno jakiś
rosyjski kolekcjoner tuż przed wybuchem I wojny światowej wy­
wiózł z Podhala, Sądeckiego i Łemkowszczyzny kilkadziesiąt skrzyń
eksponatów etnograficznych. Może ocalały? Może uda się trafić na
ich ślad? To tylko przykłady. Mówiąc ogólniej: zwykłe, robocze
kontakty z etnografami ZSRR, zwłaszcza Ukrainy, Białorusi i repu­
blik nadbałtyckich, swobodny dostęp do tamtejszych zbiorów
i archiwów (rzecz jasna, na zasadzie wzajemności), przyczyniłyby się
niewątpliwie do wypełnienia niejednej „białej plamy", do niejednego
wartościowego odkrycia.

206

Sprawa ta, ogromnie dla nas ważna, ma ścisłe uwarunkowania
polityczne. Szkoda, że tyle lat się zmarnowało. Nie z naszej winy.
Wszelkie zmiany na lepsze, otwierające nowe możliwości przed
historykami kultury polskiej, wypada powitać z nadzieją.
Trzeba jednak, niezależnie od wielkiej polityki, odpowiedzieć
sobie na drażliwe pytanie: czy jesteśmy w dostatecznym stopniu
przygotowani do tych kontaktów? Mam tu na myśli nie tyle
przerażająco niski stan wiedzy na temat wschodnich sąsiadów, to
dałoby się jeszcze stosunkowo szybko odrobić — ile polskie poczucie
wyższości, dziwaczny anachronizm, nieznośny dla Ukraińców,
Białorusinów i Litwinów, przekreślający szansę normalnej współ­
pracy. Jesteśmy chorzy na brak poszanowania dla ich kultur,' na
niezdolność do prób zrozumienia (co nie oznacza: przyjęcia) ich racji
historycznych. Krótko mówiąc — POLONOCENTRYZM. Mniej­
sza w tej chwili, skąd się to zjawisko bierze i co je utrzymuje przy
życiu (interesujący temat dla wypełniaczy białych plam). Stosunko­
wo łatwo jest wyznaczyć granicę między polskim patriotyzmem
i naturalnym zainteresowaniem polskimi pamiątkami na wschodzie,
a polonocentryzmem. Jest to granica dobrego smaku. Tu nie
pomoże pierestrojka ani odgórnie dobra wola mężów stanu, która
jest zaledwie warunkiem wstępnym; tutaj czynnikiem decydującym
będzie postawa inteligencji polskiej. Wydawałoby się, że właśnie
etnografia, nauka o wzajemnym przenikaniu kultur, jest w stanie
spojrzeć na polskość godnie, w szerszym kontekście. Niestety, różnie
z tym bywa. W miarę rozszerzania się autentycznych, a nie
lakierniczo-delegacyjnych kontaktów kulturalnych z sąsiadami
sprawa ta zacznie nabierać znaczenia, a za każdy błąd przyjdzie
grubo zapłacić.
Polonocentryzm etnografii (czy szerzej — etnocentryzm nauk
społecznych w Polsce) to ogromnie interesujące, skomplikowane
zjawisko, warte rzetelnego opracowania. Do dzisiaj temat leży
odłogiem. Niewątpliwie z przyczyn politycznych, ale przede wszyst­
kim — zgoła innych... Gdyby środowisko było prężniejsze i bardziej
samodzielne intelektualnie oraz moralnie, naciski polityczne byłyby
relatywnie mniejsze i nie miałyby takiego znaczenia, jakie im się teraz
przypisuje w dyskusji o „białych plamach". To nie minister ani
sekretarz partii osobiście zestrugiwał z tragarza pewnej zabytkowej
chałupy napis niemiecki i zastępował go polskim. To nie była
wyłącznie kwestia politycznej aury i nie ma się co teraz zasłaniać
błędami poprzedniej ekipy. Nie pisano odważnie i mądrze, bo nie
było wolno. Teraz będzie odważnie i mądrze, bo już wolno. Były
tematy tabu, ale pewnego dnia przyszedł dobry szaman, zdjął
zaklęcie, więc możemy brać się do roboty: wypełnimy białe plamy
i wszystko będzie jak należy. Cóż to za żałosne stawianie sprawy...
Na temat narodowych i politycznych determinacji, określają­
cych postawę humanisty, ukazał się przed kilkunastu laty znakomity
artykuł. Autor zestawił polskie i niemieckie rozprawki archeologicz­
ne: jedne dowodziły, że pewna grupa zabytków związana jest
niewątpliwie z osadnictwem słowiańskim, inne, także bardzo solid­
nie podbudowane, że z germańskim. Chodziło o te same zabytki.
Cóż nam ukazuje owo zestawienie? Oprócz innych rzeczy to, że
humaniści-naukowcy swe uwarunkowania polityczne oraz swą
ksenofobię ubierają w formę naukowych konstatacji. W które sami
następnie niezłomnie wierzą. Tutaj trzeba wyjawić rzecz przykrą:
autorem artykułu był absolwent polskiej uczelni, ale Węgier, pracę
swą opublikował w Budapeszcie. Moja polska duma narodowa
cierpi — szkoda, że to nie któryś z naszych.
Niestety, nie bardzo wierzę, aby w najbliższym czasie znalazł się
odważny humanista o rzeczywistym, nie urzędowym autorytecie,
który podjąłby gigantyczny trud przygotowania Polaków do wiel­
kiego spotkania, po ponad półwieczu, z naszym kulturowym
dziedzictwem na wschodzie. Spośród zagadnień, które składają się
na problematykę „białych plam", sprawa ta ma znaczenie kluczowe.
Obawiam się, że uchylenie furtki w kontaktach kulturalnych może
dać niespodziewany wynik: zaognienie stosunków ze wschodnimi
sąsiadami. Do starych antypolskich urazów dojdą nowe. Dziejowa
szansa ułożenia sobie zdrowych stosunków z Ukraińcami, Białorusi
nami i Litwinami może zostać zaprzepaszczona albo odsunięta
w nieodgadniona przyszłość.

�Powrócę jednak do karteczki, na której wypisałem „białe plamy"
w etnografii, szczególnie w sztuce ludowej. Ich stopień „upolitycz­
nienia" jest różny — niekiedy dominujący, niekiedy raczej nikły. Jak
łatwo zauważyć, w każdym z wymienionych poniżej tematów
istnieją dwa elementy, warunkujące się nawzajem: śmieszność
politycznych decydentów różnych stopni i marazm środowiska,
niezdolnego do zdrowej reakcji.
DZIEJE M E C E N A T U N A D SZTUKĄ L U D O W Ą W PRL.
Nie jest to typowa „biała plama", gdyż na ten temat pisano sporo,
czasem aż za dużo. Lecz wiele stwierdzeń wymaga przewartościowa­
nia, a całość aż prosi się o syntetyczne ujęcie. Opisując mecenat nad
sztuką ludową w PRL trzeba będzie podjąć kilka istotnych proble­
mów, które dotychczas, o ile mi wiadomo, nie zostały dostrzeżone
przez badaczy. Na przykład: stosunek mecenasa państwowego do
tematyki sakralnej w sztuce ludowej. Etnografowie opowiadają
sobie na ten temat anegdoty, ale chyba nikt jeszcze nie spróbował
przyjrzeć się sprawie z bliska, metodycznie i z należytym obiektywiz­
mem. Na razie kilka okruchów. Zabytkowa kapliczka, kupiona
przez Muzeum Okręgowe w Częstochowie, została zapisana w księ­
dze wpływów jako „obiekt z wieżyczką", gdyż w innym wypadku
Urząd Wojewódzki, a może ktoś inny, nie zatwierdziłby rachunku.
Współczesne rzeźby ludowe, przedstawiające świętych, figurują
w katalogach, na wszelki wypadek, np. „Piotr", „Florian", nie
„święty Piotr", „święty Florian"; „Maria" nie „Matka Boska",
„Ukrzyżowany", „Frasobliwy" bez „Chrystus". (Kariera Chrystu­
sa Frasobliwego w PRL — cóż za wspaniały temat!) Należałoby
dokładnie opisać interesujący nurt we współczesnej sztuce ludowej:
mieszanie się tradycyjnej ikonografii sakralnej z pożądaną przez
mecenasa tematyką świecką i wynikające stąd wzruszające melanże,
np. Pieta jako sanitariuszka niosąca rannego partyzanta A L , słynne
przeistoczenie Marksa w świętego Józefa, mniej słynne przemiany
Mojżesza w Kopernika i z powrotem (gdy Rok Kopernikowski
minął, a rzeźby nie udało się sprzedać) itd. Warto przypomnieć
próby oderwania konkursów na palmy wielkanocne od tradycji.
Niedzieli Palmowej. Trzeba opisać powojenne dzieje „topienia
Marzanny"; jest to jedyny spośród tradycyjnych obrzędów dorocz­
nych w Polsce, całkowicie wyzbyty pierwiastka religijnego i z tego
powodu odgórnie lansowany z godną podziwu konsekwencją.
Topienie Marzanny jest po dziś dzień bowiązująco-spontaniczną
zabawą w szkołach podstawowych całego kraju; dzieci nazywają tę
uroczystość „Dniem Wagarowicza".
Pisząc o państwowym mecenacie nad sztuką ludową lat siedem­
dziesiątych, niepodobna pominąć jej „dworskiej" funkcji. Przedsta­
wiciele władz przybywali na festiwale jako „gospodarze". Gospoda­
rze kraju, województwa, miasta — tak się wówczas mówiło. Stojąc
na balkonie, „gospodarze" pozdrawiali korowody w strojach ludo­
wych, wiwatujące na ich cześć (np. w Płocku). Dziękowali chłopskim
artystom w takiej formie, jakby cała twórczość ludowa istniała
wyłącznie po to, by sprawić im przyjemność. Pod koniec lat
siedemdziesiątych na Podhalu i Spiszu odbywał się konkurs folklo­
rystyczny „O złoty zbyrcok Jaskierni". Nie wiem, co teraz porabiają
Jaskiernia i jego zbyrcok, ale miejsce w historii sztuki ludowej mają
zapewnione.
Pisząc o tamtym okresie, niepodobna również pominąć tematu
NICOŚĆ ARTYSTÓW PLASTYKÓW A SZTUKA L U D O W A .
Schemat myślowy przebiegał tu mniej więcej tak:
1. Dzieło twórcy ludowego może mieć wielką wartość artystycz­
ną, większą niż dzieło artysty plastyka.
2. Wartość artystyczna dzieła twórcy ludowego jest niewątpli­
wa, ponieważ jest to dzieło twórcy ludowego.
3. Z czego jasno wynika, że każde dzieło twórcy ludowego ma
wartość artystyczną. Tymczasem wiadomo, że nie każde dzieło
artysty plastyka ma wartość artystyczną. Przyznają to sami plastycy.
4. A więc artysta plastyk to zawód o wątpliwej przydatności
społecznej, a co za tym idzie, istnienie artystów plastyków jako takie
może budzić zastrzeżenie natury moralnej. Funkcję artystów plasty­
ków mogą przejąć twórcy ludowi, z lepszym skutkiem i znacznie
mniejszym kosztem. Dodatkowy, niebagatelny walor twórczości
ludowej polega na tym, że jest ona bezpieczna pod względem
ideowym i nie może budzić zastrzeżeń artystycznych (patrz p. 2).

W społeczeństwie o tak straszliwie niskiej kulturze plastycznej,
jakim jest społeczeństwo polskie, tezy powyższe trafiły do przekona­
nia wielu ludziom i dziś też znalazłyby swych obrońców.
W ogóle sztuka ludowa lat siedemdziesiątych to pasjonujący,
przebogaty i wciąż nie odkryty temat. Kolorowa, ale równocześnie
biała plama. Mogę to stwierdzić, ponieważ coś na ten temat wiem:
zaangażowałem się w nią przed laty z całym młodzieńczym zapałem,
dzięki niej przeżyłem wiele pięknych chwil, dzięki niej dostałem
mieszkanie. Wciąż stoi mi w pamięci dzień, w którym dowiedziałem
się, że znam się na sztuce ludowej, ponieważ ukończyłem studia
etnograficzne (nie mieliśmy ani jednego semestru zajęć o sztuce).
Zdziwienie trwało krótko, łyknąłem swój awans jak kieliszek dobrej
wódki i od razu poczułem się pewniej. Skoro już byłem ekspertem,
należało to spożytkować.
Kolejny nie ruszony temat: C Z Y M BYŁ SIERPIEŃ OSIEM­
DZIESIĄTEGO R O K U D L A SZTUKI LUDOWEJ? Niewątpli­
wie, zamknęła się wówczas pewna karta, również w historii kultury
ludowej. Ci, którzy dotychczas mieli w głowie świątki, gliniane
kogutki oraz rzeźbione łyżniki, zajęli się czymś a ^ ł a innym.
Wydarzenia ruszyły jak lawina, przetoczyły się lata o^randziesiąte
i mało kto zauważył, że tymczasem opuściło po angielsku ten padół
całe pokolenie wspaniałych chłopów i bab, którym zawdzięczamy
niejedno artystyczne wzruszenie — czasem najprawdziwsze, czasem
udawane, najczęściej jedno i drugie na raz. Co stało się z twórczością
ludową, gdy przestał ją chronić parasol ideologii, mocno podziura­
wiony? W którym kierunku poszły przemiany? Co dalej?
Tematów nie tkniętych przez badaczy, z takich lub innych
przyczyn, znalazłoby się o wiele więcej. Na przykład: SZTUKA
L U D O W A MNIEJSZOŚCI N A R O D O W Y C H W POLSCE 1 JEJ
T R A K T O W A N I E . Tyle jest rozmaitych festiwali i przeglądów
folklorystycznych; dlaczego nie widuje się na nich zespołów litew­
skich, białoruskich, ukraińskich, słowackich? Wydawałoby się, że
organizatorom owych przeglądów zależy na jak największej różno­
rodności programu. Może znajdzie się autor, który w sposób
wyważony i uczciwy opracuje to zagadnienie?
Kolejny pasjonujący, a pominięty problem badawczy, nazwijmy
go prowizorycznie U N A R O D O W I E N I E M S Z T U K I LUDOWEJ
N A TERENACH ETNICZNIE M I E S Z A N Y C H . Dla przykładu
„rozchodzenie się" repertuaru polskich i słowackich zespołów
folklorystycznych na Spiszu i Orawie. „Polski" strój górali z Cho­
chołowa i „słowacki" strój górali z Suchej Góry. Niemiecki i polski
folklor Górnego Śląska, ich wzajemne przenikanie (np. stroje śląskie
w polskich zespołach pieśni i tańca i te same stroje na zjazdach
ziomkostw w RFN). Skoro polską sztukę ludową uznajemy za nasze
podwórko, to warto wiedzieć, gdzie kończą się nasze tereny, w jaki
sposób „nasze" zmienia się w „nie nasze". Jak wygląda nasza
zagroda, oglądana zza płotu sąsiada?
Kolejny temat-ugór: SZTUKA L U D O W A A ZASIEDLENIE
Z I E M Z A C H O D N I C H I P Ó Ł N O C N Y C H . W krakowskim M u ­
zeum Etnograficznym właśnie trwa jubileuszowa wystawa, obrazu­
jąca dokonania Zespołu Dokumentacji Polskiej Sztuki Ludowej
Instytutu Sztuki PAN w Krakowie. Z mapy, prezentowanej na
wystawie, wynika, że naukowcy z Instytutu ani razu nie penetrowali
Dolnego Śląska, sporych połaci Pomorza Zachodniego, Ziemi
Lubuskiej. Niewątpliwie były po temu ważne powody, wiem,
w jakich warunkach pracuje Zespół, lecz fakt pozostaje faktem:
sztuka ludowa Ziem Zachodnich i Północnych, zwłaszcza sztuka
ludowa ludności napływowej, jest białą, a w najlepszym razie lekko
zabarwioną plamą.
SZTUKA L U D O W A A U T R W A L A N I E WŁADZY L U D O ­
WEJ. Na ten temat znam tylko jedną historię, znad Dunajca, ale
myślę, że znalazłoby się ich więcej. Opowiadano mi, że w czterdzies­
tym dziewiątym roku funkcjonariusze UB otoczyli nad ranem
chałupę i wyjęli z niej dwunastoletniego chłopaczka razem z jego
góralskim strojem. Oszalała z rozpaczy matka wystawała przed
komendą, usiłując się czegoś dowiedzieć; jednego dnia powiedziano
jej, że synek został rozstrzelany jako wróg ludu, drugiego dnia, że
UB o niczym nie wie, władza ludowa nie walczy z dziećmi i baba coś
sobie ubzdurała albo pomieszało jej się w rozumie. Sprawa wyjaśniła
się po tygodniu. Chłopaczek został wywieziony do Warszawy,
207

�wręczał na lotnisku kwiaty jakiejś dostojnej delegacji, po czym
odwieziono go z powrotem. Pełen wrażeń, przywiózł do chałupy
wielką torbę cukierków od Bardzo Ważnej Osoby.
Wielcy odkrywcy, na przykład w dziedzinie medycyny lub
lotnictwa, mieli dość odwagi, by wypróbowywać swe wynalazki na
samych sobie. Spróbujmy dokonać analogicznego eksperymentu
i stosując metody badawcze etnografii oraz dyscyplin pokrewnych
stwórzmy zbiorowym wysiłkiem pomnikowe dzieło pt. ETNOGRA­
FIA ŚRODOWISKA ETNOGRAFICZNEGO. Niewątpliwie wy­
pełnimy znaczącą białą plamę. Jeśli władza będzie robić obstrukcje,
trudno, zejdziemy do' podziemia. Zdarzało się wielokrotnie, że
etnograf przyjeżdżał na wieś na dwa, trzy tygodnie i powstawała
z tego dysertacja. Autor, prócz zrozumiałej dumy, odczuwał jednak
pewien niedosyt, wynikły ze ślizgania się po powierzchni tematu.
Ponieważ środowisko etnograficzne to jedna wioska, której każdy
mieszkaniec, od bogatego gbura aż do ostatniego komornika,
prowadzi obserwację uczestniczącą, nareszcie mamy szansę stwo­
rzyć dzieło naprawdę kompetentne, które, jestem tego pewien,
zdobędzie sobie powszechne uznanie, a być może zostanie przetłu­
maczone na obce języki.
Konspekt takiej pracy winien być sporządzony według obowią­
zującego schematu monografii etnograficznej. Nie czuję się na
siłach, by taki konspekt sporządzić. Pragnę jedynie zwrócić uwagę
na kilka zagadnień szczegółowych.
Ludzie, zajmujący się profesjonalnie sztuką ludową (nie mam tu
na myśli twórców ludowych i działaczy STL, lecz naukowców,
doradców, muzealników, komisarzy konkursów i wystaw, zawodo­
wych i półzawodowych jurorów) to grupa zawodowa o ciekawych
cechach wyróżniających. Co określa jej specyfikę? Na przykład to, że
wśród opiekunów współczesnej twórczości ludowej jest bardzo niski
procent osób pochodzenia wiejskiego. Sporo przecież chłopskich
dzieci studiowało etnografię, historię sztuki lub którąś z nauk
pokrewnych, ale tak się jakoś dzieje, że współczesną sztuką ludową
niemal wyłącznie zajmują się ludzie, wychowani w tradycji inteligen­
ckiej, najczęściej postszlacheckiej lub z kręgów oświeconego miesz­
czaństwa. Wydaje mi się, że w tym zawodzie pochodzenie chłopskie
jest raczej hamulcem niż podnietą. Spośród moich znajomych
humanistów z wyższym wykształceniem najbardziej lekceważąco
wyrażają się o współczesnej sztuce ludowej koledzy, pochodzący ze
wsi. Nie wiem, jak zestawić ten fakt z kategorycznym twierdzeniem
niektórych badaczy, że sztuka ludowa jest odzwierciedleniem klaso­
wej tożsamości i klasowych dążeń ludu.
Jak wiadomo, plastyczną wartość dzieł sztuki ludowej jako piersi
dostrzegli nie ludoznawcy, lecz artyści. Sztuka ludowa ze strony
„panów" stała się najpierw przedmiotem doznań estetycznych,
a dopiero w następnej kolejności — badań naukowych i ochrony
muzealnej. Ten fakt nie pozostał bez konsekwencji — zastanawiają­
ce, jak wielu niedoszłych malarzy lub rzeźbiarzy zajęło wybitną
pozycję w dziejach opieki nad sztuką ludową w Polsce. Janina
Orynżyna pisze wprost, że do pracy na niwie sztuki ludowej skłoniły
ją, pośród innych przyczyn, także marne wyniki na Akademii Sztuk
Pięknych. Inni są mniej szczerzy, więc tym mocniej uwiera ich
artystyczne niespełnienie. Skoro można sporządzać syntetyczny
strój ludowy jakiegoś regionu (a można, bo przecież robi się to
nagminnie), można również sporządzić syntetyczny portret zawodo­
wego opiekuna sztuki ludowej. Jest to osoba pochodzenia inteligenc­
kiego; ze wsią mniej lub bardziej zżyta, ale niewsiowa. Obdarzona
inklinacjami artystycznymi, najczęściej plastycznymi; są one na tyle
silne, by nie dawać spokoju, i na tyle słabe, by nie móc się
urzeczywistnić w twórczości własnej.
W miarę ilościowego rozwoju współczesnej sztuki ludowej
w latach sześćdziesiątych, a szczególnie siedemdziesiątych, zaczęli
odwracać się od niej wybitni artyści. Wówczas rolę ekspertów
w sprawach, związanych ze współczesną sztuką ludową, przejęli
stopniowo na własność etnografowie. Jest to oczywista uzurpacja,
chociaż zapewne nieuświadomiona: studia etnograficzne nie dają
przygotowania do zabierania głosu w sprawach sztuki. (Aby być
dokładnym: sprawa ta ma się różnie w zależności od uczelni
i rocznika, ale na ogół sprawa ta ma się źle). Etnograf może co
najwyżej wyrokować, czy dane dzieło jest zgodne z tradycją ludową
208

albo nie, może mówić o wędrowaniu motywów i wątków, o miejscu
sztuki w tradycyjnej społeczności wiejskiej itd., ale te kryteria oceny
w odniesieniu do zjawisk współczesnych bywają mocno problematy­
czne i często schodzą na plan dalszy. Mimo to pozycja etnografów
jako ekspertów w dziedzinie współczesnej sztuki ludowej jest
społecznie uznawana. Na ten temat można by napisać interesujące
studium z socjologii myślenia potocznego.
Podstawową cechą, która określa badacza sztuki ludowej jako
naukowca, jest jego stosunek do zbieranych informacji. Wiadomo,
że etnograf chodzi po wsi i indaguje ludzi, aby uzyskać dane, które
następnie spożytkuje w pracy naukowej. Jest to metoda badawcza,
wykształcona w X I X wieku, gdy przedmiotem badań ludoznaw­
czych była lokalna społeczność ludzi niepiśmiennych, którzy swą
kulturę duchową przechowywali i przekazywali następnym pokole­
niom w formie ustnej. Główną ideą, przyświecającą ówczesnym
ludoznawcom w ich pracy, była chęć utrwalenia owego kulturowego
bogactwa na piśmie, aby przynajmniej w ten sposób uchronić je od
zagłady. Praca ta na ogół przyniosła pożądane skutki: dawna
kultura ludowa przetrwała o wiele pełniej w publikacjach etnografi­
cznych, niż w pamięci prawnuków. Współczesny etnograf, jak każdy
inny naukowiec podejmujący jakiś problem badawczy, winien
zaznajomić się z dotychczasowym stanem wiedzy. Może więc się
zdarzyć, i częstokroć tak bywa, że współczesny etnograf lepiej zna
zagadnienie niż jego informator, którego cała rzecz nie interesuje.
(Dawny ludoznawca badał kulturę żywą, istniejącą niezależnie od
niego; współczesny bada jej relikty lub rzeczywistość, wykreowaną
przez samego siebie). Stąd już krok do przekonania, że dobry
etnograf powinien z góry wiedzieć, co informator mu odpowie. Jeśli
zeznania informatora są zgodne z oczekiwaniami badacza, spełniły
swoje zadanie i już nie muszą być prawdziwe. Gdy zaś informator nie
spełnia pokładanej w nim nadziei, można to wyjaśnić zerwaniem
tradycji ustnej w społeczności lokalnej i płynącą stąd niewiedzą
informatora. Z reguły wyjaśnienie to oparte jest na realnych
przesłankach. Czytelnikom mniej inteligentnym przypominam, że
nie prowadzę tu wykładu z metodyki badań terenowych, lecz
wypełniam białe plamy w etnografii.
Naiwność etnografów w przyjmowaniu informacji, niekiedy
równie wspaniała jak wiekopomna naiwność autora Nowych Aten,
o ile mi wiadomo nie stała się dotychczas przedmiotem dociekań
naukowych, chociaż jest przedmiotem licznych anegdot, tj. pardon,
przechowywana jest w tradycji ustnej środowiska. A to któryś
badacz zapisał pół zeszytu informacji, uzyskanych od chłopa, który
dopiero co wyczytał je w gazecie „Poznaj Świat", a to znowu chłop
oznajmił badaczowi o istnieniu kurnej chałupy, bo myślał, że chodzi
o chałupę, w której są kury (w tamtej okolicy kurna chałupa nazywa
się „dymna", o czym badacz nie wiedział), zebrała się grupa
znawców i ubolewała, że kurna chałupa ma komin, a więc została
zeszpecona. A to znowu pewien przewodnik tatrzański, znany
facecjonista i erotoman, zapłonął świętym oburzeniem na etnografkę zza oceanu, która podczas wywiadu dopuściła możliwość, że
góralki mają przedślubne doświadczenia seksualne, skutkiem czego
ukazał się w amerykańskim czasopiśmie etnologicznym artykuł
o niebywale purytańskim Zakopanem, i tak dalej, i tak dalej. Takie
rzeczy opowiada się wieczorami na konferencjach etnograficznych.
Może ktoś porównałby, stosując etnologiczny aparat naukowy,
uczestnictwo etnografów w konferencjach z uczestnictwem społecz­
ności wiejskiej w niedzielnej Mszy Świętej? Nasuwają się tu przecież
wyraźne analogie. Udział w niedzielnym nabożeństwie, prócz oczy­
wistych funkcji religijnych, zaspokaja także niezmiernie istotne
potrzeby społeczne. Mieszkaniec wsi, idąc do kościoła, manifestuje
swoje istnienie, swą zamożność; wymienia niezbędne informacje,
załatwia najrozmaitsze sprawy od towarzyskich po gospodarcze,
zaspokaja naturalną potrzebę przebywania w gromadzie. Podobnie
konferencje etnograficzne. Rolę sacrum mogą tu pełnić np. referaty
o pasożytach drewna, ale przecież nie jedzie się przez pół Polski po to
jedynie, by wysłuchać najnowszych rewelacji na temat tępienia
skąposzczetów. Przed laty plotkowano na jednej z takich konferen­
cji, że Jacek Olędzki przeprowadził, wedle kryteriów etnologicznych,
porównanie procesji Bożego Ciała z pochodem pierwszomajowym
na niekorzyść tego ostatniego. Rozprawka napisana została dla
„Argumentów", ale wylądowała całkiem gdzie indziej i w rezultacie

�zmodyfikowano scenariusz pochodu: od tamtego czasu przywódcy,
nim wejdą na trybunę honorową, również maszerują kilkaset
metrów Marszałkowską, jak wszyscy.
Etnografowie żyją w diasporze, dlatego konferencje spełniają
wybitną rolę w ich kulturze duchowej i choćby z tego tytułu warte są
opracowania.
Napisałem przed chwilą, że współczesny etnograf bada rzeczywi­
stość, wykreowaną przez samego siebie. Zdarza się to coraz częściej
i jest procesem, jak sądzę, naturalnym; w miarę zanikania ostatnich
reliktów dziewiętnastowiecznej kultury chłopskiej przedmiot badań
etnografii gwałtownie topnieje, kreowanie sztucznej rzeczywistości
etnograficznej jest więc zrozumiałym odruchem samoobrony. W na­
ukowym czasopiśmie, zajmującym się sztuką ludową, nie ma
potrzeby tłumaczyć różnicy między kobietą wiejską, która ubrała się
w tradycyjny strój i idzie do kościoła, a dziewczyną z miasta, która
włożyła tenże strój do fotografii. Tymczasem publikacje etnograficz­
ne pełne są zdjęć tego drugiego rodzaju. Nietrudno wyłowić je
spośród innych; wyróżnia je dziwaczność i sztuczność. Dziewczyna
jest osobno, strój osobno, a wrażenie tandety pogłębiają „ludowe"
gesty i dodatkowa aranżacja. Obrońcy takich praktyk powiadają, że
jest to swego rodzaju naukowa rekonstrukcja, a strój lepiej prezentu
je się na żywym człowieku, niż na manekinie. Od biedy można by to
przyjąć, gdyby nie fakt, że w podpisie pod takim zdjęciem rzadko
kiedy zaznacza się, iż jest to rekonstrukcja; częściej obserwujemy
próby wmówienia widzowi, że mamy tu do czynienia z autentykiem.
Zjawisko to nie było dotychczas badane. W Polsce może ono
zainteresować socjologa kultury, w Stanach Zjednoczonych właści­
wszy byłby psychoanalityk.
Podobnie ma się rzecz z wnętrzami skansenowskimi lub z innymi
ekspozycjami muzealnymi. Dla przykładu „czarna izba" i „biała
izba" w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem. Ta rekonstrukcja
wnętrza dawnej chaty góralskiej, zresztą krytykowana przez etno­
grafów, była wielokrotnie publikowana jako typowa, autentyczna
izba chłopska. Jak wiadomo, kultura ludowa Podhala od stu lat
z okładem uwieczniana jest na fotografiach, rysunkach, obrazach.
Wiem na pewno, że istnieje cały szereg rycin i zdjęć, wykonanych
przed I wojną światową, przedstawiających wnętrza góralskich
chałup. Czy są one mniej sugestywne, czy mają mniejszą wartość
poznawczą od wystawy na Krupówkach? Wydaje się jednak, że
publikowanie ekspozycji muzealnej jako autentyku jest nie tylko
przejawem wygodnictwa, a już z pewnością nie jest świadomym
wprowadzaniem czytelnika w błąd. Tutaj możemy zaobserwować
zjawisko znacznie ciekawsze — autosugestię, projekcję marzeń na
rzeczywistość czyli etnograficzne chciejstwo. Etnograf chce, by
wnętrze skansenowskie było maksymalnie zbliżone do autentyku,
więc osiąga ideał, mianując je autentykiem.
Wielu współczesnych twórców ludowych to również rzeczywis­
tość wykreowana dla potrzeb etnografów i ich klientów. Temat:
WSPÓŁCZESNA K U L T U R A L U D O W A JAKO RZECZYWIS­
TOŚĆ W Y K R E O W A N A czeka na swego badacza.

W dziele na temat etnografii środowiska etnograficznego trzeba
będzie poświęcić wiele miejsca sztuce ludowej etnografów. Badacz
tego problemu, posługujący się metodą etnograficzną, nie ma co
liczyć na obfity plon wywiadów z twórcami. Etnografowie rozumieją
świetnie celowość wywiadu, ale tylko wówczas, gdy pytają, a nie gdy
sami staną się przedmiotem badań. Lecz to przecież nic nie szkodzi:
każdy etnograf nieraz opierał swe konstatacje na wiadomościach
z trzeciej ręki, więc i teraz można uciec się do plotek, krążących
w środowisku. Trzeba je tylko zebrać i naukowo opracować.
Opowiada się, jak pewien wybitny etnograf wyrzeźbił dla zabawy
kapliczkę ludową, taką absolutnie ludową; odwiedził go drugi
etnograf, zachwycił się prymitywem, chciał kupić do muzeum, prosił
0 adres twórcy, spotkał się z odmową, wynikły z tego niesnaski
1 oskarżenia o zawodową zawiść, więc pierwszy etnograf przyznał
się, że to on sam jest autorem dzieła, drugi etnograf rzecz jasna nie
uwierzył, tylko jeszcze bardziej się rozjątrzył. Opowiada się o etno­
grafie, który przerżnął piłką rzeźbę w muzeum przez pół, aby mieć
temat do rozprawy o magicznym traktowaniu świętych figur
w kulturze ludowej, a potem chwalił się tym w gronie przyjaciół,
dowodząc, że skoro dawni chłopi wrzucali za karę figurę Św. Jana
Nepomucena do wody albo św. Floriana do ognia, to on również ma
prawo, a nawet obowiązek, postąpić podobnie, by wczuć się
w mentalność wieśniaka. Istnieje książka o ludowym rzeźbiarzu,
bardzo piękna; podobno autor ze swym bohaterem w ogóle nie
rozmawiał albo prawie w ogóle, a wszystkie wypowiedzi ludowego
artysty sam powołał do życia, wiedziony naukowo-artystyczną
intuicją; po czym, gdy się okazało, że nie wszystko nadaje się do
druku, bez najmniejszej żenady całą rzecz poprzerabiał, wkładając
w usta świątkarza zupełnie co innego niż za pierwszym razem.
Środowisko etnograficzne jest częstokroć o wiele ciekawsze i bar­
dziej egzotyczne niż świat kultury ludowej. Gdyby przemówiły
wszystkie rzeźby, o których autorstwo pomawiany jest świętej
pamięci Heródek z Orawy, dowiedzielibyśmy się ciekawych rzeczy...
Przedsięwzięciem potwornym, niczym biblijna rzeź niewiniątek,
byłoby drobiazgowe przebadanie autentyczności wszystkich zabyt­
kowych góralskich obrazków na szkle z muzealnych kolekcji,
wszystkich nikiforów... Może ktoś słyszał o wytwórni eksponatów
etnograficznych za Gubałówką, ługowanych, szorowanych ostrą
szczotką i wędzonych w bardzo funkcjonalnej wędzarni, która sama
w sobie byłaby chlubą skansenu... Ale trochę zboczyliśmy z tematu.
Sztuka ludowa etnografów to dzieła plastyki ludowej, wykonywane
przez samych etnografów, zniecierpliwionych, że twórcy ludowi,
mimo tylu porad i perswazji, tworzą dzieła wciąż niedostatecznie
ludowe, a mimo to intratne. Nie będę tego tematu rozwijać, bo nie
chcę.
To tylko garść przykładów. Dobrałem je tendencyjnie — tak, by
zilustrowały następującą tezę: wypełnianie białych plam to w nie­
wielkim tylko stopniu umiejętność wykorzystywania politycznej
koniunktury. Wypełnianie białych plam to sztuka o wiele trudniej­
sza. Sztuka patrzenia w lustro.
grudzień 1988

NAGRODY
Jury pod przewodnictwem prof, dr hab. Zofii Soklewicz postanowiło przyznać w 1989 r. nagrody kwartalnika „Polska Sztuka Ludowa"
za najlepsze prace magisterskie z dziedziny ludowej kultury artystycznej. Otrzymali je:
1. Danuta Benedyktowicz — za pracę Dom i bezdomność w kulturze ludowej i twórczości artystycznej, powstałą na Uniwersytecie
Jagiellońskim w Krakowie pod kierunkiem doc. dr hab. Anny Zambrzyckiej-Kunachowicz.
2. Joanna Dankowska — za pracę Ubiór i haft ludności ukraińskiej na terenie wsi i gminy Bance Mazurskie, powstałą na Uniwersytecie
Poznańskim im. Adama Mickiewicza pod kierunkiem prof, dr hab. Anny Szyfer.
Nagrody w wysokości po 70.000 zł każda ufundował Departament Polityki i Edukacji Kulturalnej Ministerstwa Kultury i Sztuki.

�Figurki ceramiczne z Bałcharu (środkowy Dagestan), 1964r. — repr. z pisma „Dekoratiwnoje Iskusstwo"
210

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9837" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9815">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/41e3c2f6979669018ccb3515522b9363.pdf</src>
        <authentication>e5a3aca6d982b54a3bfc6c126fb84dce</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117009">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4736</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117010">
                <text>1964</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117011">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4396</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117012">
                <text>Kronika/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1964 t.18 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117013">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1964 t.18 z.3; s.181-182</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117014">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117015">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117016">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117017">
                <text>K

R

O

'

N

I

K

A

za okres 1 .IV - 30.YI.1964 r.
8 czerwca zmarł w Warszawie
w wieku 58 łat mgr Tadeusz Z y g łer, profesor i b. dziekan Wydziału
Choreografii
PWST,
wykładowca
Akademii Wychowania Fizycznego,
b. naczelnik Wydziału w
Min.
Oświaty, długoletni pedagog, w s p ó ł ­
organizator tajnego nauczania w
okresie okupacji, to. poseł do K R N
i członek C K W P P S .
Tadeusz Zygler był wielkim mi­
łośnikiem kultury ludowej, szcze­
gólnie interesował się tańcem l u ­
dowym i sposobami jego notacji.
Należał do grona najbardziej aktyw­
nych działaczy Polskiego Towarzy­
stwa
Ludoznawczego,
w
latach
1948—1949 kierował Instytutem B a ­
dania Sztuki Ludowej, a po wcie­
leniu go do P a ń s t w o w e g o Instytutu
Sztuki — Sekcją Badania Sztuki
Ludowej. W tym czasie redagował
przez rok „Polską S z t u k ę Ludową".
Zmarły był kilkakrotnie odznaczany
za s w ą działalność z a w o d o w ą i spo­
łeczną.
Konferencje,
zjazdy
Z
inicjatywy
działającego
od
trzech lat w Cieszynie K l u b u Pro­
pozycji
zorganizowano
spotkanie
t w ó r c ó w ludowych regionu cieszyń­
skiego. W wyniku spotkania posta­
nowiono urządzać wystawy prac
t w ó r c ó w ludowych w Ustroniu i w
Cieszynie. Zarząd Powiatowy ZMW
będzie organizował spotkania t w ó r ­
c ó w ludowych w kołach ZMW, a
Muzeum Cieszyńskie podjęło
się
prowadzenia kartoteki twórców re­
gionalnych.
*

W Lublinie odbyła się 24 kwiet­
nia w s p ó l n a narada Komisji K u l t u ­
ry K W P Z P R i W K Z S L p o ś w i ę c o ­
na problemom twórczości ludowej.
Postanowiono zwołać w czerwcu w
Nałęczowie ogólnopolski zjazd pisa­
rzy i p o e t ó w ludowych i poczynić
przygotowania do powołania związ­
ku t w ó r c ó w ludowych w s p ó ł p r a c u ­
jących ze sobą w o j e w ó d z t w : lubel­
skiego, rzeszowskiego, kieleckiego
i białostockiego.
Działalność

muzeów

Na Zamku Liwskim w P u ł t u s k u
otwarto 29 czerwca Muzeum zor­
ganizowane z inicjatywy P u ł t u s k i e ­
go Towarzystwa Kulturalnego przy
pomocy Wojewódzkiego Konserwa­
tora Zabytków, Muzeum Archeolo­
gicznego w Warszawie, Min. K u l t u ­
ry i Sztuki oraz C P L i A . Ekspozycja
muzealna obejmuje historię miasta,
historię kultury środkowego M a ­
zowsza oraz sztukę l u d o w ą
tzw.
Zielonych Kurpi.

trzynasty rejs barki muzealnej, na
której w okresie od czerwca do
października br. czynna była wy­
stawa: Sztuka Podhala.
*

W miesiącach maju i czerwcu
Muzeum Kujawskie we Włocławku
urządziło w miasteczkach Chodecz
i Przedecz Wystawę pt. „Współczes­
na sztuka ludowa na Kujawach".
Na wystawie zaprezentowano rzeź­
bę, hafty, wyroby ze s ł o m y (pająki,
koszyczki), plecionki z korzeni i ro­
goży, malowanki na papierze, m a ­
lowany fajans w ł o c ł a w s k i oraz mo­
del wnętrza
izby kujawskiej, ze
zbiorów w ł a s n y c h Muzeum.
Wystawa spotkała się z ż y w y m
zainteresowaniem
nauczycielstwa,
młodzieży szkolnej i dorosłych. N a j ­
ciekawszym obiektem dla wszyst­
kich zwiedzających było jak zawsze
miniaturowe w n ę t r z e izby kujaw­
skiej.
Równocześnie z ekspozycją
wystawy w y g ł a s z a n o prelekcje na
temat współczesnej twórczości arty­
stycznej wsi kujawskiej.
Prelekcji
wysłuchało w Chodeczu 595 osób,
w Przedeczu 214 osób.
Wystawę
zwiedziło w Chodeczu 940 osób, w
Przedeczu 914.
*
Z inicjatwy Muzeum Kujawskie­
go we Włocławku, w porozumieniu
z Wydziałem Oświaty P M R N , zor­
ganizowano na Kujawach szkolny
obóz w ę d r o w n y o charakterze k r a joznawczo-etnograficznym. Rozmo­
wy uczestniczek obozu z mieszkań­
cami wsi przyniosły ciekawe rezul­
taty. Odkryto nowych twórców, za­
notowano wiadomości o malarstwie
ściennym, o malowaniu na papie­
rze, o wysypywaniu piaskiem wzo­
rów roślinnych na podwórkach i w
chałupach, w miejscowościach pod
tym w z g l ę d e m dotychczas nie zna­
nych, o wyrobie pająków ze szcze­
ciny itp. Wiadomości te w postaci
notatek przekazano do Muzeum K u ­
jawskiego, gdzie zostaną odpowied­
nio wykorzystane. Instruktorką obozu była asystentka M-jzeum, mgr
Zenobia Pietrzykowska (inf. Muz.
Kujawskiego).
Konkursy i wystawy
W ramach o b c h o d ó w 20-lecia Pol­
ski Ludowej Prezydia Wojewódzkich
Rad Narodowych zorganizowały w
szeregu w o j e w ó d z t w i p o w i a t ó w
konkursy sztuki ludowej. Eksponaty
zakwalifikowane przez jury kon­
kursowe pokazane będą na specjal­
nych wystawach.

W kwietniu rozstrzygnięty został
w powiatach Wieluń i Sieradz pier­
wszy etap wojewódzkiego konkursu
*
sztuki ludowej (por. „Kronika" w
Muzeum Kultury i Sztuki Ludo­ poprzednim numerze). Z pow. Sie­
wej w Warszawie zorganizowało radz uczestniczyło w konkursie 28

twórców ludowych, w tym 7 po raz
pierwszy. Przyznano o g ó ł e m 24 wy­
różnienia artystom, których prace
zakwalifikowano na konkurs woje­
wódzki. Pierwszą nagrodę otrzyma­
ła Jadwiga Grala z Burzenina za
rzeźbę ceramiczną, drugą C z e s ł a w
Czekalik ze Stoczków za ptaszki
drewniane.
19 kwietnia otwarto w Muzeum
w Sieradzu w y s t a w ę pokonkurso­
wą.

*
3 kwietnia komisja konkursowa
dokonała oceny prac nadesłanych
z terenu do Muzeum Ziemi W i e l u ń ­
skiej. Zakwalifikowano na wysta­
w ę w o j e w ó d z k ą rzeźby Adama K o l ­
skiego, ceramikę Andrzeja Kasper­
ka, plecionki Stanisława Olejnika,
ozdoby z papieru Marii K o ł a c z y ń skiej, wianuszki i pająki Marianny
Porażki i wycinanki Heleny K a l i ­
nowskiej,

*
Na początku kwietnia otwarta
była w Krakowie
pokonkursowa
wystawa pamiątkarstwa zorganizo­
wana przez C P L i A . Wśród około
250 eksponatów na u w a g ę zasługi­
w a ł y w y r ó ż n i o n e pierwszymi na­
grodami konkursowymi figurki ce­
ramiczne Macieja Tracza z Dębiny
(pow. Bochnia), zabawki ż y w i e c k i e
Józefa Rumiana z Lachowic (pow.
Sucha), pieski kute w żelazie przez
Stanisława Kanię z S u ł k o w i c (pow.
Myślenice), miniatury b u k i e t ó w we­
selnych Felicji Kosiniakowej z Z a ­
lipia i malowanki Felicji Curyłowej, również z Zalipia. W maju,
w czasie o b c h o d ó w 600-lecia U n i ­
wersytetu Jagiellońskiego,
CPLiA
zorganizowała kiermasz nagrodzo­
nych w y r o b ó w pamiątkarskich na
placu Mariackim.

Objazdowa wystawa sztuki ludo­
wej
Lubelszczyzny przygotowana
przez Muzeum w Lublinie czynna
była w ciągu kwietnia w Muzeum
w Opolu.
W poznańskim P a ł a c u Kultury
zorganizowano w kwietniu pierw­
szą w tym mieście w y s t a w ę malar­
stwa Nikifora. Prace Nikifora po­
kazano również w Olkuszu na wy­
stawie otwartej w maju w sali
kawiarni „Bezałdar".
*
Wystawę
pt. „W
wędrówkach
przez kraj poznajemy sztukę ludo­
wą" zorganizował w kwietniu we
w ł a s n y c h salach Punkt Muzealny
P T T - K w Grodzisku Mazowieckim.
Na ekspozycję złożyły się zabytki
i fotografie, pochodzące ze zbiorów
prywatnych
fotografika
Stefana
181

r

�Deptuszewskiego, który był również
autorem scenariusza wystawy. Reeenzję z niej zamieścimy w jednym
z najbliższych numerów.

Wystawa pt. „Jeleniogórska pi­
sanka ludowa" otwarta była w Mu­
zeum Regionalnym w Jeleniej Gó­
rze od 12 do 30 maja. Wystawa
prezentowała materiał uzyskany w
wyniku pierwszego na tym terenie
konkursu pisankarskiego, na który
nadesłano 220 pisanek wykonanych
przez 24 t w ó r c ó w . Nawiązali oni do
tradycji pisankarskich regionów, z
których pochodzą. Najliczniej w y ­
stąpiły motywy rzeszowskie i l u ­
belskie, sporadycznie huculskie, bia­
łostockie i poznańskie. Pierwszą na­
grodę otrzymał Julian Zając z Siedlęcina, pow. Jelenia Góra (techni­
ka batikowa) i Maria Banaś ze wsi
Chromiec, pow. Jelenia Góra (tech­
nika skrobania). Ponadto przyznano
trzy równorzędne drugie nagrody
i jedną trzecią.
Wystawa posia­
da katalog-składankę, zawierający
krótki w s t ę p wprowadzający i spis
nagrodzonych uczestników wysta­
wy.
*

uczestników.
Pierwsze
nagrody
otrzymali: Felicja Curyłowa, Bro­
C P L i A w porozumieniu z M S Z
nisława Boduch, Maria Zając, M a ­
zorganizowała
na zaproszenie ber­
ria Gierak, Maria Wojtyto, Zofia
lińskiej Laudengalerie w y s t a w ę pol­
Majchrowska i Monika Szlosek.
skiej współczesnej wycinanki ludo­
wej.
Z okazji Dni Ziemi Piotrkowskiej
zorganizowano w Wolborzu wysta­
w ę sztuki ludowej regionu. Poka­
zano rzeźby z Sulejowa, wycinanki
z Krzyszkowic, ceramikę z Norbertowa, tkaniny dekoracyjne i ubra­
niowe z Komornik, Wolborza, Nagorzyc, Ł a z ó w i Serocka, jak r ó w ­
nież interesujące wyroby plecionkarskie wykonane z korzeni sosno­
wych.

Na dorocznych m i ę d z y n a r o d o w y c h
Targach Rzemiosła w Monachium,
o d b y w a j ą c y c h się w maju, P o l s k ę
reprezentował pokaz pt. „Rzemio­
sło artystyczne i sztuka ludowa".
Pokazano m.in. tkaniny białostockie
i podlaskie, siwaki białostockie, fi­
gurki ceramiczne z U r z ę d o w a oraz
śląskie filigrany.
Różne

Konkurs pt. „Kultura Narodów
Świata" rozpisało w czerwcu Zrze­
szenie S t u d e n t ó w Polskich oraz
Rada Uczelniana Uniwersytetu M i ­
kołaja Kopernika w Toruniu. Do
konkursu przystąpić mogą wszyscy
posiadacze eksponatów, z zakresu
twórczości samorodnej i ludowej,
zdobytych w czasie podróży zagra­
nicznych.
Organizatorom
chodzi
przede wszystkim o ujawnienie nie­
znanych zbiorów i o b i e k t ó w sztuki
ludowej obcej, znajdujących
się
w Polsce. Przewiduje się m o ż l i w o ś ć
zakupu najcenniejszych eksponatów
przez muzea.

W czasie obchodów Dni Oświaty,
Książki i Prasy w P u ł t u s k u C P L i A
zorganizowała w salach Ratusza w
P u ł t u s k u w y s t a w ę ceramiki ludo­
wej regionu pułtuskiego oraz rzeźb
ceramicznych rzeźbiarza-prymitywa,
*
Stanisława Zagajewskiego. Garnca­
rzy pułtuskich reprezentowali: E .
Piotrowski, Z. Plagowski i Cz. L a Staraniem stałego przedstawiciel­
toszek. Dodatkowo pokazano hafty stwa Polski w ONZ otwarta zosta­
i wycinanki kurpiowskie z okolic ła w kwietniu w Nowym Jorku w y ­
Pniewa w Puszczy Białej.
stawa polskiej sztuki ludowej, z
okazji o b c h o d ó w 20-lecia Polski
*
Ludowej i
Tysiąclecia
Państwa
W Zalipiu (pow. Dąbrowa T a r ­ Polskiego.
nowska) zorganizowano w maju z
inicjatywy krakowskiego W K W R N
*
konkurs na malowanki. Po kilku
latach przerwy postanowiono obec­
nie organizować konkursy takie co­
Wystawa polskiej sztuki ludowej
rocznie, dla podtrzymania miejsco­ w Paryżu otwarta została w kwiet­
wej tradycji. Do konkursu przystą­ niu staraniem biura polskiego rad­
p i ł y 24 kobiety i 1 mężczyzna z Z a ­ cy handlowego we Francji oraz
lipia i okolicznych
przysiółków: C P L i A . Jest to kolejna inicjatywa
Niwki, Kuzie, Świebodzin. Konkurs paryskiej placówki handlu zagra­
stał ogólnie na wysokim poziomie — nicznego, zmierzająca do bliższego
czego wyrazem były wyróżnienia zapoznania rynku francuskiego z
i
nagrody przyznane większości naszą sztuką ludową.

W dniach od 7 do 14 czerwca od­
b y ł y się w Opocznie i Przysusze
uroczyste obchody „Dni Kolbergowskich". Zorganizowano m i n . festi­
wal ludowych zespołów regional­
nych oraz w y s t a w ę malarstwa M.
Wąsowicz-Sopoćko pt. „Piękno stro­
j u ludowego i regionu".
*
Aby rozwijać zainteresowania l u ­
dową tradycją artystyczną ,Woj. Z a ­
rząd ZMW w Lublinie podpisał
z C P L i A u m o w ę o współpracy. Na
jej mocy młodzież zajmie się w y ­
szukiwaniem artystów
ludowych,
których C P L i A otoczy opieką. Zor­
ganizowane zostaną r ó w n i e ż wysta­
wy sztuki ludowej w wielu wsiach
woj. lubelskiego, a następnie w y ­
stawa w o j e w ó d z k a w Lublinie.

O P L i A w y d a ł a w czerwcu serię
14 barwnych pocztówek pt. „Twórcy
ludowi i ich dzieła". Seria, opatrzo­
na podpisami francuskimi i angiel­
skimi, przeznaczona jest dla odbior­
ców zagranicznych i przedstawia
Marię G w a r k o w ą (koronkarkę z
Koniakowa, pow. Cieszyn), Józefa
Pitoraka (twórcę metalowych przed­
m i o t ó w zdobionych, z Bukowiny
Tatrzańskiej), S t a n i s ł a w a Pastuszkiewicza (garncarza z Iłży) oraz —
pisanki, rzeźby ludowe, wstążki
krakowskie, bukiety weselne i kur­
piowskie pieczywo obrzędowe.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9836" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9814">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/2584f8c33b17546e516bdfcae2e0ed8b.pdf</src>
        <authentication>75b39d9e48ca994a8ef8bbe39af7623e</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117000">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3118</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117001">
                <text>1989</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117002">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2919</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117003">
                <text>Folkloryzm - inspiracja, manipulacja / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117004">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.4, s.211-212</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117005">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117006">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117007">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="117008">
                <text>Aleksander Jackowski

FOLKORYZM — I N S P I R A C J A , M A N I P U L A C J A

Folkloryzm, jak wiemy, obejmuje różne przejawy stymulacji twór­
czości ludowej, inspirowania się nią. W tym szkicu chciałbym ukazać
dwa, krańcowo różne, przykłady stosunku do twórczości ludowej
— na przykładzie Dagestanu. Dlaczego Dagestanu? Dlaczego,
ponieważ trudno by mi było wskazać w Polsce tak wyraziste
przykłady sytuacji krańcowych; zadecydował też o tym wyborze
przypadek, lektura książki Świadectwo. Wspomnienia Dymitra Szos­
takowicza a w niej fragment o Dżambule Dżabajewie (który
przedrukowuję) oraz w kilka tygodni później przeczytany artykuł
Dymitra Mitlańskiego Maleńkie arcydzieła z Balcharu . Oba teksty
opisują sytuacje niemal równoległe w czasie, historia Dżambuła to
lata czterdzieste i pięćdziesiąte a bałcharskie figurki ceramiczne
pochodzą z końca lat pięćdziesiątych. Przedtem ich nie było. Był
natomiast ośrodek garncarski, znany ze swych wyrobów artystom
zgrupowanym w sekcji sztuki ludowej radzieckiego związku plasty­
ków. Sekcja ta, przypomnę, w odróżnieniu od instytucji handlo­
wych, dba przede wszystkim o zachowanie autentycznych wartości
twórczości ludowej. Pracownicy Sekcji jeżdżą do mało znanych
ośrodków nie skażonych jeszcze komercją, prowadząc skup wyro­
bów wykonanych przez starych twórców. Sprzedawano je miłośni­
kom sztuki, zbieraczom, muzeum w salonie przy Kutuzowskim
Prospekcie. Najlepsze dzieła pokazywano na wystawach w Związku
Radzieckim i za granicą. Wystawa taka gościła przed kilkunastu laty
także w Warszawie. Przywiózł ją członek prezydium Sekcji, sam
zresztą świetny artysta, Grigorij Derwiz. Artykuł jego ukazał się
w 1974 r. na łamach „Polskiej Sztuki Ludowej". Wystawa była
znakomita, dostarczyła mi wzruszeń takich, jakie towarzyszą oglą­
daniu doskonałych dzieł sztuki. A były to tylko dzbanki, misy,
tkaniny, maty. Już nie chcę porównywać waloru tych dzieł mądrych
doświadczeniem pokoleń z masową produkcją pamiątkarską w skle­
pach „Nataszy" nawet z manieryczną precyzją malatur na lace
szkatułek z Palecha.
1

2

3

Otóż w 1958 r. z ramienia Sekcji pojechał do Dagestanu moskie­
wski historyk sztuki B. Aleksiejew, aby przywieźć naczynia, które
miano wysłać na międzynarodową wystawę ceramiki w Ostendzie.
W aule Bałchar ceramiką zajmowały się kobiety, tocząc garnki na
ręcznie obracanych kołach. Wszystko to jeszcze było jak za dawnych
lat. Kobiety spowite w czerń, siedziały w kucki i toczyły naczynia na
ręcznie poruszanych kołach garncarskich. Później wypalały je
w piecu, zwieńczonym postacią ducha, chroniącego ogień. Lepiły też
zabawki — gwizdki dla dzieci, wśród nich z rzadka spotkać było
można wyobrażenie ptaszka, jeszcze rzadziej baranka.
Aleksiejew, zachwycony urodą tych figurek zachęcił kobiety, by
zrobiły dla niego figurki większe, z ornamentem podobnym do tego,
jakim zdobiły misy i garnki. Kobiety nie dały się prosić, a ich prace
otrzymały medal w Ostendzie. Zachęcone sukcesem kobiety zrobiły
następne partie figurek i wysłały do Moskwy. Ale dużego zbytu nie
było, na domiar złego sporo zabawek uległo zniszczeniu w transpor­
cie. Złym okiem patrzyli też na ceramiczki starcy z aułu, stojący na
straży przepisów Koranu. Grozili kobietom, że będą w życiu
pozagrobowym odpowiadały za dusze wykonanych przez nie w gli­
nie postaci. Kobiety, choć przestrzegały nakazy religii i zwyczaje
(np. rękę podawały przez chustkę) gotowe były, mimo niezadowole­
nia starców, lepiej dalej swoje figurki. Rodziły to z chęcią, chyba nie
tylko dla zarobku. Mitlański, który pojechał do nich w 1966 r. chcąc
zidentyfikować autorstwo już mu znanych figurek poprosił je
o wykonanie figurek podobnych do tych, które zrobiły dla Aleksiejewa. Nie wahały się, nawet zgodziły się przedstawić postać złego
ducha. W tym czasie z 8 kobiet zajmujących się garncarstwem
pracowała już tylko jedna, najmłodsza (autorka Syreny, na ilustracji
lewa figurka w 2 rzędzie od góry).

Aleksiejew zainteresował się kunsztem bałcharskich ceramiczek
w momencie, gdy były one zakorzenione w tradycjach rodzimej
kultury. Nie umiały pisać i czytać, nie przejęły jeszcze miejskich
wzorców estetycznych. Ich wiedza o świecie była znikoma, wzorem
dla postaci syreny, smoka, dinozaura, borsuka czy renifera stały się
obrazki w szkolnych podręcznikach dzieci. Jednocześnie słabła siła
zakazów, autorytet starszyzny. W takich warunkach zachęta ze
strony moskiewskiego gościa mogła w nich wyzwolić inwencję
twórczą, która znajdowała wyraz w formach zakotwiczonych w tra­
dycji estetycznej. Rzeźbiarkom obcy jest naturalizm, postacie kształ­
tują zgodnie z wymogami materiału i techniki, osiągając prostymi
środkami formy lakoniczne i wręcz doskonałe. Inwencja jest tu
bowiem wsparta wrażliwością zakotwiczoną w tradycji, w gustach
środowiska. Jednocześnie jest w tych figurkach coś, co każe myśleć
0 sztuce ludowej różnych kultur, autentyzm, prostota, doskonałe
wyczucie proporcji, roli ornamentu. Podobnie jak — dalekie
przecież pod wieloma względami — rzeźby eskimosów kanadyj­
skich, figurki Laków mają w swych proporcjach cechy monumen­
talne (widać to doskonale, gdy się je powiększy na fotografii). Jest
w nich, i w tym także można doszukiwać się podobieństw w myśleniu
plastycznym do rzeźb eskimoskich znakomite poczucie bryły, wy­
porności, te cechy, które w rzeźbie X X wieku szczególnie akcento­
wali Brancusi, Arp czy Henri Moore. Monumentalność tych rzeźb,
zauważa Mitlański, polega na doskonałości bryły, kształtu ograni­
czonego napięciem gładkiej powierzchni. „Ciekawe, dodaje, iż
z dziesięciu, piętnastu minut, które trwa proces lepienia jednej
figurki, większość czasu zużywa się na wygładzenie powierzchni".
Inspiracja, a właściwie propozycja rozszerzenia kręgu tematycz­
nego nie zakłóciła w przypadku bałcharskich kobiet istoty ich
myślenia i działania plastycznego.Taka inspiracja daje dobre rezul­
taty, gdy zgodna jest ze świadomością ludowego artysty, gdy
uruchamia jego inwencję, nie naruszając zasad estetyki.
W obrębie definicji folkloryzmu opisana sytuacja może być
uznana za pozytywną, nie narusza bowiem wartości autentycznych
1 wynika z szacunku dla ludzi, ich tradycji kulturowych, dla ich
sztuki. Drugim biegunem będzie postawa manipulacyjna, której
towarzyszy brak szacunku a nawet — jak w przytoczonej dalej
historii z Dżambułem Dżabajewem — pogarda dla prawdy, dla
ludzi: twórców i odbiorców. Powstrzymam się od komentarzy
i porównań (choć w skromniejszej skali można by znaleźć i w dzie­
jach naszych powojennych zainteresowań twórczością ludową),
i ograniczę się do przytoczenia fragmentu z relacji Dymitra Szos­
takowicza.
„Pewien znajomy kompozytor opowiedział mi historię, która
jest zarazem i zwyczajna i niezwykła. Zwyczajna, ponieważ prawdzi­
wa, a niezwykła, bo opowiada o zdarzeniach, godnych pióra Gogola
czy E.T.A. Hoffmanna. Otóż ów kompozytor dziesiątki lat pracował
w Kazachstanie. Naprawdę został czymś w rodzaju nadwornego
kompozytora, stąd też wiedział o wielu sprawach, które na ogół są
tajemnicą.
Każdy mieszkaniec ZSRR zna Dżabajewa Dżambuła. Mój syn
uczył się jego wierszy w szkole, moje wnuki też się ich uczą
— oczywiście po rosyjski (przetłumaczono je z kazachskiego). Są to
wzruszające wierszyki. Może pan sobie wyobrazić, jak to było
w czasie wojny: „Leningradczycy, dzieci moje..." — mówił przybra­
ny w dostojne szaty stuletni mędrzec. Wszyscy nasi zagraniczni
goście lubili się z nim fotografować — te zdjęcia były takie
egzotyczne. Ludowy pieśniarz, mądrość stuleci malująca się w jego
oczach i tak dalej. Nawet ja się na to nabrałem, przyznaję, napisałem
muzykę do paru jego tekstów. Tak się złożyło. A tu okazuje się, że to
wszystko bujda. To znaczy Dżabajew Dżambuł jako człowiek
4

5

211

�oczywiście istniał i rosyjskie teksty, czyli tłumaczenia jego wierszy,
także istniały, tylko oryginałów nigdy nie było. Dżabajew Dżambuł
może i był dobrym człowiekiem, ale nie był poetą. Przypuszczam, że
mógłby nim być, ale nikogo to nie obchodziło, bo te tak zwane
tłumaczenia nieistniejących wierszy pisali rosyjscy poeci nie pytając
nawet naszego wielkiego pieśniarza ludowego o pozwolenie. Zresz­
tą, gdyby nawet chcieli go zapytać, to i tak by nie mogli, bo nie znali
ani słowa po kazachsku, a Dżambuł nie znał ani słowa po rosyjsku.
Nie, to nieprawda. Znał jedno rosyjskie słowo: „honorarium".
Jego sens wytłumaczono Dżambułowi tak: za każdym razem, po
złożeniu podpisu (nie ulega wątpliwości, że Dżambuł był analfabetą,
ale nauczono go wykonywać zakrętas, który miał być jego podpi­
sem) ma wypowiedzieć magiczne słowo „honorarium", a wtedy
dostanie pieniądze i będzie mógł kupić wiele owiec i wielbłądów.
Za każdym razem, gdy Dżambuł stawiał swoją parafkę na
umowie, otrzymywał honorarium i stawał się coraz bogatszy. To mu
się podobało. Pewnego razu jednak przywieziono go do Moskwy
i w ramach marszruty pełnej konferencji, przyjęć i bankietów
zorganizowano także spotkanie z dziećmi, z drużyną pionierów.
Pionierzy otoczyli Dżambuła prosząc o autografy. Wyjaśniono mu
więc, że ma kreślić swój słynny zakrętas. Czynił to, owszem, ale za
każdym razem powtarzał „honorarium". Był pewien, że płacą mu za
podpis, nic nie wiedział o swoich wierszach. Był bardzo rozczarowa­
ny, gdy zrozumiał, że tym razem nie będzie honorarium i że nie
przybędzie mu bogactwa.
Jaka szkoda, że nie było przy tym Gogola, to temat dla niego:
wielki, znany w całym kraju nieistniejący poeta. Każda groteskowa
historia ma jednak również swoją tragiczną stronę. Może ten
nieszczęsny Dżambuł naprawdę był wielkim poetą? W końcu
brzdąkał na swojej dombrze i coś tam śpiewał. Nikogo to jednak nie
interesowało. Potrzebne były szumne ody na cześć Stalina, życzenia
w stylu orientalnym z różnych okazji — urodzin, wejścia w życie
stalinowskiej konstytucji, wyborów, wojny domowej w Hiszpanii
i tak dalej. Setki powodów do rymowania. O żadnej z tych spraw ten
niepiśmienny starzec nic nie wiedział. Skąd miał wiedzieć o górni­
kach w Austrii, zresztą, co go to obchodziło?
Cała brygada rosyjskich wierszokletów trudziła się za Dżambu­
ła, w tym ludzie znani, jak Konstantin Simonów. Mieli dobre
rozeznanie w sytuacji politycznej i pisali tak, żeby zadowolić wodza

i nauczyciela, co sprowadzało się głównie do pisania o nim samym.
Nie zapominali też o jego sługusach, choćby o Jeżowie.
Pamiętam, że w swoim czasie bardzo chwalono pieśń o Jeżowie.
Był to utwór w stylu pseudoludowym, którego tematem była tajna
policja i Jeżów, jej wspaniały dowódca. Autor wyrażał w niej
następujące życzenie: Niech pieśń ma poniesie szeroko w świat
chwałę naszego bojownika. Jeżów rzeczywiście zyskał światową
sławę, ale nie z tych powodów, o których myśleli twórcy pieśni.
Pisali szybko, byli płodni, a kiedy jednego „tłumacza" opuszcza­
ło natchnienie, zastępował go inny, ze świeżymi siłami. W ten sposób
nie było przestojów w produkcji. Fabrykę zamknięto dopiero wraz
ze śmiercią Dżambuła.
Ludzie powiedzą, jak zwykle, że to przypadek wyjątkowy, a ja
twierdzę, że bardzo typowy. Nie ma tu nic sprzecznego z regułą,
przeciwnie, wszystko jest w zgodzie z regułami, wszystko było tak,
jak być powinno. Wielki przywódca wszystkich narodów potrzebo­
wał natchnionych śpiewaków spośród przedstawicieli poszczegól­
nych narodów, a zadaniem państwa było tych śpiewaków wyszukać.
Jeśli nie mogli ich znaleźć, to musieli ich stworzyć, stworzyli więc
Dżambuła. Dzieje narodzin tego wielkiego nowego poety są także,
według mnie, typowe i pouczające. Pewien rosyjski poeta i dzienni­
karz zatrudniony w latach trzydziestych w kazachskiej gazecie
partyjnej (wydawanej po rosyjsku) przyniósł do redakcji kilka
wierszy, które, jak twierdził, zanotował słuchając pewnego pieśnia­
rza ludowego, a potem przetłumaczył. Wiersze podobały się,
wydrukowano je. Wszyscy byli szczęśliwi. W 1 5 1 1 1 c/asie w Moskwie
przygotowywano właśnie wystawę osiągnięć s/tuki kazachskiej.
Sekretarz partii w Kazachstanie przeczytał w gazecie wiersze
„nieznanego poety" i kazał go odnaleźć: „Niech natychmiast pisze
pieśń ku czci Stalina". Zwrócono się do dziennikarza: „Gdzie ten
twój poeta?" Pismak tak długo stękał i kwękał, aż stało się jasne, że
wszystko wyssał z palca. Trzeba było jakoś z tego wybrnąć,
a „narodowy poeta kazachski" do wychwalania Stalina i tak był im
potrzebny. Ktoś przypomniał sobie, że widział malowniczego starca,
który grał na dombrze i wyglądał na fotogenicznego. Stary nie znał
ani słowa po rosyjsku, więc nie było problemu. Trzeba było tylko
znaleźć mu dobrego „tłumacza". Napisaną naprędce w imie­
niu Dżambuła pieśń sławiącą Stalina posłano do Moskwy. Spodo­
bała się Stalinowi, to było najważniejsze. I tak zaczęło się nowe życie
Dżabajewa Dżambuła."

PRZYPISY
1

Świadectwo. Wspomnienia Dymitra Szostakowicza tak jak
zostały opowiedziane Solomonowi Wolkowowi i w opracowaniu tegoż,
przełożyła Barbara Maluch. Niezależna Oficyna Wydawnicza, War­
szawa 1987, s. 176—178
D. Matlański, Malenkije szedewry iz Bałchara. „Dekoratiwnoje Iskusstwo", 1967, nr 9, s. 48
2

3

Grigorij Derwiz, Tradycyjna sztuka ludowa republik radziec­
kich, „Polska Sztuka Ludowa", R. 28, 1974, nr 2
Laki (Lakcy), grupa narodowościowa licząca wg oficjalnej
statystyki sprzed 20 lat — 75000 członków
Świadectwo ... op. cit.
4

5

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9835" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9813">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/a2ae2224333693bef35c2b01df305dd1.pdf</src>
        <authentication>b5cd56255cdef0079de040d025c5154c</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116990">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4737</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116991">
                <text>1964</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116992">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4397</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116993">
                <text>Summary of articles/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1964 t.18 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116994">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1964 t.18 z.3; s.181-186</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116995">
                <text>ang.</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="116996">
                <text>ros.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116997">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116998">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116999">
                <text>P

O

L

I

S

H

F

The issue devoted to the folk art of the Kurpie region
(northern part of Warsaw Voivodship) opens with an
article by:
Adam Chetnik REGION

THE FOLK ART OF THE KURPIE

The author of the article, merited cultural leader
and researcher into folk art, gives a monographic
review of the folk art of the Kurpie region in his
article, describing all fields of this art in brief. The
Kurpie region folk art developed on the basis of the
raw materials of the region.
The simplest expression of this art are ornaments
built of sand or cut in lawns (fig. 2, 4), mostly done
by children.
The ornamentation generally met with in localitities on the shores of lakes were objects made of shells
(fig. 6) and also of multicoloured pebbles, which were
used for making mosaics- in church interiors.
A l l the wealth of the forests was fully utilized
in this folk art. F i r cones are used for making small
decorative objects (fig. 33), from horn, the Kurpie
people make walking stick handles, powder horns,
horns for shot, drinking horns (fig. 9), hunting horns
chandeliers, snuff boxes, buttons, etc. A l l over the
Kurpie region wherever there is clay we find decorative ceramic ware (fig 7) which does not greatly
differ in its ornamentation from the ceramic ware of
prehistorical times or those of the earliest ages. A m ber ornaments occupy an important place in the art
of the Kurpie people. There was a lot of trading in
amber here in olden times and the trade roules led
from Greece, Rome and Arabia. Our knowledge of
amber here in olden times and the trade roules led
18th century. It included: beads, pendants, pipes, snuff
boxes, walking stick handles, etc.
Thanks to the local iron smelting furnaces, the
people of the Kurpie region had their own iron,
which enabled them to develop the art of blacksmithery, particularly in the 18th century and at the
beginning of the 19th century. Particulary worthy of
mention as regards decorative features are the iron
fittings of carts (fig 10, 11) the iron finishings of wooden figures and the ironwork in the little churches.
Plant and animal motifs predominate in the ornamentation.
The author refers to ornamentation cut out in
lawns as being the first form of the decoration that
later took the form of paper cuts. The same patterns
are to be found cut in wood. Up to the middle of
the 19th century, the patterns were cut out in coloured cotton fabric, and they in turn were replaced
by paper cuts.
Among the oldest kinds of folk art in this region
is basket work. Various kinds of baskets, "measures"
(fig. 15), utensils (fig. 18) were made from roots,
osier, reeds, etc., straw was used for the weaving
work on chairs (fig. 17) and stools, for making hats,
shoes and mats.
The forests in the region promoted the development of building from wood, which is in almost the
same style all over the area under review. The cottages were mostly built of pine wood, the apex wall
facing the street with a garden in front and a cherry
orchard and an apiary at the back. Stables were built
onto the apex wall and the cowshed and barns were
built further away from the cottage. The cottages
were built coillon style and the roof was either covered with wood tiles or thatched. The typical elements of this kind of building were the finishing
of the apex in the form of horns, birds' or horses'

O

L

K

A

R

T

heads. There was also ornamentation carved out
in the wooden planks above the windows and on the
top beam (fig. 19, 20) and the doors were also decorated. Today, the Kurpie art of building is dying out,
or is being distorted.
A separate branch of architecture are the entrance
gates to important buildings or places (churches, cemeteries) (fig. 22—24).
Beams were a decorative element of the interiors
and an important role in room ornamentation was
played by paper cuts, „spiders" made of straw and
curtains made of tissue paper. Chairs and stools were
often ornamented too, and the stoves were painted
blue with various decorative motifs painted on top.
Wood carving was richly represented in the Kurpie
region (in linden, willow, birch, oak and peartree
wood). I n former times, the carvers only used a sharp
knife, and sometimes a small hatchet. They made
figures of the saints {fig. 26—28), walking sticks with
carved heads of birds and animals (fig. 30, 31), small
altars and household equipment decorated with incised
ornamentation.
Toys for children were also carved out of wood
(fig. 32) and sometimes they were made of clay or
dough.
The paintings of the Kurpie region were not only
represented by pictures of the saints painted on paper,
linen and tin sheet by wandering artists. Mural paintings were also to be found in the wooden churches
or on the walls of foresters houses (hunting scenes).
Stoves were ornamented with painted decorative
motifs, as were the window frames of the houses, coffers and earthenware utensils. However, painting is
not one of the arts that have lasted till today in the
Kurpie region.
Thanks to the cultivation of flax and the breeding
of sheep in this region, the art of weaving was very
widespread. Apart from linen and cloth, colourful
decorative fabrics were also made there, namely, small
carpets, the rugs known as „kilims", both striped and
checked. The predominating colours were: green, red,
brick colour, orange, yellow, blue, and sometimes
a little black. The oldest type of „kilims" known, the
striped ones, date batik to the years 1800—1860. Already in the years 1880-90, Kurpie decorative fabrics
were highly valued in the towns. Today, the C.P.I, i A .
(Folk Art Industry Cooperative) concerns itself with
the development of weaving in this region.
An art which is today dying out and which was
once among the most outstanding achievements of the
Kurpie region is embroidery. Shirts, aprons, table
cloths and towels were all decorated with embroidery
(fig. 36). The lace made in the Kurpie region was no
less outstanding (fig. 34, 35).
A separate field of art was the decorative work
connected with various rites, namely, New Year cakes
(fig. 37) and wedding and kermis cakes, the Easter
eggs known as „pisanki" (fig. 41) and wax votive figures (fig. 38).
The author attributes the interest taken by the
people of the Kurpie region in musical instruments
to their love of music. Back in the times when shepherds tended flocks and hunting was widespread,
various kinds of horns were used. The people also
made fifes, pipes, flutes and shawms from wood or
iron tubes, as well as trumpets, whistles from clay
and also violins carved out of linden or willow, as
well as violas and, as time went on, clarinets too. The
set of musical instruments also included drums and
later on, the accordeon too. Music, singing and dancing were very popular indeed in the Kurpie region.
Most of the songs were ritual ones. The most charac183

�teristic were the couplets composed for various occas­
ions; there were also historical songs, particularly
about the war against the Swedes in which the K u r pie people fought.
A field of art that was the exclusive domain of the
women, was making artificial flowers from coloured
paper and tissue. The men used to go in for gun-smithery, usually working at the forges. These pro­
ducts included firework mortars for festive occasions,
cast at the local foundries. Attempts were also made
to cast the figures of saints in iron, as well as parts
of iron crosses, and bells of lead, zinc and brass. But
these products called for getting supplies of raw
material in from elsewhere and for this reason their
production was stopped.
In places where the necessary raw material was
available the art of stone masonry was developed:
handmills for grinding and frontier posts were made
(fig. 42), as well as ornamental fonts for churches,
and sometimes holy figures, as is indicated by the
figure of „Christ the Sorrowful" that has been found.
„A11 the folk art of the Kurpie region was largely
dependent on the materials available in the given
locality, and was mostly based on the motifs suggest­
ed to the artists by the local scenery within the limits
of their needs, interests and natural talents."
Anna Kutrzeba-Pojmarowa - T H E F O L K A R T O F
T H E K U R P I E REGION AND T H E INDIVIDUALITY
AND V I T A L I T Y O F T H I S H I S T O R I C A L , C U L T U R A L
REGION
The authoress discusses the views of various
authors concerning the Kurpie region, singling out
various approaches, the historical, the evolutionary
and the tendency towards compromise, represented,
among others in the works of Adam Chetaik, merited
regional leader. She considers that the region is cre­
ated by a separate process of the social, economic
and cultural shaping of a given territory. The shaping
of the Kurpie region was above all dependent on the
existence of the forests there, and this accounts for
the predominance of occupations connected with fore­
stry and working with timber and the character of
various fields of folk art (wooden products, basket-work). The forest known as Green Forest remained
untouched until settlers came there during the wars
against the Swedes in the 16th century. At that time
it was surrounded by six towns and settlements foun­
ded by the nobility. The forest was penetrated by
royal hunters and collectors of wild bees'honey. New
settlements were founded, but in spite of the pri­
vileges granted it, the region was backward as re­
gards economic development. The Kurpie people,
surrounded by villages owned by the gentry set up
on the best soil, felt themselves separate. Apart from
their occupations in the forest and their work of
cultivating the land, they were engaged in the amber
trade, and blacksmithery was started there much la­
ter, in the 19th century. The name „Kurpie" was
used as a rather contemptuous nickname. As the
area of the forests decreased, the region also dimi­
nished.
The slow rate of changes in the traditional cul­
ture is attributed to the slower rate of general chan­
ges in that region by the authoress. This accounts for
the fact that numerous old forms have survived,
which were most certainly even more widely spread
in the past. In the regional costume, however,
one
sees, apart from the old elements, (type of fabric,
arrangement of colours in striped fabric, etc.) influen­
ces from the costumes of the gentry coming from the
neighbouring Masurian region. As a result of the poor
development of agriculture, the population looked for
other additional occupations, which also favoured the
development of handicrafts and folk ornamentation.
184

Jacek Olędzki - WOOD C A R V I N G I N T H E N O R T H ­
ERN PART OF T H E KURPIE REGION
The very number of works that have been pres­
erved testifies to the important place carving occupied
in the folk art of the people of the Kurpie region.
This cannot be shown either by museum collections
or by the existing literature on the subject, and this
is why the author is basing his article on the rese­
arch he himself carried out in the localities under
review within the framework of the research conduct­
ed by the Ethnographic Institute of the Polish Acade­
my of Sciences in the years 1958-1963. The material
discussed in the article is all from the last hundred
years. The earliest references to wood carvings are
from the beginning of the X V I I I century and testify
to the fact that already at that time wayside crosses
existed, the earliest known ones dating back to the
beginning of the X I X century (fig. 2, 3). Apart from
shrines, carving was also found independent of archi­
tecture.
Most of the artists were professional carvers who
treated their skill as a means of making a living,
which is proved by the life stories of some wood
carvers of the second half of the X I X century, recon­
structed by the author, namely Andrzej Kaczyński
(fig. 6—10), Łukasz Raczkowski (fig. 12—14, 16), Czer­
wiński and E j m a .
The life stories of some of the later wood carvers
justifies the statement that they began to carve quite
by accident, mostly as a way of passing the time
while tending herds of cows, and that it was only as
they got very proficient in the art that they began to
treat it as a trade: J a n Sęk, Bronisław Polak (fig.
30, 31), Konstanty Chrostek and Franciszek Golan.
Most of the wood carvers of the Kurpie region came
from the carpenters' and joiners' milieu. The profes­
sional character of their work had a lot to do with
the changes taking place in the wood carvings of the
Kurpie region, resulting largely from the endeavours
of the artists to save labour. This is most probably
the reason why, as time went on, the former very
hard types of wood were replaced by softer kinds that
were easier to carve.
A great deal of importance is attached, even to this
day, to the procedure of drying wood, which is a com­
plicated business, showing that it is the result of long
standing traditions. In order to protect the carving
from the effects of the wood drying up after its com­
pletion, the carvers of today, like their predecessors
of the old days, prefer to work with split logs without
the core. Some of them carve from planks and on
planks.
The properties of the block of wood imposed on
the artists the way of carving the object, depending
on the shape of the block, its structure and arrange­
ment of the rings. However, as the art of carving
developed, the shape of the figure was no longer de­
pendent on the original shape of the block of wood
used.
The tools for carving were those usually used in
the countryside for working with wood as well as
planes, broad chisels and drills. Some of the artists !
also used special carving chisels, that were first made
by the local blacksmith. The carvers of today have I
factory made sets of chisels at their disposal, but not
all of them use them, for instance, Golan only uses
a penknife for his carving, and Sęk, first and foremost,
a kndfe.
Describing the techniques of carving applied by
several leading artists, the author shows how differ­
ent they were in each case. Chrostek in particular has '"'
a very original way of working. Unlike the others,
before he starts carving, he makes sketches of his own
figure in the mirror and, adapting the pose of the
figure to his observations, breaks away from the ori­
ginal shape of the block of wood he is to carve,

�where as the other folk artists are influenced by the
shape of the block of wood.
As regards the subjects of the carving, the objects
made in the Kurpie region can be divided into sacred
and lay subjects. Up till the beginning of the X X
century, lay subjects were only found in toys, orna­
mented untensils and the carved handles of walking
sticks (fig. 4—5), the toys usually being made by people
who were not carvers by profession, for their children
or grandchildren. After the First World War, the lay
themes spread to other kinds of carvings and in recent
times have come to play a very important role in
them.
Changes can also be observed in the scope of reli­
gious subjects, from which certain themes have dis­
appeared, for instance, the figure of St. Florian and
St. Roch, and the figures of the Virgin and Child and
the „Pieta" which have been replaced by others. The
„Crucifixion" and St. John Nepomucen are subjects
still enjoying unfailing popularity.
As regards formal features, the carvings done in
the Kurpie region have not been uniform. This result­
ed both from differences of workmanship between the
professionals and amateurs and the different approach
of individual artists, not to mention the different tech­
niques and methods of carving applied in various
periods.
In conclusion, the author analyses the problem of
the aesthetic sensitivity of the artists and, on the basis
of the interviews he conducted with them, comes to
the conclusion that aesthetic sensitivity is not propor­
tional to the creative activeness of the artists. On the
contrary, the most outstanding artists have aesthetic
views and reactions that have a much narrower
scope of values than those of the mediocre ones.
Halina Olędzka - R E S E A R C H ON P A P E R C U T S I N
THE KURPIE REGION
The contemporary paper cuts, which today are not
made for the rural people but for the urban milieu,
have departed quite considerably from their traditio­
nal forms because of this separation from their origi­
nal function and locality. For this reason, in her re­
search on Kurpie region paper cuts, the authoress of
this article mainly based her work on old paper cuts
that had been preserved or reconstructed in the loca­
lities in question, and on the information gained from
ilie people living in that region. Working on this ma­
larial, the first attempt has been made by the authoress
to show the various kinds of paper cuts made in the
Kurpie region and to give an outline of their evolu­
tion.
The genesis of the Kurpie paper cuts is still uncert­
ain. Some light is thrown on the problem by their
undoubted link with Jewish paper cuts which are
chronologically earlier. It maybe that the Kurpie paper
cuts began to be made following the example of the
Jewish ones, or perhaps the idea of making them was
suggested by the Jews as the main suppliers of paper
to the rural areas, or the idea may have been born
under the influence of the factory made paper curta­
ins and ..ząbki" (decorative shelf paper) at the time
when the paper mills, then being set up in connection
with the growing use of paper at the beginning of the
19th century, began to supply them.
The oldest document referring to paper cuts dates
back to 1830 and concerns paper „curtains". The
earliest kind of „curtains" for pictures were the so-called „Wstążki" (ribbons) made of thin white paper,
and later of tissue paper (fig. 6). At first crinkled
tissue was used, later smooth tissue paper, but decor­
ated with rows of cut-outs. The custom of decor­
ating pictures with curtains was kept up, the

various ornamental motifs remained, but their arran­
gement underwent a change as the paper cut makers
became more skilled in the technique (fig. 8, 10, 11).
The first coloured paper cuts, which began to be
made later, date back to the turn of the first and
second halt of the 19th century. The oldest type of
these paper cuts „Leluja" (lily) in a vase, at first had
the same form in the whole of the region under
review, but as time went on a wealth of different
forms came into being (fig. 12—19). The „Leluja"
motif is also found in striped patterns (fig. 20) which
was a later type than the single „Leluja".
Another variety of the striped patterns are the socalled „Lalki" (Dolls) (fig. 24). The striped patterns
show a tendency towards the application of large
decorative forms in interiors, and the „leluja" motif
in rows is associated with the more widespread form
of interspersion of the „leluja" motif, as new additio­
nal elements such as bird, heart and cross motifs were
introduced as time passed. Later, in addition to the
former type of „Leluja" a new kind was introduced,
which had a division of the upper part into what
was called „korony" (Crowns).
As regards the technical process of cutting out,
in the first phase there was a division into: base,
centre part and crowning part. The different parts
established the constructional pattern to which the
decorative motifs were subordinated.
Departures from the typical constructional pattern
of paper cuts are found in cases (after 1920) when
they began to be made to order for customers living
outside the locality.
A different evolution of the „leluja" type of paper
cuts is noted in the north-eastern part of the Kurpie
region, which can probably be attributed to the fact
that paper cuts began to be made there 20 years later
than in the rest of the region under review.
Here, the different constructional pattern of the
paper cuts is due to the use of plant motifs instead
of the geometrical ones applied elsewhere. Here too,
the custom of making paper cuts died out earlier.
A special version of the „leluja" motif in the K u r ­
pie paper cuts were those known as „hostie" (fig. 46,
47), but according to the information obtained from
the local people, these paper cuts were not generally
used in the interiors of rural homes. Among the oldest
types are those known as „circles" or „stars", made
of white paper with a coloured centre. As the paper
cut makers mastered the technique, the cut-outs beca­
me smaller. As time went on the coloured centres
disappeared and the cut-outs were brought right into
the centre.
After 1900, a new type of „star" paper cut made
its appearance (fig. 53).
In interior decoration as a whole, an important
role was played by figurative paper cuts: birds (fig.
1, 58), horses with riders (fig. 55), most of them
being multicoloured. Among the bird motifs, the most
popular were cocks and peacocks, and they were made
with special care to get an exact liking to the birds.
Paper cuts representing definite subjects, made
more often by men than by women, were often made
by using guiding patterns that could be repeated. The
scope of the various subjects was usually limited to
two or three villages neighbouring with each other.
Apart from the paper cuts, there were other wall
decorations in the Kurpie region, such as „Kokardy"
(Bows) (fig. 56') and „Pajączki" (Spiders) (fig. 57).
In the development of the art of making paper
cuts in the Kurpie region, the most important role
was played by their function in decorating the walls
and the individual inventiveness of the paper cut
makers.

�n O / l b C K O E

H A P O f l H O E

BbinycK, n o c B H i u e H H b i í í Hapo^HOMy t i c K y c c T B y K y p ( c e B e p H a a n a c T b BapmaBCKoro Boe-

nëBCKoro paiïoHa

BOflCTBa), OTKpbIBaeTCH CTaTbeíí

AflaM X e H T H M K — H A P O f l H O E T B O P H E C T B O K Y P ITEB B OBJIACTM M C K Y C C T B A
ABTOP,

fleaTejm

3acjiy&gt;KeHHbiii

H iiccjieflOBaTejib

napoflHoro MCKyccTBa, flejiaeT B cBoeii cTaTbe
rpacpMHecKMÍi

0630p

MOHO-

KypneBCKoro

TBopnecTBa,
/rasaa
KpaTKyro xapaKTepncTMKy Bcex ero O T p a c j i e í i . M C K V C CTBO KypneB pa3BMBajiocb Ha 6 a 3 e Cbipba, HaxofliiBu i e r o c H Ha MX T e p p i i T o p w i .
CaMbIM
npMMMTMBHblM npOaBJieHMeM MX TBOpnecTBa aBJiajiiicb opHaiweHTbi M3 necKa JIMÔO, Bbipe3bi-

BaeMbie Ha MypaBe (MJIJI. 2—4); STMM rjiaBHbM oôpa30M

3aHHMajIMCb fleTM.
ô e p e r a x B O « Qbum pacnpocTpaHeHbi M3flejiMa
H3 p a K y i i i e K (MJIJI. 6) M p a 3 H o n , B e T H O H r a j i b K w ; name
B c e r o OHM npiiMeHHJiMCb
B MosanKe,
yicpamaBLuew
KOCTejIbl.

Ha

BoraicTBa
McnoJib30BaHM

itypnëBCKOfi
B HapoflHOM

nymw

pafioHa. M 3 uiMiiieK ^ejiajiMCb
M3 pora —

noJiHOCTbio

SbiJiM

TBopnecTBe

jKMTejieii

aToro

yKpameuMH (MJIJI. 33).

KypnëBmwHbi,

-raw

MMeeTca

rfle

rjiMHa,

BbicTynaeT

xyflo»cecTBeHHaH KepaMMKa (MJIJI. 7), KOTopaa no CBOe-

My opHatvieHTy HeMHorwM PO3HMTCH OT vœpfijiuvi npe/ibiCTpoMHecKoro MJIM paHHewcTopMHecKoro nepMOfla.

BOJIbLUOe MeCTO 3aHMMaK&gt;T M3flejIMH M3 «HTapH.
B öbijibie BpeiieHa 3flecb Bejiacb KpynHaa ToproBJin
HHTapein, a ToproBbie nyTM BejiM M3 Tpeu;MM, PMMB
M ApaBMM. CßeflenMH o KypneBCKtix a m a p H b i x i i 3 flejiMax MMeiOTca c X V I I I B. B mix TOBOPMTCH O ôycax,
noflBecKax, TpyôKax, TaôaKepKax, pynKax K najiKan
M T.n.
Bjiaroflapa co6cTBeHHbiM MeiajijiyprMHecKMivi nenaM
MecrHbie «CMTejiM MMejiH cBoe ?Kejie30. 3TO cnocoôCTBOBajio pa3BMTMio Ky3HeHHoro peMecjia, AocTMrmero

SHaHMTejibHoro pacirseTa B X V I I I M B Hanajie X I X BB.
OcoSeHHO O T M e i a j i M C b
fleKopaTMBHtie
sjie.MeHTbi OT-

AejiKM SKjmajKeü (MJIJI. 10, 11), JKeJie3Hoe ocpopMJieHMe flepeßaHHbix CKyjibnTyp M l a c o B e H .

nepBbie nonbiTKii pesnoro opnai-iema flejiajiiicb no
cJioBaM aBTopa Ha MypaBe. B opHaMeHTe npeoÔJiaiiajiM
paCTMTejIbHbie M 3BepMHbie MOTMBbl. AnajiorHHHbie
y3opbi noBTopajiMCb B p e 3 b 5 e no ijepeB.y. J\o cepeflwHbl X I X B. flejiajIMt'b Bbipe3KM (T3K Ha3. BbmUIlaHKH)
113

i^BeTHoro nojioTHa,

a

noTOM CTajiii

ynoTpeôjiHTb

fljiH 3T0ÍÍ ueJiH GyMary. Cpe/xw ôoraToro pa3HooGpa3iia
MOTHBOB

oôpamaiOT

BHMMaHt-ie

„Jiejiioe"

a T3K&gt;Ke KpyjKKii w 3Be3flbi. KypneBCKaa
no ceń fleHb ycneixtHO pa3BMBaeTca.

(JIIIJIMM),

Bbipe3K.a

K
CTapeüiiiMM BHflaM MecrHoro Hapojj,noro TBopnecTBa npMHaAJieJKMT njieTeHMe. M3 KopHeü, iiBbi,
KaMblIIia, TpOCTHMKa M T.n. nJiejIM KOp3MHbI, „MCpKM'
(MJIJI. 15),
nocy/ry (MJIJI. 18),
TaôypeTbi M CTyjiba
(MJIJI. 17), m j i a n b i , oôyBb, U,MHOBKM.

n y m a npeflocTaBjifljia

B03M0?KH0CTb pa3BMB3Tb jj,e-

peBHimoe cTpoMTejibCTBO, pacnpocTpaneHHoe -jyTb jni
He no BceMy paííoHy. M3ôbi, rjiaBHWM o6pa30M, CTpoii-

jiMCb M3 cocHbi jiMu,eBOM CTopoHOił K yjiMu,e.

IIcpeA

M360ÍÍ HaxoflMJiCH najiMcaflHMK, a no3afli-i — BiiujHeBbiii cafl M n a c e K a . KOHIOIXIHIO npMCTpaMBaJIII K jiMi;eBofi C T e n e . j^ajiee CTpoMJiwcb KOPOBHHK M aiviöap. I l o C T p o i i K M CTaBMJiMCb TaK Ha3. cnocoöOM „na w ę g i e ł

KpblLUH

KpbIJIMCb

TOHTOM MJIM COJIOMOM.

BepXHaa

nacTb KpbiuiM y K p a m a j i a c b poraMii, nTHHbMMii JIMSO
KOHCKMMM rojioBaMM HT o cocTaBjiHjio
xapaKTepHbiw

186

3JieMeHT nocTpoiiKH. yKpamajiMCb pe3b6oiï OKOHHbie
najiHHHMKH, BepXHaa oajiKa (MJIJI. 19, 20), flBepM. B naCTOHinee BpeMH cTpoHTejibHoe MCKyccTBO B K y p n ë s miffle HCKaîKaeTca M npMxoflMT B ynaj^OK.
OTflejibHyio OTpacjib apxMTeKTypw cocTaBjiaiOT B O poTa B oö-beKTax ocoöoii BajKHocTM, K a K HanpMMep
KOCTeJibi, KJiaflÔHma (MJIJI. 22—24).
OflHMM 113 sjieivieHTOB BHyTpeHHero
yKpameHMa
M3ÔM öbiJia ßajiKa. CymecTBeHHyio pojib MrpajiM TBKJKÖ
Öy.MSiKHble Bbipe3KM (BbIIJ,MHaHKH), nayKM M3 COJIOMbl
M 3aHasecKM M3 nanMpocHoii 6yMarn. HacTO yKpauiajiiicb TaKiKe TaSypeTbi M cKaMeeHKii; neHM KpacMjiH
rojiy6oií CMHbKoii BbiBOfla Ha HMX pa3JiMHHbie y3opbi.
flepeBHHHbie KOCTejibi M HacoseHKi-i BoraTo yKpamanHCb pe3HWM opHaMeHTOM no flepeBy, stMBonMcbio
M «HTapeM. OcoöeHHO nonyjiapHbiM VKparueHMeM noCTpoeK öbijia flepeBanHaa pe3b6a, BbinojiHaeMaa njioTHMKaMM M CTOJiapaMM. Pe3b6oii yKpamajiMCb TaKiKe
MejiKMe npeflMeTbi flOManiHero oÖMXOfla. K nJioTHMHbeMy

MacTepcTBy

aBTop,

MejKfly

npoHMM, npMHMCJiaeT

Bbipe3aHHbie na flepcBbax OOPTHMHŁM 3HaKii M pe3HOH OpHHMeHT Ha ÖOpTHMHbeÜ yTBapM. 3TOT BMfl
iicityccTBa coxpaHMjiea JJ,O Tex nop,
noKa
M3/;aH npMKa3 j i H K B M f l a u i i w B n y m e ô o p T e i i .

pyKOHTKH, pora flJia n o p o x a M py&gt;KeüHoíi

flPOÔM, flJlH HHTbB (MJIJI. 9), OXOTHMHbM pora, JIJOCTpbl,
TaSaKepKM. nyroBMiibi M T.n. no Bceii TeppwTopMM

M C K Y C C T B O

He

SMJI

Pe3b5a no j;epeBy nojiyiMJia B KypnëBixinHe UJMpoKoe pacnpocTpaHeinie. MaTepwajiOM cjiyjKiiJiH juina,

iiBii, Gepeaa, rpyoja. TorflaixiHMe CKyjibnropbi M p e j MMKH nOJIb30BajIMCb MCKJIIOHHTeJIbHO OCTpO OTTOMeHHbl.vl

HOJKOM,

a

B

HeKOTOpblX

C J i y i a a X TOnopMKOM.

Onu
BbinojHin.iM cpMrypbi cBHTbix (MJIJI. 26—28),
najiKM, 3 a K O H H e H H b i e p e s H W M H rojioBaMM n T M i ; M 3 B e pefi (MJIJI. 30, 31), ajiTapn M flOManiHioio yTBapb, yxpaUieiIHyiO pe3HbIM OpHaiVlOHTOM.
il,eTCKMe MrpyuiKH fleJiajiMCb M3 J4epeBa, rJiMHbi
M TecTa 32.
JKMBonMCb KypnëBiu,MHbi oxBaTbiBajia ne TOJibKO
CBaTbie o6pa3a, BbinojiHaBLuweca Ha 6yMare, noJiOTHe
JIMÔO 5KecTM CTpancTByioiUMMM xyjj,OH'HHKaMM. BcTpenajiacb TaKiKe n a c T e n n a a »MBonMCb B jiepeBaHHbix

Kocrejiax MJIM B jiecHbix CTopo&gt;KKax (oxoTHHHbM ciJ,eHW). HjBeTHbiM opnaMeHTOM yKpamajiMCb B M3oax nenn,
cyn^yKM, rjiMHaHaa nocyaa. OflHaKO co BpeMeHeM &gt;KHjjonucb B KypiicBiqMHe CTajia rjioxHyTb.
Bjiaroflapa
3anaTMaM
jKHTejieii —
OBi4eB03CTBy
u Bos^ejibiBanMio Jibua — 5ojibiijoe pacnpocTpaiieHMe
iiojiywii.no xyflO/KecTBenHOL' TKanecTBO. KpoMe nojioTna u cyKHa Bbi^ejibisajiMCb aeKupaTMBHbie I K U H H apliOH paCI^BtíTKli: KOBpW, KMJIMMbl, nOJIOCaTbIC JIMÔO
i. KJieiKy. B pacicpacKe npeoôJiaflajiM cjieflyioiuMe
MBCTa: 3ejIOHb!M, KpacHbl/ł, KIipnilHHblii, OpaHiKeBblli,
ÄCjiTbiii, rojiyöoü, mpe^Ka nepHbiH. K CTapefiniMM
ii'jBecTHbDi Ha M nojiocaTbiM KHjiiiMaM, TaK Ha3. „nacaKaM'' npwHaflJieíKaT KMJiiiMbi c 1800—1860 rr.
Vxc
B 1880—90 roflax KypnëBCKiie TKUHH BbicoKO LiOHMJiiicb
B ropoflax. B name BpeMH TKa'iecTBo oneKawr KoonepUTMBbl Il,eHTpajIM HapOflHOH M XyflOJKCCTBeHHOM IipOMblUJJieHHOCTM.
HeKor^a cJiaBiijiiicb

KvpncBCKne BMIUMBKM. Hbiiie

3TOT BMfl MCKyCCTBa OTMJipaOT. BblIUHBKaMH y K p a m a ­

jiMCb copoHKM, nepeflHMKii, cKaTepTM, nojiOTenua (MJIJI.
36). ToHKocTbio iicno.Tiiciinn oTjiM'iajiiiCb TaKiKe K y p nëBCKwe Kpy&gt;KeBa (MJIJI. 34—35).
OcoSbni

BHfl

l

TBop iecTBa

npeflCTaBJiHJio

KyjibTo-

boe

MCKyccTBO BCHKoro po/^a: npa3aHMMHoe neneHMe
no cjiynaio H o B o r o ro^a, cBaseö (MJIJI. 37) xpaMOBWx
ii])U3flHMKOB; nacxajibHbie nucaHKM (MJIJI. 41), BOCKOBbie npiiHoiueHwa (MJIJI. 38).

ilHTepec KypnëB K .uyabiKajibHbiM WHCTpyMCHTaii
CBH3aH, 110 MHeiIMlO aBTOpa, C MX My3bIKajIbHOCTb'0.
C nacTymecKMx M oxoTHuibi-ix BpeMeH MM ôbiJiM M3-

aecTHbi pa3.nM4Horo po/ia pora fljia wrpu.

BbiAeJifaiBa-

�j r a c b T a K H t e n u m a n K M M3 B e p S t i , CBMpejiH, cpjieiłTbT
M A Y A H H3 flepeBa JIMGO 5Kene3a, T p y S b i , rJiMHHHtie
CBHCTKM, CKpwnKH, Bbipe3aHHbie M3 jinnw JIMGO Bep5w,
K0HTpa5acbi, KJiapHGTW. B MysbiKaJibHOM aHcaMGjie H a XOAHJICH TaKJKe óapaóaH w no3AHee rapMOHb. My3biKa.
nemie, TaHiibi G b i j u i oneHŁ nonyjiapHbiMii BM^aMii
iiCKyecTBa B KypneBLUHHe. C p e f l H neceH npeoójiaAaJiii
oupn^oBbie. XapaKTepHWMH G b u n i „npwneBbi"; cnaraeMbie Ha cjiynaii; coxpaHMjmcb TaKJKe JicTopiinecKwe
necHi-i, oco6eHHO co BpeweH uiBeflCKMX BOMH, B KOTOpwx
jKtiTejiH K y p n e B i n i i H W npnHMMajin ynacTiie.

IlcKjiroHHTejibfio B p y K a x JKeHHJMH S b i j i a Bbl^CJIK.-l
ncKyccTBeHiibix

óyMarw. . H T O

i^BeTOB

M3

UBeTHoii

naniipocHofi

II

xpaHHJiiicb
pa3JiMMHbie C T a p b i e
rpopiibi,
KOTOpbie
E npejKHee BpeMa BbicTynajw BepoaTHo B 6ojiee
vm~
poKoii cTeneHM. OAHaKo B oflejKfle, HapHfly c npejKIIIIMH s j i e M e H T a M i i (POA T K a H e i i , p a c i ^ B e T K a n o j i o c a T b i x
TKaneii „pasiaki" M T.A.) HaGjiioAaeTca BJiMHHMe OACJKAbi RieJiKoii m j i a x T b i , 3acejiHioiii,eM c o c e A H M e M a 3 y p w .
BBiiAy
cjiaooro p a 3 B i i T H a
3eMjieAejiMH HaceJieHwe
n c K a j i o AonojiHiiTejibHbix 3aHHTMH, MTO M e ł K A y
npo-

MHM cnocoGcTBOBa.no paaBiiTHio pe.Mecjia H HapoAHoro
npwKJiaAHory IiCKyecTBa.
HąeK OjieHfl3KM — A E P E B H H H A H
E CEBEPHOH KyPnEBlUMHE

CKYJIBnTyPA

?Ke KacaeTca opy&gt;KeMHoro peMecjia, TO

OHO 6 b u i o uejiHKOM B p y K a x MyjKHMH. OHM BbipaGaTbiBajiM CBOM M3flejiwa rjiaBHbiM o 5 p a 3 0 M B K y 3 H M u a x ,

B

K
3TJ1M H3flejIMHM npilHaflJIOKajIM, B MaCTHOCTM
MOpTMpbl flJIH CajlIOTOB, OTJIMBKa KOTOpbIX npOH3BO/(I1-

•rejibCTByeT x o T a 6 w casio KOJiiinecTBO coxpaHHBUiMxca
oGbeKTOE 3 T o r o poAa. H u B My3eiiHbix KOJIJieKl MaX,

jiact n a MecTHbix MeTajuiyprwHecKMX npeAnpnaTnax.
/J^cjiajiMCb TaK?Ee nonbiTKii OTjiMBaTb dpiirypu CBHTWX
M KpeCTbl M3

JKOJie3a,

KOJIOKOJia M3

CBMHIia,

IIHIIKa

H MCflH. H O cnyCTH HOKOTOpoe BpeMa BbipaGOTKa ¡13AejiMM, Tpe5oBBBLLiiix npnB03Horo cwpbH, npeKpaTiijiacb.

TaM, r f l e HMejiocb Ha MecTe noflxoiiHiu,ee cbipbe
pa3BMBajiocb KaMHepe3Hoe peiwecjio: BbipaGaTbmajiHCb
pymibie &gt;KepHOBa, Me&gt;KeBbic CTOJIGM (HJIJI. 4 2 ) , iiepKOB-

iibie KponiiJibHimbi xyAOJKecTBeHHoii paSoTbi a nopoii
u cTaTyi-i CBHTbix, o nem, HanpiiMep,
iiaii^eHHaa CTaTya Xpi&lt;icTa.

cBiifleTeJibCTByoT

TBopnecTBo K y p n e a G a 3 w p o B a J i o c b na M a r e p i i a J i e ,
KOTopbiM pacnojiara.n flanHbiii paiioH... Ha MOTHBax,
oKpyyKaiomeii npupoAbi, KOTopbie miipoKO ncnojib30n a j i i i B CBoe.M TBopnecTBe MecTHbie xy/i,0JKHMKM, yflOBjieTBopna no inepe CBOMX npnpojKAeHHbix flapoBaHiiń
flyxoBHbie 3anpocbi it y K p a m a a noBceflHeBHwii 6biT.
Anna

KyTLueóa-IIoMHapoBa

—

KyPnEBCKOE

JKJ43HEHHOCTM

MCTOPMHECKOrO

PEmOHA

KyJIbTYPBI

B CTaTbe paccMaTpHBawTCH B3rjiaAM pasjiMHHbi:-:
aiiTopoB Ha wcTopwK) KypneBCKoro peniOHa, npiiHeM

c-TMenaiOTCH Tpii TOMKH 3penna: JicTopicnecKaH, S B O jiioijnoHMCTCKaa u KOMnpoMiiccHaa. B nacTHOcra, 3'ry
iioeJieaHioio npeACTaBJiaer B CBOHX Tpyziax 3 a c j i y j K e n iibiii pernoHajibHbin fleaTejib A A H M XeHTHMK, KOTopwii
oiHTaeT, HTO periion CO3AUCTCH nyTCM enerinajibHoro
npo;;ecea eoiinaj:bHo-3KOHOMHHecKoro n KyjibTypnoro
(bopMiipoBauMa onpeAejieHHOii TeppiiTopnii. P a s s i m i e
KypniiBCKoro perwoHa GÓIJIO B nepByro o n e p e A b o G y cjior.jieiio cymecTBOBanncM n y m i i ; OTCiofla
nepeaec
CBji3aHi-ibix c Heii 3aiiHTiiii, a TaK&gt;Ke x a p a K T e p p a 3 -

jiji&gt;nibix OTpacjifrft napoAHoro iiCKyecTBa (AepeBO, n / i e T e n n e ) . TaK na3. 3e.)ieiiaa n y m a O b u i a sacejieHa n o 3 A HO, B X V I BeKe, BO B p e i i a uiBeACKMx BOMH. E e

oKpy-

niajm TorAa uiecTb ropoflOB 11 uuiHxeTCKiie noce.TeHiia.

li n y m y npoHHKajiii KopojieBCKiie CTpejiKH u OOPTHHKII.
B b i p o c j i n HOBbie iioceJieHMa, Tein He MCHee, HCCMOTPH

na

pa3iibie

penioiia

npiiBMjierriM,

OTCTaBajio.

SKOHOMnnccKoe

&gt;KnTeAM

pernoHa,

pa3Bin'iie

OKpyHieniibie

AepeBHHMii MejiKow uiJiaxTbi, BjiaAeBiueM S o j i e e njioAOpOAHblMII Se.MJIHMII, COXpaiIHJIH HyBCTBO CBOeil OÓOCOÓJieHHOCTH. H a p H f l y C 3aHflTMHMU, CBa3aHHbIMM C 3 8 MCA.neHHeM u c G.inisocTbio n y m a , OI-IM 3aHMMajincb
HHTapHbiM npoMbic.noM; jiimib B X I X B. nojiyHii.no
Tai«Ke
pa3BHTne
Ky3HenHoe
pemecjio.
Ha3Banno
, . K y p n e ' ' HOCHT x a p a K T e p npo3BMu;a. I I o Mepe Toro
K3K
KOPMMJICH JieCHOH MaCCMB KOpHHJiaCb TaKHCG

'icppiiTopnH peniOHa.
3a.viefljienHbie

Tewnbi

npeoopajKeHiia

r

I;H B jiMTepaType npeAMeTa OTO He HaxOAMT CBoero
oTpajKeiiiiH. MiieHi-io nooTOMy aBTop CTaTbM oriMpaeTCH
na p e 3 y j i b r a T b i paMOHHbix iiccjieAOBaHMM, npoBeAeHi.biM MM B 1958—1963 rr., B paMKax paGoT K a D H H e T a
STHorpacpMii IIojibCKoii AKafleMHM H a y K . PaccMaTpwBaeMbie MaTepwajibi oxaaTbiBaiOT nepwoA nocjieAHnx
era JIOT. CaMbie p a H H i i e y n o M i i H a m i f l o CKyjibHTypo
r

noasjiaiOTca B nanajie X V I I I B., CBMAeTejibCTBya o TOM,
'ITO y?Ke TorAa cymecTBOBajiit npiiAopo&gt;KHbie KpecTbi;
CaMbie pilHHlie J13 M3BeCTHbIX HaM oGbeKTOB nOHBJl.nwcb B nana.ne X I X B. (HJIJI. 2, 3). H a p a A y c nacoBeHKaiui cymecrBOBajiM TaKJKe CKyjibnTypbi Ge3 apxnTeKTypHoro oupopMjieiiMa.
Ccbijiaacb Ha TO, HTO MaTepnajibHaa KyjibTypa Kyp­
neB pa3BHBaJiacb Ha ocuose 6oraTbix pe3epB0B A e peBa, AOCTaBJiaeMoro n y m e i i , B CMJiy Mero jKMTejiH
onMcwBaeMoro

paiioHa npeKpacHo

BJiaAejin TexHHKOii

oGpaGoTKM AepeBa, aBTop B CBOMX MCCJieAOBaHMHX
yTBep&gt;KflaeT, HTO OTOT cpaKT nrpaA HeMajiyio pojib
B pasBMTMM KypneBCKOM CKyjibnTypbi.

HA-

PO/IHOE TBOPHECTBO M B O n P O C C B O E O B P A 3 M H
M

O TOM, KaKoe Gojibinoe aiecTo 3aHMMajia CKyjibTypa
napoAHOM HCKyccTBe KypneB yGeAMTejibHO CBMAe-

TpaAHMMOH-

Hoii Ky.ibT.ypbi aBTOp oóbaciiaeT 3aMeflJieHHbiM Te.\inoM n p e o G p a j K e H M M 3Toro perwoHa. no3T0My TaM c o -

TBopi^aMH ee GbiJiH TJiaBHbiM o6pa30M n p o o p e c c j i o iiajibHbie

CKyjibnTypbi,

cHiiTaBirme

CBoe

TBopnecTBo

IICTOHHIIKOM AOX0AOB.
OG 3T0M
CBHAeTejIbCTByiOT
HccjieAOBaiiHbic asTopoii GMorpaobHii CTapbix csyjibnTOPOB BTOPOW nOJIOBMHbl X I X B., K3K AHAJKeW K a uiiiibcKii (MJIJI. 6—10), J l y K a u i PanKOBCKH (HJIJI. 12—14,

16), HepBiiiibCKM II ŚiiMa. M S oHorpacpMM no3AHeMiunx
CKyjlbllTOpOB CJieAyeT, HTO OHM HaHMHajIM TBOpMTb
HIICTO cjiynailiio, OOBIHHO Ha nacT6Mii;ax, xoAa

3a K O -

poBaMU n jiniiib no aiepe cosepineHCTBOBauMa CBoero
peuecjia nocTenemio iiaHHHajiw CHHTaTb ero CBoeii

n p o c p e c c u e ł i ( H H C e H K , B p o H M C J i a B IIOJIAK, K o H C T a H T b i

KpocrtK,

&lt;ł&gt;paimnuieK To-naH.

BojIbHIHHCTBO KvpneBCKMX CKyJIbnTOpOB B npouijioM
paooTajiii iuioTHi-iKaMH ii CTojiapaMii. IIpo&lt;peccnoHajibHbiii xapaKiep n x paóoTbi Bbi3Baji B KypneBCKoii
CKyjibnType nepeMeebi, KOTopbie B 3HaHiiTejibHoii CTeneHH .MOJKHO OÓbHCHHTb CTpeM JieHHCM K MaKCMMajIbiioii 3K0H0MHM Tpyfla. 3 T O GWJIO, n o j K a j i y n , npHHHHOii
BbiTecucHMH APCBecMHbi TBepAbix nopoA 6oJiee MHTKMK B , GoJiee noAaTjiMBbiMii RJIH oópaGoTKH nopoAaMM.

Bojibiuoe 3HaHemie no ceii aeHb npwAaeTCH npO'
i;eccy cyuiKii APcecciiubi, conpoBO?KAaeMOW cjioJKHbiMH IipneMa.MH, C B I I f l e T e j I Ł C T B y i O m M M H
B03HiiKa.nn noA BJiiiai-iHeM cTapoń

O TOM, HTO OHM
TpaflMi^MH. ^ J I H

Toro, HToGbi npeflOTBpaTMTb paecbixaHiie CKyjibnTypbi,
TenepeuiHite M a c T e p a , TOHHO 'raK j K e , KaK M AasHHinHiie, npeAnoMHTaioT ynoTpeGjiaib RJIH paGoTbi pacTHTP.nbHI.IM f T R ' 1 1 . .inillPHHblH COpHeBUHM. HeKOTOpbie
BbipesbisaioT CBOM CKyjibnTypbi 113 AOCKH M H a A O C K e .
OcoGeHHOCTM HypKM HaBa3bIBajIM XyAO&gt;KHMKaM MeT0A OOpaÓOTKH CpOpMbl. COTBCTCTBCHHO 0'IOpTaHHHM
nypiiii, ee CTpyKType u pacnojiojKennio CJIOOB. O f l H a K o
no Mepe coBepnieHCTBOBaHna peMecjia onepTaHHa
(purypbi Tepajin CBoe CXOACTBO C nepBOHaHajibHWMM
onepTaHwaMM.
187

�Jinn pe3b6bi y n o T p e ß j i a n M C b M H C T p y M e H T W , u i w p o K O
npnMeHHeMb:e B
iiepeBHe
npw
o6pa6oTKe
flepeBa,
a TaKJKe p y S a n K H , j i o j i o T a , CBepjia. K p o i n e Toro HeKOTopwe M a c T e p a n o j i b 3 0 B a j i n c b fljia pe3b6bi cneiiMaJibiibiMH
flOJiOTaMM,
paSoTbi
Ky3HGi^0B.
TenepeuiHMe
CKyjibriTopbi pacnojiaratoT n a o o p a M M d p a S p w H H b i x floJIOT, o f l H a K O H e B c e HMH n o j i b 3 y i O T c a . T a K , H a n p H M e p ,
rojIHH
B b i p e 3 b I B a j I TOJIbKO n e p O H H H H b I M
HOJKMKOM,
a CeHK — B nepByio OHepejxb HOJKOM.
O n w c b i B a a n p o u e c c paöoTW HeKOTopbix Sojiee vn~
B e C T H b l X C K y j I b H T O p O B , a B T o p yKa3biBaeT H a
pa3JIM4Hbie MeTOflbi, n p M M e H a e M b i e
oT/iejibHbiMM
MacTepaMM.
O c o ß b i M C B o e o 6 p a 3 H e M OTJiMHaeTca T B o p n e c T B O XpocT e K a , K O T o p w i i B npoTMBonojiOJKHOCTb
flpyrMM
jjeJiaji
npeflBapMTejtbHO
3apwcoBKy
coöcTBeHHoii
cpnrypbi,
H3yHHB ee nepe/i 3epKajiOM M npHHopaBJiMBaa 3aTeM
K H a S j n o j J a e M M M o S t e K T a M , yxojjMT OT dpopM n y p K i i ,
KOTopbix T a K C T p o r o n p w f l e p j K M B a j i H C b B CBOMX
cKyjibnTypax
flpyrae
HapoflHwe MacTepa.

Ho cBoeii TeMaTHKe KypneBCKaa CKyjibriTypa flejiHTca H a pejinrH03Hyio M cBeTCKyio. flo Hanajia X I X B.
c B e T C K a a T e M a T M K a ncnoJib30Bajiacb TOJibKO B H r p y m Kax,

flOMauíHeíí

yTBapw,

pe3Hbix p y i K a x

najioK

(MJIJI.

4—5). OTMeTMM, HTO wrpyiiiKH /jejiajiH C K o p e e HenpocbeccMOHaJibi fljia CBOMX fleTeö JIMSO B H y K O B . nocne
n e p B o i i M M p o B o ü BOHHW CBeTCKaa TeMaTMKa n p o H H K J i a
M B CKyjibiiTypy
a ß n o c j i e i n ł e e BpeMa HanMBacT
s a H H M a T b B c e öojibuiee MecTO.

—

3aMeMaioTca TaKJKe nepeMeiibi B pe.jiMrH03HOM T C M a T M K e c K y j i b m y p . HeKOTopwe T e M b i MCHe3aiOT, H a npMMep M3o6pajKeHiia C B . c&amp;jiopwaHa M C B . Poxa,
EoroMaTepi-i c Mjiajjei-meM M IlbeTbi ycTynaioT MecTO
flpyrMM.
HonpejKHeMy n o n y j i a p H a T e M a „PacnaTMa"
M C B . H H a HenoMyiiei-ia.

c

SojibiiiHM npMTOKOM ßyMarw,
B.

XIX

CTaJiM

nocTaßjiaTb

KOTopyio

B Hanajie
OTKpbiBiuMeci
6y-

BHOBB

MajKHbie dpaSpwKM.
CTapeiłuiMfi flOKyMeHT, ynoMMHaromMii o Bbipe3Kax,
j i a T M p o B a H 1830 r. M KacaeTca SyMajKHbix „3aHaBecoK".
CaMofi paHHeił dpopMoü 3aHaBecoK nofl o6pa3a Bbijiii
,.jieHTbi" ,MJIJT. 6) M3 TOHKOÍÍ 6eJiOM SyMarw, a no3flHee
M3 nannpocHoii SyMarn. nepBOHanajibHo MX sejiajin
B c6opKy, a noTOM rjiaflKHMM, yKpamaa paflaMM n o pe30K. OSbinaM yKpamaTb o6pa3a saHaBecKaMM coxpaHMJica flu CMX nop, coxpaHMJiMCb TaKJKe OTfleJibH b i e M O T M B b i o p H a M e H T a , o f l H a K O , no
H H K M Menajiacb MX dpopMa (MJIJI. 8,

Mepe

pocTa

Tex-

10, 11).
H,BeTHbie Bbipe3KM npMHafljieJKaT K Sojiee no3/j,neM.y
nepMOfly (cepe^MHa X I X B.). M X CTapei'iuiMM ran —
„jiejiioa" ( j i M j i M a ) B Ba30He — BbiCTynaji CHanajia
B nofloSHOM obopMe no Bceü TeppiiTopMM, HO C TeneH M e M BpeiHeHM CMJlbHO M3MeHMJICa M n O J i y H M J I pafl H O cbix pemeHMÜ (MJIJI. 12—19). T O T &gt;K6 MOTMB ..Jiejiioii''
BbicTynaeT Ha .neHTax (MJIJI. 20), HO 3TO SoJiee no3flHee
aBJieHi-«;^ H GM oTflejibHbie „jiejiiOM".
ĘpynZ: BM/IOM j i e H T O H i i b i x Bbipe30K a B J i a i o T c a T a K
H 3 3 . „KyKJIbl" (MJIJI. 24). JleHTOHHbie BbipG3KM SblJIM
3aflyMaHbi, KaK

j j e K o p a i n M M 6 o J i b u i M x d p o p M , B TO B p e M a

K a K „JiejiiOM B pa/o," C B a 3 a H b i c 6ojiee HIMPOKMM aBJieHMeM pacnpocTpaHeHHa oflMHOHHbix „Jiejnoił", K KOTOpbiM co BpeMeHeM npMSaBjiajiHCb HOBwe ojieMCHTbi,
i:aK,

HanpiiMep,

iioaBJiaeTca

cep^eneK,

MOTMBM mmi,

Co BpeMeHeM

KpecTa.

napafly co CTapwM TunoM „jiejnoii"

HOBBIM,

KOTopbifi

CBepxy

flejiMTca

na

l

iaCTM, Ha3bIBaGMbie KopoHaMii.
B TexHMHecKOM npoLiecce Bbipe3biBaHMa

K nepBOM

c p a 3 e n p H H a ^ J i o K a j i o flejieHMe uejioro na nacTi-i: OCHOBa, cpejjHaa nacTb M 3aBepuieHne.
OT/rejibHbie i a c T M wrpajiw K O H C T p y K T M B H y i o p o J i b ,
OT K O T o p o i i saancejiM a j i e M e n T W y K p a m e H M a .
OrcTynjienMH OT 3TOM TMnMHHoii c p o p M b i B b i p e 3 0 K
i i a n a j H i c b c MOMenTa, K o r ^ a n a B b i p e 3 K H (nocjie 1920 r.)
CTajiM n o c r y n a T b 3 a K a 3 b i w 3 B n e .
l

Ho
CBOHM
cpopMajibHbiM
nepTaM
KypnëBCKan
CKyjibnTypa oneub pa3Hooöpa3Ha. 3TO oÖTaacHaeTca
p a 3 . i l I I H H a M M MOKfly M a C T e p C K M M M n p o c p e c c H O H a j i b H b i x
H

iienpocpeccMOHajibHbix

CKyjibnTopoB,

MX

HHAMBM-

flya.nbHblMM

OCOÔeHHOCTHMH, pa3JIMHH0H TeXHMKOM MCI I O J I I i e H M a M p a 3 J I M H H b I M M CnOCOßaMM p a ß O T b l B
OTflejibHbie nepnojjbi BpeMenH.
B 3aKJiiOHeHMe asTop CTUTBM anajiM3MpyeT Bonpoc
3 C T e T M H e c K o r o BocnpnaTMa C K y j i b n T o p o B
M H a OCHOBaHHM
npoBe/ieHHbix
MccjieflOBaHMíí
flejiaeT
BWBO.H,
HTO
r j i y ö M H a GCTCTMHecKoro B o c n p u a T w a
H e nponopM i i o n a j i b H a T B o p n e c K O J i aKTMBHOCTM. HanpoTMB
Kpyr
HHTepecoB
öojiee Bbi/iaromMXCa
xyflOJKHMKOB M MX

3CTeTMHecKoe BocnpMHTHe
cpe^Heü pyKM.
rajiima Ojienfl3Ka — 113
I1EBCKMX B L I P E 3 0 K

cjia6ee,

neM

xyaojKHMKOB

MCCJIE/I.OBAHMł

KYP-

CoBpeMeHiibK- xy^oiKOCTseiiHbie B b i p e 3 K H ( B M I I I I i n 6yMarn jjejiaioTCH c e ü n a c HG jijia n y j K j j jxepeBHH, a fljia ropoflCKoro jKMTejia. M BOT B oTpbiBe
OT CBoeii nepBOHanajibHOM abynKUMM M OT MecTa CBoeI'O B O S H I I K H O B e H M H , BbipC3KH 3 H a &gt; i M T e j I b H O OTOUIJIH OT
CBOMX Tpa/IHIIHOHHblX OpOpM. ÜO3T0MJ' a B T O p B CBOMX
HccjiejiOBaHHax rjiaBHbiM oöpasoM ororpaeTca na coxpaHMBUjneca B paüone CTapbie JIMÖO peKOHCTpyMpo-

H3HKM)

B a H H b i e M a T e p n a j i b i , a TaK&gt;Ke na y c T H b i e
MHCpopMaIJHM, coopaHHbie n a Meere. Ha ocHOBe Bcex STMX waT e p w a ^ O B ö b i j i M ci;ejiaHbi nepßbie n o n b i T K H oTo5pa&gt;i&lt;eH M a dpopM K y p n e B C K H X B b i p e 3 0 K M n p o i j e c c a nx
pa3BMTMH.
r e n e 3 M C OToro B M f l a w c K y c c T B a H e B b i a c H e H . YcTa«OBjieua j i H i i i b H e c o M H e n i i a a C B H 3 b c e ß p e i i c K O M Bbip e 3 K 0 M , KOTOpaa xpOHOJIOrMHeCKM B 0 3 H M K J i a p a H b i u e .
M o j K e T öbiTb BCJiefl 3 a Heñ n o a B M J i a c b M K y p n e B C K a ü ,

a MOJKeT 6biTb ee BjjoxHOBMTejibaMM 6bijiM eBpeM, K a t ;
r j i a B H b i e nocTaBmMKM 6 y M a r w B
flepeBHio;
ö b i T b MOJKCT
TaKJKe, HTO Mbicjib o B b i p e 3 K a x poflMJiacb nojj B j i M a HueM

coK

cpaopMHHo M3roTOBJiaeMbix 6yMa&gt;KHbix 3aHaBeH , , 3 y 6 H M K O B " ßjiH y K p a i u e H w a nojioK B CBH3M

HHOM n p o u e c c pa3BMTMH T i i n a „ J i e j i i O M ' '
xapaKTepen
J1.JIH ceBepoBOCTOHHoii nacTM KypneBLUMHbi. n o Bceii
B e p o a T H O C T H 3TO oSbHCHaeTCa T e M , HTO T a M B b i p e 3 K M
cxa JIM
noaBJiaTbca
flBa/;n;aTbio
rojiaMM no35Ke,
neM

B ocTajibHbix nacTHx MsynaeMoro aBTopoM panoHa.
3j;ecb M i i o e n o c T p o e H M e B b i p e 3 K i i CBa3aHO c p a c T H TOJIbHblMH M O T H B a M H , a ne c reoMeTpMHecKMMM, K a i e
B 3PJTIIX M e C T H O C T a X .

3flCCb TaKJKe 3T0T BHJI

iicKyc-

CTBä 3arjiox panbine.
Oco6biii pafl „jiejnoü" cocTaBjiajiw B K y p n e B C K o w
B b i p e 3 K e „npoccpopbi'' (MJIJI. 46—47), o/iHaKO no MneHMIO 3 I i a T O K O B OHM BCTpeHajIMCb ne BO B c e x K p e C T b a H CKMX flOMaX. K CaMbIM C T a p b l M TMIiaM IipriHajJJICJKaT
..Kpyn-i'',
iiasbiBaeMbie 3 B e 3 j i a M n , M3 Sejioii 6y.\iarn
e useTHbiMM cepe/jMHKaMM. no Mepe OCBOCHMH TexmiKii
i : p o p e 3 M c T a H O B a T c a Bce Gojiee MejiKiiMM. nocTenenno
¡(BeTHbie

eepejjMHKM

nfqe3aioT,

a

n p o p e 3 M flocTMraioT

cepefliiHbi. nocjie 1900 ro^a n o a B J i a e T c a H O B b r i i BMJI,
3Be3flbi (mur. 53).
Bo B H y T p e H H e M yÖpaHCTBC H3ÖbI GoJibuiyio p o j i b
urpajiM cpnrypiibie Bbipe3KM: nTMi_(bi (MJIJI. 1, 58),
nae3flHMKM n a Jiouiaflax (MJIJI. 55) npeMMymecTBenHO p a 3 H 0 I 4 B C T H b I 0 . P Î 3 IITMII 0C060M n o n y j i a p H O C T b M
H0JIb30BajIMCb IICTyXH M IiaBJIHHbi; MX B b i p e 3 b I B a j I M
C QojIbUIOH TUjaTCJIbHüCTbK), CTapaHCb HO BO3M0JKH0CTII
Tonnée nepe/jaTb CXOJJCTBO.
TeMaTiiHecKMe B b i p e 3 K i i ; ; e j i a j i M r j i a B H b i M o5pa30M
M y j i i H M H b i , 3 a n a c T y i o noJib3yacb m a o j i o H a M M . OTfleJibHbie T e M b i GbuiM xapaKTÊîpHbi jiMiJib jjjia y3xoro K p y r a
HecKOJibKHX

6jni3jiejKaiJ4HX

jjepeBeHb.

KpoMe Bbipe30K B c r p e n a j i M C b B KypneBmMHe eine
M flpyrne HacTeHHbie y K p a m e i - i n a : SanTbi (MJIJI. 56, 57).
w iiayHKM.
B MCTopiiii pa3BMTMa KypneBCKHX B b i p e 3 0 K nepBoe
MecTO 3 a H M M a e T 3HaHeHiie MX cpyHKi^iiM B
fleKopar^MH
M 3 5 b l , a T a K J K e M300peTaTejIbHOCTb M HaXO/XHMBOCTb

MHflMBHAyaJIbHblX Xy/IOJKHMIl.

�CZASOPISMA

INSTYTUTU SZTUKI PAN
wydawane przez

P.P.

W Y D A W N I C T W A ARTYSTYCZNE

I FILMOWE

B I U L E T Y N H I S T O R I I S Z T U K I , k w a r t a l n i k , ponad 100 str. d u ż e g o
formatu, o k o ł o 100 ilustracji. Cena 24 zł, prenumerata p ó ł r o c z n a 48 zł,
roczna — 96 zł.
P O L S K A S Z T U K A L U D O W A , k w a r t a l n i k , 64 str. dużego formatu,
bogaty m a t e r i a ł ilustracyjny. Cena 18 zł, prenumerata p ó ł r o c z n a 36 zł,
roczna — 72 zł.
P A M I Ę T N I K T E A T R A L N Y , k w a r t a l n i k , ponad 170 str. druku, około
100 ilustracji. Cena 18 zł, prenumerata półroczna 36 zł, roczna — 72 zł.
K W A R T A L N I K F I L M O W Y , około 100 str. druku, k i l k a n a ś c i e
Cena 10 zł, prenumerata p ó ł r o c z n a 20 zł, roczna — 40 zł.

ilustracji.

M U Z Y K A , k w a r t a l n i k , około 130 str. druku, liczne p r z y k ł a d y
Cena 18 zł, prenumerata półroczna 36 zł, roczna — 72 zł.
Wszystkie czasopisma
meracie.

nabywać

można

regularnie jedynie

nutowe.

w prenu­

W A R U N K I PRENUMERATY
„POLSKIEJ SZTUKI LUDOWEJ"
P r e n u m e r a t ę na kraj p r z y j m u j ą u r z ę d y pocztowe, listonosze oraz O d ­
działy i Delegatury „ R u c h u " .
Można r ó w n i e ż d o k o n y w a ć w p ł a t na konto P K O N r 1-6-100020 —
Centrala K o l p o r t a ż u Prasy i W y d a w n i c t w „ R u c h " Warszawa, u l . W r o ­
nia 23.
Prenumeraty przyjmowane są do 15 dnia miesiąca p o p r z e d z a j ą c e g o
okres prenumeraty.
Cena prenumeraty: półrocznie zł 36, rocznie zł 72.
P r e n u m e r a t ę na z a g r a n i c ę , k t ó r a jest o 40'%&gt; droższa — przyjmuje
Biuro Kolportażu Wydawnictw
Zagranicznych „ R u c h "
Warszawa,
ul.

W r o n i a 23, tel. 2 0 - 4 6 - 8 8 ,

konto P K O

Nr

1-6-100024.

SPRZEDAŻ
Egzemplarze n u m e r ó w zdezaktualizowanych m o ż n a n a b y w a ć w P u n k ­
cie W y s y ł k o w y m Prasy Archiwalnej „ R u c h " , Warszawa, u l . Srebrna 12,
konto P K O N r 114-6-700041 V I I O / M Warszawa.
A k t u a l n e numery czasopism I n s t y t u t u Sztuki P A N posiada
Rozpowszechniania W y d a w n i c t w Naukowych P A N w P a ł a c u
i Nauki w Warszawie.

Ośrodek
Kultury

S t o ł e c z n e Z a k ł a d y G r a f i c z n e . Z. 2. w - w a , P o d c h o r ą ż y c h 39. z a m . 446/64. Pap.
i l u s t r . k l . I I I , 120 g A l + k a r t o n b i a ł y k l . I I I , 220 g . B l . N a k ł a d 1300 egz. Z-94.
W k ł a d k i o f f s e t o w e i o k ł a d k ę w y k o n a ł a d r u k a r n i a Z N A K — W a r s z a w a , F o k s a l 11.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9834" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9812">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/fa83ed81e9107c3d8d7708e08f760f50.pdf</src>
        <authentication>63a38a294776553bbac6b720c560b6ad</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116980">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3586</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116981">
                <text>1993</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116982">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3363</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116983">
                <text>Syndrom pogranicza. Uwagi na temat badań świadomości etnicznej / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116984">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.3-4, s.51-57</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116985">
                <text>Mróz, Lech</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116986">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116987">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116988">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116989">
                <text>Z

BADAN

PROWADZONYCH

NA

LITWIE

Syndrom pogranicza
Uwagi na temat badań świadomości etnicznej
Lech Mróz
Przedstawione tutaj teksty na temat religijności, zwycza­
jów, ś w i a d o m o ś c i i s t e r e o t y p ó w etnicznych, p o w s t a ł y w w y ­
niku prowadzonych o d 1990 r. b a d a ń terenowych w Repub­
lice Litewskiej i na Białorusi {realizowanych w ramach tzw.
grantu nr 63). O m ó w i e n i e wczesnego etapu prac opubHkował „ P r z e g l ą d W s c h o d n i " (z. 3:1991). A r t y k u ł y , k t ó r y c h
autorami są g ł ó w n i e studenci etnologii Uniwersytetu War­
szawskiego, p o w s t a ł y w w y n i k u dwuletnich prac terenowych
kierowanych przez M a g d a l e n ę Zowczak i Lecha M r o z a .
Badania zamierzamy k o n t y n u o w a ć w najbliższej przyszłości
zajmiemy się przede wszystkim p ó ł n o c n ą Białorusią i po­
graniczem z Litwą Zebrany m a t e r i a ł wymaga poważniejszej
analizy tutaj prezentujemy tylko n i e k t ó r e zagadnienia i pier­
wsze wrdoski
Prowadzone badania d o t y c z ą , najogólniej m ó w i ą c , sto­
sunków interetnicznych i stanu ś w i a d o m o ś c i , przede wszyst­
kim na pograniczu b i a ł o r u s k o - l i t e w s k o - p o l s k i m i nieco
dalej, w głębi Białorusi i L i t w y . W tak zakrojonych ramach
oprócz t e m a t ó w ogólniejszych, j a k na p r z y k ł a d wzajemne
sądy o sobie i stereotypy narodowe i etniczne przedstawicieli
różnych grup, uprzedzenia i dystans etniczny, podejmowano
różne kwestie szczegółowe, d o t y c z ą c e religijności zwycza­
jów, kultury materialnej (generalnie - tzw. kultury tradycyj­

I

nej). Szło nam bowiem z a r ó w n o o poznanie m a ł o d o t ą d
zbadanej przeszłości, j a k też o dowiedzenie się, j a k i wpływ
w y w a r ł y na l u d z k ą ś w i a d o m o ś ć dziesięciolecia o d g ó r n i e
zadekretowanego i realizowanego internacjonalizmu i ateizmu.
Badania prowadzono w wielu wioskach w o k ó ł W i l n a (od
linii T r o k i - Varena na zachodzie, do granicy z Białorusią
i od tejże granicy na p o ł u d n i u , po Mejszagołę, Glinciszki,
S u ż a n y , Podbrodzie i dalej k u S w i ę c i a n o m , na p ó ł n o c od
Wilna). Ponadto w okolicach T u r m o n t i Jezioras - na
granicy z Ł o t w ą ; w K o w n i e i na p ó ł n o c od K o w n a ,
w okolicach Janowa (Jonava), K o r m i a ł o w a (Karmelava).
Kiejdan, D a t n o w a ( D o t n u v a ) i jeszcze dalej, ku p ó ł n o c y ,
w wioskach Laudy.
T y l k o w odniesieniu do t e m a t ó w w i ą ż ą c y c h się z l u d o w ą
religijnością i wierzeniami został podany wykaz informato­
r ó w . W p o z o s t a ł y c h przypadkach ( s ą d ó w na temat innych
n a r o d o w o ś c i , stosunku do nie-swoich) nie zamieszczamy
analogicznego wykazu ze w z g l ę d ó w dość oczywistych. Nie
chcemy n a r u s z y ć zaufania naszych r e s p o n d e n t ó w , ani nara­
zić ich na ewentualne nieprzyjemności ze strony otoczenia
czy j a k i e g o ś gorliwego przedstawiciela administracji Wszę­
dzie tam, gdzie jest to potrzebne, zostały podane informacje

*

II. 1. Krawczuny: il. 2. Kobieta z palmami wielkanocnymi; Krawczuny; il. 3. Wyptatacz K o s z y k ó w ,
Sudcrwa

57

�1

całej z b i o r o w o ś c i . Dziadkowie - co wielokrotnie mogliśmy
o b s e r w o w a ć mieli większy wpływ na stan i rodzaj ś w i a d oi,­
mości w n u k ó w niż rodzice. T a k ż e n i e k t ó r z y osobnicy w pew­
nych sytuacjach mogli mieć znaczący w p ł y w na postawy
z b i o r o w o ś c i , większy, niżby to m o g ł o w y n i k a ć z ich „ c o ­
dziennego" statusu. U w a ż a m więc, że nasze badania po­
zwalają k o n s t r u o w a ć w zasadzie poprawne wnioski na temat
z a c h o d z ą c y c h p r o c e s ó w i stanu ś w i a d o m o ś c i ludzi na bada­
nych obszarach
A u t o r z y t e k s t ó w , jeżeli cytują czyjeś wypowiedzi, prezen­
tują tylko te, k t ó r e w swoim charakterze, tonie, idei,
u o s a b i a j ą o g ó l n ą tendencję, w y r a ż o n ą w wielu innych opi­
niach ( t a k ż e z innego geograficznie obszaru). D o d a m , że
s t a r a l i ś m y się pilnie wystrzegać maniery, jakiej ulegało wielu
e t n o g r a f ó w dawniej, a nierzadko i dzisiaj kiedy to na
podstawie r o z m ó w ze światłymi starcami wioskowymi budo­
wano jakaś wyidealizowana wizie czasu przeszłego nie tvle
b ę d ą c ą odbiciem rzeczywistości ile projekcją o c z e k i w a ń
b a d a c z a - m i ł o ś n i k a ludu
'
Przedstawione teksty przyblilżają t y l k o kilka wybranych
z a g a d n i e ń . W y b ó r jest kwestią indywidualnych preferencji
a u t o r ó w , ale t a k ż e p e w n ą koniecznością. Opracowanie cało­
ści m a t e r i a ł u i d o k ł a d n a analiza wymaga daleko więcej czasu
i miejsca. M a m nadzieję, że uda się ten cel zrealizować
w niezbyt odległej przyszłości.
Wyjaśnienia wymaga jeszcze jedna istotna kwestia. D o k o ­
nując w y b o r u analizowanych w ą t k ó w , autorzy opierali się
przede wszystkim na wypowiedziach ludzi d e k l a r u j ą c y c h sie
j a k o Polacy. M a m y p e ł n ą ś w i a d o m o ś ć etnicznej, językowej
i religijnej złożoności populacji badanego przez nas obszaru
Nie chcemy też być, j u ż z samego z a ł o ż e n i a , tropicielami
polskości i badaczami P o l a k ó w Interesują nas relacje interetniczne w całej ich złożoności z wielością kwestii p r z e m ę ­
czanych, niewygodnych p o l i t y k o m , czy też lokalnym lidep r O J C K C j ą

podstawowe - wiek i płeć r o z m ó w c y , nazwa miejscowości,
p r z y n a l e ż n o ś ć narodowa.
Temat d e c y d o w a ł w znacznym stopniu o doborze roz­
m ó w c ó w , czasami też miejscowości czy badanego obszaru.
Grupa, k t ó r a zajęła się religijnością l u d o w ą , s z u k a ł a przede
wszystkim ludzi starszych, ci bowiem dawali większą szanse
poznania obrazu dawnego i tego, co z a c h o w a ł o się z prze­
szłości. Ludzie w wieku średnim i zupełnie młodzi - poddam
przez całe lata o d d z i a ł y w a n i u o f i c j a l n o - u r z ę d o w e g o sposobu
myślenia mogli d o s t a r c z y ć jedyn e w i a d o m o ś c i uzupemiaia
cych Inny był d o b ó r r o z m ó w c ó w podczas p r ó b poznama
stanu ś w i a d o m o ś c i t i n i ^ i
s ^ r c o i ^ ^ t ^ m ^ w i
w c a s rozmowy
w i S wiekTwv?h i narodowych warstw sno ecznwh Yrodo
wiskwTwS
S e S w n f e S ł o ^ S S
Srenrezentatlw^^^

SSMS

nrowadzen e

ro

fmww

drenowego winny zmniejszyć p r a w d o p o d o b n ­
c

i e
1 *
H r
' 5S n T
towac zebrany materiał j a k o pods a w ę dla dalszej pracy,
k t ó r ą powinna byc weryfikacja, realizowana j u z przez tnny
zespól, w wybranych punktach . z zastosowamem k r y t e r i ó w
reprezentatywności.
D o b ó r r o z m ó w c ó w , j a k i w y s t ę p o w a ł w naszych bada­
niach, miał swoje zalety, umożliwiał poznanie j a k o ś c i i prze­
biegu zmian. Ten zaś rodzaj wiedzy (łącznie z poznaniem
losów jednostek) jest niezmiernie użyteczny nie t y l k o dla
prognozowania przyszłości, ale r ó w n i e ż dla głębszego i peł­
niejszego poznania stanu obecnego. Niejednakie przecież jest
o d d z i a ł y w a n i e jednostek na innych, a także na p o s t ę p o w a n i e
Y

52

a

p

o

o

c

z

e

K

l

w

a

a

rom.
Z tego też powodu żałuję, iż redakcja „ K o n t e k s t ó w " nie
przyjęła a r t y k u ł u Magdaleny Jaworskiej i Katarzyny Waszczyńskiej, w k t ó r y m p o d e j m o w a ł y s p r a w ę aktualnych kon­
fliktów polsko-litewskich. Rozumiem, iż tekst wnosił akcen-

�ty polemiczne, k t ó r y c h redakcja chciała u n i k n ą ć , z drugiej
zaś strony po części d u b l o w a ł j u ż posiadane m a t e r i a ł y .
Decyzja to redakcji, mnie wypada tylko z a z n a c z y ć , iż
w kwestii przemilczania e l e m e n t ó w konfliktowych m a m
i m i e n n e zdanie.
C h c i a ł b y m też zwrócić u w a g ę na pewne niebezpieczeństwa
kontekstu m a t e r i a ł ó w gromadzonych we wsiach z a r t y k u ł a ­
mi d o t y c z ą c y m i k u l t u r y artystycznej warstw elitarnych.
Chodzi tu o m o ż l i w o ś ć odczytania zapisów z b a d a ń tereno­
wych tak, j a k b y dotyczyły j a k i e g o ś egzotycznego obszaru.
L a s e m decyzja redakcji i włączenia m a t e r i a ł ó w z b a d a ń
S e się właśnie z z a ł o ż e n i e m metodologicznym widzenia
kultury jako całości. Stereotypy obcego myślenie magiczne
Sobony, ciążenie w z o r ó w tradycji, u ś w i a d o m i o n e b ą d ź nie
S a d o m one występują we wszys kich ś r o d o w i s k a c h nieŁ
od poziomu wykształcenia z a r ó w n o L i t w i n ó w jak
f S E ó w W naszym przypadku są'tylko jaskrawiej widocz­
ne Miedzy i n n y m i d l a t e g o
ż ^ ^ p S S l S t ó S l
wieku była intensywnie fow.etyzowana.
Należy tu p r z y p o m n i e ć , iż w o d r ó ż n i e n i u od sytuacji
chłopstwa w Rosji, k t ó r e zmieniło tytko status p o d d a ń s t w a
- w Polsce i na L i t w i e istniały j u ż tradycje, z w i ą z a n e z życiem
w krajach niepodległych.
To przypomnienie istotne jest dla zrozumienia różnicy
i tego, co s k ł a d a się na dzisiejszy stan ś w i a d o m o ś c i i wiedzę
potoczną. G d y po wojnie Z w i ą z e k Radziecki zmienił prze­
bieg granic, o d r y w a j ą c od Polski wschodnie ziemie, a Litwę
włączając j a k o część s k ł a d o w ą imperium, miejscowa l u d n o ś ć
zaczęła b y ć stopniowo poddawana presji ideologicznej,
wzmacnianej d z i a ł a n i a m i ekonomicznymi i terrorem M i m o
iż znaczna część społeczeństwa, zwłaszcza inteligencji, tak
Litwinów jak i P o l a k ó w została wywieziona w głab Syberii
lub osadzona w obozach a jeszcze większa ^ p ę d z o n a
z własnych domostw i zmuszona do wyjazdu (dotyczyło to
przede wszystkim P o l a k ó w ) to jednak charakter mentalny
miejscowych różnił się zasadniczo od p r z y b y s z ó w i nowych
był to wynik
nego idTceio

m S

11. 4. Charakterystyczna dla pol. Ż m u d z i wieś

Łączyły się z t y m wzory wychowania domowego, p a m i ę ć
przeszłości, śpiewy patriotyczne, romantyczna wizja po­
w s t a ń i w a l k i o w o l n o ś ć n a r o d o o w ą . Niezależnie od s p o r ó w
p o m i ę d z y Polakami a L i t w i n a m i ta zasadnicza o d m i e n n o ś ć
w z o r ó w wychowania i społecznej ś w i a d o m o ś c i L i t w i n ó w
i P o l a k ó w , w stosunku do przedstawicieli nowej w ł a d z y ,
w y z n a c z a ł a granicę p o d o b i e ń s t w i różnic. Nawet wywiezie­
nie czy wypędzenie znacznej części inteligencji, u r z ę d n i k ó w ,
z i e m i a ń s t w a czy drobnej szlachty nie zmieniło istotnie sytua­
cji, me n i w e l o w a ł o owe różnicy Stąd zaprowadzane przy­
musowo nowe zasady ekonomiczne i wzorce m y ś l o w e funkc­
j o n o w a ć zaczęły obok idei i n a w y k ó w utrwalonych pokole­
niami Wpajanie nowych idei i zasad funkcjonowania społe­
czeństwa trwające przez ostatnie kilkadziesiąt lat prowadzi­
ło jednak do
E i ^ ^ ^ ^ ^ ^ w ^ f f i S i
o d pierwszych lat życia p o d a n y c h i
n S
strony
SSTpSS^SSy^SnSieSc^mS
stereotypy

jakie^wdo^obnie^teaSS^^e

zakłckS

ul
egry^wol^TS
S O S P X Z ^
c ^ o r z e c ^
z e s S n ^
nie FiLkwvTest
to o S
nie t v l k o ^
rozmówcy z w i S k o k o h c P u ń s k a
Sem tak o c e n i a
różmcę*
W ten s p o s ó b m o ż e m y d o ś w i a d c z y ć owego klasycznego
Orwellowskiego „ d w ó j m y ś l e n i a " - egzystowania przecięt­
nego obywatela tzw. L i t w y Radzieckiej w d w ó c h ś w i a t a c h
r ó w n o c z e ś n i e - t y m , k t ó r y p r z e t r w a ł w ś w i a d o m o ś c i ludzi
starszych, w ich o p o w i e ś c i a c h , pieśniach, zwyczajach, języku
i określał myślenie i p o s t ę p o w a n i e w kręgu d b m o wo-rodzinnym, i tego, k t ó r y o b o w i ą z y w a ł na z e w n ą t r z ,
w miejscu pracy, miejscach publicznych, u r z ę d a c h , szkole
Najmłodsi od wczesnych lat przedszkolnych poddawani
byli o b r ó b c e ideologicznej, byli najpierw w n u c z ę t a m i Le­
nina", potem pionierami komsomolcami c z ł o n k a m i partii
przechodzili edukację ideologiczną w wojsku w szkole na

ulicówka. Zdjęcie wyk. w skansenie, Rumczyszki

53

�11. 5. Drewniany dom z gankiem charakteryzującym siedzibę szlachcica

studiach; i Polacy, i L i t w i n i byli w podobnej sytuacji.
Edukacja szkolna czy o d d z i a ł y w a n i e poprzez organizacje
stanowiło jedną stronę kształtowania osobowości. D o m ,
rodzice, dziadkowie, przekazywali wzorzec gruntownie od­
mienny, o d w o ł u j ą c y się do przeszłości, religii, innego języka.
Relacje obu tych modeli w poszczególnych przypadkach są
oczywiście r ó ż n e , zależnie od cech osobniczych autorytetu
starszego pokolenia, gorliwości i talentu nauczycieli i agita­
t o r ó w W konsekwencji s p o w o d o w a ł o to pogłębienie k ł o p o ­
t ó w z s a m o o k r e ś l e n i e m . Z ł o ż o n o ś ć kulturowa L i t w y , na­
k ł a d a n i e sie i k r z y ż o w a n i e s y s t e m ó w religijnych iezvków
e l e m e n t ó w tradycji zwyczajów p r o w a d z i ł o (zwłaszcza na
obszarach pogranicznych z

KSKSbMmt

powszechnego d^wójmyślenia
Z
T
£
do treści
wzajemnie sie wyklucza acych ale co pokazu e praktyka
mi™
s p ^
cenie nie
S
aeneralfzEJch
wVchowXnL

w

S

n

T

E

K

S^^ismiSrS^f

C h c i a ł b y m jeszcze zwrócić u w a g ę na kilka istotnych
kwestii, w a ż n y c h zwłaszcza w przypadkku b a d a ń na po­
graniczu (nie t y l k o w sensie d o s ł o w n y m , p a ń s t w o w y m ) .
R z u t u j ą one na rodzaj w n i o s k ó w i wyjaśniają częściowo,
dlaczego tak odmienne opinie znajdujemy w literaturze
Rzeczą p o d s t a w o w ą jest tutaj zagadnienie t o ż s a m o ś c i
- identyfikacja etniczna czy narodowa i poczucie p r z y n a l e ż ­
ności do j a k i e g o ś obszaru kulturowego i j ę z y k o w e g o .
Przy rozmaitych założeniach, kontekstach odniesienia
i odmiennych celach politycznych, z a u w a ż y m y ( z a r ó w n o
w literaturze litewskiej, wypowiedziach działaczy oraz uczo­
nych, j a k i w wypowiedziach P o l a k ó w i w polskiej literaturze)
podobnie jednoznaczne i apodyktyczne s f o r m u ł o w a n i a .
P o d s t a w o w ą kwestią w sporach na temat s t o s u n k ó w
społecznych i obrazu społeczeństwa jest kwestia i d e n ­
t y f i k a c j i - problem przynależności narodowej miesz­
k a ń c ó w L i t w y p o ł u d n i o w o - w s c h o d n i e j . Odpowiedzi na to
pytanie, wyjaśnienie z k i m mamy do czynienia, zawierają się
zwykle w k t ó r y m ś z c z ł o n ó w dychotomiczn^go p o d z i a ł u :

54

Polacy - spolonizowani L i t w i n i lub też - jeśli uwagę
odniesiemy do r e j o n ó w , gdzie jest w użyciu gwara zrutenizowani L i t w i n i - n i e u ś w i a d o m i e n i Polacy (patrz też: Ossow­
ski 1962, s. 64-65). Podmiot sporu raczej nie uczestniczy
w wymianie z d a ń czy m o ż e odpowiedniej b y ł o b y powiedzieć
0 monologach na ten temat. Nie s p o s ó b bowiem u z n a ć ogółu
publikacji p o d e j m u j ą c y c h tę kwestię za dyskusję.
Podjęcie problemu identyfikacji prowadzi do sporów,
nawet p o m i ę d z y zwolennikami tej samej orientacji. Gdy
kwestia określenia tożsamości dotyczy narodu czy przy¬
należności etnicznej, spór jest nieunikniony. Odmienne bo- I
wiem z gruntu są racje i punkt widzenia tych, którzy są
o k r e ś l a n i , i tych, k t ó r z y ich określają - bycie w e w n ą t r z czy na
z e w n ą t r z w s p o s ó b oczywisty i zasadniczy zmienia optykę
1 o c e n ę sytuacji. T a k ż e ci, stojący po jednej stronie spierają
się o rolę poszczególnych c z y n n i k ó w i w zależności od nich ,
zakreślają granice. Dlatego też kwestia określenia k i m są
m i e s z k a ń c y poszczególnych r e g i o n ó w L i t w y zawsze będzie
się inaczej p r z e d s t a w i a ł a dla p o d m i o t u i dla k o g o ś z zewnątrz
badacza, ideologa, polityka. Tak samo zresztą w przypad­
ku Polski czy Białorusi (by p o z o s t a ć w o b r ę b i e społeczności
i k r a j ó w b ę d ą c y c h w polu naszego zainteresowania). Czy
znaczy to, że nigdy nie ma w tej kwestii możliwości porozu­
mienia i osiągnięcia konsensusu? S ą d z ę , że z natury rzeczy
jest to trudne ale m o ż l i w e (przynajmniej do pewnego stopnia
czy w pewnym k r ę g u r o z m ó w c ó w ) Jednak by to było
m o ż l i w e należy z a c h o w a ć daleko idącą powściągliwość
w narzucaniu własnej opinii innym i m ó w i e n i u za nich.
i zgodzić się, że podmiot winien m ó w i ć sam za siebie i tylko
on sam m o ż e się określić.
Kiedy m ó w i m y o tych kwestiach na obszarze styku Bia­
łorusi, L i t w y i Polski, p o d s t a w o w ą s p r a w ą , jest przynależ­
ność narodowa poszczególnych grup m i e s z k a ń c ó w ponie­
w a ż z a ś poszczególni badacze opierają się na rozmaitych
podstawowych ź r ó d ł o w y c h , wnioski ich sa różne Mamy
bowiem do czynienia z n a k ł a d a n i e m sie zróżnicowania
j ę z y k o w e g o , religijnego, społecznego, ale w taki sposób, *
granice tych p o d z i a ł ó w nie p o k r y w a j ą się lecz krzyżuj*
w rozmaitych kierunkach i w najrozmaitszy s p o s ó b . N a * *
gdy - pomijając płaszczyznę odniesienia - pozostaniemy
przy kwestiach ś c ś l e terminologicznych musimy uświado­
mić sobie że brak jest w tej materii' ustaleń i że tak
elementarne kwestie j a k to co to jest L r ó d grup'a etniczna,

�11. 6. Polski szlachcic ze wsi Skorbuciany w czasie prac gospodarskich
II. 1-6: fol. Lech Mróz
narodowość i jakie są w a r u n k i konieczne, by m ó c d a n ą
społeczność określić k t ó r y m ś z tych t e r m i n ó w - są dyskusyj­
ne w antropologii czy socjologii, nie m ó w i ą c o naukach
humanistycznych generalnie.
Najprościej (przynajmniej tak się wydaje), przedstawia się
owa kwestia w pracach h i s t o r y k ó w . T a m , gdzie przed­
miotem jest k s z t a ł t o w a n i e się narodu litewskiego czy biało­
ruskiego, jest ono przedstawione j a k o proces, w k t ó r y m
uczestniczą rozmaite warstwy i grupy społeczne. W pracach
traktujących o czasach dawniejszych słowo n a r ó d u ż y w a n e
jest zwykle bez w y r a ź n e g o zdefiniowania kogo autor ma na
myśli; jest to w p r o w a d z a j ą c e w błąd, nieuprawomocnione
uproszczenie. M ó w i e n i e o narodzie w okresie renesansu czy
nawet wcześniej lub nieco później (jako o u k s z t a ł t o w a n e j
wspólnocie) jest nieporozumieniem; jeżeli w o g ó l e m o ż n a
użyć określenia „ n a r ó d " do tego wczesnego etapu dziejów,
to na pewno nie obejmuje ono o g ó ł u ludności - t a k ż e
wiejskiej
a jedynie m o ż e o d n o s i ć się do części warstw
elitarnych, w y k s z t a ł c o n y c h , bardziej ś w i a d o m y c h . Ale i w
tym ostatnim przypadku d o m i n o w a ł o poczucie przynależ­
ności do wspólnej klasy społecznej, m i m o granic to także
po części wyjaśnia polonizowanie się szlachty litewskiej czy
ruskiej. Raczej należy więc m ó w i ć o ludziach żyjących
w obrębie jednego p a ń s t w a i b ę d ą c y c h jego stałymi obywate­
lami, niż o narodzie j a k o wspólnocie- arystokracji szlachty
mieszczan i ludności wiejskiej K o n s e k w e n c j ą n a d u ż y w a n i a
terminu „ n a r ó d " i stosowania go przy op.sie dawnego
Państwa jest tworzenie przez uczonych i p u b l i c y s t ó w pewnej
mitycznej rzeczywistości k t ó r a potem popularyzowana
\ wprowadzana do wiedzy potocznej zaczyna s t a n o w i ć
element edukacji szkolnej f u n k c j o n o w a ć jako fakt bezref'eksyjnje powtarzany i nie poddawany w e r y f i k a c j i '
Historia ciąży w bardzo istotny s p o s ó b na poczuciu
Przynależności etnicznej czy narodowej omawianego ob« 5 " . Nie p o w t a r z a j ą c w i a d o m o ś c i znanych powszechnie,
fJl
Jedynie najogólniej, że z rozmaitych przyczyn na
Lhlf
W ł o s z c z y z n y , ale również w innych rejonach
w o n ? ! ^ M ę c z e ń s t w a (głównie szlachta) uległa wpłytat£
iUry
J ' Polskiego j ę z y k a . Były, oczywiście,
terem ' i t W y
e c k i e , k t ó r e przesiedliły się z Polski na
zasUo t r z y m u j ą c dobra, na p r z y k ł a d , za wojenne
" g i . Przede wszystkim jednak szlachta miejscowa pod­
y p o m n e

h

P O L S K I E

y

L

sr

s z l a c h

_

d a w a ł a się w p ł y w o m i d ą c v m z Polski, z k r ó l e w s k i e g o d w o r u
i d o m ó w arystokratycznych. Bowiem, co należy p o d k r e ś l i ć ,
o d d z i a ł y w a n i e polskiej k u l t u r y nie o g r a n i c z a ł o się do j ę z y k a .
W ten s p o s ó b szereg jednostek i r o d ó w , m i m o iż przodkowie
ich wywodzili się z ludności miejscowej, trwale włączyło się
w o b r ę b kultury polskiej, a swoją litewskość p o s t r z e g a ł o j a k o
c o ś zespolonego, nierozdzielnego od p o l s k o ś c i . Z czasem,
w okresie z a b o r ó w , litewskiego odrodzenia narodowego,
w dwudziestoleciu m i ę d z y w o j e n n y m , a potem w czasie zmian
powojennych, niektórzy z nich (dobrowolnie, ale często pod
presją) powrócili do litewskości, o d r z u c a j ą c zarazem język
polski. Wielu jednak, m i m o rozmaitych f o r m nacisku, t k w i
przy kulturze polskiej, czując się litewskim. Polakami albo
zarazem L i t w i n a m i i Polakami (patrz: Romer 1908). W t y m
miejscu zacytuję interesującą w y p o w i e d ź z a n o t o w a n ą przez
pp. J a w o r s k ą i W a s z c z y ń s k ą r o z m ó w c z y n i ich stwierdza, że
kiedy m ó w i z Polakami broni L i t w i n ó w i czuje się L i t w i n k ą
kiedy zaś rozmawia z L i t w i n a m i , czuje się P o l k ą
L u d n o ś ć wiejska, zwłaszcza K o w i e ń s z c z y z n y , Ż m u d z i , ale
także n i e k t ó r y c h wsi leżących dalej na p o ł u d n i e , m ó w i ł a po
litewsku. T o p r o w a d z i ł o do dychotomicznego p o d z i a ł u na
m ó w i ą c ą po polsku szlachtę i wieś, p o s ł u g u j ą c ą się litewskim
(a dalej k u p o ł u d n i o w i polskim i g w a r ą b i a ł o r u s k ą ) . J ę z y k
polski staje się więc j ę z y k i e m d w o r k u , s a l o n ó w , kościoła,
językiem „ p a ń s k i m " i tok też jeszcze gdzieniegdzie jest dzisiaj
o k r e ś l a n y . G w a r y b i a ł o r u s k a , polska, litewska są j ę z y k a m i
wsi, a zarazem sposobami porozumiewania się niższych
warstw s p o ł e c z e ń s t w a . Dlatego nie musi dziwić zdanie
wypowiedziane przez j e d n ą z r o z m ó w c z y ń ze wsi k o ł o
Koleśnik: „ m o j a mamusia u m i a ł a k i l k a słów po litewsku,
a i tego się w s t y d z i ł a " . T y m samym uwidacznia się kolejny
podstawowy czynnik wpływający w istotny s p o s ó b na kwes­
tię z r ó ż n i c o w a n i a etnicznego i narodowego
stratyfikacja
społeczna i p r z y n a l e ż n o ś ć do o k r e ś l o n e j grupy czy klasy.
Z r ó ż n i c o w a n i e społeczne, a przede wszystkim odniesienie
do przeszłości, to podstawowe elementy, do k t ó r y c h od­
wołują się ci, k t ó r z y p r ó b u j ą wyjaśnić istotę narodowego
z r ó ż n i c o w a n i a . W e d ł u g wielu definicji w s p ó ł c z e s n y c h , język
jest kolejnym najistotniejszym elementem o k r e ś l a j ą c y m na­
r ó d . W o m a w i a n y m przez nas przypadku rzecz jest jednak
daleko bardziej z ł o ż o n a . W dzisiejszej L i t w i e litewski jest
najpowszechniej stosowanym j ę z y k i e m w komunikacji m i ę -

55

�dzyludzkiej. Ale w użyciu jest więcej j ę z y k ó w niż tylko
litewski (a nawet niż rosyjski czy polski), przede wszystkim
częste jest używanie w o b r ę b i e jednej rodziny gwar b i a ł o r u s ­
kich i polskich. Wiele o s ó b p r z y z n a j ą c y c h się do częstego
u ż y w a n i a gwary białoruskiej j a k o j ę z y k a najbliższego sobie,
rodzimego (np. w okolicach Święcian) lub gwary polskiej
(np. w okolicach Janowa), jednoznacznie deklaruje się j a k o
L i t w i n i . W innych wioskach ta sama gwara uznawana jest za
jednoznaczne potwierdzenie p r z y n a l e ż n o ś c i narodowej pol­
skiej ( „ m y Palaki, ale h a w o r y m p a prostu").
N a przestrzeni ostatnich trzech lat bardzo w y r a ź n i e zmie­
n i ! się język, j a k i słyszy się w pojazdach komunikacji
miejskiej W i l n a czy p o d w i l e ń s k i c h autobusach - jest to ł a t w o
z a u w a ż a l n e dla przybysza. Powszechny niedawno rosyjski
został zamieniony wielojęzycznością litewskiego, polskiego,
rosyjskiego; ostatnio w y r a ź n i e z d o m i n o w a ł je litewski. T r u V
no uwierzyć, że m o ż e b y ć to wyrazem trwalej zmiany, m o ż e
r o d z i ć się przypuszczenie, że jest to t y l k o z e w n ę t r z n o ś ć ,
poddanie się pewnej pres i , nie jest bowiem możliwe, by
g ł ę b o k a zmiana d o k o n a ł a się w tak b ł y s k a w i c z n y m tempie
Tak więc język nie daje się z a s z e r e g o w a ć j a k o jednoznacz­
ny w s k a ź n i k przynależności narodowej. Granice p o d z i a ł ó w
j ę z y k o w y c h nie p o k r y w a j ą się z p o d z i a ł a m i w y n i k a j ą c y m i
z historii lub stratyfikacji społecznej; skojarzenie tych d w ó c h
rozłącznych p o d z i a ł ó w pokazuje, że mamy do czynienia
z sytuacją t r u d n ą do analizy, z ł o ż o n ą ; ale zarazem trzeba
przestrzec przed zbyt pochopnymi wnioskami, przed auto­
matycznym uznawaniem ludzi m ó w i ą c y c h polskim, gwarami
za P o l a k ó w ( k t ó r y to błąd popełniają często polscy t u t o r z y )
- są bowiem w ś r ó d nich tacy, k t ó r z y u w a ż a j ą się za
L i t w i n ó w nie t y l k o dlatego, ze żyją w L i t w (np K a r a i m i
i Tatarzy Podobnie błędne byłoby uznanie wszystkich
k t ó r z y się posługują gwarami lub j ę z y k i e m polskim z silnymi
domieszkami l i w s k i m i za L i t w i n ó w co spotyka się na­
gminnie u rozmaitych litewskich działaczy politycznych
i społecznych.
Przeszłość i język to dwa podstawowe elementy o k r e ś l a n i a
ś w i a d o m o ś c i narodowej (co do tego uczeni są zgodni) c h o ć
nie m o ż n a ich t r a k t o w a ć w s p o s ó b mechaniczny. K o l e j n y m
czynnikiem jest religia; niekiedy jest to nawet podstawowy
wyznacznik s a m o o k r e ś l e n i a . tworzenia się ś w i a d o m o ś c i
narodowej. Poza stosunkowo nielicznymi wyznawcami is­
lamu (Tatarami - p o t o m k a m i dawnych p r z y b y s z ó w i jeszcze
mniej licznymi współczesnymi przesiedleńcami z p o ł u d n i a
byłego Z S R R - K a u k a z u i Azji Centralnej) i j u d a i z m u
( Ż y d a m i i K a r a i m a m i ) , L i t w a jest p a ń s t w e m chrześcijańskim
0 wyraźnej przewadze r z y m s k o k a t o l i k ó w (do k t ó r e g o to
kościoła należy większość L i t w i n ó w i P o l a k ó w ) . W kolejno­
ści są p r a w o s ł a w n i (przede wszystkim Rosjanie, Białorusini
1 stosunkowo nieliczni Polacy i L i t w i n i ) , dalej staroob­
rzędowcy (potomkowie niegdysiejszych uciekinierów z Ro­
sji) i protestanci (przede wszystkim w L i t w i e Północnej).
Pomijając sytuacje konfliktowe w o b r ę b i e kościoła rzymsko­
katolickiego ( m ó w i o t y m jeden z prezentowanych tutaj
t e k s t ó w ) , większość P o l a k ó w i L i t w i n ó w to katolicy, religia
więc w zasadzie nie m o ż e pełnić roli elementu różnicującego
te narody. Niemniej na terenach pogranicza b i a ł o r u s k i e g o
katolicyzm jest często o k r e ś l a n y j a k o .polska w i a r a " w od­
różnieniu od „ r u s k i e g o " p r a w o s ł a w i a N i e są rzadkie przy­
padki że żyjący w Litwie i ożywający na co dzień gwary
białoruskiej mieszkaniec pogranicza l i t e w s k o - b i a ł o r u s k i e g o
stwierdza • jestem Polakiem bo jestem po Isk iei wiary i w k o ­
ściele modle sie po p o l s k u " Okazuje się więc że i p o d z i a ć
religijne nie s t a n o w i ą o o k r e ś l a n i u przynależności n a r o d u
re.ig.jne
.ą
OKre
przyna.eznosc. narooo
D o tych zaś trzech podstawowych kategorii d o c h o d z ą
jeszcze inne czynniki; w ś r ó d nich o d d z i a ł y w a n i a o charak­
terze propagandowym i edukacyjnym pełnią role szczególne­
go mechanizmu presji. Jeśli wiec u ś w i a d o m i ć sobie to
wszystko, staje się widoczne, j a k z ł o ż o n ą rzeczywistość
przyszło b a d a ć i j a k o s t r o ż n e winny być wnioski.

T o , co wyżej z o s t a ł o powiedziane, ujawnia p e w n ą oczywi.
stość - są różne konteksty u w a ż a n i a się za Polaka, LitwinaJ
B i a ł o r u s i n a i t d . F a ł s z y w o ś ć w n i o s k ó w w kwestiach okreś­
lania przynależności narodowej, w y n i k a ć m o ż e z jeszcze
innych przyczyn - w ś r ó d k t ó r y c h strach odgrywa r o k
p o d s t a w o w ą . M i e s z k a ń c y L i t w y i Białorusi przez kil*
dziesięcioleci pozostawali w o b r ę b i e silnej presji i d e o l o g i c „
nej a również działań aparatu terroru, n a r a ż e n i na areszJ
towania i donosicielstwo. T o zapewne d o p r o w a d z i ł o do
wykształcenia n a w y k u stałej czujności i o s t r o ż n o ś c i w ujaw­
nianiu w ł a s n y c h myśli. Tego rodzaju balastu, o b c i ą ż a j ą c e j
nie t y l k o d z i a ł a n i a ś w i a d o m e ale i p o d ś w i a d o m o ś ć , nie da Ł
o d r z u c i ć z dnia na dzień. Ciąży o n latami - oby nie
pokoleniami Wiele też zapewne o s ó b zwłaszcza we wsiach
o b s z a r ó w pogranicznych kiedy miały do czynienia z litew&lt;S
k i m u r z ę d n i k i e m pracownikiem biura statystycznego
S
przedstawicielem lokalnej administracji w o l a ł o z o s t r o ż n o !
ści d e k l a r o w a ć iż uważają się za L i t w i n o w T y m samym X
władz: obraz w
^ r ^ S Z ^ o i ^ k S w ^ .
stawia sie korzystniej niż j S to w r z e c z y K o ś c i
P o K

utaiSdo^^^^
nTówczyS
nozmlczn^uS
m d o w e l oraz l S ^

z o w S h S
k?mzowanvch^KTóTuSS

n a r o T n S
nadona

ty^zneMest fo

wodntoS
ś^i m l e ż y Z d a ć że ó w s S S t ^

V

r ^ \ ^

w iakS

l e

56

czem z P o k k f c l y
S
M o ^ S h a z I d z i ć s i e S

^ I S ^ ^ ^ r M ^ S u l i . Litwinów
Z tego, co z o s t a ł o wyżej powiedziane w y n i k a , między
i n n y m i konkluzja, że kwestie określenia przynależności
narodowej i poczucia t o ż s a m o ś c i m i e s z k a ń c ó w pogranicza
b i a ł o r u s k o - l i t e w s k o - p o l s k i e g o winny b y ć oddzielone o d
t o r i i , j ę z y k a , religii. N i e znaczy to, ż e nie istnieje związek
p o m i ę d z y poczuciem przynależności a wymienionymi kate­
goriami, ale, że brak jest prostego w y n i k a n i a , prostych
w s p ó ł z a l e ż n y c h . K a ż d y fakt z przeszłości m o ż e p r ó w a d z i ć d o
r ó ż n y c h r e z u l t a t ó w w ś w i a d o m o ś c i i różnej identyfikacji
- w zależności od p o w i ą z a ń z i n n y m i elementami wspólnie
dopiero t w o r z ą c y m i syndrom określający decyzję akcesu do
określonej społeczności U ż y w a n y powszechnie termin kul­
tura pogranicza" jako p r ó b a wyjaśnienia owej specyficznej
jest w m o i m p r z e k o n a n i u przejawem m^możno^
śc, bardziej jednoznacznego
znaczne i z natury swojej z ł o ż o n e Jest to określenie tyleż
oczywiste co nic nie wyiaśniaiace Dlatego nie Dosłueuie si«
n i m j a k o S
a
muiacymoriwnejS

his­

złożoności

d E L idS toS*

T ^ Z ^ ą ^ ^ S i ^ S y ^ ^

ztozonosc

Większość - jak sądzę - współczesnych publikacji doty­
czących s t o s u n k ó w etnicznych w L i t w i e , ma charakter
r o z w a ż a ń historycznych. B e z p o ś r e d n i o l u b p o ś r e d n i o uzasa­
dniają one racje p o s z c z e g ó l n y c h n a r o d ó w do prawa czucia
się gospodarzem i prawa bycia s o b ą . P o d e j m u j ą c y te kwestie
uczeni nie są dziś tak k r ę p o w a n i , j a k b y ł o to przez ostatnie
dziesięciolecia i zapewne znacznie zmniejszył się procent
tych, k t ó r y c h określa sie jako „ d y s p o z y c y j n y c h " , piszących
zgodnie z potrzebami z l e c e n i o d a w c ó w (partii i liderów
politycznych). O d n o s z ę jednak w r a ż e n i e że t o n ten nie jest
irW ,
rzadki w wypowiedziach i publikacjach litewskich a prze­
konanie zastępuje nieraz wiedzę i a r g u m e n t a c j ę . O t o p.r z ') £
kład.
Polska, Słowacja, W ę g r y leżą w Europie wschodni

�i jesteśmy z tym oswojeni. Zaś „Litwa geograficznie znajduje
'e w samym centrum Europy (...) leżąc po środku Europy,
jitwa stanowi jedno ze skrzyżowań tego kontynentu",
iezyk litewski posiada starożytność oraz bogactwo form;
wątpliwie czy istnieje w Europie inny język tak bliski do
¡ S a y t u " , „praojcami Litwinów byli starożytni mieszkań­
cy Tracji, Frygii lub Dacii - o wiele starsi od Rzymian"
-przytoczone zdania wyjęte zostały z oficjalnego, wydawaJflo w Pięciu językach, przez Państwowe Centrum Wydaw­
c z e czasopisma „Lie uva" (1991. nr 1, s. 11 i 13). Kiedy
S z a m y muzeum historyczno-etnograficzne w Wilnie,
S n y usłyszeć od przewodnika (profesjonalisty przecie)
Z S ć Chrystusa Frasobliwego jest wzorem ikonograficz­
nym charakterystycznym dla sztuki litewskiej - przedstawia
^ C h r y s t u s a M a r t w i ą c e g o się niedolą ludu litewskiego,
duszonego do przenoszenia z Prus książek (w zaborze
^ S S o w i ą z w a ł prz^
^ S t k M ^ m S ^ S z s i i przewodnik w T r o ^ ^ ^ u ^ i m u ^ ^ L c k i zamek był jednym
í n a L t í z n S

2 a ™ S b y ł a

^ ^ k ^ K S t o ^ ^ ^ a b i T i

L E ^ S t a w S
M a T k r a i S w środka

S

k

^

S v S n ^ ' dla ducha X l ^ S f e k u ^ C * i do dziś u nas
K e n a l o S
hlii

które
MHei

kTirvmi można sfe J o w a r t o ś

Sch^robęeS
Towarzyszy temu zwykle obraz narodu zagrożonego przez
sąsiadów i na zagrożenia z przeszłości kładą nacisk politycy
i działacze przy budowaniu przyszłości. Łatwiej bowiem
pozyskać zwolenników do obrony, niż agresji Tyle, że
granice obrony przed zagrożeniem są niekiedy trudne do
ustalenia, jak pokazuje wiele konfliktów na świecie.
Jest w tych działaniach widoczny także syndrom po­
granicza - kraju wieloetnicznego i wielokulturowego - co
niekiedy napawa lękiem działaczy politycznych i państ­
wowych a w każdym razie m o ż e się w y d a w a ć niekorzystne.
0 którym jednak z krajów świata można powiedzieć, że jest
państwem jednego narodu, że tylko jedna grupa ma prawo
mówić o sobie: j e s t e ś m y u siebie, jesteśmy jedynymi gos­
podarzami a innych czy obcych nie ma"?
Przytoczone wyżej wypowiedzi, które niezbyt trudno
sfalsyfikować, przestają być m a ł o znaczące w momencie, gdy
Poprzez masowy przekaz i system szkolno-edukacyjny za­
czynają oddziaływać na ogół społeczeństwa. Niewiele różni
się to od uprawianej przez dziesięciolecia radzieckiej propa­
gandy. W artykułach, które tutaj prezentujemy, widoczne są
««eotypy myślowe tzw. prostych ludzi - nie one jednak

powinny n i e p o k o i ć . T o m i t y tworzone przez p o l i t y k ó w
i sankcjonowane przez uczonych m o g ą stać się g r o ź n e , gdy
nauka staje się legitymizacją wiary, wiary we w ł a s n y n a r ó d
i jego w y j ą t k o w o ś ć . Tutaj bowiem t k w i zarzewie k o n f l i k t u
szerszego, niż tylko spory lokalnych społeczności. Zwłasz­
cza, gdy idealizacji towarzyszy przemilczanie f a k t ó w z naro­
dowej przeszłości, tych k t ó r e z a g r a ż a j ą nieskazitelnemu
obrazowi narodowej chwały. Z a ś muzyka, sztuka, u b i ó r ,
nabierają magiczno-religijnego znaczenia j a k o symbole kor­
poracyjne, znaki przynależności i konsolidacji tych, k t ó r z y
się i m p o d p o r z ą d k o w u j ą i oddzielenia tych k t ó r z y w ą t p i ą
b j d ź ich nie a k c e p t u j ą Zjawisko nie dotyczy t y l k o L i t w y czy
Polski, badano je i opisywano przed kilkudziesięciu laty (np
Znaniecki 1990 s 66 i 162)-znane są r ó w n i e ż jego późniejsze
reperkusje Jeżeli więc dzisia, w Europie p o s ^ S u K S
dośćpowszechnie o b s e r w Ł
o d d z i a ł y w a n i a to należy bacznie o b s e r w o w a ć k u czemu te
d z i a ł a n o
opserwowac
Propaganda bowiem wyprzedza kształcenie. Propagan­
dzie potrzebne są czytelne sytuacje i dychotomiczny p o d z i a ł
świata i rzeczywistości. Stąd ważniejsze o d poznawania owej
rzeczywistości i przyczyn jej charakteru jest tworzenie
p o ż ą d a n e g o obrazu; i poprawianie przeszłości, gdy nie
n a d ą ż a ona lub odstaje od wizji. Dlatego niszczy się dowody
z przeszłości, m a n i p u l u j ą c h i s t o r i ą ( t a k ż e w procesie edukacja
szkolnej). D z i a ł a n i a takie często m o ż n a było o b s e r w o w a ć
w niedalekiej przeszłości Białorusi, L i t w y czy Polski; ale nie
odeszły wraz z przeszłością i z a d e k r e t o w a n ą przyjaźnią
w obrębie K r a j ó w Demokracji Ludowej i braterstwa proleta?
riatu Niekiedy uległy nawet intensyfikacji- zmieniły się
symbole i programy ideologiczne ale p o z o s t a ł o zjawisko
jego mechanizmy i rezultaty k t ó r e m o ż e m y o b s e r w o w a ć
w Wilnie K o w n i e i i E h ^ l ^ w O ś H L i t w y k t ó r e
widzim^y tak-że w mias^tach Białorasi a i w Polsce nie jest

erenementem
W wielu wypowiedziach i publikacjach litewskich działa­
czy i i d e o l o g ó w , ale też uczonych, pojawia się wizja jakiejś
prajedni, w s p ó l n o t y o k r e ś l o n e j pochodzeniem, jako czyn­
nikiem d e c y d u j ą c y m o przynależności narodowej, wobec
k t ó r e g o wszystkie inne, w t y m także zdanie p o d m i o t u ,
jednostki czy grupy - mew.ele znaczy. W dziejach b a d a ń
kwestii naroLwych i s t o s u n k ó w etnicznych, tendencje takie
pojawiały się niejednokrotnie - konsekwe nie jednak od­
rzucane i dyskredytowane przez ogół uczonych, j a k o w y n i ­
kające z przesłanek pozanaukowych oparte na wierze a nie
dowodach i analizie p r o w a d z ą c e z reguły do k o n f l i k t ó w
nietolerancji a nawet wojen
Jeżeli założenie determinizmu rasowego czy genetycznego
odrzucimy, pozostaje nam zgodzić się, że k a ż d y - jednostka
i grupa ma prawo b y ć t y m , za kogo się u w a ż a i nie m o ż n a jej
u z n a w a ć za k o g o ś innego. M o ż e b y ć B i a ł o r u s i n e m , L i t ­
winem, Polakiem, tutejszym; b y ć zarazem B i a ł o r u s i n e m
i Polakiem czy Polakiem i L i winem, nawet, jeśli stan taki
m a r t w i i d e o l o g ó w i działaczy politycznych, k órzy u z n a j ą go
za niekorzystny dla interesu p a ń s t w a (patrz np. Gellner
1991). Ś w i a d o m o ś ć sygnalizowanych tutaj zjawisk skłoniła
nas do podjęcia tematu, do p r ó b poznania i prezentacji tej
złożonej rzeczywistości. Jak bowiem powiedział jeden z bo­
h a t e r ó w Babla: , j a , bywa, samego siebie me żałuję (...) ja
bez o s ł o n e k p o z n a ć , jjakie
" (Babel 1974
p o ż ą d a m życic
y
a « e jest
je

L I T E R A T U R A
Babel L ,
1 9

?4

Opis żywota Mateusza Rodionycza
wybrane. Warszawa
Gellner E . .
'"1
Narody i nacjonalizm, Warszawa
LiEtuva.
1 9 9 1

„Lietuva", nr 1, Vilnius

Pawliczenki, w: Utwory

Ossowski S.,
1962 O osobliwościach
1991

nauk społecznych.

Warszawa

„Przegląd Wschodni', z. 3, Warszawa

Romer M .
1908

Litwa. Studyum o odrodzeniu narodu litewskiego, L w ó w

Znaniecki F . ,
1990
Współczesne

narody. Warszawa

57

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9817" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9795">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/a67beccf985179a3052aa8f3a4242827.pdf</src>
        <authentication>90d6fd4b3c60865686257dd46f6745e4</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116800">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3166</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116801">
                <text>1988</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116802">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2965</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116803">
                <text>Mit, sztuka, interpretacja / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1988 t.42 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116804">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1988 t.42 z.3, s.183-184</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116805">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116806">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116807">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116808">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116809">
                <text>Dariusz Czaja

MIT, SZTUKA, INTERPRETACJA

Niejednokrotnie zwracano
współczesnej, p o d e j m o w a n o

u w a g ę n a obecność m i t u w
próby

rozpoznania

jej

j a k o ś c i . C z y m j e s t ó w m i t i j a k się w s z t u c e p r z e j a w i a ?
jącej

odpowiedzi

symbolicznej
psychologii
twórczą.

w

Sergiej

Awierincew,

w

J u n g a i j e j zastosowań

kultur

wszystkie

z jakim mamy

archaicznych,

dziedziny

zrelatywizowane

swej

krytycznej

d o badań

o n o d porządkującego

wotnego m i t u totalnego",
padku

Interesu­

tej kwestii udziela radziecki badacz

Wychodzi

1

sztuce

mitycznych

do

mitu

analizie

n a d wyobraźnią

rozróżnienia

„pier­

do czynienia w

plemiennych,

ludzkiej

myśli

aktywności,

ludowych,

również

podstawowego

i w

a

wyodrębnienia
nawet

w
te

wieku.

Brancusi

jego

w

twórczość,

powtarzało

kontekście

odzwierciedlają

fakty

l u d z k i m myśleniu,

nauk

przyrodniczych.

dominującą

tendencję

swym

pragnieniu

odkrycia

archaicznych

p o z i o m ó w " s z t u k i z w r ó c i ł się k u l u d o w y m k o r z e n i o m .

gdzie

artystycznej",

przedstawicieli

duchową k o n k r e t n e g o czasu historycznego — początku obecnego

niesieniem

są

s t a d i u m prelogicznego w

badaniach

Wszystkie

przy­

sztuka,

jego

d a j ą się r o z u m i e ć o r a z „ z r ó ż n i c o w a n e j t w ó r c z o ś c i

do

cjalne,

co

akcentuje

ludowych
się w

które

wzorców,

niej,

było

Eliade,

nie była

Jednakże

prostym

za,sadę

i warunkiem.

rozumienia,

przez

prze­

Jeśli

i c h repliką.

t o u n i w e r s a l n o doświadczenie

jej podstawą

fenomenologiczną

nie była

coś

egzysten­

Wy korzystując
r

symbol,

odsłania

Eliade mitologiczne uniwersalia tematów opracowywanych

przez

rozważa p o c z ą t k o w o

t e r m i n u o d n o s z ą c e g o się d o s y t u a c j i k u l t u r o w e j , w k t ó r e j s z t u k a

Brancusiego.

stalą się j e d n y m z o b s z a r ó w k u l t u r y , o r g a n i z m u z r ó ż n i c o w a n e g o ,

tle m o t y w u „ k o l u m n y n i e b i o s " obecnego w m i t o l o g i i rumuńskiej,

powstałego z d e s t r u k c j i niepodzielnego

b y przejść d o s z e r s z y c h

o g ó l n o ś w i a t o w y c h odniesień

nych,

rzeźbie

Emancypacja

sztuki

dokonała

się

świata m i t u

w

rezultacie

pierwotnego.
śmierci

W historii s z t u k i europejskiej zauważa A w i e r i n c e w

dwie

mitu.

postawy

Niekończącą

dostrzegając

motywu

axis

się

w
z

mundi

kolumnę

jego

przetworzenie

na

mitologicz­

archetypicznego

wielowartościowymi

konotacjami

w o b e c m a t e r i i m i t y c z n e j : klasyczną i r o m a n t y c z n ą ; nie u ż y w a

s y m b o l i c z n y m i . U j m u j e dzieło B r a n c u s i e g o w powiązaniu z s y m ­

t y c h terminów zgodnie z i c h h i s t o r y c z n o - l i t e r a c k i m r o z u m i e n i e m ,

boliką

lotu,

ale w i d z i w n i c h d w a najogólniejsze w z o r y r e a k c j i w o d n i e s i e n i u

dobnie

w

do

widzi

dziedzictwa

mitycznego.

Wzór

kla,sycystyezny

odznacza

formalistycznym traktowaniem symbolicznych topoi,

się

estetyzacja

wstępowania,

transeendowania

opracowywanym

E l i a d e rozwinięcie p o p u l a r n e g o

skiego.

Równocześnie

doczesności.

Po­

wielokrotnie przezeń temacie

pokazuje,

m o t y w u folkloru

jak

samo

rumuń­

doświadczenie

w a r t o ś c i m i t y c z n y c h b i e r z e się z p o s ł u g i w a n i a się n i m i w s p o s ó b

absolutnej

i n s t r u m e n t a l n y . Odniesienie do m i t u m a t u charakter świadomy,

c z e n i a k o n d y c j i l u d z k i e j , k t ó r e stało u ź r ó d e ł c a ł e g o c y k l u , r e a l i z o ­

racjonalny.

zaangażo­

wane

modelowej

skrzydeł,

Koncepcyjność

eliminuje

emocjonalne

w a n i e . W z ó r r o m a n t y c z n y u k s z t a ł t o w a ł się w w e r s j i
w

wieku

w

sztuce

X I X ,

chociaż

wcześniej

europejskiej

w

jej

ustawicznie

nieoficjalnym,

przejawia!

się

niekanonicznym

wolności, o d r z u c e n i a

to

Ptaki

było

przez
lotu,

wyobraźnię

ptaków.

z i e m s k i c h ograniczeń,
mityczną

Uwydatnia

obyd­

pracy

Trzeba

zaznaczyć, że zauważone

egzystencjalnych
czają

poza

obejmuje

jej

danej e p o k i , które —
horyzont

zarówno

j a k w i e r z y się —
Z

historyczny.

świadomy

złożonych

tej racji

w

zwrot

stronę

treści
wykra­

postawa

ta

mitologii, jak

icznej

dochodzi

mitologii i

genetycznego,

do

odczytanie, które p r o p o n u j e

romantycznego.
czesnej

jest

W

za

rezultacie zadaniem

ujawnianie

roli

mitu,

kontynuację

badacza

który

wzorca

kultury

definiuje

współ­

autor

„ p i e r w o t n e s c h e m a t y przedstawień". O n e t o organizują
wowe struktury
Mircea
badali
w

Eliade

wiele

dzieła,ch

razy

sztuki

tacyjną,

zainteresowaniu dla

archetypicznych,

współczesnej,

stopniu plastyki i filmu.

Brancusiego

pokrewnego

dawał w y r a z

na odkrywanie

pokładów

mniejszym

podsta­

kreacji artystycznych.

zorientowanych

logicznych

jako

jest

tyleż

głównie

Tekst

2

o

osobistym

mito­

literatury,

rzeźbiarskich
wspomnieniem

m u d u c h e m a r t y s t y , co p e w n ą p r o p o z y c j ą i n t e r p r e ­

sposobem

czytania

„tekstu"

dzieła

artystycznego,

Sięgnijmy
lecz

linoskoczka,

Analizowany
Baiwillo'a,

Awierincew.

podejścia,

s w o j e g o k r a j u , j e g o dzieła, z a k o r z e n i o n e
mitologicznej

—

to

zestaw

są w r o d z i m e j

obiegowych

T

banałów

tradycji

związanych

swoim

przykład,

nie t a k c z y t e l n y

uwrażliwioną
eseju

arlekina

gęstego,
w

Jaeoba,,

pod­

na symboliczne

Portret

artysty

do
jakie

rzęcym
jak
w

jako

lino­

też

w; i s t o c i e
w

filmu.

3

Rilkego,
Picassa,

malarstwa

tekstu,

demoniczną

i legendy

rokrouj ioego
:

odwołującego

ludowej,

„folkfool"

niej
z

i

wizualnie i znaczeniowo

i podziemiami, bajki
do

oraz

t r a d y c j i pogańskiej
zajmował

artystycznej.

Baudelaire'a,

4

N i e s p o s ó b streścić t e g o n i e z w y k l e

średniowiecznych

bohaterze

twórczości

z poezji

Apollinaire'a

antropologicznego

analizie

w

material pochodzi

utrzyrnująeogo

rysy.

i n n y , już

Rouaulta, Tolouse-Lantrcca.

folkloru

mówił

takiego

na

ż o n e k o m p l e k s y s y m b o l i c z n e w j a k i e u w i k ł a n e są p o s t a c i b ł a z n a ,
klowna,

B r a n c u s i był rumuńskim chłopem, czerpał o b f i c i e z

jego

którym

przy­

podatnym

Eliade.

podobną,
W

szczególnie

h i s t o r y k l i t e r a t u r y J e a n S t a r o b i n s k i śledzi b o g a t e i z ł o ­

miejscom

o

n a d strategią

po

względu

skoczka

misteriów

tropem,

zatem

zo

w y d a ć się

interpretację.

Warto

się

Brancusiego

teksty

główne

zatrzymać

laboratoryjnym,

zawierający

opisać

podążającego

Dzieło

archa­

świata

nie m a c h a r a k t e r u

ze s z t u k ą l u d o w ą , m o ż e

sztukę

Awierincew

nieomal

zna,czeń u n i w e r s a l n y c h .

pokrewieństwo

artystycznej

ale s t r u k t u r a l n y .

na wyraźne koneksje
kładem

w i e k u uważa

wyrażenia

wyobraźni

i n i e ś w i a d o m e d z i a n i e się m i t u w w y o b r a ź n i t w ó r c z e j . Co w a ż n e :
X X

twórczej
długo­

trwałej

do wyrażenia

obrazów

w u o m a w i a n y c h p r z y p a d k a - c h t r a n s f o r m u j e go i w d r o d z e

wanie

symbolicznej

użyciu

wyobraźni

B r a n c u s i e g o , k t ó r y sięgając p o f o l k l o r y s t y c z n y k o n k r e t , w

n u r c i o . Cechuje go ż y w y , e m o c j o n a l n y s t o s u n e k d o m i t u , a p l i k o ­
jego m o w y

przy

rolę

przekro­

ze

się

szczególnym
wiejski),

(głupek
postacią,

Arlekina,

w i ę ź ze ś w i a t e m

zwie­

ludow-ej, dziel Szekspira,

archaiczno

komedii Chaplina i braciach

znaczenia

Marx.

błazna

Przywołajmy

z t w ó r c z o ś c i ą rzeźbiarza,. E l i a d e m e d y s k r e d y t u j e i c h i n i e o d ­

j e d y n i e w t y m m i e j s c u dla, u k a z a n i a p o s t ę p o w a n i a a u t o r a p o r t r e t y

rzuca,

klownów

ale

traktuje

jako

punkt

wyjścia

swojej

hermeneutyki,

({eorges'a

lekceważy
że

t y m zwrócić

Eliade

poszukiwania

historycznego
Brancusiego,

miało swój o d p o w i e d n i k
cych

nieświadome

elementów

uwagę

na

dwutorowość

kontekstu
owo

dzieła.

„zstępowanie

w badaniach psychologów

warstwy

tej

trwałych, n i e z m i e n n y c h , nie

p s y c h i k i , etnologów

Podkreśla,
do

głębi",

odkrywają­

zmierzających

wozu

mieszkalnego,

starego,

t y m tematem

liście

s p o t k a n i a . Został p o r u s z o n y któregoś d n i a w i d o k i e m w ę d r o w n e g o

przy

Szukając

fascynacja

artysta w

ujęcia.

Warto

jego

J a k oświadcza

do

interpretacji.

przyjaciela,,

Rouaulta.

zmierzając k r o k p o k r o k u d o p r z e k r o c z e n i a tego s t e r e o t y p o w e g o

wychudzonego

była, r e z u l t a t o m
konia

skubiącego

trawę i dopełniającego t e n obraz, starego k l o w n a naprawiającego
swój

różnobarwny

metaforę

swojego

strój.

Rouault

Losu, p ó ź n i e j

pojął

jako

postać

figurę

klowna

jako

k o n d y c j i ludzkiej,

w i z e r u n e k k a ż d e g o z n a s . O b j a w i ł a m u się z całą m o n ą s p r z e c z -

283

�nośó p o m i ę d z y b o g a t y m , b ł y s z c z ą c y m s t r o j e m a n ę d z ą i s t n i e n i a ,
które s k r y w a . Nawiązuje

w t y m rozpoznaniu

do słynnego poe­

tyckiego obrazu „Starego linoskoczka"

Baudelaire'a,

cego

jej

całą

wzlotem

dwuznaczność

i

upadkiem,

życiodajną

sławą

i

tej

postaci:

zręcznością
nieustanną

i

kondycją

artysty

i kondycją

zawieszeniu

oporem

jaki

bliskością,

autoportretach o d k r y w a Rouault istotne

odsłaniają­
między

stawia

śmierci.

W

swych

podobieństwo

błazna. N a k r y c i e

ciało,
między

głowy

malarza

i c z a p k a b ł a z e ń s k a t r a k t o w a n e są p r z e z e ń w y m i e n n i e . T a b i e g u ­
nowość

znaczeń

pierwiastkiem
wadzi

zawarta

Starobinskiego

głęboką

grę

„Zmaganie

w postaci

duchowym
do

odkrywczej

symbolicznych

się

duszy

z

clowna,

i koniecznością

jej

pomiędzy

wcielenia,

ujawniającej

Pierrola

Rouaulta:

wcielenia

znajduje w twarzy Chrystusa. Tragiczny —

Podobnie

jak w

ustalonego

odpowiednikiem

autoportrecie,

typu

klowna,

t a k też

pojęcia

można

podłoga

cja

elementarny ch

się

on

dopatrywać

wpływom

togo

Chrystus
w

zaś o t r z y m u j e

paradoks

doczna

w

można

blacie

policzki klowna. Nic

stwierdzić, że religijność

jego obrazach

świętości,

o tematyce

popadając

Rouaulta

cyrkowej

jak w

do k t ó r y c h n a t c h n i e n i e m była h i s t o r i a święta. W a r t o ś c i
się w y m i e n n e :

Pasja wedle R o u a u l t a rozgrywa

p r z o d m i e ś c i a , za,ś a r e n ą s c e n c y r k o w y c h
Golgoty.

A-wtedy,

zdają

Ponieważ

instruktywnym

nas

od

jesteśmy może z a t e m

„archetyp"

dla. b a d a c z a
mają

kultury

charakter

wciąż

w

swoich

przozoń

topo­

przywoły­
Mędrca,

obrazu

wywołuje

w

naturalnego

od

początku

t y m otoczeniu
nie

tekście

i

Ecce
reakcje

Porębskiego:

wrodzony,

doświadczeń w s z y s t k i c h

i kulturowego

przyswajane

osobników

—

są

czy

raczej

otoczenia

i

przez

to sprawa

pochodzą
za

każdym

pojawiających
dalsza,

rozstrzygać
archetypy

okazują

odniesień polaryzującego nasze w y o b r a ż e n i a i czyniącego z n i c h

wyznacznikiem

7

Nad

pomaga

pewnego

n a m rozpoznać

stosunok."

sztuką

czy

się

o której t u

jest w i ­

najważ­

Wrodzono

czy

dzioląoych

scenach,

wyżyny

musimy.

M.

dziedziczny

g a t i n : u pokoleń,

prapoczątków

naszego

swój d o niego

Rouaulta

reaktualizuje

o rozwijanej

chrześcijańskiego

stanowią „ o s a d " o b r a z o w y c h

całość, k t ó r a

z n a c z e ń p o j ę c i a k l o w n a i s z a l e ń c a ? (...)

termin

archetypy

„Czy

sio b y ć

niejszych

świadkami

arehotypieznego

się n a t l o n ę d z y

do jednego z

jest

historycznych

w fazie f i n a l n e j r e k o n s t r u k ­

alergiczne, p r z y p o m n i j m y jeszcze uwagę zawartą w t y m o g r o m n i e

g d y t r a g i c z n y k l o w n p r z y j m u j e rolę złożonej

dla o d k u p i e n i a o f i a r y , czyż nie w r a c a m y

Mowa

6

systemu

w a n y c h na wpół świadomie postaci Błędnego Rycerza,

razem

aureolę

determinant

które

7

Michałowski.

określe­

jako

grafii Drogi i D o m u , motywów W a l k i i Dziedzictwa,

podtekstów

uzyskuje

odczytaniu

schematów ,

7

obrazach

precyzyjnemu

p o t r a k t o w a n i u go

w świadomości twórczej, t o w a r z y s z y

z

klown

zbiorowej,

pozw'ala

cechę t e g o s e m i o t y c z n e g o p o ­

perspektywy:

„romantyzmu",

wyobraźni

Homo.

Chrystusa,.

najistotniejszą

dejścia z a n t r o p o l o g i c z n e j
niu

m o d e l u , j a k i m j e s t ś w i ę t e o b l i c z e . W y t w a r z a się z a m k n i ę t y o b i e g
znaczeniowych:

wydobyć

klown

znieważanego

artysty

jedynie

i niewinny —

staje

modelowo

Porębskiego

analiza m a l a r s t w a P i o t r a Michałowskiego. B r a k miejsca

odnawianiu

odpowiednik

i odkrywcza

d o t w ó r c z o ś c i z d a w a ć b y się m o g ł o

realistycznej, przekonuje podjęta przez Mieczysława

wyraz

P a s j i . K l o w n j e s t t y m , k t ó r e g o policzkują, i w t e n sposób
symbolicznym

zastosowaniu

najgłębszy

złożony w ofierze s t a n o w i nieznacznie p a r o d y s t y c z n y
się

pro­

refleksji

podtekstów

nędzą

rozziew

jego

Ż o t e g o r o d z a j u i n t e r p r e t a c j a możo b y ć z a s a d n a
w

ciąży

nabyte,

pozostaną

najogólniejszego
się

w

świecie

układu
i

określić

7

przekleństwo

interpretacji.

Z r a c j i n a d m i a r u sensów , k t ó r e p r z y n o s i , e s e n c j a l n e j

nieuchronnie

niedookreślo-

7

W

twórczości

ności z n a c z e n i o w e j ,

procesu

odżywania

tania. Być może droga

poddawana

jest r o z m a i t y m próbom

interpretacji symbolicznej,

odczy­

którą o b r a l i

i chrystianizacji e l e m e n t u o f i a r y i zbawienia obecnego początko­

w s p o m n i a n i t u przykładowo h i s t o r y k religii, h i s t o r y k literatury,

wo

historyk

i

w

postaci

niejako

taraz

oto

jednak

błazna.

Ta

pogańska

niewinnie

trwająca

jedno

swoich

ze

blaskiem

chrystianizmu'' .

namiętnego

w

pozostałość,

ludowej

pierwotnych
i

nieświadomie

tradycj',
znaczeń,

zafascynowanego

odzyskuje
oświetlone
cierpieniom

5

zrozumieć

sztuki,
i

najbliższa

opisać.

artystycznego,

jest

Szanując

przedmiotowi,
każdorazowo

który

wpisując j e w h o r y z o n t m e n t a l n y e p o k i ,
7

wprow adzają,c
7

wychwytuje

Starobinski

istotną

wyobraźni, o której wspominał również E l i a d e :
trwałe

opracowywanie,

obrazów ,

szukanie

7

wyrazu,

prow adzi

odsłonięcia
i

7

do

matrycy

wzbogacającego

przetwarzanie

dla nich

coraz

ujawnienia

to

sens p r z e d s t a w i e n i a

f a k t , że długo­

pewnych

motywów ,
7

adekwatniejszych

w a,rtośei

mitologicznej,

właściwość

form

arehetypicznych,

7

praobrazu

ożywiającego

w nieoczekiwane

konteksty, interpretacja t a nie
ukazuje

i c h w i o l o w a r t o ś c i o w o ś ć i g ł ę b i ę . U j a w n i a się t y m s a m y m
bieństwo s y m b o l u i k r e a c j i twórczej: o b e c n y
wiastków

koncepcyjnego

i

emocjonalnego,

świadomego, realnego i nierealnego,
rycznego.

Istotę

symbolicznego

świadomego

historycznego

spojrzenia

podo­

w nich splot pier­

na

i

nie­

i transhistodzieło

sztuki

t r a f n i e o d d a j e piękna s e n t e n c j a B a c h t i n a : „ K a ż d y sens przeżyje
święto swojego

plastycznego.

dzieła
dostrze­

gając p r z y t y m jego oporność n a d y s k u r s y w n y przekład, wreszcie
t y l k o n i e d o k o n u j e r e d u k c j i treści d z i e ł a a l e p r z e c i w m i e

Błyskotliwie

próbuję

swoistość

odrodzenia."

8

1' R Z Y P i S Y :

Anałiticzeskaj"
psirhologija
K.-O.
Jungu
i
zakonomiernosti
tworczeskoj
fantuzii.
Streszczeniem
tego artykułu jest
tekst
L . K o l a n k i e w i c z a , Rozumienie
i dialog
(Psychologia
analityczna
w oczach badacza
radzieckiego),
. . L i t e r a t u r a , na, ś w i e c i e " n r 3 ( 8 3 ) :
1 9 7 8 , ss. 2 2 1 — 2 3 3
1

- J . S t a r o b i n s k i , Portret
artysty jako linoskoczka,
„Literatura
Ś w i e c i e " n r 9 ( 6 5 ) : 1976, ss. 3 0 8 — 3 2 3
* Psychologizującą interpretację m o t y w u k l o w n a , l i n o s k o c z k a
w t w ó r c z o ś c i P i c a s s a d a j e J u n g . Z o b . C. G . J u n g , Picasso,
[w:]
Archetypy
i symbole,
W a r s z a w a 1 9 7 6 , ss. 4 8 9 — 4 9 6
S t a r o b i n s k i , Portret
artysty...,
s. 3 1 2 — 3 1 3
M . P o r ę b s k i , Romantyzm
i archetypy,
[w:]
Interregnum.
Studia
z historii
sztuki
polskiej
XIX
i XX
w., W a r s z a w a 1 9 7 5 ,
ss. 6 7 — 1 2 8
T a m ż e , ss. 1 2 6 — 1 2 7
M . B a c h t i n , Estetyka
twórczości
słownej,
W a r s z a w a 1986,
s. 5 2 5
1

na

5

P o r . l i c z n e na, t e n t e m a t u w a g i r o z s i a n e w Ordeal
by
Laby­
rinth.
Conversations
with
Claude-Henri
Pecquet,
j a k również
d r o b n i e j s z e p r a c e : Sur la permanence
du saere
dans
l'art
contemporuin,
„ X X
s i e c l o " , 1 9 6 4 , 2 6 , ss. 3 — 1 0 ; The Sacred
and
the Modem
Artist,
„ C r i t e r i o n " , 1 9 6 5 , 4 , ss. 2 2 — 2 4 ; Art
and
the Divine,
[ w : ] Encyclopaedia
of World
Art, v o l . 4, ss. 3 8 2 — 3 8 7
2

7

е

6

7

8

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9815" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9793">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/e3d896dd04f390c7c74d8236ade0e3b9.pdf</src>
        <authentication>9d9cf4c7076a42be597466e1680dadb8</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116775">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6495</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116776">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116777">
                <text>2005</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116778">
                <text>streszczenie</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116779">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:6068</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116780">
                <text>Noty o autorach/ Summaries/ Contents/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2005 t.59 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116781">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty t.59 z.2, s.142-151</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116782">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty-redakcja</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116783">
                <text>pol., ang.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116784">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116785">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116786">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116787">
                <text>Noty o autorach

Hartmann mógł wyjechać do Monachium na studia
dyrygenckie (1908-1912) u Felixa Mottla, ucznia
i przyjaciela Richarda Wagnera. Spotkanie z Gurdżije­
wem w 1916 roku w St. Petersburgu stanowiło punkt
zwrotny w jego życiu. Przez następnych dwanaście lat
de Hartmann i jego żona Olga pracowali blisko z Gur­
dżijewem. W latach 1922-1929 mieszkali w instytucie
Gurdżijewa we Francji, gdzie skomponowanych zosta­
ła większość utworów. W końcu lat czterdziestych i na
początku pięćdziesiątych Jeanne de Salzmann zaprosi­
ła go na koncerty muzyki, którą skomponował z Gurdżijewem. W tym okresie de Hartmann nadzorował
proces wydawania zapisów nutowych oraz skompono¬
wał nowe utwory do ruchów i świętych tańców Gurdżijewa.

NOTY BIOGRAFICZNE AUTORÓW
BLOKU O GURDŻIJEWIE:
Peter Brook (ur. 1925) jest dyrektorem Międzynaro­
dowego Ośrodka Twórczości Teatralnej w Paryżu.
Wcześniej pracował jako reżyser i dyrektor w The
Royal Shakespeare Company w Wielkiej Brytanii.
Wystawił wiele przełomowych przedstawień teatral­
nych, do których należą: Marat/Sade, Sen nocy letniej
i Mahabharata. We współpracy z Jeanne de Salzmann
wyreżyserował film Meetings with Remarkable Men
(Spotkania z wybitnymi ludźmi). Jego książka The Emp¬
ty Space (Pusta przestrzeń), podejmująca problematykę
istoty i roli teatru, należy do najważniejszych publika­
cji o teatrze XX wieku.

Henriette Lannes (1899-1980) była londyńską wysłanniczką Jeanne de Salzmann. Dzięki niej Praca
w Anglii posiada tak silne podstawy. Przez ponad trzy
dziesięciolecia pracowała w Londynie, przyjmując na
siebie dodatkowo odpowiedzialność za prowadzenie
pracy w Lyonie. Była gwarantem etosu, dynamiki
i ukierunkowania Pracy.
James Moore jest autorem biografii Gurdżijewa
(1991) oraz książki Gurdjieff and Mansfield (1980).
Pracuje w Londonie w Gurdjieff Studies Group.

Pauline de Dampierre, pracowała jako adwokat
i dziennikarka. Spotkała Gurdżijewa w 1942 roku i do
swej niedawnej śmierci była jedną z głównych prowa¬
dzących pracę w Paryżu. Rozmowy z nią na temat na¬
uczania Gurdżijewa ukazały się w czasopismach „Para­
bola" i „Material for Thought".

Fritz Peters jest autorem dwóch tomów wspomnień
0 Gurdżijewie: Boyhood with Gurdjieff (1964) oraz
Gurdjieff Remembered (1965).

Joanna Haggarty była członkinią The Gurdjieff Socie¬
ty of London i została wprowadzona w Pracę przez mat­
kę, uczennicę Piotra D. Uspieńskiego. Uczestniczyła
w ostatnim wykładzie Uspieńskiego w 1947 roku
w Londynie, a następnie dołączyła do grupy prowa­
dzonej przez Kennetha Walkera. Gurdżijewa spotkała
na krótko w 1949 roku, po czym, w tym samym roku
rozpoczęła naukę ruchów z Alfredem Etievantem.
Brała udział w dwóch filmach dokumentujących Ru¬
chy oraz w filmie Petera Brooka Spotkania z wybitnymi
ludźmi. Przez wiele lat była jedną z głównych nauczy¬
cielek Ruchów w Londynie i w Norwegii. Zmarła
w 1994 roku.

Laurence Rosenthal jest kompozytorem, pianistą
1 dyrygentem. W jego dorobku znajdują się kompozy¬
cje do wielu filmów i realizacji telewizyjnych. Dokonał
aranżacji i orkiestracji muzyki do filmu Spotkania z wy­
bitnymi ludźmi Petera Brooka, na którą składały się
liczne fragmenty skomponowane przez Gurdżijewa
i Thomasa de Hartmanna. Razem z Lindą Daniel¬
-Spitz i Charlesem Ketchamem opracował wydanie
krytyczne Music for the Piano Gurdżijewa i de Hart­
manna (Wergo/Schott Recordings).

Thomas de Hartmann (1885-1956) był kompozyto¬
rem i pianistą, który współpracował bezpośrednio
z Georgijem I . Gurdżijewem w latach 20. XX wieku.
Po uzyskaniu dyplomu konserwatorium w St. Peters¬
burgu (1903) rozpoczął karierę baletem Szkarłatny
kwiat, wystawionym w petersburskim Teatrze Marińskim z Anną P. Pawłową, Tamarą P. Karsawiną, Micha¬
iłem M . Fokinem i Wacławem Niżyńskim w obsadzie.
W uznaniu dla tego przedstawienia car Mikołaj I I
zwolnił go z czynnej służby wojskowej, aby umożliwić
mu całkowite poświęcenie się muzyce. Dzięki temu de
142

Jeanne de Salzmann (1889-1990), córka Julesa Allemanda, znanego szwajcarskiego architekta, studiowa¬
ła muzykę (fortepian, kompozycję i dyrygenturę)
w konserwatorium w Genewie. Była tancerką i na¬
uczycielką rytmiki oraz uczennicą Emile'a Jaques-Dalcroze'a, z którym pracowała w Hellerau w Niemczech,
w awangardowym instytucie sztuki, tańca i teatru.
Spotkała tam malarza i scenografa, Alexandra de Sal¬
zmanna, którego poślubiła w 1917 roku. Podczas re¬
wolucji w Rosji mieszkała z mężem w Tiflisie w Gruzji,
gdzie otworzyła szkołę tańca i muzyki. W 1919 roku
kompozytor Thomas de Hartmann przedstawił mał¬
żeństwo de Salzmannów Gurdżijewowi. Spotkanie to
miało decydujące dla nich znaczenie. Z upływem lat

�NOTY O AUTORACH

Jeanne de Salzmann stała się najbardziej zaufaną asy­
stentką Gurdżijewa, który pod koniec życia wyznaczył
ją na kontynuatorkę swej pracy. Pod jej kierownic­
twem nauczanie Gurdżijewa rozwinęło się i poszerzyło.
Doprowadziła ona do połączenia wielu grup pracują­
cych w odosobnieniu. Nadzorowała publikacje i tłu­
maczenia książek Gurdżijewa. Przez ponad czterdzieści
lat pracowała z uczniami, by zachować i przekazać da­
lej ćwiczenia i tańce opracowane przez Gurdżijewa.
Wyjątkowy cykl filmów dokumentalnych zatytułowa­
ny Sacred Dances daje świadectwo jej pracy i stanowi
niezrównaną dokumentację nauczania Gurdżijewa.

cudownego), tomu opublikowanego w języku angiel­
skim dwa lata po jego śmierci, a następnie w przekła­
dach na wiele języków pod tytułem Fragments of an
Unknown Teaching (Fragmenty nieznanego nauczania).
Dzieło to stanowi najbardziej klarowną wykładnię idei
Gurdżijewa i jest jedną z przyczyn wzrostu ich oddzia­
ływania. Spotkanie z Gurdżijewem w Moskwie w 1915
roku stanowiło punkt zwrotny w jego życiu. Odtąd za
swój główny cel Uspieński uznał studiowanie i stoso¬
wanie w praktyce idei przekazywanych przez niego.
Rozstał się jednak z Gurdżijewem w 1918 roku na
Kaukazie, gdzie pracował z nim przez prawie rok, a na­
stępnie przez Konstantynopol dotarł do Londynu
(1921). Wygłaszał tam wykłady i organizował prywat­
ne spotkania. Po raz ostatni spotkał Gurdżijewa w Pa­
ryżu w 1930 roku. Lata I I wojny światowej spędził
w Stanach Zjednoczonych, wygłaszając wykłady
w Nowym Jorku. Na początku 1947 roku powrócił do
Londynu, gdzie zmarł.

Michel de Salzmann (1923-2001) był odpowiedzial­
ny za prowadzenie grup w Paryżu, w Holandii oraz
w Genewie, a także podczas letnich spotkań w Alpach
Szwajcarskich, w trakcie których zbierali się członko¬
wie różnych grup z całego świata. O d 1990 roku do
śmierci w sierpniu 2001 doktor de Salzmann kierował
siecią fundacji, towarzystw i instytutów Gurdżijewa na
świecie. Jego przyjaciele oddają mu cześć jako jednej
z największych postaci duchowych XX wieku.

Grzegorz Ziółkowski (ur. 1970) pracuje w Zakładzie
Dramatu i Teatru Uniwersytetu Adama Mickiewicza
w Poznaniu oraz jako Dyrektor Programowy Ośrodka
Tchesslav Tchechovitch (Czesław Czechowicz) spo­
Grotowskiego we Wrocławiu. Jest autorem monografii
tkał Gurdżijewa w Konstantynopolu w 1921 roku
Teatr Bezpośredni Petera Brooka (2000). Razem z Ewą
i tam podjął z nim pracę, którą kontynuował w Prieuré
Guderian-Czaplińską przetłumaczył na język polski
i w Paryżu aż do śmierci Gurdżijewa w 1949 roku. Tom
książkę Petera Brooka Ruchomy punkt (2004). Współ­
jego wspomnień Tu l'aimeras — Souvenirs sur G. I. Gur- redagował dwa zeszyty specjalne „Pamiętnika Teatral­
djieff został opublikowany w lutym 2005 roku. Angiel¬
nego" poświęcone Jerzemu Grotowskiemu (2000,
skie tłumaczenie tej książki ukaże się drukiem w koń¬
2001). Razem z Paulem Allainem zredagował zeszyt
cu 2005 roku.
specjalny „Contemporary Theatre Review" na temat
teatru polskiego po 1989 roku. Z Jarosławem Fretem
Henri Tracol był dziennikarzem i fotografem, który
zorganizował czternastą sesję Międzynarodowej Szko¬
obserwował hiszpańską wojnę domową jako dyrektor
ły Antropologii Teatru Eugenia Barby (2005).
agencji prasowej republikanów. Pracował następnie
w Musée de l'Homme w Paryżu i został rzeźbiarzem.
Przez dziesięć lat był bliskim uczniem Gurdżijewa. Ja¬
ko czołowy przedstawiciel nauczania został prezyden¬
tem Instytutu Gurdżijewa we Francji i razem z Jeanne NOTY O POZOSTAŁYCH A U T O R A C H :
de Salzmann zredagował francuskie wydanie Opowie­
ści Belzebuba.
Eugenio Barba urodził się w 1936 r. we Włoszech, do­
rastał we wsi Gallipoli. Po ukończeniu akademii woj­
Tilo Ulbricht jest emerytowanym naukowcem, który
skowej w Neapolu zrezygnował z kontynuowania woj­
prowadził badania w różnych dziedzinach, takich jak:
skowej kariery śladami swojego ojca i rozpoczął studia
kwasy nukleinowe, pochodzenie życia, środowisko na¬
nad francuską i norweską literaturą oraz historią reli­
turalne, dieta i zdrowie. Pracował także w krajach roz¬
gii na Uniwersytecie w Oslo.
wijających się, zarządzając badaniami w rolnictwie. Je¬
W 1961 r. Barba przyjechał do Warszawy aby stu­
go nauczycielami w Pracy byli najbliżsi uczniowie Gurdiować reżyserię teatralną w Państwowej Wyższej
dżijewa. Jest członkiem rady The Gurdjieff Society of
Szkole Teatralnej. Po roku dołączył do Jerzego Gro­
London.
towskiego, wówczas stojącego na czele Teatru 13 Rzę­
dów, w którym Barba spędził następne trzy lata. Jego
pierwsza książka poświęcona Grotowskiemu: In Search
Piotr Demianowicz Uspieński (1878-1947), rosyjski
autor, myśliciel i mistyk. Książka Tertium Organum,
of a Lost Theatre (W poszukiwaniu teatru straconego)
którą napisał w 1911 roku, ukazała się w Nowym Jor¬
została opublikowana w 1965 r. we Włoszech i na Wę¬
ku w 1922 roku, przynosząc mu międzynarodową sła¬
grzech. W ciągu ostatnich 36 lat Barba wyreżyserował
wę. Zostanie jednak zapamiętany przede wszystkim ja­
23 przedstawienia, niektóre wymagające prawie dwu­
ko autor In Search of the Miraculous (W poszukiwaniu
letnich przygotowań. Do najbardziej znanych należą
143

�NOTY O

Ferai (1969), Min Fars Hus (Dom mego ojca, 1972),
Brecht's Ashes (Popioły Brechta, 1980), The Gospel
According to Oxyrhincus (Ewangelia z Oxyrhynchos,
1985), Talabot (1988), Kaosmos (1993) oraz Mythos
(1998).
W 1979 r. Barba założył Międzynarodową Szkołę
Antropologii Teatru ISTA. Jest członkiem rad redak­
cyjnych takich periodyków jak „The Drama Review",
„Performance Research", „New Theatre Quarterly"
oraz „Teatro e Storia". Wśród jego ostatnich publika­
cji, przetłumaczonych na wiele języków, wyróżnić war­
to: The Paper Canoe (wyd. Routledge), Theatre: Solitu­
de, Craft, Revolt (wyd. Black Mountain Press), Land of
Ashes and Diamonds. My Apprenticeship in Poland, fol­
lowed by 26 letters from Jerzy Grotowski to Eugenio Bar¬
ba (wyd. Black Mountain Press) oraz The Secret Art of
the Performer, napisany we współpracy z Nicolą Savaresem (wyd. Centre for Performance Research/ Routledge). Eugenio Barba otrzymał doktorat honoris
causa uniwersytetów w Àrhus, Ayacucho, Bolonii,
Hawanie, oraz Warszawie, jak również odznaczenie
„Reconnaissance de mérite scientifique" Uniwersyte­
tu w Montrealu. Przyznano mu m.in. Nagrodę Duń­
skiej Akademii, Nagrodę Meksykańskich Krytyków
Teatralnych, nagrodę Diego Fabbri, Miedzynarodową
Nagrodę Pirandello oraz Nagrodę Sonning Uniwersy¬
tetu w Kopenhadze.
Zbigniew Benedyktowicz - antropolog kultury, re¬
daktor naczelny kwartalnika „Konteksty. Polska Sztu¬
ka Ludowa". Członek redakcji „Kwartalnika Filmowe­
go". Kierownik Pracowni Antropologii Kultury, Filmu
i Sztuki Audiowizualnej Polskiej Akademii Nauk. Au¬
tor prac z zakresu wyobraźni symbolicznej i antropolo­
gii współczesnej. Współautor książki Dom w tradycji lu­
dowej (1993). Autor pracy Portrety „obcego" (2000).
Roberta Carreri urodziła się w 1953 r. w Mediolanie
(Włochy). W 1974 r. dołączyła do Odin Teatret pod¬
czas pobytu grupy we włoskiej miejscowości Carpignano. Jej teatralne doświadczenia zostały opisane w The
Actors Way, pod redakcją Erika Exe Christoffsena.
Carrieri prowadzi warsztaty dla aktorów z całego świa¬
ta, oraz demonstrację pracy, zawodową autobiografię
zatytułowaną Traces in the Snow (Slady we śniegu).
Dwa razy do roku kieruje imprezą Odin Week (Ty¬
dzień Odin) organizowaną w Holstebro.
Henryk Jurkowski - teatrolog, profesor w Akademii
Teatralnej w Warszawie. Teoretyk i historyk teatru
lalek. Również autor prac z zakresu folklorystyki, semiologii, antropologii. Krytyk teatralny publikujący
swe prace w czasopismach „Scena", „Teatr", „Dialog"
i inne. Dramaturg i tłumacz. Do najważniejszych
prac historycznych należą: trzytomowe Dzieje teatru
lalek (PIW 1970-1984); do prac teoretycznych: Szki­
ce z teorii teatru lalek (POLUNIMA-Łódź), do dzieł

dramatycznych Tryptyk staropolski wystawiony w Te­
atrze Lubelskim (1972). Szeroka działalność zagra­
niczna w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Teatrów
Lalek U N I M A (sekretarz generalny, prezydent, pre­
zydent honorowy). Stała współpraca ze szkołami te­
atralnymi (w charakterze profesora gościnnego)
w Londynie, Stuttgarcie, Charleville-Mezieres i Pra­
dze czeskiej.
Ostatnio opublikował: Antologia
Klasycznych Tekstów Teatru Lalek - Barok - Roman­
tyzm. PWST Wrocław 1999; Antologia Klasycznych
Tekstów Teatru Lalek, Modernizm, PWST Wrocław
2001; Antologia Klasycznych Tekstów Teatru Lalek.
W kręgu polskich tradycji. PWST Wrocław 2003;
Metamorfozy Teatru Lalek w XX Wieku, Errata, War¬
szawa 2002.
Tage Larsen urodził sie w 1949 r. w Randers (Da­
nia). Choć pracę w Odin Teatret rozpoczął w 1971
r. jako „złota rączka", szybko zdobył pierwsze aktor­
skie doświadczenia. Zmęczony życiem w teatrze od¬
szedł w 1974 r. powróciwszy prawie natychmiast,
w Odin Teatret pozostał do 1987 r., gdy zainauguro­
wał działalność własnej grupy teatralnej, Yorick Teatret. Larsen również nauczał w Nordkisk Teater
Skole w Ârhus. W 1997 r. ponownie dołączył do
Odin Teatret.
Iben Nagel Rasmussen urodziła się w 1945 r. w Ko¬
penhadze (Dania). Pierwszy członek grupy, który do¬
łączył do teatru po jego przyjeździe do Holstebro
w 1966 r. Historia jej pracy aktorskiej została opisana
w The Actor's Way, pod redakcją Erika Exe Christoffersena. Podstawowym projektem pedagogicznym Rasmussen są coroczne spotkanie aktorskie, które służą
wymianie artystycznych doświadczeń oraz tworzeniu
spektaklu, którego nazwa pochodzi od grupy „Vindenes Bro" (Most Wiatrów).
Mirella Schino wykłada historię teatru i spektaklu na
uniwersytecie dell'Aquila. Współredaktor „Teatro
e Storia". Jej badania obejmują komedię dell'arte,
dziewiętnastowieczny teatr europejski, historię reżyse¬
rii teatralnej, oraz współczesny teatr eksperymentalny.
O d 1987 r. uczestniczy w Międzynarodowej Szkole
Antropologii Teatru ISTA. Do najważniejszych publi¬
kacji Schino należą: Il segreto delia Commedia dell'arte
(we współpracy z Nando Taviani, wyd. Casa Usher,
Florencja 1982); Il teatro di Eleonora Duse (wyd. I I
Mulino, Bolonia 1992); Il crocevia sulponte d'Era. Storie e von da una generaliom teatrale. 1974-1995 (wyd.
Bulzoni, Rzym 1996); Teorici, registi e pedagoghi vol. III,
w: Storia delteatro moderno e contemporaneo (wyd.
Einaudi, Turyn 2001); Profilo delteatro ita Kano. Dal
XV al XX secolo (wyd. Carocci, Rzym 2003); La nascita delia regia teatrale (wyd. Laterza, Rzym 2003); Racconti del Grane Attore (wyd. Citta d i Castello, Edi¬
mond 2004).

�NOTY O AUTORACH

Paweł Soszyński - doktorant w Instytucie Kultury
Polskiej UW, promotorem pracy magisterskiej „Taniec
labiryntu - hermeneutyka doświadczenia mitu" i po­
wstającego w Zakładzie Teatru i Widowisk IKP dokto¬
ratu na temat fenomenologii doświadczenia u Jerzego
Grotowskiego jest prof. Leszek Kolankiewicz. Autor
powieści.
Ferdinando Taviani - profesor historii teatru (Uniwer­
sytet dell'Aquila, Włochy). Tematyka jego badań obję­
ła komedię dell'arte, dziewiętnastowieczny teatr z naci¬
skiem na kulturę aktorów, teatr Pirandella, zwłaszcza
relacje pomiędzy praktykami scenicznymi i dramatem,
oraz - w odniesieniu do teatru XX wieku - „sztukę ak¬
torów", teatry eksperymentalne i anomalne, a takze re¬
lacje pomiędzy praktykami scenicznymi i dramatyczny¬
mi. Jeden z założycieli „Teatro e Storia" oraz Międzyna¬
rodowej Szkoły Antropologii Teatru ISTA.
Julia Varley urodziła się w 1954 r. w Londynie (Wiel­
ka Brytania). W 1976 r. zadebiutowała w Odin Teatret. Poza aktorstwem, Varley zajmowała się również

scenariopisarstwem, reżyserią oraz kwestiami organi­
zacyjnymi. Jej artykuły drukowano na łamach „Mime
Journal", „New Theatre Quarterly", „Teatro e Storia",
„Conjunto", oraz „Lapis and Mascara". Wyreżysero­
wała dwa przedstawienia dla Teatru Pumpenhaus
(Niemcy - 1992) oraz Semillas de Memoria wraz z Aną
Woolf (Argentyna - 1999).
Od 1980 r. Varley bierze udział w organizowaniu Mię­
dzynarodowej Szkoły Antropologii Teatru ISTA.
Członek Magdalena Project od chwili jego powstania
w 1986 r. Stoi na czele Transit Festival - Międzynaro­
dowego Festiwalu i Spotkań Teatralnych.
Torgeir Wethal urodził się w 1947 r. w Oslo (Norwe­
gia). Od 1964 r. bierze udział we wszystkich zespoło¬
wych występach Odin Teatret. Jego aktorskie wspo¬
mnienia zostały spisane w The Actor's Way, pod redak­
cją Erika Exe Christoffersena. Wethal kieruje produk­
cją Odin Teatret Film, jest reżyserem filmów prezentu­
jących występy grupy, jak również poswięconych pra­
cy Decroux, Cieślaka i aktorów Odin Teatret.

Gurdjieff was a „Greek-Armenian spiritual teacher
who remains an enigmatic figure and an increasingly
influential force i n the contemporary landscape of
new religious and psychological teachings. [...] He
brought to the West a comprehensive model of esote¬
ric knowledge and left behind him a school embody¬
ing a specific methodology for the development of
consciousness", Michel de Salzmann writes i n a bio¬
graphical note included i n the selection.
[More information can be found at the web-sites
of The International Association of Gurdjieff Founda­
tions (www.iagf.org) and of Gurdjieff International Re­
view (www.gurdjieff.org).]
The articles are grouped i n six sections: Recep­
tion, Towards the Essence, Teaching, Belzeebub and
Movements, Gurdjieff — the Man, and Bibliography. In
the first section, Grzegorz Ziółkowski writes about
how little Gurdjieff teaching is known i n Poland.
The situation is only now beginning to change - the
first Polish group supervised by a qualified teacher
has been recently formed. The author underlines
that i n Poland interest i n Gurdjieff is mostly (but not
exclusively) due to Jerzy Grotowski for whom Gurdjieff constituted an important reference point since
the late 1970's.

Summaries

Special Section on G . I . Gurdjieff and His Teaching
Edited by Grzegorz Ziółkowski, Consulted with Ti¬
lo Ulbricht, in Collaboration with James Moore
In his General Introduction Peter Brook explains the
motives for publishing i n „Konteksty" a section devo¬
ted to G. I . Gurdjieff and his teaching: „In November
2001, The Grotowski Centre i n Wrocław organised
a special seminar to enable Polish students and thin¬
kers to acquaint themselves with a vast subject - the
teaching of George Ivanovitch Gurdjieff. The consi¬
derable interest that the three days of meetings and
discussions aroused led to a powerful wish to under¬
stand the subject more fully and more deeply. This is¬
sue of 'Konteksty' is a first attempt to respond to this
demand. It brings together the experiences of many
who have devoted a considerable part of their lives to
following the Gurdjieff teaching".

145

�SUMMARIES

The second part is a collection of texts based on
speeches delivered at the „Towards the Essence" con¬
ference organised by the Grotowski Centre in Wro¬
cław (2001). For Peter Brook, James Moore, Lauren¬
ce Rosenthal and Tilo Ulbricht an encounter with
Gurdjieff's understanding formed a central axis of
their lives. I n their capacities as a theatre and film di¬
rector (Brook), a writer (Moore), a musician and
composer (Rosenthal), and a scientist (Ulbricht) they
present their own essential perception of what this te¬
aching means today.
The third part, Teaching, expresses the opinions of
those who worked with Gurdjieff directly and of the
„second generation" of his pupils - as in the case of Ja­
mes Moore and especially Jeanne de Salzmann; it is
on her shoulders that Gurdjieff placed responsibility
for a continuation of his work. Her guidance made it
possible to develop and expand Gurdjieff's teaching
and to draw together many of his pupils and separate
groups. She also supervised the translation and publi¬
cation of Gurdjieff's written works. Over a period of
forty years, Jeanne de Salzmann worked tirelessly with
her pupils to preserve and transmit the exercises and
dances originally taught by Gurdjieff. Her First Initia¬
tion is a pitiless critique of those human beings who in
reality 'are not what they believe to be.' Only the ac­
ceptance of this idea and observation without precon¬
ceptions can place wo/men on the path leading to¬
wards truth - Jeanne de Salzmann firmly states.
Thomas de Hartmann and P. D. Ouspensky also
belong to those who met Gurdjieff (already in pre-revolutionary Russia) and collaborated with him. The
former helped Gurdjieff to translate his musical ideas
into actual notes on paper. „De Hartmann's musical
credentials were impeccable", Rosenthal writes. „He
had studied at the Moscow Conservatory with the
well-known Taneyev, as had his contemporaries
Rachmaninov and Scriabin. He became not only Gurdjieff's lifelong disciple, but also his devoted collabo¬
rator, dedicating his deep musical sensibilities to the
realisation of Gurdjieff's musical ideas". „'Ouspensky
will be chiefly remembered for In Search of the Miracu¬
lous, published posthumously in 1949 and later in se¬
veral foreign languages under the title Fragments of an
Unknown Teaching. This work is by far the most lucid
account yet available of the teaching of G. I . Gurdjieff, and it has been a principal cause of the growing
influence of Gurdjieff's ideas", John Pentland adds in
a biographical note on the Russian philosopher and
thinker. The section contains fragments of their prin¬
cipal books: De Hartmann's Our Life with Mr Gur­
djieff, written with his wife, Olga, and Ouspensky's In
Search of the Miraculous (a selected fragment focused
on remembering oneself).
Texts by Michel de Salzmann and Henri Tracol,
which come next in this section, concentrate on dif¬
ferent aspects of the teaching. De Salzmann's article:
146

Seeing: The Endless Source of Freedom, which demon­
strates the psychological background of the author,
puts emphasis on the quality of seeing: „As one begins
to realise that the fundamental aim is to become awa¬
re of the whole of oneself, then the sacred quality of
'seeing' becomes as important as what is seen, and
a balance begins to appear „. It should be highlighted
that from 1990 until his death in August 2001, Dr. de
Salzmann directed the network of Gurdjieff founda¬
tions, societies, and institutes around the world. In his
Remembering Oneself Henri Tracol, President of the
Gurdjieff Institute in France, evokes Gurdjieff's lucid
remark: „When you remember oneself, what exactly is
it that you remember?". His text testifies to the multifaceted questioning conducted by the author.
In a chapter entitled The Revelation in Question
from the biography Gurdjieff: An Anatomy of a Myth
James Moore pauses in his narrative on Gurdjieff's li¬
fe to present his teaching as a multilevelled structure
encompassing not only the totality of human existen¬
ce but also cosmology and a vision of the entire uni¬
verse. „Gurdjieff's ideas and methods, in all their bre¬
athtaking scope, are constellated around the idea of
conscious evolution", accentuates the biographer. He
concludes his exhaustive account by declaring that „If
this man cannot be understood without his teaching,
neither can the teaching be understood without the
man".
Gurdjieff's teaching is transmitted directly by his
disciples and followers whose working tools include
the writings of their master and special gymnastics
known as Movements. A distinctive place among the
books written by Gurdjieff is reserved for Beelze­
bub's Tales to His Grandson, first published in English
in 1950, i . e. a year after Gurdjieff's death. It is, as Mi¬
chel de Salzmann notices, „an unprecedent vast and
panoramic view of man's entire life on Earth as seen
by beings from a distant world. Through a cosmic al¬
legory and under the clock of discursive anecdotes
and provocative linguistic elaborations, it conveys the
essentials of Gurdjieff's teaching". The next section
focuses on the word and the dance as the vehicles of
teaching, and includes texts by Henri Tracol (Thus
Spake Beelzebub), who together with Jeanne de Sal­
zmann worked on the French edition of Beelze­
bub's Tales to His Grandson, and by Joanna Haggarty
(Some Aspects of Movements) and Pauline de Dampier¬
re (The Role of Movements) who taught the sacred
dances for many years.
The section on Gurdjieff — the Man encompasses
a short comprehensive biographical text by Michel de
Salzmann, written for Mircea Eliade's The Encyclopa¬
edia of Religion, and three testimonies by Gurdjieff's pupils from different periods. In Boyhood with
Gurdjieff Fritz Peters, a boy when he met Gurdjieff in
Prieuré (south of Paris) during the 1920s, describes
how strongly the master emphasised incessant work

�SUMMARIES

on developing one's self. Tcheslaw Tchechovitch's vi¬
vid evocation (The Dvadsatniki) of Constantinople in
1921, when the town teemed with refugees from the
Bolshevik revolution in Russia, shows the importance
attached by Gurdjieff to the fact that those around
him were responsible human beings capable of over¬
coming obstacles created by historical turmoil. Hen¬
riette Lannes in To Recognize a Master, addressed to
Gurdjieff's pupils in 1957, on the eighth anniversary
of his death, evokes the impact of the master's force
which she experienced in direct contact with him du¬
ring the 1940s. True teaching is validated by the qu¬
ality of the teacher's presence.
The selection ends w i t h the editor's bibliography
of sources on Gurdjieff i n Polish and with text of
Michel de Salzmann. This view is further enhanced
by Michel de Salzmann in his valuable guidelines to
those readers who can easily become lost in the
abundance of Gurdjieff literature. I n the closing
section devoted to written sources De Salzmann
stresses „the awakening power emanating from his
[Gurdjieff's] presence" and points out that „All
those who approached him were marked indelibly
by the experience", adding that „A definitive cha¬
racteristic of a living teaching or 'way' is that i t can¬
not be found i n any book". He acknowledges howe¬
ver that some books can be helpful as support while
working on one's self, as well as that „testimony is
a necessity". His sober remarks on the position of
the written in understanding Gurdjieff's teaching
can be revealing especially for those who tend to
confuse definitions with the living process of trans¬
mission.

14th Session of Ista
The Wrocław session of the International School
of Theater Anthropology (ISTA) was held on 1-15
April 2005. The author of the project was Eugenio
Barba, director and head of the forty years old Odin
Teatret company, which every few years gathers in
assorted places all over the world a group of
researchers dealing with the theatre in order to
jointly delve into the secrets of the art of acting.The
prime objective and premise of the functioning of
ISTA is an extensive theoretical and practical study
of the manners of creating a theatrical spectacle.
Barba and his coworkers try to capture the essence of
the origin of that which may be described as the
phenomenon of theatrical qualities by applying
scientific research methods and so-called theatrical
quests. The articles entitled „ISTA- Wrocław 2005"
document the workshops, spectacles and lectures
which comprised this yearOs session, enhanced with
an attempt at a meta-reflection on the meaning and
premises of the Barba project in general.
147

Henryk Jurkowski
Craig in the World of Ideas
This summary of the book Swiat Edwarda Gordona
Craiga. Przyczynek do historii idei (The World of
Edward Gordon Craig. A Contribution to the History
of Ideas, in print) contains numerous statements fully
documented in the publication. The author embarked
upon a verification of many of the terms proposed by
Craig, i . e. the theatrical artist. Contrary to common¬
ly held views, Craig did not ascribe it to the director,
but had in mind an authentic artist, regardless whe¬
ther the latter fulfilled the functions of the author of
the staging, the director or merely the stage designer.
The aversion expressed by Craig in relation to re­
ady texts (e. g. Shakespeare) was the outcome of the
same premises - an „artist of the theatre" should mo¬
uld his output from the beginning to the very end.
Craig regarded the work performed by painters and
graphic artists, who decided about every detail, as
exemplary, since it involved selecting the material
over which they subsequently dominated. This appro¬
ach proved to be a source of conflicts between Craig
and genuine actors, by no means complaisant. Natu¬
rally, he appreciated outstanding actors, capable of
transforming their personality and body. Nonetheless,
he envisaged the possibility of creating a theatre
which would apply assorted means of expression. I n
1905 he planned to open the International Uber-ma¬
rionette Theatre, with a seat in Dresden. The with¬
drawal of promoters compelled Craig to focus on his
conceptions by conducting a theatrical laboratory and
school in Florence. This was the period of the origin
of his first (unpublished) texts reflecting his interest in
the theatre of the ritual and the mystery play theatre.
It was also at that time that Craig presented his famo¬
us essay The Actor and the Uber-marionette, issued in
the debuting periodical „The Mask". This was not me¬
rely an attack launched against the egoism and me¬
diocrity of the art of acting, but a manifesto in favour
of the theatre of the ritual, inspired by publications
about the primeval religious rites of India. It was also
a demonstration in favour of the plastic arts theatre,
which placed the dynamic plastic metaphor in the fo¬
refront. Craig transferred elements of this approach to
his scenarios intended for the puppet theatre. His re¬
flections on the theatre (with a predominance of ob­
jective elements over subjective ones) remained influ­
enced by Nietzsche, from whom he also probably fo¬
stered the term „uber-marionette". This was not the
only inspiration! He also borrowed animosity towards
realism and the social service of the theatre, which is
not to say that he did not support social solidarism
and even state institution benefits for the sake of...
the theatre. Neglected by the British theatrical milieu
(throughout his whole life Craig dreamed of being ap¬
pointed director of an English theatre) he valued all

�SUMMARIES

signs of recognition by fascist Italy, Soviet Russia and
even the victorious Third Reich i n occupied Paris. E.
G. Craig was a complicated man, frequently inconsistent and naive; at the same time, he remained a creator gifted with extraordinary imagination, whose im¬
pact upon the twentieth-century European theatre
appears to be still insufficiently studied.
Henryk Jurkowski
The Art of Acting as an Expression of Philosophical
Dualism
In order to resolve an inquiry into the character of
theatrical mimesis the author examined all the „mimetic" impulses which constitute either a certain con¬
text or the sources of theatrical performance. The
text starts with a reflection on the conception propo¬
sed by Huizinga, i . e. to treat playing i n general as
a source of human culture (homo ludens). This introduction is the reason for an analysis of children's ga¬
mes, whose point of departure is the activity of an in¬
fant who, deprived of the mother's breast, tries to dominate the objects which replace it.
In this manner there opens up a domain of psycho¬
logical analyses which lead to the notion of art accor¬
ding to Freud, Jung and, predominantly, Nietzsche.
A l l these authors perceived art as a phenomenon of
the objectivising „I" which, i n the opinion of Jung,
produces myths and thus parallel worlds i n a confir¬
mation of man's inclination towards mimesis, mentio¬
ned already by Aristotle. The existence of the pheno¬
menon of mimesis is also attested by contemporary
anthropological research which, following the exam¬
ple of James Frazer, acknowledges that mimesis po¬
ssesses magical and pragmatic functions.
Michael Taussig drew attention to mimesis conceived as a manner of existing with the Others, which
implies the multi-functional nature of emulation.
Otherness possesses also a specific internal dimen¬
sion, disclosed i n the use of persons deformed mental¬
ly or physically as representatives of supernatural for¬
ces. Such an attitude yielded the inveterate tradition
of the mythical jester, whose functions were subjected
to assorted transformations, and provided an example
of the presence of mimesis upon the borderline of re¬
ality and daily life.

148

A distinct issue involves the application of the
mask as a likeness of the Other, to be tamed and tau¬
ght how to establish contact. In classical tragedy the
image of the Other persisted up to the time of perti¬
nent critical reflection, as i n the case of every deple¬
ted myth. In the theatre, the mask lost its sacral func¬
tions, making way for the human actor, a fact which
evoked a new situation. As a rule, psychologists asso¬
ciate the act of creativity with echoing the divine act
of creation. The actor is deprived of such opportuni¬
ties, since he is not a substance that could exist bey¬
ond him. (The only exception is the puppeteer who
employs artificial substance). The ensuing complica¬
ted situation demands that the actor define the de¬
gree of his involvement i n creating the depicted
world.
One could say, therefore, that the actor (or the
performer as such) enjoys an extensive scale of possi¬
bilities defined by a chance for a dualistic or monistic
conception of the world. The former vision originates
from Plato, and claims that all that which we produ¬
ce is a reflection of the world of ideas. The actor's ro¬
le and his impression of a character i n a play corre¬
spond to this approach. The monistic vision based on
Fichte's idealism, which assumes that the source of all
phenomena lies i n the uniform spiritual „I", makes it
possible for the actor to regard himself to be the gate¬
way and path towards becoming acquainted with the
world.
The dualistic vision i n the actor's performance is
confirmed by the metaphors devised by Diderot, An¬
toine, Mikhail Chekhov and, naturally, Brecht. The
monistic vision springs from the deliberations of Ar¬
taud, the „Living Theatre" and Grotowski. The who¬
le issue, however, becomes even more complicated i n
a situation when the initiator of the conception of the
actor's performance is the director, and especially
when he treats the thespian as material for his own vi¬
sions (Kantor). In those cases, the dualistic visions
harboured by the director (I, the creator - they, the
actors, my material creation) does not have to concur
with the stance of the performers who find their own
justification for the situation i n which they found
themselves. These are the complications i n the exi¬
stence of mimesis which one simply cannot foresee.

�XIV S E S J A ISTA
WYBRANA DOKUMENTACJA

Program XIV sesji ISTA
Eugenia Barba: Jak doszło do powstania ISTA
Eugenio Barba: Antropologia teatru
Eugenia Barba: Improwizacja: pamięć,
nieciągłość

powtórzenie

Hfa'ra w Krzyżowej
Concertum Mundi
Ci?/oie n™ nym/ana - barter
J

•Synipo^ium „Improwizacja: pamięć, powtórzenie,
nieciągłość"
Antologia - bukiet kwiatów. Sceny z wielu tradycji
Improwizacje
Przedstawienia: Ora efe Ofe/o; Bonjour, Monsieur Decroux,
Topeng; Sen Andersena
Wykłady
Festiwal „Wschodnia Lima"
iorum Wymiany
Prezentacje
Wydawnictwa (tylko w języku polskim)
Mai Lanfeng. Mistrz opery pekińskiej, pod red. Ewy
Gudenan-Czaplinskiej i Grzegorza Ziółkowskiego
Barba Eugenio, 5avarese Nicola: Sekretna sztuka aktora.
S!ji\-r,tk antropologii teatru, red. wyd. polskiego Leszek
Kojanfcfewifcz, przełożyli Jarosław Fret i inni
Technika i kreatywność (tylko w języku polskim*
Masaiau Llufs: Technika i kreatywność. Rozmowy
z aktorami Odin Zealzet: Thorgeirem Wethalem, Iben Nage!
Hasjpusien, Robertą Carreri i Juiią Varley.(1995), pod red.
Gj^egójza Ziółkowskiego",.przełożyła Agnieszka Cieślak

Syrnposiur

' . Pres

wL

Pub lita

Met"Can fan
Master of Pe
Grzegorz Zió
Barba E
Słownik an
Dictionary
Leszek Kola
Teehniqu
Mas
With Od,
Rasmu
text ed
Cieślak

?ry pekińskiej [Mei L,
' Ewa Guderian-Cza

%

Acknowledge"
Tho Grotowski
Ośrodek Grotowskiego jest instytucją łączącą przedsięwzięcia artystyczne i badawcze, które odpowiadają na wyzwania postawione
przez praktykę artystyczną Jerzego Grotowskiego. Ośrodek istnieje od 1990 roku i działa w dawnych pomieszczeniach Teatru
Laboratorium na Rynku Starego Miasta we Wrocławiu oraz w leśnej bazie w Brzezince koło Oleśnicy. Patronat nad Ośrodkiem
sprawują Władze Miasta Wrocławia.
The Grotowski Centre is an institution which combines artistic and scholarly research projects that correspond to the challenges laid
down by Jerzy Grotowski s artistic practice, f-ounded in 1990 the Centre operates from the former Laboratory Theatre premises locat­
ed in Wroclaw's Old Market Square and from the forest base of Brzezinka near Oleśnica.
Dyrektor/ Director: Jarosław Fret

Dyrektor Programowy/ Programme Director: Grzegorz Ziółkowski

0 £ A 0 D f K GfLOTOWSPifGO/Tflf GKOTOWSfci CENTRE
Rynek-Ratusz 21, 50- 101 Wrocław (Poland)
Tel. (48) 71 34 45 320 / Fax (48) 71 34 34 267
E-mail: sekretariat@grotcenterart.pl / wwwgrotcenter.art.pl

�Polska Sztuka Ludowa

KONTEKSTY
• CULTURAL ANTHROPOLOGY • ETHNOGRAPHY • A R T *
2005 rok LX nr 2 (269). Indeks 369403. ISSN 1230-6142. Cena 15 zł
I N S T I T U T E OF A R T P O L I S H A C A D E M Y OF SCIENCES, CULTURE F O U N D A T I O N , LIBER PRO A R T E

C o n t e n t s 2 2005
ZBIGNIEW BENEDYKTOWICZ

The Puzzleman and Riddle of Mankind.
- Anthropology of Theatre
Georgiy Ivanovich Gurdjieff

Material edited by Grzegorz Ziółkowski, consultant:
Tilo Ulbricht, cooperation: James Moore, editor of translations: Grzegorz Ziółkowski
Introduction by Peter Brook
Reception
GRZEGORZ ZIÓŁKOWSKI The Reception of the Teachings of Georgiy Ivanovich
Gurdjieff in Poland
Towards Essence
PETER BROOK Introduction: " Towards Essence"
PETER BROOK Playing a Part in Life
JAMES MOORE Speech Given in Wrocław in November 2001
LAURENCE ROSENTHAL

Towards Essence

TILO ULBRICHT Introduction to Teaching about Great Laws
Teaching
THOMAS DE H A R T M A N N

Our Life with Master Gurdjieff (fragment)

PYOTR D. USPIENSKY Fragments of Unknown Teachings. In Search of the
Miraculous (fragment)
JEANNE DE SALZMANN

First Initiation

MICHEL DE SALZMANN Seeing: The Endless Source of Freedom
HENRI TRACOL

JAMES MOORE

„Remembering Oneself"

The Revelation in Question

Beelzebub and Movements
HENRI TRACOL Thus Spake Beelzebub
JOANNA HAGGARTY Some Aspects of Movements
Role of Movements - an interview with Pauline de
Dampierre
150

�Gurdjieff

M I C H E L DE SALZMANN

- the

Man

Georgiy Ivanovich Gurdjieff

FRITZ PETERS Boyhood with Gurdjieff
TCHESSLAV TCHEKHOVITCH
HENRIETTE LANES

(Czesław Czechowicz) Faithful of the Twentieth Day
Recognize a Master

Bibliography
GRZEGORZ ZIÓŁKOWSKI Bibliography of Sources in Polish on Gurdjieff
and His Teachings
MICHEL DE SALZMANN Reference to Literature on Gurdjieff
Editorial note
Expressions of gratitude
HENRYK JURKOWSKI

Craig in the World of Ideas

HENRYK JURKOWSKI

The Art of Acting as an Expression of Philosophical
Dualism

14th Session of I S T A (International School of Theatre Anthropology)
- Improvisation Memory, Repetition, Discontinuity
MACIEK RożALSKI
EUGENIO BARBA
JULIA VARLEY

A Utopia Which Managed to Come into Being
The Origin of ISTA.

Translated by Katarzyna Kasia

ISTA - Tale of Transformation. Open Letter to the
Participants and Chairpersons of the 14th ISTA

Session,

Wrocław, 2005. Translated by Maciek Rożalski
NANDO TAVIANI

Experiencing the Theatre between Improvisation and
Premeditation. Translated by Katarzyna Kasia
Improvisations by Odin Teatret Actors. Translated by
Jolanta Kossakowska

PAWEŁ SOSZYŃSKI Andersen's Dream
PAWEŁ SOSZYŃSKI

EUGENIO BARBA

Slow Motion

Children of Silence. Reflections on the Fortieth
Anniversary of Odin Teatret - To Special People — Friends
of Odin Teatret. Translated by Zofia Dworakowska

EUGENIO BARBA

Winning the Difference - Letter to a certain Historian with
an Unmanageable Autobiographical Memory.
Translated by Katarzyna Kasia
Notes on the authors of texts
Summaries of articles
Contents

151

�W następnych zeszytach Kontekstów n r 3 i 4/2005
poświęconych tematowi: Oko, wzrok, spojrzenie:
obraz w kulturze ukażą się m.in.

Françoise Frontisi-Ducroux Oko,

wzrok, spojrzenie - kilka greckich przedstawień

przełożyła Magdalena

Garncarek * Mauro Manichetti Lustro, odbicie i świat Dionisosa przełożył W. Michera, współpraca
A . Dudzińska-Facca * Krystyna Bartol Korespondencja sztuk. Simonides i inni. * Katarzyna Pietruczuk Ślepiec
i widz - Edyp w Kolonos Sofoklesa * Judith Okely Wizualizm i krajobraz: patrzeć i widzieć w Normandii przełożyła

i

Iwona Kurz * Szymon Wróbel Czarowanie reprezentacji * Jerome Baschet Inwencyjność

i seryjność

średniowiecznych przedstawień. W kierunku poszerzonej metody badania ikonografii. Przełożył Jan Mackiewicz *
Kornelia Binicewicz Najlepszy obraz świata. Ekfrazy Zmartwychwstania

Piera delia Francesca. * Wiesław

Juszczak Ekfraza imagnacyjna: eidolon Heleny. * Eleusis - dyskusja wokół książki Karla Kerenyiego z udziałem
Juszczaka, W. Lengauera, L . Kolankiewicza i K . Bielawskiego * Włodzimierz Lengauer Eleusis *
Krzysztof Bielawski Pajany delfickie - kontekst historyczny. * François Lissarrague, Alain Schnapp Imagerie des
Grecs

ou Grèce

des imagiers? Przełożyła Małgorzata Grąbczewska * Jaś Elsner Seeing and

Saying:

A Psychoanalytic Account of Ekphrasis, przełożył W. Michera * Yannis Papadopoulos Wild animals - Theatre
Gods, przełożyła Iwona Kurz * Wojciech Michera Kobieta-wąż

* Cynthia Klestinec Vesalius i kultura druku:

publiczna sekcja zwłok jako rytuał intymny, przełożyła Katarzyna Przyłuska * Jonathan Simon Invisible and
visible technology. The anatomist, the corpse and the public. Honoré Fragonard and Gunther von Hagens, przełożyła
Katarzyna Przyłuska * Łukasz Zaremba Wenecja - Kinszasa. Niewidzialne miasta * Anna Wieczorkiewicz,
Kobieta-Małpa,

Kobieta-Niedźwiedź.

Historia s pojrzenia na Julię Pastranę * Tomasz Szerszeń Warszawa - Paryż:

obrazy destrukcji * Aleksandra Melbechowska-Luty „Posąg jest przezroczem, duchowym widziadłem.
przypomnień o mitach i magii skulptury. * Janusz Barański Antropologia, między przed- a ponowoczesnością
wróżb na nowy wiek.* Stanisław Fijałkowski Kilka problevnéw

budowy obrazu w pismuach

Kilka
- garść

Wadysława

Strzemińskiego. * Aleksander Jackowski W kręgu sztuki trudnej do nazwania (Krzysztof Okoń, Rt)man Śledź,
Władysław Rząb). * Anna Niedźwiedź Sztuka czytania ikon. (Robin Cormack, „Malowanie duszy. Ikony, maski

w religijności typu ludowego. Kilka uwag na przykładzie
Częstochowskiej.

materiałów

dotyczących

wizerunku

* Anna Niedźwiedź Symbolika ran z obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej

Matki

Boskiej

w twórczości

niezależnej lat osiemdziesiątych. * Anna Krynicka Xięga i Księga - dwie przestrzenie doświadczenia (czytania), szkic
topograficzny. * Marta Steiner Opera z pachnącego
z Michałem Kokotem.

portu. * Hubert Czachowski Formy duszy. Rozmowa

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9814" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9792">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/00e6f5f07d6caa1153ebc2f1e9bd483f.pdf</src>
        <authentication>df0ff03b1541828d80306051b13cbf91</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116762">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6497</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116763">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116764">
                <text>2014</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116765">
                <text>okładka</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116766">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:6069</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116767">
                <text>Okładka/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2014 Special Issue</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116768">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2014 Special Issue</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116769">
                <text>redakcja PSL- Konteksty</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116770">
                <text>ang</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116771">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116772">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116773">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116774">
                <text>ISSN 1230-6142

Special Issue 2014

Polska Sztuka Ludowa

K o n teksty

♦ CULTURAL ANTHROPOLOGY ♦ ETHNOGRAPHY ♦ ART ♦

ANTHROPOLOGY

between Scie n ce and A rt

ANTHOLOGY OF TEXTS FROM THE QUARTERLY "KONTEKSTY" (CONTEXTS)

Volume I

Anthropology
of Contemporary
Culture

Uolume II

Anthropology
of Film

�Palace of Culture and Science in Warsaw.
© Photo: Anna Beata Bohdziewicz
On the cover: altar erected in Defilad Square (in front of the Palace of Culture and Science in Warsaw), where Holy Mass
was celebrated during the visit-pilgrimage of Pope John Paul II in Poland, 1987. © Photo: Anna Beata Bohdziewicz
Editorial Staff:
Zbigniew Benedyktowicz (Editor-in-Chief), Aleksander Jackowski, Danuta Benedyktowicz (Managing Editor),
Justyna Chmielewska, Dariusz Czaja, Wojciech Michera, Maciej Rożalski, |Czesław Robotyckj, Tomasz Szerszeń.
Summaries: Aleksandra Rodzińska-Chojnowska
Scientific Editorial Board:
Jerzy Bartmiński (Maria Curie-Skłodowska University, Lublin), Antoni Kroh (Ethnographical Workshop, Nowy Sącz),
Ludwik Stomma (Ecole des Hautes Etudes, Sorbonne, Paris), Roch Sulima (University of Warsaw),
Zofia Bisiak (Foundation Academy Łucznica)

NARODOWY PROGRAM
ROZWOJU HUMANISTYK*
This scientific publication was financed by the Minister of Science and Higher Education in the
frame of the “ National Programme for the Development of the Humanities”
[Narodowy Program Rozwoju Humanistyki] for 2012-2013.

Translation: Aleksandra Rodzińska-Chojnowska
Selection and edition: Zbigniew Benedyktowicz
Design: Andrzej Łubniewski
Editorial address: Instytut Sztuki PAN, ul. Długa 26/28, 00-950 Warszawa,
skr. poczt. 994, tel. (+48 22) 50 48 243
tel./fax (+48 22) 50 48 296; e-mail: konteksty@ispan.pl; www.konteksty.pl
Publisher: INSTITUTE OF ART POLISH ACADEMY OF SCIENCES, SOCIETY LIBER PRO ARTE
„Konteksty” in electronic version is also available in Central and Eastern European Online Library (CEEOL)
http://www.ceeol.com/aspx/publicationlist.aspx
Electronic design: Łukasz Pruszko

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9813" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9791">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/26d3de6821d45c48e010edd0209e4dca.pdf</src>
        <authentication>f3695300eb26335d35de7a2cc41d6191</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116749">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6491</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116750">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116751">
                <text>2005</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116752">
                <text>International School of Theatre Anthropology</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116753">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:6064</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116754">
                <text>Slow Motion / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2005 t.59 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116755">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty t.59 z.2, s.126-127</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116756">
                <text>Soszyński, Paweł</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116757">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116758">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116759">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116760">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116761">
                <text>XIV SESJA MIĘDZYNARODOWEJ SZKOŁY ANTROPOLOGII T E A T R U ISTA
„Improwizacja: pamięć, powtórzenie, nieciągłość"
Wrocław - Krzyżowa 1-15 kwietnia 2005

Dyrektor: Eugenio Barba

11-13 kwietnia Festiwal „Wschodnia L i n i a "

O R G A N I Z A C J A : OŚRODEK G R O T O W S K I E G O , W R O C Ł A W

F O R U M W Y M I A N Y OŚRODEK G R O T O W S K I E G O

1-7 kwietnia Sesje pracy w Krzyżowej
Wydarzenia otwarte
Concertum Mundi z udziałem muzyków z Bali, Brazylii, Danii, Francji, Indii, Niemiec,
Japonii i Polski
Kościół w Grodziszczu
Wiosenna wymiana - barter
Ośrodek Fundacji "Krzyżowa" dla Porozumienia Europejskiego

Przemysław Wasilkowski

Projekt Terenowy/Teatr Węgajty

Continuo Theatre
(Czechy)

Omma Theatre
(Grecja)

Free Theatre
(Białoruś)

Centre for Research i n Culture
(Słowenia)

Lalish TheaterLabor
(Kurdystan/Austria)

Green Theatre of Bishkek
(Kirgistan)
Aleksander Gamirov
(Uzbekistan)

8-10 kwietnia Sympozjum „Improwizacja: pamięć, powtórzenie, nieciągłość"
Scena na Świebodzkim we Wrocławiu, pl. Orląt Lwowskich 20 c

SPEKTAKLE
Program A

8 kwietnia
Wprowadzenie: Eugenio Barba; O d i n Teatret (Dania), Pura Desa Ensemble (Bali)
i Nando Taviani (Włochy)
Ord de Otello - Przedstawienie Augusto O m o l u (Brazylia)
Antologia - bukiet kwiatów. Sceny z wielu tradycji
Ileana Citaristi (odissi; Indie), O d i n Teatret (Itsi-Bitsi), Pura Desa Ensemble (topeng;
Bali), Thomas Laebhart (mim cielesny; U S A ) , Augusto O m o l u (orixd; Brazylia),
A k i r a Matsui (no; Japonia)
9 kwietnia
Pokazy praktyczne: A k i r a Matsui (Japonia), Giennadij Bogdanow (Rosja), Augusto
O m o l u (Brazylia), Ileana Citaristi (Indie), A n a Woolf (Argentyna)
„Grotowski: pamięć, nieciągłość"
Wystąpienia: prof. Zbigniew Osiński, prof. Leszek Kolankiewicz, dr Grzegorz Ziół¬
kowski (Polska)
Bonjour Monsieur Decroux - Thomas Leabhart (USA)
Scena Kameralna Teatru Polskiego, u l . Świdnicka 28
Prezentacja filmu Theatrum Mundi
Ośrodek Grotowskiego, Rynek-Ratusz 27

Program B

Plavo Pozoriste
(Belgrad, Serbia i Czarnogóra)
Diakctics of Soul - Study of Freedom
- IMPART

Studium Teatralne (Warszawa, Polska)
Człowiek - Scena na Świebodzkim

Teatr im. L. Kurbasa (Lwów, Ukraina)
Marko frokliaty or the
Legend of the East
- Ośrodek Grotowskiego

Farma v Jeskyni (Praga, Czechy)
Sclavi - Teatr Współczesny

Teatr Pieśń Kozła
(Wrocław, Polska)
Kroniki - obyczaj lamentacyjny
- Teatr Pieśń Kozła

Teatr Z A R (Wrocław, Polska)
Ewangelie dzieciństwa
- Brzezinka

Studium Teatralne (Warszawa, Polska)
Człowiek - Scena na Świebodzkim

Plavo Pozoriste (Belgrad, Serbia i Czarnogóra)
Dialectics of Soul - Study of Freedem
- IMPART

Farma v Jeskyni (Praga, Czechy)
Sclavi - Teatr Współczesny

Teatr i m . L. Kurbasa (Lwów, Ukraina)
Marko Prokliaty or the Legend of the East
- Ośrodek Grotowskiego

Sen Andersena
Przedstawienie O d i n Teatret (Dania)
Wytwórnia Filmów Fabularnych, u l . Wystawowa 1

Spotkanie Eugenia Barby i O d i n Teatret z artystami przedstawiającymi swoją pracę
w ramach Festiwalu Wschodnia Linia

Topeng - Pura Desa Ensemble (Bali)
Wrocławski Teatr Współczesny, u l . Rzeźnicza 12
10 kwietnia
Pokazy praktyczne: O d i n Teatret (Dania), Thomas Leabhart ( U S A ) , Pura Desa En¬
semble (Bali); podsumowanie: Eugenio Barba
„Grotowski: pamięć, nieciągłość"

13-15 kwietnia
Andersen's Dream
Spektakl O d i n Teatret (Dania)

Wystąpienia: prof. Mirella Schino i prof. Franco Ruffini (Włochy)

Wytwórnia Filmów Fabularnych we Wrocławiu, u l . Wystawowa 1

Bonjour Monsieur Decroux - Thomas Leabhart (USA)
Scena Kameralna Teatru Polskiego, u l . Świdnicka 28

Mecenat

Prezentacja filmu Theatrum

Unia Europejska w ramach programu „Culture 2000"

Mundi

Ministerstwo Kultury RP

Ośrodek Grotowskiego, Rynek-Ratusz 27

Samorząd Miasta Wrocławia

Sen Andersena

Współpraca

Przedstawienie O d i n Teatret (Dania)
Wytwórnia Filmów Fabularnych, u l . Wystawowa 1

Instytut Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego
Teatr Polski we Wrocławiu

Topeng - Pura Desa Ensemble (Bali)
Wrocławski Teatr Współczesny, u l . Rzeźnicza 12

Patronat medialny
„Rzeczpospolita"
„Didaskalia. Gazeta Teatralna"
„Konteksty. Polska Sztuka Ludowa"

125

�PAWEŁ

SOSZYŃSKI

cel całej I S T A . Zobaczyć można t u było także typowe
teatry „eksportowe", j a k p o l s k i Teatr Pieśni Kozła
Grzegorza Brala, czy S t u d i u m Teatralne Piotra B o r o w ­
skiego. O b a teatry pokazały zresztą sceniczne „pew­
n i a k i " : Kroniki — obyczaj lamentacyjny i Człowieka.

Slow Motion

Ab­

solutną furorę zrobiła czeska grupa Farma v Jeskyni
z przedstawieniem Sclavi. Zamęt wprowadził Plavo Pozoriśte (Niebieski Teatr) z Serbii i Czarnogóry, który
swoim przedstawieniem Dialectics

of Soul podwyższył

poprzeczkę teatralnego okrucieństwa. Przedstawienie
to polegało z grubsza na serialnym powtarzaniu sce¬
nicznych działań, zapętlaniu i c h do granic absurdu

O

i fonicznej przyzwoitości, bo to właśnie w o k a l n a część
s t a t n i m wydarzeniem kończącym sesję I S T A

przedstawienia przysporzyła najwięcej zmartwień pu¬

we Wrocławiu był festiwal W s c h o d n i a L i n i a

bliczności, która w o l n o , acz konsekwentnie opuszcza¬

prezentujący niezależne grupy teatralne z E u ­

ła miejsca na w i d o w n i . „Kontynuuję czytanie" -

to

ropy W s c h o d n i e j . Jak widać na p r z e d r u k o w a n y m w

zdanie powtarzane w i e l o k r o t n i e w trakcie dwugodzin¬

„Kontekstach"

nego spektaklu dawało impuls do niebotycznego wrza¬

programie

festiwalu,

Ośrodkowi

Grotowskiego udało się zorganizować bardzo ambitne

sku (wzmocnionego przez m i k r o f o n y ) , który przez do¬

przedsięwzięcie,

bre kilkanaście m i n u t nie pozwalał skupić się na skąd¬

które

m a m taką nadzieję

-

jest

jedynie początkiem jakiejś być może cyklicznej impre¬

inąd świetnym pomyśle reżysera. Zostałem do k o ń c a -

zy. Festiwal miał charakter przeglądowy - m o t y w e m

w a r t o było, t a k uważam - przede wszystkim dlatego, że

p r z e w o d n i m były t u geograficzne korzenie występują¬

był to teatr oryginalny, w pełni tego słowa autorski,

cych czy opowiadających o swojej pracy zespołów.

d o w c i p n y (a dowcip, poza prezentacją Wacława So-

M a m wrażenie, że festiwal skierowany był przede

baszka i o m a w i a n y m spektaklem był na festiwalu to¬

wszystkim do gości z Z a c h o d u i i n n y c h kontynentów.

warem deficytowym).

Całość miała charakter m a r a t o n u : o d rana do połu¬

O m m a Theatre z G r e c j i - właściwie nie była to pre¬

Intrygująca była

prezentacja

d n i a odbywały się prezentacje, a po południu pokazy¬

zentacja, lecz zwarte przedstawienie, rodzaj inscenizo¬

wane były przedstawienia. Festiwal trwał d w a d n i . N a

wanej autobiografii t e a t r u i hołdu złożonego a k t o r o m

pokazy składały się projekcje m u l t i m e d i a l n e , fragmen¬

O d i n . Zabrakło t u jednak dystansu, każdy błysk dusi¬

ty zapisów przedstawień, slajdy, krótkie wykłady doty¬

ła celebra. Czymś niebywałym był występ V l a d o Sava

czące działalności danego t e a t r u bądź work demonstra¬

- lidera Centre for Research i n C u l t u r e , który w swo­

tion. N i e sposób opisać t u wszystkich wydarzeń, przy¬

jej działalności (performerskiej?) teatralną

bliżyć przedstawień i sylwetki i c h twórców - nie jest to

doprowadził do p u n k t u krytycznego. Sava jest lepszy

też m o i m

jako wykładowca swojej d o k t r y n y - jednak jego przed¬

z a d a n i e m . Postawiłem

sobie i n n y

cel

ekologię

sięwzięcia artystyczne są niedorzeczne.

w związku z mnogością festiwalowych pokazów m a m

Duże wrażenie zrobił na m n i e pokaz Free Theatre

możliwość opisania pewnej maniery we współczesnym
teatrze biorącym Jerzego Grotowskiego za swojego pa¬

z Białorusi. Bezpretensjonalna

t r o n a . Slow motion zajmę się później. N a razie propo¬

H a i k o - reżyserka w t y m teatrze - w ciągu k i l k u pierw¬

nuje krótki - doprawdy w telegraficznym skrócie

szych m i n u t wylała kubeł zimnej w o d y na głowę sza¬

-

dziewczyna,

Oksana

opis poszczególnych teatrów. Można powiedzieć, że te¬

cownej publiczności. Opowiadała o w a r u n k a c h , w ja¬

atry te z mniejszym lub większym powodzeniem starały

k i c h r o b i ona teatr daleko bardziej autentyczny (nawet

się odpowiedzieć na doświadczenia Teatru Laborato¬

jeśli artystycznie na razie średni) niż większość tego, co

r i u m Jerzego Grotowskiego, c h o ć oczywiście grupy te¬

zobaczyłem w trakcie całego festiwalu. Ten teatr musi

atralne zaproszone przez Ośrodek z pewnością wybie¬

dzielić salę w d o m u k u l t u r y razem z r o c k o w y m i grupa¬

rane były właśnie według tego klucza. Zarówno Ośro¬

m i i dyskoteką. N i e ma t u m o w y o scenograficznych fa¬

dek Grotowskiego, jak i O d i n Teatret są przedstawi¬

jerwerkach, nie ma czasu na celebrację, dowcip jest ko¬

cielami silnych tradycji t e a t r a l n y c h - n i c więc dziwne¬

niecznością. Zresztą w wystąpieniu nie było cienia mar¬

go, że także W s c h o d n i a L i n i a musiała siłą rzeczy wpi¬

tyrologii - w zamian rzeczowość: jest jak jest. Teatr jest

sać się w tę tradycję. Może j e d n a k szkoda, może stąd

młody, ma zaledwie cztery lata. Może dzięki swojej bez-

brała się m o n o t o n i a prezentacji, zmęczenie materiału.

pretensjonalności stanie się kiedyś białoruskimi Węgaj-

Ośrodek Grotowskiego odpowiedzialny za tę część

t a m i - chwalić Boga nie m a w n i m zasady slow motion

I S T A dał szansę k i l k u n a s t u t e a t r o m na pokazanie

- t e c h n i k i , która wydaje się j e d n y m z podstawowych

własnej działalności szerszej międzynarodowej publicz¬

chwytów teatru niezależnego po G r o t o w s k i m .

ności w trakcie prestiżowej imprezy. C e l e m festiwalu

Slow motion jest p e w n y m aspektem pracy aktora,

było też stworzenie warunków do nawiązania współ¬

który przeniknął do przedstawień, stając się elemen¬

pracy między twórcami t e a t r a l n y m i . T a k i jest zresztą

t e m , który m n i e osobiście drażni. N i e chciałbym t u

126

�Paweł Soszyński • S L O W M O T I O N

generalizować, bo też i fakt, że „technika" ta zawład¬

życia - ciało zawstydzone swoją nieporadnością. I n n a

nęła sceną, nie oznacza wcale, że w t e n sposób same

sprawa, gdyby był to celowy zamysł, co przecież jest do

przedstawienia są zdyskwalifikowane. N i e , chodzi t u

pomyślenia. Jednak zarówno studenci I S T A , j a k i nie¬

raczej o pewną manierę, która - zdaję sobie z tego

które teatry ze Wschodniej L i n i i c h c ą traktować tę

sprawę - zawładnęła m o i m umysłem i wypaliła moją

„ekspozycję" serio - oczekują, że spowolnione ciało

uwagę w trakcie całego festiwalu.

wyda z siebie owoc intensywności, przykuje uwagę.

To właśnie ta „technika" zabiła przedstawienie Te¬

Jednak zarówno zwolnione k l a t k i w filmie, podkreśle¬

a t r u i m . Łesia Kurbasa z U k r a i n y . Płynność ruchów,

nia i wytłuszczenia w tekście, j a k i slow motion są jedy¬

ich wyeksponowanie, krągłość, jednostajność na gra¬

nie znakiem, że i c h twórca nieznajduje innego sposo¬

nicy rozleniwienia bardziej niż skupienia - slow motion

b u na sprawienie, by to, co ukazuje, stało się dla kogoś

opanowały festiwal j a k dożylnie podana trucizna, zbyt

ważne. Są to zabiegi „z zewnątrz", nie należące do

duża dawka morfiny. Może dlatego widzowie wybiegli

t k a n k i u t w o r u , jego d r a m a t u r g i i .

w panice z przedstawienia Plavo Pozoriśte - nawet je¬

Może nawet nie byłbym aż t a k rozdrażniony „tech¬

śli faktycznie w t y m w y p a d k u gad na rozgrzanym ka¬

niką slow motion", gdybym wcześniej - w trakcie e t i u d

m i e n i u zmienił się w k o t a skaczącego po płonącym

wymyślanych i pokazywanych przez uczestników na

żwirze. Może dlatego będę bronił tego przedstawienia

zamkniętej sesji I S T A - nie zobaczył tego samego zja¬

- gad c h o ć raz zatańczył. Połamał sobie nogi. T r u d n o .

wiska doprowadzonego do granic śmieszności. Każdy

D o b u d y n k u przy wrocławskim r y n k u nie powin¬

r u c h był t u z ducha tego osobliwego „tai-chi",

które

n o się wpuszczać młodych artystów t e a t r u - wstęp tyl¬

nie m a n i c wspólnego z jakąkolwiek filozofią, ale jest

ko dla teatrów z o d p o w i e d n i o w y s o k i m stażem i po¬

jakąś dziwaczną ornamentyką, optyczną folią, w którą

czuciem h u m o r u . Inaczej n i c z tego nie będzie. Sam

zaplątały się wszelkie działania wykonujących etiudy.

G r o t o w s k i zaobserwował podobne zachowania u akto¬

Folia ta czasem nawet opalizuje, czasem złapie nieco

rów: „którzy poruszają się na z w o l n i o n y c h o b r o t a c h :

światła, ale najczęściej ciągnie się za wykonawcą j a k

usta nieco rozchylone, ręce zwisające jak przedmioty.

ołowiany t r e n za niepewną swego w y b o r u p a n n ą mło¬

Przechadzają się w przekonaniu, że w y z w o l i to ekspre¬

dą. Slow motion to ciało demonizowane swoją powol¬

sję. Sądzą też, że odnajdą jakieś wyjątkowe stany psy¬

nością.

chiczne. A faktycznie pobudzają różne typy astenii".

Na

1

Za dużo t u ruchów z wyhodowaną na skórze mozaiką

zakończenie

f e s t i w a l u wystąpiła

Natalia

Połovynka - ta sama, która w przedstawieniu Teatru

barw o c h r o n n y c h slow motion - t e c h n i k o l o r szokujący

i m . Łesia Kurbasa ugrzęzła razem z i n n y m i a k t o r a m i

f a k t e m , że do n a t u r y mięśni należy i c h skurcz i roz¬

jak insekt w bursztynie slow motion. Zaśpiewała, była

kurcz. Mnóstwo t u kulturystycznych rezonatorów - po

spontaniczna, r u c h l i w a , precyzyjna precyzyjnością na¬

co one? Teatr Plavo Pozoriśte użył po prostu mikrofo¬

turalną, a nie wymuszoną, wydumaną.

nów. Po co m a m y oglądać brzuchomówców, jeśli nie

Oczywiście nie twierdzę, że był to festiwal slow

mają o n i n i c do powiedzenia? Ten teatr staje się estra¬

motion,

dą: wiązanką znakomicie w y k o n a n y c h pieśni, wiersz

może nawet krawędzi sceny na której rozgrywał się

rezonowany plecami, postawa zasadnicza i pięciomi¬

festiwal, zasługujący na więcej uwagi, bo jest i m a m

n u t o w e wspięcie się ciała na palce, skoki przez płoną¬

nadzieję będzie

ce koła imaginowanej raczej niż rzeczywistej fizyczno-

znaczące. W i ę c W s c h o d n i a L i n i a za rok?

to tylko p e w i e n aspekt, jedna z płaszczyzn,

to przedsięwzięcie

warte uwagi

-

ści, bo też daleko t e a t r o m ze „wschodniej l i n i i " do
umiejętności Teatru Pieśni Kozła. Slow motion bierze
się być może z fałszywego rozumienia r o l i ciała w dzia¬
łaniach scenicznych - nie chodzi t u zresztą jedynie

Przypisy

o badania samego Grotowskiego i jego aktorów w tej

1

m a t e r i i , ale o całą tradycję, w którą wpisuje się Gro¬

ski, Wiedza o Kulturze, Wrocław 1999, s. 93

t o w s k i - tradycję, którą interesuje się I S T A . Zamiast
działania ciałem występuje jego eksponowanie - czę¬
sto całkowicie pozbawione sensu. I nie chodzi t u wca¬
le o prezentację gimnastyczną. N a w e t jeżeli

Jerzy Grotowski, Ćwiczenia w: Jerzy Grotowski, Teksty z lat 1965
— 1969. Wybór, wybór i redakcja Janusz Degler, Zbigniew Osiń­

Kroniki...

Brala można uznać jedynie za oszałamiający pokaz
gimnastyczny, to i tak jest w t y m teatrze iskra, esencjonalność i wyczucie kompozycji na najwyższym pozio¬
mie, którego nie zobaczymy a n i w cyrku, a n i na olim¬
piadzie. Coś takiego widziałem tylko w w y k o n a n i u ak¬
torów Brala. Slow motion to raczej s y m p t o m zachwia¬
nia równowagi między możliwościami i o c z e k i w a n i a m i
wobec własnego ciała. Efekt komiczny tworzy się
w c h w i l i , gdy eksponujemy ciało pozbawione wdzięku,

127

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9812" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9790">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/1546f6c6b8cbfdb9e96f3e616186674a.pdf</src>
        <authentication>03e09374ee32bcd6dc4d3011cf843936</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116735">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6493</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116736">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116737">
                <text>2005</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116738">
                <text>Odin Teatret</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116739">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:6066</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116740">
                <text>Dzieci ciszy/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2005 t.59 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116741">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty t.59 z.2, s.128-132</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116742">
                <text>Barba, Eugenio</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="116743">
                <text>Dworakowska, Zofia (tł.)</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116744">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116745">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116746">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116747">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116748">
                <text>EUGENIO

BARBA

literą - aby odróżnić nieład jako stratę energii o d Nie¬
ładu jako w y b u c h u energii, który stawia nas twarzą
w twarz z nieznanym.
W m o i c h przedstawieniach zawsze dążyłem do wy¬

Dzieci Ciszy

wołania Nieładu w umyśle i zmysłach szczególnego wi¬
dza. Chciałbym wstrząsnąć jego n a w y k a m i przewidy¬
w a n i a i oceniania, doprowadzić go do emocjonalnego

Rozważania
o czterdziestoleciu O d i n Teatret

drżenia i wywołać zdumienie.
W i d z , o którym mówię, nie jest obcym, nie trzeba
go przekonywać a n i zdobywać. Przede wszystkim mó¬
wię t u o sobie. K t o k o l w i e k reżyseruje przedstawienie,
jest także jego widzem. Nieład (wielką literą) może

Tajemnemu ludowi — przyjaciołom

Odin

Teatret

być bronią l u b lekarstwem przeciwko nieładowi, który
zalewa nas, zarówno wewnątrz, j a k i na zewnątrz.
W i e m , że nie istnieje m e t o d a wywoływania Nieła¬
d u w w i d z u . Jednak wierzę, że mogę się do tego zbliżyć
poprzez szczególny rodzaj samodyscypliny. Oznacza to

M

porzucenie p o p r a w n y c h i rozsądnych sposobów rozwa¬
żania wartości, zasadności i celów naszej pracy. To jest

oje reakcje są często takie same j a k pięćdzie­

postawa, której n i k t nie może n a m narzucić a n i przy¬

siąt lat t e m u . „Popatrz na tego starszego czło­

znać.

w i e k a " - mówię sobie, obserwując mężczyznę

Wiąże się ona z wyzwoleniem i , tak j a k każde wy¬

koło czterdziestki. I zaraz śmieję się z siebie, zdając so¬

zwolenie, jest źródłem bólu.

bie sprawę, że o n m a tyle lat, co mój teatr i był dziec¬
k i e m , gdy ja już zacząłem myśleć, że moje najnowsze
przedstawienie będzie o s t a t n i m .

Polana

Chce m i się śmiać również wtedy, gdy O d i n Teatret
gra w n o w y m mieście i spotykamy młodych ludzi, k t ó ­

Polana znajduje się zaledwie k i l k a kilometrów za

rzy znają nas z książek. Myślą, że jesteśmy tylko roz¬

miastem. Przed c h a t ą zebrała się garstka mężczyzn

działem w h i s t o r i i teatru, więc nasze n i e n o r m a l n e

i kobiet. Należą do klasy z d o m i n o w a n y c h i wykorzy¬

trwanie zaburza i c h sposób rozumowania.

stanych w kolonialnej A f r y c e w połowie X X w i e k u .

Kości bolą, wzrok słabnie, a praca dwadzieścia go¬

Zgromadzenie jest tajne i zabronione. Wygląda to

dzin na dobę męczy o wiele bardziej niż kiedyś. M i m o

j a k spisek, ale n i m nie jest, bo karabiny, tak j a k w te¬

to, jakaś bezsensowna siła zdaje się utrzymywać przy

atrze, są nieprawdziwe. A l e to nie jest teatr. M i m o to

życiu moją potrzebę robienia teatru. W i e l e powodów

c i ludzie przebierają się i przemieniają się w postacie.

skłania m n i e do k o n t y n u o w a n i a pracy. I c h syntezę da

Porzucają swój codzienny sposób mówienia i chodze¬

się ująć w j e d n y m zdaniu: rzemiosło teatralne jest m o ­

nia i zachowują się inaczej. Udają. Czy to jest zabawa?
Traktują to poważnie. W p o t o c z n y m r o z u m i e n i u do¬

ją ojczyzną, a H o l s t e b r o - m o i m d o m e m .
I o t o jestem, świętuję czterdziestolecie mojego te¬

puszczają się wykroczenia i okrucieństwa. N a środku

atru, pracuję n a d przedstawieniem o Hansie Christia¬

polany, w dużym g a r n k u gotują psa, a p o t e m jedzą je¬

nie Andersenie i jego baśniach. M a m prawie siedem¬

go mięso, które stanowi dla n i c h przedmiot tabu.
Przemienieni ludzie są opętani, ale nie przez bogów

dziesiąt lat, więc ludzie uznają, że dziecinnieję.
Ja też chciałbym napisać baśń. Opowiadałaby ona

swojej przeszłości. Zamiast bóstw tradycyjnych obja¬

o dwóch braciach, dzieciach Ciszy, którzy podróżują

wiają się obecni mistrzowie: burmistrz miasta, szef po¬

po świecie, jeden jako cień drugiego. Robią wrażenie

l i c j i i damy europejskiej klasy wyższej w państwie ko¬
l o n i a l n y m . Przez k i l k a godzin Afrykańczycy nie są

chuliganów, a i c h i m i o n a m i są: Nieład i Błąd.

podporządkowani białym, którzy rządzą n i m i na co
dzień. Ucieleśniają i c h i przez opętanie przywłaszczają

Nieład

sobie na chwilę i c h życie i los.
Wydają się obłąkani i wyzbyci k o n t r o l i . Europej¬

W o s t a t n i c h latach, gdy mówię o rzemiośle teatral¬

czyk, który filmuje protagonistów rytuału, uważa i c h

n y m , coraz częściej używam słowa „Nieład", zdając so¬

j e d n a k za mistrzów i nazywa „szalonymi mistrzami":

bie sprawę, że rodzi to nieporozumienia. Nieład ma

używa dwóch rozbieżnych słów usiłujących zdefinio¬

dla m n i e d w a przeciwne znaczenia; r o z u m i e m go albo

wać Nieład.

jako b r a k l o g i k i i rygoru charakterystyczny dla bezsen¬

D o p o n o w n e g o obejrzenia kadrów f i l m u sprzed

sownych i chaotycznych prac; albo jako logikę i rygor,
które wywołują w w i d z u stan oszołomienia.

pięćdziesięciu lat ukazujących opętanych

Powinie­

ludzi

na

afrykańskiej polanie skłonił m n i e n i e d a w n o artykuł

n e m używać w t y m celu dwóch różnych słów. Zamiast

w gazecie. Podstęp wyobraźni i pamięci sprawił, że

tego posłużę się sztuczką ortograficzną - małą i wielką
128

�Eugenio Barba • D Z I E C I CISZY

w m o i c h myślach pojawiają się i n n i nieżyjący mistrzo­

N a wiadomość o śmierci Jeana Roucha, tego mi¬
strza Nieładu, zastanawiam się: czy jego szaleni mi¬

wie, drodzy m i i zawsze bliscy.

strzowie mówią też coś o m n i e , mojej historii, m o i c h
wymyślonych t e a t r a l n y c h przodkach? Jakie łańcuchy

Szaleni mistrzowie

m y chcemy zerwać?
N i e w i e m , j a k to wytłumaczyć, ale coś niewypo¬

W nocy ze środy 18 na czwartek 19 lutego 2004 r o ­

wiedzianego, prawie wstydliwego skłania m n i e do roz¬

k u zmarł w w y p a d k u samochodowym w Nigrze, sześć­

poznania k i l k u szalonych i opętanych mistrzów wśród

set kilometrów o d N i a m e j , Jean R o u c h . Był czołową

artystów t e a t r u z przeszłości.

postacią francuskiego k i n a , j e d n y m z ojców N o w e j Fa­
l i . Nazywano go le maître du Desordre, mistrzem Nieła­
d u . Pięćdziesiąt lat t e m u , na peryferiach A k r y , stolicy
Ghany, w t e d y k o l o n i i brytyjskiej, nakręcił Les

Cisza

maîtres

fous. Ten etnograficzny f i l m dokładnie pokazał jedną

G d y myślę o skrajności myśli przywódców teatral¬

z sytuacji, w której ciału i myślom ciągle boleśnie cią¬

nej r e w o l t y X X w i e k u , poczynając o d Stanisławskiego,

żyły łańcuchy, a męczarnie mieszały się z Nieładem

stają się o n i dla m n i e maîtres
W

w dążeniu do wyzwolenia.

fous.

atmosferze estetycznej,

technicznej i ekono¬

micznej odnowy, stawiali pytania, które były tak ab¬

F i l m R o u c h a dawał świadectwo innej racjonalno¬
ści, podziemnej i w y w r o t o w e j . Zafascynował Jeana

surdalne, że spotykali się z obojętnością i d r w i n a m i .

Geneta, który napisał Murzynów,

Żarzący się rdzeń t y c h pytań opakowany był w dobrze

wywarł wpływ na

Petera Brooka i jego przedstawienie Marat/Sade

sformułowane, fachowe teorie i dlatego uznano je za

Pete¬

ra Weissa oraz towarzyszył rozważaniom Jerzego Gro¬

a t a k i na sztukę t e a t r u , albo „utopie", n i e w i n n i e dając

towskiego o aktorze. W europejskich kręgach teatral¬

do zrozumienia, że nie trzeba traktować i c h poważnie.

n y c h krążyły anegdoty i legendy o oddziaływaniu Les

O t o niektóre z t y c h rdzeni:

maîtres fous. Coraz częściej dyskutowano w t e d y o po¬

- szukać życia w świecie papier-mâché;

dobieństwach i różnicach między teatrem i rytuałem.

- pozwolić prawdzie wpłynąć w świat pozorów;

Niektórzy artyści o d k r y w a l i podtekst, który dzisiaj jest

- osiągnąć szczerość

więcej niż oczywisty: teatr może być polaną w sercu

-

poprzez udawanie;

przekształcić t r e n i n g aktora (jednostki, która

cywilizowanego świata, miejscem uprzywilejowanym,

przedstawia i naśladuje

w którym wywoływany jest Nieład.

w ścieżkę prowadzącą do integralności

l u d z i różnych o d siebie)
N o w e g o Czło¬

wieka.

Przenieśmy się na chwilę do Moskwy, gdzie ulice są
białe o d l o d u . Jednego z pierwszych d n i stycznia 1889

Niektórzy mistrzowie skrajności d o d a w a l i szaleń¬

r o k u A n t o n i Czechow napisał długi list do bogatego

stwo do szaleństwa. N i e umiejąc zrozumieć, że te „uto¬

wydawcy i literata Alieksieja S. S u w o r i n a . Czytając

p i e " są nieosiągalne, zrealizowali je.

go, czuję t e n sam parzący smak cierpienia i zarozu¬

Wyobraźmy sobie dzisiaj artystę, który stara się

mialstwa, który pamiętam z afrykańskiej polany: pie¬

o grant M i n i s t e r s t w a K u l t u r y na badanie Prawdy po¬

kącą agonię wyzwolenia. Z surowym realizmem Cze¬

przez teatr. A l b o rektora szkoły teatralnej, który pisze

c h o w antycypuje napięcie i uniesienie

uczestników

w jej programie: uczymy t u aktorstwa w celu stworze¬

tamtej ceremonii, opisując człowieka, „który k r o p l a

nia N o w e g o Człowieka. A l b o reżysera, który wymaga

po k r o p l i wyciska z siebie n i e w o l n i k a " .

o d swoich aktorów biegłości w tańcu, który byłby od¬

T y m człowiekiem nie jest były n i e w o l n i k afrykański,

zwierciedleniem h a r m o n i i sfer niebieskich. U z n a n o by

ale w i e l k i i sławny pisarz rosyjski, syn chłopa pańszczyź¬

i c h za wariatów. Dlaczego więc historycy t e a t r u piszą

nianego. M i m o względnego k o m f o r t u , który go otacza,

0 Stanisławskim, Copeau i A p p i i tak, jakby i c h szalo¬

rozpoznaje w sobie rany po niewidzialnych łańcuchach.

ne pytania były szlachetnymi u t o p i a m i i o r y g i n a l n y m i

W i e l o k r o t n i e dostawał razy o d swojego ojca i nauczy¬

teoriami?

cieli, którzy uczyli go szacunku dla hierarchii, całowania

Dzisiaj w i c h p o z o r n y m szaleństwie można bez tru¬

rąk popów, naginania się do o p i n i i i n n y c h i okazywania

d u dostrzec sensowną reakcję na prądy epoki, która

głębokiej wdzięczności za każdy otrzymany o k r u c h . Wy¬

zagrażała i s t n i e n i u t e a t r u . W oszołomieniu,

rósł na młodzieńca, który dręczył zwierzęta i lubił obia¬

strzowie Nieładu w p r o w a d z i l i do t e a t r u swojego czasu,

dy z bogatymi k r e w n y m i ; stał się hipokrytą w stosunku

łatwo dziś rozpoznać wnikliwość, spójność i inteligen¬

które mi¬

cję. O d r z u c i l i stary porządek, wywrócili hierarchie,

do Boga i ludzi, bo był świadomy własnej nicości.
Czechow, który przyznaje się do zmagań z własny¬

d o k o n a l i sabotażu sprawdzonych k o n w e n c j i k o m u n i ¬

m i ł a ń c u c h a m i i poczuciem nicości, jest p r z e n i k l i w y m ,

kacyjnych między sceną i widownią, odcięli pępowinę

wrażliwym i a u t o i r o n i c z n y m pisarzem cywilizowanej

l i t e r a t u r y i płytkiego realizmu. B r u t a l n i e ogołocili te¬

Europy. Jego słowa są powściągliwe. A l e i c h opanowa­

atr i zredukowali go do jego esencji. Za uzasadnienie

nie k a r m i się t y m samym Nieładem, który odżywia

służył i m paradoks: tworzyli przedstawienia, które by¬

działania podczas afrykańskiej ceremonii, niepokojące

ły niewyobrażalne w swojej skrajności, oryginalności

i dla naszych oczu niepowściągliwe.

1 artystycznym w y r a f i n o w a n i u po to, aby zaprzeczyć, że
129

�Eugenio Barba • D Z I E C I CISZY

teatr jest tylko sztuką. Każdy z n i c h , s w o i m i słowami,

szy, która zakuwa nas w łańcuchy i zwiększa strach, ale

podkreślał, że powołaniem t e a t r u jest zerwanie intym¬

czujemy, że ona może nas poprowadzić j a k szalony

n y c h , zawodowych, etycznych, społecznych,

mistrz na afrykańskiej polanie.

religij¬

n y c h i k u l t u r o w y c h łańcuchów.

Samodyscyplina, która jest j e d n y m z warunków re¬

Przywykliśmy czytać historię t e a t r u współczesnego

alizowania Nieładu w m o i m umyśle jako widza, rodzi

o d k o ń c a . Zaczynamy nie o d żarzących się rdzeni py¬

się ze skrzepu ciszy. M a t a k swoistą naturę, że gdy od¬

tań i obsesji mistrzów Nieładu, ale o d sensu l u b poezji

czuwam pierwsze symptomy, nie rozpoznaję i c h . Dla¬

i c h w y d r u k o w a n y c h słów. I c h teksty mają t o n autory¬

tego żadna metoda nie może zaprowadzić do Nieładu.

tarny i przekonujący. A l e na p e w n o każdy z n i c h prze¬

S ą przedstawienia, gdzie aktorzy, reżyser i widzowie

żył wiele nocy pełnych samotności i strachu, podejrze¬

znają opowiadaną historię. Są przedstawienia, gdzie

wając, że w i a t r a k i , z którymi walczy, są niepokonany¬

aktorzy i reżyser ją znają, a widzowie nie. Po l a t a c h

m i olbrzymami.

c h c ę stworzyć t a k i rodzaj przedstawienia, na początku

Dzisiaj widzimy i c h sportretowanych na malowni¬

którego a n i ja, a n i aktorzy nie p o t r a f i m y wyobrazić so¬

czych fotografiach: o i n t e l i g e n t n y c h , dobrze odżywio¬

bie historii, którą opowiadamy. M u s i m y odkryć nie

n y c h i ironicznie spokojnych twarzach, j a k Stanisław¬

tylko jak, ale także co opowiadamy. Jedynie przedsta¬

ski; przywodzących na myśl żebrzących królów, jak A r ¬

wienie, które powołamy do życia, może

t a u d ; d u m n y c h i świadomych swojej intelektualnej

ukazać to, co chcieliśmy powiedzieć.

częściowo

wyższości, jak Craig; wiecznie zachmurzonych i wojow¬

W t e n sposób, zdając sobie sprawę z ryzyka, gubię

niczych, jak M e y e r h o l d . W żadnej z t y c h jasnych po¬

się i odnajduję się p o n o w n i e . Wykorzystuję dwie kon¬

staci nie da się odnaleźć niemożności zapomnienia czy

trastujące siły: z jednej strony, u f a m m o j e m u długiemu

zaakceptowania własnych niewidzialnych łańcuchów.

doświadczeniu zawodowemu, z drugiej próbuję unie¬

N i e domyślamy się, że i c h skuteczność wyrasta częścio¬

ważnić to doświadczenie, tworząc chaotyczne i uciąż¬

w o z wysiłku wyrwania się ze stanu bezsilnej ciszy.

liwe w a r u n k i pracy. C h c ę sparaliżować p e w n i k i mojej

Sztuka, która jest zdolna wywoływać stan

wiedzy, rozbroić manieryzm m o i c h odruchów i ponow­

oszołomie¬

pierwszy raz; ożywiając moje umiejętności

nia i w t e n sposób nas zmieniać, zawsze skrywa sferę ci¬

nie przeżyć

szy, która ją stworzyła. Myślę, że t e n rodzaj ciszy nie jest

w oszołomieniu wobec sytuacji, której nie kontroluję.

wyborem, ale stanem doświadczonym jako amputacja.

Takie przedsięwzięcie jest w y k o n a l n e tylko z a k t o r a m i

Ta cisza tworzy p o t w o r y : niską samoocenę, przemoc

O d i n Teatret, których silne osobowości były tempero¬

wobec siebie i i n n y c h , ponure lenistwo i bezowocny

wane podczas tego paradoksalnego poszukiwania: wie¬

gniew. Czasami jednak ta cisza odżywia Nieład.

my jak szukać,

ale jeszcze nie wiemy, czego szukamy.

Doświadczenie Nieładu nie dotyczy kategorii este¬

Muszę zrobić nowe przedstawienie. Pierwszy wysi¬

tycznych. Pojawia się, gdy n a d rzeczywistością bierze gó¬

łek polega na umiejętności stworzenia stanu zbiorowej

rę inna rzeczywistość:

w świecie geometrii płaskiej ciało

inkubacji, który zaczyna się o d „czarnych dziur". Mogą

stałe spada. Tak jak wtedy, gdy niespodziewanie, jak bły¬

to być dwa lub trzy różne teksty, jakieś zniewalające hi¬

skawica, śmierć uderza w ukochanego, albo gdy w ułam¬

storie, rozbieżne pytania albo sprzeczne tematy zesta¬

k u sekundy nasze zmysły rozpalają się i uświadamiamy

wione razem. A k t o r z y i ja pozwalamy t y m „czarnym

sobie, że jesteśmy zakochani. A l b o wtedy, gdy w Norwe¬

dziurom" oddziaływać na nas przez wywołanie strumie¬

gii pogardliwie nazywano mnie - świeżego emigranta -

nia pomysłów, wspomnień, duchów, skojarzeń, wyda¬

„makaroniarzem" i zatrzaskiwano przede mną drzwi.

rzeń biograficznych lub wymyślonych i faktów histo¬
rycznych. Poprzez improwizacje i świadomą kompozy¬

G d y Nieład uderza w nas, w życiu i w sztuce, bu¬
dzimy się nagle w świecie, którego już nie rozpoznaje¬

cję dajemy t e m u wewnętrznemu s t r u m i e n i o w i anato¬

m y i jeszcze nie wiemy, j a k się do niego przystosować.

mię - system nerwowy, dynamiczny i dźwięczny tempe¬
r a m e n t w formie działań fizycznych i w o k a l n y c h . Pod¬
czas prób p o d d a m y t e n materiał sceniczny maceracji,

Polana w zamęcie

wymieszaniu i destylacji, dopuszczając czasami, aby po¬
jawiły się sensoryczne, melodyczne, rytmiczne, skoja¬

K i e r u n k i artystyczne są zawsze i n d y w i d u a l n y m i

rzeniowe i intelektualne związki, których nie można

ścieżkami, które usiłują uciec o d zastanych mechani¬

było przewidzieć: coś, co na początku

zmów, tras i rozwiązań. Trzeba odkryć własną orga¬

zignorowaliśmy.

T e m u procesowi nieustannie zagrażają niepewność

niczność, która jest naszą „potrzebą". To, czy te ścież¬

i obawa. Mijają d n i i tygodnie, a m y czujemy się j a k

k i oddychają i utrzymują się przy życiu, zależy o d oso¬

rozbitkowie na m o r z u rozbieżnych propozycji, dziw¬

bistej samodyscypliny.

n y c h możliwości, niedorzecznych scen i kierunków:

Samodyscypliny nie da się pogodzić z dobrowol¬

zamęt.

n y m przestrzeganiem n o r m wymyślonych przez in¬

Posuwam się do przodu skokami, za p o m o c ą

skojarzeń,

n y c h . Powtarzam: polega ona na porzuceniu oczywi¬

niespójnych

wyborów,

nieporozumień

i przypadkowych ingerencji. Podejmuję decyzję, nie

stych i sensownych sposobów uznawania wartości, ce¬

wiedząc dlaczego, a moja i n t u i c j a często nie bierze

lów i m o t y w a c j i naszego rzemiosła. Oznacza także siłę

w t y m udziału. Prowadzą m n i e zmęczenie i upór.

umysłu potrzebną do oddania się tej wewnętrznej c i 130

�Eugenio Barba • D Z I E C I CISZY

Z czasem doszedłem do swoistej poufałości z m o i m

stycznym to n o r m a l n a praktyka. Ileż to razy przygoto¬

sposobem myślenia, c h w y t a n i a myśli, które przekła­

wując przedstawienie pogrążam się w zamęcie i odkry¬

d a m na słowa sobie i m o i m towarzyszom. O d r u c h o w o

w a m , że jestem na złej drodze. Zamęt i dezorientacja są

w i e m , które drogi prowadzą donikąd, a które, przeciw­

nieprzyjaciółmi, których trzeba pokochać.

nie, zaprowadzą m n i e do d o m u . Podążam

przeczu­

Uczono m n i e : życie jest snem. To nieprawda. Zycie

ciami. Przepowiadam d o m wiatrów, który po o m a c k u

jest baśnią. Jest światem czystej anarchii, gdzie ci, któ¬

budujemy.

rzy uparcie próbują zwyciężać, kierując się w walce

za

Ten sposób postępowania nie jest d o b r y m przykła¬

rozsądkiem, przegrywają. A ci, którzy zachowują się

d e m do naśladowania, szczególnie dla niedoświadczo¬

głupio, w zakończeniu odnajdują księżniczkę.

n y c h reżyserów, którzy mogą dać się zwieść przez

Świat baśni jest czystą anarchią, bo jest skoncen¬

szczęśliwy traf, przypadkowe odkrycia i nieoczekiwane

t r o w a n y na potrzebie zerwania łańcuchów. Baśń zrywa

rozwiązania, które pojawiają się podczas popełniania

kajdany, które skuwają opowieści ze światem, t a k i m

błędów i błąkania się, w trakcie pracowitego okresu

j a k i jest. Jednak ta wolność o k u p i o n a jest ryzykiem ar¬

prób.

bitralności. W ł a ś n i e dlatego baśnie są

K i e d y próbuję oprzeć się na bezpiecznych regu­

zamieszkane

przez potwory, cienie obdarzone a u t o n o m i c z n y m ży¬

łach, moja naiwność zostaje ukarana. Jeśli pogodzę się

ciem, kobiety i mężczyzn, którzy są półzwierzętami,

z koncepcją świata pozbawionego reguł, zapłacę za tą

mówiące t r u p y i żywe przedmioty, które myślą. To nie

naiwność niepowodzeniami, które są równie druzgo-

jest świat m i t u i wyobraźni. To jest świat zamętu. To

czące. Co znajduje się więc między regułami a i c h bra­

jest świat, który dzieci kochają, ale o n i c h nie kocha.

kiem? Między regułą a anarchią? Teoretycznie: n i c .

T a m dzieci masowo umierają, są obezwładnione i po¬

A l e p r a k t y k a uczy m n i e , że t a m jest coś, co jednocze¬

rzucone. Doświadczają nagiej rzeczywistości: niepoko¬

śnie łączy istotę reguły i istotę tego, co jest jej zaprze¬

j u i strachu przerywanych błyskami bezsensownej

czeniem.

sprawiedliwości.

To coś jest zazwyczaj nazywane błędem

Czego uczy m n i e czysta anarchia baśni?

i to o n po­

Jeśli zamęt zyskuje przewagę podczas prób, wszyst¬

maga m i wydostać się z zamętu. Rozpoznaję dwa r o ­
dzaje błędu: stały i płynny. Błąd stały może być zmie¬

ko staje się niewyraźne. Mgła uniemożliwia patrzenie

rzony, ukształtowany l u b zmodyfikowany, i traci w t e d y

w którąkolwiek stronę. A b y odzyskać orientację, usi¬

swoje właściwości: nieścisłość, nieporozumienie, nie¬

łuję skondensować t e n c h w i l o w y zamęt w błędy stałe,

dostatek i absurdalność. Może być przywrócony regu¬

które można poprawić i wykluczyć, przywracając sytu¬

le i zamieniony w ład.

acji ład.

Błąd płynny nie może być u c h w y c o n y a n i oszaco¬

Jednocześnie muszę wiedzieć, j a k rozpoznać błędy

wany. Jest j a k p l a m a w i l g o c i za ścianą. W y j a w i a coś, co

płynne, które przeniosą m n i e do miejsc, których sobie

przychodzi z daleka. Widzę, że dana scena jest „zła",

nie wyobrażałem. N i e chciałem t a m iść albo nie wie¬

ale jeśli jestem cierpliwy i nie robię natychmiast użyt¬

rzyłem, że jest to możliwe.

k u z mojej inteligencji, zdaję sobie sprawę, że tej sce¬

Gdyby rzeczywiście baśnie mogły uczyć, musiałbym

n y nie trzeba poprawiać, ale za nią podążyć. W ł a ś n i e

przyznać, że przede wszystkim udowadniają, że błąd

dlatego, że jest ona w tak oczywisty sposób zła, podej¬

może być błogosławieństwem. Głupota albo roztar¬

rzewam, że nie jest po prostu głupia, ale wskazuje

gnienie protagonisty, ktoś wzięty za kogoś innego,

boczną drogę, która prowadzi nie w i a d o m o dokąd.

przedłużający się sen, m a r t w a w r o n a , którą włożyłeś
do kieszeni, są często przesłankami i w a r u n k a m i nie¬

N a j t r u d n i e j jest opanować sztukę przylgnięcia do
błędu

zamiast natychmiastowego p o p r a w i a n i a

spodziewanego szczęśliwego zakończenia.

go,

Czy istnieje sztuka błędu? Teraz, po czterdziestu la¬

w t e d y można odkryć, gdzie nas t e n błąd przeniesie.
Ta zdobyta cicha wiedza jest pogrzebana we m n i e ,

tach z O d i n Teatret, jestem skłonny twierdzić, że są

w m o i m systemie n e r w o w y m , w mięśniu mojego serca.

błędy, które zwiększają zamęt i błędy, które wyzwalają.

N i e można jej nauczyć a n i przekazać jako metody, któ¬

Oczywiście wierzę w inspirację, n a t c h n i e n i e , głos mu¬

rą da się sformułować i zastosować. Każdy z nas, złapa¬

zy, ddimon, duende czy anioła stróża. A l e więcej wiary

ny w zamęcie, ślepnący i zbaczający ze szlaku, walący

m a m dla błędów, które wyzwalają, jeśli jestem na tyle

głową w swoją własną ciszę i samotność, musi wystawić

zręczny, aby je przewidzieć i podążyć za n i m i . To są

na szwank zawodową pewność i odgadnąć, gdzie otwo¬

znaki, które odrywają się o d ciszy. Pochodzą z tej czę¬
ści mojego wnętrza, którą ignoruję. Uważam je za

rzyć szczelinę swojemu szczególnemu Nieładowi.

przesłanie, które powierzył m i szalony mistrz.

Anarchia baśni i sztuka błędu

Materiał organiczny

Nieład niczego nie b u d u j e . Czasami jest wyjątkowo
nieprzyjemny, ale pomaga zerwać łańcuchy.

Wszystko to obejmuje całe ciało, nie tylko mięso

Uczono m n i e : kochaj swoich nieprzyjaciół. W życiu

i kości, ale mięśnie, nerwy i złożone relacje między or¬

codziennym jest to specjalność świętych. W życiu arty-

ganami, krążenie k r w i i zakończenia nerwowe. Ciało
131

�Eugenio Barba • D Z I E C I CISZY

przypomina myśl dokładnie dlatego, że jest organi-

Dzisiaj jest dla m n i e jasne, że: teatr stanowi cenne

z m e m - d u c h e m : ciałem-umysłem.

narzędzie, za p o m o c ą którego można dokonać podboju

Z tego p o w o d u materiał organiczny, który stwarza

t y c h obszarów świata, które wydawały się poza m o i m

teatr, wraz z p r o m i e n i o w a n i e m , które wydziela, był za¬

zasięgiem. Można się wedrzeć zarówno na nieznany te¬

wsze moją pasją. U w i e l b i a m pracować n a d t y m żywym

r e n wertykalnej czy duchowej rzeczywistości człowie¬

materiałem, po to, aby snuć ciche rozmowy z ludożer¬

ka, j a k i w przestrzeń horyzontalną relacji międzyludz¬

c a m i - widzami, którzy mają potrzebę pożerania swo¬

k i c h , kręgów społecznych, władzy i p o l i t y k i , właściwą

i m i zmysłami. Lubię za p o m o c ą tego materiału otwie¬

dla kleistej codzienności tego świata, który zamieszku¬

rać f u r t k i , które natychmiast się za m n ą zamkną, po¬

ję i do którego nie chcę należeć.

zwalając m i i m o i m a k t o r o m pozostać w przejściu.
Podczas mojego

Dzisiaj nadal jestem oczarowany f a k t e m , że teatr
od

dostarcza narzędzi, sposobów i alibi dla p o d b o j u obsza¬

czasu do czasu nieoczekiwane zderzenia z rzeczywisto¬

rów d w u w y m i a r o w e j geografii: t y c h , które są wokół

ścią teatralną, która zasiewała we m n i e oszołomienie.

m n i e i tych, wokół których ja jestem. Z jednej strony

Brechta/Gorkiego w Berliner Ensemble, długa

świat zewnętrzny z jego regułami, jego bezkresem, nie¬

Matka

t e r m i n o w a n i a przeżywałem

n o c kathakali w K e r a l i i Książę Niezłomny

Grotowskie¬

go pozostały nieusuwalnie wyryte w m o i m

zrozumiałymi i kuszącymi obszarami, złem i chaosem;

mózgu

z drugiej świat wewnętrzny z jego k o n t y n e n t a m i i oce¬

i szpiku.

anami, pofałdowaniami i żyznymi t a j e m n i c a m i .

Podobnie, niespodziewanie i m i m o w o l n i e doświad¬

Czym jest t r e n i n g m o i c h aktorów, jeśli nie mostem

czałem i ciągle doświadczam Nieładu w pracy z m o i m i

między t y m i d w o m a skrajnościami: w d a r c i e m się do

a k t o r a m i . O d samego początku niektóre f o r m y i c h

maszyny ciała i o t w a r c i e m na w y b u c h energii, który

działań fizycznych i w o k a l n y c h , nieustannie powtarza¬

rozrywa ograniczenia ciała?

ne i dopracowywane, przenosiły w inną rzeczywistość

Teatr może być rzemiosłem p o d b o j u , pływającą wy¬

istnienia.
Sam

spą sprzeciwu, polaną w sercu cywilizowanego świata.
byłem

tego

świadkiem:

gęstsze,

W

jaśniejsze

rzadkich i szczególnych przypadkach, teatr jest

i bardziej rozżarzone ciało niż nasze ciała, wynurza się

wzburzonym Nieładem, który wstrząsa m o i m i nawyka¬

w przestrzeni teatralnej z jakiegoś innego miejsca, któ¬

m i doświadczania przestrzeni i czasu i , przez oszoło¬

rego nie u m i e m wskazać. N i e zważając na dobry czy

mienie, zmusza m n i e do odkrycia innej części m n i e sa¬

zły smak, to ciało-w-życiu wdziera się, dzięki połącze¬

mego.

n i u przypadku i rzemiosła albo z p o w o d u nieprzewi¬
dzianego zdarzenia w obrębie dokładnie skonstruowa¬

Przełożyła

nego p l a n u .

132

Zofia

Dworakowska

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9811" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9789">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/ea1171919eb2a48bdc3ef65bf143c252.pdf</src>
        <authentication>d6ab3ba53722d679bbd6e2dad8eac202</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116721">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6494</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116722">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116723">
                <text>2005</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116724">
                <text>pamięć</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116725">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:6067</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116726">
                <text>Zdobywanie różnicy - list pewnej historyczki o nieukierunkowaniu pamięci autobiograficznej/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2005 t.59 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116727">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty t.59 z.2, s.133-141</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116728">
                <text>Barba, Eugenio</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="116729">
                <text>Kasia, Katarzyna (tł.)</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116730">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116731">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="51">
            <name>Type</name>
            <description>The nature or genre of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116732">
                <text>czas.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116733">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116734">
                <text>EUGENIO

Droga M i r e l l o ,
Pytałaś m n i e ostatnio, jak się czuje ktoś, k t o bije

BARBA

właśnie r e k o r d długowieczności. W październiku 2004
O d i n Teatret skończył czterdzieści lat. Kuszące jest za­
trzymanie się na chwilę i spojrzenie, dokąd zaprowa­

Zdobywanie różnicy

dziły nas te wszystkie lata t e a t r u . I zastanowienie się
n a d własną historią. A l e refleksje n a d sobą samym
prowadzą zawsze wzdłuż przecinających się l i n i i . Podą­

List do pewnej historyczki
o nieukierunkowaniu pamięci
autobiograficznej

żają poprzez dywagacje i przypuszczenia, przywołując
stare idee i znane historie. M o g ą one uniknąć pragnie¬
nia wyważonego bilansu jedynie jako f o r m a instynk¬
t o w n y c h reakcji na czyjeś p y t a n i a . Także osobiste
stwierdzenia - tak j a k uczucia, o których mówił Stani­
sławski, kiedy ostrzegał aktorów przed wyrażaniem się
wprost - ujawniają się w postaci myśli oswojonych,
nawet jeśli zwodzimy sami siebie, wierząc, że nasza pa¬
mięć może n a d a ć i m formę. Refleksje, które n a m prze­
kazują, są reakcjami. Zależą o d działania prawdziwego
bądź wyobrażonego partnera, który p o w o d u j e , że re¬

K i e d y więc twierdził, że definicja „teatru wielokul¬

agujemy.

t u r o w e g o " pasuje jak ulał, nie mogłem się z n i m nie
zgodzić. Jednak równocześnie nie jestem w

stanie

przyznać m u racji.

Jedna reakcja i wiele pytań

Jaki jest sens długowieczności naszego teatru? Czy
to, że jest złożony z ludzi i dla ludzi o różnym pochodze¬

W t y m w y p a d k u miałem partnera i był o n prawdzi¬

n i u albo przynajmniej o różnych tradycjach kulturo¬

wy. Seria i s t o t n y c h i związanych z t e m a t e m pytań, za¬

w y c h i teatralnych? N i e wydaje m i się to takie ważne.

d a n y c h m i przez przyjaciela, skłoniła m n i e do ujrzenia

Interesuje m n i e coś innego: możliwość, że k o n t a k t z in¬

O d i n Teatret w z m i e n i o n y m świetle. Przyjaciel, I a n

n y m i światami staje się sposobem dotarcia do samego

W a t s o n , k i l k a lat t e m u przeprowadzał ze m n ą w y w i a d

siebie, do własnych korzeni, do świata, do którego się

do swojej książki o wielokulturowości i teatrze. Jego

przynależy. Zeby dać początek czemuś i n n e m u .

zdaniem h i s t o r i a O d i n

mogłaby

zostać

D l a m n i e , w h i s t o r i i O d i n Teatret, w ludziach, któ¬

wyrażona

w f o r m u l e doświadczenia i p r a k t y k i w i e l o k u l t u r o w e j .

rych

Dowodził tego, powołując się na k o n k r e t n e przykłady.

w naszych strategiach przetrwania, najbardziej intere¬

spotkaliśmy, w związkach,

które

zawarliśmy,

Mówił: „Jesteście teatrem stworzonym przez osoby

sujący jest aspekt odrzucenia i ucieczki. Długotrwałe

pochodzące z różnych krajów i kontynentów, posługu¬

i uparte chronienie naszej różnicy. Różnicy o d kogo?

jące się różnymi językami. Przez bardzo długie okresy

I o d czego?

osiedlaliście się w krajach oddalonych o d D a n i i . Wasze

Przyjaciel I a n W a t s o n był raczej zaskoczony niż

spektakle są często wielojęzyczne. Oprócz normalnego

rozczarowany m o i m o p o r e m . Zaczął m n i e wypytywać,

h a n d l u dziełami i p r o j e k t a m i teatralnymi praktykujecie

dlaczego jestem tak bardzo przeciwny rozpatrzeniu tej

także bartery, to znaczy wymieniacie wasze spektakle na

kwestii z szerszej perspektywy i czemu cały czas próbu¬

p r o d u k t y kulturalne grup, które was goszczą: zabawy,

ję odpowiadać na pytania przez pryzmat mojej auto¬

tańce, muzykę, pieśni, działania artystyczne i performa-

biografii. Czyżbym uciekał przed w y m o g a m i pracy in¬

tywne w odległych wioskach, szkołach, szpitalach, wię¬

telektualnej? Czyżbym odrzucał możliwość poszerze¬

zieniach czy d o m a c h kultury. Ukuliście przedziwny ter­

nia mojego sposobu widzenia? To prawda, nastawienie

m i n „transformances", żeby zaznaczyć, że wasze projek­

autobiograficzne często jest sposobem na uchylenie się

ty nie ograniczają się do „performances", lecz są dąże¬

o d odpowiedzialności.

n i e m do zmiany, c h o ć na chwilę, wyglądu jakiegoś mia¬

przez konieczność przeprowadzenia przedmiotowego

sta. Te projekty sprawiają, że miasta rozkwitają i że

bilansu? A może marzyłem o i n n y m celu?

Czyżbym czuł się

zagrożony

w formie reprezentacji, krzyżując się i zmuszając do in¬

K i e d y przyglądam się h i s t o r i i O d i n Teatret, zwłasz¬

terakcji, stają się widoczne różne kultury, które je za¬

cza teraz, kiedy w większości m a m y ją już za sobą, w i ¬

mieszkują, i c h różne składniki".

dzę coś zupełnie różnego o d krzyżowania się i dialogu
kultur. Widzę teatr jako miejsce paradoksalne, w któ¬

I dodawał jeszcze jedno potwierdzenie naszego wie¬
lokulturowego powołania: fakt, że przy O d i n i e powsta¬

r y m tworzenie wspólnego dzieła zakłada nie tylko oso¬

ła I S T A - I n t e r n a t i o n a l School of Theatre A n t h r o p o ¬

bowości różnorodne, lecz osobowości o k r u t n i e i ego¬

logy, która o d 1979 r o k u jednoczy podczas swych sesji

istycznie o d siebie oddalone, nie tylko z p o w o d u różni¬

aktorów, reżyserów, mistrzów teatru i badaczy z róż¬

cy kultur, ale również dlatego, że przeciwstawne są i c h

n y c h kontynentów, z teatrów W s c h o d u i Z a c h o d u .

cele, ideologie i wrażliwość.

133

�Eugenio Barba • Z D O B Y W A N I E RÓŻNICY

Pytania lana Watsona skłoniły m n i e do zapytania

samić się z historią, z m i t a m i , z tęsknotami i z ideała¬

siebie samego: jeżeli moje wybory nie wynikały z pra­

m i mojego k r a j u i mojego środowiska. Wybrałem spo¬

gnienia i dążenia do poszerzenia granic mojego obsza­

łeczną tożsamość emigranta, p r a c o w n i k a z Południa

r u kulturowego, to skąd się wzięły? Czego szukałem

w świecie całkiem na odwrót: w zimnej, luterańskiej

t a k zawzięcie przez tyle lat?

Norwegii. W

t y m p r o l e t a r i a c k i m świecie odkryłem

I w t e n sposób znowu stanąłem wobec konieczno­

walkę klas, skuteczność strajków i solidarności, lecz

ści ponownego mentalnego prześledzenia zmian, k t ó ­

także ksenofobię i rasizm. Byłem dago, byłem wop. To

re dobrze poznałem, szukając odpowiedzi. I znowu

są określenia nieprzetłumaczalne, ponieważ odnoszą

okazało się, że jestem zdezorientowany. By się zorien­

się do sytuacji bardzo odległych w czasie. We Wło¬

tować, potrzebowałem wyjątkowych sposobów, p o ­

szech emigranci, którzy z Południa przyjechali szukać

trzebowałem n o w y c h słów.

pracy na Północy, b y l i nazywani terroni. A l e ja, nawet
jeśli wyjechałbym z G a l l i p o l i , żeby pracować w Medio¬

A l e słowa nigdy nie są n o w e . T y m , co się zmienia,
jest światło, które je oświetla, cienie, które rzucają.

lanie czy Turynie i żeby zostać terrone, niósłbym ze so¬

Uzupełniające

teraz

bą znamiona mojego szlacheckiego pochodzenia. Na¬

w nadzwyczajny sposób ze sobą walczą, na gruncie zu¬

tomiast w N o r w e g i i m o j a emigracja była całkowita:

żytego t e r m i n u : różnica.

zostawiłem mój kraj, mój język, moją przeszłość i kla¬

się p r z e d t e m światło i cień,

Różnicy można doświadczać jako danej okoliczności,

sę społeczną. Musiałem nauczyć się mówić i myśleć po

która może generować cierpienie lub dumę. A l e wierzę,

norwesku, uważnie słuchając, by wychwycić podteksty

że różnica może być także p u n k t e m dojścia, trudną zdo¬

w słowach i zachowaniach ludzi dookoła m n i e . M o j a

byczą. Kiedy jesteśmy młodzi, czujemy się jak czarny

kondycja egzystencjalna uczyniła m n i e „innym", a ta

p u n k t w świecie, do którego nie należymy. Kiedy się sta¬

pozycja nie jest nigdy n e u t r a l n a . D l a niektórych Nor¬

rzejemy, okazuje się, że to właśnie przynależność jest czę¬

wegów stanowiła element negatywny, dla i n n y c h sama

sto t y m , co pozwala n a m żyć wewnątrz świata. Nauczy¬

w sobie była wartością. W t e d y t a m t a decyzja, nie zo¬
stała podjęta w pełni świadomie, ale teraz się jej nie

liśmy się, ile jest warta różnica, która wzbudza szacunek.

wstydzę: zostawić W ł o c h y , znaczyło odciąć swoje naj¬
głębsze korzenie, włoskie i szlacheckie, te które miały

Własna ziemia

i mogły m n i e chronić.
M o j e niebywale silne pragnienie, by wyrwać się
z włoskiego b a c k g r o u n d u nie przerodziło się w pragnie¬

K i e d y byłem dorastającym chłopcem, mieszkają¬

nie zostania N o r w e g i e m . Zdawałem sobie sprawę, że

c y m daleko na południu W ł o c h , wystarczyło, b y m po¬

„kulturowe korzenie" są synonimem ograniczenia, wy¬

j e c h a ł k i l k a kilometrów na północ, żebym czuł się cu¬

znaczonego horyzontu. Chciałem zerwać więzi, które

dzoziemcem, żebym czuł się „inny". W G a l l i p o l i , gdzie

ograniczały moją mentalną wolność, i zbliżyć się do

dorastałem, jako syn szlacheckiej rodziny, całkowicie

„inności" mrocznej i bez słów, znajdującej się wewnątrz

ignorowałem wszelkie przejawy k u l t u r y „popularnej".

mnie, w porównaniu z którą otaczająca m n i e k u l t u r a

W i e l e lat później, ze zdziwieniem, dowiedziałem się

okazywała się pełna przeszkód. N i e chciałem zostać za¬

z książek Ernesto D e M a r t i n o , że żyłem w kulturze ta-

korzeniony w jakimś narodzie, kulturze czy klasie.

r a n t y z m u : trans, muzyka i tańce, skonstruowane jako

Walczyłem o coś bardzo k o n k r e t n e g o , o t o , b y m

terapeutyczna i p e r f o r m a t y w n a ceremonia, której ist¬

mógł zapuścić korzenie w niebie, w k r a j u wartości bez

n i e n i a nawet nie podejrzewałem.

granic, gdzie prawdy byłyby o w o c e m k o n f l i k t u , a zara¬

Przez trzy lata uczyłem się w szkole wojskowej. Ma¬

zem osobistą zdobyczą.

j ą c osiemnaście lat, zniechęcony dyscypliną, uciekłem

Słyszę w sobie jeszcze echo tego doznania oświece¬

najdalej, jak się dało. W N o r w e g i i , jako emigrant, mu¬

nia, j a k b y m odziedziczył całą ziemię, wszystkie jej kra¬

siałem stawić czoło życiowemu p r o b l e m o w i w t o p i e n i a

je i wszystkie kultury, jej różnorodną przeszłość i nie¬

się w kontekst, w którym obyczaje, mentalność, rela¬

pewną przyszłość. Miałem osiemnaście lat. N i e wie¬

cje między płciami, hierarchia w pracy były dla m n i e

działem jeszcze, że otrzymanie spadku oznacza podda¬

p r a w d z i w y m i t r a u m a m i k u l t u r o w y m i . Musiałem prze-

nie go metamorfozie i że spadkobierca zawsze jest nie¬

formułować moje zachowania aż do samych korzeni.

wiernym.

Zmieniła się nawet m o j a świadomość historyczna.

W i e k pozwolił m i zrozumieć, że jeśli teatr jest od¬

U c z y l i m n i e , że w 1936 r o k u W ł o c h y zajęły Etiopię,

k r y c i e m , to bazuje o n o na zmartwychwstaniu przeszło¬

żeby zanieść cywilizację barbarzyńcom. Ileż razy m a t k a

ści, dokonującym się dzięki niepowtarzalnej, osobistej

powtarzała m i : kiedy przychodziłeś na świat, twój oj¬

barwie każdego z nas. A l e ta przeszłość nie była nazna¬

ciec był odważnym dowódcą na tej w o j n i e . A teraz,

czona przez jedną kulturę i jeden naród. Była symulta¬

N o r w e g o w i e i i c h książki, mówili m i o w o j n i e zagłady.

niczną współ obecnością wszystkich przeszłości.

Szok k u l t u r o w y uderzył w moją własną osobistą tożsa¬

To nie skrzyżowanie k u l t u r m n i e zafascynowało.

mość. I było wiele i n n y c h szoków.

N i g d y świadomie nie pragnąłem znaleźć się na t a k i m

Porzuciłem moje burżuazyjne środowisko i ciepłe,

skrzyżowaniu. Chciałem być „podróżnikiem Prędkości".

katolickie, południowe W ł o c h y , bo nie umiałem utoż134

�Eugenio Barba • Z D O B Y W A N I E RÓŻNICY

Są ludzie, którzy żyją w jakimś narodzie czy w jakiejś

i organizacji pracy. A l b o ze względu na potrzebę odda­

kulturze. Są też tacy, dla których t e r y t o r i u m , na któ¬

lenia się o d swojej własnej pierwotnej perspektywy,

r y m żyją, wyznacza i c h własne ciało. Są jednak podróż¬

potrzebę ucieczki o d własnej ziemi, własnych korzeni,

nicy, przemierzający Kraj Prędkości, przestrzeń i czas,

żeby stworzyć n o w y Heimat,

niemające n i c wspólnego z krajobrazem i p o r a m i r o k u

Mały świat: mikrokosmos i mikrospołeczność.

w

miejscu, przez które przejeżdżają.

wszystko w książce Teatr. Samotność,

Opisałem

rzemiosło,

to

W

d o m sztuki, i n n y świat.

t y m o s t a t n i m w y p a d k u naleganie na wymiar

w i e l o k u l t u r o w y wytwarza więcej zamieszania niż jasno­

bunt.

Można trwać w j e d n y m miejscu przez miesiące, na¬

ści. Tak naprawdę nie jest k o m p e t e n t n e . Koncentruje

wet lata i dalej być „podróżnikiem Prędkości", który

uwagę na zewnętrznej powłoce, nie na substancji.

przemierza tysiące lat i kilometrów razem z myślami

M o j a zawodowa biografia odpowiada d r u g i e m u

i reakcjami mężczyzn i kobiet, o d d a l o n y c h o d niego ze

przypadkowi. W ł a ś n i e dlatego, zastanawiając się n a d

względu na kolor i c h skóry czy historię. W Canoe z pa­

m o i m doświadczeniem wewnątrz mojego teatralnego

pieru. Traktacie o antropologii teatralnej miałem świado¬

Heimat,

mość,

dzykulturowości za przeszkodę, nie za pomoc, chociaż

że preekspresywna

analiza

nieeuropejskich

t e c h n i k p e r f o r m a t y w n y c h może łatwo przerodzić się
w

interpretację

„międzykulturową":

uznałem kategorie wielokulturowości i mię-

teatr mój nosi wielokulturową szatę.

mechaniczną

i dualistyczną, powielającą schemat W s c h ó d - Zachód

Podróże w stronę różnicy

ze wszystkimi jego bieżącymi odniesieniami politycz¬
nymi. W

tej książce stawałem po stronie „kultury

przejściowej". Wierzę, że europejscy Reformatorzy -

Zawsze można stosować perspektywę w i e l o k u l t u -

b u n t o w n i c y i heretycy, jak Stanisławski, M e y e r h o l d ,

rową, aby obserwować zjawiska teatralne, ale do uży¬

Craig, Copeau, A r t a u d i Brecht - b y l i twórcami t e a t r u

wania tej perspektywy trzeba się najpierw przyznać.

przejściowego. I c h życie i i c h dzieła zniszczyły wcze¬

N i c nie zabrania powiedzenia, że O d i n Teatret jest

śniejszy sposób oglądania i robienia spektakli, ustaliły

w i e l o k u l t u r o w y . Został stworzony w N o r w e g i i przez sa­

n o w y rodzaj relacji z widzem, pobudziły nową świado¬

mozwańczych aktorów, których reżyser włoskiego p o ­

mość i c h sztuki jako środka politycznego, etycznego

chodzenia przeżył swoją zawodową inicjację w Polsce.

i duchowego. Zaszczepiły wartość i znaczenie p o d nie-

Dzisiaj nasz teatr w H o l s t e b r o jest karawansera-

przenikalną skorupę naszego zawodu.

jem, który gości osoby i grupy z całego świata: Skandy-

To nastawienie m a swoje korzenie w stanie przej¬

nawów, W ł o c h ó w , Francuzów, Anglików, Hiszpanów,

ściowym, w odrzucaniu ducha czasu. N i e może zostać

Niemców, obywateli A m e r y k i Południowej i Północ¬

pasywnie przekazane następnemu p o k o l e n i u . Trzeba

nej, przybyszów z Japonii czy Sri L a n k i . Podróżujemy

wybrać bycie i c h spadkobiercami i zdobyć i c h dziedzic¬

i mieszkamy przez długie okresy w rozmaitych krajach.

two w s a m o t n y m wysiłku, który je przekształci i uczy¬

Nawiązaliśmy współpracę z a k t o r a m i i badaczami róż¬

n i naszym własnym.

n y c h narodowości. A l e wszystkich t y c h osób, kultur,

Powoli, odpowiadając I a n o w i W a t s o n o w i , zaczyna¬

tradycji, wszystkich t y c h obrazów, które widzieliśmy,

łem dostrzegać nie tylko mój wybór różnicy, lecz także

n a p o t k a n y c h przez nas spektakli i h i s t o r i i nie szukali¬

coś innego. Jak męczące jest to ciągłe odróżnianie się.

śmy po to, by się wzbogacić, ale ze względu na coś in¬

N o m a d z i z korzeniami, ale z korzeniami w niebie.

nego: aby pomogły n a m uciec. O d czego? O d naszej

Bohaterzy W i e l k i e j Reformy scen X X w i e k u , zmar¬

własnej kultury, o d tradycji teatralnych, w których się

l i , którzy na zawsze pozostają młodzi, roztrzaskali od¬

urodziliśmy. O d małych tradycji i pewności, które sa¬

wieczny m o d e l t e a t r u istniejący w Europie, stwarzając

m i ustaliliśmy.

miejsce dla pełnego nisz ekosystemu teatralnego, peł¬

Jeżeli patrzymy z bliska na naszą pracę i małe na¬

nego „małych nomadycznych t r a d y c j i " . Te „małe n o -

w y k i , na wartości, którym czujemy się zobowiązani do¬

madyczne tradycje", o u l o t n y c h t e c h n i k a c h , lecz po¬

trzymać wierności, na zmarłych żyjących w naszej pa¬

siadające silne i n d y w i d u a l n e motywacje, żyły krótko.

mięci, możemy odkryć niemożliwy do zdefiniowania

C h o ć podróżowały i ewoluowały, i c h wyjątkowe war¬

związek, pewną mentalność, dotyczącą jedynie pracy,

tości były zawłaszczane przez i n n y c h artystów, nieza¬

sprawiającą, że jesteśmy jakąś mikrokulturą, małym,

leżnie o d miejsca i początkowego k o n t e k s t u . Zdoby¬

odrębnym światem. Zawdzięczamy to wszystko powol¬

wane i zawłaszczane dziedzictwo zakłada oderwanie

n e m u zdobywaniu, a nie mieszaniu się i integracji kul¬

się o d własnych początków.

tur oraz tradycji.

N i e jest sam w sobie odkrywczy fakt, że osoby wy¬

„Mieć korzenie w niebie" wydaje się tylko pięknym

wodzące się z różnych tradycji jednoczą się. Interesu¬

porównaniem, pożytecznym z p u n k t u widzenia retory¬

jące jest natomiast pytanie, dlaczego tak się dzieje. Wy¬

k i . A l e kryje się za n i m rzeczywistość niespokojnego

daje m i się, że mogą istnieć d w a powody, całkowicie

życia, wybór ciągłej zmiany, który nie jest celem sam

przeciwstawne: albo dzieje się tak dlatego, że i c h róż¬

dla siebie, lecz próbuje zaprzeczyć naszej t e n d e n c j i do

ne k u l t u r o w e tożsamości jakoś się uzupełniają, w for¬
mie

zakorzenienia się. Kryje się za n i m niełatwy wybór nie¬

różnorodnych specjalizacji, w rodzaju podziału

stabilności. B y ć może wszystkie nasze najważniejsze
135

�Eugenio Barba • Z D O B Y W A N I E RÓŻNICY

relacje, spotkania czy decyzje mogłyby zostać raz jesz­

t k a n i a między teatralną kulturą europejską i azjatycką.

cze opowiedziane w świetle tego ducha przygody bez

N i e istniała świadomość ważnej r o l i spektakli z i n n y c h

c h w i l i spoczynku.

kontynentów. T y m , co w t e d y budziło w Europie zain­

K i e d y patrzy się na własną przeszłość, często pró­

teresowanie, były przedstawienia Berliner Ensemble

buje się zapomnieć o niezliczonych zygzakach przy¬

B e r t o l t a Brechta, m i m M a r c e l M a r c e a u , który potrafił

p a d k u , o długich objazdach bez k i e r u n k u , do których

oczarować wielką publiczność nie używając tekstów,

zmuszają nas okoliczności. To nie są „poszukiwania"

posługując się jednie fizycznymi środkami wyrazu, oraz

czegoś, tylko objawy n i e p o k o j u , pragnienia przygody,

teksty

wrażenia, że gdzieś t a m czeka na nas szczęście. W i e l e

i Mrożka.

awangardy:

Ionesco,

Becketta,

Adamova

m o i c h nagłych i szalonych decyzji było o w o c a m i przy¬

A l e w książkach o d n o t o w a n o coś więcej. N a przy¬

p a d k u : spotkanie z kobietą, antypatia l u b sympatia

kład zainteresowanie M e y e r h o l d a , Eisensteina, D u l l i ¬

wobec jakiegoś mężczyzny. Teraz już w i e m - nie cho­

na, A r t a u d a , Claudela czy Brechta klasycznymi for¬

dziło o nauczenie się miłości, czy o ryzyko. Czerwony

m a m i t e a t r u azjatyckiego. To była wskazówka. N a w e t

szlak prowadził m n i e do mojego statusu emigranta,

o n i nie przeżyli doświadczenia t e a t r u azjatyckiego

wiecznego cudzoziemca. Przez t e n l a b i r y n t spotkań,

w praktyce. Z wyjątkiem Claudela, który mieszkał

k o n f r o n t a c j i i aspiracji popychała m n i e potrzeba obro¬

w C h i n a c h i w Japonii, żaden z w y m i e n i o n y c h przeze

n y mojej godności i nieprzynależności. Patrząc wstecz,

m n i e artystów nie widział aktorów azjatyckich w i c h

widzę jasno: doprowadziło m n i e to do odkrycia t e a t r u

własnych

jako wyspy niezależności. N i e do pojęcia. N i e zawsze

w kontekście europejskiego t e a t r u i europejskiej pu¬

do usprawiedliwienia. Zasadniczej.

bliczności. Jednak wizja A z j i była f u n d a m e n t a l n a dla

teatrach,

lecz jedynie podczas

tournée,

n i c h wszystkich.

Także teatr azjatycki miał dla m n i e przede wszyst¬
k i m przemożną siłę mirażu, który trzeba ścigać, ścież¬

Jako samouk miałem obsesję na p u n k c i e profesjo¬

k i , prowadzącej poza moje granice. N a początku był to

n a l i z m u . M i m o b r a k u doświadczenia, musiałem na¬

sposób przeskoczenia h o r y z o n t u k u l t u r y włoskiej. Za¬

uczać tych, którzy chcieli zostać m o i m i a k t o r a m i . Za¬

nurzyłem się w książkach o hinduizmie i buddyzmie.

cząłem o d ćwiczeń, które widziałem w teatrze G r o t o w ­

Zostałem marynarzem, aby zobaczyć miejsca, gdzie żył

skiego, kiedy byłem w O p o l u . C i spośród m o i c h kan¬

Ramakrishna. M o j a „Azja" to było k i l k a nazw miejsc,

dydatów na aktorów, którzy uczęszczali na kursy dla

zamieszkanych przez filozofów i eremitów. To był re¬

mimów albo balet, zostali „instruktorami" dla swoich

gion K r a j u Prędkości.

kolegów. A l e nie b y l i mistrzami. Okazali się początku¬

K i e d y zacząłem pracować w teatrze, ta wyśniona

jącymi. Nasza k u l t u r a teatralna była więc nie tyle mie¬

A z j a stała się dla m n i e najważniejszym przewodni¬

szana, czy synkretyczna, ile raczej przypominała misz-

k i e m . Przykładem na wpół o d k r y t y m , na wpół wymy¬

masz. Jak wydobyć porządną wiedzę z miszmaszu?

ślonym: ideą dynamiczną, która pomogła m i uwolnić
się z więzów samouctwa.

Szukałem książek, w których mógłbym

znaleźć

k o n k r e t n e przykłady i rady. Stanisławski,

Dullin

Pierwsze lata bycia samoukami, konieczność cią¬

i W a c h t a n g o w okazali się niezwykle pożyteczni. Stu¬

głego usprawiedliwiania w y b o r u pracy teatralnej oraz

diowaliśmy dokumentację pracy pedagogicznej i spek¬

poszukiwania źródeł, by ją ugruntować w środowisku,

t a k l i europejskich Reformatorów,

które było wobec nas obojętne, to m o i m zdaniem

ćwiczenia, mające zrekonstruować postawę aktorów.

c z y n n i k i determinujące historię O d i n Teatret. Wła¬

A p o t e m zrobiliśmy k o l e j n y k r o k , użyliśmy także zdjęć

śnie trudności i konieczność uciekania, bardziej niż

z t e a t r u k a b u k i i opery pekińskiej. Ożywiając nieru¬

żeby

opracować

idee i teorie, doprowadziły nas do nieoczekiwanych

chome obrazy, aktorzy razem ze m n ą tworzyli struktu¬

rozwiązań.

rę dynamiczną, kolejne „ćwiczenie", które dołączali¬

J e d n ą z t y c h konieczności - zasadniczą dla tech¬

śmy do naszego t r e n i n g u . N i e sądziliśmy oczywiście, że

nicznej i emocjonalnej tożsamości O d i n a - była emi¬

te ćwiczenia, nazywane przez nas chińskimi czy japoń¬

gracja z N o r w e g i i do D a n i i . N a s i norwescy aktorzy

skimi, mają naprawdę c o k o l w i e k wspólnego ze sposo¬

m i e l i trudności z p o r o z u m i e n i e m się z duńskimi widza¬

b e m , w j a k i grają chińscy czy japońscy aktorzy, ale to

m i w naszej nowej siedzibie w H o l s t e b r o . Stało się to

postępowanie nas stymulowało i niosło konsekwencje.

dla nas kwestią przetrwania. Musieliśmy zacząć two¬

A te konsekwencje były nasze. To samo działo się, gdy

rzyć spektakle, których dramaturgia nie byłaby oparta

zajmowaliśmy się głosami różnych śpiewaków, o d wło¬

wyłącznie na i n t e r p r e t a c j i tekstu i r o z u m i e n i u słów,

skiej opery po A r m s t r o n g a , o d chorałów gregoriań¬

lecz na bliskości i intymności, na akcjach l u b „atrak¬

skich po Y m a Sumac, o d improwizacji o p a r t y c h na

cjach" - j a k nazwałby je Eisenstein - mogących pobu¬

h i n d u s k i c h raga po myśliwskie pieśni Pigmejów, o d jo-

dzić percepcję widza na poziomie zmysłowym, wokal¬

r u r i (pieśń b u n r a k u ) po deklamację sycylijskich zmy¬

n y m i dynamicznym.

śleń. Powtarzaliśmy i c h intonacje, pomyłki i modula¬
cje głosów, podejmując wysiłek o d k r y w a n i a i ożywie¬

N i k t nie posługiwał się t e r m i n e m „wielokulturow o ś ć " p o d koniec lat 50., kiedy zacząłem interesować

nia na n o w o możliwości i k o l o r y t u ludzkiego głosu,

się teatrem. N i k t nie zajmował się zagadnieniem spo-

posiadanego o d urodzenia. Głosu, który tracimy, po-

136

�Eugenio Barba • Z D O B Y W A N I E RÓŻNICY

nieważ wybieramy tylko dźwięki potrzebne do używa¬

Przełamali delikatne i cenne schematy, które wypra¬

nia języka, w którym dorastamy.

cowaliśmy sobie w O d i n i e . Nieraz w y p y c h a l i nas z na¬

N a szczęście nie byliśmy zbyt u z d o l n i o n y m i naśla¬

szego porządku.

d o w c a m i . Dzięki t e m u odkryliśmy nasze głosy.

Zdaję sobie sprawę, że obserwowane z zewnątrz, lo¬

Przez te pierwsze lata teatry azjatyckie jawiły m i się

sy O d i n Teatret mogą wydać się naznaczone dążeniem

niczym swego rodzaju teatralna A r k a d i a , i c h bohater¬

do zjednoczenia różnych k u l t u r teatralnych, do i c h

k i były silne, a w o j o w n i c y pełni łaski, sceny wypełnia¬

k o n f r o n t a c j i i odkrycia i c h komplementarności. A l e

ły fantastyczne ryczące zwierzęta, zacumowane łodzie,

gdy w s p o m i n a m moje młodzieńcze sny o teatrze azja¬

morza z błękitnej emalii, ciche szczyty gór... A wszyst¬

t y c k i m , kiedy myślę o m o i c h relacjach z Sanjuktą, czy

ko to ucieleśnione dzięki sztuce jednego aktora. M o ¬

z i n n y m i mistrzami, wydaje m i się, że co innego było

del, który chcieli stworzyć samoucy z O d i n Teatret, to

najważniejsze. Magiczny świat t e a t r u azjatyckiego był

zawodowa doskonałość. N i e szukaliśmy „autentyczno¬

dla m n i e liną, której się trzymałem i mogłem dzięki te¬

ści" mitycznego O r i e n t u z jego filozofią, skodyfikowa-

m u wychylić się poza oczywistość - nie tylko świata te¬

ną techniką i sugestywnymi obyczajami. D l a nas teatr

atralnego, do którego nie chciałem należeć, ale także

był pracą wobec polis, możliwością zajęcia pozycji i po¬

poza oczywistość naszych

dążania drogą odrzucenia. Z tej perspektywy teatry

wymyśliliśmy i czego nie mogliśmy porzucić, bo byli¬

zasad, tego wszystkiego, co

azjatyckie z pewnością nie były dla nas bardzo istotny¬

śmy zbyt b i e d n i , a może za bardzo przestraszeni. N a

m i modelami.

początku byliśmy „inni", ponieważ byliśmy młodzi i te¬

Tylko w 1973, dziesięć lat po konsolidacji O d i n Te-

atralnie niedoświadczeni, bo przyszliśmy na świat poza

atret, doświadczyliśmy t e a t r u japońskiego, dotykając

w i e l k i m i z a c h o d n i m i t r a d y c j a m i . Potem staliśmy się

nie tylko różnych stylów i spektakli, ale tego wszyst¬

„inni" z w y b o r u i z powołania.

kiego, co się za n i m i kryje. Oglądaliśmy pracę t a k i c h

I właśnie dlatego, dla m n i e , teatr nie może ograni¬

artystów j a k Sawamura Sojuro, Hisao i H i d e o Kanze.

czać się do spektaklu. M u s i przez cały czas szukać no¬

Dzięki p o m o c y Franka H o f f a zorganizowaliśmy w H o l -

w y c h sposobów karmienia własnej rewolucji. Bardzo

stebro seminarium, które w t a m t y c h czasach wydawa¬

szczególnego typu rewolucji, którą hamują nie tylko

ło się niemożliwe. Udało się n a m zebrać p o d t y m sa¬

idee, przekonania czy przyzwyczajenia i n n y c h ludzi, ale

m y m d a c h e m teatry k a b u k i , n o i aktorów ze współcze¬

także nasze własne bogactwa, przeświadczenia, drobne

snego t e a t r u S h u j i Terayama.

wygody, r u t y n a i wiedza, zamykające nas w więzieniu.
Już o d pierwszych d n i mojej działalności reżysera i pe¬

D w a lata później O d i n Teatret zorganizował semi¬
n a r i u m poświęcone t e a t r o w i tańca z Jawy i Bali. Dzię¬

dagoga byłem owładnięty dwiema myślami, na których

k i t e m u spotkałem I M a d e Pasek Tempo, mistrza z Ba¬

punkcie zresztą dalej m a m obsesję. Pytanie pierwsze

l i , który w 1980 r o k u znalazł się wśród założycieli I S T A

brzmi: dlaczego Stanisławski i M e y e r h o l d wymyślili

i współpracował ze m n ą aż do swojej śmierci w 1991

swoje „ćwiczenia" dla aktorów? Doświadczenie podpo¬

r o k u . Oprócz tego w 1977, podczas seminarium O d i n a

wiada m i , że aktor bezbłędnie wykonujący ćwiczenia,

poświęconego tańcowi i teatrowi h i n d u s k i e m u , spo¬

nie jest często w stanie zachować tej samej jakości na

tkałem młodą tancerkę Odissi Sanjuktę Panigrahi i jej

próbach czy w czasie przedstawienia. N i e m a żadnej

męża Ragunatha. To było jak spotkanie siostry: inteli¬

łączności między efektami t r e n i n g u a osiągnięciami

gentnej, pięknej, silnej, wrażliwej, odważnej i h o j n e j .

twórczymi. Po co w t a k i m razie ćwiczenia?

Głęboko ją pokochałem. Przypominają m i się liczne

Także drugie pytanie pojawiło się szybko, kiedy

pytania, które zadawaliśmy sobie nawzajem, nasze dłu¬

w I n d i a c h po raz pierwszy obejrzałem spektakl K a t h a -

gie rozmowy, noc, kiedy wszyscy i n n i poszli spać, jej do¬

kali. To było w 1963 r o k u . Mówiłem o t y m wiele razy:

kładne, ale sugestywne prezentacje i bardzo osobiste

nic nie wiedziałem o tego rodzaju teatrze, ponieważ nie

wyjaśnienia. Sanjukta była nie tylko jedną z założycie¬

było w t e d y a n i książek, a n i i n f o r m a c j i o K a t h a k a l i . N i e

lek I S T A , była jego bezdyskusyjną królową.

rozumiałem języka i nie był dla m n i e jasny k o d działań

Zbieranie funduszy na sesję I S T A wymaga ogrom¬

aktorów - tancerzy. Wiedziałem jedynie co nieco o hi¬

nego wysiłku, pisania i przepisywania nieskończonej

storiach, które prezentowano, i byłem zmieszany i c h

ilości podań, robienia i odrabiania kosztorysów, zaci¬

hałaśliwym i l u d o w y m kontekstem. A jednak w pew¬

skania zębów i niepoddawania się. Zmęczenie i mękę

n y c h m o m e n t a c h , a k t o r o w i udawało się przykuć moją

zawsze osładzała myśl, że oto raz jeszcze spotkam K a t -

uwagę, pobudzić moje zmysły, wciągnąć m n i e w swoje

suko A z u m ę ,

Ragunatha.

działania, jedno po d r u g i m . Jak m u się to udawało? Jak

I przede wszystkim Sanjuktę. N i g d y nie zaakceptuję

to się mogło zdarzyć? Jakie były aktywne składniki na¬

K a n i c h i Hanayagiego,

niesprawiedliwości jej przedwczesnej śmierci.

szej interakcji? Czy była to tylko kwestia t a l e n t u , łaski,
indywidualnego temperamentu? A może to miało coś

Indie, Japonia, B a l i - i c h k u l t u r a i tradycja to od¬

wspólnego z techniką? A jeżeli tak, to w j a k i sposób?

ległe krainy. A l e ludzie, którzy przez lata stali się kole¬
gami z pracy, są częścią mojego k r a j u . Przyniosły i c h

Te pytania, te dwie zagadki nie do rozwikłania, sta¬

do niego umiejętności, lecz także wymagania. Sprawi¬

ły się obsesjami i jeszcze teraz m n i e prześladują. Wy¬

l i , że we m n i e samym narodziła się n o w a ciekawość.

znaczyły d w a najważniejsze obszary m o i c h zawodo-

137

�Eugenio Barba • Z D O B Y W A N I E RÓŻNICY

w y c h poszukiwań: obszar doskonalenia rzemiosła oraz

łem jego całkowicie przypadkowe początki, w okolicz¬

a n t r o p o l o g i i teatralnej (preekspresywne f u n d a m e n t y

nościach, kiedy O d i n nie mógł pokazać swoich doko¬

wydajności i siły aktora i tancerza). W dużej mierze

n a ń i nie był w stanie zaprezentować się poprzez dzia¬

wyznaczyły zatem także moje praktyczne wybory i ko¬

łanie artystyczne mieszkańcom małej włoskiej wioski,

lejne przemiany. Dzięki n i m powstała I S T A . Dzięki

w której mieszkaliśmy przez k i l k a miesięcy. N i e mogli¬

n i m wybrałem ludzi, którzy m n i e otaczają. Te poszuki¬

śmy powiedzieć: wystawimy spektakl. Powiedzieliśmy:

w a n i a określiły w a r u n k i mojej pracy.

spotkamy się. M y coś przyniesiemy, a wy, oczywiście,
zrobicie to samo. Tak odkryliśmy drogę „barteru" te¬
atralnego.

Ziemia niczyja

Potem i n n i podchwycili ten pomysł i używali go na
różne sposoby, zgodnie ze swoimi potrzebami, konteksta¬

D l a m n i e i dla m o i c h towarzyszy z O d i n a , stworze¬

m i i celami. Był stosowany przez grupy teatralne i ta¬

nie naszego t e a t r u nie różniło się o d stworzenia spek¬

neczne, przez psychologów i badaczy, przez duńską an-

t a k l u . Nasz pierwszy akt twórczy nie wyrósł z porząd¬

tropolożkę M e t t e B o v i n w jej pracach dotyczących Afry¬

k u i metody, z tego, co znamy, z jakiegoś wyobrażenia,

k i . Tak dzieje się zawsze, a przynajmniej p o w i n n o się

które by nas przekonywało albo upewniało, ale z pier¬

dziać z t y m i pomysłami czy działaniami, których wartość

w o t n e j , wciąż odnawianej nieregularności, połączonej

wykracza poza projekt osoby, która je wymyśliła.

z u p o r e m . G d y przyglądam się naszej przeszłości, wy¬

O d i n Teatret nie jest właścicielem idei b a r t e r u , na¬

daje m i się, że w t e n sposób stworzyliśmy także naszą

w e t jeśli barter jest czymś, co wywodzi się z naszej hi¬

artystyczną biografię: odrywając się o d porządku, tak¬

storii i naszej wizji świata. A l e nie czujemy się zuboże¬

że o d naszego porządku.

n i a n i pominięci, jeśli z tej m e t o d y korzysta jakaś gru¬
pa w I n d i a c h czy B o l i w i i .

K i e d y byliśmy jeszcze bardzo młodą grupą teatral¬

D l a nas barter nie jest spontanicznym b r a t a n i e m

ną i spędzaliśmy wiele czasu zamknięci w naszej siedzi¬
bie, pogrążeni w samotniczej pracy, zdarzało się, że py¬

się. W y m a g a w i e l u d n i , w niektórych w y p a d k a c h na¬

tano: j a k to możliwe, że żyjecie tak bardzo zamknięci

w e t t y g o d n i przygotowań. N i e jest wcale spotkaniem

w sobie, a za każdym razem, kiedy się pojawiacie, pre¬

ekspansywnym, rezultatem i m p e t u wzajemnej sympa¬
t i i . O p i e r a się na dobrze opracowanej polityce relacji,

zentujecie całkiem inną twarz?
Jest jedno zdjęcie O d i n Teatret, które wyjątkowo

i n t e r a k c j i i m a ściśle wyznaczone cele. K o n t a k t y , na¬

k o c h a m . Przedstawia głównie pejzaż - o t w a r t y i pusty.

wiązane przez nas z różnymi osobami czy stowarzysze¬

W rogu znajduje się mała grupka ludzi. Patrzą na ko¬

n i a m i , które z n a m i współpracują, są u k r y t y m moto¬

goś, stojąc w n i e m a l doskonałym kręgu, skupieni na

r e m danego wydarzenia oraz następnych wydarzeń. Są

odbywającym się w jego środku prawie n i e w i d o c z n y m

partyturą, p u n k t e m dojścia, u k r y t y m celem. K o n t a k t y

spektaklu. Bardziej niż d o k u m e n t , jest to dla m n i e ide¬

zawsze rodzą się z w y m i e r n y c h i nie tylko naszych „in¬

ogram, stworzony przez młodego Duńczyka Petera By-

teresów": lokalne k o n t a k t y muszą jasno zakładać kon¬

steda, który dziś jest bardzo znanym grafikiem. Przed¬

kretne korzyści wynikające z wymiany.

stawia t r u d n e okoliczności towarzyszące b a r t e r o w i

Te sytuacje mogą zatem na n o w o ożywić istniejące

w peruwiańskiej wiosce w A n d a c h . W wiosce brako¬

relacje oraz ustalić nowe, stworzyć nieprzewidywaną

wało koniecznej przestrzeni, dlatego wybraliśmy pole

wcześniej dynamikę, wydobyć na jaw możliwości, po¬

daleko o d zabudowań. M o m e n t spotkania i w y m i a n y

m ó c l o k a l n y m wspólnotom zjednoczyć się dzięki spo¬

stał się chwilą zawieszenia b r o n i , przerwą w czasie,

t k a n i u z przybyszami z zewnątrz. Może się też okazać,

a przestrzeń przekształciła się w ziemię niczyją. To wła¬

że ci przybysze, poprzez wydajność swojej zabawy,

śnie widać na zdjęciu: f o r m a kręgu sprawia, że t u b y l c y

w jednej c h w i l i pozbawiają swoich gości przesądów.

i przybysze są nie do odróżnienia. Wszyscy jesteśmy za¬

Sprawia n a m wielką przyjemność tworzenie mo¬

razem a k t o r a m i i n i e a k t o r a m i , uczestnikami i obser¬

m e n t u poza czasem, innego m o m e n t u . I jeszcze to oso¬

w a t o r a m i . Obraz daje poczucie zjednoczenia i integra¬

biste zaangażowanie organizatorów, c h ę ć poruszenia

cji, ale także samotności c e r e m o n i i zagubionej w nie¬

czegoś na i c h własnym t e r y t o r i u m . W y n i k a to z naszej

skończoności przyrody. Samotna postać w kręgu przy¬

potrzeby dawania życia n o w y m rozwiązaniom i rela¬

w o d z i m i na myśl m n i e samego w p o d o b n y c h sytu¬

c j o m , żeby nie popadać w stagnację. Cieszy nas to

acjach: jestem w środku, a jednak na zewnątrz.

w p o d o b n y sposób, jak te tygodnie, podczas których

To zdjęcie wzrusza m n i e nie tylko dlatego, lecz

odbywają się sesje I S T A - źródłem radości jest kosz¬

również z i n n y c h , n i e r a c j o n a l n y c h powodów, których

t o w n a u t o p i j n a zabawa, bankiet, w którym jako goście

nie da się wyrazić słowami. Mówi o smoku, który pil¬

uczestniczą mistrzowie starożytnych tradycji razem

nuje złota we m n i e . Prawie to samo dzieje się w t y m

z najmłodszymi i najmniej z n a n y m i spośród grup Trze¬

splocie p r a k t y k , strategii, wygód i przesądów, które na¬

ciego Teatru, n a u k o w c y pełni ciekawości i starzy przy¬

zywamy barterem.

jaciele, których k o c h a m .

Barter nie powstał dzięki i d e i albo poszukiwaniu

Sesja I S T A jest teatralną wioską, istniejącą przez

oryginalności przeze m n i e czy m o i c h kolegów. Opisa-

czternaście d n i , przez połowę tego czasu w rygory-

138

�Eugenio Barba • Z D O B Y W A N I E RÓŻNICY

m i się to przede

Mógłbym podzielić książki na dwie kategorie: te,

wszystkim dlatego, że stwarza przestrzeń paradoksal¬

stycznym odosobnieniu. Podoba

które zawierają przede wszystkim i n f o r m a c j e sche­

nego spotkania.

matyczne, napisane w m a r n y m stylu, ale uderzające

Jest jednak coś jeszcze, coś delikatniejszego i nie-

m o c n o . Przykładem może być wiele spośród dzieł

przekładalnego na słowa. Mógłbym spróbować opisać

M e y e r h o l d a , które wywarły na m n i e duże wrażenie.

to tak: zapraszasz gości, którzy cię interesują, którzy

D o drugiej grupy zaliczyłbym książki zbudowane we¬

mają posłużyć c i za przewodników w różnych sytu¬

dług w y r a f i n o w a n e j i świadomej d r a m a t u r g i i scenicz¬

acjach. O n i muszą znaleźć wielkie sumy potrzebne na

nej,

przeprowadzenie sesji I S T A l u b p o w i n n i poinformo¬

słów, „rzeczywistości rzeczywistości", s y m u l t a n i c z n o -

wać cię o detalach, które albo cię dotkną, albo uderzą.

ści i zmysłowości, charakterystycznej dla s p e k t a k l u .

Zbierasz wokół siebie jeszcze raz t w o i c h aktorów, wiel¬

O d n o s i się to także do niektórych dzieł o h i s t o r i i te­

pozwalające

doświadczyć,

za

pośrednictwem

k i c h mistrzów, ludzi, dla których O d i n jest p u n k t e m

a t r u . N a przykład Il trucco e l'anima A n g e l o R i p e l l i -

odniesienia, i tych, którzy uwielbiają oglądać nasz te¬

no:

atr przy pracy. Lecz są też tacy, których musisz chociaż

w przestrzeni" i o t w i e r a d r z w i doświadczenia. Więzi,

na chwilę skłonić, by cię akceptowali, c h o ć nie są do

które łączą m n i e z niektórymi z n a w c a m i t e a t r u , są

tego zbyt skłonni. W k o ń c u zbierasz, na n e u t r a l n y m

reakcją na środowisko akademickie czy dziennikar¬

jego zaklinająca

siła p o r y w a n i c z y m

„poezja

gruncie, na ziemi niczyjej przyjaciół, sceptyków, prze¬

skie, które zatrzymuje się zawsze jedynie n a naskórku

ciwników, t y c h wszystkich, o d których jesteś uzależ¬

naszego zawodu i przez to zaciemnia obraz jego wła¬

n i o n y i tych, którzy oczekują, że znajdą t u coś dla sie¬

ściwej substancji: p o t , m e n s t r u a c y j n a krew, sperma

bie. Potem czekasz. Wcześniej czy później z jakiejś

k o n k r e t n y c h ludzi, w określonych

strony, z zewnątrz bądź z wewnątrz, o d t w o i c h akto¬

W i z j a akademicka m a skłonności do abstrakcji, redu¬

rów, o d przyjaciół, o d nieznajomego przechodnia, o d

kuje wszystko do nurtów, i d e i , wpływów, powodów

najmniej zaangażowanego młodzieńca, o d najbardziej

oraz jasnych i m i e r z a l n y c h efektów, zakrywając w t e n

wrogiego starca nadejdzie komentarz, gest, reakcja,

sposób podziemną, mglistą i materialną historię te¬

która będzie j a k sygnał. D z w o n e k , może niechciany,

atru.

okolicznościach.

który o z n a j m i nadejście c h w i l i , kiedy raz jeszcze po¬

Ja na początku nie odczuwałem potrzeby pisania.

rzucimy nasze małe przekonania, pewności, w któ¬

Zacząłem wcześnie, ale tylko dlatego, że chciałem za¬

rych, choćby na m o m e n t , szukamy zwykle wygody.

protestować przeciw niesprawiedliwości: ciszy, oskar¬
żeniom i dezinformacji dotyczącym pracy Grotowskie¬
go. Pisarstwo jest sposobem w a l k i z władcami informa¬

Hermafrodytyczna historia teatru

cji, t y m i , którzy komponują k r o n i k i swoich czasów
i dokumentują historię t e a t r u . Z upływem lat pisar¬
stwo stało się sposobem na to, by zostawić po sobie

W mojej pracy z a k t o r a m i reaguję, j a k w i e l u in¬

ślady, które przełamią uporządkowane schematy histo¬

n y c h reżyserów, na to, co „działa", co m i się wydaje

r i i . Traktuję to jako obowiązek: wydobywać zawikłane,

„żywe", „organiczne", co zawiera wibracje, które jawią

lecz dobrze określone i n t r y g i mrocznych sił, prowadzą¬

m i się jako ambiwalentne, hermafrodytyczne. Podwo¬

cych nas w naszym zawodzie.

jenia, jak sądzę, mogą rozszerzyć możliwe znaczenia

Czasem m a m wrażenie, że piszę dla mojego alter

sekwencji działań czy sceny. Szczególny proces pracy

ego, całkowicie różnego ode m n i e , które narodzi się za

łączący aktora i reżysera nie opiera się na teoriach, ale

sto lat i które poprzez teatr wścieknie się, by poruszyć

na w i e l u czynnikach, między i n n y m i na sugestiach re¬

nie tylko swój i n d y w i d u a l i z m , ale d o k o n a ć też procesu

żysera, na jego pragmatyzmie, i n w e n c j i , zdolności re¬

i n d y w i d u a c j i . Także to jest dla m n i e dziś teatrem:

agowania na bodźce materialne, na działania i błędy

możliwość r a t o w a n i a mojej tożsamości w kontekście

aktorów, na niezrozumienie, na przygodne zdarzenia,

społecznym, p o l i t y c z n y m i e k o n o m i c z n y m , to znaczy

na przypadek.

mojego i n d y w i d u a l i z m u , a równocześnie procesu oso¬

N a początku, większość mojej teatralnej wiedzy po¬

bistego dorastania, i n d y w i d u a c j i , dzięki wieloletniej

chodziła z książek. Miały dla m n i e ogromne znaczenie,

pracy z i n n y m i j e d n o s t k a m i .

ponieważ nauczyły m n i e przeczuwać, jak dbać o ambi-

Wydaje m i się, że ta transformacja doświadczenia

walencję. N i e opowiedziały m i o t y m : ale czytając je,

w świadomość i refleksję zaczęła się wraz z w i e l k i m i eu¬

zauważałem przebłyski czegoś, co należało do m n i e .

ropejskimi r e f o r m a t o r a m i teatru, aż do Grotowskiego.

Były wśród n i c h fascynujące biografie artystów, któ¬

To było coś więcej niż proste przekształcenie p r a k t y k i

re stały się moją gwiazdą polarną. A l e książki były też

w teorię. To był milczący przekaz czegoś zasadniczego.

użytecznymi narzędziami pracy, dzięki opisom tech¬

W i e l u bohaterów przemiany z początku X X w i e k u

nicznym, które raz przetrawione stawały się osobiste

nie było p r o f e s j o n a l i s t a m i . B y l i o u t s i d e r a m i l u b dyle­

i nadawały się do działania. L e k t u r a pozwalała m i

t a n t a m i , j a k A n t o i n e i Stanisławski. Niektórzy wy¬

wchłaniać tę wiedzę, możliwą do sformułowania na po¬

w o d z i l i się ze środowiska muzyków, j a k A p p i a czy Ja-

ziomie w e r b a l n y m i k o n c e p t u a l n y m , komplementarną

cques-Dalcroze. A l b o b y l i p o e t a m i , j a k M a l l a r m é ,

wobec wiedzy aktywnej, która żyje dzięki praktyce.
139

�Eugenio Barba • Z D O B Y W A N I E RÓŻNICY

Paul Fort, S t r i n d b e r g . N i e b y l i ograniczeni przez nor¬

A l e stało się jeszcze coś ważniejszego: w pełnym

m y l u b przyzwyczajenia, przez reguły i sposoby życia,

różnic społeczeństwie teatr stał się przestrzenią para¬

przez m e n t a l n e schematy czy przez ustalone r u t y n y

doksalną.

teatralnego świata. Tworzyli swoje własne małe n o -

Paradoks to nie jest dziwaczna opinia. To koherent¬

madyczne tradycje: n o w e sposoby myślenia i postę¬

na myśl, u której podstaw leżą zasady i n n e niż te, n a

powania,

których bazują rozprzestrzenione opinie i przeważają¬

n i g d y wcześniej

niewymyślone

techniki

i cele. Sposoby myślenia niepodzielane przez więk¬

ce teorie. Paradoks, nawet wówczas, gdy nie można go

szość, ciągle ulegające z m i a n o m . Sposoby myślenia,

po prostu odrzucić, nie przeważa:

które n i e mogły zostać przekazane, więc trzeba było

jest też zdobywany.

nie zdobywa, ale nie

znaleźć kanały, aby mogły n a d a l zarażać. Także dlate¬

O t y m myślę, kiedy mówię o teatrze jako o prze¬

go w i e l c y reżyserowie z początku X X w i e k u „wymyśli¬

strzeni paradoksalnej, znajdującej się w samym sercu

l i " teatralne pisarstwo.

własnej epoki, ale do niej nienależącej. To przestrzeń
możliwe

„święta", w sensie „oddzielona", w c e n t r u m sporów

przekazanie tego milczącego i i n t y m n e g o k o d u , który

i ciśnień bez rozwiązania, m i k r o k u l t u r a indywiduali¬

pomaga rozszyfrować i zrekonstruować racje i m o d a l -

stów owładniętych

Artyści umierają bezdzietni. N i e jest

potrzebą

tworzenia k o h e r e n c j i

ności artystycznej wyjątkowości. A l e każdy z nas re¬

między własnym wewnętrznym w u l k a n e m ,

żyserów wszystko, co m u s i wiedzieć, w i e o d Stani¬

p r y w a t n y m i zachowaniem scenicznym. Ta potrzeba

życiem

sławskiego, M e y e r h o l d a , B r e c h t a czy A r t a u d a . Wie¬

wciąż popycha nas d o robienia i zaprzestawania. Jeste¬

my, n a ile, w b r e w naszej w o l i , ucieleśniamy i c h dzie¬

śmy pogrążeni w świadomej iluzji nieprzerwanego ćwi¬

d z i c t w o . N a ile nasze życie, k r u c h o ś ć , pasje i ślepe

czenia, będącego inicjacją przed t y m pustym rytuałem

obawy są u w a r u n k o w a n e podążaniem za l u b odrzuce¬

spektaklem - który oczekuje, b y zostać nasyconym

n i e m t y c h powiewów w i a t r u i chmur, które nazywa¬

przez nierówne motywacje każdego, k t o go w i d z i i k t o

m y i c h „ m e t o d a m i " . Stały się częścią nas, b o życiory¬

go w y k o n u j e . To przestrzeń, która istnieje tylko t a k

sy mistrzów są przykładami wewnętrznej spójności,

długo, j a k długo t l i się w nas potrzeba o p o r u .

o p o r u , ciągłego zaczynania o d n o w a . S ą ideałami d o

O p o r u wobec czego? N i e żyjemy w czasach dyktatury.

prześcignięcia.

O p i e r a ć się t o znaczy nie d a ć się uwieść głosowi

Czasem zdarza m i się o czymś mówić w kontekście
„dziedzictwa". A l e m a m w t e d y n a myśli

szepczącemu w głębi każdego z nas: o t o t w o j a ziemia.

przede

T u możesz się zatrzymać.

wszystkim f o r m y zarażania c h o r o b a m i i wątpliwościa¬
m i . Rozprzestrzenianie

-

Myślę o h i s t o r i i w i e l k i c h mistrzów t e a t r u i widzę

się wirusów. Jak utrzymać

świetlisty meteor, który w y b u c h a - wirujący sztuczny

przy życiu wirusa, który w f o r m i e legend, książek, wy¬

ogień. J e d n ą z oszałamiających m i s t y f i k a c j i h i s t o r i i

obrażeń i wyborów może być przekazywany człowie¬

t e a t r u jest zdolność d o p r e z e n t o w a n i a się, j a k o eks¬

k o w i przez człowieka albo p o k o l e n i u przez p o k o l e n i e .

pozycja jednej t r a d y c j i , podczas gdy w rzeczywistości

Ja sam nie zostałem zarażony przez żadne wirusy po¬

m a m y d o czynienia z systemem słonecznym, złożo¬

chodzące z odległej i niezrozumiałej przeszłości, któ¬

n y m z p l a n e t i satelitów o różnych c y k l a c h i obro¬

re odrywałyby m n i e o d spraw teraźniejszych. W zagu¬

t a c h , temperaturze, faunie, florze i metafizyce. Dla¬

b i e n i u w a r s t w a p o warstwie zapalenie opanowywało

tego t a k ważne jest wyodrębnienie się, w y b r a n i e , d o

mój mózg, w k o ń c u gorączka zawładnęła całym orga¬

jakiej t r a d y c j i się należy. Tradycja, stworzona przez

n i z m e m . Jest tak, że zmarli się w nas osadzają j a k nie¬

ciebie w pierwszej osobie, oczyszczona z n a l o t u po¬

widzialne m i k r o b y . Powodują halucynacje i sprawia¬

b o c z n y c h bodźców. M a ł a „tradycja-w-życiu",

ją, że wierzymy w możliwość i s t n i e n i a i n n e g o porząd¬

jest t y l k o t w o j a , zbudowana n a podstawie spotkań,

k u p o d przekonującą postacią „metody". M e t o d y

biografii, książek, wydarzeń, anegdot, d e t a l i , które

która

w ciągłym r u c h u , zmieniającej się. Zamieszkują w nas

zyskują w y m i a r emblematyczny, a p r z y n a j m n i e j nada¬

j a k pasożyty, zachęcani absolutną i paradoksalną ko¬

ją, w sposób e w i d e n t n y i hermetyczny, sens tobie

herencją.

i t w o j e m u działaniu.

Reformatorzy dwudziestowiecznego t e a t r u , d o któ¬

Tę tradycję musisz sobie stworzyć dzięki własnym

r y c h ciągle p o w r a c a m , wyznaczają b i g bang t e a t r u ,

decyzjom. Jest o n a mapą idealnego t e r y t o r i u m , które¬

eksplozję tradycji, tworzenie małych nomadycznych

m u chcesz dochować wierności, zapuścić swoje zawo¬

tradycji wraz z i c h specyficznymi ideałami, zadaniami

dowe korzenie, wydobyć n a światło jego różnorodne

pedagogicznymi, zasadami gry aktorskiej, celami spo¬

warstwy geologiczne. To t w o j a droga, która zaprowa¬

łecznymi i estetycznymi, z i c h wyjątkową publiczno¬

dzi cię d o miejsc, gdzie nie będziesz musiał wszystkie¬

ścią. Po n i c h teatr przestał być k o n t y n e n t e m , stał się

go wystawiać n a pokaz, zaprowadzi cię do odnalezie¬

archipelagiem. I c h wysiłki koncentrowały się n a jed¬

nia p r a k t y k , które zmienią twoje czasy i otaczającą cię

n y m celu, poza fizyczną obecnością i c h spektakli: na

epokę. To poszukiwanie t w o i c h przodków, m a r t w y c h ,

wymiarze

z których wysysa się bycie-w-życiu pracy, będącej orga¬

artystycznym, d y d a k t y c z n y m ,

wewnętrz¬

n y m , politycznym, etycznym, r e w o l u c y j n y m ,

nihili-

n i c z n y m przedłużeniem genealogii w poszukiwaniu

stycznym, d u c h o w y m .

jeszcze nienarodzonych wnuków.

140

�Eugenio Barba • Z D O B Y W A N I E RÓŻNICY

Paradoksalna przestrzeń teatru

Jestem wyjątkowo zainteresowany tą nieprzezroczystą
przestrzenią teatru, która jest zawirowana, odległa o d

Razem z moją grupą O d i n Teatret podróżuję po

świateł i o d uwagi ekspertów czy tych, co wydają opinie.

świecie przez pół r o k u . Tylko przez niewielką część te¬

Ta sprzeczność skłania mnie do refleksji: teatry zaniedba¬

go czasu jesteśmy gośćmi bogatych i szanowanych te¬

ne, marginalne i niezgrabne są tymi, które poszukują war¬

atrów. Większość czasu spędzamy w przestrzeniach

tości i nowych znaczeń dla działania, będącego chwaleb¬

Trzeciego Teatru. Dokądkolwiek idę, znajduję środo¬

n y m reliktem modelu szybko zanikającego społeczeństwa.
Doświadczyłem teatru jako emigracji. Pozwolił m i do¬

wiska utworzone przez zmotywowane mniejszości, lu¬

trzeć do wnętrza wielu klas, kultur i społeczeństw. A tak¬

dzi szukających transcendencji poprzez teatr.
Słowo „transcendencja" może brzmieć filozoficznie

że do wnętrza wielu klas i kultur, które noszę w sobie.

lub religijnie. D l a m n i e jest czymś przeciwnym: czymś

Wartość teatru kryje się w jakości relacji tworzonych przez

całkowicie p o z b a w i o n y m doktryny. Czymś związanym

niego między jednostkami i między różnymi głosami

z zasadami skromnego i dokładnego postępowania rze¬

w środku jednej osoby. N i e wierzę we wzajemne rozumie¬

mieślników. Kojarzy m i się z pozorną

samotnością

nie. Wierzę w nieprzezwyciężalną niemożliwość porozu¬

anarchistycznych artystów, którzy walczyli o wolność

mienia między tymi, którzy razem działają. O w o c i c h ak¬

K a t a l o n i i (tych, których Hans Magnus Enzensberger

cji, owszem, może być wspólny. Wierzę w teatr jako „pu¬

spotkał na w y g n a n i u ) , ze sposobem, w j a k i p o t r a f i l i za¬

sty" rytuał, nie w znaczeniu czegoś błahego czy bez sensu,

chować godność i sens swojej r e w o l u c j i dzięki anoni¬

ale dlatego, że nie daje się o n podporządkować doktry¬

mowej sztuce.

n o m . T u ktokolwiek może jechać na własnej „różnicy",

Dzisiaj, w naszym w i e l o k u l t u r o w y m

może ją odkryć i wzmocnić, bez tłumienia różnic innych.

społeczeń¬

stwie, w porównaniu z czasami, kiedy r e n o m o w a n y te¬

Droga Mirello, dla Ciebie jako historyczki to wszystko

atr wydawał się j e d y n y m p u n k t e m odniesienia, jest

jest ważne, chociaż to już inna kwestia. Także na t y m

dużo t e a t r u „transcendentnego". M a m y do czynienia

przez wieki polegało życie teatralne. Jest dwuznacznym

z wielością f o r m spektaklu, wiele z n i c h rozwija się

i prereligijnym sposobem zachowania i zbierania różnic.

t a m , gdzie społeczne rany są najgłębsze, a mechanizmy

Zanim przeważy nakaz. Dzisiaj, wybór.

spychania na margines najsilniejsze: więzienia, szpita¬
Przełożyła Katarzyna

le, społeczności emigrantów.

Spotkanie kończące część sesji ISTA w Krzyżowej, fot. Francesco Galli

141

Kasia

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9809" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9787">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/2ddf925de152bc9283f006959e3f83d7.pdf</src>
        <authentication>87b9a280507734473f83e80ecf6c1b3a</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116698">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2728</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116699">
                <text>1999</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116700">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2538</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116701">
                <text>Uboga Itaka - Podróży, miejsc mitycznych, rzeczy - ciąg dalszy / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116702">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.1-2, s.3-5</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116703">
                <text>Benedyktowicz, Zbigniew</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116704">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116705">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116706">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116707">
                <text>Uboga Itaka
- Podróży, miejsc mitycznych,
rzeczy - ciąg dalszy
Zbigniew Benedyktowicz

Tak można by nazwać ten numer. Jest on kontynuacją te­
matów i wątków zawartych w poprzednim numerze (podróże
- miejsca mityczne - rzeczy). Drugą jakby jego częścią.
Otwiera go blok tekstów zebranych przez Małgorzatę Dzie­
wulską o przedmiotach w teatrze Tadeusza Kantora.
Przedmiotach ubogich.
I w pewnym kontraście do poprzedniego, na tym zda się
polegać znamienny rys tego numeru. - Mianowicie, że tak,
jak w przypadku przedmiotów u Kantora, które „musiały być
prawdziwe", „Nie wolno im było być przedmiotami arty­
stycznymi - sztucznie stworzonymi dla estetycznej przyjem­
ności", i które były „ostentacyjnie wyjęte z codzienności, naj­
lepiej z życia ludzi ubogich i lekceważonych, często związa­
ne z różnymi posługami, z czynnościami powszechnie nie
szanowanymi" (Małgorzata Dziewulska, Drugie życie
przedmiotów). - Tak i tutaj owym znamiennym rysem przed­
stawionych w tym numerze podróży, miejsc mitycznych, mo­
że z wyjątkiem biblioteki Aby Warburga i kontynuacji te­
kstów z poprzedniego numeru o tajemniczych miejscach
greckiej Sycylii (Marzena Gierga), przejściach i światach
równoległych w Kronikach Narnijskich CS Lewisa (Marek
Oziewicz), jest ich - „ubogość".
Za sprawą zgromadzonych tu tekstów znajdujemy się
w kręgu pojęć tak charakterystycznych dla słownika Kantora:
„biedne miejsca", „gdzieś w kącie", „peryferie". Dotykamy
regionów rzeczywistości, czasami tandetnej, i jeśli już nie
„naj"- to z pewnością -"niższej rangi". W przeważającej mie­
rze przedstawione tu rzeczy w części etnograficznej,
przedmioty, podróże, miejsca mityczne zostały również
„ostentacyjnie wyjęte z codzienności". Czyż nie można by
wręcz powiedzieć, że duch etnografii jest bliski duchowi tea­
tru Kantora. I od razu odwrócić to stwierdzenie: że teatr au­
tora Wielopola, Wielopola ma swój głęboki etnograficzno antropologiczny wymiar.*
Bohaterami bowiem tego numeru obok „korowodu 'bied­
nych przedmiotów"'z teatru Kantora są tu: - aparat fotogra­
ficzny a la minute, podróże i dekoracje „pięciominutowego
fotografa": „Podobało mi sie z afrykańskich terenów: palmy
malowałem, zamki malowałem ... coś takiego, że ktoś był za­
interesowany, że on tam był w Afryce, w Egipcie. Najwięcej
malowałem nad Nilem pałace, leśniczówki też malowałem";
„Jeździłem tak do jedenastego listopada, do odpustu ostatnie­
go, do świętego Marcina i dopiero wiosną dużo sie dla woj* Por. na ten temat: Zbigniew Benedyktowicz, Przestrzenie Pamięci
[w:] Film i kontefat, Ossolineum, Warszawa-Wrocław 1989, s. 149-201
oraz Sławomir Sikora, Cmentarz. Antropologia pamięci [w:] „Polska
Sztuka Ludowa" Nr 1-2/1986 s. 57-68

ska robiło. A potem sie jeździło po odpustach, po jarmarkach,
na placu sie w mieście stało. Ja zjechałem całą Polskę, ale jak
mi sie nie chciało dalej jeździć, to jeździłem bliżej Warszawy,
do Świętej Lipki na Mazury; jeździłem motorem, dekoracje
miałem przypięte do motoru, aparat na bagażniku." (Stani­
sław Łabiszewski)
Bohaterami są tu Podróże barbarzyńców (Agnieszka Tulik), nieudana (?) podróż dwóch studentów - etnografów, ja­
dących na karnawał do mitycznej Wenecji, którzy uwierzyli
w Europę bez granic: (Krzysztof Cibor, Nieistniejący film,
nieistniejące miasto, nieistniejące życie). A także i podróż,
która „...nie jest podróżą w dalekie egzotyczne kraje. Odby­
wając ją nie dotrzesz do Mongolii, nie popływasz w Bajkale,
nie będziesz mógł porozmawiać z pięknymi kobietami Poli­
nezji, nie przywieziesz z niej wspomnienia zapachu korzeni
Lewantu i widoku czerwonych stoków Rodop (...) O nie. Jest
to podróż codzienna, gdy oczy zamykają sie z niedospania,
a widok za oknami jest od lat niezmienny. Jest to podróż zwy­
czajna, jakich masz za sobą i przed sobą tysiące. Jedynymi
wspomnieniami z niej są: znajomość widoku i zapach potu.
Jest to podróż po chleb i wiedzę, podróż którą musisz odby­
wać. Jest to też podróż w nieznane i niebezpieczne." Podróż
jaką odbywają miliony ludzi na świecie. Tu - z zapisaną, ca­
łą swą kulturowo społeczną, „małą", chciałoby się dodać
„biedną", niczym z Umarłej klasy - geografią: Podróż doja­
zdową koleją podmiejską na trasie Warszawa - Pilawa. (Ar­
tur Maciej Setniewski, Świetlica, rzecz o dwóch królestwach).
Odbywana, nie przy pomocy luksusowych samolotów i po­
ciągów, „autobusowa" podróż współczesnych zbieraczy owo­
ców - „picker'ów", jadących do Anglii, na zarobek, „na sa­
ksy", podroż z całym swoistym rytuałem przekraczania gra­
nicy (Maksymilian Dawid Rej mer, Światy czas i święta prze­
strzeń). I wreszcie filmowa podróż: Pod osłoną nieba,
w której „trójka bohaterów opuszcza Nowy Jork, centrum cy­
wilizacji i rusza na jakże egzotyczną Saharę", podróż prze­
świetlona antropologicznymi rozważaniami o istocie podróży
i rozważaniami o istocie antropologicznej lektury, w której
pojawiają się znajome już nam, wspomniane wyżej wątki do­
tyczące przedmiotów u Kantora. Bo tak, jak w przypadku
Kantora, dla którego „przedmioty musiały być prawdziwe",
tak i tu przecież nie o sam film, o odczytanie filmu tylko
idzie: „Autor wyprowadza z kultury swoje dzieło i tym sa­
mym ją wypowiada, my zaś, jak to ujął Ricouer, ponawiamy
tylko wysiłek wypowiadania. Dlatego żywić możemy nadzie­
ję, iż zajmujemy się nie sztuką lecz 'rzeczywistą obecno­
ścią'"(Wiesław Szpilka, Podróż: „Pod osłoną nieba") Podróż (jak w przypadku tego ostatniego tekstu) prześwietlo­
na światłem poezji Kafawisa, odkrywającej znaczenie i war-

3

�tość „ubogiej Itaki" - z której i ja korzystam w tytule, żeby
jakoś sklecić to wprowadzenie do numeru -

SPIS
Zbigniew

PRZE!
Małgorzc
Edyta Bii
Tomasz Ь
Dorota Л
Anna Łoi
Dominiki
Krzyszto)
Igor Gor
Marta K,
Joanna f

PODR
Jakub Sz
Joanna 1
Piotr Szc
Stanislas
Jan Gon
Agnieszk
Krzyszto
Artur Se
Maksym
Wiesław
Marzeni
Marek С
Dariusz
Agniesz)
Danuta
Katarzy
Marceli
Marcin
Krystyn,
Ireneusi
Jarosla\
Jacek O
Chana I
Sylwia 'i
Janusz i
Dorota
Marcu
Dorott
Dorota
Magdal
Dorota
Tomoho
James (
Olga Łi

BROr
BronisL

Sumrm
Noty o

Na
Na

Itaka dała ci tę piękną podróż .
Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już ci dać nie może.
A jeśli ją znajdziesz ubogą, Itaka cię nie oszukała
gdy się stałeś tak mądry, po tylu doświadczeniach,
już zrozumiałeś, co znaczy Itaka.
Bohaterami tego numeru są nie tylko „przedmioty ubo­
gie". Wyjęte z codzienności - krzesło, autobus, piłka, papie­
ros, ulotna sztuka „vlepki", podróżowanie kolejką dojazdo­
wą, autobusami czy PKS-em - jak u Chany Pollack, wędru­
jącej po śladach swojej babci, żydowskiej emigrantki
z „Ostrowce" (Pekaesem do Ostrowca i z powrotem), gdzie
dotknąć możemy jeszcze jednego z obszarów „ubogiej Itaki",
po którym nawet nowojorskie metro nie będzie już tym sa­
mym: „...minął miesiąc odkąd powróciłam na Manhattan po
moim rocznym pobycie w Polsce. Tu podróżuję metrem. Sie­
dząc w wagonie łatwo odpłynąć, słysząc języki, którymi
mówią ludzie, szczególnie hebrajski, polski, angielski,
w których słychać naleciałości wschodnioeuropejskie i j i ­
dysz. Pociąg wydaje się przekraczać oceany, zatrzymując się
w Tel Awiwie, Manhattanie i Warszawie. Lista rzeczy do wy­
konania, które wylatują z mojego dziennika podróży, symbo­
lizuje obecnie koniec mojego filmu i początek montażu, two­
rzenia koherentnej formy dla moich doświadczeń."(tamże).
W gruncie rzeczy mniej lub bardziej ukrytym bohaterem,
czy wspólnym wątkiem większości zgromadzonych tu teks­
tów jest to, co dla etnografii wydaje się być najważniejszym:
Odnowione spojrzenie. Odnawianie spojrzenia: dostrzec, zo­
baczyć w codziennych, zwykłych, banalnych obszarach
i czynnościach, zużytych, biednych, ubogich przedmiotach w krześle, autobusie, podmiejskim pociągu, metrze,
i w odbywanych przy ich pomocy „podróżach", i w nich sa­
mych - Niezwykłą rzeczywistość. Niezwykłość. Coś, co na­
leży niemal już do objawienia. Do dramaturgii objawienia, na

którą zwraca uwagę w swym tekście Piotr Szacki: „Niezwy­
kłość jednak wyrażała się dobitniej w dramaturgii objawień,
gdy o niezwykłości zdarzenia przesądza raczej skontrastowanie wzniosłości Epifanii ze zgrzebnością sytuacji (np. orka w objawieniach Matki Boskiej Gidelskiej) czy skromnością
kondycji osoby doznającej Objawienia (często są to ubogie
dzieci, niewiasty, wyrobnicy)''(Niezwyklos'c).
Bohaterem tego numeru jest też więc poszukiwanie formy,
„ćwiczenia w zapomnianej sztuce opisywania rzeczywisto­
ści". Zataczamy tu koło - podróżujemy, robimy notatki, pi­
szemy dzienniki (James Clifford, Opowiedz mi o swojej pod­
róży: Michel Leiris, Bronisław Malinowski, Dziennik), a po­
tem poszukujemy formy, by przekazać coś z tej doświadczo­
nej przez nas niezwykłej rzeczywistości. Wtedy dopiero mo­
żemy zacząć mówić o „pamięci jako zorganizowanej materii"
(por. Jakub Szczuka, Aby Warburg i jego biblioteka), „rzeczo­
wości pisma", o „pisemnym wymiarze ustności" (Joanna
Tokarska-Bakir), gdy ową niezwykłość wpierw dostrzeżemy,
gdy jej doświadczymy. Wtedy Etnografia może przyjąć już
różne formy od traktatu naukowego - czy jak to się dzisiaj
częściej zdarza - po notatki, dzienniki, sięgać po formę sce­
nariusza filmowego lub filmu (Krzysztof Cibor, Chana
Pollack).
Ale u źródeł tych wszystkich działań winno leżeć prze­
świadczenie, że „coś w końcu istnieje naprawdę".
...O, ale zaraz za tym,
Za ostatnim parkanem oblepionym plakatem „Los Śmierci"
tego gorzkiego piwa, co się słodkie wydaje pijącym,
gdy na zakąskę żują wciąż nowe rozrywki...
tuż za parkanem, na tyłach, coś w końcu istnieje naprawdę,
(...)

Rainer Maria Rilke, Dziesiąta elegia
(tłum. Mieczysław Jastrun)
Czyż nie byłoby to wyzwanie, projekt dla współczesnej et­
nografii. W takich przypadkach i o takiej etnografii mogliby­
śmy mówić, że opowiada o rzeczywistości „jak z fotografii",
„jak z filmu", „jak z teatru Kantora".

Deska
Szukaliśmy czegoś takiego bardzo biednego, bardzo nędznego, i to jest może takie wspomnienie, które powinno zostać... Po­
winno zostać w ogóle bardzo dużo wspomnień, ale u nas się jakoś o te wspomnienia - jeżeli chodzi o sztukę, życie artystów nie dba, żeby one zostały. Otóż sławny rzeźbiarz krakowski - ale nie tylko - Jacek Puget, baron Jacek Puget, który posiadał ka­
mienicę przy ulicy Wolskiej - obok kamienicy był duży ogród, w nim jego pracownia, a obok pracowni był zwyczajny klozet,
to nawet można było nazwać, że tak powiem, wychodek wiejski - złożony z desek, normalnie, tak jak na wsi. I Jacek mówi słuchaj, ja mam takie deski, po prostu wyrwę z tego klozetu i tu ci przyniosę. Rzeczywiście, była to deska spróchniała, z wszy­
stkimi cechami, które są właściwe dla klozetu. Myśmy te deskę jakoś utrwalili werniksem, żeby jej nie czyścić, ale żeby zosta­
ła jaka jest, na dwóch końcach umieściliśmy haki, do tych haków znowu szukaliśmy łańcucha - i łańcuch wynaleźliśmy nad
Wisłą, koło mostu, gdzie stały statki i były stare, zardzewiałe łańcuchy ze statków, też nędzne i biedne. Otóż na tych dwóch łań­
cuchach, z dwóch stron, ta deska była umieszczona nad widzami w pokoju, gdzie grana była sztuka Wyspiańskiego Powrót Ody­
sa. 44 rok. I ta deska również była właściwie bezużyteczna, czyli była - jak to się mówi w sztuce - bezinteresowna. Była czymś
bezinteresownym, i przez swoją bezinteresowność, nieutylitarność życiową, stawała się jakimś przedmiotem tajemniczym,
przedmiotem wyobraźni - czyli przedmiotem sztuki.
Tamta deska gdzieś zaginęła i to, co tutaj jest, to rekonstrukcja, że tak powiem, tamtej deski. I ta rekonstrukcja obecnie znaj­
duje się w Mediolanie, ponieważ wisiała nad sceną w spektaklu Nigdy tu już nie powrócą, potem ją zdjąłem. To jest też
przedmiot gotowy. Tutaj w tej notatce na użytek biura Cricoteki napisałem: Jest to mój wojenny przedmiot gotowy. Chciałbym
aby kiedyś zawisnął w muzeum i aby profesor Mieczysław Porębski napisał mały esej o tym biednym przedmiocie".
Tadeusz Kantor, cyt. za Mieczysław Porębski, T. Kantor, Świadectwa, Rozmowy, Komentarze, Warszawa 1997

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9806" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9784">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/0ecf450f0668b54f1a1726a47293e4db.pdf</src>
        <authentication>6d02dca35daf70d455f15ad7fa9d3b83</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116664">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2391</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116665">
                <text>1992</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116666">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2219</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116667">
                <text>Film i prawdziwy obraz rzeczy / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116668">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4, s.112-116</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116669">
                <text>Ciarka, Ryszard</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116670">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116671">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116672">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116673">
                <text>Film i prawdziwy obraz rzeczy
Ryszard Ciarka

Oczywiście wiemy, że f i l m z a w i e r a ć m o ż e w swym przeka­
zie wszystkie niemal formy artystycznej wypowiedzi, nie­
k t ó r e w y k o r z y s t u j ą c wprost — j a k m u z y k ę , inne potencjal­
nie wprost l u b całkowicie p r z e t w a r z a j ą c — j a k l i t e r a t u r ę ,
wszystkie d o s t o s o w u j ą c do swych potrzeb. W t y m przedziw­
n y m , zawsze fascynującym ś m i e t n i k u c y t a t ó w , bez t r u d u
dogrzebiemy się w ą t k ó w literackich, d r a m a t u , poezji, malar­
stwa, czy c h o ć b y innych filmów. A l e t a k ż e film, j a k o dzieło
s k o ń c z o n e , s k ł a n i a nas i do takiej refleksji, iż z n a c z y ć m o ż e
niewiele więcej niż poza samym s o b ą . F i l m b o w i e m z n a c z y ć
m o ż e podobnie j a k znaczy rzecz: jedno i drugie nie musi
przecież o d razu a p e l o w a ć d o naszego intelektu, p r z e m a w i a ć
m o ż e natomiast, i zwykle tak jest, do naszej mliczącej
z d o l n o ś c i rozszyfrowywania, rozumienia świata, oraz zdol­
ności w y o b r a ż a n i a sobie w s p ó ł i s t n i e n i a postrzeganych rze­
czy, zjawisk i l u d z i .
1

„ W codziennym życiu — pisze Merleau-Ponty — istotnie,
nie dostrzegamy owej estetycznej w a r t o ś c i najmniejszej p o ­
strzeganej rzeczy. Jest t a k ż e p r a w d ą , że nigdy w rzeczywisto­
ści postrzegana forma nie jest d o s k o n a ł a , zawsze istnieją
j a k i e ś nadmiary, skazy, c o ś w rodzaju efektu n a d u ż y c i a
materii. D r a m a t filmowy jest zawsze, by tak rzec, bardziej
finezyjny niż dramaty realnego życia; dzieje się w świecie
ściśle o k r e ś l o n y m , bardziej niż świat r e a l n y . "
2

W j a k i e więc zdarzenia u w i k ł a n y m o ż e b y ć film? W jakie
z a p o ż y c z e n i a i cytaty; j a k o synteza czy antyteza rzeczywisto­
ści? K a ż d e chyba dzieło sztuki istniejąc w kulturze, co
znaczy, że jest odczytane, będzie też przeciwko l u b k u c z e m u ś
skierowane. Jak to jest — p y t a m y dalej — że bardziej
finezyjna i ściśle o k r e ś l o n a rzeczywistość filmu redukuje,
a j e d n o c z e ś n i e p o g ł ę b i a rzeczywistość z e w n ę t r z n ą ?
Jeśli p a m i ę t a m y jeszcze film Andrzeja W a j d y Niewinni
czarodzieje, to w a r t o w s p o m n i e ć , że film ten nie o t r z y m a ł
zbyt pochlebnych ocen k r y t y k ó w . Z w y j ą t k i e m k i l k u ciekaw­
szych wypowiedzi, większość r e c e n z e n t ó w z a r z u c a ł a W a j ­
dzie, iż film ten zbyt m a ł o jest filmowy, a nade wszystko
kwestionowano jego p r a w d z i w o ś ć .
Jak p a m i ę t a m y , ukazana w Niewinnych
czarodziejach
w s p ó ł c z e s n a rzeczywistość jest bardzo d r a ż n i ą c a . W y z y w a ­
j ą c a w swej l a p i d a r n o ś c i . A p a t i a i b i e r n o ś ć m ł o d y c h ludzi,
pozbawionych ambicji „ w d e c h o w c ó w " , czyli spokojniejszej
odmiany „ b e a t n i k ó w " , nie jest t u oceniana ani poddawana
t y m bardziej jakiejkolwiek negatywnej krytyce.
Istnieją. Słuchają jazzu. Z dnia na dzień grubieje na nich
maska życia pozornego, iluzji. N i e poznamy ich, bo grają
swoje „ n i e w i n n e " role m i ę d z y s o b ą i wobec kontestowanej
przez nich rzeczywistości. N i e poznamy ich, bo nawet
uczucie, miłość jest t y l k o nieco bardziej w y s u b l i m o w a n ą g r ą ,
g r ą zresztą p r z e r w a n ą , g d y ż znany jej w y n i k zniechęca do
dalszych p o s u n i ę ć .
„ N i e wierzę w gorycz bohatera W a j d y — pisze Aleksander
Jackiewicz— ani w sceptycyzm bohaterki. T r u d n o m i nawet
uwierzyć w p r a w d o p o d o b i e ń s t w o owej sytuacji w nocy,
w kawalerskim p o k o i k u , w k t ó r y m c h ł o p i e c i dziewczyna
p r o w a d z ą p l a t o n i c z n ą g r ę masek. W o l ę t r a k t o w a ć ten w ą t e k
Niewinnych czarodziejów j a k o m e t a f o r ę , u o g ó l n i e n i e . " *
M e t a f o r ą jest też chyba i cały film, tak j a k szczególną
3

112

f o r m ą metafory i u o g ó l n i e n i a jest k a ż d y ruch kontestacyjny,
t a k ż e i ten, k t ó r y Wajda ukazuje. K a ż d a k u l t u r o w a kontes­
tacja przeciwstawia się zwykle w y t w o r z o n y m przez siebie
wizerunkom k u l t u r y d o m i n u j ą c e j , jej systemom w a r t o ś c i .
Protestem wobec k r y t y k o w a n y c h w a r t o ś c i m o ż e b y ć np.
s p o s ó b ubierania się i sposoby z a c h o w a ń , k t ó r e stają się b ą d ź
k a r y k a t u r ą owych w a r t o ś c i , b ą d ź p o d k a ż d y m w z g l ę d e m
alternatywnym sposobem bycia. Podobne zjawiska obser­
w o w a ć m o g l i ś m y w kontestacyjnych ruchach lat siedemdzisiątych, podobne dają się z a o b s e r w o w a ć i teraz. Dlatego
też Bazyli, g ł ó w n y bohater filmu, nie decyduje się na
porzucenie gry, na konsekwencje pozostania z d z i e w c z y n ą .
Nie jest on człowiekiem złym, wypaczonym; przecież jego
marzenia o d o m u , dostatnim życiu nie o d b i e g a j ą chyba od
ówczesnej tzw. „przeciętnej krajowej". A l e też k a ż d e o d ­
chylenie maski s p o w o d o w a ć m o ż e nieodwracalny proces
wtapiania się w dobrze znane t ł o otaczającej go rzeczywisto­
ści. T u ż za jego kawalerskim p o k o i k i e m u s a d o w i ł się przecież
jeszcze bardziej zamaskowany świat, toczy się t a m gra życia
pozornego; codzienna s z a r o ś ć p r z e ś w i e t l o n a h a s ł a m i , peł­
n y m i fałszywej j e d n o ś c i u m y s ł ó w i serc.
Znamienny jest t e ż i t y t u ł f i l m u , bo „ n i e w i n n i czarodzie­
j e " , to t a k ż e c z ą s t k a romantycznej wizji s a m o t n o ś c i , niemo­
cy w realizowaniu własnej o d r ę b n o ś c i , g d y ż fałszywy świat
z e w n ę t r z n y zmusza do z a m k n i ę c i a się, przeczekania. M o t y w
ten nieustannie b ł ą k a się w t w ó r c z o ś c i Byrona, Mickiewicza,
Słowackiego, wśród r o m a n t y k ó w .
„ P u n k t e m wyjścia — pisze Juliusz Kleiner w szkicu
Romantyzm —jest dla nich niezadowolenie z rzeczywistości
teraźniejszej, z ustalonych s t o s u n k ó w s p o ł e c z n y c h , z rezul­
t a t ó w dotychczasowej k u l t u r y . Świat, do k t ó r e g o d o p r o w a ­
dziła k u l t u r a europejska, wydaje się nienaturalny, zły, bez­
duszny, m a r t w y . Trzeba od niego uciec l u b trzeba go
przekształcić, a n a k ł a d a n e p r z e z e ń więzy o d r z u c i ć w imię
ideału w o l n o ś c i . "
5

C o dzień z p a m i ą t k ą nudnych postaci i z d a r z e ń
W r a c a m do s a m o t n o ś c i , do książek — do m a r z e ń ,
Jak p o d r ó ż n y , ś r ó d dzikiej wyspy zarzucony,
C o rana w z r o k i s t o p ę niesie w r ó ż n e strony,
A z a l i gdzie istoty bliźniej nie obaczy,
I co noc w s w ą j a s k i n i ę powraca w rozpaczy.
Szalony! niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa ł a ń c u c h a , by nie d r a ż n i ć rany. —
Witajże, ma j a s k i n i o — na w i e k i z a m k n i ę c i ,
Nauczymy się w i ę ź n i a m i stać się z własnej chęci —
C z y ż nie znajdziem z a t r u d n i e ń ? M ę d r c e dawnych
wieków
Z a m y k a l i się s z u k a ć s k a r b ó w albo l e k ó w ,
I trucizn — m y niewinni m ł o d z i czarodzieje
Szukamy ich, by o t r u ć w ł a s n e swe nadzieje.
(...)
Zamieszkałym śród cieniów zmyślonego świata
Nudnej rzeczywistości nagrodzi się strata.
(Dziady Widowisko, Część I )

�K a d r z filmu Tadeusza Konwickiego „Ostatni dzień lata"

Świat ukazany w filmie W a j d y „ o k i e m kamery", jest
rzeczywisty. Prawdziwe są k l u b y i kawiarnie, w k t ó r y c h
spotykali się bohaterowie filmu, spotykali się t a m n a p r a w d ę
p o d o b n i do nich m ł o d z i ludzie w tak samo charakterystycz­
nie za d ł u g i c h p ł a s z c z a c h i p o w y c i ą g a n y c h swetrach. Praw­
dziwe są z a u ł k i i p o d w ó r k a , gdzie w ł ó c z ą się bez celu,
o r g a n i z u j ą c na poczekaniu j a k i e ś mini-przedstawienia
— „ d r a k i " . Prawdziwa jest też i ekstatyczna muzyka jaz­
zowa, k t ó r e j słuchają i k t ó r ą grają. T o jednak sam film j a k o
t a k i , właśnie ten film Wajdy, nie jest ani c h ł o d n y m dokumen­
tem, zapisem u k a z u j ą c y m j e d n ą z f o r m ówczesnej kontes­
tacji, ani też f a b u l a r n ą d y k t e r y j k ą o b d a r z o n ą zgrabnym
m o r a ł e m . Jest natomiast przedziwnym t a ń c e m p o z o r ó w , prawdziwie nierzeczywistą g r ą — k a ż d y film jest g r ą o pozo­
rach rzeczywistości — gdzie p e ł n o jest niepotrzebnych
r u c h ó w i niepotrzebnych słów. T o j a k b y film nie o rzeczach
czy osobach, a o niewidzialnej w codziennym życiu prze­
strzeni m i ę d z y n i m i . Jest to rzeczywistość filmowa, ale taka,
gdzie istnieją j a k i e ś nadmiary, skazy, c o ś w rodzaju efektu
n a d u ż y c i a materii.
„ N a s z e pojęcie o świecie — pisze Marleau-Ponty — uleg­
ł o b y o d w r ó c e n i u , gdyby u d a ł o się n a m z o b a c z y ć o d s t ę p y
m i ę d z y rzeczami j a k o rzeczy (na p r z y k ł a d p r z e s t r z e ń m i ę d z y
drzewami na bulwarze) i odwrotnie — same rzeczy j a k o t ł o
(drzewa na b u l w a r z e ) . "
Czyż nie dostrzegamy owego o d w r ó c e n i a właśnie w t y m
filmie? A l e też u k a z u j ą c y się obraz, zarejestrowana rzeczywi­
stość, nie m o g ą b y ć obdarzone t a k i m i właśnie cechami. Sam
obraz, t y m bardziej obraz filmowy, nie ma takiej m o ż l i w o ś c i
b e z p o ś r e d n i o . T a k j a k , w t y m samym znaczeniu, s ł o w e m l u b
d ź w i ę k i e m nie m a m y b e z p o ś r e d n i e j m o ż l i w o ś c i o d d a ć np.
istoty ciszy. M o ż e m y natomiast to zdarzenie o p i s a ć , d o k o ­
n u j ą c rzecz jasna g w a ł t u na jego realności, w y c h o d z ą c poza
przypisaną mu strukturę.
Ostatni dzień lata Tadeusza K o n w i c k i e g o , to film o spot­
kaniu dwojga ludzi na pasie ziemi niczyjej, jałowej pustyni,
granicy, w najbardziej d o s ł o w n y m tego słowa znaczeniu.
Ta filmowa o p o w i e ś ć toczy się w ś r ó d piaszczystych w y d m ,
p o m i ę d z y morzem i l ą d e m , piaskiem i w o d ą , na granicy
terytorialnej, k t ó r e j n i e p r z e k r a c z a l n o ś c i pilnują p a t r o l u j ą c e
6

niebo odrzutowce. G r a n i c ę „ t w o r z y (...) węższy lub szerszy
pas ziemi nieuprawnej znajdujący się w stanie d z i k i m l u b
p ó ł d z i k i m , k t ó r y prawnie czy zwyczajowo jest w y o d r ę b ­
niony o d przyległych o b s z a r ó w . " Granica też, w sensie
o b r z ę d o w y m , jest najdalej p o ł o ż o n y m obszarem o d miejsca
sacrum. Ciekawa jest r ó w n i e ż w s p ó ł z a l e ż n o ś ć owego sacrum
i o b s z a r ó w granicznych, o t ó ż . . . „ g r a n i c e i miejsca święte
n o s z ą — k a ż d e ze swej strony — charakter o b s z a r ó w , gdzie
przejawia się n i e s k r ę p o w a n a świętość. P o z o s t a j ą one t a k ż e
i w b e z p o ś r e d n i c h ze s o b ą stosunkach." N a granicy w ł ó c z ą
się demony, duchy chowanych t a m zwyczajowo z m a r ł y c h
t r a g i c z n ą śmiercią, p o m y l o n y c h i s a m o b ó j c ó w , nie narodzo­
ne dzieci, wszystkich „ o d r z u c o n y c h " . Granice są niebez­
pieczne, w p o d w ó j n y m tego słowa znaczeniu, b o w i e m styka­
j ą się b e z p o ś r e d n i o z demonicznym ś w i a t e m z e w n ę t r z n y m ,
j a k i z tego p o w o d u , że moc, k t ó r a je charakteryzuje, r ó w n a
jest tej j a k a dominuje w ś w i ę t y m centrum.
W filmie t y m r ó w n i e ż uległo o d w r ó c e n i u f o r m u ł o w a n e
w y o b r a ż e n i e ś w i a t a . A l e i tu odnajdziemy ten sam m o t y w
s a m o t n o ś c i , niemocy i z a m k n i ę c i a . I z n ó w , w gmatwaninie
pozornych g e s t ó w , w p o t o k u słów, w subtelnej grze, w nad­
miarze rzeczy, m o ż e m y dostrzec c o ś p o m i ę d z y .
Pas rzeczywistej ziemi niczyjej, granicy, wtapia w swój
obszar dwoje ludzi, samotnych, w sensie d o s ł o w n y m , cho­
ciażby z tego w z g l ę d u , że są j e d y n y m i bohaterami filmu.
Śledzimy ich g r ę na tle mocno konkretnej, statycznej prze­
strzeni. W tej grze słowa nieczęsto b ę d ą miały c o ś w s p ó l n e g o
z gestem, b ę d ą się d o p e ł n i a ł y , ale t y l k o po to, aby u k a z a ć
niewidzialny obszar z n a c z e ń m i ę d z y n i m i .
7

8

„ . . . M ę ż c z y z n a poczyna machinalnie s t r z e p y w a ć piasek
z pleców kobiety.
M ę ż c z y z n a : — C h c ę ci t y l k o p o w i e d z i e ć , że jestem zupeł­
nie sam.
Zbliżenie p l e c ó w kobiety. R ę k a c h ł o p c a strzepuje drobne
ziarenka piasku.
M ę ż c z y z n a : — I nic m i się nie u d a ł o w życiu.
C h ł o p i e c zaczyna gładzić czystą p r z e s t r z e ń jej pleców.
W o d z i k o ń c a m i p a l c ó w w z d ł u ż k r ę g ó w k r ę g o s ł u p a . Plecy
kobiety p o c z y n a j ą d r ż e ć ledwo dostrzegalnie.

113

�Kobieta: — A co t u robisz?
Mężczyzna: — N i c . W ł ó c z ę się... szukam...
Kobieta: — Chcesz uciec?
Milczenie. G ł o s czkawki.
Mężczyzna: — Przepraszam... D o k ą d m o ż n a uciec? M o ż e
ty wiesz?
K o b i e t a o d t r ą c a g w a ł t o w n i e jego r ę k ę . Poprawia stanik.
Wstaje.
Kobieta: — P r z e s t a ń . N i e l u b ę t e g o . "
I c h spotkanie i zbliżenie jest przypadkowe i n i e t r w a ł e .
Niepewne, tak j a k wygrzebana j a m a na wydmie z k o s z u l ą
r o z p o s t a r t ą na k r z a k u , gdzie s c h r o n i ą się, aby p r z e c z e k a ć
deszcz. N i e jest t o j u ż ani jaskinia dogodna do ucieczki, ani
mieszkanie, gdzie m o ż n a by bezpiecznie p r o w a d z i ć g r ę
„ n i e w i n n y c h c z a r o d z i e j ó w " , ale licha namiastka d o m u
wśród wydm i otaczających ich d u c h ó w wspomnień. I z n ó w
s ł o w a , a właściwie gra słów, gra g e s t ó w .
„... M ę ż c z y z n a obejmuje j ą r a m i o n a m i , j a k b y chciał
u c h r o n i ć o d deszczu.
Mężczyzna: — Schowaj się głębiej, trzeba j a k o ś p r z e t r w a ć .
M a m y przynajmniej dach.
Kobieta: — T a k a pustynia, zupełnie zmokniemy.
(...) W s u w a j ą się g ł ę b o k o p o d gałęzie, k ł a d ą się o b o k
siebie. O d d y c h a j ą jeszcze szybko. K o b i e t a patrzy m u w oczy.
O n obejmuje j ą ramieniem. (...)
Kobieta: — Och, taki deszcz, straszna ulewa, popatrz,
chyba w o g ó l e nie przejdzie... w k o ń c u utoniemy oboje.
Zbliżenie twarzy kobiety, na k t ó r e j policzek spada ciężka
kropla. Patrzy z przestrachem w k i e r u n k u c h ł o p c a i m ó w i
szybko, b e z ł a d n i e , ż e b y z a ż e g n a ć sytuację, k t ó r e j się oba­
wia..."
9

1 0

I z n ó w p r z e s t r z e ń , k t ó r ą obejmuje kamera, jest j a k
najbardziej rzeczywista. Prawdziwe są w y d m y , morze, prze­
latujące odrzutowce. Prawdziwi s ą i ludzie, w c i ą g ł y m t a ń c u
p o z o r ó w , g e s t ó w , dotykania, r o z m ó w . G d y b y z r y t m i z o w a ć
ten taniec i n a d a ć m u jeszcze w i ę k s z ą przejrzystość przez
powtarzanie tych samych fraz, to b y ł o b y to z p e w n o ś c i ą

Salto,
inny
film
Konwickiego, w k t ó r y m Kowalsk i - M a l i n o w s k i prezentuje taniec z figurami, gestami, k t ó r e
na parkiecie nic nie z n a c z ą , a czy w o g ó l e m o g ą c o ś znaczyć?
Istnieje w tych filmach j a k a ś niedostrzegalna p r z e s t r z e ń
m i ą d z y rzeczami, k t ó r e j o b e c n o ś ć sprawia, iż rzeczywistość
o g l ą d a n a na ekranie, cały realizm z d a r z e ń zmienia się w g r ę
p o z o r ó w . Zmusza to niejako do poszukiwania d o d a t k o w y c h
treści, bardziej z r o z u m i a ł y c h d o p o w i e d z e ń , gdzieś j u ż poza
filmowym kadrem, poza t y m nawet o czym film opowiada.
„ K a m u f l o w a n i e — pisze Marleau-Ponty — jest s z t u k ą
maskowania jakiejś formy, polega na wprowadzeniu g ł ó w ­
nych l i n i i , k t ó r e tę f o r m ę określają w innych, bardziej
agresywnych f o r m a c h . " A l e przecież f i l m , obraz filmowy,
to nie t y l k o w e w n ę t r z n i e zakamuflowana forma i treść
istniejącą na z e w n ą t r z ; to przede wszystkim obraz, j a k b y
ś r o d e k tych d w ó c h skrajności.
Czy zatem b a d a j ą c obraz f i l m o w y , analizując go p o d
w z g l ę d e m formy i treści, czyli b a d a j ą c to, co g ł ę b o k o ukryte,
i to, co na z e w n ą t r z , m a m y na myśli p o w s t a j ą c e i u m y k a j ą c e ,
brutalne w swym konkrecie obrazy filmowe? Czy w p o g o n i
za treścią i f o r m ą nie gubimy tej w a r t o ś c i , k t ó r a w filmie jest
najbardziej istotna, a k t ó r e j do samego obrazu z r e d u k o w a ć
się nie da?
N i e u b i e r a j ą c nadto myśli w s ł o w a stwierdzić m o ż e m y , że
obraz filmowy jest zawsze prawdziwy: tyle samo zawartej
w n i m jest cierpliwości scenografa, koncepcji r e ż y s e r a , gry
aktora, ile p r z y p a d k o w o wdzierającej się rzeczywistości. Jest
c z y m ś , co w istocie jednak nie istnieje, c z y m ś , co raz
zarejestrowane na t a ś m i e filmowej l u b magnetycznej nie da
się j u ż p o w t ó r z y ć , zmienić, a t y l k o o d t w o r z y ć .
Obraz filmowy nie jest obrazem statycznym, nie t y l k o przez
fakt, że jest ruchomy, ale r ó w n i e ż przez to, że fragment
sfilmowanej rzeczywistości tam zawarty poddany jest dynamizacji, w znaczący s p o s ó b nacechowany rytmem n a s t ę p u j ą c y c h
po sobie ujęć. P r a w d ą jest, że r y t m taki zgodny jest na ogół
z n a s t ę p s t w e m logicznym znanym i rozumianym w codzien­
n y m d o ś w i a d c z e n i u , ale ta nowo wykreowana rzeczywistość
z rzeczywistością c o d z i e n n ą nie m a j u ż nic w s p ó l n e g o .
11

�„ Т о , с о r y t m o g a r n ą ł — pisze L e ś m i a n — nieśmiertelnieje
i p r a w o m ziemskim w y m y k a się bezwiednie. Przedmioty,
strumienistym p r ą d e m r y t m u porwane, w i e d z ą czym jest
n a g ł a i niespodziewana n i e ś m i e r t e l n o ś ć . "
D o t y k a m y tu, j a k s ą d z ę , bardzo ciekawego p r o b l e m u . D o
najbardziej bowiem, m o i m zdaniem, interesujących roz­
w a ż a ń nad filmem należą p r ó b y , k t ó r y c h celem jest po­
szukiwanie r ó ż n i c i części w s p ó l n y c h p o m i ę d z y obrazem
filmowym i rzeczywistością. Pomiędzy materiałem, który
zdolny jest przenieść, najlepiej j a k d o t ą d , rzeczywistość
i p o j a w i a j ą c y m i się d o k ł a d n y m i wizerunkami rzeczy.
„ N i e wiemy, co m y ś l e ć o z w i ą z k u m i ę d z y fotografią a
t y m , co znajduje się na fotografii - pisze Stanley Cavell.
- Obraz ten nie jest p o d o b i z n ą , ale nie jest t a k ż e repliką ani
reliktem, ani cieniem, ani też duchem (jakkolwiek we wszyst­
k i c h tych propozycjach znajdujemy pewien u d e r z a j ą c y rys
fotografii, a mianowicie j a k ą ś z w i ą z a n ą z n i m i a u r ę magicz­
n ą ) . (...)
Nie j e s t e ś m y przyzwyczajeni o g l ą d a ć rzeczy niewidzialne,
nieobecne dla nas, nieobecne w ś r ó d nas. L u b też nie j e s t e ś m y
przyzwyczajeni do ś w i a d o m o ś c i , że m o ż e m y to czynić (z
w y j ą t k i e m s n ó w ) . Ontologicznie rzecz b i o r ą c , wydaje się, że
kiedy patrzymy na fotografię, zdarza się właśnie taki fakt:
widzimy rzeczy, k t ó r e nie są obecne. (...)
Fotografia p r z e k r o c z y ł a s u b i e k t y w n o ś ć (...) na drodze
automatyzmu, u s u w a j ą c czynnik ludzki z procesu reproduk­
cji. Lecz t o , co fotografia z y s k a ł a , nie jest o b e c n o ś c i ą .
U z y s k a ł a świat, zgoda, lecz t y l k o j e d n ą z jego m o ż l i w o ś c i .
(...) N a fotografii r e a l n o ś ć jest obecna dla mnie, podczas gdy
j a nie jestem obecny dla niej: p o z n a j ę i o g l ą d a m świat, dla
k t ó r e g o niemniej nie jestem obecny, a k t ó r y jest (...) ś w i a t e m
minionym."
C z y ż nie p r z y p o m i n a to, jednej z p o u c z a j ą c y c h lekcji, jakie
o t r z y m a ł a Alicja p o d r ó ż u j ą c po K r a i n i e C z a r ó w ?
„ W i d z i a ł a m j u ż k o t y bez u ś m i e c h u — p o m y ś l a ł a A l i c j a
— ale u ś m i e c h bez k o t a w i d z ę po raz pierwszy w życiu, to
d o p r a w d y nadzwyczajne!"
U ś m i e c h , k t ó r y p o z o s t a ł na gałęzi drzewa, należał jeszcze
przed chwilą do k o t a , to czy i teraz do niego należy, czy jest
j u ż t y l k o po prostu u ś m i e c h e m ? Jeżeli z a ś tak, to jest j u ż
j a k i m ś u ś m i e c h u u o g ó l n i e n i e m , jego i s t o t ą , a j e d n o c z e ś n i e
t y m , co realnie istnieć nie m o ż e .
C z y m więc jest obraz filmowy? Odbiciem istniejącej rze­
czywistości, czy m o ż e o d s ł o n i ę c i e m jej istoty? Wszak dopiero
sam u ś m i e c h , c h o ć to wydaje się paradoksalne, daje n a m
m o ż l i w o ś ć przeżycia istoty u ś m i e c h u j a k b y „ s a m e g o w so­
bie". Wszak dopiero np. obraz filmowy, a właściwie to
wszystko, co obraz ten znaczy, m o ż e u z m y s ł o w i ć nam, c h o ć
dla tego obrazu nie jestem obecny, j a k ą ś cechę p r z e ż y w a n e j
rzeczywistości.
R ó w n i e paradoksalny fakt daje się o d c z y t a ć w dziedzinie
b a d a ń nad filmem: ujawnienie bliskości z t a k i m i zjawiskami
k u l t u r y , j a k m i t , myślenie symboliczne, bajka, r y t u a ł , o b r z ę d
godzić wypada niekiedy z t e c h n i k ą rejestracji, z t e c h n i c z n ą
m o ż l i w o ś c i ą w y w o ł y w a n i a prawdziwego obrazu rzeczywis­
tości. O n i r y c z n o ś ć , a z drugiej strony mechaniczna, c h ł o d n a
dokumentacja.
Być m o ż e k i n o — j a k pisze Pasolini — opiera się na
przekazie „ l i n g w i s t y c z n y m t y p u irracjonalnego" - „i to
t ł u m a c z y g ł ę b o k ą o n i r y c z n o ś ć k i n a , ale t a k ż e a b s o l u t n ą
i n i e u n i k n i o n ą k o n k r e t n o ś ć , powiedzmy, p r z e d m i o t o w ą . "
Obrazoznaki, w e d ł u g tej ciekawej propozycji, t o j e d n o ś ć
oparta na bardzo znaczącej opozycji: d o p e ł n i e ń archetypicznych i widzialnej rzeczywistości. I z n ó w n i e z w y k ł o ś ć obrazu
filmowego ukazuje się w całej swej z ł o ż o n o ś c i . M o ż e m y z n a ć ,
to znaczy p o n a z y w a ć , wszystkie jego elementy. M o ż e m y
12

13

1 4

15

1 6

p r z y p u s z c z a ć z czego się s k ł a d a , ale wciąż w y m y k a się n a m
jego znaczenie. N i e p o t r a f i m y jeszcze określić nawet jego
funkcji, ani tego w jakiej rzeczywistości istnieje. Przypomina
to nieco zadanie lingwistyczne, k t ó r e p o l e g a ć ma na p r ó b i e
odczytania zdania w nieznanym j ę z y k u , a do dyspozycji
m a m y jedynie słownik p o z w a l a j ą c y na odczytanie słów bez
z n a j o m o ś c i zasad g r a m a t y k i , ani wiedzy o potencjalnych
m o ż l i w o ś c i a c h w y s t ę p o w a n i a i d i o m ó w . A obraz
filmowy
t a k ą właśnie p o s t a ć przybiera najczęściej.
P r z y w o ł u j ą c t u t e r m i n o l o g i ę z w i ą z a n ą z sensem z d a ń ,
i d i o m ó w , s p r ó b u j m y teraz nasze r o z w a ż a n i a p o s z e r z y ć
o związki obrazu filmowego z p o e t y k ą . T o przecież film, nie
poprzez dobrane s ł o w a i t r a f n ą , j a k b y przez prawo ustano­
w i o n ą m i a r ą , s p o w o d o w a ł wytworzenie się w i z e r u n k ó w
rzeczywistości, „ p r a w d z i w y c h o b r a z ó w rzeczy".
N a w i ą z a ł e m t u , p a r a f r a z u j ą c cytat, do jednego z k a n o n ó w
s t a r o ż y t n e j i renesansowej poetyki, s p r ó b u j e m y bowiem
p o r ó w n a ć film, obraz w filmie, do zasady rerum simulacra,
istoty sztuki, niedościgłej idei poezji. Stanowi to przecież
cechę filmu n i e o d ł ą c z n ą , a paradoksalnie rzecz ujmując,
właściwość filmu p r z y r o d z o n ą , „ t e c h n i c z n ą n a t u r ę " .
„ T o jest funkcją poety — czytamy w j e d n y m z renesan­
sowych w y k ł a d ó w poetyki — by m o w ą i wierszem — splecio­
n y m i w o z d o b n ą i b o g a t ą całość — o d t w o r z y ć ludzkie
zachowania, d z i a ł a n i a , dokonania oraz miejsca na ziemi,
w s p ó l n o t y ludzi, p o ł o ż e n i a k r a j ó w , rzeki, obiegi gwiazd,
n a t u r ę świata; by znakami o p r z e n o ś n y m znaczeniu o d ­
t w a r z a ć stany u m y s ł u i poruszenia serc..."
W n i k a j ą c głębiej w samo znaczenie łacińskiego rerum
simulacra o d c z y t a ć m o ż e m y , iż rerum (res-, rei-,) to rzecz,
przedmiot, c o ś , a t a k ż e świat, w s z e c h ś w i a t , natura; simulacra
(simulacrum) z a ś to obraz, portret, ale t a k ż e w i d z i a d ł o
senne, cień u m a r ł e g o , obraz charakteru, zjawisko, mara,
pozór.
R a c j ę ma oczywiście Kracauer i Beniamin t w i e r d z ą c , że
w obrazie filmowym p r z e w a ż a fizyczny i materialny obraz
świata, wszak w y t w o r z o n y z o s t a ł p r a w d z i w y obraz rzeczy.
A l e rację ma r ó w n i e ż M o r i n i Susan Langer p o r ó w n u j ą c film
do snu, lub d o archaicznych m a l o w i d e ł naskalnych. R a c j ę
m a r ó w n i e ż i Pasolini, kiedy w y p o w i a d a się na temat śmierci,
filmu i m o n t a ż u .
„ D o p ó k i nie u m r ę — pisze Pasolini — n i k t nie m o ż e b y ć
pewien, że zna mnie n a p r a w d ę , to znaczy, że m o ż e n a d a ć sens
mojemu d z i a ł a n i u , k t ó r e j a k o moment j ę z y k o w y jest trudne
do odszyfrowania. Trzeba więc koniecznie u m r z e ć , bo
d o p ó k i żyjemy, brak n a m sensu, a język naszego życia
( k t ó r y m się w y r a ż a m y i k t ó r e m u przypisujemy najwyższe
znaczenie) jest n i e p r z e t ł u m a c z a l n y . Jest chaosem m o ż l i w o ­
ści, p o z b a w i o n y m ciągłości poszukiwaniem z w i ą z k ó w i zna­
czeń. Ś m i e r ć dokonuje b ł y s k a w i c z n e g o m o n t a ż u naszego
życia: czyli wybiera jego momenty n a p r a w d ę z n a c z ą c e ( i j u ż
nie p o d l e g a j ą c e z m i a n o m p o d w p ł y w e m i n n y c h m o m e n t ó w
sprzecznych i niekonsekwentnych) i ustawia je w pewne
n a s t ę p s t w o — zmieniając n a s z ą teraźniejszość n i e s k o ń c z o n ą ,
n i e t r w a ł ą , n i e p e w n ą , a więc nie d a j ą c ą się o p i s a ć j ę z y k o w o ,
w przyszłość j a s n ą , stałą, p e w n ą , a więc o p i s y w a l n ą j ę z y k o ­
w o . (...)
M o n t a ż dokonuje się na materiale filmowym (utworzo­
n y m z f r a g m e n t ó w wielu bardzo d ł u g i c h i n i e s k o ń c z e n i e
k r ó t k i c h p l a n ó w sekwencji, p o j m o w a n y c h j a k o n i e s k o ń ­
czone m o ż l i w o ś c i subiektywnych p u n k t ó w widzenia) tego
samego zabiegu co śmierć dokonuje na l u d z k i m ż y c i u . "
A więc „ t o , co r y t m o g a r n ą ł nieśmiertelnieje...", j a k pisał
L e ś m i a n . „ K a ż d y m a w sobie — dopowie R ó ż e w i c z — zwi­
n i ę t ą t a ś m ę k o l o r w y c h i bezbarwnych filmów. K a ż d y film
jest zmontowany wyłącznie w p a m i ę c i jednego człowieka.
17

1 8

115

�Ginie razem z n i m . N i e ś m i a ł e p r ó b y opowiedzenia za życia,
w y ś w i e t l a n i a po śmierci są skazane zawsze na niepowodze­
nie. F a ł s z y w e są światła, ujęcia, plany, d i a l o g i . "
O ileż ciekawiej wobec tych p r z y k ł a d ó w m o ż n a np.
z i n t e r p r e t o w a ć sens p a m i ę t n e j , wielominutowej chyba,
ostatniej sekwencji f i l m u Zawód reporter, pozbawionej cięć
m o n t a ż o w y c h . K a m e r a dokonuje przecież nieprawdopodo­
bnego salta, „ w y c h o d z i " z p o k o j u „ p r z e c i s k a j ą c " się przez
k r a t y i „ p o w r a c a " drzwiami do tego samego miejsca j u ż po
śmierci bohatera f i l m u .
P o w r ó ć m y jednak do naszych g ł ó w n y c h r o z w a ż a ń doty­
czących istoty, znaczenia i m o ż l i w o ś c i interpretacyjnych
obrazu w filmie. Wszystkie wymienione t u s ą d y na temat
natury czy specyfiki obrazu filmowego, c h o ć odmienne,
doskonale mieszczą się w poszerzonej, pod w z g l ę d e m znacze­
nia, formule rerum simulacra. A l b o w i e m filmowy prawdziwy
obraz rzeczy posiada w sobie przecież tyle samo doskonale
odbitych p r z e d m i o t ó w , rzeczy, o b r a z ó w , co cieni, p o z o r ó w ,
w i d z i a d e ł sennych, tyle samo o b r a z ó w świata, natury, ile
r ó ż n o r o d n y c h , mitycznych i mitologicznych koncepcji na
temat ich istnienia.
AJe prawdziwy obraz rzeczy, nie jest zbiorowiskiem owych
p r z e d m i o t ó w , ani cieni, nie da ich się po prostu oddzielić.
„ N i e d o s y ć bowiem — pisze uczony Renesansu, Conradus
Protucius Celtis — p e w n ą ilość sylab ująć w o k r e ś l o n ą m i a r ę ,
jeśli w t y m m e t r u m — przy pomocy r ó ż n o r a k i c h i stosow­
nych figur — [piszący] nie w y r a z i ł prawdziwego obrazu
rzeczy, nie o d m a l o w a ł go p i ę k n i e tak, by w samych s ł o w a c h
b y ł a ż y w o ś ć i by niosły one za s o b ą j a k b y moc o b d a r z a j ą c ą
rzeczy życiem, i by się w y d a w a ł o , że przez pisanie — rzeczy
na n o w o zaczynają istnieć. W t y m więc będzie największa
c h w a ł a piszącego: jeśli sprawi on w r a ż e n i e , że pisząc — t w o ­
rzy i w y w o d z i na ś w i a t ł o rzecz, k t ó r a d o t ą d j a k b y nie
istniała."
O ile jednak piszący, poeta, s p r a w i ć musi poprzez dobrane
s ł o w a , by rzeczy, j a k b y d o t ą d nie istniejące, na n o w o zaczęły
istnieć, o tyle t w ó r c a filmu staje wobec sytuacji innej;
wykorzystuje f o t o g r a f i c z n ą n a t u r ę dzieła, w y m a g a j ą c ą j u ż
innego r y t m u , l o g i k i , innego sposobu tworzenia „ p r a w ­
dziwego obrazu rzeczy".
P r ó b o w a ł e m o p i s a ć na w s t ę p i e tego szkicu dwa
filmy,
ś w i a d o m i e p o s z u k u j ą c p o r ó w n a ń do zjawisk istniejących na
z e w n ą t r z obrazu filmowego, do symboliki romantycznej, do
antropologicznej koncepcji przestrzeni, do innych
filmów
1 9

2 0

czy p r o b l e m ó w współczesnej k u l t u r y masowej, nie t w i e r d z ą c
j e d n a k ż e , iż bez owych d o p o w i e d z e ń treść filmu, życie tam
istniejące j a k b y j u ż poza naszym ś w i a t e m , nie m o g ł o by b y ć
odczytane czy zrozumiane. Czy jednak, wobec zarysowanej
t u t y l k o z ł o ż o n o ś c i obrazu filmowego, o d s z e d ł e m w istocie
od tego, co przed chwilą z o s t a ł o nazwane „ p r a w d z i w y m
obrazem rzeczy"?
Nie s p o s ó b jednak owej rzeczywistości, zawartej w obrazie
filmowym p r z e ł o ż y ć raz jeszcze na t e r m i n o l o g i ę k o n k r e t n ą ,
opisać znów jakimś zewnętrznym językiem obrazów. I tu
bowiem r ó w n i e ż d o k o n a ć musimy — użyję t u s ł o w a o prze­
w r o t n y m znaczeniu — m o n t a ż u otaczającej nas rzeczywisto­
ści o b r a z ó w t y m razem filmowych, p o s z u k a ć p l a n ó w od­
niesienia, k t ó r e dopiero s p r a w i ą , że świat „ p r a w d z i w y c h
o b r a z ó w rzeczy" zaistnieje j a k o n a r z ę d z i e poznania.
„ O t ó ż , (...) obrazy — pisze M i r c e a Eliade — z samej swej
struktury są w i e l o w a r t o ś c i o w e . Jeżeli u m y s ł posługuje się
obrazami, aby ująć o s t a t e c z n ą rzeczywistość, to właśnie
dlatego, że owa rzeczywistość przejawia się w s p o s ó b we­
w n ę t r z n i e sprzeczny i wskutek tego nie daje się w y r a z i ć
konceptualnie. (...)
Prawdziwy jest więc obraz j a k o t a k i , j a k o z e s p ó ł z n a c z e ń ,
nie zaś jedno z jego z n a c z e ń b ą d ź też jeden t y l k o z p l a n ó w
odniesienia.
Przełożyć obraz na t e r m i n o l o g i ę k o n k r e t n ą , s p r o w a d z a j ą c
go do jednego t y l k o z p l a n ó w odniesienia, to gorzej niż go
kaleczyć, to zniweczyć go, unicestwić j a k o n a r z ę d z i e po­
znania."
Oczywiście lepiej p o w i e d z i e ć , iż wiemy, że film zawiera
w swym przekazie wszystkie niemal formy artystycznej
wypowiedzi. I że w t y m przedziwnym, zawsze f a s c y n u j ą c y m
ś m i e t n i k u c y t a t ó w , k r a d z i e ż y czy inspiracji, bez t r u d u dogrzebiemy się literatury, d r a m a t u , malarstwa, poezji, czy po
prostu innych filmów oraz, dodajmy to teraz, j a k i e g o ś
n i e p o k o j ą c e g o nadmiaru rzeczywistości.
„ N i e m o ż n a bowiem p o s ł u g i w a ć się filmem w s p o s ó b
niewłaściwy — pisze Marleau-Ponty; tak j a k niewłaściwie,
dodajmy, nie m o ż n a p o s ł u g i w a ć się obrazem
filmowym
podczas p r ó b jego interpretacji — toteż raz wynaleziony
instrument techniczny musi b y ć j a k b y po raz w t ó r y wynale­
ziony przez a r t y s t ę , zanim dojdzie się do robienia praw­
dziwych filmów" — tak j a k , dodajmy, m o ż e m y m i e ć nad­
zieję, iż dojdziemy do opisu „ p r a w d z i w e g o obrazu rzeczy
w
filmie".
21

22

PRZYPISY
1 3

Wiele na ten temat (w.) Zofia Woźnicka, Problem kreacji
i reprodukcji w filmie. Studia z teorii filmu t. IX, Wrocław 1983
Cytat za: Alicja Helman, O dzielefilmowym;Material— Tech­
nika — Budowa. Wydanie drugie zmienione i uzupełnione, Kraków
Tamże, s. 196
1981, s. 27—28
Por. Barbara Mruklik, Andrzej Wajda, Warszawa 1969
Lewis Carroll, Alicja w Krainie Czarów, tłum. Antoni Mariano­
Aleksander Jackiewicz, Maski, „Film" 1961, nr 1
wicz, Warszawa 1957
Juliusz Kleiner, Romantyzm, (w:) W kręgu historii i teorii
Pier Paolo Pasolini, Pisany język rzeczywistości, (w:) Jerzy
literatury; wybór i opr. Artur Hutnikiewicz, Warszawa 1981, s. 185 Kossak, Kino Pasoliniego, Warszawa 1976, s. 135
Merleau-Ponty, Film i nowa psychologia, s. 185
Por. Conradus Protucius Celtis, Sztuka wierszowania i układa­
nia wierszy, (w:) Poetyka okresu Renesansu, wybór, wstęp i opraco­
Stefan Czarnowski, Podział przestrzeni i jej rozgraniczenie
wanie Elżbieta Sarnowska-Temeriusz, Wrocław 1982, s. 6
w religii i magii, (w:) Dzieła, t. III, Warszawa 1956, s. 227
Pasolini, Uwagi na temat planu-sekwencji, (w:) Kino Pasolinie­
Tamże, s. 229
go, s. 167—168
Tadeusz Konwicki, Ostatni dzień lata, (w:) Scenariusze filmowe,
Tadeusz Różewicz, Morze, (w:) Proza, Wrocław 1973, s. 79
Warszawa 1966, s. 61—62
Conradus Protucius Celtis, Sztuka wierszowania... s. 8
Tamże.
Mircea Eliade, Sacrum, mit, historia. Wybór esejów, wyboru
Merleau-Ponty, Film i nowa psychologia, s. 185
dokonał i wstępem opatrzył Marcin Czerwiński, przeł. Anna
Tatarkiewicz, Warszawa 1974, s. 24—25
Bolesław Leśmian, U źródeł rytmu, (w:) Szkice literackie.
Merleau-Ponty, Film i nowa psychologia, s. 108
opracował i wstępem opatrzył Jacek Trznadel, Warszawa 1959, s. 74
1

Por. Maurice Merleau-Ponty, Film i nowa psychologia, tłum.
Marek Zagajewski, (w:) Estetyka i film; Studia z teorii filmu, pod
redakcją Aleksandra Jackiewicza, tom IV, Warszawa 1972, s. 196

1 4

2

3

1 5

4

5

6

1 6

1 7

7

1 8

8

9

1 9

2 0

1 0

2 1

1 1

1 2

2 2

116

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9805" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9783">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/09c8429c555accbc9c475f0e4ebb558b.pdf</src>
        <authentication>8dfd901459fef5ee276554936a3e283f</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116655">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2937</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116656">
                <text>1992</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116657">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2741</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116658">
                <text>Spis treści / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116659">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.2, s.1-2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116660">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116661">
                <text>Państwowy Instytut Sztuki</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116662">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116663">
                <text>INDEKS 369403
CENA 15 000 zł

Polska Sztuka Ludowa

KONTEKSTY

ANTROPOLOGIA KULTURY - ETNOGRAFIA - SZTUKA

W. J . BURSZTA, ETNOLOGIA DZISIAJ A L B O SIŁA PERYFERII • J . T O K A R S K A - B A K I R , „ C Z A S E R A N O S A " • H. C O R B I N , CZŁOWIEK ŚWIETLISTY
• E. KLEKOT, W Y O B R A Ż E N I A TWARZY CHRYSTUSA • M. ZOWCZAK,
DLACZEGO CYGAN KRADNIE? • K. GIERYSZEWSKA, INTERPRETACJA
POSTACI J U D A S Z A • K. K O C J A N , L U D O W A W A L O R Y Z A C J A PŁCIOWOŚCI • A. WIECZOREK, K O M I Z M ŚW. PIOTRA • S. W Ę G L A R Z ,
KONCEPCJE ETNOGRAFICZNEGO Z R Ó Ż N I C O W A N I A KULTURY L U D O ­
W E J D Z I S I A J • I. K A B Z I Ń S K A - S T A W A R Z , T A N I E C W O K Ó Ł D R Z E W

ROK X L V I

1992

NR 2 (217)

�SPIS TREŚCI
W o j c i e c h J . Burszta

Etnologia dzisiaj albo siła peryferii

J o a n n a Tokarska-Bakir

Henri C o r b i n : „Czas

3

Henri C o r b i n

C z ł o w i e k świetlisty

Ewa Klekot

W y o b r a ż e n i e t w a r z y Chrystusa w ikonie karpackiej

Magdalena Zowczak

Dlaczego Cygan kradnie? Przyczyny z r ó ż n i c o w a n i a ludzi w e d ­

Eranosa"

7

i jego przewodnik.

Hermetyczna

idea

doskonałej natury

11
. . .

16

ł u g biblii l u d o w e j

33

Krystyna Gieryszewska

Interpretacja postaci Judasza

39

Krzysztof Kocjan

L u d o w a waloryzacja p ł c i o w o ś c i . A p o k r y f i c z n e w ą t k i w l u d o ­

A g a t a Wieczorek
Stanisław Węglarz

w e j wersji historii o A d a m i e i Ewie

43

Komizm św.

45

Piotra

Koncepcje e t n o g r a f i c z n e g o z r ó ż n i c o w a n i a k u l t u r y
dzisiaj

I w o n a Kabzińska-Stawarz
Recenzje
Teresa Smolińska

ludowej

:

49

Taniec w o k ó ł drzew w „ T a j n e j historii M o n g o ł ó w "

. . .

58

Piotr K o w a l s k i , Współczesny
folklor i folklorystyka.
O przed­
miocie poznania w dzisiejszych badaniach
folklorystycznych.
Wrocław 1990

60

Listy do redakcji
ks. Henryk Paprocki

„Urzędowa liturgia"

61

Maria Giedz

Odpowiedź

62

S u m m a r y of Articles

63

N a o k ł a d c e : Fragment feretronu Św. Trójca, o l . pł., kościół w B o c z k a c h k. Ł o w i c z a
Na

stronie

tytułowej:

Feliks C z a j k o w s k i , Adam

r o m o w a n a . Fot. J a n Ś w i d e r s k i .

i Ewa.

Rzeźba w

drewnie, polich­

�POLSKA

A K A D E M I A

NAUK

•

I N S T Y T U T

SZTUKI

POLSKA SZTUKA LUDOWA

KONTEKSTY
ANTROPOLOGIA KULTURY • ETNOGRAFIA • SZTUKA
Rok XLVI

1992

Nr 2 ( 2 1 7 )

�CONTENTS
W o j c i e c h J . Burszta

E t h n o l o g y T o d a y or t h e Power of the Peripheries

J o a n n a Tokarska-Bakir

Henri C o r b i n —

Henri C o r b i n

The l u m i n o u s M a n a n d his Guide: Hermetic Idea of S u p r e m
Nature

11

Ewa Klekot

The D e p i c t i o n of the Face of Christin Carpathian Icons

16

Magdalena Zowczak

W h y t h e Gipsy Steal? Reasons for P o p u l a t i o n Differentiation
A c c o r d i n g t o t h e Folk Bible

33

Krystyna Gieryszewska

The Interpretation of J u d a s

39

Krzysztof Kocjan

Folk Evaluation of Sexuality. A p o c r y p h a l M o t i f s in t h e Folk
Version of the Story of A d a m a n d Eve

43

A g a t a Wieczorek

T h e C o m i c A s p e c t s of St. Peter

45

Stanisław Węglarz

T h e C o n c e p t i o n of t h e E t h n o g r a p h i c Differentation of Pre­

I w o n a Kabzińska-Stawarz

The Dance a r o u n d Trees in t h e ..Secret History of t h e M o n ­

sent-day

. . .

t h e Time of Eranos

3
7

Folk Culture

49

gols"

58

Review
Teresa S m o l i ń s k a

Piotr

Kowalski,

Letters to the Editors
ks. Henryk Paprocki
"Official
Maria Giedz
Reply

Współczesny

folklor

i folklorystyka

. . .

Lithurgy"

60
61
62

S u m m a r y of Articles

63

R E D A K C J A : Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z (z-ca redaktora n a c z e l n e g o ) , Aleksander J a c k o w s k i
(redaktor naczelny), Ewa Korulska, A n n a

Kunczyńska-Iracka, Sławomir

Sikora

(sekretarz

redakcji), L u d w i k S t o m m a oraz Zofia Bisiak
S T A L E W S P Ó Ł P R A C U J Ą : Jerzy Bartmiński, Ewa Fryś-Pietraszkowa, A n t o n i
Olędzki, Czesław R o b o t y c k i , Roch Sulima

Kroh, J a c e k

T Ł U M A C Z E N I A : Aleksandra Rodzińska
R E D A K T O R T E C H N I C Z N Y : Krzysztof N a l e w a j k o
Adres redakcji: Instytut Sztuki P A N , ul. D ł u g a 2 8 , 0 0 - 9 5 0 W a r s z a w a , skr. poczt. 9 9 4 ,
tel. 3 1 - 3 2 - 7 1 / 4 w e w n . 2 2 7

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9804" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9782">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/7d0d0b615240404eb41238f4dfe81871.pdf</src>
        <authentication>44c5b3a6ade52034fa1f064dc248c346</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116645">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2938</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116646">
                <text>1992</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116647">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2742</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116648">
                <text>Etnologia dzisiaj albo siła peryferii / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.1</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116649">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.2, s.3-6</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116650">
                <text>Burszta, Wojciech J.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116651">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116652">
                <text>Państwowy Instytut Sztuki</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116653">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116654">
                <text>Wojciech J . Burszta

ENTOLOGIA DZISIAJ A L B O SIŁA PERYFERII
„ P o d o b n i e jak inne zjawiska k u l t u r o w e ,
a n t r o p o l o g i a — będąca raczej niewielką
dziedziną nauki w p o r ó w n a n i u z pra­
w e m , fizyką, muzyką lub e k o n o m i ą —
często zanika, ale niekoniecznie często
się o d r a d z a "
Clifford Geertz

Teksty, w t y m e t n o l o g i c z n e , pisze się z najrozmaitszych w z g l ę ­
d ó w : o d potrzeby serca poczynając, a na p o w o d a c h o f i c j a l n o - i n s t y t u c j o n a l n y c h s k o ń c z y w s z y . Niniejszy jest w y r a z e m p o ­
trzeby wyrażania o s o b i s t e g o p o g l ą d u na status t y t u ł o w e j " e t ­
nologii dzisiaj" u p r a w i a n e j t u i teraz, w r o d z i n n y c h realiach
pozornie peryferyjnej k u l t u r y średniego p a ń s t w a europejskiego.

Nadal dość p o w s z e c h n i e ( z a r ó w n o „ t a m " , jak i „ t u " ) u t r z y m u ­
je się przekonanie, że mapę ś w i a t o w e j a n t r o p o l o g i i ( e t n o l o g i i ,
etnografii) d a ł b y się przedstawić tak o t o . Zasadniczą jej część
zajmuje o g r o m n y dobrze z a g o s p o d a r o w a n y K o n t y n e n t nauki
amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej — t o g ł ó w n y ląd ant­
ropologii m i ę d z y n a r o d o w e j (international
anthropology).
Wo­
kół niego, w ś r ó d otaczających g o w ó d u s a d o w i ł y się mniejsze lub
większe A r c h i p e l a g i w y s p — t o a n t r o p o l o g i e lokalne, regionalne
w z g l ę d n i e n a r o d o w e . Istnieją między nimi sporadyczne k o n t a k t y ,
ale są t o k o n t a k t y na skalę peryferii i t a k i c h dotyczące p r o b l e m ó w .
W ł a ś c i w y kierunek o d d z i a ł y w a n i a ma charakter j e d n o s t r o n n y :
impulsy, teorie, idee i w i e d z a zawsze n a d c h o d z ą z K o n t y n e n t u ,
załamując się w l o k a l n y m w y m i a r z e p o s z c z e g ó l n y c h e t n o l o g i i
n a r o d o w y c h r o z p r o s z o n y c h w y s p A r c h i p e l a g u . Cóż pozostaje
zatem np. e t n o l o g o m polskim? A l b o k o n t y n u o w a ć tradycyjne
zainteresowania, narzucone niejako przez historyczny r o z w ó j tej
gałęzi w i e d z y w tej części ś w i a t a , bądź — będąc z a p a t r z o n y m
w blask K o n t y n e n t u — p r ó b o w a ć w ł ą c z a ć się w p r o b l e m a t y k ę
„ t a m " istotną, być au courant z k t ó r y m ś z k i e r u n k ó w akurat
m o d n y c h . W p i e r w s z y m p r z y p a d k u jest t o d o b r o w o l n e skazanie
się na peryferyjność z w s z y s t k i m i k o n s e k w e n c j a m i p o z o s t a w a n i a
o b o k ż y w y c h s t a n ó w kultury, w d r u g i m p r z y p a d k u — z g o d a na
to, że będzie się ś w i e c i ć ś w i a t ł e m o d b i t y m . I j e d n a i d r u g a
sytuacja jest korozyjna dla statusu e t n o l o g i c z n y c h badań nad
kulturą — ani nie o w o c u j e interesującą lokalnością, ani nie
stwarza szans na rzeczywiste w ł ą c z a n i e się w t w o r z e n i e o w e g o
— tradycyjnie p o j m o w a n e g o — n u r t u p r o b l e m a t y k i między­
n a r o d o w e j , a w i ę c t r a k t o w a n e j j a k o centralna. Wracając d o m o t t a
tego szkicu p o t w i e r d z i ć m o ż n a , że przy t a k i m układzie s p r a w
grozi nam, iż e t n o l o g i a polska zaniknie i p r o b l e m w t y m , czy się
odrodzi, c o — jak m ó w i Geertz — niekoniecznie musi się stać.
W y d a j e się, że e t n o l o g o w i e nasi przyzwyczaili się już na d o b r e
do myśli, że są reprezentantami d y s c y p l i n y niezbyt znanej szer­
szemu o g ó ł o w i czytającej p u b l i c z n o ś c i , w p e w n y m sensie ( n i e ­
dobrym d o d a j m y ) elitarnej i zajmującej się j a k o b y ściśle w y o d ­
r ę b n i o n y m zakresem zjawisk. A w i ę c peryferie peryferii? Czyta się
w p r a w d z i e t u i ó w d z i e o niemałej roli a n t r o p o l o g i i w świecie,
gdzieś t a m na k o n t y n e n c i e , ale w ł a s n e ambicje przykrawa d o
skromnej chaty jednej z w y s p rubieży t a m t e g o ś w i a t a .
Z a o b s e r w u j m y d z i w a c z n o ś ć sytuacji, jaka w y t w o r z y ł a się
w polskiej e t n o l o g i i ostatniej dekady. Podczas g d y „ b y c i e t a m "
oznacza dla a n t r o p o l o g ó w z a c h o d n i c h (i nie t y l k o ) p o prostu
penetracje m o ż l i w i e dużej liczby kultur i s p o ł e c z e ń s t w , dla
niektórych ich p o l s k i c h o d p o w i e d n i k ó w oznacza o n o — bycie,
choć przez krótki czas, w ś r ó d „ p r a w d z i w y c h " a n t r o p o l o g ó w
„ s t a m t ą d " . Zatem, podążając za tą myślą, b a d a c z - a n t r o p o l o g
„ s t a m t ą d " , m ó w i ą c dzisiaj o kryzysie a n t r o p o l o g i i , kryzysie k o n ­
cepcji przedstawiania ś w i a t a zjawisk i n t e n c j o n a l n y c h , nadal
zajmuje się p r z e d m i o t o w y m i badaniami nad w y b r a n y m i przez
siebie aspektami takiej t o a takiej kultury. Postępuje o n tak,
chociażby n a w e t w z o r e m p o s t m o d e r n i s t ó w m ó w i ł , iż przed­
miotem wyjaśniania w a n t r o p o l o g i i należy uczynić niemożność
1

w y j a ś n i a n i a . B a d a c z - e t n o l o g k r a j o w y , p r o w a d z ą c refleksję nad
sytuacją h u m a n i s t y k i współczesnej w ł a ś n i e z p u n k t u w i d z e n i a
kryzysu d o t y c h c z a s o w e g o jej p a r a d y g m a t u p o z n a w c z e g o , n e g ­
liżuje fakt, w jaki s p o s ó b przełożyć te p r o b l e m y na rodzime realia
badawcze. Następuje r o z d w o j e n i e : część j e g o zainteresowań
d o t y c z y „ t a m t e g o " ś w i a t a , część d r u g a w ł a s n e g o kontekstu
k u l t u r o w e g o , w ramach k t ó r e g o bądź w o g ó l e , bądź w s t o p n i u
m i n i m a l n y m w y k o r z y s t u j e o n w i e d z ę o g ó l n o t e o r e t y c z n ą (i k o n ­
s e k w e n c j e tej w i e d z y ) j a k o zasadniczy p r z e w o d n i k po b a d a n y m
„ t u t a j " świecie kultury. Obie części nie składają się w spójną
i t w ó r c z ą całość.
Sytuacja opisana przed m o m e n t e m rodzi n i e z w y k ł y paradoks.
Otóż w s p o m n i a n a debata na temat kryzysu koncepcji przed­
stawiania k u l t u r y w a n t r o p o l o g i i d o t y c h c z a s o w e j przeniknęła co
p r a w d a d o kraju, została tutaj o m ó w i o n a i zanalizowana, ale
p o w s t a j e pytanie: o j a k i m kryzysie d y s k u t o w a ć w naszych
realiach? Jeśli b o w i e m „ t a m " rzecz d o t y c z y k o n k r e t n y c h pro­
g r a m ó w zmian m o d e l i u p r a w i a n i a badań a n t r o p o l o g i c z n y c h ,
w w y m i a r z e naszej dyskusji jest raczej w y ł ą c z n i e kwestia, jak
a n t r o p o l o g i a m i ę d z y n a r o d o w a w i d z i samą siebie w t y m szcze­
g ó l n y m okresie rozterek p o s t m o d e r n i s t y c z n y c h , p o d w a ż a n i a
w i e l u k a n o n i c z n y c h d o t ą d zasad p o z n a w c z y c h . Nie p o j a w i a się
jednak n a w e t pytanie u s e n s o w n i a j ą c e podjęcie takiej dyskusji
w ł a ś n i e w Polsce: c o t o oznacza dla nas, dla rodzimej e t n o l o g i i ,
czy n a w e t szerzej biorąc — humanistyki? J a k i c o badać t u t a j ,
skoro tak w i e l e z m i e n i ł o się i nieustannie zmienia z a r ó w n o na
k o n t y n e n c i e , jak na p o s z c z e g ó l n y c h w y s p a c h Archipelagu? Sko­
ro takich pytań nie w i d a ć , nie s t a w i a się ich explicite przynajm­
niej, jest t o t e d y taka sobie dyskusja o dyskusji, meta-komentarz
„ s t ą d " o antropologii „stamtąd". I to wyłącznie o antropologii,
nie zaś — jednocześnie — o b a d a n i u k u l t u r y przez nią.
Przecież a n t r o p o l o g o w i e , nie m ó w i ą j e d y n i e o samych sobie
i w ł a s n y c h k ł o p o t a c h z tożsamością.
2

Tymczasem istnieje, jak się w y d a j e , sposób rozwiązania o w e g o
rozdwojenia. Nie pociąga o n o za sobą rezygnacji z przynależności
d o d o t y c h c z a s o w e g o Kontynentu Myśli A n t r o p o l o g i c z n e j , a może
p o n a d t o dodać niezwykle istotny w y m i a r i impuls samemu bada­
niu kultury i t o bez w z g l ę d u na t o czy w grę w c h o d z i mityczne
„ c e n t r u m " , czy też r ó w n i e mitycznie t r a k t o w a n e „peryferie".
U j m i j m y t o w postaci kilku tez, które w kolejności pokrótce
r o z w i n i e m y w f o r m i e komentarza d o każdej z nich.
( 1 ) A n t r o p o l o g i a ( e t n o l o g i a , entografia — t o dla mnie s y n o n i ­
my) jest nauką z a i n t e r e s o w a n ą o d s w e g o zarania i ze swej istoty
p r o b l e m e m k u l t u r o w e j o d m i e n n o ś c i . Obojętnie jak w y ­
glądają deklaracje p o s z c z e g ó l n y c h k i e r u n k ó w i szkół a n t r o p o l o ­
g i c z n e g o myślenia o kulturze, g ł ó w n y m p o l e m zainteresowań tej
nauki jest relacja „ M Y " — „ O N I " j a k o opozycja wyrażająca
p o z n a w c z y dystans d w ó c h o d p o w i e d n i o różnych w s p ó ł c z y n ­
n i k ó w h u m a n i s t y c z n y c h . Z a d a n i e m badacza jest dystans ten
z n i w e l o w a ć , przezwyciężyć w s t o p n i u m a k s y m a l n y m po t o , by
przynieść d o naszej k u l t u r y „ p r a w d z i w e " i zaskakujące wieści ze
ś w i a t a , o k t ó r y m założono z góry, iż jest w ł a ś n i e „ o b c y " ,
„ o d m i e n n y " , „ n i e p o r ó w n y w a l n y " , różny s ł o w e m o d naszych
przyzwyczajeń. Dzieje się tak nie t y l k o w sytuacji, g d y bierzemy
p o d u w a g ę analizy kultur i s p o ł e c z e ń s t w w rzeczywistym, w i e l o ­
rakim sensie „ i n n y c h " , o d d a l o n y c h geograficznie, czasowo,
przesiąkniętych magią, strukturalnie „ p ł a s k i c h " , etc. Zasada ta ma
m o c uniwersalnej a n t r o p o l o g i c z n e j timbre, wyróżniającej e t n o l o -

3

�g ó w w ś r ó d i n n y c h h u m a n i s t ó w . Dobrze ujmuje t o L u d w i k
S t o m m a m ó w i ą c : „ A n t r o p o l o g i a jest przybraniem p o s t a w y c z ł o ­
w i e k a d z i w i ą c e g o się / . . . / . Ś w i a t j a w i się j a k o g a b i n e t rzeczy
d z i w n y c h , k o n i e c z n y c h d o w y j a ś n i e n i a . Krótko m ó w i ą c — jest t o
p r z e c i w i e ń s t w o p o s t a w y c o d z i e n n e g o życia, w k t ó r y m w s z y s t k o
dzieje się n a t u r a l n i e . " I jeszcze K o ł a k o w s k i na ten sam temat:
„ a n t r o p o l o g i a , t o znaczy praca, która zakłada zawieszenie w ł a s ­
nych n o r m , o s ą d ó w i n a ł o g ó w m e n t a l n y c h , m o r a l n y c h i estetycz­
n y c h , aby przeniknąć tak daleko, jak t o jest m o ż l i w e , w pole
w i d z e n i a i n n e g o i p r z y s w o i ć sobie j e g o s p o s ó b p e r c e p c j i . " '
Właśnie z p o w y ż s z y c h p o w o d ó w , w i d o c z n y c h w c y t o w a n y c h
w y p o w i e d z i a c h , a n t r o p o l o g ma tendencję d o p o s z u k i w a n i a
o d m i e n n o ś c i d o s ł o w n i e w e w s z y s t k i c h przejawach życia s p o ł e ­
cznego, a w i ę c w życiu klasycznych p l e m i o n t u b y l c z y c h , w k u l ­
turze s k i n ó w , w c h ł o p s k i m b y t o w a n i u X I X - w i e c z n y m , w " k u l ­
turze n ę d z y " w i e l k i c h miast, w sztuce.
( 2 ) A n t r o p o l o g i a jest nauką par exellence europejską, c o ma
swoje zasadnicze k o n s e k w e n c j e dla w s z y s t k i c h , którzy ją u p r a ­
w i a j ą . Badacz o d m i e n n o ś c i k u l t u r o w e j , tej dalekiej, jak i t z w .
bliskiej obcości ( o b c y w e w n ę t r z n y ) w i n i e n sobie z d a w a ć s p r a w ę
z d w ó c h rzeczy. Po pierwsze, w i n i e n t r a k t o w a ć s w e w ł a s n e
zakorzenienie w kulturze j a k o rodzaj k o n w e n c j i , której p o d s t a w y
należy odsłonić, aby u ś w i a d o m i ć sobie, że jest się t y l k o l o k a l n y m
przypadkiem lokalnie d a n y c h f o r m ludzkiej egzystencji. Po d r u g i e
jednak, nie jest m o ż l i w e ostateczne w y z b y c i e się własnej partykularności, a kultura, która zrodziła a n t r o p o l o g i ę , a w i ę c kultura
europejska, najlepiej jak d o t ą d potrafi z m i n i m a l i z o w a ć z a c i e m ­
nienie i n n y c h k o n w e n c j i życia okularami s w y c h w ł a s n y c h reguł
i n o r m . Dlatego wszelkie n a r o d o w e w a r i a n t y a n t r o p o l o g i i mają
s w ó j u n i w e r s a l n y rdzeń w p o s t a w i e „ b r a n i a w n a w i a s " nie
tyle j e d n o s t k o w y c h s y s t e m ó w k o n w e n c j i ( j a p o ń s k i c h , s u d a ń skich i t d . ) , ile najogólniej pojętej cywilizacji n o w o ż y t n o e u r o p e j skiej. Nauka jest w y n a l a z k e m tej w ł a ś n i e kultury. A b y stać się
a n t r o p o l o g i e m , d a j m y na t o w A f r y c e , trzeba pierwej a k u l t u r o w a ć
się w „ k u l t u r z e a n t r o p o l o g i c z n e j " , aby e w e n t u a l n i e później
podać w w ą t p l i w o ś ć jej e f e k t y w n o ś ć i p r a w o m o c n o ś ć j a k o źródła
poznania w s z e l k i c h kultur i n n y c h . T e g o p o d s t a w o w e g o etapu
akulturacji z a w o d o w o - p r o f e s j o n a l n e j nie daje się jednak o m i n ą ć .
E d m u n d Leach opisuje takie p r ó b y c z y n i o n e przez badaczy
c h i ń s k i c h , p r ó b u j ą c y c h o d w e w n ą t r z , „ e m i c z n i e " o p i s y w a ć rze­
czywistość „ k r a j u ś r o d k a " , bez p o ś r e d n i c t w a osiągnięć ant­
r o p o l o g i i rozwiniętej poza C h i n a m i . Efekt był bardzo, ale t o
bardzo marny.
3

s

M a m y w i ę c pierwszą rysę na b u d o w l i u f u n d o w a n e j na o p o z y ­
cji „ c e n t r u m " — „ p e r y f e r i e " . Otóż wszyscy, i ci z K o n t y n e n t u , i ci
z A r c h i p e l a g u muszą de facto uczyć się k u l t u r y będącej p r a w ­
d z i w y m c e n t r u m myślenia t y p u a n t r o p o l o g i c z n e g o . A t o c e n t r u m
nie posiada już dzisiaj s w e j lokalizacji przestrzennej, o b o w i ą z u j e
w i ę c A m e r y k a n ó w , B r y t y j c z y k ó w , R u m u n ó w , Rosjan, że nie
w s p o m n ę o i n n y c h stronach ś w i a t a , gdzie a n t r o p o l o g i a istnieje
jako odrębna specjalizacja n a u k o w a . O b o w i ą z u j e w i ę c na r ó w n i
wszystkich.
(3) A n t r o p l o g i a bada p o prostu kulturę bez p r z y d a w k i ( l u d o ­
w a , plemienna, t r y b a l n a , r o b o t n i c z a , taka i siaka), ale bada ją na
s w ó j , w y p r a c o w a n y przez lata s p o s ó b . W y d a j e się, że t e g o akurat
faktu nie trzeba szczególnie podkreślać; d o r o b e k p i ś m i e n n i c t w a
kilku p o k o l e ń badaczy m ó w i sam za siebie. Rzecz jasna, że c o
i n n e g o znaczą teoretyczne deklaracje i postulaty, a c o i n n e g o
pokazuje praktyka b a d a w c z a . J e d n o jest wszakże p e w n e . N a w e t
jeśli d o n i e d a w n a badania a t r o p o l o g i c z n e ograniczyły się jednak
do pewnego tylko, wybranego typu wspólnot ludzkich, tych
zwłaszcza, które d a w a ł y się ująć s y n c h r o n i c z n i e i c a ł o ś c i o w o ,
ukrytą przesłanką t a k i c h badań b y ł o założenie, iż badając n a w e t
w y ł ą c z n i e społeczności „ z i m n e " d o k ł a d a się jakąś cegiełkę d o
o g ó l n e j w i e d z y o C z ł o w i e k u . Wszak ó w przechodzień z N o w e g o
J o r k u i w y t a t u o w a n y t u b y l e c z odległej w y s p y mają coś ze sobą
wspólnego.
W m o m e n c i e , g d y w s p o m i n a m y już wcześniej h a s ł o w o kryzys
koncepcji przedstawiania (crisis of representatio)
został przez
a n t r o p o l o g ó w p o w s z e c h n i e u ś w i a d o m i o n y , zasadność p u n k t u
( 3 ) stała się bardziej jeszcze w i d o c z n a . „ P r z e d s t a w i e n i e " o b e j ­
muje b o w i e m nierozłączną a l t e r n a t y w ę „ w y r a ż a n i a " (system
pojęć) i jego odniesienia p r z e d m i o t o w e g o ; jeśli zatem w grę
w c h o d z i kryzys, t o d o t y c z y o n zawsze o b u c z ł o n ó w powyższej

4

a l t e r n a t y w y . Skoro legł w gruzach j e d n o z n a c z n i e w y z n a c z a n y
zakres penetracji p o z n a w c z e j naszej nauki (kres t r y b a l i z m u
w czystej postaci, rozpad t z w . tradycyjnej k u l t u r y c h ł o p s k i e j ,
p r o b l e m s a m o w y s t a r c z a l n o ś c i g r u p , rola k o n t a k t ó w c y w i l i z a c y j ­
n y c h itd.,itp.), r ó w n o l e g l e załamał się s p o s ó b p o j ę c i o w e g o
u j m o w a n i a t e g o , c o p o j a w i a się „ z a m i a s t " d o t y c h c z a s o w y c h
s t a n ó w rzeczy.
N a p r a w d ę t r u d n o dziś p o w i e d z i e ć , gdzie k o ń c z y się już, a gdzie
d o p i e r o zaczyna a n t r o p o l o g i a . W k a ż d y m bądź razie nie p o ­
szukuje już o n a usilnie istniejących gdzieś t a m s z c z ą t k o w o
r e z e r w a t ó w kultury. Nie szuka g e n e r a l n e g o sensu ludzkiej egzys­
tencji w ideale p e ł n e g o o p i s u c a ł e g o systemu kultury. W s z y s ­
t k i c h nas otacza kultura a d e c y d u j ą c e znaczenie ma w y ł ą c z n i e
s p o s ó b , w jaki się jej przyglądamy. Interpretacja d r o b n e g o
szczegółu, o d s ł o n i ę c i e n i e j a w n e j s t r o n y o c z y w i s t y c h c z y n n o ś c i
dziejących się w o k ó ł nas r ó w n i e dobrze może p o w i e d z i e ć n a m
tyle w a ż n y c h rzeczy o c z ł o w i e k u , c o sięgające daleko w s t e c z
studia. P o w s z e c h n i e poza t y m m ó w i się już o b e c n i e o potrzebie
a n t r o p o l o g i z a c j i naszej w ł a s n e j k u l t u r y , c o oznacza, iż na r ó w n i
zaczynamy przyglądać się d o t y c h c z a s o w y m b a d a n y m i s a m y m
sobie. T o p r o b l e m „ J a — j a k o i n n y " . J a k pięknie p o w i a d a
S t e p h e n Tyler z w i e r c i a d ł o a d e k w a t n e g o przedstawiania ś w i a t a
istniejącego poza nami pękło i nie da się g o p o n o w n i e złożyć. Nie
w a r t o t e g o zresztą robić. Z n a j d u j e m y się w a u t o p o e t y c k i e j sali
luster, w k t ó r y c h przeglądamy się z najrozmaitszych p e r s p e k t y w
w c a l e nie pragnąc p o w i e d z i e ć kategorycznie ( „ o b i e k t y w n i e " ) :
„patrzcie! taki jest n a p r a w d ę ś w i a t " . A n t r o p o l o g i a daje szczegól­
nie d o b r e p r z y g o t o w a n i e , by przed w y r a ż a n i e m t a k i c h s ą d ó w się
w s t r z y m y w a ć . P o s t u l o w a ł t o już przed laty Claude Lévi-Strauss
określając p o s t a w ę a n t r o p o l o g a j a k o p o s t a w ę f i l o z o f i c z n e g o
zwątpienia.
6

7

( 4 ) W k o n d y c j ę myślenia a n t r o p o l o g i c z n e g o w p i s a n e są zało­
żenia bariery p o z n a w c z e j , n i e o c z y w i s t o ś c i i n i e a d e k w a t n o ś c i
koncepcji przedstawiania. Dyskurs n a u k o w y , tak charakterys­
t y c z n y dla a n t r o p o l o g i c z n e g o s p o s o b u o p i s y w a n i a k u l t u r y , której
reguły są zawsze inne o d naszych p r z y z w y c z a j e ń , stał się już
w ł a s n o ś c i ą p o w s z e c h n ą . A d a p t o w a n y jest przez badaczy róż­
n y c h maści: poczynając o d f i l o z o f ó w , poprzez h i s t o r y k ó w , soc­
j o l o g ó w , a r c h e o l o g ó w , p e d a g o g ó w , a na l i t e r a t u r o z n a w c a c h
kończąc. O j e g o atrakcyjności d e c y d u j ą w y m i e n i o n e przed c h w i ­
lą trzy założenia przenikające myślenie i pisanie o " i n n y c h " . Ich
u w z g l ę d n i e n i e p o w o d u j e , iż zawsze pozostają w ą t p l i w o ś c i , czy
s p r a w y mają się akurat tak, jak n a m się w y d a j e . Zainteresowanie
k u l t u r o w ą o d m i e n n o ś c i ą p o w o d u j e , iż m o ż l i w e jest nieustanne
komplikowanie i poddawanie w w ą t p l i w o ś ć osiągniętych nauko­
w y c h orzeczeń o k a ż d y m z j a w i s k u i n t e n c j o n a l n y m , zwłaszcza
w ó w c z a s g d y w y p o s a ż a się je w cechę „ o b c o ś c i " . M o ż e jest tak,
a może tak? A może j e d n o i drugie? J a k o ilustrację p r z y w o ł a j m y
t o c z o n y nieustanie spór p o m i ę d z y r e l a t y w i s t a m i i racjonalistami
k u l t u r o w y m i , kwestię przekładu m i ę d z y k u l t u r o w e g o ( w tym
j ę z y k o w e g o ) pojęć i s ą d ó w , p r o b l e m y z ujęciem ś w i a d o m o ś c i
magicznej, interpretacją roli rytuału, statusu p o z n a w c z e g o , poró­
wnania międzykulturowego.
8

D o c h o d z i m y wreszcie d o tezy ostatniej, najistotniejszej dla nas
w kontekście t e g o c o zostało d o t ą d p o w i e d z i a n e i d o czego
w ostateczności zmierza cały szkic.
( 5 ) A n t r o p l o g i a t o nauka zarazem p e r y f e r y j n a i c e n t r a l ­
n a , skąd biorą się w szczególności jej k ł o p o t y , ale i atrakcyjność
dla przedstawicieli i n n y c h nauk. W tej d w o i s t o ś c i u p a t r y w a ł b y m
też f a k t u jej ż y w o t n o ś c i teoretycznej i dużej rangi. N o dobrze, ale
jak coś może być r ó w n o c z e ś n i e peryferyjne i centralne? Nawet
w bajkach nie ma g r u b y c h c h u d z i e l c ó w . A jednak.
Wyraz „ p e r y f e r i a " p o c h o d z i o d g r e c k i e g o peripherëia
(obwód,
o k r ą g ) i jest w języku p o l s k i m rodzaju żeńskiego. Obecnie używa
się g o p r a w i e w y ł ą c z n i e w liczbie m n o g i e j i w t ó r n y m znaczeniu
krańca czegoś, np. najdalej p o ł o ż o n y c h dzielnic miasta. Stąd
„ p e r y f e r y j n y " kojarzy się z „ u b o c z n y " , „ d r u g o p l a n o w y " , mniej
j a k b y istotny. Istnieje j e d n a k p i e r w o t n e i oryginalne znaczenie
„ p e r y f e r i i " które Słownik
Wyrazów Obcych A r c t a tak określa:
„ o b w ó d koła lub innej płaszczyzny k r z y w ą linją zamkniętej,
o k r ą g , p o w i e r z c h n i a jakiegoś ciała, zakres, sfera, o b r ę b " . Zaś
„ p e r y f e r y c z n y " w t y m s a m y m źródle, t o " d o t y c z ą c y o b w o d u ,
w o b w o d z i e , z n a j d u j ą c y się w o b w o d z i e " .
M ó w i ą c z a r ó w n o o c e n t r u m , jak i peryferii (peryferiach)
9

�w przypadku a n t r o p o l o g i i , m a m na myśli w y ł ą c z n i e ten pierwszy,
pierwotny sens d r u g i e g o pojęcia. B o w i e m „ p e r y f e r i a " rozumiana
jako zewnętrzna część czegoś zakłada — j a k o s w o j e p r z e c i w i e ń s ­
two — jakąś część centralną, z którą pozostaje w styczności.
A zatem, żeby p o w i e d z i e ć „ o t o m a m y c e n t r u m " niezbędnie
musimy mieć możność p o w i e d z i e ć o d p o w i e d n i o : „ a o t o peryferia
tego c e n t r u m " . J e d n o zakłada d r u g i e i o b a c z ł o n y o p o z y c j i
pozostają w ścisłym z w i ą z k u p o j ę c i o w o - l o g i c z n y m w obrębie
określonego ściśle t e r y t o r i u m .
Dokonajmy teraz metaforyzacji naszych „ ź r ó d ł o w y c h " pojęć.
O w y m terytorium zakładającym istnienie o p o z y c j i c e n t r u m / p e r y ­
feria niech będzie k u l t u r a w n a j o g ó l n i e j s z y m sensie k u l t u r y j a k o
przedmiotu ludzkiego g a t u n k u . W c e n t r u m k u l t u r y stoi zawsze
człowiek, w s p ó ł r z ę d n a w s z y s t k i c h f a k t ó w k l a s y f i k o w a n y c h j a k o
przynależące d o porządku s p o ł e c z n e g o . Jest tak bez w z g l ę d u na
to, jak będziemy c z ł o w i e k a c h a r a k t e r y z o w a ć — czy w trybie
p r z y r o d n i c z o - g a t u n k o w y m czy k u l t u r o w o - a n t r o p o l o g i c z n y m .
Człowiek jako istota k u l t u r o w a zamieszkuje t e r y t o r i u m zróż­
nicowanych s y s t e m ó w p o s z c z e g ó l n y c h p a r t y k u l a r n y c h kultur
różnego rodzaju. W t y m znaczeniu nie m o ż n a w y z n a c z y ć ż a d ­
nego „ c e n t r u m " , ż a d n e g o jądra k u l t u r y ź r ó d ł o w e j dla w s z y s t k i c h
kultur pozostałych, c h y b a że p o w r ó c i m y d o teorii „ k r ę g ó w
k u l t u r o w y c h " . Zatem t o „ c e n t r u m " w y z n a c z y ć m o ż e m y w y ł ą c z ­
nie określając najogólniejsze, u n i w e r s a l n e c e c h y c z ł o w i e k a . T y c h
cech z kolei szukać m o ż e m y wszędzie, gdzie t y l k o pomieszkuje
człowiek. U n i w e r s u m ludzkiej k u l t u r y ogranicza p o prostu linia
zamknięta kuli ziemskiej i t o u z u s j ę z y k o w y każe nam m ó w i ć , że
Trobriandy leżą na peryferiach, a U S A w c e n t r u m s p o ł e c z n e g o
świata.
Jednakże t e n w ł a ś n i e j ę z y k o w y s p o s ó b p o r z ą d k o w a n i a prze­
strzeni geograficznej s p r a w i a , iż zaczynamy w analogiczny s p o ­
sób myśleć o organizacji w s z e l k i c h zjawisk b a d a n y c h przez naukę
— jedne stają się j a k o b y ważniejsze, powszechniejsze przy­
k ł a d o w o , a w i ę c centralne. Inne, j a k o bardziej ezoteryczne
t r a k t o w a n e są, z g o d n i e z p o w s z e c h n i e a k c e p t o w a n y m r o z u m i e ­
niem peryferii — j a k o d r u g o p l a n o w e w o b e c t y c h p i e r w s z y c h .
W ostateczności t e n s p o s ó b r o z u m o w a n i a i w e r b a l i z o w a n i a
porządku zjawisk przeniósł się d o ś w i a t a a n t r o p o l o g ó w , którzy
sami siebie poczęli postrzegać na zasadzie, o której m ó w i m y .
Z „ l e p s z y c h " miejsc w i d a ć lepiej i w i ę c e j , p r o w i n c j a narzuca
optykę peryferyjną.
Taki s p o s ó b myślenia nie bierze p o d u w a g ę s w o i s t o ś c i nauki,
jaką jest a n t r o p o l o g i a . Otóż a n t r o p o l o g i c z n y s p o s ó b myślenia
implicite zakłada, że peryferie nie oznaczają terenu m a r g i n a l n e g o ,
ale najdalsze przedłużenie środka, czyli c e n t r u m . Tak w i ę c ,
założywszy, iż o w y m p r a w d z i w y m ś r o d k i e m jest c z ł o w i e k , a n a l i ­
zując j e g o kulturę w najodleglejszych zakątkach ś w i a t a , zakłada
się t y m s a m y m na g r u n c i e a n t r o p o l o g i c z n y m , iż r ó w n i e ż na
tradycyjnie p o j m o w a n y c h peryferiach znaleźć m o ż n a a r g u m e n t y
centralne nie t y l k o dla teorii l u d z k i e g o u w i k ł a n i a w m o ż l i w e
formy bytu k u l t u r o w e g o . D l a t e g o s w o i s t o ś ć a n t r o p o l o g i i i k o n ­
sekwencje z niej w y n i k a j ą c e . W i e l o k r o t n i e k r y t y k o w a n o przed­
stawicieli tej nauki właśnie za t o , że pragną łączyć skrajny
empiryzm z najogólniejszą teorią dotyczącą kultury na poziomie
abstrakcyjnym. Ale tutaj też t k w i urok a n t r o p o l o g i i , t e g o „intelek­
tualnego k ł u s o w n i c t w a " , jak t o określił onegdaj Clyde K l u c k h o h n .
10

Jakie te wszystkie u w a g i mają znaczenie dla nas, w p o w s z e c h ­
nym o d c z u c i u z n a j d u j ą c y c h się j e d n a k na peryferiach (1) świata
m i ę d z y n a r o d o w e j a n t r o p o l o g i i , jak i ( 2 ) g ł ó w n e g o n u r t u k u l t u r y
światowej? Znaczenie t o w i d z i a ł b y m j a k o zasadnicze.

Przede w s z y s t k i m n i e p r a w d ą jest, że g d y znajdziemy się
w centrum, t o t y m s a m y m ł a t w i e j jest n a m z a j m o w a ć się
problemami najistotniejszymi, niejako „ p r z y r o d z e n i e " z w i ą z a n y ­
mi z miejscem i rolą, jaką o w o c e n t r u m w y z n a c z a . G d y b y tak
zawsze było, nie b y ł o b y I m m a n u e l a Kanta. Z kolei r ó w n i e ż
nieprawdą jest, że peryferyjność położenia skazuje na takąż
peryferyjność z a i n t e r e s o w a ń . W a r t o sobie o d p o w i e d z i e ć na takie
c h o ć b y pytanie. Czy B r o n i s ł a w M a l i n o w s k i badając s w o i c h
T r o b r i a n d c z y k ó w bardziej zbliżał się d o i s t o t n y c h s t w i e r d z e ń
d o t y c z ą c y c h ludzkiej k u l t u r y niż g d y b y p o ś w i ę c i ł się analizie
którejś z europejskich społeczności c h ł o p s k i c h ? O w s z e m , tak

może się w y d a w a ć , ale p r o b l e m nie w t y m , że Trobriandy były
lepszym, bardziej r e p r e z e n t a t y w n y m przykładem kultury, ale
w t y m , że lepiej nadawały sie akurat d o funkcjonalistycznego
m o d e l u podejścia, który stworzył i rozwijał M a l i n o w s k i . J e d n y m
s ł o w e m były reprezentatywne dla f u n k c j o n a l i z m u . Z drugiej strony
można przecież powiedzieć, że właśnie Trobriandy t o klasyczne
rubieże naszego świata o statusie o w i e l e bardziej peryferyjnym niż
m a m y t o w przypadku w a r s t w y chłopskiej jakiegokolwiek kraju
Europy t a m t y c h czasów. Poza t y m , czy a n t r o p o l o g z Kontynentu
musi koniecznie u d a w a ć się d o i z o l o w a n y c h grup, żeby oświecać
s w y c h z i o m k ó w : tacy m o g l i b y ś m y być, g d y b y ś m y „ t a m " mieli
s w y c h o j c ó w i matki? W i ę c nie o t o chodzi.
Z n o w u w r a c a m y d o kwestii zasadniczej. A n t r o p o l o g i a , zwłasz­
cza obecnej d o b y , t o przede w s z y s t k i m p u n k t
widzenia
i sposób konceptualizowaniazjawiskdostępnychskąd­
inąd w s z y s t k i m parającym się nauką. Dyskurs a n t r o p o l o g i c z n y
nie jest zastrzeżony w y ł ą c z n i e dla a n t r o p o l o g ó w , t y m bardziej, że
n i e p o d o b n a w y k r e ś l i ć p r z e d m i o t o w o ujętej linii demarkacyjnej
p o m i ę d z y nią a każdą inną gałęzią w i e d z y zainteresowaną
f e n o m e n e m kultury. A n t r o p o l o g a poznasz p o t y m , jakie pytania
s t a w i a . Skoro zaś a n t r o p o l o g o w i e z K o n t y n e n t u i A r c h i p e l a g ó w
muszą się a k u l t u r o w a ć w o g ó l n e j kulturze antropologicznej
( c e n t r u m w sensie c e n t r u m m y ś l i ) , t o w p u n k c i e wyjścia wszyscy
jesteśmy w analogicznej sytuacji poznawczej, w y c h o d z i m y o d
w s p ó l n e j matrycy pojęć i kategorii. Wszystko zależy następnie o d
tego, jaki użytek potrafimy uczynić z w y n i k ó w tej aktualizacji,
czego nas ona uczy i d o jakiego stopnia. A dalej jeszcze: w jaki
sposób badając zjawiska peryferyjne (a tylko takie badamy prze­
cież) orzekamy coś jednocześnie o o g ó l n e j kondycji człowieka. Nie
ma miary ilościowej wartości analiz, tylko jakość pozwala na
szacowanie w k ł a d u w poznanie świata nieoczywistości kultury.
Kres i d e o l o g i i modernistycznej w nauce i filozofii polega na
t y m , iż odrzuca się obecnie m.in. d o t y c h c z a s o w e p o j m o w a n i e
kultury j a k o rodzaju p r z e d m i o t u w y m a g a j ą c e g o a d e k w a t n e g o
przedstawienia. Pojęcie p r a w d y o b i e k t y w n e j z a s t ę p o w a n e jest
p o j ę c i e m p r a w d k u l t u r o w y c h , p r a w d w y t w a r z a n y c h dla o d ­
p o w i e d n i c h c e l ó w bądź f u n k c j i . R ó w n i e ż a n t r o p o l o g i a — o d
zawsze — p r a w d y takie f o r m u ł o w a ł a z przekonaniem, że podaje
opisy o b i e k t y w n e j rzeczywistości. J e d n a k ż e n i c w kulturze nie
jest f a k t e m n i e z b i t y m , o b c u j e m y w y ł ą c z n i e ze społecznymi w y o ­
brażeniami o świecie. One r ó w n i e ż nie dzielą się na uboczne
i centralne. Ś w i a t k u l t u r y jest fascynujący zawsze i wszędzie
i dobrze b y ł o b y , g d y b y fakt ten u ś w i a d o m i l i sobie nasi rodzimi
badacze. M o ż e nie t y l k o u ś w i a d o m i l i , ale zrobili z niego użytek.
Badanie k u l t u r y polskiej w p r o w a d z a r ó w n i e dobrze w c e n t r u m
p r o b l e m a t y k i h u m a n i s t y c z n e j , jak klasyczne studia „ w i e l k i e j "
antropologii Kontynentu.
Zupełnie o d r ę b n ą s p r a w ą jest, że nauka polega także na
k o m u n i k o w a n i u w y n i k ó w b a d a ń ; jeśli głos naszej e t n o l o g i i nie
dotrze poza Polskę, nikt nie d o w i e się, że dzieje się tutaj coś
interesującego. Także dla czytelnika Z a c h o d u . Czy naprawdę
— j a k t o b y ł o w m o i m w y p a d k u — t r z e b a a n t r o p o l o g o w i z Kanady
p o k a z y w a ć kulturę S t a r o o b r z ę d o w c ó w w Polsce, aby dopiero o n
wskazał, w jaki s p o s ó b tak w ą s k a p r o b l e m a t y k a „ i k o n i c z n e j "
tradycji tej g r u p y daje się w p i s a ć w najważniejsze dyskusje
współczesnej a n t r o p o l o g i i t e o r e t y c z n e j ? " Nie będą w t y m miejs­
cu t e g o akurat w ą t k u p o d e j m o w a ł z nadzieją, że w i a d o m o o c o
c h o d z i — o śmiałość i rozmach w podejściu d o ezoterycznych
w y d a w a ł o b y się a s p e k t ó w kultury. W t y m t k w i siła a n t r o p o l o g i i ,
każdej a n t r o p o l o g i i !
S p r ó b u j m y zamiast t e g o s k o n k l u d o w a ć d o t y c h c z a s o w e u w a ­
gi. Po pierwsze tedy, nie ma gorszych i lepszych miejsc dla
u p r a w n i a n i a a n t r o p o l o g i i oraz, c o się z t y m bezpośrednio wiąże,
gorszych i lepszych t e m a t ó w b a d a w c z y c h . Nie każdemu dane jest
znaleźć się w ś r ó d nieznanego plemienia w nieznanej części
ś w i a t a . W każdym przejawie k u l t u r y jest potencjalnie zawarty
o g r o m n y ł a d u n e k m o ż l i w o ś c i dla a n t r o p o l o g i c z n y c h przedsta­
w i e ń n i e o c z y w i s t o ś c i z n a n e g o ś w i a t a . J a k m ó w i ł Sapir, dlaczego
nie badać np. k u l t u r a l n y c h i n i e k u l t u r a l n y c h s p o s o b ó w o d ­
dychania? Sam uważał t e n temat za fascynujący.
Po drugie, dla podjęcia w y s i ł k u bycia a n t r o p o l o g i e m nie ma
znaczenia t z w . potencjał f i n a n s o w o - o r g a n i z a c y j n y kraju, w k t ó ­
rym przyszło n a m u p r a w i a ć tę naukę. D e c y d u j ą c ą rolę o d g r y w a j ą
i n w e n c j a , o d w a g a i wiara w t o , że czasami z A r c h i p e l a g u w i d a ć

�więcej i lepiej niźli z zapatrzonego w s w ą m o c K o n t y n e n t u .
Uwzględniając proporcje między np. Stanami Z j e d n o c z o n y m i
a Polską zobaczyć m o ż e m y , że procent badaczy mających coś d o
p o w i e d z e n i a i „ t a m " i „ t u t a j " jest zbliżony.
O jednej jeszcze s p r a w i e należy wszelako p o w i e d z i e ć . W swej
ostatniej książce Clifford Geertz, najświatlejszy a n t r o p o l o g o b e c ­
nej d o b y , p o w i a d a : „Szerzy się w ś r ó d a n t r o p o l o g ó w coraz
bardziej p o w s z e c h n e przekonanie, że p o w i e d z i e ć , jak jest, t o dla
etnografii slogan tak samo n i e o d p o w i e d n i , jak dla filozofii o d
L u d w i k a W i t t g e n s t e i n a , dla historii o d Robina C o l l i n g w o o d a , dla
polityki o d M i c h e l a Foucaulta lub dla fizyki o d T h o m a s a K u h n a .
N i e a d e k w a t n o ś ć s ł ó w w o b e c d o ś w i a d c z e n i a i w ł a ś c i w a im
tendencja d o p r o w a d z e n i a j e d y n i e d o i n n y c h s ł ó w znane były o d
d a w n a z a r ó w n o p o e t o m , jak i m a t e m a t y k o m . Dla e t n o g r a f ó w
s t a n o w i ł o t o jednak odkrycie i w p r a w i ł o i c h , a przynajmniej w i e l u
z nich, w z a m ę t . "
A b y ten zamęt starać się jakoś u p o r z ą d k o w a ć p r o p o n u j e Geertz
zestaw u t r w a l o n y c h przesądzeń, z k t ó r y c h w dzisiejszej sytuacji
a n t r o p o l o g i a w i n n a z r e z y g n o w a ć . Jest t o zestaw a b s o l u t n i e w a r t
rozważenia także dla e t n o l o g ó w p o l s k i c h . Przesądzenia te n a ­
z w i j m y za I n n o c e n t y m B o c h e ń s k i m „ e t n o g r a f i c z n y m i z a b o b o n a ­
m i " , konkretyzując je tak, aby o d p o w i a d a ł y r o d z i m y m realiom.
Z a b o b o n p i e r w s z y . Najwyższy czas, aby u ś w i a d o m i ć sobie na
dobre, że c z e g o k o l w i e k badacz nie czyniłby, j a k i c h k o l w i e k nie
s t o s o w a ł b y z a b i e g ó w retorycznych, wszystkie opisy etnograficz­
ne są opisami opisującego, a nie o p i s y w a n e g o . Edward Said
w n i e d a w n o u nas przełożonej pracy Orientalizm
w y t o c z y ł cały
zestaw a r g u m e n t ó w p r z e c i w k o m.in. a n t r o p o l o g i i z a c h o d n i e j , iż
tak opisuje Orient, iż nie daje się w y p o w i e d z i e ć m i e s z k a ń c o m
t a m t y c h krajów, jak oni sami w i d z ą świat, w k t ó r y m żyją.
Ostateczne zdanie należy zawsze d o badacza — utyskuje Said.
Sam nie pokazuje jednak zupełnie, w jaki s p o s ó b m o g ł o b y się
o d b y w a ć j a k i e k o l w i e k o p i s y w a n i e c z e g o k o l w i e k , c o jest poza
nami. Zarzucając a n t r o p o l o g o m ( n e o ) i m p e r i a l i z m w zamian p r o ­
p o n u j e t o samo tyle, że a rebours? J e d y n e , c o może osiągnąć
badacz „ i n n o ś c i " , t o n i e w y m u s z o n a z g o d n o ś ć , każdy opis p o z o ­
stanie skażony e t n o c e n t r y z m e m , gdyż „ b y ć e t n o c e n t r y c z n y m t o
po prostu w i d z i e ć przy p o m o c y w ł a s n y c h o c z u " , gdyż „ n i e
możemy w i d z i e ć za p o m o c ą oczu c z y i c h ś " . I nic tutaj nie zmieni
p o s t u l o w a n a przez niektórych badaczy p o s t a w a , aby być „ n a
b u z i " z p o d m i o t a m i . M o ż n a się d ł u g o i zawzięcie tulić d o
i n f o r m a t o r ó w , ale pisze się s a m e m u przetwarzając uzyskany
materiał w inny jeszcze rodzaj k u l t u r o w e g o w y o b r a ż e n i a , które
podajemy d o w i a d o m o ś c i czytającym.
12

3

14

Z a b o b o n d r u g i . Wiąże się bezpośrednio z p i e r w s z y m , gdyż
m ó w i o t z w . e t n o g r a f i c z n y m b r z u c h o m ó w s t w i e . Polega o n o na
p r z y p i s y w a n i u sobie m ó w i e n i a nie o i n n y c h f o r m a c h życia, lecz
z ich w n ę t r z a , na p o d a w a n i u o p i s ó w , jak s p r a w y się mają „z
p u n k t u w i d z e n i a c h ł o p a p o d l a s k i e g o " j a k o c h ł o p s k i e g o opisu

z t e g o p u n k t u w i d z e n i a . Nie ma czegoś t a k i e g o , jak w s p ó l n a
rzeczywistość, którą w i d z i z a r ó w n o ó w c h ł o p , jak i badający
e t n o g r a f - e m p i r y k . J a k m ó w i ł Nietzsche — istnieją t y l k o perspek­
t y w y . Nasz opis — t o nasza p e r s p e k t y w a , każdy inny p u n k t
w i d z e n i a n i e u c h r o n n i e przechodzi przez filtr naszego ujęcia
d a n e g o stanu rzeczy.
Z a b o b o n t r z e c i . D o t y c z y t e k s t o w e g o p o z y t y w i z m u , który za­
kłada, że jeśli t y l k o nakłoni się c h ł o p a d o p o d y k t o w a n i a lub
zapisania j e g o życiorysu, w i z j i ś w i a t a , w t e d y rola etnografa
s p r o w a d z a się d o roli u c z c i w e g o i s k r u p u l a t n e g o pośrednika
przekazującego istotę rzeczy. Tekst e t n o g r a f i c z n y traktuje się
w ó w c z a s j a k o rodzaj „ p r z e ź r o c z y s t e g o " m e d i u m . W s p ó ł c z e s n y
tekstualizm s p o d znaku Jamesa Clifforda w s k a z u j e na t o , iż
p i ś m i e n n i c t w o e t n o g r a f i c z n e jest w y s o c e k o n t e k s t o w e i oparte
na s t r a t e g i c z n y m w y b o r z e ś r o d k ó w .
Z a b o b o n c z w a r t y . Wyraża o n nadzieję, że dyskurs etnograficz­
ny m o ż n a uczynić „ h e t e r o j ę z y c z n y m " ( „ t a m t e j s z a " o b e c n o ś ć
w , , t u t e j s z y m " t e k ś c i e ) . O w o rozproszone a u t o r s t w o jest iluzją,
której ulegają z a r ó w n o a n t r o p o l o g o w i e p o z y t y w i s t y c z n i e z o r i e n ­
t o w a n i , jak i p o s t m o d e r n i ś c i .
Z a b o b o n p i ą t y . Geertz określa g o m i a n e m k o n f e s j o n a l i z m u .
Polega o n na przyjęciu raczej o d c z u ć etnografa zamiast ich
p r z e d m i o t u j a k o p o d s t a w o w e g o t e m a t u d o analizy ( „ t a m t e j s z y "
cień „ t u t e j s z e j " rzeczywistości). O b i e k t e m namysłu uczynić trze­
ba w r ó w n y m s t o p n i u p r z e d m i o t o w y aspekt b a d a ń , jak i m e t a ­
j ę z y k o w ą nad n i m refleksję, t z n . rozważyć nasz s p o s ó b myślenia
0 myśleniu n a u k o w y m . Trzeba t o j e d n a k uczynić w taki s p o s ó b ,
aby nie paraliżować praktyki b a d a w c z e j — nie m o ż n a czegoś
t w i e r d z i ć i jednocześnie brać t o w e p i s t e m o l o g i c z n y nawias.
Z a b o b o n s z ó s t y i o s t a t n i . N i e p r a w d ą i złudzeniem jest t w i e r ­
dzenie, że e t n o g r a f u c h r o n i się przed z m i n i m a l i z o w a n i e m obrazu
ś w i a t a k o g o ś i n n e g o przez w ł a s n e okulary badacza dzięki u ś w i a ­
d o m i e n i u sobie w ł a s n e j s u b i e k t y w n o ś c i bądź w r ę c z s t r o n n i c z o ­
ści. Ten rodzaj refleksji m y l n i e rości sobie p r a w o d o e p i s t e m o l o g i cznej s a m o w i e d z y , a p r o w a d z i j e d y n i e d o m ę t n y c h w y n u r z e ń
1 intelektualnego bełkotu.
Rozważenie p o d a n y c h przed c h w i l ą p r z e s ą d ó w tradycyjnej
a n t r o p o l o g i i p o w i n n o p r o w a d z i ć d o z d e k o n s t r u o w a n i a jej d o ­
tychczasowych podstaw epistemologicznych i teoretyczno-met o d o l o g i c z n y c h . M a m tutaj na myśli d e k o n s t r u k c j ę w y w o d z ą c ą
się o d Derridy, ale specyficznie z a a d o p t o w a n ą na potrzeby
a n t r o p o l o g i i . Piszę o t y m s z c z e g ó ł o w o w i n n y m t e k ś c i e . W szki­
cu niniejszym starałem się j e d y n i e pokazać, w s p o s ó b zbliżony d o
idei d e k o n s t r u k c j i , że t r a d y c y j n a o p o z y c j a c e n t r u m / p e r y f e r i e
n i e a d e k w a t n i e u j m u j e s e d n o p o z n a w c z e j w a r t o ś c i r ó ż n y c h et­
n o l o g i i n a r o d o w y c h . Istnieje t y l k o j e d n a a n t r o p o l o g i a , która
może być d o b r a lub zła, c i e k a w a bądź n u d n a i n i e t w ó r c z a .
Wszyscy będąc w c e n t r u m , m o ż e m y być na peryferiach. W y b ó r
należy d o nas s a m y c h .
15

16

PRZYPISY
Zob. c h o ć b y G.W. S t o c k i n g , Afterword:
A View from the
Center, „ E t h n o s " 1 — 2 : 1 9 8 2 , ss. 1 7 2 — 1 8 6 ; E. Shils, Center and
Periphery, C h i c a g o 1 9 7 5 i in.
Tak w ł a ś n i e brzmi g ł ó w n a teza przyświecająca a r t y k u ł o m
pomieszczonym w książce p o d redakcją J . Clifforda i G.E.
Marcusa, Writing Culture. The Poetics and Politics of
Ethnograp­
hy, Berkeley 1 9 8 6
Antropologia
i polityka,
rozmowa z Ludwikiem Stommą,
„Czas K u l t u r y " 1 9 9 0 , nr 1 8 — 1 9 , s. 1 1 . R o z m o w ę przeprowadzili
W . J . Burszta i K. P i ą t k o w s k i .
L. K o ł a k o w s k i , Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia
uniwersaliz­
mu kulturalnego,
( w : ) Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych
kazań, L o n d y n 1 9 8 4 , s. 1 5
E. Leach, Social Anthropology,
Fontana Paperbacks 1 9 8 2 ,
ss. 1 2 4 - 1 2 5 . A n t r o p o l o g o w i e ci t o : Lin Y u e h — h w a , M a r t i n
C.Yang, Francis L.K. Hsu i Fei H s i a o - T u n g .
S.A. Tyler, The Unspeakable.
Discourse,
Dialogue,
and
Rhetoric in the Postmodern
World, W i s c o n s i n 1 9 8 7 , s. 4.
C. Lévi-Strauss, Structural Anthropology
II, H a r m o n d s w o r d
1 9 7 8 , s.26
T y m i i dalej w y m i e n i o n y m i k w e s t i a m i z a j m o w a l i ś m y się przez
kilka lat z M. B u c h o w s k i m , czego efektem są książki: M . B u c h o w ski, Racjonalność.
Translacja. Interpretacja,
Poznań 1 9 9 0 ; M.
B u c h o w s k i , W . J . Burszta, O założeniach interpretacji
antropolo­
1

2

3

4

5

6

7

8

6

gicznej. W a r s z a w a 1 9 9 2 oraz W . J . Burszta, Wymiary
antropolo­
gicznego poznania kultury, Poznań 1 9 9 1
Słownik Wyrazów Obcych M . A r c t a , W a r s z a w a 1 9 3 5 , s.255
Ku t a k i e m u r o z u m i e n i u " p e r y f e r i i " skłania się S. N u g e n t , The
"Peripheral
Situation",
" A n n u a l R e v i e w of A n t h r o p o l o g y "
1 7 : 1 9 8 8 , s. 8 0
C h o d z i o Davida Scheffela, z n a k o m i t e g o z n a w c ę kultury
S t a r o o b r z ę d o w c ó w w w i e l u krajach ś w i a t a . Z o b . j e g o f a s c y n u j ą ­
cą książkę o tej grupie w Kanadzie: In the Shadow of Antichrist.
The Old Believers of Alberta, P e t e r b o r o u g h 1 9 9 1
C. Geertz, Works and Lives. The Anthropologist
as Author,
S t a n f o r d 1 9 8 8 , s. 1 3 7 (cytuję Geerzta w s p o s ó b nieco „ z a o k r ą g ­
l o n y " ) . Dalsze o d w o ł a n i a o d n o s z ą się d o rozdziału VI tej książki,
z a t y t u ł o w a n e g o Being Here: Whose Life Is It Anyway?
E.W. Said, Orientalizm,
W a r s z a w a 1 9 9 1 . W y d a n i e tej pracy
w 1 9 7 8 roku w y w o ł a ł o całą falę p o l e m i k i o m ó w i e ń stanowiska
Saida.
R. Rorty, Nauka jako solidarność,
„ L i t e r a t u r a na Ś w i e c i e "
1 9 9 1 , nr 5, ss. 2 0 5 — 2 0 6
Z o b . książkę Clifforda, The Predicament
of Culture. Twentieth-Centry
Ethnography,
Literature, and Art, C a m b r i d g e Mass.
1988
W . J . Burszta, Czy istnieje dekonstrukcja
antropologiczna?
/ w druku/.
9

1 0

1 1

1 2

1 3

1 4

1 5

1 6

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9803" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9781">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/fc6efdf5c1193e707534483d212912a7.pdf</src>
        <authentication>34416359edcadb693cf4d2ac5e461015</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116635">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2385</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116636">
                <text>1992</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116637">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2213</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116638">
                <text>Marta i Maria (Uwagi o "Uczcie Babette") / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116639">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4, s.81-84</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116640">
                <text>Benedyktowicz, Zbigniew</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116641">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116642">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116643">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116644">
                <text>Maria i Marta
(Uwagi o „Uczcie Babette")
Zbigniew Benedyktowicz

„ U w a ż a n o d o t ą d , ż e g ł ó w n ą rzeczą w Ewangelii są poucze­
nia moralne i reguły zawarte w przykazaniach, dla mnie z a ś
najważniejsze jest to, że Chrystus m ó w i p r z y p o w i e ś c i a m i ,
objaśniając p r a w d ę ś w i a t ł e m c o d z i e n n o ś c i . U podstawy tego
leży m y ś l , że obcowanie śmiertelnych jest nieśmiertelne, i ż e
życie jest symboliczne p o n i e w a ż jest z n a c z ą c e . "
(Borys Pasternak, Doktor

Żiwago)

„ Z a p r a w d ę powiadam wam: Gdziekolwiek po c a ł y m świe­
cie g ł o s i ć b ę d ą tę E w a n g e l i ę , b ę d ą r ó w n i e ż o p o w i a d a ć na jej
p a m i ą t k ę to, co u c z y n i ł a . "
(Mat. 26,13; M k , 14,9; J a n , 12,1-8)

F i l m Gabriela Axela Uczta Babette jest filmem niezwyk­
łym. Z w a ż y w s z y nawet t o , że p o w s t a ł w 1987, a więc w czasie
nie tak jeszcze dla k i n a m a r n y m - w t y m samym okresie
p o w s t a ł y m . i n . Ginger i Fred (1986), Wywiad (1987) Fel­
liniego, Ofiarowanie (1986) Tarkowskiego, Niebo nad Bni­
nem (1987) Wendersa - pozostanie na d ł u g o wyzwaniem dla
kina. U r z e k a nas jego prostota. U r z e k a niemal anachronicz­
na, ale t y m samym i ostentacyjna s k r o m n o ś ć , nie po­
zbawiona i n t e n s y w n o ś c i b a r w y i smaku o s z c z ę d n o ś ć , har­
m o n i a . O t o tradycyjny „najzwyczajniejszy"
film-opowieść,
do tego adaptacja zanurzona w literackim pierwowzorze,
film opowiadany t a k ż e i g ł o s e m narratora spoza ekranu.
F i l m bez e f e k t ó w specjalnych, taka skandynawska (europej­
ska) nieciekawa historia, nie z tego wieku. F i l m „ c i c h y " ,
pozbawiony chęci epatowania - a jednak i przez to właśnie
s t a n o w i ą c y wciąż w a ż n e , otwarcie rzucone wyzwanie, idące
p o d p r ą d , zalewającej nas j u ż dziś w y r a ź n i e fali kina
„ e f e k t ó w specjalnych": k i n a p e ł n e g o pełnej pretensji szmiry,
tandety, g ł u p o t y , b e z m y ś l n o ś c i i o k r u c i e ń s t w a , czerpanych
j u ż to wprost z życia k r o n i k k r y m i n a l n y c h , j u ż to z w r a ż l i w o ­
ści na m i a r ę wprost odwrotnie p r o p o r c j o n a l n ą do przyrostu
m u s k u ł ó w kolejnego Terminatora z numerem 10-tym, kina
zdziecinniałego, b ą d ź wysoce wyrafinowanego, w y k a l k u l o wanego w pracowniach e s t e t ó w , n a d ę t e g o niczym brzuch
j a k i e g o ś architekta nowej awangardowej w y o b r a ź n i , kina
ziejącego s w ą p u s t k ą zza maski m i n i przemodnych post­
modernistycznych g r y m a s ó w . I m p o n u j ą c a jest odwaga auto­
ra tej kameralnej, „ n i e e f e k t o w n e j " filmowej opowieści,
k t ó r y tak o niej m ó w i ł : „Uczta
Babette jest a d a p t a c j ą
opowiadania K a r e n Blixen, małej perły na marginesie g ł ó w ­
nego n u r t u jej twórczości.(...) O d czternastu lat m a r z y ł e m
o t y m filmie, scenariusz b y ł odrzucany prawie wszędzie,
producenci i dystrybutorzy wątpili, czy m o ż n a z r o b i ć film na
podstawie opowiadania, k t ó r e n a p r a w d ę nie ma nic w s p ó l ­
nego z Pożegnaniem z Afryką,.Nie
b y ł o m o ż l i w e przekazanie
całej s u b t e l n o ś c i j ę z y k a u t w o r u , trzeba b y ł o więc pozornie
z d r a d z i ć K a r e n Blixen, aby p o z o s t a ć jej w i e r n y m . " P o m i m o
ostatniej sekwencji tej wypowiedzi film Axela - m i m o
nieznacznej redukcji - jest dziełem kongenialnym, wiernie
p r z e n o s z ą c y m nie t y l k o n a s t r ó j , ale i z a s a d n i c z ą treść
opowiadania. N a czym polega jego wyzwanie? - N a j p r o ś c i e j
d a ł o b y się ono z a w r z e ć w s ł o w a c h wypowiedzianych przez
b o h a t e r k ę , j a k i e p a d a j ą w k o ń c o w e j części z ekranu: „...na
1

c a ł y m świecie słychać o k r z y k p ł y n ą c y z serca artysty - dajcie
m i m o ż n o ś ć stworzenia a r c y d z i e ł a . "
S ł o w a te p r z y w o ł u j ę t u , tak właśnie, j a k p a d a j ą z ekranu.
I c h rozwinięcie i u z u p e ł n i e n i e znajdujemy w samym o p o w i a ­
daniu K a r e n Blixen, p r z e ł o ż o n y m ostatnio na polski przez
W i e s ł a w a Juszczaka, - „ . . . O n sam m i tak p o w i e d z i a ł : ' T o
straszne, to dla artysty nie do zniesienia, kiedy się go
popycha do tego, kiedy się go oklaskuje za t o , co p o n i ż e j jego
m o ż l i w o ś c i ' . P o w i e d z i a ł : 'Przez cały świat idzie jedno wielkie
w o ł a n i e artysty: P o z w ó l c i e m i przejść siebie!'".

W ś r ó d wszystkich niezwykłości Uczty Babette, w ś r ó d
niezwykłej aury otaczającej Ucztę Babette należy w s p o m n i e ć
t u i o fakcie, m o g ą c y m b u d z i ć nie mniejsze uczucie zdumie­
nia: film u z y s k a ł n a g r o d ę A m e r y k a ń s k i e j A k a d e m i i F i l m o ­
wej (co jednak k a ż e z uznaniem myśleć o tej instytucji)
- Oscara 1988. Jego głos i p r z e s ł a n i e z o s t a ł y w y s ł u c h a n e . Ten
prosty i gęsty od z n a c z e ń film m o ż e b y ć r ó ż n i e odczytywany
i interpretowany. M o ż n a w n i m widzieć, w k o n t e k ś c i e
filmowym
i przez odniesienie do p r o b l e m ó w adaptacji
wielkiej literatury d u ń s k i e j , j a k i e ś dalekie n a w i ą z a n i e do
Głodu K n u t a Hamsuna ( „ g ł o s b i e g n ą c y z daleka naprzeciw
owemu wielkiemu t e m a t o w i D u ń c z y k ó w " - j a k pisano
w a m e r y k a ń s k i e j prasie). M o ż n a widzieć - przez temat Uczty
- ł a g o d n ą , ale p e ł n ą p i ę k n a i mocy o d p o w i e d ź d a n ą po latach
Wielkiemu żarciu. Odnawianie i przywracanie z n a c z e ń , po­
w r ó t sacrum i z e s t a w i a ć z g w a ł t o w n y m i manifestacjami
świętej desakralizacji „ O s t a t n i e j Wieczerzy" danej w Viridianie Bunuela ( „ C z ł o w i e k n i e k t ó r y s p r a w i ł wieczerzę wielką
i z a p r o s i ł w i e l u . . . " Ł u k . 14,16).
K u l t u r o w o - k u l i n a r n y aspekt Uczty przesłonił jednak j a k ­
by inne w y m i a r y filmu. „ T i m e " z 88 r o k u pisał: „ O d zupy do
k o n i a k u Uczta Babette jest w y ś m i e n i t a - p o s i ł e k , k t ó r y
zachowamy w naszej pamięci na zawsze." Entuzjazmowi, j a k i
w y w o ł a ł film, sukcesowi i nagrodzie Oscara t o w a r z y s z y ł a
gastronomiczna otoczka. Czytelnicy t e g o ż „ T i m e ' a " m o g l i
d o w i e d z i e ć się o specjalnej ofercie proponowanej przez
s ł a w n y hotel R i t z - C a r l t o n , gdzie miano p o d a w a ć kolację
Babette - „ s p o d z i e w a n a cena 75 d o l a r ó w o d osoby, nie licząc
w i n a " ( „ e x p e c t to pay 75 dollars w i t h o u t the wines").
Rozpatrywano r ó w n i e ż (szczególnie k r y t y k a d u ń s k a ) Ucztę
intertekstualnie, w i d z ą c w niej k o n t y n u a c j ę i n a w i ą z a n i e do
(teatralnej i filmowej) tradycji ludowego, popularnego dra­
m a t u ( V o l k s k o m e d i e ) , sam autor filmu n a z y w a ł go bajką:
„ B y ł y sobie raz dwie siostry..."
2

Najbardziej c h a r a k t e r y s t y c z n ą c e c h ą filmowej o p o w i e ś c i
0 Uczcie Babette, jest m o i m zdaniem t o , że w swej strukturze
1 klimacie p r z y p o m i n a ona e w a n g e l i c z n ą p r z y p o w i e ś ć , o k t ó ­
rej m ó w i ł p r z y w o ł a n y t u na wstępie Borys Pasternak. Jest
„ p r z y p o w i e ś c i ą , k t ó r a o b j a ś n i a p r a w d ę ś w i a t ł e m codzienno­
ści". Z a n i m zapytamy, j a k ą p r a w d ę (czy m o ż e , raczej - j a k i e
prawdy, bo j a k w k a ż d e j ewangelicznej p r z y p o w i e ś c i jest t u

81

�ich wiele) w a r t o z w r ó c i ć u w a g ę , że upatrywanie p o d o b i e ń s t ­
wa i p o r ó w n a n i e tego filmowego opowiadania do przypo­
wieści ewangelicznej nie wydaje m i się j a k i m ś n a d u ż y c i e m .
Z a r ó w n o oba człony „ e w a g e l i c z n a " j a k i „ p r z y p o w i e ś ć " są
g ł ę b o k o obecne w t y m utworze. W filmie Uczta Babette
m o ż e m y o d n a l e ź ć wszystkie warstwy znaczeniowe, łącznie
z najstarszymi, najbardziej pierwotnymi, s ł o w a Ewangelia,
o j a k i c h m ó w i ą słowniki biblijne: „ E w a n g e l i a - od gr.
eu-aggelion (eu: 'dobrze' i aggello: ' z w i a s t o w a ć ' , hebr. besora, przede wszystkim wieść o odniesionym zwycięstwie (2
Sam 18,20-22). Znaczenie religijne termin ten przybiera
w V I - V w . przed Chr., g ł ó w n i e w n a w i ą z a n i u do Deutero-Izajasza. W N o w y m Testamencie rzeczownik występuje
t y l k o u M a r k a i P a w ł a ; Mateusz p o s ł u g u j e się n i m jedynie
w p o ł ą c z e n i u z terminem ' k r ó l e s t w o ' ( M a t 26,13). Czaso­
w n i k eu-aggelidzomai: ' z w i a s t o w a ć d o b r ą n o w i n ę ' , nie spoty­
kany wcale u M a r k a i Mateusza, pojawia się d o ś ć często
u Łukasza i P a w ł a . "
M o ż n a by z a p y t a ć więc: o czym dobrze zwiastuje Uczta
Babette? J a k ą niesie d o b r ą w i a d o m o ś ć ? J a k ą d o b r ą n o w i n ę ?
O czyim i przez kogo odniesionym opowiada zwycięstwie?
O j a k i m - z w i a s t u j e d o b r ą n o w i n ę - k r ó l e s t w i e ? ... B y ł a b y ż t o
o p o w i e ś ć , dobra nowina o zwycięstwie Babette-artystki?
O zwycięstwie jej dzieła. Zwycięstwie dzieła sztuki? Sztuki?
Czy jest to dobra (powtarzam dobra?) n o w i n a o k r ó l e s t w i e
Sztuki?...
M u s z ę się p r z y z n a ć , że i m częściej m y ś l ę o Uczcie Babette,
za k a ż d y m razem, kiedy zdarzy m i się ponownie obejrzeć ten
film, coraz mniej j a k b y go rozumiem, za k a ż d y m razem
powraca i czasem p o t ę g u j e się w r a ż e n i e niepokoju, z j a k i m
go o g l ą d a ł e m po raz pierwszy. B o j a k bardzo n i e p o k o j ą c y to
film. Z n a m niby dobrze tę historię, jej treść i dobre z a k o ń ­
czenie. Za k a ż d y m jednak razem otwierają się nowe nie
znane m i d o t ą d jego wymiary, uczuciu niepokoju, towarzy­
szy coraz większy podziw dla tego filmu. I i m bardziej go nie
rozumiem, c h o ć znam go dobrze, t y m bardziej się n i m
zachwycam, t y m bardziej c h c i a ł b y m d o ń p o w r a c a ć . W y d a ­
w a ł o b y się, c ó ż prostszego: z r o z u m i e ć Ucztę Babette. A j a
tymczasem, m a m coraz większe t r u d n o ś c i z o d p o w i e d z i ą na
pytanie „ O czym jest Uczta Babette" - G d y b y przyjąć, że film
jest o p o w i e ś c i ą o Babette-artystce, że jest P r z y p o w i e ś c i ą
o Zwycięstwie A r t y s t y , to od razu nasuwa się pytanie: c ó ż to
za zwycięstwo? C ó ż po zwycięstwie?... - G d z i e ś na pery­
feriach świata, „ W i e l k i e g o Ś w i a t a " ; w obliczu kogo? - k i l k u ­
nastu m i e s z k a ń c ó w rybackiej wioski, garstki religijnych
p u r y t a ń s k o - p r o t e s t a n c k i c h f a n a t y k ó w , k i l k u n a s t u - j a k się
powiada o nich w filmie - „ m e l a n c h o l i k ó w , k t ó r y c h nie stać
nawet na sól, d o osolenia o w s i a n k i " (uczta, k t ó r a spotyka się
z p o d z i ę k o w a n i e m jednego parobka i z d a w k o w y m d w u
sióstr: „ O c h , to b y ł a w s p a n i a ł a kolacja, wszyscy to potwier­
dzili, to b y ł a n a p r a w d ę w s p a n i a ł a kolacja."). Czy do zwycię­
zcy m ó w i się słowa: „Przecież to nie koniec! W i e m , że to nie
koniec, Babette. W raju będziesz t ą wielką a r t y s t k ą , j a k ą
s t w o r z y ł C i ę B ó g " - słowa wypowiedziane przez j e d n ą
z sióstr ("przez ł z y " ) - „ A c h , j a k ż e zachwycisz a n i o ł ó w ! "
(Czy nie jest to płacz nad samym s o b ą ? S ł o w a te w y p o w i a d a
siostra, k t ó r a z r e z y g n o w a ł a z kariery śpiewaczej, o d r z u c i ł a
m o ż n o ś ć bycia a r t y s t k ą , ewangelicznie m ó w i ą c : z a k o p a ł a
swój talent).
O czym jest Uczta Babettel... O Babette-artystce?
Czy raczej o Babette-służącej? O czyim m ó w i zwycięstwie?
G m i n y , p o b o ż n e g o stadka? Pastora? Służącej? Artystki?
Sióstr, starych panien, k t ó r e z r e z y g n o w a ł y z miłości: opusz­
czonej przez generała Loewenhielma Marciny? i Filipy - „ s o p ­
r a n u ś n i e g ó w " , k t ó r a nie s t a n ę ł a nigdy na scenie paryskiej
opery, k t ó r e j gwiazda wbrew przepowiedniom wielkiego
ś p i e w a k a P a r y ż a , jej mistrza i nauczyciela nie " w z e s z ł a
ponad wszystkie d i w y przeszłych i obecnych c z a s ó w " , i k t ó ­
rej nie słuchali ani „ c e s a r z i cesarzowa, ani k s i ą ż ę t a i wielkie
3

82

damy i beaux esprits P a r y ż a " ? A m o ż e o zwycięstwie
g e n e r a ł a Loewenhielma, k t ó r y „ z d e c y d o w a ł , że o d t ą d będzie
p a t r z e ć w p r z ó d , a nie w tył. Skupi się na swojej karierze a ż
nadejdzie dzień, w k t ó r y m odegra ś w i e t n ą rolę w ś w i e t n y m
świecie"? O zwycięstwie wielkiego ś p i e w a k a , nauczyciela
F i l i p y , Achille'a Papin?... K t o t u jest wygrany, a k t o
przegrany? A m o ż e jest to film o rezygnacji? O czym jest
Uczta Babette?...Im mniej ten film rozumiem, t y m coraz
bardziej się n i m zachwycam, coraz bardziej go p o d z i w i a m
i m i m o całego niepokoju, j a k i ze s o b ą niesie, za k a ż d y m
razem jego o g l ą d a n i e sprawia m i p r z y j e m n o ś ć . - Odnaj­
dujemy t u - w Uczcie Babette - drugi człon tego, czym jest
ewangeliczna „ p r z y p o w i e ś ć " : „ 1 ) Istnieje k i l k a t e r m i n ó w ,
określających ó w rodzaj literacki p o s ł u g u j ą c y się p o r ó w ­
naniami i p e w n ą tajemniczością. Rzeczowniki gr. parabole
(para i balio: ' u m i e s z c z a ć o b o k siebie, paralelnie') i paroimia
o d p o w i a d a j ą d w u t e r m i n o m hebr.: maszal i bardziej o g ó l ­
nemu hidda. O b y d w a rzeczowniki hebr. o z n a c z a j ą w gruncie
rzeczy nie t y l k o rozwinięte p o r ó w n a n i e , lecz t a k ż e z a g a d k ę ,
p o r ó w n a n i e alegoryzujące, k t ó r e g o celem jest nie t y l k o
d o s t a r c z y ć pewnej ilustracji, lecz t a k ż e p o b u d z i ć d o po­
s z u k i w a ń pewnego znaczenia. 2) Synoptycy n a z y w a j ą przy­
powieścią czasem p e w n ą sentencję lub j a k i e ś przysłowie,
zazwyczaj jednak p o r ó w n a n i e rozbudowane do r o z m i a r ó w
d ł u ż s z e g o opowiadania, b u d z ą c e g o uczucie przyjemności
u słuchaczy: t a k i m i właśnie są p r z y p o w i e ś c i o K r ó l e s t w i e
B o ż y m , o d z i e r ż a w c a c h winnicy d o p u s z c z a j ą c y c h się m o r ­
derstwa, o uczcie godowej, o drzewie figowym, o szatanie
w y r z u c a j ą c y m innego sztana, o źdźble i belce w o k u ,
0 człowieku bogatym, o c z u w a j ą c y m słudze, o nieurodzajnej
fidze, o zapraszaniu na gody, o z b ł ą k a n e j owieczce, o niego­
d z i w y m sędzim i o wdowie, o faryzeuszu i celniku, o talen­
tach. W y r w a n e z kontekstu p o s z c z e g ó l n e elementy tych
przypowieści t r a c ą sens."
„ T r z e b a d o d a ć - pisze H e n r i D a n i e l Rops - że u m y s ł
semicki bardzo daleki od naszego sposobu m y ś l e n i a po­
c h o d z ą c e g o od G r e k ó w , nie ż ą d a ł od tego rodzaju opowia­
d a ń ani takiej logicznej d o k ł a d n o ś c i , ani też dydaktycznej
ścisłości, jakiej m y ż ą d a m y . Bez w z g l ę d u na to, gdzie te
przypowieści zaliczyć, są one w s p a n i a ł y m i u t w o r a m i literac­
k i m i . Renan ma rację, gdy doszukuje się w nich czegoś
podobnego do rzeźby greckiej, gdzie ideału m o ż n a d o t k n ą ć
1 p o k o c h a ć go. Przypowieści z n a j d o w a ć b ę d z i e m y na całej
przestrzeni Ewangelii a ż po ostatnie d n i Jezusowego życia,
a n i e k t ó r e z nich - j a k na p r z y k ł a d p r z y p o w i e ś ć o siewcy,
o d o b r y m ziarnie i k ą k o l u , o pannach m ą d r y c h i pannach
n i e r o z s ą d n y c h , o synu m a r n o t r a w n y m , o d o b r y m Samaryta­
ninie - tak g ł ę b o k o zapuściły w nas korzenie, że stały się
n i e o d ł ą c z n e od samej istoty naszej k u l t u r y i myśli. Wszystkie
cechuje ta sama prostota wyrazu, ten sam zdrowy realizm,
a r ó w n o c z e ś n i e najprawdziwsza poezja, ta poezja, k t ó r a
płynie jedynie i wyłącznie z serca."
4

5

*
O czym opowiada historia Babette?... O czym jest Uczta
Babette? O czym to p r z y p o w i e ś ć ? „Były sobie raz dwie
siostry..." Jestże to p r z y p o w i e ś ć o d w u siostrach? M o ż e ,
d o k ł a d n i e j p r z y p o w i e ś ć o d w u siostrach i służącej. A m o ż e
0 uczcie wydanej przez służącą? Uczta Babette nasycona jest
Biblią.
S p o ś r ó d listy wszystkich biblijnych o d n i e s i e ń , p r z y w o ł a ń ,
c y t a t ó w obecnych w Uczcie Babette (omawia je W i e s ł a w
Juszczak - por. a r t y k u ł o b o k ) , najbardziej i s t o t n y m dla
struktury filmowej opowieści i k l i m a t u opowiadania K a r e n
Blixen, jest m o i m zdaniem właśnie ewangeliczny w ą t e k M a r i i
1 M a r t y . ( W opowiadaniu pojawia się on w y r a ź n i e i d o s ł o w ­
nie, gdy m ó w i się o Babette, że była " c i e m n ą M a r t ą w d o m u
d w u jasnych M a r i i " . ) W o k ó ł niego, w o k ó ł tej p a m i ę t n e j
sceny, k t ó r a opowiada o wizycie i gościnie Jezusa w d o m u

�M a r i i i M a r t y , opisanej (jedynie) w Ewangelii Ł u k a s z a ,
k r ą ż ą i zbiegają się p o z o s t a ł e w ą t k i Uczty Babette.

*
W Uczcie Babette m o ż e m y o d n a l e ź ć stary, odwieczny s p ó r
p o m i ę d z y vita activa a vita contemplativa. Ż y c i e m akty w n y m ,
praktycznym i kontemplacyjnym.
,,W dalszej ich p o d r ó ż y p r z y s z e d ł do jednej wsi. T a m pewna
kobieta imieniem M a r t a przyjęła go do swego d o m u . M i a ł a
ona siostrę imieniem M a r i a , k t ó r a siadła u n ó g Pana
i p r z y s ł u c h i w a ł a się Jego mowie. N a t o m i a s t M a r t a uwijała
się k o ł o rozmaitych p o s ł u g . P r z y s t ą p i ł a więc do niego
i rzekła: Panie, czy C i o b o j ę t n e , że moja siostra z o s t a w i ł a
mnie s a m ą przy u s ł u g i w a n i u ? Powiedz jej, żeby m i p o m o g ł a .
Pan jej o d p o w i e d z i a ł : M a r t o , M a r t o , troszczysz się i k ł o p o czesz o wiele, a m a ł o potrzeba albo jednego, M a r i a najlepszą
c z ą s t k ę o b r a ł a , k t ó r e j nie będzie pozbawiona." ( Ł u k
10,38-42).
Jeżeli ó w w ą t e k sporu p o m i ę d z y vita activa i vita contemp­
lativa, j a k interpretowano tę scenę j u ż u samych p o c z ą t k ó w
i w głębokiej tradycji K o ś c i o ł a („Słusznie m o ż e s z u z n a ć
M a r t ę za symbol życia praktycznego, M a r i ę z a ś za symbol
życia kontemplacyjnego" ) , u z n a ć za centralny w Uczcie
Babette, to p o w i e d z i a ł b y m i więcej. Ż e samo opowiadanie
K a r e n Blixen i film Axela są w i e l k i m sporem o M a r t ę , wielką
o b r o n ą M a r t y , że są j a k i e g o ś rodzaju l u d z k i m z a d o ś ć ­
uczynieniem i „ o d p o w i e d z i ą M a r c i e " d a n ą po latach. Po­
c h w a ł ą M a r t y . I że w pochwale tej (a t a k ż e w pytaniach
i niepokojach jakie w nas budzi) nietrudno o d n a l e ź ć echo
innych p y t a ń i słów, innego wielkiego D u ń c z y k a . A u t o r a ,
k t ó r e m u s p ę d z a ł a sen z powiek historia A b r a h a m a ( „ N i e ­
zliczone pokolenia znały na p a m i ę ć s ł o w o w s ł o w o historię
A b r a h a m a , ale iluż ludziom nie d a ł a ona s p a ć ? " ) . Uczta
Babette jest nasycona Biblią i wzywa nas do tego t y p u
egzegezy i interpratacji wypracowanej w k r ę g u k u l t u r y
protestanckiej, do szczególnego rodzaju - n a z w a ł b y m to
- „ p r o t e s t a n c k i e j medytacji", do spojrzenia ł ą c z ą c e g o per­
s p e k t y w ę „wieczności i a k t u a l n o ś c i zarazem", do spojrzenia
z perspektywy „ w i e c z n e g o teraz" ( k t ó r e też i nie traci z oczu
w y m i a r u egzystencjalnego). W z y w a do tego t y p u medytacji,
jakiej właśnie szczytowym p r z y k ł a d e m m o ż e b y ć P o c h w a ł a
A b r a h a m a dana przez Sorena Kierkegaarda w Bojaźni
i drżeniu. Opowiadanie K a r e n Blixen i film Axela - wyrosłe
w k r ę g u ducha tej samej protestanckiej k u l t u r y - zbliżają się
nie t y l k o do tego czym jest ewangeliczna p r z y p o w i e ś ć , ale i są
zarazem t a k ą m e d y t a c j ą nad n i ą . Są d a n ą w przypowieści
m e d y t a c j ą nad sceną z Ł u k a s z a .
M a r z y ł o b y się też i o odpowiedniej pochwale Uczty
Babette, ale zważywszy, że ani ramy tych uwag, ani t y m
bardziej talent piszącego nie p o z w a l a j ą na to, żeby temu
s p r o s t a ć , pozwalam sobie dalej z a z n a c z y ć jedynie t y l k o
p u n k t y , w o k ó ł k t ó r y c h taka medytacja m o g ł a b y p r z e b i e g a ć ,
p r z y w o ł u j ą c t u na pomoc słowa z Bojażni i drżenia, w t y m
samym przekonaniu, że i ta o p o w i e ś ć z j a k ą spotykamy się
w Uczcie Babette jest właśnie t a k ą opowieścią, k t ó r a - „ . . . m a
tę n i e z w y k ł ą właściwość, że zawsze jest w s p a n i a ł a , c h o c i a ż b y ś m y j ą rozumieli w s p o s ó b u b o g i . "
6

*
J e d n o c z e ś n i e w Uczcie Babette, w przypowieści o uczcie
Babette ( w s z a k ż e to Ricoeur n a z y w a ł p r z y p o w i e ś c i ewan­
geliczne „ r o z w i n i ę t y m i s y m b o l a m i " ) spotykamy się z tajem­
nicą życia symbolu, o k t ó r e j pisał Ł o t m a n , w s k a z u j ą c na to,
że pojawiający się w historii i kulturze symbol, dany jest
w s p o s ó b niejasny, aluzyjny, że „jego treść jedynie migoce
przez w y r a ż e n i e , a w y r a ż e n i e jedynie aluzyjnie wskazuje na
t r e ś ć . " O p o w i e ś ć o uczcie Babette zbudowana jest w e d ł u g
7

tego prawa tajemnicy symbolu. W i d z i m y to w niej w y r a ź n i e .
G d y b y ś m y b o w i e m chcieli pójść tropem sceny i postaci M a r i i
i M a r t y opisanych przez Ł u k a s z a , „ d o k ł a d n i e " , to napoty­
kamy o d razu na t r u d n o ś c i , zaczynamy się g u b i ć , popadamy
w zdumienie i paradoks. Uczta Babette nie jest bowiem,
ż a d n y m odklepanym, mechanicznym p o w t ó r z e n i e m sche­
m a t u . N i c t u nie jest „ d o k ł a d n e " , wszystko zdaje się b y ć
niejasne, akcenty r o z ł o ż o n e z o s t a ł y inaczej, uległy j a k b y
p r z e s u n i ę c i u (nie bez znaczenia wydaje się b y ć t u i d o c h o d z i ć
do głosu inna specjalność wielkich D u ń c z y k ó w - zmysł
i r o n i i ) . Bo k t o t u jest M a r i ą , a k t o M a r t ą tak n a p r a w d ę ,
„ d o k ł a d n i e " ? - „ D w i e jasne M a r i e " M a r c i n a i F i l i p a
troszczą się o ubogich, poświęcając się d z i a ł a l n o ś c i charyta­
tywnej. T o przecież dwie reprezentantki praktycznego, p r o ­
testanckiego, „ h o r y z o n t a l n e g o " chrześcijaństwa. Jeśli jest
w nich j a k i ś rys ascezy (rezygnacja z m a ł ż e ń s t w a , staro­
p a n i e ń s t w o ) to jest to też praktyczna, życiowa, protestancka
rezygnacja, ojcowskie p o s ł u s z e ń s t w o i ofiara, żeby z a t r a c i ć
się w służbie c z ł o w i e k o w i i społeczności. N i c , z d a w a ł o b y się
(herbatka, zebrania i lektury Pisma świętego), co m o g ł o b y
m i e ć j a k i k o l w i e k związek z mistycyzmem i k o n t e m p l a c j ą .
A służąca Marta? - „ c i e m n a Marta"-Babette, to przecież
A r t y s t k a , w jej r ę k a c h nawet miejscowa zupa z ryby i namo­
czonego chleba, przeistacza się w ucztę d u c h o w ą , co maluje
się w r ę c z na twarzach b i e d a k ó w . C z y ż w tej milczącej
( d o ś w i a d c z o n e j , d o t k n i ę t e j cierpieniem), p o z o s t a j ą c e j w cie­
n i u , wciąż nieobecnej i , z d a w a ł o b y się, pozostającej daleko
od Boga (czy też od p r a k t y k o w a n i a p o b o ż n o ś c i , nominalnej
„ p a p i s t c e " ) , czyż w tej zanurzonej w troski codziennego dnia
i p r o w a d z ą c e j k u c h n i ę , „ p r a k t y c z n e j i pragmatycznej M a r ­
cie" nie odnajdziemy więcej mistycyzmu i kontemplacji, gdy
w i d z i m y j ą c h o d z ą c ą po ł ą k a c h w milczeniu, i nad brzegami
morza, w p a t r z o n ą w dal i p r z e l a t u j ą c ą m e w ę („spójrzcie na
p t a k i niebieskie"), t u ż przed p o d j ę c i e m decyzji o swej
wielkiej rezygnacji i ofierze, czyż w tej M a r c i e nie ma więcej
z M a r i i ? A jednak m i m o tych wszystkich niejasności, czuje­
my, że pozostajemy stale w k r ę g u ducha tej samej sceny
z Ewagelii Ł u k a s z a , w k r ę g u tej samej tajemnicy sporu
p o m i ę d z y M a r t ą i M a r i ą . Czujemy, że o d t ą d tak j a k M a r i a
i M a r t a nie m o g ą istnieć bez siebie, na wieczność, tak istnieją
i b ę d ą istnieć na w i e c z n o ś ć , na zawsze ze s o b ą z ł ą c z o n e
- M a r c i n a i Filipa i Babette.
T a k ż e i w losach p o z o s t a ł y c h b o h a t e r ó w Uczty Babette
znaleźć m o ż e m y n a w i ą z a n i e do Ewangelii Ł u k a s z a - owe
ustawiczne pytanie, czy aby o w ą „ d o b r ą , lepszą c z ą s t k ę
w y b r a l i " - widzimy to u g e n e r a ł a Lowenhielma, jeszcze
przed jego wyznaniem, glosolalią - zwiastowaniem o łasce
( „ D r ż y m y przed d o k o n a n i e m w naszym życiu w y b o r u ,
a dokonawszy go d r ż y m y , z n o w u z lęku, że w y b r a l i ś m y
źle."), gdy przygotowuje się do wyjazdu na U c z t ę , do miejsca
swego w y b o r u i rezygnacji, i dokonuje r a c h u n k u p a t r z ą c
w lustro - „ M a r n o ś ć nad m a r n o ś c i a m i " , i gdy rozmawia ze
s o b ą m ł o d y m , z c z a s ó w tamtego w y b o r u : - „ Z o b a c z y m y k t o
m i a ł r a c j ę " . W i d z i m y to w p e ł n y m z w ą t p i e n i a liście artysty
Achille'a Papin: „ P r z e z piętnaście lat Panno F i l i p o , b o l a ł e m
nad t y m , że głos Pani nie zabrzmi w G r a n d Opera w P a r y ż u .
K i e d y dzisiejszej nocy myślę o Pani, na pewno otoczonej
r a d o s n ą i k o c h a j ą c ą r o d z i n ą , i o sobie: p o s i w i a ł y m , samo­
t n y m , zapomnianym przez tych, k t ó r z y kiedyś, mnie oklas­
k i w a l i i uwielbiali, m a m w r a ż e n i e , że chyba Pani lepszą
c z ą s t k ę w życiu w y b r a ł a . " W i d z i m y albo d o m y ś l a ć się
m o ż e m y tego samego pytania i skrywanego lęku w twarzach
Marciny i Filipy.
„ T a j e m n i c a miłości przemija wraz z życiem p r a k t y c z n y m
- p i s a ł Orygenes w komentarzu do tej Ewangelii - jeśli nauka
i z a c h ę t a do d z i a ł a n i a nie p o c i ą g a człowieka do kontemp­
lacji: ani p r a k t y k a , ani kontemplacja nie m o g ą istnieć bez
siebie nawzajem. Trzeba więc raczej powiedzieć, że M a r t a
w s p o s ó b bardziej cielesny przyjęła s ł o w o do swego miesz

83

�kania, czyli do duszy. M a r i a zaś s ł u c h a ł a go duchowo,
siedząc u jego s t ó p . "
R ó ż n i e interpretowano postaci i figury M a r t y i M a r i i .
P r z y w o ł a n y t u Orygenes u p a t r y w a ł w postaci M a r t y t r a d y c j ę
Synagogi, S y n a g o g ę . T a z a ś , k t ó r a przyjęła s ł o w o duchowo
i lepszą o b r a ł a c z ą s t k ę - M a r i a reprezentuje pogan, jest
z pogan. Intuicja o p o g a ń s k i m charakterze ofiary-uczty
Babette zawarta w r o z w a ż a n i a c h W i e s ł a w a Juszczaka, zys­
k i w a ł a b y swe uzasadnienie i wsparcie w tradycji teologicznej.
P a m i ę t a j ą c o tej niejasności Babette, k t ó r a jest po trosze
M a r t ą , po trosze M a r i ą , a przede wszystkim A r t y s t k ą (a czyż
A r t y s t a nie jest z w i ą z a n y z cielesnością, u c i e l e ś n i a n i e m ,
i czyż artysta nie bywa czasem w i e l k i m ś w i ę t y m Poganinem?)
z b l i ż a m y się do największej niejasności i tajemnicy, leżącej
j u ż w samych ź r ó d ł a c h ewangelicznych, do tego s ł y n n e g o
zagadnienia,, o k t ó r y m Daniel Rops pisze, że jest „ d o
r o z s t r z y g n i ę c i a zapewne n i e m o ż l i w e " . D o pytania: K i m b y ł a
owa kobieta, o k t ó r e j m ó w i ą wszystkie cztery Ewangelie,
i o k t ó r e j m ó w i się, że „ G d z i e k o l w i e k po c a ł y m świecie głosić
b ę d ą tę E w a n g e l i ę , b ę d ą r ó w n i e ż o p o w i a d a ć na jej p a m i ą t k ę
to, co u c z y n i ł a . " Ofiara Babette bowiem, w jej rozrzutnym
geście, zmarnowania tej ogromnej sumy na u c z t ę , przypomi­
na n a m ofiarę tamtej kobiety, ofiarę b u d z ą c ą p a m i ę t n e
zgorszenie i szemranie u c z n i ó w :
„ G d y Jezus p r z e b y w a ł w Betanii, w d o m u Szymona
T r ę d o w a t e g o , zbliżyła się do niego kobieta z alabastrowyn
f l a k o n i k i e m drogiego olejku i w y l a ł a m u na głowę, gdy
s p o c z y w a ł przy stole. Uczniowie, w i d z ą c to, oburzali się
m ó w i ą c : ' N a co ta strata? Przecież m o ż n a b y ł o to drogo
s p r z e d a ć i r o z d a ć u b o g i m . ' Lecz Jezus z a u w a ż y ł to i rzekł d o
nich: 'Czemu sprawiacie p r z y k r o ś ć tej kobiecie? D o b r y
uczynek spełniła w z g l ę d e m mnie. B o ubogich zawsze m i e ć
będziecie u siebie, lecz mnie nie zawsze mieć b ę d z i e c i e ' . "
( M a t 26,6 i n.)
W i a d o m o ś ć o w y d a n i u 10 tysięcy f r a n k ó w , ten niepojęty
czyn Babette jest szokiem dla praktycznych M a r c i n y i F i l i p y ,
p o r a ż a je zupełnie, b u d z ą c za chwilę największą litość
i w s p ó ł c z u c i e : „ W i ę c teraz do k o ń c a życia będziesz biedna
Babette? N a co pada owa znamienna o d p o w i e d ź : „ A r t y s t a
nigdy nie jest biedny." O t o zwycięstwo i t r y u m f służącej,
artystki, „ c i e m n e j M a r t y " . M a r t y ? Czy jednak M a r i i . . .
M o ż e trzeba p o w i e d z i e ć : z w y c i ę s t w o M a r t y i M a r i i . Jest
taka scena w filmie: O t o uczta dobiega k o ń c a , goście
p r z e c h o d z ą do drugiego p o k o j u , na k a w ę , F i l i p a zasiada do
fortepianu, M a r c i n a zajmuje miejsce o b o k g e n e r a ł a , skłóceni
przedtem c z ł o n k o w i e gminy, k t ó r y m twarze o d dawna tego
wieczoru p o j a ś n i a ł y , a j ę z y k i zdążyły się r o z w i ą z a ć , wymie­
niają m i ę d z y s o b ą b ł o g o s ł a w i e ń s t w a . K a m e r a przenosi nas
ponad o p u s t o s z a ł y m „ w i e c z e r n i k i e m " do kuchni-pracowni
Babette, widzimy j ą strasznie z m ę c z o n ą , j a k zasiada z kielisz­
kiem w d ł o n i , smakuje t r o c h ę w i n a z a m y ś l o n a , i j a k b y jeszcze
bardziej nieobecna. Z daleka d o b i e g a j ą pierwsze tony melo­
d i i . Babette podnosi w z r o k , jej spojrzenie (pełne j a k b y
zrozumienia i rozpoznania) biegnie w t a m t ą s t r o n ę s k ą d
d o c h o d z ą dźwięki fortepianu, przenosi nas do p o k o j u ,
8

PRZ

w k t ó r y m F i l i p a rozpoczyna pieśń. P i e ś ń ta ( i scena) jest
j a k b y z w i e ń c z e n i e m i k l a m r ą c a ł e g o wydarzenia tego wieczo­
r u ( i m i m o że poprzedza finał - p o w i e d z i a ł b y m - c a ł e g o
filmu). P i e ś ń opowiada o c h y l ą c y m się k u k o ń c o w i d n i u ,
0 przemijaniu życia, dobieganiu do kresu. Zawiera p r o ś b ę
„ b y B ó g był naszym ś w i a t ł e m w dolinie c i e m n o ś c i " (Be Thou
our light in the vale of darkness) i by „ d r z w i łaski były zawsze
o t w a r t e " (Let mercy's door be ever open). (Dzieje się to
zresztą przy szczelnie z a m k n i ę t y c h drzwiach do k u c h n i ,
gdzie p o z o s t a ł a Babette). W cytowanych t u (za angelskim
tekstem) s ł o w a c h , pieśń zawiera aluzję do Psalmu 23 ( „ C h o ć ­
b y m też chodził w dolinie cierna śmierci nie b ę d ę się b a ł z ł e g o "
1 poprzez n a s t ę p n y wiersz - „ W obliczu nieprzyjaciół m o i c h
zastawiasz stół przede m n ą , p o m a z a ł e ś olejkiem głowę m o j ą ,
kubek m ó j jest o p ł y w a j ą c y " , t a k ż e aluzję do owej, p r z y w o ł a ­
nej j u ż , b u d z ą c e j zgorszenie u c z n i ó w ofiary). P i e ś ń ta, k t ó r a
jest komentarzem d o wszystkich tych w y d a r z e ń , to stary
znany protestancki h y m n do melodii i słów niemieckiego
poety Georga N e u m a r k a Kto los swój oddał w ręce Boga ( Wer
nur den lieben Gott lafit walten). M y ś l ę , że zawiera on też
komentarz do l o s ó w tych wszystkich ( t r o s z c z ą c y c h się o swój
w y b ó r , niepewnych swego w y b o r u ) postaci, a przede wszyst­
k i m do losu Babette jej historii, do jej d o ś w i a d c z e ń , do jej
ofiary. P i e ś ń ta przecież jest z a p o w i e d z i ą r y c h ł e g o jej t r y u m ­
fu, jest j a k b y „ o d p o w i e d z i ą M a r c i e " t u ż przed rozpoz­
naniem w niej, służącej, nie t y l k o wielkiej artystki, ale i M a r i i :
1. „ K t o los swój o d d a ł w ręce Boga,
K t o w N i m nadzieję złożył swą,
N i e przyjdzie n a ń przenigdy trwoga,
I pomoc znajdzie w d o l ę złą.
K t o sercem się z swym Bogiem zrósł,
Ten na opoce d o m swój wzniósł.
2. N i e c h serce twe więc bacznie słucha,
Co B ó g ci k a ż e , czego chce,
I przyjmuj to w pokorze ducha,
C o M ą d r o ś ć ci najwyższa śle.
Ten, k t ó r y stworzył, w y n i ó s ł nas,
Wie, czego brak n a m w k a ż d y czas.
3. G d y b ó l ci z piersi wydrze ł k a n i e ,
N i e mniemaj, że B ó g rzucił cię,
Ż e t y l k o o t y m ma staranie,
K t ó r e m u los u ś m i e c h a się;
Bo nie zna n i k t tych c z a s ó w , zmian,
N i celów, k t ó r e przejrzał Pan.
4. Skinieniem j e d n y m strącić z w y ż y n
Pysznego w nicość mocen B ó g ,
M a l u c z k i c h zaś w y w y ż s z y ć z nizin
I w y r w a ć z wszelkich cierpień t r w ó g .
O, nieraz m o ż n y pada w pył,
A wstaje, k t o p o n i ż o n był.
5. W i ę c B o g u powierz życie swoje,
I w sercu zawsze Boga miej;
O n na cię ześle łaski zdroje
I m i e ć cię będzie w pieczy swej!
C h o ć b y ci groził zguby cios,
N i e spadnie z g ł o w y twojej w ł o s . "

PISY
3

Xavier Leon-Dufour SJ, Słownik Nowego Testamentu, przekład
Wypowiedź z wywiadu Daniele Parra w: „La Revue du
i opr. Ks. Kazimierz Romaniuk, Poznań 1981, s. 254
Cinema", nr 437/88, cyt. za materiałem opracowanym przez ManaTamże, s. 532
nę Chyb w „Filmowym Serwisie Prasowym".
Henri Daniel Rops, Dzieje Chrystusa, przeł. Zofia StarowieysFilm nie miał tak entuzjastycznego przyjęcia w rodzimej Danii,
ka-Morstinowa, Warszawa 1972, s. 241
odebrano go dość chłodno, krytka skupiła się na problematyce
Orygenes, Homilie o Ewangelii św. Łukasza, fr. 72 (w.) Pisma
wierności filmowej adaptacji, widząc niejako w tej próbie zamach na
Starochrześcijańskich pisarzy, t. X X X V I , Przekład i opr. Stanisław
wielkość i świętość jakie stanowi twórczość Karen Blixen, a także
Kalinkowski. Wstęp, ks. Marek Starowieyski, Warszawa 1986, s. 168
podkreślano niebezpieczeństwa filmowej banalizacji. Por. Anne
J. Łotman, Symbol w systemie kultury, „Pol. Szt. Lud." 1988,
Jerslev, Hvad laver Babette i Vestjyland? Babettes Gaestebud - en
filmatisering mellem and og kod, billeder og banaliseringer, „Satiden"nr 3, s. 151-154
Orygenes, op cit, s. 168
nr 4/1991 s. 63-71
1

4

2

5

6

1

8

84

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9802" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9780">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/23592bd48c0fac2e5872cd68f26444b5.pdf</src>
        <authentication>585ae083cd8b38359b86f6ab1bc02dca</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116624">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2384</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116625">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116626">
                <text>1992</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116627">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2212</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116628">
                <text>Moment Wieczny. O "Uczcie Babette" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116629">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4, s.76-80</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116630">
                <text>Czaja, Dariusz</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116631">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116632">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116633">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116634">
                <text>Moment wieczny
O „Uczcie Babette"
Dariusz Czaja

Wszystko w dziele Gabriela Axela wydaje się z pozoru
proste, jednoznaczne, nie w y m a g a j ą c e d o p o w i e d z e ń , komen­
tarzy, a j u ż t y m bardziej analitycznych z a b i e g ó w . Ł u d z ą c
s w ą p r o s t o t ą , ta o p o w i e ś ć o życiu protestanckiej sekty
religijnej, rozpoczyna się czytelnym dla k a ż d e g o m o t y w e m
bajkowym: „ Ż y ł y sobie kiedyś w t y m o d l u d n y m miejscu dwie
siostry, k t ó r e p i e r w s z ą m ł o d o ś ć m i a ł y j u ż za s o b ą . N a imię
m i a ł y M a r t i n a i F i l i p a . " H i s t o r i a opowiedziana w filmie da
się d o ś ć ł a t w o i precyzyjnie streścić. I w t y m momencie
z a c z y n a j ą się schody: okazuje się bowiem, że to co istotne, co
być m o ż e jest najistotniejszą jego treścią kryje się „ p o d "
z e w n ę t r z n y m k s z t a ł t e m , „ p o d " f a b u l a r n ą akcją. Czujemy, że
spod warstwy anegdotycznej przeziera j a k i ś naddatek sensu,
c o ś co nie poddaje się u j e d n o z n a c z n i a j ą c y m f o r m u ł o m .
Z d a r z a j ą się jednak wypowiedzi z a s k a k u j ą c o infantylne, j a k
owa konstatacja pewnego brytyjskiego k r y t y k a , k t ó r y z roz­
brajającą szczerością ogłosił, iż jest to film o k u c h n i francus­
k i e j . I c h o ć z a p r z e c z y ć nie s p o s ó b , że t y t u ł o w a uczta jest
f a b u l a r n ą d o m i n a n t ą filmu, potraktowanie j e j , wyłącznie
j a k o wizualnego aneksu do Fizjologii smaku albo Medytacji
o gastronomii doskonalej A n t h e l m a Brillat-Savarina jest
c z y m ś więcej niż z w y k ł y m nieporozumieniem. T a k i s p o s ó b
lektury bazuje na czysto z e w n ę t r z n y m , p o w i e r z c h o w n y m
widzeniu rzeczy, co w efekcie powoduje c a ł k o w i t e sprzenie­
wierzenie się intencji tekstu
filmowego.
W s p o m i n a m scenę uczty, bowiem na niej właśnie chciał­
b y m przede wszystkim s k u p i ć dalej swoją u w a g ę . Z k i l k u
w ą t k ó w , k t ó r e z a s ł u g i w a ł y b y na osobne o m ó w i e n i e (spot­
kanie odmiennych k u l t u r , m e n t a l n o ś c i , ekspresji religijnej;
temat łaski i przeznaczenia; p o w o ł a n i e i rola artysty, sens
sztuki) wybieram d ł u g ą , r o z ł o ż o n ą w czasie sekwencję uczty,
g d y ż na jej p r z y k ł a d z i e , m o ż e najbardziej w y r a ź n i e , będzie
m o ż n a p o k a z a ć a n o n s o w a n ą w i e l o w a r s t w o w o ś ć , niejedno­
z n a c z n o ś ć , s e m a n t y c z n ą nieprzejrzystość filmu, będzie m o ż ­
na w y d o b y ć jego w y m i a r symboliczny. D o s e n s ó w zawartych
w scenie uczty c h c ę p r z y b l i ż a ć się poprzez p r z y w o ł y w a n i e
innych, bliskich jej semantycznie, c h o ć niekoniecznie t y l k o
filmowych t e k s t ó w i o b r a z ó w , aby t y m sposobem u n i k n ą ć
wspomnianych interpretacyjnych symplifikacji i redukcji.
Oświetlenie obrazu filmowego przez inne, j e m u podobne,
daje i ten zysk poznawczy, że nie n a r u s z a j ą c jego a u t o n o m i i
pozwala dostrzec związki, p o k r e w i e ń s t w a i korespondencje
z a c h o d z ą c e p o m i ę d z y r ó ż n o r o d n y m i , szeroko p o j ę t y m i „ t e ­
k s t a m i " k u l t u r y . Przy i n n y m nastawieniu uchwycenie tego
rodzaju p o d o b i e ń s t w i analogii b y ł o b y utrudnione, jeśli nie
w r ę c z n i e m o ż l i w e . D o d a ć m o ż e trzeba jeszcze i to, że
wydzielane t u dla analitycznej j a s n o ś c i warstwy znaczenio­
we, t w o r z ą w istocie j e d n ą n i e p o d z i e l n ą całość w strukturze
dzieła.
1

2

3

*

*

*

Z a n i m o k a ż e się, że Babette w y g r a ł a na loterii los opiewa­
j ą c y na 10 tysięcy f r a n k ó w , zanim przeznaczy wszystkie te
p i e n i ą d z e na przygotowanie francuskiej kolacji, k t ó r a uświe­
t n i spotkanie z okazji setnej rocznicy u r o d z i n pastora,
założyciela sekty, ó w d z i e ń m i a ł b y ć p o c z ą t k o w o przede

76

wszystkim s k r o m n ą , par excellence religijną u r o c z y s t o ś c i ą ,
odnowieniem konfesji. Rozpocznijmy zatem i n t e p r e t a c j ę o d
tego najbardziej n a r z u c a j ą c e g o się kontekstu. Po śmierci
pastora, jego uczniowie p o d organizacyjnym i d u c h o w y m
p r z y w ó d z t w e m d w ó c h c ó r e k spotykali się co r o k u „ b y c z y t a ć
i k o m e n t o w a ć S ł o w o Boże oraz by czcić ducha swojego
mistrza, k t ó r y — j a k to wciąż odczuwali — był p o ś r ó d n i c h " .
Z r o k u na r o k z a ł o ż o n a przez niego w s p ó l n o t a zmniejszała
się coraz bardziej, n a r a s t a ł y k ł ó t n i e i spory p o m i ę d z y jej
c z ł o n k a m i . W dzień setnej rocznicy u r o d z i n pastora, do stołu
z a s i a d ł o d w u n a s t u najwierniejszych jego u c z n i ó w . Przy­
pominano słowa pastora często p r z e z e ń powtarzane: „ M o j e
dzieci kochajcie s i ę " , „ Ł a s k a i prawda s p o t k a j ą się, sprawie­
dliwość i p o k ó j złożą sobie p o c a ł u n e k " , przypominano
cudowne wydarzenia z jego życia: „ P a m i ę t a m j a k pastor
o b i e c a ł wygłosić kazanie we wsi p o drugiej stronie fiordu. T o
był cud. O d d w ó c h tygodni u t r z y m y w a ł a się fatalna pogoda
i ż a d e n r y b a k nie ośmielał się p r z e p ł y n ą ć fiordu. M i e s z k a ń c y
wioski j u ż prawie stracili nadzieję, ale pastor obiecał, że jeśli
zabraknie łodzi przyjdzie do nich nawet po falach. Trzy d n i
przed B o ż y m Narodzeniem szturm u s t a ł a m r ó z był tak silny,
że cały fiord p o k r y ł się lodem. Taka rzecz nie z d a r z y ł a się
nigdy przedtem." (Por. M t 14,22—33; M k 6,45—52;
J 6,16—21). Ta część uczty, w y p e ł n i o n a p a m i ę c i ą u c z n i ó w
0 s w o i m nauczycielu tworzy c o ś na k s z t a ł t o b r z ę d u k o m memoratywnego. P a m i ę ć przydaje b y t u , m a m o c uobec­
niania nieobecnego. Sprawia, że ten, k t ó r y z zawieszonego
na ścianie p o r t r e t u s p o g l ą d a na swoich u c z n i ó w , jest tego
wieczoru n a p r a w d ę m i ę d z y n i m i . Przez cały ten fragment
„ p r z e b i j a " znajomy, j a k ż e podobny obraz: stół, w s p ó l n i e
s p o ż y w a n y posiłek, dwunastu, M i s t r z i Nauczyciel p o ś r ó d
nich. Ostatnia Wieczerza jest p r a w d z i w ą prefiguracją tej
sceny. C z y ż trzeba d o p o w i a d a ć jeszcze i rozwijać j a w n i e
n a r z u c a j ą c e się typologiczne r ó w n a n i e :
Chrystus i pastor, M i s t r z i mistrz. Ten, k t ó r y n a k a z a ł swej
w s p ó l n o c i e s p o t y k a ć się i rozpamiętywać
ewangeliczne prze­
słanie i Ten, k t ó r y p o w i e d z i a ł : „ T o czyńcie na m o j ą pamiąt­
kę". ( Ł k 22,19) Uczta Babette jest j e d n y m z niewielu filmów
( m o ż e j e d y n y m ) , w k t ó r y m tak d o k ł a d n i e , werystycznie
nieomal dokonuje się imitacja, w g ł ę b o k i m , etymologicznym
sensie tego s ł o w a (łac. imitare — n a ś l a d o w a ć , o d t w a r z a ć )
Ostatniej Wieczerzy. Jest to d o k ł a d n e o d w r ó c e n i e p a m i ę t n e j
sceny z Viridiany Bunuela, gdzie t y t u ł o w a bohaterka, pozos­
tając wierna ewangelicznemu zaleceniu — „ L e c z kiedy
u r z ą d z a s z przyjęcie, z a p r o ś ubogich, u ł o m n y c h , c h r o m y c h
1 n i e w i d o m y c h . " ( Ł k 14,13) — zaprasza do siebie b i e d a k ó w
z okolicy, k t ó r z y w liczbie dwunastu z a s i a d a j ą za s t o ł e m
zastawionym jedzeniem i w i n e m (pierwowzorem ikonografi­
cznym tej sceny jest Ostatnia Wieczerza Leonarda). Przyjęcie
k o ń c z y się o g ó l n y m p i j a ń s t w e m i b i j a t y k ą — parodystyczn y m , b l u ź m e r c z y m odwzorowaniem uczty ewangelicznej. T o
Ostatnia Wieczerza a rebours.
S u g e r u j ą c s y m b o l i c z n ą ekwiwalencję p o m i ę d z y O s t a t n i ą
W i e c z e r z ą a u r o c z y s t ą k o l a c j ą w s p ó l n o t y religijnej, nie
w s p o m n i a ł e m o s ł o w a c h w i e ń c z ą c y c h wielkoczwartkowe
spotkanie u c z n i ó w i M i s t r z a — „Bierzcie to jest C i a ł o m o j e "
oraz „ T o jest moja K r e w Przymierza, k t ó r a za wielu będzie

�w y l a n a " ( M k 14,22, 14,24) — s ł o w a c h u s t a n a w i a j ą c y c h
sakrament Eucharystii, a n t y c y p u j ą c y c h ofiarę K r z y ż a .
Gdzie w filmie m a m y jakiekolwiek n a w i ą z a n i e do ofiary
z ciała i krwi? J a k ą k o l w i e k sugestię p r z y w o ł u j ą c ą m o t y w
p o ś w i ę c e n i a życia dla innych, ofiary z życia? Aluzja d o tego
tematu pojawia się w scenie zdającej się mieć jedynie
anegdotyczne znaczenie. P r z y p o m n i j m y moment, kiedy Ba­
bette, zgromadziwszy potrzebne do przygotowania kolacji
ingrediencje, zabiera się do gotowania. Odwiedza j ą w k u ­
chni jedna z sióstr, k t ó r a po chwili wycofuje się z p r z e r a ż e ­
niem. W nocy ma sen, w k t ó r y m pojawia się g ł o w a w o ł u
w ogniu, żółw w oparach czerwonego d y m u , Babette p o d a j ą ­
ca jej z u ś m i e c h e m kubek z w i n e m (krwią?), k t ó r e g o
z a w a r t o ś ć rozlewa się c z e r w o n ą p l a m ą na b i a ł y m obrusie
i wreszcie sztych p r z e d s t a w i a j ą c y c z a r o w n i c ę - ś m i e r ć z k o s ą
na spienionym k o n i u . Ta cała sekwencja utrzymana w tona­
cji raczej buffo (oniryczny obraz wzmacnia t y l k o grotesk o w o ś ć sytuacji) wydaje się bez większego znaczenia. Jest
jednak c o ś , co k a ż e z a t r z y m a ć się przy niej dłużej: śmierć
i krew. Ściślej rzecz b i o r ą c : śmierć i krew tego, co żywe, tego,
co jest z ciała, z m i ę s a , tego, co zostanie zabite i zjedzone.
W j a k i m sensie m o ż n a t u m ó w i ć o ofierze? Czy nie
n a d u ż y w a m y tego pojęcia o d n o s z ą c je do zjawiska tak
oczywistego, zwyczajnego, trywialnego wręcz j a k s p o ż y w a ­
nie mięsa? W tekście, do k t ó r e g o chcę się o d w o ł a ć ó w
problem, o w o pytanie staje, by tak rzec, na ostrzu n o ż a .
Jolanta Brach-Czaina w n i e z w y k ł y m , p r z e j m u j ą c y m , egzys­
tencjalnym eseju podejmuje pytanie o znaczenie a k t u zjada­
nia przez nas tego co żywe, odnajduje r ó w n i e ż zupełnie n o w ą
p e r s p e k t y w ę spojrzenia na elementarny (i przez to zapoz­
nawany) fakt naszej m i ę s n o ś c i . Oddajmy głos autorce:
„ C h a r a k t e r naszej w s p ó l n o t y determinuje fakt m i ę s n o ś c i . Bo
p o k a r m e m m o ż e b y ć prawie wszystko, ale m i ę s o to jest ciało
i krew. P e ł n e ofiarowanie. W t y m sensie n a l e ż y m y do
w s p ó l n o t y k r w i , że w zjednoczeniu zachowane zostaje życie,
gdy j a k i e ś życie uchodzi. Istnienie — z d a j ą c się b y ć w a r t o ś c i ą
n a d r z ę d n ą — t r w a dzięki ofierze ostatecznej, k t ó r a jest raczej
pobierana niż dobrowolnie s k ł a d a n a przez o f i a r o w u j ą c e g o
się. T a k r w a w a k o m u n i a rozbija z ł u d ę w y r ó ż n i k ó w j a k o
cech, na k t ó r y c h m o ż n a by się o p r z e ć w r o z w a ż a n i a c h
o kondycji naszej czy losie. Los jest w s p ó l n y i w płaszczyźnie
egzystencjalnej sprawiedliwie w y r ó w n a n y . Ofiara zostaje
z ł o ż o n a bez w z g l ę d u na t o , czy t o , co u w a ż a n e jest za niższe,
zostaje p o ś w i ę c o n e temu co wyższe, czy też odwrotnie, t o , co
u w a ż a się za wyższe, zostaje z ł o ż o n e w ofierze temu, czym
pogardza. C z ł o w i e k r o b a k o w i . N i e m o ż e m y istnieć bez
siebie, nie m o ż e m y nie niszczyć siebie, nie m o ż e m y nie
o f i a r o w y w a ć się sobie wzajemnie.(...) G d y nadchodzi śmierć,
p o w i n n i ś m y z w d z i ę c z n o ś c i ą p o m y ś l e ć o tych wszystkich
stworzeniach, k t ó r e w ciągu życia zjedliśmy, bo były ofiarą
s ł u ż ą c ą naszemu istnieniu. I p o w i n n i ś m y się m o d l i ć do tych
s t w o r z e ń . A n a s t ę p n y m p o w i e d z i e ć : jedzcie! T o jest moje
ciało i moja k r e w . "
4

5

T a k zostaje usprawiedliwione, nieustanne, wciąż powta­
rzające się, zwielokrotnione zjawisko zjadania przez nas
istoty cielesnej, i n n y c h istnień. Zostaje ustanowiona teodycea m i ę s a . W kolejnym akapicie, r ó w n i e z d u m i e w a j ą c y m i o d ­
k r y w c z y m j a k fragmenty j u ż przytoczone, dochodzi do głosu
w ą t e k przewijający się w c a ł y m tekście: metafizyczny w y m i a r
naszej m i ę s n o ś c i : „ M e t a f i z y k a m i ę s a zmusza nas do zmiany
tradycyjnego stosunku do w a r t o ś c i tego, co wieczne, i tego,
co chwilowe. Z w y k l i ś m y bowiem u z n a w a ć wieczne trwanie
za szczególnie u p r a g n i o n ą , szczególnie w y s o k ą w a r t o ś ć .
Zazwyczaj b y ł o ono atrybutem przypisywanym A b s o l u t o w i ,
a więc temu, co najcenniejsze. Tymczasem obserwacja m i ę s ­
ności przekonuje nas, że najpowszechniej dane i najcodzienniej banalne jest n i e k o ń c z ą c e się trwanie istnienia. N i e
m o ż n a się go p o z b y ć . Wieczne trwanie jest przyklejone do
istnienia chytrze i przewrotnie w postaci zmiany. Pod­

trzymywane przez w s z e c h p o t ę ż n ą moc ambiwalencji, i nie
o to t u chodzi, czy istnienie istnienia m o ż e się kiedyś u r w a ć ,
s k o ń c z y ć , czy nie m o ż e . Tego nie wiemy. Chodzi t y l k o o t o ,
co m ó w i nam sama m i ę s n o ś ć istnienia. N i c się nie k o ń c z y .
W i ę c b y ć m o ż e , cokolwiek r o b i m y t r w a w j a k i ś s p o s ó b . I b y ć
m o ż e , to nic nie szkodzi, że t r w a . T y m , co jest niezbywalnie
dane wraz z m i ę s n o ś c i ą , jest trwanie n i e s k o ń c z o n e . Zatem
nie o nie należy walczyć, s t a r a ć się, z a b i e g a ć , bo z perspek­
t y w y m i ę s n o ś c i jest to jej cecha nizaprzeczalna.
Zabiegać
warto o każdy bezcenny moment, o niezwykłą chwilę, o ostate­
czną wartość każdego mijającego naszego kształtu istnienia.
Z perspektywy mięsności najwyższą, a b s o l u t n ą w a r t o ś ć
p r z y p i s a ć należy chwilowej indywidualnej formie, przez
k t ó r ą w ł a ś n i e przeistacza się m i ę s n o ś ć , a na w i e c z n o ś ć nie
w a r t o się nawet o g l ą d a ć , ona w mięsności jest. Przyjrzyjmy
się chwili, k t ó r e j k s z t a ł t nadaje czyjaś o b e c n o ś ć z nami.
(Dlaczego tak rzadko to robimy?) Jest bezcenna. I c h w i l i ,
k t ó r e j k s z t a ł t wyznacza czyjeś nieistnienie. I ona jest bezcen­
n y m momentem b ó l u . W i ę c m i ę s n o ś ć kieruje n a s z ą u w a g ę k u
absolutowi u k r y t e m u w p o s z c z e g ó l n y c h momentach, w nie­
powtarzalnie oryginalnych k s z t a ł t a c h , przez k t ó r e ona prze­
suwa się i przeistacza. Nasze zadanie —jak można stąd wnosić
— polegałoby
zatem na umiejętności
przeżycia
wartości
ostatecznej każdej chwili, a z drugiej strony, na nadawaniu jej
wartości absolutnej, przez nas samych ustalonej. Obiektem
naszej szczególnej troski i największych
tęsknot nie powinna
więc być wieczność, lecz zaprzeczająca jej chwila. " (Wszyst­
kie p o d k r e ś l e n i a moje - D C . )
Przytaczam długie fragmenty tego eseju i zestawiam je
z Ucztą Babette z d w ó c h p o w o d ó w . Po pierwsze ze w z g l ę d u
na obecny w n i m m o t y w o f i a r y , przejawiający się w filmie
w r ó ż n y c h o d s ł o n a c h i opalizujący r ó ż n y m i znaczeniami. Po
drugie, ze w z g l ę d u na p o r u s z o n ą tam, w tak z a s k a k u j ą c y m
świetledialektykę c h w i l i i w i e c z n o ś c i , m o t y w , k t ó r y
przyjdzie r o z w i n ą ć w odniesieniu do filmu w i n n y m jeszcze
planie. S ą d z ę , że te właśnie d w a „ t e m a t y " p r z e n i k a j ą całość
filmowej
opowieści, o r g a n i z u j ą m a t e r i ę z d a r z e ń , są ich
„ u k r y t y m " sensem.
P o w r ó ć m y zatem, ale t y l k o na moment, do filmu. D o tych,
j a k ż e z m y s ł o w y c h , j a k ż e smakowitych k a d r ó w , w k t ó r y c h
p o j a w i a j ą się: patera z owocami obok butelki wina, surowe,
d r g a j ą c e plastry świeżego mięsa, zastawiony stół, biały
obrus, a na n i m skrzące światłem srebra. Niejasne poczucie
deja v u , k t ó r e towarzyszy o g l ą d a n i u , czy też precyzyjniej
m ó w i ą c , smakowaniu tych niemalże autonomicznych obraz­
k ó w , zmienia się za moment w p e w n o ś ć wobec tego co
podano n a m przed oczy: p r z y w o d z ą one na m y ś l obrazy
m a r t w y c h natur. Przywołuję je w t y m miejscu nie t y l k o
z p o w o d u odruchowej, s a m o n a r z u c a j ą c e j się asocjacji. Przy
ich pomocy (na w y b r a n y m p r z y k ł a d z i e ) c h c i a ł b y m j u ż teraz,
zanim przejdziemy ponownie do interpretacji sceny uczty,
p o k a z a ć j a k rozumiem z a s u g e r o w a n ą na wstępie jej symboliczność. Co m i a ł b y t u z n a c z y ć symboliczny charakter
uczty? Co znaczy t u symbol? O jakiego rodzaju symbolu
mówimy?
O d razu w a r t o z a z n a c z y ć , że m ó w i ą c o martwej naturze,
nie m a m na myśli tych jej realizacji, k t ó r y c h symboliczne
znaczenie o d c z y t y w a ł z i k o n o l o g i c z n ą r a f i n a d ą Ingvar Bergs t r ó m , jeden z najwybitniejszych z n a w c ó w t e m a t u . C h c ą c
z r o z u m i e ć j a k ujmuję t u s y m b o l i c z n o ś ć martwej natury
(ściślej pewnego jej rodzaju) i s y m b o l i c z n o ś ć w o g ó l e , trzeba
będzie na m o m e n t zawiesić — co nie znaczy p o r z u c i ć
— najczęstsze przyzwyczajenie etnologa i historyka sztuki,
zgodnie z k t ó r y m symbolem jest to, co odnosi do jakiejś
rzeczy, osoby, pojęcia, idei na mocy utrwalonej społecznie
konwencji. D o b r y m p r z y k ł a d e m tak pojętej symboliki s ą
martwe natury typu „ v a n i t a s " : p o w t a r z a j ą c e się w nich
czaszki, klepsydry, mydlane b a ń k i , zgaszone świece, motyle,
muchy, r o b a k i były czytelnymi w chwili powstania (obecnie
6

7

77

�nie zawsze rozumiemy i c h symboliczny sens — potrzeba
pomocy i k o n o l o g a ) symbolami nieuchronnego przemijania,
m a r n o ś c i , ś m i e r c i . Podobnie rzecz dzieje się w deszyf­
rowanych przez B e r g s t r ó m a p r z y k ł a d a c h ukrytej s y m b o l i k i
( „ d i s g u i s e d symbolism") w martwej naturze, zjawiska tak
precyzyjnie analizowanego przez Panofskiego w odniesieniu
d o XV-wiecznego malarstwa niderlandzkiego. W interp­
retacji jednego z o b r a z ó w Jacoba van Es, p r z e k o n u j ą c o
u d o w a d n i a Bergstrom, że przedstawione w n i m elementy
naturalnego ś w i a t a — g a ł ą z k a w i n o r o ś l i , j a b ł k o , dwa goź­
d z i k i — s ą w istocie m a l a r s k ą o p o w i e ś c i ą , ikonograficznym
s k r ó t e m biblijnej historii zbawienia. O b r a z u j ą one przejście
o d grzechu pierworodnego (jabłko), przez Wcielenie Chrys­
tusa (goździk — w swej w i e l o z n a c z n o ś c i o z n a c z a ć m ó g ł
Wcielenie i/lub m ę k ę Chrystusa; winne grono — o d n o s i ł o się
d o samej osoby Chrystusa b ą d ź do Eucharystii) d o o d ­
kupienia c z ł o w i e k a przez ofiarę K r z y ż a . Przedstawiony
poniżej opis obrazu d o ś ć daleko o d w o d z i nas o d tak pojętej
s y m b o l i c z n o ś c i , z w r a c a j ą c u w a g ę na m o ż l i w o ś ć innego jej
rozumienia. Chodzi o jeden z o b r a z ó w Juana Sanchez
Cotana (1561—1627), h i s z p a ń s k i e g o malarza k o n t y n u u j ą c e ­
go l o k a l n ą , rdzennie h i s z p a ń s k ą tradycję tak zwanych „ b o degones" (hiszp. bodega — gospoda l u b s p i ż a r n i a ) . Nazywa­
no t y m o k r e ś l e n i e m obrazy p r z e d s t a w i a j ą c e rzeczy jadalne:
zbiory o w o c ó w i warzyw u ł o ż o n e w szczególny s p o s ó b ,
p o d ł u g uprzednio o b m y ś l a n e j koncepcji. Opis dotyczy jed­
nego z arcydzieł martwej natury hiszpańskiej ( i martwej
natury w ogóle), obrazu z a t y t u ł o w a n e g o Pigwa, kapusta,
arbuz i ogórek (w zbiorach San Diego M u s e u m o f A r t ,
K a l i f o r n i a ) : „ T e n n i e d u ż y obraz cały otwarty jest na prosto­
k ą t n ą niszę w g r u b y m murze, k t ó r a m o g ł a b y b y ć o t w o r e m
bez framug i szyb, ale w t a k i m razie b y ł o b y to o k n o
w y c h o d z ą c e na c i e m n o ś ć . Ś w i a t ł o mocne, badawcze, pada
t r o c h ę z g ó r y , z lewej strony. W jego blasku t r w a j ą rozmiesz­
czone w wyliczonym rytmie po hiperbolicznej krzywej: owoc
pigwy z d w o m a r o z ł o ż o n y m i listkami, g ł o w a kapusty, szero­
ko d o pestek n a d k r o j o n y melon, streficzna jego c z ą s t k a
i o g ó r e k swoim cienistym k o ń c e m wystający przed k r a w ę d ź
parapetu. (...) Jest w t y m obrazie harmonia u m y s ł e m upo­
r z ą d k o w a n y c h rzeczy, o p ł y n i ę t a t a j e m n i c ą i n o c ą . 1 w y ­
czuwalna jest wiara, że tajemnicza noc, noc tamtej strony
okna nie przeciwstawia się h a r m o n i i rzeczy, ale z siebie j ą
w ł a ś n i e w y ł a n i a . " W p o d o b n y m duchu w y p o w i a d a się
o obrazie Cotana w y b i t n y znawca dziejów martwej natury
Charles Sterling: „ W s z y s t k o tutaj oddycha s z t u k ą bardzo
i n t e l e k t u a l n ą oraz zapachem m i s t y c z n y m . " W obrazie
h i s z p a ń s k i e g o malarza, p o r u s z a j ą c e nas w e w n ę t r z n e n a p i ę ­
cie w n i m obecne zbudowane jest na zderzeniu w jednej
przestrzeni iluzjonistycznie oddanej, d o j m u j ą c o realnej,
z m y s ł o w e j p o w ł o k i przedstawionych warzyw i o w o c ó w oraz
nierzeczywistej, j a k b y „ n i e z tego ś w i a t a " aury znierucho­
mienia i bezczasowości. Uczestniczymy w zatrzymanej c h w i ­
l i . W milczącej, a j a k ż e pełnej treści mowie o b r a z u .
Obserwowane jest to, co z m y s ł o w e , widoczne, widzialne,
czasowe. Przeczuwane, domniemywane t o , co duchowe,
niewidoczne, niewidzialne, wieczne. Obydwie przytoczone t u
wypowiedzi o obrazie Cotana, zdają s p r a w ę z istnienia w t y m
dziele pewnej n a d w y ż k i , owego „ c z e g o ś " , co j a k odczuwamy
realnie istnieje, ale czego nie udaje się dyskursywnie wyrazić.
O d s ł a n i a ono j a k ą ś rzeczywistość, k t ó r a zostaje poprzez nie
p r z y w o ł a n a , zasugerowana a j e d n o c z e ś n i e samo jest prze­
g r o d ą na drodze do jej p e ł n e g o uobecnienia. W p o d o b n y
s p o s ó b , a k c e n t u j ą c te same właściwości, k t ó r e w y d o b y w a l i ś ­
m y w obrazie Cotana, w y p o w i a d a j ą się o symbolu, o dziele
symbolicznym n i e k t ó r z y badacze sztuki i myśli symbolicz­
nej: „ D z i e ł o uznane za symboliczne (...) dzięki swojemu
bogactwu o d n i e s i e ń w o ł a do nas: C h c ę p o w i e d z i e ć więcej, niż
faktycznie m ó w i ę , w s k a z u j ę na c o ś więcej niż na siebie! T u
m o ż e m y u c h w y c i ć sam symbol, nawet jeśli nie udaje się go
8

9

1 0

1 1

12

13

78

z a d o w a l a j ą c o wyjaśnić. Symbol jest nieustannym wyrzutem
naszego myślenia i odczuwania. S t ą d też bierze się fakt, że
dzieło symboliczne bardziej nas porusza, bardziej — j e ś l i tak
m o ż n a p o w i e d z i e ć — d r ą ż y , i dlatego rzadko t y l k o pozwala
n a m o s i ą g n ą ć rozkosz czysto e s t e t y c z n ą . "
„Powszechne
rozumienie symbolu j a k o czegoś samoistnego, częściowo
względnie prawdziwego, jest w istocie fałszywe, nie wystar­
cza nam, symbol b o w i e m albo jest c z y m ś więcej albo c z y m ś
mniej. Jeśli symbol j a k o c o ś celowego o s i ą g a swój cel, to jest
n a p r a w d ę n i e o d ł ą c z n y o d owego celu — od wyższej rzeczy­
wistości, k t ó r ą ukazuje. Jeśli takiej rzeczywistości nie ukazu­
je, to znaczy nie o s i ą g a celu, a więc w o g ó l e nie m o ż n a
d o p a t r y w a ć się w n i m ż a d n e j celowej organizacji, formy,
a j a k o pozbawiony t a k o w y c h nie jest symbolem, nie jest
n a r z ę d z i e m ducha, lecz t y l k o m a t e r i a ł e m z m y s ł o w o uchwyt­
nym."
M o ż l i w a jest więc sztuka symboliczna bez symboli z przy­
p o r z ą d k o w a n y m i i m znaczeniami, k t ó r e m o ż n a rozszyf­
r o w a ć . C ó ż z n a c z ą w obrazie Cotana kapusta czy melon? D o
j a k i c h z n a c z e ń o d n o s z ą ? C o o b r a z u j ą , p r z e d s t a w i a j ą , sym­
bolizują, j a k z w y k l i ś m y w t a k i m p r z y p a d k u p y t a ć . Z pew­
n o ś c i ą nie o z n a c z a j ą one, nie symbolizują w ten s p o s ó b j a k
j a b ł k o czy w i n o g r o n a na obrazie Jacoba van E s . N i e da się
ich p o j ę c i o w o z a n a l i z o w a ć , wyjaśnić. Tego rodzaju symboli
nie znajdziemy w s ł o w n i k a c h symbolicznych. O ile w przed­
stawionej wcześniej koncepcji symbolu a k c e n t o w a l i ś m y rolę
kulturowej konwencji, o tyle w proponowanej t u perspek­
tywie ujmowania symbolu, nacisk n a l e ż a ł o b y p o ł o ż y ć na
jego z d o l n o ś ć d o sugerowania treści z m y s ł o w o nieuchwyt­
nych, niepojęciowych, na r e a l n o ś ć sfery duchowej, do k t ó r e j
o d s y ł a , na fakt, że zawiera o n w sobie r ó w n i e ż aspekt
niesemantyczny. Ostatecznie więc, p o w i e d z i e ć m o ż n a , że
symbol w znaczeniu, o k t ó r y m chcemy dalej m ó w i ć , jest
w swych najgłębszych podstawach rzeczywistością natury
mistycznej.
Podano j u ż do stołu, p o w r ó ć m y zatem na u c z t ę . N a stole
zjawiają się: delikatna zupa ż ó ł w i o w a , bliny Demidoff,
amontillado, szampan oraz arcywina — „ V e u v e C l i c q u o t "
(rocznik 1845) i „ C i o s Veugeot" (rocznik 1845), a na deser
w y p e ł n i o n e światłem, soczyste winne grona, j a k b y zdjęte na
tę okazję z płócien m i s t r z ó w m a r t w y c h natur holenderskich.
I p o ś r ó d tej zachwycającej w z r o k i smak w y s t a w n o ś c i , j a k o
clou całego przyjęcia specjał szczególny, rezultat twórczej
inwencji Babette, jej znak rozpoznawczy, jej sygnatura,
olśniewające dzieło sztuki kulinarnej — „Cailles en sarcophage". ( Z a u w a ż m y w t y m momencie, n a w i ą z u j ą c do uwag
0 mięsie i ofierze, że w nazwie tej p o t r a w y ponownie śmierć
daje z n a ć o sobie, c h o ć t y m razem dyskretnie, j a k b y o s ł a b i o ­
na przez metaforyczny c u d z y s ł ó w . Por. sarks - m i ę s o ,
sarcophdgos - m i ę s o ż e r n y ) . J u ż raz w historii kina mieliśmy
p o d o b n ą w y s t a w n o ś ć stołu, podobnie wyszukane menu:
cynaderki po burgundzku, kaczka ze s ł o n i n ą i kasztanami,
w o ł o w i n a ze ś m i e t a n ą i grzybami, ostrygi, langusta a la
M o z a r t z r y ż e m w sosie „ J u t r z e n k a " i t d . T o t y l k o drobna
część zestawu d a ń z Wielkiego żarcia Ferreriego. N a t y m tle
Uczta Babette p r z e d s t a w i a ł a b y się j a k o c o ś w rodzaju
„ a n t y - ż a r c i a " . G d y t a m — p o c h ł a n i a n i e p o k a r m ó w z gar­
gantuicznym apetytem, z a k o ń c z o n e śmiercią b o h a t e r ó w , t u
— smakowanie, delektacja w skupieniu potraw i t r u n k ó w .
U Ferreriego w y k w i n t n e dania są czystą z e w n ę t r z n o ś c i ą ,
„ z n a c z ą " t y l k o siebie. M i ę s o jest m i ę s e m , w i n o winem, są, by
tak powiedzieć, p o z b a w i o n ą wszelkich o d n i e s i e ń gastro­
n o m i c z n ą t a u t o l o g i ą . W Uczcie Babette p o t r a w y , j a k i sam
akt jedzenia, o d n o s z ą poza siebie, poza czysto smakowe
1 zapachowe doznania. N i e s p o s ó b w y o b r a z i ć sobie c o ś
bardziej z m y s ł o w e g o , bardziej zmysły p o b u d z a j ą c e g o nad
chrupkie, dobrze przyprawione m i ę s o , aromatyczne w i n o ,
m u s u j ą c y szampan i ociekające sokiem owoce. A jednak
podczas przyjęcia dochodzi do przeduchowienia z m y s ł o w o 1 4

1 5

1 6

17

1 8

�ści. N a naszych oczach odbywa się jej transmutacja, toczy się
gra z m y s ł o w e g o i duchowego, widzialnego i niewidzialnego.
G e n e r a ł , największy smakosz w c a ł y m towarzystwie, przyta­
cza s ł o w a swojego przyjaciela, k t ó r y o Babette, dawnej
szefowej kuchni w paryskiej Cafe Anglais, p o w i e d z i a ł , że ta
„ k o b i e t a zdolna jest z a m i e n i ć posiłek w rodzaj romansu,
w pełen n a m i ę t n o ś c i stan, w k t ó r y m cielesnej i duchowej
ż ą d z y nie s p o s ó b oddzielić o d siebie."
Babette wydaje na przygotowanie kolacji wszystkie w y ­
grane na loterii p i e n i ą d z e . Jej czyn nie znajduje w y t ł u m a c z e ­
nia w p o r z ą d k u przyczynowym, logicznym, racjonalnym. T o
gest najzupełniej bezinteresowny, r o d z ą c y się z bezgranicz­
nego oddania, nie oczekujący niczego w zamian. T o jest jej
dar. T o jej ofiara. „ W y d a j e się jednak, że 'dar', m a j ą c y
s p o c z y w a ć u p o d ł o ż a ofiary, r o z u m i e l i ś m y zbyt po europejs­
k u i n o w o c z e ś n i e . D a l i ś m y się zwieść Owidiuszowi i zapom­
nieliśmy, co właściwie znaczy ' d a w a ć ' . (...) 'Więcej szczęścia
jest w dawaniu aniżeli b r a n i u ' ( D z 20,35). Teoria do-ut-des
nie pozostawia miejsca na to s f o r m u ł o w a n i e . Z a k ł a d a ono
b o w i e m zupełnie inne rozumienie dawania, a raczej zupełnie
inne znaczenie do-ut-des. N i e ulega z a ś w ą t p l i w o ś c i , że ta
argumentacja nader często stanowi p o d s t a w ę ofiary. Dare
nie znaczy jednak o d d a w a ć d o w o l n y przedmiot w j a k i m ś
n i e o k r e ś l o n y m zamiarze. Dare znaczy n a w i ą z y w a ć stosunek,
a więc ' b r a ć u d z i a ł ' w innej osobie za p o m o c ą j a k i e g o ś
przedmiotu, k t ó r y nie jest właściwie 'przedmiotem', lecz
częścią w ł a s n e g o 'ja' człowieka. ' D a w a ć ' to p r z e n o s i ć c z ą s t k ę
samego siebie w cudze istnienie, tak że powstaje t r w a ł a
w i ę ź . " Babette oddaje, o f i a r o w u j e i n n y m najlepszą
c z ą s t k ę samej siebie — swój geniusz kulinarny, swój artyzm,
swoją s z t u k ę . Wszystko co posiada. C z y m jest owa ofiara,
j a k j ą r o z u m i e ć ? P o s ł u c h a j m y fragmentu literackiego, dziw­
nie p r z y s t a j ą c e g o do opisywanej t u sytuacji: „ D l a c z e g o r o b i ę
moje przyjęcia — p o w i e d z i a ł a na głos z w r a c a j ą c się do życia.
(...) Są ofiarą; s k ł a d a m je j a k o ofiarę — co oczywiście brzmi
strasznie m ę t n i e . (...) c z y m ż e jest dla niej ta rzecz zwana
życiem? Och, to bardzo osobliwe. K t o ś taki a taki mieszka
w South Kensington, k t o ś inny w Bayswater, jeszcze k t o ś
inny, powiedzmy, w M a y f a i r . A ona bezustannie jest ś w i a d o ­
ma ich istnienia; i m ó w i sobie: co za marnotrawstwo, j a k a
niepowetowana strata. I m ó w i sobie: żeby tak m o ż n a ich
z e b r a ć wszystkich! N o i zbiera ich u siebie. I właśnie to jest jej
ofiara — tworzenie, o b m y ś l a n i e ; ale k o m u s k ł a d a tę ofiarę?
1 9

Ofiara w imię samej ofiary — m o ż e . T a k czy inaczej, jest to
jej dar. N i e posiada przecież ż a d n y c h innych w a r t o ś c i . "
C y t o w a n y fragment pochodzi z książki V i r g i n i i W o o l f Pani
Dalloway. Obraz kolacji przedstawiony w niej, j a k i wielu
miejscach, podobna do niego scena przyjęcia z Do latarni
morskiej tej pisarki, w y d a j ą się kongenialnym komentarzem
literackim do filmowego obrazu u c z t y . Przy ich pomocy
m o ż e uda się o d s ł o n i ć inne jeszcze p o k ł a d y z n a c z e ń zawar­
tych w filmie Axela. Obraz przyjęcia w Pani Dalloway jest nie
t y l k o f a b u l a r n y m z w i e ń c z e n i e m akcji, t y m p u n k t e m , do
k t ó r e g o „ z m i e r z a j ą " zdarzenia, ale jest k u l m i n a c j ą sensu
wyższego r z ę d u . Podobnie cały siedemnasty r o z d z i a ł Do
latarni morskiej obejmujący scenę kolacji, emanuje znacze­
niami, bliskimi w swej w y m o w i e o d p o w i a d a j ą c e m u m u
fragmentowi z Pani Dalloway.
P o w r ó ć m y do sensu ofiary złożonej przez Babette. C z y m
jest ten gest, czy podobnie j a k w p r z y p a d k u p a n i D a l l o w a y
„ o f i a r ą dla samej ofiary"? Co to bliżej znaczy? W i e s ł a w
Juszczak, w i d z ą c y Panią Dalloway, w j e d n y m z jej p l a n ó w
znaczeniowych, j a k o o p o w i e ś ć , p a r a b o l ę o artyście, a scenę
przyjęcia j a k o opis a k t u t w ó r c z e g o , j a k o opis przeżycia
formy tak puentuje w y w ó d p o ś w i ę c o n y ofierze Klarysy
Dalloway: „ S ł o w o 'ofiara' nabiera m o ż e właściwej wagi

2 0

21

dopiero wtedy, gdy przyjęcie potraktujemy j a k o c a ł o p a l e n i e ,
gdy zobaczymy w n i m ofiarę samospalania — d o k ł a d n i e j .
T o , co Klarysa w k ł a d a w ten gest, k t ó r y k t o ś w e ź m i e za
objaw snobizmu, a k t o ś inny za n i e r o z s ą d n y wysiłek, z b ę d n y
p o w ó d podniecenia, niepotrzebny (...), to jest wszystko, co
posiada i co d a ć m o ż e , co razem z s o b ą rzuca na s t o s . "
Ofiarny gest Babette m a moc, k t ó r a zdolna jest o d m i e n i ć na
moment rzeczywistość, d o k o n a ć tego, co nie m o g ł o d o k o n a ć
się za s p r a w ą religii, „ p r z y p o m o c y " religijnych s p o t k a ń
kongregacji. A r t y z m Babette sprawił, że ci, k t ó r z y byli sobie
niechętni, stali się sobie bliscy, złączyli się w j e d n ą w s p ó l n o t ę .
T r w a j ą c a uczta staje się z m i n u t y na m i n u t ę d o ś w i a d ­
czeniem n i e z w y k ł y m , co z w o l n a zaczynają u ś w i a d a m i a ć
sobie jej uczestnicy. Nabiera mocy o b r z ę d u . Czas, zwykły
d o t ą d czas jedzenia, s p o ż y w a n i a , uległ zagęszczeniu, zmienił
się w czas o d ś w i ę t n y . Przestrzeń ubogiego d o m u sióstr staje
się nagle „ c a ł k i e m i n n ą " p r z e s t r z e n i ą p o z o s t a j ą c t ą s a m ą , nie
b y ł a j u ż t a k ą s a m ą . Realny, prawdziwie istniejący, „ m o c n y "
staje się obszar z a m k n i ę t y ś c i a n a m i j a d a l n i . O ile p o c z ą t e k
uczty u p ł y w a ł w ś r ó d k ł ó t n i , o s k a r ż e ń i wzajemnych podej­
r z e ń , o tyle z czasem n a p i ę t a sytuacja łagodnieje, u s t ę p u j ą c
na k o ń c u misterium przebaczenia i pojednania. Ponownie
ustanowiona zostaje w s p ó l n o t a .
W Do latarni morskiej pani Ramsay zaprasza na kolację
swoich znajomych i przyjaciół. Podobnie j a k jej bliźniacze
odbicie pani D a l l o w a y cały czas żyje ona o b a w ą czy przyjęcie
się uda: „ R o z e j r z a ł a się — p o k ó j jadalny w y g l ą d a ł przy­
g n ę b i a j ą c o (...) k a ż d y siedział zajęty jedynie s o b ą . " I kiedy
j u ż w y d a w a ł o się, że tych monadycznych istnień nie s p o s ó b
ze s o b ą p o ł ą c z y ć , z w i ą z a ć w całość, nagle dochodzi do
radykalnej odmiany sytuacji: „ T e r a z , kiedy zapalone były
wszystkie świece i twarze po o b u stronach stołu zbliżyły się
przez to światło świec, i w s p ó ł t w o r z y ł y — czego nie b y ł o
o zmierzchu — j e d n ą g r u p ę w o k ó ł s t o ł u , bo teraz noc z o s t a ł a
o d c i ę t a przez szyby, k t ó r e , bynajmniej nie dając wiernego
w i d o k u z e w n ę t r z n e g o świata, marszczyły go tak dziwnie, że
tu, we w n ę t r z u p o k o j u , z d a w a ł się b y ć ł a d i suchy l ą d , a tam,
na z e w n ą t r z , j a k i e ś odbicie, w k t ó r y m rzeczy r o z c h w i e w a ł y
się i niknęły, w o d n i ś c i e . Wszyscy oni ulegli jakiejś przemianie,
która się jakby naprawdę dokonała, i wszyscy byli świadomi, iż
tworzą razem jedną grupę w jakimś miejscu pustym, na jakiejś
wyspie, i wspólnie przeciwstawiają
się owej płynności tam, na
zewnątrz." *(Podkr.
moje - D C ) .
K u l m i n a c y j n y m p u n k t e m uczty jest p r z e m ó w i e n i e genera­
ła. Ten, k t ó r y j a k o m ł o d y człowiek uczestniczył kiedyś
w spotkaniach w s p ó l n o t y opuścił j ą przed wieloma laty.
Z a c h o w a ł jednak w p a m i ę c i n a u k i pastora. Jego s ł o w a m i
rozpoczyna swoją p r z e m o w ę : „ Ł a s k a i prawda s p o t k a j ą się.
S p r a w i e d l i w o ś ć i p o k ó j złożą sobie p o c a ł u n e k . C z ł o w i e k
w swej słabości i k r ó t k o w z r o c z n o ś c i wierzy, że musi w y b i e r a ć
tu w życiu i obawia się ryzyka, k t ó r e podejmuje. D r ż y m y . A l e
nie m a o co, nasz w y b ó r jest bez znaczenia. Nadejdzie czas,
kiedy oczy n a m się o t w o r z ą i wtedy zobaczymy, że ł a s k a jest
n i e s k o ń c z o n a . B ę d z i e m y c z e k a ć na n i ą z ufnością i o d b i e r a ć
z wdzięcznością. Ł a s k a nie stawia w a r u n k ó w . I zobaczymy,
że wszystko to, co w y b r a l i ś m y jest n a m darowane. Wszystko,
co o d r z u c i l i ś m y jest dozwolone. O t r z y m a m y r ó w n i e ż wszyst­
k o to, co o d r z u c i l i ś m y . " W y b ó r , k t ó r e g o przed kilkudzisięcioma laty d o k o n a ł g e n e r a ł (wtedy w stopniu porucznika)
d e c y d u j ą c się na k a r i e r ę w o j s k o w ą jest o d w r ó c e n i e m decyzji
F i l i p y , k t ó r a rezygnuje z kariery wielkiej śpiewaczki i o d ­
rzuca r ę k ę A c h i l l a Papin. Gest wyrzeczenia F i l i p y , po­
święcenia się służbie dla w s p ó l n o t y jest o f i a r ą ze szczęścia
s k o ń c z o n e g o w imię w a r t o ś c i n i e s k o ń c z o n e j . K a r i e r a genera­
ła, b ę d ą c a s p e ł n i e n i e m w znaczeniu doczesnym, w y w o ł u j e
w n i m u kresu życia refleksję o z n i k o m o ś c i swych s u k c e s ó w .
22

2 3

2

79

�Po s k o ń c z o n e j uczcie, g e n e r a ł , w y c h o d z ą c j u ż zwraca się do
M a r t i n y , swojej miłości: „ B y ł e m z p a n i ą przez k a ż d y d z i e ń
mojego życia. P r o s z ę p o w i e d z i e ć , że wiedziała pani o t y m .
— Tak. - A zatem wie pani, że b ę d ę z p a n i ą k a ż d e g o dnia,
k t ó r y zostanie m i jeszcze podarowany. K a ż d e g o wieczoru
b ę d ę z a s i a d a ł do stołu z p a n i ą , nie ciałem, ono jest bez
znaczenia, ale d u s z ą , p o n i e w a ż n a u c z y ł e m się tego wieczoru,
że w naszym p i ę k n y m świecie wszystko jest m o ż l i w e . " Ten
tekst jest rewersem słów, k t ó r e w y p o w i e d z i a ł o n kiedy, przed
wieloma laty, o p u s z c z a ł d o m pastora: „ O d c h o d z ę na zawsze
i nigdy j u ż pani nie z o b a c z ę . P o n i e w a ż n a u c z y ł e m się tutaj, że
życie jest twarde i bezlitosne oraz że istnieją rzeczy n i e m o ż ­
liwe."
D z i w n y i niezwykły t o wieczór, czas p e ł e n p a r a d o k s ó w .
K i e d y ci co nie rozumieli zaczynają r o z u m i e ć . K i e d y to, co
n i e m o ż l i w e staje się m o ż l i w e . K i e d y ci, k t ó r z y m o d l ą się
s ł o w a m i „ n i e dbajmy o s t r a w ę i odzienie", w kontemplacyj­
nej zadumie delektują się p r z y j e m n o ś c i a m i stołu. K i e d y ze
s k ł ó c o n e j sekty, z wyosobnionych istnień rodzi się w s p ó l n o ­
ta. C z y m jest ta rzeczywistość b ę d ą c a zaskoczeniem d l a
wszystkich b i e s i a d n i k ó w ? Poczekajmy jeszcze z odpowie­
dzią, sięgając ponownie do fragmentu z V i r g i n i i W o o l f , do tej
c h w i l i olśnienia, k t ó r a nawiedziła p a n i ą Ramsay: „ W s z y s t k o
w y d a w a ł o się m o ż l i w e . Wszystko w y d a w a ł o się właściwe.
W ł a ś n i e teraz (...), właśnie teraz o s i ą g n ę ł a poczucie bez­
p i e c z e ń s t w a (...) N i c nie trzeba m ó w i ć ; nic nie m o ż n a
p o w i e d z i e ć . T o b y ł o tutaj, w o k ó ł nich. U c z e s t n i c z y ł o to, j a k

czuła, u w a ż n i e n a k ł a d a j ą c panu Bankes szczególnie m i ę k k i
k a w a ł e k , w wieczności, tak j a k czuła to j u ż przedtem,
w z w i ą z k u z c z y m ś i n n y m , przed t y m p o p o ł u d n i e m ; jest
w rzeczach j a k a ś ł ą c z n o ś ć , j a k a ś t r w a ł o ś ć ; c o ś , j a k to
r o z u m i a ł a , co jest niepodatne na z m i a n ę i r o z p o ś c i e r a blask
(...) j a k r u b i n przeciw temu, co p ł y n n e , p r z e m i a j ą c e , znikliwe."
D o ś w i a d c z e n i e pani Ramsay, ale i to, k t ó r e s t a ł o się
u d z i a ł e m u c z e s t n i k ó w uczty wydanej przez Babette, najlepiej
oddaje p i ę k n y o k s y m o r o n z a p o ż y c z o n y o d C z e s ł a w a M i ł o ­
sza: „ m o m e n t w i e c z n y " . A l e wciąż nie wiemy o czym t u
bliżej m o w a . Przypomnijmy zatem m o t y w y uprzednio j u ż
akcentowane: odczucie spokoju, ł a d u , h a r m o n i i , poczucie
j e d n o ś c i i pełni, p o ł ą c z e n i e przeciwieństw, wreszcie obfitość
j a d ł a i n a p o j ó w . Wszystko to pozwala nam na stwierdzenie,
że przed uczestnikami tego wieczoru c u d ó w , uchyliły się na
moment bramy Raju.
Biesiadnicy w y c h o d z ą przed d o m . B i o r ą się za ręce i t a ń c z ą
p o d r o z g w i e ż d ż o n y m niebem w o k ó ł studni ( ź r ó d ł a życia?),
nie c a ł k i e m ś w i a d o m i tego, że tyle razy odmawiana przez
nich m o d l i t w a — „ P a n i e , niech Twoje k r ó l e s t w o z s t ą p i na
ziemie" — w ł a ś n i e się ziściła. I m o ż e t y l k o s ł o w a m ł o d e g o
K a n t a z Traktatu o niebie są na m i a r ę tej chwili szczęścia,
pełni i ukojenia: „ W ciszy, w powszechnej ciszy nocy oraz
w spokoju z m y s ł ó w duch nieśmiertelny m ó w i nienazwanym
j ę z y k i e m o pojęciach, k t ó r e m o ż n a wprawdzie z r o z u m i e ć ,
lecz nie opisać... tak rozumiem n i e p o j ę t e . "
2 5

26

2 7

PRZY PISY:
powiedzenia, lecz raczej na tym, że chce się powiedzieć na raz za dużo
Wszystkie, cytowane dalej fragmenty z Uczty Babette są
i nie znajduje słów wobec napierającej pehii tego, co jest do
tłumaczeniem z angielskiej wersji językowej.
powiedzenia. Tak też, gdy mówimy, że ktoś zamilkł, nie mamy na
Informację tę uzyskałem od Pana Zbigniewa Basary. Że nie są to
myśli tylko tego, że przestał mówić. W zamilknięciu to, co jest do
wyjątki, świadczyć może rażący powierzchownością i naiwnością
powiedzenia, zwraca się ku nam jako coś dla czego poszukujemy
fragment poświęcony Uczcie Babette z artykułu Philippe Niel'a,
Obrazy ucztowania na ekranach. Ze światowego repertuaru roku słowa." H-G. Gadamer, O zamilknięciu obrazu, (w:) Estetyka
w świecie, wybór tekstów pod red. M. Gołaszewskiej, Kraków 1986,
1988, „Kino" nr 11, 1989, s. 40—41
t.2, s. 55
Por. A. Brillat-Savarin, Fizjologia smaku albo Medytacja
C G . Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane. Warszawa
o gastronomii doskonalej, Warszawa 1977
1981, s. 391
J.Brach-Czaina, Metafizyka mięsa, „Twórczość" nr 10,1986,s.
P. Florenski, Ikonostas i inne szkice, Warszawa 1981, s. 82
81—91
Tamże, s. 86, 85
O podejmowanych na siłę, próbach interpretacji w duchu
symboliki konwencjonalnej jednego z obrazów Cotana wspomina
Tamże, s. 88
I. Bergstróm, Dutch Still-Life. Painting in the Seventeenth M. Rzepińska, op.cit., s. 296
Por. P. Ricoeur, Język, tekst, interpretacja. Wybór pism.
Century, London, b.d.
M. Rzepińska, Siedem wieków malarstwa europejskiego, Wroc­ Warszawa 1989, s. 139—147
ław 1979, s. 257; N. Schneider, The Art of the Still Life. Still Life
Zob. R. Marszałek, Kamień w wodę, Warszawa 1980, s. 124
Painting in the Early Modern Period, Koln 1990, s. 76—87
G. van der Leeuw, Fenomenologia religii, Warszawa 1978, s.
E . Panofsky, Rzeczywistość i symbol w malarstwie niderlandz­ 399—400
kim XV wieku. ,,Spiritualia sub metaphoris corporalium", (w:) tegoż,
V. Woolf, Pani Dalloway, przekł. K . Tarnowska, Warszawa
Studia z historii sztuki, Warszawa 1971, s. 122—150
1961, s. 143
I. Bergstróm, Disguised Symbolism in „Madonna" Pictures and
Twórczość Virginii Woolf odkryłem dla siebie dzięki znakomi­
Still Life, „The Burlington Magazine", vol. X C V I I , 1955, nr 631
tej książce Wiesława Juszczaka, Zasłona w rajskie ptaki albo
(cz.I), s. 307
o granicach „okresu powieści", Warszawa 1981
J. Pollakówna, Rozważania o trzech obrazach, „Więź" nr 23,
Tamże, s. 71—72
1984, s.71
V. Woolf, Do latarni morskiej, Warszawa 1962, przeł. K .
Ch. Sterling, Le nature mor te de I'antiquite a nos jours, Paris
Klinger, s. 124—125
1952, s. 62. O malarstwie Cotana zob. M. Rzepińska, op.cit., s.
Ze względu na istotne odstępstwa od oryginału, cytuję w tym
295—296; Schneider, op.cit., s. 122—124; J. Wiercińska, Hiszpańscy
miejscufilologicznyprzekład Ewy Gieysztor zamieszczony w pracy
malarze martwych natur I polowy XVII wieku. Wystawa w Kimbell
W. Juszczaka, op.cit., s. 44
Art Museum w Forth Worth, „Biuletyn Historii Sztuki", R . L I , nr
Tamże.
3—4, 1989, s. 308—310
„Godzisz się co jest / Niszczyć i z ruchu podjąć moment
„Zamilknąć nie znaczy nie mieć nic do powiedzenia. Przeciw­
wieczny" Cz. Miłosz, Notatnik: Bon nad Lemanem, (w:) Wiersze,
nie: zamilknięcie jest pewnym sposobem mówienia. W języku
Kraków 1984, t.l, s. 292
niemieckim słowo 'milczący', 'stumm', wiąże się ze słowem 'stamCytuję za B. Hrabal, Zbyt głośna samotność. Warszawa
meln', które oznacza 'zająknąć się'. Przejmująca konieczność zająk­
1989, s. 36
nięcia polega w rzeczywistości nie na tym, że nie ma się nic do
1

2

3

1 4

4

1 5

5

1 6

6

7

1 7

8

1 8

1 9

9

2 0

1 0

2 1

1 1

2 2

2 3

1 2

2 4

2 5

1 3

2 6

2 7

80

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9801" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9779">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/119f160e0fe81874b2010b8abe550f3e.pdf</src>
        <authentication>ab64bfbd8cc7e943aae6b8fd04c25a96</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116614">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2383</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116615">
                <text>1992</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116616">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2211</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116617">
                <text>Dzieło a "granice sensu" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116618">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4, s.72-75</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116619">
                <text>Juszczak, Wiesław</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116620">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116621">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116622">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116623">
                <text>Dzieło a „granica sensu"
Wiesław Juszczak

W pierwszym tomie huculskiej epopei Stanisława Vincenza,
tam gdzie się opowiada o zdobyciu Złotej Bani przez rozbój­
ników pod w o d z ą młodego Dobosza, zawarty jest opis pewnego
dzieła sztuki, przy k t ó r y m to opisie warto się zatrzymać:
„Lecz Dobosz był zajęty szukaniem wymarzonych gołąbków
brylantowych, o których wieść doszła aż na C z a r n o h o r ę .
Mistrzowie słynni przygotowywali je tutaj w Złotej Bani na
podarki dla cesarza czy też dla papieża. Prowadzony przez
obznajomionego ze wszystkim dziada, Dobosz odnalazł je
w j a k i m ś małym domku w obrębie twierdzy. Był szczęśliwy.
Czegoś tak pięknego nie widział jeszcze w swoim życiu. M a t o w o - z ł o t e skrzydła gołębi, zrywające się do lotu, [...] a także piersi
złotych p t a k ó w usypane były brylantowym pyłem, naśladują­
cym połysk piór. Dziób i oczy szlifowane z czarnych lub jasnych
diamentów, oddawały po mistrzowsku rzeczywistość, ale zara­
zem czyniły j ą p o d o b n ą do snu."
*

„Sztuka jest bardzo małą sprawą w p o r ó w n a n i u ze złożonoś­
cią i bogactwem świata widzialnego" - powiada Miłosz w Po­
dróżnym świata. Ale, jeśli to pole odniesień rozszerzymy tak, że
będzie obejmować nie tylko widzialność samą, sztuka - choć
brzmi to paradoksalnie - wzrośnie w swoich funkcjach i swoich
znaczeniach.

„Mieć zawsze mocne poczucie rzeczywistości i konkretu"
- notuje Paul Claudel w Dzienniku z roku 1910. M o ż n a odnieść
to do rozmaitych sytuacji życiowych. Lecz Claudel ma tutaj na
uwadze sytuację szczególną: postawę artysty, zadanie artysty.
Słowo „rzeczywistość" musi bowiem w tym miejscu przypom­
nieć o innej notatce poety, wcześniejszej o lat cztery: „Rzeczywi­
stość, nie tylko rzeczywistość dostępna naszym zmysłom, ale
totalna rzeczywistość rzeczy 'widzialnych i niewidzialnych'.
Poezja n a p r a w d ę uniwersalna, katolicka."
D o myśli tej powraca Claudel w wielu miejscach, między
innymi w wydanych w 1928 roku Positions et propositions:
„Przedmiotem poezji nie są więc, j a k się to często mówi, sny,
złudzenia czy myśli. Przedmiotem jej jest święta rzeczywistość,
w środku której raz na zawsze tkwimy. Wszechświat rzeczy
widzialnych, k t ó r e m u Wiara przydaje wszechświat rzeczy niewi­
dzialnych. To wszystko co na nas patrzy i na co my patrzymy.
Wszystko to jest dziełem Boga, którego opiewają z a r ó w n o pieśni
i wiersze największych poetów, j a k śpiewy najskromniejszych
p t a k ó w . [...] istnieje poesis perennis, która nie wymyśla swych
tematów, tylko nieustannie powraca do tych, które poddaje jej
Stworzenie, na sposób naszej liturgii, która jak pory roku nigdy
nas nie nuży. Celem poezji nie jest, j a k pisał Baudelaire, sięganie
'do dna Nieskończoności aby znaleźć nowość', lecz wręcz
przeciwnie, sięganie do dna skończoności by dotrzeć do tego, co
niewyczerpane." I trawestując logion Jezusa: „ K t o nie jest ze
m n ą , jest przeciwko mnie. I kto nie zbiera ze m n ą , rozprasza"
( M t 12,30; Ł k 11,23), Claudel dodaje: „Tylko prawda wszystko
scala i łączy, a wszystko, co nie jest nią, rozprasza."

Przyjmujemy, że autentyczne dzieło sztuki odsłania lub ma
przynajmniej na celu odsłonięcie albo przybliżenie tego, co
w dziedzinie innej niż dziedzina refleksji o sztuce nazwane
zostało granicą sensu. Nazwa ta pochodzi z filozofii religii,
z nauki o religii, mówiąc najogólniej. Fenomenologia religii
Gerarda van der Leeuw rozpowszechniła ten termin, biorąc go

72

z dziś j u ż mniej znanej pracy, mianowicie z wydanych w 1914
roku Lebensformen Eduarda Sprangera, który tak wyrażenie
objaśniał:
„Religijny sens rzeczy to taki sens, za k t ó r y m nie może się j u ż
kryć żaden sens dalszy czy głębszy. Jest to bowiem sens całości.
Jest to ostatnie słowo. Ale sens ten nigdy nie będzie zrozumiany,.
a słowo to nigdy nie zostanie wypowiedziane. Pozostaną zawsze
czymś nas przewyższającym. Sens ostateczny jest tajemnicą,
która ciągle się objawia, aby mimo to zawsze pozostać ukryta.
Oznacza drogę aż do ostatniej granicy, gdzie j u ż rozumie się
tylko jedno: że wszelkie rozumienie znajduje się 'po tamtej
stronie'. Sens ostateczny jest zarazem granicą sensu."

*
Karen Blixen umarła w roku 1962. T u ż przed śmiercią,
w wywiadzie dla duńskiego radia, mówiła między innymi: " W
moim pojęciu na inspirację składają się wszystkie przeżycia
i doświadczenia tworząc jedność, dzięki której to, co zwykle
przychodzi nam zrozumieć z trudem, staje się nagle jasne, jakby
zostało nam ofiarowane w darze."
Dobrym komentarzem do tego m o ż e być fragment z biografii
pisarki, pióra Judith Thurman: „ Z d a n i e 'zrozumiałam wszyst­
ko' albo 'nagle zrozumiałam wszystko' pojawia się jak niemal
liturgiczna formuła w pisarstwie Karen Blixen. Oznacza ono
poznanie wielkiej tajemnicy, którą każdy nosi w sobie od dawna
pogrzebaną i nagle ją na nowo odkrywa. Opisuje chwile
odsłaniające [...] szkielet naszej tożsamości."

Niniejszy szkic powstał z p r ó b skomentowania filmu Gabriela
Axela Uczta Babette (Babettes gaestebud, 1987), stanowiącego
adaptację noweli Karen Blixen z roku 1950. Napisana po
angielsku, nowela ta weszła do wydanego w 1953 roku zbioru
opowiadań Anecdotes of Destiny.
W twórczości Karen Blixen Babette's Feast zajmuje miejsce
wyjątkowe: jest jej arcydziełem, albo należy do grupy paru
takich jej kreacji najpełniejszych. F i l m Axela, bardzo wiernie
transponując pierwowzór, osiąga ten sam, niezwykły, rzadki
w filmowej sztuce poziom i ton. Jest i bez wątpienia pozostanie
jednym z arcydzieł kina. Lecz skoro (co do natury arcydzieł
należy) znany jest on w dość wąskim kręgu, konieczne staje się
na samym wstępie najprostsze - i niestety bardzo upraszczające
- wprowadzenie przynajmniej w sam jego temat.
Akcja toczy się w opowiadaniu w małym norweskim miastecz­
ku portowym, Berlevaag. W filmie przeniesiona jest do Danii
- do nadmorskiej wioski na północy półwyspu. Żył w miejscu
takim pewien pastor, który, zapewne w początku lat dwudzies­
tych ubiegłego stulecia, zaczął skupiać wokół siebie grono
wyznawców albo uczniów, wywodzących się spośród prostych
rybaków i żeglarzy. Pewne cechy tej kongregacji duchowej
mogłyby wskazywać na wpływy Swedenborga. T u jednak
wystarczy stwierdzić, że zapoczątkowany przez pastora ruch
odnowy religijnego życia rozprzestrzenił się na cały kraj, zys­
kując zwolenników w wysokich sferach szlachty i u królews­
kiego dworu.
Pastor ożenił się p ó ź n o i rychło owdowiał. Sam zajmował się
przeto wychowaniem dwóch córek, Marciny i Filipy, tak
ochrzczonych na cześć Lutra i Melanchtona. Wychowanie było
na pewno surowe, a nadto pastor sobie nie życzył, aby dziew­
częta opuściły dom. Mówił, że przy jego powołaniu ich pomoc
zawsze mu będzie niezbędna. Córki nie sprzeciwiały się. Jednak
ich niezwykła uroda i piękny głos młodszej siostry sprawiły, że
dwukrotnie naruszony został na moment spokojny bieg ich
życia.

�Najpierw zjawił się w domu pastora zakochany w Marcinie
młody oficer wysokiego rodu, Lorens Loewenhielm. Uzyskał
tutaj wstęp dzięki swej pobożnej ciotce, k t ó r a od dawna
wspierała działalność pastora, i której wiejska rezydencja znaj­
dowała się nieopodal. Ale młodzieniec szybko zrozumiał, że nie
uda mu się wyrwać stąd dziewczyny, i mówiąc jej, że tu właśnie
po raz pierwszy się dowiedział, że los jest nieubłagany, i że są na
tym świecie rzeczy niemożliwe, odjechał na zawsze - j a k mu się
zdawało.
Następnie przybył t u , w celach krajoznawczych, a po wy­
stępach w Królewskiej Operze w Sztokholmie, znakomity
francuski śpiewak, Achille Papin. Zobaczył Filipę i usłyszał
nadzwyczajny jej głos w kościele, i postanowił związać z nią
swoją karierę i swoje życie. U d a ł o mu się tylko tyle, że pastor
wyraził zgodę, by udzielił pannie kilku lekcji śpiewu. Ale sama
Filipa szybko z nich zrezygnowała, widocznie niepewna włas­
nego uczucia do nauczyciela.
Po wielu latach Achille napisał list do sióstr. Prosił w nim,
żeby jego oddawczynię, panią Babette Hersant, zechciały wziąć
pod opiekę. Było to w okresie K o m u n y Paryskiej. Babette
straciła męża i syna, i sama musiała uciekać z Francji. Siost­
rzeniec jej, pracujący na statku, który należał do skandynawskiej
floty, mógł j ą zabrać. Achille Papin przypomniał sobie o domu
pastora i dał jej polecający list. Informował w nim, że Babette
umie gotować. Ale panie, żyjące bardzo skromnie (ojca j u ż
dawno na świecie nie było), poświęcały wszystkie środki na
charytatywne cele. Uznały że nie stać ich na zatrudnienie
gospodyni. Babette jednak błagała, by pozwoliły jej zostać
i pracować za darmo. Mówiła, że to dla niej ostatnia szansa
w życiu. Siostry musiały ulec.
Babette powiedziała kiedyś, że jedyną jej więzią z ojczyzną jest
loteryjny los, dawno wykupiony i odnawiany co rok przez kogoś
z paryskich przyjaciół. W kilkanaście lat po jej osiedleniu się
w nowym miejscu dostała wiadomość, że na ten los p a d ł a główna
wygrana: dziesięć tysięcy franków. Zbiegło się to z setną
rocznicą urodzin pastora, k t ó r ą jego córki pragnęły j a k o ś uczcić.
Babette uprosiła je, żeby jej pozwoliły przygotować na ten dzień
kolację w stylu francuskim, za którą ona zapłaci z wygranych
właśnie pieniędzy. Po wielu wahaniach Marcina i Filipa przy­
stały na to, t y m bardziej, że była to pierwsza p r o ś b a Babette od
jej przybycia i - jak sądziły - z pewnością ostatnia przed, teraz
już możliwym, jej powrotem do Francji. Babette jest bogata,
myślały poza tym, i koszt jednego przyjęcia nie uczyni większej
różnicy w jej zasobach.
M i m o licznych niepokojów, wywołanych skalą i rodzajem
z a k u p ó w , które kolację poprzedzały, wieczór udał się bardzo.
T y m bardziej, że wywarł szczególne wrażenie i uznanie w oczach
gościa zupełnie niespodziewanego, którego zaanonsowano
w ostatniej niemal chwili. Był nim Lorens Loewenhielm obecnie
emerytowany j u ż generał, który zrobił wielką karierę i przez
szereg lat reprezentował swój kraj na dworach Petersburga
i Paryża.

Uderzającą cechą opowiadania z a r ó w n o , jak filmu, jest
niebywała zwięzłość narracji i prostota wszystkich w nich
użytych środków. Owa prostota i celność służą tutaj, j u ż
w czysto zewnętrznym planie, temu co stanowi zasadniczy
ekspresyjny efekt całej konstrukcji dramatycznej, w obu dziełach
zasadniczo takiej samej. Służą nadaniu p o z o r ó w oczywistości
rzeczom i zdarzeniom bynajmniej nie oczywistym, zagadko­
wym, niezwykłym. T o , co trzeba by uznać za otwarcie niepraw­
dopodobne, jest uprawdopodobniane na różne sposoby, z któ­
rych jednym jest najściślej określona historyczność faktów.
Wiemy, na przykład, że końcowe i główne zarazem ogniwo akcji
ma miejsce 15 grudnia 1885 roku. Wiemy zatem, że pastor
urodził się w roku 1785. Wiemy, że Marcina przyszła na świat
w roku 1836, a Filipa w 1837. Że w roku 1854 Lorens po raz
pierwszy odwiedził dom Pastora, i że Achille Papin gościł tam
w roku następnym. Że Babette przybyła tutaj w 1871, i t d .
Cała ta siatka dat, podawanych wprost lub łatwo dających się
odtworzyć, ma jakby przede wszystkim na celu urealnienie

owych niepojętych zbiegów okoliczności, które nasuwają myśl
o ingerencji sił nadprzyrodzonych, i które w p o r z ą d k u racjonal­
nym albo winny być uznane za zmyślenie, albo powinny
stanowić wyzwanie dla wiary.
Z drugiej strony los, albo Opatrzność, ujawnia t u swą władzę
poprzez n i e p r a w d o p o d o b n ą symetrię zdarzeń. Wszystkie ich
sekwencje biegną do jednego punktu, j a k i wyznacza kolacja
wydana przez Babette. Niespełnione uczucia i pokrzyżowane
plany spełniają się, ukazując swój ukryty ład i sens, będąc
ostatecznie powodem i wytłumaczeniem owego wydarzenia
centralnego, i w n i m zarazem swoje wytłumaczenie znajdując.
T y m sposobem despotyzm pastora, jego egocentryzm tylko
pozornie usprawiedliwiany szlachetnym powołaniem, teraz zo­
staje niby pokonany, przezwyciężony, ale równocześnie objawia
się też w niespodziewanej prawdzie swoich istotnych skutków.
Miłość Lorensa do Marciny i Achille'a do Filipy, odwzajem­
niana nieśmiało lecz natychmiast udaremniana i tłumiona,
tryumfuje teraz w zupełnie innym niejako rejestrze. Dzięki
śpiewakowi Babette trafia do domu córek pastora. Dzięki
z pozoru przypadkowej, a koniecznej obecności generała na
przyjęciu, i dzięki jego doświadczeniom, w które się rzucił za
sprawą doznanego zawodu, poznana w pełni i oceniona właś­
ciwie może być wielkość dzieła Babette - bo kolacja jest wielkim
dziełem sztuki, a Babette - wielką artystką. I t y m samym
odkryte też zostają karty losu. Nagle odczytujemy zatajony
d o t ą d plan. Dowiadujemy się na czym polegała gra. Poprzez
dzieło, w miejscu przez dzieło stworzonym, objawić się wreszcie
może działanie łaski.
Generał Loewenhielm wstaje wówczas, by wypowiedzieć to
jedno w zasadzie zdanie: „But the moment comes when our eyes
are opened, and we see and realize that grace is infinite."
Dowiadujemy się t y m samym, o czym jest Uczta Babette, co
stanowi jej temat i treść najgłębszą. Jest to opowieść właśnie
o dziele sztuki i o objawieniu się łaski - o czymś, co określić by
m o ż n a jako coup de grace, gdyby wyrażenie to uwolnić od
właściwego mu sensu idiomatycznego.
*

Powtórzmy: według Uczty Babette dzieło sztuki określa i j a k
gdyby odsłania to miejsce, w które uderzyć ma i w które uderzyć
może „ g r o m łaski".
Każdy z tych dwu w ą t k ó w opowiadania (i filmu oczywiście),
tylko w analitycznym planie wyraźniej dających się rozdzielić,
wątek „religijny" więc i „artystyczny", ma do pewnego stopnia
osobne rozpoznawcze znaki, i do pewnego stopnia kontrastuje
z drugim. •
Tekst Uczty Babette pełen jest jawnych albo utajonych
- trawestowanych niekiedy - biblijnych cytatów. Członkowie
zgromadzenia pastora mówią czasem słowami Biblii (np. opo­
wieść o gronie winnym pochodzi z Księgi Liczb, rzecz o zdradliwości języka - z Listu św. Jakuba). Kilkakrotnie powraca tu
fragment z Psalmu LXXXV: „Miłosierdzie i prawda spotkają się
z sobą; sprawiedliwość i pokój pocałują się" (wg Biblii Gdańs­
kiej). Jeden z h y m n ó w śpiewanych w kongregacji, a skom­
ponowanych - j a k czytamy - przez samego pastora, zawiera
aluzję do zdań, które powtarza Mateusz (7,9-10) i Ł u k a s z
(11,11): „ A któryż jest z was ojciec, którego gdyby prosił syn
o chleb, izali da m u kamień? A l b o prosiłby o rybę, izali ma
zamiast ryby da węża?" Powiada się, że Babette była ciemną
M a r t ą w domu dwu jasnych M a r i i . A sama uczta jest wiązana
w tekście z dwoma nowotestamentowymi wydarzeniami - z go­
dami w Kanie i z Zesłaniem Ducha św. To drugie tak jest
w noweli przywołane:
„ O tym, co się wydarzyło później tego wieczora, nic pewnego
nie da się powiedzieć. Żaden z gości nie przypominał sobie
potem tego jasno. Wiedzieli tylko, że pokoje wypełniły się
niebiańskim światłem, tak jakby wiele małych promiennych
aureoli zespoliło się w jeden wspaniały blask. Milczący starcy
otrzymali dar języków. A uszy, całymi latami niemal głuche,
otworzyły się n a ń . Sam czas połączył się z wiecznością. D ł u g o po
północy okna domu lśniły j a k złoto i złocista pieśń płynęła
w zimowe powietrze."

73

�*

Postać Babette i niesiony przez nią temat artystycznego
tworzenia nacechowane są na początku mroczną atmosferą.
Karen Blixen (a za nią Axel i znakomita w tej roli Stephane
Audran) w mistrzowski sposób rysuje wizerunek bohaterki:
jednocześnie prosty i oczywisty, i zagadkowy, nieokreślony,
wciąż pełen nieoczekiwanych możliwości, które się bezustannie
odsłaniają i urzeczywistniają. W uformowany przez pastora
świat, Babette wnosi wielostronną obcość: biograficzną, obycza­
jową, językową, wyznaniową. Nie demonstruje jej, ale się jej nie
wyrzeka. Zarazem wchodzi w nowe otoczenie zupełnie, niemal
wtapia się w nie, i pozostaje w istocie kimś tajemniczym, nikomu
właściwie nie znanym. Kiedy zaś okoliczności pozwalają jej
ujawnić to, co w niej i dla niej najważniejsze - jej powołanie
i talent, ujawnia się równocześnie to także, co jej obcość do
końca określa: jakiś rys pogański, który zawiera w sobie jej idea
i forma ofiary.
Mgliste zrazu zarysy tej formy budzą lęk i zgorszenie u wszyst­
kich. W jednym momencie przekreślone zostaje całe zaufanie,
k t ó r y m przez czternaście lat Babette darzono. K t o ś wpada
nawet na pomysł, by podejrzanego i niewątpliwie grzesznego
podarunku Babette w ogóle nie zauważyć, by wszystko zbyć
milczeniem i obojętnością. N i k t wtedy, a i do ostatniego
momentu prawie nikt, nie domyśla się w owym kaprysie
Francuzki ofiary i nikt nie jest w stanie ogarnąć jej rozmiarów.
W przeciwieństwie do oczywistego dzieła miłosierdzia, w k t ó ­
rym wypełnia się treść życia córek pastora, ofiara Babette jest
- nie tylko z pozorów - ciemna, nieprzenikniona, gwałtowna
i okrutna. Przy całym wyrafinowaniu, objawiającym się ostate­
cznie w skutkach, u jej źródeł czai się coś pierwotnego. I najpierw
przez to i w tym jest „ p o g a ń s k a " . Tutaj film Gabriela Axela
dopowiada coś, co u Karen Blixen jest tylko zasugerowane
i nieuchwytne w pierwszym spojrzeniu, W sekwencji przygoto­
wania uczty, reżyser pokazuje nam stosy zabitych zwierząt.
Obok tego zaś mamy jeszcze wiele innych naocznych d o w o d ó w
niepohamowanej rozrzutności, tak że wszystko ta składa się na
obraz szaleńczego trwonienia i niszczenia dóbr, obraz „ p o tlaczu", w którym - j a k się na koniec okazuje - ginie ogromna na
owe czasy suma dziesięciu tysięcy franków francuskich.
Ten, ujawniający się raczej przed nią - jak wspomniano - niż
w niej samej, „ p o g a ń s k i " charakter uczty, każe myśleć o ofierze
Babette w kategoriach religijnych. „ P o g a ń s k i " bowiem znaczy
w takim kontekście przede wszystkim „ k u l t o w y " , „religijny"
właśnie, a tylko należący do innego religijnego p o r z ą d k u niż ten,
który w danym otoczeniu powszechnie panuje.

W samym opowiadaniu obraz uczty jest skromniejszy niż
w filmie i poza historią o ogromnym żółwiu, który zjawia się
w kuchni ku przerażeniu Marciny, niewiele się mówi o kulisach
przyjęcia. Generał rozpoznaje i podziwia gatunki i roczniki win.
Rozpoznaje kolejne dania: zupę żółwiową, bliny a la Demidoff
i cailles en sarcophage. Te ostatnie są znakiem rozpoznawczym
Babette Hersant, jej kunsztu słynącej nim paryskiej restauracji
„Cafe Anglais". W opowiadaniu Lorens Loewenhielm myśli
0 tym, ale prawie nie uzewnętrznia swych wspomnień. W filmie
zaś o tym opowiada, lecz nic z tego nie znajduje oddźwięku
1 zrozumienia u słuchaczy. W obu wypadkach nie dochodzi
zatem do skojarzenia danych, które by pozwoliły ostatecznie
odsłonić tajemnicę tej uczty, czyli zidentyfikować Babette.
Generał nie widział jej w Paryżu, i tutaj też jej nie zobaczy.
Poznaje dzieło, z k t ó r y m zetknął się już kiedyś. Ale nie próbuje
dociec, j a k i m cudem dzieło to zawędrowało do domu pastora.
Reaguje w j a k i m sensie prawidłowo: traci zaufanie do zmys­
łowych świadectw, poddaje się temu, co uznaje za niepraw­
dopodobne, co w rygorach potocznych za „rzeczywiste" uznane
być nie może. Akceptuje zatem porządek, w j a k i został wprowa­
dzony, chociaż p o r z ą d k u tego żadnym sposobem wyjaśnić nie
jest w stanie.
„ G e n e r a ł Loewenhielm przestał jeść i siedział nieruchomo.
Raz jeszcze powrócił do tej kolacji w Paryżu, o której myślał

74

w saniach. Zjawiło się tam danie niewiarygodnie wyszukane
i smakowite, a on zapytał swego współbiesiadnika, pułkownika
Galliffet, o nazwę tego. Uśmiechając się, pułkownik odpowie­
dział mu, że są to cailles en sarcophage. Następnie dodał, że to
danie, zostało stworzone przez szefa tej właśnie restauracji,
w której byli teraz, osobę u z n a n ą przez cały Paryż za najwięk­
szego kulinarnego geniusza epoki. Osobę, co najdziwniejsze,
którą była kobieta.
- Bo prawdziwie - rzekł pułkownik Galliffet - ta kobieta
przeobraża kolację w Cafe Anglais w rodzaj miłosnej intrygi
- miłosnej intrygi szlachetnego i romantycznego gatunku, gdzie
już się zatracają różnice między cielesnym i duchowym prag­
nieniem i spełnieniem."
Określenie „ r o m a n t y c z n y " jest tutaj ze wszech miar uzasad­
nione. Cytowany dialog umiejscowić wypada gdzieś na przeło­
mie piątej dekady ubiegłego wieku. Romantyzm, jako p r ą d
artystyczny, trwa jeszcze, i choć w głównym nurcie jego fala
słabnie i rozprasza się, dzięki temu właśnie zyskuje on na
powszechności. Przez nazwę cailles en sarcophage Karen Blixen
określa stylowe niejako cechy dzieła Babette. Przywołuje historyczno-archeologiczne upodobania tamtego czasu i m o ż e
jeszcze g r o t e s k o w o - m a k a b r y c z n ą jego skłonność w „urabianiu
atmosfery". Jest w nazwie tej wszystko: od ulegania modzie, po
wykorzystywanie w sztuce kulinarnej inspiracji płynących z wiel­
kich duchowych odkryć epoki. Poza tym, dodajmy, nazwa
owego dania każe myśleć znowu o jakiejś ceremonii kultowej,
o rytuale, o ofierze.

Mowa generała Loewenhielma, w której odsłonięty zostaje
religijny i moralny sens uczty Babette, poprzedzona jest k r ó t k ą
uwagą o działaniu wina. T u raz jeszcze odnajdujemy echo
Dziejów apostolskich. Cud glosolalii, który wydarzył się w dniu
Pięćdziesiątnicy, dwojako jest komentowany przez zgromadzo­
nych wokół wieczernika ludzi (2,12-13); „I zdumiewali się
wszyscy, i dziwowali się, mówiąc jeden do drugiego: cóż to wżdy
ma być? Lecz drudzy naśmiewając się, mówili: ci się młodym
winem popili."
W noweli podobnie usprawiedliwia się i jakby przesłania
racjonalnymi argumentami irracjonalne zachowanie generała.
W gruncie rzeczy m o ż n a tu dostrzec działanie jakiejś, z nieodgadnionych źródeł płynącej inspiracji. Lecz, jak wspomnieliśmy
już, narratorka woli trzymać się ziemi.
„ W t e d y generał poczuł, że nadszedł moment aby przemówić.
Podniósł się i stał bardzo prosto.
N i k t inny przy stole nie wstał żeby mówić. Starcy więc zwrócili
nań oczy w podniosłym i radosnym oczekiwaniu. N a w y k l i do
oglądania żeglarzy i włóczęgów, pijanych na u m ó r tęgą jałowcówką swego kraju, u żołnierza i dworzanina nie rozpoznali
upojenia wywołanego najszlachetniejszym winem świata.
- Miłosierdzie i prawda, przyjaciele moi, spotkały się ze sobą
- powiedział generał. - Sprawiedliwość i szczęśliwość ucałują się
wzajem.
Mówił głosem czystym, wyćwiczonym na polach musztry
i rozbrzmiewającym miłym echem w królewskich komnatach,
a jednak mówił w sposób tak dla siebie samego nowy i tak
dziwnie poruszający, że po pierwszym zdaniu musiał zrobić
pauzę. Miał bowiem w zwyczaju troskliwie kształtować swe
przemówienia, zawsze świadom swego celu. Lecz tu, przed tym
prostym zgromadzeniem pastora, działo się coś takiego, jakby
cała postać generała Loewenhielma, razem z jego u d e k o r o w a n ą
piersią, stanowiła tylko środek do przekazania pewnego orędzia,
które miało być ogłoszone.
- Człowiek, przyjaciele moi - mówił generał Loewenhielm
-jest słaby i głupi. Powiedziano nam, że łaski należy szukać na
tym świecie. Ale w ludzkiej naszej głupocie i krótkowzroczności
wyobrażamy sobie, że łaska boska jest ograniczona. Z tego
powodu drżymy...
Nigdy dotąd generał nie stwierdził, że drży. Był zdumiony do
głębi, był wręcz zaszokowany słysząc, jak jego własny głos
oznajmia ten fakt.
- Drżymy przed dokonaniem w naszym życiu wybory,

�a dokonawszy go, drżymy znowu z lęku, że wybraliśmy źle. Lecz
nadchodzi chwila, gdy otwierają się nasze oczy i widzimy,
przekonujemy się, że łaska jest nieskończona. Łaska, drodzy
przyjaciele, nie żąda od nas niczego, tylko byśmy oczekiwali jej
z ufnością i przyjmowali ją z wdzięcznością. Łaska, bracia, nie
stawia żadnych w a r u n k ó w i nikogo z nas nie wyróżnia. Łaska
bierze nas wszystkich na swe łono i obwieszcza powszechne
przebaczenie. Spójrzcie! to, co wybraliśmy, jest nam dane, i to,
czego nie przyjęliśmy, jest nam też zarazem udzielone. Tak! to,
co odrzuciliśmy, jest wylane na nas w obfitości. Bo miłosierdzie
i prawda spotkały się ze sobą, a sprawiedliwość i szczęśliwość
pocałowały się wzajem."

Ten moment olśnienia, w k t ó r y m wszystko to, czego generał
doświadczył w życiu, objawia się jako „logiczna całość", nabiera
nagle sensu, ukazuje swój głęboki sens - ta chwila otwiera się
dzięki dziełu Babette. Owa uczta, będąca kreacją artystyczną,
wyznacza, jak mówiliśmy, przestrzeń umożliwiającą widzenie,
odczuwanie i pojmowanie całkowicie różne od „zwykłego",
potocznego czy pragmatycznego. Uczta, jako dzieło sztuki,
stawia swych uczestników wobec rzeczywistości pełnej, od­
słaniającej się we wszystkich swoich wymiarach. Zgęszczenie,
intensyfikacja tego, co zmysłowe, jest tu taka, że doznaje jak
gdyby przesilenia. N a co dzień szczelna spoistość tego, co
naoczne, rozstępuje się tutaj, pęka, a w powstających szczelinach
otwierają się niewidzialne perspektywy rzeczy, obszary „rzeczy
niewidzialnych".
Takie dzieło możliwe się staje dzięki ofierze. Każde wielkie
dzieło ma w sobie coś z ofiary. Jest nią, albo z niej wyrasta. I ,
podobnie jak ofiara, dzieło nie „ k o m u n i k u j e " niczego tym,
którzy z nim obcują. Lub inaczej: którzy dostają się w o k r ą g jego
działania.
Najważniejsze może przesłanie Uczty Babette zawiera się
w odkrywaniu i uzmysławianiu nam tego, że dzieło sztuki,
zarazem jako skupienie i wyzwolenie pewnej siły, energii, którą
tu najwłaściwiej wypada określić jako siłę prawdy - że więc
dzieło takie bierze nas w posiadanie, ogarnia nas sobą, zmusza
do uczestniczenia w nim. Nie sposób zatem mówić tutaj
0 odbiorze i odbiorcach tego, co d o k o n a ł o się, co powstało
w akcie tworzenia. Uczta Babette pokazuje jak, bez względu na
„kompetencje", a nawet niezależnie od woli, wbrew chęciom
1 postanowieniom dzieło zniewala tych, którzy zostają wciąg­
nięci w jego orbitę. I jak, bez względu na doświadczenie, wiedzę,
stan świadomości nawet, pozwala ono i każe ujrzeć to, na co
nawet pośrednio może nie wskazywać, albo nie wskazuje
z pozoru: ujrzeć „rzeczywistość t o t a l n ą " , „sens całości". D o ­
trzeć do „granicy sensu".Gdy bowiem Lorens Loewenhielm
mówi o łasce, i gdy Babette wyznaje, że jeśli dawała z siebie
wszystko, potrafiła d a ć innym szczęście doskonałe - oboje
mówią o tym samym: o doznaniu nieskończonej, bezgranicznej
pełni.
„ T o , co wybraliśmy, jest nam dane, i to, czego nie przyjęliśmy,
jest nam też zarazem udzielone."

Powtórzmy: wielka sztuka sprawia, że stajemy się jej tworzy­
wem, „ m a t e r i ą " jej dzieł.

Myśl sióstr zwróciła się k u panu Hersant oraz jego synowi,
i westchnęły:
- O, biedna Babette.
- Tak, wszyscy odeszli - mówiła Babette. - D i u k de Morny,
diuk Decazes, książę Naryszkin, generał Galliffet, Aurćlien
Scholl, Paul Daru, księżna Paulina! Wszyscy!
Dziwne nazwiska i tytuły osób, dla Babette utraconych, nieco
zmieszały obie panie. Lecz w jej wyznaniu była tak nieskończona
perspektywa tragedii, że współczując jej, obie doznały jej strat
jak własnych i ich oczy napełniły się łzami.
I znowu, po długim milczeniu, Babette nagle lekko uśmiech­
nęła się do nich i rzekła:
- Jakże bym zresztą miała wracać do Paryża, Mesdames? Nie
mam przecież pieniędzy.
- Nie masz pieniędzy? - krzyknęły siostry równocześnie.
- Nie - powiedziała Babette.
- Ale te dziesięć tysięcy franków? - spytały siostry łamiącym
się z przerażenia głosem.
- Te dziesięć tysięcy franków zostało wydane, Mesdames
- powiedziała Babette. [...]
Panie wciąż nie miały słów. Ta nowina była dla nich niepojęta.
Ale w końcu dzisiejszej nocy wiele rzeczy, w ten lub inny sposób,
przekraczało granice rozumienia. [...]
- Babette kochana - powiedziała łagodnie Filipa - nie
powinnaś była wydawać dla nas wszystkiego, co masz.
Babette posłała swej pani głębokie spojrzenie, dziwne spoj­
rzenie. Czy nie było litości, m o ż e nawet pogardy na jego dnie?
- Dla pań? - odrzekła. - Nie. Dla siebie.
Podniosła się i stała przed siostrami.
- Jestem wielką artystką! - powiedziała.
Odczekała chwilę i powtórzyła:
- Jestem wielką artystką, Mesdames.
Znowu głęboka cisza długo p a n o w a ł a w kuchni.
Wreszcie odezwała się Marcina:
- Więc teraz już przez resztę życia będziesz biedna, Babette?
- Biedna? - rzekła Babette. Uśmiechnęła się jakby do siebie
- Nie. Nigdy nie będę biedna. Powiedziałam paniom, że jestem
wielką artystką. Wielki artysta, Mesdames, nigdy nie jest biedny.
M y mamy coś, Mesdames, o czym inni ludzie nic nie wiedzą. [...]
- Lecz ci wszyscy, o których mówiłaś - rzekła Filipa - ci
książęta i wielcy ludzie Paryża, których wymieniłaś, Babette?
Przecież walczyłaś przeciw nim. Byłaś z komunardami! Ten
generał, o którym wspomniałaś, rozstrzelał twego męża i syna!
Jak możesz boleć nad nimi?
Ciemne oczy Babette napotkały wzrok Filipy.
- Tak powiedziała - byłam z komunardami. [...] A ci,
o których mówiłam, Mesdames, byli źli i okrutni [...] Ale,
wszystko jedno, nie wrócę do Paryża, kiedy tamtych tam już nie
ma. [...] Bo oni, Mesdames, tamci ludzie należeli do mnie. Byli
moi. Moje biedne panie! panie nie m o g ą sobie w ogóle wyob­
razić, panie nie mogłyby uwierzyć, jak ogromnym kosztem
wychowano ich i kształcono, żeby potrafili pojąć, jak wielką
jestem artystką. M o g ł a m uszczęśliwiać ich. Jeśli dawałam z sie­
bie wszystko, i m mogłam dawać szczęście doskonałe. [...] Tak
samo to czuł Monsieur Papin. [...] On sam m i tak powiedział: 'To
straszne, to dla artysty nie do zniesienia, powiedział, kiedy się go
popycha do tego, kiedy się go oklaskuje za to, co poniżej jego
możliwości'. Powiedział: 'Przez cały świat idzie jedno wielkie
wołanie artysty: Pozwólcie m i przejść samego siebie!'"
Czerwiec-listopad

Opowiadanie, tak jak i film, kończy się rozmową, w której
zawarte jest osobliwe i ważne artystyczne credo. Tekst noweli
jest w tym wypadku znacznie bardziej rozbudowany niż filmowa
wersja dialogu.
Marcina mówi:
„ - Wszyscy zachowamy w pamięci ten wieczór, gdy już
powrócisz do Paryża, Babette.
Babette rzekła:
- Nie wracam do Paryża.
- Nie wracasz do Paryża? - wykrzyknęła Marcina.
- Nie - powiedziała Babette. - Co bym robiła w Paryżu? Oni
wszyscy odeszli. Utraciłam ich wszystkich, Mesdames.

1992

Nota:
Cytaty z Claudela za: P. Claudel, Dziennik 1904-1955. Tłum.
J. Rogoziński, Warszawa 1977; oraz G. Picon, Panorama myśli
współczesnej, Paryż 1966.
Fragment z E. Śprangera wg: G. van der Leeuw, Fenomenolo­
gia religii. Tłum. J. Prokopiuk, Warszawa 1978, s.721.
Wypowiedź Karen Blixen oraz cytat z biografii J. Thurman
za: "Literatura na Świecie" nr 11 (208), 1988.
Wszystkie cytaty z Uczty Babette w moim przekładzie za
wydaniem: Isak Dinesen, Anecdotes of Destiny, London 1958, s.
21-68.

75

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9800" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9778">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/07086ea436467c54103ea32e0861a0ad.pdf</src>
        <authentication>2f89235bdb43ad773205304d886d0b7d</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116604">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2382</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116605">
                <text>1992</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116606">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2210</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116607">
                <text>"Stary Gringo". Motyw Don Kichota w filmie i literaturze / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116608">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4, s.66-71</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116609">
                <text>Sznajderman, Monika</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116610">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116611">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116612">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116613">
                <text>„Stary Gringo". Motyw Don Kichota
w filmie i literaturze
Monika Sznajderman

„ S k o r o u d a ł e ś się w d r o g ę , chcesz b y ć
Tezeuszem i z a b i ć Minotaura, musisz
przestać zanadto cenić b e z p i e c z e ń s t w o i
musisz b y ć przygotowany na to, ż e nigdy
nie wyjdziesz z labiryntu. (...) D o p ó k i
prawdy s z u k a ć b ę d ą ludzie p r o w a d z ą c y
o s i a d ł y tryb życia, nie zostanie zerwane
j a b ł k o z drzewa poznania."
L e w Szestow, Apoteoza

nieoczywistości

szy mu wiara."* Ta przesadna wiara, prowadząca do iden­
tyfikacji z tekstem, stała się źródłem donkichotowskiego
obłędu, który Michel Foucault nazwał „obłędem przez
utożsamienie z fikcją literacką."
Postać Don Kichota zatoczyła w literaturze szeroki krąg.
Tak szeroki, że nie sposób wyczerpać tematu w skrótowym
z konieczności omówieniu. Z kart powieści, blisko spokrew­
nionej z powieścią łotrzykowską i zachowującej, wedle
Mieletinskiego „również najistotniejsze cechy strukturalne
bajki czarodziejskiej" przeszedł hiszpański rycerz w świat
najbardziej wysublimowanych wartości. „Od samego po­
czątku — pisze Nabokov — już w samym oryginale,
sylwetka Don Kichota ulega zagadkowemu pomnożeniu."
Don Kichota, czytelnika romansów, opisał Miguel Cervan­
tes, który wszak swoją historię także przedstawił jako wynik
lektury, a nawet przekład arabskiego rękopisu pióra Sidi
Hameta Ben Engeli. W tym czasie powstaje dalszy ciąg
przygód przemyślnego szlachcica, którego autorem był
Alonzo Fernandez de Avellaneda, „żądny zysku pismak" ,
jak nazywa go Tomasz Mann. Dopisał on do powstałej
dopiero części pierwszej dzieła Cervantesa część drugą,
atakując przy tym ostro autora pierwowzoru. Niemniej
jednak właśnie Avellanedzie zawdzięczamy to, że Cervantes
napisał dalszy ciąg bohaterskich dziejów szalonego rycerza.
Cervantesowski Don Kichot krytykuje bowiem tę wizję
swojej osoby, jaką przedstawia Avellaneda i udaje się do
Barcelony, aby ujawnić przed światem „(...) kłamstwo tej
nowej historii, a ludzie przekonają się, że nie jestem tym Don
Kichotem, jakiego ona opisuje." Wszyscy potępiający rów­
nie ostro jak Mann „heretycką" wersję Avellanedy nie
zgodziliby się zapewne z sądem Jorge Luisa Borgesa, że
„Powtórzenia są nie tylko prawem, ale i koniecznością dla
literatury, a to, co uchodzi za twórczość, zawsze musi być,
niejako w sposób naturalny, prze-twórczością." W tomie
5

6

John I. White, autor Mythology in Modern Novel umiesz­
cza postać Don Kichota, postać literacką, wśród klasycz­
nych dla literatury motywów mitologicznych. Współczesne,
dwudziestowieczne mitotwórstwo dzieł literackich i filmo­
wych nieustannie, w sposób jawny bądź ukryty czerpie z tych
zasobów. Błędem byłoby jednak sądzić, iż Don Kichot,
szalony rycerz z Manczy narodził się wraz z dziełem Cervantesa. Ma on bowiem, jak pisze Mieletinski „swój własny
archaiczny rodowód w obrazach różnych 'mądrych szaleń­
ców', a nawet bajkowych 'głupków', którzy robią wszystko
na opak". Jako zaś mądry szaleniec wieńczy Don Kichot
jedynie, wedle Słowińskiego, renesansową tradycję błazna.
„Dzieło to — pisze Słowiński w swojej historii postaci błazna
od starożytności do początków doby romantycznej — wnosi
do literatury X V I I I i X I X wieku pewien 'odwieczny obraz',
archetyp błazna, który ożyje w postaciach nowych, 'dziw­
nych' bohaterów." A tych nie brakuje przecież we współ­
czesnej, literackiej i filmowej, twórczości.
Amerykański socjolog Peter L . Berger widzi w sylwetce
hiszpańskiego hidalga prototyp nowożytnej osobowości
Zachodu, której podstawowymi cechami mają być wyzwole­
nie i samotność. „U progu epoki nowożytnej — pisze Berger
— spotykamy samotną postać, odbywającą dziwaczną po­
dróż. To Don Kichot jadący przez ponury i nieurodzajny
krajobraz (krajobraz monoteistyczny, przypominający inne
pustynie, gdzie dziwne głosy przemawiają do innych, samo­
tnych ludzi). (...) W swych subiektywnych normach i moty­
wacjach Don Kichot reprezentował oczywiście świat śred­
niowieczny, który w szybkim tempie stawał się nie do
przyjęcia. Zarazem jednak był on zapowiedzią tych wszyst­
kich samotnych postaci, które zrodziły świat nowożytny
— większość z nich to rycerze o smutnych obliczach,
zdobywcy królestw przestrzeni i umysłu, badacze i wynalaz­
cy — a wszystkie szalone w oczach swych współczesnych
1

2

Jeżeli Don Kichot stoi, jak uważa amerykański socjolog,
u źródeł nowożytnej, europejskiej koncepcji osobowości to
także z tego względu, iż jego mit jest w istocie mitem książki.
Od samego początku uwikłany był w pismo, stwarzając
idealną, wręcz wzorcową sytuację hermeneutyczną. Korze­
niem mitu Don Kichota jest odczytanie i zawierzenie. Nie
przypadkiem filozofowie i teoretycy literatury tak chętnie
określają bohatera Cervantesa mianem „rycerza wiary".
Wierzącego, pisze Stanisław Cichowicz w kontekście hermeneutycznej teorii Ricoeura, cechuje „ufność pokładana
w tekście, w symbolu, w hierofanii". „Wierzący nie jest
panem tekstu, wręcz przeciwnie — to tekst panuje nad
wierzącym, który pozwala prowadzić się jego sensowi.
Prawdziwym przyswojeniem sobie tekstu jest zdobycie się na
uległość wobec niego, nic innego. Akt hermeneutyczny jest
w swojej istocie wysłuchaniem i usłuchaniem, o ile towarzy-

66

7

8

9

10

Fikcje, w opowiadaniu Pierre Menard, autor Don Kichota

argentyński pisarz powołuje do życia jeszcze jednego twórcę
sylwetki hiszpańskiego rycerza...
„Zamyka się krąg lektur — pisze w książce Cervantes czyli
krytyka sztuki czytania Carlos Fuentes. — Cervantes, autor
Borgesa, Borges, autor Pierre'a Menarda, Pierre Menard,
autor Don Kichota."
Krąg ten jest jednak dużo szerszy.
„Nic dziwnego — pisze Nabokov — że poczciwy rycerz
dobrze się miał i mnożył się, jak świat długi i szeroki, by
wreszcie wszędzie po równi czuć się u siebie: czy to jako
postać karnawałowa na festynie w Boliwii, czy jako abstrak­
cyjny symbol szlachetnych, lecz pozbawionych kręgosłupa
aspiracji politycznych w dawnej Rosji." Dostojewski wczy­
tywał się w Don Kichota pisząc Idiotę, a Tołstoj — Annę
Kareninę. Hiszpański rycerz rzuca swój, jak to określił
Nabokov, długi cień także na Martwe dusze Gogola. Wtopił
się zresztą również i w polski pejzaż. Odnajdujemy go na
przykład w wierszu Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego:
11

12

Ty jeden wielki znasz to, Don Kichocie,
sadzona rzędem topól polska droga
i rozwichrzone czapy strzech
przy płocie jak gniazda ptasie,
ale jak bez ptaków,
ckliwe człapania końskie trakt -

�noga za n o g ą - o melancholio!
w klekocie w i a t r a k ó w . . .

1 3

p r z y d a ł a ucieczka Gauguina z Europy, wysłała j u ż A r t u r a
R i m b a u d a do A b i s y n i i . Pchnie ona Blaise Cendrarsa d o k o ł a
k u l i ziemskiej, Leirisa do A f r y k i , A r t a u d a do I n d i a n Tarahum a r a . " Bierce'owi t a k ż e k a ż e p o j e c h a ć do M e k s y k u , by
t a m s z u k a ć swego celu i przeznaczenia, swego k o ń c a . Bo
„ p o d r ó ż — m ó w i bohater Fuentesa — bywa smutna dla
tego, k t o zostaje i piękniejsza nad wszystko dla tego, k t o
w n i ą w y r u s z a . " „ W s ł o n e c z n e p o p o ł u d n i e — pisał sam
Bierce w opowiadaniu Chickamauga — m a ł y c h ł o p c z y k
w y m k n ą ł się z surowego d o m u na polanie i nie z a u w a ż o n y
przez nikogo z a p u ś c i ł się w las. Cieszył się s w o b o d ą ,
p o d n i e c a ł a go r a d o ś ć w y p r a w y w n i e z n a n e . "
„Wygnany
tutaj — pisał R i m b a u d — m i a ł e m scenę, by o d g r y w a ć
dramatyczne arcydzieła wszystkich l i t e r a t u r . " Słowa te
z p e w n o ś c i ą p o w t ó r z y ł b y za n i m z a r ó w n o Bierce — bohater
powieści i filmu, j a k też Bierce — t w ó r c a powieści w ł a s n y c h .
Carlos Fuentes — a za n i m reżyser filmu Luis Puenzo
— s w ą historię zbuntowanego pisarza, jego ucieczki i śmierci
skonstruowali w formie o p o w i e ś c i , k t ó r e j m a t e r i ę s t a n o w i ą
okruchy skandalu, ekscytacja t a j e m n i c ą , m o t y w y z ludo­
wych, m e k s y k a ń s k i c h legend. Są historie, k t ó r e fascynują
nieprzejrzystością, brakiem odpowiedzi. N a l e ż y do nich
c h o ć b y symboliczna, filmowa o p o w i e ś ć Petera Weira Piknik
pod Wiszącą Skałą l u b , j a k ż e podobna, Przygoda A n t o n i o niego, k t ó r e j bohaterka, A n n a , znika tajemniczo na jednej ze
ś r ó d z i e m n o m o r s k i c h wysepek. Fuentes i Puenzo zajrzeli
w g ł ą b skały, zafascynowani m o ż e bardziej odtworzeniem
pewnej s t r u k t u r y myśli mitycznej, reguł mityzacji p o d o b n y c h
z d a r z e ń aniżeli k o n t e m p l a c j ą sacrum. „ N i g d y nie poznamy
o k o l i c z n o ś c i jego odejścia — pisał M i c h a ł S p r u s i ń s k i — c h o ć
istnieje k i l k a n a ś c i e najróżniejszych wersji, a d ł u g o jeszcze po
1914 zniknięcie ' n a j u k o c h a ń s z e g o i najbardziej p r z e k l ę t e g o
człowieka K a l i f o r n i i ' b y ł o sensacją prasy." „ T a j e m n i c z e
okoliczności zgonu — ciągnie S p r u s i ń s k i we wstępie do
jedynego wydanego w Polsce z b i o r u o p o w i a d a ń a m e r y k a ń s ­
kiego pisarza — stworzyły legendę Bierce'a, 'sekretarza Boga
i sekretarza D i a b ł a ' , u s c h y ł k u X I X wieku d y k t a t o r a literac­
kiego na Z a c h o d n i m W y b r z e ż u , dziennikarza — szydercy
— c z ł o w i e k a , k t ó r y nie p o z o s t a w i a ł n i k o g o o b o j ę t n y m . "
P o w i e ś ć Fuentesa i skonstruowany na jej podstawie film
p r z e d s t a w i a j ą w istocie h i s t o r i ę p o d w ó j n e g o z n i k n i ę c i a
— zniknięcia Ambrose Bierce'a i r ó w n i e tajemniczego zagi­
nięcia na K u b i e ojca a m e r y k a ń s k i e j guwernantki na hacjendzie, H a r r i e t Winslow. Ona t a k ż e przybywa do Meksysku
w czasie rewolucji, aby uczyć dzieci m e k s y k a ń s k i e g o hacjendera, M i r a n d y . Przed samym jej przyjazdem jednak M i r a n d a
wraz z r o d z i n ą ucieka, a na hacjendzie stacjonuje p o w s t a ń ­
czy o d d z i a ł g e n e r a ł a Tomasa A r r o y o , k t ó r y tutaj u r o d z i ł się
1 8

Przez pryzmat Don Kichota patrzy na p o l s k ą k u l t u r ę
Gunter Grass, k t ó r y m i t y c z n ą p o s t a ć h i s z p a ń s k i e g o rycerza
stawia, j a k pisze Janion „ w samym centrum swego obrazu
polskości".
N i e s p o s ó b zresztą wyliczyć t u wszystkich dotychczaso­
w y c h literackich i f i l m o w y c h wcieleń D o n K i c h o t a , wszyst­
k i c h „ d z i w n y c h " b o h a t e r ó w , j a k i m i z a o w o c o w a ł archetyp
tego b ł ę d n e g o rycerza. D o ś ć z a u w a ż y ć , że w o w y m k r ę g u nie
umieścił Fuentes samego siebie. N a kartach powieści Stary
gringo, na kanwie k t ó r e j p o w s t a ł film Luisa Puenzo, mek­
s y k a ń s k i pisarz p o w o ł a ł do życia swojego w ł a s n e g o , nowego
Don Kichota.
Don Kichot jest k s i ą ż k ą p o d r ó ż y . P o d r ó ż y wszelkiego
rodzaju — w przestrzeni i w czasie, w g ł ą b u m y s ł u i w głębiny
duszy. „ T e j n a j s m u t n i e j s z e j
książki nie zapomni
z a b r a ć ze s o b ą człowiek na ostatni s ą d B o ż y " — pisał
F i o d o r Dostojewski. Tomasz M a n n „ o p r a w n e w p o m a r a ń ­
czowe p ł ó t n o t o m i k i " wiózł ze s o b ą w i n n ą p o d r ó ż w za­
światy — za ocean, do A m e r y k i . D z i e ł o Cervantesa p r o w a ­
dzi a m e r y k a ń s k i e g o pisarza, A m b r o s e Bierce'a po bez­
d r o ż a c h k r a i n y śmierci, j a k ą stał się M e k s y k w zgiełku
rewolucji Pancho V i l l i .
Pojęcie gringo jest w j ę z y k u h i s z p a ń s k i m p o g a r d l i w y m ,
slangowym o k r e ś l e n i e m b i a ł e g o , zwłaszcza b i a ł e g o A m e r y ­
kanina. Oznacza, i n n y m i słowy, cudzoziemca, obcego, tego,
k t ó r y przybywa z oddali; p r z y b ł ę d ę . T a k właśnie n a z y w a j ą
Meksykanie dziwnego, starego A m e r y k a n i n a , k t ó r y z nie­
z r o z u m i a ł y c h p o w o d ó w i w niejasnym celu pojawia się nagle
w ich świecie w samym ś r o d k u rewolucji, w centrum
p o w s t a ń c z y c h w y d a r z e ń . I t y m właśnie k r ó t k i m s ł o w e m
o p i s a ł Fuentes — a za n i m reżyser filmu, figurę losu (losu
obcego, w ę d r o w c a po nieswojej ziemi) Ambrose Bierce'a,
autentycznego a m e r y k a ń s k i e g o pisarza i dziennikarza, k t ó r y
z a g i n ą ł tajemniczo w M e k s y k u w czasie rewolucji Pancho
Villi.
D o ś w i a d c z e n i e obcości i z w i ą z a n e j z n i ą p o d r ó ż y niejed­
n o k r o t n i e o d g r y w a ł o zasadnicze znaczenie w kulturze. „ D o brześ zrobił, odjeżdżając, A r t u r z e R i m b a u d ! Jest nas k i l k u
w i e r z ą c y c h z t o b ą bezpodstawnie w m o ż l i w o ś ć s z c z ę ś c i a "
— s ł o w a te d e d y k o w a ł wyjeżdżającemu poecie Rene Char.
T y c h „ k i l k u " to pozostali wyznawcy ruchu, czy też trendu
w świecie artystycznym, k t ó r y James Clifford nazywa „ p o s t s y m b o l i s t y c z n ą p o e t y k ą porzucenia" (przemieszczenia,
wyjazdu — postsymbolic poetics of displacement). „ P o e t y k a
ta — pisze a m e r y k a ń s k i antropolog — k t ó r e j d r a m a t y z m u
1 4

1 5

1 6

17

19

20

21

2 2

67

i

�i w y c h o w a ł j a k o n i e ś l u b n e dziecko hacjendera. T o , co dzieje
się p ó ź n i e j , jest o p o w i e ś c i ą o drodze k u śmierci. Śmierć jest t u
logicznym i nieuchronnym k o ń c e m historii, jest przez wszys­
t k i c h oczekiwana, bowiem, j a k n a p i s a ł sam Bierce w swym
ostatnim liście „ z n a l e ź ć się j a k o gringo w M e k s y k u to
dopiero prawdziwa e u t a n a z j a " . M a r q u e z p o w i e d z i a ł b y , że
nie było nigdy śmierci bardziej zapowiedzianej. Korespon­
duje to zresztą z i n n y m i s ł o w a m i samego, autentycznego
Bierce'a: „ z m i e r z a m do M e k s y k u , bo lubię w a l k ę i chcę j ą
z o b a c z y ć . O d pięciu lat niczego nie n a p i s a ł e m . Jestem stary.
Jeśli dowiecie się z M e k s y k u , że postawiono mnie pod ś c i a n ą
i rozwalono na strzępy, to wierzcie, że będzie to najlepszy
sposób pożegnania z życiem."
Fuentes delikatnie p o p r z e p l a t a ł t k a n i n ę opowieści w ą t ­
k a m i z a r c y d z i e ł a Cervantesa. Jego Bierce jest „ w y s o k i m ,
c h u d y m starcem o siwych w ł o s a c h , niebieskich oczach,
z a r ó ż o w i o n e j cerze i zmarszczkach niczym bruzdy na p o l u
k u k u r y d z y , z nogami zwisającymi poniżej s t r z e m i o n . "
A m b i w a l e n t n y , z ł o ż o n y stosunek miejscowych do niego
Fuentes nie przypadkiem p o r ó w n a ł z t y m , j a k „ t a m t e
kaziopasy i g a r k o t ł u k i p a t r z y ł y na D o n K i c h o t a , kiedy ten
z a g l ą d a ł do i c h wiosek, d o k ą d n i k t go nie z a p r a s z a ł ,
d o s i a d a j ą c cherlawej szkapy i a t a k u j ą c swoją w ł ó c z n i ą
wyimaginowane w o j s k a . " W p o d r ę c z n y m b a g a ż u , obok
rewolweru i d w u w ł a s n y c h książek, m a p o w i e ś c i o w y Bierce
t a k ż e t o m i k Cervantesa. H a r r i e t wiedziała, że gringo „ p r z y ­
był tutaj, by p r z e c z y t a ć Don Kichota, lecz nie wiedziała, że
chciał go p r z e c z y t a ć przed ś m i e r c i ą . " „ N i g d y w życiu nie
z d o ł a ł e m p r z e c z y t a ć Don Kichota. C h c i a ł b y m to uczynić
teraz, przed śmiercią. Sam j u ż na dobre p r z e s t a ł e m p i s a ć "
23

2 4

25

2 6

2 7

2 8

— m ó w i gringo. N a m e k s y k a ń s k i c h b e z d r o ż a c h pisze jednak
jeszcze j e d n ą o p o w i e ś ć — n o w ą o p o w i e ś ć o samotnym,
szalonym rycerzu. A l e czy tak bardzo i n n ą ?
A m e r y k a ń s k i pisarz szuka w M e k s y k u swojej śmierci.
Autentyczny Ambrose Bierce n a p i s a ł : „ T o , co nazywasz
umieraniem, jest po prostu ostatnim b ó l e m . ' ' „ Stary gringo
p r z y b y ł do M e k s y k u , żeby u m r z e ć " — m ó w i ą Meksykanie.
M a ł y c h ł o p c z y k , bohater opowiadania Chickamauga,u kre­
su swej radosnej wycieczki t a k ż e spotyka śmierć. Ś m i e r ć
wieńczy zresztą wszystkie nowele Bierce'a. Spotyka się j ą
zawsze albo z dala o d swoich albo w ś r ó d zgliszcz i r u i n
w ł a s n y c h d o m ó w . Stary gringo umrze w M e k s y k u . T a k
przynajmniej przyjmuje zmityzowana wersja Fuentesa i Puenzo. N i e będzie m u dana, j a k D o n K i c h o t o w i , śmierć we
w ł a s n y m ł ó ż k u . Z a k o ń c z e n i e dzieła Cervantesa nie zadowo­
liło niemal nikogo. M a n n pisał na p r z y k ł a d : „ U m i e r a j ą c y
D o n K i c h o t nawraca się. Odzyskuje — co za r a d o ś ć !
— 'zdrowy r o z s ą d e k ' , zapada w długi sen, trwający sześć
godzin, i kiedy się z niego budzi jest zdrowy na duchu. Jego
u m y s ł uwalnia się od o p a r ó w , jakie w n i m w y t w o r z y ł a
ustawiczna lektura obrzydliwych powieści rycerskich: umie­
rający w i d z i , j a k s ą bezsensowne i nikczemne, rozumie 'swoje
s z a l e ń s t w o ' , nie chce j u ż b y ć D o n K i c h o t e m z Manczy,
Rycerzem Ponurego Oblicza, Rycerzem L w ó w , lecz t y l k o
Alonsem K i c h a n o , c z ł o w i e k i e m r o z s ą d k u , c z ł o w i e k i e m ta­
k i m j a k i n n i . Powinno to nas ucieszyć. A l e cieszymy się
dziwnie m a ł o , j e s t e ś m y rozczarowani i pełni ż a l u . " 1 t y l k o
A u d e n u w a ż a , iż , j e d y n y m i c h ( p r z y g ó d — M S ) z a k o ń ­
czeniem m o ż e b y ć t o , k t ó r e n a m daje Cervantes, to znaczy
odzyskanie zdrowego r o z s ą d k u i ś m i e r ć . " A u d e n zdaje się
b y ć jednak w y j ą t k i e m . W i ę k s z o ś ć c z y t e l n i k ó w i k r y t y k ó w
c h c i a ł a b y widzieć D o n K i c h o t a do k o ń c a b ł ę d n y m , do k o ń c a
rycerzem, do k o ń c a szalonym.
2 9

3 0

3 1

3 2

Czy tak jednak nie było? C z y m był, czym jest ó w
odzyskany dom? O b ł ę d D o n K i c h o t a jest n i e o d w o ł a l n y ,
u w a ż a M i c h e l Foucault. „ N i c nigdy go nie przywiedzie do
prawdy ani do r o z u m u . O t w a r t y jest tylko na rozdarcie,
a s t a m t ą d — na ś m i e r ć (...) Ś m i e r ć D o n K i c h o t a n a s t ę p u j e co
prawda w atmosferze uspokojenia, p o w r o t u w ostatniej
chwili do rzeczywistości i r o z s ą d k u . (...) Lecz czyż ta
raptowna m ą d r o ś ć nie jest ' n o w y m s z a l e ń s t w e m ' , k t ó r e m u
weszło do g ł o w y ? " M o ż l i w e zresztą, że m a m y t u d o
czynienia z u s t ę p s t w e m na rzecz „ f u n e r a l n y c h " o b y c z a j ó w
3 3

68

epoki. „ N a w e t szaleniec D o n K i c h o t — pisze znawca tematu
Phillipe Aries — nie stara się uciec przed śmiercią w m r z o n k i ,
na j a k i c h strawił ż y c i e . " „ W s z a k ż e nawet śmierć nie
przynosi spokoju — konkluduje Foucault — s z a l e ń s t w o
zatryumfuje raz jeszcze, prawda, j a k na szyderstwo wiekuis­
ta, przetrwa ostatnie t c h n i e n i e . " T o o b ł ę d uczyni rycerza
n i e ś m i e r t e l n y m . „ G d y ż kiedy D o n K i c h o t o d z y s k a ł na ł o ż u
śmierci z d r o w y r o z s ą d e k , cały świat b ł a g a ł go, by z n o w u stał
się g ł u p c e m [szaleńcem] i z a p e w n i a ł , że w rzeczywistości jego
z ł u d z e n i a były r e a l n o ś c i ą " — pisze W i l h e l m Kaiser. Po­
w r ó t do d o m u jest z ł u d n y i oznacza jedynie ś m i e r ć . „ O t r z e ź ­
wienie — pisze Foucault — m o ż e w o b ł ą k a n i u o z n a c z a ć
t y l k o jedno: rychłe nadejście k o ń c a . " Jak u Bierce'a — d o m
to ruiny i zgliszcza, to wspomnienie zaklęte w pustych,
w y m a r ł y c h pokojach, to u p i o r y przeszłości. W żadnej z no­
wel tego pisarza nie jest d o m b e z p i e c z n ą , ciepłą p r z y s t a n i ą .
W ż a d n e j z nich nie m a do d o m u p o w r o t u — tak, j a k nie ma
p o w r o t u d o przeszłości. M a ł y c h ł o p c z y k z opowiadania
Chickamauga „ W g o r e j ą c y m b u d y n k u p o z n a ł swój d o m . "
Dom? „Czyje pomocne ramiona, j a k a dobra godzina przy­
w r ó c ą m i tę ojczyznę m o i c h s n ó w i wszystkich u n i e s i e ń ? "
— p y t a ł w ę d r o w i e c R i m b a u d . „ D o d o m u , dziwne w y r a ż e n i e !
(...) D o d o m u — co to w o g ó l e z n a c z y ? " — pisał w eseju
Podróż przez ocean z „Don Kichotem" Tomasz M a n n .
W poetyce b e z d o m n o ś c i zatopiona jest r ó w n i e ż bohaterka
powieści Fuentesa, Harriet, k t ó r a p o m y ś l a ł a o generale
A r r o y o , że „ b y ć m o ż e , człowiek ten był zdolny z r o b i ć t o ,
czego nie m o ż n a w y m a g a ć od n i k o g o , w r ó c i ć do rodzinnego
ogniska i p r z e ż y ć jeden z najstarszych m i t ó w l u d z k o ś c i :
p o w r ó t do w ł a s n y c h pieleszy, do ciepłego d o m u naszych
początków.
3 4

35

3 6

3 7

3 8

3 9

40

' T o niemożliwe — p o w i e d z i a ł a do siebie samej — i wcale
nie dlatego, że prawdopodobnie miejsca takiego j u ż nie ma.
N a w e t gdyby jeszcze istniało, nic w n i m nie b y ł o b y takie
samo, ludzie się starzeją, rzeczy się niszczą, uczucia się
zmieniają. N i g d y nie m o ż e s z n a p r a w d ę w r ó c i ć d o rodzin­
nego ogniska, c h o c i a ż miejsce to b y ł o b y identyczne, z t y m i
samymi l u d ź m i , jeżeli przypadkiem zdołali przeżyć, bo ci
ludzie nie s ą tacy sami, t y l k o po prostu t r w a j ą t a m w t y m
s w o i m istnieniu.' (...) Ognisko rodzinne to p a m i ę ć . Jedyna
prawdziwa p a m i ę ć , a więc p a m i ę ć jest naszym d o m o w y m
ogniskiem ( , . . ) . " W filmie Puenzo aktorzy n o s z ą c y maski
śmierci śpiewają b a l l a d ę , p r z e p o w i a d a j ą c ą koniec g e n e r a ł a
A r r o y o , k t ó r y „ z r o b i ł to, czego r o b i ć nie w o l n o — wrócił do
miejsca urodzenia". Przepowiednia o k a z a ł a się b y ć praw­
dziwa. A r r o y o zginie, a na zniszczonej hacjendzie ocaleje
jedynie lustrzana sala balowa...
4 1

Skoro obłęd D o n K i c h o t a jest n i e o d w o ł a l n y i był w stanie
p r z e t r w a ć śmierć, skoro marzenie o powrocie do d o m u
okazuje się b y ć t y l k o u ł u d ą , nic dziwnego, że w centrum
z a i n t e r e s o w a ń badaczy literatury i filozofów zajmujących się
dziełem Cervantesa z n a l a z ł a się kwestia s z a l e ń s t w a jego
bohatera. Wydaje się jednak, że w swoim w ł a s n y m świecie
i D o n K i c h o t , i jego odległy potomek Ambrose Bierce nie są
szaleni. D l a D o n K i c h o t a n a j w y ż s z y m s z a l e ń s t w e m okazuje
się wszak odzyskanie r o z u m u . Prowadzi b o w i e m do melan­
cholii, a ta jest przecież k l a s y c z n ą f o r m ą choroby, z w i ą z a n e j
z o b ł ę d e m . N a poziomie symbolicznym obaj są jednak
przybyszami z innego ś w i a t a . N i c z y m k l o w n i Starobinskiego
zjawiają się w ś r ó d nas j a k o „ o b c y z mrocznego o b r z e ż a " ,
p o p e ł n i a j ą c „ s z a l e ń s t w o przekroczenia granic swego królest­
w a " . „Jeżeli k l o w n jest t y m — pisze Starobinski — k t ó r y
przybywa z 'gdzie indziej', mistrzem tajemnych przejść,
przemytnikiem, k t ó r y przekracza zakazane granice, zro­
zumiemy teraz dlaczego w c y r k u , na scenie tak w i e l k ą w a g ę
przywiązuje się zawsze do jego entree. K a ż d y prawdziwy
k l o w n wynurza się z innej przestrzeni, z innego wszech­
świata; jego wejście p o w i n n o o z n a c z a ć przekraczanie granic
rzeczywistości i nawet p o d p o z o r a m i największej j o w i a l n o ś c i
powinien w y d a w a ć n a m się z j a w ą . "
4 2

H i s t o r i ę o b u b ł ę d n y c h rycerzy — D o n K i c h o t a i starego
gringo — rozpoczyna klasyczne klownowskie entree. O b u
poznajemy w chwili porzucenia d o m u i r o z p o c z ę c i a w ę d r ó -

�w k i . W momencie, kiedy dla swego otoczenia t r a c ą r o z u m
i stają się s z a l e ń c a m i . „ T a k i m przybyszem — pisze o Bierce'ie S p r u s i ń s k i — obcym w ś r ó d obcych zdaje się od czasu
dzieciństwa a ż po ś m i e r ć . " Obaj zresztą — i a m e r y k a ń s k i
pisarz, i jego h i s z p a ń s k i protoplasta — s ą o d samego
p o c z ą t k u obcy, obaj n a d c h o d z ą niczym zjawy z głębi swego
o b ł ę d u , p r z e k r a c z a j ą c w realnych i duchowych w ę d r ó w k a c h
prawdziwe i symboliczne granice, „ j a k gdyby granica — p i ­
sze o starym gringo Fuentes — k t ó r ą pewnego dnia prze­
kroczył, z n a j d o w a ł a się w powietrzu, a nie na z i e m i . "
N i c z y m klasyczny błazen k r ó l a , Bierce staje się m ą d r y m
d o r a d c ą , d o b r y m duchem m ł o d e g o , s a m o z w a ń c z e g o w ł a d c y
hacjendy. Bowiem j a k o przybysz z z e w n ą t r z , z innego świata,
zapewnia m u k o n t a k t ze ź r ó d ł a m i magicznej m ą d r o ś c i
p ł y n ą c y m i spoza granic k r ó l e s t w a i s t a n o w i ą c y m i alter­
n a t y w ę wobec mocy centrum.
4 3

4 4

T a k samo w a ż n e jest jednak r ó w n i e ż odejście b ł a z n a .
H i s t o r i a domaga się z a k o ń c z e n i a . „ M i t (...) powinien mieć
z a k o ń c z e n i e , szczęśliwe albo nieszczęśliwe, ale przewidzia­
n e " — pisał w Świętej strefie Fuentes. Z w r a c a ł też na to
u w a g ę Starobinski: „ P o d p o s t a c i ą ofiary odkupicielskiej
k l o w n wygnany jest ze ś w i a t a ; obarczony naszymi grzechami
i naszym wstydem odchodzi w śmierć: poprzez jego odejście
my z kolei o s i ą g a m y z b a w i e n i e . " T o właśnie ta śmierć
b ł a z n a , k t ó r ą o z n a j m i a ł a smutna melodia, grana na t r ą b c e
w o p u s t o s z a ł y m c y r k u w Klownach Felliniego. I śmierć
Gelsominy z La strady, k t ó r a r ó w n i e ż lubiła g r a ć na t r ą b c e
i u m a r ł a w p r z y g o d n y m , n a d m o r s k i m miasteczku. Ś m i e r ć
opuszczonych, niepotrzebnych, starych b ł a z n ó w . Ś m i e r ć
D o n K i c h o t a . I śmierć gringo.
4 5

46

W świecie D o n K i c h o t a wszystko dzieje się na opak. Swym
w i e r n y m n a ś l a d o w n i c t w e m parodiuje o n w istocie święte dla
siebie idee. „ K i e d y poznajemy D o n K i c h o t a — pisze A u d e n
—jest a) biedny, b) nie jest rycerzem, c) m a pięćdziesiąt lat, d )
nie ma nic do r o b o t y z w y j ą t k i e m p o l o w a n i a i czytania
r o m a n s ó w o b ł ę d n y c h rycerzach. Jest c a ł k o w i t y m przeciw­
i e ń s t w e m b o h a t e r ó w , k t ó r y c h podziwia. B r a k m u na przy­
k ł a d epickiej arete urodzenia, urody, siły i t d . " Bierce jest
jeszcze starszy, kiedy postanawia „ p o r z u c i ć g n u ś n e p u c h y "
i o d d a ć się rycerskiemu rzemiosłu. Podobnie j a k śmiali się
współcześni z D o n K i c h o t a , śmieją się m e k s y k a ń s c y po­
w s t a ń c y , kiedy stary gringo deklaruje swe pragnienie uczest­
niczenia w walce. O ile jednak D o n K i c h o t jest k r e a c j ą
i r o n i c z n ą , o tyle ironia bohatera Fuentesa i Puenzo jest
w p e w n y m sensie jego profesją. O ile D o n K i c h o t jest p a r o d i ą
rycerskiego etosu, o tyle gringo uprawia a u t o p a r o d i ę . Bierce
jest bowiem, w przeciwieństwie do h i s z p a ń s k i e g o rycerza,
u r o d z o n y m i d o ś w i a d c z o n y m ż o ł n i e r z e m . O d z n a c z a j ą c się
cechami, k t ó r e zjednują m u powszechny szacunek (dostojny
w y g l ą d i zachowanie, odwaga i celne o k o ) , cechami ż y w c e m
wyjętymi z rycerskich k o d e k s ó w , Bierce odnosi się do nich
z szyderstwem i i r o n i ą . I r o n i a ta jest zresztą d u ż o szersza.
D o t y k a r ó w n i e ż pojęć najświętszych, takich j a k n a r o d o w y
honor, patriotyczny o b o w i ą z e k , lojalność wobec flagi. „ N a ­
ś m i e w a ł się z Boga, z Ojczyzny, z P i e n i ą d z a " — powie
o swoim bohaterze Fuentes. K p i n y Bierce'a z h o n o r u ,
z a r m i i , k t ó r a jest tego h o n o r u symbolem i o b r o ń c ą , czynią
z niego klasycznego b ł a z n a , w i a d o m o b o w i e m , że ś r e d n i o ­
wieczne korzenie b ł a z e ń s t w a sięgają właśnie owego przeciw­
stawienia się rycerskiemu etosowi, k t ó r e g o w s p ó ł c z e s n ą
k o n t y n u a c j ą jest etos żołnierza. Ponad wszelkimi r ó ż n i c a m i
w z n o s z ą się jednak, j a k ż e d o siebie podobne, dwie sylwetki:
D o n K i c h o t a , pierwszego w historii b ł a z e ń s t w a b ł a z n a
(szaleńca) na k o n i u c h o ć b y była n i m t y l k o n ę d z n a , grotes­
kowa, k o ś c i s t a chabeta i Ambrose Bierce'a — „ s t a r e g o ,
postrzelonego angola na b i a ł y m k o n i u " , j a k n a z y w a j ą go
w filmie Puenzo; l u b , j a k u Fuentesa, „ d z i w n e g o siwego
j e ź d ź c a na b i a ł y m k o n i u . "
4 7

4 8

4 9

Z a r ó w n o w filozoficznej metaforze, j a k i w m y ś l e n i u
potocznym b ł a z n a u w a ż a się za wyraziciela prawdy. Prawdy
w kategoriach pojęcia idealnego. Bierce jest szydercą-ironistą, wcieleniem ducha sokratejskiego. Prawda D o n K i c h o t a
wydaje się b y ć p r a w d ą wiary. Za w s z e l k ą cenę p r ó b u j e

h i s z p a ń s k i rycerz ocalić p r a w d ę — s w o j ą p r a w d ę . „ J a k ż e
ocalić p r a w d ę ? — zapytuje w p o ś w i ę c o n y m D o n K i c h o ­
t o w i eseju Kłamstwo
kłamstwem
się podpiera F i o d o r D o ­
stojewski. N o i w y m y ś l a ( D o n K i c h o t - M S ) dla ocalenia
prawdy inne marzenie, ale j u ż d w a k r o ć , t r z y k r o ć fantastyczniejsze, bardziej prostackie i niedorzeczne niż pierwsze.
A więc r e a l i z m o w i s t a ł o się z a d o ś ć , p r a w d a , wiarygo­
d n o ś ć są o c a l o n e i wierzyć w pierwsze, g ł ó w n e marzenie
m o ż n a j u ż bez zastrzeżeń — a wszystko jedynie dzięki
drugiemu, znacznie bardziej niedorzecznemu urojeniu, zmy­
ś l o n e m u t y l k o d l a uratowania p r a w d o p o d o b i e ń s t w a
p i e r w s z e g o . " „ N a d c h o d z i jednak chwila — pisze Ortega
у Gasset — gdy w jego nieprzeniknionej duszy zaczynają się
r o d z i ć p o w a ż n e w ą t p l i w o ś c i co do sensu w y k o n y w a n y c h
c z y n ó w i w ó w c z a s p o j a w i a j ą się u Cervantesa s ł o w a przepo­
jone g o r y c z ą i smutkiem. (...) 'Sercem jego o w ł a d n ę ł a
melancholia — powiada poeta. — N i e c h c i a ł o m u się nawet
jeść — dodaje — cały b y ł p o g r ą ż o n y w czarnych m y ś l a c h
i melancholii'. ' D a j m i u m r z e ć — zwraca się do Sancha
50

51

— niech mnie d o b i j ą moje myśli i moje n i e s z c z ę ś c i a ' . "
Melancholia, ta s ł y n n a donkichotowska melancholia, k t ó r a
w Grassa Wariacjach na temat miedziorytu Albrechta Durera
..Melancholia I" pojawia się j a k o p r z e c i w i e ń s t w o U t o p i i i ,
w Don Kichocie zwiastuje przeczucie prawdy innej niż ta, j a k ą
d o t ą d z z a p a ł e m w y z n a w a ł . Prawdy, j a k pisze Kaiser „ n i e u ­
chwytnej i trudnej, niepewnej i p a r a d o k s a l n e j . " M e l a n ­
cholia zawsze b y ł a i jest u w a ż a n a za c h o r o b ę . „(...) zbiorcze
o k r e ś l e n i e melancholia — pisze Grass — nie z a t r a c i ł o nigdy
przypisywanego m u znaczenia r ó w n e j o b ł ę d o w i lub z n i m
spokrewnionej c h o r o b y . " K i e d y D o n K i c h o t odzyskuje
zdrowy r o z s ą d e k , popada w o b ł ę d melancholii. A l e nie
ucieka przed w ą t p l i w o ś c i a m i . Jest t y l k o jeszcze bardziej
samotny niż kiedyś. Ś w i a t się z d e s a k r a l i z o w a ł . Dulcynea jest
nie t y l k o D u l c y n e ą . B y ć m o ż e w i a t r a k i są z a r ó w n o wiat­
rakami, j a k i olbrzymami. K t o ma rację? T a k j a k w materii
dzieła p r z e n i k a j ą się dwa światy: epicki, realny świat Sancho
Pansy i iluzyjny, liryczny świat jego pana — tak w życiu
m o ż l i w e są r ó ż n e odpowiedzi. C ó ż jeszcze pozostaje po
t a k i m odkryciu? Jedynie — j a k pisał Borges — „ B y ć
Alonsem Quijano i nie m i e ć odwagi, aby stać się D o n
Kichotem."
52

5 3

5 4

Ó w w g l ą d w z ł o ż o n ą kwestię r e a l n o ś c i , ó w r o z s ą d e k , k t ó r y
jest w istocie „ n a j w y ż s z y m s z a l e ń s t w e m " i p r o w a d z i do
„ o b ł ę d u m e l a n c h o l i i " przedstawia p r a w d z i w ą m ą d r o ś ć błaz­
na. T a m ą d r o ś ć bywa przenikliwa, gorzka i samotna. A l e ,
paradoksalnie, ó w właśnie w g l ą d , uzyskany przez D o n
K i c h o t a jest momentem inicjacyjnym, k t ó r y pozwala m u do
rangi b ł a z n a a w a n s o w a ć . Wyzwolenie przynosi dopiero
śmierć. D l a D o n K i c h o t a jest to wyzwolenie od s m u t k u
i melancholii, o d o b ł ę d u rzeczywistości. D l a bohatera powie­
ści Fuentesa i filmu Puenzo — r ó w n i e ż . O ł a s k ę śmierci
m o d l i ł się p r a w d z i w y Bierce, m o d l i się też Bierce Fuentesa.
W opowiadaniu Bierce'a Coup de grace „ K a p i t a n M a d w e l l
r o z u m i a ł to spojrzenie, zbyt często p a t r z y ł w oczy tych,
k t ó r y c h wargi potrafiły jeszcze s f o r m u ł o w a ć b ł a g a n i e
o śmierć. Ś w i a d o m i e lub n i e ś w i a d o m i e ó w strzęp ludzi, ó w
m i k r o k o s m o s boleści, ubogi, odarty z bohaterstwa Prome­
teusz — b ł a g a ł wszystko, co istnieje, o ł a s k ę n i e p a m i ę c i . D o
ziemi i nieba, d o drzew, do c z ł o w i e k a , k t ó r y nad n i m stał, k u
k a ż d e j drobinie czucia czy ś w i a d o m o ś c i k i e r o w a ł to milczące
wołanie.
O co, w rzeczy samej? O to, czego nie szczędzimy
najnędzniejszemu stworzeniu, niezdolnemu tego p r a g n ą ć ,
a o d m a w i a m y t y l k o n i e s z c z ę ś n i k o m w ludzkiej s k ó r z e
— o b ł o g o s ł a w i o n e wyzwolenie, akt najwyższego w s p ó ł ­
czucia: coup de g r a c e . " T e słowa Carlos Fuentes w k ł a d a
w usta swego bohatera. O n , ten stary b ł a z e n - b l u ź n i e r c a , ten,
j a k sam o sobie powie, „ g o r z k i i sardoniczny u c z e ń d i a b ł a "
b ł a g a o łaskę śmierci Boga, k t ó r e g o p r z e k l ą ł i odrzucił.
Stary gringo szuka śmierci. L u d w i k Stomma przypisuje
b ł a z n o w i „ c i ą g o t y do k u l t u ś m i e r c i . " „ P r a g n ę b y ć dobrze
w y g l ą d a j ą c y m t r u p e m " — powtarza wielokrotnie Bierce.
Z m o t y w e m śmierci ściśle z w i ą z a n y jest u Fuentesa i Puenzo
55

5 6

5 7

69

�obraz pustyni. W a r t o przy okazji w s p o m n i e ć , że tej samej
pustyni — pustyni Chihuahua — p o ś w i ę c o n e są strony
w innej powieści o uciekinierze, p o r z u c a j ą c y m świat, w po­
wieści М а х а Frischa Stiller. T o właśnie pustynia n a u c z y ł a
starego gringo umierania. A do pojechania na n i ą z m u s i ł go
j a k i ś w e w n ę t r z n y nakaz, głos przeznaczenia, k t ó r e m u nie
p o t r a f i ł się o p r z e ć . Przypomnijmy s ł o w a Bergera: „ k r a j o b r a z
monoteistyczny, p r z y p o m i n a j ą c y inne pustynie, gdzie dziw­
ne głosy p r z e m a w i a j ą do innych, samotnych l u d z i " . Przypo­
m n i j m y też spotkanie Rycerza ze Śmiercią na o d l u d n y m
m o r s k i m w y b r z e ż u w Siódmej pieczęci Bergmana. Ż y c i e
Bierce'a t a k ż e przypomina pakt zawarty ze śmiercią. O n
„ N i e należy do naszych — m ó w i p o w s t a ń c z y g e n e r a ł A r ­
r o y o . — Nie wierzy w rewolucję. Wierzy w ś m i e r ć . " T o ona
ofiarowuje Bierce'owi szaleńczą o d w a g ę , s p o k ó j i przenik­
liwą m ą d r o ś ć . W zamian za d u s z ę i ciało śmierć obdarza go
s w ą ł a s k ą , coup de grace.
5 8

W wymiarze symbolicznym śmiercią jest j u ż sama w ę d ­
r ó w k a do innego ś w i a t a za p o ł u d n i o w ą g r a n i c ą — do
M e k s y k u . „ S t a r y gringo u m a r ł w M e k s y k u . T y l k o dlatego,
że p r z e k r o c z y ł g r a n i c ę " — wierzą Meksykanie. Po śmierci
jeździ się na p o ł u d n i e , do kraju, gdzie „ ś m i e r ć nie jest
k o ń c e m a jedynie p o c z ą t k i e m " . W M e k s y k u H a r r i e t zoba­
czyła k r a i n ę śmierci, „ z o b a c z y ł a tę w y s c h n i ę t ą i b r z y d k ą
ziemię, j a k k o l w i e k za s p r a w ą swego d r a m a t y z m u nie po­
z b a w i o n ą p i ę k n a , ziemię t w a r d ą , o d a r t ą z h o j n o ś c i , po­
z b a w i o n ą ł a t w o r o d z ą c y c h się o w o c ó w , ziemię, k t ó r e j nieli­
czne p ł o d y m u s i a ł y się r o d z i ć z martwego ł o n a i były niczym
dziecko, k t ó r e po wydostaniu się z m a r t w y c h trzewi swej
m a t k i ciągle jeszcze walczy o utrzymanie się przy ż y c i u . "
M e k s y k to dla H a r r i e t t a k ż e b u d z ą c a lęk kompletnie obca
ziemia, „gdzie j e d y n y m przejawem silnej w o l i była uparta
determinacja pozostawania zawsze niczym i n n y m , j a k t y l k o
t y m starym, biednym i chaotycznym k r a j e m . " Podobnie
w s p o m i n a ł M e k s y k Josif Brodski w wierszu
Meksykańskie
romancero. A w poetyce, j a k ż e bliskiej Ziemi jałowej,
tak
pisał o swojej ojczyźnie Octavio Paz: „ L e c z w o d y nie ma,
wszystko tutaj w y s c h ł o / chleb nie smakuje a owoc jest
gorzki."
M e k s y k a ń s k a poezja obfituje zresztą w opisy
topografii krainy śmierci, t u b o w i e m dla bohatera powieści
L i m y Raj,,(...)
p i e k ł o z n a j d o w a ł o się p o ś r o d k u ziemi, a głos
z m a r ł y c h wznosił się i w y d o b y w a ł jej s z c z e l i n a m i . " „ J a piję
t y l k o ze z m a r ł y m i " — m ó w i w filmie Puenzo Tomas A r r o y o ,
siedząc na cmentarzu. F a s c y n u j ą c e i o d p y c h a j ą c e zarazem
demoniczne p i ę k n o M e k s y k u , krainy r o z k ł a d u , zgnilizny
i w s z e c h p a n u j ą c e j śmierci wspomina t a k ż e bohater powieści
Frischa, Stiller.
5 9

6 0

61

6 2

63

M e k s y k jest p r ó c z tego w powieści Fuentesa i filmie
Puenzo mitycznym labiryntem, a w ę d r u j ą c y p o n i m bohate­
rowie Starego gringo p r z y p o m i n a j ą nocne chmury, k t ó r e
„ p r z e p ł y n ę ł y po niebie w poszukiwaniu swego odbicia na
pustyni, ale nie znalazłszy go, nadal p o s u w a ł y się n a p r z ó d ,
zgodnie ze swoim w ę d r o w n y m przeznaczeniem." Jest też
M e k s y k , w poetyckiej metaforze, ciemnym pragnieniem
0 strukturze labiryntu. D l a H a r r i e t M e k s y k b y ł snem.
Lustrzana sala balowa, o s z c z ę d z o n a przez p o w s t a ń c ó w jest
właśnie o w ą s y m b o l i c z n ą b r a m ą snu. S p o ł e c z n y m odzwier­
ciedleniem labiryntowej, pozaziemskiej topografii M e k s y k u
— k r a i n y śmierci —jest p a n u j ą c y w n i m rewolucyjny chaos,
zagubienie dawnych symboli i z n a k ó w . S k ą d i n ą d w i a d o m o ,
że p o s t a ć b ł a z n a u w i k ł a n a jest w symboliczny splot b ł ą k a n i a
się, b ł ę d u , o b ł ę d u , poszukiwania, a w konsekwencji w m i t o ­
logiczną p r z e s t r z e ń labiryntu — b ł ę d y ń c a . M y ś l mityczna
w i ą ż e ze s o b ą szaleńca i b ł ę d n e g o rycerza, o b ł ą k a n e g o
1 p r z e c h o d z ą c e g o inicjację herosa. „ B ł ą d z e n i e = poszukiwa­
nie — pisze Stomma. — K t o poszukuje — b ł ą d z i . Z kolei
' b ł ą d — o b ł ę d — p r z y b ł ę d a — o b ł ą k a n i e ' . Z w i ą z k i te
ujawniają nam istotny, strukturalny sens a t r y b u t u ekscentr y z m u (wariactwa), przydawanego ludziom p o s z u k u j ą c y m .
Ł a c i ń s k i furor, -oris to s z a l e ń s t w o , o b ł ą k a n i e , ale r ó w n i e ż . . .
natchnienie!"
Z l a b i r y n t u s z a l e ń s t w a nie ma ucieczki. P l ą t a n i n a ścieżek
zamyka o d w r ó t . W i e d z i a ł o t y m D o n K i c h o t , wiedział t a k ż e
64

65

70

gringo, gdy o p u s z c z a ł g o ś c i n n e E l Paso i u d a w a ł się na
p u s t y n i ę , tam, gdzie t y l k o „ R e b e l i a i represje, nieszczęścia
i g ł ó d . " „ O n nie m ó g ł j u ż się w y d o s t a ć , c h o ć b y inna b y ł a
jego wola, spod p r z e m o ż n e j w ł a d z y pustyni, na k t ó r ą p r z y b y ł
dobrowolnie ( . . . ) . " Ojczyzna pozostaje w p a m i ę c i j a k o
utracony raj, dobry, swojski świat, kraina życia i p ł o d n o ś c i .
„ H a r r i e t i stary gringo pobiegli teraz m y ś l a m i do innych,
bardziej urodzajnych ziem, do rozlewnych i wiecznie tęsk­
nych rzek, do blasku ł a n ó w pszenicy falujących na r ó w ­
ninach niczym obrus na stole, do ł a g o d n i e p o f a ł d o w a n y c h
dolin przylegających do b ł ę k i t n y c h g ó r i p a r u j ą c y c h masy­
w ó w leśnych. Jeśli chodzi o rzeki, to pomyśleli przede
wszystkim o tych, k t ó r e toczyły swe w o d y na P ó ł n o c y ,
a wtedy cała litania nazw p o p ł y n ę ł a i m z ust niczym s t r u m i e ń
utraconych rozkoszy podczas tego suchego i spragnionego
meksykańskiego zmierzchu."
6 6

6 7

68

Stary gringo nie p o w r ó c i ł do d o m u . Z g i n ą ł z ręki g e n e r a ł a
A r r o y o . Z g i n ą ł j a k k r ó l e w s k i b ł a z e n , k t ó r y w y p o w i e d z i a ł za
wiele prawdy. Z g i n ą ł p o d w ó j n i e — raz zabity s t r z a ł e m
w plecy, drugi raz — u r o c z y ś c i e , podczas honorowej,
żołnierskiej egzekucji, u b o k u swego zabójcy. Jak j u ż wspo­
m n i a ł a m , j e d n y m z e l e m e n t ó w melancholijnego szaleństwa
D o n K i c h o t a jest t ę s k n o t a do śmierci. D o p i ę k n e j śmierci.
Śmierci bohatera. Takiej, j a k romantyczna śmierć na p o l u
b i t w y polskich D o n K i c h o t ó w , k t ó r y m i z a c h w y c a ł się Grass.
W książce i filmie Stary gringo wielokrotnie przewija się ten
w ą t e k , obecny t a k ż e w twórczości samego Bierce'a (por. np.
opowiadanie Filozof). Ś m i e r ć jest t u chwilą o n a j w y ż s z y m
dramatyzmie. Śmierć, j a k b y p o w i e d z i a ł Aries „ p a t e t y c z n a
j a k w epoce romantycznej i samotna j a k śmierć pustel­
n i k a . " M o ż n a p r z y p u s z c z a ć , że idea pięknej śmierci, śmie­
rci bohatera, rysująca się z a r ó w n o w Starym gringo, j a k
i w twórczości Bierce'a (choć tam występuje ona w swej
postaci a rebours, bo, z g o ł a ironicznie, bohaterowie jego
u m i e r a j ą zazwyczaj w s p o s ó b niezwykle o k r u t n y i przypad­
k o w y ) ma korzenie w tej w ł a ś n i e XIX-wiecznej, romantycz­
nej wizji. P o m i m o pozornej desakralizacji patos i waga „ h o r a
m o r t i s " p r z e t r w a ł y w kulturze do dzisiaj, nic więc dziwnego,
że śmierć D o n K i c h o t a w z b u d z i ł a tyle emocji, refleksji
i rozczarowań.
6 9

„ I n o c e n c i o Mansalvo w y r w a ł z t r u m n y na w p ó ł zgniłą
d e s k ę i w t y m momencie u k a z a ł a się twarz starego gringo,
bardziej w objęciach nocy niż śmierci; z ż a r ł a j ą przyroda,
p o m y ś l a ł sobie p u ł k o w n i k Frutos Garcia. O g o r z a ł a , poziele­
n i a ł a twarz, dziwnie u ś m i e c h n i ę t a , bo grymas ust o d s ł o n i ł
dziąsła i zęby, długie, k o ń s k i e , t y p o w o a m e r y k a ń s k i e zęby,
twarz, na k t ó r e j m a l o w a ł się wyraz nieustającej k p i n y . "
Śmierć w y d o b y w a istotę błazeńskiej natury Bierce'a, defor­
m u j ą c jego twarz w k l a s y c z n ą , p r z e w r o t n ą m a s k ę „ c z ł o w i e k a
ś m i e c h u " ; m a s k ę , k t ó r a łącząc w sobie tragizm z elementem
k o m i c z n y m daje ostatecznie efekt szyderczej groteski.
I w niej właśnie, j a k w k r z y w y m zwierciadle, odbija się
b ł a z e ń s k a prawda nie t y l k o o życiu, ale i o śmierci samej.
Prawda, k t ó r a o d p o c z ą t k u do k o ń c a jest n i e z g o d ą na
zastany p o r z ą d e k , p r z e k o r ą i k p i n ą . Ambrose Bierce szykuje
swym p o t o m n y m kolejny ż a r t .

7 0

„ C z e k a na ciebie pusty g r ó b na w o j s k o w y m cmentarzu,
t a t o " — powie Harriet. Świat nie dowie się nigdy, że
w grobie kapitana Winslow spoczywa zaginiony a m e r y k a ń ­
ski pisarz. Nie ma j u ż Ambrose Bierce'a, jest bohaterski
kapitan W i n s l o w . T o będzie dla gringo przepustka do d o m u ,
jego bilet p o w r o t n y . Z k r ę g u s z a l e ń s t w a nie ma ucieczki. D o
d o m u p o w r ó c i ć m o ż n a t y l k o j a k o k t o ś inny. „ P o w i n s z u j c i e
m i , zacni panowie, żem oto j u ż nie D o n K i c h o t e z Manczy,
ale A l o n z o Quijano, k t ó r e g o p o s t ę p o w a n i e z y s k a ł o dawniej
przydomek D o b r e g o " — m ó w i na ł o ż u śmierci bohater
Cervantesa. „ J a t o k t o ś i n n y " — powie poeta. „ N i e jestem
S t i l l e r e m ! " — będzie uparcie twierdził bohater powieści
Frischa. Jako k t o ś inny umiera w a m e r y k a ń s k i m p a ń s t w i e
kolejny uciekinier — bohater filmu A n t o n i o n i e g o Zawód:
reporter, D a v i d Locke, z a m k n i ę t y (jakże symboliczne na­
zwisko) w k r ę g u swego przeznaczenia, k t ó r e g o kresem jest
śmierć. Po drugiej stronie skały A n n a , zaginiona tajemniczo
7 1

7 2

7 3

74

�bohaterka Przygody, m o ż e stać się K l a u d i ą . Jest prawda
ż y w y c h i prawda u m a r ł y c h . Jest, j a k w Pikniku pod
Wiszącą
Skałą, prawda w i k t o r i a ń s k i e j szkoły dla d z i e w c z ą t i p r a w d a
w n ę t r z a skały. P r z y w o ł a j m y jeszcze, na koniec, słynne
k ł a m s t w o , wieńczące Jądro ciemności Conrada. W rozmowie
z n a r z e c z o n ą K u r t z a M a r l o w całkowicie zmienia jego ostat­
nie słowa. Zamiast „ o h y d a , o h y d a " m ó w i : „ O s t a t n i m wyra­
zem, j a k i w y m ó w i ł , b y ł o pani i m i ę " . Ten rodzaj k ł a m s t w a
James Clifford nazywa „ k ł a m s t w e m zbawiennym", „ z b a ­
w i e n n ą fikcją" (saving lie, saving fiction). „ O p r ó c z p r o b l e m u
moralnej dezintegracji K u r t z a — pisze a m e r y k a ń s k i ant­
ropolog — C o n r a d wprowadza temat głębszy i przewrotniejszy: s ł a w n e „ k ł a m s t w o " — w istocie serię k ł a m s t w , k t ó r e
w Jądrze ciemności są fundamentem i w z m a c n i a j ą zarazem
z ł o ż o n ą p r a w d ę narracji M a r l o w a . U j m u j ą c rzecz bardzo
schematycznie — ciągnie C l i f f o r d — u w a ż a m to k ł a m s t w o za
zbawienne. Oszczędzając narzeczonej K u r t z a jego ostatnich
słów, M a r l o w dostrzega i konstytuuje r ó ż n e domeny prawdy
— p r a w d ę m ę s k ą i k o b i e c ą , p r a w d ę m e t r o p o l i i i prowincji.
Prawdy te odzwierciedlają podstawowe struktury w k o n ­
stytuowaniu u p o r z ą d k o w a n y c h z n a c z e ń — wiedzy podzielo­
nej w zależności o d płci, kulturowego centrum i p e r y f e r i i . "
Etnologia d ł u g o c z e k a ł a na swego Conrada, jej przed­
stawiciele oddawali się bowiem tworzeniu „realistycznych,
7

5

76

kulturowych
fikcji." Marlow,
tak j a k D o n K i c h o t , osamot­
niony jest w swej błazeńskiej ś w i a d o m o ś c i w i e l o z n a c z n o ś c i
ś w i a t a . C l i f f o r d proponuje, aby Jądro ciemności o d c z y t a ć
j a k o paradygmat etnograficznej s u b i e k t y w n o ś c i , a jej autora
u z n a ć za patrona nowoczesnej antropologii, k t ó r a ujmuje
k u l t u r ę j a k o z b i ó r kontekstualnych o p o w i e ś c i , j a k o zbioro­
w ą fikcję. Zbawienne, ocalające k ł a m s t w o . . . Być m o ż e to
t a k ż e m i a ł na myśli Dostojewski, gdy we w s p o m n i a n y m j u ż
eseju pisał, iż Don Kichot jest p o w i e ś c i ą , w k t ó r e j p r a w d a
ocalona zostaje dzięki k ł a m s t w u . Bo w p e w n y m momencie
swojej historii cervantesowski rycerz wie j u ż , j a k a to
prawda zostaje ocalona. Zdaje się o n b o w i e m łączyć w sobie
dwie postawy, k t ó r e u Conrada upostaciowane z o s t a j ą
w osobach M a r l o w a i narratora. „ M a r l o w opowiada pewne
s k o ń c z o n e historie — pisze C l i f f o r d . — D r u g i narrator
zbiera je, p o r ó w n u j e i (ironicznie) wierzy w te częściowe
p r a w d y . " D o n K i c h o t w i e, że ocala p r a w d ę i ś w i a d o m jest
swoich z a b i e g ó w . A ś w i a d o m o ś ć t a k a j a k ż e jest bliska
„ p e r s p e k t y w i e osiąganej przez p o w a ż n e g o interpretatora
k u l t u r y , lokalnej, częściowej w i e d z y . " B y ć m o ż e zatem
D o n K i c h o t i jego d u c h o w i spadkobiercy, D o n K i c h o t ze
swoją m e l a n c h o l i ą , z r o d z o n ą z rozpaczy i z w ą t p i e ń m ó g ł b y
stać się, o b o k Conrada, ojcem nowoczesnego spojrzenia na
kulturę?
7 7

78

PRZYPISY
1

E . Mieletinski, Poetyka mitu. Warszawa 1981, s. 348
M. Słowiński, Błazen. Dzieje postaci i motywu, Poznań 1990, s.

3 5

M. Foucault, op.cit., s. 48
W. Kaiser, Praisers of Folly, Cambridge 1963, s. 295
245
M. Foucault, op.cit., s. 48
P.L. Berger, Człowiek Zachodu: wyzwolenie i samotność, "AA. Bierce, Chickamauga, (w:) op.cit., s. 39
neks" nr 43, 1986, s. 3
A. Rimbaud, Iluminacje, (w:) A. Międzyrzecki, op.cit., s. 120
S. Cichowicz, Filozofia i hermeneutyka, (w:) P. Ricoeur, Egzys­
T. Mann, op.cit., s. 303
tencja i hermeneutyka, Warszawa 1985, s. 25
C . Fuentes, Stary..., s. 152
M. Foucault, Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu, War­
J. Starobinski, Portrait de lartiste en saltimbanque, Paris 1970,
szawa 1987, s. 46
s. 132
E . Mieletinski, op.cit., s. 348
M. Sprusiński, op.cit., s. 8
V. Nabokov, Don Kichote, „Pismo literacko-artystyczne" nr 2,
C. Fuentes, Sjary..., s. 13
1986, s. 124
C . Fuentes, Święta strefa. Warszawa 1977, s. 11
T. Mann, Podróż przez ocean z Don Kichotem, (w:) Eseje,
J. Starobinski, op.cit., s. 132
Warszawa 1964, s. 297
W.H. Auden, op.cit., s. 341
M. Cervantes, Don Kichote, Warszawa 1972, cz. II, s. 488
C . Fuentes, Stary..., s. 89
P. Michałowski, Wypisy z „Księgi piasku", „Literatura na
Tamże, s. 67. Por. także W. Kaiser, op.cit., s. 291
Świecie" nr 12, 1988, s. 260
F . Dostojewski, op.cit., s. 264
C. Fuentes, Cervantes czyli krytyka sztuki czytania, Kraków
J. Ortega у Gasset, Rozmyślania o Escorialu, (w:) Dehumaniza­
1981, s. 99
cja sztuki i inne eseje. Warszawa 1980, s. 93
V. Nabokov, op.cit., s. 124
W. Kaiser, op.cit., s. 280
S. R. Dobrowolski, cyt. za: B. Miciński, Pisma. Eseje, artykuły,
G . Grass, Z dziennika ślimaka, Gdańsk 1991, s. 222
listy, Kraków 1970, s. 278-279
J.L. Borges, Sława, „Literatura na Świecie" nr 12, 1988, s. 83
M. Janion, Obraz polskości u Grassa (w:) Projekt krytyki
A. Bierce, Coup de grace, (w:) op.cit., s. 78
fantazmatycznej, Warszawa 1991, s. 121
L . Stomma, Wariat czy geniusz...", maszynopis 1981, s. 4
C . Fuentes, Stary gringo, Kraków 1992
C. Fuentes, Stary..., s. 171
F. Dostojewski, Kłamstwo kłamstwem się podpiera, (w:) O lite­
Tamże, s. 160
raturze i sztuce, Kraków 1976, s. 263
Tamże, s. 10
Cyt. za: A. Międzyrzecki, Legenda Rimbauda, (w:) Rimbaud,
Tamże, s. 74
Appollinaire i inni, Warszawa 1988, s. 627
Tamże, s. 125
J. Clifford, A Poetics of Displacement: Victor Segalen, (w:) The
O. Paz, Elegia przerywana, „Literatura na Świecie", nr 8—9,
Predicament of Culture: Twentieth — Century Ethnography, Litera­
1985, s. 140
ture and Art, Harvard 1988, s. 152
J.L. Lima, Raj, Kraków 1979, s. 38
C. Fuentes, Stary..., s. 20
C. Fuentes, Stary..., s. 86
A. Bierce, Chickamauga, (w:) Jeździec na niebie i inne opowiada­
L . Stomma, op.cit., s. 3
nia, Warszawa 1978, s. 32
C. Fuentes, Stary..., s. 17
A. Rimbaud, Iluminacje (w:) A. Międzyrzecki, op.cit., s. 112
Tamże, s. 22
M. Sprusiński, Wstęp, (w:) A. Bierce, op.cit., s. 6
Tamże, s. 74
C. Fuentes, Stary..., s. 234
Ph. Aries, op.cit., s. 596
A. Bierce, op.cit., s. 5
C. Fuentes, Stary, s. 12
C. Fuentes, Stary..., s. 28
Tamże, s. 214
Tamże.
M. Cervantes, op.cit.
Tamże, s. 172
A. Rimbaud, Listy Jasnowidza, cyt. za: A. Międzyrzecki,
Tamże, s. 16
Legenda Rimbauda, (w:) op.cit., s. 619
A. Bierce, motto w: C. Fuentes, Stary...
M. Frisch, Stiller, Warszawa 1976, s. 7
Tamże, s. 9
J. Clifford, On Ethnographic Self - Fashioning: Conrad and
T. Mann, op.cit., s. 340
W.H. Auden, Geniusz i apostoł, (w:) Ręka farbiarza i inne eseje, Malinowski, (w:) tenże, op.cit., s. 99
Warszawa 1988, s. 346
Tamże, s. 100
M. Foucault, op.cit., s. 48
Tamże, s. 99
Ph. Aries, Człowiek i śmierć, Warszawa 1989, s. 23
Tamże.
2

3 6
3 7

3

3 8

4

4 0

3 9

4 1

5

6
7

4 2

4 3

4 4
4 5

8

4 6

4 7

9

4 8

1 0

4 9

s o

1 1

s 1

1 2

3 2

1 3

5 3

5 4

1 4

s s

S 6

I s

3 7

1 6

5 8

5 9

1 7

6 0

6 1

1 8

6 2

1 9

6 3

6 4

2 0

6 5

2 1

2 2

2 3

2 4
2 5

2 6

6 6
6 7
6 8

6 9

7 0
7 1

2 7

7 2

2 8

7 3

2 9

3 0

7 4

3 1

7 5

3 2

7 6

3 3

7 7

3 4

7 8

71

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9799" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9777">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/f8cac87eb4e9ab7f6309ecf655197c63.pdf</src>
        <authentication>9f3ebc184afe487ae02a83237c8f2c21</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116595">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3516</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116596">
                <text>1979</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116597">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3295</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116598">
                <text>Recenzje / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116599">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.3, s.187-189</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116600">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116601">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116602">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116603">
                <text>R

ANTONI
zł. 45.—.

E

C

E

N

Z

K R O H , Współczesna
rzeźba
ludowa Karpat
Połskicl,
Wrocław—Warszawa
Z prac I n s t y t u t u Sztuki P A N , Wydawnictwo „Ossolineum".

M ą d r a , uczciwa, z p a s j ą napisana książka. Bez l u d o m a ń s k i c h u n i e s i e ń , ale i bez dezynwoltury i kokie­
t e r i i z d a r z a j ą c y c h się, gdy „ludzie z miasta" piszą
o „wiejskich prostaczkach". K s i ą ż k a pisana przez etno­
grafa, dobrze wprowadzonego w sprawy k u l t u r y ludo­
wej, komisarza obu dotychczasowych k o n k u r s ó w
na
rzeźbę k a r p a c k ą (zorganizowanych przez Muzeum w
N o w y m Sączu). W ł a ś n i e zrozumienie ludzi i spraw,
a t a k ż e c z y n n i k ó w w p ł y w a j ą c y c h na rozwój i cha­
rakter ludowej r z e ź b y s p r a w i a j ą , że książka ta m o w i
nie t y l k o o rzeźbie karpackiej, ale i o naszej kulturze.
„Aby zrozumieć dane zjawisko trzeba j e d n ą nogą t k w i ć
w n i m , a d r u g ą poza n i m " — powiedziała k i e d y ś Si­
mone Weil, i jest to dla badacza k u l t u r y konstatacja
bardzo w a ż n a . Tak w ł a ś n i e czyni K r o h i dlatego jego
k s i ą ż k a jest tak i n t e r e s u j ą c a i tak uczciwa.
Dodam od razu, jest to książka etnografa piszącego
o zjawisku s p o ł e c z n y m , k u l t u r o w y m , a nie o w y b r a ­
nych dziełach, ocenianych w e d ł u g k r y t e r i ó w estetycz­
nych. Ta ocena — jeśli jest dana przez autora, to
niejako p o ś r e d n i o w wyborze r z e ź b i ich fotograficznej
interpretacji. ( K r o h jest r ó w n i e ż autorem zdjęć i l u ­
s t r u j ą c y c h książkę.)
Praca, jak p r z y s t a ł o na p u b l i k a c j ę n a u k o w ą , za­
czyna się od z a g a d n i e ń teoretycznych, od r o z w a ż a ń r.a
temat przemian i wieloznaczności pojęcia „sztuki l u ­
dowej". (Autor dochodzi do wniosku, że ludowy znaczy
obecnie tyle, co n a w i ą z u j ą c y do t r a d y c j i chłopskiej,
u w a ż a j ą c y się i u w a ż a n y za b e z p o ś r e d n i ą k o n t y n u a c j ę
ludowej tradycji). W dalszej części tekstu K r o h refe­
ruje stan wiedzy o dawnej ludowej twórczości rzeź­
biarskiej — z a r ó w n o w kamieniu, j a k i drewnie, w y ­
k a z u j ą c różnice w jej sytuacji na terenie K a r p a t Za­
chodnich i Wschodnich. (W części Zachodniej, od S ą ­
cza po Cieszyn, zainteresowanie n i ą było znacznie sil­
niejsze m.in. ze strony inteligencji miejskiej,
kura­
cjuszy, l e t n i k ó w itp.). Zasadnicze partie k s i ą ż k i dotyczą
jednak okresu powojennego, w k t ó r y m odbiorcą r z e ź b
stało się „ m i a s t o " . Relacja ta rozpoczyna się od o m ó ­
wienia twórczości J ę d r z e j a W o w r y i r o l i , j a k ą o d e g r a ł
w jego życiu E m i l Zegadłowicz. I od tej c h w i l i k s i ą ż k a
staje się p a s j o n u j ą c ą opowieścią o ludziach, polityce
k u l t u r a l n e j , nadziejach i złudzeniach. Rzeźba w s p ó ł ­
czesna jest bowiem zjawiskiem zdecydowanie r ó ż n i ą ­
cym się od dawnej, w stopniu n i e p o r ó w n a n i e w i ę k s z y m
niż to ma miejsce w innych dziedzinach sztuki ludo­
wej. Cechują j ą inne funkcje, inna motywacja powsta­
nia, w i ę k s z a rola ś w i a d o m o ś c i , inwencji,
fantazji.
K a r p a t y , j a k ż a d e n inny teren, p o z w a l a j ą na poka­
zanie r ó ż n y c h zjawisk i postaw t w ó r c z y c h — zresztą
reprezentatywnych dla sytuacji w c a ł y m kraju. Do­
strzegamy więc w rzeźbie karpackiej obok fenomenu
grupy p a s z y ń s k i e j (piękny rozdział w książce) rodzaje
rzeźb spotykanych r ó w n i e ż na innych terenach. Są
to r z e ź b y :
— „na ludowo", b u d z ą c e często opory w y k o n a w c ó w ,
nie p o d o b a j ą c e się otoczeniu, wykonywane na
konkursy, dla m u z e ó w , Cepelii;
— „na
realistycznie",
odpowiadające
aktualnym
gustom m i e s z k a ń c ó w wsi i m a ł y c h miasteczek,

J

E

1979,

s.

136,

i l . 99.

Cena

o d o k ł a d n y c h proporcjach, starannym w y k o ń ­
czeniu szczegółów, d ą ż e n i u do doskonałości;
— „nowoczesne", przez co rozumie się korzeniop l a s t y k ę , kompozycje z huby i opalanego drew­
na. Ten rodzaj rzeźby modny jest zwłaszcza
w ś r ó d młodego pokolenia;
— samodzielne, oryginalne, ś m i a ł e w
rozwiąza­
niach, w y k o n y w a n e przez ludzi m a j ą c y c h u t r u d ­
niony kontakt z otoczeniem;
— „ l u d o w o - a m a t o r s k i e " prace inteligentów, dla k t ó ­
rych konwencja ludowa jest ś w i a d o m y m wybo­
rem.
Jako k r y t e r i u m takiego podziału w y s t ę p u j e więc
ś r o d o w i s k o odbiorców. S ą d z ę jednak, że z w r a c a j ą c uwa­
gę r ó w n i e ż na tradycje i zaplecze k u l t u r o w e t w ó r c ó w ,
g r u p ę „ l u d o w y c h a m a t o r ó w " m o ż n a b y dodatkowo po­
dzielić na a m a t o r ó w
wiejskich., z w i ą z a n y c h
jeszcze
z r y t m e m zajęć rolnych, ze specyfiką zależności od
przyrody, z i n n y m poczuciem czasu itp. — oraz na
a m a t o r ó w miejskich n a w i ą z u j ą c y c h już t y l k o do sty­
l i s t y k i dawnej rzeźby sakralnej.
Nasycone k o n k r e t n y m i informacjami, wypowiedzia­
mi, fragmentami listów są ostatnie rozdziały, t r a k t u ­
jące o w s p ó ł c z e s n y c h r z e ź b i a r z a c h , uczestnikach obu
Karpackich K o n k u r s ó w (w 1975 i 1977 r.) — K r o h zna
ich prawie wszystkich, z ramienia Muzeum oraz I n ­
stytutu Sztuki P A N p r o w a d z i ł z n i m i , w ich domach,
wywiady. Spośród 248 rzeźbiarzy podaje w z a ł ą c z ­
n i k u dobrze i ciekawie opracowane biogramy 99 csób.
Znakomity m a t e r i a ł do przyszłego s ł o w n i k a t w ó r c ó w
ludowych.
W ł a ś n i e konkrety, szczegółowe obserwacje, odnoto­
wywane z p a s j ą rasowego publicysty i pisarza spra­
wiają, że k s i ą ż k ę czyta się c h ę t n i e , z d u ż y m zainte­
resowaniem. Trafnie w y b r a n a anegdota nieraz uzmy­
s ł a w i a lepiej s y t u a c j ę niż uczony w y w ó d . W e ź m y pier­
wszy z brzegu p r z y k ł a d : „ P a n i e , cn wcale nie jest
ludowy — denuncjuje jeden r z e ź b i a r z drugiego —
on ma w domu p r a l k ę , l o d ó w k ę i telewizor". Inny
t w ó r c a ludowy przebiera się w ł a c h m a n y , dzieciom za­
brania się m y ć — aby zrobić odpowiednie w r a ż e n i e na
turystach. W konkurencji wszystkie chwyty s t a j ą się
dozwolone.
Taka jest sytuacja. Dochodzi do tego, że etnograf
musi p i l n o w a ć , „aby ludzie z w y k s z t a ł c e n i e m nie uzur­
powali sobie praw ludzi n i e w y k s z t a ł c o n y c h " . Coraz
w i ę k s z a liczba m e c e n a s ó w , często jednorazowych, nie
zdaje sobie nawet sprawy z d e l i k a t n o ś c i m a t e r i i . Oby
przeczytali t ę książkę, p r z e m y ś l e l i sobie choćby takie
dwa fakty, k t ó r e tu przytoczę.
Pierwszy: pewien rzeźbiarz, chwalony ponad m i a r ę ,
m ó w i ,,kiebyk jo w i e d z i a ł przódzi, że mom t a k i w i e l g i
talent, to byk nie m u s i a ł telo o r a ć i gnój czkiidować".
D r u g i : m ł o d y uczeń z Paszyna, autor ł a d n e j rzeźby
przedstawiającej
Kopernika,
otrzymuje
zamówienie
z B H Z „Desy" na wykonanie w k r ó t k i m czasie sporej
ilości tych K o p e r n i k ó w . P o m i ń m y nawet aspekt artystyczno-dydaktyczny, zajmijmy się skutkami bardziej w y ­
m i e r n y m i : „...Koperiniki wykonano, c h ł o p a k nie z d a ł
do n a s t ę p n e j klasy i bardzo ciężko to przeżył".

187

�K r o h nie ma złudzeń, nie u k r y w a faktu obniżania
się poziomu rzeźb, braku zainteresowania w i e l u me­
c e n a s ó w i k u p u j ą c y c h poziomem artystycznym w s p ó ł ­
czesnej produkcji r z e ź b i a r s k i e j . Są one bowiem w ś w i a ­
domości odbiorcy (i w y k o n a w c y ) b e z p o ś r e d n i ą k o n t y ­
n u a c j ą tradycyjnej rzeźby ludowej, a n a w i ą z u j ą c do
niej, zaspokajają popyt na p l a s t y k ę c h ł o p s k ą . „Co więc
nas czeka? N a d c h o d z ą czasy gdy chłopscy plastycy
b ę d ą się uczyli sztuki ludowej w muzeach."
W n i k l i w o ś ć i trzeźwość obserwatora u s t ę p u j ą przy
k o ń c u tekstu nadziejom człowieka r o z m i ł o w a n e g o w l u ­
dowej kulturze artystycznej. „ E t a p budzenia sympatii
dla sztuki ludowej w mieście mamy j u ż za sobą. Te­
raz p r z y s t ą p i ć trzeba do n a s t ę p n e g o etapu: budzenia
sympatii dla sztuki ludowej na w s p ó ł c z e s n e j wsi". Do­
piero wtedy „Będzie m o ż n a m ó w i ć o r e a k t y w o w a n i u
artystycznej k u l t u r y chłopskiej, o b e z p o ś r e d n i m
na­
w i ą z a n i u do tradycji w nowych warunkach ustrojo­
wych, społecznych". Rozumiem t r o s k ę K r o h a i jego
intencje. Ale s f o r m u ł o w a n i e , chociaż ł a d n e , nie jest
precyzyjne. Wieś powinna n a b r a ć szacunku dla swo­
jego dorobku historycznego. A l e to znaczy coś innego
niż reaktywowanie dawnych tradycji. W końcu wszyscy
żyjemy w o k r e ś l o n y m ś r o d o w i s k u współczesnej k u l ­
tury. Awans k u l t u r o w y — z a r ó w n o ludzi z miast, jak
i wsi — prowadzi k u w s p ó l n y m formom i treściom.
Chodzi w i ę c o to, aby w kanonie k u l t u r y całego na­
rodu ż y w a b y ł a p a m i ę ć i i n s p i r u j ą c a idea dorobku
chłopskiej k u l t u r y .
K r o h a ponosi niekiedy temperament
publicysty,
działacza. Rzecz cenna, zwłaszcza gdy pisze o w s p ó ł ­
czesności i kiedy zdanie autora m o ż e stać się argu­
mentem w a ż ą c y m na dalszych d z i a ł a n i a c h m e c e n a s ó w
k u l t u r y . A l e czasem swada utrudnia p r e c y z j ę sądu.
Dosłownie w d w ó c h — trzech miejscach książki dostrze­
gam takie w ł a ś n i e zdania, jakby nie r o z s t r z y g a j ą c e za­
gadnienia do k o ń c a . Nie zmienia to zresztą ich ogól­
nej słuszności. Chodzi o drobiazgi. Np. autor u w a ż a
za n a j w a ż n i e j s z e wydarzenie w historii sztuki ludowej
pojawienie się n i e - c h ł o p s k i c h o d b i o r c ó w tej sztuki.
Oczywiście, to było w a ż n e , ale n a j w a ż n i e j s z e wydaje
m i s i ę rozbicie dawnego „orbis interior" k u l t u r y l u d o ­
wej, a więc zmiany zachodzące w samej kulturze c h ł o p ­
skiej.
Kiedy indziej, t ł u m a c z ą c o b n i ż a n i e się poziomu ar­
tystycznego dzisiejszej rzeźby, K r o h pisze: „ N a j w y b i t ­
niejsze talenty wiejskie trafiają do ASP, a do sztuki
ludowej g a r n ą się i n d y w i d u a l n o ś c i mniejsze". Ł a d n i e
powiedziane, ale chyba n i e z u p e ł n i e ścisłe. Pewna prze­
sada jest w t y m twierdzeniu o łatwości dostania się
do ASP w y b i t n i e utalentowanej młodzieży
wiejskiej.
Z r e s z t ą nie m a m y nawet metod ujawniania potencjal­
nych t a l e n t ó w , a jak m o ż n a p r z y p u s z c z a ć uzdolnienia
są uwarunkowane nie tylko genetycznie, ale i k u l t u ­
rowo, a nawet — jak przekonuje Kufoler — zależą od

zastanej sytuacji. W a r u n k i d e t e r m i n u j ą s z a n s ę k r y s t a l i ­
zacji, rozwoju, a nawet ukierunkowania uzdolnień.
Są to jednak uwagi m a ł o istotne, zupełnie m a r g i ­
nesowe. W a ż n e jest bowiem to, co autor m ó w i w swej
książce o r z e ź b i a r z a c h , o ich sytuacji, o modzie na
s z t u k ę l u d o w ą . Ważne jest też, jak mówi. N i e k t ó r e
partie książki czyta się jak p a s j o n u j ą c e opowiadania.
R a n g ę dobrej l i t e r a t u r y m a j ą takie fragmenty jak opo­
wieści o J ę d r z e j u K r a m a r z u , Józefie Oleksym czy Jano­
sie z Dębna; poruszają czytelnika głęboko.
W sumie o t r z y m a l i ś m y k s i ą ż k ę d o b r ą , i n t e r e s u j ą c ą
i p o t r z e b n ą . Na t y m stwierdzeniu m o ż n a by r e c e n z j ę
zakończyć. Jest jednak k i l k a z d a ń w książce, k t ó r e
c h c i a ł b y m s k o m e n t o w a ć jako naoczny ś w i a d e k . Autor
pisząc o Wowrze i książce, k t ó r ą mu poświęcił znako­
mity znawca sztuki ludowej prof. Tadeusz Seweryn —
podaje, iż j a k chodzą słuchy jest to w dużej części
„licentia poetica". Otóż z W o w r ą s k o n t a k t o w a ł Sewe­
ryna zbieracz, nauczyciel p. Horbacki. W czasie gdy
przeprowadzaliśmy
w Krakowie dokumentację
jego
zbiorów sztuki ludowej dla naszego I n s t y t u t u zape­
w n i a ł nas, że Seweryn p r z e p r o w a d z i ł z W o w r ą t y l k o
dwie lub trzy rozmowy. Od prof. Seweryna otrzy­
m a ł e m w t y m czasie p i e r w s z ą w e r s j ę
maszynopisu
jego książki o beskidzkim ś w i ą t k a r z u . K o p i ę . O r y g i n a ł
poszedł do k t ó r e g o ś z w y d a w n i c t w . B y ł to okres tzw.
soc-realizmu, redaktorzy w książce dopatrzyli się w i e l u
g r z e c h ó w g ł ó w n y c h i pomniejszych, tekst odrzucono.
W ó w c z a s autor o p r a c o w a ł w e r s j ę d r u g ą . Zakwestiono­
wane wypowiedzi W o w r y najspokojniej z a m i e n i ł teksta­
m i diametralnie r ó ż n y m i , w k ł a d a j ą c je oczywiście w
usta Wowry. Zmianie uległ cały ostatni rozdział, ais
została konwencja gwarowej relacji. Ten drugi tekst
m a m r ó w n i e ż , w y k o r z y s t a ł e m go m.in. p u b l i k u j ą c w
„Pol. Szt. L u d . " a r t y k u ł Seweryna o Wowrze. Inda­
gowany przeze mnie w tej sprawie Seweryn r o z e ś m i a ł
się. Był a r t y s t ą i wcale nie u k r y w a ł tego. Ale w y c z u ­
cie tego co ludowe m i a ł rzeczywiście znakomite. Można
powiedzieć, że w tej dziedzinie m i a ł słuch absolutny
Ma więc r a c j ę K r o h , że wierzy w sens Sewerynowych
opowieści. To znakomita i prawdziwa k s i ą ż k a o w i e j ­
skim ś w i ą t k a r z u , choć w znacznym stopniu zmyślona.
Seweryn „ r e t u s z o w a ł " zresztą r ó w n i e ż eksponaty m u ­
zealne, zabytki. Sam b y ł e m tego ś w i a d k i e m , m.in. w
czasie organizacji wystawy polskiej sztuki ludowej w
Londynie. Z p u n k t u widzenia muzealnika było to nie­
dopuszczalne, ale m u s z ę p r z y z n a ć , że rzeźby „ s k o r y ­
gowane" przez Seweryna w y g l ą d a ł y prawdziwiej i le­
piej od a u t e n t y k ó w . Oczywiście metod znakomitego
etnografa nie pochwalam, ale jego talent i znajomość
rzeczy w i e l b i ę . To b y ł artysta! A k s i ą ż k ę K r o h a po­
lecam k a ż d e m u . Pozwala na r ó ż n e refleksje, nie t y l k o
nad rzeźbą k a r p a c k ą .

Aleksander

.Jackowski

M A R I A N POKROPEK, Jarmark Płocki, cz. V, Katalog twórców
ludowych biorących
po raz pierwszy
udział
w kiermaszach sztuki ludowej w Płocku w latach 1977 i 1978. U r z ą d Miejski w P ł o c k u , czerwiec 1979 r.

Pożyteczne, warte odnotowania w y d a w n i c t w o . Niski
n a k ł a d , 1000 egz., sprawia, że nie wszyscy o n i m wie­
dzą. Tymczasem pięć zeszytów, k t ó r e u k a z a ł y się od
1974 r. zawiera cenny, doskonale opracowany m a t e r i a ł .
260 b i o g r a m ó w , p r z e w a ż n i e 2—4 stronicowych, u z u p e ł ­
nionych fotografią t w ó r c y i 1—3 zdjęciami prac, po­
zwala na o r i e n t a c j ę w charakterze ich działalności.

188

M a r i a n Pokropek o p r a c o w u j ą c teksty o p a r ł się na
ankietach — życiorysach w y p e ł n i o n y c h przez t w ó r c ó w ,
na ich listach i wypowiedziach a także na katalogach,
artykułach
i notatkach
prasowych.
Ostatni
zeszyt
nie o d b i e g a j ą c y w swej koncepcji od poprzednich objął
53 t w ó r c ó w , k t ó r z y po raz pierwszy uczestniczyli w
kiermaszu płockim w 1977 i 1978 r.

�S t ą d czytając „ J a r m a r k P ł o c k i " odnosi się w r a ż e n i e ,
iż jest raczej dobrze i pięknie. Tymczasem rzeczy­
wistość płockich kiermaszy może co w r a ż l i w s z e g o w i ­
dza p r z y g n ę b i ć , zwłaszcza gdy się p a m i ę t a czym nie­
dawno jeszcze była sztuka ludowa. O tej poprawce
„na r z e c z y w i s t o ś ć " też w a r t o p a m i ę t a ć .
Na k o ń c u n a l e ż a ł o b y odpowiedzieć sobie na p y t a ­
nie, w jakiej mierze biogramy zawarte w zeszytach
„ J a r m a r k u . . . " m o g ą być przydatne przy opracowywa­
niu s ł o w n i k a t w ó r c ó w ludowych. Wiele z nich jest już
gotowymi h a s ł a m i , n i e k t ó r e — wcześniejsze — w y m a ­
gają uzupełnień. N a l e ż y jednak z a s t a n o w i ć się nad t y m ,
co jest jeszcze rzeczywistym, „od ś r o d k a " p r z e d ł u ż e ­
niem tradycji, a co j u ż lepszą czy gorszą s p e k u l a c j ą
na ludowości (zwłaszcza w rzeźbie drewnianej, a na­
wet ceramicznej). Co jest jeszcze „ s z t u k ą " , a co już
t y l k o p a m i ą t k a r s t w e m , czy gorzej — kiczem.
Jest to oczywiście zagadnienie ogólne, dotyczące
nie tylko płockich kiermaszy. Wspominam o n i m j e d y ­
nie na marginesie bardzo cennego i przydatnego w y ­
dawnictwa, za k t ó r e należą się słowa uznania za­
r ó w n o A u t o r o w i j a k i w ł a d z o m płockim, dzięki k t ó ­
r y m może się ono regularnie u k a z y w a ć .

Może i n t e r e s u j ą c e będzie wskazanie na dziedziny,
k t ó r e r e p r e z e n t u j ą zamieszczeni w ostatnim zeszycie
t w ó r c y . Rzeźbiarzy jest 22, w większości zresztą ama­
t o r ó w , rzeźbiących „ n a ludowo", Zabawkarstwo, meblar­
stwo i s p r z ę t a r s t w o reprezentuje 6 osób, c e r a m i k ę (w
t y m figuralną) — r ó w n i e ż 6, plecionkarstwo — 2, w y ­
c i n a n k ę i zdobnictwo w n ę t r z — 5, kowalstwo, malar­
stwo na szkle, zdobnictwo w metalu i skórze, f a j czarstwo — po 1.
M i m o d u ż e j ilości nazwisk biogramy p o k a z u j ą ob­
raz współczesnej twórczości ludowej n i e z u p e ł n i e pra­
wdziwy. Reprezentowani są bowiem t y l k o t w ó r c y , a w
w i e l u przypadkach jedynie w y t w ó r c y znani, udziela­
jący się, wciągnięci w o r b i t ę d z i a ł a ń instytucji handlo­
wych, STL. Obraz sytuacji rzeczywistej n a l e ż a ł o b y więc
s k o r y g o w a ć , biorąc pod u w a g ę z a r ó w n o k o n t y n u a t o r ó w
dawnych tradycji, p r a c u j ą c y c h dla siebie i w ł a s n e g o
ś r o d o w i s k a , j a k też liczną g r u p ę , chyba d o m i n u j ą c ą ,
ludzi w y r a b i a j ą c y c h
współczesne przedmioty dekora­
cyjne w duchu obecnie p a n u j ą c y c h mód, te p r z e r ó ż n e
s z k a r a d z i e ń s t w a ze słomy, lakierowanego drewna, gąbki
czy plastiku.
Nawet zeszyty Pokropka, co z r o z u m i a ł e , przedsta­
wiają tylko najlepsze prace omawianych w y t w ó r c ó w .

O

Aleksander Jackowski

IV-VI

Konkursy i wystawy
6.IV — w Muzeum Rolnictwa w
Ciechanowcu
pokazano
wystawę
„Tradycyjne
zdobnictwo
wnętrz
c h a ł u p podlaskich".
Zgromadzono
ok. 200 e k s p o n a t ó w , r ę c z n i k i do
ozdobienia ikon, f i r a n k i osłaniające
ikony
i okna,
pająki,
bukiety
sztucznych k w i a t ó w i m a k a t k i .
*
7.IV — w Opocznie r o z s t r z y g n i ę t o
konkurs otwarty na haft p ł a s k i
regionu opoczyńskiego, zorganizo­
wany przez Spółdzielnię „Opocznianka". Wzięły w n i m udział 43
osoby, nagrody o t r z y m a ł y : Franci­
szka D ą b r o w s k a , Jozefa D ą b r o w ­
ska i Zofia Jobczyk z Bielowie.

*

28.IV — w Muzeum Etnograficz­
n y m w K r a k o w i e otwarto w y s t a w ę
twórczości Józefa Janosa z D ę b n a ,
na k t ó r e j zgromadzono cały do­
stępny
dorobek
rzeźbiarza,
jego
wiersze, listy, fotografie. Komisa­
rzem wystawy b y ł dyrektor M u ­
zeum, mgr E d w a r d W a l i g ó r a .
W k w i e t n i u organizowano w w i e ­
l u regionach konkursy na pisanki
wielkanocne.
Konkurs
pn
Zwyczaje
i
pi­
sanki wielkanocne w Radomskiem
ogłosiło Muzeum Wsi Radomskiej,
przy w s p ó ł u d z i a l e Cepelii i M u ­
zeum Etnograficznego w Warsza­
wie. Wzięło w n i m udział 25 p i sankarek. P i e r w s z ą n a g r o d ę otrzy­
m a ł a Maria Pogoda z W e r ó w k i .
Na wystawie pokonkursowej poka­
zano r ó w n i e ż rzeźby i obrazy t w ó r ­
ców z okolic
Radomia.

К

N
1979

Ogólnopolski
konkurs
na
pi­
sanki r o z s t r z y g n i ę t o w Gorzowie.
Organizatorem było Koło U k r a i ń ­
skiego
Towarzystwa
Społeczno-Kulturamego. Pierwszej
nagrody
nie przyznano, dwie I I otrzymali
Zofia Monczak (motywy ł e m k o w ­
skie) i P a w e ł Kiłoczko
(motywy
przemyskie) nagrody I I I — Tekla
Szafran z H a ń c z o w e j i S t a n i s ł a w a
Koczan.z Zagania.
Konkurs,
którego
plon
poka­
zano w wolińskiej bibliotece, ogło­
siło Muzeum Regionalne w W o l i ­
nie.
Kiermasze
pisanek
zorganizo­
wano w Z a m o ś c i u i Krasnymstawie.

*

29.IV — r o z s t r z y g n i ę t y został kon­
kurs pod h a s ł e m Malowany Dzban,
ogłoszony w styczniu przez redak­
cje „ R o b o t n i k a Rolnego" i „ G o ­
spodyni Wiejskiej" dla p r a c o w n i ­
ków rolnych, zorganizowany przez
Z w i ą z e k Zawodowy P r a c o w n i k ó w
Rolnych, F e d e r a c j ę
Stowarzyszeń
Przyjaciół Sztuki. Przyznano
na­
grody: I , za rzeźbę, o t r z y m a ł Ja­
r o s ł a w F u r g a ł a z Polwicy, w o j .
w r o c ł a w s k i e , dwie I I — Zygmunt
Bukowski
z
Mierzeszyna,
woj.
g d a ń s k i e , za p ł a s k o r z e ź b ę i B r o ­
nisława Trzaskuś z Jaźwin, woj.
tarnowskie, za malarstwo. Przy­
znano j e d e n a ś c i e n a g r ó d I I I , ot­
r z y m a l i j e : B o l e s ł a w Grabski z L o śmierza, Teresa Dziob z Gidlarowej, A l f r e d H o f l i k z Lenartowic
i W ł a d y s ł a w Kochalski z Jam za
rzeźbę,
Blandyna
Rykowska
z
Czernina i AJnna Piotrowska z
Bartosiewic za malarstwo, Maria

Maczkowska z Sobieszowa za l a l k i
regionalne, Eugenia
Hanusiak
z
Białegostoku za hafty, Janina Ż ą dełek z Domaszewnicy za d y w a ­
ny, Helena Kowalczyk z B ł ą k a ł za
narzuty, A n n a Wojnarowska z Pia­
seczna za gobeliny. Nagrody spe­
cjalne za t r a d y c y j n ą t w ó r c z o ś ć l u ­
d o w ą o t r z y m a ł y hafciarki k u r p i o ­
wskie, K r y s t y n a i Maria Marczak
z Mystkowic.
I V — w Starej Kordegardzie w
Warszawie Muzeum T a t r z a ń s k i e w
Zakopanem
pokazało
wystawę
„Podtatrzańskie
malarstwo
na
szkle z okresu 1948—1978" obejmu­
j ą c ą prace t w ó r c ó w ludowych oraz
artystów
plastyków.
Komisarzem
wystawy była m g r H . Sredniawa.
*
I V — w Zielonej Górze rozstrzyg­
nięto konkurs na rękodzieło ludowe
i artysty c n e w o j . zielonogórskiego.
Przyznano nagrody w dziedzinie
rzeźby ( I o t r z y m a ł Marceli Potas
z Lutowa) i w dziedzinie tkactwa
(I o t r z y m a ł B o l e s ł a w P a w l i c k i z
Wolsztyna).
W
dziedzinie
haftu
i
stroju pierwszej
nagrody
nie
przyznano ( I I nagroda — Jadwiga
H i r t z C h r e ś n i c y i Gertruda K u ­
bicka z Przyprostyni), w dziedzi­
nie p l a s t y k i o b r z ę d o w e j i w y c i n a n ­
k i nie przyznano nagrody I i I I .
Przyznano n a g r o d ę s p e c j a l n ą za I n ­
strumenty
muzyczne
Florianowi
M o d r z y k o w i z N ą d n i koło Zbąszy­
nia.
I V — w Wieluniu r o z s t r z y g n i ę t o
konkurs sztuki ludowej regionu
189

I

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9798" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9776">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/a163e893e8e514ca6a68df64fd11fe67.pdf</src>
        <authentication>63a9b4fd1a266ce664e4c0e6d29fb68f</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116586">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3517</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116587">
                <text>1979</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116588">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3296</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116589">
                <text>Kronika IV-VI 1979 ; Summary of articles / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116590">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.3, s.189-192</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116591">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116592">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116593">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116594">
                <text>S t ą d czytając „ J a r m a r k P ł o c k i " odnosi się w r a ż e n i e ,
iż jest raczej dobrze i pięknie. Tymczasem rzeczy­
wistość płockich kiermaszy może co w r a ż l i w s z e g o w i ­
dza p r z y g n ę b i ć , zwłaszcza gdy się p a m i ę t a czym nie­
dawno jeszcze była sztuka ludowa. O tej poprawce
„na r z e c z y w i s t o ś ć " też w a r t o p a m i ę t a ć .
Na k o ń c u n a l e ż a ł o b y odpowiedzieć sobie na p y t a ­
nie, w jakiej mierze biogramy zawarte w zeszytach
„ J a r m a r k u . . . " m o g ą być przydatne przy opracowywa­
niu s ł o w n i k a t w ó r c ó w ludowych. Wiele z nich jest już
gotowymi h a s ł a m i , n i e k t ó r e — wcześniejsze — w y m a ­
gają uzupełnień. N a l e ż y jednak z a s t a n o w i ć się nad t y m ,
co jest jeszcze rzeczywistym, „od ś r o d k a " p r z e d ł u ż e ­
niem tradycji, a co j u ż lepszą czy gorszą s p e k u l a c j ą
na ludowości (zwłaszcza w rzeźbie drewnianej, a na­
wet ceramicznej). Co jest jeszcze „ s z t u k ą " , a co już
t y l k o p a m i ą t k a r s t w e m , czy gorzej — kiczem.
Jest to oczywiście zagadnienie ogólne, dotyczące
nie tylko płockich kiermaszy. Wspominam o n i m j e d y ­
nie na marginesie bardzo cennego i przydatnego w y ­
dawnictwa, za k t ó r e należą się słowa uznania za­
r ó w n o A u t o r o w i j a k i w ł a d z o m płockim, dzięki k t ó ­
r y m może się ono regularnie u k a z y w a ć .

Może i n t e r e s u j ą c e będzie wskazanie na dziedziny,
k t ó r e r e p r e z e n t u j ą zamieszczeni w ostatnim zeszycie
t w ó r c y . Rzeźbiarzy jest 22, w większości zresztą ama­
t o r ó w , rzeźbiących „ n a ludowo", Zabawkarstwo, meblar­
stwo i s p r z ę t a r s t w o reprezentuje 6 osób, c e r a m i k ę (w
t y m figuralną) — r ó w n i e ż 6, plecionkarstwo — 2, w y ­
c i n a n k ę i zdobnictwo w n ę t r z — 5, kowalstwo, malar­
stwo na szkle, zdobnictwo w metalu i skórze, f a j czarstwo — po 1.
M i m o d u ż e j ilości nazwisk biogramy p o k a z u j ą ob­
raz współczesnej twórczości ludowej n i e z u p e ł n i e pra­
wdziwy. Reprezentowani są bowiem t y l k o t w ó r c y , a w
w i e l u przypadkach jedynie w y t w ó r c y znani, udziela­
jący się, wciągnięci w o r b i t ę d z i a ł a ń instytucji handlo­
wych, STL. Obraz sytuacji rzeczywistej n a l e ż a ł o b y więc
s k o r y g o w a ć , biorąc pod u w a g ę z a r ó w n o k o n t y n u a t o r ó w
dawnych tradycji, p r a c u j ą c y c h dla siebie i w ł a s n e g o
ś r o d o w i s k a , j a k też liczną g r u p ę , chyba d o m i n u j ą c ą ,
ludzi w y r a b i a j ą c y c h
współczesne przedmioty dekora­
cyjne w duchu obecnie p a n u j ą c y c h mód, te p r z e r ó ż n e
s z k a r a d z i e ń s t w a ze słomy, lakierowanego drewna, gąbki
czy plastiku.
Nawet zeszyty Pokropka, co z r o z u m i a ł e , przedsta­
wiają tylko najlepsze prace omawianych w y t w ó r c ó w .

O

Aleksander Jackowski

IV-VI

Konkursy i wystawy
6.IV — w Muzeum Rolnictwa w
Ciechanowcu
pokazano
wystawę
„Tradycyjne
zdobnictwo
wnętrz
c h a ł u p podlaskich".
Zgromadzono
ok. 200 e k s p o n a t ó w , r ę c z n i k i do
ozdobienia ikon, f i r a n k i osłaniające
ikony
i okna,
pająki,
bukiety
sztucznych k w i a t ó w i m a k a t k i .
*
7.IV — w Opocznie r o z s t r z y g n i ę t o
konkurs otwarty na haft p ł a s k i
regionu opoczyńskiego, zorganizo­
wany przez Spółdzielnię „Opocznianka". Wzięły w n i m udział 43
osoby, nagrody o t r z y m a ł y : Franci­
szka D ą b r o w s k a , Jozefa D ą b r o w ­
ska i Zofia Jobczyk z Bielowie.

*

28.IV — w Muzeum Etnograficz­
n y m w K r a k o w i e otwarto w y s t a w ę
twórczości Józefa Janosa z D ę b n a ,
na k t ó r e j zgromadzono cały do­
stępny
dorobek
rzeźbiarza,
jego
wiersze, listy, fotografie. Komisa­
rzem wystawy b y ł dyrektor M u ­
zeum, mgr E d w a r d W a l i g ó r a .
W k w i e t n i u organizowano w w i e ­
l u regionach konkursy na pisanki
wielkanocne.
Konkurs
pn
Zwyczaje
i
pi­
sanki wielkanocne w Radomskiem
ogłosiło Muzeum Wsi Radomskiej,
przy w s p ó ł u d z i a l e Cepelii i M u ­
zeum Etnograficznego w Warsza­
wie. Wzięło w n i m udział 25 p i sankarek. P i e r w s z ą n a g r o d ę otrzy­
m a ł a Maria Pogoda z W e r ó w k i .
Na wystawie pokonkursowej poka­
zano r ó w n i e ż rzeźby i obrazy t w ó r ­
ców z okolic
Radomia.

К

N
1979

Ogólnopolski
konkurs
na
pi­
sanki r o z s t r z y g n i ę t o w Gorzowie.
Organizatorem było Koło U k r a i ń ­
skiego
Towarzystwa
Społeczno-Kulturamego. Pierwszej
nagrody
nie przyznano, dwie I I otrzymali
Zofia Monczak (motywy ł e m k o w ­
skie) i P a w e ł Kiłoczko
(motywy
przemyskie) nagrody I I I — Tekla
Szafran z H a ń c z o w e j i S t a n i s ł a w a
Koczan.z Zagania.
Konkurs,
którego
plon
poka­
zano w wolińskiej bibliotece, ogło­
siło Muzeum Regionalne w W o l i ­
nie.
Kiermasze
pisanek
zorganizo­
wano w Z a m o ś c i u i Krasnymstawie.

*

29.IV — r o z s t r z y g n i ę t y został kon­
kurs pod h a s ł e m Malowany Dzban,
ogłoszony w styczniu przez redak­
cje „ R o b o t n i k a Rolnego" i „ G o ­
spodyni Wiejskiej" dla p r a c o w n i ­
ków rolnych, zorganizowany przez
Z w i ą z e k Zawodowy P r a c o w n i k ó w
Rolnych, F e d e r a c j ę
Stowarzyszeń
Przyjaciół Sztuki. Przyznano
na­
grody: I , za rzeźbę, o t r z y m a ł Ja­
r o s ł a w F u r g a ł a z Polwicy, w o j .
w r o c ł a w s k i e , dwie I I — Zygmunt
Bukowski
z
Mierzeszyna,
woj.
g d a ń s k i e , za p ł a s k o r z e ź b ę i B r o ­
nisława Trzaskuś z Jaźwin, woj.
tarnowskie, za malarstwo. Przy­
znano j e d e n a ś c i e n a g r ó d I I I , ot­
r z y m a l i j e : B o l e s ł a w Grabski z L o śmierza, Teresa Dziob z Gidlarowej, A l f r e d H o f l i k z Lenartowic
i W ł a d y s ł a w Kochalski z Jam za
rzeźbę,
Blandyna
Rykowska
z
Czernina i AJnna Piotrowska z
Bartosiewic za malarstwo, Maria

Maczkowska z Sobieszowa za l a l k i
regionalne, Eugenia
Hanusiak
z
Białegostoku za hafty, Janina Ż ą dełek z Domaszewnicy za d y w a ­
ny, Helena Kowalczyk z B ł ą k a ł za
narzuty, A n n a Wojnarowska z Pia­
seczna za gobeliny. Nagrody spe­
cjalne za t r a d y c y j n ą t w ó r c z o ś ć l u ­
d o w ą o t r z y m a ł y hafciarki k u r p i o ­
wskie, K r y s t y n a i Maria Marczak
z Mystkowic.
I V — w Starej Kordegardzie w
Warszawie Muzeum T a t r z a ń s k i e w
Zakopanem
pokazało
wystawę
„Podtatrzańskie
malarstwo
na
szkle z okresu 1948—1978" obejmu­
j ą c ą prace t w ó r c ó w ludowych oraz
artystów
plastyków.
Komisarzem
wystawy była m g r H . Sredniawa.
*
I V — w Zielonej Górze rozstrzyg­
nięto konkurs na rękodzieło ludowe
i artysty c n e w o j . zielonogórskiego.
Przyznano nagrody w dziedzinie
rzeźby ( I o t r z y m a ł Marceli Potas
z Lutowa) i w dziedzinie tkactwa
(I o t r z y m a ł B o l e s ł a w P a w l i c k i z
Wolsztyna).
W
dziedzinie
haftu
i
stroju pierwszej
nagrody
nie
przyznano ( I I nagroda — Jadwiga
H i r t z C h r e ś n i c y i Gertruda K u ­
bicka z Przyprostyni), w dziedzi­
nie p l a s t y k i o b r z ę d o w e j i w y c i n a n ­
k i nie przyznano nagrody I i I I .
Przyznano n a g r o d ę s p e c j a l n ą za I n ­
strumenty
muzyczne
Florianowi
M o d r z y k o w i z N ą d n i koło Zbąszy­
nia.
I V — w Wieluniu r o z s t r z y g n i ę t o
konkurs sztuki ludowej regionu
189

I

�w i e l u ń s k i e g o , zorganizowany przez
Muzeum
Ziemi W i e l u ń s k i e j ,
ce­
p e l i o w s k ą spółdzielnię ,,Sztuka L u ­
dowa" w Lodzi, W y d z i a ł K u l t u r y
i Sztuki w Sieradzu, U r z ą d M i a ­
sta i Gminy W i e l u ń oraz w i e r u szowski Dom K u l t u r y . Przyznano
nagrody za r z e ź b ę w drewnie, w y ­
roby
kowalskie, plecionkę,
haft
i k o r o n k ę oraz wyroby samodzia­
łowe.
*

I V — w Muzeum O k r ę g o w y m w
Białej Podlaskiej czynna była w y ­
stawa rzeźby ludowej o ś r o d k a ł u ­
kowskiego.
7.V — w Myślenicach r o z s t r z y g n i ę ­
to konkurs na tradycyjne ozdoby
b i b u ł k o w e pn. K w i a t y polskie, or­
ganizowany przez M D K Myślenice,
Muzeum Regionalne i GOK w To­
karni. Przyznano nagrody w d w u
grupach, t w ó r c ó w ludowych
oraz
dzieci. W kategorii osób dorosłych
przyznano p i ę ć n a g r ó d
I : Zofii
Hajduk
z
Alwerni,
Katarzynie
Halek ze Skomielnej Czarnej, Eleo­
norze Jurczak z Tokarni,
Zofii
Koryczan z Nowej G ó r y i Cecylii
Proszek ze Skomielnej Czarnej.

*

10.V — w Muzeum O k r ę g o w y m w
Częstochowie
wystawiono
prace
zgłoszone na „I W o j e w ó d z k i Prze­
gląd Twórczości Ludowej". W ś r ó d
prac p r z e w a ż a ł y r z e ź b y i t k a n i ­
ny. Nagrody otrzymali: I — Te­
resa Bednarek z Zawady za za­
p a s k ę , I I — Barbara Kuzior z Po­
raja za haft, I I I — Tadeusz Dziuk
z Poraja za kompozycję „ P t a k i " .
*
10.V — w Muzeum O k r ę g o w y m w
Tarnowie otwarto w y s t a w ę „Cy­
ganie w kulturze polskiej". Poka­
zano m.in. dokumenty prawne do­
tyczące C y g a n ó w oraz przedmioty
codziennego
użytku,
rekwizyty
magiczne, obrazy i g r a f i k i p o ś w i ę ­
cone Cyganom, ich z w i ą z k i z p o l ­
s k ą k u l t u r ą l u d o w ą . W y s t a w ę zor­
g a n i z o w a ł mgr
Adam Bartosz.
*

10.V — w Muzeum Etnograficznym
o d b y ł się w e r n i s a ż wystawy „Pol­
ska
Sztuka
Nieprofesjonalna
ze
zbiorów
Ludwiga
Zimmerera".
Wystawa, znacznie rozszerzona, zo­
s t a ł a przewieziona do Kolonii.

*

22.V — w Muzeum W ł a d y s ł a w a
Orkana
w
Rabce
rozstrzygnięto
konkurs na z a b a w k ę l u d o w ą K a r ­
pat polskich. I nagrody otrzymali:
Jan Rapciak z P o r ę b y
Wielkiej,
Maria K u r a z Osieczan, S t a n i s ł a w
N a r ó g z Żołyni G ó r n e j , W ł a d y ­
s ł a w Sikora z Lachowic, Jan Hodurek z P o r ę b y i Jan Gąsior z
Medyni G ł o g o w s k i e j . Nagrody I I
otrzymali: A n t o n i Bdlek z Załęża,
Jan M a l i k z K r o ś c i e n k a , W ł a d y ­
s ł a w B i e d r o ń z Rabki, S t a n i s ł a w a
Cukier z Zakopanego, Michał Na­
róg z Brzozy Stadnickiej, K a z i ­
mierz Szczygieł, Alojzy
Porzycki,
Franciszek Chrząszcz i Józef Rumiak z Lachowic, Wasyl Boda к
z Bodak, Franciszek Noworol, W ł a ­
d y s ł a w a Prucnal i Jan K o t z Me­
d y n i G ł o g o w s k i e j . Przyznano t a k ż e
21 n a g r ó d trzecich i 12 czwartych.
*

22.V — w Małej Sali Konferen­
cyjnej Centrum Studenckiego koło
naukowe przy katedrze Etnografii
190

w Warszawie zorganizowało wysta­
wę rzeźby Włodzimierza Naumiuka
z Kaniuk. Fotogramy przedstawia­
jące K a n i u k i oraz rzeźby zgroma­
dził Jacek Wołowski, z a j m u j ą c y się
twórczością artysty.
*

25. V — w Radomiu w K l u b i e
Stowarzyszenia P A X
odbyła
się
druga wystawa sakralnej sztuki l u ­
dowej.
*
18.VI — zakończył się jubileuszo­
w y X konkurs zdobnictwa b i b u ł ­
kowego Żywiecczyzny,
zorganizo­
wany przez Muzeum w
Żywcu.
Wzięły w n i m udział 44 osoby,
k t ó r e n a d e s ł a ł y ok. 300 prac, prze­
ważały
wieńce
z
bibułkowych
k w i a t ó w i p a j ą k i . Nagrody I otrzy­
m a ł y : A n n a Kupczak z Sopotni
Małej, Maria Madejczyk z Ciśca,
Katarzyna Motyka z Ciśca i F r a n ­
ciszka Uflant
z Pewli
Wielkiej.
Przyznano dziesięć n a g r ó d I I , czte­
ry I I I i t r z y n a ś n i e I V .
*

18.VI — w Warszawie otwarto w y ­
stawę
zorganizowaną
z
okazji
czterdziestolecia Spółdziefini Pracy
Rękodzieła Ludowego i Artystycz­
nego „Twórczość ludowa" w P u ł ­
tusku. Pokazano ok. 400
tkanin,
h a f t ó w na p ł ó t n i e i t i u l u , s t r o j ó w
ludowych,
wyrobów
garncarskich
i rzeźby w drewnie z obszaru Pu­
szczy B i a ł e j .

*

28.VI — P a ń s t w o w e Muzeum Etno­
graficzne w Warszawie zorganizo­
w a ł o w y s t a w ę pn. „Narzędzia r y ­
backie i sposoby ł o w i e n i a r y b " .
Imprezy folklorystyczne
i regionalne
I V — w Kolnie odbył się m i ę ­
d z y w o j e w ó d z k i p r z e g l ą d kapel l u ­
dowych, orkiestr weselnych, zespo­
łów śpiewaczych, g a w ę d z i a r z y , i n ­
s t r u m e n t a l i s t ó w i ś p i e w a k ó w ludo­
wych.
25—27.V — w Przysusze odbyły
się doroczne D n i Kolbergowskie
połączone z I I I w o j e w ó d z k i m prze­
g l ą d e m f o l k l o r u i sztuki ludowej

na k t ó r y m w y s t ą p i ł o 15 zespołów
regionalnych i 15 kapel ludowych
z w o j . radomskiego. I m p r e z ę roz­
poczęto u r o c z y s t ą sesją Tow. im.
Oskara Kolberga. Odbyły się też
targi sztuki ludowej, otwarto w y ­
s t a w ę folkloru.

*

25—27.V — w Chojnicach
zor­
ganizowano I I D n i F o l k l o r u K a ­
szubskiego, p r z e g l ą d t a ń c a , pieśni,
muzyki i g a w ę d y Kaszub.
*

31.V — w ramach D n i Łowicza
zorganizowano sesję popularnonau­
k o w ą pn. K u l t u r a ludowa — k u l ­
tura narodowa. Organizatorami by­
l i : U r z ą d Miasta, Mazowiecki O ś ­
rodek B a d a ń Naukowych, Towarzy­
stwo P r z y j a c i ó ł Łowicza i Ziemi
Ł o w i c k i e j . Obradom przewodniczy­
ła prof, dr Anna Kutrzeba-Pojnarowa z Uniwersytetu Warszawskie­
go. O d b y ł się r ó w n i e ż Jarmark Ł o ­
w i c k i — p r z e g l ą d o b r z ę d ó w wesel­
nych z całego k r a j u oraz kiermasz
łowickiej sztuki ludowej.
*

8—10.VI — w O s t r o ł ę c e
odbyły
się „Dni F o l k l o r u Kurpiowskiego"
I m p r e z ę rozpoczął k o r o w ó d kapel,
zespołów i t a ń c ó w ludowych. Zor­
ganizowano przegtląd
śpiewaków,
kapel, i n s t r u m e n t a l i s t ó w i g a w ę ­
dziarzy. „ D n i o m " t o w a r z y s z y ł y l i ­
czne w y s t ę p y zespołów
ludowych
oraz prezentacja w y r o b ó w
twór­
ców Kurpiowszczyzny.
*
15—17.VI
—
odbył
się
XIII
Ogólnopolski Festiwal w
Płocku.
Podczas
Festiwalu
czynne
były
wystawy „Wielcy Polacy w rzeź­
bie ludowej" oraz sztucznych k w i a ­
t ó w Longiny P a ł c z y ń s k i e j , artystki
plastyczki z Łodzi. Na dorocznym
kiermaszu wystawiono prace ponad
50
osób,
przeważali
członkowie
STL, d o m i n o w a ł a rzeźba i cera­
mika. Wśród zespołów w y s t ę p u j ą ­
cych w p ł o c k i m amfiteatrze zna­
lazły się, obok zespołów autentycz­
nych,
zespoły
o
zdecydowanie
miejskim
charakterze t a k i e
jak:
„Olsztyn" czy „Opole". Podczas fe­
stiwalu zostały w r ę c z o n e po
raz
szósty nagrody „ B a r w " i m . Oskara

�Kolberga. Wydano kolejny 6 ze­
szyt w y d a w n i c t w a „ J a r m a r k P ł o c ­
k i " , w k t ó r y m Marian Pokropek
przedstawił sylwetki twórców l u ­
dowych biorących po raz pierwszy
udział w kiermaszach — w roku
1977 i 1978.

rencja na temat „ A k t u a l n e pro­
blemy garncarstwa
ludowego w
Polsce".
26.VI — w Kielcach K l u b P A X
z o r g a n i z o w a ł sympozjum z c y k l u
Kultura
ludowa
—
tradycja
i współczesność, t o w a r z y s z ą c e V I I
Wystawie Ludowej sztuki Sakral­
nej Kielecczyzny.

21—23.VI
— trwał
II
Ogólno­
polski P r z e g l ą d Dorobku Wsi w
Przy tocznej, zorganizowany
przez
Wydział K u l t u r y i Sztuki w Go­
rzowie i kombinat rolny w Przy­
tocznej. Zaprezentowano t a ń c e re­
gionalne, pieśni ludowe, o b r z ę d y z
całej Polski. Na kiermaszu znala­
zły się stoiska problemowe sztuki
ludowej, p l a s t y k i amatorskiej i fo­
togramów
obrazujących
wieś
w s p ó ł c z e s n ą — oprać, przez Woj.
Domy K u l t u r y . Jury pod przewod­
nictwem prof, dr Józefa Burszty
p r z y z n a ł o nagrody: dwa
równo­
r z ę d n e „Złote P ł u g i " — w o j . k i e ­
leckiemu i w o j . opolskiemu, „ S r e ­
brny
Pług"
woj.
suwalskiemu.
„Brązowy Pług" woj. wałbrzyskie­
mu. W p r z e g l ą d z i e udział wzięło 29
w o j e w ó d z t w . Organizatorami b y l i :
Ministerstwo K u l t u r y i Sztuki, M i ­
nisterstwo Rolnictwa, Z a r z ą d G ł ó ­
wny
Pracowników
Rolnych
i CRZZ.

+

V I — w ramach licznych
„Diii
miast" o d b y w a ł y
się
kiermasze
sztuki ludowej, w y s t ę p y kapel i ze­
s p o ł ó w folklorystycznych. Do w i ę k ­
szych należały imprezy w Olszty­
nie, Sanoku, Sieradzu.

*

21—24.VI — w Ż y w c u
Ogólnopolski
Festiwal
Górali Polskich.

odbył się
Folkloru

V I — odbył się j a r m a r k
opa­
towski w Opatowie — p r z e g l ą d
kapel i zespołów, k t ó r y m towarzy­
szyły wystawy sztuki ludowej, m,
in. ceramiki, z Ł ą a k a Ordynackie­
go, K ą t ó w Denkowskich i Denkowa.

28.VI—1.VII
— odbył
się
XIII
Ogólnopolski
Festiwal
Kapel
i Śpiewaków Ludowych w Kazi­
mierzu, na k t ó r y m w y s t ą p i ł o ok.
50 zespołów i kapel oraz k i l k u n a ­
stu solistów, k u l t y w u j ą c y c h trady­
cyjny folklor. Po raz pierwszy w
programie znalazły się k o ł y s a n k i .
O d b y ł się kiermasz sztuki ludowej
zorganizowany przez STL.

Inne
18—19.V — w Lublinie i C h e ł ­
mie
zorganizowano Ogólnopolskie
Spotkanie T w ó r c ó w
i
Działaczy
Amatorskiego Ruchu Artystyczne­
go. W czasie obrad, plenarnych
i sekcyjnych, o m ó w i o n o podstawo­
we problemy, podjęto u c h w a ł ę do­
tyczącą k i e r u n k ó w pracy, p o w o ł a ­
no R a d ę do spraw amatorskiego
ruchu artystycznego przy
Mini­
sterstwie K u l t u r y i Sztuki.

*
V — w m a j u o d b y ł y się Cepe­
liady w Warszawie, Łodzi i we
Wrocławiu.
Kiermaszom
połączo­
nym z pokazami r ę k o d z i e ł a t o w a ­
rzyszyli z r e g u ł y handlarze j a r ­
marcznych i odpustowych „ c u d ó w "
oraz malarze i r z e ź b i a r z e - a m a t o rzy.

S

U

M

M

A

R

*

21.V — w Toruniu w Muzeum
Etnograficznym o d b y ł a się konfe­

I

E S

•

29—30. V I
— w
Muzeum
Etno­
graficznym w K r a k o w i e odbyło się
ogólnopolskie sympozjum
poświę­
cone dziecku wiejskiemu. Otwarto
w y s t a w ę „Dziecko Wiejskie".
+
VI
—
w
roku
1979
nagrody
„ B a r w " im. Oskara Kolberga ot­
rzymali:
Stanisław
Błaszczyk
etnograf, znawca ludowej k u l t u r y
Wielkopolski, Jadwiga C h ę t n i k o w a
— w s p ó ł t w ó r c z y n i skansenu k u r ­
piowskiego, Franciszek Dorobek —
inicjator festiwalu w P ł o c k u , Zdzi­
s ł a w Dudzik — szopkarz z K r a k o ­
wa, Zofia R o j - G ą s i e n i c a — malar­
ka na szkle z Zakopanego, Anna
Jachnina — dziennikarz radiowy,
popularyzatorka folkloru z Bydgo­
szczy, Stefan K o n o p c z y ń s k i — gar­
ncarz z Bolimowa (k. Nieborowa)
Maria
Kozłowa
—
twórczyni
ludowa z sandomierskiego, K o n ­
stanty Kuncewicz — muzyk ludo­
w y z Giżycka, Jan
Malinowski-Haledrak — muzyk i t w ó r c a ze­
społu ze Szczawnicy, Piotr P u ł a ­
ski — wycinankarz z K a d z i d ł a ,
Aleksandra Radulska — tkaczka z
Białostocczyzny, W i k t o r
Sawczenko — działacz i organizator z B i a ­
łostockiego, Marianna Siedlarek —
t w ó r c z y n i ludowa z Sannik, Roman
Wójcik — dziennikarz, inicjator na­
grody i m . J. Pocka, Zofia Ż y t k i e wicz — instruktor-choreograf z No­
wego Sącza, Zespół „ B e d n a r z e " z
woj. zamojskiego, Zespół Regio­
nalny z Bukowca G ó r n e g o , woj.
leszczyńskie.
Nagrody dla działaczy i zespo­
łów polonijnych o t r z y m a l i : Marian
Jakubowsici z Holandii, Mary i A l ­
b i n Pierce'owie z Bostonu, Zespół
„Orzeł B i a ł y " z Francji, Polsko- A m e r y k a ń s k a Grupa
Folklorysty­
czna
z
Nowego
Jorku,
Zespół
„Tatry" z Australii.

Р

Е

З

Ю

М

Е

SUMMARY OF A R T I C L E S
L u d w i k S t o m m a — D E T E R M I N A N T S OF P O L I S H
FOLK C U L T U R E I N T H E X l X t h CENTURY
The author considers the following features to be
the basic determinants of r u r a l culture i n the X l X t h
century: 1. isolation, 2. Catholicism. 3. verbal trans­
mission of t r a d i t i o n and following Paul Lazarsfeld he
cells these mother — formulas.
Isolation is examined by the author i n various
aspects, geographical isolation, which he calls the d i ­
mension of horizontal isolation, class, called vertical
or consciousness dimensions w h i c h are expressed i n
reserve towards the outside w o r l d — orbis exterior.
The author also discusses the consequence* of isola­
tion which are visible i n the attitudes of the peasants
towards the reality which surrounds them — conser­
vatism, ritualism, sensualism and m o r a l relativism.

Catholicism is treated here as a factor w h i c h on
one side assimilates and adapts these attitudes and on
the other tries to confront them. The constant contact
between the m y t h i c a l consciousness based on the ver­
bal transmission of tradition and the so called m i r a ­
culous (christian) sensitivity gave Polish folk culture
a dynamic and dialectical character. This culture, ac­
cording to the author likens it more to its counter­
parts i n the Mediterranean area rather t h a n to neigh­
bouring cultures nearer at hand.
Franciszek

Kotula

— STOVES

The subject of this article are the stoves that
were used i n the P o d g ó r z e region i n the period from
the middle of the X l X t h century to the middle of the
X X t h century. The stove is a structure which is inte191

�grally connected w i t h the life of the inhabitants of the
village house. The author discusses the construction
of stoves of various types and their various functions
— u t i l i t a r i a n , social and magic as w e l l . The article
describes stoves f r o m the most p r i m i t i v e , w i t h o u t c h i m ­
neys i n houses w i t h no chimney either, r i g h t up to
tiled stoves. I n describing the successive types of stove
the author employs folk terminology and gives the
popular names of the various elements w h i c h make up
the stove. He especially stresses the social role of the
stove as a factor integrating the ife of the family and
the r u r a l community. The introduction at the end of
the the X l X t h century of chimney stoves was an i m ­
portant breakthrough i n the life of the countryside.
The improvemenit of hygenic conditions w h i c h this
brought also reduced changes i n the aesthetics of the
interior and walls began to be decorated w i t h p i c t u ­
res and r i t u a l articles.
J a c e k Ł o d z i ń s k i — KATARZYNA GAWŁOWA —
A PAINTER FROM ZIELONKI. K A T A R Z Y N A GA­
W Ł O W A A B O U T HERSELF
Gawlowa is 83 years old. She lives i n a village
6 k m . from K r a k ó w . For many years she sold m i l k
i n town. F r o m her earliest years she has painted
saints, angels, flowers, and birds on walls. W i t h some

encouragement she began to paint on plywood and
cardboard as w e l l in 1973. Her pictures became k n o w n
in 1977 and the author of the article himself orga­
nised an exibition of her w o r k i n the K r a k ó w Ethno­
graphical Museum. The first text describes the life
and the w o r k of the painter and the second is a se­
lection o f fragments of conversations recorded w i t h
her over the last four years. I t describes her dreams,
visions, her ethiclal and aesthetic judgements and
her naive interpretations of religious pictures. The
painter liver w i t h i n the influence of ancient peasant
c u l t u r a l traditions as i t not sensitive to the new
impulses which surround her.

Krzysztof
Ruszel
— THE DRAWINGS
OF
WOJCIECH GERSON W H I C H SHOW P O L I S H F O L K
DRESS I N R Z E S Z Ó W M U S E U M
The article describes i n detail 25 local sketches
and water colours of folk dress w o r n i n various
regions i n the m i d d l e of the X l X t h century. 10 works
show clothes w o r n i n the countryside around W a r ­
saw. The sketches were bought by the Museum i n
Rzeszów at the end of the 1940's and are kept i n
its Ethnographic Department.

РЕЗЮМЕ
Л ю д в и к С т о м м а — ПРЕДОПРЕДЕЛЕНИЯ
С К О Й Н А Р О Д Н О Й К У Л Ь Т У Р Ы X I X В.

ПОЛЬ­

Основными предопределениями сельской культуры
X I X в е к а а в т о р с ч и т а е т : 1) и з о л я ц и ю , 2) к а т о л и ц и з м ,
}) у с т н у ю п е р е д а ч у т р а д и ц и й , н а з ы в а я и х в с л е д за
Полем Лазарефельдом, формулами — матками.
Изоляцию автор рассматривает в нескольких ас­
п е к т а х , п р и н и м а я во в н и м а н и е г е о г р а ф и ч е с к у ю обособ­
л е н н о с т ь ( н а з ы в а я ее мерой г о р и з о н т а л ь н о й и з о л я ц и и ) ,
классовую (называемую вертикальной) и сознажанности и н е д о в е р ч и в о с т и по о т н о ш е н и ю к в н е ш н е м у м и р у
— orbis exterior. А в т о р р а с с м а т р и в а е т р е з у л ь т а т ы и з о ­
ляции, которые выступают в отношении крестьян
к д е й с т в и т е л ь н о с т и —• к о н с е р в а т и з м , р и т у а л , с е н с у а ­
лизм и моральный релятивизм.
К а т о л и ц и з м р а с с м а т р и в а е т с я здесь, к а к ф а к т о р ,
к о т о р ы й с одной с т о р о н ы а с с и м и л и р у е т и а д а п т и р у е т
подобные взгляды, а с гругой пытается противодей­
с т в о в а т ь . В р е з у л ь т а т е постоянного с о п р и к о с н о в е н и я
мистического с о з н а н и я , о п и р а ю щ е г о с я на у с т н у ю т р а ­
дицию, и так называемой восприимчивости к чудес­
ному (христианскому) п о л ь с к а я н а р о д н а я
культура
приобрела динамический и диалектический характер.
По м н е н и ю а в т о р а к у л ь т у р а эта более с х о ж а с к у л ь ­
т у р а м и с р е д и з е м н о м о р с к о г о к р у г а , чем с соседними.
Францишек

Котуля-Печи

Т е м о й н а с т о я щ е й с т а т ь и я в л я ю т с я печи, к о т о р ы е ,
н а ч и н а я со в т о р о й п о л о в и н ы X I X в. до с е р е д и н ы
X X в. с у щ е с т в о в а л и на т е р р и т о р и и П о д г у ж а ( Ж е ш о в ское воеводство). П е ч ь я в л я е т с я с о о р у ж е н и е м , тесно
с в я з а н н ы м с общим бытом ж и т е л е й избы. А в т о р о п и ­
с ы в а е т к о н с т р у к ц и и р а з л и ч н о г о типа печей, а т а к ж е
их р а з л и ч н ы е ф у н к ц и и — п р а к т и ч е с к и е , о б щ е с т в е н н ы е
и м а г и ч е с к и е . В с т а т ь е п р е д с т а в л е н ы печи, н а ч и н а я
с самых примитивных, без дымоходов в к у р н ы х хатах,
в п л о т ь до к а ф е л ь н ы х . П е р е ч и с л я я р а з н о о б р а з н ы е ф о р ­
м ы п е ч е й , а в т о р прибегает к н а р о д н о й н о м е н к л а т у р е ,
приводит популярные названия отдельных элементов,
с о с т а в л я ю щ и х п е ч ь . Особое в н и м а н и е у д е л я е т а в т о р
о б щ е с т в е н н о й р о л и печи, к а к ф а к т о р а , о б ъ е д и н я ю щ е г о

ж и з н ь семьи и с е л ь с к о й о б щ е с т в е н н о с т и . Н а с т ы к е
X I X — X X вв. стали сооружать печи с дымоходами
и это п р о и з в е л о основной п е р е л о м в ж и з н и д е р е в н и .
У л у ч ш е н и е г и г и е н и ч е с к и х у с л о в и й п о в л е к л о за собой
перемены в эстетическом оформлении интерьеров; сте­
н ы с т а л и у к р а ш а т ь о б р а з а м и и п р е д м е т а м и обрядового
назначения.
К ш и ш т о ф
Рушель
— РИСУНКИ
ВОЙЦЕХА
ГЕРСОНА, О Т О Б Р А Ж А Ю Щ И Е П О Л Ь С К И Е НАРОД­
НЫЕ КОСТЮМЫ, В СОБРАНИЯХ ЖЕШОВСКОГО
МУЗЕЯ
С т а т ь я с о д е р ж и т подробное о п и с а н и е 25 о р и г и ­
нальных местных эскизов и акварелей, отображающих
н а р о д н ы е к о с т ю м ы , к о т о р ы е н о с и л и в р а з л и ч н ы х мест­
н о с т я х П о л ь ш и в с е р е д и н е X I X в е к а . 10 р и с у н к о в
представляют наряды жителей подваршавских дере­
вень. Эскизы были приобретены
в конце сороковых
годов и н а х о д я т с я в с о б р а н и я х э т н о г р а ф и ч е с к о г о о т ­
дела Жешовского музея.
Я ц е к Л о д з и н ь с к и — К А Т А Ж И Н А ГАВЛОВА —
Х У Д О Ж Н И Ц А И З ЗЕЛЁНОК. К А Т А Ж И Н А ГАВЛОВА,
О СЕБЕ
К а т а ж и н е Г а в л о в о й 83 года. О н а ж и в е т в д е р е в н е ,
р а с п о л о ж е н н о й в 6 к и л о м е т р а х от К р а к о в а . Много л е т
подряд Гавлова носила молоко
в город. С м о л о д ы х
лет она р а с п и с ы в а л а к в а р т и р ы и з о б р а ж е н и я м и с в я т ы х ,
а н г е л о в , п и с а л а ц в е т ы и птиц. П о л у ч и в п о о щ р е н и е ,
стала в 1973 г. п и с а т ь т а к ж е н а ф а н е р е и к а р т о н е .
К а р т и н ы Г а в л о в о й п о л у ч и л и и з в е с т н о с т ь и в 1977 г.
автор статьи организовал в Краковском этнографи­
ч е с к о м м у з е е в ы с т а в к у е е работ.
П е р в ы й текст п о с в я щ е н ж и з н и и т в о р ч е с т у х у д о ж ­
н и ц ы , второй — с о д е р ж и т и з б р а н н ы е ф р а г м е н т ы бесед,
з а п и с а н н ы х на м а г н и т н у ю п л е н к у в т е ч е н и е п о с л е д н и х
4 л е т . Это е е с н ы , в и д е н и я , э т и ч е с к и е и э с т е т и ч е с к и е
с у ж д е н и я , н а и в н о е т о л к о в а н и е к а р т и н религиозного
содержания. Художница живет в мире давних тради­
ций к р е с т ь я н с к о й к у л ь т у р ы и словно н е о щ у щ а е т н о ­
в ы х с т и м у л о в о к р у ж а ю щ е й ее д е й с т в и т е л ь н о с т и .

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9797" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9775">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/f8544790ff501149cd3e2bfc9f3e919a.pdf</src>
        <authentication>ca172ca5673653425e0be4206acc53db</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116577">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3519</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116578">
                <text>1979</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116579">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3297</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116580">
                <text>Contents / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116581">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.4, s.194</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116582">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116583">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116584">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116585">
                <text>POLSKA

AKADEMIA

NAUK

•

INSTYTUT SZTUKI

•

ROK

XXXIII

•

1979

•

Nr

4

polska sztuka ludowa

W R O C Ł A W
W A R S Z A W A
K R A K Ó W
G D A Ń S K
ZAKŁAD N A R O D O W Y IMIENIA O S S O L I Ń S K I C H , W Y D A W N I C T W O POLSKIEJ AKADEMII NAUK

�CONTENTS
L u d w i k Stomma
Alicja

Magic

Maleta

A

centre

Brzoza
Zofia

Gródecka

Wanda

today,
of

part

2

folk

toy

195
manufacture

205

T h e a r t of t h e e m b r o i d e r y of A l e k s a n d r a

Gentil-Tippenhauer

Nicolae Dunare

Czelusta

from

Andrzej

Bednarz

Agricultural
manian

Lisków

217
225

and Pastoral

painted

easter

themes

eggs

.

T h e letters of Władysław Chajec

Aleksander

F o l k A r t as p h o t o g r a p h e d
derski

Jackowski

SUMMARY

РЕЗЮМЕ

OF

VII -

I X

.

by

i n Ro­
.

Kazimierz Biela

CHRONIC A L E

in

Stadnicka

.

.

.

Jan

231
239

Swi­
243

253

A R T I C L E S

254

.

,

255

R E D A G U J E Z E S P Ó Ł : A l e k s a n d e r J a c k o w s k i ( r e d . nacz.), J a d w i g a J a r n u s z k i e v . i ~
c z o w a , A n n a K u n c z y ń s k a - I r a c k a , J a n K r z y s z t o f M a k u l s k i , J e r z y Łoziński, J a c e k
Olędzki, R o m a n R e i n f u s s (z-ca r e d . nacz.).
Sekretarz r e d a k c j i — E w a Oźminkowska. R e d a k t o r techniczny — H a l i n a Żele­
c h o w s k a . T ł u m a c z e n i a — K r z y s z t o f Bobiński (ang.) i N a t a l i a Stasińska
(ros.).
Serwis fotograficzny J a n Świderski.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9796" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9774">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/af55c14e2d1649561c19916fe3222bae.pdf</src>
        <authentication>91f858fee989af2db19e9df96c1909a8</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116567">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3511</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116568">
                <text>1979</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116569">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3290</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116570">
                <text>Determinanty polskiej kultury ludowej XIX wieku / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.3</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116571">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.3, s.131-142</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116572">
                <text>Stomma, Ludwik</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116573">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116574">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116575">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116576">
                <text>Ludwik Stomma

DETERMINANTY POLSKIEJ KULTURY LUDOWEJ XIX WIEKU

Etnograf stojący wobec konieczności dokonania opi­
su k u l t u r y jakiejkolwiek grupy społecznej podobny jest
k a r y k a t u r z y ś c i e m u s z ą c e m u oddzielić istotne od d r u ­
gorzędnego, by n a s t ę p n i e z a r y s o w a ć paroma kreskami
to, co charakterystyczne, zasadnicze,
najważniejsze .
Zadanie jego nie polega w i ę c na nierealnej pogoni
za w i e r n o ś c i ą fotograficznego portretu (wiadome zresz­
tą j a k bardzo jest ona zdradliwa), lecz raczej na cel­
n y m doborze migawek — odnalezieniu owych central­
nych determinant, k t ó r e Paul Lazarsfeld n a z w a ł był
w swoim s ł o w n i k u
f o r m u ł a m i - m a t k a m i (les
formules meres). Otóż wydaje się, iż w przypadku polskiej
k u l t u r y ludowej X I X wieku — szczególnie w odnie­
sieniu do ziem z a b o r ó w austriackiego i rosyjskiego —
wychwycenie owych f o r m u ł - m a t e k , e l e m e n t ó w , k t ó r e w
ogromnej mierze z a d e c y d o w a ł y o kształcie całości, jest
stosunkowo proste. Są n i m i przede wszystkim: i z o l a ­
cja, k a t o l i c y z m , u s t n y p r z e k a z
tradycji.
Izolacja. Pojęcia izolacji k u l t u r o w e j u ż y w a ć m o ż n a ,
w odniesieniu do sytuacji polskojęzycznego crlopa X I X
w., w trzech — dopełniających się zresztą — znacze­
niach &gt;: A. izolacji „ p o z i o m e j " — geograficznej, w y ­
nikłej głównie z m a ł e j mobilności społecznej miesz­
k a ń c ó w wsi polskiej tego okresu, B. izolacji „ p i o n o ­
w e j " — klasowej, ograniczającej w znacznym stopniu
możliwości korzystania przez wieś z e l e m e n t ó w tak
zwanej „ k u l t u r y e l i t " i wreszcie C. w y n i k a j ą c e j
na
zasadzie sprzężenia zwrotnego z poprzednich, a więc
izolacji „ ś w i a d o m o ś c i o w e j " — ksenofobii, k t ó r a r ó w n i e ż
w momentach nieuniknionych s p o t k a ń ze ś w i a t e m ze­
w n ę t r z n y m , ograniczała ich znaczenie poznawcze, powo­
dując p r z y p o r z ą d k o w a n i e w y n i k ó w nowych d o ś w i a d c z e ń
do zakorzenionych, spetryfikowanych struktur mitycz­
nych. Nasilenie p r o c e s ó w p o w o d u j ą c y c h owe izolacje nie
było oczywiście r ó w n e na poszczególnych terenach za­
siedlonych w X I X w. przez polskich (polskojęzycz­
nych) chłopów. I tak korzystnie (szczególnie w aspek­
cie A i B) p r z e d s t a w i a ł a się sytuacja ludności zaboru
pruskiego, a r ó w n i e ż (aspekt B) grup c h ł o p s k i c h prze­
mieszanych terytorialnie z d r o b n ą szlachtą, czy (aspekt
C) populacji kresowych. Pomimo to ogólne zasady (me­
chanizmy) izolacji cywilizacyjnej
i jej konsekwencji
u z n a ć można, z częściowym p o m i n i ę c i e m ziem zaboru
pruskiego, za charakterystyczne dla c a ł o k s z t a ł t u
tej
k u l t u r y wiejskiej X I X wieku, k t ó r ą dzisiaj — j a k ż e
często — o k r e ś l a się u n i f i k u j ą c y m mianem „ t r a d y c y j n e j
k u l t u r y ludowej". Niech u s p r a w i e d l i w i to, iż w n i ­
niejszym szkicu k o n c e n t r u j ą c y m się tylko na central­
nych,
najważniejszych
mechanizmach
kształtujących
model k u l t u r y ludowej, p o m i n i ę t e z o s t a n ą bardziej sub­
telne zagadnienia z r ó ż n i c o w a ń regionalnych, czy p r ó b y
dokładniejszego określenia geo-społecznego zasięgu po­
szczególnych zjawisk.
2

3

Izolacja pozioma. Za podstawowe czynniki mobilności
terytorialnej chłopa ziem polskich X I X w. przyjmuje
się z r e g u ł y : a. służbę w o j s k o w ą , b. pielgrzymki, c. tar­
gi i j a r m a r k i , czyli handel wiejski, d. migracje za­
robkowe (jest to jednak — dla ludności spoza k r ó lewszczyzn
— istotne dopiero w czasach p o u w ł a s z -

1

e

czeniowych , e. ż e b r a c t w o i ewentualnie — f. zamie­
r a j ą c e już w p o c z ą t k a c h X I X w . nawet na ziemiach
górskich, zbójnictwo. Trzy pierwsze z wymienianych
m i a ł y przy t y m mieć, o b e j m u j ą c
najszersze grupy
chłopów, znaczenie podstawowe.
Służba
wojskowa.
„Doświadczenie
odbywania
służby
wojskowej
było u d z i a ł e m
najwyżej
3—5%"
stwierdza Bohdan C y w i ń s k i m a j ą c na m y ś l i całą l u d ­
ność Rzeczypospolitej w przedrozbiorowych granicach.
Jeżeli u w z g l ę d n i m y jednak, iż np. w zaborze rosyjskim
mobilizowano c h ę t n i e j ( w y j ą w s z y okres represji po­
powstaniowych, dotyczących jednak g ł ó w n i e s z l a c h t y )
mężczyzn r u s k o j ę z y c z n y c h , że n i e k t ó r e kategorie pobo­
r o w y c h kierowane były do r ó ż n y c h służb w e w n ę t r z ­
nych, co u m o ż l i w i a ł o pozostanie na terenie powiatu
zamieszkania etc. — procent c h ł o p ó w polskojęzycz­
nych, k t ó r z y w z w i ą z k u ze służbą w o j s k o w ą opuszczali
rodzinne regiony obniżyć m o ż n a n i e w ą t p l i w i e do 2—3.
Opuszczali... I l u z nich jednak dane b y ł o p o w r a c a ć ?
— i mniej w a ż n a jest t u liczba żołnierskich ofiar na
odległych „polach c h w a ł " . J u ż bowiem sama wieloletniość uciążliwej służby, przy średniej długości życia
nie p r z e k r a c z a j ą c e j dla naszego w i e ś n i a k a ok. 1850 r
trzydziestu sześciu lat (bez u w z g l ę d n i e n i a ś m i e r t e l n o ­
ści n i e m o w l ą t ) nie s t w a r z a ł y w i e l k i c h szans. Toteż nie
darmo pieśń gminna owych czasów t r a k t o w a ł a powo­
ł a n y c h jak sui generis ż y w e trupy. Sądzić w s z a k ż e za­
sadnie m o ż n a , że procent mężczyzn m o g ą c y c h przeka­
z y w a ć społeczności wiejskiej relacje z odległych stron
wojaczki nie p r z e k r a c z a ł ostatecznie 0,5—0,8.
Pielgrzymki.
Zagadnieniem niedostatecznie prze­
badanym, co do którego' r ó w n i e ż s n u ć m o ż n a t y l k o
hipotetyczne r o z w a ż a n i a , jest zakres uczestnictwa X I X wiecznego c h ł o p s t w a katolickiego ziem polskich w pielg­
rzymkach. Historycy i etnografowie ograniczają się t u
p r z e w a ż n i e do niewiele m ó w i ą c y c h sugestii, j a k п р . :
ze „były pielgrzymki wcale p o p u l a r n e " . Na podsta­
wie
retrospektywnych
relacji
współczesnychjak
r ó w n i e ż fragmentarycznych b a d a ń zachowanych w nie­
k t ó r y c h sanktuariach „ k s i ą g " i „zbiorów ł a s k " p r z y j ą ć
m o ż n a ogólnie, iż p i e l g r z y m o w a ł o — przynajmniej je­
den raz w życiu — od około 30% (początek X I X w.)
do ponad 40% (schyłek wieku) katolickich m i e s z k a ń c ó w
wsi polskiej. Dokąd jednak? — X . S a d o k - B a r ą c z w y ­
licza w Polsce (w granicach z 1772) 463 cudowne obrazy
samej t y l k o M a t k i Bożej , а X . W a c ł a w z Sulgostowa p o d w y ż s z a tę liczbę (nie Wliczając miejsc k u l t u
ludności p r a w o s ł a w n e j ) do 1050 , co po doliczeniu
jeszcze około 220 cudownych miejsc z w i ą z a n y c h z k u l ­
tem n i e m a r y j n y m
pozwala u z y s k a ć o k r ą g ł ą cyfrę 1300
celów p ą t n i c z y c h peregrynacji — a więc jedno ścią­
gające p i e l g r z y m ó w sanktuarium katolickie na około
540 k m , czyli k r ą g o promieniu zaledwie 13 k m . Spo­
śród uich ok. 1200 to sanktuaria o znaczeniu lokal­
n y m , ok. 80 — regionalnym i ok. 20 — ponadregio­
nalnym (np. B e r d y c z ó w , Częstochowa, J a r o s ł a w , K a l ­
waria P a c ł a w s k a , K a l w a r i a Zebrzydowska, K o d e ń , K r a ­
ków, Trzebnica, Wilno...). Wydaje się — o ile pole­
gać m o ż n a z n ó w na szacunkowych danych z fragmen7

3

9

10

12

13

14

2

5

131

�tarycznych rekonstrukcji, iż pierwsze z wymienionych
były ostatecznym celem ponad 80°/o p i e l g r z y m ó w , już
t y l k o 12—15°/o (a więc 3,6—6% katolickiej populacji
wiejskiej) docierało do o ś r o d k ó w regionalnych, a co
n a j w y ż e j 5% (odpowiednio: 1,5—2%) dalej.
J a r m a r k i . Również uczestnictwo w j a r m a r k a c h i tar­
gach dotyczyło — j a k w y k a z u j ą to opracowania Z b i g ­
niewa B i a ł e g o , Kazimierza C h ł ę d o w s k i e g o , czy M i ­
chała Praskowskiego
— p r z e w a ż n i e tylko specyficz­
nych kategorii ludności wiejskiej i sporadycznie (około
0,5—l°/o n a b y w c ó w ) s k ł a n i a ł o c h ł o p ó w do w ę d r ó w e k
dłuższych niż 1—2 mile austriackie, t . j . ok. 15 k m .
Jest zresztą faktem znamiennym, iż chłopi polscy nie
stosowali w praktyce (w o d r ó ż n i e n i u choćby od Sło­
w a k ó w czy Ł o t y s z ó w )
rodzimej miary odległości
dłuższej niż, użyteczny t y l k o przy k r ó t k i c h dystansach,
krok .
15

le

17

1 8

19

W p r z y b l i ż e n i u p r z y j ą ć więc ostatecznie
można
(zbójnictwo
i żebractwo
m i a ł o w życiu s p o ł e c z n y m wsi
przeduwłaszczeoiowej
znaczenie drugorzędne!) iż za­
ledwie 2,5—4% c h ł o p ó w m i a ł o okazję kiedykolwiek w
życiu w y d o s t a ć się poza granice „naszego ś w i a t a " —
rejonu o promieniu nie w i ę k s z y m , niż 15 k m swoistego
orbis interior.
Izolacja pionowa. Kościół, d w ó r , karczma i szkoła —
spośród tych czterech podstawowych źródeł p o ś r e d n i e j
informacji o t y m , co dzieje się poza orbis interior, k o ­
ściół odgrywa na wsi polskiej rolę bez w ą t p i e n i a
najważniejszą.

П. 1. Jan

132

Paweł

Norblin,

Zabawa

K o ś c i ó ł . „ J a nie cztę pisma, ni piszę — Ale tak
z kazania słyszę" pisał, p r e z e n t u j ą c p o g l ą d y kmiecia,
XVI-wieczny
polemista katolicki
Wit Korczewski
i lubo jego bohater dodaje zaraz: „ W o l a ł b y m dobro
wyspanie — Niż pacierz, albo kazanie", nie sposób
docenić t r w a j ą c e g o aż po X X wiek, w p ł y w u homiletyki
na k s z t a ł t o w a n i e się s t r u k t u r chłopskiego ś w i a t o p o ­
glądu. Toż jeszcze w 1900 r o k u chłopski prenumerator
„ G a z e t y Ś w i ą t e c z n e j " nie znajduje dla redakcji w i ę ­
kszych k o m p l e m e n t ó w nad stwierdzenie, że a r t y k u ł y
w jej periodyku „To tak j a k b y s i ę w Kościele było
na kazaniu p i ę k n y m i s ł u c h a ł o u w a ż n i e "
a nawet
z wydanych w 1935 r o k u p a m i ę t n i k ó w c h ł o p s k i c h cy­
tuje Jan S t a n i s ł a w B y s t r o ń c h a r a k t e r y s t y c z n ą wypo­
w i e d ź : „Tyle tylko m ą d r o ś c i co ksiądz z dobrej woli
powie..." . W zakresie informacji „o ś w i e c i e " nie była
to je-dnak z zasady m ą d r o ś ć podawana explicite, w j a ­
k i k o l w i e k usystematyzowany sposób, lecz zbiór r ó ż n y c h
dygresji i anegdot służących dydaktyce moralnej, ko­
m e n t u j ą c y c h odczytane teksty z Pisma Ś w i ę t e g o , czy
też m a j ą c y c h po prostu u d o k u m e n t o w a ć p r z e w a g ę i n ­
t e l e k t u a l n ą kaznodziei. Słuchacz u z y s k i w a ł z nich w i a ­
domości przypadkowe, często zmitologizowane i ten­
dencyjne, czy zgoła faktograficznie fałszywe. Ich w a ż k a
rola dla systemu ludowej wiedzy o świecie z e w n ę t r z ­
nym (orbis exterior) z a s a d z a ł a się więc bardziej na
u t r w a l a n i u (szczególnie, gdy chodzi o c h ł o p s k ą kseno­
fobię) niż p r z e ł a m y w a n i u s t r u k t u r mitycznej ś w i a d o ­
mości wsi.

wiejska w karczmie,

20

2 1

22

rys.

pędzlem

i

tuszem,

lawowany.

�11. 2. Jan P a w e ł Norblin, W karczmie, rys. tuszem, lawowany, 1780 r.

Wydaje się natomiast, że nie należy
przecenia.:
znaczenia osobistego k o n t a k t ó w c h ł o p ó w z duszpaste­
rzem. „Ksiądz był w y n i o s ł y i daleki" — jak słusznie
p o d k r e ś l a B y s t r o ń , zaś proboszcze u t r z y m u j ą c y ż y w ­
sze kontakty prywatne z w i e ś n i a k a m i należeli do w y ­
j ą t k ó w nawet i u s c h y ł k u X I X wieku (stosunkowo czę­
sto zdarzało się to na kresach wschodnich — przy­
puszczalnie pod w p ł y w e m p r z y k ł a d u postawy p o p ó w
prawosławnych).
Zupełną
natomiast
rzadkością
byli
działacze t y p u X X w.: W a c ł a w a Blizińskiego (Kaliskie),
S t a n i s ł a w a S t o j a ł o w s k i e g o (Galicja), l u b Piotra W a ­
wrzyniaka (Wielkopolska).
2 3

D w ó r . Innej natury (moda, obyczaj, pieśń ś w i e c k a ,
w y p o s a ż e n i e materialne), ale bardziej jeszcze powierz­
chowne i mimowolne było — w dziedzinach edukacji
i informacji — o d d z i a ł y w a n i e dworu. Ogromnej w i ę k s z o ­
ści szlachty nazbyt o d p o w i a d a ł a f o r m u ł a „Niech na
całym świecie wojna — Byle polska wieś zaciszna —
Byle polska wieś spokojna..." , by w interesie jej
leżało jakiekolwiek rozszerzanie k r ę g u chłopskich w y o ­
b r a ż e ń . Wręcz odwrotnie — o d n o t o w a ć m o ż n a częste
p r z y k ł a d y wyrzucania przez oficjeli dworskich z terenu
wsi obcych handlarzy, ż e b r a k ó w i włóczęgów, zakazu
goszczenia przez c h ł o p ó w osób spoza parafii i.t.p. „ P a n
się boją we wsi r u c h u . . . " . Niech więc nie m y l ą nas
p o w r a c a j ą c e co pewien czas na dworskie ganki fale
zainteresowania „chłopską dolą", mazowieckie w ę d r ó w k i
Kolberga, programy „zbliżenia do ludu". „ K o c h a m te
swojskie,
wierne/
Chłopskie
serca
bratnie/
Które
dla mnie, ich pana/ Biją tak intratnie..." , podsu­
m o w a ł je Jan L e m a ń s k i , z sarkazmem wprawdzie, lecz
i bezsprzeczną słusznością.
24

25

2e

K a r c z m a . „W
karczmisku ć m a

całej wiosce
narodu" . I
27

d y m i ą czuby
rzeczywiście,

/ A w
karczma,

k t ó r a — o czym często się zapomina — spełniała w
życiu wsi, poza L i t w ą , nie tylko funkcje „ r o z d y m i a n i a
czubów", ale r ó w n i e ż handlowe, kulturalne, m a t r y m o ­
nialne etc. cieszyła się zazwyczaj i n t e n s y w n ą f r e k w e n ­
cją. I n t e n s y w n ą — nie szeroką, gdyż jej obroty za­
pewniane były przede wszystkim przez częste w i z y t y
stałej grupy najbliżej m i e s z k a j ą c y c h w i e ś n i a k ó w . G r u ­
py względnie niewielkiej, jako że „ n p . w 1874 na te­
renie Galicji jedna karczma p r z y p a d a ł a na 233 miesz­
k a ń c ó w , licząc w to nawet dzieci przy piersiach, a w
n i e k t ó r y c h powiatach nawet na 120 o s ó b " . Owa m i e j ­
scowa m i n i — „ ć m a narodu" m i a ł a t e o r e t y c z n ą okazję
spotkania w karczmie p o d r ó ż n y c h w i e ś n i a k ó w z innych
okolic (obowiązek dróg), k u p c ó w , j a k i niekiedy r ó ż ­
nego rodzaju e l e m e n t ó w nieustabilizowanych (żebracy,
złodzieje, paserzy). W praktyce jednak posłańcy c h ł o p ­
scy muszący p o k o n y w a ć pieszo conajmniej 30 k m dzien­
nie
nie m i e l i p r z e w a ż n i e sił, kupcy zaś, dysponu­
j ą c y zresztą najczęściej wydzielonymi kwaterami, ocho­
ty do bardziej ożywionego życia towarzyskiego. Obcym
kompanem karczemnych pogwarek b y w a ł więc spora­
dycznie dyskretny z konieczności złodziejaszek l u b nie
s k ą p i ą c y — za o p ł a t ą — g a r d ł a ani czasu dziad —
ż e b r a k . Wokół r o l i , j a k ą o d g r y w a ł ten ostatni w w i e j ­
skim obiegu informacji n a r o s ł o w literaturze etnogra­
ficznej i historycznej wiele m i t ó w . Nazywano go wszak­
że nawet „profesorem w s i " (Seweryn Udziela), czy „ga­
zetą ludu". Jeśli już gazeta, to ściślej — „ j o u r n a l j a u ne" — p o p o ł u d n i ó w k a ograniczająca się — jak w y k a ­
zują współczesne badania — przede wszystkim do
repertuaru sensacyjnego, t y p u : „ S t r a s z n a kara Boża
s p a d ł a na niegodziwego syna, k t ó r y mścił się nad swo­
i m ojcem, a gdy u d e r z y ł staruszka w twarz, to obie
ręce mu nagle s k o s t n i a ł y " , „ S t r a s z n a zbrodnia Bier2 8

2 9

30

133

�p a ń s k a pracza jnauka ojczowie nasze nie dali nam
Baszami nieumieli. Tobym tego niewiedział jak zga­
zety" ) o d g r y w a ć poczęło p o w a ż n i e j s z ą rolę w samym
końcu wieku.
Izolacja świadomościowa. Wreszcie: izolacja „ ś w i a d o ­
m o ś c i o w a " — zjawisko nie w y s t a r c z a j ą c o wciąż przez
h i s t o r y k ó w , czy socjologów dostrzegane i akcentowane.
Tymczasem m a t e r i a ł y zebrane przez Jana S t a n i s ł a w a
Bystronia nie p o z o s t a w i a j ą
najmniejszej
wątpliwości
co do tego, iż wierzenia o ś l e p y m rodzeniu się obcych,
ich czarności, kanibalizmie, obrzydliwym zapachu e t c .
nie ulegały w e r y f i k a c j i nawet wobec oczywistych, em­
pirycznych zaprzeczeń. W z a m k n i ę t y c h chłopskich m i krokosmosach X I X w. b r a k o w a ł o nie t y l k o fizycznych
możliwości lub chęci, ale r ó w n i e ż — czy raczej: przede
wszystkim — przygotowania intelektualnego do zauwa­
żenia, poznania, obiektywnej oceny, a t y m bardziej
zaakceptowania inności lub nowości. To dlatego ci nie­
liczni urlopnicy p o w r a c a j ą c y z wojska, w k t ó r y c h i n ­
formacjach tak w i e l k ą nadzieję zdaje się p o k ł a d a ć
B y s t r o ń , opowiadali — j a k wspomina Wincenty Witos
35

30

П.

3.

Oko

Opatrzności,

olej

na

płótnie,

XIX

w.

nackiego i Karczmarczyka p o p e ł n i o n a na kalece T a l a ­
rze w R ę b k o w i e pod G a r w o l i n e m " .
etc. Zaiste —
zachęcająca wizja ś w i a t a !
Szkoła.
Złożona jest natomiast sprawa
oddziały­
wania na wieś szkoły. O ile bowiem w zaborze prus­
k i m , gdzie przymus szkolny zaprowadzono na Ś l ą s k u
w 1819, w P o z n a ń s k i m w 1825, a w Prusach Zachod­
nich w 1845, jest ono skuteczne i stosunkowo g ł ę b o ­
kie, o tyle do pozostałych t e r e n ó w Rzeczypospolitej
p a s u j ą raczej strofy Jana L e m a ń s k i e g o : „O wsi gdzie
dookoła/ N i k t nie wie, co to szkoła/ Gdzie w i e ­
dza
krzewi
ta
się/ W y k r ę c a ć
gniazda ptasie..." .
I tak podług danych spisu l u d n o ś c i z 1897 t y l k o 31 '/o
dorosłej (!) populacji guberni lubelskiej umie czytać,
w radomskiej i kieleckiej mniej jeszcze. A przecież
są to lata bujnego już rozwoju szkolnictwa jednoklasowego. Jeżeli więc u w z g l ę d n i m y jeszcze, iż przytoczo­
ne cyfry są oczywiście z a w y ż o n e przez szerzej korzy­
s t a j ą c ą z o ś w i a t y ludność m i e j s k ą , przyjdzie p r z e s t a ć
się dziwić, że w pierwszej połowie X I X w i e k u u w a ­
żano p i ś m i e n n e g o za „księdza, d i a b ł a albo niespełna
k l e p k i " z a r ó w n o w Galicji, j a k i na ziemiach zaboru
rosyjskiego, zaś Eustachy Hrabia Tyszkiewicz w swo­
i m „Opisaniu powiatu borysowskiego" nie potrafi p r z y ­
p o m n i e ć sobie ani jednego (!) dziecka chłopskiego po­
b i e r a j ą c e g o nauki. Sytuacja ta p o p r a w i a ł a się bardzo
powoli. Jeszcze w 1899 entuzjastka szkolnictwa ludo­
wego Zofia Strzetelska-Grynbergowa stwierdzi, iż „lud
wiejski n i e c h ę t n y jest dla o ś w i a t y " i „ n i e p r z y c h y l n i e
usposobiony do s z k o ł y " , a jej opisy wiejskich szkół
roić się b ę d ą od takich s t w i e r d z e ń , j a k пр.: „w B i l i czu założono szkołę na p o c z ą t k u X I X wieku. Pobyt
dla nauczyciela tam bardzo p r z y k r y ; m o ż n a d o s t a ć me­
lancholii. W y n i k i n a u k i bardzo s ł a b e " . Oczywiście
w t y m stanie rzeczy r ó w n i e ż i czytelnictwo wiejskie
(„Oboże ile j a s i ę n a u c z y ł zgazety iłem P o z n a ł ś w i a t a
ile k r a j ó w w o d ó w A s k ą d t b y m mug wiedzić żeby nie
31

S2

f

33

3 4

134

— „cuda o t y m , co tam widzieli, a czego najczęściej
nie rozumieli. Mówili na p r z y k ł a d z a s ł u c h a n y m gro­
madom, że obozowali na tak wysokich górach, z k t ó ­
rych m o ż n a było wprost od słońca zapalić fajkę albo
papierosa. Widzieli całe domy budowane ze szkła, z&gt;ote kościoły, kamienice tak wysokie jak nasze Tatry,
kłosy zboża na pół metra długie, k r o w y takie, że do
brzucha jednej m o ż n a bez t r u d u dziesięć naszych scho­
w a ć , ogromne ilości wina, w k t ó r y c h się ludzie t a m ­
tejsi k ą p i ą i myją, nie u ż y w a j ą c wody. Dziwne było
po prostu, że plotąc te i inne androny ż a d e n z n i c h
(podkr. L . S.) nie w s p o m n i a ł nawet o stosunkach i u r z ą ­
dzeniach, jakie w tych krajach już p a n o w a ł y , a k t ó r e
powinien był, j a k o r o l n i k , w pierwszym rzędzie zo­
baczyć."
Jak w i d a ć z w i e l k ą i n t u i c j ą pisał Tomasz
Mann w Józefie
i jego braciach ,
iż w izolowanych
k u l t u r a c h tradycyjnych m i t pokonuje z r e g u ł y „ p r z y ­
p a d k o w ą i n i e i s t o t n ą rzeczywistość". Mogli więc chłopi
z Galicji, m i e s z k a j ą c y po prawej stronie Wisły, mieć
na jej d r u g i m brzegu ukochanych krewnych, przyja­
ciół i znajomych, a r ó w n o l e g l e — j a k n a k a z y w a ł a m i ­
tyczna r e g u ł a — u w a ż a ć wszystkich s ą s i a d ó w zza rzeki
„za Moskali i dziwić się, dlaczego oni m ó w i ą po polsku,
a w i ę k s z e mieć do nich uprzedzenia aniżeli do N i e m ­
ców lub Ż y d ó w " . Tak — „ m u s i m y się zgodzić na
to, że owa epoka dopuszczała j e d n o c z e ś n i e obie moż­
l i w o ś c i " . Nie d o c e n i l i b y ś m y jednak znaczenia tej swo­
istej ludowej ksenofobii i schizofrenicznej rezerwy po­
znawczej, ograniczając ich znaczenie do
kontaktów
z cudzoziemcami i egzotyką dalekich stron. K u r p i o ­
wskie badania Jacka O l ę d z k i e g o
wykazały wszakże
dobitnie, iż zmityzowane postrzeganie, połączone z nie­
chęcią p o z n a w c z ą , a wzmocnione p o k a ź n y m b a g a ż e m
infernalnych bez m a ł a w i e r z e ń , odcisnęły swoje p i ę t n o
na znajomości i interpretacji niezwykle szerokiego za­
kresu (czy zgoła wszelkich?) zjawisk i istot spoza
oswojonego k r ę g u „ n a s z e j " w s i . P o m i ę d z y inteligen­
ckie bajki włożyć więc można wizję „ t r a d y c y j n e g o "
w i e ś n i a k a — dziecka natury, p o d z i w i a j ą c e g o p i ę k n o dzi­
k i c h „pól i l a s ó w m i e s z k a ń c ó w " . „Niech ta ciort
w e ź m i e wszystkie gady, robaki i inne z w i e r z e — ta
i podobne, zanotowane nie t y l k o przez Jacka O l ę d z ­
kiego, wypowiedzi są niestety znacznie bardziej w i a r y ­
godne od p o k u t u j ą c y c h t u i ówdzie rzewnych wspo­
minek sielskiego d z i e c i ń s t w a . W najlepszym przypadku:
„dzikich s t w o r z e n i ó w nie zidziałam, to nie poziem, k t ó ­
re m i się spodobają. Zajunc casem przeleci, ale zajunc
3 7

38

3 9

40

41

4 2

43

44

15

— j a k to zajunc" . Wszystko co poza granicami „ n a ­
szego" ś w i a t a , swojskiej ekumeny, nie warte jest w

�gruncie rzeczy w y s i ł k u obserwacji, czy zastanowienia,
pada ł a t w y m ł u p e m mitycznych s c h e m a t ó w . Toż i tnk
wiadomo, że t y l k o w naszej wsi, naszym „orbis interior"
— „ n a t u r a jest doskonalsa, od Pana Jezusa cłoziekoziu
dana"«.
Znaczenie owej wielostronnej izolacji wsi polskiej
X I X wieku, k t ó r ą p o d s u m o w a ł był Witos lapidarnym
stwierdzeniem, iż chłop „tworzył sobie swój w ł a s n y
.świat, poza k t ó r y nie chciał ani nie mógł w y c h o d z i ć " ' ,
nie było dotąd należycie doceniane przez większość
h i s t o r y k ó w i e t n o g r a f ó w epoki, k t ó r z y ograniczali się
p r z e w a ż n i e do z d r o w o - r o z s ą d k o w e j konstatacji z w i ą z k u
między odosobnieniem i konserwatyzmem chłopskich
m i k r o k o s m e s ó w , czyli do teoretycznego uogólnienia —
p e ł n y c h zresztą przesady — w e r s ó w W ł a d y s ł a w a Syrok o m l i o Polesiu: „Tu zaslonieni lasem i oblani wodą.'
Z pokoleń w pokolenia ludzie wiek swój wiodą;/ Ż a d e n
nowy obyczaj, żaden w y m y s ł świeży/ Nie p r z e m i e n i ł ich
mowy n i k s z t a ł t ó w odzieży;/ Ż a d e n nowy duch wieki,
nie przyłożył ręki,/ By zmienić bicie serca albo tekst
piosenki..."
Tymczasem wydaje się, iż skutki owego
..zasłonięcia lasem i oblania w o d ą " były o wiele szer­
sze i bardziej złożone. Nie p o r y w a j ą c się na całościo­
wą, s y s t e m o w ą ich analizę, warto chyba na paru naj­
bardziej jaskrawych i znaczących p r z y k ł a d a c h : г у t u a1 i z m u, m o r a l n o ś c i ,
s e n s u a 1 i z m u wiejskiego,
u k a z a ć s p r a w c z ą , organizującą rolę pozostawania w izo­
lacji dla mechanizmu k u l t u r y ludowej X I X wieku.
Rylualizm. Male, względnie odosobnione grupy, żyjące
w mniej lub bardziej silnym poczuciu mitycznego za­
grożenia z e w n ę t r z n e g o , tylko w bardzo w ą s k i c h ramach
pozwolić sobie mogły ( w p ł y w a ł y na to r ó w n i e ż racje
ekonomiczne) na tolerowanie niezestandaryzowanych po­
staw jednostek, noszących w s z a k ż e zawsze w sobie za­
rodek groźby dezintegracji orbis interior . „Zespoleni
i jednacy" — tak b r z m i e ć by zapewne winna n i e u ś w i a damiana dewiza dążeń tradycyjnej społeczności w i e j ­
skiej. N a t u r a l n ą zaś takiej zasady k o n s e k w e n c j ą oka­
zywać się m u s i a ł a społeczna niechęć do wszelkich po­
staw i działań indywidualnych, o b e j m u j ą c a z a r ó w n o za­
kres obyczajowości, w y p o s a ż e n i a materialnego (opiewa­
ny wielekroć chłopski opór przeciw innowacjom tech­
nicznym) , jak i — p r z y k ł a d to nader charakterystycz­
ny dla polskiej k u l t u r y ludowej X I X wieku — r e l i ­
gijności. „W ż a d n y m bodaj ś r o d o w i s k u , poza wiejskim,
nie w y s t ę p u j e z t a k ą w y r a z i s t o ś c i ą oblicze społeczne re­
l i g i i — to, że jest ona s p r a w ą życia zbiorowego, a do­
piero w t ó r n i e indywidualnego." — pisał Stefan Czar­
nowski . I rzeczywiście — nawet modlitwa oceniana
jest w ś r ó d chłopów zdecydowanie w y ż e j , jeżeli ma cha­
rakter zbiorowy. „Abo to Pan Bóg ma głowę do u w a ­
żania na k a ż d e g o z osobna", „ J a k razem, to i Pan
Jezus inaczej w y s ł u c h a " , ,,Jek Jezus z apostoły i my
k l ę k a j m y p o s p o ł y . . . " . Podobne opinie p o w t a r z a j ą sie
w odniesieniu do pielgrzymek ( „ P i e l g r z y m i nie są nie­
mal nigdy przedstawicielami t y l k o samych siebie. Z re­
guły są jednocześnie p o ś r e d n i k a m i n a b o ż n o ś c i szerszego,
lub szczuplejszego grona, k t ó r e p o w i e r z y ł o i m zaniesie­
nie p r ó ś b dio Boga przed cudownym obrazem Jego M a ­
t k i , dokonanie w imieniu m a n d a t a r i u s z ó w i za nich
o k r e ś l o n y c h ćwiczeń nabożnych... Pielgrzym nawet sa­
motny, jest zawsze czyimś p o s ł e m . " ) , j a k r ó w n i e ż
p r a k t y k pokutnych etc. Owemu u b ó s t w u — żeby nie
powiedzieć b r a k o w i — i niskiemu
wartościowaniu
p r a k t y k i n d y w i d u a l n y c h przeciwstawia się oczywiście
bogaty i z r ó ż n i c o w a n y repertuar w i e r z e ń , w y o b r a ż e ń
i p r a k t y k zbiorowych. Realizacja tych ostatnich z udzia­
łem znaczniejszego grona u c z e s t n i k ó w wymaga zaś sta­
rannej reżyserii, o b e j m u j ą c e j z a r ó w n o czasowe, prze­
strzenne, jak i społeczne rozplanowanie obrzędu. K u l ­
J

18

ił. 4. Matka Boska S a l e t y ń s k a , olej na
cm, X I X w.

p ł ó t n i e , 65 X 51

19

50

51

52

53

tura
ludowa
wypracowała
przez
wieki
(opierając
się w t y m dziele w znacznej mierze na ciągłej adap­
tacji p i e r w i a s t k ó w c h r z e ś c i j a ń s k i c h do spetryfikowanych, a c h r z e ś c i j a ń s k i c h s t r u k t u r m i t y c z n y c h ) nader
precyzyjne i koherentne „ s c e n a r i u s z e " rytualne. Boga­
ctwo ich form i bagaż w nich zawartych, a m a j ą ­
cych dla struktur rodzimej k u l t u r y ludowej X I X w i e k u
znaczenie organizujące, tradycji
mitycznych , łatwo
p r z y ć m i ł y n a j w a ż n i e j s z ą z p u n k t u widzenia Kościoła,
to jest teologiczną treść o b r z ą d k ó w . R y t u a ł o d e r w a ł się
od swych teologicznych znaczeń stając się niezwykle
często — sam w sobie przedmiotem w i a r y , jak пр.:
powszechna w religijności ludowej X I X w. wiara, że
„jeśli zaginą koladka ( t . j . obrzędy b o ż e n a r o d z e n i o w e )
n a s t ą p i koniec ś w i a t a " , gdzie sam zespół akcji o b r z ę ­
dowych przekształcił się w „ n o r m ę eschatologiczną",
lub — bezrefleksyjnie, czyli bez z w i ą z k u z jego sen­
sem
teologicznym,
celebrowany
spektakl,
czego
wymownym
p r z y k ł a d e m m o g ą być choćby obchody
ś w i ę t a M a t k i Bożej Zielnej realizowane w K a l w a r i i
P a c ł a w s k i e j (fundacja 1668, sprowadzenie cudownego
obrazu N M P ok. 1685). K a l w a r i a wybudowana została
przez J ę d r z e j a Maksymiliana F r e d r ę z m y ś l ą — jak
to sama nazwa wskazuje — o obchodach paschalnych.
Jest ona możliwie w i e r n y m odtworzeniem miejsca Męki
P a ń s k i e j — odległości pomiędzy kapliczkami, wyobra­
ż a j ą c y m i poszczególne stacje, wymierzone są tak, by
o d p o w i a d a ł y odległościom w Jerozolimie. Mamy t u
i górę O l i w n ą i potok Hebron vel C e d r o n
(rzeka
Wiar). W tej scenerii obnoszona b y ł a corocznie, w dniu
14.VIII (i jest zresztą do dzisiaj) figura M a r y i . Z okazji
uroczystości W n i e b o w z i ę c i a idzie się więc do „ d o m k u
P i ł a t a " , przechodzi przez „ H e b r o n " , odwiedza Annasza
i Kajfasza... Ż a d e n z indagowanych współcześnie pielg­
r z y m ó w nie widział w t y m nic dziwnego, u z a s a d n i a j ą c
5J

55

5 6

57

135

�П. 5. Sw. B a r t ł o m i e j , drewno policbrom., wys. 67 cm, X I X (?) Z a b o r ó w , w o j . rzeszowskie.
I I . 6. Wojciech Oleksy. Pieta, drewno mai. k r e d k a m i , wys. 28 cm, 1973 r.

swoje p o s t ę p o w a n i e (np. ś p i e w a n i e pieśni wielkopost­
nych przy tak radosnym święcie) najfantastyczniejszy­
m i a p o k r y f a m i , albo prostym stwierdzeniem: „ j a k ­
b y ś m y inaczej r o b i l i , to by nas Pan Bóg p r z e k l ą ł , tak
zawsze było i być m u s i . R y t u a ł sam w sobie oka­
zuje się więc w a r t o ś c i ą o b w a r o w a n ą nie tylko groź i4
oburzenia grupy, ale i gniewu B o ż e g o . Dokonuje się
kliniczny w r ę c z przypadek procesu mityzacji: nie t r e ś ć
n a u k i Kościoła, ale w y t w o r y społeczne, rezultaty okre­
ślonych p o w i k ł a ń historyczno-kulturowych, czy zgoła
ekonomiczno-klasowych,
czysto
nieraz
zewnętrzne
i przypadkowe, j a w i ć się p o c z y n a j ą w oczach chłopów
jako „odwieczne", „uświęcone", „ s ł u s z n e " i w konse­
kwencji p o d l e g a j ą rytualizacji. Liczne ś w i a d e c t w a po­
t w i e r d z a j ą zaś, iż w X I X wieku takie w ł a ś n i e zmitologizowane i zrytualizowane, acz niejednokrotnie zgoła
fałszywe, w y o b r a ż e n i a o w ł a s n e j religii były często
dla polskich w i e ś n i a k ó w podstawowym probierzem ich
katolickiej p r a w o w i e r n o ś c i , p o z w a l a j ą c y m m i e s z k a ń c o m
orbis interior nie t y l k o na pogardliwe ustosunkowy­
wanie się do innych grup wyznaniowych, n a r o d o w o ś c i o ­
wych, czy lokalnych, ale niekiedy nawet na ignoro­
wanie postawy i nauki książy, o ile ci u s i ł o w a l i w
ś w i a t tych p o g l ą d ó w i n g e r o w a ć . Dotyczyło to, jak się
wydaje, przede wszystkim sfery m o r a l n o ś c i
Moralność. „ R y t u a l i z m e m t ł u m a c z y się t a k ż e fakt, że
t r e ś ć etyczna c h r z e ś c i j a ń s t w a m a ł o z a p r z ą t a naszego
w ł o ś c i a n i n a (...) M o r a l n o ś ć ludowa praktyczna w ca­
łości swojej, uzasadniona jest przede wszystkim tra­
dycją, starodawnym obyczajem. P o s t ę p u j e się w pe­
wien sposób w danych okolicznościach, bo nie ina­
czej p o s t ę p o w a l i ojcowie, bo tak p o s t ę p u j e się za­
wsze, nie zaś dlatego, że tak uczy ksiądz na kaza­
niu..."
— stwierdza z n ó w Stefan Czarnowski, lecz
zdanie jego, chociaż n i e w ą t p l i w i e słuszne, ma t y l k o
opisowy charakter. „ T r a d y c j e " , „święte prawa", „czy­
58

5 9

ł

60

0 1

136

ny ojców" to już w s z a k ż e k o ń c o w y p r o d u k t mityzacji.
Co spoczywało jednak u jego podstaw, wokół jakich
centralnych zasad o g n i s k o w a ł się system m o r a l n o ś c i
ludowej X I X wieku? Otóż dopuszczając pewne n i u ­
anse regionalne , n a t r a f i m y i t u bez t r u d u na za­
sadnicze przeciwstawienia: „nasza grupa" — obcy,
orbis interior — orbis exterior, k t ó r y c h w y n i k i e m by­
ła tzw. m o r a l n o ś ć swojacka, w której
bezwzględnie
p o t ę p i a n e zło, grzech ciężki, s t a n o w i ł o to wszystko,
co u d e r z a ł o w g r u p ę od z e w n ą t r z l u b
rozsadzało
ją
od ś r o d k a . Natomiast przewiny wobec obcego, czy
p o p e ł n i o n e w imię utrzymania zasad ł a d u w e w n ę t r z ­
nego, były już traktowane zupełnie inaczej. Ten de­
terminowany przez na czelność f o r m u ł y „ r a z e m swo­
jacy" r e l a t y w i z m moralny w i d a ć bodaj najlepiej w
zakresie oceny p r z e s t ę p s t w przeciw zdrowiu i mieniu
bliźniego. I tak zabicie człowieka p o t ę p i a n e było oczy­
wiście suxowo przez X l X - w i e c z n y c h c h ł o p ó w nadrabskich
i poczytywane za grzech ciężki, jednak „zabi­
cia człowieka znanego ze zbrodniczych c z y n ó w prze­
ciw m i e s z k a ń c o m w s i , chociażby i dla pomszczenia oso­
bistej krzywdy i w sposób p o d s t ę p n y , nie zaliczają
już Nadrabianie do ciężkich p r z e s t ę p s t w . Wobec zaś
s p e ł n i e n i a zabójstwa w imię ogólnego dobra l u d nie
t y l k o uniewinnia zupełnie zabójcę, ale owszem czyn
jego u w a ż a za bardzo p i ę k n y " . Dodajmy, iż w p r z y ­
padku gdy owo c a ł k i e m dowolnie interpretowane „ogól­
ne dobro" z w r a c a ł o się przeciw osobnikowi szczególnie
(narodowościowo, językowo, religijnie, czy zawodowo)
grupie obcemu, jego zgładzenie j a w i ł o się chłopom
o m a l ż e pożyteczną rozrywtką, toteż prześcigali się w po­
mocy prowodyrom. Oto udokumentowany w znakomi­
tej monografii Jana S w i ę t k a , a z n a j d u j ą c y swoje od­
powiedniki z i n n y c h r e g i o n ó w , opis rozprawy z karcz­
marzem — Ż y d e m : „...dwaj młodzi parobcy częścią
z osobistej zemsty, częścią w imię ogólnego dobra po62

6 3

6 i

�stanowili zgładzić Lejbusia ze ś w i a t a . Z a m i a r u swego
dokonali w święto
Matki
Boskiej Zielnej (warto
zwrócić u w a g ę na s y m b o l i k ę tego doboru t e r m i n u —
przyp. L . S.) w jego w ł a s n e j szynkowni. (...) Rozpo­
częło się kolankowanie, kopanie obcasami i deptanie
(...) Za c h w i l ę dobrze już zbitego wyw-leczono za włosy
z izby karczemnej na pole, a tu wielu z obecnych
u w a ż a ł o za swój o b o w i ą z e k przynajmniej przez jedno
uderzenie k o ł k a p r z y c z y n i ć się do zgładzenia L e j b u sia. (...) L e j b u ś t y m sposobem do stu kołów o t r z y m a ł
już po śmierci... (...) A l e — komentuje S w i ę t e k — nie
można tego u w a ż a ć za pastwienie się nad trupem, bo
cała wieś wtedy o p o w i a d a ł a sobie, że L e j b u ś t y l k o
dlatego tak liczne razy po ś m i e r c i odniósł, p o n i e w a ż
obawiano się, aby »się nie zatajuł« (udał n i e ż y w e g o ) ' .
Oczywiście — przypadki z a b ó j s t w to zdarzenia skraj­
nie jaskrawe i w b r e w plastycznemu opisowi Wincen­
tego Witosa, j a k to „ T r u p y zalegały p o d w ó r z a kar­
czemne, komisje s ą d o w e i prokuratorskie zjeżdżały co
t r o c h ę do w s i . . . "
— jednak dosyć na wsi polskiej
X I X wieku rzadkie. Problemem dalece powszechniejszym
były t r w a ł e uszkodzenia cielesne i okaleczenia stano­
w i ą c e najczęściej — rzecz to typowa dla większości
izolowanych grup lokalnych w Europie — owoc po­
rachunków
wewnątrzrodzinnych.
Niezwykle istotnym
instrumentem zachowania ł a d u w e w n ą t r z grupy była
w s z a k ż e jej spetryfikowana h i e r a r c h i c z n o ś ć ,
podział
u p r a w n i e ń i w ł a d z y z a r ó w n o w skali całego orbis
interior, j a k i jego integralnych — rodzinnych ato­
m ó w . S t ą d b e z w z g l ę d n e poszanowania praw rodziciel­
skich, p o s u n i ę t e tak daleko, iż „... uszkodzenia cielesne
dzieci przez
rodziców,
wskutek k t ó r y c h
następuje
ś m i e r ć po u p ł y w i e k r ó t s z e g o l u b dłuższego czasu, nie
należą do bardzo rzadkich p r z y p a d k ó w . (...) Sąsiedzi
nie podnoszą ich z zasady, aby nie n a r u s z y ć p r a w
ojcowskich; zresztą ś m i e r ć dziecka u w a ż a się za natu­
r a l n ą , skoro ona nie n a s t ę p u j e b e z p o ś r e d n i o po pobi­
ciu, ale po dłuższej słabości, k t ó r a jest jego n a s t ę p ­
stwem. — Sąsiedzi t y l k o wtedy nie puściliby bezkar­
nie rodzicom zabicia dziecka, gdyby ono od r a z ó w
z ich r ę k i natychmiast zakończyło życie. (...) Jak cięż­
kie i częste są kalectwa, o k t ó r e rodzice dzieci przy­
p r a w i a j ą , j a k nieopatrzne są razy, k t ó r e oni nawet
z b ł a h y c h p o w o d ó w między nie rozdzielają, wystarczy
choćby z a g a d n ą ć jednego i drugiego w ł o ś c i a n i n a , k t ó r y
ma pewne wady fizyczne l u b u m y s ł o w e , o d k ą d d a t u j ą
się te jego wady, a usłyszy się od niego narzekania
na »tatusia, co go o k u l a w i l i , ize teraz u k r y m u j e na
nogę, bo go porazili p a ł ą , j a k uciekał, ize się bał, zeby
go nie pobili za to, ize p u ś c i u ł w konicyne k r o w y * ;
lub »na mamusie, ze m u u t r ą c i l i r ę k ę , j a k i m k i j kciał
w y d r z y ć , izeby go nie b i l i za to, ze k r ó w nie n a p a s «
(...) Utyskuje też niejeden na tatusia l u b m a m u s i ę ,
»ize gio raz tak po łbie z w a l i l i , ize on teraz p a m i ę c i
n i ma i zabacuje se i w g ł o w i e m u się casem jaze
mąci«" .
Ii?

66

e7

Sensualizm. W y o b r a ź n i a chłopa polskiego X I X wieku
k s z t a ł t o w a n a przez z m i t o l o g i z o w a n ą t r a d y c j ę l o k a l n ą nie
w y b i e g a ł a dalego poza granice orbis interior. Wizja
ś w i a t a „po tamtej stronie" t r w a ć więc m o g ł a i t r w a ł a
w spetryfikowanym bezruchu mitycznych w y o b r a ż e ń .
Sytuacja k o m p l i k o w a ł a się jednak w przypadku przy­
jęcia i zaakceptowania przez wieś jakiejkolwiek n o w i ­
ny z z e w n ą t r z . I tak, zasymilowanie modelu dobrego
w ł a d c y , w jego konkretnej postaci, pociągać by wszak
za sobą winno spopularyzowanie obrazu d w o r u , czy
choćby (w zależności od zaboru) k o p u ł k r e m l o w s k i c h
cerkwi, galerii Sanssouci, kolumnad Hofburgu. R ó w ­
nież dzieje ewangeliczne r o z g r y w a j ą się na tle pustyn­
nych p i a s k ó w , egzotycznych g a j ó w oliwnych, w cieniu

II.

7. M a r i a n J ó ź w i a k , S p o w i e d ź ,
wys. 32 cm.

drewno polichrom.

p i r a m i d . Zrozumienie tego kontekstu, u d o s t ę p n i e n i e w y ­
o b r a ź n i tamtej — odległej rzeczywistości pod inną, niż
b a ś n i o w o - f a n t a s t y c z n a f o r m ą , oznaczałoby zaś uznanie
możliwości toczenia się normalnego ludzkiego życia
w ś r ó d r ó ż n y c h pejzaży, zwierząt, roślin, co uderza­
łoby w s a m ą istotę dychotomii orbis i n t e r i o r : orbis
exterior i p r o w a d z i ł o do jej zupełnego zniweczenia.
B r o n i ą c się przed t y m , azyli i n n y m i słowy — chcąc
u d o s t ę p n i ć chłopom nowe treści bez naruszania binar­
nej s t r u k t u r y mitycznej, podjęła k u l t u r a ludowa u w i e ń ­
czony p e ł n y m powodzeniem w y s i ł e k zmiany kontekstu
„ t a m t y c h " zdarzeń, przeniesienia ich b o h a t e r ó w w t u ­
tejsze, swojskie, z r o z u m i a ł e realia. Są więc nadal „tam
daleko" domy „wyzse niz T a t r y " , rzeki w ó d k ą p ł y n ą c e ,
kościoły z r u b i n ó w i złota, ale j u ż „ n a s z cysorz to
ma z dziesięć zagród i po sto owiecek w k a ż d e j " .
Pan Bóg w chłopskim przebraniu o d w i e d z a ć ma posz­
czególne wsie, czynić cuda i w y m i e r z a ć d o r a ź n i e spra­
w i e d l i w o ś ć , Matka Boska upodabnia się do w i d y ­
wanej od czasu do czasu „ p a n i e n k i ze d w o r a " ... Wszy­
stko wraca do normy. Z n ó w mamy do czynienia z prze­
ciwstawionym „ o b c e m u " ś w i a t e m swojskim i dosło­
w n y m , namacalnym i z r o z u m i a ł y m . Czyż może zatem
dziwić, że w tak u k s z t a ł t o w a n e j ś w i a d o m o ś c i chłopa
nie mieściło się na p r z y k ł a d , iż m ó g ł b y z w r a c a ć się do
Wszechobecnego m o d l ą c się niekoniecznie przed kon­
kretnym,
dobrze
sobie znanym
obrazem
świętym.
Nie! — on zwraca się t y l k o do tego tu obrazu
k t ó r y sam w sobie „ m a udział w naturze w y ­
obrażanej
postaci
i postać
tę streszcza" ,
który
sam w sobie jest cudowny. Więc i medalik, k t ó r y do
tego obrazu p r z y t k n i ę t o będzie m i a l „większą moc"
od medalika zwykłego, więc i dyskusja, k t ó r a Matka
Boska jest „silniejsza" — krasnobrodzka czy j a r o s ł a w ­
ska — m o g ł a w y d a w a ć się jak najbardziej uzasadnio­
n a . Jak dalece wizerunek, symbol, u t o ż s a m i a n y był
e s

69

70

71

72

137

�z postacią, k t ó r ą sygnalizuje, jak daleko sięgał konkretyzm ludowej w y o b r a ź n i religijnej, p r z y k ł a d e m nie­
zwykle m a ł o w Polsce X I X w i e k u r o z w i n i ę t y k u l t
r e l i k w i i . Wzruszająco uzasadnia to współczesny (IV.
1975) respondent z Nowego Sącza w odniesieniu do
r e l i k w i i św. S t a n i s ł a w a K o s t k i : „A na co ja się mom
do kości modlić, kiej m o g ę godoć do całego Stani­
s ł a w a Świętego..." (chodziło oczywiście o figurę).
Ten naiwny n i e w ą t p l i w i e i niejednokrotnie depre­
cjonowany ludowy sensualizm legł jednak, m i m o wszy­
stkich swoich ograniczeń, u podstaw specyficznego bo­
daj
dla ziem p ó ł n o c n o - s ł o w i a ń s k i c h typu
niezwykle
głębokiej i autentycznej wrażliwości religijnej.
Katolicyzm. Wrażliwość religijna. Jeżeli w s p o m n i e l i ś m y
o
tendencji
do
„zeswoj szczenią"
i
usensualnienia
wizji
sacrum
przez k u l t u r ę
ludową
XIX
wieku,
to p o m i n ą ć w s z a k ż e nie m o ż e m y drugiej — daleko
bardziej istotnej — strony tego samego zjawiska, czyli
sakralizacji „swojego" ś w i a t a , orbis interior, w k t ó ­
r y m większość obserwowalnych e l e m e n t ó w rzeczywis­
tości z w i ą z a n y c h zostaje b e z p o ś r e d n i o z postaciami
Chrystusa, M a r y i , świętych — lub ich działalnością.
S p ó j r z m y na same choćby nazwy r o ś l i n : boży byt (amb­
rosia maritima), boże drzewko (artemisia abrotanum),
boży mech (hieracium pilosella), dłoń Chrystusowa (or­
chis conopsea), koszyczki Najświętszej Panny M a r y i
(verbena officinalis), lenek Panny M a r y i (linaria v u l ­
garis), łysina św. Piotra (scabiosa succisa), łzy M a t k i
Bożej (pisum sativum), rajskie drzewo (aquillaria agalloeha), warkoczyki Najświętszej Panienki (verbascum
thapsus), ziele św. Antoniego (plumbago europaea), zło­
te włoski M a t k i Boskiej (polytriehum)... etc. A prze­
cież na t y m nie koniec. R ó w n i e ż wszelkie właściwości
roślin i z w i e r z ą t , ich w y g l ą d , głosy, zachowania znaj­
dują w y t ł u m a c z e n i e w niegdysiejszym lub permanent­
n y m kontakcie z sacrum. I tak na p r z y k ł a d gałązki
leszczyny zabezpieczać m a j ą przed b u r z ą , gdyż pod
t y m drzewem s c h r o n i ł a się Ś w i ę t a Rodzina podczas
ucieczki do Egiptu, osika dygocze do dzisiaj ze w s t r ę t u
po d o t k n i ę c i u ciała Judasza, k t ó r y się na niej był po­
wiesił, skowronek jest pod s p e c j a l n ą o c h r o n ą M a t k i
Bożej w n a g r o d ę za to, że w y d ł u b a ł cierń z g ł o w \
u m ę c z o n e g o Pana Jezusa, p a j ą k a nie walno zabijać
gdyż uciszył ongiś m u c h ę p r z e s z k a d z a j ą c ą s p a ć Dzie­
ciątku lub wręcz przeciwnie — należy t ę p i ć za przech­
w a ł k i , iż przędzie cieniej od Najświętszej Panienki, j a ­
skółka u k r a d ł a nożyczki i k ł ę b e k czerwonych nici szy­
jącej M a r y i i za k a r ę ma p i ę t n o nożyczek na ogame
(głębokie wycięcie), а czerwonego koloru pod
szyją
(chodzi o j a s k ó ł k ę d y m ó w k ę — hirondo rustica) etc.
etc... Cały ś w i a t wokół, „ w s z y s t k i e dzienne sprawy"
w i e ś n i a c z e w ł ą c z a n e były przez k u l t u r ę l u d o w ą w
chrześcijański k r ą g sacrum. Owo w ł ą c z e n i e nie wyczer­
p y w a ł o się przy t y m w dziedzinie f o l k l o r u słownego,
lecz w istotnym stopniu d e t e r m i n o w a ł p o s t a w ę c h ł o ­
pów, ich stosunek do rozlicznych p r z e d m i o t ó w i zja­
wisk. By się o t y m p r z e k o n a ć wystarczy w s p o m n i e ć
choćby n a b o ż n y szacunek ludu dla „ d a r ó w B o ż y c h " —
chleba krojonego na krzyż i podnoszonego z ziemi —
jeżeli u p a d ł — z p r z e p r a s z a j ą c y m p o c a ł u n k i e m , po­
t r a w ż e g n a n y c h przed spożyciem, r ó ż n o r a k i c h p ł o d ó w
święconych uroczyście w dniach: M a t k i Boskiej Gro­
mnicznej (2.02.) — wosk, św. Błażeja (3.02.) — j a b ł k a ,
św. Agaty (5.02.) — sól, św. Walentego (14.02.) — len,
św. Tomasza (7.03.) — chleb, św. Ł a z a r z a (27.03.) —
ziele s z a k ł a k u , Przemienienia P a ń s k i e g o (6.08.) — owo­
ce, miód, koper, św. W a w r z y ń c a (10.08.) — miód, m a s ł o ,
M a t k i Boskiej Zielnej (15.08.) — zioła pcftne i k w i a t y ,
św. Rocha (16.08.) — bydło, i.t.d. Warto też zwrócić
u w a g ę na powszechne przyjęcie przez w i e ś p o l s k ą r e l i ­
7 3

74

138

gijnych f o r m u ł p o w i t a ń , p o z d r o w i e ń i życzeń: „Niech
będzie pochwalany Jezus Chrystus", „szczęść Boże",
„Boże dopomóż", „z Bogiem", „Boże p r o w a d ź " , „w i m i ę
Boże", „wszelki duch Pana Boga chwali", „niech cię
Bóg ma w swojej opiece" i związanego z n i m i zwy­
czaju czynienia znaku k r z y ż a przed p r a c ą , podróżą,
w a ż n ą r o z m o w ą , przy powrocie do domu..., czyli ogól­
niej — na rozpoczęcie i z a k o ń c z e n i e k a ż d e g o z w a ż ­
niejszych lub niebezpiecznych przedsięwzięć, w p e ł n y m
poczuciu zależności ich powodzenia od Bożego w y r o k u .
Poczuciu tak silnym, iż w księgach łask przy cudo­
wnych obrazach, a nawet na votach, znajdujemy nie­
zwykle często zapisy p o d z i ę k o w a ń za opiekę Bożą w
sprawach, k t ó r e obserwatorowi nie obdarzonemu ową
ludową „wrażliwością m i r a k u l a r n ą "
w y d a ć się m u s ^ ą
naturalne i codzienne: „Za szczęśliwy p o w r ó t z m i a ­
sta", „za plon obfity", a nawet (sic!) „za p o m y ś l n e
u k o ń c z e n i e budowy obory". Adresatem p r ó ś b o pomoc
i o r ę d o w n i c t w o , a w konsekwencji i podobnych cyto­
w a n y m p o d z i ę k o w a ń , była na wsi polskiej przede
wszystkim osoba M a t k i Bożej. „ W s z y s t k o tam wielkość
M a t k i Bożej chwali,/ Wszystko J ą w i e l b i albo
Jej
się ż a l i ! "
— pisał w. Pol i rzeczywiście nasilenie
k u l t u maryjnego p r z y b r a ł o w ś r ó d chłopów polskich
X I X w i e k u rozmiary niespotykane w innych krajach
Europy Płn., na co d e c y d u j ą c y w p ł y w m i a ł y , j a k się
wydaje, cztery czynniki: 1. popularyzowanie przez K o ­
ściół (szczególnie po Tridentinum) prostych i ł a t w o do­
s t ę p n y c h sensualnej m e n t a l n o ś c i chłopskiej stereoty­
p ó w k u l t o w y c h : M a r y i — piastunki (Panagia Galaktotrophousa, Glykophilousa i Hleousa), opiekunki (orędo­
wniczki), czy zbolałej m a t k i (Panagia Strastnaja, M a ­
ter Dolorosa), k t ó r e ł a t w o b y ł o d o p a s o w a ć do konkret­
nych sytuacji codziennego życia, 2. niemal i u p e ł n y
brak (poza Ś l ą s k i e m C i e s z y ń s k i m i Inflantami) pene­
t r a c j i protestanckiej na wsi polskiej, w z g l ę d n i e silny
natomiast (szczególnie na kresach wschodnich) w p ł y w
p r a w o s ł a w i a , 3. bardzo silne pierwiastki matriarchalne w kulturze społecznej wsi polskiej, z w i ą z a n e z jej
rolniczym — o s i a d ł y m charakterem, 4. rc zdrobnienie
przestrzenne k u l t u do w i e l u m a ł y c h c e n t r ó w l o k a l ­
nych, umożliwiające zamykanie go i interpretowanie
w kategoriach orbis interior. Tradycyjna socjologia pol­
ska a k c e n t o w a ć z w y k ł a , mniej czy bardziej ś w i a d o m i e ,
g ł ó w n i e ostatni (4.) spośród wymienionych czynników.
W t a k i m ujęciu ludowa nabożność maryjna, oderwana
od c a ł o k s z t a ł t u zagadnienia chłopskiej w r a ż l i w o ś c i r e l i ­
gijnej, staje się l i - t y l k o j e d n y m jeszcze elementem
sakralizacji „swojskiej ekumeny" lub identyfikacji k u l ­
turowej, p o w i e r z c h o w n ą w a r s t w ą bez w i ę k s z e g o znacze­
nia, p o d p o r z ą d k o w a n ą całkowicie mitycznym s t r u k t u ­
r o m k u l t u r y ludowej. Na poparcie takiego poglądu
p r z y w o ł u j e się z r e g u ł y ł a t w y statystycznie do w y k a ­
zania głęboki rozdźwięk między nakazami etycznymi
które winny wynikać z kultu a moralnością swojacką;
jak r ó w n i e ż u n a o c z n i a j ą c e dobitnie n i e t r w a ł o ś ć spekta­
kularnych nawet uniesień religijnych ludu w y n i k i róż­
nych akcji sanacyjnych podejmowanych,
szczególnie
często pod koniec X I X wieku, przez kolejne diecezje.
„ J e d n e g o dnia po p o ł u d n i u — opisuje np. Wincenty W i ­
tos — zjechali w e d ł u g zapowiedzi księża r e d e m p t o r y ś c i .
W bardzo licznych i g o r ą c y c h kazaniach, starali się
oni w j a k najczarniejszych barwach p r z e d s t a w i ć skutki
p i j a ń s t w a i zepsucia połączonego zwykle z n i m , gro­
żąc strasznymi k a r a m i -bożymi, k t ó r e w t y m i przy­
szłym życiu na pewno nie o m i n ą w i n o w a j c ó w . Szcze­
gólnie k:s. L u b i ń s k i w s ł o w a c h p o r y w a j ą c y c h , m a l u j ą c
ogrom czeluści piekielnych i g o s p o d a r k ę z a j ę t y c h tam
s z a t a n ó w , potrafił d o p r o w a d z i ć ludzi do tego, że to
piekło i s z a t a n ó w z n ę c a j ą c y c h się nad p o t ę p i e ń c a m i
7 5

76

�II.

8. Frasobliwy, Pantalowice, woj.

widzieli wciąż przed sobą tak we dnie, jak i w nocy.
W czasie parodniowych misji kobiety zawodziły głośno
i p r z e r a ź l i w i e , mężczyźni stali p r z e w a ż n i e nieruchomo
z zachmurzonymi, na dół spuszczonymi twarzami. Wszy­
scy byli u spowiedzi i wszyscy przyrzekli solenną po­
p r a w ę , w y r z e k a j ą c się wszystkiego złego. Misje z a k o ń ­
czyły się generalnym ś l u b o w a n i e m od wszelakich t r u n ­
k ó w i uroczystym p o d z i ę k o w a n i e m Bogu za t ę w i e l k ą
p r z e m i a n ę . Proboszcz chodził uradowany, a m a r t w i ł o
go tylko, że k i l k a kobiet chodziło z objawami o b ł ą k a ­
nia. Był to jednak t r i u m f bardzo przedwczesny, gdyż
j a k się okazało, misje i ś l u b y niewiele i nie na długo
pomogły. Ś l u b u j ą c y , prawie wszyscy, wstrzymali się od
picia na p a r ę tygodni, huczna i głośna karczma z u p e ł ­
nie opustoszała. Nie b r a k ł o jednak takich, co p i l i po
k r y j o m u lub po innych karczmach. Z czasem zaczęli
pić wprost otwarcie i to jeszcze więcej niż przedtem,
ażeby odrobić zaległości. Wszystko zaczęło iść po da­

rzeszowskie, X I X

w.

(?)

wnemu"
Wszystko po dawnemu — m o ż n a więc, za­
k ł a d a l i n i e k t ó r z y badacze , tych p a r ę pomisyjnych
tygodni p o m i n ą ć , w y r z u c i ć — jako redundantne — pc.a
margines opisu i analizy. I t u w ł a ś n i e p o p e ł n i o n o za­
sadniczy, n i e m o ż l i w y później do naprawienia, błąd. Nie
spostrzeżono bowiem, że podobne jak m i s j i , tyle ż bardziej spontaniczne i niie połączone z eschatologiczną
grozą, było o d d z i a ł y w a n i e na m e n t a l n o ś ć l u d o w ą całego
szeregu zdarzeń. Przypomnijmy powszechny w X I X
wieku zwyczaj godzenia się w r o g ó w z okazji ś w i ą t Bo­
żego Narodzenia, Wielkanocy, Bożego Ciała, powstrzy­
mywanie się od alkoholu w wigilię wszelkich ś w i ą t ma­
ryjnych („Kto kocha M a r y j ą nie pyta o wiliją"), a czę­
sto i przez cały W i e l k i Post, często w y s t ę p u j ą c y zakaz
bicia z w i e r z ą t domowych w soboty (dzień
maryjny)
i na Boże Narodzenie, przerywanie bójek na d ź w i ę k
d z w o n ó w w z y w a j ą c y c h do p o ł u d n i o w e j m o d l i t w y , poniechiwanie zemsty (nawet na obcych!) przy Zielonych
78

r

139

�J ę d r z e j Wowro: i l . 9. Sw. E m i l , drewno polichrom.; i l . 10. Chrystus

Ś w i ę t a c h lub po prostu „w imię M a r y i " etc. Że były to
wszystko d z i a ł a n i a k r ó t k o t r w a ł e i d o r a ź n e , że potem
znów „po dawnemu"...? — Zapewne. Jeżeli wyliczyć
jednak czasokresy „po dawnemu" i „nie po dawnemu",
okaże się, iż była wieś polska X I X w i e k u a r e n ą ciągłe­
go starcia postaw. C h r z e ś c i j a ń s t w o szczególnie dzięki
sentymentalnym s k ą d i n ą d , ale za to z r o z u m i a ł y m i ż y ­
wo o d d z i a ł u j ą c y m
uczuciowo formom
kultu
maryj­
nego, z d y n a m i z o w a ł o — jeżeli m o ż n a się tak w y r a z i ć
— e t y k ę wsi, wniosło w życie chłopów nowy — obcy
statycznym, dychotomicznym s t r u k t u r o m orbis interior
— głęboki ferment.
Ustny przekaz tradycji. Wieś polska X I X wieku jest
jednak, o czym j u ż p i s a l i ś m y na w s t ę p i e , w ogromnym
procencie n i e p i ś m i e n n a . Tradycja utrzymuje się t u
więc dzięki p a m i ę c i o w e m u przekazowi ustnemu. M e ­
chanizmy zaś p a m i ę c i z a r ó w n o k o m p u t e r ó w , jak i l u ­
dzi m a j ą charakter zero-jedynkowy, to jest k o d u j ą i n ­
formacje w oparciu o system binarnych p r z e c i w s t a w i e ń .
S t ą d wypreparowane przez s t r u k t u r a l i s t ó w , z dostar­
czanego przez k u l t u r y ludowe m a t e r i a ł u , pary: góra —
dół, lewe — prawe, m ę s k i — żeński, tył — przód, nie
są bynajmniej elementem
abstrakcyjnej
łamigłówki,
lecz o b n a ż e n i e m zasad ludowej klasyfikacji
zjawisk,
klasyfikacji, k t ó r a determinuje nie tylko możliwość
przekazu najbardziej złożonych treści ale r ó w n i e ż i r o ­
zumienie zachodzących
między
przedmiotami
zależ­
ności i z w i ą z k ó w ; to wszystko co określać się ostatnio
zwykło jako „ m y ś l e n i e m i t y c z n e "
— będące samą
istotą k u l t u r y ludowej. Jedynie w kategoriach tego
m y ś l e n i a zrozumieć m o ż e m y całą sferę ludowej (w
t y m apokryficznej) wierzeniowości, folkloru słownego,
wiedzy, obrzędowości, m a g i i . . .
F u n d a m e n t a l n ą zaś j e ­
go p o d s t a w ą jest w ł a ś n i e , inwokowana dotychczas r a ­
czej z p u n k t u widzenia socjologicznego, nie wyczerpu­
j ą c a się w n i m przecież, opozycja: „orbis interior" —
„orbis exterior", w e w n ę t r z n e — z e w n ę t r z n e , do ś r o ­
dka — na z e w n ą t r z .
70

80

Katolicyzm — wymiar drugi. C h r y s t i a n i z u j ą c wieś K o ­
ściół nie s t a r a ł się w większości p r z y p a d k ó w (przy­
140

w

Ogrójcu,

drewno

polichrom. 46 X 30 cm.

najmniej do X V I I I — X I X wieku) p o d e j m o w a ć frontal­
nej w a l k i ze s t r u k t u r a m i tego m y ś l e n i a z m i e r z a j ą c r a ­
czej do ich adaptacji, oraz zgadzając się na daleko
idącą folkloryzację swej l i t u r g i i , hagiografii etc. Za­
w d z i ę c z a m y tej formacji misyjnej z n a c z n ą ciągłość np.
układu
ludowego (przedchrześcijańskiego)
kalendarza
o b r z ę d ó w p r z e j ś c i a , w a r t o ś c i o w a n i a przestrzeni, og­
romnej ilości p r a k t y k magicznych etc. Zafascynowani
t y m i i podobnymi zbieżnościami z e w n ę t r z n y m i lub d ł u ­
gim t r w a n i e m w e w n ę t r z n y c h struktur k u l t u r y ludowej
etnografowie skoncentrowali się na nich niemal c a ł ­
kowicie. W ten sposób uszedł ich uwadze i n n y rezul­
tat chrystianizacji, k t ó r y potocznie n a z w a ć by m o ż n a
u w e w n ę t r z n i e n i e m — niekoniecznie intelektualnego —
poznania religijnego, do k t ó r e g o p r z y n a l e ż a ł a b y ta ta­
jemnicza rzeczywistość, k t ó r ą pastor Bonhoeffer nazy­
w a ł „ g ł ę b i ą " . Samo indywidualne przeżycie „głębi"
jako „ n i e d a j ą c e się w y r a z i ć , a więc w pewien sposób
nieprzekazywalne"
znajduje się n i e w ą t p l i w i e poza za­
sięgiem n a r z ę d z i i metod etnologa. Nie może on jednak
p o m i n ą ć projekcji owego d o ś w i a d c z e n i a na ś w i a t ze­
wnętrzny, której
społeczny
w y m i a r zasygnalizowali
choćby B o l e s ł a w Prus w dialogu d r ó ż n i k a Wysockiego
z uratowanym przed samobójczą śmiercią W o k u l s k l m ,
czy Stefan Ż e r o m s k i w Charitas (scena z s o ł d a t e m
p r z e k a z u j ą c y m odnalezione dziecko panu Granowskiem u ) , k t ó r e j jednak najwyraziistszą i n a j d o s t ę p n i e j s z ą
d o m e n ą jest ludowa sztuka sakralna.
Ludowość czy „ludowość".
Sztuka ludowa... — I t u w ł a ­
śnie dochodzimy do swoistego paradoksu. Otóż defi­
niując o w ą u m o w n ą „ l u d o w o ś ć " rzeźby, r y t u a ł u , opo­
wieści, postawy, s k ł o n n i j e s t e ś m y o d w o ł y w a ć sdę prze­
de wszystkim do spetryfikowanych s t r u k t u r m y ś l e n i a
mitycznego. Można w r ę c z z a r y z y k o w a ć twierdzenie, iż
przedmiot o tyle jest w powszeahnym odczuciu „ l u d o ­
w y " o ile mieści się bez reszty w owych strukturach.
Napewno „ l u d o w y " wydaje się więc np. ś w . E m i l
J ę d r z e j a Wowry, p r z e d s t a w i a j ą c y
jakiegoś
„świętego
w ogóle" (św. E m i l nie znany jest tradycji chrześci­
j a ń s k i e j , a najbliższy m u imieniem ś w . Emilian odznacza
81

82

83

b4

8 5

�się w ikonografii w i e l k i m mnisim kapturem — stąd
nawet jego przydomek ,,Cucullatus") i p r z y w o ł u j ą c y
dla p o d k r e ś l e n i a sacrum tematu atrybuty całej plejady
ś w i ę t y c h (gałąź k w i t n ą c a w dłoni, korona, pies...) *\
jak r ó w n i e ż mityczny stereotyp drzewa życia (kwiaty
z ptakami po bokach). Natomiast Ostatnia Wieczerza
Józefa L u r k i budzić już będzie p o w a ż n e zastrzeżenia
co do swej ,,ludowości". W sferze literackiej jest wszak­
że ta rzeźba niejako r e p l i k ą katastroficznych strof A r a ­
gona z Nie ma miłości szczęśliwej:
,,A kiedy człowiek
chce z miłością szeroko o t w o r z y ć ramiona, jego cień...
ma k s z t a ł t k r z y ż a . " U L u r k i r z ą d tych samych skoja­
r z e ń : miłość — otwarte ramiona — krzyż, nabiera
jednak znaczenia odwrotnego — miłości (szczęśliwej;)
r e a l i z u j ą c e j się przez u k r z y ż o w a n i e . Głębia tej teolo­
gicznej refleksji (a przecież zubożyliśmy ją p o m i j a j ą c
całą s y m b o l i k ę Wieczerzy) odbiega jakże daleko od
dualistycznej ś w i a d o m o ś c i „ d r z e w a życia". Czy jest
więc L u r k a „ l u d o w y " ? — Trudno odpowiedzieć.
Te same w ą t p l i w o ś c i i w innych rejonach k u l t u r y
religijnej wsi. P o s t a w ę par excellence „ l u d o w ą " refe­
ruje np. A n t o n i G o ł u b i e w poprzez monolog napotkanej
na łódzkim
targu wileńskiej
przekupki, w y w o ł a n y
stwierdzeniem tożsamości Częstochowskiej i Ostrobram­
skiej M a t k i Boskiej: „Może i prawda, że ta sama. A l e
różnica t a k i jest: nie pójdziesz do tutejszej j a k do
naszej, k a ż d y zrozumi, że taka rzecz n i e m o ż e b n a . (...)
Do naszej Ostrobramskiej polecisz, wypłaczesz się, w y ­
powiesz wszystko j a k kobieta kobiecie, dusza cała otwo­

rzysz. A u tej Częstochowskiej na r e n k u siedzi m a l u ­
sieńki .Tezusik, patrzy swoimi oczkami i k a ż d z i u t k i e
słowo p o d s ł u c h u j i : to i dyskrecji żadnej nie ma. A jesz­
cze K r ó l o w a Polski, ciż z k r ó l o w ą bendziesz g a d a ł bez
nijakiej ż e n a d y ? . . . " Gdy jednak chłopi — kiedy pod­
czas wojny nie stało księdza — postawili w konfesjo­
nale krzyż i do niego się s p o w i a d a l i — czy była to
postawa „ l u d o w a " ?
Wieś polska w procesie przemian. Nie jest to dzielenie
włosa na czworo. W ś w i a d o m o ś c i większości w s p ó ł c z e s ­
nych e t n o g r a f ó w
(jak i zafascynowanych
egzotyką
e k s p l o r a t o r ó w sprzed I Wojny Ś w i a t o w e j ) funkcjonuje
w s z a k ż e „ t r a d y c y j n y " i „ l u d o w y " wiek X I X , k t ó r y
dopiero pod w p ł y w e m X X - w i e c z n y c h p r o c e s ó w i n d u ­
strializacji i urbanizacji podlegać poczyna przemianom
— r ó w n i e ż w sferze k u l t u r y duchowej. I dopiero wieku
X X dotyczą w ą t p l i w o ś c i co jest jeszcze, a co j u ż nie
jest „ l u d o w e " . W ten sposób wytworzona zostaje fał­
szywa dychotomia „ t r a d y c y j n e j k u l t u r y l u d o w e j " i „wsi
polskiej w procesie przemian". Na tej zaś dychotomii
o p i e r a j ą się liczne analizy i p o r ó w n a n i a . Tymczasem
kształt k u l t u r y duchowej wsi polskiej X I X w i e k u de­
t e r m i n u j ą : ustny przekaz tradycji, zmieniająca swe na­
tężenie izolacja i katolicyzm w obu swoich nurtach.
„ T r a d y c y j n a k u l t u r a ludowa" X I X w i e k u nie jest więc
tak ze wszystkim „ l u d o w a " . Z r e s z t ą znajduje się ona
„od czasów Seta" , czyli „od zawsze" w procesie
przemian. Na t y m też zasadza się jej fascynujące bo­
gactwo.
87

88

89

PRZYPISY

1

A r t y k u ł niniejszy jest rozszerzoną i z m i e n i o n ą
w e r s j ą tekstu do książki Uniwersalizm
i swoistość
kul­
tury polskiej, pod red. Jerzego Kłoczewskiego, która
u k a ż e się n a k ł a d e m T N K U L w 1981 roku.
P o r ó w n a j : K . G. Izikowitz, Esąuisse
ethnographiąue,
w : Echanges et Communications,
Paris 1970,
s. 933—934; L . Nowak, Prawda jest tam, gdzie nikt jzj
nie oczekuje, „ Z n a k " nr 11—12 1977, s. 1351.
P. Lazarsfeld, Le vocabulaire des sciences sociales, Paris 1965.
P o r ó w n a j : J. Sutter, Demographie,
genetique et
ethnologie, w : Ethnologie Generale, Paris 1968, s. 1529.
P o r ó w n a j : J. S. B y s t r o ń , Kultura Ludowa, War­
szawa 1947, s. 93—95.
P o r ó w n a j : I . Kostrowicka, Z. Landau, J. Toma­
szewski, Historia gospodarcza Polski XIX г XX wieku,
Warszawa 1966, s. 153.
B. C y w i ń s k i , Doświadczenie
sześciu
pokoleń,
„ Z n a k " nr 10—11 1978, s. 1294.
P o r ó w n a j : E. K o z ł o w s k i , Służba Polaków
w sze­
regach armii rosyjskiej, w : Społeczeństwo
polskie
XVIII
i XIX wieku, t. V I , Warszawa 1974, s. 109—128.
P o r ó w n a j п р . : E. Tyszkiewicz, Opisanie powiatu
borysowskiego, W i l n o 1847, s. 18—19.
B y s t r o ń , op. cit., s. 99.
W y n i k i b a d a ń na Roztoczu L u b e l s k i m (IX.197G)
i Ziemi C h e ł m s k i e j (IX.1977) — m a t e r i a ł y w dyspo­
zycji K a t e d r y Etnografii U.W.
X . S a d o k - B a r ą c z , Cudowne obrazy Matki Naj­
świętszej
w Polsce, L w ó w 1891.
X . W a c ł a w z Sulgostowa. O cudownych
obrazach
w Polsce Przenajświętszej
Matki Bożej, K r a k ó w 1902.
Proporcja na podst. E. Ciupak. Kult
religijny
i jego społeczne
podłoże,
Warszawa 1965, s. 105.
Z. Biały, Ekonomiczna i kulturowa rola
targów
i jarmarków
w Małopolsce
południowej
w XIX i XX
wieku, „Etnografia Polska" t. X I I , 1968, s. 29—66.
K . C h ł ę d o w s k i , Galicyjskie
jarmarki,
„Dodatek
tygodniowy przy Gazecie L w o w s k i e j " 1872, s. 185.
M . Praskowski, Wpływ
jarmarków
na lud wiej­
ski, „Tydzień Piotrkowski" nr 9/1899.
2

3

4

5

0

7

8

9

1 0

1 1

1 2

13

14

1 5

1 0

1 7

1 8

W. K u l a , Miary i ludzie, Warszawa 1970, s. 16.
t a m ż e , s. 10.
W. Korczewski, Rozmowy polskie, ł a c i ń s k i m j ę ­
zykiem przeplatane,
rytmy
ośmiorzecznymi
złożone,
K r a k ó w 1889, (wyd. J. Karłowicz), s. 7.
Listy polskie, „ R e g i o n y " nr 4/1978, s. 87.
B y s t r o ń , op. cit., s. 133.
t a m ż e , s. 141.
S. W y s p i a ń s k i , Wesele, akt 1, scena 1, w. 23—25.
tamże, w. 26.
J. L e m a ń s k i , L u b i ę wieś, w. 17—20.
A . Niemojewski, Branka, w. 1—2.
J. R. Szaflik, O rząd chłopskich
dusz, Warszawa
1976, s. 12. P o r ó w n a j r ó w n i e ż : J. Burszta,
Społeczeństwo
г karczma, Warszawa 1951, s. 43—47.
M . Szczepaniak, Karczma, wieś, dwór,
Warsza­
wa 1977, s. 98.
S. N y r k o w s k i , Karnawał
dziadowski, Warszawa
1973, s. 164.
t a m ż e , s. 270.
L e m a ń s k i , Ekologa, w . 80—83.
Z. Strzetelska-Grynbergowa, Staromiejskie,
ziemii i ludność, L w ó w 1899, s. 568.
t a m ż e , s. 570.
Listy polskie... s. 89.
B y s t r o ń , Megalomania narodowa, Warszawa 1935,
s. 63—85.
W. Witos, Moje wspomnienia, Warszawa 1973,
s. 91.
T. Mann, Józef i jego bracia, Warszawa 1961,
t. I I I , s. 191—192 i 409—412.
Witos, op. cit., s. 86.
Mann, op. cit., s. 410.
J. Olędzki, Kultura artystyczna ludności
kurpio­
wskiej, W r o c ł a w 1971.
t a m ż e , s. 179—206 et passim.
M . Konopnicka, Piosenka moja, w. 7.
Olędzki, op. cit., s. 196.
tamże,
t a m ż e , s. 184.
Witos, op. cit., s. 35.
1 9

2 0

2 1

2 2

2 3

2 4

2 5

2 9

2 7

2 8

2 9

£ 0

3 1

3 2

3 3

34

8 5

5 0

3 7

3 8

3 9

4 0

4 1

4 2

4 3

4 1

4 5

4 8
4 7

141

�18

L . Kondratowicz, Ułas, cz. I , sc. 1, w. 21—26.
P o r ó w n a j : Л. R. Radcliffe-Brown, Structure and
junction in primitive society, London 1961, s. 205—211.
P o r ó w n a j пр.: E. Redlińsk-i, Konopielka,
War­
szawa 1974, s. 211—231.
S. Czarnowski, Kultura religijna wiejskiego ludu
polskiego, w : Dzieła, Warszawa 1956, t. I , s. 90. Po­
r ó w n a j t a k ż e : S. Poniatowski, Etnografia polska, w :
Wiedza o Polsce, Warszawa 1932, t. I I I , s. 260—262.
Inf. z Hutkowa, Krasnobrodu i Szumu (Rozto­
cze Lubelskie) z IX.1976. Ankiety w dyspozycji Kate­
dry Etnografii U.W.
Czarnowski, op. cit., s. 93.
P o r ó w n a j : L . Stomma, Struktura
słowiańskich
obrzędów
przejścia
cyklu dorocznego, Warszawa 1976
(maszynopis
w
dyspozycji
Wydziału
Historycznego
U.W.).
Stomma, op. cit., s. 8—23, 56 et passim.
P o r ó w n a j : J. Tomicka, Wigilia ludowa, „ T y ­
godnik Powszechny" 25.XII.1975.
Pielgrzymi u ż y w a j ą obu tych nazw wymiennie.
P r o w a d z ą c y systematyczne, wieloletnie badania
w K a l w a r i i P a c ł a w s k i e j A. Hemka poniósł t r a g i c z n ą
ś m i e r ć w 1977 r. i większość jego dorobku zaginęła.
Opieram się więc na jego z a p a m i ę t a n y c h
relacjach
ustnych.
inf. zanotowana w K a l w a r i i P a c ł a w s k i e j w V I I I .
1976 (pielgrzym z okolic J a r o s ł a w i a ) .
P o r ó w n a j : Czarnowski, op. cit., s. 105—106.
t a m ż e , s. 106.
Nieco inne typy w a r t o ś c i o w a ń w y s t ę p o w a ł y —
j a k się wydaje — szczególnie w odniesieniu do prawa
własności — na terenach k r ó l e w s z c z y z n . P o r ó w n a j : Cz.
Robotycki,
Analiza ethosu ludowego na
przykładzie
wsi Jurgów
w powiecie nowotarskim,
K r a k ó w 1977
(maszynopis w dyspozycji K a t e d r y Etnografii S ł o w i a n
U.J.).
J. S w i ę t e k , Zwyczaje
i pojęcia
prawne
ludu
nadrabskiego, cz. 1 w : „ M a t e r i a ł y Antropologiczne, A r ­
19

5 0

5 1

5 2

5 3

5 1

5 5

5 8

5 7
5 8

5 9

0 0

0 1

6 2

6 3

cheologiczne i Etnograficzne" t. 1/1896, cz. Ш , s. 266 —362; cz. 2 t a m ż e , t. 11/1897, cz. I I I , s. 119—379.
S w i ę t e k , op. cit., cz. 2, s. 288.
t a m ż e , s. 290.
Witos, op. cit., s. 102.
S w i ę t e k , op. cit., s. 299—300.
inf. Rzepiska 1.1975 (ankieta w dyspozycji LS).
""Porównaj п р . : Cz. Pietkiewicz, Kultura
duchowa
Polesia Rzeczyckiego,
Warszawa 1938, s. 132—137.
Czarnowski, op. cit., s. 96—97.
t a m ż e , s. 99.
inf. H u t k i (Roztocze Lubelskie) IX.1977 (ank. w
dysp. LS).
Czarnowski, op. cit., s. 99.
P o r ó w n a j : Z. Gloger, Rok Polski,
Warszawa
1922 r.
t e r m i n p r z y j ę t y za J. O l ę d z k i m .
W. Pol., poemat (Jest tam w Krakowie...)
w.
19—20.
Witos, op. cit., s. 102—103. P o r ó w n a j też: A. C h ę t nik, Z Puszczy Zielonej, Warszawa 1978, s. 68.
Czarnowski, op. cit., s. 99.
P o r ó w n a j п р . : R. Tomicki, Drzewo Życia, War­
szawa 1975, s. 21.
P o r ó w n a j пр.: L . Stomma, Magia dzisiaj, „Pol.
Szt. L u d . " R. X X X I I , 1978, n r 3/4, s. 131—142.
P o r ó w n a j : L . Stomma, Struktura
słowiańskich
obrzędów...
rozdz. I I I — I V .
J. C. Barreau, Abyście przez wiarę życie
mieli,
K r a k ó w 1969, s. 222.
t a m ż e , s. 223.
B. Prus, Lalka t. I I I , Warszawa 1977, s. 195.
S. Ż e r o m s k i , Charitas, Warszawa 1948, s. 284—
—287.
L . Reau, IconoorapJiie de I'art Chretien, t. I I I ,
cz. I I I , Paris 1955, index.
A. G o ł u b i e w , Jasna G ó r a — odpowiedź
na an­
kietę, „ T y g o d n i k Powszechny" nr 35/1977.
informacja udzielona przez T. Żychiewicza.
T. Mann, op. cit., t. I , s. 17.
8 1

6 5

6 6
e 7

6 8

7 0

7 1

7 2

7 3

7 4

7 5

7 8

7 7

7 8

7 9

8 0

8 1

8 2

8 3

8 4

8 5

8 6

8 7

8 8

8 9

Fot.: S. Deptuszewski — Ц. 1, 2; E . Kossakowski — il. 7; R. Reinfuss — il. 3; J . Swiderski — ii. 4—6,

II.

11. Józef

Lurka,

Ostatnia wieczerza, p ł a s k o r z e ź b a

polichrom.

33 X 62

cm,

1972.

8—11.

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9795" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9773">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/3380bd84ec7260b71911ec970b5af57c.pdf</src>
        <authentication>c9484fc0ebe7c6724672eedc861fb2a4</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116557">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3520</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116558">
                <text>1979</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116559">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3298</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116560">
                <text>Magia dzisiaj / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116561">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.4, s.195-204</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116562">
                <text>Stomma, Ludwik</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116563">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116564">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116565">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116566">
                <text>Ludwik

Stomma

MAGIA DZISIAJ - ZASADY ANALIZY (Cz. II)
Ziemia

się

mówi

kręci,

uczeń,

Nie,

ziemia

się

kręci,

mówi

nauczyciel.

Góry

się

mówi

uczeń,

Nie,

zielenią,

góry

mówi

się

zielenią,

nauczyciel.

Dwa

razy

mówi

dwa

jest

cztery.

uczeń

Dwa

razy

dwa

poprawia

go

Ponieważ

jest

cztery,

nauczyciel

nauczyciel

wie

Miroslav

„ L o g i k a myślenia m i t y c z n e g o w y d a j e się n a m r ó w ­
n i e w y m a g a j ą c a co t a , n a której o p i e r a się m y ś l e n i e
p o z y t y w n e , i w i s t o c i e m a ł o o d n i e j różna. A l b o w i e m
różnica b i e r z e się n i e t y l e z jakości o p e r a c j i u m y s ł o ­
w y c h , i l e z c h a r a k t e r u r z e c z y , których dotyczą t e o p e ­
r a c j e " . I n n y m i s ł o w y : w myśleniu m i t y c z n y m i p o z y ­
t y w n y m działa, p r z y różnicy przesłanek, t a s a m a za­
sada d o b i e r a n i a d l a n i c h następstw, c z y l i w n i o s k o w a ­
nia. Wychodząc z takiego założenia
można, p r z y b u ­
d o w i e m o d e l i najogólniejszych s t r u k t u r myślenia m i t y ­
cznego &gt;, o d w o ł y w a ć się n i e j e d n o k r o t n i e
do klasycz­
n e g o r a c h u n k u zdań. A n a l i z a s t r u k t u r a l n a u p o d a b n i a
się w ó w c z a s do rzędu p r z e w a ż n i e s t o s u n k o w o p r o s t y c h
zdań l o g i c z n y c h . Jest t o j e d n a k f i n a l n y j e j e t a p , n a
którym f u n k c j e z d a n i o w e
mogą już być
prawdziwo­
ściowe. I n a c z e j p r z e d s t a w i a się s y t u a c j a n a p o z i o m i e
badania k o n k r e t n y c h zbiorów znaków. N i e byłoby ono
oczywiście
zgoła m o ż l i w e
bez znajomości
powszech­
n y c h zasad p r z e j a w i a n i a się p r z e c i w s t a w i e ń b i n a r n y c h
w s y s t e m i e k u l t u r y (które, w n a j w i ę k s z y m u p r o s z c z e n i u ,
sprowadzić można do zdań: jeśli A i В i ... n , t o — Л
i — В i ... — i i , o r a z : jeśli A l u b В l u b ... n , t o — A l u b
В l u b ... — n , g d z i e — oznaczać będzie opozycję l u b
i n w e r s j ę ) , z a s a d n i c z e z n a c z e n i e m a w n i m j e d n a k treść
zdań składowych. Poszczególne w y r a ż e n i a n i e mogą być
t u w i ę c d o w o l n i e w y m i e n i a n e bez w p ł y w u n a p r a w d z i ­
wość w y n i k ó w . W y r a ż e n i a stanowią zaś n a t y m p o z i o ­
m i e a n a l i z y s u i g e n e r i s idee, których d e s y g n a t y
dane
są w m a t e r i a l e e m p i r y c z n y m .
2

wej

desygnatami

go

i wschodniego.

serii

W y d a j e się, iż d l a uprzystępnienia t e g o n i e c o p r z y ciężkiego w y w o d u w a r t o już t e r a z o d w o ł a ć się d o p r z y ­
kładu. O t o n p . p o d c z a s badań n a R o z t o c z u
Tomaszo­
w s k i m , w e wrześniu 1976 г., z a n o t o w a n e zostało w i e r z e ­
n i e , iż „ciężarna
która
poczuje
pierwsze
poruszenie
się płodu z p r a w e j s t r o n y b r z u c h a l u b p a t r z y p r z y
t y m n a południe a l b o wschód, będzie miała
syna".
M a m y t u do czynienia z n a j p r o s t s z y m szeregiem bez­
pośrednich a s o c j a c j i :
p r a w a strona brzucha
(wschód) — mężczyzna

-

spojrzenie

na

południe

P o r ó w n u j ą c go z s z e r s z y m z b i o r e m roztoczańskich w i e ­
rzeń s t w i e r d z i m y bez t r u d u \ że „ p r a w a s t r o n a b r z u ­
c h a " zastępowana w n i c h b y w a często p r z e z n p . usły­
szenie z p r a w a odgłosu l u b p o j a w i e n i e
się jakiegoś
o b i e k t u , c h w y c e n i e p r a w ą ręką określonego p r z e d m i o t u
etc. Jest w i ę c o n a d e s y g n a t e m ogólniejszej i d e i p r a ­

1

s p o j r z e n i a n a południe l u b wschód

symbolicznych

kierunków:

„Oczyszczamy"

więc

południowe­

nasz

szereg

do

wyrażeń:

prawa

strona

—

kierunek

południowy

(wschodni)

— męskie
Ponieważ
dowej

7

opozycjami

tych

wyrażeń

są w

kulturze l u ­

odpowiednio:

lewa

3

5

strony. Podobnie

są

lepiej.
Hołub

strona

—

kierunek

północny

(zachodni)

-•-

żeńskie
m o ż e m y z pewnością stwierdzić, że p o r u s z e n i e płodu
z l e w e j s t r o n y łona, czy — w y m i e n n i e — posłyszenie
p r z e z ciężarną k w i l e n i a n i e m o w l ę c i a o d z a c h o d u etc.
z w i a s t o w a ć będą n a R o z t o c z u córkę. W i e r z e n i a
zorga­
n i z o w a n e p r z e z tę regułę n i e ograniczają się p r z y t y m
do d z i e d z i n y o d g a d y w a n i a płci p o t o m s t w a , lecz mogą
w y s t ę p o w a ć w najróżniejszych f o r m a c h i k o n t e k s t a c h .
I c h o d n a l e z i e n i e w t e r e n i e j e s t zaś t y l k o funkcją s t a ­
ranności i gruntowności badań .
e

T y l e w y n i k a z ogólnych zasad p r z e j a w i a n i a się o p o ­
zycji b i n a r n y c h . T y l e i t y l k o tyle. N i e m a m y więc
p r a w a , bez w y c z e r p u j ą c e g o u z a s a d n i e n i a t a k i e j o p e r a ­
cji materiałem e m p i r y c z n y m , wymienić któregokolwiek
z w y s t ę p u j ą c y c h w szeregu w y r a ż e ń n a i n n e . N i e w o l ­
no n a m r ó w n i e ż u n i w e r s a l i z o w a ć w y o d r ę b n i o n y c h sze­
r e g ó w a s o c j a c y j n y c h . M o d e l e ogólne są wszakże p r a ­
w d z i w o ś c i o w e — i c h p r a w d z i w o ś ć l u b fałszywość z a ­
leży w y ł ą c z n i e o d p r a w d z i w o ś c i l u b fałszywości zdań
składowych, n i e zależy n a t o m i a s t o d i c h treści. N i e
mogą w i ę c o n e uzasadniać, i n i e uzasadniają p r a w d z i ­
wości j a k i e g o k o l w i e k z g r u p o w a n i a k o n k r e t n y c h w y r a ­
żeń. S z e r e g i : p r a w a — wschód — południe — męskie
i o d p o w i a d a j ą c y m u : l e w a — zachód — północ — ż e ń ­
skie są w i ę c r ó w n i e u p r a w n i o n e , j a k każda i n n a , z a ­
chowująca dyscyplinę p r z e c i w s t a w i e ń , k o n f i g u r a c j a t y c h
1 t a k np. przy g r u p o w a n i u wyrażeń: p r a w a
— l e w a , męskie — żeńskie, wschód -— zachód, m a m y
cztery teoretyczne możliwości:
1. p r a w a — żeńskie — zachód i l e w a — męskie

wyrażeń.

— wschód
2. p r a w a

i

lewa

— męskie

—

żeńskie

—

wschód

—

zachód
3. p r a w a

—

męskie

—

zachód

i

lewa

—

żeńskie

—

wschód
4. p r a w a

— męskie

—

wschód

i

lewa

—

żeńskie

— zachód

195

�Istnieje

wszelkie

prawdopodobieństwo,

możliwości

uległa

rze

g r u p y e t n i c z n e j , stając

jakiejś

społecznej

iż

każda

obiektywizacji

sic. d l a n i e j

zująca. Już pobieżny przegląd p r z y p u s z c z e n i e
dza.

Układ

Muktele,

1. o d n a j d u j e m y

Mora

więc

w

obowią­

wierzeniach

i i n n y c h mieszkańców

gór

po g r a n i c e

Czadu

europejskimi ,
1 2

11

Fulbe

od wybrzeży

, 4. z w i ą z a n y

ale

13

Jak

widać

najmniej

do

metoda
ciągów

l u

się

w

wyrażeń

także

u

aż

indo-

n i e upoważnia

procesie

lub ich

by­

interpretacji

poszczególnych

d e s y g n a t ó w zaczerpniętych z k u l t u r różnych e p o k i g r u p .
Jeśli n a w e t

na poziomie

myślenia

mitycznego

zujących

światopoglądy

to

ich pomylenie

cznego

gdzie

myja...

można

akurat

pomieszanie

gach

—

do
gdzie

jednak

niektóre

—

I

jest

w

zdawać

ludności

empiry­
Gdzie

gdzie

Koło­

zapewne,

takie

praktyce

sobie

pra­

sprawę,

wyrażeń

i na terenie

rytuały

organi­
obojętne,

błędów.

Kamerun, a

kombinacji

znajdziemy

są

materiału

rażących

mało

modeli

wyrażeń

Hucuła

zapytać.

pojęć

odmienności

i

wyjaśnianiu

oczywiście
Warto

asocjacji

równując

Krym

syntetycznych

korelacji

Mofu

musi

Rzym,

zasadnicze

różnice

przy

prowadzić

wdopodobne.

budowy

w

Polski

katolickiej

że

szere­
np. po­
i

pra­

wosławnej.
P r z y o k a z j i j e d n a jeszcze r e f l e k s j a . W y s t ę p o w a n i e
wszelkich możliwych k o m b i n a c j i t y c h samych
wyra­
żeń u k a z u j e d o b i t n i e j a k b e z p ł o d n y m
zajęciem
jest
w y s z u k i w a n i e k o s m i c z n y c h , czy f i z j o l o g i c z n y c h
uzasad­
nień d l a p o j e d y n c z y c h z n i c h . Iluż t y m c z a s e m
etno­
logów
(a d o d y s k u s j i w ł ą c z y ł się i C e s a r e L o m b r o so ) poświęciło się, w z a j e m n i e sobie zresztą przecząc,
próbom a n a t o m i c z n y c h wytłumaczeń f a w o r y z o w a n i a , a
w i ę c łączenia z m ę s k i m
p r a w e j ręki. C i e k a w e , p o ­
d o b n y m ciągotom n i e potrafią się n i e k i e d y oprzeć r ó w ­
nież i strukturaliści. I t a k n p . J e r z y S ł a w o m i r W a ­
s i l e w s k i uznający skądinąd zamienność s y m b o l i k i k i e ­
r u n k ó w świata, l e w e j i p r a w e j s t r o n y , s t w i e r d z a n i e ­
s p o d z i e w a n i e w Podróżach
do piekieł,
iż r u c h w p r a ­
w o (prawoskrętny) „wyznacza s w y m i o b r o t a m i Niebo,
ten w i e l k i zegar archaicznego o b s e r w a t o r a . R u c h zgo­
d n y ze słońcem — a z a r a z e m
z ruchem
Księżyca
i g w i a z d , a w i ę c m i e r n i k ó w czasu, r y t m u d n i a i n o c y ,
u p ł y w u t y g o d n i , miesięcy i pór r o k u — t a k i r u c h służy
w obrzędach p o s u w a n i u b i e g u r z e c z y w przyszłość, j e s t
sposobem
magicznego zaprogramowania
rozwoju, gdy
zaś r u c h p o d słońce ó w czas i dziejący się w n i m
r o z w ó j z a t r z y m u j e . W e d ł u g J e r z e g o S. W a s i l e w s k i e g o
z e s t a w i e n i e : r u c h w p r a w o — przyszłość (postęp) z o ­
stało „archaicznemu o b s e r w a t o r o w i " n i e j a k o d a n e . Z a ­
k o d o w a n e w k o s m o s i e musiało odcisnąć n i e z a t a r t e p i ę ­
t n o n a s y s t e m a c h k u l t u r . O k r e ś l e n i e „ruch za słon­
kiem"
n i e j e s t w i ę c wtórną racjonalizacją
dobranego
d o w o l n i e w y r a ż e n i a (jego d e s y g n a t e m ) , lecz w s k a z a n i e m
n a p r a w d z i w e źródło a s o c j a c j i . Jeżeli t a k , t o k o r e l a ­
cje:
1 5

16

1 7

1 8

1 0

w p r a w o — w przyszłość i w l e w o — w przeszłość
obowiązywać w i n n y w e w s z y s t k i c h k u l t u r a c h
półkuli
p ó ł n o c n e j , zaś n a półkuli p o ł u d n i o w e j (a co zrobić zs
strefą r ó w n i k o w ą ? ) — o d w r o t n i e :
w lewo
— przyszłość i w p r a w o - - przeszłość.
Tymczasem
u M o f u (10—11° szerokości
geograficznej
p ó ł n o c n e j ) r u c h w l e w o łączony j e s t , jak. n a złość,
z przyszłością i postępem, r u c h w p r a w o z przeszło­
ścią. N a t o m i a s t u M a o r y s ó w z N o w e j Z e l a n d i i ( 3 4 — 4 3
szerokości
geograficznej
południowej)
odnajdujemy
z w i ą z k i : w p r a w o — przyszłość i o d p o w i e d n i o : w l e w o
J

196

przeszłość.

Przykłady

te

można

mnożyć.

Również

aborygeni
australijscy
(11—38° szer. p ł d ) , niektóro
grupy B a n t u
( 1 - 4° szer płd.), mieszkańcy w y s p y B a ­
li
(8—9° szer. płd.), j a k i cały krąg k u l t u r y p r a ­
wosławnej
n i e zechciały
podporządkować
się
„ko­
s m i c z n y m nieuchronnościom". Z k o l e i u I n d i a n A t a pasków, d o których j a k o A p a c z zaliczał się i s a m W i n n e t o u , o p o z y c j a — w p r a w o : w l e w o w y d a j e się m i e ć
zupełnie m a r g i n a l n e z n a c z e n i e .
Stwierdzenie
Ferdy­
n a n d a de S a u s s u r e ' a o d w o i s t y m c h a r a k t e r z e z n a k u ,
który jest z j e d n e j s t r o n y ( o b i e k t y w i z a c j a
społeczna)
obowiązujący, a l e z d r u g i e j ( d o b ó r ! ! ! ) d o w o l n y
znaj­
duje więc j e d n a k swoje
potwierdzenie.
Jego k o n s e ­
k w e n c j ą m u s i zaś być k a t e g o r y c z n e o d r z u c e n i e w t ó r ­
n y c h r a c j o n a l i z a c j i związków między znaczonym a z n a ­
k i e m , czyli t a k zwanych „motywacji a u t e n t y c z n y c h " ,
których u w z g l ę d n i a n i e postulował był K a z i m i e r z M o ­
szyński. W s z e l k i e zaś s z u k a n i e złotego środka m i ę d z y
j e g o propozycją i s t r u k t u r a l i z m e m p r o w a d z i ć m u s i d o
rozstrzygnięć a r b i t r a l n y c h l u b s p r o w a d z e n i a
dociekań
do bezpłodnych, p o z y t y w i s t y c z n y c h d y l e m a t ó w słuszno­
ści a l b o niesłuszności poszczególnych m i t e m ó w .
2 0

2 1

2 2

2 3

2 4

Maory­

etc.

1 4

strukturalna

posługiwania

zestawieniami

go

w

Mugwe ,

Atlantyku,

jest z k u l t u r a m i

odnajdujemy

sów , północnych B a n t u ( M e r u )

Mofu,

Mandara

9

grup

tych
kultu­

to p o t w i e r ­

p ó ł n o c n y m K a m e r u n i e , układ 2. u k e n i j s k i c h
3. u w s z e l k i c h

z

w

2 5

2 0

Z a g a d n i e n i e t o j e s t d l a nas o t y l e i s t o t n e , że co
u W a s i l e w s k i e g o , p r z e j m u j ą c e g o ludową m o t y w a c j ę „za
słonkiem" jest lapsusem wyjątkowym, i n n y m s t r u k t u r a l i s t o m z d a r z a się n i e s t e t y dość często. T a k i e zaś potknię­
cia zaciemniają s k u t e c z n i e , będące bez mała p u n k t e m
ciężkości a n a l i z s t r u k t u r a l n y c h , reguły przejścia o d d e s y ­
g n a t ó w d o pojęć j e denotujących, c z y l i do „ i d e i - w y r a żeń". T y m c z a s e m
w a n a l i z o w a n y c h materiałach n a d e r
r z a d k o s t y k a m y się z p r z y p a d k a m i t a k p r o s t y m i i j e ­
d n o z n a c z n y m i , j a k roztoczańskie w r ó ż e n i e o płci d z i e ­
c k a . Z n a c z n i e częściej pojęcie denotujące j e s t o w i e l e
t r u d n i e j s z e d o w y ł o w i e n i a z gąszczu przekręconych l u b
będących już j e g o o d l e g ł y m i e c h a m i desygnatów. I z n ó w
w a r t o o d w o ł a ć się d o k o n k r e t u .
„Deszczyk
pada
słońce świeci, c z a r o w n i c a
masło
kleci". Powiedzonko to zanotowane w e wszystkich nie­
mal regionach P o l s k i
i znajdujące s w o j e o d p o w i e d n i ­
k i w całej E u r o p i e , składa się z d w ó c h m i t e m ó w : ).,
słońca świecącego jednocześnie z p a d a j ą c y m d e s z c z e m
i 2. c z a r o w n i c y w y r a b i a j ą c e j masło. D r u g i z t y c h w ą t ­
k ó w , p o w s z e c h n y w f o l k l o r z e e u r o p e j s k i m , skąd ( n i e ­
kiedy zapewne via instruktarze i n k w i z y t o r s k i e ) t r a ­
fił d o a k t ó w oskarżeń w p r o c e s a c h o c z a r y X V I — X V I I I
w.
m a w p o l s k i e j t r a d y c j i l u d o w e j szczególnie w i e l e
o d m i a n . W d w ó c h t y l k o t o m a c h Ludu...
cytuje Oskar
Kolberg
około s t u w i e r z e ń świadczących
o
ścisłym
związku c z a r o w n i c z nabiałem, p r z y c z y m
najczęściej
powtarzają się t u
m o t y w y ciot wytwarzających m o n ­
s t r u a l n e ilości masła, o r a z pozyskujących s u r o w i e c d o
jego w y r o b u poprzez
a. p o d b i e r a n i e m l e k a o d k r ó w
sąsiadów i b. d o j e n i e p r z e d m i o t ó w m a r t w y c h ( k i j ó w ,
u z d , mioteł i t p . ) . W t y m o s t a t n i m p r z y p a d k u m a m y
do c z y n i e n i a z . j a s k r a w y m p a r a d o k s e m — o t o p o k a r m
nowonarodzonego,
pokarm
życia,
substancja
jawnie
związana
z płodnością
i kreacją
otrzymywana
jest
z o b i e k t u n i e m o g ą c e g o żyć a n i d a w a ć ż y c i a . Jest
to
więc
mleko
zaprzeczające
swojej
najistotniejszej
f u n k c j i , m l e k o o d e r w a n e o d d z i e d z i n y płodności — m l e ­
k o n i e m l e k o . I n a c z e j w p r z y p a d k u a. P o c h o d z e n i e
m l e k a j e s t t u półnaturalne; n a odległość, p r z y w y k o ­
rzystaniu
wiedzy
tajemnej
etc. c z a r o w n i c e
okradają
j e d n a k n a t u r a l n y c h producentów m l e k a — k r o w y . Wsze­
lako n i e zawsze jest to możliwe. Zapisane d w u k r o t n i e
na R o z t o c z u
i w Chełmskim
r e m e d i u m na czary
n a k a z u j e w p r o w a d z e n i e d o zagrożonej o b o r y p a r o d n i o ­
w e g o c i e l a k a . „Ciota n i e będzie wiedziała, która z k r ó w
j e s t karmiąca i n a w s z e l k i w y p a d e k m l e k a żadnej n i e
r u s z y " . M l e k o k r ó w c i e l n y c h ( c z y l i m l e k o realizujące
2 7

2 8

2 9

30

3

1

3 2

3 3

3 4

3 0

3 5

�swe

właściwe f u n k c j e , m l e k o — m l e k o )

rownicy
stuje

niedostępne,

ona n a t o m i a s t

mowione

ją

relacjach

rysować

zresztą

resowań

mleku wydzielanym
już

pełniącym

t a k oto w
i

we

j e s t w i ę c d l a cza­

l u b bezużyteczne.

po

okresie

p o t o m s t w a , m l e k u znów

bezcelowym,
powoli

w

przeżuwacze

wykarmienia
I

szkodliwe

tylko

wszystkich

niejako

: mleko

konsekwencja.

udo­

potrzebnym

drugorzędne

czarownica

pewna

przez

Gu­
do

zbędnym,
funkcje...

zaczyna

Odnaleźć

i n n y c h dziedzinach

się

można
zainte­

czarownic.

W e ź m y choćby i c h k o l e k c j o n e r s k i e
zainteresowania
falliczne. „Tych członków w s t y d l i w y c h podczas w l i c z ­
b i e n i e m a ł e j , to j e s t dwadzieścia abo trzydzieści, r a ­
z e m w g n i a z d o ptaszę a b o też skrzynię jaką zamykają,
a t e j a k o b y ż y w e pomykają się d o j e d z e n i a o w s a a b o
inszej
zobi..."
—
stwierdza,
zgodnie
z
niektórymi
w i e r z e n i a m i l u d o w y m i , Malleus
maleficarum.
A prze­
cież t e same c z a r o w n i c e - f a l l o f i l k i o d s t r a s z a
skutecznie
m . i n . w ł a ś n i e u k a z a n i e i m przez mężczyznę
nagiego
prącia ( n a j l e p i e j w s t a n i e e r e k c j i ) l u b j e g o s y m b o ­
lów, j a k t z w . „ f i g a " , czy w y s u n i ę t y z u s t j ę z y k . 7.a
p i e r w s z y m r a z e m c h o d z i j e d n a k o prącie samo w sobie
i
d l a s i e b i e żyjące ( t a k , żyjące — toż o p y c h a
się
o w s e m ) , o d e r w a n e ( w przenośni i d o s ł o w n i e ) o d s w e ­
go s a m c z e g o właściciela, n i e m o g ą c e w i ę c służyć do
w ł a ś c i w y c h — p r o k r e a c y j n y c h celów. Z a d r u g i m —
3 7

3 8

3 9

4 0

4 1

, 2

0 prącie n a s w o i m m i e j s c u , pozostające t a k d o b i t n y m
z n a k i e m jurności i p ł o d n o ś c i , a w i ę c życia, że j e d n o ­
znaczne n a w e t w s w o i c h n a m i a s t k a c h .
43

Podobnie
i ze s t o s u n k a m i s e k s u a l n y m i c z a r o w n i c
z diabłami. U c z e n i i n k w i z y t o r z y r o z w a ż a l i
niezwykle
d r o b i a z g o w o p r o b l e m , j a k i czy m o ż e diabeł zapłodnić
czarownicę . Tymczasem
jest to d y l e m a t
najzupełniej
o b c y k u l t u r z e l u d o w e j . „ I t e m fassa, isz m i się kazał
maczać za t e n członek męski i w i d z i a ł a m n a s i e n i e n a
ręku s w y c h " , „ciota t o d l a diabła m a z a w s z e tylną
p i w n i c ę . . . " . S p o t y k a m y też o p i s y u p r a w i a n y c h p r z e /
ludowe
czarownice
p r a k t y k sodomicznych
(diabeł-kozioł), a l g o l a g n i c z n y c h , k o p r o l a g n i c z n y c h , a n a w e t k o p r o f a g i c z n y c h ( s a b a t o w e p r z y s m a k i n i e zawsze d o p i e r o
n a d r a n e m zmieniają się w k a ł ) . Z a w s z e są to j e d n a k
p r a k t y k i w y n a t u r z o n e — spółkowania z góry u n i e m o ­
ż l i w i a j ą c e zapłodnienie, k o p u l a c j e n i e k o p u l a c j e . Można
b y sądzić, że c h o d z i t u p o p r o s t u o w y w o ł a n i e z g r o ­
zy,
podepatowanie
opinii,
ukazanie
całej
sprośności
44

4 5

4e

1 b e z w s t y d u c z a r o w n i c . Jeśli t a k — c z e m u pominięta
została c a ł k o w i c i e , otwierająca w t y m w z g l ę d z i e n i e ­
ograniczone m o ż l i w o ś c i , sfera t e c h n i k i f i g u r seksual­
n y c h ? — Wyraźnie n i e chodzi o potęgowanie e f e k t u
nieprzyzwoitości l u b grzeszności, lecz w ł a ś n i e p o d k r e ­
ślenie bezskuteczności, bezfunkcyjności —
mediacyjnego
charakteru zjawiska.
4 7

Można b y o c z y w i ś c i e mnożyć p r z y k ł a d y
poddając
a n a l i z i e n p . czasoprzestrzeń działania c z a r o w n i c . Z a ­
g a d n i e n i e t o j e s t już j e d n a k z j e d n e j s t r o n y częściowo
o m ó w i o n e , z d r u g i e j — n i e wniosłoby w i e l e n o w e g o
do p r z e w o d u . O g r a n i c z m y się w i ę c d o p o d s u m o w a n i a
elementów dotychczas z a s y g n a l i z o w a n y c h :
J a k w i d a ć sferą działania c z a r o w n i c są p r z e d e
wszy­
s t k i m (o i l e n i e w y ł ą c z n i e ) z j a w i s k a t y p u
mediacyj­
n e g o . D e s y g n a t a m i o w e j mediacyjności są i t e d z i w a ­
czne f a l l u s y - o w s o j a d y
i podbierane
przez
czarownice
m l e k o i t y p i c h a k t y w n o ś c i s e k s u a l n e j . Zresztą, się­
gając g ł ę b i e j , d o t e j d z i e d z i n y z a l i c z a się r ó w n i e ż czas
płodności-narodzin (przejścia o d nie-życia d o ż y c i a ) ,
j a k i — z pewnego mitycznego p u n k t u w i d z e n i a
—
s a m a kobiecość ( t u też w i n n i b y h i s t o r y c y szukać p r z y ­
c z y n z f e m i n i z o w a n i a świata c z a r o w n i c , m i a s t o d w o ł y ­
wać się d o n i c n i e m ó w i ą c e g o „ m i z o g y n i z m u średnio­
wiecznego" i teologii ).
4 8

4 5

5 0

5 1

M o d e l o w a n i e o b r a z u c z a r o w n i c y polega więc w k u l ­
t u r z e l u d o w e j n a mnożeniu, k o m b i n o w a n i u i p o t ę g o ­
w a n i u e l e m e n t ó w m e d i a c y j n y c h . O m a w i a n y ciąg: k o ­
b i e t a (1), kradnąca m l e k o n i e dość, że z s a m e j
swej
i s t o t y z w i ą z a n e z p r z e j ś c i o w y m o k r e s e m płodności-na­
r o d z i n (2), t o jeszcze s p e c y f i c z n e g o ,
wynaturzonego r o ­
d z a j u (3)... j e s t tego w y m o w n y m ś w i a d e c t w e m . Z m l e ­
k a t.ego w y r a b i a c i o t a masło.
W w i e r z e n i a c h c e l t y c k i c h i germańskich j e s t masło
przede
w s z y s t k i m p o k a r m e m demonów powstałych z
d u s z z m a r ł y c h , a w i ę c i s t o t , których m e d i a c y j n y c h a ­
r a k t e r został już w y c z e r p u j ą c o u d o w o d n i o n y .
Poje­
d y n c z e w z m i a n k i poświadczają p o d o b n e z n a c z e n i e m a ­
sła i n a S ł o w i a ń s z c z y ź n i e
(nie znam niestety a n i
j e d n e j p r a c y z t e g o t e r e n u , która o m a w i a ł a b y szerzej
s y m b o l i k ę p r z e t w o r z o n e g o m l e k a ) . P o j a w i a się t u także
postać śpiącej k r ó l e w n y w „ d o m k u z m a s ł a " . K r ó l e •
w n a o w a n i e u c i n a sobie b y n a j m n i e j
popołudniowej
d r z e m k i , określenie „śpiąca" j e s t w l e g e n d z i e e u f e m i ­
z m e m stanu swoistej
h i b e r n a c j i : n i t o życia, n i t o
śmierci, d z i a n i a się z a t r z y m a n e g o .
T r u d n o oprzeć się
w r a ż e n i u , że dobór s i e d z i b y podkreślać m a t e n w ł a ­
śnie c h a r a k t e r e g z y s t e n c j i b o h a t e r k i . T o ż s k o n s t r u o w a n y
j e s t t e n d o m e k z s y m b o l u życia w f o r m i e z b i t e j i u s t a łej, d y n a m i c z n e g o w s t a n i e s t a t y c z n y m , a l b o — l u d o ­
w y n a r r a t o r tego n i e p r e c y z u j e — z p r z e t w o r z o n e j
w
stan przejściowy
(dopiero
„ w ś r ó d pocałunków
ognia"
r e a l i z u j e się c e l masła — t w i e r d z i Rig Veda )
ma­
t e r i i już n a w s t ę p i e p o d e j r z a n e j , c z y l i krótko m ó w i ą c
z m l e k a nie mleka, w f o r m i e n i e formie...
5 2

5 3

54

55

W y j a ś n i a się w i ę c o s t a t e c z n i e p r o d u k c y j n a t a j e m n i ­
ca c z a r o w n i c — t y c h bezużytecznych p r z o d o w n i c p r a c y
wywożących swoje
w y t w o r y do lasu, na z m a r n o w a ­
nie
i p o w r a c a j ą c y c h z n ó w w y t r w a l e w maślany k i e ­
rat. A nie zapominajmy przy t y m o meteorologii. Toż
5 6

(P—P)
sfera

działania

mleko nie
tomstwa

czarownic
b.

sfera

braku

pokarmem

po­

prącie n i e będące narządem k o p u ­
lacyjnym
k o p u l a c j a n i e związana z prokreacją
( u n i e m o ż l i w i a j ąca p r o k r e a c j ę )
mleko — pokarm

brak

(niemożności)

potomstwa

(laktacji)

działania

prącie — narząd
kopulacyjny

b r a k prącia
l u b prącie m a r t w e
brak kopulacji

czarownic

będące

kopulacja
dla prokreacji

mleka

(asceza, c e l i b a t ,
dziewictwo)

397
i

�I

w i n f o r m a c j i o p o g o d z i e z a w a r t a była — j a k się o k a ­
z u j e — k a p i t a l n a w s k a z ó w k a . „Deszczyk p a d a słońcu
świeci, c z a r o w n i c a masło k l e c i " . — T a k o t o n i e w i n n a
r y m o w a n k a p o c z y n a n a m się j a w i ć j a k o p r o s t a a l e
i w y c z e r p u j ą c a d e f i n i c j a s a m e j , zasadzającej się n a m e ­
d i a c y j n y m c h a r a k t e r z e z j a w i s k w c h o d z ą c y c h z nią w
związki, i d e i czarowniczości, której k l e c e n i e masła i spe­
c y f i c z n a a u r a są d e s y g n a t a m i .
Definicja
o w a s t a j e się p r o s t a i o c z y w i s t a
wtedy
i t y l k o w t e d y , k i e d y o d c z y t y w a ć ją b ę d z i e m y w j ę z y ­
k u , w k t ó r y m została sformułowana — j ę z y k u
mitu.
I n t e r p r e t o w a n a i n a c z e j ( w j ę z y k u sobie o b c y m ) p o z o ­
stanie natomiast bezsensownym
bełkotem, r y m o w a n y m
p l e - p l e , l u b w n a j l e p s z y m w y p a d k u materią d o m n i e j
czy
bardziej zamierzonego d o w c i p u podobnego
tuwim o w y m tłumaczeniom p r z y s ł ó w łacińskich ( j a k n p : occasio f a c i t f u r e m = o k a z j a , t r a f i a się f a c e t z furą).
G w o l i łopatologii posłużmy się o b s z e r n i e j s z y m
przy­
kładem. O t o f r a g m e n t z „ M o c h n a c k i e g o " J a n a L e c h o ­
nia:
„...Ostrogą
Szaleje,

spiął
krzyczy

melodię,
w

a

basie,

akompaniament
rośnie

w

straszny

za­

męt —
K u s a l i b a g n e t a m i już m i e r z y , już b l i s k o —
I t o n jeden uparcie wybija — nazwisko!!!..."
Sens t y c h w e r s ó w w y d a j e się k l a r o w n y k a ż d e m u j a k o
tako
wykształconemu
P o l a k o w i
(JTWP)
d o c i e r a doń w sposób n i e l e d w i e a u t o m a t y c z n y , p o d ­
ś w i a d o m y . A przecież w rzeczywistości m o ż e j e o n
zrozumieć d o p i e r o p o złamaniu d w ó c h s z y f r ó w — z d e k o d o w a n i u j ę z y k ó w h i s t o r i i i p o e z j i . B y t e g o dokonać
m u s i z j e d n e j s t r o n y w i e d z i e ć : 1. iż o p i s a n y r e c i t a l
miał m i e j s c e w 1832 n a obczyźnie ( M e t z ) , 2. co d o k o ­
nało się w P o l s c e w l a t a c h 1 8 3 0 — 3 1 , 3. k i m b y ł M a u ­
r y c y M o c h n a c k i , 4. co s y m b o l i z o w a ł o d l a c z ł o n k ó w T o ­
warzystwa
Patriotycznego
i większości i m w s p ó ł c z e ­
s n y c h i m i ę N a p o l e o n a , etc..,; z d r u g i e j znać p o d s t a ­
w o w e przynajmniej kategorie stylistyki poetyckiej, jak
choćby a l e g o r i a (toż n i e o k o n c e r t c h o d z i ) , m e t a f o r a
etc... W i e d z a
J T W P wszystkie te elementy
obejmuje.
Więcej — jest o n po prostu przyzwyczajony do myśle­
nia zarówno językiem r o m a n t y c z n e j t r a d y c j i n a r o d o w e j ,
j a k i p o e z j i . Stąd p ł y n n y , i n s t y n k t o w n y odbiór „ s z y ­
frów" L e c h o n i a . P o s t a w m y j e d n a k n a jego m i e j s c u Po­
l a k a niedokształconego l u b z j a k i c h k o l w i e k i n n y c h p o ­
w o d ó w zupełnie n i e r o z u m i e j ą c e g o
użytych
kodów
( P N R K ) , a u z y s k a m y zgoła i n n y e f e k t . N i e
tylko ideowo-znaczeniowa
strona wiersza pozostanie d l a
n i e g o niezrozumiała (skąd t e b a g n e t y ?
co za n a z w i ­
sko?), a l e t e k s t r ó w n i e ż f r a z e o l o g i c z n i e
w y d a się m u
b e ł k o t l i w y , b o czyż można kłuć d ź w i ę k i s z p i k u l c e m ? . . .
Z a p e w n e — j e s t t o s y t u a c j a s t o s u n k o w o mało p r a w d o ­
p o d o b n a . R u d y m e n t a j ę z y k a p o e t y c k i e g o s e r w o w a n e są
w s z a k ż e już w p i e r w s z y c h k l a s a c h szkół p o d s t a w o w y c h .
G d y j e d n a k chodzi o język m a g i i — język mitu...
5 7

Oto j a k interpretuje B o h d a n B a r a n o w s k i powsze­
c h n e n i e t y l k o pośród l u d u p o l s k i e g o
przeświadczenie,
iż w p e w n y c h okolicznościach w z w i e r c i a d l e p o j a w i a ć
się m o ż e d i a b e ł : „ N i e należało spoglądać
wieczorem
l u b nocą w z w i e r c i a d ł o , b o można t a m było zobaczyć
odbicie d i a b e l s k i e j postaci. O tego r o d z a j u w y p a d k a c h ,
j a k o b y a u t e n t y c z n y c h , które m i a ł y m i e j s c e jeszcze w
końcu X I X w . , w s p o m i n a l i m i niektórzy i n f o r m a t o r z y .
Bez w i ę k s z e g o t r u d u można sobie w y o b r a z i ć , że z a b o ­
b o n n a k o b i e t a przeglądająca się p r z y słabym świetle
ł u c z y w a l u b ś w i e c y w n i e n a j l e p s z y m l u s t r z e , które n a ­
w e t p r z y d o b r y m oświetleniu n i e z b y t o s t r o
odbijało
o t r z y m y w a n y o b r a z , w i d z i a ł a jakieś n i e w y r a ź n e
kon­
t u r y , które w j e j o c z a c h p r z y b i e r a ł y kształt d i a b e l s k i " '\
W a r t o zatrzymać się n a c h w i l ę p r z y t y m bez m a l a
5 8

ъ

198

podręcznikowym
przykładzie r o z u m o w a n i a P N R K . Na
w s t ę p i e o d r z u c o n a w n i m zostaje m o ż l i w o ś ć i s t n i e n i a
j a k i e g o k o l w i e k systemu (języka), który byłby d l a P N R K
niezrozumiały, a którego w e w n ę t r z n a l o g i k a u s p r a w i e ­
d l i w i a ł a b y o b r a z diabła w z w i e r c i a d l e . T a k j a k n i e
można spinać ostrogą m e l o d i i , t a k s a m o i „ z ł y " n i e
m a p r a w a p o j a w i a ć się w l u s t r z e . S k o r o j e d n a k b z d u r y
t a k i e są p r z e z i n f o r m a t o r ó w u p a r c i e
podtrzymywane,
oznacza t o p o p r o s t u , że są g ł u p i („zabobonna k o b i e t a ' )
i cierpią n a z w i d y - o m a m y ( „ k o n t u r y w j e j o c z a c h p r z y ­
bierały kształt d i a b e l s k i " ) . Są w p r a w d z i e p e w n e
oko­
liczności łagodzące — zły sprzęt ( „ n i e n a j l e p s z e l u ­
s t r o " ) i słabe o ś w i e t l e n i e ( „ ł u c z y w o l u b ś w i e c a " ) , j e ­
dnakże w g r u n c i e r z e c z y n i e m a d l a P N R K w i ę k s z e j
różnicy p o m i ę d z y chłopem w i d u j ą c y m w l u s t r z e d i a b l a ,
a poczytującym się za R a m z e s a W i e l k i e g o . C h a r a k t e r y ­
s t y c z n e j e s t p r z y t y m , że o i l e n a początku w y w o d u
występują u P N R K „ i n f o r m a t o r z y " (a w i ę c mężczyźni
l u b mężczyźni i k o b i e t y ) , t o w kontekście „zabobonności" m a m y już d o c z y n i e n i a z kobietą. N i b y d r o ­
biazg, a l e zaprzeczyć t r u d n o , iż „głupia b a b a " b r z m i
bardziej
przekonywująco
niż „ g ł u p i m ę ż c z y z n a " ( n i e
w s p o m i n a j ą c o „ g ł u p i m c h ł o p i e " , który m i a ł b y n i e o d ­
powiednie
zabarwienie
klasowe).
Dla nie
rozumieją­
cego i n i e uznającego k o n t e k s t u P N R K obojętne j e s t
r ó w n i e ż , czy a k o m p a n i a m e n t m i e r z y k u s a l i b a g n e t a m i
(Pułk C z w a r t y , ulice Saragossy),
czy z n a g a n a . Cóż
w i ę c d z i w n e g o , że n i e t y l k o w y s u w a o n s u g e s t i e s p r z e ­
czne ze źródłami (diabeł p o k a z y w a ć się m a w l u s t r z e
także i w p e ł n y m ś w i e t l e p o ł u d n i a ) a l e i b e z t r o s k o
w y p a c z a samą treść w i e r z e n i a . Otóż w b o g a t y c h m a ­
teriałach
zebranych
przez
Eike
Haberlanda ,
Gezę
R o h e i m a , czy e t n o g r a f ó w p o l s k i c h
między l i c z n y m i
z a p i s a m i ś w i a d e c t w o b i e s a c h p o j a w i a j ą c y c h się w l u ­
s t r a c h n i e sposób znaleźć a n i j e d n eg o m ó w i ą c e g o
o „odbiciu d i a b e l s k i e j p o s t a c i " . T y m c z a s e m
w
pier­
w s z y m p r z y p a d k u m a m y d o c z y n i e n i a z postacią p r z e ­
bywającą w e w n ą t r z
z w i e r c i a d ł a , w d r u g i m — na
zewnątrz ( w lustrze widać t y l k o j e j o d b i c i e ) . Różni­
ca n i e w i e l k a ? — O t , t a k a w ł a ś n i e j a k między b a g n e ­
tem i naganem.
e 0

e l

6 2

Język m a g i i ( m i t u ) m i ę d z y k o n f e r e n c y j n e się n i e l i ­
czy, a i w szkołach ( m o ż e s z k o d a ? ) j e s t p o m i j a n y . Z d e k o d o w a n i e sformułowanego w n i m z d a n i a : „ w
zwier­
c i a d l e p o j a w i a się d i a b e ł " nasunąć w i ę c m u s i szereg
skojarzeń, j a k п. p . :
1. z w i e r c i a d ł o z z a k r y s t i i kościoła p a r a f i a l n e g o
w
W ę g r o w i e (diec. s i e d l e c k a ) z n a p i s e m n a r a m i e : „ L u s e r a t hoc s p e c u l o m a g i c a s T w a r d o v i u s a r t e s . L u s u s at
iste, D e i versus i n o b s e q u i u m e s t " ( T w a r d o w s k i p o k a ­
zywał w t y m zwierciadle
s z t u k i czarnoksięskie. A l e
s z t u k i te godził z czcią B o g a ) ;
6 3

2. k a t o p t r o m a n c j a , c z y l i w r ó ż e n i e ze
zwierciadła
rozpowszechnione
z a r ó w n o wśród e l i t , j a k i l u d u ;
0 J

6 5

3. p o p u l a r n y w ą t e k baśniowy ( m . i n . : Gęsta R o m a n o r u m , Baśnie z tysiąca i j e d n e j n o c y ) oglądania w
lustrze l u d z i d a w n o zmarłych l u b przebywających
w
odległych k r a i n a c h ;
4. m o t y w d o s t r z e g a n i a w z w i e r c i a d l e śmierci l u b
diabła, p o w t a r z a j ą c y się m . i n . w i k o n o g r a f i i T a ń c ó w
Śmierci ;
6 6

5. d z i w n y z w y c z a j
rzeźbienia
cznej) s t r o n y zwierciadła;

odwrotnej

(niewido­

6. c z a r o d z i e j s k i e
l u s t r o z K r ó l o w e j Śniegu H a n s a
C h r i s t i a n a A n d e r s e n a , w k t ó r y m „najpiękniejsze
kraj­
o b r a z y w y g l ą d a ł y j a k g o t o w a n y s z p i n a k , najpiękniejsi
l u d z i e b y l i s z k a r a d n i a l b o s t a l i n a g ł o w a c h . . . " , zaś
potłuczone k a w a ł k i tegoż z w i e r c i a d ł a „ g d y w p a d ł y k o ­
muś d o o k a t k w i ł y w n i m i w t e d y c z ł o w i e k t e n w i ­
dział w s z y s t k o n a o d w r ó t " ;
67

38

�7. A l i c j ę , która n i e j e d n o o d k r y ł a p o d r u g i e j s t r o ­
n i e l u s t r a . „Już w następnej c h w i l e c z c e
A l i c j a była
1)0 d r u g i e j s t r o n i e L u s t r a i zeskoczyła l e k k o d o L u s t r z a ­
nego p o k o j u . (...) O c h , cóż t o będzie za u c i e c h a , k i e d y
zobaczą m n i e t u w L u s t r z e i n i e będą m o g l i się d o
m n i e d o s t a ć ! " " ... „ N a stole w pobliżu A l i c j i leżała
książka, w i ę c p r z e w r ó c i ł a k i l k a k a r t e k , żeby znaleź.ć
jakiś f r a g m e n t nadający się d o o d c z y t a n i a . — ... B o
w s z y s t k o t o n a p i s a n o w języku, którego n i e z n a m
powiedziała do siebie. A b r z m i a ł o t o t a k :

strują zasadę, i d e ę o d w r ó c o n e g o , l u s t r z a n e g o porządku.
O d n a j d u j e m y t u z a b i e g b l i s k i poniekąd p r o c e s o w i m e taforyzacji :

-

7 C

6

ьХйл&amp;ра fc-j£isB3*e a s

M E T A F O R A
melodia

spięta

ostrogą

6iiufxivtt&gt;tMi

WARTOŚĆ

Z N A C Z E N I E

Z d u m i o n a , zastanawiała
się n a d t y m p r z e z
czas, lecz w końcu rozbłysła j e j nagła myśl:
wiście, t o L u s t r z a n a książka!..." .

pewien
Oczy­

70

N a w e t zaś t a k c h a o t y c z n y zbiór i n f o r m a c j i - s k o j a r/.eii n i e w ą t p l i w i e w y s t a r c z y
J T W P do zorientowaniu
się, iż l u s t r z a n e w i d m a stanowią w k u l t u r z e n a z b y t
u p o r c z y w y w ą t e k , b y za j e g o w y t ł u m a c z e n i e starczyły
b r u d i c i e m n o t a . Z a u w a ż y o n też z łatwością, ż e : A .
najprostszą asocjacją narzucaną p r z e z o b r a z w z w i e r ­
c i a d l e jest. odwrotność; B . r ó w n o p r a w n i e z d i a b ł e m p o ­
j a w i a j ą się w z w i e r c i a d ł a c h z m a r l i , p r z e b y w a j ą c y n a
a n t i p o d a c b . śmierć, a n a w e t
jeszcze n i e
narodzeni
'.wróżenie o przyszłości).

SŁOWNIKOWE

S E M A N T Y C Z N A

W Y R A Z U

M E T O F O R Y

ostroga

—

część

porządzenia
której
sza

użycie

konia

gwałtowne

o-

szenie

jeźdźca,
zmu­

do

spieszenia

przyspie­

melodii

przy­

chodów

MITEM
1.

w

lustrze

ciwa

jajka

2.

w

lustrze

piękne

są

pejzaże

tańsze
są

niż

jedno

brzydkie

Książka A l i c j i j e s t n i e c z y t e l n a , g d y ż l u s t r o d a j e
n a m w i d o k i o d w r ó c o n e . J e d n a k p o „przebiciu p r a w i d ł o ­
w o " j e j l i t e r t e k s t n a d a l w y d a się n a m n i e j a s n y :

DŻABBERSMOK
Było smaszno, a j a s z m i j e s m u k w i j n e
Świdrokrętnie na z e g w m k u wężały,
P e l i c z a p l e stały s m u t c h o l i j n e
I zbłąkinie rykoświstąkały.

WARTOŚĆ

PRZESŁANKA
świat

widoczny

lustrze

jest

S E M A N T Y C Z N A

w

MITEMU

odwró­

cony.

D l a c z e g o t a k ? -— Skąd t e d z i w n o s ł o w y ? — „ W i d o k p i e r ­
w o t n y i w i d o k o d w r ó c o n y są wszakże, m i m o że o d p o ­
wiadają sobie d o s k o n a l e , w i d o k a m i r ó ż n y m i . — pi^z.c
Mieczysław W a l l i s — W i d o k zwrócony w p r a w o m a
i n n y c h a r a k t e r , inną d y n a m i k ę , i n n y nastrój niż w i ­
dok zwrócony w lewo. E u r o p e j c z y k odczuwa k i e r u n e k
od l e w e j ręki d o p r a w e j j a k o n a t u r a l n y i i n s t y n k t o ­
w n i e w t y m k i e r u n k u odczytuje o b r a z . Dlatego w y ­
d a j e n a m się, że r u c h w o b r a z i e o d b y w a się o d s t r o n y
l e w e j d o p r a w e j . L i n i ę skośną p o l e w e j s t r o n i e o b r a z u
o d c z u w a m y j a k o wznoszącą się, p o p r a w e j s t r o n i e j a k o
opadającą. W p o r t r e c i e , w k t ó r y m g ł o w a j e s t z w r ó c o ­
na w p r a w o , m a m y w r a ż e n i e , że osoba s p o r t r e t o w a r / i
p a t r z y n a d r o g ę jaką m a przebyć. W p o r t r e c i e , w k t ó ­
r y m głowa jest zwrócona w lewo, w y d a j e
n a m się,
że osoba
s p o r t r e t o w a n a p a t r z y n a t o , co i d z i e k u
niej..."
Z w i e r c i a d ł o z m i e n i a więc r ó w n i e ż treść-sens
p i e r w o t n e j rzeczywistości. C z y w t y m s t o p n i u , b y „ n a j ­
piękniejsze p e j z a ż e " w y g l ą d a ł y w n i m j a k „ g o t o w a n y
s z p i n a k " , l u d z i e „stali n a g ł o w a c h " a p e l i k a n i czapla
z i e w a l i się w „ p e l i c z a p l e " ? — N a p e w n o n i e . J e d n a k
p o d o b n e w ą t k i (po t a m t e j s t r o n i e zwierciadła d w a jajKU
są tańsze niż j e d n o , p r e z e n t y u r o d z i n o w e d o s t a j e się
w każdy z 364 d n i n i e - u r o d z i n o w y c h ) d o s a d n i e i l u ­
7 1

7 2

73

7 4

7 5

Różnica
o

zasadzałaby

ile metafora

czeń ,
77

to w

mułowania
lem

pełni

mitemie

typu

się

właściwie

zawsze
wręcz

„lustrzany

lustrami!) mamy

1.

handel

2.

estetyka

opak

na

opak

na t y m jedynie,

funkcje

kondensacji

odwrotnie

—

miast

h a n d e l " (nie mylić

przeważnie

na

do

czynienia

ze

zna­
sfor­

z hand­
z

ane­

gdotą.
Wątek odwrócenia, i n w e r s j i , występuje w k u l t u r z e
l u d o w e j n i e t y l k o w kontekście z w i e r c i a d ł a , lecz r ó w ­
nież - - a r a c z e j p r z e d e w s z y s t k i m — w związku z
„ t a m t y m ś w i a t e m " , światem śmierci (która n i e j e s t t u
nicością lecz d y n a m i c z n y m p r z e c i w s t a w i e n i e m
życia),
o r b i s e x t e r i o r . „ Z m a r l i w i o d ą życie o d w r o t n e niż ż y ­
w i . I c h l a t o o d p o w i a d a z i m i e świata doczesnego, i c h
d n i — n o c o m . R z e k i płyną d o ź r ó d e ł . . . " . N i e b y ł o b y
zajęciem p ł o d n y m d u b l o w a n i e z n a k o m i t e j a n a l i z y t y c h
wierzeń dokonanej
przez Jerzego Sławomira
Wasile­
wskiego
Zresztą, z m e t o d o l o g i c z n e g o
punktu
widze­
n i a n i e wniosłyby one w i e l e n o w e g o do naszych roz­
ważań. W s t o s u n k u do trójkąta m e t a f o r y c z n e g o s y t u a c j i
l u s t r z a n e j następuje t u przecież j e d y n i e z m i a n a p r z e ­
słanki (z „ ś w i a t w i d o c z n y w l u s t r z e j e s t o d w r ó c o n y " ,
78

199

�I

na

„tamten

tego świata
wiać

świat
—

—

orbis

exterior

zagadnienia

przynależności

s t a c i d i a b e l s k i c h , śmierci, l u d z i
lekich

k r a i n a c h , obcych

najmniej

jest

odwróceniem

o r b i s i n t e r i o r " ) . N i e będziemy

należeć p o w i n n o

etc,

do

orbis

też

exterior

znajdujących
gdyż

należy

po­

się w
to, a

do e t n o l o g i c z n e g o

Z a m i a s t tego p o z w o l i m y
Jana Lechonia:

oma­

sobie p o w r ó c i ć

r a z jeszcze

do

„ P o s a l i i d z i e cisza p r z e r a ź l i w a , b l a d a . . . "
„Cisza b l a d a " ? — S y t u a c j a j e s t t u n i e c o
bardziej
s k o m p l i k o w a n a niż w p r z y p a d k u ostrogą dźganej m e l o ­
dii:
8 1

da­
przy­

abecadła ".
8

M E T A F O R A
cisza

blada

PRZESŁANKA

W.

oblicze

cisza

Powleka

zmarłego
się

SEM.

M E T A F O R Y

śmiertelna

blado­

ścią

M E T A F O R A

PRZESŁANKA
istoty
we

Na

identycznym

schemacie
diabeł

diabeł
z

orbis

jest

postacią

pojawia

opiera
się

w

i rzeczy

W . S E M . MET.
z u pełna

mart­

się k o n s t r u k c j a m i t e m u „diabeł p o j a w i a

się w

zwierciadle'

zwierciadle

lustro

ukazuje

orbis

exterior

exterior

świat
lustrze

widoczny
jest

w

or b i s

odwró­

W obu przypadkach metafora jest niejako
zdwojona.
D r o g a s k o j a r z e n i a w y d ł u ż a się z d w u c z ł o n o w e g o : p r z y ­
spieszenie k o n i a — przyspieszenie
melodii
(odpowie­
d n i o : odwrócenie obrazu w z w i e r c i a d l e — odwrócenie
reguł h a n d l o w y c h ) , d o t r i a d y : cisza śmierci — bladość
śmierci — bladość ciszy ( o d p o w i e d n i o : o d w r ó c e n i e o b ­
razu w zwierciadle
— odwrócenie orbis e x t e r i o r
—
o r b i s e x t e r i o r w l u s t r z e ) . S a m o określenie „ b l a d a " n i e
jest c z y t e l n y m d e s y g n a t e m „zupełności" (idei pełni) —

exterior

jest
orbis

odwróceniem

cony

200

cisza

milczą

interior

staje
stro

się n i m dzięki pośrednictwu
nie jest

samo

w

sobie

śmierci. P o d o b n i e l u ­

symbolem

lecz stać się n i m może d o p i e r o

orbis

exterior,

dzięki c e c h o m

pojawia­

j ą c e g o się w n i m o b r a z u .
Można
czworo,

to oczywiście

zbędną

uznać

choń b y ł b y j e d n a k i n n e g o
„Po

za

sekcję o r g a n i z m u

sali idzie

cisza

dzielenie

włosa

poetyckiego...

na

Jan Le­

zdania:
przeraźliwa,

blada,

I o b o k tęgich boszów w p i e r w s z y m rzędzie siada.

�Wzrok

wlepia

m a r t w y , ślepy

w

jakiś p u n k t

na

ścianie
I

82

w

Mochnackiego,

kiedy

grać

przesta­

.

— j a k b y bojąc się czyjejś niedomyślności
podkreśla
z w i ą z e k ciszy ze śmiercią o k r e ś l e n i a m i : „ m a r t w y , śle­
py'', oraz zaznaczeniem
nieruchomości, s t a t y k i o b r a z u
(pozornie
nielogiczne
u k i e r u n k o w a n i e w z r o k u ciszy — ś m i e r c i „ w jakiś p u n k t n a ścianie" i jednocześnie „ w
M o c h n a c k i e g o " m a właśnie n a celu przeniesienie u w a g i
c z y t e l n i k a z k i e r u n k u spojrzenia, na jego jakość-nieruchomość). T r o s k a p o e t y j e s t w pełni u z a s a d n i o n a . G d y ­
byśmy b o w i e m n i e w y c h w y c i l i śmierci j a k o pojęcia w
którego d e n o t a c j i mieszczą się p r z y t o c z o n e
desygnaty,
n i e m o g l i b y ś m y zrozumieć cóż t o za postać „ w p i e r ­
w s z y m rzędzie s i a d a " , a co za t y m i d z i e uszedł b y
naszej u w a d z e sens (jest t o skądinąd j e d e n t y l k o z w ą t ­
ków
treściowych
„Mochnackiego")
następującej
teraz
d y n a m i c z n e j sceny. B o o t o :
„...patrzy

w

Mochnackiego,

kiedy

grać

przestanie.

A

o n , b l a d y j a k ściana, plącze, z r y w a

tony

I

kolor

czerwony,

z pod klawiszy

Aż wreszcie
I

spojrzał

Mochnacki
znajduje

o

wypruwa

—

wstał i z h u k i e m rzucił c z a r n e
—

taką

krok

jednak

ciwstawia ich

od

straszną, o t w a r t ą

klęski

(„on,

odpowiedź.

blady

Atrybutom

wieko

powieką..."
jak

53

ściana")

śmierci

prze­

: „plącze, z r y w a
dzi,

bladość

ale

o

t o n y " ( n i e o fałsz

dynamiczne

: „kolor
wiszy"

—

—

: „ w s t a ł " , „rzucił

ślepota

: „I
kolor

śmierci .

spojrzał

krwi

Mochnacki

м

—

zastępuje

wer­

wieko"

wieko", dynamika me­

l o d i i : „plącze, z r y w a

tony".

przypadku

trudniejsza.

Tu

podrzuciłby

parę

...otwartą

powieką".

ostatecznie

zwycięża.

bladość-bia-

Życie

zwycięża.

diabła

nie ma

w

zwierciadle

dobrego

Jana

dopowiadających

się j e d n a k łudzić. J e d z i e

sprawa

jest

Lechonia,

określeń.

który

k w e s t i o n a r i u s z , k a ż e wyjaśniać,
odpowiadają

»tak

się robiło z a w s z e « , » m y

dek,

czy

graf

myśli

doby­

interpretować... D a ­

no.

Jeszcze
głowy,

rym

na pewno

kilkadziesiąt
że

także

mnianych

dziadkowie

Pyta

ale

więc

odczepić,

i

wcześniej
swoich

aż

informatorzy

póź­

mu

tłumaczenia
nie

musiały
wreszcie,

2. „ M y

nie wiemy,

wiedzą"

dochodzi

więc

czasowych
najdując

—

odpowiadają

ale w e

mówią

powetuje

„wtajemniczonego"
i . . . „We

w s i za

w s i za
że

bezpłodność

sobie

eksperta.
lasem

Nasz

z

lustro?

—

2.
rzał

są t a c y ,

starają

orbis

„Atena

prosto

się

oczy

Perseusza,

Meduzie,

lerowaną

Perseusz

Patrzeć

doń

należącą?

Klin

klinem?

w

—

Chyba

więc

»zapoprze­

od n a ­
byle

są

tacy,

etnograf
dotych­
do

którzy...

od­
wsi
Za

oczy

—

spoj­

na

w

nie prosto

w

jej

wypo­
odbiciu
potwo­

by zwalczyć

t a k , wszakże

postać

oczy?

—

interpretacja,

iż

zagrożenie o b r a z e m p i e k i e l n y m ( o d w r o t n y m , r o d e m z o r ­
bis e x t e r i o r )
czyli

lustra

usunięte

powtórne

zostaje

przez

odwrócenie,

za s y m b o l p r z e c i w i e ń s t w a

odwrotności
Wreszcie
sistowskim

jego

3. W
kiczu

uznania

orbis exterior, a

głośnym

ostatnio

filmowym

na

„Midnight

scena, w której z b u n t o w a n y a m e r y k a ń s k i
sprzeciw

przeciwnym

„wyprostowa­

wymagałoby

więc

założenia!

tureckich

kolegów,

zachodzie

ra­

Express"

jest

więzień b u d z i

gdy

zaczyna

niż o n i k i e r u n k u odmierzać s p a c e r o w e

w
kół­

k a , a więc „odwraca świat" — p r o w o k u j e k o n t a k t z m o ­
gącymi

zagrozić

sekwencji

grupie

zmusza

siłami

i c h do

wcale

orbis exterior

?:aliczenia

„neutralizujących"

któ­

nie

tylko

s i e r p a uciął g ł o w ę

orbis exterior

Dlaczegóż

nigdy

utkwił

być

(kogo?

t y m celu doskonale

i j e d n y m zamachem
—

9 1

(...)

może
widząc

będzie.

ale patrzył

mu w

tarczę

by

w
mi

się n i e j a k o

przebłagać

Hmm... Niech

odbicie, i podarowała
Meduzy

odbicie
zabierz

symboliczna

bałyby

więc

exterior?)

ostrzegła

w

»Nie

koncepcja

w orbis exterior

zaliczone,

swoje

doń:

sensowności. D z i e w c z ę t a

I cóż t u zrobić z n a s z y m

łatwością

Drałuje

Tutaj

—

mu —

rzeką

informatorzy.

do przekonania,

wysiłków

rzeczką

postacie

widząc

mówią

—

rezygnuje.
się

—

e o

i

odpo­

wszakże
by

czeremiskie

lustro

nawet

dziadków,

to etnograf

wiedzy

zbyt

miałby

nie przychodzi

zdolność

pyta,

dzia­
Etno­

.

którzy

za

tradycja*,

to wytłumaczyli«.

mieli

przypisywali

okruchy dawnej

85

—

sensów«. P o m i m o

trwać.
co"

jest

już n i e w i e m y ,

by
lat

I o dziwo

Jakieś
tręta

»taka

w ó w c z a s ze s m u t k i e m , iż p r z y b y ł
tak?

swoje

zaciekły

. 1. „ I n f o r m a t o r z y
babka

duszy«"

doń

Etnograf

wówczas n a wieś,

całują

jeszcze stwarzać p o z o r y

nie",

lej t r z y możliwości:

do

rze­

5 a

ra..."

„Jeszcze n i e u m a r ł a " !

wiedź. A

kolejna

8 8

(efekt

„z p o d k l a ­

klawiatura" w

sie 13), e w . „ c z a r n e
nieruchomość

wieko"),

czerwony"

dopełnieniem

„biała

cho­

różnicowanie

h u k i e m rzucił

wypruwa

wzmocniony

wa

dalej

— Postać z o r b i s e x t e r i o r p o j a w i a się w
zwierciadle?
—- A w i ę c z w i e r c i a d ł o s y m b o l i z u j e o r b i s e x t e r i o r . „ Q u a r e , q u a r e f e c i t o p i u m u s y p i a r e ? — E s t essentia d o r m i t i v a . " N i e t r u d n o c h y b a z a u w a ż y ć , że o d p o w i e d ź n a ­
szego e t n o g r a f a m a taką samą wartość poznawczą, j a k
frazes m o l i e r o w e g o
m e d y k a . P o m i m o t o słowo „ s y m ­
b o l " zrobiło o s t a t n i o w e t n o l o g i i zawrotną karierę. O t o
„Słownik s y m b o l i " Jeana C h e v a l i e r a i A l a i n a
Gheerb r a n t a z podtytułem „ m i t y , m a r z e n i a , z w y c z a j e , gesty,
f o r m y , p o s t a c i e , c y f r y " . Dzięcioł s y m b o l i z u j e podług
n i c h : u I n d i a n A m e r y k i Północnej — z a b e z p i e c z e n i e
p r z e d burzą; u I n d i a n P a w n e e — t r w a n i e ludzkości;
u Negrytów Semang — herosa p r o m e t e j s k i e g o ; u G r e ­
k ó w — d o b r y z n a k d l a myśliwych; u R z y m i a n — boga
M a r s a ; p o n a d t o ( t u odnośnik d o J u n g a ) — p o w r ó t d o
dzieciństwa,
„powtórne
wejście
w
ciało
matki" .
S p r ó b u j m y podług t a k i e j r e c e p t y . „ L u s t r o s y m b o l i z u j e
orbis exterior", a więc:

mojej

d ź w i ę k ó w ! ) , „z

chce

zagajnik,

W b r a k u wyjaśnień bezpośrednich, b r a k u J a n a L e ­
c h o n i a , e t n o g r a f z d a j e się n a rozwiązania
najprostsze:

1. „ D z i e w c z ę t a
ŻYCIE

cisza

W

łąką

8 7

opozycje:

SMIERC

łość

za

3. I n f o r m a t o r z y chętnie i s p r a w n i e tłumaczą sens
s w o i c h „ z a b o b o n ó w " . E t n o g r a f skrzętnie n o t u j e , b y d o ­
p i e r o p o t e m — porządkując w d o m u n o t a t k i — p r z e ­
konać się, że o w e wyjaśnienia przeczą sobie n a w z a j e m
i w s z y s t k i e m u po k o l e i .

lustrze,

Czerwony

łąka,

86

patrzy

nie"

lasem jest
czka .

kółek

w

i w

kon­

nadprogramowych

kierunku

symbolem?

prawidłowym.
—

Przecież t u

nie ma lustra!

Z a b i e g i w o k ó ł „ciszy b l a d e j " n i e b y ł y b y w i ę c j e ­
d n a k d z i e l e n i e m włosa n a c z w o r o . G d y n i e w y s t a r c z a
r o z p a t r z e n i e r e l a c j i s y m b o l i c z n y c h , t r z e b a sięgnąć r ó w ­
nież
do s y s t e m a t y c z n y c h
—
rozpatrzeć
szczegółowo
z w i ą z k i w j a k i e wchodzą d e s y g n a t y , a które są o d b i ­
c i e m z w i ą z k ó w m i ę d z y p o j ę c i a m i denotującymi, n i e k o ­
n i e c z n i e j e d n a k o d b i c i e m bezpośrednim i p r o s t y m . T o ż
przykład t r i a d y : odwrócenie w z w i e r c i a d l e — odwróce­
n i e o r b i s e x t e r i o r — orbis e x t e r i o r w lustrze... był jesz­
cze
stosunkowo
bardzo
mało
skomplikowany.
Z a t r z y m a j m y się. D o t y c h c z a s o w e
w a d z i ł y n a s d o w n i o s k ó w , iż:

rozważania

dopro­

201

i

�a. w i e r z e n i a l u d o w e ( m i t , m a g i a ) o r g a n i z o w a n e sa
przez zasadę łączenia o p o z y c j i ( n p . roztoczańskie w r ó ­
żenie o płci p o t o m s t w a ) l u b m e d i a c j i ( n p . c z a r o w n i c a )
b. o w o łączenie o p o z y c j i i m e d i a c j i j e s t . p r z y z a ­
c h o w a n i u wewnętrznych przeciwstawień, realizowane w
sposób d o w o l n y ( n p . p r a w a — żeńskie — zachód...!,
zbliżony d o zasad t w o r z e n i a m e t a f o r y w p o e z j i , p r z y
c z y m połączenie z o b i e k t y w i z o w a n e
społecznie staje się
w d a n y m m i e j s c u i czasie obowiązujące.
8 2

c. układ t y c h o p o z y c j i l u b m e d i a c j i , a co za t y m
i d z i e układy i c h desygnatów (diabeł w z w i e r c i a d l e ) n i e
muszą mieć i z reguły n i e mają o d n i e s i e n i a d o r z e ­
czywistości e m p i r y c z n e j .
d. d e s y g n a t y wchodzą między sobą w z w i ą z k i bę­
dące w z g o d z i e z z a s a d a m i połączeń o p o z y c j i
(media­
c j i ) , lecz n i e muszące być i c h bezpośrednim o d b i c i e m .
e. m i t e m y , c z y l i układy desygnatów, funkcjonować
mogą w o d e r w a n i u ( t a k i e właśnie i z o l o w a n e
mitemy
określane są p r z e z P N R K m i a n e m „ z a b o b o n ó w " ) l u b
być łączone z i n n y m i m i t e m a m i , p r z e t w a r z a n e i k o m ­
b i n o w a n e w fabuły ( n p . m i t o P e r s e u s z u , scena z , , M i d ­
n i g h t E x p r e s s " ) l u b s c e n a r i u s z e (obrzędy, m a g i a ) .
Wnioski
dość

te

mogą

hermetyczne.

wołać

do

By

skróconego

się
je

w

pierwszej

wyjaśnić

schematu

chwili

warto

się

(modelu)

wydać

więc

od­

magii:

MAGIA

i diabeł; 3'. u t r a t a d u s z y + diabeł --- m i t e m : diabeł
z a b i e r a l u d z i o m dusze. Następuje połączenie 3 + 3': d i a ­
beł p o j a w i a się w l u s t r z e +
diabeł z a b i e r a l u d z i o m
dusze = p a t r z ą c y m w l u s t r o g r o z i , iż diabeł z a b i e r z e
i m dusze. Po przełożeniu n a język „ i n s t r u k c j i " m a g i c z ­
n e j : jeżeli spojrzałeś w z w i e r c i a d ł o , m u s i s z dokonać
działań zapobiegających u t r a c i e d u s z y . W k o n s e k w e n c j i :
„Dziewczęta czeremiskie widząc swoje odbicie w l u ­
strze, całują l u s t r o i m ó w i ą d o ń : N i e z a b i e r z m i m o ­
j e j d u s z y " — M ó w i ą n i e d o l u s t r a oczywiście, a l e „za­
mieszkującego" je reprezentanta o r b i s e x t e r i o r ! (Tak
więc pokrewieństw o p o e z j i i m a g i i sięga najgłębszych
p o k ł a d ó w t e j o s t a t n i e j . M o g l i b y ś m y wszakże
zasadnie
mówić o „metaforze k o n o t a c j i " i „metaforze
desygna­
t ó w " . M a g i a j a w i się j a k o s w o i s t a k r z y ż ó w k a
poezji
i l o g i k i , a l b o — i n n y m i słowy — poezja podporządko­
wana
nieubłaganej
gramatyce
pamięci, mająca
więc
zawężone n a w s z y s t k i c h e t a p a c h możliwości w y b o r u "
poezja k l a s y c z n a , poezja p r z y m u s u . )
7

Właśnie znajomość p o d s t a w o w y c h reguł o w e j g r a ­
m a t y k i , m e c h a n i z m ó w p r z y m u s u , s t w a r z a szansę s t r u kturalistów. I c h p r a c a n i e j e s t w zasadzie s k o m p l i k o ­
wana. „Najpierw t n i e m y — potem porządkujemy"
—
streścił ją l a p i d a r n i e R o l a n d B a r t h e s . I t a k j e s t w i s t o ­
cie. — N a t y c h m i a s t p o w y o d r ę b n i e n i u m o d e l o w e j , zo­
biektywizowanej
społecznie,
wersji
fabuły,
porządek
działań zostaje o d w r ó c o n y — następuje:
9 5

a.
zasada
zasada

opozycji
mediacji

I . r o z b i c i e j e j na m i t e m y ( = — 4 ) ;

(inwersji)

I I . . rozłożenie
nie

b.
zbiór

par

opozycji

mentów

i

elc-

mediacyjnych

(konotacji.)

wybór

i łączenie p a r o p o -

zycji

(elementów

cyjnych)

w

media-

dowolne

ukła­

dy.
denotacje

elementów

zycyjnych

i

opo­

mediacyjiiyca

dobór

desygnatów

do

b r a n y c h elementów
cyjnych

i

wy­

opozy­

mediacyjnych

d.
układy
gnatów

wybranych
(mitemy)

desy­

łączenie
mitemy

desygnatów

c.
kombinacje
i
przetworze­
nia
uzyskanych
mitemów
(fabuła, działania
magicz­
ne)
Działanie

„magiotwórcze"

1. z e s t a w i a n i u (łączeniu)
(elementów m e d i a c y j n y c h ) ,

kombinowanie
rzanie

polega

i

mitemów

więc

dowolnych

9 3

przetwa­
w

fabułę

na:
par

opozycji

2. w y b o r z e z i c h d e n o t a c j i k o n k r e t n y c h desygnatów,
3. w y c i ą g a n i u k o n s e k w e n c j i z zestawień o w y c h d e ­
sygnatów, c z y l i t w o r z e n i u m i t e m ó w ,
4. p r z e t w a r z a n i u i k o m b i n o w a n i u m i t e m ó w w f a ­
bułę, czy „scenariusz". N p . : z e s t a w i o n e zostają o p o z y ­
cje: orbis i n t e r i o r — O R B I S E X T E R I O R
i prosty
O D W R Ó C O N Y ; 2. w y b r a n e d e s y g n a t y o d p o w i e d n i o : d i a ­
beł, l u s t r o ; 3. diabeł - f l u s t r o = m i t e m : diabeł p o j a ­
w i a się w l u s t r z e . R ó w n o l e g l e : Г. życie —
ŚMIERĆ
i o r b i s i n t e r i o r — O R B I S E X T E R I O R ; 2'. u t r a t a d u s z v

202

denotacji,

do

mitemów
których

na
owe

desygnaty
desygnaty

i

odnalezie­
przynależą

(=- — 3 ) ;
I I I . odnalezienie
denotowanych
„idei"
(elementów
opozycyjnych l u b mediacyjnych) ( = —2);
I V . odtworzenie z pojedynczych elementów opozy­
c y j n y c h l u b m e d i a c y j n y c h pełnych szeregów
przeciw­
stawień i k o r e l a c j i ( = — 1 ) . W t y m m o m e n c i e dopełnia
się dzieło d e s t r u k c j i . Z a m i a s t fabuły m a m y n a g l e d o
c z y n i e n i a ze z b i o r e m „ n a g i c h " , w y p r e p a r o w a n y c h e l s mentów-triad. Rozpoczyna
się w i ę c „ p o r z ą d k o w a n i e " —
1-1-2 + 3 + 4 — p o w t a r z a n i e n i e j a k o p r o c e s u r o d z e n i a
się m a g i i . T y m r a z e m j e s t o n o j e d n a k w pełni świa­
d o m e — w y n i k a z o d p o w i e d z i n a p y t a n i a : a d 1. co oz­
nacza, że te w ł a ś n i e o p o z y c j e zostały z e s t a w i o n e ; a d 2.
co oznacza, że z i c h d e n o t a c j i w y b r a n e zostały t a k i e
a n i e i n n e d e s y g n a t y ; a d 3. co oznaczają
zestawieni!
o w y c h d e s y g n a t ó w ; 4. co w y n i k a ze sposobu i c h p r z e ­
t w o r z e n i a . Jeżeli n a p y t a n i a te u d z i e l o n e zostaną o d p o ­
w i e d z i p r a w i d ł o w e ( o d t w a r z a j ą c e c e l n i e zasadę o p e r a c j i
..mitotwórczych"), to o p a r t e n a n i c h p o r z ą d k o w a n i e d o ­
prowadzić n a s w i n n o do p u n k t u wyjścia — i d e n t y c z n e j
fabuły. W m i e j s c e „diabła p o j a w i a j ą c e g o się w z w i e r ­
c i a d l e " u z y s k a m y z n o w u „diabła p o j a w i a j ą c e g o się w
z w i e r c i a d l e " . T y l e , że t y m r a z e m wiedzieć
będziemy
D L A C Z E G O . B ę d z i e t o diabeł pełen znaczeń, który \v
z w i e r c i a d l e p o j a w i ć się m u s i !
..."Dwa

razy

Dwa

razy

Ponieważ
Ponieważ

d w a jest cztery
m ó w i uczeń.
d w a jest cztery
p o p r a w i a go n a u c z y c i e l . "
nauczyciel N A P R A W D Ę w i e lepiej.
nauczyciel wie
DLACZEGO!!!
c.d.n.

�P R Z Y P I S Y

M . H o ł u b , Model
człowieka,
W a r s z a w a 1969, s. "
tłum. J e r z y Pleśniarowicz.
C. L e v i - S t r a u s s , Antropologia
strukturalna,
War­
s z a w a 1970, s. 313.
Kokieterią
jest
więc
ze
strony
Levi-Straussa
słynne p o w i e d z e n i e , figurujące n a w e t
w
Dictionnaire
des
citations
francaises
( P a r i s 1977, s. 349), — „ B y ć
może o d k r y j e m y p e w n e g o d n i a , że t a s a m a l o g i k a d z i a ­
ła w myśleniu m i t y c z n y m i w myśleniu
naukowym
i że człowiek z a w s z e myślał r ó w n i e d o b r z e . " W r z e ­
czywistości
bowiem
założenie tożsamości
logiki m y ­
ślenia m i t y c z n e g o
i naukowego
stoi u podstaw
(wnio­
s k o w a n i e z z a s a d y o p o z y c j i b i n a r n y c h ) k a ż d e g o postę­
powania badawczego strukturalisty.
z o b . : D . S p e r b e r , Le structuralisme
en
anthropologie, P a r i s 1968, s. 8 7 — 1 0 1 .
N i e zawsze, gdyż
pojęcie
„mediacji"
w
jego
s t r u k t u r a l i s t y c z n y m r o z u m i e n i u n i e mieści się w zasa­
d a c h l o g i k i f o r m a l n e j . P o r ó w n a j : L . S t o m m a , Mit
Aikmeny,
„Etnografia P o l s k a " t. X X 1976, z.l., s. 107.
zob.: L e v i - S t r a u s s , o p . c i t . , s. 294.
„Wypreparowanie" wyrażeń — ustalenie k o n k r e ­
t n e g o kształtu poszczególnych o p o z y c j i d o k o n y w a n e m o ­
że być j e d y n i e w d r o d z e a n a l i z y materiału
empirycz­
nego.
z o b . : L e v i - S t r a u s s , o p . c i t . , s. 102—106 i 135—137.
J . F . V i n c e n t , Main
gauche,
main
de
I'homme,
w : Systemes
de signes,
P a r i s 1978, s. 485—509.
R. N e e d h a m , The left hand of the Mugwe,
,,Afri­
c a " t. X X X / 1 9 6 0 , n r 1, s. 20—33.
M . D u p i r e , L'organisation
sociale
des Peuls,
Pa­
r i s 1970, s. 184 et p a s s i m ; także V i n c e n t , o p . c i t . ,
s. 504—507.
R. H e r t z , La preeminence
de la main
droite.
Etude
sur la polarite
religieuse,
w : Melanges
de
sociologie
religieuse
et de folklore,
P a r i s 1928, s. 99—129;
P o r ó w n a j też: В. A . U s p i e n s k i , La „droite"
et la
„głu­
che" dans l'art des icónes, w : Travaux
sur les
systemes
de signes,
B r u x e l l e s 1976, s. 168—194.
H e r t z op. c i t . , s. 108—109.
N e e d h a m , op. c i t . , s. 27—28.
M . i n . : D . W i l s o n , Lefthandedness,
L o n d o n 1891,
s. 149 et p a s s i m , J . J a c o b s , Onze
Rechtshandigheid,
A m s t e r d a m 1892, s. 22 et p a s s i m , J . J a c k s o n ,
Ambide­
xterity,
L o n d o n 1905, s. 4 1 , H e r t z , o p . c i t . , s. 100.
C. L o m b r o s o , Lefthandedness,
„North
American
R e w i e w " 1903, s. 444-^172.
P r z y p a d k i n i e z g o d n e z tą zasadą u z n a j e
WiUon
za p r z e ż y t k i m a t r i a r c h a t u .
J . S. W a s i l e w s k i , Podróże
do piekieł,
Warszawa
1979, s. 145.
K . Moszyński, Kultura
ludowa
Słowian,
War­
s z a w a 1967 t. I I , cz. 1, s. 444.
H . E y l m a n n , Die Eingeborenen
der Kolonie
Sud-Australiens,
B e r l i n 1909, s. 376.
N e e d h a m , op. c i t . , s. 27—28.
J . Michśa, La technologie
culturelle:
Essai
ae
systematique,
w : Ethnologie
Generale,
P a r i s 1968, s. 827.
Moszyński, op. c i t . , s. 445; R. A i g r a i n ,
Liturgia,
P a r i s 1930, s. 3 9 1 .
Rozproszone informacje na ten temat m . i n . w :
C. K l u c k h o h n i D . C. L e i g h t o n , The Navajo,
Camb­
r i d g e 1946; M . E. O p l e r , An Apache's
Life-way,
New
Y o r k 1965.
M . I v i ć , Kierunki
w lingwistyce,
W r o c ł a w 1975,
s. 126; P o r ó w n a j też: N . 1. i S. M . T o ł s t o j , Pour
urte
semantique
des cótćs gauche
et droit
dans
leurs
rap­
ports avec d'autres
elements
symboliques,
w:
Travaux...,
s. 69—72.
K . Moszyński, Kultura
ludowa
Słowian,
Warsza­
w a 1967, t . I I , cz. 1, s. 3 3 9 — 3 4 1 . P o r ó w n a j też: L . S t o m ­
m a , Magia
dzisiaj.
Rozważania
o metodzie,
„Polska
S z t u k a L u d o w a " R. 32, 1978, n r 3 — 4 , s. 137—138.
z o b . : Nowa
księga przysłów
i wyrażeń
przysło­
wiowych
polskich,
Warszawa
1969, t . I , s.v.
czaro­
w n i c a 1. P o w i e d z e n i e t o trafiło r ó w n i e ż d o l i t e r a t u r y
p i ę k n e j . N . p . : T . L e n a r t o w i c z , Jagoda,
s. I V , w . 98—99
zob. пр.: H . I n s i t o r i s i J . S p r e n g e r , L e m a r t e a u
des sorcieres(Malleus
maleficarum)
P a r i s 1973, s. 412 —
— 4 1 6 , 502—509.
N p . w p r o c e s i e „o c z a r o s t w o "
w Wiśniczu N o ­
w y m 1688: „ T a n d e m p r i m o u s t a igne. P y t a n a , po co
cłrodzieła n a g r a n i c ę , r e s p o n d i t , j e s t t u i n n a S z e w c o w a
w i e l k a , chodzieła ze m n ą n a granicę, w y r z y n a ł a k o p y t a
1

2

3

I

5

B

7

8

9

1 0

I I

12

13

11

15

16

17

18

19

2 0

3 1

2 2

2 3

2 1

2 5

2 6

2 7

2 8

2 9

у m a t k a t a k r o w y o b s y p y w a ł a , było t o w poście, słoiki
miała S z e w c o w a у smarowała r o g i k r o w o m у zbierały
mleko
(...)
Po t e y t e d y m q u i z y c i e y
przywołany
jest
J a n M i c h a ł e k m ą ż T a l e r z y n y i i n q u i r o w a n y , ieśli w i e ­
dział o postępkach z o n y s w e y , r e s p o n d i t : k a t że ią
w i e d z i a ł , i a m a m k r ó w d z i e w i ę ć , a o d r o b i n y nabiału
n i e m a m , a zona z a w s z e m o w i e ł a : a t o m ó w i ą n a m n i ę
ze i a c z a r o w n i c a , a muszę ser kupować..."
Przekonanie
0 ludowej
w t y m względzie i n s p i r a c j i inkwizytorów
opierać można m . i n . n a t y m , ż e : a) i n n e
eksponowane
przez n i c h m o t y w y , j a k n p . d e m o n ó w i n c u b ó w i s u c c u bów, p r z e m i e n i a n i a p r z e z c z a r o w n i c e l u d z i w zwierzęta
i t p . n i e znajdowały przeważnie żywszego odźwięku w
folklorze,
b) w i e r z e n i a
ludowe
o związku
czarownic
z nabiałem o d n o t o w y w a n e są już d l a X I I I / X I V w i e k u ,
podczas g d y w piśmiennictwie
„teologiczno-antyczarow n i c z y m " pojawiają się o n e szerzej d o p i e r o w s a m y m
końcu X V w . , a i w X V I w i e k u l e k c e w a ż ą j e j e s z c - e
1 G r e v i n de C l e r m o n t (Les cinq
livres
de I
Imposture
et tromperie
des diables,
des enchantemenis
et
sorcelleries,
1569) i J e a n B o d i n (De la Dćmonomanie,
1587).
c) w ą t k i n a b i a ł o w e potęgują się w późniejszych p r o ­
cesach o c z a r y , a w i ę c w m i a r ę i c h f o l k l o r y z a c j i , d)
częstsze są w p r o c e s a c h p r z e p r o w a d z a n y c h
w małych
m i a s t e c z k a c h , niż w ośrodkach d i e c e z j a l n y c h
i akade­
m i c k i c h , gdzie członkowie trybunałów d y s p o n o w a l i w y ż ­
szym poziomem
wykształcenia. P o r ó w n a j m . i n . : M . S.
D u p o n t - B o u c h a t , W . F r i j h o f f , R. M u c h a m b l e d ,
Propheies
et sorciers
dans
les Pays-Bas
XVI—XVIII
s., P a r i s
1978, s. 1 5 — 2 6 1 ; R. M a n d r o u , Magistrats
et sorciers
cn
France
au XVII
siecle,
P a r i s 1968, s. 75—95, 369—382
et p a s s i m ; J . D e l u m e a u , La Peur
en Occident
XIV—
— X V I I I , P a r i s 1978, s. 5 4 — 6 1 , 130—136, 2 3 7 — 2 4 1 , 248 —252, 283—286, 346—388 e t c ; J . C. B a r o j a , Les
sor­
cieres
et leur
monde,
P a r i s 1972, s. 97—225 etc. S z e r ­
sze b i b l i o g r a f i e z a g a d n i e n i a m . i n . w : S a t a n —
Etudes
Carmelitaines,
P a r i s 1978, s. 614—630; M a n d r o u , o p . c i t . ,
s. 25—70. D l a P o l s k i : F . G a w e ł e k , Bibliografia
ludoz n a i o s t i o a p o l s k i e g o , K r a k ó w 1914, s. 178—187.
O. K o l b e r g , Dzieła wszystkie,
t. I I I ,
Krakowskie,
s. 88—95, 98—99, 118—119, 221—226 et p a s s i m ; W . Ks.
Poznańskie
t . V I I , s. 93, 101, 112—115
(podrozdział
o
charakterystycznym
t y t u l e : Czary,
mleko,
nabiał),
s. 125—127 et p a s s i m .
R ó w n i e ż w t o m a c h : Sandomierskie,
s. 252; W . Ks.
Poznańskie
I I , s. 135; Lubelskie
I I , s. 108—114, 156,
237—238; Kieleckie
I I , s. 206—207, 2 1 0 — 2 1 1 ;
Radom­
skie I , s. 287 i I I , s. 163—166, 169, 223—225;
Łęczyckie,
s. 8; Pokucie
I I I , s. 108—138 i I V , s. 319—320;
Chełm­
skie I I , s. 142—155, 253; Przemyskie,
s. 236—239;
Mazu­
ry Pruskie,
s. 5 0 — 5 1 , 81—82, 485; Mazowsze
VII,
s.
335—336, 375—384, 593; Góry i Podgórze
I I , s. 515—518;
Kaliskie
i Sieradzkie,
s. 472, 474, 483—489, 492;
Tarno­
wskie
— Rzeszowskie,
s. 271—276; Sanockie
—
Kro­
śnieńskie I I I , s. 4 1 — 4 9 ; Białoruś
— Polesie,
s. 4 3 1 , 437;
Litwa,
s. 376—378, 394—395; Kuś Karpacka
I I , s. 4 2 0 —421.
M a r t w o t a t y c h o b i e k t ó w podkreślana j e s t d o ­
d a t k o w o w d y s k u r s i e l u d o w y m p r z y d a w k a m i : „suchy",
„śmiertny", „martwy". N a t o m i a s t Sprenger i I n s i t o r i s
(op. c i t . , s. 415) k a t e g o r y c z n i e
negują m o ż l i w o ś ć w y ­
zyskania przez czarownice
przedmiotów nieożywionych
dla uzyskania mleka.
zob.: L . S t o m m a , Mit Alkmeny,
„Etnografia P o l ­
s k a " t. X X / 1 9 7 6 z. 1, s. 107.
S z u r I X . 1 9 7 6 , H u t k ó w 1X.1976 ( w y w i a d y
w dy­
spozycji LS).
Uchańka I X . 1 9 7 7 , S k o r d j ó w V.1975 ( w y w i a d y
w
dyspozycji LS).
Skordjów.
I n s i t o r i s , S p r e n g e r , o p . c i t . , s. 232. T ł u m . p o l ­
s k i e n a p o d s t a w i e : J . T u w i m , Czary
i czarty
polskie.
W a r s z a w a 1960, s. 227.
zob.: H . B i e g e l e i s e n , Materiały
do
zagadnienia:
Czarownice,
A r c h i w u m P T L , s y g n . 67 i 117 (od 4 l a t
t e k s t n i e d o s t ę p n y ) ; t a k ż e : M . F e d e r o w s k i , Lud
biało­
ruski
na Rusi
Litewskiej,
K r a k ó w 1897, t . I , s. 80,
n r 236.
R. T . G n e i s s , Studien
zur deutschen
Volkskultur,
K o b l e n z 1939, s. 118. W a r t o t u też z w r ó c i ć u w a g ę n a
umieszczanie
symbolów f a l l i c z n y c h na p o r t a l a c h , m u ­
r a c h e t c , g d z i e miały z n a c z e n i e zabezpieczające.
Po­
r ó w n a j m . i n . : W . W i c k l e r , Czy jesteśmy
grzesznikami,
W a r s z a w a 1974, s. 317. K a t a l o g m o t y w ó w
fallicznych
3 0

3 1

3 2

3 3

3 4

3 5

3 8

8 7

3 8

3 9

203

�I

tego t y p u w k a t e d r a c h g o t y c k i c h F r a n c j i
opracowuje
a k t u a l n i e C. G a i g n e b e t (ukaże się o n w 1980).
z o b . : F e d e r o w s k i , o p . c i t . , t . I , s. 294, n r 1 5 6 9 - —1570
z o b . : D . M o r r i s , L e zoo humain,
P a r i s 1970,
s. 137—140.
T e n p t a s i p o k a r m fallusów, t o pogłos nieuświad a m i a n e g o już dzisiaj związku etymologicznego:
słowa
kuś, k o k i e t . . . pochodzą o d k u r , k o g o t — k o g u t . P o ­
r ó w n a j : F. Sławski, Słownik
etymologiczny
języka
pol­
skiego,
s.v: k o k o t , k u r , k u r a s , k u r z e c , kuś.
z o b . : zawartość semantyczną współczesnych w y ­
rażeń: „chłop z j a j a m i " , „chłop bez j a j " , „ p o h u j u
fest" i t p .
I n s i t o r i s , S p r e n g e r , o p . c i t . , s. 162—172 e t p a s ­
sim.
Z zeznań Z o f i i B a r a n o w e j z L u b l i n a o b w i n i o n e j
0 „czary i o b c o w a n i e
z d i a b ł e m " (X.1643). C y t . z a :
M . Z a k r z e w s k a , Procesy
o czary
w Lublinie
w
XVII
1 XVIII
w., „ P r a c e i M a t e r i a ł y E t n o g r a f i c z n e " t . I V ,
1947, s. 238.
4 0

4 1

4 2

4 3

4 1

4 5

Susiec, I X . 1 9 7 6 ( w y w i a d w d y s p o z y c j i L S ) .
z o b . : E. Redliński, Konopielka,
W a r s z a w a 1974,
s. 186—187, 197—199, 210.
S t o m m a , Mit..., s. 108—109.
tamże, s. 102—107.
z o b . c h o ć b y : J . S. Bystroń, Słowiańskie
obrzędy
rodzinne,
K r a k ó w 1916; H . B i e g e l e i s e n , Matka
i
dzie­
cko, L w ó w 1927; S. C i s z e w s k i , Żeńska
twarz,
Kraków
1927.
J . T a z b i r , Procesy
o czary,
„Odrodzenie i R e ­
f o r m a c j a w P o l s c e " t . X X I I I / 1 9 7 8 , s. 169. W t y m ż e a r ­
t y k u l e (s. 157) c z y t a m y , że z e z n a n i a oskarżonych w p r o ­
cesach o c z a r y „ o d b i j a ł y świat świadomości s ę d z i ó w " .
T a z b i r z a j m u j e w i ę c s t a n o w i s k o zbliżone d o R. M a n d r o u . I n n a jest m i c h e l e t o w s k a t r a d y c j a u j m o w a n i a tego
z a g a d n i e n i a , podług której t o oskarżenia sędziów o d b i ­
j a ł y świadomość m i e j s c o w e j
p o p u l a c j i , a więc m . i n .
oskarżonych.
Ogam
— Tradition
Celtiąue,
R e n n e s 1948, z. 4
( f a s c i c u l e h o r s - s e r i e ) , s. 20.
zob.: L . S t o m m a , Mit..., s. 104—106.
N p . K . Moszyński, Kultura
Ludowa
Słowian.
W a r s z a w a 1967, t . I I , cz. 1, s. S62.
R i g V e d a 4, 58, 2 5 0 — 2 5 1 .
z o b . : K o l b e r g , op. c i t . , t . 7, s. 79—80.
L . Lechoń, Mochnacki,
w . 43—46.
z o b . : J - T . M a e r t e n s , Ritologiąues,
t. I I I (Le ma­
sque
et le miroir),
P a r i s 1978, s. 89—97 e t p a s s i m .
B . B a r a n o w s k i , Życie codzienne
wsi między
War­
tą a Pilicą
w XIX wieku,
W a r s z a w a 1969, s. 91—92.
E. H a b e r l a n d , Der Spiegel
im Glauben
und,
Brauch
der Voelker
„Zeitschriit f u r V o e l k e r p s y c h o l o g i e
t. X I I I / 1 8 8 2 , s. 224—247.
G . R o h e i m , Spiegelzauber,
L e i p z i g 1919.
A . Gluziński, Z lubelskiego,
L w ó w 1900, s. 29—33.
zob.: Z . G l o g e r ,
Encyklopedia
staropolska
ilu­
strowana,
s.v. z w i e r c i a d ł o czarnoksięskie T w a r d o w s k i e g o .
H a b e r l a n d , op. c i t .
4 6

4 7

4 8

4 9

5 0

5 1

tamże
M a e r t e n s , o p . c i t . , t . V , Le jeu du mort,
Paris
1979, s. 83.
J . S. W a s i l e w s k i , P o śmierci
wędrować, „ T e k s t y " ,
1979 n r 3 (45).
m . i n . tamże.
Lechoń, op. c i t . , w . 57.
tamże, w . 67—70.
tamże, w . 70—74.
R ó w n i e ż : „ M o c h n a c k i j a k t r u p b l a d y " , „rozpędził
b l a d e p a l c e " , „białą przytulił pierś drżącą", „zapach...
białej s u k n i " e t c .
D . S p e r b e r , Le symbolisme
en general,
P a r i s 1974,
s. 29.
zob.: tamże, s. 30.
z o b . : tamże, s. 32.
J . C h e v a l i e r , A . G h e e r b r a n t , Diclionnaire
des symboles t. I — I V , P a r i s 1973.
tamże, t . I V , s. 24—25.
Moszyński, o p . c i t . , t . I I , cz. 1, s. 581.
R. G r a v e s , Mity
greckie,
W a r s z a w a 1974, s. 22C—
—227.
Zbieżność tę, którą z a u w a ż y ł j u ż w l a t a c h sześć­
dziesiątych X I X w . A l e k s a n d e r N . A f a n a s j e w
(Poeticzeskije
wozzrienije
Sławian na prirodu)
n a r a t y i zupełnie
n i e ś w i a d o m i e s f o r m u ł o w a l i : T . P e i p e r (Metafora
teraź­
niejszości,
„ Z w r o t n i c a " , n r 3/1922) i I . C a l v i n o w o d ­
p o w i e d z i n a ankietę dotyczącą współczesnego r o z u m i e ­
n i a m i t u , rozpisaną p r z e z „ E s p r i t " ( „ E s p r i t " t . III/1969):
7 7

7 8

7 9

8 0
s l

8 2
8 3

8 1

8 5

56

3 7

8 8

8 9

9 0

9 1

9 2

„Metafora
jest
samowol­
nym
spokrewnianiem po­
jęć; jest t w o r z e n i e m zwią­
zków
pojęciowych,
któ­
rym
w świecie
realnym
n i c n i e m u s i odpowiadać.

52

5 3

5 4

5 5
56

5 7

5 8

5 9

6 0

6 1

6 2

Każdy
silnie
ukontur o w a n y poeta posiada p e ­
wną wybraną rodzinę p o ­
jęć ( l u b k i l k a r o d z i n p o ­
jęć), które ze szczególnym
u p o r e m łączy (...) T a w y ­
b r a n a r o d z i n a pojęć c h a ­
r a k t e r y z u j e najlepiej poe­
tę.
Wskazuje
na
świat
najbliższy
jego
naturze.
U j a w n i a j a k g d y b y zasad­
n i c z e e l e m e n t y , n a które
rozkłada o n całość i s t n i e -

6 3

6 4

tamże
M . W a l l i s , Dzieje
zwierciadła,
W a r s z a w a 1973,
s. 87, 95.
H . C h . A n d e r s e n , Baśnie,
Warszawa
1975, t . I ,
s. 166.
tamże
L . C a r r o l l , O tym, co Alicja
odkryła
po
drugiej
stronie
lustra,
W a r s z a w a 1972 (tłum. M . S ł o m c z y ń s k i e ­
go), s. 14—15.
tamże, s. 2 1 .
W d a l s z y m ciągu w y w o d u próbuje M . W a l l i s
zupełnie zbędnie w y w o d z i ć tę właściwość o d u m i e j ę t n o ­
ści c z y t a n i a i r u c h u ciał n i e b i e s k i c h . T y m c z a s e m
zwrot
„ o d c z y t y w a n i a " o b r a z u j e s t właściwością
immanentną
l u d z k i e j p e r c e p c j i . B e z w z g l ę d u n a t o , c z y będzie t o
z w r o t o d l e w e j d o p r a w e j , czy o d p r a w e j d o l e w e j ,
w z w i e r c i a d l e będzie n a r ó w n i o d w r ó c o n y i zakłócony.
6 6

6 6

6 7

6 8

6 9

...Przenosząc pojęcia w
d z i e l n i c e , d o których o n e
metrykalnie
nie
należą,
m e t a f o r a przekształca r z e ­
czywistość doznań i p r z e t ­
warza
ją n a n o w ą
rze­
czywistość,
rzeczywistość
czysto poetycką..."
(Tadeusz

Peiper)

..Pierwszy
bajarz
plemie­
n i a zaczął o p o w i a d a ć n i e
po t o b y zabawić słucha­
czy,
lecz b y
przeprowa­
dzić k o l e j n y
eksperyment
— do jakiego stopnia j e d ­
n o d a j e się łączyć z d r u ­
g i m , czy z jednego rodzi
się
następne,
oraz
by
dojść n a r e s z c i e d o w y t ł u ­
m a c z e n i a świata p r z y p o ­
mocy
splotu
wszystkich
kolejnych
możliwości
—
a r a b e s k i orzeczeń, p o d m i o ­
tów
i
określeń,
którą
tworzył
łącząc
w
różne
k o m b i n a c j e j e j składniki.
L i c z b a osób, którą b a j a r z
d y s p o n o w a ł n i e była z b y t
liczna: jaguar, kojot, t u ­
kan... l u b też: ojciec, s y n ,
wuj,
żona,
matka,
sio­
stra...; czynności, które t e
osoby
mogły
wykonywać
były również
ograniczone:
rodzić się, umierać, p ł o ­
dzić (...), zabraniać, łamać
z a k a z y , robić p r e z e n t y l u b
też
kraść o b i e k t y ,
które
również wyliczyć b y moż­
na w zamkniętym k a t a l o ­
g u (...). O ż y w a ł
fikcyjny
świat — w t o k u o p o w i a ­
d a n i a każde słowo u z y s k i ­
w a ł o nową wartość, którą
przekazywało
określanym
przez siebie i d e o m i o b ­
razom..."
(Italo

Calvino)

7 0

7 1

W a l l i s , op. cit., з. 74—75.
Przypomnijmy
„Słowięzi
szczęśliwych
tłum",
„szczęściocha", c z y „tabun d o b o n o g i c h ź r e b i c " z p o e z j i
Wielemira Chlebnikowa.
72

7 3

7 4

7 5

7 6

—338.

C a r r o l l , o p . c i t . , s. 80.
tamże, s. 88.
P o r ó w n a j : Zarys

poetyki,

Warszawa

1978, s. 337—

W a ż n y m z a d a n i e m w y d a j e się t u t a j o p r a c o w a n i e
t y p i z a c j i z o b i e k t y w i z o w a n y c h społecznie k o m b i n a c j i d l a
różnych t e r e n ó w i o k r e s ó w ( p r o b l e m a t y k a h i s t o r i i m a g i i
o m ó w i o n a z o s t a n i e w części t r z e c i e j „ M a g i i d z i s i a j " ) .
9 3

„dopuszczalne są w s z y s t k i e s w o b o d y , j a k i c h w y ­
maga i n t e n c j a poety. Żadnej r e g u l e g r a m a t y c z n e j n i e
można przyznać p r a w a w e t o w a n i a w o b e c p o t r z e b m y ­
śli p o e t y c k i e j . U z a s a d n i o n e są n a w e t p e w n e stałe r e ­
f o r m y syntaktyczne. G R A M A T Y K A N I E JEST P R Z E ­
P I S E M L E C Z S P I S E M . Uporządkowanym spisem. N i e
d a j e n o r m , lecz k o n s t a t u j e f a k t a . " — pisał T . P e i p e r
(Futuryzm,
„ Z w r o t n i c a " n r 6/1923). T y m c z a s e m
myśl
m a g i c z n a rządzona j e s t p r z e z będące właśnie P R Z E P I ­
S E M p r a w a opozycji (inwersji) i mediacji.
R. B a r t h e s , Mit i znak, W a r s z a w a 1970, s. 275.
94

9 5

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9794" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9772">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/32843a9f9db9d7dfe81bdb8b98a69d44.pdf</src>
        <authentication>77dc92fe8c3d2473f818b60045934c16</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116547">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3521</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116548">
                <text>1979</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116549">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3299</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116550">
                <text>Ośrodek zabawkarstwa ludowego w Brzózie Stadnickiej / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116551">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1979 t.33 z.4, s.205-216</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116552">
                <text>Małeta, Alicja</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116553">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116554">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116555">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116556">
                <text>Alicja

Mafeta

OŚRODEK

ZABAWKARSTWA

LUDOWEGO W

Drewniane zabawki sprzedawane
masowo na j a r ­
m a r k a c h i o d p u s t a c h w y k o n y w a n e są w k i l k u dużych
ośrodkach w i e j s k i c h P o l s k i p o ł u d n i o w e j i w s c h o d n i e j .
D o n a j a k t y w n i e j s z y c h należy B r z o z a
S t a d n i c k a , wieś
leżąca w w o j . r z e s z o w s k i m , w pobliżu Leżajska, n a
p o ł u d n i o w y c h krańcach d a w n e j P u s z c z y S a n d o m i e r s k i e j .
P r z e w a ż a j ą c e u b o g i e z i e m i e żytnio — z i e m n i a c z a n e n i e
m o g ł y w y ż y w i ć j e j mieszkańców, toteż o d n a j d a w n i e j ­
s z y c h l a t s t a r a l i się o n i zdobyć d o d a t k o w e środki u t r z y ­
m a n i a . T r a d y c j a u s t n a sięgająca końca ubiegłego w i e ­
k u m ó w i , że ludność t a m t e j s z a trudniła się n a dużą
skalę w y r o b e m d r e w n i a n y c h p r z e d m i o t ó w g o s p o d a r s t w a
domowego takich j a k : m a g l a r k i , k i j a n k i , cierlice, m i a r ­
k i , g a r n c e , s o l n i c e , łyżki, a także narzędzia r o l n i c z e .
Z a b a w k i d r e w n i a n e zaczęto p r o d u k o w a ć później, n i e
bez w p ł y w u ze s t r o n y d w ó c h p o b l i s k i c h o ś r o d k ó w z a b a w k a r s k i c h — Leżajska i J a w o r o w a ( o b e c n i e Z S R R ) .
J

J a w o r ó w już n a p r z e ł o m i e X I X i X X w i e k u sły­
nął z w y r a b i a n y c h t a m d r e w n i a n y c h sprzętów d o m o ­
w y c h oraz z a b a w e k : bryczek, koników, r u c h o m y c h p t a ­
ków i t p .
N a t o m i a s t w Leżajsku o d X V I w . w y k o n y ­
w a n o piszczałki j a k o p o p u l a r n e i n s t r u m e n t y m u z y c z n e .
Z czasem stały się o n e już t y l k o z a b a w k a m i i w t y m
c h a r a k t e r z e są t a m p r o d u k o w a n e do d z i ś . W t y m ż e
Leżajsku w 1909 r . zawiązana wcześniej spółka o t w o ­
rzyła w y t w ó r n i ę z a b a w e k . K i e r u j ą c y nią M a r i a n G a r b a c k i uczył się f a c h u w J a w o r o w i e , C z e c h a c h i N i e ­
mczech. F a b r y c z k a produkowała z a b a w k i według w z o ­
r ó w c z e s k i c h i n i e m i e c k i c h . Istniała o n a d o p i e r w s z e j
w o j n y ś w i a t o w e j . W 1926 r. s t a r a n i e m G a r b a c k i e g o zo­
stała n a n o w o u r u c h o m i o n a . P r a c o w a l i w n i e j g ł ó w n i e
mieszkańcy Leżajska, a l e zaglądali t a m r ó w n i e ż chłopi
z Brzozy Stadnickiej. Pierwsze lata k r y z y s u gospodar­
czego d o p r o w a d z i ł y d o zamknięcia f a b r y c z k i w
roku
1930. H a n d l a r z e w ę d r u j ą c y p o m i ę d z y w y m i e n i o n y m i oś­
r o d k a m i p r z y c z y n i a l i się do p r z e n o s z e n i a
wzorów.
2

3

Ż y w a jeszcze t r a d y c j a p r z y p i s u j e zapoczątkowanie
w y r o b u zabawek w Brzozie Stadnickiej M a r c i n o w i d u ­
żemu (1872—1924), który j a k o k i l k u n a s t o l e t n i chłopr.K
znalazł n a p a s t w i s k u m e t a l o w e zakończenie chomąta w
kształcie końskiej g ł o w y i w e d ł u g n i e j w y r z e ź b i ł całego
k o n i k a z d r e w n a . Ł a t w a sprzedaż n a t a r g u n i e u d o l ­
n y c h jeszcze f i g u r e k zachęciła go d o p r o d u k c j i k o n i ­
k ó w n a większą skalę, o b o k łyżek i naczyń d r e w n i a ­
n y c h . M a r c i n G u z y n i e z a j m o w a ł się sprzedażą s w o i c h
w y r o b ó w . T r u d n i ł się t y m z a w o d o w o s t a r s z y o d n i e g o
F r a n c i s z e k B o h o w o ż ą c y n a t a r g i i j a r m a r k i różne w y ­
r o b y z d r e w n a . Spotykał się o n t a m z w y t w ó r c a m i
i h a n d l a r z a m i z J a w o r o w a , czego d o w o d e m j e s t f a k t , że
p o n i e j a k i m czasie s a m zaczął w y r a b i a ć z a b a w k i . W s k a ­
z y w a n y o n j e s t j a k o a u t o r b r y c z k i z płaskimi k o n i k a m i
w y r a ź n i e naśladującej j a w o r o w s k i wzór. F r a n c i s z e k B o ­
ho zmarł p r z e d p i e r w s z ą wojną światową.
M a r c i n o w i G u z e m u pomagali w pracy jego syno­
w i e : J a n , Józef i Stanisław. O d n i c h u c z y l i się n a j ­
bliżsi sąsiedzi. T r u d n o j e s t p o w i e d z i e ć i l e r o d z i n z a j ­
m o w a ł o się produkcją z a b a w e k p r z e d pierwszą wojr.ą
światową. Z a p e w n e k i l k a . I n f o r m a c j e n a t e n t e m a t są
nikłe. N i e m a l p o w s z e c h n i e w y k o n y w a n o d r o b n e p r z e ­
d m i o t y d r e w n i a n e n a użytek d o m o w y . W l a t a c h 2 0 - t y c h

BRZOZIE

STADNICKIEJ

wzrasta
ilość z a b a w k a r z y
d o k i l k u n a s t u . C i , którzy
wcześniej dłubali t y l k o g a r n c e i łyżki p r z e r z u c i l i się
na w y r ó b z a b a w e k . B y l i wśród n i c h o j c o w i e
współ­
cześnie żyjących z a b a w k a r z y . W i e l u z n i c h r ó w n o l e g l e
prowadziło oba t y p y p r o d u k c j i . W okresie m i ę d z y w o ­
j e n n y m było i c h już około 5 0 - c i u .
N i e w s z y s c y trudniący się w y r o b e m z a b a w e k
ode­
g r a l i j e d n a k o w ą rolę w r o z w o j u ośrodka. J e d n i , j a k
w y m i e n i e n i Marcin. Guzy i jego synowie,
Franciszek
B o h o czy j e g o następca w h a n d l u H e n r y k M a c h o w s k i
w p r o w a d z a l i n o w e w z o r y i n o w e sposoby m a l o w a n i a .
I n n i b y l i t y l k o b i e r n y m i odtwórcami. Pod k o n i e c o k r e ­
su m i ę d z y w o j e n n e g o w y r a b i a l i z a b a w k i m i ę d z y i n n y m i :
J a n , Józef, Stanisław G u z o w i e , S z y m o n G u z y , W ł a d y ­
sław G u z y , W ł a d y s ł a w B o h o , S z y m o n B o h o , J a n U r b a n ,
Józef Grząsko, A n t o n i J a g u s z t y n , F r a n c i s z e k S t y s k a l ,
A n t o n i J u c h a , A u g u s t y n P a n e k , L e o n Naróg, Stanisław
Panek, Bronisław M a c h o w s k i , J u l i a n
Leja.
S t a t u s społeczny z a b a w k a r z y n i e był w y s o k i . W p ł y ­
w a ł n a t o f a k t , że w y w o d z i l i się o n i g ł ó w n i e z m a ł y c h
biedniackich gospodarstw. We w s i nazywano ich
konikarzami,
rupieciarzami.
N a i c h t e m a t k r ą ż y ł y różne z ł o ­
ś l i w e p o w i e d z o n k a . N i e b y ł o też d o b r z e w i d z i a n e , jeśli
z a b a w k a r z starał się o pannę z i n n e j części w s i . M ó ­
w i o n o w ó w c z a s p o g a r d l i w i e : ,,e, k o n i k a r z do n i e j c h o ­
dzi..." Z a b a w k a r z e b y l i s k u p i e n i wokół G u z y c h , w czę­
ści w s i z w a n e j Górą. Pozostałe części B r z o z y S t a d n i ­
c k i e j : Dół i Środek
do o k r e s u p o w o j e n n e g o n i e p r o ­
d u k o w a ł y z a b a w e k . Z i e m i a t a m była n i e c o lepsza niż
n a Górze i t a m t e j s z y m g o s p o d a r z o m n i e w y p a d a ł o p a ­
rać się w y r o b e m z a b a w e k
m i m o chronicznego
braku
g o t ó w k i , podczas g d y konikarze
w różnych s y t u a c j a c h ,
j a k n p . n a z a b a w a c h chełpili się swoją zamożnością.
Sytuację ilustrują następujące w y p o w i e d z i : „ N a
Dole
w o l ą n i c n i e m i e ć i n i c n i e robić. T u chłopaki b a ­
w i ł y się, bo m i a ł y pieniądze, a t e z Dołu p a t r z y ł y , żeby
i m dać ... T u b y ł y c h c i w s z e i p r a c o w i t s z e l u d z i e , a t e
z Dołu t o b a r d z i e j l e s e r y . . . " G ó r o w a l i więc z a b a w k a r z e
n a d i n n y m i p o s i a d a n i e m g o t ó w k i , o którą w t a m t y c h
czasach n i e było na w s i łatwo.
Lata
Brzozy

okupacji
Stadnickiej

wspominane
jako

O k u p a n t n i e ograniczał
konkurencji
słabnącym

są

przez

największej

mieszkańców
prosperity.

działalności z a b a w k a r z y , a b r a k

ze s t r o n y p r o d u c e n t ó w m i e j s k i c h , p r z y
zapotrzebowaniu

n i e z w y k l e korzystną
:

okres

na

zabawki,

stwarzał

nie­
tt;

sytuację.

O k r e s p o w o j e n n y przyniósł r o z s z e r z e n i e s t r e f y z b y t u
o s e k t o r spółdzielczy. W 1950 r . powstała w Leżajsku
c e p e l i o w s k a spółdzielnia „ C h a ł u p n i k " , która w w a r s z ­
t a c i e z w a r t y m oraz w s y s t e m i e
nakładczym
zaczęła
produkować z a b a w k i . Skupywała j e również od c h a ­
ł u p n i k ó w z Leżajska i w y t w ó r c ó w z B r z o z y S t a d n i c k i e j .
Z n a n y n a m już M a r i a n G a r b a c k i był p r z e z p e w i e n czas
p r z e w o d n i c z ą c y m Spółdzielni. Chciał o n produkować z a ­
b a w k i według wzorów swej p r z e d w o j e n n e j
wytwórni,
n i e rozumiejąc zasad działania spółdzielni c e p e l i o w s k i e j .
T r w a ł y w i ę c z a t a r g i m i ę d z y członkami zarządu. P r o ­
d u k c j a w r a m a c h z w a r t e g o zakładu była mała, z p o ­
w o d u l i c z n y c h przestojów w y n i k a j ą c y c h z n i e d o s t a r c z e ­
n i a w t e r m i n i e niezbędnych surowców. T a k w i ę c w za-

205

�kładzie p r o d u k o w a n o t y l k o k o n i k i t y p o w o
fabryczne
oraz z a b a w k i oparte n a w z o r a c h u z y s k a n y c h z i n n y c h
c e p e l i o w s k i c h w y t w ó r n i : leżaki i wózki d l a l a l e k , w i a ­
t r a c z k i , g w i z d k i z w i a t r a c z k a m i . S y s t e m e m zaś nakład­
c z y m chałupnicy z Leżajska w y k o n y w a l i d r e w n i a n e f u ­
j a r k i , k u r k i dziobiące n a p o d s t a w c e , p u k a w k i — a w i ę c
takie zabawki jakie produkowano w przedwojennej fa­
b r y c z c e M a r i a n a G a r b a c k i e g o . Po d w ó c h l a t a c h G a r b a c k i ustąpił z zarządu spółdzielni i stał się j e j człon­
k i e m chałupnikiem. M n i e j w i ę c e j w t y m s a m y m cza­
sie w Leżajsku
otwarto Rejonowe
Biuro
Handowe,
które zajęło się s k u p e m z a b a w e k . W y t w ó r c y z B r z o z y
S t a d n i c k i e j , znęceni możliwością ł a t w e g o z b y t u , p r o d u ­
k o w a l i z a b a w k i w dużych ilościach n i e dbając o i c h
s t a r a n n e w y k o ń c z e n i e . W ó w c z a s , j a k wspominają s t a r s i
mieszkańcy B r z o z y , z a b a w k i zaczął robić Dół.
Nawet
d z i e c i p r ó b o w a ł y s w y c h sił w t y m z a k r e s i e . Pośpiech,
b r a k w p r a w y i o p a n o w a n i a p e w n y c h umiejętności t e c h ­
n i c z n y c h , k o n s t r u k c y j n y c h , wpłynęły na znaczne pogor­
szenie jakości z a b a w e k . W y k o n a n e z s u r o w e g o d r e w n a
ł a t w o niszczały w n i e p r z e w i e w n y m m a g a z y n i e , a spo­
w o d o w a n e t y m s t r a t y p r z y c z y n i ł y się d o b a n k r u c t w a
Spółdzielni. Z a b a w k a r z e brzóscy w o l e l i n a w e t o d d a w a ć
swe w y r o b y n a s k u p do R e j o n o w e g o B i u r a H a n d l o ­
w e g o . Zachęcały i c h d o tego d w a c z y n n i k i — b r a k
k o n t r o l i i n a t y c h m i a s t o w a w y p ł a t a g o t ó w k i , podczas g d y
w spółdzielni r o z l i c z a n o i c h d o p i e r o w końcu każdego
miesiąca. W p o ł o w i e l a t pięćdziesiątych niektórzy za­
bawkarze
w y j e c h a l i d o p r a c y w ośrodkach
przemy­
słowych, a p o z o s t a l i nawiązali k o n t a k t z m i e j s c o w y m i
handlarzami. Rejonowe
Biuro Handlowe
również
po

II.

4*7
•ИИ!

206

niejakim

czasie

niec

lat 50-tych

wiu,

ale

rzewano
niu

zawiesiło
otwarto

nie wszyscy
nadużycia

swoją
skup

byli

w

działalność.

cepeliowski

z niego

zapisywaniu

ko­

Jarosła­

zadowoleni.

Podej­

wpływów,

wydawa­

rachunków.
Po

kilku

stawiając
Po

l a t a c h zaprzestano

tę

dziedzinę

wojnie

skupu

inicjatywie

zabawkarze

do

sąsiednich

nisław

wykazywali

Stadnickiej.
wielka

się

zabawki

Wokół

wskie.

zabawek.
typów,

z tradycyjną
rodziny

Tadeusz

Franciszek
oparte

Król

Polak

osiadł

w

się
od

oni
wiele

Stadnickiej.

się

Futorach

nie­
niego

często

z Brzozy

Dachnowie.

na wzorach

Sta­

Brzozie

wyrabiają

mające

przeniosły
w

w

skupiła

Obecnie

nie

ruchli­

zamieszkał

pozostał
przeważnie

zabawką

brzóskie

większą

Naroga

którzy

pozo­

wytwórców.

się, przeniosło się

Żołyni

który

Stanisława

wytwórców,

produkcji

inne

W

Michała,

nowszych

wspólnego

wki

brat

grupa

uczyli

Dwie

miejscowości.

Naróg,

zabawek,

samych

wość terytorialną. K i l k u , przyżeniając

i

Pod

w

w
a

lubaczoGenowefa

W y r a b i a l i t a m zaba­

przeniesionch

z Brzozy

Stadni­

c k i e j i odsyłali j e d o spółdzielni „ C h a ł u p n i k " , póki o n a
istniała.
Brzoza

Stadnicka

od

kilkudziesięciu

jącą

b e d n a r s k i e . Mieszkańcy
nych
w

miejscowości

Rakszawie
się

Kiełbasa

urodzeni

można w v m i e n i c

1. Koń n a kółkach,

z kolei w

Jaworów.

w

kilka.

Rakszawą
dużą

swoje

Brzozie

Rakszawie.

naczynia
się d o i n ­

zawody.

Franciszek

Kazimierz

wyrabia­

skalę,

t y c h w s i przenosząc

kontynuują

bednarstwem

z

lat, na

pracuje zabawkarz

chodzący z B r z o z y ,
nią

sąsiaduje

Stadnickiej

Stopyra
Takich

I

tak

Styskal po­
i

trud­

Władysław
przykładów

�W

latach

sześćdziesiątych

produkcja

:/. B r z o z y

S t a d n i c k i e j zainteresowało

twórców

Rękodzieła

nium"

Krokowa

w

r

miesiącu

jednak
wią,
zaś

z

do

zaledwie

nie umieli

punktu
kilku

1

skupu

poziomu

i

Artystycznego

dostarczali
w

jedni,

kontaktu

ich zabawki
artystycznego

z

..Mile­

Było

jak sami

„Milenium",

n i e prezentują
i

Wy­

zabawki

Rzeszowie.

ponieważ

nawiązać

o b a w i a l i się, że

wiedniego

Ludowego
Wytwórcy

zabawek

się Z r z e s z e n i e

raz
ich
mó­
inni

odpo­

technicznego.

O b e c n i e w s z y s c y z a b a w k a r z e związani z „ M i l e n i u m "
b a r d z o sobie tę w s p ó ł p r a c ę cenią, g ł ó w n i e ze w z g l ę d u
na w y s o k i e z a r o b k i . „ M i l e n i u m " d o końca 1978 r. było
Z r z e s z e n i e m , którego z a d a n i e w r a m a c h c e p e l i o w s k i e j
o r g a n i z a c j i p r a c y polegało g ł ó w n i e n a p r o w a d z e n i u s k u ­
p u g o t o w y c h t o w a r ó w od w y t w ó r c ó w . Z t e j r a c j i k o ­
szta własne n i e b y ł y duże i Z r z e s z e n i e m o g ł o sobie
pozwolić n a płacenie p r o d u c e n t o m s t o s u n k o w o
wyso­
k i c h cen ( n a r z u t Zrzeszenia i h a n d l u wynosił zaledwie
27°/o). Dzięki n i e w y s o k i e j c e n i e d e t a l i c z n e j
łatwiejszy
j e s t z b y t w y r o b ó w , a w i ę c i m o ż l i w o ś ć ciągłej p r a c y .
W t y m r o k u „ M i l e n i u m " zmieniło p r o f i l o r g a n i z a ­
c y j n y , przekształcając się w spółdzielnię, która z a p e ­
w n i a określone świadczenia s o c j a l n e , a t o : z a p o m o g i ,
n a g r o d y , s t y p e n d i a . C e n y płacone w y t w ó r c o m n i e u l e ­
gły z m i a n o m . Z a s a d n i c z y m z a d a n i e m c e p e l i o w s k i c h spół­
d z i e l n i p r a c y , w odróżnieniu o d zrzeszeń, j e s t o r g a n i z o ­
w a n i e p r o d u k c j i w r a m a c h zakładu z w a r t e g o l u b też
p o p r z e z chałupników. Konieczność p o n o s z e n i a kosztów
p r o d u k c j i a także z a p e w n i e n i a stałych świadczeń s o c j a l ­
n y c h p o w o d u j e j e d n a k , że ceny płacone w y t w ó r c o m w
spółdzielniach są niższe, niż t e , które oferują zrzesze­
n i a ( n a r z u t y s t o s o w a n e przez spółdzielnie wynoszą o k .
100°/o, zwiększając z n a c z n i e c e n y d e t a l i c z n e
wyrobów,
co z k o l e i p o w o d u j e , że są o n e g o r z e j z b y w a n e na
rynku).
T e n t y p o r g a n i z a c j i p r e z e n t u j e Spółdzielnia
Pracy
Rękodzieła L u d o w e g o i A r t y s t y c z n e g o „Jedność" w R u ­
d n i k u n a d S a n e m , prowadząca wyspecjalizowaną p r o ­
dukcję s z e r o k i e g o a s o r t y m e n t u w y r o b ó w w i k l i n i a r s k i e h .
O k . 1974 r . spółdzielnia ze w z g l ę d u n a mniejszą podaż
w i k l i n y nawiązała k o n t a k t z z a b a w k a r z a m i z B r z ć z y
S t a d n i c k i e j . O b e c n i e należy d o n i e j 7 - m i u w y t w ó r c ó w " .
Spółdzielnia z a p e w n i a i m świadczenia s o c j a l n e w p o ­
staci zasiłku r o d z i n n e g o , u b e z p i e c z e n i a , j e d n e g o
dnia
u r l o p u w miesiącu, 13-tej p e n s j i , nagród i e m e r y t u r y .
Warunkiem
ich o t r z y m a n i a jest
wykonanie
średniej
miesięcznej
produkcji
o wartości
nie mniejszej
niż
1600 zł.
Z a b a w k a r z e współpracujący ze Spółdzielnią w R u ­
d n i k u mają zastrzeżenia co d o cen p r z e z nią p ł a c o ­
n y c h . U t r z y m u j ą się o n e b o w i e m o d k i l k u l a t n a t y m
s a m y m p o z i o m i e , podczas g d y w t y m czasie podrożał
surowiec. Z a b a w k a r z e , porównując z a r o b k i u z y s k i w a n e
w „ M i l e n i u m " i „Jedności" n i e zawsze pamiętają o róż­
niących j e f o r m a c h o r g a n i z a c y j n y c h pociągających
sob'i różnice w z y s k a c h . Niektórzy sądzą, że „Jedność''
nie m a o d p o w i e d n i c h o d b i o r c ó w n a swój z a b a w k a r s k i
t o w a r , n i e p o t r a f i n p . wyjść z n i m n a r y n e k z a g r a ­
n i c z n y , co uczyniło . . M i l e n i u m " ,
Dla
Spółdzielni
Wikliniarskiej
zabawki
stanowią
produkcję marginalną, a w p ł y w y z n i c h u z y s k a n e sta­
n o w i ł y w r o k u 1977 z a l e d w i e
3%&gt; ogólnych
zysków.
Spółdzielnia b o r y k a się z różnymi trudnościami n a t u r v
t e c h n i c z n e j . Z a b a w k i są w p r o f i l u j e j p r o d u k c j i w y l o b a m i n i e t y p o w y m i , t r u d n y m i do p a k o w a n i a i t r a n ­
s p o r t u . T o t e ż Spółdzielnia p o w o l i r e z y g n u j e ze s k u p y ­
w a n i u p e w n y c h i c h asortymentów (np. taczek i wóz­
k ó w d l a l a l e k ) n a rzecz p r z e d m i o t ó w l e p i e j
znoszą­
cych
p r z e w ó z . Trudności
te powodują
zapewne,
że
Spółdzielnia z a c z y n a się o b e c n i e w y c o f y w a ć ze s k u o u

z a b a w e k . Z a b a w k a r z e n a t o m i a s t mają w k r ó t c e przejść
pod p a t r o n a t powstałej w k w i e t n i u 1978 r. Spółdzielni
P r a c y Rękodzieła L u d o w e g o i A r t y s t y c z n e g o „Jutrzen­
k a " w Leżajsku. T a o s t a t n i a n i e nawiązała j e d n a k d o ­
t y c h c z a s współpracy z z a b a w k a r z a m i z B r z o z y S t a d ­
n i c k i e j , choć s k u p u j e w y r o b y w i k l i n i a r s k i e , a t a k / e
z a b a w k i p r o d u k o w a n e p r z e z chałupników z Leżajska.
Sektor
spółdzielczy
objął
swym
oddziaływaniem
t y l k o 1/3 w s z y s t k i c h z a b a w k a r z y z B r z o z y S t a d n i c k i e j ,
których o b e c n a l i c z b a sięga 3 0 - t u . P o z o s t a l i
zbywają
swoje
w y r o b y t a k j a k d a w n i e j poprzez p r y w a t n y c h
handlarzy i kramarzy.
Choć z a b a w k a r s t w o j e s t jeszcze w pełni r o z k w i t u ,
n i e w i a d o m o j a k długo t r w a ć będzie t e n s t a n . S a m i
zabawkarze
pesymistycznie
oceniają
jego
przyszłość.
D z i e c i o b e c n y c h w y t w ó r c ó w n i e przejmują t r a d y c j i p o
r o d z i c a c h , ograniczając się z a l e d w i e d o d o r y w c z e j p o ­
m o c y . W o l ą pracować w p o b l i s k i c h zakładach p r z e m y ­
słowych R a k s z a w y , Ż o ł y n i , Łańcuta.

Technika

produkcji

Pierwsi
wytwórcy
używali
do w y r o b u
zabawo:;
d r e w n a jesionowego, grabowego, bukowego. M a r c i n G u ­
zy k u p o w a ł s u r o w i e c s p o r a d y c z n i e od sąsiadów w y c i ­
nających d r z e w a . Z czasem z r e z y g n o w a n o
z wymie­
n i o n y c h w y ż e j gatunków n a rzecz o s i k i , t o p o l i , w i e r z ­
b y . D a w a ł y o n e d r e w n o łatwiejsze w obróbce, a p r z y
t y m tańsze. O b e c n i e z a b a w k a r z e z B r z o z y S t a d n i c k i e j
n a d a l kupują d r e w n o p r z e w a ż n i e w sąsiednich m i e j s c o ­
wościach: C z a r n e j , S t a r y m Mieście, S m o l a r z y n a c h , B i a ­
łobrzegach. N i e k t ó r z y w y t w ó r c y kupują d r e w n o o p a ­
ł o w e w N a d l e ś n i c t w i e , n i e są j e d n a k z n i e g o z a d o w o ­
l e n i ponieważ z d r e w n a o p a ł o w e g o pozostaje p o o b r ó b ­
ce z b y t w i e l e bezużytecznych odpadów.
O b e c n i e z a b a w k a r z e najczęściej kupują d r e w n o o s i k i
i w i e r z b y p r z y c z y m w y ż e j cenią osikę. Jest o n a z w a r ­
t a , t w a r d s z a od w i e r z b y , a po wyschnięciu
osiąga
r ó w n y , biały k o l o r . P o n i e w a ż o s i c z y n y j e s t m n i e j , s t o ­
s o w a n a j e s t d o w y r o b u t y c h z a b a w e k , n a których w y ­
t w ó r c y szczególnie zależy ( n p . n a k o n k u r s y ) .
P o c z ą t k o w o w s z y s t k i e p r a c e z w i ą z a n e z obróbką
surowca i wykończeniem zabawek
w y k o n y w a n o ręcz­
n i e , posługując się kobylicą, siekierą, ośnikiem i nożem.
D o wygładzania p o w i e r z c h n i u ż y w a n o k a w a ł k a szkli-..
U s p r a w n i e n i e m było z a s t o s o w a n i e w l a t a c h 3 0 - t y c h o b r z y n a c z a , narzędzia t y p o w o b e d n a r s k i e g o , k t ó r e służyło
do w y c i n a n i a kółek. Wcześniej w y r z y n a n o j e m o z o l n i e
nożem. Ł y ż k a r z e posługują się ręcznymi t o k a r k a m i . R o ­
d z i n a G u z y c h miała i c h d w i e w o k r e s i e m i ę d z y w o j e n ­
nym.
Ścięte d r z e w o p r z e z n a c z o n e n a z a b a w k i składuje się
na p o d w ó r z u . K i e d y ś poszczególne p n i e
rozłupywano
siekierą, o b e c n i e t n i e się j e piłą ręczną l u b m e c h a ­
niczną.
Zabawkarze
pomagają
sobie
wzajemnie.
C ,
którzy n i e mają z m e c h a n i z o w a n e g o w a r s z t a t u w y k o n u ­
ją l e p r a c e u sąsiadów posiadających o d p o w i e d n i e urzą­
d z e n i a . P r z y g o t o w a n e d r e w n o t n i e się n a k l o c k i i na
d r o b n e d e s e c z k i . Z k l o c k ó w w y r a b i a się o k r ą g ł e k o ­
n i k i , z deseczek e l e m e n t y z a b a w e k o r a z k o n i k i płaskie.
D r e w n o s c h n i e w półfabrykatach. Z a b a w k i w y k o n y w a ­
ne są w e d ł u g d r e w n i a n y c h szablonów, z u n i f i k o w a n y c h
w kształcie, w z o r o w a n e n a p i e r w s z y c h
egzemplarzach
z r o b i o n y c h przez M a r c i n a Guzego, F r a n c i s z k a i Szy­
m o n a B o h o o r a z k i l k u i n n y c h d a w n y c h autorów. W a r ­
s z t a t z a b a w k a r z a mieści się z a z w y c z a j
w i z b i e . Jeśli
p r o d u k c j a m a c h a r a k t e r b a r d z i e j m a s o w y , wówczas o d ­
b y w a się w szopie a l a t e m n a p o d w ó r z u .
;

N a p o d s u s z o n y c h deszczółkach z n a c z o n e
są o ł ó w ­
kiem
kontury
zabawek.
Tak przygotowane
deseczki

207

�z e s t a w i a n e są w s t e r t y i u m i e s z c z a n e w zasięgu ręki
siedzącego p r z y k o b y l i c y z a b a w k a r z a . W e d ł u g r y s u n k o ­
w e g o o b r y s u w y c i n a n e są z każdej d e s e c z k i z o s o b n a
s y l w e t y części składowych zatoawek. P o t e m są o n e zes p a j a n e d r u t e m i g w o ź d z i a m i a n a końcu m a l o w a n e .
K o n i k i o k r ą g ł e , o d m a ł y c h — w i e l k o ś c i o k . 20 c m ,
do dużych — w y s o k i c h n a o k . 80 c m , w y c i n a n o z j e ­
d n e g o k a w a ł k a d r e w n a . Duże, p e ł n e k o n i e n a b i e g u ­
n a c h r o b i o n o rzadziej, raczej
o k a z j o n a l n i e p r z e d św.
Mikołajem l u b na k o n k r e t n e zamówienie. N a takiego
k o n i a p o t r z e b n e było d r z e w o o b l i s k o m e t r o w e j ś r e ­
d n i c y , z którego o d c i n a n o k l o c o t a k i e j długości, a b y
zmieścił się w n i m cały k o n i k . P o Oibciosaniu k l o c a d o
kształtu prostopadłościanu znaczono n a szerszej ścianie
k o n t u r k o n i a , a następnie o d ł u p y w a n o siekierą k a w a ł k i
d r e w n a p o w y ż e j t u ł o w i a i poniżej b r z u c h a . D a l s z a o b ­
róbka przebiegała p r z y p o m o c y s i e k i e r y i ośnika. D o
ostatecznego wygładzenia
służył k a w a ł e k szkła. G d y
z c z a s e m t r u d n i e j było o d r z e w o t a k dużej średnicy
r a d z o n o sobie w t e n sposób, że k o n i a z e s t a w i a n o
z
d w ó c h części, łącząc j e n a czop i zbijając g w o ź d z i a ­
m i . Ł ą c z e w y p a d a ł o n a środku, w p o p r z e k tułowia.
J a k k o l w i e k elektryfikację w s i p r z e p r o w a d z o n o
ok.
r o k u 1960, z m e c h a n i z o w a n o
warsztaty, i to t y l k o n i e ­
które, z a l e d w i e 3—4 l a t a t e m u . N a j s t a r s i
zabawkarze,
którzy produkują z a b a w k i d o r y w c z o ,
w małych
ilo­
ściach, n a d a l wykonują w s z y s t k i e części ręcznie. M ł o ­
d s i , pracujący
d l a „ M i l e n i u m " l u b Spółdzielni
„Je­
d n o ś ć " w R u d n i k u , mają t o k a r k i , p i ł y t a r c z o w e , ś w i ­
d r y m e c h a n i c z n e , a l e n a d a l wykańczają z a b a w k i ręcznie
p r z y p o m o c y t y c h s a m y c h co d a w n i e j narzędzi — k«&gt;b y l i c , ośnika i noża.
Pierwotnie
z a b a w k i n i e były m a l o w a n e .
Dopiero
w
latach 20-tych synowie
Guzego zastosowali
farby
a n i l i n o w e w 3 k o l o r a c h : żółtym, różowym i z i e l o n y m .
M o ż n a j e b y ł o kupić o d Ż y d ó w w najbliższych m i a ­
s t e c z k a c h . Oprócz f a r b a n i l i n o w y c h u ż y w a n o b i e l i c y n ­
k o w e j ( z w a n e j c y m b a j s e m ) i f a r b y c z a r n e j , które p r z e d
zastosowaniem mieszano z rozpuszczonym k l e j e m sto­
l a r s k i m . Ł ą c z e n i e z k l e j e m czyniło p o w i e r z c h n i ę z a b a ­
w k i błyszczącą, t a k j a k b y była o n a l a k i e r o w a n a , z a ­
bezpieczało też farbę p r z e d ścieraniem. W e
wczesnym
okresie t y l k o k o n i k i okrągłe m a l o w a n o w s z y s t k i m i k o ­
l o r a m i — białą, czarną, żółtą i czerwoną farbą. P o z o ­

stałe z a b a w k i
malowano
jedynie
trzema
poprzednio
w y m i e n i o n y m i b a r w n i k a m i , podgrzewając j e przed uży­
c i e m . F a r b y a n i l i n o w e w zależności o d g a t u n k u d r e ­
w n a i tła zmieniały tonację b a r w n ą , t a k n p . żółte tło
położone p o d m o t y w z i e l o n o - r ó ż o w y s p r a w i a , że z j a ­
d l i w y róż z m i e n i a się w ciepłą c z e r w i e ń , a zieleń u l e ­
ga rozjaśnieniu. Stąd w y d a w a ć b y się mogło, że s t o ­
s o w a n a j e s t większa ilość b a r w n i k ó w . E l e m e n t y
zdo­
bnicze nanoszono na powierzchnię zabawek pędzelkami
p r z y g o t o w a n y m i z patyczków b r z o z o w y c h
o rozklepa­
n y c h końcach. Pędzli z włosia u ż y w a n o d o m a l o w a n i a
k o n i k ó w l u b tła n a i n n y c h z a b a w k a c h . Jeśli tło (za­
zwyczaj
żółte) m i a ł o b y ć położone n a całej
powierz­
c h n i wówczas zabawkę, albo j e j element, zanurzano w
p o j e m n i k u z podgrzaną farbą, a następnie suszono w
pobliżu p i e c a . P o t e m
p a t y c z k i e m kładziono
pozostałe
m o t y w y zdobnicze.
O d k i l k u l a t z a b a w k a r z e w p r o w a d z i l i do m a l o w a ­
n i a f a r b y o l e j n e o r a z n i t r o . Z r e g u ł y są o n e u ż y w a n e
do n o w s z y c h wzorów zabawek, w y r a b i a n y c h po osta­
tniej w o j n i e — wiatraczków, karuzelek, t e r k o t e k . Stosu­
j e się t e same k o l o r y f a r b n i t r o co w d a w n y c h b a r w ­
n i k a c h a n i l i n o w y c h (żółte, r ó ż o w e , zielone).
Farbami
o l e j n y m i m a l u j e się o b e c n i e k o n i k i okrągłe, wózki d l a
l a l e k z w a n e s p a c e r o k a m i , s y l w e t o w e płaskie k o n i k i n a
b i e g u n a c h . Z a b a w k a r z e są z d a n i a , że n a j t r u d n i e j j e s t
m a l o w a ć aniliną, b o n i e można j e j usunąć w
razie
p o m y ł k i w e w z o r z e . Z a b a w k a r z e związani ze spółdziel­
n i a m i w i e d z ą , że należy d o m a l o w a n i a u ż y w a ć t r a d y ­
c y j n y c h a n i l i n i przestrzegają t e j zasady. Chcąc j e d n a k
ułatwić s o b i e pracę z a b a w k i p r z e z n a c z o n e d o sprzedaży
wolnorynkowej
malują
dowolnie farbami nitro,
olej­
n y m i i l a k i e r a m i . I l u s t r u j e t o następująca w y p o w i e d ź :
„ D o spółdzielni maluję ręcznie aniliną, b o już b y n i e
było l u d o w e , a j a k p r y w a t n i e robię, t o o l e j n o " . M a l a t u r a w o d n a schnie d w a d n i , a farba n i t r o w a p r a w i e
n a t y c h m i a s t p o położeniu. Z a b a w k i suszą się zimą w
i z b i e koło p i e c a , l a t e m w szopie l u b w
niezamieszka­
łej i z b i e .
Z a b a w k i złożone z k i l k u e l e m e n t ó w łączy się g w o ź ­
d z i a m i i d r u t e m s t a l o w y m . P o n i e w a ż spółdzielnie, d o
których należy k i l k u w y t w ó r c ó w , n i e dostarczają człon­
k o m s u r o w c ó w muszą o n i starać się o n i e n a własną
rękę. Z a b a w k a r z e posiadający a u t a p r z y w o ż ą j e z d a l ­
s z y c h o k o l i c ( n p . f a r b y z B o l e s ł a w c a ) w t a k i e j ilość.',
a b y m o g ł y służyć r ó w n i e ż i n n y m w y t w ó r c o m .
Z a b a w k a r s t w e m trudnią się mężczyźni, k t ó r y m za­
zwyczaj
pomagają
rodziny. Kobiety
malują
zabawk:,
chłopcy tną d r e w n o . T e n podział p r a c y j e s t t a k i s a m
j a k d a w n i e j . R o z w i n i ę t a j e s t s z e r o k o p o m o c sąsiedzka.
J e d n i uczą d r u g i c h w y k o n y w a n i a z a b a w e k ,
natomiast
n i e mają stałych uczniów.
P r o d u k c j a zabawek w Brzozie S t a d n i c k i e j nie jest
o k r y t a tajemnicą
zawodową. Inaczej
niż u
piszczeln i k ó w w Leżajsku, którzy zazdrośnie strzegą t a j e m n i c y
w y r o b u piszczałek i p u k a w e k . N i e k t ó r z y z brzóskich
w y t w ó r c ó w s t a r a l i się dowiedzieć o d piszczelników w
j a k i sposób w y k o n u j ą o n i s w o j e z a b a w k i . W o d p o w i e ­
d z i słyszeli z a z w y c z a j :
„Ja d o w s z y s t k i e g o
sam do­
c h o d z i ł e m " , „Co będą robiły nasze d z i e c i " . F a k t e m j e s t ,
że z a b a w k a r z e
z Brzozy
Stadnickiej nie
rozszerzyli
asortymentu swoich wyrobów o wzory charakterystycz­
ne d l a Leżajska.

Wyroby
Wzory zabawek w y r a b i a n y c h w Brzozie Stadnickiej
pozostawały p o d z n a c z n y m w p ł y w e m i n n y c h o ś r o d k ó w
z a b a w k a r s k i c h , zwłaszcza J a w o r o w a .

208

�П. 2. W ó z e k

d l a l a l e k , w y k . Stanisław N a r ó g , Żołynia. I I . 3. Z a b a w k i
gotowane do t r a n s p o r t u , Brzoza Stadnicka.

P i e r w s z y m i z a b a w k a m i , j a k t o już zostało p o w i e ­
d z i a n e , b y ł y r e a l i s t y c z n e w kształcie, w y c i ę t e w p e ł ­
n y m k l o c k u k o n i k i a u t o r s t w a M a r c i n a Guzego. N a z y ­
w a n e są o n e w B r z o z i e S t a d n i c k i e j o k r ą g ł y m i k o n i k a ­
m i na cztery nogi. Natomiast Franciszek Boho w z o r u ­
jąc się n a w y r o b a c h j a w o r o w s k i c h , j a k p o d a j e t r a d y ­
cja, zaczął p i e r w s z y w y c i n a ć m a ł e i duże b r y c z k i , z w a ­
n e też w ó z k a m i . D o większych dołączał k o n i k i G u z e g o
l u b t a k i e s a m e w y k o n a n e własnoręcznie, a małe z a o p a ­
t r y w a ł w parę płaskich k o n i k ó w ( i l . 14). K s z t a ł t i c h
obmyślił p r a w d o p o d o b n i e s a m , w z o r u j ą c się n a z a b a ­
wkach z Jaworowa. Koniki jaworowskie wykonane z
deszczułek m i a ł y j e d n a k f i n e z y j n i e s t y l i z o w a n y
rysu­
nek
konturu
( i l . 1) p o d c z a s
gdy
koniki
F.
Boho
b y ł y ujęte b a r d z i e j r e a l i s t y c z n i e . M i a ł y o n e dość ciężką
s y l w e t ę m i m o że w y k o n a n e b y ł y z c i e n k i e j d e s k i . W y ­
r a b i a n e d o dziś, n a z y w a n e są k o n i k a m i n a d w i e n o g i .

przy­

P r o d u k c j ę okrągłych k o n i k ó w przejęli p o M a r c i n i e
G u z y m jego s y n o w i e . Zróżnicowali wielkości, w p r o w a ­
dzili pewne
zmiany. K o n i k i
i c h miały w i ę c
proste,
a n i e w y g i ę t e szyje, o g o n w y k o n a n y z i n n e g o k a w a ł k a
d r e w n a . B y ć może o w e z m i a n y powstały p o d w p ł y w e m
kontaktów z wytwórnią zabawek M a r i a n a G a r b a c k i e g o
z Leżajska, produkującego m . i n . z d r e w n a k i l k a t y p ó w
k o n i k ó w o różnej w i e l k o ś c i ( i l . 13). M n i e j s z e
koniki
G u z y c h ( o k . 20 c m w y s . ) z e s t a w i a n o z bryczką c z y l i
w o z y k i e m ( i l . 5). M i a ł y t e w ó z k i kształt w y d ł u ż o n e g o
pudełka o p r o f i l o w a n y c h b o k a c h ( t a b l . I I ) . W i ę k s z e k o ­
n i k i G u z y c h (ok. 30 c m ) u m i e s z c z a n o
na
podstawce
z k ó ł k a m i , n a j w i ę k s z y m zaś p r z y d a w a n o b i e g u n y w y ­
cięte z d e s k i ( i l . 15). Siodełko n a n i c h stanowiła g r u ­
bsza deszczółka półkoliście w y c i ę t a z o b u s t r o n . D o
n i e j w p r a w i a n a była s y l w e t o w a końska g ł o w a z z a ­
m o c o w a n y m i d r ą ż k o w y m i u c h w y t a m i d o t r z y m a n i a się.

209

�1

( t a b l . I l l , 12-—26). W e d ł u g m i e j s c o w e j
tradycji wpro­
w a d z i ć j e miał J a n G u z y czerpiąc w z ó r z taczek uży­
w a n y c h w c e g i e l n i . Być może j e d n a k i w t y m p r z y ­
p a d k u zadecydował w p ł y w J a w o r o w a . W okresie mię­
d z y w o j e n n y m w s p o m i n a n y wcześniej h a n d l a r z H e n r \ k
M a c h o w s k i wprowadził n o w y t y p ruchomej z a b a w k i w
p o s t a c i p t a k a machającego s k r z y d ł a m i ( i l . 12). N a z w a ­
n y j e s t o n kaczką trzaskającą skrzydłami. Skrzydła p o ­
łączone z k o ł e m d r u t e m w y k o n u j ą w czasie t o c z e n i a
r u c h y wahadłowe. Z a b a w k a r z A n t o n i Jucha t w i e r d z i ,
że
jaworowska
kaczka
choć
ładniejsza
„była
n i e z d a t n a d o t r z a s k a n i a " , g d y ż skrzydła z b y t o k r ą g ł e
ł a t w o pękały p r z y u d e r z a n i u o siebie. W B r z o z i e S t a ­
d n i c k i e j z m i e n i o n o j e j kształt upraszczając ogólną s y l ­
w e t ę a także w y d ł u ż o n o n i e c o skrzydła, a b y się t a k
ł a t w o n i e psuły. T r u d n o j e s t wskazać a u t o r a t y c h z m i a n ,
g d y ż s a m i z a b a w k a r z e mają p o d z i e l o n e z d a n i a n a t e n
temat.
D o w c z e s n y c h z a b a w e k należą r ó w n i e ż p a j a c e u m i e ­
szczone n a wózeczku z w i r u j ą c y m i d w o m a t a r c z a m i ,
których
wyrób
zapoczątkowali
bracia
Guzy.
Pajace
wyobrażają u p r o s z c z o n e s y l w e t k i m ę ż c z y z n y i k o b i e t y .
P o d o b n a z a b a w k a w y k o n y w a n a j e s t także p r z e z z a b a w k a r z y z okolic Żywca (tzw. karuzelka). N i e w i a d o m o
j e d n a k , czy w t y m w y p a d k u zaszło zapożyczenie w z o ­
r u . O k . r o k u 1950 S z y m o n G u z y , z a b a w k a r z
parający
się r ó w n i e ż h a n d l e m , p r z y w i ó z ł z Ł o d z i n o w y w z ó r w i ­
rujących pajaców o kształtach b a r d z i e j r e a l i s t y c z n y c h .
N a z y w a n o j e w B r z o z i e góralami. I c h kształt i sposób
m a l o w a n i a n i e zyskały w B r z o z i e S t a d n i c k i e j a p r o b a t y
i w z ó r został w k r ó t c e z a r z u c o n y . P o d o b n y los s p o t k a !
r e a l i s t y c z n i e rzeźbione k r ó w k i o r a z t o c z o n e l a l k i , które
s t a r a l i się w p r o w a d z i ć G u z o w i e .
Pod
nywać
jące.
waną
И. 4. Z a b a w k a r z Józef G u z y , 1979 г. П. 5. K o ń z k a ­
retą, B r z o z a S t a d n i c k a . I I . 6. K a r e t a , w y k . Stanisław
Naróg, Żołynia. I I . 7. S a m o c h o d z i k i n a t a r g u , K r a ś n i k ,
1953 г. I I . 8. S a m o l o t y , B r z o z a S t a d n i c k a . I I . 9. Z a b a w k a
-współczesna. I I . 10. K o ł y s k i , w y k . F r a n c i s z e k S t y s k a l ,
B r z o z a S t a d n i c k a . I I . 1 1 . K a r u z e l k a , w y k . Stanisław P i liński, B r z o z a S t a d n i c k a . I I . 12. K a c z k a , B r z o z a S t a d ­
nicka.

Przez

pewien

duże k o n i e

czas

Szymon

Guzy

produkował

również

karuzelowe.

Po w o j n i e ukazały się jeszcze d w i e i n n e
wersje
płaskiego k o n i k a dołączonego d o b r y c z k i . Jedną o p r a ­
cował z a b a w k a r z
A n t o n i J a g u s z t y n naśladując postać
konia
już
znanego.
Powiększył
nieznacznie
format
i zmienił n i e c o p r o p o r c j e . D r u g i k o n i k cięty z d e s k i
o 2,5 c m grubości, „ n o w o c z e s n y " w kształcie b y ł p r o ­
pozycją spółdzielni „ C h a ł u p n i k " . W y k o n y w a ł go p r z e /
k i l k a l a t S z y m o n G u z y . O b a w z o r y n i e zostały z a a k c e p ­
t o w a n e przez w y t w ó r c ó w z Brzozy S t a d n i c k i e j i p r z e ­
stano j e wyrabiać.
Na j a w o r o w s k i c h t y p a c h zabawek oparte były p r o ­
d u k o w a n e w okresie międzywojennym w Brzozie m i ­
n i a t u r y sprzętów d o m o w y c h , g ł ó w n i e krzesełek, s t o l i c z ­
k ó w , kołysek. D o czasów d z i s i e j s z y c h p r z e t r w a ł y j e d y ­
nie
kołyski
o
sześciokątnych
ściankach
węższych
( t a b l . I I I , 3,6,). P r ó c z w y ż e j w s p o m n i a n y c h w y r a b i a n e
są r ó w n i e ż kołyski o prostokątnych ściankach
węż­
s z y c h , p o c h o d z e n i a m i e j s c o w e g o ( i l . 10, t a b l . I I I , 1,2,4,0).
Do
starych
wyrobów
brzóskich
należą
taczki

210

cienka

koniec
inny

Kółko
piastę,

okresu

międzywojennego

typ ruchomej
wzmocnione
o

deseczka

którą

zabawki
przez

uderza

wydając

przy

—

krzyżak

zaczęto

trzaska­

ma

pokarbo-

przymocowana
toczeniu

wyko­

kółko

z

boku

charakterysty­

czny t e r k o t .
Po 2 w o j n i e ś w i a t o w e j p o j a w i ł o się k i l k a n o w y c h
zabawek. Jedne z n i c h stanowiły pomysł m i e j s c o w y c h
w y t w ó r c ó w , i n n e zaczerpnięte b y ł y z w z o r ó w
wyko­
n y w a n y c h p r z e z spółdzielnię w Leżajsku l u b w p r o s t
w p r o w a d z o n e do B r z o z y S t a d n i c k i e j p r z e z Cepelię. W ł a ­
s n y m p o m y s ł e m z a b a w k a r z y brzózkich b y ł y a u t a d w u
t y p ó w : ciężarowe ( i l . 16, t a b l . I V , 1—6) o r a z o s o b o w e
w z o r o w a n e n a p o p u l a r n e j „ W a r s z a w i e " ( i l . 7, t a b l . I V ,
7—9), a także s a m o l o t y d w u p ł a t o w e (U. 8, t a b l . I V ,
10—18). P r z e z C e p e l i ę w p r o w a d z o n e zostały d o B r z o z y
S t a d n i c k i e j wózki z d y s z e l k i e m p r z e z n a c z o n e
d o cią­
gnięcia p r z e z d z i e c k o o r a z w ó z k i d l a l a l e k t z w . s p a c e r o k i
( i l . 2). W ó z k i n i e p r z y j ę ł y
się, n a t o m i a s t
spaceroki
zyskały szeroką popularność i są w y r a b i a n e d o dziś.
P o d w p ł y w e m spółdzielni „ J e d n o ś ć " z R u d n i k a w p o ­
czątkach l a t 7 0 - t y c h zaczęto w y r a b i a ć 3 n o w e
modele
zabawek
ruchomych, a
mianowicie
zmodernizowane
kółko trzaskające, z w a n e terkotką, w i a t r a c z k i i k a r u z e l k i . T e r k o t k a składa się z obręczy o s a d z o n e j
na 4
s z p r y c h a c h , n a których poruszają się luźno osadzone
d r e w n i a n e k o s t k i . W czasie t o c z e n i a kółka k o l e j n o o p a ­
dając w y d a j ą c i c h y s t u k o t . Z b o k u , p o o b u s t r o n a c h
osi
umieszczone
są
małe
wiatraczki.
Wiatraczki
te, u m i e s z c z o n e
na podstawce
z k ó ł k a m i , mogą
też
stanowić
odrębną
zabawkę.
Trzecią
z
tej
serii
z a b a w k ą j e s t p r o s t a k a r u z e l k a n a kółkach (11. 11). Z a ­
sadniczą j e j część stanowią d w i e t a r c z e , każda połą­
czona z d a s z k i e m c z t e r e m a b e l e c z k a m i . T a r c z e ,
doty­
kając d o l n y c h kółek, obracają się w koło p r z y p o s u ­
w i s t y m r u c h u wózeczka. W y m i e n i o n e w y ż e j t r z y z a ­
b a w k i n i e mają już c h a r a k t e r u l o k a l n e g o w y r o b u . W y -

�211

�k o n y w a n e są z r e g u ł y p r z e z w y t w ó r c ó w
działających
o d k i l k u l u b k i l k u n a s t u l a t . P r z e w a ż n i e mają o n i z m e ­
chanizowane w a r s z t a t y i dlatego wolą wyrabiać zaba­
w k i n i e w y m a g a j ą c e w i e l e p r a c y ręcznej.
Z a b a w k a r z e d l a zaoszczędzenia sobie czasu i p r a c y
specjalizują się z w y k l e w d w ó c h , t r z e c h t y p a c h z a b a ­
w e k . S t a r s i w i e k i e m i stażem n a j b a r d z i e j
czują się
związani z t r a d y c y j n y m i z a b a w k a m i . I t a k s y n o w i e
M a r c i n a G u z e g o — Józef i Stanisław n a d a l robią k o ­
n i k i okrągłe z b r y c z k a m i , k o n i k i okrągłe n a p o d s t a ­
wkach, taczki, spaceroki
( i l . 4). S z e r o k i
asortyment
zabawek p r o d u k u j e związany z „Milenium" Michał N a róg ( m . i n . k o n i k i płaskie z b r y c z k a m i , s a m o l o t y , s a m o ­
c h o d y , k a c z k i z trzaskającymi skrzydłami, kołyski, p a ­
jace).
Dużą p o m y s ł o w o ś ć w y k a z u j e b r a t M i c h a ł a — S t a ­
nisław N a r ó g mieszkający w Ż o ł y n i . S p o r o w z o r ó w w y ­
k o n u j e d l a s w o j e j przyjemności, n i e powielając i c h n a
szerszą skalę. W s w o i c h p r a c a c h n i e o p i e r a się t y l k o
n a w ł a s n y c h p o m y s ł a c h , można w n i c h odnaleźć echa
wyrobów wspominanej k i l k a k r o t n i e wytwórni M . Garb a c k i e g o ( n p . s y l w e t o w o cięte k o n i k i o f a n t a s t y c z n y c h
kształtach, takież s a m e k o n i k i z j e ź d ź c a m i l u b z a p r z ę ­
żone d o w y m y ś l n e j w f o r m i e k a r e t y ( i l . 6). Z a b a w k i
te są złożone z k i l k u części, p o s t a c i e mają r u c h o m e
ręce i n o g i . O r y g i n a l n y m i p r a c a m i N a r o g a
są n a t o ­
m i a s t m i n i a t u r k i t r a k t o r ó w , samochodów,
lokomotyw,
walców
drogowych.
Mają
one
zwarte,
zblokowane
kształty, d o b r z e oddające c h a r a k t e r p i e r w o w z o r ó w .

Zdobnictwo
Jak
rcina

212

wspomniano

Guzego

nie

poprzednio,

były

zdobione,

pierwsze
miały

koniki

Ma­

jedynie

oczy

zaznaczone w y p a l a n i e m . M a l o w a n i e w p r o w a d z i l i
r o następcy G u z e g o , a b y uatrakcyjnić t o w a r .

dopie­

N a z a b a w k a c h brzózkich występują d w a o d m i e n n e
t y p y m a l a t u r , „realistyczny" i d e k o r a c y j n y .
Pierwszy
reprezentują
okrągłe k o n i k i , w y k o n a n e
przez
synów
Marcina
G u z e g o . O k o ł o 1926—7 r . zaczęto
malować
t a k i m k o n i k o m z pełnego k l o c a c z e r w o n e siodełka, c z a r ­
ną uprząż, g r z y w ę i o g o n . P o t e m w p r o w a d z o n o
białe
tło, j a k o u m a s z c z e n i e k o n i k a . Z czasem zyskało o n o
c z a r n e cętki i k o n i k stał się s r o k a t y . O k . 1938 r . Józef
G u z y dodał d o siodełka żółte o b r a m i e n i e . Z m i a n y w
ciągu l a t szły w k i e r u n k u d e k o r a c y j n e g o
rozbudowa­
n i a o w e g o siodełka. O b e c n i e z a s a d n i c z a j e g o część j e s t
n a d a l c z e r w o n a , a otaczają ją c z a r n e półkola o żółtych
polach
wewnętrznych.
Każde
takie
pole
akcentuje
c z a r n a l u b c z e r w o n a k r o p k a u m i e s z c z o n a w j e g o śro­
d k u . W e d ł u g t e g o w z o r u z d o b i się w s z y s t k i e okrągła
k o n i k i w y r a b i a n e w B r z o z i e S t a d n i c k i e j ( i l . 5).
T y p o w e d l a B r z o z y z d o b i e n i e z a b a w e k farbą a n i ­
linową r ó ż o w ą i zieloną n a ż ó ł t y m t l e j e s t d a l e k i m
e c h e m (a c z a s e m w u l g a r y z a c j ą ) o r n a m e n t y k i w y s t ę p u ­
jącej n a z a b a w k a c h z J a w o r o w a . T e o s t a t n i e zdobił
często m o t y w g a ł ą z k i ( i l . 1) o
czerwono-granatowyeh
listkach l u b m o t y w rozety utrzymanej w t y c h samych
kolorach. Zdobnictwo zabawek
j a w o r o w s k i c h opierało
się n a z d a w n a w y p r a c o w a n e j k o n w e n c j i . K r e s k a b u ­
dująca e l e m e n t y m o t y w ó w była c i e n k a , l e k k o położona.
N a t o m i a s t m o t y w y w y s t ę p u j ą c e n a w y r o b a c h brzózkich
malowane
są szeroką, t w a r d ą kreską. K a ż d y
kontur
powtórzony
jest k i l k a
razy
dwoma
stosowanymi tu
k o l o r a m i : z i e l o n y m i r ó ż o w y m . W sposobie m a l o w a n i a
widać r o z m a c h ale i p e w n e n i e d o p r a c o w a n i e , n i e f r a ­
sobliwość w zapełnianiu tła p r z e z n a c z o n e g o p o d m a laturę.

�11.

13. K o n i k i

t o c z o n e , obciągane f i l c e m , w y k . M a r i a n G a r b a c k i , Leżajsk,
B r z o z a S t a d n i c k a , 1953. I I . 15. K o ń n a b i e g u n a c h , B r z o z a

1953. I I . 14. W ó z e k
S t a d n i c k a , 1957

z

konikami,

�(np. t a b l . I , 14, 15). Ujęcia b a r d z i e j r e a l i s t y c z n e
t y k a się t y l k o s p o r a d y c z n i e ( t a b l . I , 30, 32).

spo­

W zasadzie t e s a m e m o t y w y występują n a r ó ż ­
n y c h t y p a c h z a b a w e k , zapełniając p o w i e r z c h n i e boczne,
b a r d z o r z a d k o w n ę t r z e . Sposób z a k o m p o n o w a n i a płasz­
czyzn jest n i e j e d n o r o d n y . M o t y w y
rozmieszczone
by­
wają d o w o l n i e , n a b o k a c h , tyłach l u b p o d s t a w k a c h z a ­
bawek.

2Я

Zł

»
3Z

Tabl.

*
"*3

z

Ш

9

30

U k ł a d m o t y w ó w n a b r y c z k a c h przedstawiają p r z y ­
k ł a d y . z t a b l . I I . K o m p o z y c j a t y l n y c h płaszczyzn b r y ­
czek j e s t z r e g u ł y b a r d z i e j uporządkowana niż boków.

"Si-

№
Ъ5

1. E l e m e n t y i k o m p o z y c j e
występujące
b a w k a c h z Brzozy Stadnickiej.

na

za­

W kołyskach o r n a m e n t y p o k r y w a j ą c e b o k i t w o r z ą
s w o b o d n e układy złożone z l i n i i , r o z e t , f o r m e l i p t y c z ­
n y c h o t o c z o n y c h ząbkami ( t a b l . I I I , 1—6). N a węższych
(sześciokątnych l u b c z w o r o k ą t n y c h ) ściankach
maluje
się p r z e w a ż n i e — w środku — r o z e t y , k w i a t y , e l i p s y
( t a b l . I I I , l b — 6 b , 7—10).
T a b l . I I I p r z e d s t a w i a różne p r z y k ł a d y w y s t ę p o w a ­
n i a m o t y w ó w zdobiących b o k i t a c z e k . P r z e w a ż n i e r o z ­
mieszcza się j e ukośnie, r o z w i ą z a n i a s y m e t r y c z n e
czy
c e n t r a l n e s p o t y k a się r z a d z i e j .
Na
a u t a c h ciężarowych
ornament
występuje
na
dłuższych b o k a c h i d a c h a c h ( t a b l . I V ) . W a u t a c h oso­
b o w y c h dużą p o w i e r z c h n i ę zdobniczą s t a n o w i d a c h w
kształcie prostokąta, d e k o r o w a n y w różny sposób ( t a b l .
I V , 7, 8). B o k i z reguły z d o b i g i r l a n d a otaczająca o k i e n ­
k o ( t a b l . I V , 7a, 8a).
W s a m o l o t a c h z d o b i się a l b o całą
powierzchnię,
a l b o t y l k o skrzydła. W p i e r w s z y m p r z y p a d k u m a l a t u r a n i e m a ż a d n e g o z w i ą z k u z kształtem ( n p . i l . 15,
t a b l . I V , 16—18), w d r u g i m j e s t s k r o m n i e j s z a , a l e b a r ­
d z i e j u p o r z ą d k o w n a ( t a b l . I V , 10—13).
N a j b a r d z i e j przemyślane jest zdobienie
spaceroków
dla
lalek. Zazwyczaj
n a t y l n e j ściance z n a j d u j e
się
u m i e s z c z o n a w środku r o z e t k a . K i l k a m n i e j s z y c h k w i a ­
t ó w obrzeża łukowato górny b r z e g z a p i e c k a , a d o l n e
naroża w y o d r ę b n i o n e są p r z e z łuki zakończone linią
falistą. O k r ą g ł e o k i e n k a n a b o k a c h w ó z k a o t a c z a sze­
r e g podłużnych p l a m e k i t p . W ó z k i t e m a l o w a n e
są
zarówno f a r b a m i a n i l i n o w y m i , j a k i o l e j n y m i , w k o ­
l o r a c h : c z e r w o n y m , f i o l e t o w y m , żółtym, n i e b i e s k i m .
M o t y w y zdobnicze
występujące n a k a c z k a c h t r z a ­
skających skrzydłami r o z m i e s z c z o n e
są z a w s z e w t e n
s a m sposób. O k o z a z n a c z o n e j e s t dużą kropką i p o d ­
kreślone o d s p o d u jedną krótką kreską. Ł e p e k w g ó r ­
n e j części j e s t c z e r w o n y
l u b zielony. Elementy
zdo­
b n i c z e w kształcie l i n i i , k r z y ż y k ó w , k r a t e k , p l e c i o n e k
r o z m i e s z c z o n e są n a d o l n e j części tułowia o r a z n a s k r z y ­
dłach, p o w e w n ę t r z n e j i z e w n ę t r z n e j s t r o n i e .

T a b l . I I . Sposoby

z a k o m p o n o w a n i a boków, t y ł ó w i p o d ­
stawek bryczek.

Motywy
zdobnicze
występujące n a z a b a w k a c h
p r z e d s t a w i o n e n a t a b l . I — składają się z p r o s t y c h e l e ­
m e n t ó w , t a k i c h j a k : k r o p k a , p r z e c i n e k , łuk, k r z y ż y k ,
l i n i a ( p r o s t a , f a l i s t a , ł a m a n a ) , p ó ł k o l e złożone z ząbków.
M o t y w y mają c h a r a k t e r g e o m e t r y c z n y i roślinny, p r z y
c z y m t e o s t a t n i e są p o t r a k t o w a n e t a k u m o w n i e , że
t r u d n o j e n i e r a z odróżnić o d p i e r w s z e j g r u p y .
Na m o t y w y geometryczne
składają się: d w i e
cinające się e l i p s y , kółko z kropką w środku,
d o w a n e n a różny sposób r o z e t y . Sporą grupę
w i ą m o t y w y o e l i p t y c z n y c h kształtach, złożone
f a l i s t y c h , zaginających się k u środkowi, l u b z
połączonych z ą b k ó w , k r a t k i , p l e c i o n k i , półkola

prze­
rozbu­
stano­
z linii
kilku
itd.

M o t y w y roślinne ( p r z e d e w s z y s t k i m k w i a t y i g a ł ą i k i ) p o t r a k t o w a n e są s c h e m a t y c z n i e i n i e p r z y p o m i ­
nają k o n k r e t n y c h roślin. U j ę t e są w r z u c i e z góry

214

Umowna
i schematyczna
jest dekoracja
pajaców
w i r u j ą c y c h n a wózeczku. N a każdej z p o s t a c i r o z b u d o ­
w u j e się j e d e n duży m o t y w , n p . c z t e r e c h połączonych
ł u k ó w , bądź o b i e p o s t a c i e łączą s k r z y ż o w a n e l i n i e z a ­
kończone łuczkami, k r z y ż y k a m i .
Z d o b i e n i e płaskich k o n i k ó w i k o n i n a b i e g u n a c h
jest bardzo s k r o m n e . N a sylwecie z surowego d r e w n i
zaznacza się farbą r ó ż o w ą obrzeża n i e b i e s k i e g o
sio­
dełka, a zieloną — uprząż i ogon. P ł a s k i e k o n i k i n a
b i e g u n a c h l a k i e r u j e się n a c z e r w o n o . J e d y n i e n a s z y i
k o n i a u m i e s z c z a się w i e l o p ł a t k o w y , n i e b i e s k i k w i a t .
W o r n a m e n c i e brzóskich z a b a w e k n a ogół n i e s p o ­
t y k a się ujęć i n d y w i d u a l n y c h . W s z y s c y stosują tę sa­
mą
kolorystykę,
kombinację
podobnych
motywów.
R ó ż n i c e p o m i ę d z y w a r s z t a t a m i są n i e w i e l k i e i w y n i k a j ą
z t e g o , że k a ż d y z a b a w k a r z
powiela pewien
zestaw
kompozycji, wzorów malatur. Wytwórcy z Brzozy Sta­
d n i c k i e j n i e przywiązują w a g i do starannego zdobienia
swoich zabawek.
N i e s p r z y j a t e m u masowość i p o ­
śpiech
w
ich wykonywaniu, brak
innych
bodźców
niż t y l k o m e r k a n t y l n e .

�Zbyt

zabawek
/

N i e w s z y s c y z a b a w k a r z e t r u d n i l i się sprzedażą s w o ­
i c h w y r o b ó w . J e d n i w o l e l i się zająć t y l k o i c h p r o d u ­
kcją, i n n i zaś b r a l i l u b o d k u p y w a l i o d n i c h
towar
i r a z e m z w ł a s n y m i w y r o b a m i w i e ź l i l u b nieśli n a
t a r g . B y w a ł o , że z a w o d o w i
h a n d l a r z e skupujący w y ­
roby bednarskie w Rakszawie
oraz d r o b n e
naczynia
i narzędzia w B r z o z i e S t a d n i c k i e j z a c z y n a l i
wyrabiać
z a b a w k i , w i d z ą c w t y m n o w e źródło d o c h o d u .

1 ^

Najpowszechniejszym
sposobem t r a n s p o r t u zabawek
było noszenie i c h w w o r k u n a p l e c a c h . R z a d k o u b o g i
z a b a w k a r z miał w ó z , k t ó r y m m ó g ł s w o j e w y r o b y ч.аw i e ź ć n a t a r g . Często z t o w a r e m szły k o b i e t y : żony
i córki z a b a w k a r z y , niosąc o b o k z a b a w e k
drewniane
naczynia k u c h e n n e — garnce, s o l n i c z k i , m o n t e w k i , tłu­
c z k i , łyżki i t p . T a k t o w a r s p r z e d a w a ł y n a t a r g u s i o ­
s t r y b r a c i G u z y c h : W e r o n i k a , R o z a l i a , A g n i e s z k a . Żona
Stanisława G u z e g o (a córka L e o n a N a r o g a ) — p o d a j e ,
że o d d w u n a s t e g o r o k u życia chodziła z z a b a w k a m i
na t a r g . W e w t o r e k d o Łańcuta, w środę d o Sokołowa,
w piątek d o R z e s z o w a , b o w i e m w ł a ś n i e w t y c h d n i a c h
odbywały
się t a m c o t y g o d n i o w e
targi.
Bywało,
że
p r z y dłuższej t r a s i e t r z e b a b y ł o p o d r o d z e
przenoco­
wać. Z a z w y c z a j
w y p r a w i a n o się w k i l k a osób, „żeby
było r a ź n i e j " . Jeśli podążano d o R z e s z o w a , w y c h o d z o n o
w c z w a r t e k wieczór i n o c o w a n o w K r a s n e m . N a p i e ­
chotę d o c i e r a n o d o bliższych miejscowości. D a l e j z a ­
b a w k i rozwozili wytwórcy i handlarze .

s
Y

Ш

Hi

3ł

M
5-

G

od

Handlem

zajmowało

pierwszej

wojny

Franciszek

Boho, potem

z

Rzeszowa

z

kolei

a

jego

wojennego

się

osiadły

w

Brzozie

handlarzy

W

—

rali

się

mierz

Jan Guzy
handlem

Styskalowie.

niawy, Lubaczowa,

w

Żołyni.

Władysław
Docierali
Jarosławia,

Guzy

okresie

Guzy,
z

się

pochodzący
później

okresu
się.

w Brzozie

Przez
oni

W

zajmował

Stadnickiej,

końcu

zwiększyła

wyżej w y m i e n i o n y c h Szymon
brat

rodzin.

sprzedażą

Henryk Machowski

s y n Bronisław.

liczba

kilka

światowej

pewien
Antoni
towarem

między­

Doszli

do

oraz

jego

okres

pa­

i
do

Tabl.

Kazi­

I I I . Kompozycje
m o t y w ó w występujące n a
łyskach (1—11) oraz t a c z k a c h (12—26).

ko­

Sie­

Przemyśla.

Dużą m o ż l i w o ś ć z b y t u d a w a ł y r o z l i c z n e
odpusty
gromadzące wielotysięczne tłumy. W Leżajsku zbierało
się najwięcej p i e l g r z y m ó w p o d k l a s z t o r e m oo B e r n a r ­
d y n ó w — n a Z i e l o n e Święta, w d n i a c h św. A n t o n i e g o ,
M a t k i B o s k i e j Z i e l n e j , M a t k i B o s k i e j S i e w n e j . Jeżdżono
także n a o d p u s t y d o Częstochowy. Okazję d o większej
hurtowej
sprzedaży d a w a ł y d o r o c z n e
jarmarki.
Naj­
popularniejszymi
przed
drugą
wojną
światową
były
j a r m a r k i „na J ó z e f a " w Jarosławiu i „na I w a n k a " w
P r z e m y ś l u ( z a b a w k a r z e n i e pamiętają już t e r m i n u t e g o
jarmarku).
Z a b a w k i , n a c z y n i a d r e w n i a n e o r a z narzędzia
rol­
n i c z e s k u p y w a l i r ó w n i e ż p r z e d ostatnią w o j n ą h a n d l a ­
rze Ż y d z i . Z a z w y c z a j
t o w a r należało i m p r z y w i e ź ć d o
m i a s t e c z k a , b ą d ź o d k u p y w a l i go w p r o s t n a t a r g u o d
l u d z i z Brzozy S t a d n i c k i e j . Żydzi m i e l i s w o i c h h u r t o ­
w n i k ó w , którzy r o z p r o w a d z a l i t o w a r p o k r a j u . W L e ­
żajsku działali G a l l e r i K u m e r m a n , w R z e s z o w i e B e i gier. Z K o l b u s z o w e j
p r z y j e ż d ż a ł p o brzóskie
wyroby
n i e j a k i H o f f e r . Zaglądał też d o w s i jakiś h a n d l a r z Ż y d
z O s t r o w c a . Podaję k i l k a t y c h n a z w i s k z zastrzeżeniem,
że mogą b y ć p o m y l o n e l u b przekręcone, g d y ż i n f o r ­
m a t o r z y d o b r z e już i c h n i e pamiętają.
G d y wzrosła p r o d u k c j a z a b a w e k k o n i e c z n e się s t a ­
ło o p r a c o w a n i e s p o s o b u i c h p a k o w a n i a i p r z y g o t o w a ­
n i a do t r a n s p o r t u . N a j m n i e j s z e z a b a w k i , j a k n p . k a c . k i
z trzaskającymi skrzydłami z e s t a w i a n o r a z e m , t a k a b y
tworzyły m n i e j l u b bardziej r e g u l a r n e koło i sznurem
przeplecionym
między
podstawkami
przymocowywano
do w y g i ę t e j w pałąk d r e w n i a n e j obręczy. O t a k zło-

не ^
M

£fe&gt; ^fe-

(Ąp

Sio e^jfo

K

?3»

*=

+-

T a b l . I V . Rozwiązania k o m p o z y c y j n e
samochodów cię­
ż a r o w y c h (1—6), a u t o s o b o w y c h (7—9), skrzydeł s a m o ­
l o t ó w (10—18).

215

�żonych z a b a w k a c h m ó w i o n o : k a c z k a s p a k o w a n a w duh?.
P ó ź n i e j s z y m s p o s o b e m było łączenie z a b a w e k d r u t e m ,
bez użycia duhy.
Nazywa
się t o o p a k o w a n i e w
drut
( i l . 3). I n n e z a b a w k i składano t a k , a b y t w o r z y ł y m n i e j
w i ę c e j zwartą bryłę. B y ł y o n e r ó w n i e ż z e s p o l o n e ze
sobą d r u t e m .
W czasie o k u p a c j i i w p i e r w s z y c h l a t a c h p o w o j •
n i e h a n d e l z a b a w k a m i był b a r d z o o ż y w i o n y . J a k p r z y ­
znają s a m i z a b a w k a r z e
s p r z e d a w a l i o n i w ó w c z a s to­
w a r g o r s z e j jakości, n i e było b o w i e m k o n k u r e n c j i ze
strony
wyrobów
fabrycznych.
W
latach
następnych
sferę z b y t u rozszerzyły spółdzielnie c e p e l i o w s k i e ,
ale
zabawkarze
będąc członkami
spółdzielni
jednocześnie
s p r z e d a w a l i ( i n a d a l sprzedają) część s w y c h w y r o b ó w
w h a n d l u nieuspołecznionym, korzystając z usług h a n d ­
l a r z y i k r a m a r z y . C h w a l ą sobie tę w s p ó ł p r a c ę , n i e m u ­
szą b o w i e m z w r a c a ć w ó w c z a s u w a g i a n i n a p o z i o m
techniczny zabawek, a n i na tradycyjne f o r m y
zdobie­
n i a , g d y ż każda ilość j e s t o d n i c h o d k u p o w a n a . Z a b a ­
w k i z B r z o z y S t a d n i c k i e j dość r ó w n o m i e r n i e nasycają
miejscowości P o l s k i p o ł u d n i o w e j . Można j e spotkać n a
t a r g u w T a r n o b r z e g u , Jarosławiu, P r z e m y ś l u , Zamościu,
K r a ś n i k u , T a r n o w i e czy Jaśle.
P r z y u s t a l a n i u c e n w y t w ó r c y z a b a w e k uwzględniają
p r z e d e w s z y s t k i m k o s z t zużytego s u r o w c a : d r e w n a , f a r b ,
g w o ź d z i , d r u t u . W c i ą ż jeszcze t r u d i czas p r a c y mało

w p ł y w a j ą n a kalkulację, są o n e u w z g l ę d n i a n e n a o s t a ­
t n i m m i e j s c u . Z a b a w k a r z e pamiętają t y l k o niektóre ce­
n y p r z e d w o j e n n y c h zabawek. Podobno k o n i k M a r c i n a
Guzego
przed
pierwszą
wojną
światową
kosztował
1 c e n t a . Później w o k r e s i e m i ę d z y w o j e n n y m p o j e d y n ­
czy
okrągły
konik
kosztował
18 g r o s z y ,
a
bryczka
z d w o m a płaskimi k o n i k a m i 15 g r o s z y . P o c z ą t k o w o z y ­
s k i n i e b y ł y n a t y l e duże, a b y można było d o i n w e s t o ­
w a ć gospodarkę l u b dokupić z i e m i ę , p o z w a l a ł y
jedy­
nie nabywać drobniejsze p r z e d m i o t y gospodarstwa d o ­
m o w e g o , żywność i t d . W m i a r ę powiększania p r o d u ­
k c j i rosły z y s k i osiągane p r z e z z a b a w k a r z y .
Obecnie
wyrób zabawek
pozwala
n a modernizację
gospodarki,
powiększanie
areału z i e m i . R o c z n e d o c h o d y
płynące
z p r o d u k c j i z a b a w k a r s k i e j wynoszą o d k i l k u n a s t u d o
kilkudziesięciu tysięcy złotych. W i e l u z a b a w k a r z y śre­
dniego pokolenia wybudowało w ostatnich k i l k u n a s t u
latach nowe
m u r o w a n e b u d y n k i gospodarcze i m i e ­
s z k a l n e , zamieniając starą chałupę n a w a r s z t a t , bądź
wystawiając n o w y b u d y n e k z pomieszczeniem
przezna­
c z o n y m n a p r a c o w n i ę . W s z y s c y gospodarujący
kiedyś
n a k i l k u m o r g a c h uprawiają o b e c n i e 3—5 h a . K i l k u
z a b a w k a r z y p o s i a d a a u t a d o s t a w c z e t y p u „ Ż u k " , któ­
r y m i jeżdżą n a t a r g i i s k u p z a b a w e k . P o l e p s z e n i e s y ­
tuacji ekonomicznej
zabawkarzy wpłynęło z kolei na
p o d n i e s i e n i e i c h s t a t u s u społecznego.

P R Z Y P I S Y

Do napisania niniejszego
artykułu posłużyły m a ­
teriały z e b r a n e w B r z o z i e S t a d n i c k i e j i o k o l i c y , w l a ­
t a c h 1952, 1953, 1957, a następnie 1978—9, p r z e z P r a c o ­
wnię D o k u m e n t a c j i Polskiej Sztuki L u d o w e j I S P A N
w K r a k o w i e ( a r c h i w u m P r a c o w n i , t e k a 215, 224 c).
R o m a n R e i n f u s s , J a n S w i d e r s k i , Sztuka
Ludowa
w Polsce,
K r a k ó w 1960; T a d e u s z S e w e r y n , Polskie
za­
bawki
ludowe,
W a r s z a w a 1960.
W m o n o g r a f i i J a w o r o w a opracowanej przez E d ­
w a r d a Webersfelda czytamy: „Także dziecinne z a b a w k i
m i a ł y s w o i c h majstrów, lecz t e w ó z k i , k o n i k i , p a j a c e ,
zwierzęta i t p . bywały t a k i c h nieestetycznych
i pry­
m i t y w n y c h kształtów, że m o g ł y znaleźć p o k u p u l u d u
t y l k o , który w t y m k i e r u n k u żadnych n i e stawiał w y ­
m a g a ń . " ( E d w a r d W e b e r s f e l d , Jaworów.
Monografia
hi­
storyczna,
etnograficzna
i statystyczna,
1912 г.). W r ę k o ­
piśmiennych materiałach J a d w i g i z S z e m b e k ó w S z e p t y c k i e j z e b r a n y c h p r z e d 1914 r o k i e m z n a j d u j e m y n a ­
stępującą w z m i a n k ę dotyczącą z a b a w e k
jaworowskich:
„ P r ó c z skrzyń w y r a b i a j ą n a przedmieściach
Jaworowa
o d b a r d z o d a w n y c h czasów z a b a w k i z d r z e w a , które
miały
szeroką
sławę: g r z e c h o t k i
p r y m i t y w n e , wózki
o j e d n y m l u b d w ó c h k o n i k a c h w y c i ę t y c h z deszczó ki,
s k r z y p k i ze s t r u n a m i z włosienia, p i s k l i w i e grające, k o ­
1

2

J

II.

Fot.:

S. Deptuszewski,

11. 1;

L.

Dzięgiel,

łyski i maleńkie sprzęty. W s z y s t k o t o r o b i się ręcznie
i ozdabia c h a r a k t e r y s t y c z n y m i w z o r k a m i (nawet konie)
farbą wodną g r a n a t o w ą i ponsową n a d r z e w i e
natu­
r a l n y m l u b n a żółto g d z i e n i e g d z i e p o c i ą g n i ę t y m " . ( M u ­
z e u m E t n o g r a f i c z n e w K r a k o w i e , a r c h i w u m , t e k a 366/1;
J a d w i g a z S z e m b e k ó w S z e p t y c k a , Przyczynki
do
etno­
grafii
pow.
Jarosławskiego).
Józef P ó ł ć w i a r t e k , Piszczelnicy
г zabawkarze
le­
żajscy wczoraj
i dziś, „Polska S z t u k a L u d o w a " , R X X I I ,
1968, n r 3.
3

4

nisław

D o Spółdzielni sprzedają z a b a w k i : M i c h a ł i S t a ­
Narogowie,
Stanisław M a r c i n i e c , H e l e n a
Gusy.

Z e Spółdzielnią w s p ó ł p r a c u j ą : Stanisław Piliński,
Władysław
Stopyra, Franciszek
Panek,
Józef
Polak,
A n d r z e j P o l a k , Józef B u s z t a , W ł a d y s ł a w
Kuszej.
5

" Z a b a w k i brzóskie m o g ł y rozchodzić się d a w n i e j
z n a c z n i e d a l e j , niżby można sądzić n a p o d s t a w i e o s t a ­
tnio z e b r a n y c h materiałów. Z a Tadeuszem
Sewerynem
podaję, że n i e j a k i J a n W o j t a r o w i c z z G o r l i c , pochodzący
z L e s z c z y n , w o z i ł z a b a w k i i sprzęt g o s p o d a r s t w a d o m o ­
wego z B r z o z y S t a d n i c k i e j do T a r n o w a , G r y b o w a , a n a ­
w e t n a W ę g r y . ( T a d e u s z S e w e r y n , Polskie
zabawki
lu­
dowe, p r z y p i s 144).

16. S a m o c h o d z i k , w y k . Stanisław
róg, Żołynia.

i l . 7, 13, 1 4 ; A .

Małeta,
rys.

A.

i l . 9,

11, 1 2 ;

Małeta

Na-

J . Swiderski,

i l . 2,

3,

5,

6,

8,

10,

15,

16. T a b l i c e

—

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9783" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9761">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/b268a53a27f0b8cabd89812cafbae29c.pdf</src>
        <authentication>bae7d9168df9a871b2594ded2ed5c20f</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116328">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5344</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="47">
            <name>Rights</name>
            <description>Information about rights held in and over the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116329">
                <text>Licencja PIA</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116330">
                <text>2003</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116331">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:4965</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116332">
                <text>Wielka podróż do źródeł/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116333">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4; s.245-246</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116334">
                <text>Sokół, Lech</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116335">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116336">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116337">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116338">
                <text>N

LECH

ajpierw k i l k a rozważań o charakterze pseudo-

SOKÓŁ

g a t u n k o w y m . Książka profesora Juszczaka na­
leży do zapomnianego dzisiaj g a t u n k u , łączą­

cego w j e d n y m utworze p u n k t widzenia n a u k i , filozo­
fii, sztuki i religii; „łączącego" znaczy syntetyzującego,

bo przecież wspomniane p u n k t y widzenia nie f u n k c j o ­
nują w niej oddzielnie. Takie połączenie szokuje odwa¬
gą, mającą po trosze charakter wyzwania, zbija z t r o p u

Wielka podróż
do źródeł

i wyprowadza z równowagi. M n i e ta książka wyprowa­
dziła z równowagi i napełniła n i e p o k o j e m , co stanowi
0 jej wadze także dla i n n y c h , p o d o b n y c h do m n i e , czy¬
telników. Zresztą nie zdołałem się z nią jeszcze uporać
p o m i m o uważnej lektury, którą z pewnością powtórzę.

Głos w dyskusji na temat
Realności

bogów

N a razie powróciłem do nie czytanych o d dawna H o ­
mera i Hólderlina.
Pisząc swoją książkę, profesor Juszczak zajmuje po­
zycję „filozofa-artysty". „Filozof-artysta" to koncept
Nietzschego, przywołujący marzenie w i e l u , żyjących

nej życia człowieka za niezmiernie ważną, godzących

przed n i m i po n i m filozofów, różnie realizowane,

się z t y m , że istnieje „realnie" jakaś sfera boskości,

a n i e j e d n o k r o t n i e uznawane za niemożliwe do zreali¬

chociażby mglista, że chodzą po ziemi ludzie wyznają¬

zowania. Wiesław Juszczak przyjmuje w praktyce pi¬

cy wiarę w Boga osobowego i nie są to koniecznie

sarskiej

zapewne

o s o b n i k i słabe na umyśle i reprezentujące „ciemno¬

1 w dalszych t o m a c h zamierzonej tetralogii, postawę

gród", sekty, bądź d a w n o przezwyciężone stadia rozwo¬

bliską, lepiej może powiedzieć: ukształtowaną po swo­

j u kulturalnego człowieka. K o n s e k w e n t n i e - a zwłasz¬

w pierwszym, już napisanym, a

j e m u , owego marzenia filozofów. D l a osób znających

cza choćby w najmniejszym stopniu agresywnie - nie¬

pisarstwo Juszczaka jest oczywiste, że taka postawa

wierzącego czytelnika książka Juszczaka m u s i obrazić,

dojrzewała w n i m i przejawiała się na różne sposoby o d

rozjuszyć, albo po prostu znudzić: jest to przecież

dawna. D l a m n i e stało się to całkowicie jasne o d cza¬

książka w swej najgłębszej i s t o c i e r e l i g i j n a , religij¬

su, kiedy wpadła m i w ręce godna uwagi książka Je-

n a namiętnie, „obiektywnie" i „subiektywnie", poru¬

ana-Nóela V u a r n e t , zatytułowana właśnie

Filozof-arty­

szająca się na poziomie, na którym, „wszystkie religie

sta (słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2000). K i e d y spo¬

stanowią j e d n o " , j a k chciał W i l l i a m Blake. W najbar¬

tkałem wówczas profesora Juszczaka, powiedziałem

dziej osobistym fragmencie Dziennika

m u , że czytam książkę o n i m , ale nie zainteresował się

Wiesław Juszczak pisze j e d n a k z całkowitą jasnością:

apokryficznego

tą wiadomością. Może pora, by ktoś m n i e pomścił i za¬

„... [Święta D r o g a w Eleusis] jest to miejsce święte

jął się „sklasyfikowaniem" Juszczaka, przymierzając je¬

niezależnie o d wyznawanej wiary. N i e wyrzekam się

go prace do k o n c e p c j i omówionych przez V u a r n e t a .

i nie wyrzeknę się swojej. A l e powraca, właśnie przez
to może, pytanie: co znaczy «pogaństwo»?" (s. 35).

Jeszcze k i l k a uwag, poprzedzonych krótkim wyja¬
śnieniem: właściwie nie chciałem i pewnie nie powi¬

Jest prawdą, co podnoszono w dyskusji, że w książ¬

n i e n e m zabierać głosu w tej dyskusji z p o w o d u niewy¬

ce profesora Juszczaka daje się obserwować zwrot k u

starczającej uczoności, co piszę bez i r o n i i , a zwłaszcza

przeszłości, powrót do źródeł, nostalgia za przeszłością.

bez m i n o d e r i i . Zajmuję się problematyką czasów o wie¬

A u t o r nigdy tego nie ukrywał, przeciwnie, wielokrot¬

le nowszych i właściwie nigdy nie cofam się poza w i e k

nie to podkreślał. Powracający w jego ostatniej książ¬

X V I I . W kwestiach religijnych przestrzenią, w której

ce m o t y w sprzeciwu wobec pojęcia postępu, odnoszo¬

się poruszam, jest niepodzielnie Biblia i w p e w n y m

nego do twórczości, sztuki, literatury, k u l t u r y jest po¬

stopniu świat żydowski. O d stosunkowo niedawnego

wtórzeniem tego, o czym pisał n i e j e d n o k r o t n i e w swo¬

czasu zajmuje m n i e problematyka religijna w literatu¬

i c h wcześniejszych pracach, t y m razem dotyczy religii.

rze, sztuce, myśli teoretycznej pisarzy i artystów, w filo¬

Religia jest w jego ujęciu prawdziwie mocna, czysta

zofii, ale właściwie tylko między w i e k i e m X V I I a X X .

w momencie nieodległym o d swoich narodzin, w sta¬

Pragnę jednakże zwrócić uwagę na niepokój zasiany

nie niejako p i e r w o t n y m , by później wyczerpywać się

przez „niewygodną" i przeciwną poprawności politycz¬

i ulegać degradacji. Jeśli t a k jest, istnieje regres jako¬

nej książkę Juszczaka w umysłach i - horribile dictu

ściowy w religii; czy to oznacza, że istnieje także po¬

-

duszach jej nieuczonych odbiorców, którzy stanowią,

stęp? Jestem przekonany, że go nie ma, ale pozostaje

być może, większość wszystkich jej czytelników.

niepokojące m n i e pytanie, dotyczące postępu - regre¬

Książka Juszczaka jest skierowana nie tylko do

su, a także i n n e , p o k r e w n e : czy wynikałoby stąd, iż re¬

przekonanych, co podnoszono w dyskusji, ale do wie¬

ligie dawniejsze, pierwotniejsze mają przewagę i więk¬

rzących: wyznających jakąkolwiek religię, chociażby tę

szą moc niż młodsze? Dlaczego zatem Wiesław Jusz¬

ogólnikową, sprowadzającą się do uznania sfery religij-

czak nie chce wyrzec się swojej młodszej religii na
245

�Lech Sokół * W I E L K A P O D R Ó Ż D O ŹRÓDEŁ. G Ł O S W DYSKUSJI N A T E M A T R E A L N O Ś C I B O G Ó W

rzecz starszej, greckiej, na jakiej podstawie ja m a m ob­

tak uwielbiamy. Mistycyzm oznacza wybór postawy,

stawać przy chrześcijaństwie, zamiast „powrócić" do

w r a m a c h której mówimy: „nie m a we m n i e innej wo¬

religii naszych „starszych b r a c i " , j a k i m i są wyznawcy

l i , niż wola mojego Boga". Oznacza wybór szaleństwa

judaizmu? Lista p o d o b n y c h , to znaczy niepokojących,

prawdziwego, nie szaleństwa r o d e m z niefrasobliwego

pytań jest wcale długa.

dyskursu. Czy tego rzeczywiście świadomie chcemy?

Procedury nostalgiczne w myśleniu profesora Jusz­

Myślę, że pragnienie mistycyzmu jest w naszym świecie

czaka nie są niczym przypadkowym i mało ważnym,

bardzo rzadko spotykane. Książka Wiesława Juszczaka

wręcz przeciwnie, są t a k zasadnicze, że niepodobna i c h

jest w jakimś sensie bardzo odległa o d naszej współcze¬

krytykować, nie podważając jednocześnie wszystkiego,

sności.

co napisał w Realności

bogów. Jego książka zdaje m i się

Czy i j a k można pogodzić mistycyzm z życiem co¬

wielką podróżą do źródeł, która to podróż fascynuje

dziennym w jego praktycyzmie i trywialności? N i e

m n i e , a jednocześnie napawa lękiem przed niemożli¬

w i e m , chociaż historia dostarcza najróżniejszych przy¬

w y m do ograniczenia i przezwyciężenia pesymizmem,

kładów; mieściłby się w n i c h kazus Emanuela Sweden-

dotyczącym tzw. „naszych czasów", który zdaje się ko¬

borga, jednej z najosobliwszych postaci nowożytnej

nieczną konsekwencją jego rozważań, oraz

k u l t u r y europejskiej,

obawą

m i s t y k a i w i e l k i e g o pisarza,

przed jakimś t r u d n y m do określenia zatraceniem się

uczonego i urzędnika. Podniesienie irracjonalnego sta¬

w fascynującej i przerażającej zarazem otchłani prze¬

w i a także zasadnicze p y t a n i a n a t u r y metodologicznej

szłości.

w odniesieniu do naszej, mojej pracy; i na te pytania
także nie m a m łatwej odpowiedzi.

N a zakończenie chciałbym zatrzymać się przy inne¬
go rodzaju niepokojach, o jakie przyprawiła m n i e książ¬

Staje się teraz oczywiste, co miałem na myśli, mó¬

ka profesora Juszczaka: idzie o relację racjonalnego i i r ­

wiąc, że książka profesora Juszczaka wyprowadziła

racjonalnego. Poznanie poprzez marzenie, które przy¬

m n i e z równowagi i napełniła n i e p o k o j e m i dlaczego

wołuje autor, odnosi się do t a k i c h procedur poznaw¬

jestem m u za to wdzięczny. Jednym k o p n i a k i e m roz¬

czych, które dostarczają d a n y c h niedostępnych pozna¬

walił moje starannie ułożone „puzzle" i wypieszczone

n i u racjonalnemu. W odniesieniu do f e n o m e n u religii,

schematy, które dawały m i poczucie bezpieczeństwa,

może lepiej: wiary, poznanie prawdziwe i godne zaufa¬

jakiego dostarcza nawet nietrwały i złudny porządek.

nia dostępne jest jedynie badaczowi wierzącemu; to sa¬

Muszę się teraz pozbierać w sensie dosłownym i prze¬

m o , jak już zwracałem uwagę, dotyczy czytelników

nośnym, a t a k i stan nieporządku, który należy prze¬

książki. O religii, wierze można zatem jedynie, c h o ć to

kształcić na powrót w porządek, zawsze daje jakiś zysk.

niemało, świadczyć, przeżywszy uprzednio głębokie do¬

Niektórzy twierdzą, że porządek jest w ogóle niepożą¬

świadczenie o charakterze mistycznym. Wszelka i n n a

dany, a może niemożliwy do osiągnięcia. N i e jestem

postawa badawcza jest skażona nieodwołalnie racjona¬

o t y m przekonany; stawiam na napięcie między cha¬

lizmem, „pozytywizmem", j a k chce autor, a zatem fał¬

osem a próbującym go okiełznać porządkiem. N i e

szywa, co najmniej powierzchowna. O t w i e r a się tutaj

w i e m na p e w n o , w j a k i m stopniu zgodzę się z profeso¬

droga do mistycyzmu i nie m a m zamiaru negować jego

r e m Juszczakiem, co może b r z m i arogancko, ale to bę¬

wartości w odniesieniu do religii i wiary. Czy jednako¬

dę wiedział po p o n o w n e j lekturze jego książki. N i e to

woż mistycyzm daje się postulować, czy do mistycyzmu

jest zresztą dla m n i e aż t a k ważne, a pewnie i dla nie¬

można po prostu dojść, skoro tylko podejmie się taką

go, czy i w j a k i m stopniu pogodzimy się i uładzimy.

decyzję? Oczywiście, mistycyzm jest różnie definiowa¬

O w a grzeczność byłaby zapewne jakimś zaprzeczeniem

ny i praktykowany, ale poprzestańmy na rozumieniu

sensu jego przesłania, zawartego w Realności

bogów.

najpowszechniej akceptowanym. Byłoby to zatem pra-

Z mojej wypowiedzi w y n i k a jasno, dlaczego miałem

gnienienie zjednoczenia z Bogiem czy bóstwem bądź

wątpliwości, czy zabierać głos. Jest ona, jak widać, rze¬

absolutem, czy może m o c a m i wyższymi, któremu odpo¬

czywiście nieuczona i daje się bronić jedynie jako zapis

wiada specjalnego rodzaju powołanie, wezwanie z wy¬

pewnego doświadczenia o d b i o r u , zapewne nie wyłącz¬

soka, łaska i wybranie. Człowiek stwarza jedynie wa¬

nie jednostkowego. N i e w y k l u c z o n e , że jest niezbyt

r u n k i przeżycia mistycznego, skutkiem przygotowania

mądra. Może należy odnieść do m n i e samego wypo¬

poprzez odrzucenie świata widzialnego i częstokroć

wiedź jednego z bohaterów W i t k a c e g o : „Powiedziałem

bardzo surową ascezę. Resztę spełnia Bóg (bóg). Powo¬

coś bardzo głębokiego. Przypuszczalnie jest to bzdura".

łani przez Boga różnych czasów, w różnych pismach

Jeśli tak, proszę o wybaczenie.

świętych, odczuwają lęk i proszą Boga, by wybrał inne¬
go człowieka, bardziej godnego. Czy nie nazbyt łatwo
„akceptujemy" mistycyzm bez refleksji i trwogi, czyniąc
go łatwym, niewiele bądź nic nie kosztującym, a zatem
całkowicie fałszywym? Szukamy nie mistycyzmu, lecz
dreszczu. N i e chcemy pamiętać, że oznacza o n , w i n i e n
oznaczać całkowite zniszczenie życia, które jest n a m
tak drogie, unicetwienie całkowite naszego „ja", które
246

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9782" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9760">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/a136a15843724ad484770322f4bb83b1.pdf</src>
        <authentication>d7bc193bc71c5b49c209aeacabec1ec6</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116318">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2724</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116319">
                <text>1998</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116320">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:2535</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116321">
                <text>Dziennik 1914 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116322">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.195-215</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116323">
                <text>Malinowski, Bronisław</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116324">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116325">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116326">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116327">
                <text>Bronisław Malinowski,
Dziennik 1914

Witkacy. Pejzaż nocny. 1922 rok. Pastel.
Ilustracja za: Anna Micińska. Witkacy. Życie i twórczość. Warszawa 1985

Wstęp
Jest rok 1914. Wielkanoc. Bronisław Malinowski z Matką przebywa na wyspie Wight, gdzie kończy pracę nad jedyną (jak
się później okazało) napisaną przez siebie książką po polsku. Zatytułował ją Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego.
Pogląd na genezę religii ze szczególnym uwzględnieniem totemizmu. Miała być ona podstawą jego przyszłej habilitacji na Uni­
wersytecie Jagiellońskim. Impulsem do jej napisania stało się. wydane w 1910 г., dzieło J.G. Frazera. Totemism and Exogamy,
gruntownie przez Malinowskiego skrytykowane w cyklu artykułów opublikowanych w „Ludzie". Rozszerzenie trzeciej jego
części stało się podstawą książki. Jak autor pisał w przedmowie: ..Praca niniejsza nie jest zupełnie jednolita. Z jednej strony za­
wiera ona opracowanie dość specjalnego zagadnienia, które samo przez się nie będzie zapewne zajmowało nikogo spoza cia­
snego i u nas bardzo nielicznego koła etnologów. Z drugiej strony naszkicowana tu została w bardzo ogólnych zarysach teoria
powstania religii, temat mogący zainteresować znacznie szersze koła i posiadający niewątpliwie głębsze znaczenie" , a kończy
przedmowę podziękowaniami dla swoich przyjaciół: S i . Witkiewicza i A. Zaleskiego „za pomoc i rady, których mi udzielili,
czytając i krytykując części manuskryptu. Londyn, kwiecień 1914"- Malinowski przekazał manuskrypt Akademii Umiejętności
podczas swego pożegnalnego pobytu w kraju. Sprawą zajął się. na prośbę autora, prof. Stanisław Estreicher i książka wyszła
drukiem w 1915 roku.
W drugiej połowie kwietnia 1914 wraca do Londynu, do zwykłych zajęć w London School of Economics and Political
Science i coraz bardziej gorączkowych przygotowań do wyjazdu „w tropiki". Uczestniczy w seminariach G.C. Seligmana i E.
Westermarcka, spotyka się z nimi także prywatnie. Szczególną rolę odgrywa Seligman. który był pomysłodawcą i organizato­
rem całego przedsięwzięcia. Jemu właśnie zadedykował Malinowski Argonautów Zachodniego Pacyfiku i na wstępie tej książ­
ki pisał: „Od niego wyszła inicjatywa mojego wyjazdu w teren i zawdzięczam mu więcej niż jestem w stanie wyrazić, dzięku­
ję za nieustanną zachętę i liczne naukowe rady i wskazówki, którymi tak szczerze mnie obdarzał przez cały czas mojej pracy
na Nowej Gwinei. (...) Profesor Seligman (...) pomagał mi w uzyskiwaniu wszystkich (...) stypendiów, a sam przeznaczył 100
funtów na koszty ekspedycji i zaopatrzył mnie w aparat fotograficzny, fonograf, instrumenty antropometryczne oraz inne przy­
bory użyteczne w pracy etnografa".
Pod koniec kwietnia wyjeżdża przez Berlin do Polski. Odwiedza Warszawę, Kraków i Zakopane. Spotyka się z rodziną, zna­
jomymi, załatwia różne sprawy. 9 maja jest już z powrotem w Londynie.
Jednak wszystkie wydarzenia, poprzedzające tę tak brzemienną w skutkach wyprawę, wydają się być przytłumione i ze­
pchnięte na dalszy plan przez kobietę, a raczej przez rozpaczliwe próby Malinowskiego „odkochania się" w kobiecie. Młody
uczony pozostawał pod wielkim urokiem pewnej damy. z którego wszelkimi siłami starał się wyzwolić, zdając sobie sprawę
z braku perspektyw ich związku. Kobietą tą była Otolia Retingerowa, piękna żona Józefa Retingera, młodego działacza poli­
tycznego i publicysty. Oboje pochodzili z Krakowa: Otolia z majątku Goszcza pod Słomnikami, a Józef był synem cenionego
1

3

195

�adwokata krakowskiego. Od 1912 mieszkali w Londynie, z misją dyplomatyczną budzenia sympatii dla polskich aspiracji nie­
podległościowych. Przyjaźnili się z Josephem Conradem i spowodowali jego przyjazd do Polski tuż przed wybuchem I wojny
światowej. Maria Dąbrowska wspominała ich oboje następująco: „Józef Retinger, czarniawy, szczupły, niezwykle interesują­
cy towarzysko człowiek 'wszystkowiedzący', trochę tajemniczy, cokolwiek może właśnie 'Conradyczny', na pewno człowiek
przygody, miał się niebawem odznaczyć niezwykłą skłonnością do skrajnych 'przełomów' światopoglądowych (...) Wówczas
reprezentował w Londynie ideologię Narodowej Demokracji, a więc różnice naszych poglądów były ogromne. (...) Poznali­
śmy także jego ówczesną żonę, osobę prześlicznej urody, z domu Chrzanowską z Goszczy (...) Miała w sobie niewysłowiony
urok jakby właśnie Conradowskich postaci kobiecych; w 'polskim' Londynie plotkowano, że Conrad był pod jej urokiem i że
temu między innymi należy zawdzięczać jego decyzję podróży do Polski". Nie jeden Malinowski był zatem pod wpływem
tej pięknej damy. To ona właśnie poznała obu panów w 1913 roku, gdy odwiedziła Capel House Conrada z młodym antropo­
logiem, który ofiarował pisarzowi egzemplarz swej nowowydanej książki The Family among Australian Aborigines. Remini­
scencje tej wizyty pojawiają się w dzienniku Malinowskiego, ale przytłumione wspomnieniami stosunku do t, pod którym to
znakiem zaszyfrował on Tośkę Retingerową. Jednak wyraźne jest zainteresowanie twórczością Conrada, o której wypowiada
się w superlatywach.
Była jeszcze jedna sprawa, która odegrała istotną rolę w planowanej podróży naszego bohatera. Dotyczyła ona jego najlep­
szego przyjaciela, jakim był wtedy jeszcze Staś Witkiewicz. Otóż w lutym 1914 pisał on do Londynu: „Kochany Broniu: Spo­
tkało mnie najstraszniejsze nieszczęście, jakie być może. Nieszczęsna panna Jadwiga popełniła samobójstwo. Wiele było w tym,
co zaszło od początku tego roku, mojej winy. Czułem się b. źle, ona brała to do siebie i wynikły stąd rzeczy, które przy fatal­
nym zbiegu okoliczności doprowadziły Ją do tego. Gdyby nie Matka, już bym dawno nie żył. Straszną odpowiedzialność biorą
ci, którzy żyć każą mimo zupełniej niemożności życia. Jestem człowiek złamany kompletnie. Dla Niej tylko coś robiłem w sztu­
ce czując się niepotrzebnym. Jestem, o ile mi się zdaje, zupełnie skończony jako artysta. Ale póki Matka żyje, żyć muszę i mam
obowiązek być z Nią i zdać sprawę z tego okresu życia i postanowiłem przez gwałt pracować, jak przez gwałt żyję. Mogłem Ją
zatrzymać nad brzegiem przepaści i nie zrobiłem tego. Ten wyrzut mnie zabija, a oprócz tego jestem sam i czuję się opuszczo­
ny przez wszystko. (...) Jesteś dla mnie jedynym punktem jasnym w świecie oprócz Rodziców." Przyczyny samobójczej śmier­
ci Jadwigi Janczewskiej są dosyć enigmatyczne. Sam Witkacy winił później o jakiś w tym udział Karola Szymanowskiego. Ale
z drugiej strony wiadomo, że utrzymywał, mimo narzeczeństwa, stosunki ze swą byłą kochanką Ireną Solską, a także z przyja­
ciółką Heleną Czerwijowską. Jaką w tym rolę odgrywał Szymanowski? Może po prostu poinformował o tym pannę Jadwigę?
Jakie by nie były powody tej śmierci, miała ona na Witkacego wpływ katastrofalny. Przyjaciółka obu, Eugenia Dunin-Borowska, wspominała: „Staś był wtedy piękny jak młody bóg (...) To tylko matka uratowała go wysyłając go do Australii z przyja­
cielem młodości, głośnym już wtedy uczonym angielskim (...) Bronisławem Malinowskim".
Takie więc były powody słynnej Witkacego podróży w tropiki. Nie trwała ona zresztą zbyt długo, przerwana wybuchem woj­
ny światowej, kłótnią obu przyjaciół i zupełnym już rozminięciem się ich dróg życiowych. Wyruszali jeszcze jako Staś i Bro­
nio, obaj w nienajlepszych humorach, obawiając się tej podróży, ale mając nadzieję, że im ona pomoże, wzmocni duchowo, na­
tchnie do pracy. Stało się jednak inaczej. Dla pierwszego był to tylko epizod nieco bezsensowny i absurdalny, dla drugiego sta­
nowił przełomowy okres w karierze naukowej.
Malinowski nie jest jeszcze tutaj antropologiem jakiego znamy z kart Argonautów Zachodniego Pacyfiku. Jest raczej podróż­
nikiem patrzącym na inną kulturę i krajobraz jak na coś co ma być atrakcyjne. Sam pisze o charakteryzującej go 'apercepcji
ignoranta'. Jest to perspektywa turysty, który przygląda się z zaciekawieniem ale i zniecierpliwieniem ludowemu buddyzmowi
na Ceylonie i porównuje go do „tandetnego katolicyzmu południowych Włoch". Jeszcze stąd bardzo daleko do analizy „from
the native's point of view".
4

5

6

7

8

***
Opracowanie tej części dziennika nastręczało szereg problemów, ze względu na dużą ilość nazw geograficznych, miejsc,
ulic, sklepów a także nazwisk osób, skrótów i inicjałów. Nie wszystko udało mi się jeszcze odszyfrować, za co serdecznie prze­
praszam. Prezentowany poniżej materiał stanowi zeszyt z napisem: „Ventnor Easter 1914", a także część następnego zeszytu,
rozpoczynającego się od notatki pisanej w Port Moresby 20.IX.1914 opisującej pobyt w Zachodniej Australii aż do momentu
wyjazdu do Nowej Gwinei. Zapis ten obejmuje pewien ważny okres: przygotowania do wyjazdu, pożegnalna podróż do Polski,
zwiedzanie Ceylonu i Australii, czyli okres 'przedterenowy'. Materiał ten nie był dotąd publikowany, za wyjątkiem ostatniej no­
tatki, która rozpoczyna przetłumaczone na angielski A Diary in the Strict Sense of the Term.
Grażyna Kubica-Heller

ISY
1

B. Malinowski, Dzieła, t . l , s. 53
Tamże, s. 55. Siady zainteresowania Witkacego tymi zagadnienia­
mi odnajdujemy w jego twórczości, np. O stosunku religii do fdozofii,
O polemice i wrogach a także w dramatach.
Patrz mój artykuł Malinowski i Akademia Umiejętności, „Przegląd
Humanistyczny" 1982, nr 3^1
Patrz Z. Najder, Życie Conrada Korzeniowskiego, Warszawa 1996
M . Dąbrowska, Szkice o Conradzie, wyd.2, Warszawa 1974, s. 250
2

3

4

5

196

Nie wiem czy w sprawie panieńskiego nazwiska Retingerowej racje, ma
Dąbrowska czy Najder, który podaje: Zubrzycka.
Patrz, Najder, op. cit., t. 2, s. 280
S.I. Witkiewicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, Warszawa
1981, s. 52-53
J.E. Płomieński, Polski 'Pontifex Maximus' katastrofizmu, w: Stani­
sław Ignacy Witkiewicz, Człowiek i twórca. Księga pamiątkowa, Warsza­
wa 1957, s. 190
6

7

8

�NAPIS NA T E C Z C E : „VENTNOR E A S T E R 1914"

jak mnie zawsze straszyła [?] i pustka lawy nadbrzeżnej
w Breńa choć tam doznałem [?] wrażeń i samotności.
4

1

Ventnor , Wielka Sobota ?/14, Wielka Niedziela.
Niebo czyste, morze spokojne; radosny, spokojny nastrój.
Po wczorajszym przemęczeniu serca wyspałem się i czuję się
lepiej. W og[óle] przez te parę dni silny przypływ, po długim
okresie brodzenia po mieliźnie. Problem istotnego stosunku
do kobiety. Łączność duchowa i bezwzględne zrozumienie
się wzajemne konieczne. Miłość fizyczna stwarza natęrzenie
[sic] uczucia i pożądanie duszy, która doprowadza do stra­
sznych konfliktów o ile jaźnie są wewnętrznie nieprzenikliwe. Ciągła szarpanina, wybuchy nienawiści maskowane
i sztuczne, wysiłku stworzenia czegoś' z próżni. Tak „próżnia
prześwietlona parą oczu cudownych i ust purpurowych".
Świadoma rezygnacja z rzeczy wyższych, uspokajanie się
tern, że czegoś innego nie można znaleść w życiu. Szukanie
'kobiety dziecka[?]'. A potem głuchy żal, resentment i aksjo­
mat, że 'w miłości oczekuje się cudu". Najgorszy bezwzględ­
ny brak inicjatywy. Chwilami myślałem, że powinno się
świadomie modyfikować tamtą rzecz wolą, że celowe i syste­
matyczne wysiłki powinny być skierowane celem stworzenia
czegoś trwałego między nami. Iluzja! Tam koniecznie potrze­
ba cudu. Tu, [?] szukanie samego siebie trzeba [?]
Męczyła się dość intenzywnie [??] z 9. Symf[onią] mia­
łem napad ujemnych rzeczy, silnej nienawiści.
We Środę 1 .IV. silny przypływ namiętności [??] bezna­
dziejna potrzeba obecności. Kiedym został [?] tak błagałem
jak o litość o widzenie. Widzenie się w ogródku ujemne. Roz­
stajemy się po powiedzeniu sobie prawdy, rozsądnie i spokoj­
nie. Jestem potem [???] mam nadzieję, że wszystko będzie
dobrze, że nie warto zrywać na ten krótki czas. [???] Idziemy
po [?] Noc ciemna, rzeka cicho przemyka [?] Odczuwam
brak sympatyi [?] ją lekko - zastępują magję miłości jakiemś
[?] kuglarstwem. Po [???] być miłym i dowcipnym [???}
z sentymentalizmem?) Rozstajemy się - po raz ostatni. Po­
tem jeszcze u mnie w Poniedziałek, potem [??].
14.IV. 14.
Wczoraj chwilowy powrót sentymentu, potem ciągle
znów trochę zmęczony, przepracowany [??] Czuję jako wspo­
mnienia powoli płowieją i żal mi tego. Nad morzem cudow­
nie i odpływ; brązowe kamienie kąpią się w sinem morzu
i nabierają ciepłych, fjoletowych odcieni. Wracam myślą do
przeszłości do n ; roztapiam się w cudnym krajobrazie. Od­
czuwam pustkę chwili obecnej; nie jestem sam ani z nikim.
Życie wydaje mi się płytką wodą, przez którą się brodzi
z przykrością, nie mogąc się ani zanurzyć ani wydostać.
Z Mamą? stosunki [?]. W samej rzeczy jestem wciąż zdener­
wowany i potwornie opryskliwy. Nie umiem panować nad
ciągiem, nieustającem zniecierpliwieniem brutalnem. Dość
dużo brutalności i ordynarności wewnętrznej. Wieczorem sie­
dzę w domu i piszę. Myślę o r* i jestem b. smutny; myślę z ża­
lem o tern co było i co już minęło bezpowrotnie; w smutnym,
rzewnym, zrezygnowanym żalu. Jestem dla niej [?] usposo­
biony. Mam poczucie jakby była obecna [???] Wczoraj wie­
czór nastrój biblijny, [?] a la W. Bronię się przeciw femini­
zmowi, rozumiem [?]. Ulegam nastrojowi. Budzi się w trochę
nieokreślony sposób lekka tęsknota do t. Pewien szwung do
pracy. Pogoda cudna. Dziwne jest to odniesienie się do życia
[???] Czyż życie można szukać tylko nazewnątrz? Pamiętam
2

15.IV. 14. (środa)
Praca idzie mi nieźle i układam obecnie spis rzeczy i kon­
troluję całość. Dopiero teraz widzę jasno jak dalece ta książ­
ka jest dokumentem [?] i jak szalenie dużo musiałbym je­
szcze pracować ażeby coś jeszcze z tego zrobić. Ale nauczy­
łem się bardzo dużo przytem wszystkiem. Czytając teraz mu­
szę sobie jasno sformułować luki zasadnicze i problemy
otwarte.
Czując się trochę lepiej nie odczuwam tak silnie pustki
życia. Czasem opada mnie [?] tęsknota. Zasypiając wczoraj
broniłem się [?] marzeniem za objęciem białych ramion. Wy­
obraźnia pozwalająca marzeniom zaspokoić każdy odruch
życia, każdy popęd [?] życie w dwojakim sensie: przedewszystkiem w myśli, w marzeniach trzymamy się znacznie lu­
źniejszych zasad etyki; robimy to, postępujemy tak, jakby­
śmy w rzeczywistości nigdy nie postąpili. To jednak osłabia
siłę zasad życiowych. Wszystkie zbrodnie spełnia się naprzód
w marzeniach. Ale, i to jest druga strona fatalna, silne czyny
nie rodzą się równie szybko w marzeniu. Marzy się po linjach
najmniejszego oporu; ideały nie chodzą po tych linjach, nie
można ich tam spotkać. Marząc, zadawalnia się popędy, bę­
dące sprężyną postępowania, wyładowuje się istotne siły
organizmu. Wczoraj postanowiłem przeprowadzić ściślejszą
kontrolę mych marzeń. - To jest punkt nadający się do teore­
tycznego pogłębienia; kojarzenia uczuciowe, myślenie uczu­
ciowe.
Wczoraj: przedpołudniem] praca w domu, spacer do par­
ku, zmęczenie; po ludzku czuję się dość śpiący, pelikany od­
jeżdżają. Pracuję trochę z jaką godzinkę, czytam Candide.
Może najlepsza rzecz Shaw'a ; wpadł na istotnie dramatycz­
ną sytuację i dobrzeją zarysował.
Chwyta mnie specyficzna chandra nadmorska; znam ją
dobrze z wysp. Morze zieje pustką, wypełnioną obietnicami;
nienaruszoność jego bezmiaru pociąga i rozczarowuje. Pogo­
da popołudniu, spokój i wieczny dramat zachodzącego słoń­
ca. Idę ku Shanklin z M[amą], z kt[órą] stos[unki] nieco się
poprawiły. Na lando[?] idę sam dalej. Bierze mnie przepojo­
ny zielonością mchów i bluszczem lasek; ptaki śpiewają, mo­
rze szepce blisko[?]. Pośród poplątanych gałęzi przegląda
ciemno zielone. Staję na dużym omszałym kamieniu i dozna­
jąc metafizycznego roztopienia się w otoczeniu; piję namięt­
ność, spokój, bezpośredniość, świeżość i rzeczywistość. Tak,
rzeczywistość. Uniesienie wywołuje silną potrzebę stwier­
dzenia realności tego co mam przed sobą. Zlania się z tern.
Znów koncepcja nirwany jako bezwzględnego objektywizmu, jako zabicia siebie przez zlanie się duchowe z przyrodą.
Jedyna forma racjonalnego samobójstwa. Ezoteryczne zna­
czenie filozofii buddyjskiej.
5

6

16.IV.14.
Praca idzie mi nienajgorzej, choć jest to praca zupełnie
rzemieślnicza - czytanie i [?] poprawianie dr. S. Pewna przy­
jemność konstrukcyjna.
Mam bardzo małą tendencję do [?] wkraczania w życie.
Doświadczenie lat dawnych nauczyło mnie, że od postano­
wienia i nadziei poprawy i postępu do wykonania jest b[ardzo] daleka droga. Ale stała, uparta, systematyczna (te 3 rze­
czy, które są dla mnie w ogóle najtrudniejsze!) kontrolowanie

197

�się na punktach zasadniczych. Równomierne podnoszenie
poziomu życia na wszystkich punktach niewątpliwie prowa­
dzi do celu. Teraz np. powinienem starać się żyć bezwzglę­
dnie w prawdzie sytuacji. Nie zaspokajać żadnych potrzeb
uczuciowych powrotami myślowymi do niej. Ja jeszcze mam
chwile niepewności, chwile „a może"; chwile w którychbym
pragnął, żeby ona do mnie jeszcze wróciła - choćby na to ,
ażebym ja mógł odejść z gestem. Te rzeczy powinno się bez­
względnie wypalać.
Wczoraj. Rano pracowałem; popołudniu, o 3=ciej łódką
do Blackgang. Kołysanie trochę mnie peszy, z powrotem
wiatr. Tak, że w niezupełnym fizycznym well-being nie od­
czuwam tak silnie rozkoszy przeżyć nowych i dziwnych.
Brzeg od Ventnor do S=t Catherine's cudowny. Z tyłu ścięta
równa ściana, stół, patrzący ku morzu prostopadłą skałą
z uwarstwowionych łupków. U stóp tej skały rozpoczyna się
łagodną pochyłością aż ku morzu schodzący taras pokryty
cudowną zielonością. Bliżej ku Ventnor, pochyłość ta [?] jest
od strony morza i brzeg wznosi się bezpośrednio na[d] mo­
rzem białą ścianą kredową. Dalej ku St. Catherine's] cudow­
ne, szmaragdowe łączki schodzą łagodnie aż do samego mo­
rza. Przypominam sobie popołudnie kiedyśmy z n objeżdża­
l i ^ ] wyspę; patrząc na nasz domek w S[?]. Obejmuje wzro­
kiem łączki zielone i drzewa, jeszcze nagie, w bogatych, buj­
nych kępach w mięk[k]im łagodnym konturze, rozrzucone po
łąkach. Przypominam, jak mnie ten pejzarz [sic] kiedyś za­
chwycał i czuję znowu że go kocham. Patrzę na ścieżki który­
mi wtedy chodziłem. Z. St. Catherine (wioska której wów­
czas nie zauważyłem [?]) wał ścian z piaskowca, żółtych, gra­
jących silnie z niebiesko zielonem morzem. Zamglone brzegi
mainlandu.
Przez cały czas marzę o takich przyjemnościach, jak ja za­
pewne będę miał w lato w Australii. Posiadam jakąś niezdol­
ność brania życia bezpośrednio, w szczegółach tego co mi da­
je. Muszę ująć każde przeżycie jako część większej całości,
jak szczegół systemu czegoś. Myślę jakby to było cudnie być
milyonerem i posiadać taką Stram Launch[?] na własność.
Wieczór pracuję w domu, i piszę petit poeme en prose;
który ułożyłem na spacerze do C[?]. Myślałem też dużo i in­
tensywnie о п. O t. myślałem [?] i z tęsknotą. Ale staram się
opanować i jasno uprzytomnić ramy, w których to trzeba
utrzymywać. Koniec.
18.IV. 14.
Dziś ostatni dzień w Ventnor. Szybko kończę czytanie pol­
skiego [manuskryptu]. Jestem w ogóle już trochę porwany
rozpędem podróży. Z tego punktu widzenia jestem b. zado­
wolony ze skończenia sprawy z t. Rzeczywiście będę musiał
skupić się na przygotowaniach, starać się doprowadzić wszy­
stko do ładu i „be efficient". - Jestem dziś w ogóle trochę
zmęczony (serce) choć trzymam się; praca mnie pochłania
i tęsknotę w niej topię.
We Czwartek poszedłem na spacer ku Shanklin. Śliczna
kotlinka w Luccombe Chine. Widzę przed sobą ujście pia­
skowcowe parowu, zamknięte dla publiczności i nachodzą
mnie socjalistyczne refleksje. Widok z góry na Shanklin, sub­
telnie wykrojoną zatokę, zamkniętą białą ścianą i wgłąb wy­
spy b. ładny. Entuzjazm dla morza; cudna elegancja, cudow­
ność, katastroficzność objawienia morza. Biała piana, symbol
piękna.

198

19.IV. 14. Londyn.
Wczoraj po powrocie zastałem dużo listów. Miałem jakiś
niepokój, przygnębienie, poczucie rozpaczliwej pustki. Pod­
świadomie wyczekiwałem czegoś, głównie od t i byłem tro­
chę dissapointed nic nie mając. Czy pojechała z Kasią do Ea­
stbourne? Musiałem sobie sformułować, że to już nie mój bu­
siness. List b. przygnębiający od Stasia. Zrozumiałem, że to
już rzeczywiście, być może, koniec z nim. Śnił mi się dziś
w nocy. Będę musiał zrobić wszystko, ażeby wydostać dlań
pieniędzy i żeby pojechał ze mną. List od n b. mnie [?] jest
moim prawdziwym przyjacielem; miałem znów silną potrze­
bę ażeby pojechać tamta drogą. Jestem trochę przygnębiony
powrotem do Lfondynu]. - Świadomość tego, że mam przed
sobą pilną robotę dodaje mi trochę sił.
7

20.IV. 14.
Londyn mi nie służy. Prawie niepodobna wytrzymać
w tym gatunku skupienia, w kt[órym] byłem nad morzem.
Wczoraj np. latam bez powodu do [?] Dunn. Wieczorem
u Boreniusów; [?] z książki i [?] z Mrs D. wprowadzają mnie
w całkfowicie] niepożądany nastrój. Myślę o 'zastrzykiwaniu' arszeniku. Niezróżniczkowana zmysł[owość]. Nie­
wątpliwie] bronię się świadomie i skutecznie, ale do idealne­
go treningu b. daleko. B. kiepsko usypiam - i mnóstwo naj­
gorszych myśli mi przychodzi.
Co do :, to mam częste powroty; zmysłowo czuję, że tyl­
ko ona posiada dla mnie wartość. Chwilę wczoraj miałem
znów poczucie, że to jest jednak najistotniejsza rzecz, i, że za
wszelką cenę... Ale zawsze wychodzę zwycięsko. Poczucie
jakiejś niewspółmierności; kłamliwości czy nieszczerości
z tamtej strony. Chwilami mi się zdaje, że to tylko nieugiętość[?] była z jej strony i chęć zbrutalizowania, opanowania
z mojej. I że na tym tle była cała walka. Wiem w każdym ra­
zie, że bym się nie mógł był na niej oprzeć. Właściwie czuję,
że teraz tęsknię już nie za rzeczami [?] ale za czemś stałem.
Bezwzględnie powinienem zachowywać czystość wewnętrz­
ną i zewnętrzną.
W pracy mojej widzę coraz wyraźniej luki i perspektywy.
Powinienem bardziej na tern się skupiać, zwłaszcza, że praca
obecna mi pochłania dużo energji psychicznej.
Przed wyjazdem muszę załatwić podanie o stypendjum;
dziś po południu. Pójść się dowiedzieć do Derry'ego o kata­
log Callinu[?]
21.IV. 14.
Czuję się nie b. dobrze. Spałem kiepsko przez 2 ostatnie
noce. Nie zasypiam od razu, pomimo zmęczenia tylko kłębię
się poprzez przyćmioną świadomość swoją potwornych [?]
i niemoralnych myśli. Tak samo po obudzeniu [?]. Trzebaby
to zupełnie usunąć. Wprowadzić stan siły, opanowania
i prawdy. W stos[unku] do t nie miałem prawdy; uczyłem się
niedopowiadać rzeczy, fałszować przed samym sobą. Czy
byłbym ryzykował wszystko ażeby się z nią na stałe połą­
czyć, tego nie wiem. Faktem jest jednak, że wmawiałem to
sobie z dobrą wiarą. Ostatecznie miałem dla niej [?]. Chwila­
mi wprost traciłem przyt[omność]?, szukając jej, idąc do niej.
W R[eading] R[oom], kiedy czasem koniecznie chciałem ją
zobaczyć i jej nie było. Kiedyś, kiedy ją spotkałem wycho­
dząc z tamtąd i ona zamiast iść ze mną poszła po tym na
Ch[?j St[reet]. Byłem w stanach wściekłego upadku, zdany
na łaskę i niełaskę i to nie losu, ale kobiety, której absolutnie

�nie widziałem[?]. Dotąd nie mam pojęcia, że dalej[?] ona ist­
nieje. Włas'ciwie ona odeszła odemnie pierwsza. Ja nie był­
bym się oderwał. Wtedy we Środę rano [??] miałem znów
okres bezwzględnej [?] Błagałem o litość. Potem ona też by­
ła odporna we Czwartek i za obydwoma widzeniami nie bra­
łem jej. Jedyną rzeczą, która mi pozostała było dać pierwsze­
mu znak [?]. Na dnie miałem nadzieję, że ona wróci - nadzie­
ję syconą głównie miłością własną.
Chodzi o to ażeby się wydostać na drugi brzeg. Ażeby żyć
w samotnos'ci. Erotyzm i sentymentalizm [?] zabierają mnie
jeszcze b. często; widok drzew o czarnych pniach i zielonej
aureoli wiosny; cudne wieczory przesycone upałem dnia [?]
wielkomiejskim, w którym kryje się tyle tęsknoty za naturą,
tyle snów o cudnych wilgotnych lasach, gdzie cicho się stąpa
po mchach... Nie mam samopoczucia oparcia się na czemkolwiek; chociaż zdaje mi się będę grawitował w kierunku mo­
ich prac naukowych. Ten wyjazd teraz przedstawia się trochę
jako blanco w moim życiu. Jeżeli potrafię cos' zrobić, to je­
szcze wrócę, i z tego na pewno cos' będzie. Jeżeli nie potrafię,
to będę miał sumę ciekawych i niezwykłych przeżyć za sobą.
22.IV. 14. Środa rano[?]
Ciągła [?]; ciągła walka[?] z kobietą niewidzialną, nie­
obecną, nieuchwytną ale paraliżującą we mnie prawdziwą
zdolnos'c, radość życia, stwarzająca jakąś pustkę, która mnie
wciąż absorbuje, przepaść, która mnie wciąż pociąga siłą ni­
cości. Wyraźnie rozumiem teraz, dlaczego kobieta jest sym­
bolem zła, zniszczenia podkopania dla mężczyzny. To jest
walka o niezależność; walka między człowiekiem naprawdę
twórczym a spokojnym członkiem stada.
Wczoraj przedpołudniem] przychodzi Marta i Kasia. Ja
opracowuję referat do Brit[ish] Association for the Advance­
ment of Science]. Potem via Russian Consulate do Brit[ish]
Mus[eum]. Jestem pod narkozą upału, pogody, zieleni budzą­
cej się do życia, melodyi przebijających się przez powalę my­
śli. Niezdolność skupienia się, tęsknota za miłością, za rze­
czami dziwnymi, które się dzieją jak w bajce, a kt[órych]
w życiu nie ma. Idę po szarej, brudnej powierzchni życia,
wśród rozpalonych refleksów - dyszących tęsknotą za
wsią[?]: w Brit[ish] Mus[eum] żądam książki i uciekam.
W domu lunch z Mamą i [?] Jestem nieobecny, właściwie cią­
gle podminowany sprzeczną tęsknota za t. Jak tylko ją sfor­
mułuję, jak tylko jasno uprzytomnię sobie możliwość jej obe­
cności, tęsknota znika, spokój bierze górę. Zawsze mówię:
dobrze się stało. A jednak żal niewymowny. Nie wierzę w jej
charakter i wiem, że by mi nigdy z nią naprawdę dobrze nie
było. Ale b. się przywiązałem i posiada dla mnie olbrzymi
zmysłowy i artystyczny urok. Ten ostatni [?] niż twórczy.
Po południu via Britfish] Mus[eum], gdzie nie mogę sku­
pić myśli, do Miss Jones, na topie 68., mało sentymentalnych
wspomnień. Wracam piechotą przez Primrose Hill. Tam jak­
by zrzucenie jarzma. Wtedy, w ostatnią Sobotę Stycznia, kie­
dy zerwała ze mną po raz drugi, szedłem tam sam w nocy,
przepełniony siłą i radością, poczuciem swobody i twórczo­
ści, bezwzględnie zdecydowany, że już nie wrócę. Wczoraj
Prifmrose] Hill cudny w aureoli złota zielonych pąków, które
płoną srebrem i złotem na czarnych konarach drzew, jako try­
umf życia nad [?] mumifikacji wielkomiejskiej. Ten efekt
przypomina mi zaraz / i napełnia żalem. Przypominam sobie
wiosnę roku zeszłego jak szedłem skwerami do n na 16, Fitzroy St. i czułem wiosenny nastrój budzącej się miłości. Jak

ją wtedy inaczej widziałem! fizycznie i moralnie. Dokładnie
mogę sobie przypomnieć jej twarz ówczesną. Wczoraj na
Prim[rose] Hill przypływ siły. „Muszę stworzyć coś nowego
w życiu, wydobyć plus ultra. Nie chcę poruszać się w jednostajnem zamkniętem kole ciągle tych samych upadków i gra­
moleń." Miałem chwile upadku - chciałem się przystawiać
do każdej kobiety - ale się opanowałem.
Te wstrętne, [?] instynkty - dziwne jak sobie wyobrażę
w ich świetle jej psychologię, opanowuje mnie wstręt - i od­
padają one odemnie automat[ycznie]. Ale sam nie mam dość
sił, ażeby z nimi wprost walczyć. Wstrętne.
Wieczorem dostaję jej kartkę. Peszy mnie bardzo. Zabi­
jam w gimnastyce. Mam chwile metafizycznej więzi. Jestem
sam w jakimś ciemnym, wysokim korytarzu. Czuję potwor­
nie silną rękę losu, który mnie prowadzi. Bezwzględne po­
czucie metafizycznej pokory. Korzę się przed bezmiarem
świata, którego nie ogarnę, a którego pożądam; przed siłą lo­
su, który mnie wiedzie bez oporu i względów; przed tajemni­
czą zagadką istnienia, której okrucieństwo i spokój odczu­
wam bezwzględnie. Odczuwam całą nicość walki o swoje ja,
stwarzania siebie z pustki, aby się znowu w pustkę obrócić. Takie chwile są istotnie religijne; jak mówi Szymberski „roz­
mowa z Bogiem". Dodaje[?] siły wewnętrznej. - Jest mi wła­
ściwie źle; tęsknię za kobietą; tęsknię nawet za t. Ale chcę iść
w przeciwną stronę. Przechodzę teraz okres „odkochiwania
się", podobny w psychologicznym] zabarwieniu do
procfesu] zakochiw[ania] się. Nie śpię, niemam apetytu, je­
stem [?].
Piątek 24.IV. 14 w Berlinie.
Od tej kartki, kt[óra] mi ją znów przypomniała silnie,
przechodzę wciąż stan silnego uczuciowego] powrotu.
W Środę rano opanowuje się, odsuwam czytanie powieści
i biorę się do roboty; przepisuję podanie o stypfendium].
Marta na dole. Idę się kąpać; cudne drzewka w ogródku. Tę­
sknota za nią; żal, że wyjeżdżam, że stracę to cudowne przej­
ście w Lond[ynie]. Czytam z M . m.s. [manuskrypt] ostatecz­
ne poprawki. Potem via Antropfologiczny] instytut do Uni­
wersytetu. Rozmawiam z Sekretarką: kobieta.
Szarpie mnie wciąż problem [?] tęsknota og[ólna],
potrz[eba] czegoś zwraca mnie ku jakiejś parze oczu, jakie­
muś profilowi; wówczas tłumię to w sobie [?] t. Potem zno­
wu z nią walczę. Kupuję u Gamage i u Rablis'a. Potem via
Marta, której nie ma[?], do domu. Myślę chwilami
0 t z mię[k]kim sentymentem]. Przypominam miejsca
1 chwile. W domu wielki pośpiech; uczucie samotnościf?]: ja
i M[atka] na całym świecie. Żal, że M=ę opuszczam. Wyjazd
[??]
Jestem niezmiernie] smutny i opuszczony. W kolei przy­
pominam] sobie z niezmierną] siłą jazdę do Conrfada]. Pa­
trzę przez okno na Tamizę. Tędyśmy wracali, jedne po dru­
gich występ[ują] wspomnienia] tamtego dnia i nocy w Sandgate. Ta linja jest bezwzględnie] związana z nią. Zamykam
oczy; idzie ku mnie z ciemności; widzę ją coraz wyraźniej jak
idzie z [?] w twarzy i staje przedemną; [?] zrodzona z bólu
i tęsknoty; odczuwam fizycznie jej obecność. W uszach
brzmi mi wciąż motyw beznadziejnego bólu z Parsivala. Po­
raź pierwszy od zerwania nie odchodzę od niej myślą; żal
szalony, że się tak stało. Łzawy żal. Nie mam nawet jasnej
pewności, że nie wrócę. Mam poczucie, że ona przechodzi
przez podobny stan. Równocześnie myślę sobie, że jestem
8

9

�zmęczony, osłabiony, i że nie mogę decydować o stanie swym
wewnętrznym. Nie jestem pewien cobym zrobił gdybym ją
wtedy właśnie spotkał. [??] Przypomin[am] - [?] ten ranek
mroźny: 3 osoby, ona z gazetą. Jej twarz - wróbelek mały w tamtym kapeluszu z piórem. Głos Conrada po francusku. "
Potem druga. W [?] patrzę na [?], tam gdzieśmy chodzili ra­
zem. Statek odjeżdża; podwójny błysk latarni. Błądzę wzro­
kiem na lewo, tam gdzieśmy szli. Zaczyna się beznadziejna,
tępa pustka; odchłań pod wszystkiem, przepojenie rezygna­
cją. Przez cały ten czas, aż do tej chwili jest mi strasznie źle.
Ból przenikający wszystko; „poczucie, że się wszystko skoń­
czyło" i wyczerpało aż do dna. Ból nie ludzki, nie indywidu­
alny: Jest się kawałem cierpiącej materyi. W całem ciele rów­
nomiernie rozmieszczone cierpienie; „homogeniczna bryła
miękiej, lepkiej, cierpiącej materyi". Cierpię strasznie po­
przez fale szaro zielone; poprzez cudny [?] pejzaż [?] gdzie
w zielonej [?] budzących się drzew przewija się fiolet daw­
nych cieniów nocy i złoto budzącego się dnia. Drzewa owo­
cowe w kwiecie, lasy, łąki - wszystko najcudniej zielone,
wszystko rozszalałe i zesztywniałe w najwyższym uniesieniu
rozkwitu i obietnic - wszystko to przykrywa cienkim, prze­
zroczystym, co chwila szarpiącym się woalem czasu, bezden­
ną, jednolitą pustką. Tęsknię za nią strasznie - a jednak wiem
że nie powrócę; mówię do niej; mam do nie żal, że [?] ode­
szła. Strasznie żałuję, że tak się stało. Chciałbym żeby i ona
cierpiała, żeby jej módz rzucić całą winę [?]. Potem chwile
ostrzeżenia. Ciekaw jestem jak się ona czuje. Poczucie swej
własnej małości. Może najgorsza właśnie ta dwoistość. Ta
niepewność. Czytanie Return Conrada." Bajeczna rzecz. Tak
i ona też mi miała [?] i ona też byłaby na zawsze czemś niebezpiecznem, czemś co może doprowadzić do samobójstwa,
do zaprzecz[enia] życia. Tak ona byłaby mi zepsuła życie czy ja wiem? Czy można taką rzecz kiedykolwiek wiedzieć?
Obrachować?
Podczas całej drogi czuję się potwornie przemęczony brak sił nerwowych; czuję że powinienem po prostu spać.
A jednak siedzę i czytam; ruszam się. Czuję, że tylko albo
praca albo sen pozwolą mi zabić tęsknotę, żal. Czytam Notes
&amp; Querries i myślę lepiej. Nie daję się oszwabić kondukto­
rowi i kontent jestem. W Berlinie pogoda, cudna zieleń; ba­
jeczna w nocy jak abażur na wielkich lampach łukowych bru­
talnie [?] w sam środek drzewa. Miasto jak zawsze wstrętne;
ale tym razem w imię / i pod znakiem moich poprzednich do­
świadczeń (przedostatni raz byłem sam, jadąc do Warszawy
[???] ostatni raz z Mamą; otrzymuję list od t na poste restan­
te; dziwka [?] z bajecznie dystyngowaną twarzą) nie prosty­
tuuje oczu.
Biorę Niemców z wyższego, czysto teoretycznego odnie­
sienia się i odczuwam do nich wyraźną sympatję. Bajecznie
wszechstronny i plastyczny naród; jedyny gdzie naprawdę
kultura daje całą, objektywnie pełną skalę możliwości.
W por[ównaniu] z Angl[ią] imponują oni osobistą, istotną
Leistungsfahigkeit [sprawność, wydajność]; a nie szykiem
i stylem.
Wczoraj idę do optyka, do Med[izinische] Warenhaus;
szukam w 4 sklepach antropologicznych] narzędzi. Potem
Wertheim, optyk (jestem nawpół przytomny ze zmęczfenia])
na Tristana; nawpół śpię. Chwilami ból intenzywny, jak roz­
palone obcęgi, w 2. akcie, kiedy ona oczekuje. Potem żal dłu­
gi, mięki, głęboki. Wciąż jestem z nią. - Orkiestra bajeczna,
właściwie dopiero teraz naprawdę. 1. klasy przedstawienie.
1

12

200

W nocy na banhof, kartka do n- ledwo na nogach stoję. Dziś
od rana trochę mi lepiej i mam tylko gwałtowne chwilowe na­
pady żalu. Rano tzn. o 10'/: na kolej i potem piechotą na [?].
[?] bajecznie miły; interesuje się mną; daje mi skale barw
skóry; pisze do Martina [pewnie list polecający]. Muzeum
zdaje mi się znacznie lepsze od [?]. To mnie trochę podnieca
i nie myślę o t przez chwilę. Potem wraca ze straszną tęskno­
tą. Są ludzie, kt[órzy] są po prostu jakby wielką pomyłką na­
tury, Pana Boga, czy [?]. Tak przez chwilę myślę; ale nie; po­
myłka leży zawsze w konstelacyi, t jest pomyłką w stosunku
do mnie i do [??] nat. warunków. Chciałbym się uczciwie
i poważnie pomodlić[?] Jak przyjaciel prawdziwy. - [?] śpię.
Zakopane 3. Maja.
Smutny nastrój podczas tej pożegnalnej podróży po Pol­
sce. W Warszawie tęsknota i zakochanie się w w, na tle tęsk­
noty za Londfynem] i za tern co było, przemieszana z żalem
za t i z żalem do siebie, że jestem taki [?]ny. [?] rozstania się
z [?] jej rozpacz i potworny wyrzut sumienia, że ja taką rzecz
mogę zrobić zupełnie [?] i za darmo. - [??] tym strasznym [?]
rzeczy. Na chwilę zapominam o własnem szczęściu, o prawie
do szczęścia, myślę tylko o prawie do życia swojego i cudze­
go; mam silne przeczulenie etyczne. Moje własne rzeczy ma­
leją do zera. Mam wrażenie, że żyję w idealnych warunkach,
że ja mam jeszcze czas i sposobność na wszystko. Nawet mo­
je życie przedstawia mi się od wewnątrz jaśniej i celowiej, ale
za cenę tylko przesunięcia płaszczyzny etycznej. Od dłuższe­
go czasu (!) od wyjazdu z Warszawy nie odczuwam niepoko­
ju za kobietą. To co widzę tu działa jeszcze silniej.
Spisuję po kolei treść dni przeżytych: W Piątek po prze­
spaniu się czuję się świeży i wypoczęty; odwożę rzeczy na
banhof. Gotuję się na Parcivala. Idę na mleko kwaśne i piszę
list do Mamy Hermana[?]. Następnie na pocztę, kolejka
podziemna na Bismarckstrasse. Niema miejsc na Parcivala.
Jestem speszony; ogarnia mnie tęsknota, która gdzieś tam by­
ła, ale miałem nadzieję utopić ją w muzyce. Parę akordów
Parcivala mnie prześladuje. Idę piechotą długiemi ulicami,
potem Tiergartenem. Coraz wyraźniej występuje jej sylweta.
Wchodzę w ciemne aleje, z czarnymi, przejrzystymi sienia­
mi. Ciepło; zwierciadła sadzawek odbijają drzewa, brzeg,
niego. W Parku mało osób; pary zakochane siedzą na ław­
kach. Ogarnia mnie szalony żal. Czuję ją wciąż wkoło siebie.
[??] pełnym rezygnacyi i ukojenia, które [?] się jakąś ukrytą,
półświadomą nadzieją. Musze sobie powtarzać, że absolutnie
do niej nie wrócę; że myślę o niej tak blisko z powodu zupeł­
nej niemożliwości powrotu do niej, przynajmniej w danej
chwili. Na kolei, dostaję ławkę; jadę ze zniemczonym pola­
kiem, śpię b. źle, staram się o odrętwienie. Na granicy długie
czekanie. Czytam Conrada [???] z grubym niemcem. [??]
Czytam Conrada i dzieła niemieckie.
W Warszawie. Hotel. [?] w [Wandzia] wygląda b. ładnie,
efektowne uczesanie, w białej bluzce.[?] czy jedzie do
Krak[owa] mówimy o / [?] patrząc jej w oczy; mam wraże­
nie, że mogłoby coś być [?] rozmowa ze starymi o muzyce
i o okrętach. Potem do Szpot[ańskich ] [?] flota; dowiaduję
się o M . Potem do Sz[?]ów, Stach b. kiepsko, blady, zmie­
niony, źle mówi, umysł mocno przyćmiony. Przypomina mi
wuja Bronisława podczas ostatniej jego choroby. B. przykre
wrażenie. Mówimy o mojej jeździe; przychodzi jego matka.
Potem idę do kawiarnif?] gdzie August Xaw[ery] Zalfeski ]
i Ochenkowski. Rozmowa about nothing, [?] etc. Potem do
13

1 4

15

�16

Stasia Zielińskiego]. Żenią trochę zmieniona. Rozmowa
0 niczem (zbierałem się na rozmowę istotną z nią!) czuję za­
wsze, że stoi na wysokości tego co ja mówię. Dowiaduję się,
że jest pregnant. Peszy mnie to. Mówię jej o moich planach.
Radzi mi wziąć Stasia. Wychodzę wcześnie, z ulgą. Uwolni­
łem się od bezpośredniego jej uroku. Chciałbym jej tylko po­
wiedzieć, [?] cieszę jej szczęściem.
Wieczór chcę iść do Etonki, na operę, nic z tego. Wysyłam
list i idę na spacer w aleje. Tęsknię za w, ale myślę, że z tego
nic nie będzie. Jest ona jedną z niewielu panien, o kt[órej]
mógłbym myśleć en termes de manage. [?] Ciocia Kazia[?].
Mówi o miłości [?] Odczuwam zazdrość. Do w odczuwam tę
falę rzeczy świeżych, natchnienie miłości, coś co porywa
1 pcha. Może najsilniejszą fazę miłości. Myślę czyby jej nie
dać znaku jakiego. Obiad; gadanie ogólne. Ona mi mówi, że
nie pojedzie do Krak[owa] i że jest sorry. I ja także. Potem
rozmawiamy sami - o czem? O czemś półsubjektywnemf?]
w czem się człowiek stara powiedzieć rzeczy pośrednio.
I opowiadam wizytę u [?]. Potem via Eton, kt. niema, via Ha­
linka, kt. niema [?]. Acha, rano u [?] Władzia, Schneiderowa.
Rodzina Halinki.
Potem idąc do p. [?] spotykam w z siostrą, idę z nimi.
[???] Tam cały wieczór. S[?]ówna mi mówi prawdę o jego
zdrowiu. Siedzę tam długo, idę spać.
W Poniedzfiałek] dent[ysta], kupowanie lornetki, wizyta
w Heliosie. Jestem spokojny; staram się być uważny i skupio­
ny. Z w bfardzo] miło mam do mówienia. Obiad u S[?]. Etonka. Czuję [?] pożądanie z ciekawości i równocześnie zdaję
sobie sprawę z nierealności[?] i opanowuję się. Acha, Halina
- dentysta - Etonka - Halina i spacer na 3 most. Jadę do Sz[?]
I przez cały czas mam [?] do w), potem z Aug[ustem Zale­
skim] do Ochenk[owskiego] Razem spacer [??] o rzeczach
płciowych; jazda do Krak[owa] [?] nad ranem, piszę notatki,
numeruję kartki. W Krak[owie] najpierw do Akad[emii
Umiejętności] [?] przyjmuje mnie Schf?], Rydel [?] w ogóle
parszywe plotki. Pensjonat. Rostafińscy. [?] Augusta [Wit­
kowskiego ] kochałem jak ojca. [??] W Krak[owie] mam sil­
ne przypomnienia f, ale bez wyraźnego [??}, który zresztą
tłumię świadomie. Podwale 2[?] tam gdzie [?] schodziłem.
Szczepańska ulica. Via Strasburger", [?] Żuł[awski ]do [?]
Ulan[owski ] długie ględzenie antigwinejskie i utrudnienia
z M.S.[manuskryptem]. Pensjonat; idę na kolej dowiedzieć
się o pociąg, Śpię w ubraniu.
17

18

19

21

22

Kraków. 6.V.14. Opis pobytu w Zakopanem.
Pogoda cudowna; powietrze niebywale przezroczyste.
Wszystko pokryte odświętną pustką; pustką rzeczy świętują­
cych, odpoczywających, bezcelowych. Jestem bardzo dużo
ze Stasiem. B. przygnębiony jego stanem; czuję, że zamknię­
cie życia z tamtej strony, że zniszczenie jego jest upadkiem
jednego z moich ideałów. Wierzyłem i do dziś dnia wierzę
w Stasia, w jego geniusz i indywidualność; jest on dla mnie
wcieleniem duchowej wyższości i odrębności ducha polskie­
go. W tej całej sprawie widzę, że jest on też wcieleniem naj­
gorszych stron i słabości. Miałem chwilami pozytywne po­
czucie, że jego bankructwo jest potwierdzeniem moich poglą­
dów etycznych, jest strasznym symptomem niebezpieczeń­
stwa, które tkwi w zupełnym nieocembrowaniu[?] źródeł ar­
tystycznego natchnienia i woli do życia. - Chwilami staram
się zapomnieć o Stasiu. Uciec od niego. Nie wchodzę wgłąb
jego stanu, po prostu [?] przez egoistyczny instynkt samoza­

chowawczy. Typowy stan psychiczny ucieczki przed nieubła­
ganą ręką losu, na mielizny [?]ciowości tamtej. Staram go się
przekonać argumentami, których płytkość i marność sam od­
czuwam. Nie ma nic, tylko śmierć. Aleja nie mogę, nie mam
obowiązku iść dalej, iść za przyjacielem aż do samych wrót
Hadesu, chyba, żeby go sprowadzić napowrót, z powrotem.
Jazda do Zakop[anego]: dzień piękny, pogodny. Jadę w ko­
rytarzyku. Droga, szczegóły, Podgórze, Kalwarja; przypomi­
nają mi ostatni raz z /. Wtedy też była pogoda. Jechałem z nią
z początku w zewn[ętrznym] przedziale; Siarkiewicz; mówili­
śmy do siebie po angielsku]. Potem przesiedliśmy się do
osob[owego] już za Podgórzem. Ona jechała do Stryszowa. Za
Kalwfarją] patrzyliśmy razem na śliczny pejzaż. Potem ona
siadła[?] mi na kol[ana] i patrzała wprost przez okno. Pojecha­
ła ze mną do Zakop[anego]. Mówiliśmy o Zakopfanem], o na­
szej przyszłości, o Lond[ynie] było mi dobrze, ale pusto do­
syć. Ona mnie nigdy nie brała wewn[ętrznie]; nie mogła mnie
brać wewn[ętrznie]. - Myślałem o niej i tym razem, ale świa­
domie i skutecznie starałem się zabijać sentymentalizm. Czy­
tałem Conrada i notes &amp; querries. W Suchej rozmawiam z pa­
nią Bierkowską. W ogóle pewne przytępienie radosnego od­
niesienia się do przyrody. Za Chab[ówką] patrzę przez okno;
patrzę Fernseherem [lornetka]. Myślę o tern co mam powie­
dzieć Stasiowi; wywrzeć nacisk, żeby wyjechał.
Staś na stacyi; wygląda źle, jedziemy do Nosala. Mówię
mu o ewentualności pojechania; on mówi [??] o śmierci;
0 swoim stanie rozpaczliwym. Ten sam nastrój rok temu był
dekoracją jego największego szczęścia. W Nosalu p. Witkfiewiczowa] przyjm[uje] mnie ze łzami. Schodzimy do Zakopafnego], Apteka, niema listów. Konstantynówka ; [?] wra­
camy piechotą przez potok. Staś opowiada mi całą historię.
[?] anomilne; niezadowolenie; wyjazd do Lovrany ; powrót.
Karolek. Dwoistość i licytacja ich wzajemna. P. Witk[iewiczowa] i Helena [Czerwijowska] wieczorem mówią ze mną.
Potem Staś wieczorem opowiada mi do końca; faza rozpaczy
1 faza obrzydzenia.
Nazajutrz [?] faza obrzydzenia i względnej siły. Pogoda.
Rano siedzimy w domu, tylko spacer na Kozieniec. St[aś] ma
ochotę na jazdę do N[owej] Gwinei. Po obiedzie do Za­
kopanego] on do Irenki [Solskiej], ja do Aptfeki] do Żuraw­
skich] i do Konst[antynówki] wieczorem. Aniela [Zagórska],
Wym. w Nosalu. Wracamy ze Stasiem szosą. Smutny i pusty
wieczór. Wieczór wywoływanie klisz. Czerwone światło.
Piątek, rano pogoda, popoł[udniu] chmury zachodzą.
Idziemy do Zielińskich] na Olczę. Przypominam Ż[eni]
wszystkie dawne rzeczy. Siedzę w izbie u Zielińskich] i pa­
trzę na łóżko, patrzę przez okno na dobrze znany widok, przy
kt[órym] tyle razy pracowałem, w kt[órym] tyle razy topiłem
tęsknotę . Góry przysłonięte, tylko miejscami się odsłaniają.
Nad Gubałówką burza. Idziemy przez Bachl[edowy] wierch
do Zakopanego. Do Apt[eki] Staś do Ju[?]. Jem kolację
w Apt[ece]. Potem piechotą. Jemy jeszcze kol[ację] w Nosa­
lu. (Aha, jeszcze Marja Bułhak z kt[órą] schodziliśmy we
Czwartek do Zakop[anego]). Potem wywołujemy na papierze
moje klisze od Lang[iera]. i klisze zrobione poprz. dnia. So­
bota. Dzień deszczowy i chłodny. Rano - Popoł[udniu] do
Zakop[anego]. U Dzi[?] z Anielą i Żuławskimi] o „kobie­
cie". Potem przez Bachl[edowy] Wierch. Straszna zadyszka
i przeziębienie. Wog[óle] nie czuje się dobrze w Zakopfanem]. Wieczorem przyjeżdżają 2 damy i Świeżawscy.
Idę wcześnie spać.
23

24

25

26

27

201

�Niedziela. Rano pogoda. Idziemy na Olczę. Zdjęcie
Hrubego i 2 chałup. Potem u Zielińskich]. Zostawiamy ka­
merę. Popoł[udniu] z filtrami[?] na Olczę, bez płaszcza.
Zdjęcia: Giewontu, gór z ganku i brzeżka. Potem ja idę sam
do Zakopfanego] na kol[ację] do Tabów; przedtem na
chwilę do Anieli. Jadę z gazdą[?] na Olczę. Wywoływanie
z Langierem. Klisze udają się doskonale. - W nocy spię
kiepsko.
W Poniedziałek] cudna wprost pogoda. Gorąco. Marze
0 kąpieli, ale czuję się fatalnie. Na Olczę do Zielińskich]. [?]
Mówimy ze Stfasiem] o głupstwach u niej. Potem z po­
wrotem]. Jestem b. osłabiony. U Lang[era] pożegnanie. W Nosalu nic nie jem na obiad. Po obiedzie] pożegnanie, pa­
kowanie. Epizody z wujem Swieżawskim.
Jazda do Krak[owa] I I klasą. Czytam Nostromo. [?] pa­
trzę przez okno. Potem drzymię. Rozmawiam. Jestem nie­
spokojny] o zdrowie.
Kraków u P. Borońskiej[?] [?] Na 2. dzień do Hr. Zamoy­
skiego . Speszenie w Akademii Umiejętności. Dentysta; fa­
talna sytuacja z wyrwaniem zęba - siedzę przez '/г godziny
w męczaeniach. - Popoł[udniu] do Hr. do Strasburgfera] do
Hrab. długa rozmowa. Money granted. Wieczór decyduję się
zostać bo kiepsko z zębami. W Boroneum[?] Czytam Nostro­
mo. W nocy krwotok. Dziś rano pewna pustka. Nie wiem co
z sobą zrobić.
28

29

nym bólem. Budzę się w nocy w półśnie. Tak samo na Olczy.
Wziąłem ją jak się bierze łatwą i tanią zdobycz. Nie miałem
wtedy poczucia zbrodni. Byłem [?] i kryminalnie lekkomyśl­
ny. Teraz za to płacę; nie wolno być większą świnią niż się
ma prawo do tego. Intelektualna deprawacja nie jest paszpor­
tem. Etyka odpowiada pewnym potrzebom uczuciowego ży­
cia; których nie wolno libertynować.)
W Lipsku szalone zmęczenie, prawie nieprzytomność.
Kolacja u Fl[óhchen], potem do Estel. Brzeż.[?] nie przycho­
dzi. Polem znów u FI. Nie miła angielka, do której się jednak
palę chwilowo. Jazda do Hanovru. Gubię funta. Szalona mi­
grena; nieznośne niemeczki, [?]. Nocleg w Goch.
Jazda morzem; mało zachęcająca na przyszłość! Dojazd
do Anglii; patrzę lornetką; statki idące na południe; Union
Castle. Dojeżdżając do Queenborough, statki wojenne, jacht
duński, Port Victoria. Myślę o t. Jadę koleją przypominam so­
bie liczne razy kiedy jechałem do n i przypominam t. Radość
z przyjazdu no Anglii i do Lond[ynu]. Listy - nic od t. Nie­
pokój.
Następny dzień. Niedziela. Przychodzi Czapla [Czaplic­
ka ]; idę z nią; Hall. Popł. i Fry ; wieczór u Seligm[ana] [?]
(W Sob[otę] wiecz[orem] Boreniusowie, Mam w [?]). Po­
niedziałek]: [?] od Derrego, popoł[udniu] u Halla (?)
British] Mus[eum] gdzie szukam wspomnień i nie tylko
wspomnień. Czytam instrukcję o fotografii. Wieczór semin[arium]. Westerm[arck ] i post, seminar z rozmową (qu­
asi naukową). Trochę [?] wracam piechotą z Appelby do do­
mu i zaziębiam się. Wtorek, rano zmęczony idę do British]
Mus[eum]. Wieczór Kasia. Chwilami męczę się strasznie
przez te dni myślę o t. Kasia ma chandrę i ja też.t teleffonuje] przy mojem wyjściu. Strasznie mnie to peszy; nie mam
żadn[ego] interesu, ale postanawiam potem zatelefonować].
Idąc do K. mam słabe przebłyski sentymentu za Wandzią.
Uczucie rykoszetowe. Męczę się też trochę myślą, że
Konr.[Conradowie] są u Reting[erów. ] Afera jazdy Stasia.
Chwilami mam przebłyski podłej zazdrości i niechęci, ale
w ogóle chciałbym żeby pojechał; zwłaszcza albo kiedy
mnie przyciśnie ból, albo kiedy zaczynam naprawdę się wy­
dobywać.
Wczoraj, w Niedzielę, kiedy się czułem najgorzej, miałem
rozmowę z panną Hadley o nieszczęściu wewnętrznem,
o przetrwaniu i o objektywiźmie nirwanicznem. Ona mówi,
że wiele przecierpiała w życiu i że to stworzyło w niej ten al­
truizm.
We Środę ? We Czwartek mam iść do Seligm[ana] na
lunch. Idę via Czaplicka] do British] Mus[eum], telefonu­
ję] do S[eligmana] czy mogę przyjść. Odkłada mnie na Pią­
tek. Idę do R[eading] R[oom] i szukam jej po zwykłej stro­
nie; potem [?] po prawej i tam znajduję t. Idziemy przez
Kings Library szybko pod górę po schodach. Do nowego po­
koju. Jestem spokojny, opanowany; pytam się serd[ecznym]
głosem o jej zdrowie, o matkę itp. Potem idziemy greckimi
galerjami na dół. Rozmowa się nie klei. Idziemy na lunch,
jak dawniej do Express Daisy. Czuję się strasznie łzawo. Nie
mogę na nią patrzyć. Mówimy o planach naszych, o jej jeź­
dzie w lato do kraju; trochę o przeszłości; ja proponuję jej
spacer i pójście na operę; mówię, że tylko jako przyjaciel.
Ona nie chce; zbyt dużo ją to kosztuje. - Nie mogę nic robić
w R.R. potem (acha, mówię jej jeszcze o tern, że nie używam
plastrów). Z [?] i Lewińskim do Vienna Cafe. Wieczór
w domu.
32

33

34

Niedziela 17.V.14. Londyn.
Od czasu powrotu tutaj, tzn. od Soboty 9.b.m. wieczór
znowuż epoka słabości i upadku. Myślę ciągle o /; dobrowol­
nie jej szukałem; sam ją zaczepiłem w R[eading] R[oom].
Ciągle za nią tęsknię i sentymentalizuję o przeszłości. Wspo­
mnienia fizyczne hauntują [haunt - straszyć] mnie jak zmory.
Mam jej niby to coś ostatecznego do powiedzenia. Najwyra­
źniej „idealizuję" ją, widzę ją w nieporównanie lepszym
świetle - skonstatowałem to wczoraj, zobaczywszy ją zno­
wuż taką, jaka jest. Wiem całkiem jasno, zwłaszcza jak ją wi­
dzę, że między nami nie może być nic psychicznie substan­
cjalnego; a z drugiej strony uczuciowo] i fiz[ycznie] robi na
mnie niezw[ykle] silne wrażfenie]. Straszne jest to [?] się tej
afery teraz właśnie, kiedy bym potrzebował wolnej głowy na
wyjazd i wolnych uczuć ażeby pożegnać się z [?]. W domu
siedzę b[ardzo] mało. Jestem dużo u Seligmfana "], który spi­
suje się b. poczciwie.
Krótkie zebranie zdarzeń: W Krak[owie] następny dzień
zupełnie stracony: Jachimeccy , Żuławscy, Edzio Str[asburger] etc. Czuję, że zupfełnie] niepotrzebnie] zostałem. Dro­
ga do Lipska: konstatuję, że ząb niedorwany i ropa: to mnie
strasznie peszy; w ogóle jakieś złe przeczucia i wizja ostat­
niej jazdy, kiedy w Dreźnie spotkfałem się] z n. Myślę dużo
1 tkliwie o n. {Wtedy jechałem, ażeby w Lond[ynie] spotkać
się z t. Pamiętam, że po przyj[eździe] do Lond[ynu] myśla­
łem dużo o i i o n; że miałem silną chandrę „popsutego ży­
cia"; ale że do t odnosiłem się jak do kokoty, że miałem do
niej rodzaj nienawiści i [?]. Jak się to teraz potwornie mści,
to lekkie branie życia! Pamiętam, tamtego lata w Krak[owie],
jak nudę jej towarzystwa, pustkę jej obecności wypełniałem
brutalną zmysłowością, czując ją w swych rękach; straszne!
Cała wina jest po mojej stronie i teraz cierpię strasznie, ale
słusznie. Pamiętam w małym pokoiku patrzącym na planty.
Całowałem i ręce moje były na niej, chociaż serce i dusza by­
ły dalekie. Teraz te wspomnienia przepełniają mnie nieopisa­
3

31

202

35

36

�W Piątek, rano do Bossans[?] Britfish] Association for
the Advancement of Science]. Lunch u Seligmfana], Parciwal. Potworna męczarnia; mam ją wciąż przed oczami duszy;
nie mogę wprost słuchać muzyki. Po 2. akcie, gdzie mnie gło­
wa rozboliwa i kt[óry] mnie nie interesuje, wychodzę. Męczę
się przez te dni potwornie. Mam to poczucie odcięcia od
świata; tam za jakąś' nieprzenikliwą taflą cos' błyszczy w słoń­
cu, coś radosnego się dzieje, a ja tu jestem ja wycięty ze świa­
ta, jedna cierpiąca bryła. Chwilami cierpię biernie; chwilami
ujarzmiam, ale tylko tak dalece, że sentymentalizuję, piszę
wiersze i rozmawiam z nią w myśli - a właściwie na dnie
wszystkiego tęsknię za nią i beznadziejnie żałuję że się to sta­
ło i pragnę powrotu. Ale chwilami i ostatecznie zmagam się,
walczę o siebie i, jakkolwiek nie staram się oszukać cierpie­
nia, przetrzymuję go [powinno być: je] siłą. Ale cała rzecz
jest potwornie ciężka. Rzeczywiście, bez niej nie mogę żyć.
Środa 20.V.14.
Przytem to wszystko było na tle silnego napadu zmysło­
wości w ogóle. Tęskniłem za kobietą, a jedyną kobietą była
ona. Od Czwartku przeszłego do dziś dnia byłem wprost nie­
przytomny. Rozmawiałem z Seligmanem o interesach, z Rayem o lingwistyce, z Westerm[arckiem] o różnych kawałach
tylko pod najwyższą presją i nawpół przytomnie. Obchodziła
mnie tylko jedna i jedyna rzecz. Kojarzenia skręcały stale
i zawsze w to samo koryto. Cały Londyn przedewszystkim
był przepojony jej obecnością.
W Piątek, na Pass. cierpiałem wprost strasznie. Wzdrygałem się na myśl o tern. W Sobotę rano, po niezłem wyspaniu,
idę z Selfigmanem] do Levin &amp; Alders. Potem via Curtis do
Seligmana, gdzie pierwsze 3 zdjęcia. Jestem troszeczkę spo­
kojniejszy i idąc do / nie drżę na myśl, że jej nie zast[anę].
Dziwnie zmieniona ulica z powodu rozkwitłych drzew. List
od niej. Jadę do domu. Potem do Seligm[ana] znowuż. Za­
czyna mi być strasznie źle; idąc przez ogródek tęsknię. Jadę
68. U Seligm[ana] Ray; mówimy w językach; jestem na
wpółprzytomny z bólu, światło przeciekające przez szyby
mnie peszy. Telefonuję; idę, czując, że robię głupstwo. Kasia
Chłapowska. Przekomarzam się z Kasią. Patrzę na t chwila­
mi, ona na mnie dość rzadko. Błaznuję z przykrością; chciał­
bym być dla niej czemś nadzwyczejnem; głupstwo chwili
przelotnej rzucone na pustkę nad którą trwamy jest czemś
strasznem. Trywialność akcesoryów tragizmu. Mówię o języ­
kach papuańskich, chciałbym mówić o sobie, interesować so­
bą; bolą mnie te rzeczy, w ktfórych] ona teraz żyje, a kt[óre]
nas dzielą coraz wyraźniej i silniej. Wycieczka t i Kasi do St
Albans; stałe zebrania kolonii polskiej u nich. - Piechotą
z t i Chłap[owską] do Chalk Farm S=n jestem zazdrosny na­
wet o niego. Jazda z Kasią; pluję i klnę; ona robi złośliwe
uwagi o miłości.
Niedziela - rano grzebię się w domu; jazda do Hadley'ow
przypomina mi wszystko, wszystko. Mama w dobrem uspo­
sobieniu, rozmawiamy. Strasznie ciężkie chwile u Mrs. Hadley. Nie mogę wprost chodzić po ogródku. Uciekam. Z He­
leną rozmawiam o cierpieniu i to co ona mówi b. mnie pocie­
sza. Ona lepiej rozumie, niż wiele innych osób. Objektywizacja odniesienia się poza cierpienie; nirwana. Mówiąc z nią,
czuję, że mam kogoś żywego przy sobie. Idę do Kew Bridge;
droga nad Tamizą tak mi bliska. Nigdy tam nie byłem z nią,
a jednak wszystko jest nią przepojone, Putney, Tamiza. Zu­
pełna, błyszcząca pustka. Spacer po Holland Park; staram się

gwałtem opanować. Wciąż żyję wyłącznie tern i wyłącznie to
staram się strawić. W ogóle, patrzę cierpieniu wprost w oczy;
dużo jednak z nią mówię i prowadzę jeszcze grę: powiedze­
nie jej dużo rzeczy; zrobienie fotografii. Miss Martrygast;
ożywiona rozmowa; z Westerm[arckiem] do Goodge St.; po­
tem via Czapl[icka] gdzie Memcia mówi o Retingerach do
domu. W domu papiery. Spotykam Boreniusów, ktjorzy] się
zbyt sympatycznie do mnie odnoszą.
W Poniedziałek] (18), przedwczoraj. Rano, po napisaniu
paru listów, telef[onuję] do / i idę. Staram się być opanowa­
ny. Silne wrażenie tamtego domku. Fotografuję [?]. Mówimy
o strasznej piękności świata i pogody. Ona jakoś nie bierze te­
go b. intenzy wnie, albo też się nie rozumiemy. O 1 'h uciekam
do Seligmana - niema lekcyi. Wywołuję [?]. Potem wykł[ad]
Seligm[ana] - jedzenie i semin[arium] z Westerm[arckiem],
Wszystko straszne; nawpół przytomny. W domu Kasia; je­
stem tak przybity że ledwo żyję. Przychodzi t w małym,
śmiesznym kapelusiku. Odżywam; jestem miły i dobrze mi
jest chwilowo. Jest dla mnie cudowna. Idziemy via Grays Inn,
Hand Court. Kasia bierze bus. [?] do Kings Cross. Milczymy;
nie mamy sobie nic do powiedzenia. Tram. Zaczynam
mówić. Nic sentymentalnie] ale morał. Wartość tych rzeczy;
[?] się nimi przez cały czas na przyszłość. Tak musiało się
stać; straszne cierpienie. Trochę się mieszam; z jednej strony
mówię o konieczności tego co się stało, z drugiej o strasznych
cierpieniach. Chcę żeby jej było dobrze, żeby miała dzieci.
Zapewniam ją o mojej istotnej przyjaźni. Żegnamy się
u bramki jej domu.
Jestem potwornie przemęczony, reakcja przeciw szlachet­
ności. Wczoraj we Wtorek, mam silne poczucie niemożliwo­
ści głębszego z nią stosunku; dlaczego ona nic nie mówi, dla­
czego jest beznadziejnie bierna? Ja jestem przykuty do niej
jedynie zmysłowem przywiązaniem. Ogarnia mnie potworny
sentymentalizm. Wszystko co z nią związane, co związane
z [?], pies, dom, szczegóły i głupstwa, nabierają olbrzymiej
wartości. Rano pracuję w domu, piszę listy; potem do Derryego, via Hall do [London] School [of Economics and Politi­
cal Science], wykład Seligm[ana]. Przybory u Kodaka. Klisze
od Curtisa. Robię trochę niemieckiej prasy. [?] Hadley. Kola­
cja u Seligmfana]. Dr Strong. N[owa] Gwinea zaczyna mnie
naprawdę interesować. Czuję się trochę lepiej. Robiłem b. du­
żo gimn[astyki] i przemęczyłem się fizycznie. To mi robi do­
skonale. Idąc do Seligm[ana] miałem szalony sentyment i tę­
sknotę za tern, co było, żal, że się tak stało z silnem poczu­
ciem nieistotności tego i bez metafizycznych [?] zmysłowo­
ści. Chciałem płakać. Ale ten stan jest łatwiejszy do opano­
wania.
Dziś dobrze spałem; śniłem o niej b.wyraźnie; śnił mi się
Aug[ust] Witkowski. Sentyment wyłazi często, ale [?] ten­
dencja nie myślenia, zamknięcia tego i nie widzenia się z nią,
choć wiem, że tego au fond szalenie pragnę i wyglądam.
Czwartek 21,V. 14.
Wczoraj rano chodzę po sprawunkach i interesach (Borsano, okulary, aparat, krawiec, Rymań); zmęczenie, wykład Se­
ligmana; w domu pracuję trochę i piszę listy. Już po­
południu] zaczyna mnie brać straszna chandra za nią. Tym
razem niezróżniczkowany sentymentalizm. Poczucie bez­
względnej pustki tego co jest teraz. Absolutnie nic nie ma.
Straszna tęsknota za tern co było. Wizje rzeczy minionych.
Przypominam z jasności halucynacyi chwile, kiedy ona wpa203

�dła do mnie, w ciemnofioletowym aksamitnym kostyumie
i kapelusiku małym, słomianym z jasnymi kwiatkami. Pod­
nosiła wualkę i dawała mi swe usta. Bylis'my tak strasznie
zżyci, tak strasznie blizcy sobie. Tak dobrze nam było. Jej
obecność działała na mnie jak morze. Olbrzymia pustka
w której można odnajdować samego siebie, a która wiecznie
milczy.
Dziś znowuż mam takie przebłyski wizyi przeszłości.
Memcia i powroty busem. Źle mi jest niepomiernie. Wyci­
nam żywe ciało z mej duszy. Jestem do niej szalenie przywią­
zany. - Nie mogę płakać, jestem blizki łez, ale jakieś poczu­
cie ambicyi wobec samego siebie powstrzymuje. - Chciał­
bym jeszcze z nią mówić; chciałbym ją zmusić do mówienia.
Chcę wiedzieć; chciałem nawet obiecać jej, łudzić ją przy­
szłością. Ale w chwilach jasnowidzenia wiem, że nic mnie
z nią wewnętrznie nie łączy, że absolutnie bym jej nie mógł
zrozumieć, ani ona mnie. Wieczorem piszę listy; dostaję list
od Stasia; idę do Bor[eniusa]. Borfenius] b. nieprzyjemny;
w ogóle tracę do niego serce. Wieczór straszny; wiję się
w cierpieniach i przeklinam chwilę, w ktfórej] zerwałem
z nią; wiem z drugiej strony, żebym nie był mógł wytrzymać
na jej łasce i niełasce. Na łasce i niełasce jej kaprysów, bo te
fluktuacje nie miały w sobie nic głębszego. A może? Może
tamten jej stosunek wszystko psuł? Rano też źle się czuję,
strasznie.
14. Czerwca, na pokładzie.
Obecnie jestem już w drodze. Po meczących i pustoszą­
cych przygotowaniach, po licznych wahaniach uczucia do t po niepokoju i wahaniach w sprawie Stasia, jadę z nim i czuję się, w ogóle mówiąc, fatalnie; choć może nie. Czuję
się dość marnie w tej właśnie chwili. W ogóle czuję się nie­
źle. Przeszedłem duże upojenie turystyczne zwiedzając Paryż
i Neapol. Okręt i 2. klasa dość mi się nie podoba, gdyż utru­
dnia w dość dużym stopniu bezpośrednie zetknięcie się z mo­
rzem; ale mam nadzieję, że to przezwyciężę. Stosunek ze
Sfasiem] b. dobry na ogół i jestem niezmiernie zadowolony
że jest ze mną ze względu na samego siebie.
Poniedziałek 15.VI.14.
Tęsknota za г nie opuszcza mnie. Wiem dobrze, że ona
mnie nie kocha zbyt głęboko, ażeby módz na tern zbudować
coś trwałego. Wspomnienia niektórych chwil, niektórych rze­
czy które mi powiedziała zatruły na zawsze źródło najgłęb­
szej tęsknoty, najistotniejszego pożądania. Ale niemniej jest
coś dziwnego, jakaś ukryta wiara w jej wartość, jakaś
sprzeczność między tern, co wiem o niej z jej powiedzeń
a między tern, co w niej przeczuwam. Z jej zachowania się
byłbym mógł sądzić, że kocha mnie ona naprawdę i że roz­
stanie się ze mną jest dla niej prawdziwym ciosem. Niemniej
jednak mam pewność że gdyby mnie kochała, byłaby opuści­
ła wszystko dla mnie.
Spisanie wypadków ostatnich czasów z Londynu.
W Sobotę 23. idę do r; przychodzę koło 12=tej i pół,
w morning [?]. Ona w jasnej różowej sukni, bardzo ładna
i uderza mnie boleśnie urokiem swego ciała. Mówimy naj­
przód niesentymentalnie; ona że podczas mojej nieobecności
chciała wrócić do niego i w ten sposób odkupić w stosunku
do mnie i do niego to, co się stało, ja mówię, że tak powin­
na zrobić, że powinna o mnie zapomnieć, a starać się iść ku
prostocie i obowiązkowi. Ona o rozdwojeniu, o kłamstwie,

204

zawartem we wszystkiem. - Potem idziemy na spacer; bez
wielkiej radości, bo czuję, że już się wszystko skończyło, że
nic nie mamy sobie do powiedzenia. Ale trudno mi się z nią
rozstać; słabość. Idziemy piechotą, nasze domki. Potem
mówię o tern, jak schodziłem na dół tamtędy, idąc do Miss
Fry. Przypomnienia sentymentalne z Krakowa; o przepoje­
niu retrospektywnem Krakowa tęsknotą za nią. Idziemy na
[Hampstead] Heath, do Gold. Green (czy Hill) Park. Mówię
jej o moim nastroju podróży; o tern, że będę wiózł tęsknotę
ze sobą. Łapie nas deszcz silny. Dobrze nam przez te parę
godzin. Lunch w tamtej kawiarni. Idziemy po parku, który
ona mi pokazuje. Wysoka trawa w sadzie; wspomnienia
z Polski, przepełnione moją miłością ku niej. Idziemy nao­
koło; rwie kwiaty. Poczucie wspólności nastroju, zlanie się
w odniesieniu się do przyrody; śliczne drzewka na trawni­
kach. Po deszczu, żółtawe światło przedziera się przez
chmury; radosny nastrój popołudnia, budzącego się do pogo­
dy po dżdżystym ranku. Wychodzimy; wspominam datę &amp;.
Czerwca. Ona z pewnem kabotyństwem mówi „kto wie co
się może stać do 8." Idziemy ku GS. Ona smutna, z chmurą
na oczach; ja dziś spokojny, dobrze mi z nią. Jedziemy bu­
sem przez Finchley Rd., przypominając rzeczy minione;
smutek rozpierzchających się środowisk ludzkich; żal za mi­
lieu tej zimy.
Miss Fry; garden party; tłok ludzi, rozmawiających, jak na
banhofie. Muzyka, myśli o /. - Mama w Oxford] Circ[us]
mówi mi o Stasiu; bardzo się cieszę; to podnosi mój nastrój.
Jazda do Wrythów; Dr Harrison; zabawki japońskie; licytacja
rzeczy papuańskich. W kółku odczyt Dąbrowskiego, t nie ma,
speszenie.
Niedziela 24. Przyjazd Stasia. Kasia przychodzi o 12=tej.
Spotkanie z Westerm[arckiem] w [?]. Lunch u Singerów; Torday[?]; przemęczenie i kongestya. Jazda z Kasią ku Marble
Arch; parę kroków po Parku; u Isobel Kirkwood. Jazda do
Grahama Wallasa. Kolacja. Potem czytają mi wiersze, dosko­
nałe w istocie. Powrót tramem do domu.
Poniedz[iałek] 25. Z M=[?] i Stasiem u Gamaga'a. Cały
dzień potem latam ze Stasiem. Wieczorem spotkanie z Seligm[anem] i Westermarckiem w School. Staś idzie do Waf?],
ja na Seminarjum, gdzie mowa o Bergsonie. Partseminarjum,
Seligman, Lewiński, Appelberg.
We Wtorek mam ochotę zatelefonować] do t - nie te­
lefonuję]; ani we Środę, idę popołudniu do Gold[?] niema /;
speszenie; obiad Westermarck. Rozmowa. Miss Rhodes
i M=rs Seligman; potem z Shoudem i M. Whitem.
Czwartek i Piątek latam intenzywnie za interesami ostatnie dni do załatwienia wszystkiego.
Sobota; rano telefonuję] do t, potem wycieczka do Monda . Rozmawiam z Seligmanem o interesach, u Monda b.
nieciekawie. Powrotną drogą rozmawiam z Seligma[anem]
o rzeczach subjektywnych. Żuławski wieczorem zachodzi do
nas. Telefonuję] do t o możliwości przyjścia. Żufawski]
przychodzi do nas w ogóle b. często, co rano i wieczór i jest
regularną feature naszego życia. Pokój zamieniony w skład
przedmiotów tropikalnych; przymierzanie ubrań, kasków, pa­
kowanie. Wszystko to z pewnym niepokojem i wahaniem:
„co z tego wszystkiego będzie?"
Niedziela. Przedpołudnie] do D=ra Stronga, który poka­
zuje nam swoje kurjoza papuańskie; obiad w domu, potem
idziemy ze Stasiem do Seligmfana], do Bluml., gdzie Misza[?] jej mąż i 2 Niemeczki; potem do Reting[erów|. Sztucz37

�ki karciane; przekomarzanie się z Kasią; jestem b. niesympa­
tyczny. Powrót do domu. Speszenie przez Stasia.
Poniedziałek 1 .VI. Rano pisanie etc. Popoł[udniu] przy­
chodzą Kasia i t; Staś' i Żuł[awski] wychodzą na Heath. Od­
prowadzam t aż do rogu Englands Lane; układamy spacer na
wieczór; kwestya pożyczki pieniędzy. Staś' ze mną u Miss
Fry. Rozmowa z nią, działa na mnie podnosząco. Nie mam
szwungu na t. Spotykam ją u bramki jej domu. Jest lekkomy­
ślna; czuć od niej alkohol. Coś się [?]; biorę ją wpół; patrzy­
my na ludzi tańczących; siedzimy na ławce tuląc się. Czuję,
że popełniam coś złego, ale nie jestem w tern sercem; nie mo­
gę; już ta droga nie prowadzi do raju. Idziemy na dół, jak wte­
dy z Wandzią. Mówię jej, że mnie nie kocha; ona nie przeczy;
mówi, że mnie już nie mogła więcej kochać, że odeszła ode
mnie; że nie bylibyśmy byli szczęśliwi ze sobą (mówi to
i przedtem w domu usiebie tamtego popołudnia, kiedyśmy
byli na Golden Hill). Idziemy ku stawkowi; czuję się b. źle.
Przypominamy tamten wieczór. Ostatni raz tuleją całą do sie­
bie, żegnamy się, ona płacze. Ja czuję, że już nie jestem jej
kochankiem. Szybko przez Parliament Hill do domu. Zaczy­
na mi mówić najstraszniejsze rzeczy; że czuję, że pójdzie na
dno; że nic ją nie bierze naprawdę, że ulega każdemu wraże­
niu, każdemu nastrojowi; że odejdzie od męża. Mam potwor­
ne poczucie prawdziwości tego; potwierdzenia złych obaw,
że jest ona au fond po prostu kurwą. Staram się przeczyć te­
mu, walczyć. Idziemy znów aleją cienistą (Bels[ize] Park
Av=e) i ul[icą] Bel[size] P=k Gdns, tą samą drogą, gdzie po­
przednio już zrobiła mi tamto straszne wyznanie. Żegnam się
z nią na rogu Engl[ands] Lane z pewną ulgą.
Wtorek 2. Popołudniu Kasia i t przychodzą. Staś. Odpro­
wadzam t [?] ale bez prawdziwego sentymentu.
We Środę 3. w południe zajście ze Stasiem, które psuje mi
humor na pewien czas, bo ostatecznie musze przyznać, że ma
on do pewnego stopnia rację. - Aha zapomniałem napisać je­
szcze o jednym spacerze z f; zdaje mi się we Wtorek 26. Staś
był ze mną i wstąpiliśmy do School, gdzie widziałem się
z Seligm[anem] potem po pudełko do blacharza , potem na­
tknąłem się na Ret[ingera] i spiknąłem go ze Stasiem. Z t ko­
ło Waterloo bridge. Idziemy embankmentem; ona w kapelu­
siku z piórkiem i w brązowym quasi-skórzanym kostjumie.
Lunch u Lyonsa; potem do Westminster Abbey, Raz jeszcze
rozpoczynam z nią rozmowę o moim zasadniczym do niej
stosunku. W małym podwórku, gdzie stoją duże drzewa i bi­
je miły wodotrysk mówimy o mieście, o jego złym wpływie;
musze z niej wyciągać zeznania. Potem idziemy przez Green
Park czy raczej St. James Park; mówię jej o jej miłości i py­
tam o istotę tego co przechodziła; ona , dlaczego ją właściwie
męczę; ja jej się oświadczam, bez żądania odpowiedzi. Ona
nic nie mówi; rozstajemy się.
Któregoś znów dnia, Wtorek 3., spacer do St James Par­
ku; mówi mi o swoich kłopotach finansowych; o tern żeby
chciała pracować zarobkowo; o dymisji męża i.t.p. Nastrój
beznadziejny. Potem znów mówi o swej manii samobójczej;
0 niechęci do życia, o niemożności radowania się niem. To
wszystko morduje mnie strasznie; straszna bolesność odczu­
wania, że ta kobieta, która dla mnie jest symbolem piękna
1 rozkoszy życia nie widzi we mnie nic, że nic jej dać nie mo­
gę, że nie może się ona na mnie oprzeć. Cios zarówno dla naj­
głębszej miłości własnej, jak też i dla witalnego ukochania
jej. Ja jej często mówię o najgłębszej miłości, o wartości jaką
człowiek oddający się w ukochaniu musi posiadać. O tern, że
18

ja jej oddawałem się w ten sposób, szczery i bezpośredni.
Ona na to wszystko nie reaguje. Tego dnia zapominam czeku
w Orient Line; ona na mnie tam czeka - spotkaliśmy się tez
tam. Potem idę - wysiadam na Tavistock Place, tak jak daw­
niej - spotkać Miss Fry &amp; Mrs Seligm[an]. Wieczór u Kasi;
tęsknota za t; wspomnienia z Lonhaster Gate.
Czwartek 4. Po wizycie u dentysty spotykamy się
w Nat[ural] History Museum. Potem po Hyde Parku; znów
0 rzeczach istotnych; idziemy ku H[yde) P[ark] corner. Znów
jej pustka, brak głębszych rzeczy dla mnie i beznadziejność.
Krwotok w A. &amp; N. Obiad u Seligm[ana] z Mondem.
Spodziewam się jej trochę w domu; nie przychodzi.
Piątek. 5. Popoł[udniu] fotografuję ją. Przychodzi mąż;
speszenie; nie zapraszam go na wieczór. Wywoływanie. Wie­
czór Kasia, sufrażystki; /, Memcia i siostra. Układamy r.v.[?]
na Woburn Square. Staś przychodzi.
Sobota. 6. Na Woburn Square; ona się spaźnia; jestem sza­
lenie wyczerpany dentystą rannym, kt[óry] 2 razy mnie na­
rkotyzował. Idziemy ku Tottenham] C[ourt] Rd. 24 do Cam­
den Town; uliczką „naszą" Reg[ent] P=k siedzimy tam gdzie
kiedyś samotny czytałem Return; potem na drugą stronę; je­
stem tak zmęczony, że wprost drzymię. Nic prawie nie mówi­
my; pożegnalny spacer. Chce mnie zobaczyć jeszcze
w Ponfiedziałek] Wieczór w domu.
Niedziela. 7. Rano kopjuję jej fotografje i składam rzeczy.
Po południu telefonuję do Kasi. K[asia] z nami do Seligmanów. Bajeczny wieczór wilgotny, świeży i [?]. Przepojone
światłem mgły przenikają wszystko; jasna zieloność drzew
odbija cudownie i tryumfuje w zachodzącym słońcu. Straszna
tęsknota łzawa i tępa za nią. Idziemy z Mamą wzdłuż Adeleide Rd. Miejsca przepojone jej obecnością. U Miss Fry ostat­
nia wizyta.
Poniedziałek. 8. Ostatni dzień w Londynie. Zęby męczą
mnie strasznie i niepokoją. Rano idę ze Stasiem do Anth­
ropological] Institute], do Banku, do Museum, wracam do
domu; fotografując M=ę [Mamę?] łamię statyw fotograficz­
ny. Jedziemy do okulisty. O 2'h -ej z t w Brit[ish] M[useum];
czeka na mnie idziemy do fotografa; kupuję czapkę i krawat.
Potem herbata w E[?] koło Hfyde] P[arku]. Spacer po Hyde
Parku. Siedzimy w mojej dawnej okolicy. Znów bolesne roz­
mowy; o jej prawdziwej miłości. Znów mi mówi o swym
bezwładzie; o biernym beznadziejnym stosunku do męża. Po­
winna mieszkać na wsi; taki ma zamiar. Mówi mi, że kwestję
dziecka zdała na łaskę i niełaskę losu. - to mnie strasznie pe­
szy. Bierzemy pociąg w H[yde] P[arku] ona jedzie do domu,
ja do School, gdzie ostatni obiad z Westermarckiem, Seligm[anem] i [?]. W domu Mama sama; przychodzi t. Odpro­
wadzam ją; ostatni pocałunek w domu i przy wsiadaniu do
trama. Mówi mi, że będzie się starała walczyć z biernością
1 upadkiem; ja jej mówię, że będzie ona zawsze moim idea­
łem, i że powinno ją to zobowiązać do walki ze sobą, dodać
siłę. Chodzimy znów po małym skwerku koło Kings +
[Cross], tam gdzieśmy chodzili kiedyś po Richmond. Ostatni
raz widzę ją wchodzącą na tram. W domu Mama sama, że­
gnam się; bierze mnie chwilowa silna chandra.
Wtorek 9. ostatni ranek. Silny ból zębów; ponura perspek­
tywa na przyszłość. Wrażenie zupełnej bezsensowności tej
podróży. Budzę Stasia, raz jeszcze idę się pożegnać z naszym
ogródkiem. Szukam taxa. Na stacyi Westermarck, Memcia. Jazda do Folkestone smutna. Czuję nagle, że jestem pozosta­
wiony swojemu losowi na współkę ze Stasiem. Potem droga
205

�przypomina mi wyprawę z Seligm[anem] i wtedy z t do
Conr[ada]. W Folkestone stoję długo i patrzę na znikające
brzegi Anglii, na lewo od Piern idzie bulwar nad morzem, pod
ogródkiem, biegnącym wzdłuż pagórka. Potem domki - to
Sandgate, potem dłuższa przerwa i widać znów rozrzucone
duże domy. Tam chodziliśmy z nią razem, tam w mroźny
wieczór, siadaliśmy przy blasku księżyca nad brzegiem szu­
miącego morza.
Szalony ból zęba i przygnębienie na cudnem, gładkiem,
lśniącem morzu. Brzeg francuski szary i mało ciekawy. Jazda
b. szybkim pociągiem do Paryża. Bujna zieloność; burza.
W Paryżu Żuł[awski] na stacyi, taxim jedziemy na Gare de
Lyon. Miasto przeładowane ruchem, domami, nawet zielono­
ścią. Wszystko ciągle się miesza, kotłuje, zachacza [sic]
0 siebie; spojrzenia ludzkie, złe humory i kłótnie, flirty ulicz­
ne, mansardki domów, tramwaje, drzewa i latarnie robią wra­
żenie jednej zbitej kalejdoskopowej masy, w której nie moż­
na się wprost zorjentować. Przytem Paryż jest cudowny. Za­
chwycam się już przy Gare de Lyon. Oddajemy rzeczy, bie­
rzemy hotel i idziemy do Metro. Robi wrażenie maskarady
w burdelu, po Londynie. Kakofonja zapachów, ubrań, twarzy
1 ruchów.
U Żuł[awskich] rozmowa z Kazia, która wygląda b. efek­
townie. Potem kolacja; potem ze Stasiem przez Avenue de
l'Observatoire, Boulevard, rue Denfert Rochereau do Stru­
gów. Tam Tadzio. - Potem znów Bul' de [?] do Sekwany.
Cicha, ciemna i czysta płynie pośród dużych cienistych
drzew. Dziwny spokój i opuszczenie; jakbyśmy chodzili sa­
mi, jakby olbrzymie miasto było tylko akcesorjum artystycznem dla podniesienia niezmiernego i nieopisanego skupienia
chwili i miejsca. Dawne wspomnienia; cały urok Paryża,
odbitego w tylu dziełach sztuki, w tylu wspomnieniach histo­
rycznych. Wciąż chodzę z nią, z jej cieniem, z jej ideałem,
z taką jakąbym ją chciał mieć. - Pont des Beaux Arts którym codziennie chodziłem na Paryż, mając 15 lat. Księżyc
wschodzi, czerwony, wielki nad ciemną rzeką. Ciemne syl­
wety gmachów zarysowują się wyraźniej. Idziemy przez
Luwre na place du Theater. Obchodzimy Palais Royal, potem
av. de 1'Opera ku bulwarom, zkąd bierzemu bus do G[are]
d[e] L[yon].
Na 2 dzień do Żurawskich] potem place de la Concorde,
pola Elizejskiego, gdzie obserwujemy av. de 1'Etoile i auto­
mobile. Nastrój radosny, upojenie miastem; Kazia opowiada
mi o swoim pobycie w Paryżu i wyraża się o Stasiu. W Luw­
rze Gioconda i starożytności egipskie. Staś okazuje znaki nie­
pokoju. Sami zostajemy z Kazia; potem idziemy na lunch,
gdzie dyskusja o sufrażystkach. Kupienie parasola, idziemy
znów na place du Theatre, potem przez Avenue Opera do Ca­
fe de la Paix. Z tamtąd busem do Notre Dame; wieża jakaś
starożytna na placu, Saint Chapelle, Notre Dame. Idziemy je­
szcze wzdłuż Quai bukinistów. Żegnamy się na Bul. Michu
i przez Quai d'Orsay do G[are] d[e] L[yon]. Laski pod Pary­
żem śliczne, Fointainbleau; pragnąłbym jeszcze zwiedzić
Francję.
Na drugi dzień (po kiepsko przespanej i przebanardowanej[?] nocy) bardzo gorące, białym kirem okryte południe
Francyi; morze śródziemne; spacer po Marsylii, która charmuje [charm - urzekać] brudem i ruiną zupełnie południową.
Idziemy małymi uliczkami gdzie rozmamrane Włoszki, nie­
które prześliczne czarownice, schodzą się do fabryk. Droga
do Toulonu wśród ślicznej, żyznej okolicy o dużych, cieni­
39

206

stych drzewach, przypomina mi równiny Anatolii, koło [?].
Toulon; małe uliczki, placyki porośnięte platanami; upalny
Quai Cronstadt. Włóczymy się, szalenie zmęczeni. Embarkacja; dziwne uczucie, że się tak nic nie dzieje, że nie ma wła­
ściwie chwili odjazdu. Śliczna zatoka Toulonu. 2. dzień, bu­
dzę się kiedy przejeżdżamy koło południowego cypla Korsy­
ki; potem Elba, Monte Christo, Gilia itp. Całe morze wysła­
ne wyspami. Piszę listy do Mamy. Bardzo mi się niepodoba
statek i towarzystwo; biskup N[owej] Gwinei; małpowaty
Australijczyk. Czas przepływa wolno i tępo.
Przyjazd do Neapolu b. rano. Wysiadamy; jazda do via
Toledo; droga na ponte. Tram do Posillipo. Zachwyt szalony
nad Neapolem; nad malowniczością; nad typami ludzi cu­
downymi, nad życiem ulicznem. Szalona sympatja do Wło­
chów, do włoskiego. Ten sam spacer, który zrobiłem z Mamą,
zaraz po odnalezieniu jej w Neapolu. Tramem na Posillipo
Capo; potem ku Nisida. Dryndą do Pozzuoli. Cudna zatoka
Baial. Dawne wspomnienia, cudowne widoki; przerwa w mo­
notonii podróży, wszystko to usposabia mnie bajecznie receptywnie. Cieszę się wszystkiem. Winnicami, gdzie kryją się
domki małe i stare, tak prymitywne i artystyczne, że czuć na
nich rafinadę starożytnej kultury niezmienionej od tysiącleci
do dziś dnia. Solfatara drzemiąca w upale słońca południowe­
go. Ponura pustka południowa. Potem jedziemy górą, z wido­
kiem na Camaldoli i na zatokę cudną Campagna. Powrót tra­
mem lunch w Giardini di Torino b. marny. Jedziemy Zatoką
napoletańską. Ślicznie położone Sorrento nad skałami stro­
mymi, wśród lasków pinjowych; przepiękne wioski dalsze,
[?] ku kojcowi półwyspu. Widzę Pompei. Przypominam owe
bajeczne spacery, odbywane 10 lat temu samotnie w Campagnii napoletańskiej. Zatoka Salerneńska ginie we mgle; wi­
dać tylko Positano i Praiano. - Rozmowa z Howarth'em i Ackworth'em.
Następny dzień (Niedziela 14.). Droga wzdłuż brzegów
Kalabryi; dzikie, opuszczone, nędzne piaszczyste wydmy
u stóp pagórków porosłych oliwkami. Miejsca, gdzie dawno
uczył Pitagoras i kwitły miasta Wielkiej Grecyi! Tarambo;
z gromadką Anglików, otoczeni bandą dzieci idziemy mały­
mi uliczkami gdzie jak małpki za kraty wyglądają kobiety
i dziewczyny. Ciekawe, nieregularnie łamane, wązkie uliczki;
duże bramy, podwórza monumentalne. Wszystko bardzo cie­
kawe. Ładna kobieta (Angielka) kokietuje mnie i trochę mnie
bierze. Potem spacer z 3 autochtonami; włoski idzie mi dość
dobrze. Powrót na statek.
Środa 17. VI. 14.
Dopiero 6. dzień na statku i to z przerwami, a mam już te­
go całkiem dosyć. Czuję się mocno zderutowany [może wy­
korzeniony]; nie widzę jasno dokąd idę; nie czuję w sobie ce­
lu i sensu. Fizycznie czuję się dość podle. Mam jakieś zazię­
bienie, ból gardła i kaszel, pomimo szalonych upałów. Koły­
sanie daje mi też lekki ból głowy. W perspektywie przyszło­
ści nie widzę też jasno, jak będę się czuł w klimacie Nowej
Gwinei. Hano - [?] adelonte!
Mam niezmiernie częste napady sentymentalizmu, centru­
jące się około t. Patrząc dziś na małą dziewczynkę, siedzącą
przede mną, miałem łzy w oczach. Instynkt ojcowski zaczy­
na się budzić. Tłumię prostytucyjne instynkty w samym za­
rodku, nawet jako marzenia. Chcę dojść do bezwzględnej
czystości płciowej przez ten czas. Inaczej nie ma się prawa na
małżeństwo i na szczęście w małżeństwie.

�Co do mojej obecnej pozycji, to muszę, pomimo upałów
i niezdrowia, powoli ale systematycznie pracować celowo.
Przede wszystkiem wciągnąć w to Stasia.
18.VI.14.
Wczoraj i dzisiaj czuję się znacznie lepiej; pogodzony
z losem i właściwie zaaklimatyzowany na statku. Przedwczo­
raj wieczór dojazd do Port Said. Poczucie pełnego morza
wprost Delty Nil[u]. Ostatecznie morze zawsze takie samo;
barwy zachodu te same. A jednak zawsze przeżywa się spe­
cyficzną chwilą, okres'lona położeniem geograficznem. Pa­
trząc na morze w danym punkcie ma się zupełnie specyficz­
ne wrażenie. Widok form z daleka: statek pilota. Dojazd do
PoK Said. Napad dzikusów na statek. Arabski język. Jazda na
ląd. Kupowanie kartek i marek. Ulica bazarowa, oświetlona;
cudny zapach drzew i potworny smród uliczek; duże ciemne
domy o gankach okrężnych. Zdaleka słychać muzykę arab­
ską. Idziemy; miasteczko arabskie. Kawiarnie, handlarze
owoców. [???] muzyką; olbrzymi murzyn, Shillah chyba?
Cieszę się wspomnieniami, jakie to przywodzi; przeży­
wam nowość tego razem ze Stasiem. Kiepska noc; jazda
przez kanał. Po prawej stronie Egipt; widocznie nawodniony
sztucznie; od czasu do czasu gaje tamaryszkowe; oazy pal­
mowe; nad tern fioletowe pasma gór. Po prawej stronie czy­
sta pustynia; piaski lotne całkiem nagie; albo też porośnięte
rzadkimi krzaczkami karłowatymi. Blask oślepiający. Mię­
dzy tern jasno zielone [?] wody kanału; fellahi arabskie.
Olbrzymi statek ledwo się mieści; dziwne jest to przesunięcie
morskiego koloru poprzez samo serce pustyni. Cudna gra ko­
lorów po wyjeździe z Suezu. Turkusowe morze; fioletowe
góry; pomarańczowa pustynia, różowa mgła nad morzem.
Góry Egiptu, fioletowe z twardego kamienia (piaskowca czy
granitu) i [?] góry półwyspu Synai.
Rano siedzę i patrzę na kanał; popołudniu i rano zresztą
[też] gadam z Gibonem australskim i z Miss London; a potem
z Francuzką i z 2 Francuzami; wieczorem bal i picie lemonia­
dy z Francuzami. Sobota 19. 20. V I . 14.
Zanadto wlazłem w towarzystwo które tu kwitnie. Ciągle
zadaję się z Francuzką i drem Franc[uskim] (Żydkiem)
z l=szej oraz z małpą australską, wobec której wypuszczam
zresztą dużo snobizmu naukowego. Zamało żyję z morzem,
ze zjawiskami astronomicznymi i cieplnymi; zamało pracuję.
Trzeba to zreformować. Właściwie nie czuję się tak bardzo
źle. W nocy sypiam dość kiepsko i dziś miałem sny ze stra­
chem, które wskazują na osłabienie serca.'Nad ranem, kiedy
trzeba wstać, mam chwile przykrego osłabienia; czuję ogólne
zmęczenie i zmęczenie oczu. Mam wrażenie, że nic nie będę
mógł zrobić oraz duszność^Ale po wstaniu i ubraniu się, czu­
ję się znacznie lepiej i mogę być kompletnie skupiony.
Chwile tęsknoty przychodzą; mam jakąś wyidealizowaną
Tośkę, dobrą, mądrą, kochającą, prawdziwie i głęboko kobie­
cą, do której wszystkie moje instynkty erotyczne i znacznie
silniej teraz, rodzinne, mnie pchają. Czuję, że ona jest uzupeł­
nieniem mnie doskonałem, że jest jedynem wcieleniem mo­
ich tęsknot za ustalonym stosunkiem do kobiety. Niestety,
analiza nie potwierdza tego intuicyjnego obrazu. Wiara, którą
mam, i którą żyję nie zostaje potwierdzona wiedzą. Wiem
przede wszystkiem, że ona mnie nie kocha, że nie poświęci­
łaby dla mnie wszystkiego; wiem też, że ja jej nie ufam, że

[przekreślone: dostatecznie mi] jesteśmy właściwie nieprzenikliwi dla siebie wzajemnie. O szczęściu nie mogłoby być
mowy, ani o prawdziwej miłości. Dobrze się stało, że teraz
odjeżdżam, że inne rzeczy mnie zaabsorbują, że będę mógł
z łatwością i czysto przejść poprzez to wszystko. Zresztą
wiem dobrze, że nawet gdybym był został, byłbym był mu­
siał odejść od niej; coraz wyraźniej [odbierałem?] pustkę
i obcość jej obecności, coraz silniej czułem, że jeżeli ona
mnie kocha, to temsamem traci dla mnie wartość.
Niestety zbyt mało myślę o jedynej osobie, która posiada
dla mnie istotną i trwałą wartość i która naprawdę dba o mnie.
Matka teraz na pewno odczuwa niezmiernie silnie brak mnie,
a ja - Straszna rzecz ta jednostronność stosunku rodziców do
dzieci. Teraz, kiedy uczucia ojcowskiego [pow. być: ojcow­
skie] we mnie się budzą zaczynam już na własnej skórze nie­
jako odczuwać tę tragedję. Życie na statku: rano koło 7=ej budzą mnie na kąpiel.
Ubieram się, potem idę na śniadanie. Rozmowa z Francuzką
i z rodziną australską siedzącą naprzeciwko nas. Potem idę na
pokład i przedpołudniem piszę dziennik, trochę czytam. Ale
przerywam często, spaceruję, gadam i gram w sporty. Lunch;
potem słońce przechodzi na prawą stronę, zmieniam pokład
i czytam coś innego. Czytanie idzie mi powoli kiepsko. Grze­
bię się w Notes &amp; Querries. Trochę rozmawiam ze Stasiem,
chociaż mniej teraz, niż przedtem; wczoraj Staś był dość po­
nury.
Niedziela 21.VI.14.
Na morzu Czerwonem, nawprost Jebel Tair [wyspa Jabal
at Tair] - Upał trwa wciąż jeszcze. Dziś rano czułem się tro­
chę lepiej i spałem też trochę lepiej. Ale wczoraj wieczór
miałem chwile duszności i strachu; i musiałem opanować po­
czucie paniczne, pochodzące od serca. Rano biorę zimną ką­
piel. Wczoraj pracowałem rano nieźle; ale popołudniu zabra­
łem się do gramatyki i tak mnie upał zmógł, że zasnąłem
i obudziłem się zupełnie zniszczony. Potem jednak pracowa­
łem znowuż i czułem się nienajgorzej. Monotonia statku już
mnie tak nie nuży, przyzwyczaiłem się też do niektórych
podróżnych, mogę nawet powiedzieć, że ich lubię. Rozma­
wiam głównie z Francuzami i Gibonem. Staś wczoraj wie­
czór skomponował b, ładną melodję; speszyło mnie to trochę,
gdyż moja impotencja artystyczna zawsze mi dolega. Zarów­
no w stosunkach do kobiety, jak i w stosunku do życia jest to
rzecz poprzez którą b. trudno mi się przedostać.
Ten dzień był jednak prawie że najgorszy. Czułem się
strasznie przez Niedzielę i Poniedziałek. Wściekłe duszenie,
niepokój i wstręt. Stan podobny do tego fatalnego lata w Lon­
dynie. - [?] w nocy z Poniedziałku na Wtorek. Potem choro­
ba morska. Pustka uczuciowa i umysłowa. Tylko czuję się
ździebełko lepiej. Połamanie okularów. Powolna rekonwale­
scencja. Widywanie się z Francuzami. Czytam Jima [Lorda
Jima], który chwilami robi wściekłe wrażenie, i Master of
Ballantone. [?], 29.VI.14.
Wczoraj rano po kiepskiej nocy, wychodzę na pokład;
morze zielone (takie było przez całą Sobotę i czułem bliskość
Indyi i Ceylonu). Mgły nad lądem i chmury w głębi. Nie cie­
szę się na Ceylon. Boję się próby klimatu i czuję się zmęczo­
ny. Jazda [?]. Słońce przypieka. Debarkoder = altanka dwu­
piętrowa. Czerwone gmachy nad brzegiem. Upał; nogi ledwo

207

�wlokę. Idę do Fergusona. Potem nad morze. 1. [pierwszy] wi­
dok kwiatów zwrotnikowych. Siedzimy nad morzem; rozmo­
wa z Syngalezem. Morze zielone, przewala się dużymi fala­
mi. Riksze. Jedziemy otwartymi polami; duże gmachy an­
gielskie. Syngalezi półnadzy: w białych i czerwonych szma­
tach; ciemne oczy, zapatrzone w dal nieznaną. Prawie nie wi­
dać białych. Chłopcy syng[alezcy grają] w piłkę nożną. By­
dło garbate. Małe domki, kryte dachówką; sklepiki otwarte
całą szerokością. Szeroka ulica, domki zasłonięte matami lub
drewnianą kratką. Typy w turbanach. Pogrzeb muzułmański.
Victoria Park. Bombay olbrzymi; drzewa duże o kwiatach
purpurowych; trawa dziwna, czerwona ziemia; odczucie
odmienności tropikalnej flory. Powrót nad jeziorem, palmy.
Mała i nędzna świątynia buddyjska. Spotkanie Lewnia i Heriteau; jazda na statek; lunch; spóźnienie na kolej. Tramwajem
do Cinnamon Gds. Małe uliczki o dziwnym charakterze; tar­
gi owocowe; drzewo z obrazkiem Buddy; tłum różnobarwny.
Kobiety o płaskich nosach, poprzekłuwanych złotymi kolczy­
kami. Kapłani buddyjscy w żółtych szmatach, kurwy (?)
święte w Czerwonych sukniach. Wysiadamy, [?] idziemy
przez brudne podwórka, między domkami; potem szeroką
ulicą. Zbaczamy między bungallows; wszędzie uderza wście­
kła bujność flory. Potem boczną dróżką; otwierają się pola;
koło morza; wściekłe drzewo z pękiem sznurków, zwieszają­
cych się i z ljanami. Poprzez domki krajowców w ogródkach
na pola golfowe. Z daleka ogrody palmowe i młaki. Wraca­
my torem kolejowym. Bierzemy pociąg. Patrzę głównie na
kobiety, z ciekawością, ale bez erotomanii. Potem uliczkę
skośną; wy chodzimy na placyk, kupujemy banany. W domu
piję lemon squash; jazda do portu i kolacja w kawiarni syngalezkiej. Krótki spacer w native quarter; przemęczenie.
Mandauh &amp; Lawalla [?] - Sobota 4. Lipca.
Jeden dopiero tydzień i to nie cały; ledwo przepołowiłem
czas. Wciąż silne zmęczenie i ociężałość. Umysł zupełnie
przyćmiony; nie potrafiłbym pracować intenzywnie; nie po­
trafiłbym np. napisać artykułu. - Hotel w Colombo; weranda
szeroka, przykryte podwórza; otwarte pokoje jadalne; dalej
korytarz i pokoje sypialne. Śpię trochę lepiej niż na statku
pod moskitierą 1. [pierwszą] noc. Staś nie śpi; wstaje i zapa­
la światło. Rano o 6'A śniadanie; potem tramem na Manadana. Czarne małpy udające Europejczyków w tramie dają mi
poczucie wyższości rasy białej. Za Colombo rozpoczynają
się zaraz lasy podzwrotnikowe, a raczej ogrody uprawne; pal­
my dominują i nadają charakter; głównie palma kokosowa.
Pola ryżowe zamieniają kraj w płytkie bagniska, przerywają
ciągłość lasu wysokopiennego, nadają mu profil i urozmaice­
nie; szmaragdowe kępy drzew w miękkim zarysie wśród ja­
sno zielonych płaszczyzn.
Widzę po raz pierwszy białe kwiaty lotosu na bagniskach.
Jedzie z nami Syngalez i pokazuje nam palmy kokosowe, are­
ka nut, plantacje kauczuku, herbaty; wymarłą plantację kawy.
Pejzaż swoją dziwnością i innością męczy mnie zwłaszcza
wobec [?] osłabienia. Zaczynam rozmawiać z Syngalezem.
Za Polgahawela wjeżdżamy w góry. Z płaszczyzny podnoszą
się wydłużone pryzmy, jakby ogromne namioty zielone, ostre
stożki, wyciągnięte w szpiczasty koniec, wyniosłe piramidy;
Hakgala Peak prześlicznie wygląda w dali. Droga [?] zaczy­
na się wspinać naokoło kotlin, wznoszących się szybko tera­
sami pól ryżowych na dnie, i plantacjami palm po bokach.
Widok staje się coraz szerszy. Olbrzymia pagoda piramidalna

208

Anagalla Peak wciąż dominuje pejzaż. Przejeżdżamy przez
tunel; widok otwiera się na rozległą dolinę. Chmury groma­
dzą się coraz gęstsze; zasłaniają szczyty najwyższe; rzucają
cień na dalsze plany. Grube góry o niezmiernie dziwnych
kształtach [??] od południa (my wspinamy się po północnej
stronie); widać kopułę [?] okrągłą, zupełnie zamek św. Anio­
ła. Nad nią wyniosły peak, zakryty we mgle, dalej ku wscho­
dowi, w głąb lądu samotna [?]. Dolina cała i wszystkie góry
pokryte gęstym płaszczem roślinności; bliżej widać szaloną
jej bujność; ziemia naga prześwieca tu i ówdzie na polach
przygotowanych pod uprawę ryżu. Całość robi dziwne wra­
żenie z powodu ciężkiej, dusznej monotonii roślin bujnych
uporczywie i bezlitośnie. Kształty na które różniczkuje się
bliższy plan nie mniej obce, męczące i przykre. Palmy wylakierowane, świetne, wytworne - dla oka przyzwyczajonego
do fantastycznej przypadkowości naszych drzew północnych
-jakby ironicznie zastygłe w nienagannej symetrii i popraw­
ności form. Obok nich, dla skompensowania tego spokoju
i regularności, przyroda pozwala sobie na najdziwaczniejsze
koszałki, figle i igraszki - znów jakby naumyślnie z wyracho­
waną złośliwością chciała zbić z tropu, uniemożliwić zrozu­
mienie, zlanie się człowieka z otoczeniem. W tym kraju,
w którym brak powietrza, w którym człowiek wciąż dusi się
i męczy, w którym ślamazarnieje i omdlewa psychicznie, we­
getacja panująca bezwzględnie i wszechwładnie z całym
okrucieństwem odmawia mu nawet platonicznego przygar­
nięcia, otuchy i pokrzepienia. Odpycha go zupełnie i bezlito­
śnie; z naciskiem zaznacza swoje jedynowładztwo. Nawet
rozległe widoki są dość obce.
W Kandy deszcz; wsiadamy do powozu. Widok stawku.
Jakaś cudowna, zaczarowana miejscowość. Straszna; prze­
znaczona na wypoczynek, na zapomnienie, na życie chwilą,
tern co jest i minie - miejscowość pełna obietnic szczęścia.
Stawek u ujścia szeroki, w górę węższy wije się wśród górek
małych, obrośniętych olbrzymiemi drzewami. Jak sztuczny
ogródek japoński, zabawka zrobiona rękami ludzkiemi dla
człowieka. W samej rzeczy jeziorko jest sztuczne. Hotel na
zboczu wzgórza wyższego. Widać brzeg przeciwny. Naokoło
biegnie droga obsadzona palmami o nagich, zielonych i sza­
rych pniach gładkich. Olbrzymie akacje i mimozy; pnącza
0 ciemno niebieskich kwiatach, patrzących jasnym uśmiech­
niętym wzrokiem szczerości z pośród ciemnej, zbitej zieleni
liści. Na stokach wzgórz, pośród zieleni, wyglądają słupki
domków, willi europejskich.
Jestem mocno przytępiony; męczę się szalenie łatwo, stan
fizyczny nie pozwala mi intenzywnie doznawać, ani tęsknić
za szczęściem, ani wspominać, ani pożądać. Chwile energii
wydaję na przyjmowanie wrażeń, czasem odczuwam silniej;
zwykle odczuwam apatycznie, zewnętrznie. Wspominam
t i myślę o przeszłości; o tern co zostawiłem, myślę z przej­
mującym, podświadomym bólem. Staram się pisać do Matki,
opisywać wrażenia; przychodzi b. ciężko. - 1. [pierwszego]
dnia po [?] (śpię?) jedziemy rikszami koło jeziorka; uderza
mnie niezwykła piękność i wytworność widoków; cienista
aleja nad wodą i niskie werandowate zabudowania buddyj­
skiego klasztoru; roślinność. Jedziemy obok domu targowego
do poczty. Potem ulicami; kupujemy ubrania u Cargilla. Sze­
rokie, jasne uliczki; straszne smrody; leniwe, ociężałe posta­
ci Syngalezów i [?] o wspaniałych, bogatych ubraniach
1 dzielnych, otwartych gębach. Jedziemy do meczetu. Śliczny
widok na jeziorko i zachodnie wzgórza, wysokie, pokryte

�plantacjami herbaty. Potem obok ogrodów i pałacyków, świą­
tynia Sziwy, jedziemy ku jedynym zabytkom, dość marnym.
Resztki pałacu królewskiego, świątynia św.[?]. Wieczorem
oprowadzanie po świątyni. Irytuje mnie raczej z powodu cią­
głego żebractwa. Świątynia otoczona murem, wznosi się na
terasie, czy raczej na szeregu terasów. Składa się ona z całe­
go mnóstwa kaplic, korytarzy, przybudówek, zakamarków.
Główna budowla jest to malutki dwupiętrowy domek czwo­
roboczny, pokryty olbrzymim dachem, z werandą biegnącą
naokoło. Pomalowany lichymi freskami o naiwnem, bezstylowem pacykowaniu. Nie dotarliśmy do jego wnętrza.
W podwórzu wewnętrznem, otaczającym ten domek, a oto­
czonym otwartymi nań werandami, roi się od ludzi, przekup­
niów kwiatów, betelu, kadzidła; ciemne, półnagie postaci,
krzątające, przesuwające się cicho i leniwie. Mają coś kłam­
liwego i żebraczego w sobie. [?] domek ośmiokątny, piętro­
wy; rodzaj niskiej wieżyczki z cudnym widokiem na jezioro.
Radża pokazywał się stąd poddanym. Wnętrze pełne świeci­
dełek i świętości, zaczynając od złotych posążków wysadza­
nych klejnotami i poobwijanych w szmaty haftowane [?],
kończąc na oleodrukach świeżo sprowadzonych z Europy.
Posążki i posągi Buddy wszelkich rozmiarów i najróżnorodniejszych motywów; złoto, srebro, alabastr, kamienie stiuku[?]. Wszystko powstawiane pod kloszami lub poobwijane
w szmatki, bez symetryi, ładu lub bezładu artystycznego;
przypomina trochę salon burżuja niekulturalnego lub [?] izbę
chłopa, trochę pokój dzieci, bawiących się w święte misterja.
Kaplica za świętymi posągami Buddy; złotym, kryształo­
wym; cały szereg znowuż. Jakaś żądza i upadek wisi nad
wszystkiem. Monotonna muzyka [??] Słychać ją tu wszędzie
pod wieczór i w południe. Z daleka brzmi, jak suchy bełkot
pustej beczki wiezionej po kamienistej drodze.
Pod przykrem wrażeniem znów jednej rozproszonej iluzyi, tajemnicy, która rozpłynęła się w nicość wychodzę ze
świątyni: Buddyzm w swej brutalnej, pospolitej formie
przedstawił mi się jako coś jałowego; coś, co znam już z tan­
detnego katolicyzmu Włoch Południowych; coś, co nie ma
czaru dziwnych efektów artystycznych, [?] i opartych o wie­
kowe tradycje. Śpiew muezina na minarecie; dźwięk dzwo­
nów w kościele wydaje mi się czemś pełnem tajemniczych
wezwań w porównaniu z tern suchem telepaniem pustej becz­
ki. Pierwsze zetknięcie z zupełnie nową kulturą, od której się
człowiek bóg wie nie co spodziewał, pierwsze wrażenie zu­
pełnie nieznanego kraju, religii, pejzażu są zawsze pełne ta­
kich rozczarowań. Czasem tylko, bardzo rzadko szczęśliwy
zbieg okoliczności: świeża, wypoczęta myśl, dobrze nasta­
wiona wrażliwość, szczęśliwe ustawienie warunków w danem miejscu pozwala uchwycić od razu, treść nowego świa­
ta, wartość piękna w nowem otoczeniu. Następuje wówczas
jasnowidzenie, ujęcie nagłe i głębokie rzeczy niespodzianych
i pięknych, bo prawdziwych - jeden z najszczęśliwszych ty­
pów przeżyć. Niestety w tej podróży takiego szczęśliwego
zbiegu okoliczności nie mam, choćby z powodu troski o przy­
szłość, o aklimatyzację w tropikach i wielkiego zmęczenia
gorącem.
Hotel: obiady i lunch obfite; jedzenie średnie; pokój
chłodny i comfortable. Gniewa mnie obsługa, cicha, pełzają­
ca i [?] ubierający się do obiadu; niesympatyczni Anglicy,
najwidoczniej nie mający nic ciekawego do powiedzenia.
Następnego dnia spacer do Peradeniya. Deszcz siąpi. Je­
dziemy cały czas ulicą podmiejską. Ogrody; rozłożyste drze­

wa nad drogą; domki niskie, białe za sklepikami; czasem
otwarte całą szerokością na ulice i zastawione matami i krat­
ką. Zawsze wyłazi z ciemności jakaś postać brązowa, półna­
ga, jakieś szmaty czerwone lub białe; głowa, para oczów du­
żych, pustych, wilgotnych. Ulica zresztą dość martwa, nie ma
życia, nie ma zdarzeń, nie ma zabawy i zabawnego lenistwa,
włóczęgostwa. Ogrody botaniczne śliczne; zmęczony jestem.
Bambus olbrzymi; tryska zieloną fontanną z ziemi. Jak wiatr
wieje słychać turkot olbrzymich - hałas uderzających o sie­
bie, skrzyp gigantycznych kół, jęki; jakby jakaś nadpowietrzna walka olbrzymów na kije! Oglądamy lotosy na stawie;
wiktorja ragja; palmy taliput; pandanusy; palmy Phoenix.
Rzeka o rdzawej wodzie płynie cicho, leniwie, jakby wypeł­
niona gęstą, lepką cieczą. Drzewo fikus rozpuszczające setki
pędów z ziemi. Deszcz, ulewa nas łapie. Czekamy aż przej­
dzie.
Po przespaniu idę do Bella, potem na Lady Horton's walk;
śliczny widok na Kandy; ptaki o ostrym, przeszywającem
grzechotaniu; motyle śliczne. Bell radzi jazdę wołami. - Wie­
czór nad stawem. Ciemno i ciepło. Wysepka nasuwa kuszące
myśli o cudnym posłaniu miłości, gdzie [?] opasły król, w lu­
bieżnym, olbrzymim uścisku posiadał kobiety śliczne; w du­
szy noc, gdy niebo zdaje się nachylać nad ziemią i obejmo­
wać ją ciepłem swego uścisku. - Ja idę jeszcze ulicami, wie­
dziony jakby nieokreśloną nieczystą, mętną nadzieją ujarz­
mienia czegoś co będzie mnie namawiać do złego. Przezwy­
ciężam się; parę razy walczyłem już przeciw nieczystym my­
ślom. Wracam koło świątyni i nad stawkiem do domu.
Na drugi dzień rano, rozstajemy się boleśnie z P[?]; idzie­
my na L[ady] Horton's walk. Bajeczne, [?] gąszcze; motyle,
kwiaty. Cudny widok na Gangę i równinę na wschód od Kan­
dy. Górki misterne, eleganckie w swem pogmatwaniu linii
i nieregularnej konstrukcji. Wśród szerokiej doliny płynie
znowuż mętna, brązowa Ganga. Mam dziwne wrażenie, że ten
cudny kraj jest pozbawiony czegoś, że jest to dekoracja pięk­
na, której brak dramatu. Kraj o wartości historycznej, albo
kraj zupełnie dziki mają każdy swój urok odrębny. Ale kraj,
którego historja jest (w mej apercepcyi ignoranta) zbiorem
drobnych bezsensownych posunięć na szachownicy małostko­
wej polityki drobnych radżów i wstrętnej polityki państw kolonizacyjnych; kraj, którego celem w dzisiejszych czasach jest
wzbogacanie plantatorów i spekulantów - taki kraj nie ma
żadnego uroku. Plantacje herbaty na tym prześlicznym krajo­
brazie, szeroka dolina, na której powinna istnieć jakaś wspa­
niała stolica, choćby w ruinach, nasunęły mi te refleksje.
W Kandy zakupy u Cargilla; jazda do Matali, osłabienie; po­
mimo to patrzę na okolicę [?] w cieniu chmur. Ganga; drobne
płaszczyzny pokryte [??] i ogrodami; potem przejazd przez
Gangę; a potem jazda zboczem ślicznej doliny z wysoką górą
po przeciwnej stronie. W Matale radosne 1. wrażenie, że na­
reszcie jestem w prymitywnym Ceylonie, w rest-kruzach, że
nie ma Europejczyków. Matale ślicznie położone u stóp stro­
mej góry zielonej, pośród zieleni ogrodów. Decepcja; nie ma
noclegu; nie ma wołów. Idziemy do świątyni. Szeroka, barw­
na ulica, znowuż wiecznie te same zbolałe, puste twarze; czer­
wone i białe szmaty. Warkocze, hustki [sic], turbany.
Wychodzimy z miasta; mała świątyńka z rzeźbioną kopu­
łą. - Potem szereg ogrodów; tu i ówdzie domek kryty da­
chówką lub poszyciem z liści palmowych; znowuż wszędzie
omdlałe postacie. Spotykamy grubych, poważnych arystokra­
tów czy plutokratów syngalezkich, którzy się zgromadzili
209

�w Matale na wedding party i teraz jadą automobilem, dryndą
lub idą piechotą. Do świątyni prowadzi wazka ścieżka i scho­
dy, skręcające na lewo (ku zachodowi) od głównej drogi.
Obok otwartej altany, służącej za schronisko podróżnym
i drzewa świętego Bo[?] przechodzi się w dziuplę [?]; olbrzy­
mie liście ocieniają schody, którymi dochodzi się na jakie 4
piętra; z dołu już widać szare olbrzymie bryły [?] poustawia­
ne przypadkowo, poopierane o siebie. W niektórych niszach
gnieżdżą się masy nietoperzy, w innych zakamarkach wbudo­
wane są kapliczki. Główne złomy tworzą głębokie podwórko,
w którem znajdują się 2 kapliczki buddy. Obchodząc jeden ze
złomów wychodzi się na szersze podwórko, gdzie znajduje
się domek kapłanów, z tamtąd wejść można na szczyt jednej
ze skał, gdzie stoi malutka [?]. Widok z tej skały był tern, co
mnie najbardziej wzięło. Widać całą dolinę. Zachód słońca;
różowe chmurki na tle wszechobejmującej [?]. Góry (szczy­
ty) częściowo we mgle; przez [?] wrota tu i ówdzie widać nie­
bo błękitno zielone. Ten widok wziął mnie b. silnie.
Wracamy. Jazda przy księżycu. Szerszych widoków nie
ma. Bliższe plany ciekawe; śliczne efekty ze świetlikami; da­
jącymi przerwane światło. W Kandy parszywy nocleg; pchły
i żyganie pijanego drania obok. Ranna jazda do A'pury. Z po­
czątku czuję się dobrze i odczuwam po raz pierwszy silniej
bezpośredniej przyrodę. Śliczny szeroki widok na rozległą
dolinę; w odległości zamek św. Anioła i szpinach peaki.
Za Polgahawela jedziemy 1. klasą z 2=a mieszańcami, czy
Holendrami. Zaczyna się sucha dżungla; charakter zupełnie
inny, znacznie mniej egzotyczny. Niema ani [?] sztywnej fantastyczności palm z dzikością [?], oblewających ziemię falą
zieloną; ani nieustępującej na krok bujności i zieloności traw
i krzewów. Coraz więcej spalonej, suchej trawy i wyschnię­
tych drzew, wył[acznie] drzewa, które potraciły liście. Dużo
krzewów kolczastych; suchych. Wszystko przypomina krze­
wiaste zarośla Anglii.
W A' pura b. miły hotel. 1. dnia zwiedzamy na wózku z guidem. Mam tremę, czy mi się uda zrobić wyprawę wołami. Świątynia koło wioski; na szczycie dachu drzewo Bo. We­
wnątrz leżący Budda i zwykłe statuetki. Potem jedziemy ku
południowi ku świątyni w otwartem polu; parę stawków
przed nią; nad nią Dagoba z ślicznym widokiem; za nią
staw sztuczny irygacyjny. Wracamy, oglądamy dużą Dagobę,
nie wychodząc z powoziku; potem jedziemy laskiem bez
podszycia między ruinami licznymi. Głównie szeregi słup­
ków kamiennych ustawionych prostopadle; śliczny, podłużny
stawek, obok świątyni. Ruiny kwadratowe, z doskonale rzeź­
bionym kamieniem półokrągłym. Refleksje o upadku kultury
w danym narodzie. Gromady małp między ruinami. Wraca­
my już przy księżycu. W hotelu zaraz po obiedzie zasypiam
w krześle; następnie kładę się śpię jakie 12 godzin. Szalone
zmęczenie i przytłumienie; apatja. Podobna zresztą do tej, na
którą cierpiałem po przyjeździe do Las Palmas. Może i teraz
się przyzwyczaję.
Na 2. dzień idziemy koło 1 l=tej nad jeziorkiem, koło re­
staurowanej dagoby do nowej dagoby, której dotąd jeszcze
nie widziałem. Gaj mimoz czy akacyi i fikusów; drzewa rzad­
kie, bez podszycia; ziemia pokryta liściami zeschłymi; na le­
wo staw podłużny; widocznie kąpiel dla słoni, a może i dla
ludzi, kapłanów. Na prawo dagoba, w [?] porosła trawą; Staś
na platformie z olbrzymich, płaskich kamieni. Po 4 stronach
małe kapliczki u jej stóp. Idziemy na szczyt tzn. taras dobrze
[?], na szczycie czworościennym. Na tern wazka wieżyczka,
40

210

zwężona ku szczytowi. Tam płaska platforma, osłonięta pół­
okrągłym murem z jednej strony, otwarta na duże jeziorko
i cudny widok na góry. Szeroka równina; szaro zielone staw­
ki, jasno zielone plamy pól ryżowych; niektóre pola wyschłe.
Nad większym stawem zeschły las o białych pniach i kona­
rach. Bliżej widać sylwety dagobów; jest ich 4; świątynia na
małym [?]. - Staś ma fatalny dzień; nie patrzy, rozpacza,
mówi o sb. [samobójstwie?] . Miał pisać artykuł.
Popołudniu siedzimy w hotelu, siedzimy na tarasie. Księ­
życ wschodzi. Przed nami w[ielka] niedźwiedzica; patrzę
z sentymentem na płnc [północ]. Na lewo wenus zachodzi; na
prawo wschodzi wega. Krzyż i centaur za nami. - Władowanie na bullock cast. [?] Idziemy kawał drogi piechotą; księ­
życ; jednostajna powłoka światła i cienia miękiego przebija­
ją złoto iskry świateł po domach, na straganach, w świątyni.
Słychać tamtam; ulice ruchliwe. Idziemy przez wieś; potem
lasem; przechodzimy tor kolejowy, rzekę Malantovia Gangu.
Kładę się spać; kiepski sen; człowiek idzie z nami i śpiewa;
wciąż spotykamy wozy; szalenie i [?].
Maradankadawala. Spacer wsią małą i nędzną. Jeziorko
nad górką, okrytą skałami. Idę na lewo nad stawem, lotusy.
Potem pod skałą; domki; wchodzę na górę; przede mną 2 po­
la ryżowe, między nimi ścieżka prowadzi w dżunglę. Mała
świątynia buddy w skale. Idę w dżunglę; mało egzotyczny
charakter; zmęczenie; marzę o tern, jak będę o wspominał te
spacery po powrocie. Po wyjściu z dżungli (nizkie, akacjowe
krzaki; owady i motyle wspaniałe) jestem obsypany kleszcza­
mi. Z pomocą moich przyjaciół obszukuję portki i skarpetki.
Dziś tylko jeden kleszcz wbił się we mnie i natychmiast ustą­
pił pod jodyną. Wracam nad stawkiem; śliczny widok na gór­
ki; małpy przelatują po drodze. Spotykam Stasia. Resztę cza­
su w Rest Housie; rozmowa z Tamilem; pisanie dziennika;
Staś zaczyna artykuł b. dobrze .
Z Maradankadawala do Kekirawa droga b. jednostajna
między nizką i szarą dżunglą; trawa spalona; raz tylko widać
wzgórza nad dżunglą. Kekirawa mała osada; dużo wozów
[?]; jadą do A'pury na święto. Idziemy wieczór do dagoby.
Cudny widok na stawek i górki; pola ryżowe. Siedzimy dłu­
go na dagobie; ja medytuję o prawdzie w życiu; czy postąpi­
łem prawdziwie w stosunku do Retingerki, wracając do niej?
Czy miałem prawo się jej oświadczyć? Czy miałem prawo
całować ją jeszcze? Prawda prowadzi do nirwany, do niszcze­
nia w sobie niektórych rzeczy i do utrwalania innych, do mumifikacyi ich. - Obiad; karaluchy. Śpię nieźle.
Dziś rano idę na spacer, po wale naokoło wyschłych staw­
ków. Upał szalony; robię zdjęcia. Nad dżunglą widać góry
zamglone, choć niezbyt odlegle. Dżungla rzadka, czysta. Tyl­
ko w punktach lepszej irygacyi oazy silnej zieloności; palmy
i podszycie buszu. Kobiety kąpią się w stawkach błotnistych.
41

42

6.VII.14.
Dziś dopiero czuję się trochę lepiej; mam poczucie jakby
jakiś ciężar spadła z głowy i łuska z oczu. Zdaje się po prostu
że dzień jest chłodniejszy. W każdym razie jestem znacznie
lepiej i jestem szczęśliwy. Wczoraj po powrocie ze spaceru
pisałem w resthousie b. leniwie. Pakowanie; breakfast; mam
kota moralnego z powodu omyłki keeper [stróż] i tego, że
Staś się nie wpisał w książce. Wieczorem okazuje się że kee­
per okradł nas o 2 rupie.
Jazda dość monotonna. Z obu stron widać zielone ściany
dżungli suchej i nieefektownej. Siedzę w wozie i patrzę leni-

�wie, jak drzewa wloką się. Szerokie mimozy jak otwarte pa­
rasole; fikusy o poplątanych konarach i pędach, jak grupy za­
jęte żywą i poufałą rozmową; trzymają się pod ramiona, wy­
ciągają ręce, gestykulują. Miejscami roślinność zupełnie pu­
stynna. Kaktusy i euforbie [wilczomlecz] posplatane w gęste
bukiety. Miejscami przerwa w dżungli; zielone pola ryżu, po­
nad nimi dalszy widok na góry. Przejeżdżamy przez dojrzałe
pole ryżowe; ściernisko, na nim kopki zboża żółtego. Gdyby
nie nieregularna szachownica drobnych poletek możnaby się
czuć [jak] w Polsce, tak podobne są nizkie krzewy, stojące
bukietami i dużymi kopami w głębi pola. Bydło garbate, albo
też szare jakby bez sierści, w dużych rogach pustych.
Leśnych zwierząt prawie nie ma, nawet ptaków niewiele.
Przed [?] idziemy dużo o zmierzchu; z dżungli dochodzi głos
fletu i bicie w bemben; pierwszy raz muzyka buddyjska ude­
rza mnie jako coś ładnego. Ale sama droga mnie nuży; napa­
dy chandry za Galicją. Marzę jakbym to podróżował z rykszą
i automobilem. Marzę o możliwościach miljonerstwa. Rest
house obszerny; przed nim palmy w księżycu i ściana góry.
Po herbacie idziemy na spacer. Małe domki - typowe, mię­
dzy szparami światła, ciemne postaci, łóżka.
Przy drodze widzimy, pod rusztowaniem z 4 pionowych
patyków i 4 rozłupanych kawałków bambusa, poziomo opar­
tych o nie, siedzi człowiek nad stoliczkiem pokrytym kwiata­
mi, kadzidłem i świeczkami: odprawia ceremonję magiczną.
Pomagamy mu parasolami przy zapaleniu świeczki. Odczy­
tuje modlitwy i pali kadzidło nad węglami. To pierwsza, którą
widzę, ceremonia magiczna, odprawiana w świetle [?], pod
pokręconymi korzeniami fikusa, przez czarnego dyabła,
w otoczeniu tylko takich samych dzikusów, działa [?] i przej­
mująco. Idziemy poprzez obozowisko pielgrzymów, którzy
recytują w otwartej halli jakieś godzinki buddyjskie, w górę
po pochyłej skale. Mała biała dagoba w świetle księżyca; da­
leki widok na dolinę, [?] ku północy. Dyskutujemy o metafi­
zycznej zawartości Buddyzmu v. Christianism.
W nocy śpię fatalnie z powodu herbaty. Wstaję o 7=ej
idziemy ku świątyni. W dzień te same miejsca wydają się
mniej [?], ale widok jest cudowny. Wspinamy się po gładkiej
skale na sam szczyt czapki. Na prawo okrążamy świątynię
i drapiąc się po nierównościach [?], przepychając się przez
gęstwę ściółki i wchodząc po euforbii wydobywamy się na
wierzch. Rozkosz chodzenia po zaokrąglonych, wylizanych
wodą płatach granitu. Ciemno szary z lekkim odcieniem cze­
kolady, przypomina kształty olbrzyma, słonia. Wszędzie wi­
dzę jakby olbrzymie zady, [?] zwierzęcia, zaokrąglone płaty
skóry. Charakter skały powolność, łagodność, osiadłość - coś
niby [?] olbrzymiego posągu Buddy patrzącego w dal. Ze
szczytu widok wspaniały. Z za profilu czapki wzrok spada
wprost na dół równiny, pokrytej gęstym lasem. Dalej, naoko­
ło z równiny tej wznoszą się całe szeregi utworów górskich.
Na północ i na zachód równina jest stosunkowo najbardziej
czysta; tylko zrzadka wznosi się jakaś góra; niezbyt daleko
stożek regularny, dziwnie podobny do Wein[?]; dalej garbate
góry jak dromadery przyklękają po ładunek, leżą samotnie na
płaszczyźnie widać ich kilka, nie płaczą za sobą, samotne
i spokojne. Ku wschodowi zaczyna się trochę więcej ruchu;
z początku małe faliste pagórki, jak kopuły podłużnego me­
czetu, potem grzbiet przerwany tu i ówdzie wystającą basztą
na koniec wyraźny łańcuch górski [?] na najbliższym planie
dwoma ostrymi grzbietami w główny trzon górski, wznoszą­
cy się na południe i zakryty we mgle. W ten trzon wchodzi

szeroka dolina, biegnąca od stóp naszej czapki granitowej; po
prawej stronie wznosi się piramida o ostrych zarysach, trochę
podobna do Lodowego, otoczona kilku szpiczastymi iglica­
mi. Dalej na prawo znowuż szeroka równina i tylko daleko na
horyzoncie przebijająca się przez zamglone powietrze drobne
łańcuchy górskie w miniaturze. Nad tern wszystkiem niebo
pokryte jasną warstwą cirrusów; niżej pędzą po niem białe
baranki. Wiatr szalony; chłodno i świeże powietrze. Zdołałem
uchwycić istotę swoistości tutejszego krajobrazu górskiego:
Ma się tu przed sobą zbiór najrozmaitszych, najbardziej
odmiennych typów górskich: piramidy o charakterze mło­
dych formacyi plutonicznych; wyraźne wulkaniczne stożki;
iglice dolomitowe; kanty i czapki; dalej stolnice szerokie, [?]
faliste wzgórza i szczyty stojące samotnie. Wszystko to mi­
niaturowe, zebrane w jednej panoramie jak na pokaz pod klo­
szem olbrzymim - i w dodatku wszystko pokryte jednostaj­
nym płaszczem zielonym, zamalowane grubym pokostem który nadaje wszystkiemu jakąś uprzejmość, łagodność i misterność - odejmuje grozę i majestat dziki najsurowszym
i najbardziej fantastycznym formom.
Świątynia cudowna. I . podwórko przywodzi kojarzenia
różnych kaplic polnych, miejsc świętych, klasztorów gór­
skich. Przez otwarty, mały krużganek wchodzi się w ogro­
dzone podwórze, z którego rozciąga się śliczny widok na Za­
chód południowy. - Wewnątrz silne wrażenie robią olbrzymie
posągi Buddy leżącego, wykute w skale. Sklepienie pomalo­
wane, zwiesza się łagodnymi, pofałdowanymi kształtami,
jakby jakaś kunsztowna tkanina, ciężka i bogata. Malowidła
dziwne, przy niepewnym świetle robią wrażenie rzeczy pięk­
nych i stylowych. Bóstwa o ramionach i twarzy słonia; sceny
historyczne; procesje świętych - majaczą pośród pełzających
tu i ówdzie światełek i nadają pieczarze jakieś dziwne, zasty­
głe i ślamazarne życie. Naokoło, w odległości jakich 2 me­
trów od ściany, tyłem do niej obrócone siedzą postaci - zda­
je się Buddy, w kucki, z liściami [?] wystająca z głowy. Wnę­
trze świątyni zastawione małymi szafkami oszklonymi, posą­
gami bóstw, kapłanów, świętych i [?]. Na prawo rozłożony
posąg Buddy. W 1. pieczarze, b. małej, jest on wykuty ze ska­
ły o cudownym wyrazie twarzy, w sukni o ślicznie wyrzeź­
bionych fałdach. Nalanda, 8.VII. 14.
Znowuż opadło mnie zmęczenie; przemęczenie i wyczer­
panie. Powietrze tu trochę b=ej duszne niż w Dambulli - ro­
ślinność zbliżona do flory kandyjskiej. Wczoraj w nocy śni­
łem o n; o Lipsku - obrazy miasta przepojone szaloną tęsk­
notą, mówiące sentymentem; byłem tam z t, a tęskniłem za n.
Rano obudziłem się z silnymi uczuciowymi falami; głównie
do n; właśnie dziś, jutro żegnałbym się był z nią.
Na morzu, z Fremantle do Adelaide, Środa 5.VIII.
Opis pobytu w Zachodniej Australii.
Ogólnie b. miły, pogodny, lekkomyślny nastrój. Brak za­
fascynowania jakąś jednostronną podnietą uczuciową. Zain­
teresowanie się głównie objektywnymi faktami; roślinnością
Zach[odniej] Austr[alii]; zwierzętami w ogrodzie; trochę też
problemami etnologicznymi. Nastrój par excellance nauko­
wy. Pod koniec zaczynam się czuć trochę gorzej z powodu
kłótni ze Stasiem, ogólnego zmęczenia i , na samym końcu,
wiadomości o wojnie:

211

�21.VII. Dzień przyjazdu. Wstaję o 6=tej. Kąpiel. Na po­
kładzie deszcz; ciemno jeszcze. Budzenie się dnia; chłodne­
go; różowe cienie na ciemnych chmurach, wlokących się
smugami deszczu po oceanie; zielone, zimne morze. Poczu­
cie wyjścia z tropików; nowe poczucie geograficzne globu;
opasania ziemi. Fakt psychologiczny „poczuć geograficz­
nych".
Fremantle jako szereg domów bez charakteru w oddali.
Długie czekanie na Le Sońifa i na Dakina ; niepewność co
do Stasia. L.S. przyjeżdża; duże, nieporządne, solidne chlopisko. Bryka w polskim stylu. Radość, że jestem gościem, że
nie muszę o wszystkiem myśleć i za wszystko płacić. Wy­
jazd. Małe bungallows; pierwsze eukaliptusy i drzewa pie­
przowe. L.S. objaśnia o mieszkaniach, o piaszczystym pasie,
mówi nam nazwy drzew. Rzadki las; puszyste, rozłożyste
drzewa o fantastycznych sylwetach. Przedtem małe krzaki
0 sztywnych konturach: [?] i puszysta haznarina podobna do
wiotkiej limby. Bierze mnie zainteresowanie botaniczne;
chciałbym zrozumieć położenie eukaliptusów w systematyce
botanicznej. L.S. mówi mi o charakterze liści eukaliptu. Pro­
blem drzew liściastych i szpilkowych. Definicja drzew liścia­
stych, jako mających 2 strony liścia odmienne. Przejeżdżamy
zwolna w czysty [?], bez domów; widzimy domki z blachy
giętej; małe, stojące na palach, czasem malutki jeden pokój ,
podobne do budki [?] albo centinelki. To domki osadników
lub robotników osiadających na roli. Jedziemy koło stacyi
„bez drutu" - potem przez rzekę; potem przez miasteczko
1 wjeżdżamy do S. Perth. Domek z drzewa, otoczony weran­
dami na parterze i piętrze, pomalowany. Stoi na pagórku; nad
drzewami i pomiędzy liśćmi widać lazurową wodę zatoki.
Rano, budząc się widzę na lewo [?] wodę 'Cumming River',
na prawo Perth water. Za domkiem podwórze i 'ubikacje';
przed domkiem ogród; przechodzący w ogród zoologiczny.
Schodzi się na dół, z początku widok na wodę i brzeg prze­
ciwległy; potem gubi się człowiek w ogrodzie. Eukaliptusy
po drodze. Wogóle wszystkie najważniejsze drzewa są Euka­
liptusy.
Pani L.S. wychodzi na nasze spotkanie i wita b. serdecz­
nie; ona jest niewątpliwie silniejszą indywidualnością w ro­
dzinie. Szczupła, z ściągniętą twarzą, mogła być niegdyś dość
przystojna. Typowa protestancka ograniczoność poglądów
i zaciętość charakteru, połączona z dość dobrym sercem i po­
czuciem swobody. Można z nią zupełnie dobrze wytrzymać;
tylko trzebaby jej ustępować w małych rzeczach.
1 .[pierwszy] lunch - jedzenie b. dobre. Jam figowy i śmie­
tana odrazu pociągają moją uwagę. Po lunchu idziemy się
przejść po Zoo. Żółwie na dole, przewracamy je. Potem mał­
py. L.S. bawi się z wężami; przyczepia się do nas 3 facetów
baciarowatych. L.S. zajmuje się b. intenzywnie niemi. Ła­
zienka z ciepłymi kąpielami. Wracamy do domu i jedziemy
do Perth. Jazda przez rzekę wyjątkowo ładna. Sylweta Perth,
podnosząca się łagodnie na 2 pagórkach.
(Kończę w Poniedziałek 17.VIII. w Melbourne)
Ten widok - jeziorka z sylwetą małomiasteczkową i z sze­
rokim horyzontem, kończącym się górkami na wschodzie
i zamkniętym pagórkiem lesistym tuż na Zachodzie - jest dla
mnie związany ze zrozumieniem uroku i piękności życia kolonjalnego. Zupełnie świeże, nowe, niewyst[ępujące] ani fak­
tycznie ani w żadnej wyobraźni artystycznej widoki; szerokie
możliwości ekonomiczne, połączone z rzeczywistą twórczo­
ścią nad dziewiczą ziemią - łatwość niezmierna stosunków
43

212

44

ludzkich i możność wybicia się - to wszystko są niezmiernie
silne węzły łączące człowieka z nową ziemią. Rzeczy,
których istnienia zupełnie nie przeczuwałem
Umieszczamu Stasia w Hostel; zciemnia się; jedziemy
z powrotem. W domu zastaję Leslie i Mildred, dwoje star­
szych dzieci. Po kolacji siedzę z nimi w saloniku i rozmawia­
my o geografii, o Ceylonie, o zwierzętach. Bawi mnie i robi
mi przyjemność adoracja i „upiedestalenie" z jakim mnie
przyjmują Mrs. L.S. &amp; Miss Ry[?]. Wieczorem pokój mój b.
przyjemny; słyszę odgłosy dzikich zwierząt i skrzyp wiatraka
pompującego wodę. Jestem spokojny i zadowolony; czuje się
w domu; chandra ginie.
We Środę 22.VII rano idę do kąpieli, koło dzikich zwie­
rząt, lwów i tygrysów. Śniadanie, przy którym długo gadamy.
Koło 12=tej idę sam do Perth. Stasia niema. Przychodzi Staś
i L.S. po kwadransie mojego czekania. Idziemy do Uniwersy­
tetu, gdzie nikt nic nie wie - potem z Watsonem na lunch; po­
tem plan dalszej wycieczki do Kalgoorlie i Merredin. Po lun­
chu jedziemy tramem do miasta; rozmawiam z Irlandczykiem
w składzie zboża; o kopalniach złota i „prospecting"; p za­
robkowaniu i „home [?]". Jedziemy końmi przez przedmie­
ścia o rzadkich, niskich domkach wśród ogródków; potem
brodem; potem znów małe [?] domki z blachy lub drzewa
osamotnione w dziewiczym buszuf?]; domek Duraca . Black
z plemienia Loritja; badam go powierzchownie. Kobieta
z plemienia Płn. Zachodn. - Wracamy; zciemnia się; poprzez
most; drzewo na którym ostatni raz wieszano bez sądu. Le
Sońif dużo gada. Wieczorem kolacja; odprowadzamy Stasia
do Watsonów; kłótnia w hotelu. Opuszczam Westonów. Wra­
camy z Miss Ragmont; ja daję popularny wykład o gwia­
zdach (ekspansja subjektywna). Śpię krótko. Na drugi dzień
L.S. odprowadza mnie na kolej.
Czwartek 23. Długo ciągną się przedmieścia; potem ładne
widoczki przy wjeżdżaniu na Darling Range. Potem jedno­
stajny [?] i „black boy" nadają charakterystyczny, egzotyczny
wygląd. Pola zborza [sic]szeroko rozłożone między puszczą.
Gdzieniegdzie centra b. zaludnione, Parę razy się pożywiamy.
Ja czytam handbook o W. Austr. - Wysiadamy; spotyka nas
wysoki, silny blondyn. Jedziemy polami; nastrój wsi polskiej.
Widzimy las we wszystkich stadjach; bujny i silny; [?] z obu­
marłymi drzewami; spalony z brązowymi, umarłymi liściami;
odradzający się z zielenią, wykwitającą na martwym brązie
liści, jak grynszpan [??] wytrzebiony i czyste pole. Ściemnia
się; jedziemy koło [?] Station. Kolacja w dużym, zacisznym,
ogromnym pokoju. Oglądamy narzędzia rolnicze i maszyny
do koszenia (a raczej obcinania czy wybierania ziarna),
młócenia, wiania i segregowania zboża. Maszynę do rozbija­
nia grud i.t.p. Krótki sen - nastrój spokoju, odcięcia od świa­
ta. Szybka i pełna naprężenia jazda na stację. Wspaniały, na
oko, pociąg. Wygodny compartyment. Rano śniadania w wa­
gonie, Niski bush, wśród czerwonej ziemi. Górki i ładnie po­
łożone Kalgoorlie z daleka. Poznaję Mr. i Mrs. [?]
W Kalgoorlie (Piątek 24.) zimno; czyste, przejrzyste
i ostre powietrze. Czerwona ziemia i seledynowe niebo.
Barwne domki. Idziemy ku poczcie; Mr Bolton; poczucie
zbytniego uhonorowania. Tramem do Bonlder; potem idzie­
my; Hamilton. Ridge[?] oprowadza nas po górze. Młoty roz­
bijające greenstone; potem bale tłukące go; młyny wilgotne;
na dnie rtęć. Bierzemy w rękę ciemny, gęsty amalgam złoty.
[?] Czarne błoto, zawierające 70% procent złota. Złoto wy­
pieczone. Lunch u Hamiltona. Przebieramy się w niedzielne
45

46

�ubrania i kapelusze i idziemy ku [?] Jazda windą na dół. Spa­
cer po sztolni; system przekopywania się całą szerokością,
a raczej grubos'cia kopalni. Hamilton daje mi próbki złota;
wracamy automobilem. O mało co nie spóźnieni. Kupuję sle­
eper dla siebie i Stasia. - Staś' wyjeżdża z pretensjami o Śro­
dową kłótnię, co mnie przyprowadza do wściekłości. Kola­
cja; źle przespana noc. Sobota 25 w Perth przyjeżdżamy; telefonuję do L.S. Pro­
tector of Aborogines, który przyjeżdża po nas bryką. Jedzie­
my miastem nad jezioro. Znów wesoły, swobodny, miły i nie­
estetyczny charakter miasta, przedmieść. Wracamy mostem
z rybami i żółwiami. Lunch; popołudniu spacer po Zoo
z Kingsmillami; wieczorem idziemy do N.W.D. Campbell.
Oglądanie narzędzi aboriginów.
Niedziela 26.VII. Wycieczka do Cussacka. Rano przebie­
ramy się. Potem jedziemy zwykłą drogą (tagarocta, złota aka­
cja w kwiecie, drzewo z wisielcem) przez most do Guilford,
gdzie konny policjant nas oczekuje. Blacks camp. Rzucanie
boomerangów, które wszystkie wracają. Nie mogę zebrać
żadnych określonych wiadomości. Lunch w rozwalonym do­
mku. Jazda do Cussacków, Staś siada na froncie. U Cussacków mam długa rozmowę z nim. Następnie herbata. Dostaję
wommerę i churinge[?]; obie dobre. Powrót, późnym wieczo­
rem. Rozmowa, w kt[órej] St[aś] napada na mnie i peszy
mnie, tak, że mam noc [?]; choć odnoszę się do niego pacy­
ficznie.
Poniedziałek 27. Wycieczka do fermy pomarańczowej.
Aha, w powrotnej jeździe poprzedniego dnia robię zgodę
z panią Lud. cofanie się na wszystkich punktach paradoxow
i jestem z nią nadal w miłych stosunkach. Jedziemy jak zwy­
kle aż do Gulford. Potem bushem, zbieramy kwiaty, których
mnóstwo. Jedziemy wąwozem pod górę. Bush na górze [?];
mniej kwiatów. Przyjeżdżamy późno; chłodny lunch. [?] i Giles'em; potem spacer po farmie; jestem osłabiony i ciężko
chodzę. Ładna, malownicza dolina; gaje płoną pomarańczami
na tle jasnego lazuru nieba; powietrze czyste, cudny zapach
żywicy aromatycznej jak woń [?]. Wracamy piechotą pod
górę; siadam; jedziemy nocą. Dr. L.S. opowiada mi historje
o wychowaniu dzieci. Przyjeżdżamy późno; kolacja; Staś wy­

chodzi wcześnie (i robi mi awanturę tego dnia a nie poprze­
dniego jak zanotowałem).
Wtorek 28. Rano idę do Campbella i dostaję dużą ilość
fajnych rzeczy i ciekawych informacyi; mówimy o użytku
wielu przedmiotów; boomerangów i.t.p. Potem o ceremonii
inicjacyi; pokazuje mi ciekawego penisa z drzewa i z kamie­
nia, którego pokazują chłopcom przy inicjacyi. - Potem idę
na lunch; potem przebieram się i idę na recepcję. Długa roz­
mowa z gubernatorem i jego żoną. Rozmowa z vicegub. i Sir
Johnem Forestem. Spacer po ogrodzie; zabranie Stasia; po­
wrót do domu. Wieczór w domu.
Środa 29. Rano wizyta w muzeum. Haddon , Glonert,
Scharff i.t.p. Popołudniu, po lunchu Camming i Protector
aboriginów; potem znów idę do muzeum, zamknięte, wracam
do domu.
Czwartek rano jadę do nowej Norcyi.
47

[Odtąd zaczyna się następny zeszyt a zarazem opubli­
kowana w języku angielskim część dzienników pt. A Dia­
ry in the Strict Sense of the Term]
Port Moresby, 20. Września 1914.
1 .Września rozpoczyna się nowa epoka w moim życiu: sa­
modzielna i samotna wyprawa w tropiki. We Wtorek,
1 .IX. 14. odprowadziłem Brit. Ass. Do Toowoomby. Rozmo­
wa i zaznajamianie się z Sir Oliwerem i Lady Lodge ; ofia­
rowanie mi pomocy przez tegoż; moje fałszywe położenie
i „sprostowanie" przez Stasia. Pożegnanie z Desire Dickin­
son; wściekłość na Stasia, która przerodziła się na głęboki
żal, trwający do tej chwili - to wszystko należy do poprze­
dniej epoki, do wizyty z Brit. Assem w Australii. Wróciłem
sam do Brisbane wagonem salonowym; czytałem po drodze
Handbook australski. W Brisbane poczucie opuszczenia i sa­
motności. Samotna kolacja. Wieczorami rozmawiam
z Grabnerem i Pringsheimem, którzy mają nadzieję, że bę­
dą mogli wrócić do Niemiec; mówię z nimi o wojnie. Otwar­
ty na sień, tandetnie umeblowany salon hotelu Danieli wiąże
się ściśle z tą epoką. Pamiętam wizytę rano w muzeum, do48

49

Witkacy, Pejzaż australijski, 1923 rok. Pastel.
Ilustracja za: Anna Micińska, Witkacy. Życie i twórczość. Warszawa 1985

213

�5

kąd Pringsheim mnie odprowadza. Wizytę u Burnsa Philpa ";
wizytę u złotnika. Spotykam z Brownem , w Piątek rano,
który idzie tego dnia na lunch do Mayo'ow . We Czwartek
wieczór jadę do Dr=a Douglasa , ażeby pożegnać się
z Gol[d]ingami i dać Goldingowej list do Stasia, oraz oddać
jej książki. Chłodna noc księżycowa. Tramwaj jedzie podgórę, widzę przedmieście położone nisko, u stóp pagórka.
Boję się, że się zaziębię; U doktora spacer z jego siostrą, tłustawą blondynką. Potem przyjeżdżają Gold[ingowie]. Ponie­
waż odczuwam silną tęsknotę za Brit. Assem. Odnoszę się do
nich z sentymentem, na który jednak nie znajduję oddźwięku.
Rozmowa o ich wycieczce; tańce na polance.
Znacznie milszy i b=ej osobisty wieczór u Mayo'ow. Wie­
czór; deszcz pada; po kolacji jadę ku promowi; pogoda je­
szcze; prom na rzece oświetlonej księżycem przez chmury.
Idę pod górę i błądzę; deszcz. Mayo spotyka mnie z paraso­
lem. Rozmowa o możliwości rezygnacji Seymura o planach
na lato, o możliwości wspólnego spędzenia wakacji i.t.p. Nie­
51

52

53

1

Ventnor na wyspie Wight u południowych wybrzeży Wielkiej Bry­

tanii.
2

Annie Brunton, patrz poprzednie odcinki.
Otolia Retingerowa, Tośka.
W Breńa Baja na Wyspach Kanaryjskich Malinowski mieszkał
przez półtora roku po zakończeniu studiów.
Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego, Kraków 1915
G B . Shaw, Kandyd, 1896, drwił tam z ogólnego poglądu na ludz­
ką siłę i słabość i na dążenia walczących emancypantek.
Kasia Chłapowska była przyjaciółką Otolii Retingerowej.
Malinowski jeszcze w październiku 1913 roku starał się w AU
o „udzielenie mu zasiłku z funduszu obrotowego fundacji s'p. W. Oslawskiego (...) celem przeprowadzenia badań z zakresu socjologii.(...) ma za­
miar pracować nad zagadnieniami odnoszącymi się do ogólnej teorii wie­
rzeń pierwotnych oraz nad etnologią ludów Afryki Północno-wschodn."
Zarząd A U na posiedzeniu 10.1.1914 przyznał Malinowskiemu zasiłek
w kwocie 300 koron. Patrz opracowane przeze mnie Listy Bronisława
Malinowskiego, w: M.Flis, A.K. Paluch, Antropologia społeczna Broni­
sława Malinowskiego,
Warszawa 1985, s. 271-272. Nie wiadomo czy
chodziło o to stypendium czy o jakieś' inne, o które jeszcze się starał.
I

4

5

6

7

8

9

Możemy tutaj przywołać wspomnienia pani Tośki o swych wizy­
tach u Conrada: „Mieszkał podówczas z rodziną w Capel House, w hrab­
stwie Kent. Mały, skromniutki domek stał w odosobnieniu od wsi, wej­
ście oplatały gałązki pnącej rośliny, nie pomnę już jakiej. Wokoło były
łąki, liściaste laski, miły spokojny krajobraz, pełen prostoty i pogody. Je­
chało się z Londynu parę godzin do niewielkiego miasteczka Ashford.
Tam na stacji po raz pierwszy zobaczyłam Conrada". T. Zubrzycka, Syn
dwu ojczyzn, „Iskry" 1931, t. 9, s. 122
1 0

Mówi! „dużo o literaturze, ulubionych autorach, o francuskich mi­
strzach słowa, których podziwiał. Mówił wtedy chętnie po francusku.
W angielskim miał zawsze bardzo wyraźną cudzoziemską wymowę. Po
polsku mówił czysto, swym przemiłym ukraińskim akcentem. Czasem
brakło mu jakiegoś słowa, wpadał znów we francuski", tamże, s. 124
J. Conrad, The Return, 1897 (Powrót). Najbardziej nielubiany
przez autora utwór. Nowela o rozkładzie mieszczańskiego małżeństwa.
Widać, że Malinowski odnosił treść Powrotu do swej własnej sytuacji.
Notes &amp; Queries on Anthropology, London 1912, wyd.4, B. Freire-Mareco i J.L. Myres (eds) były jakby podręcznikiem prowadzenia ba­
dań terenowych opracowanym przez W.H.R. Riversa, zawierały indeks
kwestii, które muszą zostać poruszone. W duchu N . &amp; Q. napisana zosta­
ła pierwsza monografia terenowa Malinowskiego, The Natives of Mailu,
patrz: M . Young, Introduction w: Malinowski among the Magi, London
1988
II

12

214

zmiernie sympatyczni ludzie. Wracam ku tramowi. Znajomy
konduktor, przypominający Litwiniszyna . Dużo pijaków.
W ogóle w Brisbane nie czuję się bardzo dobrze. Silna tre­
ma przed tropikami; wstręt do gorąca i duszność - rodzaj pa­
nicznego strachu przed możnością tak strasznego upału, jak
ten, który miałem w Czerwcu i Lipcu. Zastrzykuję arszenik,
po sterylizacji szprycy w kuchni. W Sobotę (dzień elekcji) ra­
no jadę do muzeum ażeby ofiarować książkę dyrektorowi,
potem załatwiam lekarstwa (kokainę, morfinę i emetynę)
i wysyłam rekomendowany list do Seligmana oraz szereg l i ­
stów do Mamy.
Po zapłaceniu przesolonego rachunku jadę na statek. Gru­
pa osób odprowadzających; o 12A wyjeżdżamy. Mayowie
stoją na brzegu; patrzę na nich długo przez lornetkę i macham
chustką - czuję że żegnam się na pewien czas z ludźmi mnie
życzliwymi i z cywilizacją. Jestem dość przygnębiony; mam
zasadniczą tremę i nieufność, czy podołam zadaniu, które
mam przed sobą.
54

J

13

Szpotańscy byli bliskimi krewnymi Malinowskiego ze strony mat­
ki, wydaje się, że odwiedzał ich także z powodów finansowych.
Może chodzić o kuzynkę Mancie.
August Zaleski (1883-1972), dyplomata, z wykształcenia historyk;
podczas I wojny świat, działał w Wielkiej Brytanii jako emisariusz obo­
zu niepodległościowego. Od 1918 w pracy dyplomatycznej (na placów­
kach w Szwajcarii, Grecji, Włoszech); 1926-32 Min. Spraw Zagr, także
w rządzie Sikorskiego.
14

15

16

Żenią Zielińska była malarką, przyjaciółką Żuławskich, którą po­
znał zapewne u nich w Zakopanem. Bardzo się w niej kochał. Tej miło­
ści dotyczą wcześniejsze dzienniki.
Józef Rydel prowadził Biuro Akademii Umiejętności jako jego Adjunkt.
Józef Rostafiński (1850-1928), botanik, prof. UJ, dyrektor ogrodu
botanicznego, aktywny członek A U . Z tego powodu mógł mieć z nim
Malinowski kontakty.
17

18

19

August Witkowski, ur.1854, fizyk, prof. UJ, członek A U , jeden
z najważniejszych mentorów Malinowskiego zmarł 12 stycznia 1913.
Edward Strassburger (1882-1923), ekonomista, prof. uniw. w War­
szawie od 1916, zwolennik kooperatywizmu, w którym widział urzeczy­
wistnienie ustroju społ. opartego na zasadach sprawiedliwości spol.
Jerzy Żuławski (1874-1915), pisarz, miłośnik i znawca Tatr, zmarł
na tyfus jako żołnierz Legionów Polskich.
Bolesław Ulanowski (1860-1919), historyk i prawnik, prof. UJ,
Sekretarz Generalny AU od 1901.
Pani Maria Witkiewiczowa prowadziła od 1912 r. pensjonat „No­
sal" na Bystrem, bez większego powodzenia zresztą.
2 0

21

2 2

2 1

2 4

Pensjonat „Konstantynówka" prowadziła p. Aniela Zagórska, ku­
zynka Conrada i matka późniejszej jego tłumaczki, też Anieli.
W Lowranie na płw. Istna przebywał na kuracji Stanisław Witkie­
wicz, spędził tam kilka lat (1908-1915).
Karol Szymanowski mieszkał wtedy w „Nosalu" u p. Witkiewiczowej.
Malinowski w młodości często mieszkał u znajomego gazdy na
Olczy.
J. Conrad, Nostromo, 1904
Może chodzić o Maurycego hr. Zamoyskiego (1871-1939), polityka
i działacza wielu organizacji kulturalnych i oświatowych. Z późniejszego
fragmentu wynika, że Malinowski także u niego szukał pomocy finansowej.
G.C. Seligman, Brytyjski antropolog, autor min. The Melanesians
of British New Guinea, 1910
' Zdzisław Jachimecki (1882-1953), muzykolog i kompozytor,
późniejszy prof. UJ, przyjaciel K. Szymanowskiego. W 1914 został
2 5

2 6

2 7

2 8

2 9

3 0

J

�członkiem Komisji Etnograficznej AU (a w 1947 czł. zw.), mógł to być,
poza towarzyskim, powód spotkania z Malinowskim.
Maria Antonina Czaplicka (1886-1921), studiowała w Londynie
i Oxfordzie (jako stypendystka Kasy im. Mianowskiego), od 1912 wy­
kładała etnologię na uniw. oxfordzkim (była pierwszą wykładowczynią
w dziejach tej uczelni), londyńskim i bristolskim. W latach 1914-15 pro­
wadziła badania terenowe na Syberii, jako uczestniczka wyprawy nau­
kowej, finansowanej przez uniwersytety w Oxfordzie i Filadelfii.
W szczególności badała kulturę Tunguzów u ujścia rzeki Jenisej i kultu­
rę Samojedów. Prace na ten temat przyniosły jej duże uznanie choć mia­
ła kłopoty z uzyskaniem stałej posady. Problemy te wraz motywami na­
tury sentymentalnej spowodowały jej samobójczą śmierć. Patrz D. Col­
lins i J. Urry, A flame too intense for mortal body to suport, „Anthropology Today" 1997, vol.13, no 6, s.18-20. W roku 1998 ma zostać wyda­
na czterotomowa edycja Collected Works Czaplickiej przez Curzon
Press.
3 2

3 3

Roger Fry (1866-1934), brytyjski historyk i krytyk sztuki. Mali­
nowski przyjaźnił się z jego siostrą.
Westermarck (1862-1939), socjolog, filozof i antropolog, wykładał
na uniwersytecie w Helsinkach i Londynie. Malinowski w czasie swych
studiów w LSE pracował pod jego kierunkiem.
3 4

3 5

Nieoceniona pani Otolia tak tę wizytę wspominała: „Nastał dzień
wielki, gdy Conradowie z chłopcami przybyli do Londynu i zamieszkali
u nas. - Byłyśmy obie z moją irlandzką gospodynią pełne obaw i niepo­
koju, czy dogodzimy tak miłym, rzadkim gościom? - Mieszkanie, choć
szczupłe, dało się urządzić dość wygodnie. Goście zajęli dwa pokoje na
piętrze, nie przeczuwając, że gospodarstwo mieszczą się z trudem na ka­
napkach na dole. - Zajmowaliśmy podówczas jedno z tych wygodnych,
umeblowanych 'apartaments', urządzone wyjątkowo niebanalnie przez
artystę malarza. - W czarnym saloniku, pełnym barwnych plam, przyj­
mowałam upragnionych gości z biciem serca młodej i niedoświadczonej
pani domu", Zubrzycka, op. cit., s. 141
1 6

Jan Lewiński (1885-1930) ekonomista. Studiował w Antwerpii,
Londynie, Berlinie, Brukseli (gdzie się doktoryzował) i Lipsku W 1912
przedstawił cykl wykładów w L.S.E., które ukazały się drukiem pt. The
Origin of Property, London 1913, po polsku w „Ekonomiście". W 1913
podjął próbę habilitowania się na jej podstawie w UJ. Próba ta nie powio­
dła się mimo pochlebnych opinii. Po wojnie pracował jako prof, ekono­
mii na kilku polskich uniwersytetach.
3 7

Robert Mond, jak pisał w Podziękowaniach na wstępie Argonau­
tów Zachodniego Pacyfiku sam Malinowski: „umożliwił mi tę pracę
przyznając mi przez pięć lat (1914 oraz 1917-1920) Stypendium Podróż­
ne im. Roberta Monda (Uniwerytet Londyński) w wysokości 250 funtów
rocznie"
Pudełko było potrzebne Witkacemu na farby, gdyż obawiał się, że
w tropikach zjedzą mu je mrówki.
Andrzej Strug (1871-1939), prozaik i publicysta, działacz socjali­
styczny i niepodległościowy w latach 1907-14 przebywał w Paryżu,
gdzie wstąpił do PPS-Frakcji Rewolucyjnej i uczestniczył w pracach
Związku Strzeleckiego, członek POW.
3 8

5 9

4,1

Dagoba to typ monumentalnego relikwiarza buddyjskiego wystę­
pujący na Ceylonie (odpowiednik indyjskiej stupy)
Witkacy musiał być rzeczywiście w fatalnym stanie, bo 2.VII. 1914
napisał list do „Władz Ceylonu" wyjaśniający powody swego planowa­
nego samobójstwa: „Po utracie mojej narzeczonej, która popełniła samo­
bójstwo, przed czterema miesiącami chciałem się zabić. Moja rodzina
doradziła (!) mi udanie się w podróż. Mój przyjaciel (jeden z dwóch mo­
ich najlepszych przyjaciół) wybierał się właśnie na Nową Gwineę z wy­
prawą naukową. Był tak uprzejmy, że do sumy, jaką rozporządzałem, po­
życzył mi pięćdziesiąt funtów szterlingów i zabrał mnie ze sobą w bar­
dzo złym stanie psychicznym, na skutek czego miał wiele kłopotów. On
był tak dobry jak najlepszy brat. I jest mi bardzo przykro, że jestem zmu­
szony popełnić wobec niego taką niegodziwość i opuszczam go w jego
niebezpiecznych wędrówkach. Ja jednak widzę, że podróżowanie za­
miast poprawić mój stan sprawia mi okropne cierpienie, ponieważ fakt,
iż ja mogę oglądać piękne rzeczy, których Ona nigdy nie zobaczy, czyni
mnie w najwyższym stopniu nieszczęśliwym. Jeszcze bardziej niż byłem
poprzednio. (...) Proszę wybaczyć mój okropny angielski" S I . Witkie­
wicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, s. 77-78
4 1

4 2

Artykuł ten pt Z podróży do tropików, ukazywał się w częściach
w piśmie „Echo Tatrzańskie" dopiero w 1919 roku (nr 15-18). Przyjadę
le musieli na gorąco wymieniać wrażenia bo oba teksty są do siebie bar­
dzo podobne (przynajmniej w warstwie opisowej).
Osoba, o której mowa pochodziła ze znanej australijskiej rodziny
przyrodników: Albert A.C. Le Souef był dyrektorem Ogrodu Zoologicz­
nego w Melbourne. Trzech jego synów kontynuowało te zainteresowa­
nia: Dudley odziedziczył stanowisko ojca i pisał książki o przyrodzie au­
stralijskiej; Albert prowadził ZOO w Sydney; Ernest (1869-1937), który
gościł Malinowskiego, był dyrektorem Ogrodu Zoologicznego w Perth.
4 3

4 4

William John Dakin (1883-1950), zoolog. Wykładał w Belfaście,
Liverpoolu i Londynie, w 1913 otrzymał tytuł pierwszego profesora bio­
logii na nowoutworzonym Uniwesytecie Australii Zachodniej. Był także
doradcą rządowym.
Durack, tak nazywała się duża rodzina farmerów-pionierów,
którzy pierwsi rozpoczęli hodowlę bydła na wielką skalę w zachodniej
Australii.
Chodzi zapewne o specjalne wydawnictwo z okazji kongresu Bri­
tish Association for the Advancement of Science, którego członkami
w 1914 roku stali się obaj podróżnicy. Mieli z tego powodu bezpłatne bi­
lety kolejowe w Australii podczas trwania zjazdu. Patrz, L. Paszkowski,
Malinowski i Witkacy w Australii, „Wiadomości", Londyn 1972, nr 41,
43/44
4 5

4 6

4 7

Alfred C. Haddon (1855-1940), „ojciec antropologii w Cambrid­
ge", z wykształcenia zoolog, prowadząc badania przyrodnicze nad cie­
śniną Torresa doszedł do wniosku, że bardziej pilne jest badanie tamtej­
szych krajowców. Następna wyprawa (1898) miała już charakter antro­
pologiczny i uczestniczli w niej m i n . : W.H.R. Rivers, CS. Myers, W.
McDougall, C G . Seligman.
4 8

Sir Oliver Lodge, wybitny fizyk, zainteresowany także problema­
tyką psychologiczną, opublikował także szereg prac usiłujących połą­
czyć religijny i naukowy punkt widzenia. Od 1900 był rektorem uniwer­
sytetu w Birmingham.
Fritz Grabner (1877-1934), etnolog niemiecki, wybitny przedsta­
wiciel podejścia kulturowo-historycznego w etnologii. Z wykształcenia
historyk. Razem z B. Ankermanem twórca koncepcji kręgów kulturo­
wych. Nigdy nie przeprowadził badań terenowych. Gdy znalazł się
w Australii na zaproszenie rządu australijskiego, wybuch I wojny świat,
uniemożliwił mu prowadzenie badań, gdyż został internowany i wypu­
szczony dopiero w 1919 r. Jednak wykorzystał ten czas na studia, po­
równując mity ludów indo-europejskich, mongolskich, polinezyjskich
i hamicko-semickich, a także badając kalendarze starego i nowego
świata.
4 9

5 0

Firma „Burns, Philp and Co. Ltd" między innymi obsługiwała l i ­
nię parowców z Australii do Nowej Gwinei a także prowadziła tam roz­
ległe i nteresy. Malinowski zapewne chciał kupić u nich bilet na statek do
Port Moresby.
Alfred Reginald Radcliffe-Brown (1881-1955) jeden z najwybit­
niejszych antropologów pierwszej połowy X X wieku, współtwórca
współczesnej antropologii „społecznej" jako generalizującej nauki teore­
tycznej. Pierwotnie chciał studiować w Cambridge nauki ścisłe, ale jego
tutor, entuzjasta Frazera, skierował zainteresowania swego ucznia w kie­
runku „nauk moralnych". Istotne znaczenie miały także kontakty z Riversem, Haddonem i Myersem. W latach 1908-14 był członkiem Trinity
College w Cambridge.
51

5 2

Elton Mayo (1880-1949), twórca socjologii i psychologii przemy­
słu. Połączył zainteresowania psychonerwicami i „myśleniem obsesyj­
nym" z antropologicznym podejściem do kultury i struktury społecznej
B. Malinowskiego i A R . Raddcliffe-Browna. Jeśli chodzi o metody ba­
dawcze zaadoptował metodę wywiadu psychologii klinicznej do antro­
pologicznych badań terenowych i zastosował je w badaniach organizacji
przemysłowych.
5 3

Prawdopodobnie chodzi o Johna Douglasa, który był specjalnym
komisarzem Brytyjskiego Protektoratu Nowej Gwinei (1886-1888). Tak
przynajmniej twierdzi autor przypisów do A Diary...
Józef Litwiniszyn był kolegą gimnazjalnym Malinowskiego i jego
bliskim przyjacielem. Studiował górnictwo w Leoben w Austrii. Kore­
spondowali ze sobą przez kilka lat (listy Malinowskiego w posiadaniu
prof Jerzego Litwiniszyna).
5 4

215

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9781" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9759">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/57a44279d981a45a025c66a97b0fc205.pdf</src>
        <authentication>b1ad742722375f9543a38824c129d789</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116308">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3457</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116309">
                <text>1981</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116310">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3241</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116311">
                <text>Ksiądz Edward Nitka (1919-1981) / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1981 t.35 z.3-4</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116312">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1981 t.35 z.3-4, s.239-240</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116313">
                <text>Kroh, Antoni</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116314">
                <text>pol.</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116315">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116316">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116317">
                <text>Antoni Kroh

KSIĄDZ E D W A R D NITKA

D n i a 12 s i e r p n i a 1981 r o k u z m a r ł po d ł u g i e j ehorobie k s i ą d z

(1919-1981)

I c h w y n i k i e m b y ł o przeniesienie w 1957 r o k u E d w a r d a N i t k

d z i e k a n E d w a r d N i t k a , proboszcz p a r a f i i Paszyn k o ł o Nowego

na p r o b o s t w o w Paszynie. T a m , w k o ń c u l a t

S ą c z a . N a z y w a n o go s ł u s z n i e w y b i t n y m a n i m a t o r e m i s p o ł e c z ­

r o z p o c z ą ł K s i ą d z D z i e k a n s w o j ą d z i a ł a l n o ś ć na p o l u s z t u k i l u ­

sześćdziesiątych

n i k i e m , a d z i e ł o jego ż y c i a — m a l u j ą c y i r z e ź b i ą c y Paszyn —

d o w e j . W k r ó t c e s t a ł s i ę p o s t a c i ą bardzo p o p u l a r n ą

o k r e ś l a n o zgodnie j a k o „ f e n o m e n w s k a l i europejskiej".

s z a n o w a n ą na S ą d e c c z y ź n i e , t a k ż e przez s w y c h i d e o w y c h prze­

i ogólnie

Gorlic

c i w n i k ó w . M i a ł sporo w i e l b i c i e l i i p r z y j a c i ó ł , rozsianych po całej

w ś r e d n i o z a m o ż n e j rodzinie chłopskiej. Od dzieciństwa p r a g n ą ł

Polsce, g ł ó w n i e s p o ś r ó d l u d z i z a j m u j ą c y c h s i ę b l i ż e j s z t u k ą l u ­

p o ś w i ę c i ć s i ę s t a n o w i k a p ł a ń s k i e m u — b y ł , jeśli m o ż n a s i ę t a k

d o w ą i n i e p r o f e s j o n a l n ą . Jego p l e b a n i ę , do k t ó r e j w e j ś c i e z d o b i ł

Edward Nitka

u r o d z i ł się w R o p i c y D o l n e j k o ł o

w y r a z i ć , u r o d z o n y m k s i ę d z e m . J a k o jeden z naj d r a m a t y c z n i e j -

szereg w y s o k i c h w i e l k a n o c n y c h p a ł m i transparent

szych m o m e n t ó w

licznie o d w i e d z a l i w y t r a w n i e j s i t u r y ś c i , poszukiwacze e g z o t y k i ,

swego ż y c i a

wspominał

epizod, g d y

będąc

a l u m n e m r o z c h o r o w a ł s i ę c i ę ż k o i m a ł o b r a k o w a ł o , a relego­

cudzoziemcy. B o Paszyn r z e c z y w i ś c i e s t a ł s i ę fenomenem.

wano b y go z s e m i n a r i u m z p o w o d u złego s t a n u z d r o w i a . Ś w i ę ­
cenia o t r z y m a ł w 1944 r o k u , po c z y m z o s t a ł kapelanem A K .
Po

wojnie p r o w a d z i ł

ksiądz

Nitka

zwyczajne ż y c i e

pro­

„Witajcie!"

H i s t o r i ę p o c z ą t k ó w owego fenomenu s t a r a ł e m s i ę naszki­
c o w a ć w a r t y k u l e Paezyński
R . 29, 1975 n r 1/2). Teraz,

ośrodek

plastyki

ludowej

(„PSL",

kiedy śmierć księdza N i t k i zamknęła

wincjonalnego k a p ł a n a . P r a c o w a ł j a k o w i k a r y w w i e l u parafiach

pierwszy r o z d z i a ł d z i e j ó w tego o ś r o d k a , w a r t o e h y b a

diecezji t a r n o w s k i e j , m . i n . w Pta.szkowej, Szczawnicy, S t a r y m

miejsce Paszyna i jogo a n i m a t o r a w polskiej k u l t u r z e regionalnej

S ą c z u . O ile m i w i a d o m o , z o s t a w i ł po sobie w s z ę d z i e j a k

lat

naj­

l e p s z ą p a m i ę ć . „ B y ł to p r a w d z i w y k s i ą d z , o f i a r n y , bardzo ludz­

określić

siedemdziesiątych.
O d czasu p r z y b y c i a k s i ę d z a N i t k i do Paszyna aż po s c h y ł e k

k i " — wspominali wielokrotnie m o i r o z m ó w c y , żałujący, że został

l a t s z e ś ć d z i e s i ą t y c h niewiele w s k a z y w a ł o na

przeniesiony z i c h p a r a f i i . S z c z e g ó l n i e w B o r z ę c i n i e k o ł o Brzeska

proboszcz r o z s ł a w i s w o j ą w i e ś i w t a k o r y g i n a l n y s p o s ó b p r z y ­

p o t r a f i ł sobie z a s k a r b i ć rzetelny a u t o r y t e t i po p r o s t u m i ł o ś ć

c z y n i s i ę do

o g ó ł u p a r a f i a n , co z r o s z t ą z a k o ń c z y ł o s i ę k o n f l i k t e m z w ł a d z a m i

K s i ą d z N i t k a nie w y k a z y w a ł w ó w c z a s s z c z e g ó l n y c h zaintereso­

kościelnymi.

Ministrantem

obecnie k r a k o w s k i

byl

dziennikarz;

tam

wówczas

wkrótce

po

Józef

śmierci

D z i e k a n a o p u b l i k o w a ł on w t y g o d n i k u „ W i e ś c i " s w o j ą

to, że

podniesienia s a m o ś w i a d o m o ś c i jej

paszyński

mieszkańców.

Baran,

w a ń s z t u k ą , a i p ó ź n i e j jego l e k t u r y z tej t e m a t y k i b y ł y raczej

Księdza

p r z y p a d k o w e . P o w t a r z a j ą c y s i ę w tekstach o Paszynie k o m p l e ­

wersję

ment, jakoby Ksiądz

obdarzony b y ł s z c z e g ó l n ą

wrażliwością

wydarzeń.

239
1

�k i l k u d z i e s i ę c i u w y b i t n y c h ) — lecz dlatego, że b y ł y ś w i e ż e , bez­
pretensjonalne, spontaniczne, w i ę c w y r ó ż n i a ł y s i ę k o r z y s t n i e na
tle o g ó l n o p o l s k i e j p r o d u k c j i

p r z e d m i o t ó w , zwanych s z t u k ą l u ­

dową.
Historia

Wojciecha

Oleksego,

wielokrotnie

opisywana,

wskazuje n a t o m i a s t na i n n y , bardzo i s t o t n y f a k t : przekonanie
0 wychowawczo-dydaktycznej roli twórczości. Metoda „ p o d n o ­
szenia" l u d z i za p o m o c ą u p r a w i a n i a s z t u k i b y ł a
dorobkiem intelektualnym Księdza. Zanim

oryginalnym

jeszcze

dowiedział

s i ę , że praoe g ł u c h o n i e m e g o W o j t k a m o g ą b y ć w y s o k o ocenione
p o d w z g l ę d e m p l a s t y c z n y m , K s i ą d z n a m a w i a ł go do r z e ź b i e n i a ,
by p o m ó c m u w rozprostowaniu grzbietu, dać m u
z własnych

dokonań.

satysfakcję

Co u d a ł o s i ę nadspodziewanie.

Pomógł

impuls z z e w n ą t r z — w t y m w y p a d k u I Konkurs Współczesnej
R z o ź b y L u d o w e j K a r p a t P o l s k i c h , zorganizowany przez M u z e u m
w Nowym

S ą c z u . Trzej p a s z y ń s c y r z e ź b i a r z e o d n i o ś l i w

nim

niespodziewanie d u ż y sukces (dwie pierwsze i jedna druga

na­

groda). K s i ą d z N i t k a w y k o r z y s t a ł ów f a k t , u s u w a j ą c p r z e r ó ż n o
b a r i e r y psychologiczne s w y c h p a r a f i a n co s p o w o d o w a ł o , m o ż n a
powiedzieć, erupcję zainteresowań rzeźbą, a potem malarstwem
na szkle w n i e w i e l k i m Paszynie.
Z a ś wszystko to d z i a ł o s i ę w latach s i e d e m d z i e s i ą t y c h —•
c z y l i w okresie sztucznie windowanego p o p y t u na s z t u k ę l u d o w ą ,
w t ł a c z a n ą b e z l i t o ś n i e w r a m y k u l t u r y masowej z jednej s t r o n y ,
a g w a ł t o w n i e m a l e j ą c ą p o d a ż ą czy w r ę c z z a n i k i e m c a ł y c h dzie­
dzin

chłopskiej

twórczości

samorodnej (np.

kowalstwa,

garn­

carstwa) — z d r u g i e j . Propagowane oficjalnie h a s ł a o narodowo- k l a s o w y m charakterze s z t u k i ludowej r o z m i j a ł y s i ę coraz jas­
k r a w i e j z r z e c z y w i s t o ś c i ą . R y n e k zaś p o t ę ż n i a ł . I t a coraz szybciej
p o w i ę k s z a j ą c a s i ę szczelina b y ł a w p e w n y m s t o p n i u w y p e ł n i o n a
przez K s i ę d z a D z i e k a n a i jego p a r a f i a n . S t ą d m i ę d z y
popularność ich

innymi

sztuki.

O c z y w i ś c i e , są t o s p r a w y o wiele bardziej s k o m p l i k o w a n e ,
nie s p o s ó b z a m k n ą ć i c h w j e d n y m akapicie, w y m a g a j ą o d r ę b n e j
monografii.
Bibliografia
a r t y s t y c z n ą i b y ł koneserem s z t u k i , z w ł a s z c z a l u d o w e j ,
umiejętnie

sterował

rozwojem

artystycznym

swych

jakoby
parafian

i b y ł i c h c o d z i e n n y m p l a s t y c z n y m k o n s u l t a n t e m — chyba nie
o d p o w i a d a p r a w d z i e . Raczej wprost p r z e c i w n i e : Paszyn

uak­

t y w n i ł s i ę a r t y s t y c z n i e m . i n . dlatego, że proboszcz nie

miał

paszyńska, gdyby ją opracować,

kilkaset pozycji

zawierałaby

w p a r u j ę z y k a c h . Badano Paszyn od

strony

p s y c h o l o g i i t w ó r c z o ś c i , p e d a g o g i k i s p o ł e c z n e j , socjologii

sztuki.

N a podstawie t y c h b a d a ń p o w s t a ł o k i l k a prac magisterskich.
Za s w ą d z i a ł a l n o ś ć o t r z y m a ł K s i ą d z D z i e k a n D y p l o m Oskara
K o l b e r g a (1977

г.), n a g r o d ę Oskara K o l b e r g a (1978 г.), Medal

osobistych a m b i c j i t w ó r c z y c h , a „ t y l k o " p a s j ę s p o ł e c z n i k o w s k ą .

„ Z a m ą d r o ś ć i d o b r ą r o b o t ę " n a d a n y przez r e d a k c j ę „ G a z e t y Po­

Nie doradzał, jak należy rzeźbić i malować „ n a

łudniowej"

ludowo"

—•

(1978

г.). M i a ł honorowe c z ł o n k o w s t w o

sądeckiego

c h o ć b y dlatego, że sam nio bardzo t&gt; w i e d z i a ł i b y n a j m n i e j tego

oddziału Towarzystwa Przyjaciół Sztuk P i ę k n y c h . W roku

f a k t u nie u k r y w a ł ; b y ł „ t y l k o " w s p a n i a ł y m i n s p i r a t o r e m , ani­

o t r z y m a ł Srebrny K r z y ż Z a s ł u g i z M i e c z a m i , b y ł t a k ż e kawalerem

m a t o r e m , pedagogiem. B o w i e m — trzeba to w y r a ź n i e p o w i e d z i e ć

K r z y ż a A r m i i Krajowej

— Paszyn jest przede w s z y s t k i m fenomenem pedagogiczno-spo­

1944

oraz d w u k r o t n i e M e d a l u W o j s k a .

Po ś m i e r c i k s i ę d z a E d w a r d a N i t k i P a s z y n nie b ę d z i e j u ż t y m

ł e c z n y m , t a k ż e p s y c h o l o g i c z n y m , nie z a ś a r t y s t y c z n y m . Paszy-

s a m y m Paszynem. N a p l e b a n i i powstanie p r a w d o p o d o b n i e od­

niacy z d o b y l i w i e l k ą ilość n a g r ó d w k o n k u r s a c h s z t u k i ludowej

dział

nie dlatego, że są n i e p r z e c i ę t n i e z d o l n i plastycznie, nie dlatego,

nie ulegnie rozproszeniu, parafianie b y ć m o ż e n a d a l b ę d ą r z e ź b i ć

że i c h prace s ą w y b i t n e p o d

1 m a l o w a ć — ale k s i ę d z a N i t k i , c z ł o w i e k a o t a k w y j ą t k o w e j oso­

względem

artystycznym

(rzecz

prosta, p o ś r ó d k i l k u d z i e s i ę c i u t w ó r c ó w z jednej wsi nie m o ż e b y ć

tarnowskiego

Muzeum

Diecezjalnego,

b o w o ś c i , n i k t nie jest w stanio z a s t ą p i ć .

kolekcja

Księdza

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
  <item itemId="9765" public="1" featured="0">
    <fileContainer>
      <file fileId="9743">
        <src>https://zbiory.etnologia.uw.edu.pl/files/original/8174e4483619dbdabb6f3a310c28ef7a.pdf</src>
        <authentication>2d72542fa8c977e3c22b045ec296cde6</authentication>
      </file>
    </fileContainer>
    <collection collectionId="3">
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="1">
          <name>Dublin Core</name>
          <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
          <elementContainer>
            <element elementId="50">
              <name>Title</name>
              <description>A name given to the resource</description>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="25235">
                  <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </collection>
    <itemType itemTypeId="1">
      <name>Text</name>
      <description>A resource consisting primarily of words for reading. Examples include books, letters, dissertations, poems, newspapers, articles, archives of mailing lists. Note that facsimiles or images of texts are still of the genre Text.</description>
    </itemType>
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="46">
            <name>Relation</name>
            <description>A related resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116101">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3802</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="40">
            <name>Date</name>
            <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116102">
                <text>1948</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="49">
            <name>Subject</name>
            <description>The topic of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116103">
                <text>haft ludowy</text>
              </elementText>
              <elementText elementTextId="116104">
                <text>Kurpie - haft ludowy</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="43">
            <name>Identifier</name>
            <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116105">
                <text>oai:cyfrowaetnografia.pl:3567</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116106">
                <text>Hafty kurpiowskie w Puszczy Białej / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1948 t.2 z.2</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="41">
            <name>Description</name>
            <description>An account of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116107">
                <text>Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1948 t.2 z,2; s.25-34</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="39">
            <name>Creator</name>
            <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116108">
                <text>Żywirska, Maria</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="44">
            <name>Language</name>
            <description>A language of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116109">
                <text>pol</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="45">
            <name>Publisher</name>
            <description>An entity responsible for making the resource available</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116110">
                <text>Instytut Sztuki PAN</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
          <element elementId="42">
            <name>Format</name>
            <description>The file format, physical medium, or dimensions of the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116111">
                <text>application/pdf</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
      <elementSet elementSetId="4">
        <name>PDF Text</name>
        <description>Text capture metadata for PDF documents</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="52">
            <name>Text</name>
            <description/>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="116112">
                <text>H A F T Y KURPIOWSKIE PUSZCZY
BIAŁEJ

RYC. 1

Obszar objęty jedną nazwą Kurpiów,
dzielący się zasadniczo na d w i e puszcze:
Zieloną i Białą, posiada w i c h obrębie
wyraźne g r u p y , zróżnicowane niektóry­
m i o b j a w a m i życia k u l t u r o w e g o . W y n i ­
ka to z całego zespołu wpływów, j a k i m
podlegały i podlegają poszczególne ob­
szary Puszczy. Do t y c h przejawów nale­
żeć będzie na terenie g r u p y pułtuskiej
Puszczy Białej c h a r a k t e r y s t y c z n y strój
kobiecy, wyrosły niewątpliwie ze s t a r y c h
t r a d y c j i k u r p i o w s k i c h . Posiada o n swo­
iste cechy, różniące go od ubiorów no­
szonych w o k o l i c a c h Myszyńca, Kadzi­
dła, N o w o g r o d u , czy wreszcie O s t r o w i a
Mazowieckiego.
Ubiór
t e n występuje
zasadniczo na terenie czterech p a r a f i i
w p o w i e c i e pułtuskim: O b r y t e , Pniewo,
W o l a M y s t k o w s k a i Porządzie. Częściowo

p i z e n i k a do w s i pogranicznych. N i e i n ­
teresuje nas w tej c h w i l i cały strój; prag­
n i e m y zająć się wyłącznie b o g a t y m haf­
tem pokrywającym kołnierz, m a n k i e t y
i ramiona koszul k o b i e c y c h .
Haft ten rozwinął się i skrystalizował
w
początkach
dwudziestego
wieku.
U t r z y m a n y był w dwóch b a r w a c h : czer­
wonej i czarnej, p r z y c z y m b a r w a czarna
odgrywała jedynie rolę podkreślającą r y ­
sunek. Zasadniczą była b a r w a czerwona.
Haft t e n w y k o n y w a n o bawełną, zwaną
tu g u r e m , choć już w l a t a c h dwudzies­
t y c h naszego stulecia k u p o w a n o po­
wszechnie 'w t y m celu bawełenkę D.M.C.
N r 25.
W okresie bezmała l a t czterdziestu, aż
do w y b u c h u d r u g i e j w o j n y światowej
styl tego haftu rozwinął się, dojrzał

25

�*^Jrfc» *•'

ryc. г

i wreszcie zmienił. Swój p u n k t k u l m i n a ­
cyjny, jeśli chodzi o bogactwo motywów,
u m i a r p r o p o r c j i i harmonię barwną prze­
chodził w latach d w u d z i e s t y c h naszego
stulecia. W początkach l a t trzydziestych
następuje powiększanie motywów, przy
jednoczesnym zagubieniu czystości r y ­
sunku, usuwanie p r a w i e całkowite bar­
w y czarnej, a powiększenie płaszczyzn
zahartowanych grubą nicią czerwoną, co
powoduje
zatarcie
konturu
rysunku.
Haft w t e d y
nabiera
c h a r a k t e r u bez­
kształtnej, niepokojącej plamy.
O hafcie t y m pisano n i e j e d n o k r o t n i e .
Już Kazimierz W ó j c i c k i ) w 1842 r o k u ,
potem K o l b e r g ) mówią,
że
kobiety
puszczańskie noszą koszule
wyszywane
czerwonym g u z e m ) . Wzmianki u Wój­
cickiego nie są wyraźnie
umieszczone
w terenie. M ó w i on w p r a w d z i e o K u r ­
p i a c h - Gociach w dobrach b i s k u p i c h ,
a więc jest t u m o w a o Puszczy Białej —
j?dnak o której jej części nie w i e m y .
K o l b e r g znów wiąże haft j e d y n i e ze stro­
j e m k o b i e c y m o k o l i c Myszyńca i Ostro­
łęki, a więc Puszczy Zielonej; nie wspo­
m i n a natomiast o hafcie, opisując strój
k o b i e c y ,,od Pniewa i Porządzia".
Już w czasach współczesnych pisała
o t y m hafcie Schrammówna ), Orynżyna ),
wreszcie w o d d z i e l n y m o p r a c o w a n i u Se­
weryn
Udziela ).
Zarówno
krótkie
w z m i a n k i , j a k i szersze p u b l i k a c j e nie
wyczerpały zagadnienia, dając, n i e k i e d y ,
wręcz sprzeczne i m y l n e
informacje.
Udziela np. umieszcza hafty tej g r u p y
x

2

3

4

5

6

26

Mmff jfrmk-Tf-Hr a,» f^aiik,r,
r

l

l

,

.

w Puszczy Zielonej, a w y t w o r y hafciar­
skiego ośrodka w Gładczynie i d e n t y f i ­
kuje z o r y g i n a l n y m i h a f t a m i l u d o w y m i .
Orynżyna zaś t w i e r d z i , że „na K u r p i a c h
właściwych, p o t o m k o w i e d a w n y c h k m i e ­
ci b a r t n y c h n i e zdobią s w y c h ubiorów
haftami. Znane w h a n d l u hafty, p o d na­
zwą k u r p i o w s k i c h , pochodzą z obszaru
sąsiedniego, zamieszkałego przez t. zw.
„Goci". Tymczasem K u r p i a n k i o b u Puszcz
zdobiły swoje koszule haftem, zaś grupa
pułtuska powstała ze wspólnych t r a d y c j i
kurpiowskich.
Schrammówna znów, omawiając techni­
kę tego haftu, p o m i j a charakterystyczne
j e j cechy i nie w i a d o m o dla czego, t. zw.
przez miejscowe h a f c i a r k i k o ł a nazywa
rozetami.
W s w y c h rozważaniach trzymać się bę­
dę podziału Puszczy Białej na d w i e gru­
p y terenowe, zwąc haft z o k o l i c O b r y t e ­
go, Pniewa, Ciołkowa, Rząśnika, Porzą­
dzia, W o l i M y s t k o w s k i e j , Wielątek, Dąbro­
w y , czy W y p y c h — p u ł t u s k i m , zaś
7 o k o l i c Poręby, T r z c i a n k i , Knurówca,
U d r z y n k a , Bud Brańszczykowskich, Białe­
go Błota, czy O s u c h o w e j — o s t r ó w s к i m. W s z y s t k i e dotychczasowe omó­
w i e n i a i w z m i a n k i dotyczą j e d y n i e haf­
tów g r u p y pułtuskiej. Nigdzie natomiast
nie m a m o w y o hafcie g r u p y o s t r o w s k i e j ,
z północno-wschodniej części Puszczy
Białej, a dopiero poznanie okazów z o b u
t y c h grup da możność przeprowadzenia
dokładnej analizy i w y s n u c i a p e w n y c h
wniosków.

�NAJWAŻNIEJSZE

ELEMENTY HAFCIARSKIE.

0
3

1

а а а
ю

14

4 3

V

V

V

1й

12.

16

45

f
Г

5

17
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.

I

i

% &gt; , , \ . \

16

Dziurka
Dziurka
Kulasiki
Kutasik
Kulas —
Kulas z
Pającek

obdzierzgnięta
napowietrzna
łańczuszkowy
p i e s k i zakręcone
gromadkami

19
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.

Zielko
Kołtuniarzyk
Ocka
Widełki — d z i o b k i
Krzyżówka
Scytki przetykane-drabka
Scyciki

Tak, j a k już wspomniałam, cały strój,
a więc i będący jego częścią składową
haft, wyrósł z d a w n y c h t r a d y c j i k u r p i o w ­
skich. Wśród najstarszych okazów, po­
chodzących z ostatnich dziesiątków ubie­
głego stulecia, nie natrafiłam jednak na
hafty całkowicie czerwone, o których
wspominają najstarsi badacze.
Przeciw­
nie, są to hafty bądź całkowicie białe,
bądź j e d y n i e podkreślone nitką niebies­
ką, czy czerwoną. Najstarsze z n i c h po­
chodzą z g r u p y o s t r o w s k i e j i z u w a g i na
swoją prostotę — zdają się być p u n k t e m
wyjściowym dla r o z w o j u późniejszych,
bogatych, d w u b a r w n y c h haftów g r u p y
pułtuskiej.
W najstarszych koszulach hafty znaczą
nieśmiałym r y s u n k i e m jedynie wąski koł­
nierzyk

i m a n k i e t y ( o b s y t k i). Płótno

2.0
15.
16.
17.
18.
19.
20.

Śprechy
Strupki
Pacek
Kluski
Kłosy
Wiatracek

przeznaczone na haft musiało być j a k n a j bardziej równe i gładkie i dlatego już
w początkach dwudziestego w i e k u tkane
na bawełnianym postawie, wreszcie ba­
wełną wątczone. Kołnierz i m a n k i e t y ,
przeważnie j e d n a k o w e j
pięciocentymetrowej szerokości, w y k r a w a n o z płótna
podwójnie złożonego, p o c z y m obie części
zszywano i odwracano na drugą stronę,
l i n i ę obwodową, w odległości pół cm o d
brzegu kołnierza czy m a n k i e t u , przyszy­
w a n o następnie równym stebnem, „aby
się trzymało k u p y " . Chodziło, b o w i e m ,
0 to, aby m a n k i e t był s z t y w n y i nie z w i ­
jał się na przegubie ręki, a kołnierzyk
lówno „ s t o j a i " . U s z t y w n i a n o je więc
stebnem, białą nicią bawełnianą (ryc. 7).
1 tu zda się być p u n k t wyjściowy prze­
kształcenia u t y l i t a r n e g o ściegu stebna:
s t e g n ó w k i — w element zdobniczy.

27

�W kołnierzu i m a n k i e c i e stegnówka
obiegała t y l k o trzy s t r o n y płaszczyzny,
pozostawiając wolną jedynie tę stronę,
która miała być złączona z resztą k o s z u l i .
( M a n k i e t p r z y s z y w a n o do rękawa ozdob­
n y m ściegiem krzyżykowym l u b małymi,
rytmicznie znaczonymi punktami, wyko­
n a n y m i ściegiem atłaskowym). Wzdłuż
t y c h trzech brzegów rozwijał się n a j ­
prostszy ornament l i n e a r n y . Składał się o n
z podwójnego, l u b częściej potrójnego,
szeregu stegnówki, przedzielonej linią w y ­
pukłą, uzyskaną przez włożenie pomiędzy
obie w a r s t w y płótna grubej n i c i l n i a n e j
i ostebnowania jej z dwóch stron, albo
pizez w y s z y c i e
dużymi, p o j e d y n c z y m i
ściegami к u 1 a s i к ó w (ryc. 3). N i e k i e ­
dy znów wąski, zaledwie półcentymetrow y pasek między rzędami stegnówki w y ­
pełniały male d z i u r k i
obdzierzg n i ę t e l u b s t r u p k i (ryc. 5). W r o ­
gach kołnierza układano z dziurek obdzierzgniętych
mały
pięciopłatkowy
k w i a t e k - k o ł o (ryc. 4).
1

I
Iw. S U •

¿

W układzie motywów na kołnierzu
i m a n k i e t a c h różnice są n i e w i e l k i e . Je­
d y n i e w rozszerzonych n i e k i e d y rogach
kołnierza p r z y b y w a nieśmiałe koło ota­
czające
dziurki
obdzierzgnięte,
czy
s t r u p k i . Czasem nawet nieuporządkowana
g r u p k a dziurek. Zdobienie ramienia, roz­
wijające się wzdłuż l i n i i łączącej rękaw
z koszulą, jest także bardzo
skromne
i spotykane już t y l k o na koszulach g r u p y
pułtuskiej, j e d n a k z zastosowaniem iden­
tycznego układu elementów, j a k n a k o ­
szulach o s t r o w s k i c h . I t a k na pochodzącej
z początków dwudziestego w i e k u k o s z u l i
Józefy Skoczeń z Wielątek N o w y c h , choć
haft kołnierza i mankietów jest już d w u b a r w n y , na r a m i e n i u , pomiędzy d w o m a
rzędami stegnówki, m a m y j e d y n i e zwy­
kłe k u l a s k i , t y p o w e d l a g r u p y ostrow­
skiej. W ramach omówionych elementów,
a więc: stegnówki, kulasików, strupków,
d z i u r k i obdzierzgnięte], rzadko łańcusz­
ka, obracała się cała koncepcja k o m p o ­
zycyjna hafciarek puszczańskich g r u p y
o s t r o w s k i e j na przełomie dwudziestego
w i e k u . R y t m i k a uzyskana przez staranne
wykonanie
poszczególnych
motywów
i równo odmierzony
odstęp
pomiędzy

3

�szeregami, oraz
p l a s t y k a 'płaszczyzny,
osiągnięta przez nić włożoną między sze­
r e g i stegnówki — to główne, najprostsze
środki w y r a z u artystycznego w początko­
wej
fazie
rozwoju
haftu
o m a w ia ne j
grupy.
W s z y s t k i e te elementy weszły przeważ­
nie w rozwiniętej f o r m i e do haftu g r u p y
pułtuskiej. Drogę e w o l u c j i t y c h elemen­
tów znaczą h a f t y białe — pułtuskie. Po­
zostały one w ubiorze k o b i e c y m jeszcze
w t e d y , k i e d y już w pełni rozwinął się haft
d w u b a r w n y — czerwono-czarny. Stoso­
w a n o go, b o w i e m , do k o s z u l ślubnych,
a niektóre k o b i e t y nie chciały mieć k o ­
l o r o w e g o h a f t u na kołnierzu. „Czerwone
przy t w a r z y — to m a r n i e " — mówiła m i
jedna z gospodyń z W o l i M y s t k o w s k i e j —
i u w s z y s t k i c h k o s z u l miała kołnierze
haftowane nicią t y l k o białą, zaś m a n k i e ­
t y czerwono-czarną.
. W koszulach g r u p y pułtuskiej „moda"
nakazywała, aby kołnierz i m a n k i e t y były
szersze. Zwiększała się więc płaszczyzna
przeznaczona do haftu. Ilość d a w n y c h
motywów n i e wystarczała. To też po­
większono obwód d z i u r k i obdzierzgniętej,
r o z b u d o w a n o k w i a t e k - koło przez do­
robienie wokół środka ściegiem dzierzgan y m l i n i i o b w o d o w e j l u b małych płatków
ściegiem atłaskowym. Poza t y m , w po­
szerzonym pasie między stegnówkami,
przybył n o w y m o t y w w y k o n a n y atłask i e m : t. zw. k ł o s y . Przykładem tego
może być haft na k o s z u l i ślubnej M a r i a n ­
n y Pęk z O b r y t e g o z 1912 r o k u (ryc. 1,
2). Stegnowka, choć jeszcze bardzo w y ­
raźna, schodzi do r o l i w y d z i e l a n i a płasz­
czyzn o r n a m e n t o w a n y c h . Jest ona rów­
nież k o n t u r e m całej k o m p o z y c j i , co jesz­
cze wyraźniej występuje w bogatszych,
nieco późniejszych haftach białych —
pułtuskich. M a n k i e t , już szerokości oko­
ło 10 cm, wypełnia k o m p o z y c j a bardziej
s k o m p l i k o w a n a (ryc. 8, 9, 10). T r z y rzędy
stegnówki, obiegając go z trzech stron,
dzielą jego powierzchnię linią poziomą
na pola ornamentacyjne, zaś linią póło­
krągłą urozmaicają r y s u n e k i stanowią
obramienia dla rozrastających się kół,
które zaczynają odgrywać bardziej do­
minującą rolę w hafcie g r u p y pułtuskiej.

10

�Powiększają' się r o z m i a r y k o l a przez roz­
budowę jego części składowych. W o k o ł o
ażurowego środka, obwiedzionego w ma­
łym odstępie szeroką linią dzierzganą,
p o j a w i a się rząd strupków. Pomiędzy pół­
k o l a m i wypełniają pustą przestrzeń małe
z i e 1 к a zaznaczone zaledwie d w i e m a l i ­
n i a m i s p i r a l n y m i i trójkątnym pączkiem.
16

15

14

12

W t y m samym czasie, obok t a k skom­
plikowanego
haftu , białego
panuje
wszechwładnie haft k o l o r o w y .
W
zebranym materiale t r u d n o jest
wskazać drogę e w o l u c y j n e g o przejścia od
haftu białego do czerwono-czarnego. Łat­
wiej, zdaje się, można ją uchwycić w roz­
w o j u k o m p o z y c j i motywów, gdyż spoty­
ka się czasem hafty, gdzie środek koła
w y k o n a n y jest nicią białą, reszta jednak
haftu jest czerwona, podkreślona linią
czarną. T a k i m przejściowym okazem mo­
że być haft na m a n k i e c i e z Wielątek D u ­
żych (ryc. 11). M a n k i e t jest jeszcze sto­
s u n k o w o wąski, k o l a n i e w i e l k i e , rysu­
nek d e l i k a t n y i wyraźny, k r z y ż ó w k a
zamykająca całość k o m p o z y c j i p r z y p o m i ­
na t a k charakterystyczne dla haftów os­
t r o w s k i c h k u l a s i k i , choć uzyskane i n n y m
ściegiem. W miarę rozrostu koła, przez
dodawanie n o w y c h elementów, gdy za­
czyna ono zdobywać samodzielną rolę
w b u d o w i e k o m p o z y c j i , hafciarka wypeł­
nia lukę p o m ę d z y poszczególnymi koła­
m i już s p o t y k a n y m w hafcie białym z i e 1k i e m. Powoli te d w a nowe m o t y w y :
koło, l u b półkole i ziele, rozrastając się,
zdobywają
dominującą rolę w
hafcie
o . w u k o l o r o w y m i decydują o jego charak­
terze. I c h liczne w a r i a n t y stanowią o bo­
gactwie i różnorodności hal tu. Inne, bo­
w i e m , n o w e elementy, których p r z y b y ­
wa coraz więcej, j a k : k l u s k i , w i a ­
t r a c z k i (wykonane atłaskiem), p i e s ­
ki zakręcone, kulasy, pajączki
(szyte łańcuszkiem), o c k a , k o ł t u n i ar z y k , d z i o b k i czy
krzyżówka,
w y k o n a n e j e d n y m , dużym ściegiem, uzu­
pełniają już t y l k o kompozycję hafciarską.
Stegnówka, która w hafcie k o l o r o w y m
pozostaje zawsze białą, schodzi do pod­
rzędnej r o l i , wyłącznie pomocniczej. Za­
m y k a pola ornamentacyjne i jednocześ­
nie j e przedziela.

�Rozbudowa
koła
pociąga
za sobą
wzbogacenie jego części
składowych.
W e ź m y dla przykładu koło na m a n k i e ­
cie z Rząśnik (ryc. 19). Zaczynając od
środka wokoło d z i u r k i
obdzieizgniętej
szerokim ściegiem m a m y ocka, p o t y m
łańcuszek, s c y c i k i , k o l t u n i a r z y k , łańcu­
szek i śprechy,- czasem z a m y k a koło koł­
t u n i a r z y k , czy s t r u p k i ułożone w g r o ­
m a d к i . Małe zielko rozrasta się w sa­
modzielne i duże z i e l e , ze s k o m p l i k o ­
w a n y m p ą с к i e m . Czasem ziele jest
w wazonie. Pomimo takiego wzbogace­
nia r y s u n k u haftu, założenie k o m p o z y ­
cyjne pozostaje nadal linearno-ciągłe.
J e d y n i e kołnierz, z u w a g i na jego rolę
w stroju, ma stale symetralną budowę
ornamentu, choć l i n i a łącząca oba jedna­
k o w e m o t y w y , umieszczone w rogach
kołnierza, jest zawsze ciągła (ryc. 20,21).
Układ motywów na kołnierzu i man­
k i e t a c h tej samej k o s z u l i nie łączy wspól­
na zasada kompozycyjna. Obie części
• worzą oddzielne całości, trzymając się
przy t y m p e w n y c h u s t a l o n y c h kanonów,
wynikających z i c h przeznaczenia. N a
mankiecie — obsytce, którego szerokość
sięga n i e k i e d y 10 cm, zawsze jest zacho­
w a n a szeregowość układu zdobienia. Biała
stegnówka, obiegająca go z trzech stron,
n i k n i e wobec przewagi barwnej m o t y ­
wów. Szeregowość ta jest często podkre­
ślana układem k i l k u ciągów różnych
motywów, z b u d o w a n y c h jedne nad d r u ­
g i m i , a rozdzielonych stegnówka (ryc. 16,
17). Jeśli n a w e t na kompozycję składać
się będą trzy koła, półkola, czy t r z y zie­
la, to najczęściej j e d n a k o w e j wielkości
i identyczne w układzie. Zamykać ]ę bę­
dzie biegnący górą i dołem szereg к zyżówek, pajączków, piesków zakręconych
czy strupków. Rzadko, i to w starszych
robotach, układ haftu zamknięty jest
z trzech stron, jak to w i d z i m y na r y c . 11
i 12. M a n k i e t u w i d o c z n i o n y na r y c . 15
jest w s w y m układzie rzadko s p o t y k a n y .
W zasadzie całość haftu na mankiecie
c z y n i wrażenie w y c i n k a jakiegoś szlaku.

21

20

19

Symetryczna b u d o w a
o r n a m e n t u na
kołnierzu w hafcie k o l o r o w y m występuje
dużo wyraźniej, aniżeli w hafcie białym.
Dzieje się to z p o w o d u rozrostu w y m i a -

18

�RYC.

22

rów kołnierza, którego szerokość docho­
dzi do 15 cm, a co za t y m idzie, powięk­
sza się p o w i e r z c h n i a jego rogów, roz­
łożonych z o b u stron t w a r z y . Dawne, nie­
śmiałe kółeczko z dziurek obdzierzgnięt y c h rozrasta się w s k o m p l i k o w a n e koło
0 średnicy p r a w i e 5 c m z d w o m a z i e l a m i
po b o k a c h ; t o znów hafciarka daje t r z y
mniejsze koła — n i e k i e d y zróżnicowane
wielkością i w z o r e m — albo duże ziele
z małymi w i a t r a c z k a m i z o b u stron, czy
wreszcie pół l u b ćwierć koła, w odpo­
w i e d n i m układzie elementów
zdobni­
czych. Jednak l i n i a o b w o d o w a ornamen­
tu, zamykająca całość r y s u n k u ,
która
jednocześnie wiąże obie s t r o n y kołnie­
rza, podkreśla stale założenie ciągłości
kompozycji. Powoli
jednak
szerokość
kołnierza zmusza do poszerzenia
linii
wiążącej. Jeszcze na kołnierzach z W i e lątki (ryc. 20, 21), o mniejszej szerokości,
wystarcza l i n i a półkoli, czy piesków za­
kręconych, ale już na p r z e d s t a w i o n y c h na
r y c i n i e 22, 23 p r z y b y w a rząd ziel o w y ­
bujałym r y s u n k u . Rzadko można spot­
kać kołnierz, gdzie zdobione są jedynie
jego r o g i .
L i n i a łącząca na r a m i e n i u rękaw z ca­
łą koszulą najbardziej
narzuca
układ
ciągły k o m p o z y c j i . Jest to więc najczęś­
ciej szereg półkoli o d s t r o n y rękawa
1 drobniejszy m o t y w krzyżówki, pającz­
ków, czy kulasików od strony ramienia.
D w a rzędy stegnówki na szwie dzielą
obie części. Pomysłowość i fantazja hafc i a r k i — k o m p o z y t o r k i znajduje w y r a z
w układzie elementów zdobniczych każ­

32

dego
półkola.
Widziałam
w O b r y t e m koszulę posia­
dającą haft składający się
z 19 półkoli i w każdym
układ elementów
hafciar­
skich był i n n y , choć w i e l ­
kość i c h była ta sama.
W pierwszych, nawcześniejszych
haftach
koloro­
w y c h nić czerwona rysowa­
ła
jedynie
kompozycję,
w późniejszych zakładała ca­
łe płaszczyzny
liniami —
jedna o b o k d r u g i e j — ściegu
łańcuszkowego l u b pojedyn­
czego. D a w n a krzyżówka czy p i e s k i za­
kręcone, poprzednio w y k o n a n e jedną l i ­
nią, po t y m składały się z trzech l u b czte­
rech szeregów. Kompozycja z r y s u n k o w o k r e s k o w e j staje się płaszczyznową. Co­
raz mniej widoczna jest
powierzchnia
płótna z a k r y w a n a przez haft. Wyraźnie
to w i d z i m y , choćby zestawiając rysunek
h a f t u n a r y c . 11, z ryc. 18 i 23. W pierw­
szej fazie tego przejścia nić czarna w y d o ­
b y w a k o n t u r r y s u n k u . Z a n i k a ona jednak
w Haftach z ostatnich l a t przed wojną,
wobec czego następuje zupełna zmiana
założenia r y s u n k o w e g o d a w n y c h kompo­
zycji h a f c i a r s k i c h , tak
drobiazgowych
i precyzyjnych.
Przy w y k o n y w a n i u haftu posługiwano
się następującymi ściegami: a 11 a s к oV/ у m, ł a ń c u s z k o w y m ,
wreszcie
pojedynczym.
Atłaskiem w y k o n y ­
w a n o : śprechy, s c y c i k i , k l u s k i , strupki,
czy pączki zielu; łańcuszkiem: p i e s k i za­
kręcane, k u l a s y , pajączki; p o j e d y n c z y m :
ocka, drabkę, d z i o b k i , krzyżówkę, kołt u n i a r z y k . Rzadko używano ściegu, któ­
r y czynił wrażenie luźnej stegnówki. O t a ­
czano n i m jako linią czarną, p i e s k i za­
kręcone.
Zasady
haftu
znała każda
kobieta
w miejscowościach gdzie był noszony.
Jednak wyjątkowo zdolne h a f c i a r k i —
k o m p o z y t o r k i były bardzo cenione i dą­
żeniem każdej k o b i e t y puszczańskiej b y ­
ło mieć koszulę przez n i e wykonaną.
D a w n i e j następowało t o drogą zwykłej,
sąsiedzkiej, czy przyjacielskiej przysługi.
W ostatnich latach przed wojną, w i e l e

�dziewcząt — być może pod
wpływem hafciarskiego oś­
rodka w Gładczynie — trak­
towało haft, jako uboczne
zajęcie
zarobkowe.
N a j t r u d n i e j może jest wy­
śledzić, jaką drogą powsta­
wała koncepcja twórcza haf­
c i a r k i . Podstawą był zawsze
haft w i d z i a n y na innej ko­
szuli, który podobał się da­
nej kobiecie. G o t o w a była
w t e d y iść do i n n e j w s i odle­
głej o k i l k a kilometrów, aby
koszulę pożyczyć
i
wzór
przehaftować. Mając przed sobą wzór,
przenosiła kompozycję z jednej k o s z u l i
na drugą nie p r z y pomocy r y s u n k u t y l k o
licząc
mozolnie
poszczególne
ściegi,
a n a w e t n i t k i płótna. N a j p i e r w w y k o ­
nywała stegnówkę, p o t y m obliczała do­
kładnie odstępy pomiędzy m o t y w a m i l i ­
cząc n i t k i , czy też składając płótno i za­
łamując go w t y m miejscu, gdzie miał
być dany m o t y w . Załamaniem płótna w y ­
szukiwała także środek koła. Budowała
koło zawsze zaczynając od środka i do­
dając następnie poszczególne pierścienie
k o m p o z y c j i . Dlatego też analizując koło,
w i d z i m y , że jego układ mógł być zamk­
nięty p o p r z e d n i m l u b jeszcze wcześniej­
szym pierścieniem. Rzadko wzór był nie­
w o l n i c z o naśladowany, dlatego trudno
było znaleźć d w i e koszule zdobione iden­
t y c z n y m haftem. Już w czasie przeno­
szenia wzór przeważnie ulegał m o d y f i ­
kacji. Do najzdolniejszej h a f c i a r k i , któ­
rą ceniły k o b i e t y danej w s i , czy nawet
parafii, schodziły się sąsiadki haftować
swoje koszule i słuchały j e j rady przy
układaniu, czy zmianie w z o r u . T u dopie­
ro, w gronie i n n y c h haf ciarek, decydo­
wano, czy w d a n y m m i e j s c u haftu lepiej
dać wiatraczek, czy kulas. W t y c h właś­
nie w a r u n k a c h powstawały liczne w a ­
r i a n t y zasadniczych motywów i i c h ukła­
du; w t a k i m właśnie momencie
wola
twórcza a n o n i m o w e j a r t y s t k i
decydo­
wała jaką „modą" będą haftowane koszu­
le w d a n y m okresie.
Indywidualność
hafciarki
najwyraźniej, gdy zestawimy

występuje
d w a hafty

R Y C . 23

o t y c h samych m o t y w a c h , p o t r a k t o w a ­
n y c h zupełnie inaczej. W e ź m y d w a koł­
nierze: ryc. 22 i 23. K o m p o z y c j a kołnie­
rza r y c . 22 jest r y s o w a n a d e l i k a t n i e ,
j a k g d y b y cienką igłą; strzeliste ziele
p r z y p o m i n a anemiczną roślinę w y h o d o ­
waną bez słońca. Tymczasem haft n a koł­
nierzu r y c . 23 jest z w a r t y i rozłożysty;
w y c i n e k koła jest z b u d o w a n y z m o c n y c h ,
grubą, śmiałą kreską nałożonych elemen­
tów; jędrne ziele, j a k g d y b y wyrosłe na
tłustej, żyznej glebie. T o samo da się p o ­
wiedzieć p r z y zestawieniu t y c h samych
elementów, wziętych z
poszczególnych
haftów i t y m się może tłumaczy wraże­
nie niezwykłej różnorodności i bogactwa
wzorów p r z y ograniczonej liczbie ście­
gów.
Jest rzeczą niewątpliwą, że dopiero ze­
branie większej ilości okazów z każdej
wsi, da możność przeprowadzenia syste­
m a t y k i t y c h haftów, a n a w e t p o z w o l i w y ­
odrębnić pewne g r u p y o i m t y l k o właś­
c i w y c h i n t e r p r e t a c j a c h poszczególnych
motywów. Narazie, kończąc swoje u w a ­
gi, muszę podkreślió, że piękno h a f t u za­
leżało n i e t y l k o o d układu motywów, de­
l i k a t n e j , cienką nitką w y k o n a n e j l i n i i
r y s u n k u , czy wreszcie z h a r m o n i z o w a n i a
barwnego. Niemałe znaczenie posiadało
również staranne w y k o n a n i e , przez któ­
re haft nabierał pełnię efektu artystycz­
nego. To też stosowana później grubsza
nić, pośpiech, a co za t y m idzie, niedo­
kładność w y k o n a n i a wpłynęły na obni­
żenie wartości a r t y s t y c z n e j o s t a t n i c h haf­
tów pułtuskich.

33

�V/ c h w i l i obecnej, g d y cały ubiór gru­
py pułtuskiej stał się już t y l k o r e k w i z y ­
tem, w y j m o w a n y m ze skrzyń na u r o ­
czystości, znikła właściwa rola haftu. Już
w latach trzydziestych, w w y n i k u u t w o ­
rzenia wspomnianego
ośrodka hafciar­
skiego w Gładczynie, haft ten wyszedł
poza r a m y stosowania go jedynie w zdo­

P R Z Y
1. W ó j c i c k i - K a z i m i e r z , K u r p i e — Gocie. Z a r y ­
d o m o w e , r o k 1842, t o m . I I I , str. 200.
2. K o l b e r g
O s k a r . M a z o w s z e , 1856, t o m I V ,
str. 8 1 .
3. W ó j c i c k i pisze: „koszule białe, c i e n k i e , płó­
cienne, w y s z y w a n e p r z y kołnierzu, ramiączkach
i rękawach c z e r w o n y m
guzem
(sznurkiem)'.
.lost t u n a p e w n o omyłka, czy w d r u k u , czy też
s imego autora. Dotychczas,
bowiem,
na K u r sy

S P I S
R y c . 1. — W i e ś O b r y t e . 1912. H a f t biały.
R y c . 2 — W i e ś O b r y t e . 1912. H a f t biały.
R y c . 3. — Wieś T r z c i a n k a , p o w . Ost rów M a z .
W y k . K u r o w s k a o k . 1890 r . H a f t biali/.
R y c . 4. — Wieś Białe Błoto, p o w . O s t r ó w M a z .
W y k . D e l u g a M a r i a n n a o k . 1897 r. H a f t biały.
R y c . 5. — W i e ś Białe Błoto, p o w . O s t r ó w M a z .
W y k . D e l u g a M a r i a n n a o k . 1897 r. H a f t Biały.
R y c . 6. — W i e ś T r z c i a n k a , p o w . O s t r ó w M a z .
W y k . K u r o w s k a o k . 1890 r. H a f t biały z f r a g m e n ­
tem czerwonym.
R y c . 7. — Wieś C i o t k o w o , p o w . Pułtusk. W y k .
D z i a d a k M a r i a n n a o k . 1910 r. H a f t biały.
R y c . 8. — W i e ś C i o ł k o w o — Z a m b s k i , p o w . P u ł ­
t u s k . W y k . B i e r n a c k a A l e k s a n d r a o k . 1912 r.
H a f t biały.
R y c . 9. — W i e ś W i e l ą t k i . p o w . Pułtusk.
Haft
biały.
R y c . 10 — W i e ś Wielątki, p o w . Pułtusk.
Haft
biały.
R y c . 11. — W i e ś W i e l ą t k i . p o w . Pułtusk, ( t a b l i ­
ca b a r w n a ) .
R y c . 12. — Wieś Rząśnik, p o w . Pułtusk. H a f t
c z e r w o n y , f r a g m e n t y czarne.

b i e n i u koszul. Z w a b i o n e możnością za­
r o b k u , zdolniejsze h a f c i a r k i w y k o n y w a ­
ły na sprzedaż s e r w e t k i , obrusy, chus­
teczki, a n a w e t całe suknie, zdobiąc j e
t y m haftem. W y r o b y
te były p o t y m
sprzedawane w sklepach przemysłu l u ­
dowego i stały się z czasem popularne
w całej n i e m a l Polsce.

P I S Y:
p i a c h bawełnę nazywają g u r e m , a n i e g u z e m .
4. Schrammówna H e l e n a . S z t u k a l u d o w a i j e j
z n a c z e n i e d l a k u l t u r y a r t y s t y c z n e j . W i l n o , 1939.
str. 62.
5. Orynżyna J a n i n a . Przemysł l u d o w y w Polsce.
W a r s z a w a , 1937, str. 84, 85.
6. U d z i e l a S e w e r y n . H a f t y k u r p i o w s k i e . K r a ­
ków, 1936.

R Y C I N :
ca

R y c . 13. — W i e ś Rząśnik, p o w . Pułtusk, ( t a b l i ­
barwna).

R y c . 14. — W i e ś W i e l ą t k i , p o w . Pułtusk.
czerwony, fragmenty
czarne.

Haft

R y c . 15. — W i e ś W o l a M y s t k o w s k a , p o w . P u ł ­
tusk. H a f t c z e r w o n y , f r a g m e n t y czarne.
R y c . 16. — W i e ś Rząśnik, p o w .
c z e r w o n y f r a g m e n t y czarne.
R y c . 17. — Wieś W i e l ą t k i , p o w .
ca b a r w n a ) .
R y c . 18. — W i e ś Rząśnik, p o w .
c z e r w o n y , f r a g m e n t y czarne.
R y c . 19. — W i e ś Rząśnik, p o w .
c z e r w o n y , f r a g m e n t y czarne.
R y c . 20. — W i e ś W i e l ą t k i , p o w
c z e r w o n y , f r a g m e n t y czarne.

Pułtusk.

Haft

Pułtusk, ( t a b l i ­
Pułtusk.

Haft

Pułtusk.

Haft

Pułtusk.

Haft

R y c . 21. — W i e ś W i e l ą t k i , p o w . Pułtusk. H a f t
c z e r w o n y , f r a g m e n t y czarne.
R y c . 22. — W i e ś Rząśnik, p o w . Pułtusk.
Haft
c z e r w o n y , f r a g m e n t y czarne.
R y c . 23 — W i e ś Rząśnik, p o w . Pułtusk.
Haft
czerwony, f r a g m e n t y czarne.

LES .BRODERIES DE K U R P I E D A N S L A P U S Z C Z A

BIAŁA.

Les b r o d e r i e s de K u r p i e a p p a r t i e n n e n t a u x p l u s belles e n P o l o g n e . L ' a u t e u r r e t r a c e l e u r développem e n t au c o u r s d u X X - e siěcle en faisant r e s s o r t i r d e u x g r o u p e s : c e l u i de Pułtusk et c e l u i d'Ostrów.
Ces b r o d e r i e s sont exécutées en t r o i s c o u l e u r s ; b l a n c h e , n o i r e et r o u g e ; o n les t r o u v e s o u v e n t sur les cols
et les m a n c h e t t e s des chemises de femme. L ' a u t e u r s u i t le développement de l a c o m p o s i t i o n des b r o ­
deries et la signiíication des motiís íespectifs d ' o r n e m e n t a t i o n d e p u i s l e u r debut j u s q u ' a u s t y l e p l e i n e ment développé, q u i á l ' h e u r e a c t u e l l e , change de caractére. L ' a u t e u r c i t e e n o u t r e les c o n d i t i o n s q u i
i n f l u e n t sur le développement des b r o d e r i e s de K u r p i e et n o u s a p p r e n o n s a i n s i a c o n n a i t r e l'iniíiat i v e créatrice des brodeuses.

34

�</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </item>
</itemContainer>
